Mądrzejsza od pradziadka

Byłam dziś u Calineczki. Mała podróżniczka wróciła z wakacji w Kudowie. Podróż – długą przecież – zniosła dzielnie, pobyt też wyraźnie przypadł jej do gustu. Podobało jej się raczkowanie po trawie, pływanie w basenie, jedzenie w stołówce. Zaczęła jeść sama, w ogóle to bardzo samodzielna osóbka jest,
najczęściej radosna albo zła, że nie może dopiąć swego. Stany pośrednie występują głównie podczas snu:))) Nie wiem co z niej wyrośnie, bo wyraźnie podrywała młodego kelnera, był brunetem, więc panienka gust ma konkretny;) Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że panienka za cztery dni skończy jedenaście miesięcy;))) Oczywiście nie byłam świadkiem sytuacji, poznałam z opowieści i obejrzałam na zdjęciach.
Jakże teraz szybko się dzieciaki rozwijają. Kiedyś uważano, że taki szkrab niczego nie rozumie i nie pamięta. Nieprawda. Zbiera informacje w tej swojej główce, w tym komputerku, gromadzi, systematyzuje i używa w odpowiedniej chwili. Calineczka rozwija się jakby miesięcznymi skokami bardzo widocznymi. Około każdej miesięcznicy urodzin zaskakuje czymś nowym. Dziś np. na słowa: gdzie jest piesek? – od razu paluszkiem pokazała odpowiedni obrazek. Paluszka swobodnie też używa do przesuwania ekranu (tego dotykowego) telefonu. Przy każdym oglądaniu książeczek mówi się jej co jest na obrazku, opowiada różne rzeczy i ona niby nie słucha – i nagle robi z tej wiedzy użytek. Wyraźnie można też zobaczyć, jak dziecko uczy się poprzez obserwację. Nie chciała pić, co nie jest wskazane podczas upałów. Synowa nalała wodę do jej kubeczka oraz do dwóch szklanek, dla mnie i dla siebie. Pokazałyśmy, że pijemy. Przyjrzała się uważnie, czy aby nie oszukujemy;) i zaczęła pić spoglądając to na mamę, to na mnie. Raczkuje posuwając się bardzo szybko,
wstaje przytrzymując się czegoś i stoi, albo robi drobne kroczki na boki. Poza tym gada po swojemu i śpiewa;))) Jest oczywiście cudowna, wspaniała, niezwykła i genialna. Na pewno mądrzejsza od swego pradziadka – wszak mój tata nie mógł się znać na komórkach z dotykowym ekranem, bo takowych po prostu nie było;)))

1.08.2018

  • urszula97 Fajna słodziaczka,może zapomniałam jak było u starszego wnuka? wszakże to prawie 10 lat róznicy,nasz 8,5 miesiaca taka mała klucha przylepa ale poszarpać za włosy tez potrafi,uwielbiam jak jest senny i tarmosi moje ucho jednocześnie tuląc się do mnie.
  • emma_b widzę, że kontakt z dotykowym ekranem mają już niemowlęta. dla mnie to po prostu niesamowite…
  • mmzd A dla mnie, prawdę mówiąc, trochę przerażające….
  • babciabezmohera Nowe czasy, inne umiejętności i tak jak ze wszystkim- są plusy i minusy…
  • kotimyszkot Nie tylko od pradziadka, ale i od większości panów 😉 Ponoć dziewczynki szybciej się rozwijają, szybciej zaczynają chodzić i co ostatnio zauważam wśród dzieci w wieku przedszkolnym (łącznie z moim Synkiem) – są odważniejsze 🙂
  • annazadroza Urszulko:-) Między moimi wnuczkami jeszcze większa różnica wieku. Calineczka od siostry o 12 lat młodsza. Rozumiem, co mówisz o przytulonym, sennym szkrabie. Dla mnie to najpiękniejsze chwile w życiu. Wiem, że są ludzie, którzy tego nie rozumieją, ale dla mnie takie maluchy są najcudowniejsze na świecie, a taka chwila przytulania – bezcenna.
  • annazadroza Emmo:-) Na takim telefonie synowa pokazuję małej bajkę, bo wtedy da się nakarmić obiadem. Bystre te maluchy są, więc szybko załapała, że jak przesunie paluszkiem, to jej się obrazek zmienia. Dla jej pokolenia sprzęty elektroniczne są jak dla nas powietrze do oddychania. One nie wiedzą, że można bez nich żyć, urodziły się obok nich.
  • annazadroza Magduś:-) Dla mnie w sumie też, ale „cóż poradzisz jak nic nie poradzisz”? Znak czasów. Ja do tej pory nie zmieniłam starej komórki, choć się psuje, na „dostaną” od Dużego taką dotykową, bo się jej boję, jeszcze się nie nauczyłam itp., itd. W końcu będę musiała, ale malutkiej chyba lepiej by to poszło niż mnie…
  • annazadroza BBM:-) Masz rację,każdy medal ma dwie strony, nie da się ukryć, że tak właśnie jest.
  • annazadroza Myszokocie:-) Ależ oczywiście, że szybciej. Jeszcze ze szkoły pamiętam, że dziewczynki są mniej więcej 3 lata do przodu. Zaś teraz, kiedy rozwój przyspieszył, to na pewno więcej. Niektórych nie uda się dogonić ;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 57 – koniec

Cały następny dzień chłopcy spędzili gdzieś na szlaku, późnym popołudniem wrócili, zabrali swoje plecaki, uściskali matkę i tyle ich widziała. Pocwałowali w dół do autobusu. Elżbieta została z Gamą, Betą i swoimi myślami.

Włączyła telewizorek, strasznie wiekowy lecz bardzo dobrze działający egzemplarz, przywieziony jeszcze z RFN przez męża Majki,  Grzegorza w czasach, gdy był tam korespondentem. Przejrzała cały stos kolorowych pism sprzed kilku nie tylko miesięcy ale i lat. Patrzyła na ślubne zdjęcia jednej pary celebrytów, „ciążowe” innej ze świadomością, że z owych związków nic nie zostało, nie przetrwały, wszyscy widoczni na fotografiach mają – już którychś z kolei – nowych partnerów. Wstrząsnął nią niemiły dreszcz. Takie życie na pokaz, w świetle reflektorów, pod bezustannym ostrzałem opinii to zupełnie nie dla niej. Ona swoje sprawy skrywała głęboko wewnątrz siebie. Nawet przyjaciółkom dopiero po latach gehenny udało się wyciągnąć z niej prawdę. I całe szczęście. Kto wie, jakby się potoczyło życie gdyby nie one. A gdyby ją olały, zastosowały się do jej głupich wymagań i dały jej święty spokój tak jak chciała? Z pewnością nie byłaby teraz ani tutaj ani w ogóle wśród żywych. A co z chłopcami by się stało – lepiej nie myśleć. Na szczęście kochane dziewczyny nie zwracały uwagi na jej beznadziejne zachowanie i wygadywane bzdury. Zmotywowały do podjęcia terapii w wyniku czego wylądowała u Baśki psycholożki, wspierały podczas trwania sprawy rozwodowej, podtrzymywały na duchu w sądzie. Zmusiły do wyjazdu do Szczawnicy wtedy, lata świetlne temu i dzięki nim tutaj teraz wróciła.

Co ja bym bez nich zrobiła, pomyślała i to samo pytanie rzuciła do telefonu, który zadzwonił i wyświetliło się „Kaśka”.

– Co ja bym bez was zrobiła?

Chwila ciszy w słuchawce.

– A coś się stało? – dał się słyszeć trochę niepewny głos Kasi.

– No nie, tylko się w moje rozmyślania wstrzeliłaś, bo mi tak wszystko przed oczami przeleciało…

– Jakie znowu wszystko? – spróbowała uściślić  Kasia. – Bo tak naprawdę to nie wiem o czym mówisz. Co ci przeleciało?

– Życie, kochana, moje życie.

– Eee, bzdury pleciesz. Życie to przelatuje przed śmiercią, a twoje się dopiero zaczyna.

– W moim wieku? – zdumiała się Ela.

– Przecież to nie moja wina, że jesteś opóźniona w rozwoju. Zresztą lepiej późno niż wcale…

– Durna małpa!

– No widzisz? Już ci lepiej. Ale słuchaj. Dzwonię, żeby ci powiedzieć, i teraz jestem pewna, że słusznie dzwonię bo masz jakieś idiotyczne myśli, no więc, że w szafce nad zlewem, u góry, stoi w szklance taka nieduża buteleczka.

– Butelka w szklance? – zdziwiła się Ela.

– Nie pytaj  tylko rób co mówię. Podejdź do szafki i sprawdź. Na środkowej półce, nad przyprawami. Widzisz?

– Widzę, rzeczywiście jest.

– No. To teraz zrób sobie herbatę po góralsku. Albo nie. Stop. Nie teraz. Najpierw wyjdź z psicami. Potem sobie zrób i idź spać. Jutro wstaniesz rano i zaczniesz nowe życie.

– Co ty bredzisz?

– Słyszysz? Powtarzaj za mną: zaczynam nowe, szczęśliwe życie.

– Gdybyś była pod ręką to byś kapciem w łeb dostała!

– Ale nie jestem. Hi hi hi! Powtarzaj, bo ci światło wyłączę komórką i będziesz siedzieć po ciemku, wody nie ugotujesz, zimny prysznic cię czeka, bo bojler też na prąd…

– Szantażystka! – oburzyła się Elka. – No dobrze, zaczynam nowe życie – z niechęcią wymamrotała po chwili.

– Nie tak. Głośniej. Bełkoczesz coś pod nosem, nic nie słyszę. I z radością, z życiem, dziewczyno, z życiem! No już! Raz, dwa…

– Zaczynam nowe życie…

– Nowe szczęśliwe życie. Powtórz.

– Zaczynam nowe, szczęśliwe życie…

– Może być. Masz tak do siebie mówić przez cały czas. A z tym światłem żartowałam. Wiem, że się tak robi ale nie u mnie.

– Obrzydliwa zołza jesteś!

– Hi hi hi! No i dobrze! Zrób co mówię, jutro pogadamy.

Kasia rozłączyła się ze śmiechem. Elżbieta mając w uszach głos przyjaciółki pomyślała, że właściwie ta Kaśka ma rację.

– Pójdziemy teraz na spacer – powiedziała głośno, na co Beta i Gama zareagowały natychmiast  stając pod drzwiami. – Zaraz, zaraz, przecież muszę się ubrać i was zresztą też.  Chodźcie do mnie, tak, dobre psice, dobre.

Po chwili była gotowa. Zeszła z czwartego piętra ze świadomością, że musi popracować nad kondycją bo kilka razy dziennie schodzić z tej wysokości i wdrapywać się z powrotem to nie lada wyzwanie. Po wyjściu z klatki schodowej na zewnątrz głęboko westchnęła,  owionęło ją świeże, chłodne powietrze. Zmrok zapadł zupełny. Rozjaśniały go latarnie uliczne i światła padające z okien. Pomału, pozwalając suczkom do woli obwąchiwać nowe miejsca, przeszła schodkami pod delikatesy, potem wzdłuż „Papiernika” w stronę Parku Górnego mijając z lewej strony imponujący budynek odbudowanego po pożarze „Dworku Gościnnego”.  Nie było aktualnie żadnej imprezy, jedynie z kawiarenki sączyło się lekkie światło i dobiegały przytłumione dźwięki muzyki. Skręciła schodkami w prawo i szła alejką parkową w stronę placu Dietla. Między drzewami unosiła się mgła. Miejscami gęstniała, miejscami stawała się lekka i delikatna niczym ślubny welon nadając otoczeniu wyraz bajkowej nierzeczywistości. Czasem ktoś pojawiał się na ścieżce wprost przed nią, nagle wynurzając się jakby z innego świata, zawsze niespodziewanie. Ponieważ jak dotąd psice traktowały każdego przechodnia z absolutną obojętnością, ona postępowała tak samo.

Alejka prowadziła na plac Dietla, bezpośrednio do kawiarnianego ogródka przynależnego do lokalu o nazwie „Helenka”, nadanej na cześć żony hrabiego Stadnickiego, przedwojennego właściciela części uzdrowiska. Ogródek był pusty ze względu na porę oraz niską temperaturę powietrza, za to wewnątrz siedziało przy stolikach sporo ludzi, co dawało się zobaczyć przez duże okna.  Z przykrością Ela zauważyła, że „Zdrojowa”, z którą wiązały się miłe wspomnienia, już nie funkcjonuje. Budynek stał ciemny, w oknach nie świeciło się światło. Popatrzyła sobie na kawiarnianych gości myśląc, że gdyby przyjechała bez swoich czworonożnych przyjaciółek, czułaby się samotna i nieszczęśliwa. Gama i Beta zaś dostarczają jej nie tylko towarzystwa, ale bezgranicznych i bezwarunkowych uczuć, na jakie ludzi nie stać. Po prostu kochają i już.

Schodami z ogródka „Helenki” zeszła pod fontannę, obeszła ją dookoła, przez nowy, urokliwy mostek zawieszony nad stworzonym sztucznie strumyczkiem płynącym wzdłuż chodnika,  pustą prawie ulicą Zdrojową udała się w dół, po drodze cierpliwie czekając aż suczki zakończą poznawanie terenu poprzez długotrwałe obwąchiwanie wybranych miejsc. Zdziwiona brakiem znajomego budynku pijalni wód po lewej, przypomniała sobie, że nie ma go już, został rozebrany. W wyobraźni pewne rzeczy utrwalają się tak bardzo, iż mimo ich nieistnienia w rzeczywistym świecie, samoistnie pojawiają się przed oczami. Tę okrągłą pijalnię mijała codziennie schodząc z „Budowlanych” schodkami i wracając do hotelu, nic więc dziwnego, że utkwiła w pamięci. Zamiast niej stał drewniany prostokątny pawilonik, pusty w środku. Przypomniało się Eli, że Kasia chciała wnuczce zrobić tutaj zdjęcie, na co mała Klarcia się nie zgodziła, bo „nie potsebuje zdjęcia na psystanku, psystanki są w Walsawie”. Ela uśmiechnęła się na wspomnienie małej mądrali, która stała się już zupełnie duża.

Idąc dalej obejrzała coś, co było przedtem Zakładem Przyrodoleczniczym, teraz zaś straszyło pustką i bezszybnymi okiennymi dziurami. Z pewnością z przyczyny remontu, niemniej, mimo przysłonięcia części ogromnymi fotografiami przedstawiającymi stan dawny miasteczka i obecny dla porównania, budynek sprawiał przykre wrażenie. Nie było też przed nim dużych kamiennych mis będących w przeszłości elementami fontanny. Teraz „oczka” w nawierzchni placyku świadczyły, że działająca nowa fontanna wygląda jak na rynku w Piasecznie. Poniżej zobaczyła zegar kwietny oraz pomnik Sienkiewicza. Po dokładnych oględzinach w świetle latarni stwierdziła, że pisarz z pomnika jest bardzo podobny do swego wnuka ostatnio często oglądanego w telewizji.

Od tej chwili na własne skojarzenia nie miała już żadnego wpływu. Jak Sienkiewicz to ulubiony „Potop”, potem „Quo vadis” i dalej… jakżeby inaczej być mogło…Winicjusz! No właśnie, jakżeby inaczej być mogło… Przystanęła, odwróciła się w kierunku „Budowlanych”. To właśnie tu się wszystko zaczęło… Oj, jakie tam wszystko… Odpoczęła, podjęła decyzję o zmianach koniecznych do przeprowadzenia w swoim życiu i tyle. Nawet gdyby nie spotkała Winicjusza i tak zmian musiałaby dokonać. Po prostu przyszła na nie pora… Oj, czy naprawdę miałaby tyle siły, żeby je przeprowadzić? Skąd by tę siłę wzięła? A motywacja? Przecież jasne, że przez te wszystkie lata miał z motywacją wiele wspólnego. Gdyby motywacja była rodzaju męskiego mógłby powiedzieć, że to jego imię…To znaczy ona, Elka, mogłaby powiedzieć, bo przecież on tego nie wie. Skrzętnie ukrywała swoje uczucia, przynajmniej tak jej się zdawało. Ostatecznie chyba dopiero w Krystianówce dotarło do niej, że oprócz chłopców Winicjusz jest jedynym facetem naprawdę znaczącym w jej życiu.

Rozmyślając tak sobie szła, szła i szła, a z nią psice wielce zadowolone przyjemnym i interesującym pod wieloma względami spacerem. Było bezwietrznie, mglisto, bajkowo. Ocknąwszy się z zamyślenia stwierdziła, że dotarła do remizy OSP na Szalaya. Wracać nie było sensu, musiała się wspiąć ulicą św. Krzyża do Osiedla. Trochę się zasapała, Gama wcale ale Beta była wyraźnie zmęczona. Przy hotelu „Skalnym” Ela wzięła ją na ręce, doniosła do bloku i postawiła przed klatką.

– Teraz wchodzisz sama – powiedziała łapiąc głęboki oddech. – Odpoczęłaś trochę więc dasz radę. Ja jestem padnięta.

Dotarły na czwarte piętro, Elżbieta ledwo żywa, Beta odpoczywając na każdym półpiętrze, Gama bez najmniejszego wysiłku, patrząca na towarzyszki z wyraźną kpiną na pysku.

– Czekaj małpo, ja ci jeszcze pokażę – wysapała do niej pani pod drzwiami. – Nie będziesz się ze mnie śmiała, od jutra zacznę trenować kondycję i zobaczymy kto na tym lepiej wyjdzie.

Dolała wody do miski opróżnionej po długim spacerze i nałożyła porcje jedzenia dla obu suczek. Po wykonaniu czynności obowiązkowych przystąpiła do realizacji zalecenia właścicielki lokalu. Mianowicie zjadła lekką kolację, wzięła prysznic, po czym z herbatą po góralsku w dużej szklance ułożyła się wygodnie w pościeli przed włączonym telewizorkiem. Przyciszyła głos, żeby jej nie przeszkadzał w myśleniu bo miał tylko służyć za „ognisko domowe”. Nie wiadomo kiedy przysnęła. Obudziła ją Beta przemieszczająca się z przedpokoju na wiklinowe siedzisko. Gama, lekko pochrapując, spała na środku pokoju rozciągnięta na całą długość. Ela wyłączyła telewizor pilotem i z powrotem zapadła w sen. Przyśnił jej się Winicjusz lecący z Jarmuty z grupą lotniarzy i lądujący na balkonie…

Rano wstała już z pozytywnym nastawieniem do świata i ludzi. Wyprowadziła psice na szybki poranny spacer, ale było tak prześlicznie, że wcale nie chciało jej się od razu wracać, spacer więc się wydłużył. Poszła na promenadę nad Grajcarkiem. Godzina była wczesna, więc nie spotkała po drodze zbyt wielu ludzi, a ci, którzy się pojawiali we mgle, zmierzali raczej do pracy o czym świadczył chociażby ubiór. Poza tym kto przy zdrowych zmysłach chodziłby na spacery bladym świtem? Chyba tylko jakiś obłąkany sportowiec uprawiający jogging prawie po ciemku, jak ten biegnący po drugiej stronie Grajcarka. Pomyślała o Winicjuszu, myślała zresztą o nim niejako nawykowo, zaś nieustannie od wczorajszego spotkania z Sienkiewiczem z pomnika. On też biegał rano. Winicjusz oczywiście, o Sienkiewiczu nie wiadomo czy biegał. Pewnie nie, bieganie nie było wtedy jeszcze popularne. Dla zdrowia i poprawy kondycji biegał. Winicjusz. Nawet nad jeziorem sobie nie odpuścił. Ona też musi sobie kondycję poprawić, ale biegać za chińskiego boga nie będzie, nigdy tego nie lubiła, co najwyżej szybkie spacery wchodzą w rachubę.

Obłąkany sportowiec tymczasem przebiegł mostkiem na ich stronę. Gama i Beta rozszczekały się radośnie jak na powitanie najlepszego znajomego.

– Spokój – szarpnęła Ela smyczami. – Zgłupiałyście czy co?

– Elżuniu, dlaczego nie dasz się im ze mną przywitać? – spytał obłąkany sportowiec głosem Winicjusza.

Ciekawe, że wcale jej to nie zdziwiło, zupełnie jakby w dalszym ciągu pogrążona była w swoich rozmyślaniach, z których część zmaterializowała się wprost przed nią. Suczki radośnie witały „wujka” nie zwracając uwagi na panią przyczepioną do końca smyczy.                                                                                                               koniec

31.07.2018

  • kasiapur Jejku… a co będzie dalej ? Będą żyli długo i szczęśliwie ?
  • kobietawbarwachjesieni Wreszcie jesteś! – powiedział Winnicjusz i ich spojrzenia spotkały się i utonęły w sobie.

    Szkoda, że Twoje opowiadanie zakończyło się. Wymyśl jakąś następną historię do opowiedzenia.

  • mmzd Enoooo, jaki koniec ???? to co my teraz będziemy czytać??? chyba, że masz coś następnego na podorędziu …
  • urszula97 Być nie może,to teraz proponuję „Pasma życia II „,fajna ta kilka koleżanek i ich rodzin,wspólne wypady,Krystianówka,nawet pani Wacia,pieski.Ich rodziny,wnuki pisz dalej,
  • fusilla No, ładnie to tak? Wziąć zabawki i iść do domu?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) W bajkach muszą żyć długo i szczęśliwie. Inaczej – po co w ogóle bajki?
    Bajkowe serdeczności Kasieńko:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Marysiu:-) Pewnie, że utonęły, w sobie i w Grajcarku;)))
    Kończę „Widocznie tak miało być”, ciąg dalszy „Po co wróciłaś…”. Ale kończyć mogę jeszcze ho ho ho! – i trochę czasu. Tego nie da się przewidzieć, tym bardziej kiedy „okoliczności zewnętrzne” nie sprzyjają skupieniu się nad pracą. Ale będę się starała, przyrzekam. Póki co – jeśli nie czytałaś, zajrzyj do 'Niezwykłych wakacji Julki”.
    Serdeczności moc ślę:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Magduś:-) A czytałaś te wcześniejsze? Póki co, możesz zajrzeć, jeśli nie. Staram się nadgonić zaległości, ale nie wszystko zależy ode mnie.
    Buziaki:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulko:-) Dzięki:) Jeśli nie czytałaś wcześniejszych, to zerknij, żebyś była na bieżąco, kiedy skończę ciąg dalszy. Bo wreszcie kiedyś przecież skończę. Uściski najserdeczniejsze:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Fusilko:-) Nie wszystkie zabawki zabieram, stare zostają. Ja tylko idę po nowe;)
    Serdeczności wysyłam, póki co:)))
  • mmzd No oczywiście, że czytałam 🙂
  • Gość: [L.C] *.play-internet.pl Pisz kochana Aniu dalej, potrzebne jest takie pozytywne babskie pisanie z dobrym zakończeniem, dosyć tego świata pełnego przemocy i polityki. Pozdrawiam.
  • annazadroza Magduniu:-) jak miło, że czytałaś:)))
  • annazadroza L.C.:-) Dziękuję Ci, kochana, takie słowa to motywacja ogromna. Odpozdrawiam;))
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 4 komentarze

Ulewa

W nocy była niesamowita ulewa. Lało równo, z ogromną intensywnością. Ranek wstał słoneczny, świeży, pachnący zielenią, kwiatami i latem. Wyszłam wcześnie, ponieważ Szilka wczoraj wypiła za jednym zamachem dwie miski wody z mlekiem i nie chciałam, żeby się męczyła, rozumiejąc, że przecież wyjść musi za tak wielką potrzebą. Wyraźnie coś ją wieczorem męczyło, bo dawała znać, że czegoś potrzebuje. Bez względu na to, co niektórzy mówią o mleku, ja bez mleka żyć nie mogę i jej też pomaga w określonych przypadkach. Nie dostaje często, tylko wtedy, kiedy mówi, że chce.
Skitusia trudno czasem dobudzić, śpioch to przeogromny jest. I silny na dodatek, więc aby ściągnąć go z fotela lub z wersalki trzeba użyć albo siły fizycznej, albo argumentu nie do odparcia w postaci smakołyku:) Łakomczuch z niego tak samo wielki jak śpioch:) Po drodze obserwowaliśmy mgły unoszące się nad polem, jedynym tutaj w pobliżu, na którym jeszcze rośnie zboże. Nad łąką też się kłębiły. Uwielbiam taki widok. Poszliśmy do torów i tam też była mgła, więc daleko wzdłuż torów nie szliśmy, bo nie było widać na dalszą odległość. Wolałam nie ryzykować spotkania z rodzinką, którą widzieliśmy wczoraj – lochy z młodymi warchlaczkami. Przechodziły z jednej strony torów na drugą. Szilka rzuciła się do ucieczki, widocznie miała z
dzikami styczność błąkając się po lesie, zanim trafiła do nas. Skituś natomiast nie wiedział o co chodzi, ale do „opuszczania miejsca ewentualnego zagrożenia” on jest zdecydowanie pierwszy – natychmiast podążył za sunią tak żwawo, że ledwie go utrzymałam:)
Wczoraj jeszcze jedno spotkanie zaliczyłam – mówię: ja, bo psiaki na szczęście nie widziały zanim zdążyłam złapać smycz. Otóż na łące kątem oka zobaczyłam coś brązowego – to było sarnie dziecię:) Tuż przy osiedlu, już drugi raz malucha wypatrzyłam. Mam nadzieję, że gdzieś w gąszczu była jego rodzina. Psy zwąchały, ale ja byłam szybsza i – ha! – przezorniejsza, dlatego nie pognały za szkrabem.
Poza tym weekend upłynął pod znakiem wysokiej temperatury, co ja lubię a Mąż nie. W sobotę też poszłam do miasteczka, bo tam funkcjonuje tania apteka, a miałam sporo do kupienia. Różnica w cenach jest naprawdę duża, więc warto sobie taki spacer zrobić. Z powodu pogody nie zapędziłam Męża do ogródkowych robót, trudno, zaczekają. Natura wyręczyła mnie w podlewaniu:)

Ponieważ dziś poniedziałek – życzę Wam dobrego, miłego tygodnia:)))                                       30.07.2019

  • kolewoczy Poranna mgła po ulewie musiała być fantastycznym widokiem, uwielbiam też takie chwile 🙂 Matka sarny na pewno gdzieś była w pobliżu. Ludzie czasem zabierają takie młode, bo myślą, że opuszczona sierota, a to nieprawda! Z powodu upałów odpuszczam prace w ogrodzie przez najbliższe dni.
  • kasiapur Miód na serce Anusiu to Twoje pisanie… jakbym tam była 🙂
    Tak malarsko to wszystko widzisz, że zatopiłam się cała.
    Ściskam mooocno :)))
  • mmzd Chciałam napisać o sarniuczku, ale już mnie <kolewoczy> wyręczyła 🙂
    Dobrego tygodnia Dziewczyny! – może zrobi się trochę chłodniej? u mnie już 30° a na jutro zapowiadają w rejonie 38°…
  • babciabezmohera Dobrego tygodnia, Aniu!
    U nas w nocy burza co prawda była, ale nieśmiała taka. Trochę popadało, ale niewiele. Czekam z utęsknieniem na koniec upałów! 🙁
  • emma_b mgła nad łąką to piękny widok. czyżbyś wyprowadziła się z Warszawy, co ja uczyniłam prawie 7 lat temu i bardzo to sobie chwalę?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kolewoczy:-) Przecudna jest taka poranna mgła.
    Sarniątka nie płoszę, nawet z psiakami wychodziłam już inną drogą, żeby maleństwa nie straszyły. Inny kolor ma (umaszczenie?) niż tamte zimowe zwierzątka. Nie ze względu na porę roku, tylko jakiś podgatunek, czy odmiana, bo te rude są, tamte były bardziej szare. Ponieważ widziałam kiedyś oba stadka obok siebie, stąd wiem, że mi się nie dwoi w oczach:)
    Słusznie, że odpuszczasz, robota nie zając. A w takim upale można sobie zaszkodzić nadgorliwością.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Skoro Ty widzisz to co ja opisuję – to już nie może być większego komplementu. Okrrrooopnie się cieszę, że czytasz z przyjemnością. Buziaki:)))
  • annazadroza Magduś:-) Wiem, że maluchów nie trzeba zabierać, bo gdzieś w pobliżu jest rodzina. Teraz jest jedzenia pod dostatkiem, woda też jest, więc niczego nie brakuje. Za dużo – to tylko może być o wrednych ludzi. Więc życzmy sobie i zwierzakom, żeby ich nie było.
    I żeby drobniutki deszczyk nocami popadywał :)))
  • annazadroza BBM:-) Życzę Ci kochana delikatnego deszczyku i obniżenia temperatury, ale nie za dużo, bo już podobno jakieś ochłodzenie widać na horyzoncie. Buziaki:)))
  • annazadroza Emmo:-) Przeniosłam się na drugą stronę Lasu Kabackiego, ale Ursynów dalej kocham i bywam. Czekaj, to już… 8 lat, nawet nie pomyślałam, że tyle. Może dlatego, że mentalnie jestem w obu miejscach jednocześnie i bezustannie.
    A gdzie mieszkałaś, jeśli wolno spytać, nie musisz mówić. Buziaki :)))
  • fusilla A u nas wszędzie pada dokoła, a nad jeziorem nawet porządna chmura nie chce sie pokazać. Sucho, że strach!
  • urszula97 Nas ta ulewa dopadła na działce,wszakże tylko 20 minut ale to była ściana deszczu,dobrze że wszystko miałam zerwane oprócz śliwek.Chcieliśmy cokolwiek wzruszyć ziemię ale błoto było.Półgodziny swieżości i znów duchota.
  • annazadroza Fusilko:-) A może chmury myślą, że jak jest jezioro, to i mokro, lać nie trzeba? Jakieś zaklinanie chmur trzeba zrobić. Czy coś.
  • annazadroza Urszulko:-) Najlepszy jest drobny deszczyk, który wsiąka w ziemię i ją nawilża. Taka ściana deszczu to gwałtownie spływa po ziemi i wcale nie wsiąka. Ale jak tym chmurom wytłumaczyć, żeby się trochę wstrzymały;)
    Błoto natychmiast się robi, to fakt, a za chwilę znów parno. Dobrze, ze Was nie zlało.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 56

Niebieską toyotą Elżbieta dojechała do Szczawnicy. Nie była sama. Jechały z nią obie psice i … chłopcy. Obaj! Co za niespodzianka! Stwierdzili, że nie puszczą matki samej w tak daleką podróż. Postanowili przespać się, pochodzić trochę po górach następnego dnia, po czym wsiąść do nocnego autokaru i wrócić do Warszawy.

Podzielili się prowadzeniem auta na trasie tak, że wypadło mniej więcej po równo na troje kierowców. Zatrzymali się po drodze dwa razy, aby napić się kawy, rozprostować nogi, wyprowadzić na trawę Gamę i Betę, żeby i one mogły trochę popracować łapkami.  Na postoju przesiadał się też kierowca. Z Ursynowa wyjechał Robert, potem zmieniła go Elżbieta,  zaś końcówka należała do Rafała. Ponieważ już kilkakrotnie pokonywał autem tę drogę, poznał dobrze trasę i nie groziło mu pobłądzenie jak na przykład kiedyś Mikołajowi, któremu się zdarzyło skręcić nie w tę stronę co potrzeba i wylądować w Rabce. Zaś Kasinej pracowej Mariolce udało się dojechać w szczere pole mimo, a może właśnie dlatego,  iż to GPS prowadził. Elżbiecie taki przypadek nie groził. Rafał bezpiecznie dowiózł matkę, brata i obie suczki.

Już w Krościenku Eli serce zaczęło szybciej bić. W ogóle była nieprzytomnie szczęśliwa. Jechała do miejsca, które skradło jej uczucia w momencie, w którym wysiadła z autokaru, „wdychnęła” pachnące powietrze i rozejrzała się dookoła, bo miłość to była od pierwszego wejrzenia. Mimo, iż nie odwiedziła Szczawnicy przez lata od owego pamiętnego weekendu swojego życia, była na bieżąco w sprawach lokalnych. Ilekroć siedziała w Internecie, prawie zawsze wchodziła na oficjalną stronę miasta, czytała informacje i oglądała zdjęcia. Na nich obejrzała wszystkie zmiany, o których opowiadała Kasia.

Drugim ogromnym powodem do szczęścia była obecność obu synów. W najśmielszych snach nie wyśniła, że coś takiego się przydarzy. Na dodatek podczas długiej, siedmiogodzinnej jazdy ani razu się nie pokłócili lecz rozmawiali, żartowali, jakby nigdy nic złego nie zaszło i byli zwykłymi, normalnymi, zżytymi ze sobą braćmi. Łzy wzruszenia napływające co chwilę do oczu usiłowała dyskretnie usuwać, żeby nie zacierały jej konturów rzeczywistego świata. Dobrze, że Rafał siedział za kierownicą, ona by sobie teraz nie poradziła.

– Mamo, – odezwał się Robert jadący z psicami na tylnym siedzeniu. – Mamo, nie płacz, proszę. My naprawdę dorośliśmy i jesteśmy trochę mądrzejsi niż dziesięć lat temu.

– Zgadzam się z nim – Rafał skinął potakująco głową. – Widzisz? Nawet potrafię mu przyznać rację – uśmiechnął się.

Jacy piękni są ci moi chłopcy, pomyślała  ocierając ciągle mokre oczy. Oni są po prostu cudowni. Uśmiechnęła się przez łzy rozczulenia do najdroższych na świecie istot.

Bez problemów dotarli do Osiedla. Choć podczas wspinaczki stara toyotka trochę się zasapała, jednak dała radę. Zadowolona westchnęła  i stanęła na jedynym wolnym miejscu parkingowym na uliczce przed blokiem. Podróżnicy z uczuciem ulgi opuścili wnętrze samochodu, psy wyskoczyły uszczęśliwione końcem długiej jazdy. Wszyscy, jak jeden mąż, równocześnie przeciągnęli się i roześmiali na widok tego, co robią pozostali członkowie rodziny. Jedyna różnica polegała na tym, że część z nich prostowała cztery, a część dwie łapy.

Chłopcy chwycili bagaże matki, ona chwyciła smycze obu psic po czym powędrowali schodami na czwarte piętro.  Po wielogodzinnym siedzeniu w aucie nie było łatwo i ostatnie piętro pokonali z pewnym wysiłkiem. Elżbieta nawet nie z pewnym a z dużym. Nawet bardzo. Na ostatnich schodach prawie się wciągała po poręczy. Cóż, jeśli na co dzień jeździ się windą, to czwarte piętro bez windy, bez przyzwyczajenia i bez rozgrzewki musi być problemem.

Wreszcie stanęli przed drzwiami i sprawdzili czy stoją przed właściwymi. Numer się zgadzał, klucze pasowały. Znaczy: definitywny koniec podróży na dziś. Zgodnie z instrukcją właścicieli natychmiast po wejściu otworzyli okna i drzwi balkonowe. Sprawdzili czy na balkonie nie zagnieździły się znowu gołębie. Na szczęście było czysto. Ela wyobraziła sobie jak okropnie musiało wyglądać kiedy zaanektowały całą przestrzeń dla siebie. Kasia opowiadała ile się musieli z Mikołajem namęczyć, żeby balkon doprowadzić do porządku. Potem jeszcze ciągle płoszyć gołębie, które co chwilę wracały. Długo trwała próba cierpliwości, bo ptaki nie dawały za wygraną. Kasia powiesiła wzdłuż balkonu sznurek, do niego przyczepiła stare płyty CD, żeby ruszały się na wietrze i hałasowały. Całą poręcz balkonu „udekorowała” szeleszczącymi reklamówkami w tym samym celu. Kupiła preparat w sprayu mający ponoć odstraszać gołębie i co jakiś czas pryskała nim balkon. Taką miała rozrywkę podczas całego pobytu. Przed wyjazdem zabezpieczyli powierzchnię grubymi foliowymi workami przyczepiając je taśmą do podłoża i żyłką do balustrady. W Obi, za poradą znajomych, którzy także mieli swego czasu problem z gołębiami, nabyli czarnego, plastikowego kruka mającego za zadanie odstraszać nieproszonych gości. Mikołaj zamontował go na poręczy zaraz po następnym przyjeździe. Wyglądał jak żywy i chyba spełniał swoją rolę, bo gołębie już więcej nie założyły gniazd. Nigdy jednak nie można mieć stuprocentowej pewności, że za jakiś czas historia się nie powtórzy, więc należy zachować czujność. Właśnie dlatego Ela pierwsze kroki skierowała na balkon. Odetchnęła z ulgą nie stwierdziwszy gołębich śladów, naprawdę nie miała chęci na skrobanie ptasich odchodów na dzień dobry. Podniosła wzrok ponad balustradę balkonu i westchnęła z zachwytu.

Po lewej stronie przywitała ją Palenica przyodziana w najpiękniejsze barwy października. Czteroosobowe krzesełka kolejki linowej pomału poruszały się, jedną stroną wwożąc turystów na górę, a drugą zwożąc na dół tych, którzy zapragnęli powrócić do miasteczka. Między pniami drzew iglastych trawa się zieleniła, zaś pomiędzy wszystkimi pozostałymi przykrywał ją wzorzysty kobierzec liści w kolorach jesieni. Wydeptaną od wiosny ścieżką zimowej trasy Palenica2 pomału wchodziły trzy osoby. Od czasu do czasu przystawały dla odpoczynku i złapania oddechu, potem ruszały dalej wspinając się to szybciej, to z widocznym trudem, bowiem miejscami podejście było dość strome. Piękna pogoda wydłużyła czas zwiedzania, ani jedna chmurka nie płynęła po niebie, nie przysłaniała słońca zmierzającego ku zachodowi.

Na wprost widziała Elżbieta krzyż na Bryjarce oraz dachy domów wśród jesiennych barw. Wyżej, w oddali, bardziej w prawo, znane jej malowniczo położone schronisko pod Bereśnikiem, siedlisko z bernardynem obok którego przechodziła oraz stare, opuszczone domostwo z przepięknym widokiem na zakole Dunajca, które również mijała idąc do schroniska.

Patrzyła poniżej na bloki Osiedla, na długi budynek sanatorium „Papiernik”, na trawnik pod blokiem i bawiące się tam dzieci, na rozmawiające dwie sąsiadki. Na działce obok pasły się kozy uwiązane do drzew, obok leżał mały czarny piesek czujnie śledząc wzrokiem otoczenie. Dwóch dziadków żywo o czymś rozprawiało. Jeden siedział na ławce, drugi na pieńku obok skleconej z najprzeróżniejszych elementów budki na narzędzia i inne potrzebne na działce przedmioty.

W ciepłych promieniach słońca rudy kot wygrzewał się na dachu samochodu. Na spacery wychodziły psy ze swoimi opiekunami. Młoda, ładna mama wychylała się z balkonu i wołała swoje pociechy odgarniając z twarzy rozpuszczone gęste, ciemne włosy. Na ławeczce nieopodal sklepu siedzieli czterej mężczyźni racząc się napojem zapewne wyskokowym.

Niczym na ławeczce w Wilkowyjach, uśmiechnęła się Elżbieta do siebie.

Po niebie przemknęły trzy samoloty. Bardzo wysoko, zostawiając za sobą trzy wyraźne smugi. Czasem biegły obok siebie, czasem oddalały się by potem się skrzyżować, oddalić  i znów połączyć.

To takie pasma jakby pasma życia ludzi, na przykład moje, Kaśki i Adelki, pomyślała patrząc w niebo. W różnych konfiguracjach, ale od lat obok siebie.

– Mamo, wejdź do domu, robi się chłodno – usłyszała głos Roberta. – Przeziębisz się i będzie kłopot.

– Chodź na kawę, już gotowa – powiedział Rafał, który dobrze wiedział gdzie co znaleźć ponieważ spędził tu z Olą kilka dni przed ślubem, kiedy byli jeszcze parą narzeczonych.

Dopiero teraz rozejrzała się po mieszkaniu. Owszem, Kaśka miała rację, że prosiło się o odmalowanie, ale i tak sprawiało bardzo sympatyczne wrażenie. Poczuła się dobrze, bo przecież otaczały ją znajome meble. Otrzymane od Adelki wiklinowe siedzisko ze schowkiem. Wiklinowe półki, szafeczki, dwa fotele z okrągłym  stolikiem do kompletu stojące kiedyś u Kasi w pokoju. Do tego mała, niska ława, którą obie z Kaśką przyniosły dawno temu z Natolina, od Majki, siostry Tereski. Stała rzeźba przedstawiająca św. Floriana, którą Kasia dostała od taty oraz kilka innych strażackich drobiazgów-pamiątek. Na marginesie: z balkonu widać było wieżyczkę remizy OSP z figurką patrona pożarników, jakby  Kasia – jako córka strażaka – zawsze była pod szczególną opieką…

Natomiast, żeby Ela mogła coś zobaczyć z połaciowego okna w sypialence albo z dwóch takowych okien w pokoju, musiała przysunąć sobie taboret i na nim stanąć. Warto było. Na widocznych na wprost stokach Palenicy kłaniały się w leciutkim przedwieczornym powiewie drzewa ubrane w jesienne kolory. Domy, maleńkie z tej odległości niczym z bajki, uśmiechały się oknami, w których zaczynały zapalać się światła, bo zmrok osiadał coraz gęstszy. Po lewej stronie na szczycie Jarmuty widoczny był wyraźnie na tle nieba maszt radiowo-telewizyjny. Przypomniała sobie przeczytaną kiedyś powieść, z której dowiedziała się, że po wojnie na Jarmucie mieszkały wilki i wbrew rozsądkowi szukała wzrokiem przemykających burych cieni.

Chłopcy poszli się przewietrzyć na promenadę nad Grajcarkiem i doszli do Dunajca. Zawrócili, po czym na swoich długich nogach niczym w siedmiomilowych butach okrążyli centrum miasteczka.

Ela zamknęła balkon, zrobiło się naprawdę chłodno. Zapaliła lampkę, zabrała się za rozpakowanie bagażu myśląc w międzyczasie co zrobić na kolację. Skończywszy układać swoje rzeczy w szafie poszła po zakupy do delikatesów nad schodkami i zanim dzieci wróciły ze spaceru – albo raczej z biegu dookoła Szczawnicy, czekało na stole pyszne jedzenie.

28.07.2018

  • Gość: [L.C] *.play-internet.pl Piszesz bardzo plastycznie, przypominam sobie jak odwiedziłam ostatnio Szczawnicę. Super. Będę częściej odwiedzać bloga.
  • Gość: [kobietawbarwachjesieni] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Super. Czekam na ciąg dalszy.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl L.C:-) Jak miło, że wróciłaś:))) Zapraszam częściej:)
    Jeśli dobrze zrozumiałam – mój opis Szczawnicy pokrywa się rzeczywistością widzianą przez Ciebie. Jest to wieeelki komplement, a dla mnie wieeelka przyjemność. Pozdrawiam serdecznie:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Marysiu:-) Już zakończenie nadchodzi szybkim krokiem, niestety albo na szczęście:))) Dla Elki pewnie na szczęście, bo ile można męczyć siebie i otoczenie;)
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dziękuję:)))

Tak późno się dziś przywitałam z Lapciem, że mam zaległości. Zresztą nie tylko za dziś ale i za wczoraj. Odrobię:) Dziś to naprawdę nie z mojej winy, okoliczności zewnętrzne zawiniły, a konkretnie – horror hydrauliczny przyszło nam przeżyć. Ja bym usiadła na ziemi, spuściła nogi na dół i wyła do słońca, bo to rano było i księżyc już się schował. Na szczęście Mąż złu zaradził, namęczył się co prawda z zatkanym odpływem w zlewie, odkręcaniem kolanka, czyszczeniem i takimi różnymi, co to ja nie wiem do czego służy i w ogóle co to takiego – ale poradził. Wielki jest!
W związku z owymi wydarzeniami poszłam do miasteczka piechotą w celu kupienia takiego „dzwonu” do przepychania, takiej przepycharki, bo się okazało, że nie ma, została na Ursynowie. Kupiłam, przy okazji odwiedziłam zielarnię, weszłam do weterynarza, żeby nabyć preparat dla Szilki chroniący przed
kleszczami, bo niedługo trzeba go powtórzyć (co 4 tygodnie), a także zaliczyłam piekarnię. Byłam też w Maxi Zoo zorientować się jakie szelki są dostępne, bo moja sunia ma trochę przyciasne. Nic dziwnego, jak do nas trafiła ważyła 12 kg. Z pierwszych szelek wyrosła szybko, dostała następne po Bimbrze (od Małego), który też wyrósł. I też nic w tym nie ma dziwnego, bo Bimber przywieziony jest ze schroniska. Teraz Szilcia waży 20kg. Wiem, że za dużo i już zmniejszyłam porcje jedzenia, tylko – nie jestem pewna, czy babcia D, w nocy nie podkarmia, a nad tym już nie mam kontroli, bo śpię. Poza tym po zabiegu zawsze pieski trochę tyją co wynika ze innego tempa przemiany materii. Rano i wieczorem robimy dłuższe spacery, po południu jest za gorąco, więc tylko na łąkę, siusiu i do domu. Psy są mądre, nie marnują niepotrzebnie energii, kładą się w najchłodniejszych miejscach i śpią. Reagują jednak natychmiast gdy zobaczą mnie w pobliżu puszki ze smakołykami, wiedzą kiedy odkręcam słoik z ich chrupkami i natychmiast są rześkie i wyspane. Potem znów zapadają w sen. Mówiąc szczerze, też bym chętnie zapadła:)))
Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za życzenia:))) I niech Wam się spełnią takie same:)))

27.07.2018

  • kotimyszkot Aniu, spóźnione, ale szczere życzenia najlepsze. Zdrowia, szczęścia i spełnienia marzeń! :))
  • kasiapur Super Aniu piszesz o tych swoich zwierzakach, tyle w tym ciepła, że wybraźnia
    mi się aż gotuje. Zawsze miałam czworonoga ( z małymi przerwami)… ale teraz
    w naszej sytuacji byłoby nieroztropnie go mieć. Chociaż ciężko mi o tym
    w ten sposób myśleć.
    Dobrego odpoczynku, oby nie za gorąco Ci było. Uściskuję :))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Myszokocie:-) Bardzo Ci dziękuję i odwzajemniam:))) Niech też Tobie się spełnią:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) A kotuś jakiś? Też się przytuli, ale wychodzić nie trzeba i może sobie sam chodzić wokół domu.
    Gorąco jest, albo raczej parno. Zaraz kwiatki podleję i idę z psami, już się Szilka podniosła i patrzy. Skitek śpi.
    Odściskuję i duuużo dobrego wysyłam do Ciebie, buziaki:)))
  • kolewoczy Odpływ pod zlewem odkręcić, kolanko przeczyścić?? Żartujesz?! Nie potrafisz tego? Toż to podstawowa arytmetyka dla gospodyni kuchennej 😉 Ja w kuchni nienawidzę cokolwiek robić, ale przeczyszczani zlewu musiałam się nauczyć, bo mam zwyczaj fusy wylewać do zlewu o to cholerstwo zapycha! No i dwa razy w roku wszystko to skręcam i rozkręcam, gdy odcinam i podłączam wodę w domku na wsi.
  • hanula1950 Dobrze, że moja koteczka nie wychodzi na spacery.
    Serdecznie pozdrawiam imieninowo.
    Przez upały nie otwierałam kompa, stąd spóźnienie.
  • emma_b zamiast preparatu wrażanego psu co 4 tygodnie (Advantix?) polecam obrożę Foresto (też Bayer), która załatwia sprawę na 8 miesięcy i jest mniej kłopotliwa, a w sumie tańsza.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kolewoczy:-) No nie potrafię za skarby świata. I nawet próbować nie będę. Gospodyni to może jestem, kucharka bardziej, gotować lubię, ale wszystko inne – nie, a fe. uszczelki, kolanka itp, sprawy to nie dla mnie. W życiu. Ale moja przyjaciółka Belcia potrafi:) Mąż jej nawet szlifierkę na imieniny sprezentował;)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Hanulko:-) Jak koty nie wychodzą – nie są narażone na niebezpieczeństwo. Z psami inna sprawa, trzeba je zabezpieczyć.
    Dziękuję i jeszcze raz – moc serdeczności:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Emmo:-) Fiprex stosowałam, teraz tańszy u weta kupuję, z takim samym składem. Foresto też miałam, skończył się czas ważności i z powodu remontu drogi nie dotarłam do sklepu poprzestając na kropelkach.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pyton

Paul O`Grady do tej pory kojarzył mi się z programem „Z miłości do psów”. Widziałam wiele odcinków, które pokazują życie psiaków trafiających do schroniska w Londynie. Warunki są tam wspaniałe, sama królowa Elżbieta odwiedza to miejsce, więc – podejrzewam – finansuje też. Trafiające akurat tutaj psy mają wyjątkowe szczęście, pomijając oczywiście powody dla których tu trafiły, a których lepiej, żeby nie było. Bardzo często psiaki znajdują nowe, kochające rodziny.
Tym razem przełączając kanały zobaczyłam przypadkiem nowy program z udziałem Paula O`Grady. Może nowy tylko dla mnie, nie patrzyłam na datę produkcji. Otóż przez dwa tygodnie przebywał w Indiach, gdzie poznał wspaniałych ludzi opiekujących się zwierzętami, dbającymi o ochronę zagrożonych gatunków, sierotami misiów, słoni, nosorożców (tu się zdziwiłam, braki wiedzy się kłania). Był między innymi w ośrodku SOS dla zwierząt, gdzie pomagał jak każdy zwykły pracownik. Mnie się cieplej na sercu robi, gdy widzę ludzi niosących pomoc bezbronnym zwierzętom, skrzywdzonym przez innych przedstawicieli homo sapiens. Chciałoby się powiedzieć „to nie ludzie”. A że mają postawę wyprostowaną, to i cóż z tego?
Jednym z pacjentów ośrodka był pyton tygrysi, czyli taki, który gdzieś nad Wisłą przebywa. Miał 3 metry długości i ważył 30 kg. Był pokaleczony, trzeba było zrobić opatrunek i kurować gada. Dowiedziałam się, że pyton otoczenie rozpoznaje po zapachu, jego długi, rozdwojony język te zapachy rozpoznaje.
Jest gatunkiem prawie zagrożonym, zajęto się nim w ośrodku z wielką troskliwością, jak zresztą każdym stworzeniem potrzebującym pomocy.
Mimo wszystko dobrze, że takie wielkie węże nie są u nas normalką. Nie lubię niczego, co pełza. Pociągów i tramwajów też się boję, choć to głupie, bo z nich korzystam.

25.07.2018

  • kotimyszkot Szlachetna jest pomoc każdemu zwierzakowi.. ale jednak oko w oko z pytonem, to bym nie chciała stanąć 😉 W naszych schroniskach psiaki nie mają luksusów, ostatnio brałam udział w zbiórce karmy i koców dla takich miejsc, choć to kropla w morzu potrzeb..
  • bognna Pytona raczej miloscia nie darze, ale bezdomne zwierzaki wspieramy nieustannie:)
  • babciabezmohera A tego naszego chyba nadal jeszcze nie znaleźli, w każdym razie nic na ten temat nie słyszałam.
  • urszula97 No niestety nie pałam miłosćia do pełzaków,ciekawe kto go miał bo a ZOO to chyba mogą się doliczyć,jest to niebezpieczne.
  • veanka Wychowałam się wśród zwierząt (w leśniczówce), więc zwierzęta bardzo lubię.
    Do pełzających jednak nie jestem przekonana, kiedy spotykałam zaskrońca lub padalca, omijałam je dużym łukiem, mimo, ze nie są niebezpieczne.
    Mam duży szacun dla ludzi, którzy opiekują się takimi zwierzętami, których ja się po prostu obawiam(?), nie lubię(?)…
  • kobietawbarwachjesieni Nie lubię węży. Wolę ich nie spotykać na swojej drodze.
  • fusilla ANIU! SERDECZNOŚCI NA IMIENINY! DUŻO ZDROWIA, SZCZĘŚCIA I CIEPŁEGO Z PUCHATYM! :-)))
  • kasiapur Aniu miej się zdrowo ! Spełnienia marzeń tych najbardziej osobistych !
    W ogóle wszystkiego najpiękniejszego dla Ciebie a przede wszystkim
    dobrych ludzi na Twojej drodze ! Ściskam mocno, buziaki imieninowe :)))
  • babciabezmohera Najlepszego imieninowego, Aniu! :))
  • mmzd Aneczko Kochana ! najserdeczniej Cię ściskam imieninowo – wszystkiego naj, naj, naj !!!
    Magda
    ps. węże lubię (nawet bardzo), ale z sześciometrowym pytonem to niekoniecznie chciałabym się spotkać sam na sam.
  • emma_b też nie przepadam za stworzeniami bez piór i sierści, jednak bardzo szanuję osoby, które się nimi zajmują.
    Aniu, przyjmij ode mnie wprawdzie lekko spóźnione, ale bardzo serdeczne życzenia imieninowe.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Myszokocie:-) Cudnie:) Każda kropla, nawet w całym oceanie potrzeb, jest ważna. Ściskam Cię serdecznie:)))
  • annazadroza Bognno:-) Jak dobrze, że są ludzie wspierający biedne zwierzaki, które przecież przez ludzi są skrzywdzone, nie przez kogo innego. Uściski serdecznie:)))
  • annazadroza BBM:-) Jeszcze nie znaleźli pytona, za to jakieś inne węże się objawiły, np. w piwnicy. Wyjaśniło się, że na czas remontu mieszkania opiekun gada do piwnicy przeniósł, ale nic nie powiedział sąsiadom. Brr, nie chciałabym tam się znaleźć nie będąc przygotowaną na takie spotkanie.
  • annazadroza Uleczko:-) Podobno sprawdzili wszystkich zarejestrowanych właścicieli i gady są w domu. Więc to jakiś Tajemniczy Gad, jak potwór z Loch Ness;)
  • annazadroza Veanko:-) Wychowałaś się w cudownym miejscu:) mnie się leśniczówka kojarzy z cudownym, wolnym życiem na łonie natury i kontaktem bezpośrednim z najróżniejszymi zwierzętami. Oczywiście to spojrzenie z punktu widzenia dziecka.
    Oglądając ludzi w tv zajmujących się takimi wielkimi gadami z prawdziwym powołaniem
    myślę, że jednak nie dałabym rady:( Zdecydowanie boję się pełzających.
  • annazadroza Maryniu:-) Mam tak samo. Niech sobie żyją jak najdalej ode mnie.
  • annazadroza Fusilko:-) Dziękuję i wzajemnie, mocno przytulam:)))
  • annazadroza Kasieńko:-) Dziękuję za piękne życzenia:) Niech się takie same Tobie spełnią. I odzywaj się. Buziaki:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję i odsyłam takie same do Ciebie:)))
  • annazadroza Magduś:-) Dziękuję za życzenia baaardzo:)))
    Jeśli lubisz węże, to jesteś rzadkością;) Może jesteś z roku Węża? Buziaki:)))
  • annazadroza Emmo:-) Pióra i kudełki są niezbędne, żeby pogłaskać i potarmosić było za co. Gada nie dotknę, szczególnie dużego. Problem miałam z jaszczurkami u Małego, kiedy je musiałam karmić podczas wyjazdu młodych. Ale one malutkie, więc w końcu się przełamałam i wzięłam do ręki, takie śmieszne stworzonka, a łapki mają jak ludzkie ręce. Może to nasi bliscy krewni?
  • annazadroza Emmo! I dziękuję za życzenia:)))
  • mmzd 🙂 Aniuś, z Roku Psa, i z Dnia Psa na dodatek 🙂
    A`propos jaszczurek, to w sumie szkoda, że nie jesteśmy z nimi spokrewnieni, może i nam by odrastały, jak im, utracone … hmmmm … ogony ;);););)
    Mogę spytać, jakimi jaszczurkami się opiekowałaś?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Magduś:-) Nic zatem dziwnego, że psy kochasz tudzież inne zwierzaki:)
    Ja jako Byk z roku Konia wyczytałam, że mam siłę słonia;) Tylko wyczytałam, nie poczuwam się. Co do dnia – nie wiem, jakoś nie sprawdzałam, muszę poszukać.
    Odrastanie – czegoś tam- urwanego na przykład, bardzo by się czasem przydało, to fakt. Ale czasem… może niekoniecznie….
    Jaszczurki to gekony. Mały mi wczoraj powiedział, że jedne to lamparcie, a drugie – już zapomniałam, bo nie zapisałam, – orzęskowane czy jakoś tak.
  • mmzd Orzęsione 🙂 – jedne i drugie cudne. A u lamparcich najbardziej lubię urocze tłuściutkie ogony 😉 ( oznaka dobrej formy )
    buziak !
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza Magduś:-) Ogonki faktycznie śmieszne i tłuściutkie:)
    Uściski:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 55

Przez pierwszy okres przyjmowania leków przez panią Wacię Kasia nie zauważyła różnicy w zachowaniu teściowej. Potem jednak dało się odczuć pewne złagodnienie, powolny zanik agresji, coraz mniej złośliwości. Nie śmiała w to z początku uwierzyć, ale stopniowo nabierała nadziei, że leki są odpowiednio dobrane i skutecznie zwalczają objawy najtrudniejsze do zniesienia przez otoczenie, powstrzymując chorobę choć przez pewien czas. Nie mogąc czegoś znaleźć, co zdarzało się oczywiście bardzo często, bo pamięć szwankowała, szczególnie ta krótkotrwała, prosiła o pomoc w odszukaniu zagubionego przedmiotu. Nie atakowała już, nie wietrzyła spisku. Wyglądało na to, ze mania prześladowcza została opanowana.

Oby jak najdłużej, pomyślała Kasia. Wierzyć mi się nie chce, że już będzie tak dobrze i cały czas czekam w napięciu na kolejny atak.

Siedziała na fotelu bujanym, pamiątce po tacie. Bujała się i spoglądała przez okno kominkowe. Widziała zieleń iglaków, które przez sześć lat urosły odgradzając ogródek od uliczki i zasłaniając przed przechodniami dawały odrobinę prywatności. Ponieważ w dalszym ciągu nie było bramy na posesję, zrobiła Kasia „indiański” płot z gałęzi powiązanych sznurkiem, ozdobiony wikliną i puściła po nim dzikie wino. Teraz już nie musiała się obawiać, że nagle i niespodziewanie jakiś nieproszony gość wejdzie do domu. Do tej pory będąc w kuchni wciąż miała wrażenie, że ktoś stoi na tarasie. Prawdą było, ze dzieciaki z osiedla często przychodziły skakać z tarasu na trawę albo bawiąc się w chowanego kryły się wśród iglaków. Nigdy nie wiedziała kiedy w oknie tarasowym pojawi się zaglądająca dziecięca buźka, a czasem bywało to niezwykle krepujące. Teraz wreszcie miała spokój. I co ważne – psy mogły bezpiecznie bawić się w ogródku kiedy przyjeżdżał Budyń albo Dżem, który zawsze radośnie witał się z domownikami, po czym biegł dotrzymywać towarzystwa Marcelince, którą pokochał przeogromnie. Zawsze patrzył przez chwilę na Kasię jakby chciał powiedzieć: kocham cię, przecież wiesz, ale muszę pilnować dziecka, rozumiesz, prawda?

Kasia uśmiechnęła się na myśl o Dżemiku.  Chciałaby go zabrać do siebie, ale w nowym miejscu bez niej, bo przecież była w pracy cały dzień, na pewno nie czułby się najlepiej. Kamil stwierdził, że to jego pies i nie będzie mu zmieniał miejsca pobytu, żeby się staruszek nie stresował bez potrzeby. A poza tym nie może tego zrobić Marceli.

Rozległ się sygnał telefonu. To Adelka.

– Słuchaj, nie masz w domu psa.

– Tutaj nie mam – zgodziła się Kasia.

– Najwyższy czas, żebyś miała – stwierdziła stanowczo Adelka.

– Ja bym chciała, nawet bardzo – odpowiedziała Kasia z tęsknotą w głosie. – Ale Kamil nie odda mi Dżemika, bo Marcelinka bez niego żyć nie może. Tak się zaprzyjaźnili, że koniec świata.

– Pewnie, że nie można dziecku robić krzywdy. Staruszkowi zresztą też. Kaśka, ty wiesz, że nasze psy są już stare? – zastanowiła się po czym ciągnęła dalej. – A teraz słuchaj uważnie. Na działkę kolegi Mietka przybłąkała się śliczna suczka. Czarna, średniej wielkości. On ma już dwie, trzeciej nie weźmie. Zresztą by ją zeżarły bo jest spokojna, łagodna, bez grama agresji.

– I co, znalazłaś jej dom?

– A jak. Uważam, że idealna byłaby dla ciebie – oznajmiła.

– Ale ja nigdy nie miałam suki!

– Zawsze musi być ten pierwszy raz – zaśmiała się Adelka przypominając sobie pobyt na komisariacie koło Krystianówki.

– Nie wiem czy uda mi się przekonać Mikołaja. On lubi zwierzaki, ale z daleka i na chwilę. Nie miał nigdy swojego więc nie tęskni, nie wie jak to jest mieć w domu takie kochane i kochające stworzenie.

– Proponuję ci się sprężyć. Lato się skończyło, a zimy taka bida na działkach nie przeżyje. Jest zbyt dobra i zbyt łagodna, aby walczyć z innymi o przetrwanie – oznajmiła Adelka.

W ten sposób skończyła się Kasina chwila spokoju. Oczyma duszy widziała suczkę w domu. Przed oczami – jak napisane na komputerze – wyskoczyło imię Szira i od tej chwili poczuła się związana niewidzialną nicią z biednym stworzonkiem. Kilkakrotnie podchodziła do Mikołaja nawiązując do tematu. Odpowiadał, że teraz nie, kiedyś, potem, w przyszłości…Wreszcie przyparła męża do muru (a raczej do ściany). Dyskutowali prawie całą noc przekonując się nawzajem o słuszności swojego zdania, argumenty z obu stron padały najprzeróżniejsze. .. Wreszcie Mikołaj miał serdecznie dość.

– Pamiętaj, nawet jak będziesz miała grypę to ja z nią nie wyjdę – zakończył.

Kasia uśmiechnęła się w głębi duszy pewna zwycięstwa. Przytaknęła, że oczywiście, zawsze sobie radziła i teraz też sobie poradzi. W sercu zaczęły jej śpiewać skowronki choć na zewnątrz zły humor Mikołaja kładł się wokół niczym szary kurz.

Kamil pojechał z Adelką po Szirkę. Towarzyszyły im Emilka z Marcelinką oraz Dżemik, który od początku potraktował sunię jak członka swojego stada, a ona jego chyba jak wybawiciela. Szira spędziła z nimi tydzień na tak zwanej resocjalizacji ponieważ Emilka chciała zaprowadzić ją do lecznicy na pętli na przegląd, sprawdzić jej zachowanie w różnych sytuacjach. Emilka jako wolontariuszka jeździła w weekendy do schroniska, ukończyła kurs na psiego behawiorystę, kochała zwierzaki i dlatego ucieszona, że jedno stworzenie ma szansę na normalne życie, z całego serca zajęła się czarną suczką. I wreszcie Szirunia została nową mieszkanką Kasinego domku.

Tak jak było do przewidzenia Mikołaj pokochał Szirunię miłością przeogromną oraz odwzajemnioną. I – żeby nie było wątpliwości – to ona rządziła w tym związku, co Kasia wciąż obserwowała nie posiadając się z radości. Zaś dla pani Waci obecność Szirki równała się kontaktowi z najlepszą terapeutką. Starsza pani zaczęła się uśmiechać, okazywała swe przywiązanie suni głaszcząc przy każdej okazji, szczebiocąc jak do małego dziecka, ciesząc się gdy suczka przychodziła na pieszczotki do „babci”. Cała sytuacja okazała się kolejnym dowodem na ogromną rolę i skuteczność każdej formy dogoterapii.

Kasia nareszcie poznała okolicę, odkryła różne zakamuflowane przejścia, zlokalizowała Przytulisko Ami, dla którego przeznaczyła w ostatnim roku jeden procent z podatku. Dopiero teraz, mając przy sobie psa, poczuła się naprawdę w domu. Kiedy z jakiegoś powodu brała ją jasna cholera, po prostu przypinała Szirce smycz i wędrowały kilometrami dopóki jej nie przeszło.

Dżemik się cieszył przyjeżdżając do Kasi i bawił się z Szirunią jakby był szczeniakiem. Ona zaś go uwielbiała pamiętając z pewnością, że to on po nią przyjechał i zabrał ją z piekła.

Suczkę należało wysterylizować. Zabieg taki – lecz „koci” – Kasia przeżywała dwukrotnie, „psi” tylko w przypadku psic Elżbiety. Z Kicią miała Kasia przeokropne doświadczenie, bowiem kotka „wyszła” z kubraczka zabezpieczającego miejsce po operacji i rozlizała sobie szwy. Przerażona Kasia uchwyciła kotkę tak, by rana była zamknięta i wraz z Kamilem pognali do Krzysztofa. Kamil nie był w stanie zaasystować przy zszywaniu krwawej rany, zbladł i prawie padł. Kasia dała radę jak to kobieta, musiała. Potem już nie spuszczała Kici z oka. Nawiasem mówiąc Kicia miała operację w ostatniej chwili, wywiązało się tak zwane powszechnie ropomacicze i groziła jej śmierć. Kasia postanowiła wtedy nigdy więcej żadnej psicy czy kocicy nie narażać na bezpośrednią groźbę utraty życia sterylizując zawczasu.

Po operacji suczki Kasia z Mikołajem przeżyli koszmarne chwile. Szira nie dała się ruszyć  płacząc na cały głos przy najmniejszej próbie zmiany pozycji, nie chciała jeść ani pić, nie było jak „wyjść do toalety”. Kasia poiła ją wlewając łyżeczką wodę do pyszczka, karmiła podstawiając pod sam nos pachnące zachęcająco jedzenie. Wyniesienie suni na trawnik w ogródku celem wysiusiania zakończyło się lamentem na całą okolicę, a opiekunowie sami o mało nie padli trupem. Nocną opieką podzielili się w ten sposób, że Mikołaj siedział przy Sziruni na dole do godziny czwartej rano. Wtedy wstawała Kasia i zmieniała męża, który szedł spać. Czuwała bojąc się, żeby nie zdarzyło się to samo co z Kicią. Obchodziła się z sunią jak z dzieckiem, albo raczej jak kobieta z kobietą po operacji.

Nigdy w życiu więcej suki przed sterylizacją – myślała kompletnie wykończona.

Tak było przez cały okres rekonwalescencji Szirki. Obyło się na szczęście bez komplikacji i po czasie zgodnym z zaleceniem lekarza wróciła do zachowania właściwego zdrowej, trzyletniej, szczęśliwej suczce.  Kasia była zauroczone jej łagodnością, dobrocią, taką jakąś miękkością – słowem: kobiecością. To różniło ją zdecydowanie od psów, które Kasia w ciągu swego życia miała. Kochała ją cała rodzina dwunożna oraz Dżem z Budyniem oczywiście też.

24.07.2018

  • urszula97 Pięknie,pięknie,pięknie,brawo.
  • annazadroza Urszulko:-) Dziękuję, dziękuję, dziękuję:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tylko spokój

Wisielczego humoru ciąg dalszy. Spojrzałam na wczorajszy wpis. Powinnam napisać, że każdy zwykły Kowalski, normalny szary człowiek nie zdaje sobie sprawy, że już jest albo za chwilę będzie Szarym Człowiekiem. Jaka krótka jest ludzka pamięć, zatrzymuje się tylko nad tym, co potrzebne, co pasuje, co przydatne w danej chwili. O Nim już wszyscy zapomnieli, a należy Mu się cześć i szacunek.
https://oko.press/piotr-s-szary-czlowiek-zyje-czesc-pamieci/
Dzisiaj Święto Policji, formacji, która cieszyła się poważaniem i zaufaniem społeczeństwa. Teraz to społeczeństwo zacznie się zastanawiać, czy wołać „policja” w chwili zagrożenia, czy – bojąc się tej policji właśnie – samo zacznie wymierzać sprawiedliwość. Boję się. „Idzie dzień sądu przez Dzikie Pola…” . Ja tylko chcę spokojnie żyć w normalnym państwie, nic więcej.

24.07.2018

  • e.urlik Żyć normalnie i spokojnie chce większość ludzi na świecie. Gdyby nie było polityków, to może byłoby to możliwe? Całuski pacyfistyczne.
  • annazadroza Ewuś:-) Wystarczy mała grupka, by rozkręcić „imprezę”, od której może świat zapłonąć. A takich idiotów nigdy i nigdzie nie brakuje. Zauważyłaś, że polityce to w większości ludzie, którzy się do niczego innego nie nadają? Normalni ludzie pracuję, a jak komu się nie chce – idzie do polityki. Czerepach z „Rancza” się przypomina: „polityka z przyzwoitością nie ma nic wspólnego”. I to by było na tyle – też cytat.
    Uściskuję mocno:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Lucia Berlin „Instrukcja dla pań sprzątających”

20. VII. Trudno jest się skupić na pracy nad powieścią, ponieważ cały dzień w tv idzie sprawozdanie z obrad sejmu. Są to tak ważne sprawy, że nie da rady oderwać uwagi, choć wolałabym. W końcu w tej chwili nie mam żadnego wpływu na sytuację, ale nie mogę, „coś” mi każe śledzić bieżące wydarzenia. Dowiedziałam się nowej rzeczy, a mianowicie, że obywatele to chuliganeria. Do zdradzieckiej mordy i kanalii, drugiego sortu i in. już przywykłam, a tu proszę, coś nowego. Aha, a opozycja dostała aż (!) 30 sekund na wypowiedź. Rzeczywiście, po co więcej, zagadać się można na śmierć w tak długim czasie. Zachowanie i odzywki pisowych sztandarowych postaci jak Krystyna P. czy Stanisław P. odwracają uwagę od ważnych spraw obrażając w prostacki sposób swoich rodaków. Rok temu były tłumy ludzi przed sądami. Opozycja powtarzała „nie pozwolimy”. I co? Nic nie może. Naprawdę nic nie ma do powiedzenia, nie ma jej właściwie, nie potrafi się porozumieć nawet w imię celów wyższych. A najgorsze, że nie ma programu, nie mówi co po pisie. Ewentualnie oczywiście, bo przecież pis rządzić chce co najmniej 1000 lat.
Teraz jest poniedziałek 23.VII. Dopiero usiadłam przy Lapciu, nie miałam czasu wcześniej.
Wczoraj przeczytałam kilka opowiadań Lucii Berlin ze zbioru „Instrukcja dla pań sprzątających”, zachęcona recenzją. Zbiór wydany po śmierci autorki, z zachwytem przyjęty przez krytyków i czytelników – jak napisano. Odłożyłam, bo w obecnej chwili teksty były dla mnie zbyt przygnębiające. Mimo szczerych chęci – tylko tyle w temacie.
W ogóle „w czarnych barwach widzę świat” dziś pod każdym względem. Nie tylko politycznym, choć w tym jest podstawowe źródło problemów i stąd się rozprzestrzenia na wszystkie dziedziny życia każdego Szarego Człowieka. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że nawet tych nie chodzących na wybory to dotknie, prędzej czy później. Ale nic więcej nie powiem. Najtrafniej streściła rzecz całą Emma z Poddąbia na swoim blogu w gazetce.

23.07.2018

  • babciabezmohera Dorzucę jeszcze świrusy- według marszałka Karczewskiego. Coraz ciekawiej, prawda?
    Może im się nie uda sfałszować wyborów?…
  • urszula97 Ja już mam dosyć „takiej polityki”,niestety sporo osób jeszcze im ufa,jakby mogli to by po rękach całowali,pozdrawiam.
  • annazadroza BBM:-) Tak, jeszcze świry, to też nowiutkie, świeżutkie określenie – a moja babcia mówiła: jak kto kogo przezywa, tak się sam nazywa…
    Nawet się nie będą bawić w fałszowanie, już nie muszą… tak im się przynajmniej zdaje…
    Tu się kłania przysłowie o indyku – myślał indyk o niedzieli, w sobotę….
  • annazadroza Urszulo:-) Jakby bielmo na oczach mieli. Ale – jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze…
    Mimo wszystko – serdeczności moc:)))
  • emma_b jak dobrze, że nie mam telewizora, bo może bym nie wytrzymała i włączyła. czuję się zaszczycona wzmianką o mnie w Twoim wpisie. buziaki
  • annazadroza Emmo:-) To ja się tak czuję, że trafiłam do Ciebie i mogę u Ciebie bywać:) Buziaki:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 54

Promocja książki odbyła się bez przeszkód, w miłej i przyjaznej atmosferze, nie zdarzył się żaden przykry incydent co jest w tych czasach rzadkością. Pewnie z przyczyny, iż była ona, książka,  przeznaczona dla młodych czytelników, a gośćmi byli tłumnie przybyli znajomi i przyjaciele oraz ich znajomi i przyjaciele. Teresa nie pozwoliła się Eli ukryć, posadziła ją przy swoim stoliku obok Juranda. Po przywitaniu przybyłych i kilku wstępnych słowach wyjaśniających cel spotkania, dołączył do nich właściciel lokalu. Przy sąsiednim stoliku usadowiła się Adelka z Adamem oraz Kasia z Mikołajem, zaraz obok Rafał z Olą i Robert z Ewą. Dalej jak się komu udało. Elżbiecie mignęli z daleka synowie Teresy, Dorota z rodziną, nawet Marianna z Herbertem się pojawili, Aldonę tez chyba zobaczyła, a potem już jej się wszyscy zlali w jedno.

Jak zaplanowały przyjaciółki, tak się stało. Na zakończenie obie bohaterki wieczoru zostały obdarowane imponującymi bukietami pięknych róż, Teresa różowych, Elżbieta pąsowych, wręczonymi przez Winicjusza. Ela była pod nieustającym wrażeniem obecności ojca Marysi i trudno jej było rozsądnie myśleć. Zapamiętała własne zdziwienie na widok obu swoich latorośli oraz ich małżonek zdających się być w znakomitej komitywie z Marysią, jej ciotkami oraz, co najbardziej niespodziewane, z Winicjuszem właśnie. Goście pomału opuszczali lokal, została jedynie „ursynowska mafia”, do której teraz i Winicjusz się zaliczał od kiedy mieszkał na Kabatach, oraz Zenek z Krysią jako sąsiedzi Ursynowa, czyli mieszkańcy Służewia nad Dolinką.

Na drugi dzień rano Elżbieta obudziła się z bólem głowy. Właściwie to została brutalnie obudzona przez Adelkę żądającą od niej natychmiastowego wyjścia z psami. A dokładniej przez własne psice, które za przyczyną ciotki Adelki rozszczekały się jak szalone. Elka musiała natychmiast się podnieść w celu przywołania ich do porządku oraz zmuszenia do zaprzestania zakłócania porannego niedzielnego wypoczynku pracującym przez cały tydzień ludziom. Rozbudziła się wreszcie na tyle, by wpuścić przyjaciółkę do domu.

– Litości, kobieto, daj oprzytomnieć, głowa mi pęka – jęknęła.

– A Gamie zaraz pęcherz pęknie jak się nie sprężysz – huknęła Adelka. – Albo obu naraz, bo Becie też.

– To już tak późno? – Ela spojrzała na zegar wiszący na ścianie.

– Artystko droga, gdyby nie twoje wczorajsze święto, to bym ci głowę zmyła.

– O matko, nie! I tak mnie łupie. A jak krzyczysz to jeszcze bardziej.

– Małpa! Przeze mnie cię boli? A kto ci kazał wczoraj tyle pić? Ja?

– A kto mi powiedział, że od jednej lampki wina jeszcze nikt nie umarł?

– Może zaczniesz mi wmawiać, że kazałam ci je popijać „mieszanką wybuchową”?

– No nie, ale była taka dobra…

– To się męcz. Tylko szybko, bo Gama już prawie sika oczami, a Beta ledwo przestępuje z nóżki na nóżkę…

– Już, już lecę…

Wczorajszy wieczór zakończył się w „Filiżance” kulturalnie i o przyzwoitej porze. Potem jednak przyjaciółki postanowiły ufetować Elżbietę u Adelki w domu i jakoś tak wyszło…Zapamiętała słowa Kasi a potem już nic, czarna dziura.

– Dobra książka jest jak podróż – powiedziała Kasia. – Czytasz i odrywasz się od realu, całkowicie wchodzisz w rzeczywistość książkową, bohaterowie stają się żywymi osobami. Kończysz i żal, że już z podróży wróciłaś. Potrzebna chwila na oprzytomnienie. Przynajmniej ja tak mam. W Szczawnicy w mieszkanku jest mnóstwo książek najprzeróżniejszych, więc nie musisz, Elcia, niczego zabierać, z pewnością coś ci przypasuje.

Elci właśnie puściły nerwy i z przyjemnością dolewała sobie z dzbanka coś, co smakiem i wyglądem przypominało babciny kompot, no, może było nieco mocniejsze. Dużo mocniejsze. Mocne jak jasna cholera! O tym się jednak przekonała dopiero próbując podnieść się z krzesła. Uczynne przyjaciółki zatroszczyły się o bohaterkę wieczoru, psice zostały wyprowadzone, Elcia ułożona do snu, z którego tak brutalnie wyrwała ją nazajutrz Adelka.

Po spacerze, po kawie i śniadaniu, po całkowitym dojściu do siebie zobaczyła na stole zostawioną przez Adelkę kartkę. Coś o niej mówiła, ale nie mogła sobie przypomnieć o co przyjaciółce chodziło. Wzięła do ręki papier zapisany pismem na pewno nie Adelki. Ciekawe czyim. Zaczęła czytać.

 W ciągu całego życia człowiek wciąż staje przed nowym wyzwaniem. Często zatrzymuje się w momencie gdy jeszcze nie wie dokąd pójdzie, stoi na rozdrożu, waha się i szuka drogi, którą pójdzie dalej. Aby mógł podążać z podniesioną głową niech idzie z nim ramię w ramię sprawiedliwość, tolerancja oraz życzliwość dla wszystkich żywych istot.

Pokręciła głową z zadziwieniem. Ona tak samo uważa, ma takie samo zdanie, gdzieś to słyszała…No przecież! Przecież to Winicjusz mówił na promocji, to jego bazgroły trudne do odczytania ale ona już je odczytać potrafi. Tym razem nawet gładko poszło. Odwróciła kartkę na drugą stronę i czytała co było tam napisane

Ludzkie życie to pasmo bezustannych przemian. Zmienia się nasze spojrzenie na świat i ludzi co wynika z wciąż zwiększającej się sumy naszych przeżyć i przemyśleń. Dzieje się to zawsze w najbardziej odpowiednim momencie choć często – dopiero patrząc z perspektywy czasu – zdajemy sobie z tego sprawę. Wtedy dociera do nas prawda, że przeszłość to niezbędna droga, która doprowadziła nas do chwili obecnej. A najważniejsi są ludzie. Zmienia się czas, zmieniają się miejsca a ludzie pozostają.

W zamyśleniu odłożyła kartkę. On ma absolutną rację, ludzie są najważniejsi. Czas się zmienił, ale w całej jego rozciągłości liczył się konkretny człowiek, dla niej wciąż ten sam i taki sam mimo upływu lat. Chyba naprawdę nadeszła ostatnia chwila na pozytywne zmiany… Jakie zmiany? Na zmądrzenie wreszcie, na nabranie rozumu! Rozumiesz Elka?!

20.07.2018

  • kobietawbarwachjesieni Pięknie Winicjusz napisał o życiu. Wcale nie dziwię się Elce, że przygląda mu się z uwagą i z coraz większą sympatią.
  • annazadroza Marysiu:-) Bo Winicjusz to świetny facet jest:))) Jak to w bajkach…
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz