29 stycznia 2023 🌞💗🌞

Od początku roku przestałam słodzić kawę i herbatę. Wcale nie miałam takiego zamiaru, żadne tam noworoczne postanowienia (nigdy takich nie robiłam). Samo przyszło 😁 To chyba wynik świątecznego obżarstwa, choć obecnie „obżarstwo” oznacza zupełnie co innego niż dawniej. Kiedyś mocium panie, to się mogło zjeść, że ho ho 😀 Teraz mała ilość daje uczucie sytości co w sumie jest pozytywnym objawem. Coś dziwnego jest w tym, że jednak waga nie spada tak jak powinna 😟 Trochę więcej „podjedzone” w święta to konieczność picia ziółek. Piłam rumianek i Verdin, i jakoś tak gorzką herbatę zaczęłam. Ciekawe, że poprzednio herbata bez cukru drapała mnie w gardło a teraz przestała, może dlatego, że zaczęłam dodawać kawałek listka laurowego (babcia mówiła bobkowego) i zaczęła mi smakować.

Z kulinarnych ciekawostek – zrobiłam kotlety z ugotowanych buraczków, ryżu, czerwonej  fasolki z puszki plus jajko, przyprawy, bułka tarta. Masę przygotowałam, zostawiłam w lodówce, żeby się przegryzły smaki i dopiero przed samym smażeniem miałam doprawić tak do końca. Reszta buraczków do obiadu czekała w drugiej misce, przykryta talerzykiem. Wieczorem złapał mnie katar,  poczułam się fatalnie i następny dzień przeleżałam w łóżku bez jedzenia, wykorzystując okazję do małego postu i oczyszczenia organizmu. Zresztą nie miałam ochoty na jedzenie, odsypiałam zaległości. MS miał tylko podgrzać obiad dla siebie i mamy. I tak zrobił. Przyszedł do sypialni i spytał zniesmaczony: „Co ty zrobiłaś z buraczkami? Kaszy jakiejś dodałaś? Tego się nie da zjeść!” Nie trudno się domyślić, że zamiast buraczków wziął masę na kotlety jeszcze nie całkiem doprawioną 😁😁😁

… tak wyglądały gotowe kotleciki…

Jeśli już zaczęłam „od kuchni” to uprzejmie doniosę, iż – idąc po najmniejszej linii oporu – na ciasto francuskie „rzuciłam” farsz z kapusty kiszonej i pieczarek, upiekłam w formie rolady i było smaczne bardzo, szczególnie na drugi dzień mi smakowało odgrzane na patelni. Do tego czerwony barszczyk i „miód malyna” 😀

…przed upieczeniem…

…po upieczeniu…

 

…kolejny zakwas nastawiony…

keks wg przepisu z Luci książki… 

Nie mogłam wcześniej niczego napisać, co Lapka otworzę – znowu „coś”. Z babcią D. siedem światów ☹ Przestawił jej się czas kompletnie, śpi w dzień, nie można jej ściągnąć na śniadanie, dopiero jakoś na obiad się udaje. Pod presją schodzi w szlafroku, je jak ptaszek i znowu idzie spać, potem chodzi po nocy, podjada (to akurat dobrze), ale nie zawsze można dopilnować czy psiepsiołom czegoś nie daje. Szilka nic nie schudła mimo skrzętnego odważania dziennej porcji karmy, chodzić suni się nie chce, wyraźnie jest za ciężka… Jedynie gdy spadł na chwilę śnieg to podskoczyła z zadowolenia na białej łące.

   

Chlapa się zrobiła szybko, jest błoto i w tym błocie wyraźnie zobaczyłam ślady dzików na łące. Wróciły i zaczęły ryć, sąsiadka wczesnym rankiem wychodząc ze swoim psem już się natknęła na jednego osobnika. Na szczęście psiak był szybki i zwiał bez uszczerbku na ciele, dzik chyba nie miał złych zamiarów bo rozpłynął się w mroku. Trzeba teraz uważać wychodząc wieczorem poza osiedla na niezabudowane „kartoflisko” (tak nazwaliśmy pole na którym kiedyś rosły ziemniaki).

Poza tym „walczę” z nadmiarem przedmiotów w domu, choć minimalistką nigdy nie zostanę to jednak jestem dumna z siebie jako chomik oczyszczający swoją norkę 😀 Pracuję na byciem „tu i teraz”, nad uwalnianiem się od niepotrzebnych myśli i emocji (których jest cały ocean), staram się wykonywać co do mnie należy, ale już bez „napinki” jak dawniej, lecz spokojnie, zaczynam widzieć i czuć świadomie dużo drobnych radości codziennie, na które zwykle nie zwraca się uwagi🌞👍

Dziś gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, coś wspaniałego, cudownego, coś co się niesamowicie nam Polakom udaje na skalę światową 💗😀😀😀💗 Na przekór wszystkim ciemnym, złym mocom hulającym po kraju w tym dniu królują jasność i dobro 💗 We Wszechświecie wszystko podlega przemianom, więc i Jasna Strona Mocy stanie się rzeczywistością 🌞💗🌞

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Dobrego tygodnia życzę wszystkim 💗🌞

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 2 komentarze

21 stycznia 1948 💗 2006 💗

Dziś Dzień Babci i Dziadka, a więc święto wspomnień dla mnie. Wielu wspomnień. Po pierwsze dzień ślubu rodziców, po drugie – nasz z MS dzień ślubu. Różnica w latach 💗💗💗  Przy okazji wspominam babcie i dziadków, prababcie i pradziadków.  Zapaliłam im wszystkim światełka w miejscu, w którym zawsze zapalam przy różnych okazjach. Prababcie pamiętam, pradziadków nie miałam możliwości spotkać w tym życiu. Część zdjęć już pokazywałam, przypomnę je z okazji dzisiejszego święta, dla kilku więc nie będzie to premiera 😀

… ślubna fotografia moich rodziców… 💗

… w chustce prababcia Marianna…. 💗

… babcia Stefa …💗

… babcia Stefa (z lewej) i babcia Frania (z prawej) …💗

… babcia Stefa ponad sto lat temu… 💗

… dziadek Staszek w czasie I wojny … 💗

 

 

 

… babcia Frania …💗

… babcia Frania, mój tatuś malutki i dziadek Andrzej… 💗

…Pradziadek Władysław… 💗

…prababcia Karolina… 💗

A tu już Baba z Chłopem w górach  🌞

…w Wiśle… 🌞

… w Szklarskiej na tle wodospadu Szklarka… 🌞

… nasze ślubne zdjęcie 🙂 fotomontaż szczawnicki wykonany przez dziecko, modele autentyczni w dn. 21 stycznia 2006 🌞

Taki dzień wspomnień się zrobił. Znów śnił mi się domek w Tenczynku 💗

…babcia z mamą dawno temu, w oknie prababcia Marianna… 💗

….zdjęcie sama robiłam w czasie wakacji w liceum „Druhem” albo „Smienką” … 💗

Zapytałam Calineczki co mam jej przygotować kiedy przyjedzie na Dzień Babci i Dziadka (w przedszkolu jakieś cuda robiła).  Usłyszałam – „truskawki”. Spytałam czy może być czekolada, akurat truskawek nie mam. „Moze być” – odetchnęłam z ulgą 😀😀

W tej chwili przyszła babcia D. ze swego pokoju i opowiedziała sen, który jej się przyśnił. „Jako małe dziecko jeździłam z moją babcią na wieś po różne produkty, w czasie wojny to było. Wpadli Niemcy do pociągu na rewizję. Jeden mnie pogłaskał po głowie i powiedział: – ja też mam taką małą córeczkę a muszę iść na wojnę…” MS już wcześniej słyszał tę opowieść, więc sen był przypomnieniem prawdziwej sytuacji. Akurat babcia jej się przyśniła w Dzień Babci 💗 …

Kochani, dziękuję za odwiedziny, za pozostawione komentarze i życzę udanego weekendu i całego tygodnia 🌞🍀💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 24 komentarze

13 stycznia i piątek 🍀🌞

Gwiazdka przyniosła mi najnowszą książkę Luci. To nie pierwsze jej dzieło, które miałam w rękach. Przysłała mi wcześniejsze, czytałam najpierw w telefonie co łatwe nie było, wręcz męczące ze względu na ślepia moje słabujące 😊 ale czytałam, bo oderwać się było trudno. Tym bardziej, że wspomnienia zahaczały również o moją rzeczywistość i siostry postać stanęła  przede mną 💗 także moda którą pamiętam, szkoła jaką moja Lucy kończyła czyli siedem klas podstawówki a w liceum matura w XI klasie (chyba), ja już ośmioklasową podstawówkę zaliczyłam, miałam przed oczami nasze mieszkanie w Opolu, masę różnych sytuacji… – mnóstwo moich wspomnień przywołały wspomnienia Luci.   Potem Duży przyniósł mi tablet i robiąc hokus-pokus jakoś tam Luci dzieła przeniósł i mogłam przeczytać po raz kolejny, tym razem o wiele łatwiej, wręcz w luksusowych warunkach. I mogłam się spokojnie delektować opisami pięknej Italii, a opisy to ja lubię 😀 I jeszcze mogłam towarzyszyć Luci w codziennej (ówczesnej) trudnej, ciężkiej pracy bandante, czyli opiekunki starego, chorego człowieka doskonale się wczuwając tym bardziej, że sama mam na co dzień w domu osobę chorą na Alzheimera. Przejmujące były dla mnie sceny pożegnania odchodzących podopiecznych. Myślałam o tym jak w czasie covidu takie „pożegnania bez pożegnania” musiały być w Italii jeszcze bardziej trudne… Przenosiłam się z Lucią w różne miejsca m.in. do Ancarano,  Patrignone, Offidy, Loreto, Montalto i oczywiście teraz Ascoli 😊

„Polskie smaki i włoskie przysmaki” to – jak sam tytuł wskazuje – Luci przepisy sprawdzone, wypróbowane oraz okraszające je różne dykteryjki i przypadłości z owymi przepisami związane. Ja wypróbowałam i po wielokroć powtarzałam pieczenie „jednojajkowca”, który MS wyjątkowo przypadł do gustu (jest na str.94). Nabrałam ogromnej ochoty na Luci kapustę z grzybami, takiego sposobu jeszcze nie znałam i na pewno zrobię. Innych pyszności jest sporo i skorzystam, choć mięsa nie jem to i tak mam w czym wybierać 🥞🥐🥗🥟🍜🍝🥘🥮🍪🎂🥧  – 😀😀 wystarczy, można pęknąć z przejedzenia od samego patrzenia 😁

https://pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/

Calineczka mi powiedziała „nie namawiaj mnie do jedzenia, już mam od tego namawiania pełny brzuch” 😁😁😁

                                           

U góry jabłuszka w cieście francuskim, na dole jest to samo tylko inaczej oświetlone i ułożone. Miała być choinka makowa 😀 Z wyciętych kawałków wyszły dodatkowo cztery ciasteczka z marmoladą, które na fot. po prawej stworzyły potwora z oczami 😀

Nastawiłam buraki na kolejny zakwas, kończymy pierwszą porcję. Będę się starała mieć go cały czas „dla zdrowotności” przecież, żeby obyło się bez lekarzy. Podzielę się z Wami ostatnim przeżyciem. Otóż w środę wieczorem złapał mnie katar, taki regularny, wodnisty, nieprzerwanie męczący. O nie! – powiedziałam katarowi i łyknęłam rutinoscorbinu 6 tabletek (zawsze tak robię odkąd pamiętam), zrobiłam gorącą kąpiel i udałam się do sypialni. Spojrzałam co na katar radzi Kasia Gołębiewska na YT (refleksolożka) i wykonałam. Przeleżałam cały czwartek, pod wieczór dopadł mnie ból głowy, rano się zwiększył jeszcze więc znowu zajrzałam po poradę i posłusznie wykonałam zalecenie. Potem zrobiłam kawę (w czwartek nic nie jadłam, piłam dużo wody) i ból zniknął. Może po kawie, może nie 😀, ważne, że nie wrócił 😀  (51) Jak złagodzić bóle głowy i migreny? – YouTube 

Wiecie co? Mam wrażenie, że w tym całym zalewie otaczającej negatywności fakt, że na tym naszym blogowisku możemy się dzielić czymś dobrym, pomagać sobie wzajemnie choćby przez takie – zdawałoby się drobiazgi jak dzielenie się doświadczeniem, przeżyciami,  porady – jest wspaniały 💗 Dziękuję za Wasze odwiedziny i pozostawione słowa 💐 Dobrego tygodnia 🍀💗🍀

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 18 komentarzy

5 stycznia 2023

Już  piąty dzień roku, a ja jeszcze nie zdążyłam wspomnieć o świętach. Gdyby nie zdjęcia to już bym zapomniała co robiłam 😀 Barszcz ukisiłam wg przepisu z Silver TV – Bogaty i zdrowy zakwas z buraków – Bing video   

Sernik oczywiście był, wyszedł przepyszny co jest zasługą sera, jakiś taki dobry się trafił, bo przepis odwieczny czyli ten sam od zawsze. Jedyna modyfikacja polegała na zastąpieniu samych herbatników – które zwykle daję na dno tortownicy – też herbatnikami lecz pokruszonymi i zmieszanymi z roztopionym masłem. Były makowczyki czyli ślimaczki z ciasta francuskiego z makiem. Udał mi się jagielnik zwany wegańskim sernikiem, nawet zupełnie smaczny się okazał ów wytwór i…  bardzo sycący. Dla Małego kotleciki wegańskie przygotowałam i dziecko określiło, że są genialne. Tak więc przyjęłam do wiadomości, że ja również jestem genialna skoro genialne kotlety potrafię wykonać 😁 (przecież wiem że „genialność” i „kotlety” nijak się do siebie mają, ale co z tego?)

         

… makowczyki i jagielnik z polewą z gorzkiej czekolady …

Po świętach odkryłam kolejny fajny kanał na YT i zachciało mi się wypróbować przepis na pieczeń z selera. Akurat miałam dwa w lodówce więc przystąpiłam do działania. Wyszedł idealny w formie, w smaku – następnym razem dodam dużo więcej przypraw – zupełnie dobry. Jestem przekonana, że następny będzie wspaniały. Znalazłam przepis tu – (31) PIECZEŃ WEGE Z SELERA – YouTube

… pieczeń/pasztet z selera wyglądał ładnie …

Calineczka miała spędzić z nami ostatni dzień i ostatnią noc 2022 roku, balony kupiłam, owoce na owocowe szaszłyczki przygotowałam, sernik upiekłam, a tu mała się rozchorowała, gorączka ją zmogła 😟😟😟 Już jest wszystko w porządku i przyjedzie jutro 😀😀😀 Będzie zabawa sylwestrowa tym lepsza, że bez strzelania za oknem. W noc sylwestrową psiepsioły przeżywały straszne chwile, szczególnie Skitek, któremu ze strachu trzęsła się każda komórka i każda część ciała. Puszczaliśmy głośno muzykę, żeby zagłuszyć huk, zasłoniliśmy okna, żeby błysków nie było widać. Nic nie pomagało. Do tego babcia D. chciała zobaczyć fajerwerki, co chwilę próbowała otwierać drzwi balkonowe i zerkać za okno. Szilka zobaczywszy, że Skitek ma atak paniki postanowiła mu towarzyszyć chyba w ramach współpracy gatunkowej… jednym słowem trzeba było uspokajać wszystkich …

Dobrze, że już po sylwestrowych szaleństwach, strzelać przestali i wreszcie można normalnie z psami wyjść na spacer. To znaczy dziś już nie, przecież leje i pada, pada i leje i chwilami mży. Podczas mżawki starałam się wyskoczyć na błotnistą łąkę, przecież muszą psiaki w ustronne miejsce się udać. Nie, źle mówię, Szilka musi, bo to dama prawdziwa. Skitkowi wszystko jedno i rano wystarczył mu ogródek, na deszcz wychodzić nie miał zamiaru 😊

… tak było na łące 1 stycznia 2023 roku rano …

Zaczęłam wpis rano a już trzeba wyjść na wieczorny spacer, dzień mija. Naprawdę nie wiem czemu czas tak teraz pędzi. Jeszcze raz wszystkim Wam dobrego roku życzę, spokoju i pokoju, i zdrowia 💗💗💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 20 komentarzy

31 grudnia 2022 🍾🍾🍾

💗💗💗🍾✨🍾🎆🍾✨🍾🎆💗💗💗

Zdążyłam dopaść Lapka i włączyć go kilka godzin przed północą. Kochani! Dziękuję za mijający rok, za Waszą obecność, którą widać w ilości odwiedzin, za komentarze, w ogóle za wszystko 😘😘😘 Życzę, by nadchodzący 2023 rok był lepszy dla każdej Blożanki, dla każdego Blożanina i dla wszystkich „niezorganizowanych” oczywiście również 🙂 Słowami pana Zagłoby „dla naszej miłej, umęczonej Ojczyzny” jako całości także, aby Rzplita stała się silna jednością bez podziałów, aby rowy dzielące mieszkańców pięknego kraju nad Wisłą zostały zasypane zaś sprawcy wszelkiego zła odpowiedzieli za swe czyny. Życzę uśmiechu i radości codziennie, bliskości kochanych osób, braku wszelakich dolegliwości zarówno fizycznych jak i tych ze sfery niematerialnej, zajrzenia w głąb siebie, dystansu do rzeczywistości bowiem wchodzimy w numerologiczny rok „siódemkowy”, a liczba 7 sprzyja zagłębianiu się w swoim wnętrzu, skupieniu się na własnym rozwoju, wyostrza intuicję, spostrzegawczość, przenikliwość, pomaga odnaleźć wewnętrzną harmonię. Stawajmy się coraz lepszymi „wersjami siebie” to i świat wokół nas zacznie się zmieniać… Taką nadzieję trzeba mieć, bo nadzieja umiera ostatnia. Niech więc żyje wiecznie 💗💗💗

DOBREGO, SZCZĘŚLIWEGO ROKU 2023 !!!

💗💗💗🍾🎆✨🍾🎆✨🍾🎆✨💗💗💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 39 komentarzy

Prezent świąteczny czyli losowo wybrany rozdział z: „Babie lato i kropla deszczu”

36— 

Marysia rozlokowała się w „Budowlanych”, Fruzia odpoczywała na hotelowym parkingu w bliskim towarzystwie srebrnego mercedesa i złocistego peugeota, mogła więc usnąć bez obaw, że jakiś obcy ją zarysuje albo przytrze lusterko.

Dziewczyna wyszła na balkon. Wychyliwszy się znad balustrady spojrzała na Fruzię, uśmiechnęła się zobaczywszy ją w towarzystwie dwóch przystojniaków na czterech kółkach. Odetchnęła głęboko i patrzyła w ciemność rozjaśnianą zapalającymi się światłami w domach widocznych z balkonu. Zadzwoniła do pana Horacego, nie zwlekała z rozmową wiedząc, że w górach obowiązują inne godziny aktywności, bardziej związane z matką naturą, szczególnie jeśli dotyczy  to starszych ludzi. Umówiła się na spotkanie. Weszła do hotelowego pokoju, na zewnątrz zrobiło się zbyt chłodno, żeby siedzieć na leżaku. Zjadła sucharki jakie zawsze ze sobą woziła, napiła się herbaty. Nie miała ochoty wychodzić na żadną kolację ani nikogo widzieć. W końcu przejechała pół Polski, załatwiła kilka spraw po drodze i czuła zmęczenie oraz oszołomienie wynikające zapewne z hiperwentylacji.  Położyła się spać i spała jak suseł przez całą noc. Obudziła się wyspana, zadowolona, zachwycona widokiem z balkonu i piękną pogodą. Nie musiała się spieszyć. Z panem Horacym umówiła się na popołudnie, postanowiła więc wykorzystać chwilę dla siebie i przejść się po miasteczku, sprawdzić co się zmieniło od czasu jej ostatniego pobytu, co nowego znajdzie się w zasięgu jej wzroku i – oczywiście – obiektywu aparatu.

Zbiegła po niezliczonych schodkach do ulicy Zdrojowej, potem w dół obok kwietnego zegara i pomnika Sienkiewicza uśmiechając się na myśl, że na matkę naturę nie ma sposobu. Jak ona sobie coś zaplanuje tak zrobi i w tym przypadku wymyśliła sobie, że współczesny prawnuk będzie łudząco podobny do pradziadka z pomnika. Marysia uwielbiała słuchać tego prawnuka ze względu na piękno ojczystego języka, które potrafił tak uwidocznić jak nikt inny. Widocznie w genach otrzymał ten dar. Szkoda, że jako jeden z nielicznych wśród rodaków widocznych w mediach.

Uśmiechnęła się też na widok figury Wiewióra (nie Wiewiórki lecz Wiewióra właśnie) stojącej w samym centrum, jednej z wielu ozdabiających miasteczko figur kwiatowych. Wprawdzie jeszcze była zbyt wczesna wiosna, żeby mogły pokazać całą swą urodę, lecz już tak wrosły w Szczawnicę, że stały się jej integralną częścią. Były więc Słonie, Dzięcioł, Owieczki, Ślimak, Jaszczurka oraz Paw na wysepce. Szybkim krokiem przemierzała promenadę wzdłuż Grajcarka i kawałek drogi do pawilonu  wystawowego Pienińskiego Parku Narodowego, w którym prezentowano ekosystemy leśne, florę i faunę okolicy, charakterystyczne gatunki, zagadnienia ochrony przyrody, a nawet historię terenu Parku i przyległości. Ponieważ napłynęły chmury i zanosiło się na deszcz postanowiła zawrócić, nie zabrała przecież ze sobą parasolki. Prezentację filmu o motylu zwanym Apollo Niepylak odłożyła sobie na kiedy indziej. Wprawdzie opuściła hotel przy pięknie świecącym słońcu, ale w górach pogoda jest wyjątkowo nieprzewidywalna i należy być przygotowanym na różne ewentualności.

Postanowiła wejść na ruskie pierogi przed wizytą u pana Horacego. „Pod Siekierkami” nie było jeszcze tłoku, usiadła więc i z przyjemnością się pożywiła. Tutejsze pierogi zawsze jej smakowały. Pokrzepiwszy się ruszyła dalej schodkami obok apteki na ulicę Jana Wiktora, potem przez Park Górny. Na tyłach „Nauczyciela” i „Dzwonkówki” przeszła znajomą ścieżką do drogi prowadzącej w stronę „Czardy”. Teraz nie musiała się już spieszyć, wolnym krokiem mogła iść podziwiając przecudne widoki, jest to bowiem jedna ze ścieżek w miasteczku z najbardziej malowniczymi widokami, znajdująca się tuż za Osiedlem. Tak sobie Marysia szła powoli, napawając się tym co widziała, rejestrując przy okazji, że sporo turystów przyjechało do niedawno ukończonych domków po lewej stronie drogi. Stamtąd dopiero musiał być boski widok, szczególnie z górnych okien – pomyślała. Miała do pokonania już niedużą odległość, zwolniła więc kroku zainteresowana niewykończonym budynkiem po drugiej stronie potoku Sopotnickiego. Dom pojawiał się w plątaninie gałęzi  jako ogromny, wspaniale zaprojektowany, cały z bali i wydawał się Marysi tak piękny, że bardzo chciałaby go mieć. Tylko po co? Co by z takim domem zrobiła? Trzeba siedzieć już na stałe w jednym miejscu, a ona przecież  jeszcze nie na tym etapie była. Jeszcze ruch i przemieszczanie się były jej żywiołem. Z przyjemnością jednak przyjeżdżałaby co pewien czas w to samo miejsce, już nie cudze, hotelowe, bezosobowe lecz swoje, własne… I w tym momencie Marysia zrozumiała Kasię i Mikołaja, przyjaciół taty i przez przypadek sąsiadów  rodziców Bogny i Jagny, którzy zapragnęli mieć tutaj, w Szczawnicy, swoje miejsce na ziemi. Nawet jeśli nie udawało im się z różnych względów przyjeżdżać tak często jakby chcieli, to miejsce było ich własne, osobiste i czekało na nich.

Jeszcze kawałek drogi dzielił ją od celu. Sprawdziła numer domu, wszystko się zgadzało.  Stanęła przed domem również zbudowanym z bali. Sporo takich było w okolicy. Ten nie był malutki lecz piękny, okazały, jakby wrośnięty w zbocze wzniesienia. Nacisnęła guzik domofonu. Rozległo się brzęczenie i furtka się otworzyła pod lekkim naciskiem ręki. Drzwi do mieszkania również się otworzyły i stanął w nich  Hubert. Oślepiony słońcem przymrużył oczy. Zdawało mu się, że ma zwidy albo, że wyobraźnia płata  figle stawiając na wprost postać Marysi utkaną z promieni słonecznych.

– Dzień dobry – odezwała się słoneczna postać.

– Dzień dobry – wykrztusił po dłuższej chwili wciąż nie wierząc w realność widzianego zjawiska, dziadek nie powiedział jakiego gościa się spodziewa.

– Coś się stało? Może przyszłam nie w porę albo pomyliłam godziny? Jestem umówiona z panem Horacym Balickim. Maria Bartecka – wyciągnęła rękę w geście powitania wciąż niepewna o co chodzi temu przystojniakowi, który patrzył się na nią jakby była zjawą przejrzystą albo przybyszem z kosmosu. – Przepraszam, może pan niedosłyszał, a ja tak…

– Ależ nie – ruszył się wreszcie. – To ja przepraszam, słońce tak mnie oślepiło, że przez chwilę nic nie widziałem. Hubert Klonowski – uścisnął podaną dłoń. – Zapraszam, dziadek oczekuje z niecierpliwością.

Weszli do środka. Od pierwszej chwili zauroczona domem widzianym z zewnątrz pozostawała w stanie zachwytu znalazłszy się wewnątrz budynku. Był taki jaki powinien być – nietuzinkowy, urządzony ze smakiem, bez nadmiaru sprzętów co zauważyła natychmiast, za to z prostymi, sosnowymi meblami stanowiącymi integralną część ścian, jakby z niej wyrosły niczym gałęzie z drzewa. Jednym słowem uosobienie jej marzeń o domu.

– Jak tu ładnie – uśmiechnęła się na widok starszego pana, który dziarsko ruszył w jej stronę z serdecznym uśmiechem.

Marysia uśmiechnęła się również i do staruszka i do swoich myśli, bowiem przypomniała sobie słowa Honoratki, która wygląd pana Horacego określiła „jak dziadek z reklamy”. Rzeczywiście, bardzo trafne skojarzenie – pomyślała Marysia. Srebrne wąsy dodawały mu uroku, gęste białe włosy sprawiały wrażenie aureoli kiedy tak stanął między nią a oknem cały podświetlony słońcem. Coś niezwykle sympatycznego było w tym domu, w dziadku i nawet w tym wnuku, który w pierwszej chwili zrobił na niej wrażenie takiego… mało rozgarniętego.

Ów „mało rozgarnięty” lecz  widocznie przystojny, co też jej się rzuciło w oczy, wnuk zbliżył się do niej.

– My się kiedyś poznaliśmy – powiedział.

– Naprawdę? Chociaż, wszystko możliwe, tylu ludzi w życiu poznajemy…

– Jesteś Marysią, która uratowała mi życie – oświadczył.

– Ja? – szczerze się zdziwiła. – A w jaki sposób? To chyba jakaś pomyłka.

– Żadna pomyłka. Przypomnij sobie ponton, spływ Dunajcem ….i delikwenta, który uczepił się  twojego wiosła, a potem twojej ręki.

– Ten przemoczony wodnik? To ty?! Hubert… no tak, Hubert, teraz sobie przypominam – parsknęła śmiechem

– Czego ja się dowiaduję – odezwał się pan Horacy. – Hubercie, jak ci nie wstyd? Dziewczyna ratowała ciebie, a nie odwrotnie? To prawie zhańbienie nazwiska – puścił oko do Marysi.

– Nie twojego dziadku, mojego, o twoim nikt się nie dowie, nie martw się – zażartował były przemoczony wodnik.

– No dobrze, żartujemy sobie, tymczasem może pani zmęczona. Proszę, pani Marysia usiądzie przy stole, pogawędzimy sobie, a ten mój huncwot zrobi kawę albo herbatę, wedle pani życzenia.

– Ładną mi, dziadku, robisz reklamę przy Marysi  – huncwot zrobił smutną minę.

Marysia usiadła przy okrągłym stole nakrytym szydełkową serwetą, na której stał brązowy dzban z cienkimi gałązkami wypuszczającymi maleńkie, zielone listeczki.

– Jak tu ładnie – powtórzyła. – I nie żadna pani tylko Marysia.

Starszy pan serdecznie ujął Marysiną dłoń.

– Dziecko, przypominasz mi moją Anetkę, babcię tego huncwota. Też miała ciemne włosy i loki. Nie takie czarne jak ty, ale też tak dużo. Cieszę się, że przyjechałaś odwiedzić starego człowieka.

– Panie Horacy, z wielką przyjemnością i przyznam, że nigdy bym nie pomyślała, iż od pierwszej chwili poczuję się tak dobrze zobaczywszy pana. Honoratka tyle  o panu opowiadała, że po prostu musiałam tu przyjść. Mam coś specjalnie od niej. Kilka fotografii, które Bogna zrobiła panu z dziewczynkami i jedno zrobione przez samą Honorcię. Proszę, oto one.

– O, dziękuję, bardzo dziękuję – wzruszył się. – Czuję się zaszczycony, że dziewczęta pamiętały o staruszku i jeszcze tyle fatygi sobie zadały, żeby zdjęcia zrobić. Wiem przecież, że teraz to tylko przez te internety wszystko się robi. Do fotografa to już mało kto idzie…

– Dziadku, zdjęcia teraz też w domu można wydrukować. Nie ma z tym żadnego  zachodu – wtrącił Hubert, który wrócił do pokoju niosąc tackę z filiżankami, dużym dzbankiem z kawą i malutkim ze śmietanką.

On jednak jest nierozgarnięty, pomyślała Marysia i pokręciła z dezaprobatą głową. Dostrzegł to i z niemym pytaniem w oczach zwrócił się w jej stronę.

– Owszem, można i w domu,  lecz przede wszystkim trzeba o tym w ogóle pomyśleć –  powiedziała z ironią. – Myślę, że nie każdemu przyszłoby to do głowy.

– O to to, trzeba pomyśleć  – powiedział pan Horacy. –  A jego w ogóle nie interesuje historia rodziny. Dlatego nie dawałem mu dotąd pamiątek, zaniósłby do tego swojego Muzeum i zostawił na zatracenie…

– Dziadku, jak możesz tak mówić, na jakie zatracenie – oburzył się „mało rozgarnięty” wnuk. – Na wieczną pamiątkę, żeby ludzie mogli oglądać.

– Najpierw swoi muszą poznać historię zanim obcym ją ujawnią – poważnie powiedział pan Horacy.

Rozmawiali długo o czasach dawno minionych. Stary leśnik wcale nie czuł różnicy wieku, nie miał wrażenia, że rozmawia z młodą kobietą, która mogłaby być jego wnuczką, czuł w niej po prostu kogoś, kto go dobrze rozumie. Odżyły wspomnienia – nawet nie jego, był przecież zbyt mały, żeby pamiętać – tylko swojej matki, która ukryła się i ratując życie sobie i jedynemu dziecku, skulona w wykrocie, ochraniając go własnym ciałem przed zimnem i całym światem  słyszała wszystko. Nie widziała, ale nie musiała. W duszy odczuła cały ból słyszany w głośnym krzyku, całe cierpienie mordowanego męża. Ten krzyk pozostał z nią na zawsze, budził w nocy, odzywał się w ciągu dnia gdy pokazywała synkowi spokojną twarz w bezpiecznym już miejscu w jakim żyli po wojnie, nie opuścił jej nigdy. Pan Horacy dopiero w bardzo dojrzałym wieku przeczytał, dowiedział się i odczuł. Zrozumiał często niezrozumiałe dla siebie wcześniej zachowanie matki. 

Marysia pomyślała, że powinna spotkać się z panem Horacym bez „mało rozgarniętego” wnuka i szczerze porozmawiać o innych jeszcze sprawach. Wyraźnie ją ten wnuk rozpraszał czego nie tolerowała u siebie. Hubert zaś nie domyślając się etykietki jaką mu Marysia przykleiła, starał się być czarujący i zabawiać gościa. Na próżno się wysilał, myśli Marysi podążały zupełnie w inną stronę, nie słuchała go. Ale… przyglądała mu się spod oka uważnie. Przemknęło jej przez myśl, że jest w nim coś znajomego. Albo już go kiedyś widziała, no tak, jak był zmoczony wodą z Dunajca… ale to nie to… albo jest do kogoś bardzo podobny. Zdarza się przecież niejednokrotnie spotykać ludzi, którzy wyglądają jakby byli zrobieni przez tego samego rzemieślnika, tacy… odlani z jednej formy. Tylko kogo on przypomina? Ciemne włosy w słońcu miały złocistomiedziane refleksy. Oczy… oczy… No tak! Przecież oczy ma takie same jak Bogna! Zupełnie niespotykane. Jeśli się dobrze w nie wpatrzeć można dojrzeć subtelną różnicę odcieni między prawym a lewym. Bogna odziedziczyła tę cechę po swojej mamie, pani Inga po ojcu. Honoratka ma takie same, Ewelinka już nie, malutka ma oczy Domana.

Zapatrzyła się w te oczy myśląc intensywnie nad swoim spostrzeżeniem. Hubert zaś nie wiedział co myśleć o nagłym zamilknięciu Marysi.

– Coś mówiłeś? Przepraszam, zamyśliłam się – odezwała się po dłuższej chwili.

– Pytałem czy poszłabyś ze mną zwiedzać góry.

– Zwiedza się muzeum albo wystawę – skrzywiła się z niesmakiem, zestawienie słów użyte przez „mało rozgarniętego” rozmówcę zazgrzytało jej w uszach jak przysłowiowy zgrzyt żelaza po szkle. – Góry się przeżywa, odwiedza, rozmawia z nimi. One żyją…

– O to to – poderwał się z fotela dziadek Horacy. – Dziewczyno, ty czujesz tak samo jak ja! To niemożliwe, poza moją Anetką żadna kobieta tego nie rozumiała…

– No nie, panie Horacy, to przesada, znam wiele kobiet mających podobny stosunek do gór i w ogóle do natury.

– Dziadek był leśnikiem…  – zaczął Hubert i od razu miał wrażenie, że robi z siebie głupka, przecież Marysia o tym wie, dlatego tu przyszła.

– Jest leśnikiem – sprostował pan Horacy. – Leśnikiem jest się do ostatniej chwili swego życia. Tak samo jak przyzwoitym człowiekiem.

– O, tu ma pan całkowitą rację – ciepło się uśmiechnęła Marysia odrzucając do tyłu czarne loki.

– Co za dziewczyna – z niedowierzaniem pokręcił głową starszy pan. – To po prostu nie-do-wia-ry!

– Tata zabierał mnie ze sobą na wędrówki, przeszliśmy Pieniny wzdłuż i wszerz. Za każdym razem kiedy tu przyjeżdżam czuję się jakbym wracała do domu – wyjaśniła Marysia czując do staruszka ogromną sympatię.

Wnuk owego staruszka spoglądał to na jedno to na drugie zdziwiony nagłą komitywą. Wcale jednak zmartwiony nie był, wręcz przeciwnie, figlarny chochlik zagościł w jego niezwykłych oczach.

– Całe szczęście, że dziadek nie jest odrobinę młodszy. Normalnie byłbym zazdrosny – oświadczył.

– Ty nie możesz być zazdrosny – stwierdziła Marysia.

– Dlaczego? – zdziwił się „mało rozgarnięty” wnuk.

– Nie masz powodu ani prawa – odpowiedziała spokojnie. – Muszę lecieć. Panie Horacy, poznać pana to była dla mnie ogromna przyjemność. Czy moglibyśmy się umówić na jeszcze jedną rozmowę?

– Z taką dziewczyną zawsze – szarmancko odpowiedział stary leśnik. – Wiesz co, dziecko? Myślę, że ludzi łączą wartości, a nie data urodzenia.

–  Ma pan całkowitą rację.  Swoimi opowieściami podsunął mi pan pewien pomysł, muszę go sobie dokładnie przemyśleć, sprecyzować… Zgodzi się pan opowiedzieć więcej o swoim życiu,  pokaże mi pan może jakieś stare fotografie?

– Dogadamy się –  pan Horacy czuł, że jakimś dziwnym trafem ta dziewczyna pomoże mu w rozwikłaniu dręczącej go tajemnicy.

– To co będzie z naszym spacerem po górach? – Hubert poczuł się odepchnięty na drugi plan i to przez własnego dziadka! – Marysiu, halo, tu ziemia, słyszysz mnie?

– Co? Tak, dobrze – nie słuchała go wcale, umysł już pracował nad czym innym.

– O której po ciebie przyjść?

– Gdzie? – wreszcie zaszczyciła go spojrzeniem lecz nie takim, o jakie mu chodziło, jak na natrętną muchę spojrzała, wyraźnie takie odniósł wrażenie.

– Do „Budowlanych” przecież.

– Po co?

– Przecież zgodziłaś się na wycieczkę!

– Ja się zgodziłam? – w głosie dało się słyszeć zdziwienie.

– Dziadek przecież świadkiem – zaczynał mieć wątpliwości co do własnego rozumienia sytuacji i słów.

– Naprawdę?

– Naprawdę – uśmiał się pan Horacy.

– Cóż, w takim razie nie mam wyjścia. Nie chciałabym, żeby miał pan o mnie złe zdanie…

– Pozwolisz, że cię odprowadzę? – zapytał „mało rozgarnięty” huncwot.

– Zgódź się panno Marysiu – wtrącił dziadek ciesząc się podziwem zauważonym w oczach wnuka. – Kawaler powinien pannę odprowadzać do domu.

– Cóż, muszę się zgodzić – wyciągnęła rękę do starego leśnika. – Ale tylko pod jednym warunkiem: pokaże mi pan stare fotografie. Zgoda?

– Zgoda, zgoda   – serdecznie uścisnął podaną dłoń.

Zatem dzięki panu Horacemu Marysia i Hubert razem opuścili piękny dom i ruszyli ku Osiedlu.

– Jestem pod wrażeniem spotkania z twoim dziadkiem – mówiła Marysia. – Czy on zawsze pracował w Pienińskim Parku Narodowym?

Kiedy doszli do Osiedla XX lecia, Marysia rozglądała się szukając numeru bloku.

– O, w tamtym mają mieszkanko znajomi rodziców – ucieszyła się, że znalazła.

– To mają niezły widok z balkonu. Odpowiadając na zadane pytanie: prawie zawsze, przynajmniej odkąd pamiętam.

– A słyszałeś coś o wcześniejszym życiu, o tym co przeżył jako dziecko?

– Nie bardzo – odczuwał z tego powodu wstyd, naprawdę nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło.

– Nie pojmuję! Naprawdę nic nie wiesz o historii rodziny? Nie obchodziło cię co się działo zanim twoja doskonała ziemska powłoka pojawiła się na tym świecie? To niepojęte! Mając takiego dziadka?

– Naprawdę – przyznał ze skruchą. – Kiedy słuchałem waszej rozmowy miałem wrażenie, że jakieś klapki mi się w mózgu otworzyły. Jakbym miał zaćmienie umysłu do tej pory.

– Dobre i to na początek – mruknęła.

– Słucham?

– Nic. Mówię, że mógłbyś ruszyć głową i zmusić te swoje szare komórki do współpracy. O ile jeszcze je masz – dodała cicho.

– Teraz usłyszałem – powiedział. – Uważasz mnie za półgłówka bez żadnych uczuć…

– No, może nie aż tak drastycznie bym się wyraziła…Sam to powiedziałeś… Oj, przepraszam, muszę zobaczyć co to – wyjęła telefon, usłyszawszy sygnał przychodzącego sms-a. – To Bogna, moja przyjaciółka. Ta, od której dostałam namiar na twojego dziadka. Przysłała mi jakieś stare zdjęcie. Ewidentnie stare – powiększyła obraz. – Zobacz…

Hubert zmarszczył czoło jakby usiłował sobie coś przypomnieć. Nie zdążył nic powiedzieć, bowiem odezwał się telefon Marysi.

– No cześć, zobaczyłam. Kto jest na tym zdjęciu? Jak to nie wiesz? W takim razie skąd je masz? … Aa, rozumiem, prababcia Hermina. Co za ciekawa historia…. Tak, rozmawiałam z panem Horacym, miałaś rację, jest fantastyczny, cudownie opowiada, ma dar po prostu. Słucham? Powtórz. Teraz słyszę. Tak, jeszcze się z nim zobaczę, mam pewien pomysł….Dobrze, pozdrowię, oczywiście. Ucałuj dziewczynki, cześć.

– Marysiu, jaki miałaś plan na pobyt w Szczawnicy poza spotkaniem z dziadkiem Horacym?

– Odetchnąć górskim powietrzem czyli przewietrzyć płuca, obowiązkowo przelecieć się pod Bereśnik do schroniska, zaś co dalej zależy od okoliczności zewnętrznych, tak to ujmijmy.

– A co do tego półgłówka…

– Przecież ja tego nie powiedziałam. Nie znam cię, widzę cię pierwszy raz w życiu…

– Drugi.

– Niech będzie, tylko to strasznie dawno było, nic o tobie nie wiem.

– Jak będziesz chciała to ci powiem. Wszystko co będziesz chciała wiedzieć.

– Nie wiem czy chcę wiedzieć – uśmiechnęła się pod nosem schylając głowę, żeby nie zauważył.

– Ja wiem o tobie dużo, co napisałaś, gdzie byłaś, śledzę i obserwuję cię w mediach społecznościowych…

– Ojej, zaczynam się bać, to jakaś obsesja?

– Żadna obsesja. Może zauroczenie przemoczonego wodnika?

– Brzmi lepiej. Ale daruj sobie ciąg dalszy, nie mam czasu na bzdury. Przyjechałam na chwilę z konkretnym zamiarem i muszę go zrealizować.

– A dasz mi swój numer telefonu?

– Po co, żebyś mnie zamęczał?

– Żeby cię zaprosić na kawę kiedy przyjadę do Warszawy. Wprawdzie mógłbym oczarować twojego ojca, żeby zdobyć twój numer, ale wolałbym dostać go od ciebie.

– Mojego ojca nie oczarujesz, jest już dawno oczarowany…

– Wiem, przez panią Elżbietę.

– Zaraz, a skąd ty znasz takie szczegóły z mojego życia rodzinnego?

– Marysiu, przecież znam pana Winicjusza zawodowo. Karolek i ja współpracujemy z nim w pewnych tematach.

– Aha, z Karolem – uspokoiła się. – Zaraz, czy to nie ciebie chciał mi Karolek przedstawić kiedy od niego wychodziłam?

– Dokładnie. Ja byłem tym facetem, którego staranowałaś w drzwiach.

– Ups…trudno, po co mi wlazłeś pod nogi? Spieszyłam się. A teraz wybacz, muszę pomyśleć, przygotować się do rozmowy z twoim dziadkiem, sprawdzić w necie kilka informacji…

– Ale jutro pójdziesz  ze mną do schroniska?

– Nie, nie pójdę z tobą – uśmiechnęła się nieznacznie widząc jego minę. – Ale ty możesz pójść ze mną – patrzyła jak mu się rozjaśnia twarz myśląc, że jest naprawdę nieprawdopodobnie przystojny…w tej chwili… chociaż…”mało rozgarnięty” …przecież…

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści | 14 komentarzy

23 grudnia 2022 🎄🎁😀

Jutro wigilia, roboty huk jak zwykle, w ostatniej chwili zawsze najwięcej trzeba zrobić. I pamięć wytężać, by o niczym nie zapomnieć 😀 Na przykład, by wyjąć w odpowiednim czasie produkty z zamrażalnika przygotowane wcześniej.  Bez kartki ani rusz. Od dawna planuję sobie na kartce i robię rozpiskę na przedświąteczny tydzień. Rzecz w tym, że zawsze coś innego mi przyjdzie do głowy i poszczególne działania przesuwam na kolejne dni. Nic więc dziwnego, że kumulują się na końcu. Nic to jednak, wczoraj z MS zaatakowaliśmy wspólnie pewne roboty w kuchni od dawna nie ruszane i z pieśnią na ustach i radością w sercach nadprogramowe czynności wykonaliśmy 🙂 😄 Żeby nie kłamać to pieśń była nie na ustach (kto by wytrzymał podobne pienia), lecz płynęła z głośnika sprzętowego w postaci ukochanego przez nas bluesa. Przy takim wsparciu robota paliła się w rękach 😂😂😂

W związku ze świątecznym czasem najpierw na ulicy zaświeciły się dekoracje.

… śniegu jeszcze nie było …

Potem ‚nadejszły” śliczności od Magdy   –  https://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/

Potem spadł śnieg w ilości ogromnej i mróz trzaskający się pojawił. Calineczka otworzyła pudełeczko i znalazła  kartkę świąteczną specjalnie dla niej zrobioną własnoręcznie przez ciocię Magdę 💗🎁😀

… śliczna, prawda? …

Calineczka z radością przekopywała się przez zaspy śnieżne chowając się przed nami. Na szczęście czerwoną kurteczkę widać z daleka i nie ukryła się całkowicie, oczywiście udawaliśmy, że nie możemy jej znaleźć zachęcając psiepsioły do szukania zguby 🐕🐕 🙂

W planie było lepienie bałwana. Śnieg się do tego celu nie nadawał, miał konsystencję piasku, przesypywał się w palcach. MS wpadł na pomysł przywołania marsjańskiego ufoludka, który na wezwanie się pojawił 😀

… prawdziwy ufoludek 🙂 …

Dziś po śniegu pozostały nędzne resztki i chlapa, pachnie wiosną na błotnistej łące. Ponieważ jednak Gwiazdka przyjdzie jutro bez względu na pogodę – życzę super prezentów, ŚWIĄT ZDROWYCH I SPOKOJNYCH, i wszystkiego co najlepsze dla Was wszystkich i Waszych biskich dziękując jednocześnie za Waszą obecność od poprzedniej Gwiazdki do dziś 💗❄💗

… GWIAZDKA też Magdusiną ręką zrobiona …

Niech się spełniają dobre życzenia 💗💗💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Nasypało ❄🌨❄

Spadło śniegu tyle, że hohoho i jeszcze trochę 🙂 Dzieci się cieszą co widzę przez okno. Od razu wyległy na zewnątrz z sankami ponieważ akurat był weekend. Dziś (poniedziałek) już pomaszerowały do szkoły. Dostałam zdjęcie Calineczki z choinką z zapytaniem czy na wiosnę można będzie wsadzić u nas w ogródku, bo jest w doniczce. Czemu nie? Może się przyjmie i będzie jeszcze jedno drzewko. Na wiosnę 🌼🌞🌹, teraz na razie jest biało. Ładnie, nie powiem, że nie, ale wolę widzieć tę urodę przez okno kiedy nie muszę wychodzić. Wtedy mi się podoba 🙂 Natomiast gdy wyjść muszę to się już podobać przestaje. Ciekawe, że wyskoczenie z psami na łąkę mi nie przeszkadza. Okutam się jak babuleńka i już 😀 Psiaki śniegiem na łące się cieszą (póki czysty i świeży). Skaczą po białym puchu niczym szczeniaczki 🐕🐕 Zdjęć mi się nie chce robić na śniegu ;( Musiałabym zabierać ze sobą duży telefon (nie mieści się w kieszeni kurtki), zdjąć rękawiczki, przetrzeć patrzałki ze śniegu… zwyczajnie nie chce mi się, za dużo zachodu. Za to w kuchni mi się chciało podziałać, „naszło mnie” od piątku i trzymało do wczoraj 😄 Najżmudniejszą i najbrudniejszą robotę wykonałam  czyli bigos i sos do ryby po grecku. Siedzą sobie w zamrażalniku w odpowiedniej ilości i czekają. Bigos wege według przepisu Hajduczka https://www.hajduczeknaturalnie.pl/?s=bigos+wege   

Dla MS dołożyłam kiełbasę i będą z babcią D. dziś jedli na obiad, reszta jest schowana do ewentualnego doprawienia po rozmrożeniu. Poza tym – też wg Hajduczka – ugotowałam bulion ze wszystkich resztek po wykorzystanych warzywach (czyli obierki, skórki, łuski z cebuli itd.) jako bazę na zupę pomidorową, która wyszła tak pyszna (zupa, nie baza), że głowa mała 😀 Wypróbowałam jeszcze nową sałatkę z buraków gotowanych, jajek na twardo, ogórków kiszonych, cebuli z majonezem, zapomniałam o jabłku. Jeszcze takiej nie robiłam, w przyszłości będę, smaczna nowość (u mnie) i zdrowa ze względu na buraczki. Zdjęć nie pstrykałam. Tak mi czas ucieka, że nie nadążam. Pocieszam się jednak, że z różnymi zaległościami walczę skutecznie, pozbywam się zbędnych rzeczy, widocznie taki przyszedł czas 😉

Jedyne fotki jakie zrobiłam (dziś) to wrzos za oknem w zimowej odsłonie. Uważam, że prezentuje się ładnie.

… sikoreczki dziś się pokazały, na bzie wisi kula dla ptaków, jedna sikorka jadła z kuli, druga siemię lniane z karmnika …

Myślę, że przed świętami nic mądrzejszego nie napiszę, zupełnie nie mam głowy. Może dla rozrywki wstawię rozdziałek z ukończonej już powieści pt. „Babie lato i kropla deszczu”, tak na Gwiazdkę 🙂 Chyba, że się zmobilizuję i poczuję nagły przypływ weny. Na razie sprawia mi radość powiększanie czystej przestrzeni wokół poprzez usuwanie „zbędności” i „przydasiów”. Nawet wycinki gazetowe w sporej ilości wyniosłam do niebieskiego worka na papier. Taka jestem z siebie dumna 😁😁😁

MS pojechał załatwiać różne sprawy, babcia D. raczyła zjeść śniadanie (godz. 13.00 !!!), psiepsioły śpią obok mnie, Franek znalazł sobie nowe miejsce w torbie z kawałkiem sztucznego futerka i mruczy z zadowolenia. No! I tak to wygląda na tę chwilę. Rok minął odkąd zerwaliśmy formalne kontakty z telewizją, w sumie wcale mi to nie przeszkadza, oglądam na YT co chcę i kiedy chcę, jedynie dla babci D. by się przydała teraz, gdy nie może wyjść do ogródka. Jednak trudno znaleźć DOBREGO operatora, który nie każe emerytom włazić na dach i będzie dbał o klienta potem, kiedy już go złapie w swoje sieci.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, pozdrawiam gorąco (na przekór pogodzie), życzę dobrego tygodnia i duuużo zdrowia 💗🌞😀

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 36 komentarzy

Już grudzień 2o22

Ostatni miesiąc roku, nie wiem kiedy to zleciało, dopiero się przecież 2022 rozpoczął, miałam nadzieję, że będzie dobry, spokojny… cóż, nadzieja podobno matką głupich… ale wolę być głupia niż pozbawiona nadziei. Howgh! Dzień krótki, słonko późno wstaje i wcześnie chodzi spać, najchętniej robiłabym to samo. Nie da się jednak, więc kawusię z goździkami wypiłam, prasówkę w necie już zrobiłam nie zagłębiając się w nocne rządzicieli poczynania, szkoda na to zdrowia. Ten sejm powinien w przyszłości nazywać się „nocnym”. Po chaosie musi nastąpić porządek, takie są prawa Wszechświata, tylko szkoda, że mierzenie czasu jest inne dla nas, ludzkich istot i dla Wszechświata właśnie.  Cóż, czekamy z nadzieją na szybkie sprzątanie… Za sprzątanie papierów ciąg dalszy się zabrałam. Ciężko, oj ciężko idzie, co papierek to czytanie i trudna decyzja: przyda się czy nie przyda, wykorzystać czy wyrzucić, tyle lat np. gazeta leżała i wyrzucić szkoda… oj, chomiki to mają ciężkie życie 😬

Drugi raz wyszły mi genialne kotlety vege. Naprawdę pyszne, nie tylko dobre i zjadliwe ale po prostu pyszne, w co samej mi trudno uwierzyć. Jednak najprostsze jest najlepsze, to  absolutna prawda. Otóż uczyniłam co następuje 😀 Ugotowałam szklankę kaszy jęczmiennej w dwóch szklankach wody z dodatkiem vegety Natur (kupiłam w Szczawnicy w Delikatesach) i łyżki oliwy. I tak sobie stygła, do jeszcze  ciepłej wrzuciłam garść siemienia lnianego w ziarenkach. W tym czasie usmażyłam cebulkę (wzięłam trzy), dosypałam do kaszy pieprz, lubczyk, trochę czarnuszki, wgniotłam czosnku 2 ząbki, łyżkę mąki kukurydzianej, łyżkę owsianej, wymieszałam wszystko z podsmażoną cebulką. Pokroiłam w kostkę dużą czerwoną cebulę, wmieszałam ją w resztę masy i schowałam do lodówki (zimną już) na następny dzień, bo nie miałam pieczarek.  Rano MS poszedł do sklepu, pieczarki przyniósł, pokroiłam je w miarę drobno i przesmażyłam na maśle klarowanym. Wymieszałam z masą z lodówki plus jajko i tarta bułka (tyle, żeby konsystencja była odpowiednia i dało się ulepić kotlety), i usmażyłam jak normalne mielone. Uwierzcie, że wyszły nieziemsko smaczne! W życiu bym nie przypuszczała, że kaszę da się zjeść z taką przyjemnością 😄 Możliwe, że przez noc w lodówce smaki się przegryzły stąd rezultat, na pewno duża ilość usmażonej cebulki smak podbiła no i oczywiście świeżo przygotowane pieczarki. Mogę polecić z czystym sumieniem, ja – czyli ta co nie znosiła żadnych kasz przez swoje całe życie 😄 Podczas smażenia takie apetyczne zapachy się rozchodziły, że babcia D. przyszła spytać co tak ładnie pachnie i zjadła trzy z patelni, mówiąc, że przepyszne 🙂 Nie zdradziłam, że są bezmięsne tylko z kaszy, bo nie zjadłaby, nawet by nie spróbowała 🙂

Inne odkrycie to podstawa kotletów z uduszonej utartej marchewki z selerem i cebulką oczywiście 🙂 z dodatkiem różności: mąki pełnoziarnistej, bułki tartej, siemienia, jajka i mnóstwa przypraw – jakich to już dokładnie nie pamiętam, każdy wg własnego upodobania musi sobie doprawiać. Oba rodzaje kotletów są też  dobre na zimno do zjedzenia z chlebem na śniadanie czy kolację.  MS „wsuwa” na kolację, ja mogę rano i wieczorem.  No, to się pochwaliłam 🙂

… marchewkowo selerowe, chyba, już mi się pomieszało, kotlety wszystkie wyglądają tak samo po usmażeniu, a szczególnie na zdjęciach …

Skuszona ziemniaczanym gulaszem od Lucy zrobiłam go (znaczy gulasz) – http://welniscie.blogspot.com/2022/11/gulasz-bezmiesny-dla-anki-i-nie-tylko.html

   

Gulasz ziemniaczany na patelni podczas przygotowań i na talerzu w kształcie ostatecznym. Mnie smakował, bo kocham ziemniaki w każdej postaci. MS i babcia D. zjedli  (nie mieli wyjścia) bez zachwytu 😏

… to było ciasto francuskie z uduszonymi jabłkami …

… bardzo smaczne placki z jabłkami na maślance biedronkowej …

Wstałam gdy jeszcze było całkiem ciemno. Psiepsioły nie paliły się do wyjścia (Skitek ok. drugiej w nocy zażądał wypuszczenia), Franek poprzytulał się – dzisiejszą nockę spędził u nas – i wyszedł na zewnątrz, ale szybko wrócił bo zimno, ujemna temperatura. Poczekałam aż się zrobi jasno włączywszy Lapka, zrobiłam przerwę na wyjście z nimi po siódmej, dałam im śniadanie i wróciłam tu, póki jeszcze mam chwilę. Potem do Biedronki polecę, dziś ostatnia sobota na wykorzystanie „zakupowych oszczędności” na karcie więc nie popuszczę, w końcu w emeryckim portfelu każdy grosz się liczy. Śnieg zaczął sypać, mam pretekst, żeby nie myć okien choć naprawdę miałam szczery zamiar, nawet firanki wyjęłam na zmianę, naprawdę „jak bonie dydy” 😄

… Franuś pozdrawia 🙂 nad okiem najświeższa blizna ze starcia zapewne z Puchatym …

Rozpoczęłyście już jakieś konszachty z Mikołajem i Gwiazdką? Bo my tak, nawet MS siedział wczoraj  w necie szukając tego, co wymyślił dla Wery 🙂 A ja już byłam w Kik-u, lubię tam sobie pójść w ramach rozrywki pooglądać różne cudeńka na wszystkie okazje, teraz jest masa świątecznych. Bo święta będą bez względu na wszystko inne i dzieci powinny mieć radość w związku z tym, pamięta się o tym przez całe  życie i niech to będą dobre wspomnienia ❄🎅🤶❄

Samych dobrych dni, spokoju, zdrowia i bezpieczeństwa życzę dziękując za odwiedziny 🌺💗🌺

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

26 listopada 2022 i fragment szczawnickich wakacji 🚗

Kalendarzowa jesień jeszcze trwa, lecz śnieg się pokazał 😬 przywitał się ze mną i z psiepsiołami, i mnie wkurzył. Zimno i ślisko się zrobiło czego nie lubię, idę ostrożnie jak kaczka, żeby nie złapać zająca po drodze tym bardziej, że kolano mi się zbuntowało i mnóstwo czasu spędziłam, by znaleźć sposób na postawienie go do pionu i pokazanie kto tu rządzi 😀 Udało się, znalazłam świetne ćwiczenia na poprawę i radzenie sobie z problemami z kolanami (i innymi częściami też) na kanale Marka Purczyńskiego, u Kasi Gołębiewskiej (refleksologia) oraz na kanale Aktywny senior na YT.  Z czystym sumieniem mogę polecić. Chodzę bez bólu, jeszcze mi się trochę kolano blokuje podczas schodzenia ze schodów, ale to nic w porównaniu z tym co było.  Do tego łykam  Artresan  Optima i smaruję Voltarenem. To taka bezpłatna porada dla potrzebujących 😀😀😀  I tak mi czas ucieka. Poza tym co wyjmę Lapka (albo mam taki zamiar) to coś się dzieje i mój szczery zamiar napisania czegokolwiek (!) spełza na niczym. Poniżej linki do pomocnych stron.

https://www.youtube.com/@MarekPurczynski/videos

https://www.youtube.com/channel/UCU3G0HN066-T0sO_xEHzcyQ

https://www.youtube.com/@katarzynagolebiewska/videos

W związku z odejściem pięknej złotej jesieni pomyślałam, że zatrzymam ją na dłużej i będzie do oglądania w każdej chwili na blogu. Oczywiście myślę o Szczawnicy 🙂 Wczoraj wieczorem przegrałam z telefonu  część zdjęć i mogę się cofnąć w czasie, zapomnieć, że za oknem śnieg z deszczem i wieje wiatr.

… po przyjeździe przywitał nas taki widok z okna (wiem, że kiepska jakość, ale od czego wyobraźnia) 🙂 …

… po przybliżeniu ukazało się, że jest tam całe stado owiec …

… alejką do Parku Górnego …

… obok Dworku Gościnnego, na werandzie często babcia D. odpoczywała po spacerze przed wyruszeniem w drogę powrotną do domu …

… psiepsioły z MS i Dworkiem w tle …

… nasz ulubiony Park cd. …

… i tu też …

… mam wrażenie, że zaraz pojawi się pan Henryk Sienkiewicz z ukochaną Marynią, która właśnie w Szczawnicy poznał …

… zamiast pana Henryka pojawił się MS i bardzo dobrze 💗 …

… rzeźba w Parku we mgle …

… stara rzeźba przedstawiająca niedźwiadki …

… dochodzimy do pl. Dietla …

… wyraźnie widać kaplicę Szalaya …

… kaplica z prawej strony, na wprost cudownie oświetlony słońcem szczyt 🌞 …

… uwielbiam kamienne schodki …

… imć pan Józef Szalay osobiście dogląda uzdrowiska zerkając z postumentu …

… brązowy budynek to „Nawigator”. schody po prawej prowadzą do „Inhalatorium”…

Powracamy do domu tą samą trasą, która przyszliśmy, czasami robiąc zakupy w Delikatesach. Ukończono nadbudówkę na bloku obok owego sklepu. Wygląda jakby tak było od zawsze, nie od dwóch/trzech miesięcy. Zdjęcia chyba nie zrobiłam, przynajmniej nie pamiętam, jak znajdę to pokażę. Jeśli ktoś ma chęć na więcej zdjęć to w kategorii „Szczawnica” po prawej stronie jest ich sporo. A będzie oczywiście jeszcze więcej 🙂

Poza tym muszę przyznać, że ogólna sytuacja wpływa na mnie dołująco jak pewnie na wiele osób, niepewność, obawa nie dają spokoju… Zapisałam sobie zdanie Olgierda Łukaszewicza – „… nie ma niepodległości bez europejskiej jedności …” – krótko i dobitnie, tak w sam raz na czasie…

Dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowa, bądźcie zdrowi i bezpieczni 💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze