Żądze rządzących

Obok wpisu „Depresja patriotyczna” pojawiła się reklama : „Polecani Psychiatrzy…”. Obśmiałam się jak dzika norka. To nie nam, zmagającym się z ową jednostką chorobową potrzebny psychiatra, tylko tym, którzy są jej przyczyną. Ale cóż, na szczytach władzy zawsze dochodziło do najprzeróżniejszych ekstremalnych sytuacji: zabójstw, morderstw, afer, układów, skandali na różnym tle. Żądza władzy oraz inne żądze rządzące rządzącymi dochodziły od wieków do głosu tak skutecznie, że ulegali im próbując potem zakamuflować swe winy uciszając niewygodnych świadków.
Przyfrunęły do mnie takie myśli podczas oglądania (wciągnęło mnie) na kanale Viasat History filmu o dwóch siostrach. Czyli o Marii i Elżbiecie, córkach angielskiego Henryka VIII, którego znamy jako typa pozbywającego się kolejnych żon. Co te dziewczyny przez „tatuśka” przeszły – mniej więcej każdy wie, niejeden serial traktował o losach Tudorów.
Potem był następny film o angielskiej monarchii, o Albercie Wiktorze, wnuku królowej Wiktorii, który miał być następcą tronu. Pechowy to jednak człowiek był, znany głównie z tego, że posądzano go o związki ze sprawą Kuby Rozpruwacza (do dziś zagadka nie została rozwiązana), z płaceniem za seks nieletnim chłopcom, z nieślubnym dzieckiem rzekomo urodzonym mu przez modelkę. Zostania królem się nie doczekał. W 1892 roku – tydzień przed dwudziestymi ósmymi urodzinami – zmarł. Świętując owe zbliżające się urodziny nabawił się przeziębienia, które przeszło w zapalenie płuc.
Tym sposobem królem w 1910 roku został Jerzy V. Był lubiany, przeprowadził kraj przez I wojnę światową, cieszył się lojalnością i przywiązaniem brytyjskich żołnierzy. Nie miał najlepszego zdrowia, ale ukrywano to przed opinią publiczną. W 1915 roku spadł z konie i złamał miednicę. Poza tym – chorował na
opturacyjną chorobę płuc. Palił dużą ilość papierosów, co było jedną z przyczyn, a drugą – jakość powietrza w Londynie w ówczesnym czasie (powinno nam się zapalić czerwone światełko!!!), które było potwornie zanieczyszczone przez dymy z kominów fabrycznych. Zachorował król na zapalenie płuc, ropnie w płucach wywołały posocznicę. W 1928 roku przeszedł dwie ciężkie operacje. Królewskim lekarzem był Bertram Dawson, operację przeprowadził sam, otworzył chorego, ropę ściągnął strzykawką. Rodzina uważała, że uratował królewskie życie i zyskał odtąd tytuł lorda, oraz nieograniczony dostęp do króla wraz z możliwością samodzielnego podejmowania decyzji w kwestii leczenia Jego Wysokości.
Jerzy V poza słabym zdrowiem miał inny problem. Najstarszy syn, Edward, przysparzał mu wielu zmartwień, nie zachowywał się jak na następcę tronu przystało, ojciec nie mógł na nim polegać i bał się, że Edward zmarnuje dziedzictwo. Martwił się też sytuacją międzynarodową, bo Hitler i Mussolini dorwali się do rządów, a ludzie nie wyciągnęli wniosków z I wojny, niczego się nie nauczyli doprowadzając do kolejnego zagrożenia.
15 stycznia 1936 roku bardzo już chory, tracący przytomność król trafił do sypialni, której żywy nie opuścił. Zajmowała się nim pielęgniarka, od lat pracująca dla rodziny królewskiej, oraz osobisty lekarz.
20 stycznia 1936 roku o godz. 9.25 Dowson przekazał komunikat, że życie króla zbliża się ku końcowi. Przed północą oznajmiono, że król Jerzy V zmarł w wyniku komplikacji po zapaleniu oskrzeli. Około miliona ludzi przeszło przed wystawioną trumną pożegnać monarchę. Pokazane były zdjęcia i filmy, naprawdę nieprzebrany tłum stał oczekując na możliwość pożegnania monarchy ostatnim spojrzeniem.
Niby wszystko normalnie, ale – i tu dopiero ciekawostka – w 1986 roku okazało się, że prawdziwą przyczynę śmierci ukryto przed opinią publiczną, o czym przeczytano w odnalezionym dzienniku Bertrama Dowsona. Lekarz wstrzyknął królowi dawkę kokainy i morfiny, dwa zastrzyki dożylne zakończyły cierpienia króla. Ponoć uznał doktor, że ogłoszenie śmierci władcy w gazetach popołudniowych byłoby niegodne, powinno znaleźć się na pierwszej stronie porannego The Times. Przyspieszenie śmierci o kilka godzin spowodowało godne ogłoszenie tego faktu całemu Imperium Brytyjskiemu.
Do dziś akt Dowsona dzieli badaczy. Jedni uważają go za królobójcę, pierwszego od prawie 3oo lat, bo nie zapytał króla o zgodę, po prostu go zabił. Inni zaś za łaskawcę oszczędzającego cierpień swojemu królowi, a jego postępek za akt łaski, nie zabójstwo.
I jeszcze druga sprawa – podobno Dowson siostrę Jerzego też potraktował swoim skutecznym specyfikiem. Była (mam nadzieję, że nie pokręciłam) królową Norwegii, przyjechała zdrowa do Londynu, poczuła się źle, Dowson ją zoperował i zmarła. Oficjalnie na zawał serca.
Tak czy owak słowa Czerepacha z „Rancza” są wiecznie żywe i aktualne – „Lodziu, ależ polityka nie ma nic wspólnego z przyzwoitością”. !!!!!!!!!!

20.08.2018

  • babciabezmohera Historia jest ciekawa,pełna zagadek i niespodzianek.I nigdy do końca nie poznana…
  • urszula97 Nic dodać nic ująć,zgadzam się z Tobą.Ciekawostek się dowiedziałam o których nie wiedziałam ,czyli na wyspach była eutanazja pierwsza.
  • ciotkaeliza Bardzo lubię takie biograficzne opowieści.
  • krzysztof213 Tak czasy były nie pewne i inne .Ale czy na pewno as takie inne .
    Lecz i teraz świat patrzy na dramat i rządzący .
    Co będzie dalej za rok tego nikt nie wie …
    A tu człowiek człowieka omija jak w komentarzach . Wolałbym być w górach lub nawet jak będzie czas pójdę do lasu jak chodzi o komentarz bo zostaną ludzie co można policzyć na palcach jednej ręki.
  • annazadroza BBM:-) Nigdy do końca nie da się poznać tajemnic władzy. I w sumie dobrze…
  • annazadroza Urszulko:-) Myślę, że eutanazja była stosowana od początku świata, bo niejeden człowiek starał się ulżyć w cierpieniu osobie, którą kochał, kiedy nie miał już żadnej nadziei, żadnej możliwości poprawy jej stanu. Było to ukrywane w tajemnicy, bo nielegalne.
  • annazadroza Elizo:-) Zrobiłam placki z kapusty wg Twojego przepisu, bardzo nam smakowały, na zimno też pyszne:)
    Dzięki:)))
  • kolewoczy Chyba jednak „obturacyjne” to było 😉
  • annazadroza Krzysztof:-) Świat może inny, ale charakter człowieka aż tak bardzo się nie zmienia i wciąż rządzą nim te same uczucia.
    Ja też wolałabym być w górach, ale nie mogę na razie i nie wiem ile jeszcze czasu nie będę mogła. Niestety, nie można mieć wszystkiego. Jak masz las pod ręką i piękną przyrodę to korzystaj dla naładowania się energią.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Na tzw. dziś POCHP król jegomość chorował, to prawda.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

” O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 4

– Wakacje mają jedną bardzo niemiłą cechę: zbyt szybko mijają. To jest niesprawiedliwość i  oszustwo, bo czas w okresie letnich miesięcy płynie przynajmniej dwa razy szybciej. A nie powinien, dni przecież są długie – mówiła Matylda rozpakowując plecak i układając w szafie jego zawartość.

– Ledwo przyjechałaś i już gderasz jak typowa stara panna.

Mira, która dwa dni wcześniej wróciła do akademika, zdążyła już zrobić porządek z własnymi rzeczami. Siedziała teraz po turecku na swoim łóżku i przyglądała się przyjaciółce.

– Że panna, to się zgadza. Ale stara? Ty jesteś ode mnie starsza o całe trzynaście godzin, nie zapominaj o tym drobiazgu – odcięła się Matylda.

– Matyldo, czy musisz się ze mną kłócić od razu po przyjeździe? Ładnie tak krzyczeć na kobietę w odmiennym stanie?

Matylda znieruchomiała na moment, po czym rzuciła się na przyjaciółkę. Ściskała ją i całowała, obie zachowywały się jak szalone mając jednocześnie łzy wzruszenia w oczach. Nie zauważyły, że w uchylonych drzwiach stanął Marek i przyglądał im się kiwając głową z politowaniem.

– Mireczko, kochana, naprawdę? Nie wierzę! Powiedz, nie robisz mnie w konia? Cudownie, wspaniale, kiedy? No powiedz wreszcie! Pozwolisz mi je wziąć na ręce? Może będą bliźniaki? A jak trojaczki? Albo nawet więcej się trafia za jednym zamachem? Mówili w telewizorze, że dziesięcioraczki się gdzieś urodziły. Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? Nie będę ci już więcej dokuczała, dobrze? – przerwała dla zaczerpnięcia tchu.

– Zamilknij wreszcie – Mira wykorzystała przerwę. – W jaki sposób mam ci odpowiedzieć na wszystkie pytania, skoro pamiętam tylko ostatnie? A więc zgadzam się na to, żebyś mi więcej nie dokuczała.

Dopiero teraz usłyszały chichot Marka. Matylda spojrzała z oburzeniem.

– Dlaczego podsłuchujesz i podglądasz? Nie wstyd ci?

Mira w dalszym ciągu siedziała na łóżku i zwyczajnie płakała ze śmiechu. Co spojrzała na Matyldę i Marka, nowy atak śmiechu nie pozwalał się jej odezwać, a łzy płynęły ciurkiem po policzkach.

– Współczuję ci, kochany – wycharczała wreszcie. – Teraz przez całą ciążę Matylda będzie ci dokuczała.

– Przecież ja nie jestem w ciąży – spojrzał zdziwiony.

– Ale ona przyrzekła, że nie będzie mi więcej dokuczała, więc ty będziesz obrywał za mnie, za siebie oraz za całą resztę świata. Przecież to sadystka, która musi się nad kimś znęcać – tłumaczyła Mira złażąc z łóżka i sadowiąc się wygodnie na podłodze. – Mów, czego dowiedziałeś się o mieszkaniu.

– Nie mogłabyś usiąść przy stoliku jak człowiek? – przerwała Matylda.

– Cicho bądź, nie przerywaj. Teraz ja tu rządzę. Możesz mi podać ten stary jasiek do siedzenia.

– Masz – rzuciła poduszką. – Poczekaj aż ja będę w ciąży, wtedy ci pokażę. Teraz nie mogę cię denerwować – usiadła obok Miry na podłodze.

– Ty w ciąży… – zaczęła Mira, ale przerwała widząc groźne spojrzenie Matyldy.

– Jak ty potrafiłaś, to ja nie jestem gorsza – rzekła z miną pełną wyższości.

– Aha, tędy cię wiedli.  Rozumiem, że z tym grubym okulistą…

– To bezczelność! Będziesz teraz wykorzystywać moją obietnicę, żeby mnie bezkarnie dręczyć, tak? Pamiętaj, zemszczę się na Marku, żebyś wiedziała! Nie wiem czy on to przetrzyma.

– Oj, chyba będę musiała trochę przystopować, bo moje dziecko ojca nie zobaczy.

– Dobrze, że o tym pomyślałaś, to pierwszy przejaw zdrowego rozsądku – pochwaliła Matylda, – może jeszcze będą z ciebie ludzie.

Marek usiadł na dywaniku obok dziewcząt.

– Spokój dziewczyny, od tej chwili żadna nie ma prawa się odezwać bez mojej zgody, zrozumiano? – jęknął, chociaż chciał się wyrazić stanowczo i dobitnie.

Przyjaciółki nie miały siły protestować.

– Męski szowinista – zdołała cicho wycharczeć Matylda zanim jedyny facet w towarzystwie się znowu odezwał.

Okazało się, że miał wyjątkowe szczęście i znalazł pracę, którą mógł wykonywać studiując jednocześnie na ostatnim roku Politechniki. Co ciekawsze – tematycznie związaną z pracą dyplomową. Poza tym przyszli rodzice ustalili, że do urodzenia dziecka Mira  pomieszka w akademiku. Potem oboje przeniosą się do mieszkania, którą opuści właśnie w tym czasie ciotka Marka wyjeżdżająca do córki do Holandii.

–  A ślub? – spytała Matylda. – Nie macie zamiaru się pobrać?

– A po co? – spojrzała na nią spod oka Mira. – Przecież cały czas twierdzisz, że małżeństwo to kajdany i niewola. Przekonałaś mnie. Nie cieszysz się, że twoje na wierzchu?

– No tak – zawahała się Matylda, – ale w tej sytuacji…

– Proszę bardzo! I co z ciebie wyłazi? Kołtunka, zacofana, małomiasteczkowa, pruderyjna  stara panna! Może nam każesz jutro wziąć ślub, żeby nikt się nie dowiedziała, że panna młoda jest w odmiennym stanie? Pardon, błogosławionym, albo nie błogosławionym skoro przed ślubem, co? Pani Dulska się kłania, dzień dobry!

– Mirka! – zaczęła Matylda groźnym głosem, ale coś sobie przypomniała więc tylko wzięła głęboki oddech i spokojnie dokończyła. – Mów co chcesz, teraz ci wolno, ale potem…

Mira zachichotała radośnie i uściskała przyjaciółkę.

– Musisz przyrzec, że będziesz moim świadkiem, świadkową raczej. Ślub weźmiemy już po rozwiązaniu, gdy będziemy mieli mieszkanie. W każdym razie taki mamy plan. Wiesz, przez tę sukienkę… Pamiętasz? Kupiłam ją dawno temu na własny ślub. Po prostu ujrzałam ją i koniecznie musiałam ją nabyć. Marzyłam, że kiedyś wystąpię w niej jako panna młoda i to marzenie musi się spełnić. W przeciwnym razie byłabym smutna przez całe życie.

– To byłoby nie do zniesienia dla otoczenia – wtrąciła Matylda.

– Teraz już się w nią nie wcisnę, musi poczekać. No i włosy mi przez ten czas urosną, nie chcę udawać chłopaka na własnym ślubie. Potem dzieci nie wiedziałyby czy tatuś czy mamusia patrzy ze zdjęcia.

– A kogoś już wybraliście na świadka? – zainteresowała się Matylda.

– Zobaczymy, mamy jeszcze dużo czasu – odpowiedziała Mira obojętnie, ale w jej oczach zapłonęły na moment figlarne iskierki.

17.08.2018

  • urszula97 No i dalej się podoba,czekam c.d.
  • annazadroza Urszulko:-) Dzięki:)))
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Domki

Ranek powitał psiaki i mnie cudną mgłą snującą się nad łąką. We mgle z pewnością zniknęły jakieś zwierzaki, może locha z młodymi, może sarenki, bo i Szilka i Skitek „zawąchały się” tak, że nie mogłam ich odciągnąć od ciekawie pachnącego miejsca. Kiedy wreszcie ruszyły dalej, z ociąganiem i wciąż oglądając się za siebie, doszliśmy do torów i działek obok. Znad ogródków popłynęła woń oszałamiająca, ale dla mnie, moim czworonożnym przyjaciołom była obojętna:)
Na działkach – widocznych z drogi po której spacerujemy – przybyły dwa nowe domki. Drewniane. Jeden pomalowany na zielono, drugi w kolorze drewna. Z przyjemnością się przyglądałam, kiedy rósł zielony. Przy okazji każdego spaceru mogłam obserwować postęp robót. Na początku – przyjechała firma, przygotowała teren i stawiała budyneczek z surowego drewna. Podglądałam przez siatkę, między gęstymi liśćmi winogron. I tak wszystkiego nie udało się podejrzeć, bo część jest zasłonięta przez stary domek, taką altankę jakie się kiedyś na działkach stawiało. Kiedy wszystkie liście opadną, zerknę sobie dokładniej. Uwielbiam patrzeć na takie domki:) Potem pomalowano drewno na zielono, i ściany, i okiennice, i werandę. Jednym słowem jest jak domek z bajki.
Drugi domek, z bali, po prostu się pojawił. Nie było go i nagle jest! Tak ładny, że mogłabym w nim zamieszkać na zawsze:) Większy, z pięterkiem, bale zakonserwowane czymś, co pozostawiło naturalny wygląd drewna, przyciemniło tylko trochę. Pamiętam, że kiedyś sposobem na uzyskanie takiego efektu wizualnego i zabezpieczenia jednocześnie – było malowanie drewnianych budynków zużytym olejem samochodowym.
Na działkach mnóstwo ludzi, bo jeszcze wakacje, a wczoraj było święto, samochodów stojących przed bramkami też sporo. Liczyłam, ale w pewnym momencie skupiłam się na psiakach i przestałam. Musiałam trzymać się smyczy Skitusiowej, ponieważ Szilka zapragnęła energetycznej zabawy i tak skutecznie zaprosiła do niej Skitula, że tylko fruwałam na drugim końcu tej smyczy. Zabawę przerwał pociąg głośnym gwizdem. Szilkę przypięłam i mocno musiałam trzymać smycz, bo Skits boi się okropnie wielkiego, hałaśliwego potwora, który wagonów miał ze czterdzieści. Wcale mu się nie dziwię, też się boję, kiedy ziemia mi drży i dudni pod stopami, i muszę stać aż przejedzie, bo nie mam gdzie uciec stojąc przy samym płocie od działek. Na szczęście pociągi rzadko jeżdżą, to są tylko takie towarowe, do zakładu wiozą węgiel albo nie wiem co.

16.08.2018

  • urszula97 Bajeczne są niektóre altany bądź domki działkowe,niestety u mnie nadal nieotynkowana altana .Altana murowana wspólnymi siłami przez męża,brata,znajomego,syna .Dach pokryty papa,największe pomieszczenie wytynkowane,kibelek tez,gospodarczy w stanie surowym,zawsze są ważniejsze wydatki.
  • babciabezmohera Przyjemne takie spacery…
  • kotimyszkot Niektórzy na działkach mają luksusy, u nas w okolicznych raczej skromnie. Za duże ryzyko kradzieży i zniszczeń, domki więc małe, szarobure i niekuszące. Na szczęście właściciele nadrabiają pięknem natury dookoła nich i można oko nacieszyć małymi ogrodami 🙂
  • krzysztof213 Może już ludzie mieszkają tam na działkach .
    Tu raczej domki z drewna to biznes .
    I dobrze mieć kogoś bo psy choć i tyle ludzi co nie są dobrzy dla nich .A pies to taki zwierz nawet lepszy od człowieka ..
  • annazadroza Urszulo:-) Włamania na działkach to istna plaga. Miałam działkę taką z ROD, na niej malutką altankę kupioną razem z działką, takie coś, żeby się przed deszczem schować i narzędzia zostawić. Włamań było kilka, choć nie było co kraść. Turystyczne foteliki i leżak zniszczyli tak, że materiał porwany został a rurki aluminiowe zabrali. Innym razem wybili szybkę i do środka nawrzucali podartych szmat. Jak porąbali drzwi razem z zamkiem, to już przestałam zamykać, patykiem podpierałam a potem się działki pozbyłam, bo teraz mam maleńki ogródek koło domu i starczy.
    Murowana altana solidniejsza i przynajmniej nikt nie zniszczy do końca. A jak się często bywa i to w wiele osób, też działa odstraszająco na ewentualnych szkodników.
  • annazadroza BBM:-) Bardzo przyjemne i dlatego do życia jest potrzebny pies:) Dopóki Sziluni nie było, nie wiedziałam jak wygląda okolica. Z sunią zwiedziłam duuuży kawał terenu i wciąż odkrywamy nowe miejsca. Ze Skitulem trudniej, bo on nie lubi się męczyć, więc nieraz muszę go ciągnąć, ale co tam, nie szkodzi:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Obserwuję po drodze obok działek, że stare altanki są takie zwykłe, jak kiedyś, jak pewnie te, które widujesz u siebie. Natomiast nowe są cudne jak z obrazka. Myślę, że to nowi właściciele kupują działki od starych użytkowników z zupełnie innym nastawieniem niż było dawniej. Służą rekreacji, przyjemnemu spędzaniu wolnego czasu, są na nich boiska do siatki, nogi – widzę grające dzieciaki, są baseny, kwiaty zamiast warzyw, muzyka, talerze anten sat. tv, grill i dużo młodych ludzi. W tych nowych pięknych domach spędzają urlopy i weekendy przez cały rok, także zimą.
  • annazadroza Krzysztof:-) Zgadzam się w 100% – psy są wspaniałymi przyjaciółmi i towarzyszami życia, i są lepsze od niejednego człowieka, który nazwy „człowiek” nie jest godzien.
  • krzysztof213 Tylko czemu to tak smutne …
    I w sumie tyle ludzi ma psy sam lubię psy .
    Pozdr
    Bo bo gdzie ta miłość przez duże M oj napatrzyłam się .A może za bardzo wrażliwy jestem na tej kraj co rani a nie zawsze pomaga
  • emma_b domy z bali potrafią być zjawiskowo piękne, a bez psów nasze życie byłoby dużo uboższe. dom bez psa jest przeraźliwie pusty, no chyba że bryka w nim jakiś kot lub inny zwierzak.
  • ciotkaeliza Domki na działkach są piękne, niektóre wyglądają jak miniatura dużego,kiedyś takie urocze nie były.
  • annazadroza Krzysztof:-) Wrażliwym ludziom trudniej żyć, ale z drugiej strony – potrafią bardziej się cieszyć, dostrzegają drobiazgi, piękno, urok, uczucia takie, jakich mniej wrażliwi nigdy w życiu nie zobaczą. Poza tym – podobno sami wybieramy sobie wcielenie, los, aby jak najdokładniej przepracować naszą lekcję…
    Pozdrowienia serdeczne:)))
  • annazadroza Emmo:-) Domek z bali w Pieninach… och, pomarzyć dobra rzecz…
    Zgadzam się z Tobą, że dom bez zwierzaka jest pusty, okropny wręcz. Przy czym kot jest od czego innego, pies od czego innego:) Strasznie żałuję, że nie mogę mieć swojego kota (przez alergię Męża), więc chociaż osiedlowe pomiziam:)))
  • annazadroza Elizo:-) Kiedyś były takie „psie budki”, aby narzędzia schować i ukryć się przed deszczem, teraz niektóre są jak pałace;)

Dodaj komentarz

© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Depresja patriotyczna”

Kiedyś lubiłam parady, defilady. Jako dziecko rodziców należących podczas wojny do AK wyniosłam z domu patriotyczne wychowanie. Uwielbiałam naciągać rodziców i dziadków na opowiadania o ich młodości /tylko, niestety, taka głupia byłam, że wtedy nie spisywałam i uciekło:( /. Chodziłam z tatą w niedziele na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, stawałam na baczność słysząc Mazurka Dąbrowskiego, odczuwałam dumę i wzruszenie.
Teraz odczuwam wstyd i zażenowanie. Dziś święto Wojska Polskiego i parada. Z czego niby mamy się cieszyć, co świętować, po co paradować? Że helikopterów nie ma /za to uczyliśmy Francuzów jeść widelcem/, że wyższych oficerów – generałów i pułkowników wykształconych, otrzaskanych na misjach NATO -wskich, uznanych i cenionych w NATO – już nie ma, zastępują ich Misiewicze-Pisiewicze, /a przed pomocnikiem aptekarza stawali na baczność!!!/. Że się dali usunąć w cień nie robiąc niczego, by własne państwo uchronić od wejścia na drogę przeciwną do demokracji? Że policja zamiast bronić obywateli własnego państwa staje przeciw nim? Że PAD leci do Australii kupować złom za wielkie pieniądze jakbyśmy swego nie mieli dosyć? Że… wiele można byłoby wymieniać, tylko po co? Robią to mądrzejsi ode mnie znający się na rzeczy, specjaliści od np. prawa, bezpieczeństwa, obronności itd.
Już nie mam ochoty oglądać żadnych parad, słuchać oficjalnych wypowiedzi, w których co słowo to mijanie się z prawdą i obrażanie ludzi myślących. Może z wiekiem się wyostrza spojrzenie na świat, może jest bardziej krytyczne co wynika z doświadczenia życiowego. Może po prostu zapadłam na jednostkę chorobową nazwaną przez Jacka Federowicza „depresją patriotyczną”.

15.08.2018

  • Gość: [L.C] *.play-internet.pl Mam to samo. Zastanawiam się czy oglądać zmianę warty, ale zrezygnujnę. Jakoś nie wzruszam się na przemówieniach nowych władz. Niech to gęś kopnie. Co za czasy!!!!
  • babciabezmohera Mogłabym się podpisać pod Twoją notką. Parady też nie oglądałam. I tej depresji patriotycznej jakby coraz więcej. I uczucia niesmaku, i zażenowania…
  • emma_b na szczęście nie mam telewizora, więc dylematy czy cokolwiek oglądać mnie nie dotyczą. nie słyszałam o depresji patriotycznej. muszę przyznać, że szalenie adekwatna do rzeczywistości jednostka chorobowa…
  • kotimyszkot Przykre, ale niestety prawdziwe.. coraz mniej poczucia przynależności do państwa, szacunku do tradycji i chęci walki o cokolwiek. Smutne..
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Oglądając fragmenty defilady i słuchając pani komentatorki,miałem wrażenie,że przeniosłem się w stalinowskie lata 50 i słucham Polskiej Kroniki Filmowej/ takie kadzenie-dobro jedynej słusznej partii-dobrem narodu/. A wieczorem w TVN słuchałem wywiadu z gen.Różańskim/b. d-cą wszystkich sił zbrojnych/-odesłanego na emeryturę przez dobrą zmianę. Generał/nie staruszek,bo chyba przed 60/,po znakomitych amerykańskich uczelniach wojskowych/nie moskiewskich-co nie znaczy że nie są dobre/,który zajmował wysokie stanowiska w NATO,był tam wysoko oceniany,mający świetne osobiste kontakty z tamtejszymi generałami,stwierdził,że ci generałowie wielokrotnie go pytali-co się tam u Was wyprawia z armią. A u nas cóż,na stanowiska generalskie,które były niegdyś obsadzane przez osoby o dużym dorobku i doświadczeniu wojskowym,mianuje się teraz pułkowników,którzy w tempie niespotykanym nigdzie,awansują na stopnie generalskie.Największego szkodnika armii/Maciarewicza/fetuje się na jego urodzinach,a uzbrojenie wojska jest w stanie opłakanym.Tak samo ocena kadry dowódczej najwyższego szczebla przez NATO jest niska,podobnie ocena całego kraju na arenie międzynarodowej
  • annazadroza L.C./ BBM/ Emma/ Myszokot/ Obserwator — Kochani, co mogę odpowiedzieć na Wasze słowa? Gorzka, smutna, przykra prawda:(((
    A światełka w tunelu jakoś nie widać, mrok tylko…
  • bognna A ja po raz kolejny sie ciesze, ze nie mamy polskiej telewizji:))))
  • krzysztof213 Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odpowiedź i komentarz .
    Polska to i tak dziwny kraj i nie oglądałem bo nie każdy ma czas na te sprawy .
    A tak co mają mówić że mają kłopot i kłopoty w wojsku jak cały świat tego słucha ..
  • annazadroza Bognna:-) Swoją drogą, czy to nie smutne, że się z tego cieszysz?
  • annazadroza Krzysztof:-) Masz absolutną rację, dziwny kraj, bardzo dziwny. O naszych kłopotach cały świat wie, bo mamy dobę internetu, informacje rozprzestrzeniają się natychmiast z ogromną szybkością. Ale to dobrze, bo tylko w ten sposób można się ratować, a nie zamykając się jak w – średniowieczu – za murami. Poza tym świat widzi, że nie cały kraj jest taki sam, że normalni ludzie też tu żyją i chcą być w Europie, a nie w zadupiu.
  • krzysztof213 Przykro mi to pisać czy jest Europa jeszcze jaką miała być czy raczej z historycznego punktu widzenia bardziej Rzym . Gdzie Polacy muszę i wyjeżdżają za chlebem aby i tak w sumie ciężko pracować dla kogoś . Gdzie nieraz niestety człowiek człowiek nie chce znać . Zgniłe społeczeństwo i tak mamy i nic nie poradzisz na to że zadupie co nieraz jest naprawdę lepsze niż ta nowoczesność cała …
  • ciotkaeliza Pewnie większość ludzi tak myśli i czuje jak Ty, od nas wszystkich zależy czy się to zmieni.
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 3

Owego pamiętnego wieczoru po ostatnim w sesji zdanym egzaminie Matylda postanowiła odwiedzić panią Martę. Kuzyn Nikodem dawno wyjechał, toteż nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo i z przyjemnością rozmyślała o wizycie.

Z ruchliwej ulicy skręciła w boczną, prowadzącą do tutejszej oazy zieleni i po chwili zostawiła za sobą zgiełk wielkiego miasta pogrążając się w ciszy i spokoju starego parku. Nad sadzawką unosiła się leciutka mgiełka zdająca się falować w takt żabiego rechotu, żabiej pieśni powitalnej na cześć księżyca. Stare drzewa leniwie poruszały najmniejszymi gałązkami, leciutki, ciepły wiaterek biegał wokół Matyldy bawiąc się falbankami jej sukienki. Na ostatni egzamin założyła swoją ulubioną, białą w bladoróżowe kwiatuszki, z falbanką na dole i szeroką szarfą w pasie, dekoltem karo i bufiastymi, krótkimi rękawkami. Jasne włosy zwinęła w węzeł na karku.

Odetchnęła głęboko cudownym, świeżym powietrzem. Była przekonana, że nikogo w pobliżu nie ma, przynajmniej nikogo widać nie było. Komu z zabieganych mieszkańców miasta przyszłoby do głowy spacerować po parku wieczorem w samym środku tygodnia? Nad stosunkowo szerokim rowem doprowadzającym wodę do sadzawki przerzucony był półokrągły mostek zdobiony piękną, ażurową balustradą. Szczęśliwa, odprężona stanęła na mostku. Lekki wiaterek zdawał się za nią gonić po parku. Poczuła się jak wtedy, gdy będąc małą dziewczynką całymi dniami biegała po polach i łąkach rozciągających się niedaleko domu w rodzinnym miasteczku. Rozłożyła ręce jak ptak skrzydła do lotu wdychając czerwcowe powietrze przesycone zapachem kwiatów. Metalowe wsuwki podtrzymujące włosy zdawały się przyszpilać ją do ziemi uniemożliwiając wzniesienie się w przestworza, więc je wyjęła. Uwolnione włosy koloru sosnowego drewna rozsypały się wokół całej postaci sięgając szarfy związanej z tyłu na kokardę. Z przymkniętymi oczami  podjęła zabawę z wietrzykiem, który natychmiast – wpadając między niesforne loki – zaczął się bawić w chowanego z ostatnim słonecznym promyczkiem nie mającym ochoty na sen.

Taki właśnie obraz ukazał się oczom mężczyzny wychodzącego wąską ścieżką zza ogromnej kępy kwitnących jaśminów rosnących po przeciwnej stronie parku niż ta, z której przyszła Matylda. Przystanął i pokręcił głową z ogromnym zdumieniem.

– Przecież jestem zupełnie trzeźwy, a ostatnio nawet byłem przy zdrowych zmysłach – szepnął do siebie. – Jakim cudem pod koniec dwudziestego wieku, w samym środku wielkiego miasta widzę nimfę, rusałkę, czy ja zresztą wiem, co widzę?

Zaintrygowany niezwykłym zjawiskiem cichutko wycofał się poza jaśmin nie chcąc spłoszyć dziewczyny. Trzasnęła jakaś gałązka. Matylda natychmiast wróciła do rzeczywistości, otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Nie zobaczywszy nikogo uspokoiła się. Zbiegła z mosteczka na wąską ścieżkę prowadzącą do alejki wysadzanej różami. Stamtąd niedaleko było do cichej, spokojnej uliczki, przy której stał domek pani Marty.

Idąc szybkim krokiem wymachiwała małą, białą torebką na cieniutkim paseczku. Miała w niej indeks, chusteczki higieniczne i – prawie pustą – portmonetkę. Wymachując zawadziła o jakąś wystającą gałązkę i nagle paseczek pozostał w ręce, a torebka w kształcie koperty poszybowała gdzieś i zniknęła.

– O rety – jęknęła Matylda. – Jak ja ją teraz znajdę? Zaraz się zrobi całkiem ciemno!

Dobiegła do miejsca, gdzie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa mogła upaść zguba, przeszukiwała trawnik i klomby coraz bardziej zmartwiona.

– Przepraszam, czy nie tego właśnie pani szuka? – usłyszała za sobą ciepły, niski, męski głos.

Odwróciła się gwałtownie. W mgnieniu oka objęła wzrokiem całą postać mężczyzny: białe spodnie, kraciasta koszula z krótkimi rękawami, opalona twarz i… uśmiech. Uśmiech na ustach, uśmiech w oczach i uśmiech w głosie.

– Przestraszył mnie pan. Tak, to moja torebka. Jakie szczęście, że pan ją znalazł, nie wiem co bym zrobiła, gdybym ją teraz straciła. Zaraz będzie ciemno i …

– Nie powinna pani sama chodzić wieczorem po parku, to nie jest zbyt bezpieczne – mówił, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.

– Jak przyszłam, było jeszcze jasno. Poza tym nic mi się nie stało do tej pory więc i nie stanie się teraz. Przeniosłam się w przeszłość, w wyobraźni oczywiście,  i dlatego straciłam rachubę czasu  nie zauważając, że już tak późno.

– Może panią odprowadzić? – pełen wyczekiwania podał torebkę.

– Ależ nie, nie trzeba. Dziękuję bardzo za odnalezienie zguby. Jeszcze raz dziękuję, a teraz muszę lecieć, spieszę się. Mój cel znajduje się dosłownie o kilka kroków stąd. Do widzenia,

Złapała torebkę i uciekła. Musiała uciec. Poczuła, że uśmiech nieznajomego oplótł ją falą ciepła i serdeczności, zapadł w serce i odtąd ciągle będzie jej towarzyszył nie chcąc zniknąć sprzed oczu. A przecież ona, Matylda, nie ma czasu na żadne głupstwa. Teraz wyjedzie, a po wakacjach musi ostro wziąć się za naukę, bo przecież nie zbłaźni się przed profesorem Taylorem za żadne skarby świata. I jeszcze na złość Mirce faktycznie zostanie okulistką.

Z bijącym sercem dopadła furtki. Powitało ją radosne ujadanie Bidy, wyglądającego niczym skrzyżowanie owczarka niemieckiego z bokserem.

– Bida, spokój piesku! Co się dzieje? Czyżby czegoś zapomniał… – wołała pani Marta pojawiając się na tarasie, z którego prowadziły drzwi do przedpokoju. – Ach, to ty, dziecko. Chodź, chodź, myślałam, że przyjdziesz wcześniej, czekaliśmy na ciebie z kolacją. Niechże ci się przyjrzę…  jak ty ślicznie wyglądasz! Prześlicznie jak nigdy. Prawdziwa królewna! Ciągle chodzisz w spodniach, włosy związujesz tak, że wcale ich nie widać. Naprawdę, nie poznałabym cię na ulicy.

Ucałowała dziewczynę serdecznie w oba policzki. Zachwyconym wzrokiem wracała co moment do wdzięcznej postaci, która okręciła się za śmiechem wokół własnej osi, a sukienka wirowała razem z nią niczym utkana z leciutkich obłoczków. Bida usiadł, przyglądał się Matyldzie i poszczekując dawał wyraz swej aprobaty. Wreszcie pani Marta zamknęła bramkę na klucz i cała trójka zniknęła we wnętrzu domu.

Dopiero wtedy w pustej uliczce dały się słyszeć lekkie kroki  zgrabnego, wysportowanego mężczyzny. O ile nogi szły po ziemi, o tyle głowa tkwiła w chmurach. Pogwizdywał uszczęśliwiony, śmiał się do losu, który zgotował mu taką miłą niespodziankę. Wiedział kim była prześliczna, tak niespodziewanie napotkana dziewczyna.

– Nawet nie wiesz Matyldo, że wpadłaś jak śliwka w kompot – mruczał pod nosem. – Nie chciałaś mnie widzieć za żadne skarby świata? Cóż, kochanie, los lubi płatać figle. I to jeszcze jakie! Niebawem się przekonasz.

14.08.2018

 

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Już po niedzieli

W nocy z piątku na sobotę lało jak z cebra. Rano też, padało, padało, padało i z psami wyjść się nie dało. Skitula wypuściłam do ogródka, on szybko załatwia sprawy i jest gotowy do powrotu w ciepłe, suche, wygodne miejsce:) Wytarłam go i natychmiast ulokował się na kanapie, wszak jest psem kanapowym z natury, z wyglądu nie – ale przecież on sobie wyglądu nie wybierał;)
Ze starych kaloszy miałam kiedyś zrobić pojemniki na kwiatki. Zobaczyłam gdzieś na zdjęciu najprzeróżniejsze zużyte, stare przedmioty wykorzystane właśnie w ten sposób. Dobrze, że tego nie zrobiłam (nowych do tej pory nie kupiłam), lenistwo akurat w tym przypadku „popłaciło”, przydały się, w niczym innym nie dałoby się wyjść na zewnątrz. Uliczka zamieniła się w rwącą rzekę, a łąka w bajoro. Wyskoczyłam z Szilką, bo ona musi wyjść poza teren, który uznaje za swój dom. Taka z niej porządna dziewczyna:)
Potem się wypogodziło na niebie i w duszy też, bo poszliśmy na bardzo długi spacer. Uszczęśliwione psiaki z początku biegały, potem – wraz ze wzrostem przebytej odległości – już tylko spokojnie szły i po powrocie do domu padły na zimną podłogę jak długie i spały.
W niedzielę dzieciaki przyjechały z malutką. Wnusia K. zażyczyła sobie zupę cebulową, gulasz, mizerię i szarlotkę. Oczywiście zrobiłam, żeby dziecko było szczęśliwe. Ładne mi dziecko:) To znaczy bardzo ładne, wiekiem młode, ale wyższe już ode mnie sporo (wiadomo, że dzieci rosną podczas wakacji), zgodnie z modą ubrane w spodnie składające się głównie z dziur:))) Ale i tak widzę w niej siebie i swoje reakcje na różne uwagi dorosłych. Po prostu jakbym się przenosiła w czas, kiedy byłam w jej wieku.
Dobrze, że Calineczka się jeszcze trafiła, jest kogo na ręce wziąć:) Szkrabunia jest słodka jak śmietankowe ptasie mleczko:) Usnęła u nas po raz pierwszy na wersalce, już nie chce na rękach. Po obudzeniu się, jeszcze taka rozgrzana i zaspana – jedną rączką przecierała oczka, a drugą pomachała wszystkim obecnym wpatrzonym w nią jak w obrazek. Poza jej siostrą, która wpatrzona była w ekranik telefonu i w Eda Sheerana widocznego na nim:)
Dziś rano było 16 stopni, niebo bez chmurki, lecz podobno burze nas czekają i już zaczyna się chmurzyć. No i czy warto było narzekać na upały? Lato jest po to, żeby one były, a potem będzie już tylko zimno.
Aha, śniły mi się wszy, nie wiecie co to oznacza? Podobno pieniądze, ale jak mi się śniła duża kupa – to też miały być pieniądze i nic z tego, nieprawda, oświadczam z całą odpowiedzialnością, że żadnych ponadplanowych nie było. Może tym razem;)
Dobrego tygodnia wszystkim życzę:)))

13.08.2018

  • urszula97 Miałas piekną niedzielę,u nas przylepa była w sobotę.Ja dalej narzekam na upały,mimo że od czas do czasu jest deszcz to za chwilę znów duchota.Na działce to totalnie patelnia,pod drzewami nie mam warzywnika i kwiatów,a 7 piętro tez robi swoje ale żyć trzeba ,pozdrawiam.
  • kotimyszkot Ja tam nie narzekałam i nie zamierzam, jeszcze zdążymy się namarznąć 😉
    Nie dziwię się, że wnuczki tak przyciągają uwagę.. dzieci można obserwować non stop i jakoś się to nie nudzi. Czasem łapię moją Mamę, jak intensywnie mi się przygląda.. też pewnie widzi we mnie siebie sprzed lat. Mam nadzieję, że i dla Ciebie, to miłe wspomnienia 🙂
  • emma_b w Poddąbiu przed sklepem stoją kalosze z kwiatkami i bardzo fajnie to wygląda. jak się dorobisz nowych, koniecznie zrealizuj ten projekt. dobrego tygodnia:)
  • annazadroza Urszulko:-) Tak, miałam udaną niedzielę, bo przecież taka mała kruszynka sprawia, ze świat pięknieje:) Starsza wnuczka też była zadowolona, że miała zamówione smakołyki oraz, że nikt jej nie przeszkadzał siedzieć z nosem w telefonie i pisać sms-y z koleżankami. Dzieliła się pewnie wrażeniami, bo poprzedniego dnia wróciła z kolonii.
    Szkoda, że gorąco zniszczyło Ci kwiaty i warzywnik, tego naprawdę żal:(
    U nas się teraz robi parno jak przed burzą, słońce przysłoniła jakaś dziwna mgiełka.
    Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) W dzieciach się dostrzega różne cechy, przynajmniej ja tak mam – raz malutka przypomina moją babcię, za chwilę robi minkę i mojego tatę w niej widzę, a synowa pokazuje zdjęcie swoje, kiedy była mała, jednocześnie ze zdjęciem Calineczki zrobionym przed chwilą – i wyglądają jak to samo dziecko.
    A patrząc w lustro widzę moją mamę, albo babcię – ale to nie ja! Ja przecież jestem tą dziewczynką, co siedzi po drugiej stronie stołu … No nie, to nie ja, to moja wnuczka… I tak ten czas robi mnie w konia pędząc nieprzytomnie do przodu…
  • annazadroza Emmo:-) Kwiatki rosły w starych garnkach, durszlaku, wiaderkach, cebrzykach, wanienkach, czajniku, butach glanach i w kaloszach. Fajne to jest, takie nowe życie starych przedmiotów. Jak przyjdzie czas to zrobię.
    Uściski:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 2

Podczas odbywania praktyki w szpitalu Matylda zaraziła się grypą i musiała przez tydzień  pozostać w łóżku. W tym czasie odbyło się międzynarodowe sympozjum na temat najnowszych osiągnięć okulistyki.  Przyjechali wybitni naukowcy z całego świata. Studenci oczywiście do woli mogli przysłuchiwać się uczonym dysputom i snuć własne rozważania na temat wysłuchanych referatów. Matylda szczerze żałowała, że ominęła ją możliwość przyjrzenia się z bliska ludziom, których nazwiska kojarzyły się z tytułami podręczników oraz artykułami w czasopismach medycznych. Były to same nazwiska, puste dźwięki bez twarzy, a ją zawsze interesował człowiek jako całość, połączenie w jedność fizycznej i duchowej strony życia, nie zaś  kolejny ”przypadek” do postawienia na półce.

Trzeciego dnia sympozjum Mirka dopiero późnym   wieczorem wróciła do akademika. Towarzyszył jej Marek, od dwóch lat nieprzytomnie w niej zakochany.

– Ona najwyraźniej zwariowała – oświadczył wpychając do pokoju rozpromienioną, rozmarzoną dziewczynę. – Wydaje mi się, że straciła rozum i serce dla jakiegoś amerykańskiego okulisty – puścił oko do Matyldy. – Jeśli do jutra jej nie przejdzie, będę zmuszony targnąć się na życie. A jeśli i to nie pomoże – tu wzniósł oczy do góry i złożył dłonie przed sobą zastygając w teatralnej pozie – pewnie zostanę misjonarzem.

– Akurat, już cię widzę. Prędzej zostałbyś władcą wyspy na Pacyfiku i miałbyś co najmniej dziesięć żon – zaśmiewała się Matylda.

– Tak myślisz? – wyprostował się i przejechał dłonią po gęstych, kasztanowatych włosach. – Może to i nie jest taki głupi pomysł. Ale dziesięć bab? Nie, dziesięć to zdecydowanie za dużo. Jedna chce mnie do grobu wpędzić, a ty mi dziesięć proponujesz. Czy ty mi źle życzysz?

– Skądże znowu – zaprotestowała Matylda ze śmiechem. – Akurat tobie należy się wszystko co najlepsze na świecie, jesteś absolutnym wyjątkiem wśród męskiego rodu.

– Słyszysz? – zwrócił się Marek w stronę Miry. – Wszystko co najlepsze! Słyszysz?

– Co? Mówiłeś coś?  – spojrzała Mira nieprzytomnym wzrokiem. – Jeszcze tu jesteś? Myślałam, że już dawno pojechałeś.

– Widzisz Matyldo? Znoszę jej humory, cierpię, a ona mnie wypędza – zrobił tak przeraźliwie smutną minę, że rozbawił obie przyjaciółki.

– Jedź już, masz daleko do domu – pocałowała go Mira w policzek.

– Widzisz jaka ona jest? Jak zupełnie o mnie nie dba? – zwrócił się znów do Matyldy. – Inna by mnie na noc zatrzymała, żeby mi się po drodze nic nie stało, bo teraz zbójców pełno na ulicach, a ona co? Inna chociaż przytuliłaby mnie przed wyjściem, a ona? – skarżył się.

– Wiesz Mirka, Marek ma rację. Jesteś dla niego zbyt okrutna – stwierdziła Matylda. – Przytulić to byś go mogła.

– Jeśli tak twierdzisz… – jęknęła Mira z szelmowskim uśmieszkiem, – ale na twoją odpowiedzialność.

Marek rzucił się ku narzeczonej z okrzykiem radości.

– Udusisz mnie, ty wariacie – wyrwała mu się ze śmiechem

– Muszę wykorzystać okazję, bo kto wie, kiedy mi się nadarzy następna. A w ogóle, czy nie chciałabyś skonać w moich ramionach? – wyszeptał teatralnym szeptem przewracając oczami.

– Marek, uciekaj, idź już wreszcie – Matylda dusiła się i od kaszlu, i od śmiechu. – Ja jestem tylko na grypę chora, a przy was wpadnę w chorobę psychiczną. Przestańcie wreszcie.

– To nie moja wina – bronił się Marek. – Zobacz, no popatrz dokładniej, przecież to Mirka mnie trzyma za rękę a nie ja ją.

– Kłamiesz, najbezczelniej w świecie ją dusisz.

Mirze ledwo czubek głowy widać było, reszta dziewczyny ginęła w objęciach ukochanego.

– O nie, koniec świata! Moja przyjaciółka miałaby zostać żoną sadysty? Nigdy na to nie pozwolę!

Cisnęła poduszką trafiając Marka w głowę. Wykorzystując element zaskoczenia Mira wyrwała się z uścisku i wypchnęła „sadystę” za próg.. Mimo, że z całej siły oparła się o drzwi próbując przekręcić klucz, uchyliły się troszeczkę, w szparze ukazała się głowa Marka.

– Ja tu jeszcze wrócę – wyszeptał i zniknął.

Mira usiadła na swoim łóżku.

– Uwielbiam go, jest cudowny. Jestem pewna, że z nim przez całe życie nie będę miała czasu, by się nudzić – uśmiechnęła się do przyjaciółki.

– Oj tak, dobraliście się jak w korcu maku, pasujecie do siebie idealnie jako para wariatów – przechwyciła w locie kapeć, którym Mira w nią rzuciła. – I co, może nie mam racji? Oto dowód…

– Oddaj!

– Jak będę chciała. Nie wolno maltretować chorego człowieka, ani rzucać w niego kapciami.

– Cóż, jeszcze tym razem ci daruję. Gdybyś zdrowa była, inaczej bym z tobą porozmawiała. Lecz w tym przypadku choroba jest dla ciebie wystarczającą karą – oświadczyła Mira z dumną miną zwycięzcy. – Dobrze ci tak.

– Czy mogłabyś wyrażać się jaśniej? Dlaczego?

– Dlatego, że nie widziałaś Nicka. Ach! Patrzeć na niego i słuchać jednocześnie to zbyt dużo szczęścia na raz.

– Kogo? Aaa… głupia, aaa… o czym mówił?

– Nie wiem, bo patrzyłam i nie byłam w stanie słuchać – westchnęła Mira i zapatrzyła się w przestrzeń.

– Hej, obudź się! Jeśli to ten uczony z Ameryki, nic dziwnego, że go nie rozumiałaś. Z angielskiego masz ledwie trójczynę – złośliwie zauważyła Matylda.

– Za to biegle znam francuski i włoski, nie ja jestem tępa do języków – odcięła się Mira. – A poza tym gdybym chciała, to bym rozumiała, bo mówił najczystszą polszczyzną. Wprawdzie jego ojciec jest Amerykaninem, był właściwie, bo nie żyje, lecz matka to rodowita Polka. Teraz z drugim mężem mieszka gdzieś na końcu Polski, w … – ugryzła się w język w ostatniej chwili, by nie wymienić nazwy miasteczka. – Dzięki rodzinie ojca mógł poznać Stany, nauczyć się różnych rzeczy, a nazwisko ojca, profesora uniwersytetu, otworzyło mu wiele drzwi zamkniętych dla innych,

– A skąd się tego wszystkiego dowiedziałaś? – zdziwiła się Matylda.

– Gdybyś to widziała! Kiedy wszedł na podium wszystkie dziewczyny wlepiły w niego oczy i w ogóle przestały oddychać. Rozległo się takie „szuuu” i zapadła cisza, gapiły się jak cielęta na malowane wrota. Ach, gdybyś go widziała! Wysoki, szczupły, stał w jasnym garniturze jak książę z bajki, taki spokojny, niczym nie speszony, nie zdenerwowany nic a nic, ze spokojnym uśmiechem rozejrzał się po sali… Ach! Z opaloną twarzą kontrastowały jasne włosy. A jakie oczy ma cudowne…szaroniebieskie i wciąż się uśmiechały…

– Zaczekaj, stop! – wołała Matylda, – jakim cudem mogłaś zobaczyć jego oczy? Przecież siedziałaś w ławkach dla studentów. Z tej odległości ani oczu, ani zmarszczek nie mogłaś dostrzec w żaden żywy sposób.

– Jakich zmarszczek? Głupia jesteś, on nie ma żadnych zmarszczek!

– Skąd wiesz? – Matylda nie dawała za wygraną tłumiąc śmiech.

– Jak to skąd? W przerwie natychmiast się do niego przedarłam. Przedstawiłam się, wzięłam go pod rękę i zanim się ktokolwiek zorientował już z nim spacerowałam, jakbym go znała od niemowlęctwa tłumacząc, że zajmuję jego cenny czas tylko i wyłącznie w trosce o dobro ogółu. Po prostu mam przyjaciółkę, która jeszcze przed urodzeniem marzyła, żeby zostać okulistką, może nawet wyjdzie za mąż za klinikę okulistyczną… z miłości do zawodu oczywiście. Teraz się rozchorowała, jest wątła, biedaczka, ma pecha, bo dobrze by jej zrobiło wysłuchanie jego fenomenalnego wykładu…

Matylda gwałtownie usiadła na łóżku.

– Kogo miałaś namyśli? – wysyczała z wściekłością.

– Ależ ciebie, skarbie, kogóż by innego? Powiedziałam, że jesteś takim biednym, zahukanym, zakompleksionym stworzeniem, aż poczuł litość i obiecał zaopiekować się tobą… Kiedy zostaniesz żoną dostojnego pana Nikodema, będziesz mogła pracować razem z mężem i nie dać się zamknąć w kuchni z chmarą małych, tłuściutkich nikodemiątek… W soboty będziesz  chodziła na spotkania z panią aptekarzową u fryzjera…

– Zabiję cię – oświadczyła poważnie Matylda. – Tak, muszę to zrobić koniecznie, nie mam już żadnych wątpliwości. Zrobię to, jak wyzdrowieję zrobię to na pewno, żebyś wiedziała. Teraz jestem zmęczona i  nie dam rady…

– To się zamknij i przestań mi przerywać. Dobrze? Mister Nick Taylor bardzo uważnie słuchał mojej tyrady, wtedy zobaczyłam, że nie ma zmarszczek i jakie ma oczy… och… – westchnęła. – Ale Marek też ma takie piękne. Boże, jak ja go kocham!

– Czekaj, mam chyba jednak gorączkę. Pewnie nawrót choroby – jęknęła Matylda. – Kogo kochasz, Marka czy profesora Taylora?

– Marka oczywiście, głupia jesteś –spojrzała oburzona. – Chyba naprawdę masz gorączkę – zastanowiła się, ale zaraz westchnęła – a profesor…

– Przestań! – Matylda objęła głowę obiema rękami. – Mózg mi pęka. Coś ty narozrabiała?

– Zupełnie nic – słodziutko odpowiedziała Mira na wszelki wypadek odsuwając się spoza zasięgu rąk przyjaciółki. – Wymusiłam na nim obietnicę, że pomoże pewnej brzydkiej, niezgrabnej studentce z prowincji, która nie chce niańczyć Nikodemowych dzieci, ale za to może być kiedyś świetnym specjalistą, bo jako stara panna będzie pracownikiem dyspozycyjnym…

– Przed chwilą mówiłaś…

– Ojej, czepiasz się, dużo mówiłam więc nie wszystko muszę pamiętać.

– Jesteś zwyczajna, obrzydliwa jędza – wycedziła przez zęby Matylda. – Czy powiedziałaś mu jak się nazywa to prowincjonalne cielę?

– Nie zdążyłam, bo mi go zabrało jakichś dwóch starych, śmiertelnie poważnych i potwornie utytułowanych panów w szarych garniturach. Ale, nie zgadniesz co mam! Mam numery jego telefonów i adres tutejszy i domowy – oświadczyła z tryumfem.

– Nic mnie to nie obchodzi. Jeszcze nie zdecydowałam, jaką specjalizację wybiorę.

– Wiesz skarbie, zrobiłam to za ciebie – niepewnie zerknęła Mira na przyjaciółkę. – Nie złość się, dbam o twoją przyszłość…

– Matylda ostentacyjnie odwróciła się tyłem i zgasiła lampkę pokazując Mirce język.

– A fe, w twoim wieku – skomentowała uradowana, że jej tak łatwo poszło. – Nie wypada się tak zachowywać. Pani doktorowa powinna umieć zapanować nad małpimi odruchami.

Matylda nie raczyła odpowiedzieć i nakryła głowę poduszką.

10.08.2018

  • urszula97 Dobre będzie,przypomnisz nam młodość,może mi gdyż nie wiem w jakim wieku są komentujący,
  • gregoria1 Przeczytałam z przyjemnością.Chcę więcej.
  • annazadroza Urszulko:-) Sporo nas tutaj w podobnym przedziale wiekowym:) Lecz cóż ilość lat znaczy dla młodej kobiety, prawda? Serdeczności moc dla Ciebie:)))
  • annazadroza Gregorio:-) Miło Cię gościć:) I miło mi, że Ci się tutaj spodobało:) W oczekiwaniu na kolejny odcinek możesz poczytać już w całości opublikowane na blogu. Zapraszam:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Podobno

Podobno dziś miał być największy upał. No nie wiem, prognoza nie do końca się musi sprawdzać. Wprawdzie raniutko było 20st. C, lecz towarzyszył mi wiatr i przez całą drogę – z psiakami szłam do torów – było bardzo przyjemnie, tak w sam raz. Dokładnie tak jak powinno być w letni poranek: świeżo, pachnąco i kolorowo. Teraz przez otwarte okno słyszę jeżdżące karetki na sygnale, więc ktoś jednak potrzebuje pomocy. Ale raczej w tej chwili, w najbliższej okolicy raczej nie z powodu upału. Wiaterek jest spory, teraz też (godz.13.20), słońce nie praży tak bardzo ostro jak potrafi, jest jakby lekko zamglone. Może fronty chłodne szybciej do nas się zbliżają i z tymi upalnymi za łby się wezmą wcześniej niż przewidywano?
Babcia D. leży sobie na składanym łóżku w cieniu, rozwiązuje krzyżówki, nalałam jej szklankę picia. Jedną szklankę już opróżniła, co jest niezwykłe;) a jakie przecież ważne. Do picia parzę w zielonym blaszanym litrowym garnuszku zieloną herbatę (2 torebki) z owocową (4 torebki) i trochę słodzę. Jak się zaparzy i przestudzi przelewam do dzbanka. Równolegle zaparzam miętę, skrzyp i pokrzywę w drugim, żaroodpornym dzbanku. I tak pijemy, kiedy widzę, że się kończy – przygotowuję następną porcję.
Odnośnie babci D. – to jeszcze ciekawostką się podzielę (do wykorzystania oczywiście w razie potrzeby). Babcia często, kilka razy dziennie robi sobie kawę, sypie prosto ze słoika do filiżanki tak, że nie wiadomo ile tego jest. Potem zalewa i raz wypije, a drugi raz nie. Wyniesie gdzieś, zapomni i robi następną. Proponuję jej po śniadaniu, ze jej zrobię kawę i daję Inkę tak, żeby nie widziała, a na jej oczach sypię normalną. Tym sposobem błonnika trochę więcej do organizmu wrzuci. I nie pije czarnej kawy bez opamiętania, bo przecież każdy nadmiar nie pozostaje bez wpływu na zdrowie.
Dziś na obiad usmażę placki z jabłkami. Ciasto zrobiłam, „przegryza” się w misce, jabłka czekają pokrojone i będzie takie letnie jedzonko na wakacyjny czas:)))

A, jeszcze kot. Kot się „przymieszkał” do kota i suni sąsiadki na końcu osiedla i czeka, kiedy ona daje jeść swoim zwierzakom. Siedzi i na nią patrzy – mądrala:) Inni tez dokarmiają, czyli na razie, kiedy jest ciepło, to ok. Zobaczymy potem.

9.08.2018

  • kolewoczy Nie ma sensu sprawdzać każdego dnia, czy to już to apogeum upału, i tak ostatnie dwa tygodnie to jakiś rekord stulecia, przynajmniej u mnie
  • fusilla U mnie w cieniu 36, w salonie 27. Wszystko zasłonięte, więc na parterze da się żyć. Do góry nie wchodzę prędzej jak po 23-ej!
  • annazadroza Kolewoczy:-) Pewnie, że nie ma. Z dzieciństwa pamiętam, że wakacje takie właśnie były. I ludzie w polu pracowali. Żniwa były, kosiło się kosą, zwoziło wozem drabiniastym do młockarni i młóciło się na maszynie, potem do stodoły, układało słomę, a na koniec z najwyższej sterty zjeżdżało na dół na doopie. Dla „miastowych” dzieci to były same atrakcje. Latem ma być ciepło i tyle.
    No, trochę opamiętania by się przydało, ale dzień już krótszy i nocki chłodniejsze, zaraz koniec wakacji…
  • annazadroza Fusilko:-) Już tak się nawypisywałam do Kolewoczy, że zamilknę;) Tylko powiem, że u mnie też na dole chłodniej, a na górze…okna wychodzą na południowy zachód…
  • emma_b dla mnie upały to katastrofa, mam nadzieję, że już mamy z górki. ja wczoraj usmażyłam placki z jabłkami. dostałam od koleżanki papierówki prosto z drzewa, genialne połączenie z plackami.
  • mmzd dla mnie te upały to koszmar 🙁 zawsze źle znosiłam wysokie temperatury.. Eeech, było za Eskimosa się wydać a nie za Włocha ;););)
  • babciabezmohera U nas na dziś zapowiadają ostre wyładowania. Może być groźnie- przyznam, że tęgich burz się boję. Dotąd jakoś nas oszczędzały… 🙁
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Emmo:-) Placki były wczoraj, dziś ziemniaki z cebulką, sadzone jajka, kalafior i maślanka. No po prostu na lato – genialne połączenie. Tak się objadłam, że aż nieprzyzwoicie.
    Rano były 22 st.C, teraz jest przyjemny wiaterek i na zewnątrz ok. gorzej wewnątrz. le co tam, niech żyje lato:))) U Ciebie nad morzem powinno być chłodniej, nie jest?
  • annazadroza Magduś:-) I co, wolałbyś siedzieć w futrze na śniegu i mordować te cudne, śliczne foczki a potem je zżerać i „pachnieć” tranem? No nie mów, bo nie uwierzę. Co do wyglądu… to też wybrałabym Włocha;) I jeszcze ze względu na widoki wokół też Włoch wygrywa casting;)
    Zjedz duże lody i nie przemęczaj się, buziaki:)))
  • annazadroza BBM:-) Przysłali nawet sms z informacją, że gwałtowne burze, silny wiatr i ulewny deszcz, nawet grad mogą się pojawić. Radzili unikać otwartych przestrzeni i zabezpieczyć dobytek. Pierwszy raz taki sms dotarł i nie wiem czy mam się już bać czy jeszcze nie. Dotąd nas też oszczędzały, mogłyby sobie iść np. na Żoliborz albo gdzieś…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Za wcześnie

„Wyznawała religię słońca, wiatru i kwiatów” – powiedział mąż Kory dzisiaj podczas pogrzebu. Patrzyłam. Nie byłam kiedyś specjalną fanką Kory, dopiero w sumie niedawno, gdy była jurorką w muzycznym programie, przeczytałam jej wypowiedzi zanotowane podczas wywiadów, wsłuchałam się w teksty i stwierdziłam, że jest, była – bardzo mądrą, silną i odważną kobietą. Z gatunku ludzi, którzy się wrogom nie kłaniają. Wzruszyłam się, gdy jej piękny syn w jednej ręce niósł urnę z prochami matki, drugą zaś trzymał za rączkę swojego synka. Widziałam też ulubioną białą sunię Kory niesioną na rękach podczas przemarszu na miejsce spoczynku. Patrząc na portretowe zdjęcie pełnej życia artystki, wyjątkowo piękne, naprawdę trudno uwierzyć, że ten wulkan energii zastygł, wygasł i stanął „ze słońcem twarzą w twarz”. Zdecydowanie za wcześnie.

8.08.2018

  • bognna Fanka nigdy nie bylam i nadal nie jestem, ale faktycznie za wczesnie odeszla:(

    Moze zle i niewlasciwie z oddali odbieram Jej smierc, ale jakos za duzo zamieszania i za duzo lansu roznych osob mniej lub bardziej z Kora zwiazanych.

  • emma_b zdanie od którego zaczęłaś wpis powiedział Sipowicz zaraz po śmierci Kory, wyjaśniając dlaczego nie przyjęła ostatniego namaszczenia. jeśli padło w czasie pogrzebu, to je powtórzył. a warto było, bo „religia słońca, wiatru i kwiatów” brzmi fantastycznie. zachwyciła mnie też urna z ptaszkami. do tego stopnia, że postanowiłam sprawić sobie podobną:)
  • kolewoczy Lubiłam niektóre jej piosenki, a nawet jeśli nie wszystkie, to tamte czasy kojarzą się z moją młodością. I dlatego pozostaną we wspomnieniach.
  • tanczaca_w_deszczu pięknie napisałaś. Maanam to moja młodość. Korę podziwiałam za rewelacyjną dykcję. Bez względu na tempo utworu, każde słowo było wyraźne. … za wcześnie
  • annazadroza Bognno:-) Wydaje mi się, ze w takich przypadkach mamy do czynienia z trzema grupami ludzi. Pierwsza uczestniczy i reaguje z potrzeby serca i duszy. Druga z ciekawości. A trzecia – bo może przy tej okazji uda się ugrać coś dla siebie/wylansować się/ zareklamować. Ostatnia mnie wkurza.
  • annazadroza Emmo:-) Powtórzył. Mnie te słowa cały czas chodzą po głowie. I jeszcze słyszę głos, którym mówiła, który mnie nieraz denerwował, kiedy była jurorką. Nieraz się nie zgadzałam, wkurzałam się jej ocenami – ale to właśnie było spowodowane faktem, że nie dało się być wobec niej obojętnym, wyzwalała emocje.
    Na urnę też zwróciłam uwagę. taka …radosna…
    „Religia słońca, wiatru i kwiatów”. Piękne.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Utwory z czasem stawały się coraz głębsze, bardziej przemawiające do głębi duszy – tak się dzieje w miarę rozwoju człowieka.
    Zawsze wspomina się z sentymentem wszystko, co związane z czasem, gdy byłyśmy piękne i młode. Wiadomo, że teraz jesteśmy tylko piękne, przynajmniej ja;)))
  • annazadroza Tańcząca:-) Dykcję miała doskonałą, wprost nie do uwierzenia, że tak dokładnie można wypowiadać teksty z szybkością karabinu maszynowego. Nie do powtórzenia.
    Szkoda…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

” O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 1

Po raz pierwszy Matylda ujrzała Nicka o tej cudownej, tajemniczej godzinie, kiedy dzień walczy z nadchodzącą nocą, a okrągły księżyc z uśmiechniętą, pyzatą twarzą odbija ostatnie promienie zachodzącego słońca tworzące poświatę wokół drzew, krzewów, zabudowań, a także wszystkich żywych istot.

Dziewczyna wracała do akademika po ostatnim zdanym egzaminie. Zdała bardzo dobrze i od tej chwili zaczęły się dla niej wakacje, w pełni zasłużony odpoczynek po wytężonej pracy na kolejnym roku medycyny. Szczęśliwa, lekka niczym piórko pożegnała się z koleżankami pod pozorem wizyty u pani Marty, przyjaciółki matki, do której czasami w niedzielę chodziła na obiady i wpadała na chwilę pogawędki zapominając na ten czas o życiu w akademiku, z lubością sycąc się zapachem domowej kuchni, atmosferą ciepła i zrozumienia. Przepadała za owymi odwiedzinami dopóki nie otrzymała listu od matki, z którego dowiedziała się, iż u pani Marty na pewien czas zatrzyma się jej krewny, nowy szef kliniki okulistycznej w ich rodzinnym miasteczku. Dalej matka rozwodziła się szeroko nad niezliczonymi zaletami owego osobnika opisując, jak w młodym wieku doszedł własną pracą do tak wysokiego stanowiska, jak wiele nauczył się będąc na stypendium za granicą, jakie prowadził badania naukowe i jaką wzbudził sensację w świecie medycznym publikując ich wyniki. List kończył się stwierdzeniem, że wspólnie z rodzicami owego geniusza doszli do wniosku, że Matylda, jako przyszła lekarka, byłaby świetną żoną dla Nikodema.

Nikodem, brr! Samo brzmienie tego imienia przyprawiało Matyldę o dreszcz niechęci. Też coś! Wzdrygnęła się na wspomnienie listu. Czy mama nie ma nic lepszego do roboty jak bawienie się w swatkę? Czym prędzej udała się na pocztę i zamówiła telefoniczną rozmowę z matką.

– Mamusiu, nie pójdę do pani Marty, aby poznać twojego Nikodema, bo mnie to zwyczajnie nie interesuje, rozumiesz? – powiedziała dobitnie, żeby nie było żadnych wątpliwości. – Nie mam zamiaru wychodzić za mąż, przynajmniej nie w najbliższej pięciolatce. Muszę skończyć studia, podjąć pracę, odnaleźć własną drogę w życiu, nie zaś ładować się w małżeństwo! I to w dodatku z wyrachowania, nie miłości. Nie i koniec!. Przepraszam, jeśli sprawiłam ci przykrość, ale mam zupełnie inne wyobrażenie o moim przyszłym losie niż ty go widzisz. To jest moje życie i chciałabym je przeżyć po swojemu.

Od tej pory kontaktowała się z panią Martą jedynie telefonicznie, złorzecząc temu jakiemuś Nikodemowi, przez którego zrezygnowała z domowych obiadów, co w studenckim budżecie liczy się podwójnie.

– Przepraszam, pani Marto, ale mam bardzo dużo nauki. W czasie tej sesji muszę zdać kilka wyjątkowo trudnych egzaminów, tak się paskudnie złożyło. W związku z tym zupełnie nie mam kiedy wpaść do pani, chociaż bardzo żałuję – tłumaczyła nie mijając się zresztą z prawdą.

Pani Marta w czasie jednej z rozmów wspomniała o kuzynie, który się u niej zatrzymał na kilka dni. Nie rozwijała tematu, z czego Matylda wywnioskowała, że matka nie poinformowała przyjaciółki o planach matrymonialnych związanych z córką.  I bardzo dobrze! Z drugiej jednak strony… dziwna jest natura ludzka… czekała na jakąś wzmiankę o Nikodemie. Przyłapanie samej siebie na tej myśli spowodowało wybuch wesołości.

– Czy pani Marta powiedziała ci coś śmiesznego? – spytała Mira dzieląca z Matyldą pokój w akademiku.

– Śmieję się sama z siebie. Pomyśl, jest koniec dwudziestego wieku, a moja mama postanowiła mnie wydać „porządnie” za mąż jak sto lat temu. Znalazła „dobrą partię”, obgadała sprawę z jego rodzicami co mnie doprowadziło do wściekłości. Nie zaakceptowałam oczywiście jej planu. Jednak… jednak… jestem trochę ciekawa jak wygląda ten cały Nikodem – odpowiedziała przyjaciółce.

– Pewnie jest mały, tłuściutki jak prosiaczek, bo siedzi i pisze, albo czyta nie mając czasu na ruch, nosi grube szkła, bo od czytania popsuł sobie wzrok, do tego ma paskudne oprawki…

– Nie mam zaufania do okulistów w okularach. To jak dentysta z dziurawymi zębami – wtrąciła Matylda.

– Mógłby nosić szkła kontaktowe.

– Ale na pewno nie nosi i jest zaniedbany – z ponurą satysfakcją stwierdziła Matylda.

– Skąd wiesz? – zdziwiła się Mira.

– Bo jest samotny.

– Ciekawe dlaczego jest samotny – zastanowiła się Mira. – Ile ma lat?

– Mama pisała, że młody. Ale dla niej młody może mieć równie dobrze dwadzieścia lat jak i czterdzieści. A samotny, bo zaniedbany, okropny i żadna go nie chciała.

– Albo ma wredny charakter i nikt z nim nie wytrzyma – chichotały nieznośne dziewczyny.

7.08.2018

  • nie-okrzesana Jeszcze nie nadrobiłam zaległości z poprzedniej historii a tu już nowa. Upał Cie inspiruje.
  • kasiapur Coś czuję, że to będzie jakieś ,,ciacho,,… ten facet oczywiście
    i dopiero się narobi ;))) Oj upał daje mi się we znaki…
    uściskuję i chłodu bakaliowego Ci Anula życzę
  • urszula97 Super,będzie fajnie.
  • aga-joz Ależ się cieszę, że zaczynasz nową serię Mam nadzieję, że odcinki będą często, bo czasem nie mogę się doczekać co będzie dalej.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Nie inspiruje, coś Ty. Upał prowokuje do nicnierobienia i leżenia martwym bykiem… ale cóż, nie zawsze można się prowokacji poddać. A historia jest sprzed wieeelu lat, chyba ze 30-tu…
  • annazadroza Kasiu:-) Ty to masz intuicję;)
    Lato się za chwilę skończy i co? Znów będzie to białe z nieba lecieć, brr.
    Życzę Ci zimnej wody do woli, chłodnego miejsca do siedzenia i zieleni za oknem, chyba, że innych kolorów dużo wolisz, to je sobie miej, a co tam Ci będę kolorów żałować;) Buziaki:)))
  • annazadroza Urszulko:-) Cieszę się, że Ty się cieszysz:)))
  • annazadroza Ago:-) Miłe to, co mówisz:) Dzięki:)))
    „Matylda” nie jest długa, niestety. I strasznie dawno temu powstała. Czy ktoś pamięta, że trzeba było pójść na pocztę i zamówić rozmowę międzymiastową? Nie do wiary jak świat poszedł do przodu.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz