Przegląd poświątecznego tygodnia

Coraz więcej z nas jest po pierwszej dawce szczepionki. To daje jakąś nadzieję na życie, na powrót do normalności, która – umówmy się – nigdy nie będzie taka sama jak przed covidem. Tak jak rzeczywistość po  II wojnie nie była taka sama jak przed 1939 rokiem. Są takie przełomowe chwile (czasem wiele lat trwające) w historii ludzkości, które przekreślają życie jakie ludzie prowadzili przedtem. Bez względu na to, czy się komuś podoba czy nie – będzie inaczej.

Z ciekawostek kulinarnych – wypróbowałam nowy przepis wycięty dawno temu z gazety.

… tak się ciasto prezentowało po wyjęciu z piekarnika…

… a tak po przekrojeniu …

Z całą pewnością zrobię jeszcze raz (przynajmniej), ale nieco zmodyfikuję po swojemu. Na pewno jako spód/ciasto wykorzystam jednojajkowca Luci, użyję mniejsze jabłka (te ze zdjęcia były wyjątkowo duże), dam do środka więcej żurawiny.

Przed świętami trafiłam na masę makową w Biedronce. Ucieszyłam się, bo mak lubię, ale gotować, mielić trzykrotnie i przygotowywać pracochłonną i czasochłonną masę makową – to już nie dla mnie.  A kiedyś wszystko robiłam sama… Wykorzystując więc gotową masę i gotowe ciasto francuskie upiekłam makowe ślimaczki. Pyszne i szybkie.

… tym razem zmieściłam na piekarnikowej blasze ślimaczki z trzech płatów ciasta i wcale za dużo nie było 🙂 …

Zamiast maku można użyć tego, co się komu przyśni. Robiłam już z masą karmelową (bo babcia D. lubi krówki),  z  masą czekoladową, ale z makiem najbardziej mi pasuje.  To było na święta. Po świętach dokupiłam masę makową i ciasto francuskie, i powtórzyłam wypiek. MS tym razem nie jednojajkowca lecz ślimaczki wybrał jako prezent imieninowo-urodzinowy. Od dzieci dostał torcik, który już tradycyjnie przywożą na okazje, bo jest nieduży, na raz, nic nie zostaje na później i – wyjątkowo pyszny 🙂

… zdjęcie ze ślepego telefonu nie pokazuje całej urody torcika, ale uwierzcie na słowo, że pychota 🙂 …

Wera została na noc, śpi jeszcze. Skitek uszczęśliwiony z obecności swej pańci ukochanej spał u niej, ale teraz po spacerze oboje z Szilką śpią na „swojej” wersalce obok mnie.  Zaraz wezmę się za książkę, którą mi młoda przywiozła do przeczytania „koniecznie, jak najszybciej i żebym jej przypadkiem nie zniszczyła, dbała, nie zgubiła” itd. Nie posiadam się z radości, bo to pierwsza reakcja mej wnuczki na literaturę,  sama przyznała, że ta książka rozbudziła w niej chęć czytania 🙂

… nie mam jak przyciąć zdjęcia, więc poza książką zachowały się elementy niepotrzebne, trudno 😉 …

Babcia D. okropnie splątana wczoraj była, myślę, że na pewno stan chorych osób ma związek ze zmianami pogody, w końcu jednego dnia śnieg i grad, a drugiego kilkanaście stopni na plusie każdego może zmęczyć.  Rozruszała się przy Calineczce, ta szkrabusia każdego rozrusza 🙂 Koniecznie trzeba konika na biegunach wyciągać, grającą zabawkę, „ciesiełko dla małych dzidziusiów”, chociaż  – „jeśtem duziom dziewcinkom” 🙂  Babcię Anię i dziadka cieszy fakt, że nie ma chęci od nas jechać, chce „jeście ziośtanąć” 🙂

Aha, zapomniałam się pochwalić nową wersją tofu z bloga  http://www.mniumniu.com/2019/08/weganski-mega-chrupiacy-kurczak-z-tofu.html 

… rewelacja 🙂 …

Nawet MS spróbował i powiedział, że smakuje jak kurczak i może być na obiad. Oczywiście nie zrobiłam idealnie zgodnie z przepisem, jako panierki użyłam zwykłej bułki tartej, ale było takie dobre, że co chwilę podkradałam kawałek 😉

Tym sposobem dojechałam do soboty. Dobrego weekendu, pogoda ma dopisać więc korzystajcie zanim znów nie powróci zimno 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 9 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 55

Po kilku dniach spędzonych przez Milenkę w towarzystwie „ursynowskiej bandy” Martyna nie poznawała własnej córki. Taka była roześmiana, wesoła, rozszczebiotana, szczęśliwa jak nigdy dotąd. Szczególne ożywienie uwidaczniało się na buzi dziewczynki w obecności Miłosza. Co ciekawsze, jemu też gęba śmiała się od ucha do ucha, gdy słuchał dziecięcego szczebiotania. Tym właśnie szczerym uśmiechem najbardziej zjednał sobie mamę, której identycznie jak córeczce – rozjaśniały się oczy na jego widok. Nad resztą panowała i starała się nie dać po sobie poznać, że towarzystwo gościa stało się jej nader miłe. Dodatkowym plusem był z pewnością nieustanny zachwyt pani Meli nad Miłoszem oraz opowiadania o różnych wydarzeniach  z okresu studiów „chłopców”, w których obaj z Sergiuszem odgrywali główne role. Dzięki temu nie traktowała go jak obcego człowieka, lecz jak kogoś dobrze znanego. Może właśnie dlatego rozmyślała o nim podczas różnych czynności i złościła się na siebie łapiąc się na owych myślach.

Gospodyni domu pod sosną przerwała rozmyślania, ponieważ  obiekt owych rozmyślań pojawił się osobiście w zasięgu jej wzroku, czyli obok szeroko otwartego kuchennego okna. Zastukał w szybę i zajrzał do środka.

– Martyna, jesteś tutaj?

– Jestem – odpowiedziała podchodząc bliżej.

– Słuchaj, chcę cię o coś spytać, ale nie pogniewasz się?

– To zależy o co chcesz spytać.

– Nie chciałbym, żebyś pomyślała, że się wtrącam albo mieszam w nie swoje sprawy…

– W dalszym ciągu nie wiem o co ci chodzi.

– Mogłabyś wyjść na zewnątrz? Na chwilę tylko, proszę.

– Jak na chwilę, to mogę.

Zaprowadził ją do tylnego wyjścia na ogród, z którego wchodziło się do sporego przedsionka sąsiadującego z łazienką przeznaczoną dla gości.

– Pomyślałem, że bez większego wysiłku można byłoby tu zrobić drugą łazienkę. W ten sposób twoi przyszli goście nie byliby zmuszeni do korzystania ze wspólnej, co przy okazji podniosłoby standard. Mogłabyś brać większe opłaty, a przede wszystkim goście mieliby poczucie intymności.

– Pewnie, masz rację, ale na razie nie mam pieniędzy do zainwestowania. Muszę najpierw zarobić.

– Mówiłaś, że rodzice sprzedadzą mieszkania w bloku.

– Ale nie wiadomo kiedy znajdzie się kupiec chociaż na jedno. A na drugie? Któż może przewidzieć?

– Jeśli choć jedno pójdzie, będziesz miała środki na łazienkę.

– Ale…

– Posłuchaj – wziął pod rękę gospodynię swą i poprowadził do ławeczki stojącej naprzeciw kuchennego okna. – Usiądźmy i posłuchaj – powtórzył. – Trochę się na tym znam, jak wiesz od pani Meli, tkwię po uszy w branży, powiedzmy, budowlanej. Obejrzałem sobie dokładnie całe pomieszczenie i już mam pomysł. Jeśli się zgodzisz, zrobię dokładne pomiary i przedstawię ci konkretny plan. Co ty na to?

Czuł, że chciałby jej pomóc za wszelką cenę. Zdziwiony własnymi myślami i odkrytymi niespodziewanymi dla siebie uczuciami uświadomił sobie, że jeszcze nigdy czegoś podobnego nie przeżywał.

– Wszystko brzmi pięknie, tylko ci powtarzam, że zwyczajnie mnie nie stać, nie mam kasy – usłyszał w odpowiedzi.

– Ale niedługo będziesz miała. Mogę zrobić kosztorys, żebyś wiedziała na czym stoisz. I wiesz co jeszcze mogę?

– Co takiego? – spojrzała mu w oczy oszołomiona widząc oczyma wyobraźni wszystko o czym Miłosz mówił.

– Mogę ci pożyczyć na tę łazienkę, żebyś jak najszybciej ją miała. Oddasz jak sprzedasz mieszkanie.

– Rodzice…

– Ok, jak rodzice sprzedadzą. Właściwie nie jak, ale kiedy. I nie martw się kiedy. Kiedyś. Mnie się nie spieszy.

–  Skąd ci to przyszło do głowy? Dlaczego to robisz? Przecież mnie nie znasz.

– Pani Mela cię zarekomendowała jako solidną firmę, więc nie boję się zainwestować. Plan pomieszczenia będziesz miała w prezencie, więc zaoszczędzisz. – uśmiechnął się z wielką przyjemnością patrząc na zaróżowioną z emocji twarz Martyny.

– Dlaczego w prezencie?

– Jako napiwek dla gospodyni pensjonatu pod sosną za świetną obsługę podczas pobytu. A właściwie należy się twojej mamie za przepyszne ciasta.

– To dobra nazwa: Pensjonat Pod Sosną, albo raczej: Dom Pod Sosną – ucieszyła się.

– Zaczekaj, nie wstawaj, nie odchodź – przytrzymał ją za rękę. – Coś jeszcze przyszło mi do głowy. Stąd widać, że masz duży strych. Co na nim jest?

– Zwyczajnie, jak na strychu, mnóstwo różnych rzeczy.

– Pokażesz mi jak wygląda wewnątrz? Chciałbym zobaczyć, czy można tam urządzić salkę do ćwiczeń dla gości.

– O matko – jęknęła Martyna. – Salkę do ćwiczeń? To, to… jest genialny pomysł! Sama bym nigdy na to nie wpadła! Przecież nie zawsze jest ładna pogoda i goście coś muszą ze sobą zrobić, nie będą przecież siedzieć w zamkniętym pokoju.

– To co, idziemy sprawdzić?

Poszli. Na strych prowadziły solidne schody, nie jakaś drabina. Właściwie nie strych to był, lecz poddasze. Miłosz, wciąż uśmiechając się pod nosem orzekł, że możliwości to tu są, że ho ho. Z całości można wyodrębnić miejsce na salkę ćwiczeń oraz na dwa małe pokoiki i łazienkę. Martyna zdawała się nie rozumieć przekazywanych informacji, wyglądała jak zawieszony komputer.

– Co ty w ogóle do mnie mówisz? – powiedziała wreszcie się „odwiesiwszy”. – Przecież to nierealne. To znaczy, jakbym miliony milionów w coś tam wygrała, to tak, ale w żadnym innym przypadku.

– Martynko, przecież nie dziś ani jutro. To plany na przyszłość. Jak się interes zacznie kręcić, to zobaczymy.

Powiedział „zobaczymy” – pomyślała  spoglądając na swego przystojnego towarzysza wędrówki po strychu. Zrobiło się jej lekko na duszy. To by znaczyło, że nie wyjedzie znikając na zawsze… Zobaczymy… A jeśli ona pożyczkę przyjmie na tę łazienkę, to musi mieć z nim kontakt, aby móc ją zwrócić…

– A co ty za to chcesz? – odwróciła się gwałtownie przez co wpadła mu prosto w ramiona, ponieważ podążał za nią nie licząc się z tak nagłym zwrotem akcji.

Utkwiła spojrzenie w jego oczach, z jakiegoś dziwnego powodu nie mogła przestać się w nie wpatrywać i tak stała z bijącym sercem i wstrzymanym oddechem. Miłosz też nie spuszczał oczu z jej twarzy. Kiedy ich palce się zetknęły, Martyna miała wrażenie, że iskra przeskoczyła między nimi.

– Pozwolenie na przyjazd od czasu do czasu i zamieszkanie w pokoiku na poddaszu – odpowiedział po chwili biorąc głęboki wdech.

– Przecież go jeszcze nie ma – opanowała niespodziewane uczucia i zręcznie wysunęła się z objęć mężczyzny.

– Ale będzie – kategorycznie stwierdził. – Lubię projektowanie, lubię wcielanie w życie tego, co się zrodziło w głowie. Dlatego nie bawi mnie samo tworzenie projektu, lecz także uczestniczenie w przetwarzaniu marzeń w rzeczywistość. Bo każdy projekt to marzenie, ono leży u podstaw. Dopiero kiedy w wyobraźni ujrzysz ostateczny kształt, możesz brać się do pomiarów i wyliczeń… No!  Dlatego lubię być na budowie, w zasięgu pracowników, aby im służyć pomocą, mieć baczenie na całą robotę i w ogóle na wszystko.

Wyobraźnia Martyny poczęła przed jej oczyma snuć niepokojące obrazy. Niepokojące, ale jakże przyjemne delikatne obrazy ich trojga, na próżno odsuwała je od siebie próbując się nie poddawać nastrojowi. Wziął ją za rękę podczas schodzenia ze schodów, co wydawało się  gestem jak najbardziej naturalnym i na miejscu.

Zeszli na dół, a tam dzieciaki „w pełnej gotowości bojowej” natychmiast  sprowadziły ich myśli na przyziemne tory.

– Wujek, czy ty umiesz czarować? – zadała pytanie Mila zadzierając główkę do góry.

– Pewnie.

– A masz maczugę do czarowania?

– Różdżkę chyba – poprawiła Milenkę Monika.

– Ja i bez różdżki potrafię czarować – chwycił dziewczynkę na ręce, podniósł do góry i buczał udając samolot. – Widzisz? Zamieniłem cię w samolot i latasz tak wysoko jak nikt inny.

Mila zaśmiewała się uszczęśliwiona, zaś Martyna z rozczuleniem patrzyła na rozradowaną buzię córeczki.

– Powiedz jeszcze abrakadabra, to się spełni czarowanie – powiedziała Monika.

– Akabadabra – wypowiedziała z trudem wywołując wybuch śmiechu.

– Cudna jesteś Milenko – uściskał dziewczynkę śmiejąc się razem z dziećmi.

– Wujek, widziałeś ten film? – Maciek bez skrępowania przejrzał półkę Martyny z kasetami wideo i wyjął jedną z nich.

– Czekaj, samolot najpierw musi wylądować – postawił dziewczynkę na podłodze. – Pokaż…tak, jakieś piętnaście lat temu oglądałem w Szwajcarii.

– To Marek wtedy nie był nawet komórką – zaśmiał się Kuba.

– A ty już chodziłeś do szkoły, co? – skoczył Marek niczym kogucik z nastroszonymi piórkami.

Dziewczynki roześmiały się, więc po chwili piórka mu opadły i uspokoił się.

– Wujku,  polatamy jeszcze samolotem? – spytała Mila zadzierając główkę i szarpiąc go za  nogawkę spodni.

– Jasne, jeszcze nie jeden raz. A może kiedyś polecimy prawdziwym samolotem, chciałabyś?

– Tak wysoko, do nieba? Chciałabym. Ale z mamusią – odpowiedziała poważnie.

– Oczywiście, że z mamusią.

– A mamusi o zdanie nie spytasz? – uśmiechnęła się Martyna.

– Spytam, jak przyjdzie pora latania – odpowiedział zaglądając jej w oczy.

– Wujek, my wszyscy chcemy lecieć, my się nie boimy wcale, niczego się nie boimy, znaleźliśmy pod Buczyną bandytę… – klaskała w ręce Monika.

– Nie, kryminalistę – sprostował Marek.

–  Bandytę. Kryminalistą został jak go wsadzili do kryminału – orzekła Inka.

– Do książki wsadzili? Przecież kryminał to książka o mordercach – skrzywił się Kuba.

– Głupi, to więzienie, tylko inaczej – spojrzał Maciek z góry na brata.

– Wiecie co? Ja niczego nie rozumiem, bo mówicie jednocześnie. Poza tym krótko się znamy i naprawdę nie wiem o co chodzi. Moglibyście mi opisać tę historię, żebym mógł ją sobie w samolocie przeczytać? Porozmawiamy o tym kiedy się zobaczymy następnym razem.

– To znaczy, że się jeszcze zobaczymy? – Monika chciała się upewnić.

– Wątpisz w to? – przykucnął przed dziewczynką. – Przecież Kajtek mnie adoptował na wujka, zapomniałaś?

– My też! – rozległ się zbiorowy okrzyk.

– Czyli nie ma innej możliwości. Poza tym jak mógłbym zrywać kontakty z taką brygadą antyterrorystyczną? Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

– Wujku, a do mnie też wrócisz? – Mila objęła go za szyję korzystając z okazji, że wciąż znajdował się w pozycji kucznej.– Szkoda, że wyjeżdżasz.

– Muszę, skarbie

– Szkoda, że musisz – przytuliła twarzyczkę do jego twarzy, a on poczuł, jak gdzieś w środku stało się z nim coś dziwnego, że ogarnęło go uczucie, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Nie umiałby tego wyrazić słowami, wiedział jedynie, że zrobiłby wszystko co tylko możliwe, żeby Milenka była szczęśliwa i bezpieczna.

– Ale wrócę, maleńka, wrócę – szepnął.

– Masz podejście do dzieci – z prawdziwym podziwem zauważyła Martyna, która nie usłyszała ostatnich słów skierowanych do dziecięcego uszka.

– Nie, coś ty, zauważyłem tylko, że dzieciaki najlepiej się bawią prostymi rzeczami. I jeszcze, kiedy wciągną w to dorosłych, albo przynajmniej czują, że poświęcamy im uwagę – odpowiedział wstając z Milką wciąż trzymającą go za szyję. – To co, jeszcze samolot?

– Jeszcze, jeszcze – śmiała się dziewczynka krążąc pod sufitem, czując się absolutnie bezpiecznie na rękach Miłosza.

– Jak na kogoś, kto nie ma dzieci i twierdzi, że nie miał wiele z nimi do czynienia nawiązujesz z tą bandą świetny kontakt – powiedziała właścicielka Domu Pod Sosną.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Wielka Noc wiosenna

Nie mogłam się zdecydować, które zdjęcie wybrać, więc w końcu postanowiłam obydwa umieścić tutaj dziś. Tak kombinowałam gdzie będzie piękniej wyglądał cudny wianek, że nie wiem ile fotek napstrykałam i wszystkie nie takie jak trzeba.  Niech więc pozostaną te dwie, w różnych miejscach zrobione 🙂

… z baziami …

… taki zamglony obraz też ma swój urok, czyż nie? …

Kochane Blożanki i Drodzy Blożanie, znalazłam w zapiskach takie przesłanie akurat pasujące do Świąt Wielkiej Nocy i na zawsze też 🙂  Pochodzi z książki u Uniwersalnej Energii Życiowej, ale nie mam jej w tej chwili pod ręką, by podać dokładny tytuł i autorów. Zresztą, czy to takie ważne? Liczą się słowa i mądrość w nich zawarta.

„Także w świecie zewnętrznym z pewnością sensowniejsze jest angażowanie swej siły, by przynosić na świat światło i miłość zamiast walczyć z ciemnością, gdyż stamtąd, gdzie jest światłość, ciemność sama czmychnie”

Zdrowych Świąt i spokojnych, dobrych chwil życzę Wam z całego serca 🙂

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 36 komentarzy

Relacja

W środę bezpośrednio po szczepieniu nie miałam żadnych sensacji. Sam zastrzyk tak delikatnie zrobiła młoda dziewczyna, że nie poczułam kiedy, naprawdę. Noc przespałam spokojnie. Rano wstałam, wyszłam z psami na łąkę, właściwie na bagnisko powinnam powiedzieć. Potem odpowiedziałam na Wasze komentarze. Zaczęła trochę głowa „ćmić”, ale nie zważałam na to mając nadzieję, że po kawie przejdzie. Nie przeszło. Obrałam i ugotowałam warzywa na sałatkę, ugotowałam jajka. Babcia D. nie chciała wstać, zwlokła się po południu z naburmuszoną miną. Powinna leki brać rano, ale nie można jej dać u niej w pokoju, bo wypluje i schowa. Z chwili na chwilę łepetyna dokuczała coraz bardziej, doszło takie „przymulenie” jak po dużym drinku, nogi trochę jak z waty się zrobiły. Nie wyszłam po południu, choć najpierw chciałam myśląc, że przejście się po powietrzu dobrze mi zrobi. MS z psiepsiołami wyszedł, ja w tym czasie obrałam pieczarki, pokroiłam drobniutko i usmażyłam do jajek. W te jajkowe święta muszą być jajka z pieczarkami, inaczej nie byłoby świąt 😉  I na tym moja działalność się skończyła. Głowa tak się „rozhuśtała”, że musiałam się położyć. Na razie nie brałam nic przeciwbólowego. Potem zadzwoniła Królowa Marysieńka spytać jak się czuję i powiedziała, że głupia jestem. Zgodziłam się z nią wyjątkowo 😉 i wzięłam dwa Apapy. Potem jeszcze dzwonili znajomi, dzwonił Mały i sms przysłała koleżanka, że czeka na wynik testu.  Usnęłam – i choć miałam się położyć na chwilę tylko – obudziłam się o drugiej w nocy. Przeczytałam sms – ma wynik dodatni, czyli ta franca ją dopadła.

Od drugiej do czwartej rano psiepsioły robiły wędrówkę ludów, stukały pazurkami o podłogę, wchodziły, wychodziły aż musiałam na nie nakrzyczeć dopiero wtedy się uspokoiły. O szóstej wstałam i jest OK. Wyszłam z łobuzami, wypiłam kawę, wysłałam sms do „trafionej” koleżanki i otrzymałam odpowiedź, piszę tę relację i zaraz biorę się za robotę, bo odłogiem leży i mam do tyłu dwa dni. Nic to, ważne, że głowa nie boli 🙂

… moje własne krokusiki…

Zrobiłam zdjęcie na pamiątkę, jak znam życie babcia D. zaraz je zerwie i zabierze do pokoju. Już się przymierzała, tylko zobaczyła, że na nią patrzę, więc odstąpiła od zamiaru. Zrobi to z pewnością, przecież nie mogę jej bezustannie śledzić. W lecie nawet pelargonie z doniczek pozrywała i wkładała w krzyżówki. Cóż, takie choróbsko. Idę do kuchni, szkoda czasu 🙂

Trzymajcie się zdrowo!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Już jutro!

Kulinarnych prób ciąg dalszy. Zrobiłam paprykarz wg przepisu Olgi Smile https://www.olgasmile.com/paprykarz-weganski.html    Wyszła duża porcja na 2 słoiki po ogórkach i był bardzo dobry. Był – bo już się skończył, a co dzień smakował lepiej. Na pewno powtórzę tak mniej więcej za miesiąc.

… tak wyglądały składniki duszące się w garnku …

… dołożyłam wędzone tofu …

… gotowe, przełożone do miseczki, reszta w słoiku  „mieszkała” w lodówce …

Przygotowałam na obiad zapiekankę makaronową  z jabłkami. Zdjęcie zrobiłam przed włożeniem do piekarnika, po upieczeniu nie zdążyłam 🙂

… pod koniec pieczenia zapach cynamonu rozchodził się po całym domu …

Zużyłam resztę makaronu jaka mi została po pobycie Dużego z dziewczynkami. Zaserwowałam wtedy makaron z sosem pomidorowym, który wszyscy lubimy.  Calineczka tylko nosem kręciła jak zwykle, ona po prostu nie lubi jeść, zupełnie  jak jej tatuś w tym wieku. Jemu przeszło i mój tata żartował, że stał się sybarytą, zaczął lubić jeść, kiedy sami (dziadek z wnukami) pichcili smakołyki w czasie wakacji w lesie jako leśni ludzie (też określenie taty). Może i jej przejdzie 🙂  Mimo, iż jest niejadkiem, energii ma mnóstwo. Wyładowała ją trochę w lasku (akurat pogoda się trafiła).

… babciu, ja bendem cimać Śkitusia na śmyci …

… potem bez „śmyci” biegali oboje, Szilce się nie chciało …

… Skituś był rozanielony wspólną zabawą …

… taki duży przyjaciel to skarb …

… cudowny uśmiech Skitusia – szczęście na pysiu  …

Po spacerze Calineczka chwilę posiedziała spokojnie. Ale tylko chwilę 🙂

… siedzenie w jednym miejscu to strata czasu, a jedzenie to już w ogóle niepotrzebne 😉 …

Dziś zadzwoniła pani z przychodni z propozycją zmiany terminu szczepienia na jutro, oczywiście przystaliśmy z chęcią, byle mieć to za sobą. W związku z tym nie zrobię niczego co planowałam, ale wcale się tym nie martwię, mam usprawiedliwienie 😉 Po zaszczepieniu nie wolno się przemęczać, należy oszczędzać siły – tak też zrobię i będę się leniła, przecież to siła wyższa. Potem, taką mam nadzieję, odzyskam wigor i chęć działania. Królowa Marysieńka też skorzystała z propozycji wcześniejszego przyjęcia szczepionki i od soboty pytam jak się czuje. Boli ją trochę ręka, miała bóle głowy, ale poza tym nic strasznego się nie działo i oby tak dalej.

Trzymajcie za nas kciuki i trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 25 komentarzy

Wiosno – gdzie Ty się skryłaś?

We czwartek udaliśmy się do miasteczka i przy okazji, po załatwieniu niezbędnych spraw, przeszliśmy się z psiepsiołami po parku w poszukiwaniu wiosny. Ciepło się zrobiło, duszno w maseczce, łapaliśmy oddech na wolnej przestrzeni, a Szilunia i Skituś miały dodatkową atrakcję i nowe miejsca do wąchania.

… zamiast wiosny znaleźliśmy domek dla owadów …

… zobaczyliśmy koniki …

… z daleka…  a mnie się przypomniało jak Skitek zrobił w Szczawnicy głupią minę zobaczywszy konia …

… robaki jakieś dziwne w ogromnej ilości …

… jakby w Czerwono Czarnych grały …

… po wodzie tylko kaczuszki i łabędzie pływały …

… nareszcie jest 🙂 widać krokusiki żółte …

… i liliowe również na trawniku rosną 🙂 …

Po powrocie czas był na obiad, zjedliśmy „mięsko” z cebulką, a babcia D. pytała co za pyszne mięsko… Tak więc warto było „prać” do skutku. Nie zrobiłam zdjęcia dania na talerzu, nie zdążyłam. mam tylko z wczoraj  🙂

… to był gulasz z seitanu z kluskami kładzionymi i surówką …

Dziś rano (piątek) idąc rankiem na łąkę napotkałam Wiosnę w pobliżu, czyli w osiedlu. Ptaszki szalały wprost prześcigając się w głośności, ilości i jakości wydawanych dźwięków skacząc przy tym miedzy gałązkami. I krokusiki puściły oczko 🙂

… jeszcze lekko przymknięte, bo rano …

Wracając do domu spotkaliśmy Puchatego. Siedział obok Frankowego domu i pewnie miał chęć na walkę, albo choćby na kłótnię, czasem słychać je w całym osiedlu tak jeden drugiego próbuje zdominować. Jak ludzie, zupełnie jak ludzie, tylko… kot jest od tych „ludziów” o wiele ładniejszy…;)

… czyż nie cudo? …

Miau, miau, miauego weekendu 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 33 komentarze

Seitan – mój pierwszy raz :)

Rozochociłam się udanymi próbami wegetariańskich potraw. Czytałam sporo o seitanie i od kilku dni „chodził” za mną. Królowa Marysieńka czasem kupuje sobie trochę i zachwala smak, ale uprzedziła, że drogie to jest w sklepie. Poza tym koło mnie nie ma, żebym mogła spróbować. Najdokładniej u Hajduczka  https://www.hajduczeknaturalnie.pl   oraz  u Olgi Smile   https://www.olgasmile.com/     z tematem zapoznałam się i nabrałam odwagi, aby spróbować. I spróbowałam 🙂

Najpierw zgodnie z instrukcją połączyłam mąkę z wodą, wyrobiłam, zalałam  zimną wodą i poszliśmy z psiepsiołami na popołudniowy spacer. Po powrocie zaczęłam zabawę w „pranie” utworzonego gluta. Zawzięłam się i prałam, prałam, prałam jak było napisane u mądrych dziewczyn wymienionych wyżej. W końcu miałam dość i glut chyba też 🙂

Pomyślałam, że gluta pokroję przed ugotowaniem, to będzie łatwiej mi go dalej przetwarzać.

… glut – jak to glut – ciągnął się podczas krojenia 😉 …

… myślałam, że zachowa kształt gotując się w bulionie …

… ale nie zachował …

Po ugotowaniu w bulionie (użyłam gotowej kostki) – niestety – pokrojone kawałki zlały się i wyglądały jak ugotowane mięso wyjęte z rosołu. Dobrze, wygląd wyglądem ale w smaku – naprawdę jak rosołowe. Od razu mam pomysły jak w przyszłości użyć. Kiedy wystygło jedną część pokroiłam jak na gulasz, drugą część, tę z większych zachowanych kawałków, odłożyłam osobno. Gulaszowe (prawie) kostki posypałam – jak zwykle kurczakowe – pieprzem, papryką, czosnkiem, soli nie dawałam, bo bulionu  słony smak „wszedł” w gluta podczas gotowania. Do większych kawałków użyłam ulubionej MS przyprawy złocistej do kurczaka. Trochę za dużo dałam nie biorąc pod uwagę, że ona sól zawiera, w związku z czym pioruńsko słone wyszło i jakoś muszę temu zaradzić. Kiedy jedno i drugie swoje odstało, wrzuciłam na patelnię, dodałam cebulkę i usmażyłam jak zawsze robiłam z kurczakiem. W duszy jednak było mi lekko i aż mi się „samo uśmiechało” z radości, że to nie jest zamordowany kurczaczek 🙂

… gulasz „przegryza się” z przyprawami …

… już gotowy, uduszony z cebulką, pycha!!! …

… kawałki ze złocistą przyprawą „się przegryzające” …

… gotowe, tylko sos niesłony dorobię, albo ziemniaków nie posolę…

Jestem z siebie dumna niesłychanie i żadne święta i świąteczne potrawy już mi nie są straszne 😉  A jakie możliwości kombinacji potraw już mi wyobraźnia podsuwa! Oczywiście bez przesady, w końcu to jest sam gluten, ale od święta już wiem co przygotować.  Musiałam się z Wami osiągnięciem podzielić i czekam na oklaski 😉 😉 😉

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 38 komentarzy

Pani czy Panna?

Pani a może Panna Wiosna. Przyszła wreszcie. Na razie tylko kalendarzowa. Na razie wciąż kłóci się z Panią Zimą, która w tym roku jest uparta i nie chce odejść. Może ma demencję i nie pamięta, że wróci? Plotę, ale mam wrażenie, że różne wydarzenia dnia codziennego
czasem zaczynają się „rzucać na mózg”. Cóż, to są doświadczenia wpisane w naszą ziemską drogę, lekcje do przerobienia, do nauczenia się i dopóki się nie nauczymy i nie dostaniemy w indeksie zaliczenia to się będzie taka lekcja powtarzać. Kilka takich lekcji już przerobiłam,
uświadomiłam je sobie w pewnym momencie i teraz już w inny sposób reaguję na to, co życie niesie. W tej chwili przyszło mi na myśl, że muszę Wam pokazać książki, które pomagały mi zmieniać mój wewnętrzny świat, podejście do realu. Jest tego trochę, no i trwało latami, nie od razu Kraków przecież zbudowano. Trwać będzie do samego końca ziemskiej wędrówki, oczywiście dopóki trwać będzie świadomość, mogę sobie tylko życzyć, żeby mnie nie opuściła… To w niedalekiej przyszłości Wam pokażę, muszę najpierw zdjęcia porobić.
A na razie – coś na ząb 🙂
Wera była przez weekend, co owocuje u mnie chęcią dogadzania wnuczce kulinarnie. Tak więc na śniadanie pasta z jajek być musiała. Kiedy była małą dziewczynką najbardziej lubiła makaron z bułeczką podsmażoną na maśle i mówiła „pysna ta potlawa” 🙂 Przed wyjściem z
psami ugotowałam jajka, akurat wystygły podczas psiego spaceru. Wercia wstała wcześniej, bo w sobotę w ramach wf (zdalnego) miała przejść 5 km uprzednio się zarejestrowawszy u nauczycielki, aplikacja rejestruje przebytą odległość i w ten sposób nauczycielka sprawdza
czy młodzież nie oszukuje. Ponieważ młoda już była „na chodzie” to jajka obrała i utarła, patrząc przy okazji jak babcia Ania pastę robi.

… lubię tę pastę, moja mama ucierała masło z pokrojonymi drobniutko  jajkami, ja trę jajka na tarce i dodaję nieco majonezu do sklejenia, tak jest szybciej …

Na spacer Wercia poszła razem z dziadkiem i psiepsiołami, a babcia w tym czasie upiekła rożki. Piekła w sumie dwa razy, bo i w sobotę i w niedzielę, jedne z jabłkami, drugie z marmoladą. Już się babci nie chciało obierać jabłek, ponieważ ciasto z jabłkami też upiekła. Przy rożkach pierwszych pomagała Calineczka, skleiła trzy. Przy czym nie chciała, żeby były rożki tylko „inne ciaśtećka” 🙂 Musiało się stać zadość życzeniu szkrabusi 😉

… wyszły takie zgrane pakieciki …

… ciasto wciąż wg przepisu na „szybkie ciasto z morelami”, z jabłkami jest  rewelacyjne …

Piątkowy wieczór spędziliśmy w towarzystwie „Upiora w operze”. Dawno już filmu nie puszczaliśmy, bo dawno Wera u nas nie była na noc. Teraz po głowie wciąż arie mi chodzą, bo są przepiękne, uwielbiam 🙂
W ramach dogadzania wnuczce na sobotnią kolację zrobiłam pizzę! Dumna jestem do tej pory, wyglądała przepięknie. Muszę popracować nad sosem, zrobiłam z przecieru pomidorowego i nie był taki dobry jak w pizzerii. Z pizzy nie został ani kawałek, zniknęła do ostatniego okruszka mimo, że była duża na całą piekarnikową blachę, więc jednak smakowała. Mnie też, ale sos muszę zmodyfikować.

… dumna jestem, że potrafiłam …

Mam termin szczepienia! Wprawdzie w pierwszej chwili brzmi jak żart, bo 1 kwietnia, hi hi, czyli w prima aprilis 🙂 🙂 🙂  Znaczy się, panie dziejku, będzie na wesoło 😉

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 30 komentarzy

Przedwiośnie nasze polskie

Wiosna już pachnie. Naprawdę. Ptaszki śpiewają, od kilku dni jakiś śpiewak przez całą noc wyśpiewuje na całe gardziołko. Kos przylatuje i siada na płocie. Mimo to śnieg jeszcze próbuje nas zasypać, lecz znika i szans już nie ma na przetrwanie. Dziś (czwartek) rano znów prószył śnieżek, drobniutkie białe kulki były widoczne na czarnym Szilusinym futerku 🙂  Widok na zewnątrz – jeśli się przez chwilę uda człowiekowi poczciwemu zatrzymać  i złapać oddech – jest jak w okresie prawdziwego polskiego przedwiośnia.  Oczywiście trzeba poszukać miejsc, w których jeszcze Natura i Przyroda pokazują się w całej przedwiosennej krasie, przygotowując siebie i nas na wybuch zieleni już niebawem, żeby było sielsko i „jak dawniej”.

… dziś rano w lasku…

… też dziś…

… wczoraj …

… tuż przy ruchliwej ulicy …

… nie widać, ale uwierzcie, że po wodzie pływają dwie kaczuszki, śliczna parka …

… psiepsioły i MS przy torach…

Po porannym wyjściu z psiepsiołąmi mam chwilę dla siebie, robię kawę, siadam w fotelu, robię ćwiczenia oddechowe, puszczam wodze fantazji i takie pół godziny szczęścia mi się po prostu należy. A kiedyś uważałam, że mi się nie należy… Dobrze, gdy człowiek się rozwija, dopuszcza do siebie różne możliwości, myśli, ogląda, wyciąga wnioski…

Kulinarnie – robiłam kotlety selerowe. Mam już wypróbowany sposób i wszyscy jedli, babcia D. i MS również.

… przygotowane do smażenia …

… usmażone…

… już na talerzu w towarzystwie smażonych ziemniaczków i modrej kapusty …

Rożki z ciasta francuskiego z jabłuszkiem lubi moja Wera, upiekłam specjalnie dla niej, ale jedli wszyscy poza Calineczką. Malutka nie bardzo lubi słodycze, woli gorzką czekoladę.

… zawsze Wera dostaje na wynos jeśli tylko kilka zostanie 🙂 …

Na śniadanie zrobiłam pyszną sałatkę w skład której weszła czerwona fasola z puszki, pokrojona czerwona cebula, tuńczyk z puszki, odrobina majonezu, sól, pieprz i czosnek. Wiem, że z puszki niezdrowe, ale czasem na szybko coś trzeba wykombinować.

…ładnie wyglądała i smaczna była …

Poza tym czekamy na termin szczepienia, jeszcze nie mamy. Chciałabym już jak najszybciej mieć to za sobą. Tym bardziej, że wirusisko szaleje nawet wśród młodych ludzi. Dopadł moich młodych sąsiadów, na szczęście już jest poza nimi. Wszystkich tych co nie wierzą w zagrożenie oprowadziłabym po szpitalu – ale pewnie powiedzieliby, że to statyści… Andrzej Piaseczny (czyli Piasek) trafił właśnie z covidem do szpitala i Wiola Kołakowska powiedziała, że udaje…. tak przeczytałam. I o czym tu mówić?  Pewna część ludzkości jest na wiedzę zaimpregnowana  i spływa ona po niej jak woda po kaczce. Nie będę podła i nie będę im życzyć, żeby doświadczyli na własnej skórze.

Nie dajcie się i trzymajcie się zdrowo!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 30 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 54

Martyna nie myślała o mężczyznach, nie interesowały jej stosunki damsko-męskie. Stwierdziła, że skoro miłość ma już za sobą, w jej życiu liczą się tylko Milenka i rodzice. Przeszłość jest zamknięta. To co najdroższe schowała w sercu na zawsze. Stała teraz przy oknie przestronnej, wygodnej kuchni, zaplanowanej tak, aby z przyjemnością rodzina mogła wspólnie spędzać tutaj czas podczas  przygotowywania i spożywania codziennych posiłków, wszak kuchnia to serce domu. Pomimo zamyślenia zauważyła w ogrodzie jakiś ruch. Przyjrzała się uważniej poruszającym się krzewom i rozpoznała swego gościa w osobniku wyłaniającym się spomiędzy liści. Zaintrygowana przesunęła się bliżej ściany, aby nie zostać zauważoną. Teraz już spokojnie się przyglądała pewna, że nikt jej nie zobaczy. Wpatrywała się jakby w ten sposób mogła poznać nie tylko wygląd ale i wnętrze, charakter, słowem – sam środek owego osobnika. Musiała przed sobą przyznać, że wyglądałby jak bohater filmu, gdyby nie bladość skóry. Twarz miał opaloną, lecz reszta ciała widoczna spod krótkich spodni i obcisłej koszulki bez rękawów sprawiała wrażenie, że ta część osobnika spędziła ostatni rok w lochu albo w pomieszczeniu bez dostępu światła dziennego. Oceniła też, że owa bladość to jedyny mankament w wyglądzie obiektu obserwacji. Obiekt zaś ćwiczył zapamiętale nieświadom bycia obiektem zainteresowania, zmuszając swe blade ciało do wysiłku. Takie odniosła Martyna wrażenie. Jednak mimo różnych wykonywanych ewolucji wysiłku po obiekcie widać nie było, za to  bardzo wyraźnie dało się zauważyć mięśnie pod koszulką, uwidaczniający się tak zwany kaloryfer na brzuchu,  napięte mięśnie nóg i bicepsy na rękach. Gdyby go tak trochę wystawić na słońce…

Ćwicząc intensywnie Miłosz myślał o wczorajszym dniu, o trafie, który przywiódł go w to konkretne miejsce, do miejscowości, w której spotkał uroczych ludzi. Szczególnie urocza zaś była jego nieoczekiwana gospodyni. Jakże w życiu można być pewnym czegokolwiek, skoro zdarzają się dziwne, niezaplanowane sytuacje. Myślał o tym, że wychowywał się bez ojca i zapewne dlatego żal mu się zrobiło Milenki, którą dotknął taki sam los. Jednocześnie zjeżył się na myśl, że jej matka trafi na jakiegoś typa, który nie będzie dobry dla dziewczynki. Jeszcze bardziej się zjeżył myśląc o tym jakimś typie zbliżającym się do Martyny na niebezpiecznie bliską odległość… Już on by mu pokazał…Ćwiczenia stawały się tym intensywniejsze, im bliżej typ z wyobraźni zbliżał się do jego pięknej gospodyni… Co u licha? Zgłupiał czy jak?

Przyłapał się na tym, że od kiedy został przez Kajtusia uznany za wujka, jego myśli wciąż krążyły wokół dzieci. Wcześniej w ogóle nie zauważyłby dziewczynki z dziadkami na stacji benzynowej, a Milenka nie zaprzątałaby jego głowy. Tymczasem teraz wciąż zalewały go wspomnienia sprzed lat, napływały zupełnie nieproszone powodując mętlik w mózgu i dziwne myśli. Gdyby nie jego głupota dawno temu, sam miałby taką córeczkę jak Mila albo synka jak Kajtek. Wolał postawić na karierę i wesołe życie bez zobowiązań niż zakładać rodzinę. Ówczesna partnerka wreszcie nie wytrzymała, zostawiła go, ułożyła sobie życie z kimś innym, bardziej dojrzałym i odpowiedzialnym. Proces dojrzewania widoczne przebiegał u niego nietypowo przewlekle, bo dopiero teraz odezwała się w nim jakaś nieokreślona tęsknota. Za czymś czy za kimś? Uderzył pięścią  pień drzewa i syknął, ból przywrócił mu poczucie rzeczywistości.

– Hej, a może worek treningowy chcesz? – rozległ się głos Renalda, którego Karolina przysłała  z teczką papierów, żeby je Martyna podrzuciła do poradni jadąc do miasteczka.

– O, cześć Reniek. A masz? – zdążyli się poznać wieczorem.

– I worek mam, i rękawice się znajdą. Zrobiłem u Karolci na strychu salkę ćwiczeń.

– Genialna sprawa – ocenił lekko zdyszany Miłosz. – Masz pod ręką wszystko, czego trzeba do szczęścia. Musisz się rozładować to walisz. I nie przywalasz jakiemuś draniowi ale walisz w worek. Super. Wkurzysz się, mówisz do klienta: „chwileczkę stary” i lecisz na strych. Za moment wracasz spokojny, zrelaksowany, zasiadasz w fotelu i masz jasną głowę, myśleć możesz.

– Nooo, dobrześ to ujął – Renald rozglądał się po ogrodzie jakby oceniał wielkość domu z zewnątrz. – Mam wrażenie, że tutaj, u Martyny, jest na górze sporo miejsca. Skoro chce z rodzicami prowadzić pensjonat, bardzo pożyteczne byłoby miejsce do treningów, do ćwiczeń podczas na przykład złej pogody..

– Wiesz, to niezły pomysł.

– Muszę przyznać, że nie wpadłem na to sam. Karolina wymyśliła. I od razu kazała mi z tobą pogadać, żebyś zajrzał na strych i obejrzał pod kątem przydatności. Przecież znasz się na tych budowlanych tajemnicach.

– No no, zaczyna mi się to podobać. A Martyna o tym już wie?

– Chyba nie, ale wiesz co? Sam pomyśl, rozejrzyj się, w końcu jesteś fachowcem. Ja mogę czasem poprowadzić indywidualny trening, mam na to papiery więc mogę oficjalnie.

– Dziwne rzeczy się tutaj dzieją. Dopiero co przyjechałem,  a mam wrażenie, jakbym znał was od wieków.

– Słuchaj, ja się już trochę wyznaję w tych „mafijnych” stosunkach…

– W czym?

– To jeszcze nie wiesz, że Dorota, Teresa i cała reszta to ursynowska „mafia”?

– Słucham? Jak to?

– A moja Karolina to małopolska filia, więc siłą rzeczy i ja musiałem do nich przystać – wyjaśnił z tajemniczym wyrazem twarzy i wesołym błyskiem w oczach.

– Ty bredzisz czy ja mam świra? – spojrzał niepewnie Miłosz.

– Właściwie jedno i drugie…

– Wiesz co, chyba za długo siedziałem za granicą, bo niczego nie rozumiem.

– Jak cię dziewczyny wezmą w obroty, szybko zrozumiesz – zarechotał Reniek.

cdn.

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy