Ciasto i lody

Oglądając fragment w tv dotyczący bieżących spraw – po raz kolejny stwierdziłam, że nasze dwa plemiona rozmawiają językiem, który pozornie jest jeden, jednak znaczenie słów brzmiących identycznie w obu językach jest zupełnie przeciwne. Nie da się porozumieć w takiej sytuacji.
Wczoraj – kiedy chodziłam z parasolką, nie padało. A jak raz nie wzięłam wychodząc z psami po obiedzie, zaczęło oczywiście padać. No nie, wracać nie będę – stwierdziłam i poszliśmy przed siebie pośród kropli deszczu. Deszczyk był delikatny, drobniutki, zmoczył nas bardzo dokładnie. Jednocześnie było bardzo gorąco i wilgoć niemal od razu z ubrania parowała. Do domu wróciłam już sucha, mokre miałam tylko włosy i skarpetki:)

W ramach dalszego rozpieszczania wnuczki upiekłam ciasto z jabłkami i śliwkami, i kupiłam lody. Wieczorem rozmawialiśmy o ulubionych smakach. Powiedziała, że w zasadzie wszystkie lubi, a z ciast ostatnio tiramisu jej najbardziej podchodzi. Kupiłam więc dwa w jednym – lody o smaku tiramisu:)
Nie muszę dodawać, że smakowały:)))

19.07.2018

  • hanula1950 Narobiłaś mi apetytu na lody. Pozdrawiam.
  • fusilla A mnie na tiramisu! :-)))
  • babciabezmohera Pogoda ostatnio jest zupełnie zwariowana i nieprzewidywalna.
  • urszula97 same pyszności,u mnie nr 1 dla wnuka to mufinki które sam kręci ,ja tylko pilnuję pieczenia i pozmywać musze,lody tez uwielbia.
  • krzysztof213 Same pyszności
    Smacznego
  • kobietawbarwachjesieni Dla mnie upały są trudne do zniesienia. Czekam na unormowanie się temperatury. 20 22 stopnie dla mnie zupełnie wystarczy. Ściskam.
  • e.urlik A ja wczoraj jechałam w deszczu przez dwa województwa, głodna i śpiąca. Kiedy wróciłam do domu późnym wieczorem nic na mnie nie czekało dobrego, chyba że piesowe paszteciki. Ale dziś chciałabym coś zrobić z tych setek papierówek, które dostałam, trochę tylko robaczywych. Jakiś pomysł? 🙂
  • annazadroza Hanula:-) Czasem trzeba sobie pozwolić na drobną przyjemność, prawda? Szczególnie gdy upał na zewnątrz. Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Rzucam w eter do Ciebie smak tiramisu, może doleci;) Buziaki:)))
  • annazadroza BBM:-) Zupełnie nieprzewidywalna, albo susza albo powódź. Może dlatego, że my też jesteśmy nieprzewidywalni, nigdy nie wiadomo, czy szare komórki wezmą górę u różnych osobników,czy ciemna masa przeważy…
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Muffinki młoda też lubi. Piekę nieraz, żeby miała do szkoły. Dodaję wtedy np. otręby, płatki owsiane, siemię lniane i in., żeby bardziej wartościowe były.
  • annazadroza Krzysztof:-) Dziękuję, Tobie też samych pyszności:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Z unormowaniem może być kłopot, bo u nas wszystko nagłe i nieprzewidywalne. Ale – niech tam, gdzie jesteś, będzie najlepsza temperatura dla Ciebie:)))
  • annazadroza Ewo:-) Dużą ilość jabłek najlepiej poddusić i zapakować do słoików. Umyj, obierz wycinając wszystkie obtłuczone fragmenty (jakie zawsze są w spadach), obkrój z ogryzka, tak jest szybciej. Nie ma znaczenia jaka wielkość się ukroi. Wrzuć do rondla, dodaj odrobinę wody na początek, dosyp cukru i mieszaj co trochę, żeby nie nie przywarło do dna. Jak następną partię przygotujesz, te pierwsze już się skurczą, więc dosyp i tak do końca. Potem w wyparzone słoiki wkładam gorącą masę, zakręcam dobrze i k ladę „na głowę” aż do ostygnięcia. Najbardziej lubię duże słoiki wykorzystywać do jabłek.
    Poza tym ciasto z jabłkami, makaron albo ryż z jabłkami, w formie zapiekanki albo uduszone jabłka na świeżo ugotowany ryż/makaron. Do naleśników też. I zupa jeszcze – na zimno, z przetartymi jabłkami i śmietaną, albo na maślance.
    Dobra, wyczerpałam się na tę chwilę. Buziaki:)))
  • marijana2 No i teraz chce mi się tiramisu. Chyba polegnę i ulegnę. :)))
  • e.urlik Ania, jesteś kopalnią pomysłów! Dziękuję ci bardzo, zawsze mnie ratujesz w kulinarnych tarapatach (i nie tylko).
    Chyba te w słoikach zrobię, pamietam takie z dzieciństwa (mniam). Kiedyś zrobiłam jabłka z rozmarynem, pachniały jak milion dolarów, ale to nie były papierówki.
  • annazadroza Marijano:-) Ulegnij, ulegnij, przecież należy się przyjemności odrobina od czasu do czasu:)))
  • annazadroza Ewuś:-) Kopalnią – nie, prędzej kopaliną;)
    W ten sposób robiłam jabłka jakiekolwiek – czyli takie, jakie mi się trafiły. Wczoraj otworzyłam słoik z 2014 r. i dobre, młoda z naleśnikami zjadła:)
  • emma_b niezła smakoszka z Twojej wnuczki. potwierdzam: tiramisu to jest to!
  • kasiapur O matko ! nic z tego nie mogę…, żeby nie wiem jak ładnie się nazywało,
    smakowało czy pachniało itp.
    Wszystkiego smacznego Anula :)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Dobrego dnia:)

Czuję się jak w tropikach, wilgotność powietrza musi być wyjątkowo duża jak na nasze warunki, bo mam wrażenie, że woda płynie po mnie i wokół mnie, a jak wciągam powietrze w płuca, to też z wodą. Dopiero narzekałam na suszę, a teraz… Nie, nie narzekam, gderam z przyzwyczajenia, bo wszak wszyscy gderanie mamy w genach. Na przekór gderaniu – zachwycam się i będę się zachwycać świeżą zielenią i pachnącymi iglakami, które chyba z radości, że pada, pachną niezwykle intensywnie:)
Młoda śpi, wytargowała z rodzicami jeden dzień więcej pobytu u nas, co mnie ogromnie cieszy, bo potwierdza fakt, że jej tu dobrze:) Wyjeżdżają rodzinie na wakacje, więc ten ponadplanowy dzień to jej niezaprzeczalna zasługa. Skituś jest równie uszczęśliwiony:) Boki mógłby zrywać ze śmiechu ktoś, kto obserwowałby moje próby przełamania jego biernego oporu przy próbach zrzucenia go z łóżka K. Wreszcie, gdy mi się uda, zamykam pokój, żeby K. spokojnie sobie pospała, a Skitek pędzi na dół, bo mu się przypomina, że ma potrzebę wyjścia na zewnątrz. Cyrk po prostu:)))
Kończę, bo chcę wnusi przygotować coś dobrego zanim wstanie:) Wczoraj były dodatkowo naleśniki, budyń i murzynek:)

Trzymajcie się, kochani, i spokojnego, dobrego dnia:)))

18.07.2018

  • otimyszkot Nic dziwnego, że wnuczka chce zostać dłużej.. Rozpieszczająca babcia, pyszności, zierzaki i pachnące iglaki.. zestaw idealny 🙂
  • marijana2 Tyle radości. Miło, że wszyscy są zadowoleni ze wspólnie spędzanego czasu i nawet deszczowa aura nie psuje humoru. U mnie już drugi dzień kolorowe parasole ożywiają przestrzeń miejską. Przesyłam serdeczności. 🙂
  • e.urlik Ania, jaka ty wspaniała jesteś, nawet nie wiesz. Czasem kiedy czytam twoje posty, to zdarza mi się popłakać ze wzruszenia i z radości, że takie czarodziejki są na świecie.
  • fusilla A ja dziś skoro świt, zabrałam wszystkie chmury deszczowe ze sobą, z miejsca, gdzie Bug do Narwi wpada, i przemieściłam je nad nasze Bory! Okazało się jednak, że tam już dżdżysto było od paru dni, więc nie dziwota, że prawie na pamięć w strugach ulewy wracałam do domu!:-)))))
  • urszula97 Dobrze u babci to się korzysta i dobrze.U nas leje,w poniedziałek między przerwą deszczową udało nam się zerwać 20 kg renklod,zrobiłam sok,synowa wzieła i przyjaciółka,a na drzewie jeszcze chyba z 80 kg zostało takie dojrzałe,rodzeństwo chciało aż sie boję pójśc na działkę jutro i zobaczyc ile śliw leży na ziemi do wyrzucenia.
  • annazadroza Myszokocie:-) Ja bym chciała ją mieć przez całe wakacje. Niemożliwe to oczywiście, dobrze pamiętam siebie w tym wieku, kiedy się jest ciekawym świata, a podróże nęcą. Cieszę się, że lubi u nas być:)))
  • annazadroza Marijano:-) Deszcz po okresie suszy to zbawienie dla natury. Szkoda, że nic nie może być w normie. Jak susza – to niczym na Saharze, jak deszcz – od razu zagrożenie powodziowe. Żadnego umiaru;)
    A radość – jest ogromna, kiedy dzieci są szczęśliwe:)))
  • annazadroza Ewciu:-) Tym razem przesadziłaś, ani ja wspaniała, ani czarodziejka, najwyżej Baba Jaga;) Ty jesteś wrażliwą, dobrą istotą i dlatego się wzruszasz. A do tego masz dużą wyobraźnię. Poza tym jeśli kochasz zwierzaki to Ty jesteś wspaniała:)))
    Uściski najserdeczniejsze:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Zachłanność nie popłaca;) Trzeba było kilka chmur zostawić na miejscu, nie zabierać wszystkich, byłoby Ci łatwiej:))) Przy okazji sprawdziłaś, że pamięć masz dobrą, skoro na pamięć trafiłaś;)
    Macham i ściskam:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Szkoda owoców zniszczonych przez ulewy. Szłam wczoraj koło mirabelki, mnóstwo leży na ziemi nie do użytku. Dobrze, że trochę udało Ci się zebrać, życzę pogody, aby jak najwięcej można było uratować. Renklody są pyszne, ale takie delikatne, że szybko się psują.
  • e.urlik Ankaaaaaa! Teraz to ty przesadziłaś ;-)))
  • annazadroza Ewcia:-) Ja nie ogrodnik, żeby przesadzać;) Ogrodnik to teraz rządzi rządzi w sejmie i zaraz straży swojej każe do ludzi strzelać:(
    Ani słowa nie cofam z tego, co napisałam o Tobie. Buzi:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 53a

Tymczasem  Winicjusz tonął chwilami we wspomnieniach w wyniku nagłego zainteresowania córki jego dawnym pobytem na spływie Dunajcem, lecz głównie tonął w pracy. Zawsze był to dla niego najlepszy sposób na odreagowanie problemów we wszystkich pozostałych dziedzinach życia. Ale nie tylko. On po prostu kochał to co robił. Mógł godzinami spędzać czas w pracowni przeglądając stare książki, odczuwając radość i dumę z ich posiadania. Cieszył się jak dziecko, że udaje się przywrócić je do dobrego stanu.

– Widocznie mam jeszcze coś innego do zrobienia w tym życiu niż rozczulanie się nad sobą – uśmiechnął się do pozornie zatroskanej córki.

– Tato, ja nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi – potrząsnęła Marysia czarnymi lokami kryjąc pod powiekami chytry uśmieszek.

– Mówiąc szczerze ja też, córeczko, ja też. Staram się bardzo, ale – przymrużył szelmowsko oko – rozumieć kobiety… Ha, to nie jest moja najmocniejsza strona.

– Pleciesz – uśmiechnęła się szeroko i pogładziła ojca po policzku. – Nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty. A przecież bez wątpienia jestem kobietą, prawda?

– Co do tego nikt nie może mieć żadnych wątpliwości, kochanie.

Patrzył z zachwytem na swoją piękną córkę. Przyzwyczaił się już, że zwykle otaczał ją rój wielbicieli, z których nic sobie nie robiła traktując wszystkich jednakowo jak kumpli. Przynajmniej do tej pory. Dawniej jednak, kiedy zaczęła dorastać, zachowywał się jak najgorszy okaz zazdrosnego ojca. W każdym facecie od lat mniej więcej dziesięciu do stu widział zagrożenie dla swojej córeczki, dla swego najcenniejszego skarbu. Teraz oboje zaśmiewali się wspominając tamten okres. Łączyła ich prawdziwa więź i porozumienie. Wystarczyło spojrzenie, by jedno wiedziało o co chodzi drugiemu. Marysia odziedziczyła po mamie urodę, po ojcu poczucie humoru i zamiłowanie do urozmaiconego trybu życia ze sporą dawką adrenaliny. Jakże był dumny i szczęśliwy, gdy idąc w jego ślady złożyła papiery na ASP, którą ukończyła w międzyczasie uczęszczając na zajęcia w Laboratorium Reportażu. Oraz z tego, że doskonale sobie radziła jeżdżąc w różne ciekawe miejsca i – wykorzystując zdobytą wiedzę w połączeniu z wrodzonymi zdolnościami – pisała świetne reportaże.

Umówiwszy się z ojcem wpadła do „Filiżanki”. Siedziała na wysokim barowym stołku opychając się drugą porcją szarlotki. Wybierała z talerzyka okruszki i oblizywała palce.

– Możesz reklamować moją szarlotkę słowami: palce lizać. I to nie w przenośni – skomentowała wesoło stojąca za barem Frania, jedna z Marysinych ciotek bliźniaczek.

– Od samego patrzenia nabrałam ochoty – roześmiała się szczupła blondynka, która przez chwilę stała przy wejściu przyglądając się z uśmiechem Marysi pałaszującej szarlotkę. – Poproszę to samo. I jeszcze dużą kawę.

– Proszę cię uprzejmie, jak widać prawdę mówi stare porzekadło, że reklama jest dźwignią handlu – zaśmiała się Frania.

– Teresa! A ty skąd się wzięłaś o tej porze? – odezwał się Winicjusz wstając z barowego stołka.

– Umówiłam się z Elką. Akurat teraz mam wolną chwilę, ona też, więc postanowiłyśmy połączyć przyjemne z pożytecznym i obgadać sprawę promocji na miejscu.

– Oj, to się będzie działo – zerknęła Marysia na ojca.

– Tak? A co? – zainteresowała się Teresa.

– No jak to, nie wiesz? – zaśmiała się Marysia. – Przecież tato od lat wzdycha do Elżbiety, ona zaś bezustannie daje mu kosza. Moim zdaniem za mało się stara. Jeśli o mnie chodzi to chciałabym mieć dwóch fajnych braci, mogą być przyszywani. I do tego jeszcze od razu dwie szwagierki za jednym zamachem. Tato, naprawdę musisz się bardziej postarać, spręż się jakoś – zwróciła się do ojca.

– Aha, o to chodzi – Teresa kiwnęła głową ze zrozumieniem. – Wiem, wszyscy wiedzą. Tylko co on tu dzisiaj robi? – wskazała głową na Winicjusza. – Przekonywałam Elkę, że go na pewno nie spotka i co? Może byś się gdzieś schował z łaski swojej. Elka nadchodzi.

Marysia parsknęła śmiechem na widok ojca w pośpiechu znikającego na zapleczu.

Odkąd Elżbieta wróciła do realizowania dawnych marzeń i zaczęła malować obrazy jednocześnie tworząc ilustracje do cyklu napisanych przez Teresę bajek dla dzieci, stała się zupełnie inną kobietą niż była kiedyś. Uśmiechała się często. Mimo braku wolnego czasu, ponieważ nie zrezygnowała z zajęć na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, na które uczęszczały wspólnie z Adelką – a może właśnie dlatego – była zadbana, jej sylwetka odzyskała młodzieńczy wygląd. Niewątpliwie przyczyniło się do tego pływanie w basenie, gimnastyka i uprawiany z prawdziwą pasją taniec. Oraz, oczywiście, długie spacery z psami.

– No hej, wyglądasz po prostu rewelacyjnie – na powitanie powiedziała Teresa patrząc z prawdziwym uznaniem na przybyłą.

– Jak zwykle przesadzasz, ale dzięki – odpowiedziała z uśmiechem Elżbieta.

Kiedyś zaprzeczałaby, że nie, nieprawda, ona po prostu nie może dobrze wyglądać, a rewelacyjnie to już w ogóle niemożliwe… Teraz przyjęła komplement po prostu naturalnie.  Rozejrzała się po lokalu. Była tu już kiedyś lecz jedynie przez krótką chwilę. Przypadkiem. Nie wiedziała wtedy, że należy do Winicjusza. Zobaczywszy go uciekła najszybciej jak mogła. Ale to było dawno, jakby w poprzednim życiu. W obecnym była gotowa na spotkanie, nie na ucieczkę. Tylko głupio się przyznać, że zmieniła zdanie po tylu latach nieustannej walki z samą sobą…Chyba… nie jest jeszcze za późno?…

– Proponuję ci na początek szarlotkę – powiedziała Teresa. – Jest fantastycznym dziełem Frani. Tak pysznym, że Marysia palce lizała i okruszki z talerzyka też wylizała co do jednej. Bałam się, że zacznie zbierać z podłogi.

– To i ja muszę spróbować, poproszę w takim razie. I kawę też – spojrzała z sympatią na Franię i jej siostrzenicę.

Marysia podeszła zastanawiając się co też ojciec sobie myśli w tej chwili, chowając się na zapleczu. Rozbawiła ją wizja podsunięta przez wyobraźnię.

– Cześć, ja jestem Marysia, córka twojego wiernego adoratora – odezwała się.

– Przecież wiem – uśmiechnęła się ciepło Elżbieta.

– A co wiesz? Że córka czy, że masz wielbiciela? – dopytywała się Teresa z przymrużeniem oka.

– I jedno, i drugie.

– Czyli, że pogodziłaś się wreszcie z rzeczywistością? – nie ustawała Teresa w dociekaniach świadoma, że na zapleczu komuś robią się długie uszy…

Rozglądając się po lokalu podziwiała Elżbieta wystrój, urok starych ceglanych ścian ocieplonych nastrojowym światłem mającym źródło w małych lampkach rozwieszonych w różnych miejscach. Stojaki na wino, wypełnione butelkami zawierającymi szlachetne trunki produkowane na obu półkulach naszej pięknej planety, wypełniały pustą dawniej przestrzeń pod ścianami.  Przy długim drewnianym barze kilka wysokich stołków zachęcało do skorzystania ze swoich usług i popróbowania choć jednego z szerokiej gamy owych płynnych znakomitości.  Druga sala, znajdująca się za otwartymi, dużymi drewnianymi drzwiami, była jaśniej oświetlona, ściany przysłaniały regały zapełnione książkami. Na każdym stoliku dodatkowo stała lampka pozwalająca na swobodne czytanie czy pisanie. Istniała także możliwość podłączenia laptopa. Ostatnie pomieszczenie przypominało salę muzealną, w której prezentowano arcydzieła sztuki drukarskiej, białe kruki, stare mapy, ryciny, grafiki i  inne tego typu skarby. Szklane drzwi były zamknięte, pozwalały jednak na rzucenie okiem na zgromadzone  cuda. Zainteresowanych klientów gospodarz osobiście wprowadzał do swego skarbca. Było jeszcze jedno pomieszczenie, zwane pracownią, w którym znajdowało się duże biurko, sztalugi, mnóstwo obrazów, różnorakich papierów, książek, przedmiotów wymagających naprawy czy odrestaurowania, ewentualnie eksponatów zdjętych z jednej wystawy bądź przygotowanych do zaprezentowania na następnej.  Odbywały się bowiem w „Filiżance” wystawy obrazów, fotografii, wernisaże, spotkania autorskie i różne inne imprezy jakie tylko ktoś sobie wymyślił i zapragnął urzeczywistnić.

Aktualnie w kawiarnianej galerii wisiały artystyczne fotografie wykonane w Pieninach przez córkę właściciela, bowiem do wielu swoich pasji Marysia bezustannie zaliczała fotografowanie natury. Ludzi niekoniecznie, natomiast piękno przyrody uwielbiała utrwalać. Zachwycona Elżbieta wpatrywała się w obrazy przedstawione na zdjęciach. Bo to były obrazy, prawdziwe dzieła sztuki powstałe przez zamknięcie w kadrze fragmentu niesamowitego piękna krainy leżącej bezpośrednio nad Dunajcem. Taki właśnie tytuł nosiła wystawa – „Nad Dunajcem”.

Przeniosła się Ela całkiem w czasie i w przestrzeni, cofnęła się do pamiętnego majowego weekendu sprzed lat, od którego całkowicie zaczęło się zmieniać jej życie, jej podejście do siebie i świata, ogląd rzeczywistości. Ileż lat minęło, ileż musiała przejść, przeżyć, przemyśleć, żeby dotrwać do dnia dzisiejszego i zacząć bez strachu, za to z przyjemnością i nadzieją patrzeć w przyszłość. Jakby w odpowiedzi na swoje myśli ujrzała w rogu dwie wyrzeźbione w drewnie kaczki mandarynki. Zakrztusiła się kawą myśląc, że to nie może być przypadek.

– Skąd one się tu wzięły? – spytała tłumiąc odruch kaszlu.

– Były tu od zawsze, odkąd pamiętam – wyjaśniła Marysia. – A czemu?

– Ponieważ mandarynka wywarła największy wpływ na ostatnie lata mojego życia – odpowiedziała Elżbieta walcząc z ogarniającą ją wesołością.

Wreszcie nie wytrzymała i parsknęła na głos. Zdumiona Teresa i nie mniej zdumiona Marysia patrzyły nie rozumiejąc przyczyny ataku śmiechu Elki, która dostała tak zwanej głupawki, nie dającej się zatrzymać w żaden sposób i udzielającej się otoczeniu. Tak więc po chwili płakały ze śmiechu we trójkę. Elka nie mogąc opanować wesołości z sobie tylko wiadomych powodów, zaś jej towarzyszki spoglądając na nią.  Zaintrygowana sytuacją Frania wyłoniła się z zaplecza a za nią Stenia, jej siostra bliźniaczka. Elka pomyślała, że zwariowała i widzi podwójnie, co sprawiło, że śmiała się jeszcze bardziej. Ten, kto choć raz w życiu miał atak głupawki dobrze wie, jak trudno sobie z nią poradzić i ile może trwać.

Frania i Stenia zaraziły się nią patrząc na trzy rechoczące niewiasty i, nie mogąc się powstrzymać, dołączyły do nich. Gdyby ktoś obcy w tym momencie  wszedł do lokalu z pewnością wycofałby się przekonany, że trafił przez pomyłkę na izbę przyjęć w przychodni dla specyficznych pacjentów. Winicjusza ominęło owo przedstawienie, niestety. Miał umówionego klienta i spędził z nim w pracowni „czas głupawki”. Gdy wrócił na salę wszystkie panie – w liczbie pięciu – siedziały bez sił, wycierając załzawione oczy usiłując przy tym nie rozmazać do końca makijażu. Elżbieta kończyła właśnie opowiadanie o przygodzie ze sroką i mandarynką w Szczawnicy, którą jej przypomniały kaczki mandarynki.

– I tak poznałam twojego tatę, Marysiu…

Zobaczywszy wyłaniającego się z zaplecza gospodarza wszystkie damy znów dostały ataku śmiechu.

– Co tu robisz? Miało cię nie być a jesteś – przytomnie zauważyła Teresa nieco doszedłszy do siebie. – Elka pomyśli, że kłamałam – dodała z pretensją w głosie.

– Nie kłamałaś, właśnie skończyłem rozmowę z klientem i wpadłem na kawę – wyjaśnił Winicjusz z absolutnie niewinnym wyrazem twarzy. – A co? Mam wyjść?

– Jeszcze by tego brakowało, żebyś teraz ty zaczął uciekać – mruknęła pod nosem Teresa. – Zdurniałeś? U siebie jesteś – dodała głośno.

– Ale jakbym miał przeszkadzać moim gościom…

– Cicho bądź i słuchaj – odezwała się Elka ciągle jeszcze mająca problem z odzyskaniem powagi. – Możesz zostać pod warunkiem, że pozwolisz nam wymyślić nowe menu do twojej knajpy. Co ty na to?

– Ależ z ogromną przyjemnością – odparł uśmiechając się wewnątrz siebie i jedynie w oczach mu się ten uśmiech uzewnętrznił, co nie uszło uwagi żadnej z obecnych bystrych niewiast.

– Można na stronie tytułowej napisać „Spis potraw dla grzeszników” – ciągnęła Elżbieta nie zwracając uwagi na zdziwione miny towarzyszących jej osób. – Na przykład na pierwszym miejscu mógłby się znaleźć ozór donosiciela w sosie…

– A w jakim? – zainteresowała się Marysia.

– A na przykład w koperkowym – zaproponowała Frania.

– Może być pańskie oko w czekoladzie – podpowiedziała Stenia.

– To bardziej na deser. Na ostro to móżdżek zwierzchnika w pomidorach i papryczce chili – włączyła się do zabawy Teresa.

– Tfu, na samą myśl można dostać niestrawności – skrzywiła się z niesmakiem  Frania.

– Kogo miałaś na myśli? – zapytał z dziwnym wyrazem twarzy Winicjusz. – O czyim móżdżku myślałaś w związku z niestrawnością i zwierzchnikiem?

– O niczyim, hipotetycznie – parsknęła Frania śmiechem. – Nie o twoim, nie bój się.

– Mam! – wykrzyknęła z radością Marysia. – Ucho tajniaka w sosie chrzanowym.

– A co powiecie na rękę karcącą w cieście piwnym? – rzuciła Elka.

– To już wam chyba tylko zostanie marskość wątroby w zalewie spirytusowej – dodał Winicjusz mając wrażenie, że chyba wszystkie zwariowały, a on znowu aż tak bardzo nie odbiega od stanu ich umysłów.

17.07.2018

  • aga-joz Nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Cudnie się czyta i wyobraża.
    Pozdrowienia i buziaki
  • kobietawbarwachjesieni Dołączam do tego, co napisała Aga – Joz. Ściskam.
  • annazadroza Ago:-)
    Marysiu:-)
    Dziękuję Wam, kochane dziewczyny, za takie miłe słowa, podbudowujące i przyjemnie łechcące moje ego:) Po takich słowach skrzydła rosną u ramion i gęba się uśmiecha z radości, że komuś sprawiłam przyjemność. Dziękuję!!! Ściskam serdecznie i przytulam śląc puchatego duuużo:)))
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

Popadało

Jak te dzieci rosną! Dlaczego tak  szybko robią się „okropnie” dorosłe? ;)))
Moje dwie starsze wnuczki są większe ode mnie. Jeszcze tylko Calineczka pozostała do noszenia na rękach. Duże mogę już tylko „stacjonarnie” poprzytulać;) Na szczęście pozwalają na to. Nawet usłyszałam wczoraj od Z., że tak trochę to zawsze pozostanie dzieckiem:))) Natomiast K. spała u nas, a właściwie śpi dalej. Skituś stęskniony za swoją przyjaciółką spał na jej nogach, nawet nie miał ochoty rano iść na spacer. Co mu ściągnęłam na dół przednie łapki i próbowałam zdjąć tylne, on z powrotem przednie ładował na łóżko. Taka zabawa trwała dłuższą chwilę, wreszcie musiałam stanowczo, bez żadnych ceregieli, zrzucić go na podłogę. Dopiero wtedy zdecydował się opuścić pokój. Zamknęłam drzwi, żeby młoda się wyspała, bo na to ma
wakacje, żeby nic nie musiała. Szczególnie u babci, bo po to babcie są, żeby dzieciom było dobrze. I żeby do końca życia pamiętały wakacje u babci.
Korzystając z przerwy w deszczu zabrałam rano psiaki na trochę dłuższą trasę. Kilka wilgotnych dni sprawiło, że rośliny zaczęły odżywać, kolor zieleni znów stał się widoczny. Poprzednio teren przy działkach wyglądał jak żółtobura wyschnięta pustynia. Nawet liście na krzewach zwiędły, a jeden octowiec usechł na amen. Liście leciały z drzew jakby już październik nadszedł, tylko bez swoich pięknych kolorów, a nie dopiero lipiec.
Nagle zerwał się wiatr i lunęło. Zanim doszłam z psiakami do domu zmokliśmy całkowicie. Więc nie kryjąc się nigdzie, bo i po co, szliśmy sobie w strumieniach deszczu i tym sposobem Skitek i Szilka zaliczyły kąpiel powietrzno-wodną;) Ja też. Z tą różnią, że ja się przebierałam a one nie. Łaskawie pozwoliły się wytrzeć i śpią. Też bym pospała, ale nie ma tak dobrze. Bo tylko „cysorz to ma klawe życie…”

16.07.2018

  • e.urlik Masz rację co do wakacji u babci i nawet nostalgia mnie dopadła… A lipiec tegoroczny podoba mi bardzo – trochę upałów, deszcz czasem i do tego mogę sobie na razie pozwolić na lenistwo :-))
  • kotimyszkot Niewiele miałam wakacji u babci, jeździliśmy głównie z rodzicami pod namiot. Ale każdy czas u niej był pełen ciepła i wspominam jej rozpieszczanie z uśmiechem 🙂
    Dzieci rosną za szybko i w ogóle czas za szybko umyka! Nic się z tym nie da zrobić, choć się człek buntuje 😉
  • urszula97 U mnie jutro wnuk wyjeżdża ale znów przyjedzie do nas.Ten malutki był wczoraj cały dzień i narobił tumultu więcej niż pozostałe 5 osób,zostałam potarmoszona po włosach,poszczypana,muszą go bardzo dziąsła swędzić to usiłował i gryźć ale słodka i tak przylepa z niego.Pogoda coś nienormalna albo upał albo deszcz ,cięzko gdzieś wyjść.
  • annazadroza Ewo:-) Mieszkałam u dziadków trzy lata i potem spędzałam w Tenczynku każde wakacje, przynajmniej dużą część. Tęsknię ogromnie i wciąż czuję obecność babci koło siebie, myślę co ona by powiedziała, co zrobiłaby, co pochwaliła a co nie… Dziwne, że z wiekiem coraz bardziej.
    Leń się póki możesz, bo robota Cię lubi i nie da Ci uciec od siebie, dopadnie Cię;)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Wciąż mówimy tutaj, że czas zbyt szybko umyka:(
    Pod namiotem też fajne wakacje, szczególnie dla dzieci jest frajda, bo w tym wieku nie przeszkadzają żadne niedogodności życia na łonie natury. Cudowny okres życia:)
    Chciałabym, żeby moje wnuczki miały jak najwięcej dobrych wspomnień „babciowych”, żeby zostały im na zawsze i mogły swoim dzieciom coś przekazać. Choćby owo rozpieszczanie:)
  • annazadroza Urszulo:-) Już widzę Twojego maluszka:) Jak moja malutka – gryzie, drapie, ciągnie za włosy, a jak cudnie się złości:))) Uwielbiam krasnala:) Masz rację, że taka kruszyna a zamieszania narobić umie więcej niż kilku dorosłych.
    U mnie deszcz głównie, w sumie dobrze, nawet bardzo, bo potwornie sucho było, ale wyjść trudno, trzeba szukać chwilki między jednym opadem a drugim.
  • bognna Zazdroszcze;(
    Tutaj od 5 (!) tygodni nie spadla ani jedna kropla deszczu:((((((
  • emma_b a ja nie jestem babcią, chociaż wiekowo już dawno bym mogła. jakoś się moja córka słabo stara…
    fajnie jest czasem tak gruntownie zmoknąć, a potem się wykąpać, wysuszyć, przebrać i herbatkę z cytryną wypić. po takiej przygodzie całkiem inaczej smakuje:)
  • annazadroza Bognna:-) Tyle czasu ani kropli – toż to katastrofa! Może się niedługo zmieni? U nas też przecież tyle czasu nie padało, że trawniki wyglądały jak na pustyni, a ziemia popękana była z braku wody. Życzę Ci więc deszczu, ale nie nagłego, tylko drobno siąpiącego, takiego nawilżającego.
  • annazadroza Emmo:-) Tak, zmoknąć latem, kiedy ciepło, to wręcz przyjemność:) Taki darmowy prysznic od Natury i włosy miękkie po deszczówce. Pamiętam, że babcia zbierała deszczówkę do mycia włosów. A siemię lniane zaparzone służyło jako żel i odżywka. Tak mi się przypomniało:)
    Jeśli chcesz być babcią – to Ci tego życzę z całego serca:))) Niech się spełni:)))
  • bognna Prognozy nie sa niestety pocieszajace:(
  • annazadroza Bognno:-) U nas w nocy okropna ulewa była. Na południu Polski rzeki i strumienie przybrały, nawet mosty niektóre są w niebezpieczeństwie.
© Anna Blog
Blo

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 53

Tak się nieraz dziwnie składa, że ludzie mieszkający niedaleko siebie spotykają się na drugim końcu kraju albo nawet świata na przykład w czasie urlopu lub wakacji. Czy spotkania takie są dziełem przypadku czy przeznaczenia – to już zupełnie inna sprawa. Faktem jest, że bywają wyjątkowo zaskakujące.

Podczas wyprawy do Indii, pierwszej swojej tak dalekiej, samodzielnej podróży bez ojca, jedynie w gronie grupki przyjaciół ze studiów, Marysia Bartecka poznała wielu studentów z Polski zwiedzających świat oraz absolwentów najprzeróżniejszych uczelni korzystających z ostatnich wakacji przed podjęciem pracy i wejściem w dorosłe, pełne obowiązków życie. Ukochana córeczka Winicjusza ukończyła właśnie wtedy studia z bardzo dobrym wynikiem i wyjazd był nagrodą zafundowaną przez ojca. Dobry sprzęt fotograficzny nabyła dużo wcześniej za zarobione przez siebie pieniądze. Przy okazji zwiedzania postanowiła zebrać materiał do zaplanowanej swojej pierwszej wystawy, którą nazwała roboczo „Kolory Indii”.

Przed przepiękną  świątynią poznała młode polskie małżeństwo odbywające swoją podróż poślubną. Ola i Rafał dołączyli na pewien czas do grona przyjaciół Marysi i przeżyli wspólnie wiele miłych chwil. Potem rozjechali się każde w swoją stronę uprzednio wymieniwszy się numerami telefonów i obiecując sobie spotkanie w Warszawie po powrocie.

Młodziutka fotografka przywiozła z podróży mnóstwo wrażeń, pamiątki dla obu ciotek i ojca oraz masę materiału na swoją debiutancką, fotograficzną wystawę. Było z czego wybierać. Po powrocie córki ojciec pękał wprost z dumy nie przyznając się, że podczas nieobecności jedynaczki umierał z niepokoju o nią. Pękał tak przez cały czas będąc w gotowości do służenia pomocą w przygotowaniach i patrząc w dziewczynę jak w obrazek. Z początku nie bardzo z tej pomocy chciała korzystać, potem jednak kobieca intuicja podszepnęła jej to i owo. Po zastanowieniu posłuchała owych podszeptów i zgodziła się na pewną pomoc taty czyniąc to z właściwą sobie zręcznością i wyczuciem, w związku z czym Winicjusz wykonywał z radością wszystkie polecenia córki, sugerując tylko od czasu do czasu jakąś drobną korektę, na którą przystawała kryjąc przed uszczęśliwionym ojcem lekki uśmieszek.

– W tym zwariowanym świecie jedynym ratunkiem wydaje mi się samodoskonalenie, bo tylko to może rozpocząć jego naprawę – oświadczyła szukając odpowiedniego miejsca na kolejne zdjęcie

– Jego czyli świata? – upewnił się ojciec.

– Oczywiście – spojrzała na niego z wysokości drabiny. – Mam zamiar w tym uczestniczyć i powrócić na zajęcia jogi. Tym razem już odpowiedzialnie i z pełną świadomością, bo dawniej to była dziecinada po prostu.

– Praca nad sobą nigdy nie jest zła – odpowiedział córce wiedząc co mówi, wszak jeszcze w młodości zafascynowały go sztuki walki, a obecnie wrócił do treningów karate w ramach odzyskania i utrzymania dawnej formy.

Bardzo dobrze się im współpracowało i tak powstała w „Filiżance” pierwsza, z długiego już obecnie cyklu, prezentacja Marysinych fotografii, stanowiących załączniki do reportaży z różnych miejsc przez nią odwiedzanych.

Pewnego dnia, aby zaprezentować przyjaciołom zdjęcia jeszcze przed oficjalnym otwarciem pierwszej wystawy, ściągnęła Marysia do „Filiżanki” uczestników wspólnej wyprawy do Indii oraz Olę i Rafała, bo oni też się na zdjęciach znaleźli. Rafał zaś przyprowadził brata i jego żonę. Tym sposobem Marysia poznała Roberta i Ewę, których polubiła bez zastrzeżeń, z wzajemnością zresztą. Podczas któregoś kolejnego pobytu w lokalu, który z czasem okazał się stałym miejscem spotkań Marysinych znajomych i gości chętnych do udzielenia wywiadu ślicznej reporterce, rozmowa zeszła na nieoczekiwane tory. Najpierw potoczyła się w stronę ulubionych szlaków górskich, zahaczyła o Szczawnicę oraz wspomnienia stamtąd z dzieciństwa Marysi związane z mamą, doszła do matki Rafała i Roberta, po czym zatrzymała się na trosce chłopców o nią właśnie. Troska dotyczyła ich usamodzielnienia się, koszmarnych przeżyć matki związanych z ich, niestety, ojcem, oraz z wyraźną samotnością i spowodowaną owymi przeżyciami niemożnością otwarcia się na jakikolwiek nowy związek w celu rozpoczęcia normalnego życia. I oni, synowie, źle się z tym czują, bo im żal matki i mają wyrzuty na sumieniu ponieważ w okresie dojrzewania zachowywali się jak dwa niedorozwinięte, ślepe, gigantyczne dupki. A mama zawsze była w porządku bez względu na ich kretynizmy. Teraz chcieliby jakoś pomóc ale nie wiedzą jak. Zaś z ciotkami -sąsiadkami, mamy przyjaciółkami, jakoś głupio im o tych sprawach rozmawiać. Marysia obiecała pomyśleć i poplotkowała po babsku z Olą i Ewą. Chciała się czegoś dowiedzieć o ich teściowej. Poza imieniem, które brzmiało zwyczajnie: Elżbieta, chciała poznać też jej wygląd i poprosiła o pokazanie zdjęcia. Doznała chwilowego szoku. Natychmiast dostępne zdjęcie, znajdujące się w plecaku Roberta, było zrobione na tratwie podczas spływu Dunajcem. Zobaczyła Marysia matkę chłopców siedzącą obok własnego, rodzonego ojca! Oboje skrywali twarze za ciemnymi okularami ale przecież Winicjusza rozpoznałaby nie tylko w ciemnych okularach ale i w sukience oraz w chusteczce na głowie…

Aa, to takie buty, szepnęła do siebie i usiłowała sobie przypomnieć jakieś okruchy, fragmenty opowiadania z ówczesnego pobytu ojca w Pieninach, na które do tej pory nie zwróciła uwagi. Przecież to było wieki temu. Wielce zaciekawiona postanowiła wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji. Oczywiście tak, żeby się niczego nie domyślał. Chłopcy zaś próbowali uzmysłowić matce, że życie jest piękne i nie trzeba się na to piękno zamykać. Zorientowawszy się, że wróciła do malowania i tworzy ilustracje do książki ciotki Teresy, zgodnie z sugestią Marysi pomyśleli o promocji w „Filiżance” zanim sama autorka na to wpadła, oczywiście również na skutek podpowiedzi czarnookiej córki właściciela.

13.07.2018

  • kobietawbarwachjesieni Oj! Coś zaczyna się dziać. Kiedy ciąg dalszy? Uśmiechów i pozdrowień tysiące.
  • annazadroza Marysiu:-) Jutro ciąg dalszy:) Odściskuję i uśmiechy wysyłam wzajemnie:)))
© Anna Blog

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie wiadomo

Jak to nigdy nie wiadomo co się rano zastanie koło domu. Wyszłam z psami później niż zwykle, bo zbudziłam się dopiero ok. 6.30 co mi się rzadko zdarza. Pewnie z powodu zmiany pogody, lekkiego ochłodzenia i deszczu dobrze się spało, bo i psiaki spały snem sprawiedliwych. Wyszliśmy nie od tyłu osiedla przez łąkę, bo mokro okrutnie, lecz od ulicy. A tam – niespodzianka. Ładny srebrny samochód wbity w panel ogrodzenia firmy po drugiej stronie ulicy. Laweta też już stała, więc zajście miało miejsce jakiś czas temu, nie było żadnych ofiar widać ani dwu ani czworonożnych. Widocznie się, na szczęście, bez takowych obyło. No, chyba, że do szpitala zabrane nocą. Zastanawiam się z jaką olbrzymią siłą musiało auto uderzyć w solidny, metalowy płot, żeby skasować i płot, i przód pojazdu. Jeżdżą tzw. kierowcy nocami ( niestety nie tylko) jak wariaci, wyścigi sobie robią po ulicy – może to jeden z takich „kierowców” był. Nie wiem, bo na stronie z okolicznymi newsami informacji żadnej jeszcze nie było. Skoro metal nie wytrzymał, to co zostałoby
z człowieka czy zwierzęcia, gdyby takiemu na drodze stanął? Strach myśleć.

12.07.2018

  • krzysztof213 oo Dziękuje za pomysł pozdrawiam
  • kolewoczy Ależ miałaś widok o poranku 😉
  • e.urlik To u ciebie też jeżdżą jak idioci? U nas jeszcze dodatkowo młodzi debile na ścigaczach lub quadach. A przecież nasza uliczka malutka, mnóstwo zwierząt tu żyje, sarny, zające, bażanty, koty… Czasem życzę im nagłej i niespodziewanej, zwłaszcza kiedy ryczą silnikami wśród nocnej ciszy 🙁
  • urszula97 Zgadzam się z poprzednią wypowiedzą,u nas są nocą wyścigi motocyklowe (niektórzy przymykają na to oczy a nie powinni),ryczą te ustrojstwa niesamowicie.W ten sposób zginęła kobieta 2 dni przed Komunią św swego dziecka,szła chodnikiem i jakiś durny ścigacz wjechał w nią,osierociła dwoje dzieci.Do dzisiaj dziada nie złapali.
  • emma_b jestem pod wrażeniem, jak Ty wcześnie wstajesz…jak dobrze, że mój zwierzak całkowicie ze mną zsynchronizowany i wstajemy nie powiem o której:)
  • annazadroza Krzysztof:-) „Odpozdrawiam”:) Korzystaj z lata, pogody i wody. Mieć morze w zasięgu wzroku i ręki to jest wspaniale:)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Zaskakujący:)
  • annazadroza Ewo:-) Głupoty nie siejesz, sama rośnie – jakoś tak to brzmi. Idiotów jest pełno, jeden raz nie przejdziesz ulicą, żeby jakiś nie mijał z piskiem opon, z włączoną na full muzyką (właściwie to nie muzyka tylko dudnienie), pchając się na trzeciego, albo lecąc prawie na czołówkę. Ostatnio właśnie „Zosia” miała tak niebezpieczną sytuację przez jakiegoś durnia.
    Staram się nie życzyć… bo co wysyłasz, to wraca. Niech mają to na co zasłużyli – tak sobie mówię, bo przecież nie wiem na co, to już wyłącznie ich sprawa.
  • annazadroza Urszulo:-) No i w takich przypadkach nie da się powstrzymać od złorzeczenia. Przez takich kretynów mnóstwo porządnych ludzi traci życie całkiem bez sensu. Jakie to straszne nieszczęście dla dzieci, stracić matkę tak niespodziewanie. A nic nie można na to poradzić, tylko współczuć. I niech drania złapią wreszcie.
  • annazadroza Emmo:-) Wstaję, bo ja skowroneczek, ranne ptaszę:) Jak jasno – od razu jestem przytomna. Gorzej gdy ciemno za oknem, oj strasznie wtedy trudno się podnieść i rozstać z podusią;)))
  • Gość *.play-internet.pl Witam
    Oj w tym problem ze nie zawsze mi się chce plażować
    I jak się Dean Martin potoba to pani Anna jest też włoską
  • annazadroza Krzysztof:-) Domyśliłam się, że tajemniczy gość to Ty:) Dean Martin był swego czasu ideałem męskiej urody, sentyment pozostaje na zawsze. A głos miał boski.
    Plażować trudno, kiedy zimno i pada, dlatego można docenić słoneczne, ciepłe chwile.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zosia

Dziś bez słoneczka za to chmurzasto, trochę pokropiło, ale mniej niż ksiądz kropidłem. Spragnione roślinki wciąż mają nadzieję, że popada. Zobaczymy, może tak będzie.
Tak sobie myślę, że wiele spośród naszych znajomych kobiet, krewnych, przyjaciółek to są bohaterki. Ciche bohaterki codziennego dnia, zasługujące na największy podziw. Myślę w tej chwili o konkretnej osobie, drobnej, szczupłej „dziewczynie” – to określenie wciąż bardzo do niej pasuje mimo wieku 50+ :))) Nazwijmy ją np. Zosia. Przeszła w życiu mnóstwo bardzo trudnych sytuacji zdrowotnych i osobistych, domowych związanych z członkami rodziny, które inną osobę załamałyby kompletnie. Zosia do końca walczyła o swoich bliskich, o ich zdrowie i życie. Teraz matkuje wnuczkom, które zostały sierotami. Jest pełna dobroci, empatii, ma w sobie tyle ciepła i dobrej energii, że naprawdę nie wiadomo skąd się to bierze. Nie, źle mówię, wiadomo – z jej świetlistego wnętrza, bo jeśli są jacyś ludzie „czyści od środka” – to właśnie Zosia do nich należy.
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że osoba, którą widujemy w pracy, w sklepie, na ulicy jest kimś niezwykłym. Zamienimy parę słów, pozdrowimy, zapytamy „co słychać” i nie słuchając odpowiedzi idziemy dalej pogrążeni w swoich myślach, w swoich sprawach. Czasem się otrząsamy jak pies po wyjściu z wody i dopiero wtedy, na skutek jakiegoś niespodziewanego wydarzenia, skojarzenia, słowa dostrzegamy blask bijący od np Zosi.
Wszystkim Zosiom-bohaterkom-matkom-babciom-pielęgniarkom-…….tu każdy może dopisać swoje…. dziś posyłam życzenia, pozdrowienia, podziw, szacunek i mnóstwo dobrych myśli.

ps. Moja „Zosia” czasem tu zagląda, może się domyśli, że właśnie ona jest powodem rozmyślań.

11.07.2018

  • e.urlik Dopisuję do listy: córki i synowe 🙂
  • urszula97 Takich Zosiek których nie widzimy i nie dostrzegamy jest sporo,oby było jak najwięcej dobrych ludzi.
  • karolinagurazda Ja ciepło myślę o pani Eli, którą dziś spotkałam w autobusie. Miła, skromna osoba. Na do widzenia powiedziała, że pomodli się „w mojej sprawie”.
  • emma_b ja też znam taką Zosię, która przeżyła mnóstwo nieszczęść i w dalszym ciągu żyje jej się wybitnie nielekko, ale ma w sobie mnóstwo pogody i optymizmu. to są fantastyczne osoby!
  • kotimyszkot Kobiety to wcale nie słaba płeć, wielokrotnie życie pokazuje, że są bardzo silne..
  • annazadroza Ewo:-) Słusznie, właściwie każda z nas po rozejrzeniu się wokół siebie dostrzeże taką Zosię:)
  • annazadroza Urszulo:-) Masz absolutną rację. Dużo jest Zosiek, nie rzucają się w oczy bo to właśnie „ciche bohaterki”. I popieram postulat, oby dużo dobrych ludzi spotykać na swojej drodze, oby jak najwięcej:)))
  • annazadroza Karolino:-) Dołączam się do Twoich ciepłych myśli posyłanych dalej, bo im ich więcej, tym lepiej:)))
  • annazadroza Emmo:-) Często się zastanawiam, skąd u osób po przejściach siła, pozytywny stosunek do świata (np. po obozie, po powstaniu). Może to nabranie dystansu do „teraz”, przewartościowanie rzeczywistości?
  • annazadroza Myszokocie:-) Często facet wymięka a kobieta ciągnie kierat dalej…
© Anna Blog

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 52

Po wytłumaczeniu sobie, że promocja książki nie jest powodem do stresu bo właściwie nie różni się od szkolnego zebrania, ba, nawet łatwiejsza jako, że nie trzeba się tłumaczyć za innych nauczycieli z wystawionych ocen, Elżbieta uspokoiła się. A poza tym autorką jest Teresa, ona jedynie osobą towarzyszącą tak naprawdę, ilustratorką, nic wielkiego…Przyjaciółki przekonały ją, że należy się wspólnie naradzić nad wybraniem odpowiedniego dla niej stroju, bo przecież nie mogą jej z tym problemem zostawić samej. W końcu będzie jakby przedstawicielką osiedla, przyjaciół, kobiet w wieku 50 plus, nawet chwilami duże plus… Usłyszawszy to ostatnie chciała się obrazić, co jej się jednakowoż nie udało, bo jak można się obrazić na takie głupie małpy jak one? Zaczęły chichotać, pleść tak niebotyczne bzdury, że nie wytrzymała i chichotała razem z nimi. Teraz idąc z psicami zerkała na Adelcyne okno, które wciąż pozostawało zamknięte. Znaczy, Adelki nie ma w domu.

Adelka tymczasem stała na stacji metra z utęsknieniem czekając na pociąg. Nie wiadomo skąd się wziął katar, który dopadł ją bardzo już późnym wieczorem. Zalewał oczy zacierając kontury świata, zatykał nozdrza tamując oddech tak, że musiała łapać powietrze wyschniętymi ustami, do tego gorączka powodowała zawroty głowy. Męczyła się okrutnie. Pociąg nadjechał. Przez okno wypatrzyła jedno wolne miejsce. Zanim się doń dopchała, z tryumfującą miną usiadła na nim sporo młodsza blondynka.

Czekaj cholero, będę na ciebie chuchać aż cię zarażę za to, że zajęłaś moje miejsce –  pomyślała patrząc z odrazą na siedzącą. Z zadowoleniem zobaczyła, że nad blondynką stanął jakiś menel najwyraźniej bardzo śmierdzący, czego Adelka z powodu kataru nie poczuła. Wnioski wysnuwała natomiast z zachowania ludzi stojących wokół. Na dodatek z kieszeni wystawała mu butelka, pewnie niedokładnie zakręcona, bo kiedy pociąg szarpnął, menelem rzuciło, znalazł się na kolanach blondynki a z butelki polał się przezroczysty płyn… Adelka poczuła się usatysfakcjonowana.

Ledwie doszła pod blok, dopadła ją Elżbieta.

– Czego tu? – z niechęcią w zachrypniętym głosie spytała Adelka.

– Czekam na ciebie i czekam, a ty się gdzieś szwendasz – zaczęła Ela.

– Nie się szwendam tylko z pracy wracam. Ja jeszcze czasem pracuję. Zapomniałaś?

– Dobrze już, dobrze. Patrzę w okno, żeby cię dopaść, a ciebie wciąż nie ma i nie ma…

– Jak to mnie nie ma? – zdziwiła się Adelka. – A kto ma katar, a psik! A poza tym, widzisz,  jestem chora i czego ty ode mnie chcesz?

– Jak to czego? Przecież wczoraj się umawiałyśmy na dzisiaj u ciebie. Teraz ty zapomniałaś?

– O matko, faktycznie, przez to, że katar mi rozum zalewa…

– Wczoraj jeszcze go nie miałaś – podejrzliwie spojrzała Ela. – Skąd ci się tak nagle wziął?

– Nie wiem… już wiem! Przecież Adam był chory, widocznie się od niego zaraziłam i w nocy wylazło.

– W takim razie cię trzeba szybko wyleczyć bo z ciebie żadnego pożytku nie będzie – stwierdziła Ela i zamachała ręką w powietrzu. – Hej, Kaśka, Katarynka! Tutaj jesteśmy! Zobacz co za zdechlak się z niej zrobił – wskazała na ledwie żywą Adelkę. – Musimy ją do porządku doprowadzić.

– Jest genialny na to sposób, który znam od synowej – ucieszyła się Kasia. – Potrzebne nam będą miód, cytryna i czysta wódka. Masz w domu czy trzeba iść do sklepu?

– Mam – wykichała i wychrypiała Adelka. – Idę, nie mam siły dłużej stać. A wy jak sobie chcecie. Macie ochotę się zarazić, bardzo proszę, przeciwwskazań nie widzę. Już w metrze taką jedną wstrętną babę zarażałam – zachichotała na wspomnienie sceny w wagonie. – Jej akurat wódka szczęścia nie przyniosła.

– To może się zarazków pozbyłaś – zaśmiała się Kasia. – Ja się nie boję, pójdę do ciebie. Zresztą Mikołaj przyjedzie po mnie dopiero za trzy godziny, więc i tak muszę.

– Ja też się nie boję, poza tym nie mam czasu na żadne banie się– dodała Elżbieta.

Winda stała na parterze, nie trzeba było czekać, więc wkrótce rozgościły się w Adelki mieszkaniu. To znaczy chciały się rozgościć od razu, jednak zwykła ludzka przyzwoitość kazała Kasi wyjść z psami Adelki, żeby chora mogła już zacząć do zdrowia dochodzić, zaś Elka swoje psice zaprowadziła do domu. Po wykonaniu owych czynności rozgościły się na dobre. Kasia z miną znawczyni przygotowała leczniczą miksturę i kazała chorej wypić ją duszkiem. Wypiła, zakasłała lekko, oczy zrobiły jej się okrągłe jak złotówki, nabrała głęboko powietrza, chwilę przytrzymała w płucach.

– Dobre – powiedziała na wydechu.

– Prawda? Pycha – przytaknęła Kasia.

– To ja też chcę – zażądała Elka. – Profilaktycznie chyba można, prawda? Żeby się wirusy nie czepiały.

– Ona ma rację – stwierdziła wyraźnie ożywiona i coraz weselsza pani domu. – Jak się rozłoży to będzie chrychać na promocji. Zrób jej. I sobie też.

– Dwa razy nie musisz mi tego powtarzać – uśmiechnęła się Kasia. – Nie mam zamiaru przyczepiać się do twoich zarazków…

– Popatrz – zdziwiła się Ela, – od samego wąchania bredzi, to musi być dobry lek…

– Tfu, to znaczy, chciałam powiedzieć, że twoje zarazki nie będą się czepiać do mnie – sprostowała Kasia.

– Adelka, co masz w karafce, tam u góry, na półce, takie coś strasznie ciemne – zainteresowała się Ela.

– Aa, to? To zielona herbata z czerwonym winem. Znalazłam przepis na taką zdrowotną nalewkę i zrobiłam.

– No wiesz co? I nie dałaś spróbować? – oburzyła się Kasia.

– To obrzydliwie niedobre, nie da się wypić!

Ela uważnie przyjrzała się karafce.

– Bujasz. Jest mniej niż na początku, są ślady na szkle. Pewnie piłaś sama.

– Zdurniałaś? Wietrzeje pomału. To takie niedobre, że może być tylko dla gości.

Kasia zakrztusiła się z wrażenia.

– Wy przecież nie goście – uśmiechnęła się błogo Adelka. – To wam nie dam.

Mikstura zdrowotna według przepisu Łukaszowej Agnieszki najwyraźniej zaczęła spełniać swoją powinność.  Adelcyny katar jakby mniej zaczął się udzielać towarzysko, zaś wszystkie trzy „dziewczyny” odczuwały rosnącą sympatię do siebie oraz reszty świata.

Rozważyły niezwykle istotną kwestię Elcynej toalety na wieczór promocyjny. Propozycji padło kilka lecz nie udało się ustalić ostatecznie jednoznacznego stanowiska i sprawa pozostała otwarta. Druga kwestia dotyczyła prezentu od przyjaciół.

– Nie chciałabyś pojechać do Szczawnicy? – zapytała Kasia. – Teraz jest tak pięknie w samym miasteczku, że nie poznałabyś gdzie jesteś. Tylu nowości nie widziałaś. Promenady nad Grajcarkiem nie widziałaś, ani wyremontowanych budynków na placu Dietla nie widziałaś. Teraz jest nowa rzeźba przy nowej fontannie, choć prawdę mówiąc bardziej mi się stara, kamienna podobała… Cała ulica Zdrojowa jest odnowiona, mostek ma i strumyczek, zegar kwiatowy i pomnik Sienkiewicza. Jest drugi most równolegle zbudowany do starego z Krościenka, nowy parking przy Dunajcu i sklepy z pamiątkami. I jeszcze różne kwiatowe figury zwierząt: Słonie, Dzięcioł, Sowa, Paw, Owieczki, Jaszczurka, Ślimak no i Wiewiór przy  „Halce”. I jeszcze odbudowany Dworek Gościnny w Parku Górnym…

– O matko – westchnęła Elżbieta. – Pewnie, że bym chciała, tylko jest to niemożliwością. Po pierwsze: nie mam kasy na żadne ośrodki czy hotele. Po drugie nie mam co zrobić z psicami.

– Znowu bredzisz – zaczęła Kasia.

– Przestań – wtrąciła Adelka. – Może bredzić. Nasza Elcia to artystka. Wolno jej więcej niż innym i dlatego tyle głupot robi…

– Już ty lepiej nic nie mów – spojrzała Kasia z politowaniem. – Chora jesteś.

– Ale mi lepiej, zdecydowanie – Adelka wyraźnie  była z życia zupełnie zadowolona w tej konkretnej chwili historycznej.

– Cieszę się. Lepiej jednak zdrowiej w ciszy i nie przeszkadzaj – rzekła Kasia. – Elcia, ty wcale nie musisz mieć kasy ani się o psice martwić. Z psicami pojedziesz. Do mnie, to znaczy do naszego wspólnego, znaczy do mojego i Mikołaja mieszkanka. Bo my się zastanawiałyśmy jaki by ci prezent zrobić dla uczczenie twojego, no wiesz, zwycięstwa nad wrogą materią. I stwierdziłyśmy, że kwiatki i takie różne zagracajki i pierdułki to ci nie są potrzebne, masz ich do diabła i trochę, pewnie zresztą dostaniesz od innych. Od nas miałabyś wyjazd na odpoczynek… Co ty na to?

– Dziewczyny, jakie wy jesteście kochane – rozczuliła się Ela. – Jakie dobre, jakie… już sama nie wiem jakie…

– Genialne – wtrąciła Adelka. – Po prostu genialne. Przecież to oczywiste.

Rozległ się dźwięk muzyki z Kasinej kieszeni. Świetny, ostry rock.

– Jak ja tego nie znoszę – ze wstrętem skrzywiła się Kasia.

– Zgłupiałaś? –  Elżbieta uniosła brwi w geście wyrażającym zdziwienie i oburzenie najwyższego stopnia. – Przecież to fantastyczny kawałek!

– Ale ja mam to  ustawione jako budzik. On mi każe wstawać!

– Aa, to rozumiem – Ela skinęła głową z pełnym zrozumieniem. – Więc ustaw sobie coś innego do pioruna! Jakieś paskudztwo najlepiej. To przecież jest boskie!

10.07.2018

  • urszula97 wspaniałe trio,
  • annazadroza Urszulo:-) Smutne byłoby życie bez przyjaciół, prawda?
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Szukać dobrych

W sobotę przeczytałam Jarosława Kamińskiego „Tylko Lola”, nawiązanie do wydarzeń marcowych. Może niepotrzebnie, bo znów wpadłam w dołek emocjonalny łapiąc się na rozważaniu nikczemności ludzkiej natury. Dopiero kiedy sobie to uświadomiłam, napłynęła refleksja, że dla zachowania równowagi, która jest konieczna do istnienia świata – jest mnóstwo cudownych, wspaniałych ludzi.
W niedzielę Mąż oglądał „Wołyń”. Ja nie. Z premedytacją. Naczytałam się o tych potwornościach przy okazji szukania informacji o moim dziadku, który zginął zamordowany przez bandytów z UPA. Wystarczy mi tego na zawsze. A swoją drogą, naprawdę trzeba mieć w sobie gen okrucieństwa i sadyzmu, żeby się odezwał musi być wewnątrz człowieka… „Ludzie ludziom zgotowali ten los”… Ale czy można ich nazwać ludźmi?
Jesteśmy w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, należymy do Unii Europejskiej, do NATO, znaleźliśmy się po raz pierwszy w historii w sytuacji, w której moglibyśmy żyć spokojnie i bezpiecznie, wszyscy, jako naród. Niestety, nieodpowiedzialne czyny ślepych ludzi, z takich co to „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy” mogą tę sytuację zmienić na zgoła dramatyczną. Oby nie, oby cud się stał…
Jest i pozytywna wiadomość. Rozpoczęła się akcja wyprowadzania chłopców uwięzionych wraz z trenerem w jaskini. Kiedy piszę – czterech wydostało się na powierzchnię, oby z resztą poszło równie sprawnie. Całą ogromną akcję odbieram jako wyraz empatii, zjednoczenia mnóstwa ludzi w celu ratowania dzieci. Z całego świata są chętni nurkowie i inni specjaliści od działania w warunkach ekstremalnych. Dla mnie jest absolutnie nadrzędną wartością, kiedy ludzie jednoczą się w celu niesienia pomocy. I tego będę się trzymać, no właśnie, zapomniałam już, że obiecałam sobie szukać samych dobrych wieści omijając złe szerokim łukiem. Ta jest dobra.

9.07.2018

  • kobietawbarwachjesieni Nie mogę się wprost doczekać chwili, kiedy ostatni uwięzieni w jaskini chłopcy oraz ich trener znajdą się w bezpiecznym miejscu.
  • annazadroza Marysiu:-) Czekam tak samo. Już następne dzieciaki wydostały się z tej okropnej pułapki. Jeszcze trochę i będzie dobrze.
  • babciabezmohera Rozumiem Cię, bo we mnie jest też blokada na wojenne okrucieństwa. „Wołynia” też nie oglądałam i nie zamierzam, chociaż kto wie,może mi się kiedyś odmieni?… Powiadają: nigdy nie mów”nigdy”!
  • e.urlik Ja też nie ogladałam i też z premedytacją. Pewnie mnie znielubisz, ale warto wiedzieć skąd się to wzięło, ta nienawiść, okrucieństwo i chęć zemsty. A najgorsze jest to, że takie rzeczy dzieją się na całym świecie. Codziennie.
  • urszula97 Sporo empatii i zjednoczenia ludzi przy chłopcach uwięzionych w jaskini,ostatnią piątke wyciągają,oby szczęśliwie ale debilów hejtujących nie brakuje.Pozdrawiam słoikowo,
  • kotimyszkot Szkoda, że nie wszyscy mają tak dobre i zdrowe podejście do życia i do świata. Na szczęście (w nieszczęściu) takie akcje, ratunkowe czy niesienia pomocy innym sprawiają, że jeszcze się w ludzi wierzy..
  • annazadroza BBM:-) Raczej Ci się nie odmieni w tej materii. Jest granica wytrzymałości. Żadnych wojennych nie oglądam (poza :Stawką” i „Pancernymi” jak czasem trafię;), bo to zbyt autentyczne i realne dla mnie, choć już po wojnie się urodziłam. Może to wynik wyobraźni, która opowiadania rodziców przemieniała w realistyczne obrazy?
  • annazadroza Ewo:-) Dlaczego mam Cię znielubić? Co to ja, z pisu? Nienawiść się bierze z nienawiści, okrucieństwo z okrucieństwa a zemsta pociąga za sobą zemstę. Tak jest na całym świecie z każdym „ludziem”, bo „człowiek” – powinien umieć się już kontrolować…
  • annazadroza Urszulo:-) Idiotów nie brakuje, tych hejtujacych, i niech ich diabli… Szczęściem są tacy ludzie, jak ci, co niosą pomoc, narażając siebie. W tej chwili już 10-ty dzieciak na powierzchni.
    Dużo już tych słoików?
  • annazadroza Myszokocie:-) Zgadzam się całkowicie, bo i mnie takie sytuacje przywracają wiarę w człowieka. Jakoś tak lżej na duszy się robi, oddech głębszy mogę wziąć, mam wrażenie, że nad ziemię mogę się unieść podczas tego wdechu… Głupia jestem. Bredzę. Chyba.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 51

Pani Wacia została zawieziona przez syna do endokrynologa na umówioną wizytę. Kasia odmówiła towarzyszenia teściowej ponieważ jeszcze nie przeszła jej złość po z tym, jak po raz kolejny usłyszała, że jest „podłą suką”.

– Wybacz, nie jestem w stanie wejść z nią do lekarza i udawać, że wszystko jest ok jak nie jest. Niech sobie radzi sama skoro ja jestem taka jak ona o mnie mówi.

Okazało się, że decyzja Kasi stała się punktem zwrotnym w całej sytuacji. Lekarka najwyraźniej nie była w stanie porozumieć się ze starszą panią w stopniu zadowalającym, w związku z czym wypisała jej skierowanie do poradni zaburzeń pamięci.

Kasi jakby łuska z oczu spadła. No jasne, przecież nikt normalny tak się nie zachowuje. Przypomniały jej się różne sytuacje i połączyły w jeden ciąg… Boże, znowu to samo? Tylko tata nawet w chorobie był kochany, a ta kobieta… Spokój Kaśka – zastopowała samą siebie. Ta kobieta jest po prostu chora, a charakter zostaw na boku. Teraz to już nie ma żadnego znaczenia.

– Dziewczyno, powiedz mi ile razy można przeżywać to samo? – spytała Kasia sadowiąc się na krześle w pięknej kuchni Elżbiety.

– W sensie? – dopytała Elka.

– Odkąd wiem, że teściowa jest chora, obserwuję u siebie dziwną reakcję. Z jednej strony jej zachowanie wkurza mnie chwilami tak jak do tej pory. Chociaż nie, znacznie mniej i szybciej mi przechodzi. Z drugiej zaś czuję ulgę, że to demencja przez nią przemawia a nie, że jest taka wredna sama z siebie. Wciąż powtarza się to co dobrze znam: oskarżanie o kradzież telefonu, pieniędzy, kluczy, dokumentów. Te ostatnie udało się już Mikołajowi przejąć o co było oczywiście kilka awantur przez nią zrobionych. W ich wyniku oboje czujemy się jakby ktoś wyssał z nas całą energię. Jak wodę z butelki przez cienką słomkę, żeby śladów nie zostawić. Przy okazji znowu usłyszałam, że mnie nienawidzi, bo jestem podłą suką i uzależniłam od siebie Mikołaja. Po jakimś czasie idzie po kwiatki i przeprasza twierdząc, że bardzo mnie lubi. Za chwilę jest obrażona, bo na pewno zabrałam jej pieniądze, których nie może znaleźć, a które Mikołaj znalazł ostatnio ukryte w jej pokoju w pufie, w torebce rzekomo wcale przez nią nieużywanej. Aha, przecięła dwa kable od ładowarek do dwóch telefonów. I to też ja na pewno zrobiłam. „Ktoś przeciął, cuda się zdarzają” oświadczyła znacząco patrząc w moją stronę.

– Najwyraźniej nie odrobiłaś lekcji i musisz repetować – palnęła Elka. – Trzeba się było przykładać a nie wagarować.

– Durna jesteś – skrzywiła się z niechęcią  Kasia.

– No co ci mam powiedzieć? – spojrzała na przyjaciółkę. – Że ci współczuję? Pewnie, że ci współczuję. Ale co można zrobić? Nic.

– Wiem przecież. Zaopiekować się na tyle, na ile ona na to pozwoli. A przede wszystkim wspomóc Mikołaja. To on musi jakoś oswoić się z tą sytuacją, przywyknąć, zaakceptować, że teraz tak będzie. Nie złościć się, nie buntować, nie czekać kiedy  ona zrozumie jakie mamy problemy, kiedy jej przejdą humory i będzie taka jak dawniej. Bo nie będzie. Zacznie się stawać coraz gorsza.

– Jak to wytrzymać? – zadumała się Ela. – Wydaje się niemożliwe.

– Już teraz mu skacze ciśnienie niebotycznie, kiedy matka schodzi do niego z kolejnymi pretensjami…

Kasi stanęła przed oczami scena sprzed kilku dni.

– Mikusiu, kiedy weźmiesz moją emeryturę?  Nie mam pieniędzy.

– Przecież dałem ci przed chwilą. Gdzie je schowałaś?

– Nie mam.

– To poszukaj.

Poszła na górę, po chwili zeszła wściekła.

– Oddaj mi telefon, pieniądze i dokumenty.

– Po co mi twój telefon? Znowu przełożyłaś? Przecież postawiłem ci przy telewizorze na stojaczku, żebyś widziała jak dzwoni. Nawet gdy nie usłyszysz to zobaczysz, że mruga.

Poszedł z matką na górę. Kasia nie ruszając się z krzesła, żeby nie zaogniać sytuacji, słyszała jak głos męża zmienia się od tłumionych emocji.

– No i gdzie znowu schowałaś? Po co?

– Nie schowałam – zawsze szła w zaparte.

Wyjął swój telefon, wybrał numer matki. Zadzwoniło gdzieś w jej ubraniu.

– No i gdzie masz komórkę, w kieszeni?

– W kieszeni nie mam.

– Przecież dzwoni! Nie słyszysz? Gdzie włożyłaś? Pod stanik?

Niewiele się mylił. Telefon w miękkim futerale miała zawieszony na szyi i ukryty pod bluzką.

– Mamo! Po co schowałaś?

– Żebyś mi nie zabrał jak pieniądze.

– Ja?! Złodzieja ze mnie chcesz zrobić?

– No nie wiem…

– Mamo, ja już nie wytrzymuję. Co się z tobą zrobiło? Co chwilę przychodzisz i atakujesz mnie i Kasię, ziejesz nienawiścią do niej, snujesz jakieś teorie spiskowe.

– Bo chcecie się mnie pozbyć!

– A niby w jakim celu? Co by nam z tego przyszło? Jaką mielibyśmy korzyść? Powiedz, no jaką? Czy ty sama słyszysz co wygadujesz?

Wrócił do stołu cały rozdygotany.  Kasi też się z nerwów wszystko trzęsło. Fizycznie, psychicznie już nie. Codziennie sobie tłumaczyła : to nie moja matka, to obca kobieta, nic mnie nie obchodzą jej humory, jej obelgi i pomówienia. Jest chorą osobą. To matka mojego ukochanego męża i pomogę mu w opiece nad nią. Tyle. Nic więcej.

– Kochanie, dam ci proszek na uspokojenie bo mi tu zawału dostaniesz. Teraz głęboko oddychaj. To tylko choroba, pamiętaj, tylko choroba.

Po chwili pani Wacia zeszła na dół.

– Czy odebrałeś już pieniądze bo nie mam…

Poprzednio wiele razy się podobne sytuacje zdarzały. Tłumaczył Mikołaj matce, że wszystkie pieniądze natychmiast wydaje na bzdury, jakieś niepotrzebne kwiatki, kolorowe czasopisma po kilka tych samych egzemplarzy, jedzenie, które ląduje w śmietniku, niezdrowe słodycze, po których boli ją brzuch. Proponował, żeby notowała wydatki wtedy będzie miała kontrolę nad finansami. Pozornie się godziła, po czym za jakąś chwilę znów schodziła.

– Który dzisiaj? Czy mógłbyś mi wziąć emeryturę, bo już nie mam pieniędzy?

Tak było ciągle. Wszystko byłoby łatwiejsze do zniesienia gdyby nie agresja, obelgi, oskarżanie. Potrafiła na przykład zejść na dół z płaczem, chociaż parę minut wcześniej zachowywała się najzupełniej normalnie.

– Za co mnie to spotyka? – łkała.

– Boże, co się znowu stało?

– Dlaczego chcecie mnie zniszczyć? Co ja wam zrobiłam?

– Ale o co chodzi tym razem? Co się stało? Powiesz wreszcie?

– Dlaczego zabraliście mi aparaty słuchowe?!

Z płaczem poszła do siebie. Przeszukali oboje kuchnię, pokój, toaletę, Mikołaj poszedł do jej łazienki, nie było. Mogła zgubić na ulicy i wtedy klops, po aparacie. Nie byłoby ich teraz stać na nowy ponieważ wydatki nawarstwiały się niewyobrażalnie. Zmartwieni zastanawiali się co z tym fantem zrobić. Wtedy pani Wacia zeszła do Mikołaja znów po pieniądze.

– Przecież ci dałem – odpowiedział.

Zrobiła jedną ze swoich min oznaczającą, że mu nie wierzy. Kasia odczekała jeszcze chwilę.

– Jaką herbatę ci zrobić? – spytała jakby nigdy nic.

– Jakąkolwiek – padła odpowiedź a ton głosu wskazywał, że na spokój się nie zanosi.

Usiadła bez ruchu i nic. Nie sięgnęła po jedzenie.

– Zjedz, proszę, musisz tabletki połknąć

– Nie chce mi się.

– Znalazłaś aparaty? – Mikołaj dojrzał oba urządzenia na uszach.

– Tak.

– Gdzie były?

– Leżały na półeczce przy telewizorze.

– To po co na mnie krzyczałaś, że ci schowałem? – zduszonym głosem spytał Mikołaj.

– Ja? – spytała z wyrazem niebotycznego zdziwienia.

– Ty. I złodzieja ze mnie robisz mówiąc, że pieniędzy nie dostałaś.

– Bo nie mam.

– Znowu gdzieś schowałaś. Po co chowasz? Przed kim?

– Przed wami, bo chcecie się mnie pozbyć.

– A możesz wytłumaczyć po co? – spytała Kasia.

Cisza.

– Jaki mielibyśmy w tym cel?

– Cisza.

– Czy mogłabyś wytłumaczyć?

– Cisza.

– Mamo, znowu spisków szukasz? Nikt ci nie chce zrobić krzywdy! Po co? Masz gdzie spać, co jeść i o nic nie musisz się troszczyć. Mamo! – Kasia miała mimo wszystko nadzieję, że coś dotrze do tej chorej głowy.

– Nie mów do mnie mamo – słowom towarzyszył pogardliwy grymas.

– A jak mam mówić? Droga teściowo?

– Bezosobowo, a najlepiej wcale.

– Jesteś moją teściową czy ci się to podoba czy nie. A więc droga teściowo powtarzam ci po raz chyba setny, że jesteś tu bezpieczna, o nic nie musisz się martwić, niczego nie musisz się bać, nikt ci krzywdy nie chce zrobić. Nie musisz chować telefonu ani kluczy.

Odpowiedzią były miny, wykrzywianie twarzy tak jak robią dzieci przedrzeźniając kogoś.

– A potem szukasz bezustannie bo nie pamiętasz gdzie schowałaś – dodał Mikołaj. – Jak mogłabyś mieszkać sama skoro ciągle do mnie przychodzisz, żebym ci włączył telewizor albo telefon.

– Nieprawda.

– Telefon w futerale przypięłaś szpilką do abażuru, pamiętasz? A przedwczoraj spałaś z telefonem i kluczami na szyi. Po co?

– Żebyście mi nie zabrali.

– To co, uważasz, że ja ci kradnę telefon i wszystko? – pienił się Mikołaj .

– Zjedz coś, połknij lekarstwa, lepiej się poczujesz – Kasia próbowała rozładować napięcie.

– Nie chce mi się.

– Musisz przyjąć lek.

– Nie będziesz mi mówiła co mam robić!

– Mamo…

– Nie mów do mnie mamo!

– Zatem: droga teściowo, wiesz przecież, że człowiek jest tym co je. Ty nie jesz od trzech dni. Jak twój mózg ma się regenerować skoro nie ma się czym odżywić? Zamiast się naprawiać to się psuje dalej.

Odpowiedzią były miny, wykrzywianie twarzy, wytrzeszczanie oczu i drżenie rąk jak przy chorobie Parkinsona.

– Z tej nienawiści trzęsą ci się ręce – Kasia nie wytrzymała. – Ziejesz złością, atakujesz bez ustanku. Że mnie, trudno, ale za co tak dręczysz własne dziecko?

– Kłamiesz!

– Mamo, masz problemy z pamięcią – włączył się Mikołaj.

– Nic nie mam!

– A pamiętasz w jakiej poradni się leczysz?

Cisza.

– W poradni zaburzeń pamięci – wyjaśnił.

– Jak może pamiętać, skoro ma zaburzenia – syknęła cicho Kasia.

– Bo wy się chcecie mnie pozbyć!

Jęknęli oboje. Ich granica wytrzymałości wisiała na cieniutkim włosku.

– A niby po co? Spróbuj wytłumaczyć.

Cisza i spojrzenie pełne nienawiści rzucone w stronę Kasi były jedyną odpowiedzią.

– Powiedz jak ci pomóc. Chcemy, żeby ci było dobrze, żebyś się tak nie męczyła – Kasia ponowiła próbę „obłaskawienia potwora”.

Pani Wacia wstała i usiadła. Kasia nie spuszczała z niej wzroku. Znowu wstała, podeszła do okna i do drzwi, znowu do okna i do drzwi. Chodziła tam i z powrotem. Kasia siedząc przy stole cały czas wodziła za nią oczami. Wreszcie starsza kobieta stanęła i wbiła w synową wzrok pełen nienawiści. Kasia wytrzymała spokojnie to spojrzenie. Przez chwilę wpatrywały się sobie w oczy.

– No co? –  rzuciła teściowa z agresją i wściekłością.

– No i co? – odpowiedziała Kasia spokojnie pytaniem na pytanie. – No i co? Jak mogę ci pomóc?

Teściowa bez słowa odwróciła się i poszła na górę. Nie schodziła. A pogoda była piękna i mogłaby sobie posiedzieć w ogródku albo pójść na spacer. Siedziała w swoim pokoju za zamkniętymi drzwiami i pewnie rozmyślała.

Na drugi dzień wyszła rano z domu, wróciła z kwiatkami. Podeszła do Kasi.

– Nie gniewaj się na mnie. Ja wam tylko chciałam pomóc…

– W czym? – Mikołaj nie zdołał otrząsnąć się z wczorajszych przeżyć. – Oboje jesteśmy dorośli, każde z nas miało mieszkanie i pensję. Kupilibyśmy sobie trzypokojowe mieszkanie i żylibyśmy jak w raju.

– Ale ja sprzedałam mieszkanie, żeby wam pomóc…

– Mamo! W czym pomóc?! To ty chciałaś z nami zamieszkać! Dla ciebie szukaliśmy domku żebyś miała pokój z własną łazienką i ogródek. Pokój przeznaczony dla ciebie też ci się zresztą nie podobał, wolałaś inny i dostałaś go. A teraz do końca życia jesteśmy zarżnięci przez kredyt. Poszły już prawie wszystkie pieniądze  i zaraz nie będzie z czego dokładać na raty. Czy o tym pomyślałaś?

– Dlatego musimy oszczędzać – dodała Kasia. – Zapisuję w zeszycie każdy wydatek, zbieram rachunki, żeby było wiadomo na co pieniądze idą i z jakich zakupów można jeszcze zrezygnować.

– Ja was przepraszam. Całą noc nie spałam. Myślałam o tym, że mam tylko was. Nie gniewaj się – zwróciła się z płaczem do Kasi.

– Mamo, to choroba. Jak mogłabym się gniewać za chorobę? Spróbuj tylko zapamiętać sobie, że jesteś bezpieczna, że nikt ci tu nie chce zrobić krzywdy ani nie chce okraść.

– Ja tak powiedziałam? Ja? Nigdy w życiu bym tak nie powiedziała.

– Mamo, wczoraj zrobiłaś ze mnie złodzieja – nie wytrzymał Mikołaj.

Kasia próbowała uspokoić męża, lecz w nim wezbrał żal i wylewał się gwałtownie na zewnątrz.

– Co ty masz za problemy?  Masz gdzie mieszkać, co jeść, o nic nie musisz się martwić. I jeszcze ci wciąż źle! Wiecznie jesteś zła, skrzywiona, wściekła, obrażasz, rzucasz bezpodstawne oskarżenia, wietrzysz spiski…

– Ciii… – uspokajała Kasia.

– Ja was przepraszam – płakała pani Wacia.

– Cicho, już dobrze, cicho – gładziła Kasia chudą rękę teściowej, gdzieś zniknęły żale i niechęć. – Tylko spróbuj, proszę, wbić sobie w pamięć, że jesteś bezpieczna i nikt cię nigdy nie skrzywdzi.

6.07.2018

  • urszula97 Oj,nie udała się Panu Bogu ta starość,jakże dokładnie to opisałaś,choroba jest okropna.Dzisiaj akurat pożegnaliśmy naszego domowego przyjaciela(traktowaliśmy jego i jego żonę jak nasze rodzeństwo),miał 64 lata.
  • kobietawbarwachjesieni Alzheimer to straszna choroba.
  • Gość: [ina20] *.ssp.dialog.net.pl Niestety. to taki charakter, a choroba to tylko „podkręca” i ujawnia, bo nie pozwala na zachowania kontrolowane( rycie dołów po cichutku i , niemal niezauważalnie).
  • annazadroza Urszulo:-) To chyba sprawa genów, jakichś cech dziedziczonych sprzed iluś tam pokoleń, pewnie wielu innych jeszcze czynników. Zobacz, że są osoby dożywające w świetnej kondycji bardzo późnej starości, ale może duszę mają młodą? A może to kwestia przeznaczenia? Tak naprawdę, kto to może wiedzieć.
    Przykro z powodu śmierci przyjaciela, tym bardziej , że do podeszłego wieku dużo mu jeszcze brakowało. Zal, okropnie żal, kiedy odchodzą bliscy nam ludzie.
  • annazadroza Marysiu:-) Okropna, odbierająca stopniowo człowiekowi wszystko, każde najdroższe wspomnienie, zostawia pustkę…
  • annazadroza Ino:-) Myślę, że każdy przypadek jest jednostkowy. Są osoby cudowne, które choroba może zmienić w trudne do zniesienia. No, ale na odwrót – to się chyba nie zdarza, takich cudów na pewno nie ma.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze