Tylko spokój

Wisielczego humoru ciąg dalszy. Spojrzałam na wczorajszy wpis. Powinnam napisać, że każdy zwykły Kowalski, normalny szary człowiek nie zdaje sobie sprawy, że już jest albo za chwilę będzie Szarym Człowiekiem. Jaka krótka jest ludzka pamięć, zatrzymuje się tylko nad tym, co potrzebne, co pasuje, co przydatne w danej chwili. O Nim już wszyscy zapomnieli, a należy Mu się cześć i szacunek.
https://oko.press/piotr-s-szary-czlowiek-zyje-czesc-pamieci/
Dzisiaj Święto Policji, formacji, która cieszyła się poważaniem i zaufaniem społeczeństwa. Teraz to społeczeństwo zacznie się zastanawiać, czy wołać „policja” w chwili zagrożenia, czy – bojąc się tej policji właśnie – samo zacznie wymierzać sprawiedliwość. Boję się. „Idzie dzień sądu przez Dzikie Pola…” . Ja tylko chcę spokojnie żyć w normalnym państwie, nic więcej.

24.07.2018

  • e.urlik Żyć normalnie i spokojnie chce większość ludzi na świecie. Gdyby nie było polityków, to może byłoby to możliwe? Całuski pacyfistyczne.
  • annazadroza Ewuś:-) Wystarczy mała grupka, by rozkręcić „imprezę”, od której może świat zapłonąć. A takich idiotów nigdy i nigdzie nie brakuje. Zauważyłaś, że polityce to w większości ludzie, którzy się do niczego innego nie nadają? Normalni ludzie pracuję, a jak komu się nie chce – idzie do polityki. Czerepach z „Rancza” się przypomina: „polityka z przyzwoitością nie ma nic wspólnego”. I to by było na tyle – też cytat.
    Uściskuję mocno:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Lucia Berlin „Instrukcja dla pań sprzątających”

20. VII. Trudno jest się skupić na pracy nad powieścią, ponieważ cały dzień w tv idzie sprawozdanie z obrad sejmu. Są to tak ważne sprawy, że nie da rady oderwać uwagi, choć wolałabym. W końcu w tej chwili nie mam żadnego wpływu na sytuację, ale nie mogę, „coś” mi każe śledzić bieżące wydarzenia. Dowiedziałam się nowej rzeczy, a mianowicie, że obywatele to chuliganeria. Do zdradzieckiej mordy i kanalii, drugiego sortu i in. już przywykłam, a tu proszę, coś nowego. Aha, a opozycja dostała aż (!) 30 sekund na wypowiedź. Rzeczywiście, po co więcej, zagadać się można na śmierć w tak długim czasie. Zachowanie i odzywki pisowych sztandarowych postaci jak Krystyna P. czy Stanisław P. odwracają uwagę od ważnych spraw obrażając w prostacki sposób swoich rodaków. Rok temu były tłumy ludzi przed sądami. Opozycja powtarzała „nie pozwolimy”. I co? Nic nie może. Naprawdę nic nie ma do powiedzenia, nie ma jej właściwie, nie potrafi się porozumieć nawet w imię celów wyższych. A najgorsze, że nie ma programu, nie mówi co po pisie. Ewentualnie oczywiście, bo przecież pis rządzić chce co najmniej 1000 lat.
Teraz jest poniedziałek 23.VII. Dopiero usiadłam przy Lapciu, nie miałam czasu wcześniej.
Wczoraj przeczytałam kilka opowiadań Lucii Berlin ze zbioru „Instrukcja dla pań sprzątających”, zachęcona recenzją. Zbiór wydany po śmierci autorki, z zachwytem przyjęty przez krytyków i czytelników – jak napisano. Odłożyłam, bo w obecnej chwili teksty były dla mnie zbyt przygnębiające. Mimo szczerych chęci – tylko tyle w temacie.
W ogóle „w czarnych barwach widzę świat” dziś pod każdym względem. Nie tylko politycznym, choć w tym jest podstawowe źródło problemów i stąd się rozprzestrzenia na wszystkie dziedziny życia każdego Szarego Człowieka. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że nawet tych nie chodzących na wybory to dotknie, prędzej czy później. Ale nic więcej nie powiem. Najtrafniej streściła rzecz całą Emma z Poddąbia na swoim blogu w gazetce.

23.07.2018

  • babciabezmohera Dorzucę jeszcze świrusy- według marszałka Karczewskiego. Coraz ciekawiej, prawda?
    Może im się nie uda sfałszować wyborów?…
  • urszula97 Ja już mam dosyć „takiej polityki”,niestety sporo osób jeszcze im ufa,jakby mogli to by po rękach całowali,pozdrawiam.
  • annazadroza BBM:-) Tak, jeszcze świry, to też nowiutkie, świeżutkie określenie – a moja babcia mówiła: jak kto kogo przezywa, tak się sam nazywa…
    Nawet się nie będą bawić w fałszowanie, już nie muszą… tak im się przynajmniej zdaje…
    Tu się kłania przysłowie o indyku – myślał indyk o niedzieli, w sobotę….
  • annazadroza Urszulo:-) Jakby bielmo na oczach mieli. Ale – jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze…
    Mimo wszystko – serdeczności moc:)))
  • emma_b jak dobrze, że nie mam telewizora, bo może bym nie wytrzymała i włączyła. czuję się zaszczycona wzmianką o mnie w Twoim wpisie. buziaki
  • annazadroza Emmo:-) To ja się tak czuję, że trafiłam do Ciebie i mogę u Ciebie bywać:) Buziaki:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 54

Promocja książki odbyła się bez przeszkód, w miłej i przyjaznej atmosferze, nie zdarzył się żaden przykry incydent co jest w tych czasach rzadkością. Pewnie z przyczyny, iż była ona, książka,  przeznaczona dla młodych czytelników, a gośćmi byli tłumnie przybyli znajomi i przyjaciele oraz ich znajomi i przyjaciele. Teresa nie pozwoliła się Eli ukryć, posadziła ją przy swoim stoliku obok Juranda. Po przywitaniu przybyłych i kilku wstępnych słowach wyjaśniających cel spotkania, dołączył do nich właściciel lokalu. Przy sąsiednim stoliku usadowiła się Adelka z Adamem oraz Kasia z Mikołajem, zaraz obok Rafał z Olą i Robert z Ewą. Dalej jak się komu udało. Elżbiecie mignęli z daleka synowie Teresy, Dorota z rodziną, nawet Marianna z Herbertem się pojawili, Aldonę tez chyba zobaczyła, a potem już jej się wszyscy zlali w jedno.

Jak zaplanowały przyjaciółki, tak się stało. Na zakończenie obie bohaterki wieczoru zostały obdarowane imponującymi bukietami pięknych róż, Teresa różowych, Elżbieta pąsowych, wręczonymi przez Winicjusza. Ela była pod nieustającym wrażeniem obecności ojca Marysi i trudno jej było rozsądnie myśleć. Zapamiętała własne zdziwienie na widok obu swoich latorośli oraz ich małżonek zdających się być w znakomitej komitywie z Marysią, jej ciotkami oraz, co najbardziej niespodziewane, z Winicjuszem właśnie. Goście pomału opuszczali lokal, została jedynie „ursynowska mafia”, do której teraz i Winicjusz się zaliczał od kiedy mieszkał na Kabatach, oraz Zenek z Krysią jako sąsiedzi Ursynowa, czyli mieszkańcy Służewia nad Dolinką.

Na drugi dzień rano Elżbieta obudziła się z bólem głowy. Właściwie to została brutalnie obudzona przez Adelkę żądającą od niej natychmiastowego wyjścia z psami. A dokładniej przez własne psice, które za przyczyną ciotki Adelki rozszczekały się jak szalone. Elka musiała natychmiast się podnieść w celu przywołania ich do porządku oraz zmuszenia do zaprzestania zakłócania porannego niedzielnego wypoczynku pracującym przez cały tydzień ludziom. Rozbudziła się wreszcie na tyle, by wpuścić przyjaciółkę do domu.

– Litości, kobieto, daj oprzytomnieć, głowa mi pęka – jęknęła.

– A Gamie zaraz pęcherz pęknie jak się nie sprężysz – huknęła Adelka. – Albo obu naraz, bo Becie też.

– To już tak późno? – Ela spojrzała na zegar wiszący na ścianie.

– Artystko droga, gdyby nie twoje wczorajsze święto, to bym ci głowę zmyła.

– O matko, nie! I tak mnie łupie. A jak krzyczysz to jeszcze bardziej.

– Małpa! Przeze mnie cię boli? A kto ci kazał wczoraj tyle pić? Ja?

– A kto mi powiedział, że od jednej lampki wina jeszcze nikt nie umarł?

– Może zaczniesz mi wmawiać, że kazałam ci je popijać „mieszanką wybuchową”?

– No nie, ale była taka dobra…

– To się męcz. Tylko szybko, bo Gama już prawie sika oczami, a Beta ledwo przestępuje z nóżki na nóżkę…

– Już, już lecę…

Wczorajszy wieczór zakończył się w „Filiżance” kulturalnie i o przyzwoitej porze. Potem jednak przyjaciółki postanowiły ufetować Elżbietę u Adelki w domu i jakoś tak wyszło…Zapamiętała słowa Kasi a potem już nic, czarna dziura.

– Dobra książka jest jak podróż – powiedziała Kasia. – Czytasz i odrywasz się od realu, całkowicie wchodzisz w rzeczywistość książkową, bohaterowie stają się żywymi osobami. Kończysz i żal, że już z podróży wróciłaś. Potrzebna chwila na oprzytomnienie. Przynajmniej ja tak mam. W Szczawnicy w mieszkanku jest mnóstwo książek najprzeróżniejszych, więc nie musisz, Elcia, niczego zabierać, z pewnością coś ci przypasuje.

Elci właśnie puściły nerwy i z przyjemnością dolewała sobie z dzbanka coś, co smakiem i wyglądem przypominało babciny kompot, no, może było nieco mocniejsze. Dużo mocniejsze. Mocne jak jasna cholera! O tym się jednak przekonała dopiero próbując podnieść się z krzesła. Uczynne przyjaciółki zatroszczyły się o bohaterkę wieczoru, psice zostały wyprowadzone, Elcia ułożona do snu, z którego tak brutalnie wyrwała ją nazajutrz Adelka.

Po spacerze, po kawie i śniadaniu, po całkowitym dojściu do siebie zobaczyła na stole zostawioną przez Adelkę kartkę. Coś o niej mówiła, ale nie mogła sobie przypomnieć o co przyjaciółce chodziło. Wzięła do ręki papier zapisany pismem na pewno nie Adelki. Ciekawe czyim. Zaczęła czytać.

 W ciągu całego życia człowiek wciąż staje przed nowym wyzwaniem. Często zatrzymuje się w momencie gdy jeszcze nie wie dokąd pójdzie, stoi na rozdrożu, waha się i szuka drogi, którą pójdzie dalej. Aby mógł podążać z podniesioną głową niech idzie z nim ramię w ramię sprawiedliwość, tolerancja oraz życzliwość dla wszystkich żywych istot.

Pokręciła głową z zadziwieniem. Ona tak samo uważa, ma takie samo zdanie, gdzieś to słyszała…No przecież! Przecież to Winicjusz mówił na promocji, to jego bazgroły trudne do odczytania ale ona już je odczytać potrafi. Tym razem nawet gładko poszło. Odwróciła kartkę na drugą stronę i czytała co było tam napisane

Ludzkie życie to pasmo bezustannych przemian. Zmienia się nasze spojrzenie na świat i ludzi co wynika z wciąż zwiększającej się sumy naszych przeżyć i przemyśleń. Dzieje się to zawsze w najbardziej odpowiednim momencie choć często – dopiero patrząc z perspektywy czasu – zdajemy sobie z tego sprawę. Wtedy dociera do nas prawda, że przeszłość to niezbędna droga, która doprowadziła nas do chwili obecnej. A najważniejsi są ludzie. Zmienia się czas, zmieniają się miejsca a ludzie pozostają.

W zamyśleniu odłożyła kartkę. On ma absolutną rację, ludzie są najważniejsi. Czas się zmienił, ale w całej jego rozciągłości liczył się konkretny człowiek, dla niej wciąż ten sam i taki sam mimo upływu lat. Chyba naprawdę nadeszła ostatnia chwila na pozytywne zmiany… Jakie zmiany? Na zmądrzenie wreszcie, na nabranie rozumu! Rozumiesz Elka?!

20.07.2018

  • kobietawbarwachjesieni Pięknie Winicjusz napisał o życiu. Wcale nie dziwię się Elce, że przygląda mu się z uwagą i z coraz większą sympatią.
  • annazadroza Marysiu:-) Bo Winicjusz to świetny facet jest:))) Jak to w bajkach…
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Ciasto i lody

Oglądając fragment w tv dotyczący bieżących spraw – po raz kolejny stwierdziłam, że nasze dwa plemiona rozmawiają językiem, który pozornie jest jeden, jednak znaczenie słów brzmiących identycznie w obu językach jest zupełnie przeciwne. Nie da się porozumieć w takiej sytuacji.
Wczoraj – kiedy chodziłam z parasolką, nie padało. A jak raz nie wzięłam wychodząc z psami po obiedzie, zaczęło oczywiście padać. No nie, wracać nie będę – stwierdziłam i poszliśmy przed siebie pośród kropli deszczu. Deszczyk był delikatny, drobniutki, zmoczył nas bardzo dokładnie. Jednocześnie było bardzo gorąco i wilgoć niemal od razu z ubrania parowała. Do domu wróciłam już sucha, mokre miałam tylko włosy i skarpetki:)

W ramach dalszego rozpieszczania wnuczki upiekłam ciasto z jabłkami i śliwkami, i kupiłam lody. Wieczorem rozmawialiśmy o ulubionych smakach. Powiedziała, że w zasadzie wszystkie lubi, a z ciast ostatnio tiramisu jej najbardziej podchodzi. Kupiłam więc dwa w jednym – lody o smaku tiramisu:)
Nie muszę dodawać, że smakowały:)))

19.07.2018

  • hanula1950 Narobiłaś mi apetytu na lody. Pozdrawiam.
  • fusilla A mnie na tiramisu! :-)))
  • babciabezmohera Pogoda ostatnio jest zupełnie zwariowana i nieprzewidywalna.
  • urszula97 same pyszności,u mnie nr 1 dla wnuka to mufinki które sam kręci ,ja tylko pilnuję pieczenia i pozmywać musze,lody tez uwielbia.
  • krzysztof213 Same pyszności
    Smacznego
  • kobietawbarwachjesieni Dla mnie upały są trudne do zniesienia. Czekam na unormowanie się temperatury. 20 22 stopnie dla mnie zupełnie wystarczy. Ściskam.
  • e.urlik A ja wczoraj jechałam w deszczu przez dwa województwa, głodna i śpiąca. Kiedy wróciłam do domu późnym wieczorem nic na mnie nie czekało dobrego, chyba że piesowe paszteciki. Ale dziś chciałabym coś zrobić z tych setek papierówek, które dostałam, trochę tylko robaczywych. Jakiś pomysł? 🙂
  • annazadroza Hanula:-) Czasem trzeba sobie pozwolić na drobną przyjemność, prawda? Szczególnie gdy upał na zewnątrz. Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Rzucam w eter do Ciebie smak tiramisu, może doleci;) Buziaki:)))
  • annazadroza BBM:-) Zupełnie nieprzewidywalna, albo susza albo powódź. Może dlatego, że my też jesteśmy nieprzewidywalni, nigdy nie wiadomo, czy szare komórki wezmą górę u różnych osobników,czy ciemna masa przeważy…
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Muffinki młoda też lubi. Piekę nieraz, żeby miała do szkoły. Dodaję wtedy np. otręby, płatki owsiane, siemię lniane i in., żeby bardziej wartościowe były.
  • annazadroza Krzysztof:-) Dziękuję, Tobie też samych pyszności:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Z unormowaniem może być kłopot, bo u nas wszystko nagłe i nieprzewidywalne. Ale – niech tam, gdzie jesteś, będzie najlepsza temperatura dla Ciebie:)))
  • annazadroza Ewo:-) Dużą ilość jabłek najlepiej poddusić i zapakować do słoików. Umyj, obierz wycinając wszystkie obtłuczone fragmenty (jakie zawsze są w spadach), obkrój z ogryzka, tak jest szybciej. Nie ma znaczenia jaka wielkość się ukroi. Wrzuć do rondla, dodaj odrobinę wody na początek, dosyp cukru i mieszaj co trochę, żeby nie nie przywarło do dna. Jak następną partię przygotujesz, te pierwsze już się skurczą, więc dosyp i tak do końca. Potem w wyparzone słoiki wkładam gorącą masę, zakręcam dobrze i k ladę „na głowę” aż do ostygnięcia. Najbardziej lubię duże słoiki wykorzystywać do jabłek.
    Poza tym ciasto z jabłkami, makaron albo ryż z jabłkami, w formie zapiekanki albo uduszone jabłka na świeżo ugotowany ryż/makaron. Do naleśników też. I zupa jeszcze – na zimno, z przetartymi jabłkami i śmietaną, albo na maślance.
    Dobra, wyczerpałam się na tę chwilę. Buziaki:)))
  • marijana2 No i teraz chce mi się tiramisu. Chyba polegnę i ulegnę. :)))
  • e.urlik Ania, jesteś kopalnią pomysłów! Dziękuję ci bardzo, zawsze mnie ratujesz w kulinarnych tarapatach (i nie tylko).
    Chyba te w słoikach zrobię, pamietam takie z dzieciństwa (mniam). Kiedyś zrobiłam jabłka z rozmarynem, pachniały jak milion dolarów, ale to nie były papierówki.
  • annazadroza Marijano:-) Ulegnij, ulegnij, przecież należy się przyjemności odrobina od czasu do czasu:)))
  • annazadroza Ewuś:-) Kopalnią – nie, prędzej kopaliną;)
    W ten sposób robiłam jabłka jakiekolwiek – czyli takie, jakie mi się trafiły. Wczoraj otworzyłam słoik z 2014 r. i dobre, młoda z naleśnikami zjadła:)
  • emma_b niezła smakoszka z Twojej wnuczki. potwierdzam: tiramisu to jest to!
  • kasiapur O matko ! nic z tego nie mogę…, żeby nie wiem jak ładnie się nazywało,
    smakowało czy pachniało itp.
    Wszystkiego smacznego Anula :)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Dobrego dnia:)

Czuję się jak w tropikach, wilgotność powietrza musi być wyjątkowo duża jak na nasze warunki, bo mam wrażenie, że woda płynie po mnie i wokół mnie, a jak wciągam powietrze w płuca, to też z wodą. Dopiero narzekałam na suszę, a teraz… Nie, nie narzekam, gderam z przyzwyczajenia, bo wszak wszyscy gderanie mamy w genach. Na przekór gderaniu – zachwycam się i będę się zachwycać świeżą zielenią i pachnącymi iglakami, które chyba z radości, że pada, pachną niezwykle intensywnie:)
Młoda śpi, wytargowała z rodzicami jeden dzień więcej pobytu u nas, co mnie ogromnie cieszy, bo potwierdza fakt, że jej tu dobrze:) Wyjeżdżają rodzinie na wakacje, więc ten ponadplanowy dzień to jej niezaprzeczalna zasługa. Skituś jest równie uszczęśliwiony:) Boki mógłby zrywać ze śmiechu ktoś, kto obserwowałby moje próby przełamania jego biernego oporu przy próbach zrzucenia go z łóżka K. Wreszcie, gdy mi się uda, zamykam pokój, żeby K. spokojnie sobie pospała, a Skitek pędzi na dół, bo mu się przypomina, że ma potrzebę wyjścia na zewnątrz. Cyrk po prostu:)))
Kończę, bo chcę wnusi przygotować coś dobrego zanim wstanie:) Wczoraj były dodatkowo naleśniki, budyń i murzynek:)

Trzymajcie się, kochani, i spokojnego, dobrego dnia:)))

18.07.2018

  • otimyszkot Nic dziwnego, że wnuczka chce zostać dłużej.. Rozpieszczająca babcia, pyszności, zierzaki i pachnące iglaki.. zestaw idealny 🙂
  • marijana2 Tyle radości. Miło, że wszyscy są zadowoleni ze wspólnie spędzanego czasu i nawet deszczowa aura nie psuje humoru. U mnie już drugi dzień kolorowe parasole ożywiają przestrzeń miejską. Przesyłam serdeczności. 🙂
  • e.urlik Ania, jaka ty wspaniała jesteś, nawet nie wiesz. Czasem kiedy czytam twoje posty, to zdarza mi się popłakać ze wzruszenia i z radości, że takie czarodziejki są na świecie.
  • fusilla A ja dziś skoro świt, zabrałam wszystkie chmury deszczowe ze sobą, z miejsca, gdzie Bug do Narwi wpada, i przemieściłam je nad nasze Bory! Okazało się jednak, że tam już dżdżysto było od paru dni, więc nie dziwota, że prawie na pamięć w strugach ulewy wracałam do domu!:-)))))
  • urszula97 Dobrze u babci to się korzysta i dobrze.U nas leje,w poniedziałek między przerwą deszczową udało nam się zerwać 20 kg renklod,zrobiłam sok,synowa wzieła i przyjaciółka,a na drzewie jeszcze chyba z 80 kg zostało takie dojrzałe,rodzeństwo chciało aż sie boję pójśc na działkę jutro i zobaczyc ile śliw leży na ziemi do wyrzucenia.
  • annazadroza Myszokocie:-) Ja bym chciała ją mieć przez całe wakacje. Niemożliwe to oczywiście, dobrze pamiętam siebie w tym wieku, kiedy się jest ciekawym świata, a podróże nęcą. Cieszę się, że lubi u nas być:)))
  • annazadroza Marijano:-) Deszcz po okresie suszy to zbawienie dla natury. Szkoda, że nic nie może być w normie. Jak susza – to niczym na Saharze, jak deszcz – od razu zagrożenie powodziowe. Żadnego umiaru;)
    A radość – jest ogromna, kiedy dzieci są szczęśliwe:)))
  • annazadroza Ewciu:-) Tym razem przesadziłaś, ani ja wspaniała, ani czarodziejka, najwyżej Baba Jaga;) Ty jesteś wrażliwą, dobrą istotą i dlatego się wzruszasz. A do tego masz dużą wyobraźnię. Poza tym jeśli kochasz zwierzaki to Ty jesteś wspaniała:)))
    Uściski najserdeczniejsze:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Zachłanność nie popłaca;) Trzeba było kilka chmur zostawić na miejscu, nie zabierać wszystkich, byłoby Ci łatwiej:))) Przy okazji sprawdziłaś, że pamięć masz dobrą, skoro na pamięć trafiłaś;)
    Macham i ściskam:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Szkoda owoców zniszczonych przez ulewy. Szłam wczoraj koło mirabelki, mnóstwo leży na ziemi nie do użytku. Dobrze, że trochę udało Ci się zebrać, życzę pogody, aby jak najwięcej można było uratować. Renklody są pyszne, ale takie delikatne, że szybko się psują.
  • e.urlik Ankaaaaaa! Teraz to ty przesadziłaś ;-)))
  • annazadroza Ewcia:-) Ja nie ogrodnik, żeby przesadzać;) Ogrodnik to teraz rządzi rządzi w sejmie i zaraz straży swojej każe do ludzi strzelać:(
    Ani słowa nie cofam z tego, co napisałam o Tobie. Buzi:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 53a

Tymczasem  Winicjusz tonął chwilami we wspomnieniach w wyniku nagłego zainteresowania córki jego dawnym pobytem na spływie Dunajcem, lecz głównie tonął w pracy. Zawsze był to dla niego najlepszy sposób na odreagowanie problemów we wszystkich pozostałych dziedzinach życia. Ale nie tylko. On po prostu kochał to co robił. Mógł godzinami spędzać czas w pracowni przeglądając stare książki, odczuwając radość i dumę z ich posiadania. Cieszył się jak dziecko, że udaje się przywrócić je do dobrego stanu.

– Widocznie mam jeszcze coś innego do zrobienia w tym życiu niż rozczulanie się nad sobą – uśmiechnął się do pozornie zatroskanej córki.

– Tato, ja nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi – potrząsnęła Marysia czarnymi lokami kryjąc pod powiekami chytry uśmieszek.

– Mówiąc szczerze ja też, córeczko, ja też. Staram się bardzo, ale – przymrużył szelmowsko oko – rozumieć kobiety… Ha, to nie jest moja najmocniejsza strona.

– Pleciesz – uśmiechnęła się szeroko i pogładziła ojca po policzku. – Nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty. A przecież bez wątpienia jestem kobietą, prawda?

– Co do tego nikt nie może mieć żadnych wątpliwości, kochanie.

Patrzył z zachwytem na swoją piękną córkę. Przyzwyczaił się już, że zwykle otaczał ją rój wielbicieli, z których nic sobie nie robiła traktując wszystkich jednakowo jak kumpli. Przynajmniej do tej pory. Dawniej jednak, kiedy zaczęła dorastać, zachowywał się jak najgorszy okaz zazdrosnego ojca. W każdym facecie od lat mniej więcej dziesięciu do stu widział zagrożenie dla swojej córeczki, dla swego najcenniejszego skarbu. Teraz oboje zaśmiewali się wspominając tamten okres. Łączyła ich prawdziwa więź i porozumienie. Wystarczyło spojrzenie, by jedno wiedziało o co chodzi drugiemu. Marysia odziedziczyła po mamie urodę, po ojcu poczucie humoru i zamiłowanie do urozmaiconego trybu życia ze sporą dawką adrenaliny. Jakże był dumny i szczęśliwy, gdy idąc w jego ślady złożyła papiery na ASP, którą ukończyła w międzyczasie uczęszczając na zajęcia w Laboratorium Reportażu. Oraz z tego, że doskonale sobie radziła jeżdżąc w różne ciekawe miejsca i – wykorzystując zdobytą wiedzę w połączeniu z wrodzonymi zdolnościami – pisała świetne reportaże.

Umówiwszy się z ojcem wpadła do „Filiżanki”. Siedziała na wysokim barowym stołku opychając się drugą porcją szarlotki. Wybierała z talerzyka okruszki i oblizywała palce.

– Możesz reklamować moją szarlotkę słowami: palce lizać. I to nie w przenośni – skomentowała wesoło stojąca za barem Frania, jedna z Marysinych ciotek bliźniaczek.

– Od samego patrzenia nabrałam ochoty – roześmiała się szczupła blondynka, która przez chwilę stała przy wejściu przyglądając się z uśmiechem Marysi pałaszującej szarlotkę. – Poproszę to samo. I jeszcze dużą kawę.

– Proszę cię uprzejmie, jak widać prawdę mówi stare porzekadło, że reklama jest dźwignią handlu – zaśmiała się Frania.

– Teresa! A ty skąd się wzięłaś o tej porze? – odezwał się Winicjusz wstając z barowego stołka.

– Umówiłam się z Elką. Akurat teraz mam wolną chwilę, ona też, więc postanowiłyśmy połączyć przyjemne z pożytecznym i obgadać sprawę promocji na miejscu.

– Oj, to się będzie działo – zerknęła Marysia na ojca.

– Tak? A co? – zainteresowała się Teresa.

– No jak to, nie wiesz? – zaśmiała się Marysia. – Przecież tato od lat wzdycha do Elżbiety, ona zaś bezustannie daje mu kosza. Moim zdaniem za mało się stara. Jeśli o mnie chodzi to chciałabym mieć dwóch fajnych braci, mogą być przyszywani. I do tego jeszcze od razu dwie szwagierki za jednym zamachem. Tato, naprawdę musisz się bardziej postarać, spręż się jakoś – zwróciła się do ojca.

– Aha, o to chodzi – Teresa kiwnęła głową ze zrozumieniem. – Wiem, wszyscy wiedzą. Tylko co on tu dzisiaj robi? – wskazała głową na Winicjusza. – Przekonywałam Elkę, że go na pewno nie spotka i co? Może byś się gdzieś schował z łaski swojej. Elka nadchodzi.

Marysia parsknęła śmiechem na widok ojca w pośpiechu znikającego na zapleczu.

Odkąd Elżbieta wróciła do realizowania dawnych marzeń i zaczęła malować obrazy jednocześnie tworząc ilustracje do cyklu napisanych przez Teresę bajek dla dzieci, stała się zupełnie inną kobietą niż była kiedyś. Uśmiechała się często. Mimo braku wolnego czasu, ponieważ nie zrezygnowała z zajęć na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, na które uczęszczały wspólnie z Adelką – a może właśnie dlatego – była zadbana, jej sylwetka odzyskała młodzieńczy wygląd. Niewątpliwie przyczyniło się do tego pływanie w basenie, gimnastyka i uprawiany z prawdziwą pasją taniec. Oraz, oczywiście, długie spacery z psami.

– No hej, wyglądasz po prostu rewelacyjnie – na powitanie powiedziała Teresa patrząc z prawdziwym uznaniem na przybyłą.

– Jak zwykle przesadzasz, ale dzięki – odpowiedziała z uśmiechem Elżbieta.

Kiedyś zaprzeczałaby, że nie, nieprawda, ona po prostu nie może dobrze wyglądać, a rewelacyjnie to już w ogóle niemożliwe… Teraz przyjęła komplement po prostu naturalnie.  Rozejrzała się po lokalu. Była tu już kiedyś lecz jedynie przez krótką chwilę. Przypadkiem. Nie wiedziała wtedy, że należy do Winicjusza. Zobaczywszy go uciekła najszybciej jak mogła. Ale to było dawno, jakby w poprzednim życiu. W obecnym była gotowa na spotkanie, nie na ucieczkę. Tylko głupio się przyznać, że zmieniła zdanie po tylu latach nieustannej walki z samą sobą…Chyba… nie jest jeszcze za późno?…

– Proponuję ci na początek szarlotkę – powiedziała Teresa. – Jest fantastycznym dziełem Frani. Tak pysznym, że Marysia palce lizała i okruszki z talerzyka też wylizała co do jednej. Bałam się, że zacznie zbierać z podłogi.

– To i ja muszę spróbować, poproszę w takim razie. I kawę też – spojrzała z sympatią na Franię i jej siostrzenicę.

Marysia podeszła zastanawiając się co też ojciec sobie myśli w tej chwili, chowając się na zapleczu. Rozbawiła ją wizja podsunięta przez wyobraźnię.

– Cześć, ja jestem Marysia, córka twojego wiernego adoratora – odezwała się.

– Przecież wiem – uśmiechnęła się ciepło Elżbieta.

– A co wiesz? Że córka czy, że masz wielbiciela? – dopytywała się Teresa z przymrużeniem oka.

– I jedno, i drugie.

– Czyli, że pogodziłaś się wreszcie z rzeczywistością? – nie ustawała Teresa w dociekaniach świadoma, że na zapleczu komuś robią się długie uszy…

Rozglądając się po lokalu podziwiała Elżbieta wystrój, urok starych ceglanych ścian ocieplonych nastrojowym światłem mającym źródło w małych lampkach rozwieszonych w różnych miejscach. Stojaki na wino, wypełnione butelkami zawierającymi szlachetne trunki produkowane na obu półkulach naszej pięknej planety, wypełniały pustą dawniej przestrzeń pod ścianami.  Przy długim drewnianym barze kilka wysokich stołków zachęcało do skorzystania ze swoich usług i popróbowania choć jednego z szerokiej gamy owych płynnych znakomitości.  Druga sala, znajdująca się za otwartymi, dużymi drewnianymi drzwiami, była jaśniej oświetlona, ściany przysłaniały regały zapełnione książkami. Na każdym stoliku dodatkowo stała lampka pozwalająca na swobodne czytanie czy pisanie. Istniała także możliwość podłączenia laptopa. Ostatnie pomieszczenie przypominało salę muzealną, w której prezentowano arcydzieła sztuki drukarskiej, białe kruki, stare mapy, ryciny, grafiki i  inne tego typu skarby. Szklane drzwi były zamknięte, pozwalały jednak na rzucenie okiem na zgromadzone  cuda. Zainteresowanych klientów gospodarz osobiście wprowadzał do swego skarbca. Było jeszcze jedno pomieszczenie, zwane pracownią, w którym znajdowało się duże biurko, sztalugi, mnóstwo obrazów, różnorakich papierów, książek, przedmiotów wymagających naprawy czy odrestaurowania, ewentualnie eksponatów zdjętych z jednej wystawy bądź przygotowanych do zaprezentowania na następnej.  Odbywały się bowiem w „Filiżance” wystawy obrazów, fotografii, wernisaże, spotkania autorskie i różne inne imprezy jakie tylko ktoś sobie wymyślił i zapragnął urzeczywistnić.

Aktualnie w kawiarnianej galerii wisiały artystyczne fotografie wykonane w Pieninach przez córkę właściciela, bowiem do wielu swoich pasji Marysia bezustannie zaliczała fotografowanie natury. Ludzi niekoniecznie, natomiast piękno przyrody uwielbiała utrwalać. Zachwycona Elżbieta wpatrywała się w obrazy przedstawione na zdjęciach. Bo to były obrazy, prawdziwe dzieła sztuki powstałe przez zamknięcie w kadrze fragmentu niesamowitego piękna krainy leżącej bezpośrednio nad Dunajcem. Taki właśnie tytuł nosiła wystawa – „Nad Dunajcem”.

Przeniosła się Ela całkiem w czasie i w przestrzeni, cofnęła się do pamiętnego majowego weekendu sprzed lat, od którego całkowicie zaczęło się zmieniać jej życie, jej podejście do siebie i świata, ogląd rzeczywistości. Ileż lat minęło, ileż musiała przejść, przeżyć, przemyśleć, żeby dotrwać do dnia dzisiejszego i zacząć bez strachu, za to z przyjemnością i nadzieją patrzeć w przyszłość. Jakby w odpowiedzi na swoje myśli ujrzała w rogu dwie wyrzeźbione w drewnie kaczki mandarynki. Zakrztusiła się kawą myśląc, że to nie może być przypadek.

– Skąd one się tu wzięły? – spytała tłumiąc odruch kaszlu.

– Były tu od zawsze, odkąd pamiętam – wyjaśniła Marysia. – A czemu?

– Ponieważ mandarynka wywarła największy wpływ na ostatnie lata mojego życia – odpowiedziała Elżbieta walcząc z ogarniającą ją wesołością.

Wreszcie nie wytrzymała i parsknęła na głos. Zdumiona Teresa i nie mniej zdumiona Marysia patrzyły nie rozumiejąc przyczyny ataku śmiechu Elki, która dostała tak zwanej głupawki, nie dającej się zatrzymać w żaden sposób i udzielającej się otoczeniu. Tak więc po chwili płakały ze śmiechu we trójkę. Elka nie mogąc opanować wesołości z sobie tylko wiadomych powodów, zaś jej towarzyszki spoglądając na nią.  Zaintrygowana sytuacją Frania wyłoniła się z zaplecza a za nią Stenia, jej siostra bliźniaczka. Elka pomyślała, że zwariowała i widzi podwójnie, co sprawiło, że śmiała się jeszcze bardziej. Ten, kto choć raz w życiu miał atak głupawki dobrze wie, jak trudno sobie z nią poradzić i ile może trwać.

Frania i Stenia zaraziły się nią patrząc na trzy rechoczące niewiasty i, nie mogąc się powstrzymać, dołączyły do nich. Gdyby ktoś obcy w tym momencie  wszedł do lokalu z pewnością wycofałby się przekonany, że trafił przez pomyłkę na izbę przyjęć w przychodni dla specyficznych pacjentów. Winicjusza ominęło owo przedstawienie, niestety. Miał umówionego klienta i spędził z nim w pracowni „czas głupawki”. Gdy wrócił na salę wszystkie panie – w liczbie pięciu – siedziały bez sił, wycierając załzawione oczy usiłując przy tym nie rozmazać do końca makijażu. Elżbieta kończyła właśnie opowiadanie o przygodzie ze sroką i mandarynką w Szczawnicy, którą jej przypomniały kaczki mandarynki.

– I tak poznałam twojego tatę, Marysiu…

Zobaczywszy wyłaniającego się z zaplecza gospodarza wszystkie damy znów dostały ataku śmiechu.

– Co tu robisz? Miało cię nie być a jesteś – przytomnie zauważyła Teresa nieco doszedłszy do siebie. – Elka pomyśli, że kłamałam – dodała z pretensją w głosie.

– Nie kłamałaś, właśnie skończyłem rozmowę z klientem i wpadłem na kawę – wyjaśnił Winicjusz z absolutnie niewinnym wyrazem twarzy. – A co? Mam wyjść?

– Jeszcze by tego brakowało, żebyś teraz ty zaczął uciekać – mruknęła pod nosem Teresa. – Zdurniałeś? U siebie jesteś – dodała głośno.

– Ale jakbym miał przeszkadzać moim gościom…

– Cicho bądź i słuchaj – odezwała się Elka ciągle jeszcze mająca problem z odzyskaniem powagi. – Możesz zostać pod warunkiem, że pozwolisz nam wymyślić nowe menu do twojej knajpy. Co ty na to?

– Ależ z ogromną przyjemnością – odparł uśmiechając się wewnątrz siebie i jedynie w oczach mu się ten uśmiech uzewnętrznił, co nie uszło uwagi żadnej z obecnych bystrych niewiast.

– Można na stronie tytułowej napisać „Spis potraw dla grzeszników” – ciągnęła Elżbieta nie zwracając uwagi na zdziwione miny towarzyszących jej osób. – Na przykład na pierwszym miejscu mógłby się znaleźć ozór donosiciela w sosie…

– A w jakim? – zainteresowała się Marysia.

– A na przykład w koperkowym – zaproponowała Frania.

– Może być pańskie oko w czekoladzie – podpowiedziała Stenia.

– To bardziej na deser. Na ostro to móżdżek zwierzchnika w pomidorach i papryczce chili – włączyła się do zabawy Teresa.

– Tfu, na samą myśl można dostać niestrawności – skrzywiła się z niesmakiem  Frania.

– Kogo miałaś na myśli? – zapytał z dziwnym wyrazem twarzy Winicjusz. – O czyim móżdżku myślałaś w związku z niestrawnością i zwierzchnikiem?

– O niczyim, hipotetycznie – parsknęła Frania śmiechem. – Nie o twoim, nie bój się.

– Mam! – wykrzyknęła z radością Marysia. – Ucho tajniaka w sosie chrzanowym.

– A co powiecie na rękę karcącą w cieście piwnym? – rzuciła Elka.

– To już wam chyba tylko zostanie marskość wątroby w zalewie spirytusowej – dodał Winicjusz mając wrażenie, że chyba wszystkie zwariowały, a on znowu aż tak bardzo nie odbiega od stanu ich umysłów.

17.07.2018

  • aga-joz Nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Cudnie się czyta i wyobraża.
    Pozdrowienia i buziaki
  • kobietawbarwachjesieni Dołączam do tego, co napisała Aga – Joz. Ściskam.
  • annazadroza Ago:-)
    Marysiu:-)
    Dziękuję Wam, kochane dziewczyny, za takie miłe słowa, podbudowujące i przyjemnie łechcące moje ego:) Po takich słowach skrzydła rosną u ramion i gęba się uśmiecha z radości, że komuś sprawiłam przyjemność. Dziękuję!!! Ściskam serdecznie i przytulam śląc puchatego duuużo:)))
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

Popadało

Jak te dzieci rosną! Dlaczego tak  szybko robią się „okropnie” dorosłe? ;)))
Moje dwie starsze wnuczki są większe ode mnie. Jeszcze tylko Calineczka pozostała do noszenia na rękach. Duże mogę już tylko „stacjonarnie” poprzytulać;) Na szczęście pozwalają na to. Nawet usłyszałam wczoraj od Z., że tak trochę to zawsze pozostanie dzieckiem:))) Natomiast K. spała u nas, a właściwie śpi dalej. Skituś stęskniony za swoją przyjaciółką spał na jej nogach, nawet nie miał ochoty rano iść na spacer. Co mu ściągnęłam na dół przednie łapki i próbowałam zdjąć tylne, on z powrotem przednie ładował na łóżko. Taka zabawa trwała dłuższą chwilę, wreszcie musiałam stanowczo, bez żadnych ceregieli, zrzucić go na podłogę. Dopiero wtedy zdecydował się opuścić pokój. Zamknęłam drzwi, żeby młoda się wyspała, bo na to ma
wakacje, żeby nic nie musiała. Szczególnie u babci, bo po to babcie są, żeby dzieciom było dobrze. I żeby do końca życia pamiętały wakacje u babci.
Korzystając z przerwy w deszczu zabrałam rano psiaki na trochę dłuższą trasę. Kilka wilgotnych dni sprawiło, że rośliny zaczęły odżywać, kolor zieleni znów stał się widoczny. Poprzednio teren przy działkach wyglądał jak żółtobura wyschnięta pustynia. Nawet liście na krzewach zwiędły, a jeden octowiec usechł na amen. Liście leciały z drzew jakby już październik nadszedł, tylko bez swoich pięknych kolorów, a nie dopiero lipiec.
Nagle zerwał się wiatr i lunęło. Zanim doszłam z psiakami do domu zmokliśmy całkowicie. Więc nie kryjąc się nigdzie, bo i po co, szliśmy sobie w strumieniach deszczu i tym sposobem Skitek i Szilka zaliczyły kąpiel powietrzno-wodną;) Ja też. Z tą różnią, że ja się przebierałam a one nie. Łaskawie pozwoliły się wytrzeć i śpią. Też bym pospała, ale nie ma tak dobrze. Bo tylko „cysorz to ma klawe życie…”

16.07.2018

  • e.urlik Masz rację co do wakacji u babci i nawet nostalgia mnie dopadła… A lipiec tegoroczny podoba mi bardzo – trochę upałów, deszcz czasem i do tego mogę sobie na razie pozwolić na lenistwo :-))
  • kotimyszkot Niewiele miałam wakacji u babci, jeździliśmy głównie z rodzicami pod namiot. Ale każdy czas u niej był pełen ciepła i wspominam jej rozpieszczanie z uśmiechem 🙂
    Dzieci rosną za szybko i w ogóle czas za szybko umyka! Nic się z tym nie da zrobić, choć się człek buntuje 😉
  • urszula97 U mnie jutro wnuk wyjeżdża ale znów przyjedzie do nas.Ten malutki był wczoraj cały dzień i narobił tumultu więcej niż pozostałe 5 osób,zostałam potarmoszona po włosach,poszczypana,muszą go bardzo dziąsła swędzić to usiłował i gryźć ale słodka i tak przylepa z niego.Pogoda coś nienormalna albo upał albo deszcz ,cięzko gdzieś wyjść.
  • annazadroza Ewo:-) Mieszkałam u dziadków trzy lata i potem spędzałam w Tenczynku każde wakacje, przynajmniej dużą część. Tęsknię ogromnie i wciąż czuję obecność babci koło siebie, myślę co ona by powiedziała, co zrobiłaby, co pochwaliła a co nie… Dziwne, że z wiekiem coraz bardziej.
    Leń się póki możesz, bo robota Cię lubi i nie da Ci uciec od siebie, dopadnie Cię;)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Wciąż mówimy tutaj, że czas zbyt szybko umyka:(
    Pod namiotem też fajne wakacje, szczególnie dla dzieci jest frajda, bo w tym wieku nie przeszkadzają żadne niedogodności życia na łonie natury. Cudowny okres życia:)
    Chciałabym, żeby moje wnuczki miały jak najwięcej dobrych wspomnień „babciowych”, żeby zostały im na zawsze i mogły swoim dzieciom coś przekazać. Choćby owo rozpieszczanie:)
  • annazadroza Urszulo:-) Już widzę Twojego maluszka:) Jak moja malutka – gryzie, drapie, ciągnie za włosy, a jak cudnie się złości:))) Uwielbiam krasnala:) Masz rację, że taka kruszyna a zamieszania narobić umie więcej niż kilku dorosłych.
    U mnie deszcz głównie, w sumie dobrze, nawet bardzo, bo potwornie sucho było, ale wyjść trudno, trzeba szukać chwilki między jednym opadem a drugim.
  • bognna Zazdroszcze;(
    Tutaj od 5 (!) tygodni nie spadla ani jedna kropla deszczu:((((((
  • emma_b a ja nie jestem babcią, chociaż wiekowo już dawno bym mogła. jakoś się moja córka słabo stara…
    fajnie jest czasem tak gruntownie zmoknąć, a potem się wykąpać, wysuszyć, przebrać i herbatkę z cytryną wypić. po takiej przygodzie całkiem inaczej smakuje:)
  • annazadroza Bognna:-) Tyle czasu ani kropli – toż to katastrofa! Może się niedługo zmieni? U nas też przecież tyle czasu nie padało, że trawniki wyglądały jak na pustyni, a ziemia popękana była z braku wody. Życzę Ci więc deszczu, ale nie nagłego, tylko drobno siąpiącego, takiego nawilżającego.
  • annazadroza Emmo:-) Tak, zmoknąć latem, kiedy ciepło, to wręcz przyjemność:) Taki darmowy prysznic od Natury i włosy miękkie po deszczówce. Pamiętam, że babcia zbierała deszczówkę do mycia włosów. A siemię lniane zaparzone służyło jako żel i odżywka. Tak mi się przypomniało:)
    Jeśli chcesz być babcią – to Ci tego życzę z całego serca:))) Niech się spełni:)))
  • bognna Prognozy nie sa niestety pocieszajace:(
  • annazadroza Bognno:-) U nas w nocy okropna ulewa była. Na południu Polski rzeki i strumienie przybrały, nawet mosty niektóre są w niebezpieczeństwie.
© Anna Blog
Blo

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 53

Tak się nieraz dziwnie składa, że ludzie mieszkający niedaleko siebie spotykają się na drugim końcu kraju albo nawet świata na przykład w czasie urlopu lub wakacji. Czy spotkania takie są dziełem przypadku czy przeznaczenia – to już zupełnie inna sprawa. Faktem jest, że bywają wyjątkowo zaskakujące.

Podczas wyprawy do Indii, pierwszej swojej tak dalekiej, samodzielnej podróży bez ojca, jedynie w gronie grupki przyjaciół ze studiów, Marysia Bartecka poznała wielu studentów z Polski zwiedzających świat oraz absolwentów najprzeróżniejszych uczelni korzystających z ostatnich wakacji przed podjęciem pracy i wejściem w dorosłe, pełne obowiązków życie. Ukochana córeczka Winicjusza ukończyła właśnie wtedy studia z bardzo dobrym wynikiem i wyjazd był nagrodą zafundowaną przez ojca. Dobry sprzęt fotograficzny nabyła dużo wcześniej za zarobione przez siebie pieniądze. Przy okazji zwiedzania postanowiła zebrać materiał do zaplanowanej swojej pierwszej wystawy, którą nazwała roboczo „Kolory Indii”.

Przed przepiękną  świątynią poznała młode polskie małżeństwo odbywające swoją podróż poślubną. Ola i Rafał dołączyli na pewien czas do grona przyjaciół Marysi i przeżyli wspólnie wiele miłych chwil. Potem rozjechali się każde w swoją stronę uprzednio wymieniwszy się numerami telefonów i obiecując sobie spotkanie w Warszawie po powrocie.

Młodziutka fotografka przywiozła z podróży mnóstwo wrażeń, pamiątki dla obu ciotek i ojca oraz masę materiału na swoją debiutancką, fotograficzną wystawę. Było z czego wybierać. Po powrocie córki ojciec pękał wprost z dumy nie przyznając się, że podczas nieobecności jedynaczki umierał z niepokoju o nią. Pękał tak przez cały czas będąc w gotowości do służenia pomocą w przygotowaniach i patrząc w dziewczynę jak w obrazek. Z początku nie bardzo z tej pomocy chciała korzystać, potem jednak kobieca intuicja podszepnęła jej to i owo. Po zastanowieniu posłuchała owych podszeptów i zgodziła się na pewną pomoc taty czyniąc to z właściwą sobie zręcznością i wyczuciem, w związku z czym Winicjusz wykonywał z radością wszystkie polecenia córki, sugerując tylko od czasu do czasu jakąś drobną korektę, na którą przystawała kryjąc przed uszczęśliwionym ojcem lekki uśmieszek.

– W tym zwariowanym świecie jedynym ratunkiem wydaje mi się samodoskonalenie, bo tylko to może rozpocząć jego naprawę – oświadczyła szukając odpowiedniego miejsca na kolejne zdjęcie

– Jego czyli świata? – upewnił się ojciec.

– Oczywiście – spojrzała na niego z wysokości drabiny. – Mam zamiar w tym uczestniczyć i powrócić na zajęcia jogi. Tym razem już odpowiedzialnie i z pełną świadomością, bo dawniej to była dziecinada po prostu.

– Praca nad sobą nigdy nie jest zła – odpowiedział córce wiedząc co mówi, wszak jeszcze w młodości zafascynowały go sztuki walki, a obecnie wrócił do treningów karate w ramach odzyskania i utrzymania dawnej formy.

Bardzo dobrze się im współpracowało i tak powstała w „Filiżance” pierwsza, z długiego już obecnie cyklu, prezentacja Marysinych fotografii, stanowiących załączniki do reportaży z różnych miejsc przez nią odwiedzanych.

Pewnego dnia, aby zaprezentować przyjaciołom zdjęcia jeszcze przed oficjalnym otwarciem pierwszej wystawy, ściągnęła Marysia do „Filiżanki” uczestników wspólnej wyprawy do Indii oraz Olę i Rafała, bo oni też się na zdjęciach znaleźli. Rafał zaś przyprowadził brata i jego żonę. Tym sposobem Marysia poznała Roberta i Ewę, których polubiła bez zastrzeżeń, z wzajemnością zresztą. Podczas któregoś kolejnego pobytu w lokalu, który z czasem okazał się stałym miejscem spotkań Marysinych znajomych i gości chętnych do udzielenia wywiadu ślicznej reporterce, rozmowa zeszła na nieoczekiwane tory. Najpierw potoczyła się w stronę ulubionych szlaków górskich, zahaczyła o Szczawnicę oraz wspomnienia stamtąd z dzieciństwa Marysi związane z mamą, doszła do matki Rafała i Roberta, po czym zatrzymała się na trosce chłopców o nią właśnie. Troska dotyczyła ich usamodzielnienia się, koszmarnych przeżyć matki związanych z ich, niestety, ojcem, oraz z wyraźną samotnością i spowodowaną owymi przeżyciami niemożnością otwarcia się na jakikolwiek nowy związek w celu rozpoczęcia normalnego życia. I oni, synowie, źle się z tym czują, bo im żal matki i mają wyrzuty na sumieniu ponieważ w okresie dojrzewania zachowywali się jak dwa niedorozwinięte, ślepe, gigantyczne dupki. A mama zawsze była w porządku bez względu na ich kretynizmy. Teraz chcieliby jakoś pomóc ale nie wiedzą jak. Zaś z ciotkami -sąsiadkami, mamy przyjaciółkami, jakoś głupio im o tych sprawach rozmawiać. Marysia obiecała pomyśleć i poplotkowała po babsku z Olą i Ewą. Chciała się czegoś dowiedzieć o ich teściowej. Poza imieniem, które brzmiało zwyczajnie: Elżbieta, chciała poznać też jej wygląd i poprosiła o pokazanie zdjęcia. Doznała chwilowego szoku. Natychmiast dostępne zdjęcie, znajdujące się w plecaku Roberta, było zrobione na tratwie podczas spływu Dunajcem. Zobaczyła Marysia matkę chłopców siedzącą obok własnego, rodzonego ojca! Oboje skrywali twarze za ciemnymi okularami ale przecież Winicjusza rozpoznałaby nie tylko w ciemnych okularach ale i w sukience oraz w chusteczce na głowie…

Aa, to takie buty, szepnęła do siebie i usiłowała sobie przypomnieć jakieś okruchy, fragmenty opowiadania z ówczesnego pobytu ojca w Pieninach, na które do tej pory nie zwróciła uwagi. Przecież to było wieki temu. Wielce zaciekawiona postanowiła wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji. Oczywiście tak, żeby się niczego nie domyślał. Chłopcy zaś próbowali uzmysłowić matce, że życie jest piękne i nie trzeba się na to piękno zamykać. Zorientowawszy się, że wróciła do malowania i tworzy ilustracje do książki ciotki Teresy, zgodnie z sugestią Marysi pomyśleli o promocji w „Filiżance” zanim sama autorka na to wpadła, oczywiście również na skutek podpowiedzi czarnookiej córki właściciela.

13.07.2018

  • kobietawbarwachjesieni Oj! Coś zaczyna się dziać. Kiedy ciąg dalszy? Uśmiechów i pozdrowień tysiące.
  • annazadroza Marysiu:-) Jutro ciąg dalszy:) Odściskuję i uśmiechy wysyłam wzajemnie:)))
© Anna Blog

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie wiadomo

Jak to nigdy nie wiadomo co się rano zastanie koło domu. Wyszłam z psami później niż zwykle, bo zbudziłam się dopiero ok. 6.30 co mi się rzadko zdarza. Pewnie z powodu zmiany pogody, lekkiego ochłodzenia i deszczu dobrze się spało, bo i psiaki spały snem sprawiedliwych. Wyszliśmy nie od tyłu osiedla przez łąkę, bo mokro okrutnie, lecz od ulicy. A tam – niespodzianka. Ładny srebrny samochód wbity w panel ogrodzenia firmy po drugiej stronie ulicy. Laweta też już stała, więc zajście miało miejsce jakiś czas temu, nie było żadnych ofiar widać ani dwu ani czworonożnych. Widocznie się, na szczęście, bez takowych obyło. No, chyba, że do szpitala zabrane nocą. Zastanawiam się z jaką olbrzymią siłą musiało auto uderzyć w solidny, metalowy płot, żeby skasować i płot, i przód pojazdu. Jeżdżą tzw. kierowcy nocami ( niestety nie tylko) jak wariaci, wyścigi sobie robią po ulicy – może to jeden z takich „kierowców” był. Nie wiem, bo na stronie z okolicznymi newsami informacji żadnej jeszcze nie było. Skoro metal nie wytrzymał, to co zostałoby
z człowieka czy zwierzęcia, gdyby takiemu na drodze stanął? Strach myśleć.

12.07.2018

  • krzysztof213 oo Dziękuje za pomysł pozdrawiam
  • kolewoczy Ależ miałaś widok o poranku 😉
  • e.urlik To u ciebie też jeżdżą jak idioci? U nas jeszcze dodatkowo młodzi debile na ścigaczach lub quadach. A przecież nasza uliczka malutka, mnóstwo zwierząt tu żyje, sarny, zające, bażanty, koty… Czasem życzę im nagłej i niespodziewanej, zwłaszcza kiedy ryczą silnikami wśród nocnej ciszy 🙁
  • urszula97 Zgadzam się z poprzednią wypowiedzą,u nas są nocą wyścigi motocyklowe (niektórzy przymykają na to oczy a nie powinni),ryczą te ustrojstwa niesamowicie.W ten sposób zginęła kobieta 2 dni przed Komunią św swego dziecka,szła chodnikiem i jakiś durny ścigacz wjechał w nią,osierociła dwoje dzieci.Do dzisiaj dziada nie złapali.
  • emma_b jestem pod wrażeniem, jak Ty wcześnie wstajesz…jak dobrze, że mój zwierzak całkowicie ze mną zsynchronizowany i wstajemy nie powiem o której:)
  • annazadroza Krzysztof:-) „Odpozdrawiam”:) Korzystaj z lata, pogody i wody. Mieć morze w zasięgu wzroku i ręki to jest wspaniale:)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Zaskakujący:)
  • annazadroza Ewo:-) Głupoty nie siejesz, sama rośnie – jakoś tak to brzmi. Idiotów jest pełno, jeden raz nie przejdziesz ulicą, żeby jakiś nie mijał z piskiem opon, z włączoną na full muzyką (właściwie to nie muzyka tylko dudnienie), pchając się na trzeciego, albo lecąc prawie na czołówkę. Ostatnio właśnie „Zosia” miała tak niebezpieczną sytuację przez jakiegoś durnia.
    Staram się nie życzyć… bo co wysyłasz, to wraca. Niech mają to na co zasłużyli – tak sobie mówię, bo przecież nie wiem na co, to już wyłącznie ich sprawa.
  • annazadroza Urszulo:-) No i w takich przypadkach nie da się powstrzymać od złorzeczenia. Przez takich kretynów mnóstwo porządnych ludzi traci życie całkiem bez sensu. Jakie to straszne nieszczęście dla dzieci, stracić matkę tak niespodziewanie. A nic nie można na to poradzić, tylko współczuć. I niech drania złapią wreszcie.
  • annazadroza Emmo:-) Wstaję, bo ja skowroneczek, ranne ptaszę:) Jak jasno – od razu jestem przytomna. Gorzej gdy ciemno za oknem, oj strasznie wtedy trudno się podnieść i rozstać z podusią;)))
  • Gość *.play-internet.pl Witam
    Oj w tym problem ze nie zawsze mi się chce plażować
    I jak się Dean Martin potoba to pani Anna jest też włoską
  • annazadroza Krzysztof:-) Domyśliłam się, że tajemniczy gość to Ty:) Dean Martin był swego czasu ideałem męskiej urody, sentyment pozostaje na zawsze. A głos miał boski.
    Plażować trudno, kiedy zimno i pada, dlatego można docenić słoneczne, ciepłe chwile.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zosia

Dziś bez słoneczka za to chmurzasto, trochę pokropiło, ale mniej niż ksiądz kropidłem. Spragnione roślinki wciąż mają nadzieję, że popada. Zobaczymy, może tak będzie.
Tak sobie myślę, że wiele spośród naszych znajomych kobiet, krewnych, przyjaciółek to są bohaterki. Ciche bohaterki codziennego dnia, zasługujące na największy podziw. Myślę w tej chwili o konkretnej osobie, drobnej, szczupłej „dziewczynie” – to określenie wciąż bardzo do niej pasuje mimo wieku 50+ :))) Nazwijmy ją np. Zosia. Przeszła w życiu mnóstwo bardzo trudnych sytuacji zdrowotnych i osobistych, domowych związanych z członkami rodziny, które inną osobę załamałyby kompletnie. Zosia do końca walczyła o swoich bliskich, o ich zdrowie i życie. Teraz matkuje wnuczkom, które zostały sierotami. Jest pełna dobroci, empatii, ma w sobie tyle ciepła i dobrej energii, że naprawdę nie wiadomo skąd się to bierze. Nie, źle mówię, wiadomo – z jej świetlistego wnętrza, bo jeśli są jacyś ludzie „czyści od środka” – to właśnie Zosia do nich należy.
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że osoba, którą widujemy w pracy, w sklepie, na ulicy jest kimś niezwykłym. Zamienimy parę słów, pozdrowimy, zapytamy „co słychać” i nie słuchając odpowiedzi idziemy dalej pogrążeni w swoich myślach, w swoich sprawach. Czasem się otrząsamy jak pies po wyjściu z wody i dopiero wtedy, na skutek jakiegoś niespodziewanego wydarzenia, skojarzenia, słowa dostrzegamy blask bijący od np Zosi.
Wszystkim Zosiom-bohaterkom-matkom-babciom-pielęgniarkom-…….tu każdy może dopisać swoje…. dziś posyłam życzenia, pozdrowienia, podziw, szacunek i mnóstwo dobrych myśli.

ps. Moja „Zosia” czasem tu zagląda, może się domyśli, że właśnie ona jest powodem rozmyślań.

11.07.2018

  • e.urlik Dopisuję do listy: córki i synowe 🙂
  • urszula97 Takich Zosiek których nie widzimy i nie dostrzegamy jest sporo,oby było jak najwięcej dobrych ludzi.
  • karolinagurazda Ja ciepło myślę o pani Eli, którą dziś spotkałam w autobusie. Miła, skromna osoba. Na do widzenia powiedziała, że pomodli się „w mojej sprawie”.
  • emma_b ja też znam taką Zosię, która przeżyła mnóstwo nieszczęść i w dalszym ciągu żyje jej się wybitnie nielekko, ale ma w sobie mnóstwo pogody i optymizmu. to są fantastyczne osoby!
  • kotimyszkot Kobiety to wcale nie słaba płeć, wielokrotnie życie pokazuje, że są bardzo silne..
  • annazadroza Ewo:-) Słusznie, właściwie każda z nas po rozejrzeniu się wokół siebie dostrzeże taką Zosię:)
  • annazadroza Urszulo:-) Masz absolutną rację. Dużo jest Zosiek, nie rzucają się w oczy bo to właśnie „ciche bohaterki”. I popieram postulat, oby dużo dobrych ludzi spotykać na swojej drodze, oby jak najwięcej:)))
  • annazadroza Karolino:-) Dołączam się do Twoich ciepłych myśli posyłanych dalej, bo im ich więcej, tym lepiej:)))
  • annazadroza Emmo:-) Często się zastanawiam, skąd u osób po przejściach siła, pozytywny stosunek do świata (np. po obozie, po powstaniu). Może to nabranie dystansu do „teraz”, przewartościowanie rzeczywistości?
  • annazadroza Myszokocie:-) Często facet wymięka a kobieta ciągnie kierat dalej…
© Anna Blog

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz