Już październik 🦚

Wrzesień minął, kiedy? Już nie ma się co rozwodzić nad szybkością uciekającego czasu, lepiej się zatrzymać póki można i kiedy można, i dopóki w ogóle można… w tym pędzie codziennym, pod wpływem bombardujących nas ze wszystkich stron katastroficznych wieści dotyczących każdej dziedziny życia. Na dodatek spojrzałam nieopatrznie w lektury Werci i z przerażeniem sobie przypomniałam „Inny świat” i „Zdążyć przed Panem Bogiem”, i też wspomnienia Zosi Tarkocińskiej o zsyłce, które zawarła w książce „Ociosani”… a to wszystko jawi się jako przerażająca możliwość powtórki z historii. Zresztą dla mieszkańców Ukrainy już stała się rzeczywistością. O naszym własnym podwórku szkoda mówić… żal serce ściska, że „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi” przez całe wieki …

Jesień nic sobie z ludzkich rozterek nie robi, w przerwach między deszczami pokazuje swą urodę i na tym się zatrzymam, to mogę zrobić.

Astry spotykane po drodze podczas spacerów z psiepsiołkami kochanymi.

Szilka wyraźnie lepiej się czuje, nie chodzi z podwiniętym ogonkiem, nawet nim macha 😀 i podskakuje od czasu do czasu, po schodach wchodzi raźniej 😀 Skitek jak to Skitek 😀 idzie powoli człapu człapu człap, najchętniej je i śpi 😀

… Szilunia w liściach 🙂 …

… Skituś i liście 🙂 …

Lucia  https://pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/   u siebie wspomina Filipinki (zespół), a mnie wpadł w oczy artykuł z chyba 2014 roku (wtedy kupowałam mnóstwo kolorowych pisma dla babci D) o Alibabkach. Nie będę streszczać tylko zrobiłam fotkę i ciekawa jestem kto pamięta o tych (ówczesnych) dziewczętach?

🌞🌞🌞🌞🌞

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa 🌺🍀🌺 dobrego tygodnia życzę i posyłam moc Ciepłego i Puchatego każdemu, kto tu zajrzy 🌞💗🌞

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 7 komentarzy

21 lat temu w Krynicy Górskiej 🌞

27.12.2001 czwartek / O 6.05 pociągiem z Dworca Centralnego  jechaliśmy do ok. 13.30 i taksówką na miejsce przeznaczenia. Mieszkamy w pensjonacie „Leśna Polana”. Głowa pękała mi przez całą drogę aż do teraz (ok. 17.30 jest). Wreszcie wypiłam kawę i chyba mi lepiej. Kupiliśmy kawę, herbatę, słodycze i nareszcie siedzimy w pokoju w oczekiwaniu na kolację. Mamy już plan miasta i okolic, możemy więc od rana ruszać w drogę. Śnieg jest piękny, lekki mrozik, duży ruch ludzi i samochodów, kolorowe, świąteczne dekoracje…

28.12.2001 piątek / Pierwszy dzień spędziliśmy na poznawaniu miasta. Szliśmy ulicą Pułaskiego, Zdrojową, Kraszewskiego. Poszliśmy też w górę ul. Polną, minęliśmy żydowski cmentarz lecz nie doszliśmy do kościoła Baptystów. Minęliśmy go nie wiadomo kiedy i gdzie.  Śniegu taka masa, że z wydeptanej ścieżki nie dało się zejść na krok, bo śnieg górą do butów się wsypywał. Zrobiliśmy kilka zdjęć. MS kupił widokówki w pijalni, która jest duża i ładnie wewnątrz zagospodarowana: mnóstwo zieleni, sklepiki z pamiątkami, z pszczelimi produktami, z fotelami do masażu kręgosłupa, z różnymi innymi  urządzeniami elektrycznymi do masażu, nawet irydolog stawiający diagnozy. Obiad zjedliśmy w  „Krakusie”. Tradycyjnie – filet kurczakowy, frytki i pyszne grzane wino.

Pensjonat „Leśna Polana” na ul. Świdzińskiego jest ładnie położony, wysoko. W pierwszej chwili zdawało się daleko od miasta, ale już dziś inaczej odebrałam odległość. Nie jest tak źle. Idąc pod górę mam wrażenie, ze jestem w Szczawnicy i się wspinam…

29.12.2001 sobota / Piechotą weszliśmy na Górę Parkową a zjechaliśmy kolejką. Ku mojemu zaskoczeniu kolejka jest nie linowa ale szynowa. Duże wagoniki mieszczą ponad 30 osób. To znaczy kiedy kupowaliśmy bilety był napis, że jest 30 miejsc, w miarę napełniania się wagonika napis się zmieniał. Zjedliśmy na górze ”U babci Maliny”. MS kiełbaskę z rusztu (chodziła za nim od przyjazdu), a ja placki z sosem pieczarkowym. Dumna jestem z siebie, bo się nie skusiłam na szaszłyk i wygrałam sama ze sobą i z własnym łakomstwem. Po powrocie do pensjonatu wypiłam pyszną herbatkę, odpoczęliśmy nieco, po czym wyruszyliśmy do Parku Słotwińskiego oglądając wszystko po drodze. Park zasypany śniegiem, pijalnia stara, drewniana, piękna. Ciemno się zrobiło, nie mogłam zrobić zdjęcia.

30.12.2001 niedziela / Zrobiliśmy spacer ul. Pułaskiego obok Kopca Pułaskiego, który nie był udostępniony zwiedzającym z powodu przeprowadzanych prac renowacyjnych. Potem w bok, na Górę Parkową bardzo łatwym podejściem w niepowtarzalnych warunkach – śnieg, olśniewająca jego biel w słońcu, czapy śnieżne na wszystkich drzewach, świerki ustrojone niczym choinki, wszędzie biel, biel i nieskazitelna czystość. Widoki jak z bajki. Z góry zjechaliśmy kolejką, obiad chcieliśmy zjeść w karczmie lecz był mały wybór i znów wylądowaliśmy w „Krakusie”. MS zjadł szaszłyk, ja filet. Moja mięsożerna część jest zaspokojona, a druga – pełna niesmaku.

31.12.2001 poniedziałek / Ulicą Zdrojową doszliśmy do ul. Cmentarnej i bardzo ładnej cerkwi. Potem z powrotem  weszliśmy na ulicę Zdrojową i do Halnej, i kawałek w górę ile się dało. Dalej śnieg się zapadał pod nogami, gdybym stanęła całym ciężarem to byłby powyżej kolan. Staliśmy sobie i patrzyliśmy na Krynicę, na górę Holica, na wszystkie inne, które było widać. Piękne widoki, wszędzie śnieg, pociąg (jak „gąsienice” w Tenczynku) – wjeżdżał na stację. Dachy pokryte śniegiem, wszystkie białe innych barw nie widać. Obiad zjedliśmy znów w „Krakusie”, ja filet, MS pomidorową i szaszłyk. Śnieg się „rozsypał” i sypał przez całą noc aż do południa następnego dnia (bo piszę już 1.01.2002)

Sylwestra spędziliśmy w pokoju, oglądając z okna sztuczne ognie i światła reflektorów na Górze Parkowej, zaś w tv Marylkę Rodowicz w programie o hiszpańskiej muzyce. Nawet potańczyliśmy trochę, choć MS nie lubi 😊

Potem poszliśmy ul. Pułaskiego do ul. Leśnej i w górę, ulicę kończył wyciąg narciarski, wdrapaliśmy się jeszcze wyżej aż do Osady Leśnej. Przez cały czas sypał śnieg. Widoki bajkowe, nierealne. W budynku ośrodka po lewej stronie – poprawiny Sylwestrowej zabawy i orkiestra grająca przeboje Golców. Obiad znów w „Krakusie”. Chyba się trochę podziębiłam, męczy mnie kaszel i katar.

2,3,4.01.2002 środa, czwartek, piątek / Spacery po mieście, Muzeum Nikifora, mróz -16 st., znowu sypało wciąż i bezustannie. Wieczorem i w nocy nie było prądu. Ogólnie – ładnie tu jest, ale wciąż porównuję Krynicę ze Szczawnicą i naprawdę nie mam ochoty przyjechać tu po raz drugi. To nie moja bajka, nie moje miasto. Gdybym przyjechała tu wcześniej i do tego latem albo wiosną – z pewnością bardziej by mi się podobało. Teraz przechlapane, tęsknię za Szczawnicą i złoszczę się w duchu, że nie tam jestem.

5.01.2002 sobota powrót 🙂

… biały pensjonat (drugie zdjęcie od lewej) to „Leśna Polana” …

… na dole w środku to dom Nikifora i muzeum jednocześnie …

Takie zdjęcia znalazłam z Krynicy. Pojechaliśmy tam, bo koleżanka z pracy zachwycała się Krynicą, więc postanowiliśmy ją zwiedzić. Najbardziej zapamiętałam domek Nikifora, pijalnię, kolejkę wagonikową. Tam też (czyli w Krynicy) spotkaliśmy Andrzeja Grabowskiego, który jechał samochodem – na występ zapewne – i MS mu coś tłumaczył jak kierowca kierowcy. Oni (kierowcy) inaczej widzą świat niż takie cudaki jak ja, co to piechotą wszędzie dojdą, ale wytłumaczyć komuś za kółkiem ni czorta nie potrafią którędy dotrzeć do celu.

Jak widać specjalnie się nie wysilałam robiąc zapiski, nie miałam chęci. Pamiętam, że wysłałam powieść na jakiś konkurs i byłam zła, bo ta co zwyciężyła wcale mi się nie podobała. Zrezygnowałam z takich zabaw na zawsze.

🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀

Na zdjęciach śnieg, za oknami powinna być piękna, kolorowa jesień. A jaka będzie to się dopiero okaże. Straszą znowu zimnem i deszczem co mi się wcale nie podoba. Może się pomylą 🌞🌞🌞

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa 😘 Życzę zdrowia i dobrego tygodnia🌺💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 18 komentarzy

Hi hi, znowu baba 😃

Dawno temu za górami,

za rzekami, za lasami

stała sobie mała chatka,

w chatce tej mieszkała babka.

Babka strasznie była stara.

Już nie starczyło zegara

by pokazać wiek jej cały,

(fakt, ten zegar był zmurszały 😉)

Raz się wkradły krasnoludki,

takie małe, śmieszne ludki,

stary zegar przekręciły,

babie figiel wnet zrobiły.

Na cyferblat baba patrzy.

– Co za diabeł? Co to znaczy?

Przecież mnie już stanął licznik,

a w zegarze jestem śliczna!

Wzięła baba okulary.

  • Oj, jam stara, zegar stary,

kto mi taki figiel zrobił,

staruchę w młódkę przerobił?

Ubawiły się krasnale.

– Ty się babo nie smuć wcale,

ważne, żeś jest w duszy młoda

na zmartwienie czasu szkoda.

Baba chwilę pomyślała

i głośno się roześmiała.

– Macie rację, wy maluchy,

nie wpuszczę do duszy pluchy,

więcej gniewu ani złości

już w mym sercu nie zagości.

Gdy tak rzekła słonko mile

zaświeciło dłuższą chwilę.

Patrzy baba do lusterka

I nie wierzy, dalej zerka.

Słonko babę ozłociło

i coś w babie się zmieniło:

znikły zmarszczki, krzywe zęby

już nie straszą prosto z gęby,

a gęba się rozjaśniła,

jakaś lepsza się zrobiła.

Krasnale się ubawiły,

że tak babę odmieniły

w bardzo przecież sposób prosty:

wyjmując jej z duszy osty,

ciernie różne, gniewy, złości,

a gdy w sercu to nie gości

baba inna się zrobiła

i nawet z wyglądu miła 😀

Uff – westchnęła z ulgą baba –

Wiem co robić mi wypada.

Będę politykę chrzanić,

nie dam więcej się omamić,

pójdę swoją prostą drogą,

by nie zranić już nikogo.

Jak wyglądam? Wszystkim wara!

I co z tego, żem jest stara?

Teraz będę sobie  panią,

może Anką, może Anią,

każdy krok mój niesie pokój,

wokół mnie jest cisza, spokój.

Przy oknie baba stanęła,

starą płytę wyciągnęła,

 stary gramofon włączyła,

cały wieczór przetańczyła.

🌺🌹💗🌺🌹💗🌺🌹💗

Baba życzy dobrego tygodnia i dziękuje za odwiedziny 🙂😘

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 27 komentarzy

Wrześniowe różności 🌞

Tydzień znowu przemknął i nie wiem kiedy to zrobił. Miałam kilka pomysłów na tematy wpisów, ale gdy już wiedziona szczerą ochotą chciałam je zapisać to uciekały. O polityce cicho sza, jak jest każdy widzi i wystarczy. O wszystkich innych aspektach tejże – również.  O królowej Elżbiecie II rozpisują się media całego świata, więc gdzie ja, mały żuczek… Toć ona panować zaczęła jak mnie na świecie nie było! Skończyła się pewna epoka, a co dalej – czas pokaże. Ten sam czas, który tak nieubłaganie pędzi do przodu nikogo nie oszczędzając. Nie da się go oszukać robiąc niezliczone ilości operacji plastycznych i innych zabiegów mających powstrzymać jego działanie. Cieszmy więc się tym co jest póki jest i – nie zwracając uwagi na zewnętrzność – cieszmy się, że w duszy wciąż miłość i rock’n’roll 💗💗🎸🎸 😀😀

Czas nikogo nie oszczędza i niczego, również przedmiotów.  Zauważyłam już dawno, że jeśli stłucze się albo pęknie szklanka to w krótkim czasie kończą żywot pozostałe z tej samej serii i tak samo dzieje się  z kieliszkami. Słoiki nie podlegają temu prawu zapewne dlatego, że nie są używane do samego swego końca lecz znikają z domu w różnych okolicznościach. Poza tym pochodzą z różnych miejsc i w różnym okresie zostały wyprodukowane.

Nasze kochane psiepsioły także ząb czasu naruszył 😢  Nie powiem, że nadgryzł, bo się przed tym bronimy. Dostają karmę dla seniorów, opakowanie olejku CBD właśnie skończyły, teraz kupiliśmy preparat z glukozaminą i chondroityną.  Skituś jest wyraźnie w  lepszej formie, Szilunia jeszcze nie, ale mam nadzieję, że będzie 🐕🐕💗 Nie bardzo mają chęć chodzić po ulicy, choć czasem widoki wieczorne są niesamowite one uwagi na to nie zwracają, mają inne priorytety 😀

… idąc na wieczorny spacer do torów można zobaczyć taki zachód słońca …

Natomiast buszować w trawach, wśród ziół chyba lubią, bo sprzeciwu nie zgłaszają 😊

… bardzo mi się podoba taki gąszcz, miło będzie spojrzeć gdy zima nastanie …

Z nowości – upiekłam w starym prodiżu (oby żył wiecznie 😀) pasztet z cukinią w roli głównej i był smaczny 😊 Przepis znalazłam na blogu Pasztet pieczony z cukinii i marchewki – Swojskie jedzonko    I z czystym sumieniem mogę polecić. MS jadł i orzekł, że dobry a nie tylko, że da się zjeść 😀

… pasztet po przekrojeniu …

Miałam w lodówce tofu z bazylią i pieczarki. Utarłam je, jeszcze radamer dołożyłam, trochę otrąb owsianych i zmielonego siemienia (akurat mam) oraz jajka. Chwilę masa sobie w spokoju posiedziała w misce (o cebuli zapomniałam) i łatwo się uformowały kotleciki czyli kotoplacki 🙂 Obtoczyłam je w bułce tartej i usmażyłam. I znowu sukces, bo MS powiedział, że dobre 😊 Dla niego i babci D. robię kurczaka, ale MS próbuje moje eksperymenty i coraz częściej wyraża aprobatę 😊

…kotoplacki z pieczarek i tofu 🙂 – czyli wszelkie kotlety i placki z tofu tak nazwane przez Małgosię z http://toprzeczytalam.blogspot.com/ …

Jest okres śliwkowy i zajadamy się węgierkami. Zapragnęłam upiec ciasto ze śliwkami i poddałam się temu pragnieniu. Poszukałam przepisu na ciasto śliwkowe w keksówce i upiekłam w prodiżu (oby żył wiecznie 😀)  Przepis na ciasto ucierane ze śliwkami | AniaGotuje.pl

… jeszcze w całości…

… po pokrojeniu, smaczne bardzo było i szybko zniknęło …

Rzadko mam teraz czas na spoczęcie w wygodnym fotelu i pogrążenie się w lekturze czy we  własnych myślach. Kiedy mi się wydaje, że nadchodzi „moja” upragniona chwila – rzeczywistość robi psikusa i albo babcia D. daje o sobie znać, albo coś innego się dzieje co zaprząta całkowicie. Wreszcie gdy biorę do ręki książkę z zamiarem czytania (w spokoju) i gdy pierwsze przeczytanie zdania odpowiadają mojemu pragnieniu i oczekiwaniu – mam uczucie takiej wewnętrznej radości, wolności, wręcz uniesienia, jakbym witała prawdziwego przyjaciela po długim okresie nieobecności. Przecież – jak mawiała pewna starsza czytelniczka (urodzona tego samego dnia i roku co mój tata) – książka to najlepszy milczący przyjaciel człowieka. Nigdy jej słów nie zapomnę, bo to święta prawda 🙂

… niech nam kwiaty umilają wrzesień …

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, życzę zdrowia, cierpliwości i nadziei w kwestii przyszłości. Serdeczności posyłam i duuużo dobrych myśli 💗💗💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Małe co nieco 🥣🥘

Czas na małe co nieco po tych wspomnieniowych wyprawach 😊 Muszę przyznać, że wypróbowałam kilka nowych potraw i chętnie się podzielę doświadczeniem. Na pierwszy ogień idzie cukinia w panierce. Królowa Marysieńka robiła kilkakrotnie i była zachwycona. Skusiłam się i ja, najpierw oglądając na YT mnóstwo różnych wersji. Ostatecznie – jak zawsze – zrobiłam po swojemu używając produktów, jakie akurat miałam pod ręką. Cukinie w ilości trzech sztuk czekały w lodówce i należało je wykorzystać, aby się nie zmarnowały. Pocięłam je więc w paski jakie mi się udało, ale wcale nie wyszły takie cienkie jak na filmikach. Trudno – powiedziałam sobie i zaczęłam przeglądać zawartość lodówki uprzednio posypawszy solą pocięte paski. Znalazłam kawałek przesuszonego wędzonego radamera (zaplątał się z tyłu i nie było go widać na pierwszy rzut oka), kawałek świeżego radamera nie wędzonego i jeszcze miałam całe opakowanie rozdrobnionego cheddara. Utarłam zatem niestarte kawałki, pomieszałam z cheddarem, jajkami, ziołami prowansalskimi, solą, pieprzem i czosnkiem granulowanym. W drugim naczyniu pomieszałam mąkę z bułką tartą. Paski cukinii dokładnie „wytytłałam” w serowych jajkach, potem obtoczyłam je (też dokładnie się starałam, ale różnie wyszło) w mieszance bułki z mąką i usmażyłam na oleju. Nie uwierzycie jakie to wyszło pyszne żarełko! Na ciepło i na zimno. Już kupiłam świeże cukinie i zrobię powtórkę.

… przygotowany warsztat pracy 🙂 …

… usmażona przepyszna cukinia …

Następne doświadczenie to był pasztet/pieczeń z kaszy, właściwie takiej gotowej mieszanki kasz (oczywiście nie gotuję w woreczkach tylko wysypuję i gotuje bez plastiku). Dołożyłam pieczarki, cebulkę, jedno jajko na twardo (zostało ze śniadania) i jajka surowe plus oczywiście sól, pieprz, paprykę, czosnek. Wymieszałam, wyrobiłam i kiedy wydawało mi się, że konsystencja będzie dobra przełożyłam masę do aluminiowej foremki ze sklepu i upiekłam w starym prodiżu. Nie rewelacja (ja w ogóle nie lubię żadnych kasz), ale dało się zjeść do chleba i na ciepło na obiad.

…pasztet/pieczeń z prodiża …

… użyłam takiego mixu (żadna reklama)…

Sałatka pt. „co mi wpadnie pod rękę” – tym razem miałam ugotowane ziemniaki, jajka na twardo, ogórki surowe i konserwowe, cebulkę, do tego pieprz, sól i majonez. Bardzo smacznie było 😊

… sałatka …

Tofu rozmroziłam, posypałam obficie przyprawą do gyrosa, polałam oliwą  i włożyłam do lodówki. Po dwóch dniach sobie przypomniałam i usmażyłam na oleju na chrupko, dołożyłam podsmażoną uprzednio cebulkę, trochę masła dodałam i taki gulasz smaczny wyszedł 🙂

… tofu z cebulką…

„Kotoplacki”  zrobiłam z wędzonego tofu (utarłam), usmażonych pieczarek, do czego dołożyłam trochę sera żółtego utartego, nieco otrąb owsianych i siemienia lnianego, oraz jajko, choć bez jajka też by się kupy trzymały 😊

Drugie – bardziej kotlety niż placki – usmażyłam z utartego tofu i gotowego dodatku do burgerów, cebulkę jeszcze dałam i zupełnie przyzwoite wyszły.

… zgrabne kotleciki wyszły, dobrze się formowały …

… tego użyłam (też nie reklama) …

Ostatnia próba to podpłomyki z serem. Chodziło za mną takie coś odkąd u Hajduczka – https://www.hajduczeknaturalnie.pl/podplomyki-orkiszowe/   przeczytałam o podpłomykach. W życiu nie jadłam a tym bardziej nie robiłam. Oglądałam więc filmiki, przymierzałam się i wreszcie zebrałam się na odwagę i… zrobiłam dwa razy, bo mi serowego nadzienia zostało drugie tyle. Rewelacja! Dokładny przepis wzięłam z YT

(53) Chleb serowy zapiekany na patelni. Podpłomyk w 10 minut! Bez piekarnika, Bez drożdży, Bez jajka – YouTube

Myślę, że będę często robiła, bo to bardzo proste – choć wydawało mi się inaczej – i można różne nadzienia wymyślać, nie musi być serowe. Naprawdę nabrałam ochoty na próbowanie różnych wersji 😊

… już wyrobione, zrobione, zrolowane, rozwałkowane …

… gotowe 🙂 …

Sałatka, cukinia i podpłomyk smakowały nawet babci D. Mówię „nawet”, bo coraz trudniejsze bywają dni z babcią D.. Kontakt chwilami się urywa, problemy zaczynają się z myciem i ubieraniem, nie pomagają w życiu nawracające znowu ataki złego nastroju, prawie agresji. „Prawie”, bo w takich chwilach ma problemy z utrzymaniem równowagi i kończy się na słowach… różnych. Rzeczy do prania wyciągam podstępem, gdy nie widzi. Zdarza się, że sama wypierze bieliznę w rękach (mydłem pod kranem) po czym mokrą chowa pod poduszkę… no i takie różne hocki-klocki są na porządku dziennym. O bezustannym szukaniu aparatu słuchowego, okularów, pierścionków to już nawet nie ma co mówić. Jeszcze niedawno spisywała historię rodziny, to ją zajmowało na jakiś czas, bo co trochę zaczynała od początku. Teraz już nie, nie chce jej się…

Wrzesień się zaczął i rok szkolny też. Wrzesień to dla mnie jesień, lato to wakacje, one się kończą to i lato się kończy bez względu na kalendarz. Od razu mam w oczach Tenczynek, cudne, rozległe przestrzenie, pola częściowo zaorane, babcię kopiącą ziemniaki, zapach palonych ziemniaczanych badyli, zapach ziemniaków  przywiezionych z pola do domu połączony z zapachem ziemi… Takie wspomnienia świata, którego już nie ma… pozostał w mojej duszy tak głęboko, że często mi się śni. Ostatnio znowu we śnie wyganiałam obcych ludzi z babcinego ogródka…

Na poprawę humoru kwiaty napotkane na psim spacerze.

Nic to… życie toczy się dalej, dzieci do szkoły poszły, a co będzie  – tego nikt nie wie, dopiero się okaże. Spokoju i pokoju, i zdrowia – wszystkim nam życzę. Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Dobrego tygodnia i udanego weekendu 💗💗💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Tenczynek | 23 komentarze

23 lata temu w Szczyrku

Szczyrk, październik 1999 r.

Zapiski z pociągu. – Droga, którą jadę. Jaka jest? Piękna, zielona – zieleń w tylu różnych odcieniach, że nazwać nie potrafię. Do tego trzeba plastyka, malarza. Gdyby Królowa Marysieńka siedziała obok mnie, może umiałaby je określić. A może nie? Zmieniają się tak szybko, że nawet Marysia po prostu by nie nadążyła. No, ale dość o Marysi, została na Ursynowie.

Siedzę na miejscu 56 (numerologiczna 11). Po mojej lewej stronie młoda dziewczyna w okularach w ciemnych oprawkach, włosach obciętych do ramion, w dżinsach i szarej bluzce. Na nogach ma buty sznurowane (trapery?) identyczne jak Duży, tylko różniące się rozmiarem. Wygląda na studentkę. Naprzeciw niej kobieta trochę młodsza ode mnie w ciekawej sukience w dużą nieregularną kratę o przydymionych kolorach: czarnym, marengo, spranego ciemnego dżinsu, zgniłej zieleni i czegoś pośredniego między mleczną a gorzką czekoladą. Srebrna biżuteria, prosta fryzurka do ramion. Jedzie bez bagażu, ze sporą torebką, pewnie służbowo albo w sprawach rodzinnych. Środkowe siedzenia są wolne. Jedynie tacki z plastikowymi kubeczkami po kawie i gazety podróżują na nich. Zupełnie inaczej niż podczas naszej poprzedniej podróży do Szczyrku. Wówczas był sezon narciarski i tłok nie tylko w przedziałach, ale i na korytarzu. Ścisk, krzyk, wrzask, dyskusje i żarty młodzieży jadącej obok, wśród której czułam się jak stara ciotka.

Przy oknie naprzeciw mnie siedzi MS. Pochłonięty czytaniem gazety nie przypuszcza zapewne, że właśnie jego mam „na tapecie”. Prawą ręką trzyma „Profesjonalnego Inwestora”, lewą podparł brodę i policzek, i myśli, i studiuje, i zastanawia się jak… rasowy biznesmen na urlopie w dżinsach i w swetrze 😊 Muszę przyznać, że bardzo mu w tym swetrze do twarzy. Wyjątkowo 😊 Marszczy czoło i wprawia szare komórki w szybki ruch… 😊😊 😊

Za oknem wciąż zmienia się krajobraz. Najpierw całkiem płaski, jedyne wzniesienia to utworzone ludzkim wysiłkiem nasypy kolejowe czy podjazdy dla samochodów. Później zaczynają się pojawiać niewielkie nierówności terenu, pięknie jest. Ale mnie już cierpną nogi i dokuczają nerki. Pora zająć myśli czym innym. Może mi wpadnie jakiś ciekawy pomysł? Mogłabym tak pisać i pisać, i pisać bez przerwy i powstałaby kolejna „rzecz” będąca zapisem strumienia świadomości. Tylko po co to komu? Tworzyć należy jedynie coś takiego, co innym przynosi pożytek lub daje radość i przyjemność.

O! Pierwsza czerwona krowa! Czyżby polska wieś obudziła się? Krowy na pastwiskach są same czarnobiałe, od lat pierwszą czerwoną zobaczyłam. Traktory w polach z przyczepami i bez. Konie na szczęście czasem się pojawiają i bywają elementem – dawniej stałym – krajobrazu. Idą z pługiem albo wozem, albo zwyczajnie się pasą.. O! Druga krowa, tym razem czerwona w białe łaty 🙂

Dojechaliśmy do Zawiercia, obok torów stare, szare budynki. Część chyba w rozbiórce albo po wybuchu (nie pamiętam takich informacji, więc raczej to pierwsze), w każdym razie wyglądają jak po bombardowaniu – nagie resztki ścian, dziury po oknach, załamane stropy. Okropność, taki ponury, smutny obraz. Dobrze, że mija…

Gdyby nie było chmur wyraźnie dałby się ujrzeć smog nad Śląskiem. Zawsze kiedy jechałam tędy z tatą miałam wrażenie, że wjeżdżam w coś gęstego. Nawet słońce wydawało się być przydymione, zupełnie jak podczas zaćmienia. Założyłam okulary choć nie lubię w nich chodzić, ale przecież muszę coś widzieć. Widzę: kominy, deszcz, szarość, znowu kominy. Pociąg przyspieszył i bardziej się trzęsie. Na bocznych torach żółtoniebieskie podmiejskie pociągi, dużo wagonów towarowych. Budki dróżników koło przejazdów. Pojedyncze zabudowania, jakieś hale, może fabryczne. Długie pnie ściętych drzew na odkrytym wagonie towarowym. Budynki poniemieckie z kamienia albo z czerwonej cegły. Małe z ceglanymi ozdobnikami nad oknem (nie wiem jak się to fachowo nazywa) i duże z wieżyczkami niczym w zamku. Obok – nowe bloki, które wyglądają jakby były zrobione nie z wielkiej płyty a z płyty falistej. To Sosnowiec i Będzin.

Niektóre bloki kwadratowe, identyczne jak w Krzeszowicach, gdzie mieszka ciocia Wiesia. Przez chwile zdawało mi się, że właśnie tam jadę i za chwilę będę w Tenczynku…Tęsknota ściska serce. I co? I nic! Pociąg jedzie a życie toczy się dalej. Przecież mam uwolnić się od przeszłości. „Życie jest po to, by żyć” więc żyjmy.

Mijamy budynek z prawie czarnej cegły, okna półokrągłe u góry, charakterystyczne cztery szybki i małe dwie górne. Na bocznej ścianie rok wybudowania (chyba) – 1908. W Katowicach dłuższy postój. Ciekawa jestem czy ciocia Ela (moja chrzestna mama) jest u siebie, może niedaleko w tej chwili, a może w Tenczynku? Przy torach Katowice wyglądają w tej chwili jak przedwojenne siedlisko biedoty: brud, odrapane z tynku ściany, ślady po kulach, widać, że od wojny nie remontowane, wysypiska śmieci, menele grzejący ręce przy ognisku, może coś pieką?

MS coś do mnie mówił, ale zajęta notowaniem i własnymi myślami nie słyszałam co, musiałam się dopytać. Czytaj dalej – powiedziałam. Co to jest szczęście? Właśnie to. Ukochany mężczyzna siedzący obok czytający gazetę, oglądający wspólnie tv – to daje poczucie bezpieczeństwa takie jak w dzieciństwie…

Góry skryły się za deszczem, za zasłoną deszczu, spowite szalem chmur, otulone mgłą, gładzone pieszczotliwie smugami dymu unoszącego się z kominów. Dymy mają różne kolory: kremowy, biały, siwy, niebieski.

🌞🌞🌞

Deszcz, deszczyk, deszczysko, ulewa, mżawka, kapuśniaczek – tak jest w kółko na okrągło. Trzeba się skryć, albo się nie dać pokonać. MS ubrany w niebieskie przeciwdeszczowe ponczo wygląda bosko 😊. Dobrze, że w niebieskim, gdyby jego  płaszcz miał kolor zielony albo brązowy to w lesie straciłabym go z oczu. Autentycznie się bałam, że ślisko, że  popłynie z błotem w przepaść. A on się ze mnie śmiał, skubaniec jeden 😊 Dobrze mi, jak mi tu dobrze 😊😊 😊

Mieszkamy w „Marii” w apartamencie, jest po sezonie więc wczasowiczów mało. W pokoju są dwa fotele, ława, czarna metalowa lampa i trzy kuliste klosze, łoże wielkie, szafa z lustrem. W saloniku barek, tv, kanapa, lodówka. W łazience jest koszmarnie zimno, prysznic odgrodzony od reszty pomieszczenia zasłonką, która nie zatrzymuje ciepła. Zresztą ciepła tu nie ma wcale, brrr. „Pozostałe warunki” są dobre, „Maria” położona w samym centrum miasta, blisko pizzerie, sklepy. dom handlowy, pamiątki – wszystko w zasięgu ręki.

W pizzerii „Aga” jedliśmy kurczaka z frytkami, do tego trzy surówki – smaczne było. W restauracji „Goplana” próbowaliśmy jadło drwala w skład którego wchodził placek ziemniaczany z kawałkami mięsa, żółtym serem i ketchupem. Po zjedzeniu kawałków mięsa wołowego było mi niedobrze, stwierdzam, że mięso w smaku jest ohydne. Poza tym tak toksyczne, że źle się czułam przez długi czas.

Deszcz uniemożliwia wyprawy w góry. Mimo to nie marnowaliśmy czasu. Byliśmy wczoraj (poniedziałek) w Sanktuarium Matki Boskiej, deszcz padał bez przerwy, okutani w peleryny daliśmy radę, ale zdjęć tak pięknych jakie powinny być – nie będzie.  Nie udało się też kupić ziółek. Za to powietrze pachnie jak w Tenczynku: świeżość, ostrość, lekki zapach dymu. Nad każdym zamieszkałym domem unosi się smużka.

We środę (13.10.1999) wreszcie chmury deszczowe zniknęły z pola widzenia, wyjrzało słońce, nawet błękit pokazywał się na niebie dość często spoza dużej ilości obłoczków. Ślicznie nie do opisania. Ruszyliśmy na Skrzyczne. Dobrze mi się szło dopóki była wygodna droga. Mogę tak iść i iść jeśli wiem dokąd idę. Jeśli nie wiem – wpadam w panikę i natychmiast chciałabym się znaleźć gdzie indziej. Żaden ze mnie łowca przygód. Tak było i tym razem, kiedy weszliśmy na błotniste ścieżki, którymi z gór spływała woda i nigdzie nie było oznaczonego szlaku. Oczywiście najokropniejsze obrazy jawiły mi się przed oczami i po chwili nie wiedziałam czy to znowu wyobraźnia płata mi figle czy to rzeczywistość. Dotarliśmy wreszcie do polany, stały tam puste budynki. Okazało się, że to stacja kolejki dla narciarzy. Od tego miejsca szlak był dobrze oznaczony i już spokojnie podążaliśmy w górę podziwiając widoki zapierające dech. Patrzyłam i patrzyłam. Chciałabym wchłonąć w siebie całe to piękno… No nie, nie jestem aż taką egoistką 😊 Kiedy tak stałam mając u stóp cały świat czułam się jednością z całym tym pięknem otaczającym mnie ze wszystkich stron, wyłaniającym się na nowo zza każdego krzaka, drzewa, kępy pni, skały…

Trafiliśmy na rumowisko skalne wyglądające jak po trzęsieniu ziemi.  Skąd się wzięły olbrzymie skalne bloki  spiętrzone właśnie w ten sposób? Wspinaczka samym brzeżkiem stromego zbocza (chociaż wyraźną ścieżką) pozostawia niezatarte wrażenie.

Wróciliśmy kolejką. Piechotą nie miałabym już siły. MS chce jutro wyruszyć na Klimczok. Mówiąc szczerze mam pietra. Ze Skrzycznego można w dół zjechać kolejką, stamtąd nie 😢

Myśl, energia podąża za uwagą. Niestety, mam wrażenie, że straciłam kontrolę nad myślami. Tyle agresji, nienawiści w sobie schowałam, że nic dziwnego iż choroba do mnie przyszła i brak mi było energii życiowej. Sam doktor Nowicki stwierdził, że on tu nic nie pomoże, muszę sama. Teraz odzyskuję siły w górach. Już nie mam sińców pod oczami. Wiatr osmagał twarz, która straciła trupią bladość. Odzyskuję chęć życia i działania. Co zrobić mam? Nie przestawać  marzyć, nie rozstawać się z marzeniami. Chcę pisać, pisać, pisać….

W ośrodku FWP, czyli w „Marii” o tej porze roku same starsze panie emerytki, rencistki, my jak rodzynki, hi hi 😊 Różnorodność ich duża. Jedna – handlarka ze Stadionu, głośna, krzykliwa, przedsiębiorcza, energiczna, bez zahamowań. Dopytuje się każdego o wszystko, bezustannie zawiera znajomości. Inne – cichsze, spokojne, normalne, sympatyczne, nie rzucają się w oczy. Jedna ma piękne siwe włosy, inna utyka, bo po operacji. Uśmialiśmy się na stołówce, gdy dwie panie się pokłóciły 😊 „Z panią, proszę pani, to trudno wytrzymać w jednym pokoju!” – wykrzyczała jedna. „To pani jest wiecznie niezadowolona ze wszystkiego.” – oświadczyła druga. „Pani mi podważa opinię! Wypraszam sobie proszę pani i zakańczam dyskusję! Nie będę z panią więcej rozmawiać!”. Normalnie cyrk na kółkach. Słyszałam od Koleżanki Pracowej, że kiedy była w sanatorium to się kobitki grzałką o faceta pobiły. W końcu w sanatoriach facet to towar deficytowy, tym bardziej jeszcze taki na chodzie, hi hi hi 😊

Dzień znowu wstał razem z deszczem. Mimo to życie jest takie piękne. Tutaj jest wręcz cudnie. Chciałoby się… Co zrobić, żeby być człowiekiem wolnym? Człowiek wolny żyje jak chce, robi co chce, nie jest zmuszany do niczego chyba, że sam się zmusi, ale to już jego wybór. W jaki sposób ja mogę zdobyć wolność? Tylko przez pisanie… W nocy wciąż miewam „pracowe koszmary”…

Szczyrk od zewnątrz to turystyczne miasto. Od podwórka widać toczące się normalne życie: gumniaki, gnój, krowy, taczki, baranki, drzewo na opał, kobieta w chustce na głowie…

Podniósł się pułap chmur, może przestanie padać. Zresztą, nawet mimo deszczu, mimo wody lejącej się na nasze głowy i tak pójdziemy na spacer. Nie da się iść szlakami górskimi, ale w wyższe partie gór prowadzą asfaltowe drogi do osiedli tam wybudowanych. Mimo deszczu da się tam pójść.  Ruszył się wiatr. Może rozpędzi chmury. Wczoraj zrobiliśmy mnóstwo kilometrów, ciekawe ile. Dziś czuję nogi. W pewnej części ciała też czuję dokładnie skąd nogi wyrastają 😊 Tempo życia jest tu zupełnie inne. Nikt się nie spieszy, sklepy zamknięto o 10-ej choć powinny być otwarte, ale za to dłużej siedzi sprzedawczyni w środku. Nikt się nie złości, nie kłóci, ludzie są sympatyczni, uśmiechnięci, życzliwi.

Deszcz padał przez cały dzień, ani na moment nie przestał. Mimo to poszliśmy na wycieczkę otuleni pelerynami. Jakieś dzieci z domku w górach zawołały: „O rany, niebieskie ludzie!” 😊 Minęliśmy przystanek autobusowy Biła i kawałek poszliśmy wyżej do tego miejsca, w którym zimą siedzieliśmy na kopcu ze skalnych odłamków czy też płaskich kamieni. Wyglądało wtedy cudownie – olbrzymia, ośnieżona polana zalana słońcem. Dziś ciemno i deszczowo. A wtedy zdjęcia nie wyszły, MS kupił film na Stadionie i widocznie był oszukany, nic nie wyszło i nie mamy żadnego zdjęcia z pierwszego wyjazdu do Szczyrku.

Deszcz padał przez całą noc. W naszej „Marii” przecieka dach, lało się w łazience. Podłożyłam miskę z jednej strony, z drugiej kapało akurat pod prysznic. Dopiero nad ranem przestało padać. Niebo się zlitowało nad nami i ktoś tam zakręcił kran 😉

Zrobiło się zimno, prawie mroźnie, a rano pokazało się słońce. Ruszyliśmy w stronę Czyrnej. W sumie zrobiliśmy chyba ze 12 km. Pamiętam zimowy wygląd tamtej drogi wśród ładnych domków. Teraz mgła ograniczała widoczność, ale przecież mgła ma swój urok. Kłębiła się nad nami, pod nami, chowała, zakrywała najpiękniejsze widoki czasem tylko pozwalając zerknąć, więc i tak dużo zobaczyliśmy. Doszliśmy do końca osiedla (nie spojrzałam na mapę jak się nazywa) po czym wróciliśmy, by pójść inną drogą. To jest cudowne 😊 Wydaje się, że to koniec, las, nic więcej poza dziką roślinnością, a tu się okazuje, że następne siedziby ludzkie wyłaniają się z zieleni, albo z mgły, albo zza wzgórza.

Napotkaliśmy też taką ciekawostkę. Ogromny terem jakiegoś mafiosa, biznesmena albo innego członka rządu, pieron wie kogo. Dom – na pewno z sauną i basenem, ogrodzony dość wysokim,  szczelnym płotem pomalowanym na zielono. Udało się zobaczyć kort tenisowy, kamery, antenę satelitarną. Obok, za ogrodzeniem z siatki,  stał śliczny drewniany domek z dachem pomalowanym na taki sam zielony kolor jak płot. Byliśmy z MS zgodni, że z pewnością mieszka tam ktoś, kto opiekuje się całą posiadłością, ma w domku monitory, jest zarazem ochroniarzem, może i ogrodnikiem. Ciekawe czyje to. Nie dziwię się, że ktoś sobie wybrał to miejsce, widoki ogólnie cudne. Zeszliśmy nad potoczkiem aż do ulicy Sampolskiej, tak daleko wcześniej nie dotarliśmy.

W sobotę – niespodzianka. Zaraz po śniadaniu poszliśmy drogą między domkami nie planując żadnej trasy. Ot tak, gdzie nogi poniosą. Było pięknie, urok drogi i wygoda (wyłożona płytami) kusiły, żeby iść dalej. Chciało się sprawdzić co jeszcze jest za górką, za domkiem, za kępą krzewów, za drzewami… Doszliśmy w ten sposób aż do Orlego Gniazda. Stamtąd już zaledwie kawałek do Sanktuarium, wieżyczkę widać wyraźnie. Co za odkrycie! Staliśmy na polance patrząc w dół. Widok na góry piękny był. Na zboczach – drzewa różnobarwne, szachownice pól obramowane krzewami, domki poprzyklejane gdzieniegdzie do stoków, dalej ich skupiska bliżej miasteczka. Z oddali słychać jadący samochód, piłę mechaniczną tnącą drewno, ludzkie głosy. Nie udało mi się tylko usłyszeć głosu dzwonu płynącego z oddali i tego żałuję. Ze stoku schodziło stadko owieczek. Niestety, znowu się rozpadało. Schodziliśmy obrzuceni przez chmury sporym gradem. Jakby nam ktoś pozazdrościł tajemniczej drogi, niewidocznej z dołu dla zwykłych turystów. Bo przecież my nie jesteśmy zwykłymi turystami 😉 Jesteśmy łowcami piękna, łowcami widoków. Oboje potrafimy przystanąć, zastygnąć w bezruchu wpatrując się w cuda natury a także w cuda ludzką ręką stworzone ukazujące się naszym oczom. Nie mieliśmy aparatu, a ja okularów, przecież byliśmy tylko na śniadaniu i wyszliśmy na chwilkę… Bardzo bym chciała, żeby przestało padać i żebyśmy mogli tam jeszcze raz pójść.

Tv – nie jestem w stanie oglądać koszmarów w tv, niektóre filmy są po prostu odrażające. Może nie zawsze sama fabuła, pomysł, ale wstrętne, obrzydliwe, brutalne sceny męczenia ludzi i zwierząt. W ten sposób pokazuje się idiotom jak dręczyć inne istoty. Moim złym uczynkiem jest jedzenie kurczaka. Jeszcze nie mogę się temu oprzeć, ale przyjdzie czas, że przestanę. Ale pokazywać agresję, okrucieństwo tak, by rosło pokolenie degeneratów, które zajada chipsy albo gryzie kanapkę patrząc na śmierć na ekranie… Tak już jest, młode pokolenie w dużej mierze nie rozróżnia dobra od zła. Po prostu nikt ich tego nie nauczył. Rodzice się żrą między sobą, wyżywają na dzieciach. One zaś robią najgorsze rzeczy, żeby im dokuczyć, by się zemścić, by zaimponować kumplom, popisać się przed dziewczyną, znaleźć w grupie (jakiejkolwiek) akceptację jakiej nie znaleźli w domu… Problemów jest nieskończona ilość…

Ostatni dzień w Szczyrku. Jutro powrót i szkoda, żal. Z drugiej strony trzeba się cieszyć, że złapaliśmy ostatnie przed zimą chwile pięknej jesieni. Dziś był grad, śnieg i deszcz, wszystko. Na szczytach śnieg pozostał, widać go było do wieczora.

Wyruszyliśmy w deszczu. Byłam głodna więc zjadłam hot-doga i z pełnym żołądkiem wdrapywałam się na Biłą. Stękałam, gderałam, bo błoto, bo deszcz, bo dopóki asfalt to dobrze… okropna jestem, wiem o tym. Między domkami mogę iść i iść, ale boję się ciemnego lasu w deszczu, błocie i mgle. Na szczęście się przemogłam. Skręciliśmy w bok, w lewo szlakiem i bardzo stromym podejściem dotarliśmy do dość szerokiego leśnego traktu. I znów mnie intuicja poprowadziła 😊 MS chciał w prawo bo na szczyt, ja nie miałam chęci, bo mokro, ślisko, zimno, więc MS chciał zawrócić. Pomyślałam, że nie mogę być taką świnią, przecież muszę przełamać swój strach i głupi upór i tę złość, którą mam w sobie od zawsze, kiedy coś jest nie po mojej myśli. Na szczęście coraz częściej udaje mi się pokonać samą siebie. Umierałam ze strachu. Szliśmy, szliśmy, szliśmy i zaczęłam w duchu „zdrowaśki” odmawiać. Sceneria jak z horroru. Proste, grube, potwornie wysokie pnie głównie świerków, świecące, oślizłe od deszczu i dopiero gdzieś pod niebem, którego w ogóle nie widać, korony drzew, gałęzie iglaste. Ciemno, mgła coraz gęstsza. Szczęście, że szlak dobrze, wyraźnie oznaczony bo chyba oszalałabym ze strachu. Chciałam stąd wyjść, opuścić ten las duchów natychmiast… Wreszcie na podłożu zaczęła się pokazywać zieleń. Wcześniej nie było jej wcale, goła ziemia, błoto, słońce tam w ogóle nie dochodzi przez gęstwinę, normalnie droga do piekieł… W końcu doszliśmy do ludzkich siedzib. I okazało się, że gdybyśmy poszli w drugą stronę szlibyśmy chyba ze  trzy dni do sąsiedniej gminy, bo nie było drogi powrotnej. Tymczasem wyszliśmy na Osiedle Migdalskie. Dokładnie naprzeciw tego z drugiej strony ul. Sampolskiej (czy jak ją tam zwą) przeszliśmy wczoraj z Czyrnej. Patrzyliśmy na to konkretne Osiedle i bardzo chcielibyśmy się tam wdrapać. Zdjęć mało robiliśmy, mgła uniemożliwiała uwiecznienie tego, co najpiękniejsze. Słońce nagle, na moment ozłociło zbocze Skrzycznego uwidaczniając najcudniejsze kolory jesieni na szczytach i zboczach, śnieg – wyraźne białe zygzaki szlaków. Na samym szczycie mgła stale zmieniała kształty. Coś przecudnego 😊

W tv pokazali Zakopane, 20 cm śniegu nasypało, po drugiej stronie granicy około pół metra. Tak więc zdążyliśmy w ostatnim momencie przed zimą. Pomału osiadały duże płatki śniegu…

… baba w deszczu przed „Marią”, snuje się po miasteczku, kocha stare chatki, stary wóz strażacki wypatrzyła od razu…

… ciągle w deszczu, albo tuż przed i tuż po …

… poza babą – zakapturzony Duch Gór wyłazi z łap niedźwiedzia …

🌞🌞🌞

Szczyrk nam się podobał, byliśmy tam dwukrotnie, pierwszy raz zimą, drugi jesienią. Zapewne najpiękniej prezentuje się wiosną i latem, ale nawet podczas ciągłego deszczu daliśmy radę sporo zobaczyć i przejść  kilkoma szlakami. Okolica jest piękna i rzuca urok na wybranych. Właśnie w Szczyrku zakochał się pewien znajomy pan i postanowił kupić tam sobie mieszkanie. Jak już wiadomo, cała nasza Polska jest przepiękna, oby tylko nie ulegała ciągłej dewastacji na skutek bezrozumnych, pazernych ludzi, dla których nic się nie liczy poza nimi samymi, bo im się po prostu należy, a „po nich choćby potop”…

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, zdrowia i spokoju życzę jak zawsze, dobrych ostatnich wakacyjnych dni 💗🌞💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 21 komentarzy

22 lata temu w Szklarskiej Porębie

Do Szklarskiej Poręby wybraliśmy się  9.09.2000 r.  Wyjechać z Warszawy udało się o siódmej rano, pierwszy przystanek był w Oleśnicy Śląskiej o godz. 11.40, do Wrocławia dojechaliśmy w samo południe, a do Szklarskiej o 15-ej. Jechało mi się cudownie. MS jest wspaniałym kierowcą, prowadzi równo, spokojnie, bez zrywów. Czułam się całkowicie bezpiecznie i  zostawiłam za sobą wszelkie myśli o pracowych sprawach.

Szklarska jest śliczna – choć budyneczki są zaniedbane i proszą o remont – na każdym kroku  widać ślady dawnej świetności. Dla porównania – Wisła i Szczyrk wyglądają na nowsze, rozwijające się. Hotel, w którym mamy pokój to „Sudety”. Elegancki budynek, restauracja zamiast stołówki, dancing, cocktail-bar. Pusto w tej chwili, nie ma ludzi.

10.09.2000 (niedziela)  poszliśmy przez centrum, żeby dojść do jednej z okolicznych atrakcji, czyli do wodospadu Kamieńczyka, który jest najwyższy w Polskich Sudetach i Karkonoszach (tak przeczytałam). Najpierw pod wyciąg na Szrenicę, potem czarnym szlakiem do wodospadu. Pod wyciągiem wypiliśmy kawę. Droga powrotna wiodła czerwonym szlakiem, to główny szlak sądecki. Obiad zjedliśmy w knajpce, MS stek po amerykańsku, ja sobie wzięłam camembert w panierce z sezamu. Chyba smaczniejszy byłby w normalnej, zapomniałam, że nie lubię sezamu 😀

11.09.2000 (poniedziałek) obok wodospadu Kamieńczyk przeszliśmy dalej, w głąb Karkonoskiego Parku Narodowego i bardzo dobrze utrzymanym brukowanym szlakiem weszliśmy na Szrenicę (1362 npm). Po powrocie odebraliśmy od fotografa pierwszy film, zdjęcia wyszły dobre, nawet te w restauracji „Fantazja”, które zrobił nam rozgadany, wesoły  niemiecki turysta.

Oglądamy tv Wrocław. W którejś gminie rodzice musieli w szkole złożyć oświadczenia, że język niemiecki jest językiem ojczystym, żeby dzieci mogły się uczyć dodatkowo tego języka. Przedtem wystarczyło oświadczenie siedmiu rodziców, żeby cała klasa miała zajęcia. Teraz dzieci, których rodzice takiego oświadczenia nie złożyli są wypraszane z klasy. Zapisałam, bo dziwne to wszystko mi się wydało. Poza tym w tv podali, ze zatonął jacht ZHP „Bieszczady” staranowany przez tankowiec. Z ośmioosobowej załogi ocalała dziewiętnastoletnia dziewczyna. Niewyobrażalna tragedia.

12.09.2000 (wtorek) to miał być spokojniejszy dzień przeznaczony na odpoczynek dla naszych obolałych nóg, a w sumie zrobiliśmy więcej kilometrów niż wczoraj. Szlakiem przeszliśmy do drugiego wodospadu o nazwie Szklarka. W dole widać płynącą wodę rozbijającą, rozpieniającą się o skały, a ścieżka biegnie na samym brzeżku urwiska, które kończy się owymi porozrzucanymi głazami spieniającymi wodę. Z lewej las – a w nim te arcyciekawe skały wyłaniające się spośród drzew, albo wcale niewidoczne, omszałe, zielone o niesamowitych  kształtach, które obejrzeć dokładnie można z bliska, bo z daleka wśród zieleni ich nie widać. Stamtąd czarnym szlakiem poszliśmy jeszcze wyżej i górą wróciliśmy do Szklarskiej mijając domki, wreszcie jakieś uprawne fragmenty pól, łąkę, na której pasły się krowy.

Wydaje mi się, że tereny są raczej biedne. Widać lasy, lasy i skały, gleba chyba nieurodzajna, bo pól jak na lekarstwo, zaś domy – przed wojną piękne i pełne uroku – teraz jedynie o remont proszą, bo się rozpadają. Gdyby udało się nam (czyli Polsce) wejść do Unii Europejskiej z pewnością wygląd miasteczek polskich się zmieni, będzie za co wyremontować takie śliczne domki. Obiad zjedliśmy „U Harnasia” i znów wyruszyliśmy, tym razem w przeciwną stronę ulicy i obeszliśmy całe miasteczko z drugiej strony. W sumie wróciliśmy na 18 -tą, żeby zdążyć odebrać zdjęcia od fotografa. Zapomniałam zapisać, że z okna naszego hotelowego pokoju okna widać Śnieżne Kotły.

13.09. 2000 (środa) znowu miało być trochę spokojniej i łagodniej, a było wprost przeciwnie. Wjechaliśmy kolejką na Szrenicę, stamtąd poszliśmy wygodną, szeroką drogą na Śnieżne Kotły. Chyba „Główny Szlak Sudecki” to się nazywa. Idzie się granicą, widok rozciąga się na obie strony. Najbardziej charakterystyczne są grupy samotnych skał o różnych fantastycznych kształtach. Wszystkie mają jednak cechę wspólną: wyglądają jak pracowicie poukładane płaskie elementy, jakby Godzilla wspólnie z King Kongiem bawiła się klockami.

Śnieżne Kotły to po prostu cud natury. Nie wiem jak to nazwać, bo nie wąwóz, (muszę poszukać w fachowej literaturze jak nie zapomnę). Urwisko, przepaść o ogromnej głębokości, o niesamowitych kolorach tworzonych m.in. przez „różnozielone” mchy, „rdzewiejące” liście jakichś małych roślinek, które wbrew logice rosną w szczelinach, w dole – oczka wodne. Szkoda, że w obiektywie aparatu nie widać tego piękna w stopniu choćby dostatecznym. Potem – kończy się wygodna droga – i idzie się skacząc po ułożonych blokach skalnych. W dole rumowisko skalne i w górze to samo, nic innego, groźnie i ponuro. Miałam wrażenie, że zaraz z góry ruszy lawina tych okrutnie zimnych skał i zgniecie mnie na miazgę. No i wtedy chmury przed którymi uciekaliśmy już od Kotłów i wieży tv dogoniły nas i grzmoty zakłóciły ciszę. Okropność i „straszność”! Grzmoty echem odbijały się od pustych skał i krążyły wokół nas ze wszystkich stron. Zaczął padać deszcz. Skały stały się mokre i oślizłe, oczywiście umierałam z przerażenia 😢

Bardzo, bardzo długo trwała ta droga przez mękę. Całe szczęście, że szlak dobrze oznaczony. Przedzieraliśmy się przez las (już w niższych partiach), wąskimi przesmykami między skałami włażąc  na wielkie kamienie, przeskakując przez mniejsze. Od „Rozdroża Pod Wielkim Szyszakiem” ponad 1,5 godziny szliśmy  do schroniska  ”Pod Łabskim Szczytem” gdzie zjedliśmy obiad.  Ciekawostka, nie mają tam stałego prądu tylko dwa razy dziennie włączają agregat. W środku sosnowe drewno, ładnie, ale fotki nie zrobiłam, zbyt ciemno było. W górze krajobraz jak po zagładzie, koszmarne rumowiska jakby wielkolud wysypał wielkoludową ciężarówkę kamieni, żadnych ptaków, żadnych zwierząt – dopiero niżej się pojawiają. W dół zeszliśmy żółtym szlakiem. Spory odcinek dojścia w remoncie, będzie szerokie, wygodne dojście, a właściwie dojazd, ze spływem dla wody na poboczu, głębokim, murowanym z kamieni. Chodziliśmy pieszo ok. 8 godzin.

14.09.2000 (czwartek) pochodziliśmy wokół miasta. Uliczką Franciszkańską doszliśmy do Muzeum (Dom Hauptmanów), dalej daleko, daleko i wyszliśmy obok Muzeum Ziemi i Szosą Jeleniogórską do miasta. Wieczorem jeszcze spacer po miasteczku, aby zobaczyć jak wygląda w świetle latarni.

15.09. 2000 (piątek) przeszliśmy ul. Sikorskiego do Szosy Czeskiej, czarnym szlakiem do Zdrojowej, Hutniczej i obeszliśmy tamtą część miasta. Zrobiło się chłodno, musiałam założyć sweter i adidasy, żeby spokojnie zwiedzać miejsca, w których jeszcze nas nie było.

16.09.2000 (sobota) zrobiliśmy kawał drogi szukając grobu Karkonosza, którego nie znaleźliśmy. Jakoś ominęliśmy go nie zauważając. Minęliśmy też Chybotka i dalej, dalej podążaliśmy przed siebie aż obeszliśmy kościółek. Złapał nas deszcz, przeczekaliśmy go pod drzewem i parasolem, który przezornie MS zabrał, chwała mu za to 😘

17.09.2000 (niedziela) to dzień powrotu, szkoda, bo jeszcze by się chętnie tam pobyło, pospacerowało i zwyczajnie pobyczyło. Samochód też chyba nie chciał jeszcze wracać, bo po drodze coś stuknęło i od Rawy Mazowieckiej jechaliśmy hałasując niczym odrzutowiec – wysiadł tłumik.

… na dolnych fotkach – wejście do hotelu i baba na balkonie hotelowego pokoju, u góry baba łażąca po miasteczku 🙂 …

… baba w kasku (obowiązkowo kazali zakładać) na tle wodospadu Kamieńczyk, baba w czarnej koszulce przy wodospadzie Szklarki, baba przed domem Hauptmannów (Gerhart Hauptmann – niemiecki pisarz, laureat nagrody Nobla w 1912) …

… baba straszy w górach (na pierwszym w oddali Śnieżne Kotły), łazi po skałach i podgląda co się da …

🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞

Dlatego baba na zdjęciach, że robił je głównie MS, a swoich zamieszczać nie pozwolił. Wspominamy samą Szklarską z sympatią, urlop był udany, miasto nam się podobało natomiast góry mniej, były jakieś takie smutne, mało zielone. Nie nasza bajka. Do tego straszyła masa uschniętych, martwych drzew co wyglądało jak na katastroficznym filmie, a było rzeczywistością i sprawiało ponure wrażenie.  Teraz z pewnością wszystko wygląda inaczej, zadbane, odnowione, rozwijające się, wielu znajomych się zachwyca więc jest czym. Teść Dużego uznał, ze to jego ulubione miejsce wypoczynku, zupełnie jak dla nas Szczawnica. Przecież „piękna nasza Polska cała, piękna, żyzna i niemała”, każdy znajdzie dla siebie ulubiony zakątek do którego zechce powracać 🙂

To na razie tyle wspomnień. Dziękuję za odwiedziny i komentarze, życzę zdrowia, spokoju i pokoju, i pięknych jeszcze wakacyjnych dni 💗🌞💗

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 22 komentarze

Wakacyjne różności

Znów tydzień przemknął, dzieciom uciekają wakacyjne dni, w sklepach zeszyty, długopisy, kredki, piórniki i inne szkolne akcesoria. Lubiłam pisać na pierwszej stronie w nowym zeszycie, zapach nowych książek, ale zawsze wolałam wakacje i żałowałam, że nie jest na odwrót, żeby do szkoły chodziło się przez dwa miesiące, a wakacje, żeby trwały dziesięć 😀 Pewnie większość dzieci tak sobie marzy… Moja Wera ma przed sobą klasę maturalną i nawet teraz to przeżywa. Swoją drogą to był idiotyzm dzieciakom w ósmej klasie kazać wybierać co będą lubiły później, co je zainteresuje i jaki kierunek wybiorą za kilka lat. Zresztą o idiotyzmach w dzisiejszym systemie oświaty szkoda mówić, mądrzejsi ode mnie już mówią i powiedzieli wiele, a wydaje się, że wciąż mało. Współczuję dzieciakom…

Nie da się wszystkiego złego od razu pozbyć tak jak ja się pozbyłam os, nie robiąc im przy tym krzywdy. Urządziły sobie gniazdo w czerwonej kuchence Calineczki. Dobrze, że je zobaczyłam. Myślałam i myślałam co zrobić. Wreszcie wzięłam grabie i drewnianym trzonkiem strąciłam gniazdo po czym uciekłam.  Co jakiś czas zaglądałam i straszyłam latające osy. Z daleka tłumaczyłam bzyczącym owadom, że im krzywdy nie chcę zrobić, tylko niech sobie idą gdzie indziej 😉  Straszyłam i straszyłam i chyba pomogło. Próbowały wracać lecz im spokoju nie dawałam. Kiedy nie było żadnej w pobliżu wrzuciłam tę ich „budowlę” do worka z zielonymi odpadami. Od czasu do czasu jakaś zabłąkana osa przysiadała więc ją znów straszyłam 😁 Normalne straszydło się ze mnie zrobiło 😀😀😀

… z bliska wyglądały groźnie …

Mogła Calineczka znowu gotować do woli swoje ziupy  z lobali i innego paskudztwa 😀

… osy już się nie pokazywały, ale na wszelki wypadek zachowałam czujność …

Poza tym były występy taneczne i wokalne, za mikrofon służył tłuczek do ziemniaków dokładnie ten sam, którego w swoim czasie używała Wera 😀

… tak to się historia powtarza 🙂 …

Calineczka lubi spacery z psami do lasku, huśtanie na placu zabaw i pogadałyśmy sobie jak dwie kobiety (ja na drugiej huśtawce okrakiem), taka się dorosła zrobiła moja Calineczka maleńka 💗💗💗

… a wydaje się, że dopiero co była niewiele większa od Skitusia …

Byłam najszczęśliwsza na świecie, że moja najmłodsza wnusia spała ze mną, mogłam ją przytulić, utulić i uśpić – żeby było śmieszniej – czytałam jej wierszyki z bloga o Szilce i Skitusiu (bo chciała) i przy tym usnęła 💗💗💗

Mała zażyczyła sobie pizzę z samym serem. Przecież wiadomo, że babcia zrobi wszystko, żeby taki niejadek zjadł, toteż pizza musiała się pojawić. Zdjęcia nie mam, ale mogę polecić pizzę na patelnię.  Moment i gotowa, kładę na patelnię, smaruję oliwką albo sosem, układam na wierzchu co mam, przykrywam, chwila na płycie  i już. Wielokrotnie też robiłam zapiekanki na gotowym cieście do pizzy i są świetnym pomysłem na szybki obiad.

… tu już nawet nie pamiętam z czym ta zapiekanka  poza serami, ale była dobra na 100% 😀 …

Franuś nas odwiedził, choć w zasadzie wcale nie ma czasu, tyle jest spraw kocich w osiedlu, że szok! Co chwilę trzeba na kogoś krzyczeć, czasem dać w łeb co wrzaski nocą powoduje, ale trudno, niech każdy kot wie, kto tu rządzi 😺😺😺

… Franuś zastanawia się czy już wyskoczyć oknem czy jeszcze trochę poczekać …

Ostatnio pojawił się kilka razy nowy kotek, nie wiadomo skąd się wziął,  czy z nowego osiedla, czy – nie daj Boże – ktoś go wyrzucił. Śliczny, na zdjęciu koloru nie widać, jest taki jasnorudy.

Zrobiła się kronika wydarzeń. Nie mogę nie wspomnieć o Nikodemie, koledze moich psiepsiołków, który odszedł za Tęczowy Most. Miał groźny wygląd, a był cudownie łagodnym, kochanym pieszczochem 💗💗💗

       

Tu jeszcze zimą na spacerku się spotkały i zrobiłam im wspólne zdjęcie na pamiątkę🐕

Jesteśmy po czwartej dawce szczepionki i czujemy się bezpieczniejsi, obyło się bez sensacji. Tylko po pierwszej dawce miałam ból głowy, MS w ogóle nie odczuwał żadnych dolegliwości.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, bądźcie zdrowi, bezpieczni i korzystajcie z wakacji ile się da 🌞🌞🌞

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 36 komentarzy

22 lata temu w Wiśle

Nasza wyprawa do Wisły miała miejsce w długi majowy weekend, dokładnie wyruszyliśmy  27.04.2000 roku a zapiski zaczęłam 29.04. rano.

Pociąg wyjechał z Centralnego o godzinie 0.25. Mieliśmy przed sobą 8 godzin jazdy. Ja się przespałam, MS nie i nawet nie wiem kiedy dojechaliśmy do Bielska. Tu się okazało, że tylko jeden wagon pojedzie do Wisły i to dopiero za półtorej godziny! W ogóle to i tak mieliśmy w tym Bielsku szczęście, że konduktorka zapamiętała podczas sprawdzania biletów, że spałam i przyszła obudzić  śpiących mówiąc, że koniec trasy,  bo pociąg kończy bieg.

Szaleńcze pakowanie i bieg do wagonu, który pojedzie dalej. Długo miałam wątpliwości czy to ten właściwy, przecież ja zawsze mam jakieś obawy. Przeżyliśmy przetaczanie będąc w środku, a mnie się przypomniały Krzeszowice i przejazd kolejowy, przed którym nieraz długo trzeba było czekać na możliwość przejścia właśnie z powodu przetaczania wagonów, a ja umierałam ze strachu od samego patrzenia na myśl, że mam przez te tory przejść (choć pociągu już nie było). Zawsze bałam wszystkiego co pełza w tym i pociągów. Podczas pośpiesznego pakowania urwałam suwak od mojej torby podróżnej. Całe szczęście, że udało się torbę okręcić paskiem wokoło tak, żeby mi się z niej nie rozsypały wszystkie upchnięte klamoty.

Po przyjeździe do Wisły – to była nad podziw krótka jazda, nastawiłam się na dłuższą  – okazało się, że daleko od dworca jest ulica Kopydło przy której stoi nasz dom wczasowy o nazwie Patria. Trzeba było wziąć taksówkę. Dom okazał się zupełnie przyzwoity, w o wiele lepszym stanie niż Maria w Szczyrku, w której byliśmy w zeszłym roku. Widać, że po wojnie wybudowany. Niestety, mamy pokój na parterze, zamiast okien są balkonowe drzwi  bez żadnej barierki, a za nimi ogólnodostępny taras, po którym chodzą wczasowicze i zaglądają. Zero intymności w ciągu dnia. Na piętrze pokoje wszystkie zajęte. Trudno, zgodnie z porzekadłem „ jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma” cieszymy się tym, co jest. Po apartamencie w Marii nic nie będzie aż tak wygodne (choć zimno było, ale przecież inną porę roku mamy). A i Wisła w pierwszej chwili nie dała się ze Szczyrkiem porównać. Mówię w pierwszej chwili, co będzie dalej to się okaże. Wisła jest długa, rozciągnięta całymi kilometrami i nie wiadomo czy jeszcze jest czy już nie. Tereny piękne, nie da się ukryć. Tylko… poszłam do miasteczka w nowych butach i bąble na palcach są rezultatem, durna baba i tyle, stara a głupia!

Chłopcy dzwonili, jeden rano drugi wieczorem. Mogli, bo wzięłam komórkę Dużego, pożyczył mi i pokazał jak to coś obsługiwać. Wielkie toto i nieporęczne, ale przydatne.

Nie ma tu w pobliżu takich knajpek jak mieliśmy w Szczyrku i świetnie, nie będę się obżerać. Przyda się przejść na dietę. Mamy zapłacone śniadania i kolacje. Jak będę głodna to będę zła, przecież głodny Polak musi być zły, ale dla mnie będzie to z korzyścią, hi hi 😊  Tylko MS będzie biedny, jemu się należy porządna porcja dobrego żarełka. Wczoraj był bardzo głodny, a na kolację dali trochę fasolki po bretońsku. Dla mnie wystarczająca ilość, ale on wyraźnie nie czuł się usatysfakcjonowany.

Muszę zapisywać  gdzie byliśmy, bo już całkiem mi się w głowie pomiesza i nie będę w stanie z pamięci odtworzyć przebytych szlaków. Najważniejsze, że Wisła już mi się podoba. Trzeba ją po prostu zobaczyć na spokojnie. Szlaki są długie, chodzimy po około 7 godzin dziennie i łydki tak mnie bolą, ze stanąć prosto nie mogę, a najgorzej zejść po schodach.

Ponieważ pierwszego dnia obtarłam sobie palce bardzo mądrze idąc w nowych butach bez skarpetek przez kilka kilometrów, mogłam po powrocie chodzić tylko w klapkach. Tak więc zostały wieczorne spacery ulicami miasteczka. Odkryliśmy karczmę U Karola i przęsła mostu kolejowego, który przywodzi na myśl rzymskie budowle. I jeszcze stary dom, w którym chętnie bym zamieszkała, gdyby mi go ktoś podarował 😃  W sobotę poszliśmy do miasteczka, a potem w górę ulicą  Siglany  do cmentarza i wyżej jeszcze. Tam poleniuchowaliśmy na trawie w upalnym majowym, nie – jeszcze kwietniowym – słońcu.

W niedzielę ruszyliśmy w góry ulicą Turystyczną, potem cały czas szlakiem do schroniska na Stożku Wielkim gdzie posiedzieliśmy trochę w słońcu. Potem ruszyliśmy dalej, ale zamiast skręcić w prawo do przejścia granicznego z Czechami poszliśmy w lewo. Zdobyliśmy Kiczory. Tam był śnieg! Tu upał, ludzie w opalaczach a pod krzakami śnieg! Cudo! Potem słyszeliśmy w radio, że na Klimczoku 45 cm śniegu i można jeździć na nartach. Następnie próbowaliśmy zejść jedną drogą, ale z powodu strasznego błota nie do przebycia musieliśmy zawrócić. Z powrotem szliśmy piękną trasą w dół oglądając głębokie parowy, jary aż do Łabajowa gdzie zobaczyliśmy odjeżdżający autobus.  Nie pozostało nic innego jak dobrze wyciągać nogi by uciec przed nadchodzącą burzą. Zaopatrzeni w płaszcze foliowe mogliśmy się nie obawiać deszczu. Od Łabajowa do zjazdu ulicą Zjazdową dotarliśmy do Turystycznej. Obiadu nie jedliśmy, ale z powodu zmęczenia nie było to konieczne.

1 maja w poniedziałek – W miasteczku ulicą Wyzwolenia obok stacji benzynowej doszliśmy do szlaku na Gościejów. Zatrzymaliśmy się w karczmie  Jonidło, bo głowa mnie rozbolała i musiałam się napić kawy. Potem weszliśmy na szlak przez osiedle Gościejowa (ponad 800 m) na Czupel Smrekowiec (882 m) i zeszliśmy do Malinki przez Nową Osadę. Pięknie tu było, cudne domy, polanki. Z Malinki przez górę musieliśmy szlakiem przejść spory kawał, żeby się dostać do szosy prowadzącej do domu. Dotarliśmy do Wisły Głębce. Strasznie daleko stamtąd było do ulicy Kopydło i nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale dałam radę. U Karola zjedliśmy obiad, wcześniej uratowała nam życie woda mineralna kupiona w otwartym sklepie spożywczym. Woda była ze źródła „Budzi Głód”, nic dziwnego, że trzeba było się zatrzymać na porządne jadło 😃

Wtorek- 2 maja – to był dzień relaksu ze względu na bolące mięśnie. Zrobiliśmy raz ok. 15, drugi ok. 20 km. Nieźle. Więc przeszliśmy pomału wzdłuż całego miasteczka, kupiłam torbę podróżną w miejsce tej popsutej w pociągu, weszliśmy gdzieś w pobliże szczytu Czajka.  Potem zawróciliśmy na drugą stronę Wisły i tam wdrapaliśmy się na wysokość domu/hotelu Ondraszek. Widoki były prześliczne więc sobie siedzieliśmy podziwiając je. Nie poszłam do świątyni ewangelickiej bo się bałam. Zwyczajnie opanował mnie jakiś irracjonalny strach.  Był tam taki dziwny las z uschniętych drzew o żywych tylko samych koronach. Posiedzieliśmy obmyślając trasę na następny dzień. MS policzył przebytą odległość i wyszło mu, że dziś jedynie 12 km mamy na liczniku.

 3 maja – środa – Przeszliśmy przez całe miasteczko do niebieskiego szlaku przez Wisłę Jawornik na Soszów (gdzie jest wyciąg), przez Czupel (591 m), Soszów Wielki (886 m). Piękny był szlak, cudne widoki, czerwony szlak wzdłuż granicy, przez Cieślar (918 m), Stożek Mały (843 m) do żółtego szlaku prowadzącego w dół przez Jurzyków osiedle do ulicy Dziechcinka. Obiad w nowym miejscu, w karczmie U Kubiczka, spotkaliśmy sąsiadów od stolika. Oni przyjeżdżają tu od dawna na majowy weekend, robią znajome trasy i wracają do domu pełni szczęścia.

Z kolei czwartek – 4 maja  –  był dniem lekkiego odpoczynku, albo raczej lekkiej trasy. Zrobiłam „upominkowe” zakupy na bazarku: takie śmieszne rączki do drapania i piszczałki, regionalny długopis, skarpetkę przytwierdzoną do drewienka z napisem „zbieramy na nowy dom” 😊 Bazarek jest na drugim końcu Wisły a więc daleko. Stamtąd drugą stroną rzeki do ulicy  Groniczek a nią w górę do cmentarza ewangelickiego, na którym leży pochowany Stanisław Hadyna, twórca zespołu Śląsk. Potem przynieśliśmy zakupy (ach, kupiłam jeszcze tenisówki na grubym spodzie i takim obcasie, których szukałam od zeszłego roku) do pokoju i wyruszyliśmy ulicą Spacerową. MS nie bardzo miał ochotę, bo na mapie nie widział nic ciekawego a okazało się, że to piękny, spacerowy szlak wiodący grzbietem góry oddzielającej naszą część miasta (Kopydło) od tej, gdzie Wisła płynie. Doszliśmy do ulicy Turystycznej, do szlaku, którym już schodziliśmy wracając z Czupla Smrekowca. Po kolacji (obiad U Karola) jeszcze połaziliśmy  trochę, tym razem po bocznych uliczkach po prawej stronie Kopydła, które są właściwie wiejskimi drogami. Tam znaleźliśmy ładny spacerowy szlak, ale robiło się już ciemno. Dziś albo jutro go zwiedzimy.

W piątek 5 maja to było istne szaleństwo. MS uparł się zdobyć Baranią Górę, jak to Baran zodiakalny 😁😁😁  Autobusem dojechaliśmy do Zalewu Wisła Czarne i tak samo mieliśmy wrócić. Z początku szlak był bardzo ładny wzdłuż Białej Wisełki. Potem trzeba się było wdrapywać po kamieniach, po błocie, a wreszcie po śniegu. Jeszcze nie łaziłam po śniegu w tenisówkach, z gołymi nogami, w bluzce bez rękawów i z gołym (dla opalania) brzuchem! Wreszcie dotarliśmy na szczyt. Widoki były piękne tylko z wieży widokowej, bo góra porośnięta lasem i nic nie widać. Zresztą widoczność była bardzo słaba, horyzont zamglony, zimno i śniegu pełno wokół. Jakaś kobieta zapytała którędy weszliśmy (od Fojtuli)  i stwierdziła, że ona weszła łagodniejszym szlakiem, najpierw czerwonym, potem należy wejść na czarny i zaraz jest droga, mniejszy spad i łatwiej zejść.

Nie bardzo nam się chciało iść tą samą zabłoconą, stromą drogą. MS tym bardziej, Barany lubią coraz to nowe wrażenia, ale gderałam dla zasady. A potem już nie dla zasady tylko ze zmęczenia i strachu, że noc nas złapie w lesie i pożre nas niedźwiedź (jakoś tak w Wiśle wciąż bałam się niedźwiedzia, nie wiem czemu) i nigdy się stąd nie wydostaniemy. Zauważyłam, że nie lubię zwartego, gęstego lasu, w którym otoczona jestem ze wszystkich stron, nie ma przestrzeni ani perspektywy, boję się wtedy i duszę. Kocham przestrzeń i widoki na ogromne odległości, kocham wolność, jej poczucie, które takie widoki dają.

Zeszliśmy nie na ten szlak, na który trzeba. Też na czarny, owszem, ale nie wiodący do Fojtuli, ale do Kamesznicy, której nawet nie znaleźliśmy na mapie. Do tego okazało się, że jesteśmy zupełnie z innej strony niż powinniśmy. Nie mówiąc już, że po drodze zgubiliśmy szlak (swoją drogą słabo oznaczony) i jakiś czas szliśmy w dół drogą bez żadnych oznaczeń. Straszną ilość kilometrów (na pewno nie mniej niż 30) pokonaliśmy piechotą, żeby się dostać w jakieś ludzkie miejsce. Wreszcie napotkani chłopi dwaj nas uratowali. Pokazali, którędy trzeba iść do autobusu jadącego do Koniakowa, a tam się przesiąść na autobus jadący do Wisły. Do przystanku było bardzo, bardzo daleko. Leciałam i leciałam (choć red bull nie dodał mi skrzyyyydeł) prosząc wszystkie możliwe Siły Wyższe o ochronę i poprowadzenie. Dobiegliśmy w momencie przyjazdu autobusu. Jechaliśmy do Koniakowa łapiąc oddech i oglądając cudne widoki, bo droga serpentynami prowadziła. Stamtąd trafiliśmy na autobus do Wisły i równo na 18-tą zdążyliśmy na kolację. Obiad zjedliśmy U Kubiczka o 20-ej.

W telefonie padła bateria kiedy chciałam do Dużego zadzwonić z Baraniej Góry. Okazało się, że nie dał mi ładowarki. A niby skąd ja miałam wiedzieć, że do tego pudełka potrzebna jest ładowarka? Gdybym wiedziała, to bym dopilnowała. Teraz już wiem 😊

Z powrotem był normalny cyrk. Mieliśmy wykupiony w Warszawie bilet powrotny (czyli w obie strony, żeby mieć spokojny powrót). Grzecznie czekamy na dworcu, a pociągu nie ma. Okazało się, że w ogóle go nie ma!!! Choć nam sprzedano bilet!!!  Musieliśmy kombinować mocno jak do domu wrócić. Tłukliśmy się do Katowic jakimś odrapanym pociągiem, brudnym, zniszczonym przez „kibiców”. Na dworcu w Katowicach ileś godzin czekaliśmy, żeby wreszcie wsiąść do pociągu tym razem nie byle jakiego, ale normalnego i wrócić na Centralny.

Podsumowując – urlop był bardzo udany, pogoda dopisała, zwiedziliśmy ile się dało, wykorzystaliśmy czas do maksimum, Wisła podobała mi się bardzo, tylko, że aby wejść na szlak i pójść w góry musieliśmy przejść przez całe miasteczko, urokliwe zresztą 😊 Wspomnienia zachowam bardzo sympatyczne mimo przygody z pociągiem-widmem 🙂

…spacery po miasteczku …

…spacery po okolicy …

… na Baraniej Górze, widok na okolicę, baba siedzi czekając na pociąg-widmo 😉 …

Nie myślałam, ze jakość zdjęć będzie aż tak fatalna 🙁 Trudno, tak zostanie, miałam przyjemność wspominając i jeszcze coś – wtedy nosiłam rozmiar 36 … byłam szczuplejsza 0 te 22 lata 😃 dowód na fotkach został 🙂  Nie sprawdzałam teraz z mapą czy wówczas wpisywałam prawidłowe nazwy wychodząc z założenia, że zapiski robiona na bieżąco nie powinny zawierać wielu błędów. Zresztą już nie mam czasu teraz szukać, jeśli traficie na jakiś to proszę o sprostowanie.

Jeszcze mi się przypomniało, ze o „Adaśku” chyba się nie mówiło, bo wcale nie kojarzyłam, dopiero później Wisła Malinka stała się słynna z powodu skoczni im. Adama Małysza i jego samego oczywiście.

🐕🐕 Szilunia miała usuwaną narośl na łapce, oba psiepsioły są po pobraniu krwi, po szczepieniu wirusówki. Wyniki mają dobre, więc nie mogą mieć wymówki, że im się nie chce chodzić na dłuższe spacery. Podejrzewałam, że tusza Szilki może być spowodowana chorą tarczycą, lecz nie jest. A więc koniec z podjadaniem między posiłkami, tylko… jak to osiągnąć, syzyfowa praca połączona z pilnowaniem babci D. podczas posiłków i w międzyczasie też. A babcia sprytna jest, chowa jedzenie do kieszeni, żeby dać po kryjomu jak tylko na nią nie patrzymy…

… prawie cały dzień spała odpoczywając po przeżyciach …

Kochani, trzymajcie się zdrowo, bądźcie bezpieczni i nie dajcie się złym myślom 💗💗💗💙💛

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 32 komentarze

Opóźnione… ale serdeczne 😘

Wszystkim moim imienniczkom i innym wczorajszym solenizantkom opóźnione lecz serdeczne życzenia składam  i na babeczki zapraszam

i toast za wszystkie wznoszę 🙂

🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹

Szukałam zdjęć z Wisły, do czego zachęciła mnie Stokrotka, a przy okazji znalazłam też zapiski z pobytu w tym urokliwym miasteczku. Szkoda, że zaprzestałam czynienia takowych, bo mnóstwo szczegółów mi się przy okazji czytania przypomniało, których w pamięci już nie było. To znaczy gdzieś w jej (pamięci) zakamarkach się odnalazły, ale proces ten uruchomiły zdjęcia i zapiski. W wyobraźni zobaczyłam sceny, sytuacje przeżywane właśnie w Wiśle. Podobała mi się bardzo, gdybym nie trafiła do Szczawnicy to myślę, że jeździlibyśmy tam częściej. No cóż, Szczawnica od pierwszej chwili wzbudziła miłość w sercu mym i ani Wisła, ani Rabka, ani Krynica, ani Szczyrk, ani Szklarska Poręba  nie były w stanie jej pokonać. Palma pierwszeństwa na zawsze pozostanie przy ukochanej Perle Pienin. Oczywiście pozostałym nie odmawiam urody, we wszystkich czas spędzony wspominamy sobie z MS bardzo miło 🙂 W następnym wpisie podzielę się fotkami i zapiskami z Wisły, a dziś kilka kwiatków, które zakwitły, których babcia D. jeszcze nie  zerwała. Nawiasem mówiąc za każdym razem wychodząc do ogródka zrywa liście, trawy i co się uda, robi z tego bukieciki, chowa przed nami i zanosi do swojego pokoju. Trzeba je usuwać pod jej nieobecność, bo liście są wszędzie: na podłodze, na półkach, w szafie, w kieszeniach, pod poduszkę i gdzie jeszcze jest to możliwe.

… pierwszy zbiór bazylii już ususzony, nawet nie zwróciłam uwagi, że drugi gotowy, nawet bazylia zdążyła zakwitnąć 🙂 …

Na razie tyle, znowu się spieszę (czy kiedykolwiek przestanę?), słyszę babcię D. ruszającą się u siebie, może wstanie na śniadanie. Pójdę obciąć rozrastający się bluszcz, już wyszedł za bardzo na uliczkę, pomału worek z zieleniną szykuję, w poniedziałek zabiorą odpady bio i kuchenne, akurat nie pada, nie jest zbyt gorąco to wykorzystam sprzyjające warunki do prac ogródkowych.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Bądźcie zdrowi i bezpieczni i nie dajcie się „żadnemu złemu” 💗🌹💗

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy