„Babie lato i kropla deszczu” – 78

Inga i Feliks zostali zaproszeni na kawę do pana Horacego. Z psami oczywiście. Pani Wala została w domu, miała nowe krzyżówki do rozwiązywania, kawałek ciasta kupionego u Jacaka i galaretkę z serkiem waniliowym – więc powinno się obyć bez problemów przez jakieś dwie godziny. Tym bardziej, że pogoda wciąż sprzyjała turystom i kuracjuszom, a słoneczko świeciło wprost na balkon, na którym rozsiadła się wygodnie starsza pani.

Poinstruowani telefonicznie przez córkę skierowali się w stronę „Czardy”. Znali już tę drogę, przeszli nią odcinek do kapliczki na Sewerynówce, a wracając zatrzymali się w karczmie. Posiedzieli na zewnątrz przy stoliku z parasolem chroniącym przed słońcem albo drobnym deszczem, w zależności od sytuacji. Zorka położyła się pod stołem, Zadzior nieco z boku, żeby mieć oko na otoczenie. Inga pomyślała sobie wtedy, że – jak szaleć to szaleć – i zamówiła Metaxę. Oczywiście jedną porcję w ładnej koniakówce. Feliks zadowolił się ulubioną Warką Strong. Nic nie mówił, choć pomyślał, że to zbędny  wydatek w ich sytuacji… Pomyślał również, że może to ostatni wspólny urlop… Nie mówił żonie, że kolejny ze starych znajomych ze Straży Granicznej poszedł , jak to marynarze mówili, do Abrahama na piwo… z tych samych powodów co poprzedni. Nie odszedł tam z premedytacją popełniając samobójstwo jak tamten. Przestał tylko brać leki. Nie dlatego, że nie chciał się leczyć by żyć, tylko dlatego, że nie miał ich za co wykupić…

Feliks jeszcze walczył, jeszcze się nie poddawał. Wkurzało go, że teoretycznie mieli pieniądze dzięki którym mogli wyjść z opresji i odbudować swoje życie, ale praktycznie nie mieli do nich dostępu. Jak to możliwe, rozważał, jak to możliwe, że ich los znajduje się w rękach obcego człowieka, któremu to było zupełnie obojętne i nie spieszył się z wykonywaniem swoich powinności. Co jakiś czas musieli mu tylko przesyłać  na konto pewną sumę pieniędzy – o czym informację dostawali  za pośrednictwem kancelarii adwokackiej, dzięki której wygrali sprawę sądową z Budowlańczykiem – na działania komornicze. Rezultatów owych działań jednak nie było żadnych przez kilka lat.

Po opuszczeniu „Czardy” szli pomału w kierunku domu z zachwytem rozglądając się wokół.  Po drugiej stronie potoczku stał dom niedostępny dla ludzi z ulicy, bo trzeba było przejść przez wąską kładkę na teren oznaczony na tablicy jako prywatny. Jeszcze niewykończony, w trakcie budowy, ale już widać było, że ma niesamowity potencjał, jak to się teraz mówi w programach telewizyjnych o mieszkaniach i domach. Piękny był, cały z grubych bali, z dużymi oknami o nietypowych kształtach. Inga pomyślała, że na najniższej kondygnacji powinna znajdować się duża sala z kominkiem, w którym skaczące płomienie ogrzewają cały dom. Pomyślała też, że rano, przy pierwszych promieniach słońca można byłoby wskoczyć pod zimny strumień wody wodospadu Zaskalnik na potoku Sopotnickim oddzielającym dom od ulicy.  Była zachwycona tym, co zobaczyła w wyobraźni.

Tuż obok ulicy, jakby trochę ponad nią, zobaczyli inny przepiękny dom.

– Popatrz kotuś, jak zmyślnie ten dom zbudowano – Inga przystanęła nieco zadzierając głowę. – Żeby go zbudować trzeba było wydrzeć wzgórzu spory fragment, inaczej nie byłoby jak i gdzie postawić fundamentów i reszty budynku.

– I doprowadzić wszystkie media – zauważył Feliks. – Spójrz, sąsiednia działka również była przygotowana pod budowę.

– Ale zarosła. Widocznie komuś zabrakło pieniędzy na zrealizowanie marzenia – Inga posmutniała i ruszyła przed siebie.

Myśli obojga małżonków krążyły z wiadomych względów wokół pieniądza. Co za osioł może mówić, że pieniądze szczęścia nie dają. Dają wszystko, bo dają życie. Pozwalają mieszkać w swoim domu i nie być z niego wyrzuconym na ulicę. Pozwalają na pójście do lekarza gdy kolejka oczekiwania  w ramach NFZ przekracza granicę śmierci. Pozwalają ulżyć cierpiącym przewlekle chorym umożliwiając zakup opatrunków. Pozwalają opłacić zabiegi ratujące życie w chorobach nowotworowych, na które nie stać zwykłego Kowalskiego. Pozwalają przeprowadzić za oceanem potwornie drogie operacje ratujące życie dzieciom. Jednostkowe przypadki kończą się szczęśliwie dzięki ofiarności społeczeństwa biorącego udział w zbiórkach na konkretny cel. I w zbiórkach na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Tylko… sprzęt jest, nawet najnowocześniejszy, ale często nie ma go kto obsługiwać z powodu braku lekarzy. Zaś ci, którzy są, umierają z przepracowania po kolejnym dyżurze…Kompletna paranoja, taki chory kraj zaatakowany gangreną…

– Hej, skarbie, co to za mina? – Inga wyrwała męża z pogrążania się w coraz czarniejszych myślach. – Felek! Umówiliśmy się, że na urlopie jesteśmy TU i TERAZ. W tej konkretnej chwili. Nic innego nie możemy zrobić jak tylko ją poczuć. Niczego nie zmienimy na razie.  Popatrz w górę, lekkie obłoczki przepływają po cudownie błękitnym niebie nie myśląc, że za chwilę może przyjść huragan. Są takie piękne.

– Och, ty mój obłoczku – przytulił żonę usiłując ukryć nagłe zwilgotnienie oczu. – Jak dobrze, że tu jesteś…

– A gdzie miałabym być jeśli nie przy tobie? Chodźmy, psom znudziło się stać w jednym miejscu, obwąchały całą okolicę dostępną  na długość smyczy. Zorka się już nawet położyła. Musimy mamie kupić nowe krzyżówki, żeby miała zajęcie. Kasia ma tutaj stary prodiż, taką keksówkę. Mówiła, że działa, to upiekę coś słodkiego do herbaty.

Właśnie stanęli przed modrzewiowym domem, którym się zachwycali podczas poprzedniego spaceru z Osiedla idąc trasą z pięknym widokiem na Jarmutę i dalej na Szlachtową. Czasem przy dobrej widoczności można nawet dojrzeć fragment schroniska pod Durbaszką. Psy zaczęły węszyć wokół furtki, piszczeć i poszczekiwać jak zawsze wtedy, gdy wyczuwały zapach kogoś bliskiego, nie tylko znajomego.

– Ki diabeł? – Inga ze zdziwieniem spojrzała na męża.

Feliks nacisnął dzwonek. Rozległo się brzęczenie domofonu. Inga lekko pchnęła furtkę, która się uchyliła. Psy trzymane na smyczy przez Feliksa wpadły do środka w radosnych podskokach z uśmiechniętymi mordkami. Pociągnęły zaskoczonego Feliksa pod same drzwi budynku i piszczały z radości wywijając ogonami szaleńcze młynki. Inga pomału  zamknęła za sobą furtkę, poczuła w sercu jakieś dziwne mrowienie, niepokój pomieszany ze zdziwieniem, oczekiwaniem… Pomyślała, że to przez irracjonalne zachowanie psiaków próbujących otworzyć drzwi tego domu, by jak najprędzej mogły dostać się do środka.

Drzwi się uchyliły po czym zostały otwarte na całą szerokość pod ciężarem napierających psiaków.  Całkowicie zaskoczony Feliks został wciągnięty do środka z wielce głupią miną bąkając „przepraszam” do kobiety, która drzwi otworzyła. Wewnątrz przywitał go gwar, uśmiechy i tłum ludzi. Tak mu się  przynajmniej zdawało. Ogłupiał całkowicie.

– Dziadku, dziadku! To niespodzianka!

Oszalał? Przemknęło mu przez głowę, że oszalał. Słyszy głosy. Głos Honoratki! Skąd? Jak? To niemożliwe!

– Dziadku, ale się zdziwiłeś, prawda? – Honoratka objęła dziadka i przytuliła mocno. Chcieliśmy ci wszyscy zrobić niespodziankę. Czy ty się źle poczułeś?

– Nie, tak, nie, przepraszam…

Otarł ręką czoło. W międzyczasie ktoś mu wyjął smycze z ręki i psiaki z wielką radością obskakiwały obecnych.

– Wnusiu, to naprawdę ty? Skąd? To rzeczywiście niespodzianka. Jak widzę nie jedyna.

Zobaczył, że podchodzi do niego Doman wraz z Bogną trzymającą na rękach Ewelinkę. Malutka radośnie szczebiocąc wyciągała do niego rączki. Przejął ten skarb maleńki i poczuł się pewniej. Już teraz się uspokoił, że nie oszalał, skoro trzymał w ramionach ukochaną wnuczkę, która na pewno jest istotą z krwi i kości, skoro boleśnie pociągnęła go za ucho. Znad jasnych włosków młodszej wnuczki  wyraźnie zobaczył znajome twarze przyjaciół córki z partnerami, których już zdążył poznać. Z uśmiechem patrzyli Jagna i Alan oraz Marysia i Hubert. Ten ostatni niczym dyrygent orkiestry podniósł rękę do góry dając całemu towarzystwu znak, by szanowne towarzystwo raczyło zamilknąć.

– Dzień dobry panie Feliksie, przepraszam za aż tak .. gwałtowną niespodziankę. Sytuacja rozwinęła się zbyt szybko do przodu dzięki psiakom. Ale… może to i dobrze, że przeszły do akcji i rozładowały sytuację, która mogłaby być nieco trudna i skomplikowana…

– Oj, przestań – Marysia odsunęła ukochanego na bok. – Będziesz tak plótł trzy po trzy. Zorganizowaliśmy zbiorowe spotkanie ponieważ udało się wyjaśnić pewną tajemnicę, na której trop trafili i pan Horacy  i pani Inga niezależnie od siebie.

Z fotela podniósł się niewidoczny dotąd starszy pan. Feliks od razu rozpoznał w nim gospodarza domu, tego „dziadka z reklamy”, o którym mówiła Honoratka.

– Witam pana, panie Feliksie w moich progach. Zapraszam dalej. Ta młodzież tak narozrabiała, że straciłem rozeznanie. Już nie te lata, panie Feliksie, nie te lata. Do takich ancymonów – wskazał na rozchichotaną grupę – trzeba mieć końskie zdrowie. Witam zatem raz jeszcze na spokojnie. A gdzież  są panie? – rozejrzał się

– Tu jesteśmy – zamachała Marysia.

– Przecież mówię „panie”, a wyście są młode kozy. Gdzie się  Hortensja zapodziała – rozglądał się.

Feliks dopiero teraz oprzytomniał na tyle, że spostrzegł brak Ingi. Zgubił żonę!

Tymczasem jedna zguba z drugą zgubą wciąż pozostawały na zewnątrz.  Gdy Feliks wpadł przez drzwi do środka domu wciągnięty przez psy i zniknął z pola widzenia, Inga odwróciła  się po zamknięciu furtki i zamiast męża w jej polu widzenia pojawiła się jedna postać.

Bez wątpienia kobieca. Inga ledwo zdołała cicho powiedzieć: dzień dobry, bo coś ją chwyciło za gardło. Patrzyła i nie wierzyła własnym oczom. Jakby widziała samą siebie sprzed jakichś dziesięciu lat. Co tu się dzieje? Feliks zniknął, psy zachowywały się dziwnie w obcym miejscu, a teraz ona ma zwidy?

– Przepraszam, jestem Inga Bednarska. Mój mąż…

– Twój mąż już się wita z rodziną. A ja jestem Hortensja Balicka, twoja kuzynka…

Przez głowę Ingi niczym w komputerze przebiegały dziesiątki myśli i skojarzeń, wyraźnie wybijała się fraza „stary Balicki, stary Balicki, stary Balicki”. Wzięła kilka głębokich oddechów, przycisnęła obie ręce do serca, które zaczęło się tłuc i skakać jakby chciało za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.

– Chodź do środka, Ingo. Mówiłam tym wariatom, że taka nagła niespodzianka może stanowić być zbyt duży szok, ale oni się uparli.

– Uff, czyli nie oszalałam? Na szaleństwa młodych nie ma lekarstwa – odpowiedziała Inga drżącym głosem wyciągając obie ręce do już wyciągniętych ramion kuzynki. Objęły się serdecznie i trwały tak dłuższą chwilę.

– Myślałam, że będę bardziej opanowana poznając wcześniej tę niesłychaną historię własnej rodziny – powiedziała Hortensja wycierając załzawione oczy.

Obejmując ramieniem Ingę wprowadziła ją do pokoju, w którym już czekał pan Horacy. Po prostu przejął bratanicę od córki.

– Moja bratanica, moje dziecko kochane – tulił zapłakaną Ingę.

Zresztą – wzruszenie udzieliło się wszystkim dorosłym. Jedynie Ewelinka nie mogła pojąć dlaczego nikt się nie zajmuje i zsunąwszy się z fotela, na którym ją posadzono,  postanowiła udać się na zwiedzanie kolejnych pomieszczeń w towarzystwie Zadziora i Zorki. Na szczęście Doman z teściem zorientowali się w sytuacji i zainterweniowali w porę nie pozwalając szkrabusi wspinać się na schody. Doman podniósł córeczkę do góry, pod sufit prawie, co wywołało jej wesoły, głośny śmiech. Zobaczyła z góry pana Horacego, wyciągnęła rączkę.

– Dziadzio, dziadzio – zawołała czym rozbroiła starszego pana całkowicie.

– Maleńka moja kruszynko – zawołał i wyciągnął ręce. – Pójdziesz do mnie?

– Ona lubi oglądać zdjęcia i rozpoznaje ciebie, wujku, na każdym i mówi „dziadzio” – powiedziała Bogna. – Ewelinko, chcesz do dziadzia?

– Tak, ciem dziadzia – odpowiedziała maleńka. – Dziadzio ma osi.

– Wąsy – przetłumaczył Doman.

Honoratka zaś po chwili patrzenia na wzruszoną dorosłą część zebranych w pomieszczeniu, miała dość takiego przedstawienia.

– Hej, może byście skończyli zawodzić? Zamiast opowiedzieć babci wszystko po kolei i się cieszyć, to wy co?

– Honorcia ma rację – powiedział pan Horacy przytulając Ewelinkę. – Jedno jest pewne. Mogę już teraz spokojnie umrzeć, tajemnica została wyjaśniona.

– O, nie! – zaprotestowała energicznie Inga  – Teraz właśnie nie możesz. Nigdy w życiu nie miałam stryjka! Teraz mam i muszę się nim nacieszyć. Jaka szkoda, że tata tego nie doczekał – kolejne łzy wypełniły jej oczy.

– Musisz mi o nim opowiadać codziennie dopóki tu będziecie. Ale potem też – pan Horacy wcale nie krył wzruszenia.

– Dziadku, musisz być w dobrej formie, mówiłeś przecież, że chcesz doczekać prawnuka. A to musi trochę potrwać… – uśmiechnął się Hubert nie zważając na kuksańca od Marysi.

– Mamo, daj klucze od mieszkania – powiedziała Bogna. –  Pojedziemy po babcię Walę. Przywieziemy  ją tutaj, przecież zanosi się na dłuższe posiedzenie, tyle spraw jest do obgadania…. Jakiś sms przyszedł do ciebie, nie słyszysz?

– Masz klucze, córeńko. Nie, nie słyszałam. Czuję się jak na planie filmu. Zaraz sprawdzę…od Sabci… O rany! Jagna! Twoja mama pisze, że komornik wreszcie wystawił na licytację mieszkanie Budowlańczyka! Jakby się udało sprzedać to będziemy uratowani!

– Jesteście uratowani – powiedział pan Horacy. – Oczywiście, że jesteście uratowani, od czego jest rodzina?

Późnym wieczorem, po dniu pełnym wrażeń, Doman odwiózł teściów, babcię Walę i psy do domu, po czym wrócił po żonę i córki. Wprawdzie stryjek Horacy zaoferował im gościnę w swoim pięknym domu, lecz odmówili. Rozumieli przecież, że Hubert z Marysią, ciotka Hortensja – tu się uśmiechnął, bo do nowej „ciotki” musieli się wszyscy przyzwyczaić – to wystarczająco duże towarzystwo dla starszego pana przyzwyczajonego do spokoju. A przy Ewelince spokoju nie ma, bo na przykład o drugiej w nocy potrafi się obudzić i wołać o jedzenie. To jeszcze pół biedy, do ogarnięcia, ale niezabezpieczone schody w domu stanowić mogą śmiertelne niebezpieczeństwo dla ruchliwego brzdąca. Wynajęli więc pokój w „Skalnym”, najbliżej rodziców, widocznym z balkonu mieszkanka, które  aktualnie rodzice zajmowali. Zakochując się zresztą w miasteczku z każdym dniem coraz bardziej.

Z pensjonatu do bloku były najwyżej cztery minuty drogi plus wejście po schodach. To tak na wszelki wypadek  Bogna wolała być w pobliżu. Wrażeń dla rodziców było tak dużo, że bała się jakiejś spóźnionej reakcji organizmu i problemu ze zdrowiem. W końcu ojciec był po zawale.

– O tatę się  nie martw – uspokajał Doman żonę. – Po pierwsze to facet. Po drugie: cała historia  jego dotyczy tylko pośrednio. To mama miała przeżycia , że ho ho ho! Jak stąd do księżyca.

– Masz rację. Ja zdążyłam już ochłonąć, najbardziej przeżyłam, gdy badania genetyczne potwierdziły pokrewieństwo i okazało się, że jesteśmy z Hubertem spokrewnieni.

– Zobacz jak to się dziwnie losy ludzkie układają. Dwa zdjęcia dziwnym trafem odnalazły się  w  oddalonych od siebie miejscach i połączyły rodzinę nic o sobie nie wiedzącą.

– Same zdjęcia to za mało. Z ich odnalezienia nie byłoby pożytku, znaczy, ciągu dalszego, gdybym nie przyjechała z dziewczynkami na ferie i nie spotkała stryjka Horacego.

– Idąc dalej tym tokiem rozumowania nic by nie było, gdyby Maryśka dawno temu nie wpadła w oko pewnemu topielcowi, który okazał się twoim kuzynem.

– I gdyby topielec nie pracował razem z Karolkiem może nigdy nie spotkałby się z Marysią w świecie uczuć…

– Jak ty to romantycznie powiedziałaś, kochanie…

– Spójrz jakie piękne niebo. Pani Kasia… no właśnie, gdyby pani Kasia prawie siłą nie zmusiła mnie i Jagnę do przyjazdu…

– Pani Kasia – podjął Doman – mówi, że nigdzie tak pięknie nie widać gwiazd jak tu. Rozjaśniają okolicę

– Pełnia dziś – z rozmarzeniem – cudowny czas babiego lata…

– Widzisz tę pajęczynę rozpiętą między szczebelkami balkonu? Jak nocne babie lato

– A na niej drży kropla. Cudowne babie lato i kropla deszczu

Wtuliła się w męża ochraniającego ją przed nocnym chłodem, czuła nieopisaną radość, lekkość w sercu. Rodzice uwolnią się od najgorszego koszmaru, szykują się dwa śluby…a może … może  i w ich życiu szykuje się jeszcze jedna niespodzianka, mała ale największa na świecie… położyła rękę pod sercem… Na razie to tylko przypuszczenie, nic pewnego, ale…

– Jak cudownie – szepnęła. – Babie lato, kropla deszczu i ty…

koniec na razie 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Bez kategorii, Powieści | Dodaj komentarz

Pędzimaj 🌷🦋

Czyli maj, który pędzi od pierwszego dnia przynosząc coraz nowe wydarzenia. O zewnętrznych, czyli o tym „co tam panie w polityce” mówić i słuchać się już nie chce. Ważniejsze są sprawy dotyczące życia i zdrowia naszych Bliskich, a te spokoju, niestety,  nie dają 🙁 😢

Wstrętna infekcja zostawiła po sobie osłabienie wciąż nie pozwalające na odzyskanie pełnej formy, zdechła jestem po prostu choć staram się być siłaczką – jak zawsze…  Nie wiem po co, ale tak mam i już. Pewnie peselioza ma swój wpływ na zwolnienie tempa, ale nic to i tym razem dam radę. W końcu Byk to Byk 🦬 (nie znalazłam Byka, Żubr musi zostać 😀)

🍀🌷🌹🌼🌻🌺🍀

MS kupił śliczne pelargonie w gospodarstwie ogrodniczym, ale je pokażę następnym razem, wczoraj skończyłam przesadzanie, ale nie zrobiłam zdjęć. Na razie prezentują się kwiatki już „obzdjęciowane” 😀

… te pelargonijki dostałam od Małego …

Przypomniało mi się w porę, że coś kuchennego powinnam uwiecznić. Nie za bardzo wykorzystuję inwencję twórczą w tej materii (jak zresztą również w innych), widać taka pora przyszła. Może wena do kucharzenia, pisania, tudzież innych życiowych aktywności powróci… Taką mam nadzieję, bo bez nadziei żyć się nie da. Wykonałam kotlety z cukinii, akurat miałam w domu gdy zobaczyłam przepis więc szybko hop! do kuchni i obiad z MS mieliśmy w nowej odsłonie. Kotlety z cukinii. Czy smażona cukinia smakuje lepiej niż tradycyjne kotlety? Przepis MENU Dorotki.

…na talerzu kotlety prezentowały się okazale 🙂 …

Z ciasta francuskiego zrobiłam na szybko cynamonkowo-kakaowe ciasteczka. W sposób najprostszy z możliwych, a mianowicie rozłożony płat gotowego ciasta posypałam cynamonem, cukrem trochę i kakao, zwinęłam w rulon, pokroiłam i tyle.

… ozdobiłam cukrowymi serduszkami, które zostały po pieczeniu pierniczków dekorowanych przez Calineczkę …

Pokonując ogólną niemoc połączoną z niechęcią posiłkuję się czasem pierogami z mojej Biedronki, czasem gotowymi kopytkami, choć najbardziej lubimy ziemniaki z Fryci. Obrać trzeba, pokroić w plasterki, posypać przyprawą do ziemniaków (albo inną wg własnego gustu), włożyć do kosza Fryciowego (używam silikonowej albo papierowej foremki) i już się same robią. Pycha 👍

♥️🌹🍀♥️🌹🍀♥️

Niedzielny poranek🐕🐾🌷

♥️🌹🍀♥️🌹🍀♥️

Najbardziej jednak teraz czekam na dobre wieści w kwestii zdrowia członków rodziny. Na złe się przecież nie czeka, choć na każdy dźwięk telefonu serce staje…

Kochani, pięknej niedzieli i całego szczęśliwego tygodnia z serca życzę dziękując za odwiedziny i pozostawione słowa ♥️♥️♥️

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 10 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 77

Tymczasem młodzi uknuwszy spisek dopracowywali jego szczegóły.

– Pozwólmy trochę rodzicom odpocząć – powiedział Doman.

– Należy się, ostatnio babcia daje im nieźle popalić – dodała Bogna.

– Wy wiecie najlepiej – wtrącił Hubert trzymający Marysię za rękę.

– W końcu kilka dni nie sprawi różnicy skoro przez kilkadziesiąt  lat się nie znali. Niewiarygodna historia – powiedziała z zadumą Jagna.

– To może bardzo chcieliby się poznać? – zapytał  Alan.

– Przecież nic nie wiedzą o sobie. Jeszcze nie wiedzą – Marysia wyswobodziła rękę. – Na razie tylko Bogna i Hubert wiedzą, że są kuzynami. Trzymaliśmy przecież całą historię w tajemnicy, dopóki nie zyskaliśmy absolutnej pewności co do stopnia pokrewieństwa i nie zgraliśmy wszystkiego do końca.

– Maryśka, – Jagna była wyraźnie wzruszona, – Maryśka, właściwie to oni  – wskazała na „odzyskanych” kuzynów – tobie zawdzięczają rozwiązanie tej niezwykłej zagadki. Gdybyś nie pojechała wtedy na rozmowę z panem Horacym…

– Gdybyś nie zastąpiła mnie w „Filiżance”…  – uśmiechnęła się Marysia.

– Gdybyśmy nie pojechały do Szczawnicy na zimowe ferie… – dołączyła Bogna.

– Gdybyście nie spotkały na promenadzie pana Horacego… – Doman spojrzał na podekscytowaną żonę.

– Gdyby twoja mama nie znalazła zdjęcia, a mój dziadek nie pokazał mi swojej tajemniczej fotografii –  dodał Hubert

– Gdyby Hubert przed laty nie wpadł do Dunajca – zachichotała Marysia.

– Gdyby Ewa nie zjadła jabłka z zakazanego drzewa, to by z Adamem w raju zostali – wykazał się Alan.

– No, moi drodzy, jeśli dotarliśmy do czasów biblijnych, to z nami źle – zarechotał Doman. – Najwyższa pora wrócić do rzeczywistości.

– Nie na darmo mądrzy ludzie mówią, że nie ma przypadków i że wszystko dzieje się w najbardziej odpowiednim czasie – poważniejąc powiedział Hubert. – Moja mama zdecydowała, że wraca do Polski. Pomyślcie, akurat teraz! Przylatuje za cztery dni i tym sposobem będzie uczestniczyć w tym całym przedsięwzięciu pod tytułem spotkanie rodziny, która nic o sobie nie wiedziała.

– Moja mama całe życie chciała mieć rodzeństwo – powiedziała Bogna. – Teraz się dowie, że ma siostrę prawie, no, stryjeczną chyba.

– Przyrodnią? – zapytał Alan.

– Nie, przyrodnimi braćmi są mój dziadek Lidek i pan Horacy, stryjek Horacy, nie, dziadek stryjeczny? O matko, jakie to skomplikowane – jęknęła Bogna.

– Mów mu wuju – powiedział Hubert grubym głosem na co wszyscy roześmiali się mając jednoznaczne skojarzenie z panem Zagłobą.

– Strasznie komplikowali sobie życie nasi przodkowie takim dokładnym nazywaniem  pokrewieństwa. Najlepiej jest najprościej, bo można różne gafy popełnić i mieć kłopoty  – stwierdził Alan. –  Na szczęście teraz się  nie przywiązuje już tak wielkiej wagi do tych różnych nazwań.

– Na szczęście. Jest wiele rodzin tak zwanych patchworkowych  – zauważyła Jagna. – W tym przypadku nie dojdzie się do ładu kto jest kim dla kogo i jak go nazywać.

– Właśnie, pomyślcie tylko kim byłyby dla siebie Bogna jako ta… przyrodnia kuzynka, czy coś… i Marysia, jako partnerka Huberta –   kontynuował Alan.

– Żona, człowieku, przyszła żona – sprostował Hubert.

– Mówiąc szczerze wisi mi i powiewa jak się kto nazywa, ważne, żeby nam wszystkim było dobrze. Mogę być nawet świekrą – zaśmiała się Marysia.

– Racja, to przecież jest najważniejsze –  przyznała Bogna. – A świekrą może kiedyś będziesz.

– Hubert, – zainteresował się Doman, –  czy ty swojej mamie opowiedziałeś o tym całym pomieszaniu z poplątaniem?

– Tak, ze szczegółami i dlatego zdecydowała się przyspieszyć powrót. Poza tym chce koniecznie poznać Marysię..

– No nie wiem, może lepiej z tym zaczekać na po ślubie – zaśmiała się Jagna. – Z teściowymi różnie bywa. A po ślubie to twój ci on i żadna teściowa, czy inna  świekra nie będzie ci straszna.

– Toś wykombinowała – skrzywiła się Marysia. – Nie znasz mnie? Ludożerców się nie bałam, a mamy Huberta mam się bać?

– Jak to ludożerców – niepewnie spojrzał Hubert na narzeczoną. – Czy to ja powinienem zacząć się bać?

– Hi hi, jak chcesz to się bój. Ale ja ludożercą nie jestem.

– Robiła reportaż, była na wyprawie w Nowej Gwinei – pospieszyła z wyjaśnieniem Bogna. – Genialne zdjęcia stamtąd przywiozła…

– Aha, już wiem, nagroda National Geographic, przecież wiem tylko nie skojarzyłem – uderzył się w czoło dłonią.

– Nie bij się po głowie, bo będziesz miał głupie dzieci – poradziła Jagna.

– Nie on będzie miał tylko Maryśka – zaśmiała się Bogna.

– Dajcie już spokój wygłupom i wróćmy do tematu – powiedział Doman. –  Mamy tydzień na zorganizowanie spotkania. Jak to rozegramy, żeby starsi zawału z wrażenia nie dostali?

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 10 komentarzy

Zapiski wiosenne🌷🦋🌹

27 kwietnia 2026

Mądrzy ludzie mówią, że choroba często przychodzi po to, żeby zatrzymać w miejscu rozpędzonego człowieka, który gna bez opamiętania i w ogóle już nie wie gdzie i po co pędzi, nie zobaczy przed sobą muru o jaki może się roztrzaskać jeśli nie przystanie. Uff, długie zdanie lecz myśl oddaje. Otóż weekend przeleżałam w łóżku martwym bykiem ledwie łapiąc świszczący oddech, rzężąc niby stara, nienaoliwiona turbina (nie wiem czemu akurat turbina, ale tak się samo napisało 😀) powalona zapaleniem oskrzeli. Przy astmie i sarkoidozie płucnej jest to mieszanka pozbawiająca siły do tego stopnia, że wejście po schodach na piętro to wyczyn porównywalny do… np. wbiegnięcia w ciągu piętnastu minut na Palenicę. Serię rozpoczął MS. Prawdopodobnie przywlókł z przychodni to draństwo, bo się pierwszy rozłożył. Po nim ja, a teraz i babcia D. zaczęła się męczyć, dziś ma przyjść lekarka.

Spędzając weekend w łóżku (zamiast w ogródku) zdałam sobie sprawę, że los mnie zatrzymał po to, żebym zaczęła ruszać zaśniedziałymi szarymi komórkami nie mając siły na ruszenie czym innym 😀 Wniosek, że zdrowie jest najważniejsze to za mało powiedziane.  Teoretycznie każdy o tym wie. Ważne, jak się wspomóc w tej materii poza medykamentami? Mudry, świadomy oddech, przepływ energii – to wiadomo, ale coś jeszcze? Szukałam, szukałam i dowiedziałam się, że jeszcze może być zwrócenie się do swego ciała, do każdej komórki: widzę cię, rozumiem cię, wspieram i dziękuję za twoją pracę itp. Ciekawe, prawda? Przeglądając dalej YT (w łóżku, w telefonie) w poszukiwaniu innych sposobów działania oraz zrozumienia stanu, który mnie zatrzymał, trafiłam na kolejny filmik Honoraty Nothdurfter.

Pomyślałam, że może właśnie moje zatrzymanie jest związane z tym, o czym ona mówi. Nie tylko teraz, od dawna ludzie znający się na rzeczy mówią o zmianie epok, o przejściu w zupełnie nową rzeczywistość na kolejne lata. Czy nam się to podoba czy nie – tak jest. Powinniśmy przyjąć fakt do wiadomości i spróbować dostosowania do zmieniających się warunków. Tu będą „cytaty Honoraty”, co ja będę się wysilała i tłumaczyła, jeśli najprościej przytoczyć słowa ekspertki.

Bowiem nadchodzi „ czas, kiedy wiele ukrytych spraw wyjdzie na światło dzienne”.

Będzie „potrzebna dojrzała cierpliwość, która rozumie, ze nie wszystko dojrzewa od razu, czasem więcej daje spokój niż walka, czasem więcej zmienia akceptacja niż nacisk”.

„Następuje radykalna przemiana fundamentów życia…. Największą siłą jest zatrzymanie się  przed reakcją zamiast ataku, zrozumienie zamiast walki o rację, otwartość,  zamiast udawadniania swojej prawdy – szacunek dla innej perspektywy. Bo nie zawsze chodzi o to kto ma rację. Czasem chodzi o to, kto potrafi budować mosty, a nie niszczyć mostów”.

„Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy stare, nie zamknięte rany zaczynają rządzić rzeczywistością”.

„Świat nie potrzebuje kolejnych wojen o racje. Świat potrzebuje ludzi, którzy potrafią budować mosty, którzy nie chcą stawiać murów”.

26 kwietnia 2026 roku był moment, w którym otworzył się zupełnie nowy rozdział dla świata. Wtedy to planeta nagłych nieoczekiwanych zmian i rewolucji wszedł (bo to on) gdzieś tam (już nie wiem gdzie, ale i tak się nie znam, słucham ekspertki) i będzie rządził do 2033 roku. Aż strach myśleć, co w związku z tym przyspieszeniem na wszystkich polach będzie się działo.  Nie zważając na gwiazdy i inne obroty ciał niebieskich zwykły człowiek nie daje rady nadążyć za tym co się dzieje we własnym państwie, na swoim podwórku w ciągu doby, a co dopiero mówić o globalnym wymiarze w dłuższej perspektywie. Wystarczy, że jeden tzw. „Pomarańczowy” zmienia zdanie co chwilkę w sprawach najważniejszych dla istnienia świata… 😬😱

Zamiast się wymądrzać dalej –  podam link do osoby znającej się na rzeczy  26.4.26(!) – 2033 Uran w Bliźniętach. RUNDA NR 2. Przebudzenie, postęp, szok!

29 kwietnia

Choróbsko mnie osłabiło w sposób przeokropny. Ruszam się jak przysłowiowa mucha w smole, zaległości dużo narosło, ale trudno, ich sprawa, chcą to niech rosną. Ja się teraz „rekonwalescentuję” 😀 Chcę jak najszybciej wrócić do formy, bo ogródek czeka🌷

30 kwietnia

Urodziny babci Stefy, jutro dziadka Staszka. Śnił mi się Tenczynek ♥️W ogródku posadziłam małą sadzonkę kasztanowca, obok papierówki… Ciekawe, czy jakiekolwiek drzewo z ogródka ocalało… Boże, jak tęsknię…

Zdjęcia poprawione przez AI już pokazałam, ale się oprzeć nie mogę. Patrzę na nich i kocham♥️♥️♥️ Więcej było tu: Przełom kwietnia i maja | Anna Pisze

Kochani, miłej, zdrowej majówki życzę i dziękuję za odwiedziny 🌞🦋🌹♥️

…na koniec piękny wianek od Magdy ♥️…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 16 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 76

Do słowackiej Leśnicy nie poszli, ani też Drogą Pienińską się nie przespacerowali, ponieważ na teren Pienińskiego Parku Narodowego nie wolno chodzić z psami. Inga głośno złorzeczyła wszystkim, przez których taki zakaz został sformułowany.

– To na pewno przez takich co puszczają psy bez smyczy, tak samo w Lesie Kabackim. Niech ich piorun strzeli! Żebym ja nie mogła z własnymi, ułożonymi, mądrymi psami na smyczy przejść się nad Dunajcem! Kasia mówiła, że całe Kabaty wzdłuż i wszerz przeszła i przejechała rowerem milion razy, zawsze w towarzystwie psów, a teraz zabronili. Wcale mi się to nie podoba, żeby ich….

Mimo to odwiedzili mnóstwo ciekawych miejsc. Codziennie chodzili rano po Parku Górnym, potem Feliks brał matkę na spacer, po obiedzie szli z psami na dłuższą wycieczkę, wieczorem znów chodzili po Parku, oglądali pl. Dietla w nocnej odsłonie, wracali obok  Dworku Gościnnego. Kilkakrotnie mijali elegancko ubrane towarzystwo uczestniczące w jakiejś imprezie w Dworku, który dysponował imponującą salą koncertową. Czasem ubiór zupełnie nie współgrał z zachowaniem osoby go noszącej…

Pewnego popołudnia wybrali się na spacer w stronę Jaworek, obejrzeli po drodze uliczkę Samorody nad Grajcarkiem, którą Kasia zachwalała jako urokliwą i koniecznie kazała zobaczyć. Akurat była rozkopana, ciągnięto rury od gazu, gazyfikacja była przeprowadzana w różnych punktach miasteczka. Przeszli więc drugim brzegiem Grajcarka oglądając uliczkę z perspektywy. Domki były dobrze widoczne i można było je podziwiać do woli. Inga wyparzyła  dwa domki z bali w trakcie budowy  i zachwyciła się słoneczną, radosną barwą drewna. Domki nieduże, ale zmyślnie postawione wąskim bokiem do uliczki, szerszym ciągnące się wzdłuż, w stronę wzniesienia. Niektóre budynki stawiano na kawałkach ziemi wydartych wzgórzu. Cała uliczka wydała się Indze zachwycająca, podzieliła się swym spostrzeżeniem z Feliksem, który przychylił  się do zdania małżonki.

Szli sobie i szli, rozglądali się na wszystkie strony zachwycając się tym co dane im było po drodze dostrzec. Z Jarmuty zlatywali lotniarze szybujący niczym kolorowe motyle na tle nieba. Słońce oświetlało dalekie zielone łąki, linie wzniesień o różnej wysokości, stadko owiec przemieszczające się po zboczu, domy o ładnej architekturze z odległości przypominające domki dla lalek. Spacer ułatwił chodnik niedawno położony wzdłuż drogi biegnącej do Jaworek. Kasia mówiła, że lubi tę trasę, jednak nie jest ona zbyt bezpieczna, bo cały czas trzeba uważać na jadące samochody. Teraz można było iść oddając się całkowicie przyjemności spaceru. Doszli do karczmy w Szlachtowej i tu postanowili zakończyć wyprawę, zbyt długo teściowej nie chciała Inga samej zostawiać. Po spacerze z synem zdążyła już pewnie odpocząć i nie wiadomo co jej może strzelić do głowy. Usiedli na zewnątrz przy szerokim drewnianym stole, napoili psy wodą zabraną z domu w małej butelce po wodzie mineralnej. Na ziemi stała metalowa psia miska, a pan właściciel spytał czy jego pies nie będzie im przeszkadzał. Śmieszny był (piesek, nie właściciel), białoczarny, biegał swobodnie i witał gości. Oczywiście im nie przeszkadzał. Zamówiła Inga szarlotkę z lodami i bitą śmietaną. A co, raz się żyje! Feliks wziął piwo dla siebie. Szarlotka okazała się pyszna, wygrała bezapelacyjnie wielkością z wcześniej próbowanymi w różnych miejscach. Równała się tylko z poprzednią,  którą  jedli przy ulicy Jana Wiktora, w lokalu usytuowanym w budynku wzniesionym na miejscu wyburzonej rudery znanej kiedyś jako „Małuja”. Teraz to była po prostu „Lala 2”, jakby siostra „Lali”, pensjonatu z tradycjami stojącego po drugiej stronie ulicy. Lokal nazywał się „Książkawiarnia” i bardzo przypadł Indze do gustu, kojarząc się z „Filiżanką”, w której Jagna Sabinki bawiła się w kelnerkę.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 6 komentarzy

Kochane zołzy 😀❤️❤️

Biegnie czas, a ja za nim 🙂 Wciąż nie mogę go dogonić, zresztą chyba nikomu się nie udaje taka sztuczka. Czasem mi się tylko dni pomieszają i kiedy mam wrażenie, że jest o dzień wcześniej niż faktyczna data mówi, to – jeśli się zorientuję w rzeczywistości – mam radochę  jakbym dostała jeden dzień życia w gratisie 🙂 Największą radością były w święta odwiedziny dzieci, szczególnie za Calineczką się stęskniłam, bo odkąd babcia D. leży to  szkrabusia u nas nie nocuje i weekendów nie spędza. Cóż, siła wyższa.

 

 

 

 

Koszulki z napisami prezentowane dumnie przez córeczkę i rodziców. Szczególnie mnie rozbawiła „mała zołza” i „duża zołza” 😀😀

🦋🦋🦋

Piszę już w środę, a zaczęłam w poniedziałek.  Duży pogłowił się nad moim problemem z Lapkiem,  z jakiegoż to powodu nie mogę wejść w komentarze na bloggerze i się odezwać.  Wreszcie zmienił przegladarkę i się udało 🙂 Teraz po kolei nadrabiam u Was zaległości, jakie mi się uzbierały przez ten długi czas. Mam nadzieję, że znów czegoś nie narozrabiam 🙂 🙂 🙂

🦋🦋🦋

Wiosna przyszła naprawdę, już nie udaje spłonionej panienki, co to by i chciała i boi się 😀Szilunia spędza czas bezdeszczowy na trawie śpiąc snem głębokim. Moja najmilsza staruszeczka 🐕❤️ Zieleni się wiosennie w lasku, kwitną drzewa białym kwieciem, terytorium dzików się powiększa, bo widać ślady żerowania coraz dalej. Jednak są kulturalne i ryją nocą, w dzień się nie pokazują, przynajmniej po naszej stronie. Może u nas mniej takich pod którymi chciałyby ryć… 😉

Ładne kwiatki urosły w ogródeczku?

Szczęśliwej wiosny Wam życzę i dziękuję za odwiedziny oraz pozostawione słowa 🌹❤️🌷

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 18 komentarzy

Szczęśliwych świątecznych dni 🐣🐣🐣

Kochani moi odwiedzający❤️

Z całego serca życzę cudownych Świąt, rodzinnych, przyjacielskich, zdrowych, spokojnych, wolnych od wszelkich złych myśli i emocji. Niech nam się odradza wszystko co Dobre, a złe niech znika w kraterze wulkanu, w głębi Ziemi Gai i przeradza się w Piękno powracając na świat i rodząc się w nowej postaci ❤️❤️❤️

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 12 komentarzy

Prima Aprilis 2026

Jak to się stało, że marzec przeminął? Nie wiem, wciąż chyba „pomroczność jasna” mną rządzi i nie miałam siły się zmobilizować. Babcia D. jak leżała tak leży, z tą różnicą, że czasem  sama siada na łóżku, je więcej, przestała jęczeć leżąc. Natomiast z głową coraz gorzej, splątanie postępuje szczególnie wieczorem kiedy ją bierzemy do łazienki. Jest przerażona, nie wie o co chodzi, co się dzieje, łapie mocno MS, a uścisk ma silny. Łóżko  – takie mam wrażenie – jest dla niej obecnie jedynym miejscem bezpiecznym, w każdym innym czuje zagrożenie. Sadza ją MS na „tronie” i czekamy… Trzy razy dziennie ma wycieczkę do łazienki i zmianę pampersa przy okazji. I tak mija dzień za dniem.

Kwiecień to mój miesiąc, mam więc nadzieję, że energia mi wróci, a z wiosną również chęci działania. W ogródeczku obudziły się roślinki, piwonie wychodzą z ziemi, hortensje przeżyły zimę, tulipany i hiacynty mają pączki 🌷🪻Szilunia w ciągu dnia dużo śpi na trawie, widocznie potrzebuje takiego „uziemienia”, jeśli nie pada wcale jej nie bronię. Niech ma co chce, zasługuje na wszystko najlepsze starusia nasza kochana ❤️❤️❤️

Jeszcze się Szilunia z Brandy nie miały okazji poznać, tylko MS na razie bawił się z młodą sunią stwierdzając, że jest cudowną słodką przytulanką 🐕

Polityka jaka jest każdy widzi – szkoda więc słów marnować. Profesor Gadacz powiedział, że ludzkość co jakiś czas potrzebuje zderzyć się z ziemią… przerażenie ogarnia na myśl o odradzających się potworach…

Wiosnę widzę idąc rano z Szilunią na spacer, wczoraj zdziwiłam się zobaczywszy rozkwitniętą forsycję.

W doniczce rozkwitł hiacynt pachnący niesamowicie cudownie.

… czarny drewniany kotek przywieziony dwa lata temu ze Szczawnicy…

… obrazek w ramce jest dziełem naszej Magdy / Pomiędzy patrzę a widzę – między słucham a słyszę

Na żarty nie mam chęci, zbyt dużo się wokół poważnych spraw dzieje, dlatego pierwszy kwietnia pozostaje zwykłą datą, choć…  może moja peselioza tak działa? Dawniej tego dnia żarty i dowcipy rozśmieszały napływając ze wszystkich możliwych stron świata. Może to tylko mój nastrój zawinił? Życzę sobie zmiany tego stanu i liczę na pomoc wiosny oraz mojego miesiąca w tym względzie.

https://youtu.be/9SnfICANZmk

Kochani, Wam życzę pięknej wiosny i wszystkiego co dobre ❤️🌷🪻❤️

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 8 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 75

Stał się jednak cud pewnego dnia. Inaczej tego wydarzenia Inga nie potrafiła nazwać. Wyruszyli do Szczawnicy, do mieszkanka Kasi i Mikołaja. A co się działo przed podjęciem decyzji! Inga czuła takie zmęczenie, iż miała wrażenie, że po prostu przewróci się któregoś dnia i umrze. Feliks najwyraźniej przemyślał pewne sprawy widząc, że żona naprawdę usypia na stojąco. Usiedli któregoś dnia z długopisami, kalkulatorem, rachunkami i liczyli, liczyli, liczyli.

– Jeśli odłożę spłatę kilku należności na drugą połowę miesiąca to możemy pojechać na dwa tygodnie – oznajmił.

Inga gotowa była przeżyć ten czas o chlebie i wodzie, byle tylko móc chwilę odetchnąć od codziennego koszmarnego stresu. Postanowiła nie myśleć o przyszłości przez ten czas urlopu. Co będzie potem – to będzie. Na wiele rzeczy człowiek nie ma wpływu. Ale teraz ona musi odpocząć, wyspać się, odwrócić uwagę od wszelkich gnębiących ich nieszczęść i skupić się na pozytywach. Tak ma być i już! Inaczej – skąd weźmie siły na dalsze życie?

Wyruszyli więc w drogę. Inga do ostatniej chwili nie wierzyła, że się uda. O dziwo, teściowa chętna była do wyjazdu, sama się pakowała przez cały tydzień. Inga wypisała na kartce co starsza pani powinna ze sobą zabrać i dała mężowi z prośbą, by przypilnował matkę. On kartkę przekazał, ale nie sprawdził czy zawartość torby zgadza się z zapiskami z kartki. Inga się tym nie przejmowała, pomyślała, że da teściowej swoje rzeczy w razie potrzeby. Poza tym Kasia mówiła, że w mieszkanku  jest wszystko co potrzeba, ciuchów dużo i zawsze coś można sobie dobrać i pożyczyć w miarę potrzeb.

Jechali siedem i pół godziny. Czyli wcale nie tak długo. Inga bała się podróży, przecież teściowa i dwa psy w ciasnym samochodzie to trudna sprawa. Niemniej jednak pragnienie wyjazdu przezwyciężyło wszelkie obawy. Upał był ogromny, lecz podczas jazdy powiew powietrza wpadającego przez otwarte okna pozwalał go znieść. Zatrzymywali się, żeby psiaki mogły rozprostować łapki i załatwić swoje sprawy, napić się, skonsumować przysmaczek i jakoś było. Ziały z gorąca, a teściowa cały czas powtarzała, że się męczą.

– Mamo, psy w ten sposób regulują sobie temperaturę. Masz wodę, możesz im łebki zmoczyć co kilka chwil, będzie im lepiej.

– Ale ona się męczą – biadoliła. – Stań, Felusiu, im się chce pić.

– Piły przed chwilą – mruknęła Inga.

– Ale one się męczą – powtarzała pani Wala.

– Ja też się męczę – burknął Feliks. – Nie mogę się co chwilę zatrzymywać, bo nigdy nie dojedziemy – dodał głośno.

– Ale one się męczą – powtarzała staruszka.

– To co, mam je wyrzucić z auta? – nie wytrzymała Inga.

Na chwilę pomogło. Psy ułożyły się jak mogły najwygodniej. Zorka spała. Zadzior trochę wyglądał przez okno, oparł pysk na siedzeniu Feliksa i zapatrzył się przed siebie. Może jakieś wspomnienia się w nim odzywały, może przypomniała mu się jazda na jakąś akcję z czasu, gdy jeszcze nie był rencistą, ale służącym psim policjantem? Ocknął się, westchnął, rozejrzał się jakby sprawdzał gdzie jest i z kim. Przyjrzał się uważniej śpiącej Zorce i poszedł w jej ślady.

Feliks z Ingą jeszcze w domu ustalili, że nie pojadą przez Kraków. Miasto jest rozkopane, jedynie stali mieszkańcy mogą się rozeznać gdzie aktualnie można przejechać, a gdzie droga jest zamknięta i trzeba kluczyć objazdami co jest bardzo trudne do przeskoczenia dla przyjezdnych. Do tego w upale stanie w korkach ze starszą osobą i psami na tylnym siedzeniu – to horror po prostu. Postanowili więc pojechać na Nowy Sącz omijając Kraków.  Wcale nie było tak łatwo, pomijając burzę i ulewę napotkane po drodze i to dwa razy te same z prostej przyczyny, że trzeba było zawrócić i jechać z powrotem ponieważ Inga – czyli pilot – zagapiła się. Zwyczajnie nie spostrzegła znaku z nazwą miejscowości, w której stronę mieli skręcić. Nic to, udało się, dojechali cali i zdrowi. Jak dotrzeć do bloku na Osiedlu Kasia bardzo dokładnie wytłumaczyła, wyrysowała, pokazała zdjęcia więc nie mieli problemu z odnalezieniem właściwego numeru. Nawet miejsce na parkingu się trafiło, niedługo potem nie było ani jednego, mieli szczęście.

Psy były zmęczone podróżą. Zorka dodatkowo zestresowana, prawdopodobnie miała jakieś złe wspomnienia  z poprzedniego życia czyli z okresu zanim zamieszkała z Zadziorem i resztą obecnej rodziny. Na górę weszła o własnych siłach co było miłym zaskoczeniem. Ostatnio miała problemy z chodzeniem po schodach, Feliks nastawił się, że będzie ją wnosił na rękach na górę. A tu proszę! Sama pokonała schody! Trochę przodem, trochę tyłem ale dała radę. Była z siebie dumna i zadowolona, bo wszyscy bardzo ją chwalili.

Teściowa pomału wchodziła ciężko dysząc, Inga dyszała wcale nie mniej podczas wędrówki do góry, tylko Zadzior wchodził spokojnie, z godnością, bez specjalnego wysiłku. Feliks wniósł torbę matki. Usiedli na chwilę, odpoczęli i chcieli oboje pójść po resztę bagażu, w końcu zawsze się tego uzbiera cała masa, a szczególnie drobiazgów dodawanych w ostatniej chwili.  I tu Zorka wpadła w rozpacz. Widząc, że oboje opiekunowie chcą wyjść zostawiając ją, chwyciła Ingę (była bliżej drzwi) łapkami za rękę, lizała i piszczała wyraźnie mówiąc, żeby jej nie zostawiać.

– Zorka, Zorunia, maleńka, zaraz wrócę. Czekaj, zostań i czekaj – powiedziała, delikatnie wyswobodziła się z uścisku suni i pobiegła w dół schodami.

Zorka tak samo prosiła Feliksa, lizała, chwytała łapkami i płakała. Nie zwracała uwagi ani na Zadziora ani na panią Walę, która coś do niej mówiła. Ponieważ jednak Feliks opuścił mieszkanie, wyskoczyła na balkon i zaczęła zawodzić. Zadzior widocznie postanowił wesprzeć przyszywaną siostrę, bo wyszedł za nią i zadudnił basem na całą okolicę. Inga szła na górę z taką szybkością na jaką tylko mogła się zdobyć, aby uspokoić czworonożne towarzystwo. Potem już Feliks sam zchodził po resztę bagażu.

Inga rozpakowała torbę z własnymi rzeczami, Feliks bagaż osobisty ułożył na półce w szafie. Teściowa swoją torbę zabrała do pokoiku, w którym miała spędzić czas pobytu w ukochanym miasteczku Kasi. Inga poczuła, że teraz wreszcie może głęboko odetchnąć. Włączyła czajnik, zagotowała wodę na herbatę. Zjedli maślane bułeczki zabrane z domu i usiedli na balkonie.

– Kotuś, jak tu ślicznie – rozejrzała się z zachwytem.

– Pięknie – przyznał Feliks. – Ale ja jestem zmęczony, kochanie, pójdę się na chwilę położyć. Jutro będę podziwiał całą duszą.

– Idź, idź, w końcu tyle godzin za kierownicą przy maksymalnie skoncentrowanej uwadze może każdego wykończyć.

Feliks położył się na wersalce, przymknął oczy i odpoczywał. Teściowa rozpakowywała się w maleńkiej sypialence. Co chwilę podchodziła do szafy, której tył stanowił ścianę pokoiku oddzielającą sypialenkę od przedpokoju. Nieźle to Kasia z Mikołajem wymyślili – pomyślała Inga. Bez dodatkowych kosztów oddzielili kącik do spania, połączyli przyjemne z pożytecznym.

– Mamo – mówiła kilkakrotnie, – tam nie ma żadnych twoich rzeczy. Zrobię ci zaraz miejsce na półce, żebyś mogła rozpakować torbę i tam sobie wszystko włożysz…

Jak grochem o ścianę. Pani Wala co chwile wracała do przedpokoju, odsuwała drzwi i przyglądała się wiszącym ubraniom. Inga podniosła się, ułożyła na jednej półce swoje rzeczy drugą zostawiając dla teściowej.

– Mamo, tu będzie twoja półka. Połóż sobie co chcesz, żebyś wiedziała co masz.

Rano wstali oboje wcześnie chcąc wyjść z psami jak najszybciej, żeby nie stresowały się niepotrzebnie w nowym miejscu. Noc nie minęła spokojnie, bowiem Zorka kilkakrotnie  próbowała wejść na wersalkę i spać w łóżku. W domu nie było takich problemów, tu jednak musiała czuć się niezbyt bezpiecznie, chciała być jak najbliżej opiekunów.

Inga zalała kawę w kubeczkach, z których jeden miał środek w kolorze pomarańczowym, drugi turkusowym. Sobie zrobiła w tym drugim, turkus był jednym z jej ulubionych kolorów..

Teściowa jeszcze spała.  Feliks wypił kawę i położył się w ubraniu na pościelonej i przykrytej narzutą wersalce. Psy ułożyły się  na swoich posłaniach trochę zmęczone dłuższym niż zwykle porannym spacerem po pięknym Parku Górnym, którym Inga zachwycała się na każdym kroku. Zorka przyglądała się jak opiekunka zrobiła sobie drugą kawę, potem usnęła już zupełnie spokojna. Kawa smakowała Indze niebywale, pewnie ze względu na wodę zupełnie inną niż w domu. Stwierdziła też, że po umyciu tutejszą wodą włosy stały się miękkie i jedwabiste. Usiadła na balkonie, wygodnie umościła się w wiklinowym fotelu. Fotele, które Kasia dostała od Teresy i przywiozła tutaj były dwa, stare  i pamiątkowe. Dlatego takie, że Teresa kupiła je za pieniądze uzyskane za pierwszą wydaną powieść. Inga najpierw usiadła prawie z nabożeństwem, potem zaśmiała się głośno sama z siebie i później siadała już normalnie. Do kompletu był wiklinowy, okrągły stolik również przywieziony z Ursynowa. Na malutkim balkonie nie mieściło się nic więcej. Żeby rozłożyć suszarkę z rozwieszonym praniem trzeba było jeden z foteli wstawić do pokoju.

Inga upiła łyk kawy, z rozkoszą wciągnęła w płuca poranne powietrze pachnące świeżością, zielenią, drzewami i czymś nieokreślonym, czego nie ma w mieście. Może swobodą i wolnością?

Na wprost miała obie trasy zjazdowe z Palenicy. Bardziej z prawej – czteroosobowe siedzenia kolejki linowej równolegle przemieszczające się w górę i w dół. Niebo od strony słowackiej zaczęło się rozjaśniać, chmury o ciemnej dotąd, ołowianej barwie zmieniły odcień na  gołębi. Miejscami  nawet zaczął się na niebie pojawiać błękit  w kilku odcieniach przebijając się przez coraz jaśniejszą szarość. Od strony Krościenka jeszcze było ciemno, nad Grajcarkiem unosiły się mgły dążące w górę  by rozpraszać się coraz bardziej na tle zieleni drzew porastających zbocze. Całkiem daleko ciemny szczyt zamykał horyzont, lecz poniżej przyciągały wzrok plamy jasnej zieleni łąk czy też hal, po których poruszały się jeszcze  jaśniejsze plamki w kolorze kremowym. Po chwili zrozumiała, że to stado owiec. Może owce  powróciły już do domów z wypasu w Jaworkach, gdzie spędzały wspólnie całe lato i teraz pojawiały się w różnych miejscach należących do ich gospodarzy, bo trawa. jeszcze zielona była i widocznie smaczna.

Dwa jasne ptaki przeleciały znad Bryjarki w stronę Palenicy. Na tle ciemnej zieleni drzew można było obserwować ich powolny, majestatyczny lot. Prawie nie poruszały skrzydłami jakby poddawały się podmuchowi wiatru i bez najmniejszego wysiłku przemieszczały się w kierunku Dunajca. Pomału ukazywało się coraz więcej błękitnych plam na szarym niebie, coraz więcej słonecznych promieni ozłacało świat wydobywając z otoczenia dotąd niewidoczne dla oka szczegóły. Oto mgły przemieszczały się tworząc ruchome, białe obłoki na tle zbocza. Osa przysiadła na wiklinowym stoliku i wyraźnie słychać było odgłos jakby gryzła starą wiklinę. Pod balkonem zaczęły pojawiać się psy wyprowadzające na poranny spacer swoich opiekunów. Bieliła się smukła wieża kościoła, czerwieniły  i brązowiły się dachy domów. Po chwili słońce zalało swym blaskiem inne miejsce, inną partię domków wydobywając je z mroku i prezentując oczom Ingi cały ich nieopisywalny, niemożliwy do opowiedzenia urok. Co minutę dosłownie zmieniał się widok i zmieniały się barwy dnia.

Teściowa zaczęła się ruszać w sypialence. Dochodziły stamtąd szelesty, szuranie, raptem  wszystko umilkło i dopiero po pewnym czasie pani Wala udała się do łazienki. Pewnie się zastanawiała gdzie jest… Trzeba przygotować śniadanie – pomyślała Inga i podniosła się z wiklinowego fotela z żalem opuszczając balkon. Ale cóż robić, siła wyższa.

Wracając z psami z porannego spaceru przystanęli przy delikatesach niedaleko domu. Feliks został z psiakami na zewnątrz, ona weszła do środka. Uwielbiała sklepy w małych miasteczkach. Sprawiało jej wielką przyjemność robienie zakupów w takich miejscach. Kupiła świeże bułeczki, masło, pomidory, pierogi z serem na obiad, śmietanę. Tak na szybko, potem sprawdzi co i jak, zobaczy co Kasia ma, co trzeba dokupić, co odkupić potem, bo przyjaciółka kazała używać wszystkiego co tylko jest w domu, żeby się nie przeterminowało.

Bułeczki pachniały tak, że już po drodze miała ochotę wyjąć jedną i zatopić zęby w chrupiącej skórce. Na pierwszy rzut oka było widać, że na pewno są chrupiące, muszą takie być! Feliks przekroił bułeczki, Inga pokroiła pomidora, cebulkę, dwa ząbki czosnku obrała dla siebie i dwa dla męża. Teściowa czosnku nie lubiła, ale na wszelki wypadek Inga spytała czy dla niej też. Wymowny grymas był odpowiedzią, dopiero potem wyszemrała: „nie”.

– Jakie to pyszne – wymamrotała Inga między kęsami rozkoszując się smakiem bułki z czosnkiem i pomidorem. –  Uwielbiam to, całe wakacje w dzieciństwie nie potrzebowałam niczego  innego na śniadanie.

– Niestety, tylko w wakacje można było jeść czosnek bezkarnie – skinął głowa Feliks.

– Albo na urlopie, skarbie. Jesteśmy przecież na urlopie. A skoro jemy oboje to przecież nie ma problemu. Gdyby jadło tylko jedno z nas, no, tu mógłby się pojawić pewien problem – uśmiechnęła się do męża nad stołem.

Teściowa siedziała pośrodku, na siedzisku narożnika i jadła nie odzywając się wcale.

– Mamo – powiedział Feliks. – Po śniadaniu pójdziemy na spacer, dobrze?

– Dobrze – zgodziła się, na twarzy nie było widać żadnych emocji.

– Pójdziemy przez Park, koło Dworku Gościnnego, koło Inhalatorium do placu Dietla. Posiedzisz sobie na ławeczce jeśli się zmęczysz, napijesz się wody mineralnej…

– Dobrze – powtórzyła starsza pani ku zdziwieniu syna i synowej.

Rzeczywiście, po chwili oznajmiła, że jest gotowa do wyjścia.

– Mamo! Ty chcesz w tym iść? – wykrzyknął Feliks spojrzawszy na matkę. – W tej bluzce? Nie widzisz, że jest brudna jakbyś nią kurze wycierała?!

Inga zerknęła ukradkiem, żeby teściowej nie rozzłościć.

– Przebierz się, mamo, ja ci wypiorę tę koszulkę – powiedziała spokojnie.

– Ale w co? – zatroskała się pani Wala.

– Zobacz co masz w torbie, ja nie wiem co zapakowałaś. Przecież Felek dał ci kartkę ze spisem rzeczy, które powinnaś ze sobą zabrać.

– Nie wiem co mam.

– Otwórz torbę i sprawdź.

Teściowa poszła do sypialenki, poszurała czymś i wyszła.

– Nic nie mam – oznajmiła.

– Jak to nic nie masz? Kotek, idź z mamą, pomóż jej szukać – zwróciła się do męża.

Po chwili usłyszała zirytowany głos.

– Mamo, dałem ci kartkę! Pakowałaś się przez cały tydzień i nie wzięłaś ubrania na zmianę? To w czym będziesz spać? W kurtce?

– Feluś, nie denerwuj się –  zawołała z kuchenki, a właściwie mikroskopijnego aneksu kuchennego. – Dam mamie moją bluzkę, niech ubierze i idźcie już. Szkoda czasu i nerwów.

Wreszcie wyszli z mieszkania. Inga głęboko odetchnęła jakby pozbyła się gniotącego ją ciężaru. Poczuła się wolna i szczęśliwa w tej konkretnej chwili. Zrobiła sobie jeszcze jedną kawę i znów usiadła na balkonie. Zaczarowało ją to miejsce, mogłaby tak siedzieć i siedzieć, patrzeć i patrzeć… nawet do końca świata… Z góry widziała jak teściowa idzie uczepiona jedną ręką ramienia syna w drugiej dzierżąc kij do nordic walking. Prezentowała się nadzwyczaj korzystnie jak na swoje lata. Zdjęła z twarzy maskę znudzenia, niechęci, wiecznego cierpiętnictwa i od razu stała się sympatyczną starszą panią. W białych spodniach, koszulce Ingi w białe i grantowe paski, z białymi klipsami w uszach, które miały za zadanie przysłonić aparat słuchowy – naprawdę nie wyglądała na zwykłą jędzę. Tak pomyślała i zaśmiała się głośno zorientowawszy się jakiego użyła określenia. Nieładnie, skarciła samą siebie, nieładnie tak myśleć i mówić. Może coś się zmieni w zachowaniu teściowej? Wprawdzie Kasia mówiła, że nie ma szans na poprawę, lekarz teściowej też, ale może choroba zatrzyma się, przystanie na jakiś czas i da im trochę wytchnienia? Nic to, co będzie to będzie, teraz są na urlopie w pięknym miejscu. I pogoda jak na zamówienie się trafiła. Jest się z czego cieszyć. Przymknęła oczy, napawała się spokojem, niemal czuła jak czas leniwie opływa ją wokół z każdej strony podczas gdy zwykle pędził i trącając brutalnie popychał do przodu. Z dołu słychać było głosy dzieciaków biegających po trawie, szczeknął nieduży  piesek, dziewczyna z drugiego bloku stojąc na balkonie kogoś nawoływała. Inga otworzyła oczy zaciekawiona dziwnym imieniem tego kogoś i zobaczyła pod balkonem pięknego, młodego posokowca bawarskiego, który przybiegł na wołanie swej pani i wesoło podskakiwał. Przed blokiem przystanęły dwie kobiety wracające z  torbami pełnymi zakupów, po chwili dołączyła do nich trzecia pokazując coś w we własnej torbie. Inga nadstawiła ucha i usłyszała słowo „śliwki”. Aha, widocznie gdzieś tu sprzedają śliwki, pomyślała. Zamarzył jej się placek ze śliwkami. Tylko … tutaj się nie da upiec, dopiero w domu. I dobrze, obejdzie się, tutaj może zrobić galaretki z serkiem waniliowym i też będzie pysznie, mniej kalorii na dodatek… Jak tu dobrze, cicho, spokojnie… Ale trzeba się ruszyć, przygotować obiad. Po obiedzie ona wyjdzie z psami, może Feluś będzie miał jeszcze siłę, żeby mogli razem z nimi wyjść. Okaże się…

Okazało się, że Feliks miał siłę i chętnie wybrał się z żoną i psami na dłuższy spacer. Mało tego, opracował trasy spacerów codziennych tak, aby jak najwięcej zwiedzić i obejrzeć w tym krótkim czasie, który na zwiedzanie mogli poświęcić. Bali się zbyt długo zostawiać matkę samą, nie wiadomo co mogłaby zrobić. Pierwszego dnia wyłączyła z kontaktu lodówkę chcąc wyłączyć czajnik. W domu przecież  także wciąż wyciągała wtyczki z kontaktu  czym okropnie irytowała syna.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 10 komentarzy

25 dzień lutego 2026

Zabieram się do pisania dokładnie tak jak sójka się wybierała za morze. W poprzedni poniedziałek była pierwszy raz pani doktor, obejrzała babcię D., która wodziła za nią przestraszonym wzrokiem i trzymała obiema rękami  koszulę na piersiach nie pozwalając w pierwszej chwili na osłuchanie. Udało się dopiero gdy trzymałam jej ręce, a MS uspokajał jak mógł. W piątek pielęgniarka przyjechała pobrać krew do badania. Wczoraj (23.II) pani doktor była po raz drugi. Na podstawie wyników badań zaordynowała leki na cielesne dolegliwości. Na inne niestety leku nie ma.

Po trzech tygodniach leżenia widać spadek jak po równi pochyłej. Nie słyszy, nie rozumie co się dzieje, czuje, że jest coś nie w porządku. Ciało nie reaguje, ale to jeszcze nic. Działa samo bez udziału mózgu, w związku z czym nic nie działa jak powinno i do wanny musimy ją wkładać nawet trzy razy w ciągu dnia… Tyle samo zmieniać piżamę (właściwie bluzki od piżamy, spodni nie zakładamy), pościel… Potrafi sobie zawartość pampersa wyjąć, wtedy trudno ją do wanny zaciągnąć z tak ubrudzonymi rękami. Potem tę zawartość znajdujemy w różnych miejscach, na łóżku, na stoliku stojącym obok łóżka… MS zamówił pajacyk dla dorosłych, zapinany z tyłu, przeznaczony dla chorych na Alzheimera z tendencją do rozbierania się. Niestety, z takim przypadkiem mamy do czynienia, babcia D. ukręca guziki, albo odpina i ściąga z siebie ubranie.  Właściwie całe nasze życie obraca się teraz wokół niej. Długo się tego nie da wytrzymać choćby  z powodu braku sił, które już nie te co 20 lat temu. Po takiej akcji z wkładaniem, myciem i wyjmowaniem z wanny osoby, która nie współpracuje a wręcz utrudnia działanie czepiając się rękami czego może (wanny, krzesła, futryny, drzwi…) ledwo dychamy oboje, choć największy ciężar dźwiga MS. A powinien się oszczędzać po złamaniu…

🐈‍⬛🐈‍⬛🐈‍⬛

Musiałam się wybrać do urzędu z powodu dowodu osobistego 😄 bo mu się kończy termin ważności i będzie niezdatny do użytku 🙂 Musiałam zrobić nowe zdjęcie, nie udało się wykorzystać starego. Cóż, nie dosyć że fotka jak z listu gończego (nie byłam przygotowana do pozowania 🙂 ), to jeszcze odciski palców pobierają! Poczułam się jak na filmie. A ponieważ zdjęcie jest tak koszmarne, że i tak nikt mnie nie pozna, to się nie przejęłam nic a nic 😄 Teraz czekam na sms kiedy dowód będę mogła odebrać.

🐈‍⬛🐈‍⬛🐈‍⬛

U Małego pojawiła się nowa lokatorka, niby tymczasowa, ale wiadomo, że od razu została obdarzona miłością i się zadomowiła. Oczywiście znaleziona i przygarnięta, jak wszystkie. Bimbuś był ze schroniska, Burbon ze Szczawnicy, sam przyszedł za Małym spod Bereśnika i został. Teraz jest śliczna sunia dwojga imion Brandy-Rumi. Dlatego dwojga, że Mały dał jej imię zgodnie z psią rodzinną tradycją na literę „B”, zaś Pańcia nazywa ją po swojemu. Niestety nie mogłam jej jeszcze w naturze zobaczyć. Gdybym miała prawo jazdy… ciągle powtarzam, że to będzie pierwsza rzecz, jaką zrobię w następnym wcieleniu w możliwie najkrótszym czasie 😄😄😄 Mobilny jest tylko MS, zaś ja przemieszczam się piechotą lub autobusem w razie konieczności, oby jak najprędzej, bo jedna osoba z babcią D. rady sobie nie da w razie kolejnej „afery”.

🐈‍⬛🐈‍⬛🐈‍⬛

Przez ostatnie dni nawet ulubionych podcastów na YT nie wysłuchuję, nie jestem w stanie skupić uwagi. Ogólnie wiem co się dzieje, lecz zmęczenie nie pozwala się w pełni angażować. Telefon jest usłużnym sprzętem, bo będąc stale pod ręką pełni rolę okna na świat, a także podrzuca sam  z siebie gotowe filmiki ze zdjęć, które mogę na kanał wrzucić. Korzystam z jego „artystycznej działalności”, bo do własnej nie mam weny. Dzięki telefonowi mogę pokazać śliczną pysiulkę 🐕

🐈‍⬛🐈‍⬛🐈‍⬛

Dziś już środa, nie wiadomo kiedy przeleciały dni. Śnieg wreszcie stopniał i choć straszą chłodem oraz mrozem, mam nadzieję, że przepowiednie się nie spełnią i będę mogła przystąpić do porządkowania ogródka. Ciekawa jestem co przetrwało te okropne mrozy, a co będzie trzeba usunąć. Oczywiście o roślinach myślę. W poprzednią zimę okryłam co się dało i nie było takiej potrzeby, bo zima okazała się lekka. Tym razem niczego nie okrywałam a zima pokazała co potrafi 🙁 W każdym razie dzień jest dłuższy i dla mnie to powód do radości. Smutno zaś mi z tego powodu, że Calineczka nie może spędzać u nas weekendu, ale przecież nie można dziecka narażać na oglądanie takich scen z jakimi mamy do czynienia kilka razy dziennie. Do końca życia miałaby koszmary 🙁 Nic to, Baśka, nic to,  widać taki los pisany i trzeba wytrzymać.

🐈‍⬛🐈‍⬛🐈‍⬛

Był Dzień Kota, stąd motyw – jakby Franek 🐈‍⬛ 😀

26-go lutego mija kolejna rocznica odkąd w 2020 przestałam jeść mięso (jeszcze tylko nad rybami się znęcam 🙁 ). 27-go z kolei rocznica rozpoczęcia życia z Bloxem. Pamiętacie jeszcze Bloxa? To było w 2017 roku, kiedy się odważyłam napisać pierwsze słowa. Ileż się od tego czasu zmieniło! A potem szaleństwo z przenosinami na inne – nie wiem – platformy? Ja wylądowałam na WordPressie dzięki Dużemu, który mnie ratował podczas tego bloxitu. Część z Was też, część na Bloggerze. Nie wyobrażam już sobie życia bez naszej blogowej rodzinki, choć teraz mam problem z normalnym, codziennym odwiedzaniem Was, lecz myśli i życzenia od Was pomagają przetrzymać tę życiową próbę.  Dziękuję za każde dobre słowo, za wszystkie przesłane życzenia i ciepłe myśli, które odczuwam całym sercem ❤️❤️❤️

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 22 komentarze