Stał się jednak cud pewnego dnia. Inaczej tego wydarzenia Inga nie potrafiła nazwać. Wyruszyli do Szczawnicy, do mieszkanka Kasi i Mikołaja. A co się działo przed podjęciem decyzji! Inga czuła takie zmęczenie, iż miała wrażenie, że po prostu przewróci się któregoś dnia i umrze. Feliks najwyraźniej przemyślał pewne sprawy widząc, że żona naprawdę usypia na stojąco. Usiedli któregoś dnia z długopisami, kalkulatorem, rachunkami i liczyli, liczyli, liczyli.
– Jeśli odłożę spłatę kilku należności na drugą połowę miesiąca to możemy pojechać na dwa tygodnie – oznajmił.
Inga gotowa była przeżyć ten czas o chlebie i wodzie, byle tylko móc chwilę odetchnąć od codziennego koszmarnego stresu. Postanowiła nie myśleć o przyszłości przez ten czas urlopu. Co będzie potem – to będzie. Na wiele rzeczy człowiek nie ma wpływu. Ale teraz ona musi odpocząć, wyspać się, odwrócić uwagę od wszelkich gnębiących ich nieszczęść i skupić się na pozytywach. Tak ma być i już! Inaczej – skąd weźmie siły na dalsze życie?
Wyruszyli więc w drogę. Inga do ostatniej chwili nie wierzyła, że się uda. O dziwo, teściowa chętna była do wyjazdu, sama się pakowała przez cały tydzień. Inga wypisała na kartce co starsza pani powinna ze sobą zabrać i dała mężowi z prośbą, by przypilnował matkę. On kartkę przekazał, ale nie sprawdził czy zawartość torby zgadza się z zapiskami z kartki. Inga się tym nie przejmowała, pomyślała, że da teściowej swoje rzeczy w razie potrzeby. Poza tym Kasia mówiła, że w mieszkanku jest wszystko co potrzeba, ciuchów dużo i zawsze coś można sobie dobrać i pożyczyć w miarę potrzeb.
Jechali siedem i pół godziny. Czyli wcale nie tak długo. Inga bała się podróży, przecież teściowa i dwa psy w ciasnym samochodzie to trudna sprawa. Niemniej jednak pragnienie wyjazdu przezwyciężyło wszelkie obawy. Upał był ogromny, lecz podczas jazdy powiew powietrza wpadającego przez otwarte okna pozwalał go znieść. Zatrzymywali się, żeby psiaki mogły rozprostować łapki i załatwić swoje sprawy, napić się, skonsumować przysmaczek i jakoś było. Ziały z gorąca, a teściowa cały czas powtarzała, że się męczą.
– Mamo, psy w ten sposób regulują sobie temperaturę. Masz wodę, możesz im łebki zmoczyć co kilka chwil, będzie im lepiej.
– Ale ona się męczą – biadoliła. – Stań, Felusiu, im się chce pić.
– Piły przed chwilą – mruknęła Inga.
– Ale one się męczą – powtarzała pani Wala.
– Ja też się męczę – burknął Feliks. – Nie mogę się co chwilę zatrzymywać, bo nigdy nie dojedziemy – dodał głośno.
– Ale one się męczą – powtarzała staruszka.
– To co, mam je wyrzucić z auta? – nie wytrzymała Inga.
Na chwilę pomogło. Psy ułożyły się jak mogły najwygodniej. Zorka spała. Zadzior trochę wyglądał przez okno, oparł pysk na siedzeniu Feliksa i zapatrzył się przed siebie. Może jakieś wspomnienia się w nim odzywały, może przypomniała mu się jazda na jakąś akcję z czasu, gdy jeszcze nie był rencistą, ale służącym psim policjantem? Ocknął się, westchnął, rozejrzał się jakby sprawdzał gdzie jest i z kim. Przyjrzał się uważniej śpiącej Zorce i poszedł w jej ślady.
Feliks z Ingą jeszcze w domu ustalili, że nie pojadą przez Kraków. Miasto jest rozkopane, jedynie stali mieszkańcy mogą się rozeznać gdzie aktualnie można przejechać, a gdzie droga jest zamknięta i trzeba kluczyć objazdami co jest bardzo trudne do przeskoczenia dla przyjezdnych. Do tego w upale stanie w korkach ze starszą osobą i psami na tylnym siedzeniu – to horror po prostu. Postanowili więc pojechać na Nowy Sącz omijając Kraków. Wcale nie było tak łatwo, pomijając burzę i ulewę napotkane po drodze i to dwa razy te same z prostej przyczyny, że trzeba było zawrócić i jechać z powrotem ponieważ Inga – czyli pilot – zagapiła się. Zwyczajnie nie spostrzegła znaku z nazwą miejscowości, w której stronę mieli skręcić. Nic to, udało się, dojechali cali i zdrowi. Jak dotrzeć do bloku na Osiedlu Kasia bardzo dokładnie wytłumaczyła, wyrysowała, pokazała zdjęcia więc nie mieli problemu z odnalezieniem właściwego numeru. Nawet miejsce na parkingu się trafiło, niedługo potem nie było ani jednego, mieli szczęście.
Psy były zmęczone podróżą. Zorka dodatkowo zestresowana, prawdopodobnie miała jakieś złe wspomnienia z poprzedniego życia czyli z okresu zanim zamieszkała z Zadziorem i resztą obecnej rodziny. Na górę weszła o własnych siłach co było miłym zaskoczeniem. Ostatnio miała problemy z chodzeniem po schodach, Feliks nastawił się, że będzie ją wnosił na rękach na górę. A tu proszę! Sama pokonała schody! Trochę przodem, trochę tyłem ale dała radę. Była z siebie dumna i zadowolona, bo wszyscy bardzo ją chwalili.
Teściowa pomału wchodziła ciężko dysząc, Inga dyszała wcale nie mniej podczas wędrówki do góry, tylko Zadzior wchodził spokojnie, z godnością, bez specjalnego wysiłku. Feliks wniósł torbę matki. Usiedli na chwilę, odpoczęli i chcieli oboje pójść po resztę bagażu, w końcu zawsze się tego uzbiera cała masa, a szczególnie drobiazgów dodawanych w ostatniej chwili. I tu Zorka wpadła w rozpacz. Widząc, że oboje opiekunowie chcą wyjść zostawiając ją, chwyciła Ingę (była bliżej drzwi) łapkami za rękę, lizała i piszczała wyraźnie mówiąc, żeby jej nie zostawiać.
– Zorka, Zorunia, maleńka, zaraz wrócę. Czekaj, zostań i czekaj – powiedziała, delikatnie wyswobodziła się z uścisku suni i pobiegła w dół schodami.
Zorka tak samo prosiła Feliksa, lizała, chwytała łapkami i płakała. Nie zwracała uwagi ani na Zadziora ani na panią Walę, która coś do niej mówiła. Ponieważ jednak Feliks opuścił mieszkanie, wyskoczyła na balkon i zaczęła zawodzić. Zadzior widocznie postanowił wesprzeć przyszywaną siostrę, bo wyszedł za nią i zadudnił basem na całą okolicę. Inga szła na górę z taką szybkością na jaką tylko mogła się zdobyć, aby uspokoić czworonożne towarzystwo. Potem już Feliks sam zchodził po resztę bagażu.
Inga rozpakowała torbę z własnymi rzeczami, Feliks bagaż osobisty ułożył na półce w szafie. Teściowa swoją torbę zabrała do pokoiku, w którym miała spędzić czas pobytu w ukochanym miasteczku Kasi. Inga poczuła, że teraz wreszcie może głęboko odetchnąć. Włączyła czajnik, zagotowała wodę na herbatę. Zjedli maślane bułeczki zabrane z domu i usiedli na balkonie.
– Kotuś, jak tu ślicznie – rozejrzała się z zachwytem.
– Pięknie – przyznał Feliks. – Ale ja jestem zmęczony, kochanie, pójdę się na chwilę położyć. Jutro będę podziwiał całą duszą.
– Idź, idź, w końcu tyle godzin za kierownicą przy maksymalnie skoncentrowanej uwadze może każdego wykończyć.
Feliks położył się na wersalce, przymknął oczy i odpoczywał. Teściowa rozpakowywała się w maleńkiej sypialence. Co chwilę podchodziła do szafy, której tył stanowił ścianę pokoiku oddzielającą sypialenkę od przedpokoju. Nieźle to Kasia z Mikołajem wymyślili – pomyślała Inga. Bez dodatkowych kosztów oddzielili kącik do spania, połączyli przyjemne z pożytecznym.
– Mamo – mówiła kilkakrotnie, – tam nie ma żadnych twoich rzeczy. Zrobię ci zaraz miejsce na półce, żebyś mogła rozpakować torbę i tam sobie wszystko włożysz…
Jak grochem o ścianę. Pani Wala co chwile wracała do przedpokoju, odsuwała drzwi i przyglądała się wiszącym ubraniom. Inga podniosła się, ułożyła na jednej półce swoje rzeczy drugą zostawiając dla teściowej.
– Mamo, tu będzie twoja półka. Połóż sobie co chcesz, żebyś wiedziała co masz.
Rano wstali oboje wcześnie chcąc wyjść z psami jak najszybciej, żeby nie stresowały się niepotrzebnie w nowym miejscu. Noc nie minęła spokojnie, bowiem Zorka kilkakrotnie próbowała wejść na wersalkę i spać w łóżku. W domu nie było takich problemów, tu jednak musiała czuć się niezbyt bezpiecznie, chciała być jak najbliżej opiekunów.
Inga zalała kawę w kubeczkach, z których jeden miał środek w kolorze pomarańczowym, drugi turkusowym. Sobie zrobiła w tym drugim, turkus był jednym z jej ulubionych kolorów..
Teściowa jeszcze spała. Feliks wypił kawę i położył się w ubraniu na pościelonej i przykrytej narzutą wersalce. Psy ułożyły się na swoich posłaniach trochę zmęczone dłuższym niż zwykle porannym spacerem po pięknym Parku Górnym, którym Inga zachwycała się na każdym kroku. Zorka przyglądała się jak opiekunka zrobiła sobie drugą kawę, potem usnęła już zupełnie spokojna. Kawa smakowała Indze niebywale, pewnie ze względu na wodę zupełnie inną niż w domu. Stwierdziła też, że po umyciu tutejszą wodą włosy stały się miękkie i jedwabiste. Usiadła na balkonie, wygodnie umościła się w wiklinowym fotelu. Fotele, które Kasia dostała od Teresy i przywiozła tutaj były dwa, stare i pamiątkowe. Dlatego takie, że Teresa kupiła je za pieniądze uzyskane za pierwszą wydaną powieść. Inga najpierw usiadła prawie z nabożeństwem, potem zaśmiała się głośno sama z siebie i później siadała już normalnie. Do kompletu był wiklinowy, okrągły stolik również przywieziony z Ursynowa. Na malutkim balkonie nie mieściło się nic więcej. Żeby rozłożyć suszarkę z rozwieszonym praniem trzeba było jeden z foteli wstawić do pokoju.
Inga upiła łyk kawy, z rozkoszą wciągnęła w płuca poranne powietrze pachnące świeżością, zielenią, drzewami i czymś nieokreślonym, czego nie ma w mieście. Może swobodą i wolnością?
Na wprost miała obie trasy zjazdowe z Palenicy. Bardziej z prawej – czteroosobowe siedzenia kolejki linowej równolegle przemieszczające się w górę i w dół. Niebo od strony słowackiej zaczęło się rozjaśniać, chmury o ciemnej dotąd, ołowianej barwie zmieniły odcień na gołębi. Miejscami nawet zaczął się na niebie pojawiać błękit w kilku odcieniach przebijając się przez coraz jaśniejszą szarość. Od strony Krościenka jeszcze było ciemno, nad Grajcarkiem unosiły się mgły dążące w górę by rozpraszać się coraz bardziej na tle zieleni drzew porastających zbocze. Całkiem daleko ciemny szczyt zamykał horyzont, lecz poniżej przyciągały wzrok plamy jasnej zieleni łąk czy też hal, po których poruszały się jeszcze jaśniejsze plamki w kolorze kremowym. Po chwili zrozumiała, że to stado owiec. Może owce powróciły już do domów z wypasu w Jaworkach, gdzie spędzały wspólnie całe lato i teraz pojawiały się w różnych miejscach należących do ich gospodarzy, bo trawa. jeszcze zielona była i widocznie smaczna.
Dwa jasne ptaki przeleciały znad Bryjarki w stronę Palenicy. Na tle ciemnej zieleni drzew można było obserwować ich powolny, majestatyczny lot. Prawie nie poruszały skrzydłami jakby poddawały się podmuchowi wiatru i bez najmniejszego wysiłku przemieszczały się w kierunku Dunajca. Pomału ukazywało się coraz więcej błękitnych plam na szarym niebie, coraz więcej słonecznych promieni ozłacało świat wydobywając z otoczenia dotąd niewidoczne dla oka szczegóły. Oto mgły przemieszczały się tworząc ruchome, białe obłoki na tle zbocza. Osa przysiadła na wiklinowym stoliku i wyraźnie słychać było odgłos jakby gryzła starą wiklinę. Pod balkonem zaczęły pojawiać się psy wyprowadzające na poranny spacer swoich opiekunów. Bieliła się smukła wieża kościoła, czerwieniły i brązowiły się dachy domów. Po chwili słońce zalało swym blaskiem inne miejsce, inną partię domków wydobywając je z mroku i prezentując oczom Ingi cały ich nieopisywalny, niemożliwy do opowiedzenia urok. Co minutę dosłownie zmieniał się widok i zmieniały się barwy dnia.
Teściowa zaczęła się ruszać w sypialence. Dochodziły stamtąd szelesty, szuranie, raptem wszystko umilkło i dopiero po pewnym czasie pani Wala udała się do łazienki. Pewnie się zastanawiała gdzie jest… Trzeba przygotować śniadanie – pomyślała Inga i podniosła się z wiklinowego fotela z żalem opuszczając balkon. Ale cóż robić, siła wyższa.
Wracając z psami z porannego spaceru przystanęli przy delikatesach niedaleko domu. Feliks został z psiakami na zewnątrz, ona weszła do środka. Uwielbiała sklepy w małych miasteczkach. Sprawiało jej wielką przyjemność robienie zakupów w takich miejscach. Kupiła świeże bułeczki, masło, pomidory, pierogi z serem na obiad, śmietanę. Tak na szybko, potem sprawdzi co i jak, zobaczy co Kasia ma, co trzeba dokupić, co odkupić potem, bo przyjaciółka kazała używać wszystkiego co tylko jest w domu, żeby się nie przeterminowało.
Bułeczki pachniały tak, że już po drodze miała ochotę wyjąć jedną i zatopić zęby w chrupiącej skórce. Na pierwszy rzut oka było widać, że na pewno są chrupiące, muszą takie być! Feliks przekroił bułeczki, Inga pokroiła pomidora, cebulkę, dwa ząbki czosnku obrała dla siebie i dwa dla męża. Teściowa czosnku nie lubiła, ale na wszelki wypadek Inga spytała czy dla niej też. Wymowny grymas był odpowiedzią, dopiero potem wyszemrała: „nie”.
– Jakie to pyszne – wymamrotała Inga między kęsami rozkoszując się smakiem bułki z czosnkiem i pomidorem. – Uwielbiam to, całe wakacje w dzieciństwie nie potrzebowałam niczego innego na śniadanie.
– Niestety, tylko w wakacje można było jeść czosnek bezkarnie – skinął głowa Feliks.
– Albo na urlopie, skarbie. Jesteśmy przecież na urlopie. A skoro jemy oboje to przecież nie ma problemu. Gdyby jadło tylko jedno z nas, no, tu mógłby się pojawić pewien problem – uśmiechnęła się do męża nad stołem.
Teściowa siedziała pośrodku, na siedzisku narożnika i jadła nie odzywając się wcale.
– Mamo – powiedział Feliks. – Po śniadaniu pójdziemy na spacer, dobrze?
– Dobrze – zgodziła się, na twarzy nie było widać żadnych emocji.
– Pójdziemy przez Park, koło Dworku Gościnnego, koło Inhalatorium do placu Dietla. Posiedzisz sobie na ławeczce jeśli się zmęczysz, napijesz się wody mineralnej…
– Dobrze – powtórzyła starsza pani ku zdziwieniu syna i synowej.
Rzeczywiście, po chwili oznajmiła, że jest gotowa do wyjścia.
– Mamo! Ty chcesz w tym iść? – wykrzyknął Feliks spojrzawszy na matkę. – W tej bluzce? Nie widzisz, że jest brudna jakbyś nią kurze wycierała?!
Inga zerknęła ukradkiem, żeby teściowej nie rozzłościć.
– Przebierz się, mamo, ja ci wypiorę tę koszulkę – powiedziała spokojnie.
– Ale w co? – zatroskała się pani Wala.
– Zobacz co masz w torbie, ja nie wiem co zapakowałaś. Przecież Felek dał ci kartkę ze spisem rzeczy, które powinnaś ze sobą zabrać.
– Nie wiem co mam.
– Otwórz torbę i sprawdź.
Teściowa poszła do sypialenki, poszurała czymś i wyszła.
– Nic nie mam – oznajmiła.
– Jak to nic nie masz? Kotek, idź z mamą, pomóż jej szukać – zwróciła się do męża.
Po chwili usłyszała zirytowany głos.
– Mamo, dałem ci kartkę! Pakowałaś się przez cały tydzień i nie wzięłaś ubrania na zmianę? To w czym będziesz spać? W kurtce?
– Feluś, nie denerwuj się – zawołała z kuchenki, a właściwie mikroskopijnego aneksu kuchennego. – Dam mamie moją bluzkę, niech ubierze i idźcie już. Szkoda czasu i nerwów.
Wreszcie wyszli z mieszkania. Inga głęboko odetchnęła jakby pozbyła się gniotącego ją ciężaru. Poczuła się wolna i szczęśliwa w tej konkretnej chwili. Zrobiła sobie jeszcze jedną kawę i znów usiadła na balkonie. Zaczarowało ją to miejsce, mogłaby tak siedzieć i siedzieć, patrzeć i patrzeć… nawet do końca świata… Z góry widziała jak teściowa idzie uczepiona jedną ręką ramienia syna w drugiej dzierżąc kij do nordic walking. Prezentowała się nadzwyczaj korzystnie jak na swoje lata. Zdjęła z twarzy maskę znudzenia, niechęci, wiecznego cierpiętnictwa i od razu stała się sympatyczną starszą panią. W białych spodniach, koszulce Ingi w białe i grantowe paski, z białymi klipsami w uszach, które miały za zadanie przysłonić aparat słuchowy – naprawdę nie wyglądała na zwykłą jędzę. Tak pomyślała i zaśmiała się głośno zorientowawszy się jakiego użyła określenia. Nieładnie, skarciła samą siebie, nieładnie tak myśleć i mówić. Może coś się zmieni w zachowaniu teściowej? Wprawdzie Kasia mówiła, że nie ma szans na poprawę, lekarz teściowej też, ale może choroba zatrzyma się, przystanie na jakiś czas i da im trochę wytchnienia? Nic to, co będzie to będzie, teraz są na urlopie w pięknym miejscu. I pogoda jak na zamówienie się trafiła. Jest się z czego cieszyć. Przymknęła oczy, napawała się spokojem, niemal czuła jak czas leniwie opływa ją wokół z każdej strony podczas gdy zwykle pędził i trącając brutalnie popychał do przodu. Z dołu słychać było głosy dzieciaków biegających po trawie, szczeknął nieduży piesek, dziewczyna z drugiego bloku stojąc na balkonie kogoś nawoływała. Inga otworzyła oczy zaciekawiona dziwnym imieniem tego kogoś i zobaczyła pod balkonem pięknego, młodego posokowca bawarskiego, który przybiegł na wołanie swej pani i wesoło podskakiwał. Przed blokiem przystanęły dwie kobiety wracające z torbami pełnymi zakupów, po chwili dołączyła do nich trzecia pokazując coś w we własnej torbie. Inga nadstawiła ucha i usłyszała słowo „śliwki”. Aha, widocznie gdzieś tu sprzedają śliwki, pomyślała. Zamarzył jej się placek ze śliwkami. Tylko … tutaj się nie da upiec, dopiero w domu. I dobrze, obejdzie się, tutaj może zrobić galaretki z serkiem waniliowym i też będzie pysznie, mniej kalorii na dodatek… Jak tu dobrze, cicho, spokojnie… Ale trzeba się ruszyć, przygotować obiad. Po obiedzie ona wyjdzie z psami, może Feluś będzie miał jeszcze siłę, żeby mogli razem z nimi wyjść. Okaże się…
Okazało się, że Feliks miał siłę i chętnie wybrał się z żoną i psami na dłuższy spacer. Mało tego, opracował trasy spacerów codziennych tak, aby jak najwięcej zwiedzić i obejrzeć w tym krótkim czasie, który na zwiedzanie mogli poświęcić. Bali się zbyt długo zostawiać matkę samą, nie wiadomo co mogłaby zrobić. Pierwszego dnia wyłączyła z kontaktu lodówkę chcąc wyłączyć czajnik. W domu przecież także wciąż wyciągała wtyczki z kontaktu czym okropnie irytowała syna.
cdn.

















