Wakacyjne różności

Znów tydzień przemknął, dzieciom uciekają wakacyjne dni, w sklepach zeszyty, długopisy, kredki, piórniki i inne szkolne akcesoria. Lubiłam pisać na pierwszej stronie w nowym zeszycie, zapach nowych książek, ale zawsze wolałam wakacje i żałowałam, że nie jest na odwrót, żeby do szkoły chodziło się przez dwa miesiące, a wakacje, żeby trwały dziesięć 😀 Pewnie większość dzieci tak sobie marzy… Moja Wera ma przed sobą klasę maturalną i nawet teraz to przeżywa. Swoją drogą to był idiotyzm dzieciakom w ósmej klasie kazać wybierać co będą lubiły później, co je zainteresuje i jaki kierunek wybiorą za kilka lat. Zresztą o idiotyzmach w dzisiejszym systemie oświaty szkoda mówić, mądrzejsi ode mnie już mówią i powiedzieli wiele, a wydaje się, że wciąż mało. Współczuję dzieciakom…

Nie da się wszystkiego złego od razu pozbyć tak jak ja się pozbyłam os, nie robiąc im przy tym krzywdy. Urządziły sobie gniazdo w czerwonej kuchence Calineczki. Dobrze, że je zobaczyłam. Myślałam i myślałam co zrobić. Wreszcie wzięłam grabie i drewnianym trzonkiem strąciłam gniazdo po czym uciekłam.  Co jakiś czas zaglądałam i straszyłam latające osy. Z daleka tłumaczyłam bzyczącym owadom, że im krzywdy nie chcę zrobić, tylko niech sobie idą gdzie indziej 😉  Straszyłam i straszyłam i chyba pomogło. Próbowały wracać lecz im spokoju nie dawałam. Kiedy nie było żadnej w pobliżu wrzuciłam tę ich „budowlę” do worka z zielonymi odpadami. Od czasu do czasu jakaś zabłąkana osa przysiadała więc ją znów straszyłam 😁 Normalne straszydło się ze mnie zrobiło 😀😀😀

… z bliska wyglądały groźnie …

Mogła Calineczka znowu gotować do woli swoje ziupy  z lobali i innego paskudztwa 😀

… osy już się nie pokazywały, ale na wszelki wypadek zachowałam czujność …

Poza tym były występy taneczne i wokalne, za mikrofon służył tłuczek do ziemniaków dokładnie ten sam, którego w swoim czasie używała Wera 😀

… tak to się historia powtarza 🙂 …

Calineczka lubi spacery z psami do lasku, huśtanie na placu zabaw i pogadałyśmy sobie jak dwie kobiety (ja na drugiej huśtawce okrakiem), taka się dorosła zrobiła moja Calineczka maleńka 💗💗💗

… a wydaje się, że dopiero co była niewiele większa od Skitusia …

Byłam najszczęśliwsza na świecie, że moja najmłodsza wnusia spała ze mną, mogłam ją przytulić, utulić i uśpić – żeby było śmieszniej – czytałam jej wierszyki z bloga o Szilce i Skitusiu (bo chciała) i przy tym usnęła 💗💗💗

Mała zażyczyła sobie pizzę z samym serem. Przecież wiadomo, że babcia zrobi wszystko, żeby taki niejadek zjadł, toteż pizza musiała się pojawić. Zdjęcia nie mam, ale mogę polecić pizzę na patelnię.  Moment i gotowa, kładę na patelnię, smaruję oliwką albo sosem, układam na wierzchu co mam, przykrywam, chwila na płycie  i już. Wielokrotnie też robiłam zapiekanki na gotowym cieście do pizzy i są świetnym pomysłem na szybki obiad.

… tu już nawet nie pamiętam z czym ta zapiekanka  poza serami, ale była dobra na 100% 😀 …

Franuś nas odwiedził, choć w zasadzie wcale nie ma czasu, tyle jest spraw kocich w osiedlu, że szok! Co chwilę trzeba na kogoś krzyczeć, czasem dać w łeb co wrzaski nocą powoduje, ale trudno, niech każdy kot wie, kto tu rządzi 😺😺😺

… Franuś zastanawia się czy już wyskoczyć oknem czy jeszcze trochę poczekać …

Ostatnio pojawił się kilka razy nowy kotek, nie wiadomo skąd się wziął,  czy z nowego osiedla, czy – nie daj Boże – ktoś go wyrzucił. Śliczny, na zdjęciu koloru nie widać, jest taki jasnorudy.

Zrobiła się kronika wydarzeń. Nie mogę nie wspomnieć o Nikodemie, koledze moich psiepsiołków, który odszedł za Tęczowy Most. Miał groźny wygląd, a był cudownie łagodnym, kochanym pieszczochem 💗💗💗

       

Tu jeszcze zimą na spacerku się spotkały i zrobiłam im wspólne zdjęcie na pamiątkę🐕

Jesteśmy po czwartej dawce szczepionki i czujemy się bezpieczniejsi, obyło się bez sensacji. Tylko po pierwszej dawce miałam ból głowy, MS w ogóle nie odczuwał żadnych dolegliwości.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, bądźcie zdrowi, bezpieczni i korzystajcie z wakacji ile się da 🌞🌞🌞

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

22 lata temu w Wiśle

Nasza wyprawa do Wisły miała miejsce w długi majowy weekend, dokładnie wyruszyliśmy  27.04.2000 roku a zapiski zaczęłam 29.04. rano.

Pociąg wyjechał z Centralnego o godzinie 0.25. Mieliśmy przed sobą 8 godzin jazdy. Ja się przespałam, MS nie i nawet nie wiem kiedy dojechaliśmy do Bielska. Tu się okazało, że tylko jeden wagon pojedzie do Wisły i to dopiero za półtorej godziny! W ogóle to i tak mieliśmy w tym Bielsku szczęście, że konduktorka zapamiętała podczas sprawdzania biletów, że spałam i przyszła obudzić  śpiących mówiąc, że koniec trasy,  bo pociąg kończy bieg.

Szaleńcze pakowanie i bieg do wagonu, który pojedzie dalej. Długo miałam wątpliwości czy to ten właściwy, przecież ja zawsze mam jakieś obawy. Przeżyliśmy przetaczanie będąc w środku, a mnie się przypomniały Krzeszowice i przejazd kolejowy, przed którym nieraz długo trzeba było czekać na możliwość przejścia właśnie z powodu przetaczania wagonów, a ja umierałam ze strachu od samego patrzenia na myśl, że mam przez te tory przejść (choć pociągu już nie było). Zawsze bałam wszystkiego co pełza w tym i pociągów. Podczas pośpiesznego pakowania urwałam suwak od mojej torby podróżnej. Całe szczęście, że udało się torbę okręcić paskiem wokoło tak, żeby mi się z niej nie rozsypały wszystkie upchnięte klamoty.

Po przyjeździe do Wisły – to była nad podziw krótka jazda, nastawiłam się na dłuższą  – okazało się, że daleko od dworca jest ulica Kopydło przy której stoi nasz dom wczasowy o nazwie Patria. Trzeba było wziąć taksówkę. Dom okazał się zupełnie przyzwoity, w o wiele lepszym stanie niż Maria w Szczyrku, w której byliśmy w zeszłym roku. Widać, że po wojnie wybudowany. Niestety, mamy pokój na parterze, zamiast okien są balkonowe drzwi  bez żadnej barierki, a za nimi ogólnodostępny taras, po którym chodzą wczasowicze i zaglądają. Zero intymności w ciągu dnia. Na piętrze pokoje wszystkie zajęte. Trudno, zgodnie z porzekadłem „ jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma” cieszymy się tym, co jest. Po apartamencie w Marii nic nie będzie aż tak wygodne (choć zimno było, ale przecież inną porę roku mamy). A i Wisła w pierwszej chwili nie dała się ze Szczyrkiem porównać. Mówię w pierwszej chwili, co będzie dalej to się okaże. Wisła jest długa, rozciągnięta całymi kilometrami i nie wiadomo czy jeszcze jest czy już nie. Tereny piękne, nie da się ukryć. Tylko… poszłam do miasteczka w nowych butach i bąble na palcach są rezultatem, durna baba i tyle, stara a głupia!

Chłopcy dzwonili, jeden rano drugi wieczorem. Mogli, bo wzięłam komórkę Dużego, pożyczył mi i pokazał jak to coś obsługiwać. Wielkie toto i nieporęczne, ale przydatne.

Nie ma tu w pobliżu takich knajpek jak mieliśmy w Szczyrku i świetnie, nie będę się obżerać. Przyda się przejść na dietę. Mamy zapłacone śniadania i kolacje. Jak będę głodna to będę zła, przecież głodny Polak musi być zły, ale dla mnie będzie to z korzyścią, hi hi 😊  Tylko MS będzie biedny, jemu się należy porządna porcja dobrego żarełka. Wczoraj był bardzo głodny, a na kolację dali trochę fasolki po bretońsku. Dla mnie wystarczająca ilość, ale on wyraźnie nie czuł się usatysfakcjonowany.

Muszę zapisywać  gdzie byliśmy, bo już całkiem mi się w głowie pomiesza i nie będę w stanie z pamięci odtworzyć przebytych szlaków. Najważniejsze, że Wisła już mi się podoba. Trzeba ją po prostu zobaczyć na spokojnie. Szlaki są długie, chodzimy po około 7 godzin dziennie i łydki tak mnie bolą, ze stanąć prosto nie mogę, a najgorzej zejść po schodach.

Ponieważ pierwszego dnia obtarłam sobie palce bardzo mądrze idąc w nowych butach bez skarpetek przez kilka kilometrów, mogłam po powrocie chodzić tylko w klapkach. Tak więc zostały wieczorne spacery ulicami miasteczka. Odkryliśmy karczmę U Karola i przęsła mostu kolejowego, który przywodzi na myśl rzymskie budowle. I jeszcze stary dom, w którym chętnie bym zamieszkała, gdyby mi go ktoś podarował 😃  W sobotę poszliśmy do miasteczka, a potem w górę ulicą  Siglany  do cmentarza i wyżej jeszcze. Tam poleniuchowaliśmy na trawie w upalnym majowym, nie – jeszcze kwietniowym – słońcu.

W niedzielę ruszyliśmy w góry ulicą Turystyczną, potem cały czas szlakiem do schroniska na Stożku Wielkim gdzie posiedzieliśmy trochę w słońcu. Potem ruszyliśmy dalej, ale zamiast skręcić w prawo do przejścia granicznego z Czechami poszliśmy w lewo. Zdobyliśmy Kiczory. Tam był śnieg! Tu upał, ludzie w opalaczach a pod krzakami śnieg! Cudo! Potem słyszeliśmy w radio, że na Klimczoku 45 cm śniegu i można jeździć na nartach. Następnie próbowaliśmy zejść jedną drogą, ale z powodu strasznego błota nie do przebycia musieliśmy zawrócić. Z powrotem szliśmy piękną trasą w dół oglądając głębokie parowy, jary aż do Łabajowa gdzie zobaczyliśmy odjeżdżający autobus.  Nie pozostało nic innego jak dobrze wyciągać nogi by uciec przed nadchodzącą burzą. Zaopatrzeni w płaszcze foliowe mogliśmy się nie obawiać deszczu. Od Łabajowa do zjazdu ulicą Zjazdową dotarliśmy do Turystycznej. Obiadu nie jedliśmy, ale z powodu zmęczenia nie było to konieczne.

1 maja w poniedziałek – W miasteczku ulicą Wyzwolenia obok stacji benzynowej doszliśmy do szlaku na Gościejów. Zatrzymaliśmy się w karczmie  Jonidło, bo głowa mnie rozbolała i musiałam się napić kawy. Potem weszliśmy na szlak przez osiedle Gościejowa (ponad 800 m) na Czupel Smrekowiec (882 m) i zeszliśmy do Malinki przez Nową Osadę. Pięknie tu było, cudne domy, polanki. Z Malinki przez górę musieliśmy szlakiem przejść spory kawał, żeby się dostać do szosy prowadzącej do domu. Dotarliśmy do Wisły Głębce. Strasznie daleko stamtąd było do ulicy Kopydło i nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale dałam radę. U Karola zjedliśmy obiad, wcześniej uratowała nam życie woda mineralna kupiona w otwartym sklepie spożywczym. Woda była ze źródła „Budzi Głód”, nic dziwnego, że trzeba było się zatrzymać na porządne jadło 😃

Wtorek- 2 maja – to był dzień relaksu ze względu na bolące mięśnie. Zrobiliśmy raz ok. 15, drugi ok. 20 km. Nieźle. Więc przeszliśmy pomału wzdłuż całego miasteczka, kupiłam torbę podróżną w miejsce tej popsutej w pociągu, weszliśmy gdzieś w pobliże szczytu Czajka.  Potem zawróciliśmy na drugą stronę Wisły i tam wdrapaliśmy się na wysokość domu/hotelu Ondraszek. Widoki były prześliczne więc sobie siedzieliśmy podziwiając je. Nie poszłam do świątyni ewangelickiej bo się bałam. Zwyczajnie opanował mnie jakiś irracjonalny strach.  Był tam taki dziwny las z uschniętych drzew o żywych tylko samych koronach. Posiedzieliśmy obmyślając trasę na następny dzień. MS policzył przebytą odległość i wyszło mu, że dziś jedynie 12 km mamy na liczniku.

 3 maja – środa – Przeszliśmy przez całe miasteczko do niebieskiego szlaku przez Wisłę Jawornik na Soszów (gdzie jest wyciąg), przez Czupel (591 m), Soszów Wielki (886 m). Piękny był szlak, cudne widoki, czerwony szlak wzdłuż granicy, przez Cieślar (918 m), Stożek Mały (843 m) do żółtego szlaku prowadzącego w dół przez Jurzyków osiedle do ulicy Dziechcinka. Obiad w nowym miejscu, w karczmie U Kubiczka, spotkaliśmy sąsiadów od stolika. Oni przyjeżdżają tu od dawna na majowy weekend, robią znajome trasy i wracają do domu pełni szczęścia.

Z kolei czwartek – 4 maja  –  był dniem lekkiego odpoczynku, albo raczej lekkiej trasy. Zrobiłam „upominkowe” zakupy na bazarku: takie śmieszne rączki do drapania i piszczałki, regionalny długopis, skarpetkę przytwierdzoną do drewienka z napisem „zbieramy na nowy dom” 😊 Bazarek jest na drugim końcu Wisły a więc daleko. Stamtąd drugą stroną rzeki do ulicy  Groniczek a nią w górę do cmentarza ewangelickiego, na którym leży pochowany Stanisław Hadyna, twórca zespołu Śląsk. Potem przynieśliśmy zakupy (ach, kupiłam jeszcze tenisówki na grubym spodzie i takim obcasie, których szukałam od zeszłego roku) do pokoju i wyruszyliśmy ulicą Spacerową. MS nie bardzo miał ochotę, bo na mapie nie widział nic ciekawego a okazało się, że to piękny, spacerowy szlak wiodący grzbietem góry oddzielającej naszą część miasta (Kopydło) od tej, gdzie Wisła płynie. Doszliśmy do ulicy Turystycznej, do szlaku, którym już schodziliśmy wracając z Czupla Smrekowca. Po kolacji (obiad U Karola) jeszcze połaziliśmy  trochę, tym razem po bocznych uliczkach po prawej stronie Kopydła, które są właściwie wiejskimi drogami. Tam znaleźliśmy ładny spacerowy szlak, ale robiło się już ciemno. Dziś albo jutro go zwiedzimy.

W piątek 5 maja to było istne szaleństwo. MS uparł się zdobyć Baranią Górę, jak to Baran zodiakalny 😁😁😁  Autobusem dojechaliśmy do Zalewu Wisła Czarne i tak samo mieliśmy wrócić. Z początku szlak był bardzo ładny wzdłuż Białej Wisełki. Potem trzeba się było wdrapywać po kamieniach, po błocie, a wreszcie po śniegu. Jeszcze nie łaziłam po śniegu w tenisówkach, z gołymi nogami, w bluzce bez rękawów i z gołym (dla opalania) brzuchem! Wreszcie dotarliśmy na szczyt. Widoki były piękne tylko z wieży widokowej, bo góra porośnięta lasem i nic nie widać. Zresztą widoczność była bardzo słaba, horyzont zamglony, zimno i śniegu pełno wokół. Jakaś kobieta zapytała którędy weszliśmy (od Fojtuli)  i stwierdziła, że ona weszła łagodniejszym szlakiem, najpierw czerwonym, potem należy wejść na czarny i zaraz jest droga, mniejszy spad i łatwiej zejść.

Nie bardzo nam się chciało iść tą samą zabłoconą, stromą drogą. MS tym bardziej, Barany lubią coraz to nowe wrażenia, ale gderałam dla zasady. A potem już nie dla zasady tylko ze zmęczenia i strachu, że noc nas złapie w lesie i pożre nas niedźwiedź (jakoś tak w Wiśle wciąż bałam się niedźwiedzia, nie wiem czemu) i nigdy się stąd nie wydostaniemy. Zauważyłam, że nie lubię zwartego, gęstego lasu, w którym otoczona jestem ze wszystkich stron, nie ma przestrzeni ani perspektywy, boję się wtedy i duszę. Kocham przestrzeń i widoki na ogromne odległości, kocham wolność, jej poczucie, które takie widoki dają.

Zeszliśmy nie na ten szlak, na który trzeba. Też na czarny, owszem, ale nie wiodący do Fojtuli, ale do Kamesznicy, której nawet nie znaleźliśmy na mapie. Do tego okazało się, że jesteśmy zupełnie z innej strony niż powinniśmy. Nie mówiąc już, że po drodze zgubiliśmy szlak (swoją drogą słabo oznaczony) i jakiś czas szliśmy w dół drogą bez żadnych oznaczeń. Straszną ilość kilometrów (na pewno nie mniej niż 30) pokonaliśmy piechotą, żeby się dostać w jakieś ludzkie miejsce. Wreszcie napotkani chłopi dwaj nas uratowali. Pokazali, którędy trzeba iść do autobusu jadącego do Koniakowa, a tam się przesiąść na autobus jadący do Wisły. Do przystanku było bardzo, bardzo daleko. Leciałam i leciałam (choć red bull nie dodał mi skrzyyyydeł) prosząc wszystkie możliwe Siły Wyższe o ochronę i poprowadzenie. Dobiegliśmy w momencie przyjazdu autobusu. Jechaliśmy do Koniakowa łapiąc oddech i oglądając cudne widoki, bo droga serpentynami prowadziła. Stamtąd trafiliśmy na autobus do Wisły i równo na 18-tą zdążyliśmy na kolację. Obiad zjedliśmy U Kubiczka o 20-ej.

W telefonie padła bateria kiedy chciałam do Dużego zadzwonić z Baraniej Góry. Okazało się, że nie dał mi ładowarki. A niby skąd ja miałam wiedzieć, że do tego pudełka potrzebna jest ładowarka? Gdybym wiedziała, to bym dopilnowała. Teraz już wiem 😊

Z powrotem był normalny cyrk. Mieliśmy wykupiony w Warszawie bilet powrotny (czyli w obie strony, żeby mieć spokojny powrót). Grzecznie czekamy na dworcu, a pociągu nie ma. Okazało się, że w ogóle go nie ma!!! Choć nam sprzedano bilet!!!  Musieliśmy kombinować mocno jak do domu wrócić. Tłukliśmy się do Katowic jakimś odrapanym pociągiem, brudnym, zniszczonym przez „kibiców”. Na dworcu w Katowicach ileś godzin czekaliśmy, żeby wreszcie wsiąść do pociągu tym razem nie byle jakiego, ale normalnego i wrócić na Centralny.

Podsumowując – urlop był bardzo udany, pogoda dopisała, zwiedziliśmy ile się dało, wykorzystaliśmy czas do maksimum, Wisła podobała mi się bardzo, tylko, że aby wejść na szlak i pójść w góry musieliśmy przejść przez całe miasteczko, urokliwe zresztą 😊 Wspomnienia zachowam bardzo sympatyczne mimo przygody z pociągiem-widmem 🙂

…spacery po miasteczku …

…spacery po okolicy …

… na Baraniej Górze, widok na okolicę, baba siedzi czekając na pociąg-widmo 😉 …

Nie myślałam, ze jakość zdjęć będzie aż tak fatalna 🙁 Trudno, tak zostanie, miałam przyjemność wspominając i jeszcze coś – wtedy nosiłam rozmiar 36 … byłam szczuplejsza 0 te 22 lata 😃 dowód na fotkach został 🙂  Nie sprawdzałam teraz z mapą czy wówczas wpisywałam prawidłowe nazwy wychodząc z założenia, że zapiski robiona na bieżąco nie powinny zawierać wielu błędów. Zresztą już nie mam czasu teraz szukać, jeśli traficie na jakiś to proszę o sprostowanie.

Jeszcze mi się przypomniało, ze o „Adaśku” chyba się nie mówiło, bo wcale nie kojarzyłam, dopiero później Wisła Malinka stała się słynna z powodu skoczni im. Adama Małysza i jego samego oczywiście.

🐕🐕 Szilunia miała usuwaną narośl na łapce, oba psiepsioły są po pobraniu krwi, po szczepieniu wirusówki. Wyniki mają dobre, więc nie mogą mieć wymówki, że im się nie chce chodzić na dłuższe spacery. Podejrzewałam, że tusza Szilki może być spowodowana chorą tarczycą, lecz nie jest. A więc koniec z podjadaniem między posiłkami, tylko… jak to osiągnąć, syzyfowa praca połączona z pilnowaniem babci D. podczas posiłków i w międzyczasie też. A babcia sprytna jest, chowa jedzenie do kieszeni, żeby dać po kryjomu jak tylko na nią nie patrzymy…

… prawie cały dzień spała odpoczywając po przeżyciach …

Kochani, trzymajcie się zdrowo, bądźcie bezpieczni i nie dajcie się złym myślom 💗💗💗💙💛

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy

Opóźnione… ale serdeczne 😘

Wszystkim moim imienniczkom i innym wczorajszym solenizantkom opóźnione lecz serdeczne życzenia składam  i na babeczki zapraszam

i toast za wszystkie wznoszę 🙂

🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹

Szukałam zdjęć z Wisły, do czego zachęciła mnie Stokrotka, a przy okazji znalazłam też zapiski z pobytu w tym urokliwym miasteczku. Szkoda, że zaprzestałam czynienia takowych, bo mnóstwo szczegółów mi się przy okazji czytania przypomniało, których w pamięci już nie było. To znaczy gdzieś w jej (pamięci) zakamarkach się odnalazły, ale proces ten uruchomiły zdjęcia i zapiski. W wyobraźni zobaczyłam sceny, sytuacje przeżywane właśnie w Wiśle. Podobała mi się bardzo, gdybym nie trafiła do Szczawnicy to myślę, że jeździlibyśmy tam częściej. No cóż, Szczawnica od pierwszej chwili wzbudziła miłość w sercu mym i ani Wisła, ani Rabka, ani Krynica, ani Szczyrk, ani Szklarska Poręba  nie były w stanie jej pokonać. Palma pierwszeństwa na zawsze pozostanie przy ukochanej Perle Pienin. Oczywiście pozostałym nie odmawiam urody, we wszystkich czas spędzony wspominamy sobie z MS bardzo miło 🙂 W następnym wpisie podzielę się fotkami i zapiskami z Wisły, a dziś kilka kwiatków, które zakwitły, których babcia D. jeszcze nie  zerwała. Nawiasem mówiąc za każdym razem wychodząc do ogródka zrywa liście, trawy i co się uda, robi z tego bukieciki, chowa przed nami i zanosi do swojego pokoju. Trzeba je usuwać pod jej nieobecność, bo liście są wszędzie: na podłodze, na półkach, w szafie, w kieszeniach, pod poduszkę i gdzie jeszcze jest to możliwe.

… pierwszy zbiór bazylii już ususzony, nawet nie zwróciłam uwagi, że drugi gotowy, nawet bazylia zdążyła zakwitnąć 🙂 …

Na razie tyle, znowu się spieszę (czy kiedykolwiek przestanę?), słyszę babcię D. ruszającą się u siebie, może wstanie na śniadanie. Pójdę obciąć rozrastający się bluszcz, już wyszedł za bardzo na uliczkę, pomału worek z zieleniną szykuję, w poniedziałek zabiorą odpady bio i kuchenne, akurat nie pada, nie jest zbyt gorąco to wykorzystam sprzyjające warunki do prac ogródkowych.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Bądźcie zdrowi i bezpieczni i nie dajcie się „żadnemu złemu” 💗🌹💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

Nie zaglądać tu z pustym żołądkiem😉

To teraz o sprawach kuchennych będzie. Wciąż mam fazę na gotowanie, pieczenie, smażenie i temu podobne kuchenne czynności. Miałam takie okresy w życiu, w których zakopywałam się w książkach kucharskich i z lubością je wertowałam. Niewiele potem z tego wynikało, bo to relaksem i odpoczynkiem dla mnie było, takim oderwaniem od realu, w którym zgrzytało, warczało, trzeszczało…. Czasu brakowało, innych możliwości też, problemów mnóstwo do przegryzienia pochłaniało siły i energię, ale minęło, dożyłam do upragnionej wolności (czyt. emerytury 😃😃😃) i wreszcie coś pożytecznego dla bliźnich z tego wertowania wychodzi. Czego to ja ostatnio  nie wypróbowałam!

Cukiniową zapiekankę i ziemniaki z patelni od Kasi Opolanki z YT, placki cukiniowe smażyłam, boczniaka od sasiadów, gulasz z selera. ziemniaki z tuńczykiem, tofu po koreańsku, upiekłam murzynka, bo już dawno nie było, a on się właściwie sam robi 😃

Zapiekanka z tortelini Kasi Opolanki  – https://www.youtube.com/watch?v=mivynQmdOTs&list=PLUAnVvHNlbULgJ-SckPsDvAosbMJYv84X&index=33

… przed upieczeniem …

… po upieczeniu …

Do cukiniowych placków zrobiłam sos z jogurtu, majonezu, miodu, czosnku plus sól i pieprz. Był rewelacyjnie pyszny, bo on taki jest 😃

… placuszki i sosik w miseczce …

Ziemniaki z tuńczykiem z patelni były bardzo smaczne, Niestety nie mogę trafić na kanał, z którego ten przepis wzięłam choć zrobiłam (przypadkiem) fotkę, więc ją zamieszczę, żeby nie było, iż ukradłam przepis i go sobie przywłaszczyłam. Cztery ziemniaki utarłam na dużych oczkach (na filmiku były pocięte nożem szczelinowym); 3 jajka, 2 łyżki mąki i posiekaną natkę pietruszki rozmieszałam w miseczce, doprawiłam solą i pieprzem po czym wlałam do ziemniaków dobrze mieszając, aby masa z ziemniaki się połączyła. Połowę tego wlałam na patelnię, potem puszkę (odcedzonego) tuńczyka, resztkę mozzarelli jaka była w lodówce. Na to druga część masy poszła i chwilę pod przykryciem się smażyło. Później należało zgrabnie!!! przełożyć na drugą stronę przy pomocy talerza i przesmażyć. Problem był z tym zgrabnym przełożeniem, ale jakoś poszło i było zupełnie smaczne to „coś” 🙂🙂

… po niezbyt udanym przerzuceniu na drugi talerz, żeby następnie przełożyć na patelnię drugą stroną, udało się niedoskonałości przyklepać i zamaskować zieloną pietruszką …

…stąd był przepis …

 

Tofu po koreańsku dwa razy robiłam, przepis jest od Wioli z kanału na YT – https://www.youtube.com/watch?v=pyh6LWcTA5A

… przed smażeniem całości …

… już gotowe, naprawdę smaczne! …

Gulasz z selera powstał w wyniku mego lenistwa. Ugotowałam seler myśląc o kotletach. Kiedy pomyślałam, że muszę jeszcze tyle przy nich zrobić – a w sumie wcale nie wyszłoby więcej – to mi się odechciało. Pokroiłam seler w kostkę, podsmażyłam cebulkę i jeszcze cukinię dorzuciłam, bo miałam trochę pokrojonej, wszystko przyprawiłam złocistą przyprawą do kurczaka (MS lubi) i zjedli 🙂 Kilka razy już takie coś robiłam, czyli wszystko co się da hop! na patelnie i przyprawy 😀

… w trakcie przygotowań, w słoiczku wywar po selerze, do zupy się nadał…

Korzystając z gotowego spodu do pizzy (czego się od Kasi Opolanki nauczyłam) zrobiłam zapiekankę ze szpinakiem. Takim mrożonym z Biedronki, który z MS oboje lubimy. W rondelku się rozmroził z czosnkiem, solą, odparował, dostał śmietanę z odrobiną mąki dla zgęstnienia. Tę masę wylałam na spód rozłożony w formie na tartę, na to kilka podsmażonych pieczarek, grzybków shimeji (jakoś tak się chyba zwą), sery i bardzo mi smakowało. Rodzinka też zjadła, MS mówił, że zupełnie dobre, da się zjeść 😃

… jeszcze blade, z nieodciętym papierem …

… już rumiane, upieczone 😀 …

Od sąsiadów dostałam  boczniaki, prawdziwe boczniaki, a nie ze sklepu 😉 Zrobiłam duszone z cebulką i śmietaną.

… pięknie się świeżutkie boczniaki prezentują, prawda?…

Ciasto według przepisu cioci Halinki zawsze wychodzi pyszny, dawno już murzynka nie piekłam i sobie o nim przypomniałam, po prostu nie chciało mi się nic innego robić, a on się praktycznie robi sam na kuchni. Potem tylko wymieszać i do piekarnika 😀

… dodałam żurawinkę suszoną i smak … mniammmm 🙂

Już przestaję przynudzać, jeszcze tylko ciastka z ciasta francuskiego z serem. Ile się nakombinowałam, żeby ciasto ponacinać i posklejać… wyszły jakieś koślawe cuda, ale smaczne nadzwyczaj 😀

… muszę wprawy nabrać, Fusilka w taki sposób pizzerinki robi, może i ja się nauczę 😉

Jak przy karmieniu jesteśmy 😀 – babcia D. karmi ślimaczki, które po deszczu wchodzą na taras, marchewką pogryzioną przez psiepsioły. Ma zajęcie przynajmniej i podsuwa im świeże kawałki. U sąsiadów kwitnie motylowe drzewko i motylków mnóstwo lata po ogródku 🦋🦋🦋

… ślimaczki są śliczne, delikatne, każdy inny…

To się nagadałam i nachwaliłam tyle, ze na długo starczy 🙂 Jeśli coś nowego wypróbuję to się oczywiście z Wami podzielę, mam wielką radochę jeśli ktoś skorzysta i komuś się przyda:) Kończę, bo dziewczynki za chwilę przyjadą 💗💗💗 Dziękuję za odwiedziny i komentarze 🌺🌺🌺

Bądźcie zdrowi i bezpieczni 💗💗💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 34 komentarze

Gdzie te zające 🐇🐇

Najpierw „zaległe kwiatki” dla Magdy i Luci wraz z życzeniami 💐💐💐 – które złożyłam, lecz zapomniałam o kwiatkach, to teraz nadrabiam 🌺🌺🌺

 

    

      

Już nic nie będę kombinować z fotkami, bo mi się każda przeniesie w inną stronę bez mojej zgody i nic na to nie poradzę 😒

🌺🌺🌺🌺🌺🌺🌺🌺🌺🌺🌺

O poranku na łące Szilka patrzy – zające!

Dwa szaraki biegają, uwagi nie zwracają

ani na Skitula, ani na nią samą!

Ha! jakby Szileczka już nie była damą!

Skandal! To wprost nie do pomyślenia!

Szilunia w stanie uniesienia

łapeczkami szybciutko przebiera.

 Z trawy się podnosi stary  lis Przechera

i powiada w lisim języku:

zmykaj ty od moich smyków!

No tak, Anka dwa liski małe,

cudne słodziaki, puchate całe

widziała wczoraj na spacerze,

stąd pewnie Szilki myśl się bierze.

Wtem Szila słyszy: – Hej, pobudka!

To Anka woła. – Nocka krótka

czerwcowa jest, ostatnia prawie,

zbudź się, nie śpijże już na trawie.

Nie śpij, Sziluniu, obudź brata,

czas iść na łąkę, pora taka.

Teraz jest miło, pachną trawy,

świat jest przepiękny oraz ciekawy,

spać będziesz sobie później do woli

(dobrze, że łapka cię już nie boli).

A teraz wstawaj! O czym ty śniłaś?

Może zające we śnie goniłaś?

Szila oczęta swe otworzyła

i resztki snu wnet odgoniła,

ze Skitkiem po chwili węszyła na łące

myśląc, gdzie są ze snu tamte dwa zające….

AZ 29.VI.2022

A gdzie zające? Słowo daję, że widziałam nie jeden raz. Są zbyt szybkie, żebym mogła im zrobić zdjęcie, zresztą tak samo małe liski, które momentalnie zniknęły w gęstwinie. Znalazłam jedynie takie –  🦊🦊🐇🐰

Dziękuję za odwiedziny i komentarze 🌞🍀🌺  Nie dajcie się żadnej zarazie, bądźcie zdrowi i bezpieczni 💗💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Piaseczno, wierszydełka, Wymyślanki | 26 komentarzy

Już lipiec 🍒

Lipiec już jest. Przegonił czerwiec na cały rok tak jak czerwiec wcześniej przegonił maj.        A ja jeszcze o wczesnej wiośnie w Szczawnicy 😀  Zabiorę Was na krótki spacer od Osiedla do Parku Górnego, normalną trasę pokonywaną z psiepsiołami podczas porannego spaceru. Oczywiście kiedy nie pada deszcz, albo nie sypie śnieg zamieniając wiosnę w zimę jak to się zdarzyło w tym roku 🙂

O Dworku Gościnnym  wspominałam wcześniej, fotki z Parku już też były. Miałam wstawić linki do wpisów, ale byłoby tego zbyt dużo, więc po prostu kto ma chęć to uprzejmie proszę o spojrzenie w kategorię SZCZAWNICA 💗🙂💗

… alejką idziemy w stronę Parku Górnego …

Alejka wychodzi wprost na Dworek Gościnny, obok którego rosną niesamowite drzewa.

Dworek Gościnny od tyłu …

… na tyłach Dworku Gościnnego, w oddali widać budynek Hotelu Batory

Dworek Gościnny z przodu …

… fragment Dworku i widok na drzewa pokazane wcześniej, a na nich jeszcze jesienne liście …

…w prawo do Parku do schodkach, na wprost żółty budynek pensjonatu Lala

… schodki prowadzące do alejki Parku Górnego, za drzewami widać dawne sanatorium Hutnik, obecnie się ma nazywać (po remoncie) Pieniny Grand

… chłopaki idą w pierwszej parze, my z Szilunią robimy im fotkę …

… powrót do domu, czyli ta sama alejka od drugiej strony …

… jeszcze drobne zakupy po drodze, Szilunia i Skituś czekają z MS aż baba wyjdzie ze sklepu, ileż można czekać 😀

Sobota była chłodniejsza, nocą burze, grzmoty i błyskawice tak straszyły Szilunię i Skitka, że MS siedział z nimi chyba do drugiej w nocy. Ja padam wieczorem i mnie nie ma, żadne grzmoty mi nie przeszkadzają, śpię na stojąco, nawet prawie „na idąco” potrafię, byle kijek mieć pod ręką 🙂 ewentualnie drugą połowę 💗

Dziękuję za odwiedziny i komentarze  🌸🍀🌺  Miłej niedzieli i spokojnego tygodnia życzę.  Bądźcie zdrowi i bezpieczni 💗💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 30 komentarzy

Czerwiec w stronę lipca zerka🍓

Po pierwsze – zachciało mi się wypróbować przepisy na serek robiony w domu. Oczywiście pamiętam babciny ser – niebo w gębie i nic się z jego smakiem porównać nie da. Najpierw nastawiała mleko na zsiadłe, a mleko było od krowy pani Banasiowej, nie ze sklepu. Jak się już zsiadło to można było kroić płaty, takie było! Najpierw babcia zbierała śmietanę, potem mleko podgrzewała, przelewała do woreczka lnianego czy bawełnianego, tego nie wiem, ale pamiętam, że żółty był. Jak babcia serwatkę z grubsza wycisnęła, to kładła woreczek z serem między dwie deszczułki i przyciskała czymś ciężkim. Reszta serwatki obciekała, a ser miał kształt serca jak już „doszedł do siebie” i był gotowy do spożycia 🙂 Na YT znalazłam mnóstwo propozycji robienia serka w domu ze zwykłego mleka. Podjęłam dwie próby. Za pierwszym razem użyłam czerwone mleko (czyli 3,2%) z butelki, 3 jajka, kwaśną śmietanę, łyżeczkę soli. Kiedy mleko się zagotowało wlałam rozbełtane jajka ze śmietaną i mieszałam, aż się grudki pojawiły, po czym je wyłowiłam na szmatkę  i odcisnęłam.  Konsystencja była dobra, smak zbyt łagodny, taki nijaki, ale serek i tak został zjedzony, udało mi się ostatnie trzy plasterki sfotografować. Do drugiej próby przygotowałam się inaczej. Wycisnęłam cytrynę, użyłam dwóch łyżeczek soli, a mleko miałam tylko żółte z kartonu. Długo nie chciały się tworzyć żadne grudki, więc spanikowałam i rozkłóciłam jedno jajko i wlałam. Pomyślałam, ze może mleko za mało tłuste i dodałam trochę masła. Kiedy już prawie zwątpiłam i miałam się poddać, grudki poczęły się pokazywać 🙂 Co to jednak znaczy wytrwałość! Wyraźnie prowadzi do sukcesu! Tym razem uwieczniłam cały (prawie) proces tworzenia. Aha, serwatkę wykorzystałam do placków z jabłkami.

… serek wyłowiony, umieszczony w ściereczce, odciśnięty …

… przyciśnięty moim kamieniem wszechstronnego zastosowania …

… po odciśnięciu tak się prezentował …

… ostatnie trzy plasterki pierwszego serka …

Po drugie – ogórki po raz drugi w słoju się znajdują, po czym znikają zostawiając wodę, którą daję do picia MS i babci D, sama też używam i sensacji żołądkowych nie mam. Dużo wody jest, właściwie soku czy sosu, jak zwał tak zwał, ale że to zdrowe – święta prawda. Zupy ogórkowej dwa razy wielki garniec gotowałam i pyszna była z koperkiem 🥣

Po trzecie – jeśli chodzi o dania obiadowe – również pochodzą z YT, od Kasi Opolanki. Weszłam na jej kanał właśnie dlatego, że Opolanka i już zostałam, ma bardzo fajne przepisy. Do tego mówi piękną śląską gwarą aż miło posłuchać 🙂  Pierwsza była zapiekanka z cukinią, wyszła naprawdę smaczna, ale nie została uwieczniona,      https://www.youtube.com/watch?v=hoyg1iZpqp0&list=PLUAnVvHNlbULgJ-SckPsDvAosbMJYv84X&index=29

Drugą potrawą był kisz z ziemniakami i tuńczykiem. Ten „twór” został uwieczniony i też zostaje na stałe ponieważ to świetny sposób na szybki obiad z wykorzystaniem różnych resztek z lodówki odpowiednio doprawionych. Potrzebne tylko ciasto na pizzę, może być kupne, na takim upiekłam i było smaczniejsze w tej wersji niż jako tradycyjna pizza.   https://www.youtube.com/watch?v=RNzh5SdSwfY&list=PLUAnVvHNlbULgJ-SckPsDvAosbMJYv84X&index=21

 

… przygotowane składniki, cytryna załapała się „na krzywy ryj” …

… składniki wymieszane czekają na dalszą obróbkę …

… w foremce na tartę, przygotowane do upieczenia …

… gotowe! …

Ze słodkości przygotowałam – idąc po najmniejszej linii oporu – znowu deser na herbatnikach. Do nadzienia użyłam ser z wiaderka i masę kakaową jak na murzynka przed dodaniem mąki i jajek. Wymieszałam wszystko razem … ups, skłamałam, bo MS wymieszał  😜 Część została do polania wierzchniej warstwy herbatników. To jest rewelacyjna pychotka! Ciastka łączą się z masą w jeden krem i nie można się oderwać… tylko…  potem nie można dopiąć spodni, należy więc ćwiczyć silną wolę ewentualnie bardzo intensywnie mięśnie brzucha…

W mojej Biedronce nie trafiłam (dwa razy!) na naturalne tofu, które jest mi niezbędne ponieważ Mały przyjedzie i koniecznie muszę mu zrobić gulasz. Moje młodsze dziecko powiedziało, że robię gulasz z tofu najlepszy na świecie 😀😀😀 i sobie zamówiło 😊 W takiej sytuacji musiałam koniecznie tofu zdobyć, czyż nie? Nie udało mi się kupić w zielarni, dawniej było lecz już nie sprowadzają, podczas zarazy ludzie przestali kupować.  Wybrałam się więc do Lidla. Działa już chyba od roku, mimo to nie zaszczyciłam go do tej pory swoją obecnością. Nie było takiej potrzeby, podstawowe zakupy robię w mojej Biedronce idąc z kartką, żeby licho nie podkusiło, bo przecież licho nie potrafi liczyć ile można wydać bez uszczerbku na domowym budżecie 😉 Tofu kupiłam, również inne produkty wege, które od dawna polecała Królowa Marysieńka, ale Lidl po drodze nie był i już. Tym razem siła wyższa zmusiła mnie, nie ma to tamto 🙂 Oprócz owych spożywczych produktów nabyłam ściereczki takie gumowato-gąbczaste, które są bardzo przydatne w kuchni oraz… jeansy za niecałe 30 zł. Tylko babę do sklepu posłać… No, sama się posłała 😁 hi hi 😁

Czerwiec do końca swego zmierza i mnie się to wcale a wcale nie podoba! Dzieci szczęśliwe (babcia mówiła „szkolniki”), przecież wakacje i „…niech żyją wakacje, niech żyje pole, las, i niebo, i słońce, swobodny letni czas…” – co jest prawdą, ale dzień zacznie się skracać i tego już nie lubię 😢 Wpływu jednak nie mam i zamartwiać się nie będę znając prawa Natury i jej cykle powracające w ustalonym porządku. Przyjemniej pomyśleć, że czerwiec zerka w stronę lipca, bo go może lubi? Cieszmy się zatem latem  🌞🍀

Dziękuję za odwiedziny, pięknej pogody Wam życzę, bądźcie zdrowi i bezpieczni 💗

💙💛

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 26 komentarzy

Szczawnicka wczesna wiosna 3

U Magdaleny –  https://okularnicawkapciach.wordpress.com/   trafiłam na ciąg dalszy relacji z majówki w Szczawnicy i zatęskniłam za ulubionym miasteczkiem. Wróciłam do zdjęć, z przyjemnością oglądałam i dotarło do mnie, że przecież tyle miałam jeszcze pokazać, a tu rzeczywistość me myśli zajęła czym innym i wprost uwierzyć trudno, że byłam tam miesiąc temu.

W Szczawnicy co wieczór oglądałam inny zachód słońca z tego samego okna, istna bajka, zaczarowany świat, cudne obrazy przesuwające się przed oczami. Niby wszędzie każdy zachód jest inny, nie ma dwóch identycznych jak podobno nie ma dwóch takich samych śnieżynek, lecz w ukochanym miejscu wszystko zdaje się być wyjątkowe. Prawda Stokrotko?

W najbliższej okolicy domu jest tak ładnie, że czasem nie chce się – albo nie można z różnych przyczyn – wyruszać gdzieś dalej, lecz i tak jest co podziwiać i czym cieszyć oczy.

… kiedy drzewa pokryją się liśćmi nie można zobaczyć tego co wtedy, gdy jeszcze listeczki śpią 😉 …

… kocham takie klimaty…

… w „Pienińskim Maku” był Duży z dziewczynami i bardzo im się podobało, mnie zresztą też, mogłabym mieć taki dom do mieszkania na zawsze 🙂

… to pod samym blokiem, mam nadzieję, że nic wysokiego tu nikt nie wybuduje…

Poniższe zdjęcie specjalnie dla Agi   https://terazjestinaczej.home.blog/    😀 Poznajesz Aguniu „swoje” okna? Przed blokiem był sklepik, ale pan odszedł na emeryturę, zresztą kiedy duże sklepy powstają w pobliżu małe sklepiki tracą rację bytu, tak było też w tym przypadku. Mały budyneczek zostaje rozbudowany, nadbudowany, a co będzie w nim – zobaczymy kiedy się znowu uda odwiedzić miasteczko. W każdym razie zawsze patrzę czy się „u Agi” świeci światło 😀

Dedykacja dla Stokrotki, bo stokrotki są szczawnickie 🙂 http://stokrotkastories.blogspot.com/

… było całe pole stokrotek 🌼🌼🌼 …

Skoro zrobił się „koncert z dedykacją” to dla Myszki  https://kotimyszkot.wordpress.com/  kwiatki i najlepsze życzenia z okazji rocznicy ślubu 💗 i urodzin 🌺

Specjalnie dla Poli   https://wokolciebie.blogspot.com/  moje ostatnie odkrycie 😀 z racji naszego zachwytu dla chłopaków z długimi włosami 😀 ale nie tylko oczywiście. Uwielbiam muzykę irlandzką i z Ameryki Płd., właśnie takie brzmienie – nie wiem czemu – porusza mnie do głębi. Może we śnie albo w innym życiu miałam jakoweś związki z tymi terenami, kto wie? No nikt nie wie, ja tym bardziej, a we śnie ostatnio byłam w Tenczynku i w Opolu. Nic to, kto chce niech posłucha i popatrzy jak gra Leo Rojas…

https://www.youtube.com/watch?v=6FtWunBEIxg

Dodatkowo – dla Tereni  jaśmin już pięknie kwitnący. Pewnie mu się zrobiło wstyd, że tak się nieładnie zaprezentował 😃😉

Zorientowałam się, że zaczyna się długi weekend. I tak miałam dziś w planie zakupy, wypisałam sobie produkty potrzebne do wypróbowania przepisu z YT, ale o tym w odcinku kulinarnym będzie, bez względu na to jak wyjdzie (czy nic nie wyjdzie) 😁😁😁 co jest bardzo prawdopodobne 🙈

Dziękuję za odwiedziny, życzę udanej „czerwcówki” 🌞🌞🌞

Trzymajcie się zdrowo i bądźcie bezpieczni!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze

Od weekendu do weekendu (4-10.VI. 22r.)

Moje wpisy przeradzają się ostatnio w przegląd tygodnia. Nic nie poradzę, że nie mam czasu na więcej, przynajmniej na razie. Zresztą chyba u większości z Was wiosna i lato to pory, które spędza się na zewnątrz, na powietrzu jeśli tylko jest taka możliwość, a komputery idą w odstawkę. Jeśli ktoś radzi sobie dobrze z pisaniem w telefonie to ma większe pole do popisu, mnie to nie dotyczy i tak musi zostać. Zresztą oczy mnie bolą jeśli zbyt długo „wgapiam się” w telefon, dlatego teraz patrzę na zieleń ile się da 🍀🍀🍀

Dzieje się coś każdego dnia i nie można narzekać na nudę czy monotonię (ja w ogóle nie wiem co to znaczy się nudzić, nie znam takiego stanu 😃 ). W weekend Duży dziewczynki przywiózł zgodnie z obietnicą. Zrobiłam „eksperyment deserowy”, którego nie uwieczniłam, bo zniknął w mgnieniu oka taki był pyszny. Zainspirował mnie filmik z YT –    https://www.youtube.com/watch?v=m969EfgkAls  

Oczywiście zrobiłam po swojemu. Użyłam śmietankowego budyniu, do środka cząstki pomarańczy zamiast truskawek, a polewę taką jak do murzynka, czyli masło/margaryna (co kto woli) z cukrem, kakao i odrobiną mleka/wody rozpuszczone w rondelku na kuchence. Pyyycha!!! Wchodzi na stałe do jadłospisu, właściwie deserospisu 😀 i będzie robione w dużej formie jak zawsze budyniowy deser na herbatnikach. Dla małej porcji to w ogóle szkoda roboty 😁😁😁

Wera siedziała w kąciku pogrążona w czytaniu, nikt jej nie przeszkadzał – dobrze siebie pamiętam, jak podczas wakacji w Tenczynku siedziałam z książką na jabłoni, żeby mnie nikt nie widział i wtedy miałam święty spokój, mogłam czytać do upojenia  😃 Za to Calineczka zajmowała nas niezmiernie. Oczywiście jeść nie chciała, to normalka przecież, choć wcześniej zamówiła sobie „kluski z dziurką” czyli śląskie. Wyszło ich 108! Policzyłam dokładnie 🙂 Zjadła może z pięć, w życiu bym nie wpadła na taki pomysł – krem czekoladowy wkładała do dziurek i jadła na słodko 🙂 Ale muszę powiedzieć, że ani jedna kluska z tych 108 nie została!

Calineczka gotowała zupki z kamyków, trawy i czegoś tam jeszcze. Potem poszła z nami i psiepsiołami na spacer zabierając hulajnogę. Tam gdzie się dało jechała sama, a gdzie z jazdą był problem ze względu na teren, MS ciągnął  na smyczy hulajnogę razem z wnuczką (tzn. wnuczka na hulajnodze), ku jej wielkiej radości 🙂

… babciu, żjeś ziupkę z lobaków? uparła się na mnie z tymi robakami …

… dziadkowi dodam musielkę ślimaćka …

… w lasku …

… czerwona kropeczka w oddali to Calineczka na hulajnodze …

… wyraźnie widać, że sama jedzie 🙂 …

W poniedziałek (6.06) byłam na rtg i zdziwiłam się, że nie ma kolejki. Pani powiedziała, że tak jest od zarazy, ludzie się poprzenosili do innych przychodni i szpitali, bo ten był jednoimiennym czyli „dedykowanym” dla covidowców.  Dlatego „dedykowany” wzięłam w cudzysłów, że mnie strasznie denerwuje, jakby nie mógł być normalnie „przeznaczony”. Tak jak „aplikowanie” i „aplikacja” kojarzyły mi się z ozdobnymi haftami, koronkami przy bieliźnie… tak to się zmienia znaczenie słów i częstotliwość ich używania bądź wychodzenia z użycia. Ale nie o tym miałam mówić. Podczas powrotu do domu specjalnie zwracałam uwagę na na damskie obuwie pań znajdujących się akurat na trasie mego przejazdu. Słuchajcie, jedna jedyna kobieta miała buty na koturnie, żadnych innych obcasów nie zauważyłam, cała reszta nosiła płaskie! Albo sportowe obuwie, albo balerinki.  Może te „szpilkowe” były w pracy 😀😉 … Takim spostrzeżeniem chciałam się podzielić. Od siódmej klasy szkoły podstawowej – kiedy znalazłam na strychu u babci mamy ślubne buty i przemalowałam je na czarno – chodziłam na obcasach niższych, wyższych, najwyższych jakie były możliwe, dopiero na emeryturze tak naprawdę nauczyłam się chodzić na nowo bez obcasów. Teraz (w obecnej rzeczywistości) jest wszystko odwrotnie, w sumie na pewno wygodnie, jednak adidasy czy trampki założone do sukienki jakoś mi się nie podobają. Zauroczona byłam damską modą z naszych przedwojennych filmów i chciałam też być taka piękna i kobieca jak tamte kobiety… Dziś by takie czarnki i inne zera powiedziały, że prowokujesz i nie dziw się, jeśli dojdzie do gwałtu, bo taka szpilka to prowokacja… Oj, nie powiem gdzie bym im te szpilki wsadziła!

We wtorek rozpoczął się cyrk z aparatem słuchowym babci D. Zaginął po raz tysięczny chyba, potem się jedna część znalazła, były szlochania, oskarżenia, obrażania itd, (podręcznikowy przypadek), potem znalazła się inna część od innego aparatu, wreszcie Babcia D. odkryła brakujące ogniwo … pod własną poduszką… ale bez żyłki łączącej obie części, bez której nie da się słyszeć. Tak więc we czwartek MS pojechał kupić żyłkę do aparatu i wreszcie działa. Do następnego razu.

Poza tym rozkwitły wreszcie piwonie i różyczkowy krzew

Pogrzmiało w czwartek z daleka. Miała być burza z piorunami, ale sobie poszła gdzie indziej. Może wrócić, więc nie trzeba chwalić dnia przed zachodem słońca. Mogę chwalić o wschodzie, bo ranki są prześliczne.

… porankiem po wyjściu za osiedlową furtkę …

🍀🍀🍀🍀💗💗💗💗🍀🍀🍀🍀

Na koniec specjalnie dla Tereni jaśmin i mnóstwo najserdeczniejszych życzeń z okazji piątkowego święta 💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗

… gałązki wystrzeliły ponad bez i dopiero rozkwitły …

… takie kwiatuszki są z bliska …

Dziękuję za odwiedziny i komentarze 🙂 Dobrego weekendu i spokojnego tygodnia życzę

🌹🌹🌹

Trzymajcie się zdrowo i bądźcie bezpieczni!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Jeszcze wiosna – już nie majowa 🌺

Właśnie, nie majowa lecz czerwcowa. Dobrze, że piękna w dalszym ciągu, ale jaka Wiosenka ma być? Musi być zielona świeżą zielenią, kolorowa kwitnącymi kwiatami i pachnąca. Wprawdzie już nie bzem lecz na przykład akacją (muszę zrobić zdjęcie). Idąc na wieczorny spacer z psiepsiołami w stronę działek rozglądałam się skąd płynie taka niesamowita woń i aromat, i znalazłam! To akacje, które się same rozsiały i rozrosły na nieużytku – jeszcze pamiętam zboże tam rosnące – który zamienił się w gęsty busz, zarośla nie do przejścia dla ludzi. Ale dla zwierzaków raj, dla lisków na przykład 🦊 w zeszłym roku sarenkę tam widziałam 🦌, żyje też w gąszczu dużo różnych maleńkich stworzonek oraz ptaków.

Maj zatem pożegnaliśmy, cieszymy się czerwcem 😀 Ja się będę cieszyć jutro, bo Duży napisał, że przywiezie rano dziewczynki 😀💗 słoneczka moje kochane 🌞🌞 Ciekawe co Calineczka zażyczy sobie do jedzenia, ostatnio chciała „kluski z dziurką”, czyli śląskie. I dopytywała się o „śłodycie” 😃

Tydzień przeminął oczywiście piorunem, jak z bicza strzelił, czyli w ogóle nie wiem kiedy się stało, że już znowu piątek. Ciekawe, że kiedy pracowałam to każdy tydzień ciągnął się jak sparciała guma w starych majtkach… Jak już wspomniałam – bez zbrązowiał, trzeba go  obciąć, jaśmin nie rozkwitł jeszcze, piwonie też wciąż w pąkach. Za to niespodziankę sprawiły irysy, rozkwitły aż cztery, tyle jeszcze nie było. Są śliczne, liliowe, delikatne.

Ileż z tymi fotkami mam problemu kiedy próbuję jakoś inaczej je ustawić 😒  Jedną pod drugą potrafię, ale wszelkie inne kombinacje grożą śmiercią lub kalectwem, bo ze złości jestem w stanie cisnąć Lapkiem (Bogu ducha winnym) w kogokolwiek kto się napatoczy, albo dokonać innej przerażającej czynności 😒😒😒 wrrrr…  No dobrze, żeby osłodzić gorzką rzeczywistość powiem, że placki z jabłkami zrobiłam wrzucając do ciasta biały ser i resztkę śmietany z pojemniczka, wyszły przepyszne 🙂

Franuś zagląda z daleka i biega za własnymi sprawami 😺

… zdjęcie zrobiła jego pańcia ukochana 🙂 …

Kochane psiepsiołki chodzą pomału po lasku – jak na istoty w wieku słusznym przystało, dalej im się już iść nie chce.

… czasem ogłaszają strajk po uprzednim porozumieniu się wzrokiem …

… ale idą po chwili, bo tak jest zielono…

… że nasycić oczy trzeba tą zielonością świeżą …

💗🌸💗🌷💗🍀💗

Wiosna to moja pora roku.

Naprawdę. Od świtu aż do zmroku,

potem do ranka dnia następnego,

wszak i noc ma moc czaru wiosennego.

Pewnie tak czują uczucia one

istoty wiosną właśnie zrodzone.

Choć urok innych pór roku widzę

(i wcale tego się nie wstydzę),

Wiosna najmilsza jest memu sercu,

Wiosna szalona w kwiatów kobiercu,

pachnąca, mieniąca się kolorami

w tańcu z  kwiatowymi duszkami,

z różnoskrzydłymi  owadami.

Z tego zachwytu słów mam za mało,

więc pójdę zrobić sobie kakao 😊

Pierwszy tegoroczny napotkany mak życzy Wam dobrego, pogodnego weekendu a ja się przyłączam 🌞🌞🌞

Trzymajcie się zdrowo i bądźcie bezpieczni!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, wierszydełka | 32 komentarze