„Babie lato i kropla deszczu” – 24

Styczeń okazał się ciepły, mrozu właściwie nie było tak dużego, żeby trzeba było dodatkowo dogrzewać mieszkania.. Dzięki temu Inga, Kasia i Sabina cieszyły się, że oszczędzą drewno i zostanie zapas na przyszły sezon. Feliks odkręcił grzejnik w przedpokoju i oparł w sypialni o ten zepsuty. Działał, dzięki czemu było ciepło. Wielkich mrozów nie zapowiadał żaden prezenter pogody na żadnym kanale telewizyjnym.

U Sabiny zadzwonił domofon. Wyjrzała przez kuchenne okno, zobaczyła Kasię stojącą przy furtce. Nacisnęła guzik, furtka zapiszczała, sąsiadka otworzyła i weszła do ogródka. W domu rozszczekała się Zadra.

– Jak miło, że się cieszysz na widok ciotki –  przybyła witała się z sunią na progu.

– Wchodź szybciej, bo zimno leci do środka – przynagliła Sabina. – Zadra, nie męcz ciotki. Napijesz się kawy?

– Ja czy ona – z uśmiechem Kasia wskazała na Zadrę zadowoloną z ciotczynych głaskanek.

– Chyba ty, ona i tak jest bez przerwy pobudzona, nie wiem co by było po kawie – powiedziała Sabina. – Moim zdaniem ona ma ADHD, ale niech sobie ma, i tak ją kocham. Co cię sprowadza przyjaciółko droga, sympatia czy interes – przymrużyła oko.

– Można powiedzieć, że  dwa w jednym. Jagienko, mówiłaś, że chcesz pojechać w góry – zwróciła się do córki sąsiadów schodzącej po schodkach do salonu.

– Jeszcze nie wiem gdzie bym chciała. Na pewno tam, gdzie nie ma tłumu ludzi, a teraz pewnie wszystkie miejsca są zajęte.

– Powiem ci – poradziła Kasia, – jedź do Szczawnicy. My teraz nie możemy. Ty mogłabyś pojechać, przy okazji wyłączysz ogrzewanie jak będziesz wyjeżdżać, żeby niepotrzebnie nie nabijać licznika.

– Nieee, przecież to kłopot…

– Dziewczyno, jaki kłopot? To byłaby przysługa z twojej strony.

– Właściwie, córeczko, przecież miałaś ochotę wyjechać…

– Noo, będziesz miała taką okazję – patrzyła jej w oczy Kasia. – Skuś się, nie pożałujesz.

– Właściwie… chyba mnie przekonałyście – uśmiechnęła się Jagna. – Ale tak sama mam pojechać w obce miejsce? Co innego w hotelu…

– Wiesz co? A może zaproponuj Bognie. Razem z dziewczynkami mogłybyście pojechać, ferie zaraz będą, zmienicie klimat, dzieciaki powietrza trochę złapią.

– Pomyślę, pogadam z nią. Może to i dobry pomysł jest.

Poszła do swojego pokoju, włączyła laptopa jednocześnie dzwoniąc do Bogny.

– Bogna, cześć kochana, słuchaj uważnie. Moja mama z panią Kasią wpadły na pomysł, żebyśmy na ferie pojechały do Szczawnicy, ty z dziewczynkami i ja.

– Do Szczawnicy? Czemu? – zdziwiła się Bogna.

– Do jej mieszkanka. Przecież ma w Szczawnicy, dlatego. Potem mamy wyłączyć ogrzewanie jak będziemy wyjeżdżać.

– Zaraz, muszę pomyśleć, zaskoczyłaś mnie – zastanowiła się Bogna. – Oddzwonię za chwilę, Dobrze?

Pomyślała i zadzwoniła do matki.

– Córeńko, nie zastanawiaj się ani chwili – odpowiedziała Inga na pytanie córki. – Nie martw się o nas, przecież nic złego się nie dzieje. Tata jest w zupełnie dobrej formie, z babcią jest jak jest, inaczej nie będzie. Chyba, że gorzej, więc korzystaj póki jej stan jest w miarę stabilny i spokojnie dajemy radę.

– A jak ty się czujesz?

– Już mi właściwie przeszło, lepiej się czuję i z psami nawet dziś z tatą wyszliśmy razem. Poza tym przecież dlatego dotąd nie chciałam was tutaj widzieć, żeby dziewczynki czegoś ode mnie nie złapały. Nie wiem czy to zwykłe przeziębienie czy grypa była, ważne że się nie zaraziły. Córeńko, masz okazję to wyjedź z dziećmi, powietrza trochę złapią, dobrze im to zrobi.

– To prawda, tam jest dobry klimat, uzdrowisko przecież słynie jako skuteczne przy chorobach dróg oddechowych.

Bogna przemyślała jeszcze raz wszystkie za i przeciw, zastanowiła się i zadzwoniła do przyjaciółki.

– Słuchaj, zastanowiłam się i przyjmuję twoją propozycję. Jestem za, a nawet nie przeciw – zaśmiała się.

– Hurra! – krzyknęła Jagna. – Skoczę do pani Kasi. Podziękuję i porozmawiam z nią, potem do ciebie oddzwonię.

Zadowolona spojrzała w laptop, odszukała oficjalną stronę Szczawnicy, obejrzała dużo zdjęć i zachwyciła się tym co widziała. Zaczęła odczuwać wewnętrzną radość na myśl, że na własne oczy zobaczy takie piękne miejsca. Pomyślała, że zimą jest tam uroczo, szczególnie podczas słonecznej pogody gdy śnieg iskrzy się wprost nieziemskim blaskiem. Jeśli jednak słońca brak – robi się szaro i smutno. Pomyślała też, że jeśli w realu jej się spodoba miasteczko i okolica to – być może – wybierze się wiosną albo latem dla porównania wrażeń.

Na stronie Szczawnicy była informacja o klubie muzycznym noszącym nazwę Muzyczna Owczarnia, znajdującym się w Jaworkach, miejscowości położonej niedaleko Szczawnicy. Postanowiła sprawdzić co to takiego. Kliknęła i czytała z coraz większym zainteresowaniem.

Przerwała zerkając na dół monitora gdzie mrugał pomarańczowy kwadracik informujący, że przyszła nowa wiadomość. Sprawdziła. Od Alana. Uśmiechnęła się radośnie. Ostatnio często tak się uśmiechała prowadząc z nim ożywioną korespondencję. Tak się złożyło, że szybko odpowiedział na jej podziękowanie za przesłaną płytę kapeli i można powiedzieć, że zaprzyjaźnili się korespondencyjnie. Szybko odpisała.

  @ Cześć Alan.

  Wyobraź sobie, że z Bogną i jej córeczkami pojadę do Szczawnicy. U nas za chwilę będą ferie, dzieciom należy się odpoczynek na świeżym powietrzu, a ja skorzystam z okazji.

   Patrzyłam przed chwilą na zdjęcia z tego miasteczka, na informacje o okolicy  i – przyznam się – jestem zachwycona tym co widziałam. Wejdź w wolnej chwili na stronę i popatrz sobie. Ale nie o tym chciałam powiedzieć, lecz o tym, że pani Kasia (którą znasz, bo to przyjaciółka Twojej babci Adelki) opowiedziała mi o klubie, który nazywa się Muzyczna Owczarnia i działa niedaleko Szczawnicy, w miejscowości Jaworki. Pomyślałam, że może Cię to zainteresować, jako że mnóstwo sławnych muzyków tam występowało. Zaciekawiło mnie do tego stopnia, że odszukałam stronę klubu. Dowiedziałam się, że twórcą i właścicielem jest Wieńczysław Kołodziejski, artysta malarz, który z Zakopanego przyjechał do Jaworek i zamieszkał tu w 1993 roku. Marzył o stworzeniu miejsca, gdzie rządzić będzie sztuka – muzyka, rzeźba, malarstwo i gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Wyobraź sobie, że na polach Czarnej Wody znalazł starą, opuszczoną owczarnię i ją kupił w 1997 roku. Trzeba było budynek rozłożyć, przewieźć i złożyć z powrotem. Zaś spod Radomia sprowadził w ten sam sposób XIX wieczny wiatrak. Na zdjęciach wygląda niesamowicie. A jacy znakomici muzycy tu przyjeżdżają! Wszyscy mówią, że panuje wyjątkowy, niepowtarzalny klimat. Jestem ciekawa czy akurat będzie jakiś koncert podczas naszego pobytu i czy uda się tam pojechać. 

Odpowiedź przyszła błyskawicznie.

@ Jagienka, znam Muzyczną Owczarnię!!! To kultowy już klub i jednocześnie galeria sztuki, w której są organizowane warsztaty muzyczne, plenery malarskie i rzeźbiarskie oraz wystawy. Cieszę się, że pojedziesz w góry. Pieniny są przepiękne. W 1932 roku powstał Pieniński Park Narodowy, pierwszy w Europie a drugi na świecie międzynarodowy park przyrodniczy. Główni twórcy to prof. Stanisław Kulczyński, prof. Władysław Szafer i prof. Walery Goetel. 

 @ Na ulicy Kulczyńskiego mieszka Bogna! Co za zbieg okoliczności. A skąd Ty to wszystko wiesz? 

@ Przeszedłem kiedyś piechotą  całe Pieniny. Bardzo cieszę się, że pojedziesz i zobaczysz takie piękne miejsca. Mam nadzieję, że kiedyś pojedziemy tam razem i będę mógł sam pokazać Tobie różne urocze miejsca.

Jeszcze kilka razy rozmawiali o Jagny wyjeździe, o koncertach w Owczarni, o muzykach…. Jagna nabierała coraz większej ochoty na wyjazd i wizytę w niezwykłym muzycznym klubie.

cdn. 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze

„Babie lato i kropla deszczu” – 23

    W Nowy Rok Inga uwielbiała oglądać Koncert Noworoczny z Wiednia transmitowany w samo południe. Postanowiła, że nic i nikt jej nie odbierze przyjemności słuchania muzyki i podziwiania cudownej sali, dekoracji z przepięknych kwiatów co rok innej, równie pięknej. W tegorocznej przeważały kolory jasne: kremowy, delikatny róż, złoty.

– Co one takie mdłe, te kwiaty? – spytał Feliks. – W zeszłym roku były ładniejsze.

Pomyślała, że coś jest na rzeczy, skoro nawet facet to zauważył. Faktycznie, barwa kwiatów była mało wyrazista, zlewała się ze złoceniami dominującymi w sali. Ale i tak było pięknie. Sączyła sylwestrowego szampana i napawała się pokazywanym pięknem. Było na co patrzeć: na wystrój sali, przecudne kryształowe żyrandole zwisające ze zdobionego sufitu, elegancko ubranych członków orkiestry sprawiających wrażenie, że się dobrze bawią, że granie sprawia im przyjemność. Pojawiał się też na ekranie balet wiedeński prezentujący swą sztukę w zabytkowych wnętrzach.

– Mają szczęście – powiedział Feliks. – Mają szczęście, że te zabytkowe obiekty się zachowały, walec frontowy ich nie zrównał z ziemią, jak naszą Warszawę na przykład. Pomyśl, oni Hitlera nie czczą, a durni idioci u nas urządzają urodziny tego mordercy, jakby nie wiedzieli co on zrobił w Polsce. Mógłbym zrozumieć potomków SS-manów, że czczą swoich przodków, ale u nas? Nie ma takiego drugiego durnego narodu jak nasz. Oni swoim nie zabierali emerytur, choć w wojnie brali udział. Uznali, że ludzie żyli w takim czasie, bo się wtedy urodzili, nie mieli na to wpływu i nie mieli innego wyjścia. A u nas co? Zabrali tym, co w czasie pokoju pracowali dla kraju, łby nadstawiali na ulicy i teraz jest tak, że bandzior się śmieje z policjanta, bo on ma wszystko, a policjant, który go zamknął, nie ma nic, ma zdychać…

– Kotuś, uspokój się. Jest Nowy Rok, może się jakoś ułoży. Popatrz jakie piękne są zamki nad Dunajem…

– Co ty mi pokazujesz, żeby mnie jeszcze większa cholera wzięła? Myślałem, że na emeryturze będziemy sobie zwiedzać te piękne zamki, a my tylko kamień do szyi i do Wisły!

– Będą wybory, może ludzie już zmądrzeli, przynajmniej część i coś się zmieni…. Patrz, jak pięknie tańczą ci młodzi tancerze…o, ona wygląda jakby miała domieszkę krwi azjatyckiej, jaka piękna dziewczyna! A tamta do nowej księżnej Sussex podobna… Może zjemy po kawałku serniczka? Mamo, zjesz?

Podała, podczas krojenia złamała dwie łopatki do ciasta. Nie wiadomo jak to się mogło stać, przecież serniczek miękki, delikatny, rozpływający się w ustach. Może to nadmiar złej energii?

– Przystojny ten dyrygent, prawda? Taki męski typ, mógłby grać Jamesa Bonda…    Próbowała zagadać sytuację, niepokój, czarną rozpacz, w którą zaczynała wpadać coraz bardziej.  Jak ludzie mogli żyć podczas wojny będąc w stanie bezustannego zagrożenia? Ja nie potrafię, myślała rozdygotana wewnętrznie. Boję się tego roku…

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 2 komentarze

Kilka (spraw) w jednym (wpisie) 🍀😃


Chciałabym się na początku  szczególnie zwrócić do Kobiety Zniewolonej  https://kobieta-zniewolona.blogspot.com/    

Kobieto moja kochana Zniewolona, powiedziałaś, że sprawa energii Cię zainteresowała, dziennika wdzięczności itp. Przyszło mi na myśl, że przede wszystkim możesz zmienić Zniewoloną na np. Wyzwoloną albo Zadowoloną, albo Uszczęśliwioną, albo Zmienioną, albo nie wiem jaką, lecz poprawiającą energię wokół Ciebie. Przez „dziesiąt” lat po różnych przejściach życiowych pracuję nad swoimi myślami. Zaczęłam kiedy jeszcze  nie było mądrych książek, pojawiły się dopiero później. Myślałam, analizowałam, przeżywałam, wpadałam w dołki, w otchłanie rozpaczy, wygrzebywałam się z nich z trudem i tak ciągle. Wreszcie dostrzegłam pewną prawidłowość w powtarzających się zdarzeniach.  Nazwałam to teorią „powracającej fali”, doszłam do wniosku, że jakie myśli z siebie „wyrzucam” to one takie same sytuacje tworzą. Zaczęłam kojarzyć różne „przytrafki” pojawiające się w moim życiu i nabrałam pewności, że co z siebie emanuję to do mnie powraca. Potem czytałam o tym w różnych książkach (kiedy się już pojawiły) i okazało się, że sama wpadłam na to, o czym mądrzy ludzie  mówili i pisali. Pomyślałam, że zacytuję tu słowa Doroty Pachnik ( „ Jesteś tym czym wibrujesz. Wszystko jest wibracją” w: Nieznany Świat 5/2024), bo dokładnie mówią o tym, co mam na myśli.

„Czy zastanawiali się Państwo nad wpływem myśli na ciało fizyczne, a poprzez nie na kompatybilność lub dysonans ze światem zewnętrznym?

Nasz sposób myślenia jest zdeterminowany przez doświadczenia, które tworzą emocje. Te zaś generują konkretne zachowania i procesy biochemiczne. W ten sposób  znowu wracamy do ciała, które odpowiada na nie zdrowiem lub chorobą. Powiem więcej – to w jaki sposób żyjemy na poziome fizycznym, emocji i duszy – determinuje sytuacje  i pojawianie się określonych ludzi. Według zasady  podobne przyciąga podobne. Patrząc w ten sposób na siebie, najbliższe otoczenie oraz zdarzenia, które nas dotykają, mamy odpowiedź na pytanie o nasze wibracje. Jest to konkretny znak, jaką Istotą jesteś.

Często uważamy, że skoro nie jemy mięsa, chodzimy na jogę, medytujemy, to jesteśmy osobami duchowymi. Czy na pewno?  Gdyby tak rzeczywiście było, nie byłoby tylu podziałów, złości, agresji i wojen.  Wszak sytuacje, których chce doświadczyć dusza – czyli MY – są zazwyczaj trudne i traumatyczne. Cała zabawa polega na tym, żeby je zaakceptować. Skoro wybrałam traumatyczne doświadczenie to musi być i sprawca tychże. Dlaczego tkwimy w przeszłości rozpamiętując zdarzenia, a nie emocje, które się wytworzyły?

Obarczamy innych odpowiedzialnością za to, co nam zrobili. Żywimy wobec nich złość, wściekłość, lęk, a tak naprawdę – kaleczymy siebie. Potrafimy wiele lat żyć w ciężkich i negatywnych emocjach. A wystarczyłoby z poziomu samoświadomości powiedzieć – Dobrze, już wiem, czym to jest. Akceptuję to co mnie spotkało. Od teraz wybieram nowe, radosne i szczęśliwe sytuacje. To oczywiście nie oznacza, że życie od razu stanie się pasmem sukcesów i szczęścia.  Dusza przychodzi tu, aby się doskonalić, więc  z definicji wybiera też trudne zdarzenia. Co nie jest jednoznaczne z tym, że chce w nich tkwić latami. Pragnie się bawić. Wszak jest boska. To oznacza miłość i akceptację.

Jest takie powiedzenia: Chcesz zmienić świat, zmień siebie. Świat zawsze poda Ci to, co kreujesz.”

To tak w skrócie. Szczególnie ostatnie słowa można sobie postawić przed oczyma, żeby pamiętać o kasowaniu w głowie złych myśli, które nam spokoju nie dają.

🍀🍀🍀

Teraz będzie o murzynku. Jotka  http://paniodbiblioteki.blogspot.com/      sobie przypomniała o murzynku czytając, że Inga go upiekła (odcinek 21). Poprosiłam o przepis, żeby porównać z moim, który dostałam od cioci Halinki i okazało się, że to ten sam, identyczny 😃 pod względem ilości i jakości składników.

Przepis Jotki

„2 szklanki cukru
2 łyżki kakao
1/2 szkl. ciepłej wody
1 kostka tłuszczu
4 jajka
2 łyżeczki proszku do piecz.
2 szkl. mąki
Rozpuścić cukier, kakao, wodę i tłuszcz w garnku na ogniu. Z całości odlać pół szklanki na polewę.
Do ostudzonej masy dodać resztę składników oraz bakalie,
piec ok.40 min, polać polewą, można posypać wiórkami kokosowymi. Bez bakalii, ale z przyprawą do piernika udaje piernik:-) ”

Przepis na murzynka cioci Halinki

1/kostka tłuszczu (masło używam),  2 szkl. cukru, ½ szkl wody, kakao – zagotować, odlać trochę

2/ 2 szkl. mąki przesiać + 2 łyżeczki proszku

3/ masa kakaowa + 4 jajka – zmiksować , połączyć

4/ piec 180 st./ 40 – 50 min. , włożyć do nagrzanego piekarnika

Jednym słowem – murzynek wychodzi wspaniały, a Calineczka po swojemu udekorowała go kremem waniliowym, przecież to był urodzinowy prezent dla taty 😃

… z kremem było ciasto nad podziw smaczne …

W ogródku juka wystrzeliła w górę uwolniona po kilku latach od „zasieków” bluszczowych.

… lada chwila rozkwitnie, pęd z kwiatami przeskoczył Calineczkę 😃 …

🍀🍀🍀🍀🍀 🍀🍀🍀 🍀🍀🍀🍀🍀 🍀🍀🍀 🍀🍀🍀🍀🍀 🍀🍀🍀

Z ostatniej chwili 😃

Po głosowaniu posiedzieliśmy z Szilunią w Parku Piaseczyńskim, wieczorem oczekiwaliśmy z nadzieją na wyniki 🙂

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa, życzę dobrego tygodnia i niech MOC będzie ze wszystkimi przyzwoitymi ludźmi każdego dnia!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 14 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 22

Nadszedł ostatni dzień roku. Indze przypomniały się sylwestrowe prywatki przetańczone z zaprzyjaźnionymi sąsiadami, wesołe, nigdy nie zapomniane, wspólnie przygotowywane wśród żartów i śmiechu. Dobrze, że takie były, przynajmniej jest co wspominać. Dobrze mieć świadomość, że wtedy wytańczyła się za wszystkie czasy, za obecne też. Teraz tańce są całkowicie wykreślone z menu życiowego. Było, minęło, nie ma. Danie przeterminowane.

Feliks nigdy tańczyć nie lubił lecz sąsiedzi  znakomicie zastępowali go w tym względzie.

Eh, fajnie było. Pomyślała, że jednak musi coś przygotować na tę sylwestrową noc, nie będą przecież siedzieć we trójkę przy pustym stole.

Ugotowała żurek i jajka. Miała w lodówce zapasowe wiaderko sera białego trzykrotnie  mielonego, galaretki jeszcze były na podorędziu. Zrobiła więc sernik na zimno. Podzieliła ser na trzy części, galaretki rozpuściła w mniejszej ilości wody niż zalecana w przepisie. Kiedy ostygły zmiksowała z serem żółtą galaretkę, wlała pierwszą porcję do szklanego pojemnika i włożyła do lodówki. Gdy masa zaczęła gęstnieć zmiksowała następną porcję sera z wiśniową galaretką i delikatnie wyłożyła na pierwszą warstwę. Powtórzyła czynność gdy druga warstwa zgęstniała używając zielonej galaretki. W ten sposób uzyskała efekt kolorowego sernika. Kiedyś zrobiła bardziej efektowny studząc dodatkowe kolorowe galaretki mocno stężałe, pokrojone w kostkę i wrzucając je do masy sernikowej. Teraz nie miała na to czasu.

Nie odczuwała radości z przygotowań. Teściowa rano nie chciała wstać z łóżka. Bolał ją kręgosłup i za żadne skarby świata nie chciała się podnieść.

– Mamo, zejdź na śniadanie. Jak zjesz to ci dam  tabletkę przeciwbólową i położysz się. Posmaruję cię maścią, na pewno ci ulży – słyszała w kuchni głos męża, musiał głośno mówić, teściowa nie miała aparatu.

– Nie zejdę! Boli mnie jak jeszcze nigdy!

Inga poszła do teściowej z maścią. Wprawdzie nie wchodziła do jej pokoju, tym razem jednak uwierzyła teściowej bez zastrzeżeń. Nie pomyślała, że kiedy ona sama cierpiała okropnie z powodu bólu biodra i kolana tak, że po schodach iść nie mogła lecz wciągała się po poręczy, żeby dostać się do sypialni, pani Wala nie zainteresowała się, o nic nie zapytała. Jak zawsze było jej obojętne co się dzieje z synową. Inga jednak nie potrafiła przejść obojętnie wobec cierpienia więc poszła na górę. Posmarowała staruszkę maścią przeciwbólową, podała dwie tabletki ibupromu. Trochę się obawiała czy to nie jest zbyt duża dawka, lecz ból był wyraźnie przejmujący.

– Mamo, Feliks cię zapisze do lekarki. Powinna ci przepisać coś przeciwzapalnego i przeciwbólowego jednocześnie, i jeszcze o przedłużonym działaniu. Taki środek, który można łączyć z pozostałymi lekami przyjmowanymi przez ciebie.

– Nigdzie nie pójdę. Przejdzie.

– Samo nie przejdzie. Ja ci recepty nie przepiszę.

– Nie pójdę nigdzie!

– Mamo, – Feliks oczywiście już był wkurzony, – nie chcesz chodzić, nie ruszasz się więc mięśnie ci osłabły, nie utrzymują kręgosłupa i dlatego cię boli.

– Feliks ma rację – poparła męża Inga. – Musisz się ruszać. Powinnaś choć na kilka minut wsiąść na rowerek, stoi przecież. Poza tym pokażę ci ćwiczenia, zwykłe wymachy rąk wspomagające mięśnie przykręgosłupowe.

– Nie pojadę, nigdzie nie pojadę…

Inga wzruszyła ramionami i poszła do swoich zajęć.  Czas mijał aż nadeszła godzina dwudziesta pierwsza. Feliks wcześniej poszedł do sypialni położyć się na trochę. Psy ułożyły się obok Ingi. Pomyślała, że będzie z nimi kłopot. To znaczy z Zorką, bo Zadzior jako stary policjant do huku jest przyzwyczajony. Sunia wyraźnie się boi, nie chce wyjść na spacer. Teściowa zeszła na chwilę, połknęła dwie tabletki i poszła do siebie. Tak wyglądała upojna noc sylwestrowa Ingi Ale…ponieważ nigdy nie należy mówić nigdy…

U teściowej rozległ się dźwięk komórki. Dzwoniła jedna z jej trzech koleżanek, z którymi jeszcze utrzymywała kontakt telefoniczny. Była to osoba o wiele młodsza, wielce rozmowna i pełna energii. Po długiej rozmowie teściowa stanęła na schodach.

– Pani Ada przekazuje wam życzenia noworoczne – powiedziała wychylając głowę znad  poręczy.

– Dzięki, przekażę Feliksowi jak wstanie.

Starsza pani zeszła na dół zupełnie sprawnie. Inga była przekonana, że teściowa wróci do swego pokoju. Więcej, chciała tego, źle się czuła w jej obecności, lecz…

– Mamo, chodź tutaj, usiądź na fotelu przed telewizorem, będzie ci wygodniej.

– Żebyś wiedziała jak mnie boli…

– Akurat tego nie musisz mi mówić – powiedziała myśląc o swoich cierpieniach z zeszłego lata, kiedy to ruszać się z bólu nie mogła, a nawet gdy się nie ruszała też ból był nie do wytrzymania. – Zrobię ci herbatę, chcesz?

– Poproszę.

W telewizorze leciał sylwestrowy program. TVN-u nie dało się oglądać. Inga podejrzewała w tym niecne zamiary konkurencji, często się zdarzały takie zakłócenia, przerzuciła więc na Polsat. Teściowa – o dziwo – usiadła przed telewizorem.

Inga otworzyła laptop, żeby nie siedzieć bezczynnie gapiąc się w ekran. Zerknęła na tytuły w Gazecie, WP i Onecie. Stary laptop potrzebował dużo czasu, żeby wejść na jakąś konkretną stronę dlatego najczęściej poprzestawała na czytaniu tytułów. Dopiero gdy coś ją wyjątkowo zaciekawiło klikała  i czekała. Musiała się uzbroić w cierpliwość, zanim się połączyła ze stroną upływało nawet kilkanaście minut. Często pojawiał się komunikat, że nie można załadować strony. Zupełnie przypadkiem kliknęła na You Tubie na wspomnienia bardzo starszej pani, która opowiadała o przeżyciach na Wołyniu  Bez zastanowienia, nie wiedząc dlaczego to robi, umieściła wypowiedź w zakładkach. Dziś jest noc sylwestrowa, to nie czas na takie sprawy. Z premedytacją nie obejrzała „Wołynia”. Czytała, owszem, z niewiadomych przyczyn temat zagłady na Kresach przykuwał jej uwagę, ale oglądać nie chciała. Była wzrokowcem, raz zobaczony obraz – w tym przypadku był naładowany dodatkowo ogromnymi emocjami – wnikał w jej duszę, potrafił utkwić niej na zawsze i niczym nie dawał się unicestwić. Z tego powodu unikała oglądania pewnych filmów w ramach samoobrony organizmu. Co oczywiście nie oznaczało obojętności czy niewiedzy.

Teściowa siedziała przed telewizorem i głaskała Zorkę. Za oknem już było słychać huk wystrzałów, błyskały kolorowe race. Znowu mnóstwo przerażonych psów pogna przed siebie i nie będą umiały wrócić do domu.

– Dobrze, że jesteś tutaj, mamo, i głaszczesz Zorkę. Ona bardzo się boi huku petard, uspokajasz ją – uśmiechnęła się Inga do teściowej zaskakując tym samą siebie. – Zjesz żurku z jajkiem? Ugotowałam, żebyśmy mieli siłę czekać na Nowy Rok.

Pani Wala chętnie przystała na propozycję co niemal wprawiło Ingę w osłupienie. Podniosła się z fotela, który miała ustawiony przy małym stoliczku z komputerem. Gdy siedziała w tej pozycji mniej odczuwała ból szyjnego odcinka kręgosłupa. Zagrzała żurek, obrała jajka, pokroiła je do miseczki, wlała zupę. Podała teściowej do rąk miseczkę i łyżkę.

– Siedź, nie wstawaj, będzie ci wygodniej.

Sobie też wzięła porcję i usiadła z powrotem przed laptopem. Z tego miejsca widziała ekran telewizora i monitor laptopa. Jakaś durna łza spłynęła po policzku. Pomyślała, że tak powinno być zawsze. Normalnie, bez agresji, bez pretensji, za to z życzliwością.

Po dwudziestej trzeciej dołączył Feliks. Inga nie miała zamiaru go wołać. Ale zszedł. Sam, bez proszenia.

– Kotuś, my już jadłyśmy żurek. Weź sobie, tam są jajka ugotowane, widzisz?

– Tak – odpowiedział i wcale nie był zły ani obrażony.

Dołączyła do zakładek stronę, która ją zainteresowała nie wiedzieć dlaczego, o leśnikach wymordowanych przez bandy UPA na Kresach w lipcu 1944 roku. Skrzywiła się zorientowawszy się co zrobiła.

– Też temat mi się plącze w tę sylwestrową noc – mruknęła trąc oczy.

– Coś ci jest? – zapytał troskliwie mąż.

– Nic, nic, zerknęłam na pewne informacje. Już wyłączam. Przynieś szampana.

Zadzwoniła Bogna z życzeniami, potem przyszedł sms od Honoratki.

„ Babcia Wala nie zapomniała, że jest Sylwester, tak jak w zeszłym roku?”

„Nie, tym razem nie dałam jej zapomnieć” – odpowiedziała Inga.

„Uściskaj wszystkich ode mnie i ucałuj pieski” – napisała Honorcia.

„ My Ciebie też mocno ściskamy i niech Ci się spełnią marzenia w tym roku. BuziakiJ” – odpisała Inga.

Teściowa ledwie umoczyła usta w szampanie, Feliksowi też jakoś trunek nie podchodził, bolała go głowa. Prawdę mówiąc Inga także nie miała chęci.

– Nic to, będziemy sączyć ten boski nektar podczas oglądania koncertu noworocznego z Wiednia – zażartowała. – Tego sobie nie odpuszczę.

Mimo niechęci do wypicia wina z bąbelkami, właściwie po raz pierwszy w dorosłym życiu, Inga była mile zaskoczona samym momentem przywitania Nowego Roku. Było miło. Chociaż teściową bolał kręgosłup. Chociaż Honorka pojechała do drugiej babci.  Chociaż Zorka trzęsła się ze strachu i chowała w najciemniejszych kątach.

Po godzinie pierwszej w nocy, kiedy teściowa spała już w najlepsze, zdecydowali się wyjść z psami. Zdawało się, że huki ucichły. Zorka nie była na zewnątrz już dwanaście godzin. Na bezludnej ulicy pojawiła się jakaś para. Młoda i wyraźnie skłócona. I głośna. Na całą okolicę  rozlegał się głos młodego mężczyzny, a co drugie słowo było na literę „k”. Odpychał od siebie swą młodą towarzyszkę, wyższą nieco niż on sam dzięki niebotycznym szpilkom, rzucał w jej stronę obelżywe słowa czym ona się nie zrażała. Biegła za nim w mini spódniczce, czarnych rajstopach, skamlącym głosem coś mówiła, chwytała go za ręce, o coś błagała. Nie przestała nawet wtedy gdy mocno ją odepchnął. Nie upadła na chodnik tylko dlatego, że zatrzymała ją siatka ogrodzeniowa, o którą się oparła.

– Typowa przyszła ofiara przemocy domowej – powiedziała do Feliksa  obserwując scenę z niesmakiem.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze

„Babie lato i kropla deszczu” – 21

Inga spojrzała w kalendarz.

– No nie, jestem dzień do tyłu – powiedziała do Zorki zawsze żywo reagującej na słowa opiekunki. – Muszę zrobić ostateczny plan i jakieś zakupy.

Wygrzebała wszystkie monety z różnych zakamarków, szukała wszędzie nawet w kieszeniach kurtek, gdzie znajdowała złotówki trzymane na wózek w sklepie. Uzbierała dziewięćdziesiąt cztery złote. Więcej już nie miała skąd wziąć.

Dokupiła słodyczy dla dziewczynek do prezentów. Pod słowami „dziewczynki” kryły się i wnuczki i córka. Kolorowe cukierki wrzuciła luzem, żeby paczki weselej wyglądały. Od razu było lepiej. Nie kupiła byle jakich, w ciemno lecz sprawdzone, takie, które Honoratka z Bogną lubiły najbardziej. Ewelinka jeszcze była za mała na takie wyroby cukiernicze. W sklepie Inga liczyła skrzętnie co jeszcze może dorzucić do koszyka. Mleko, ser, chleb, masła jeszcze trochę jest. Zrobi dziś naleśniki na obiad. Z serem są bardziej sycące niż z dżemem. Teściowa nie lubi, będzie się krzywiła, cóż… trudno, musi się pogodzić. Boże, jakie upokorzenia przyszło jej przeżywać co kilka chwil. Pamiętała, że skończyły się płatki kosmetyczne, ostatnie z pudełeczka stojącego w łazience oddała teściowej więc bez zastanowienia dorzuciła paczkę płatków do zawartości koszyka. Za moment jednak wróciła i odłożyła je na półkę. Zwykła wata powinna być tańsza. Znowu poczuła łzy pod powiekami. Cholera! Czy ona nie potrafi nad sobą zapanować? Odkąd przyszło przeklęte pismo z banku czuła się jakby siedziała na beczce prochu. Oczywiście organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa, jakby mogło być inaczej. Kolana znów o sobie przypomniały, bo przestała pić proszek z saszetek, lekarstwo, które pomogło odzyskać sprawność po poprzednim ataku choroby. Jego brak znów przywołał ból, ale cóż, nie mogła sobie pozwolić na jego zakup. Musiała chodzić z kijkiem, z bólu mogłaby upaść, traciła równowagę, ponieważ noga nie zawsze jej słuchała, jakby była jakimś obcym bytem. Ale się nie skarżyła. Co to zmieni, że zacznie głośno stękać? Wystarczy, że teściowa bezustannie straszy  swoją zbolała miną. Do tego Feliks jest zdołowany wynikami i co, jeszcze ona miałaby dokładać swoje żale? Wystarczy tego dobrego.

Zapomniała, że można się śmiać, pragnąć czegoś ponad minimum. Potworna nienawiść ogarniała ją na widok polityków dzielących między siebie zabrane jej rodzinie pieniądze. I jeszcze krzyczą, że im się należą! Życzyła każdemu bez wyjątku, żeby ich wszystkich cholera jasna wzięła, co do jednego! Żeby ich zaraza wytłukła, o właśnie, niech na odrę zapadną wszyscy naraz i niech cierpią jak ona nie mając za co kupić lekarstwa…

Cóż, czasu nie da się zatrzymać i świąt także. O dziwo, minęły nad wyraz przyjemnie. Indze udało się nie myśleć o sytuacji, całą siłą woli odsunęła od siebie negatywne myśli. Wigilia w tym roku wypadła w poniedziałek. Dla pracujących pań domu to był podarunek od losu, albo od kalendarza – szepnęła się do siebie. Dawniej cieszyłaby się ogromnie, bo i czas na przygotowania był niezwykle długi, jako że sobota i niedziela wolne – więc do dyspozycji, a potem dwa dni świąt.

– Córeńko, nie przejmuj się niczym – powiedziała do Bogny. – Jedźcie na wigilię do teściów. Dobrze pamiętam jak ja się męczyłam, kiedy moja mama i teściowa życzyły sobie naszej obecności jednocześnie i cuda musiałam robić, żeby żadnej nie urazić.

– Ale nie będzie ci przykro?

– Coś ty, skarbie! Przykro mi było tylko wtedy, kiedy pierwszy raz w życiu spędzałaś wigilię poza domem. Nie mogłam się pogodzić z tym, że moja córeczka dorosła – spojrzała z rozrzewnieniem na swoje ukochane, jedyne dziecko. – Taka jest już kolej rzeczy, dzieci odchodzą z domu i tak musi być.

– Mamuś, ty jesteś naprawdę jedyna i wyjątkowa – Bogna przytuliła się do matki.

– Pewnie, że jedyna – pocałowała córkę w czubek głowy. – Jedyna bo twoja.

W głębi duszy Inga była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Nie wiedziała w jakiej formie będzie teściowa. Akurat w wigilię może mieć któryś ze swoich napadów i zepsuje dziewczynkom wigilię wywołując przykre skojarzenia, które mogą w nich pozostawić ślad na zawsze. Przygotowaniami zajęła się z wielką przyjemnością. Zawsze powtarzała, że lubi gotować, a nie lubi sprzątać. Robi to tylko z obowiązku i z reguły odkłada na ostatnią chwilę.

Sprężyła się i nie poddała się złym myślom. Zrobiła rybę po grecku, sałatkę jarzynową, śledzie w oleju, barszczyk kupiła gotowy, w tym roku nie zakwasiła buraków, nie miała do tego głowy. Karpia nigdy u niej w domu nie było, u niej czyli odkąd wyszła za mąż. Kupiła w Biedronce polędwiczki z dorsza. Kupowała jedynie filety z ryb morskich, które z niczym jej się nie kojarzyły. Tak samo kupowała filety z kurczaka paczkowane, żeby nie było na nich odrobiny skóry czy piórka, jakby to było jakieś sztuczne jedzenie. Chciałaby, żeby tak było. Zresztą tylko ze względu na męża i teściową kupowała drób i ryby. Sama dla siebie nie kupowałaby mięsa już nigdy.

Jeśli chodzi o słodką stronę życia – nie oszczędzała się w tym względzie. Upiekła murzynka z przyprawą piernikową. Miała zamiar przekroić go i przełożyć marmoladą, aby udawał piernik. W końcu jednak nie zrobiła tego, zwyczajnie nie zdążyła. Poza tym upiekła babkę marchewkową, którą lubiła Honoratka. Oczywiście nie mogło się obejść bez sernika. Użyła sera trzykrotnie zmielonego kupionego w Biedronce, dla oszczędności czasu i energii, choć wiadomo, że nic nie może się równać ze smakiem sernika z sera zmielonego własnoręcznie, który ma zupełnie inną konsystencję niż kupiony. Nigdy nie umiała upiec prawdziwego makowca drożdżowego jak mama i babcia, piekła więc zawijaski makowe. Dawniej sama przygotowywała masę makową, gotowała mak, trzykrotnie mieliła przez sitka z małymi dziurkami, dodawała miód, cukier, olejek migdałowy, skórkę pomarańczowa i bakalie. A jaki zapach unosił się w mieszkaniu, ehh… Teraz po prostu otwierała puszkę z masą, rozwijała francuskie ciasto, smarowała, kroiła i już.

Tak więc przygotowania szły pełną parą, nawet teściowa zachowywała się zupełnie przyzwoicie. Ale najwięcej Inga cieszyła się z tego, że portret taty zawisł na ścianie obok kominka. Jeden z obrazów wujka Stefana również znalazł swoje miejsce nad komódką, między okienkiem a drzwiami tarasowymi. Inga mogła odczuwać odrobinę radości mając świadomość, że przez najbliższe pięć dni nie grozi jej telefon z banku, może więc na okres świąt odsunąć od siebie wszelkie niepokojące złe myśli oraz emocje.

Wigilia przeminęła spokojnie. A potem przyjechały dzieci czyli cała czwórka: Bogna, Doman, Honoratka i Ewelinka. Nie trzeba mówić, że gwiazdką była oczywiście malutka szkrabusia.

cdn.    

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 10 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 20

    Po raz pierwszy w życiu Inga nie czuła przedświątecznego nastroju. Nawet choinka ustawiona w pokoju tego nie zmieniła. Zmusiła Feliksa do przyniesienia drzewka tydzień przed świętami, chciała poczuć tę słynną magię świąt. Przy okazji próbowała ugrać coś dla siebie – wszak ona i dom to jedno. Zmusiła męża do zdjęcia ze strychu zapakowanych obrazów. Jeden dostała w pracy odchodząc na emeryturę, drugi – specjalnie dla niej namalowany przez wujka Stefana – miał wartość sentymentalną. Sama wybierała piękną zimową scenę przedstawiającą sanie na śniegu, potem się zmitygowała, że może zbyt skomplikowany obrazek, a wujek się prawie obraził, że nie wierzy w jego zdolności… Uśmiechnęła się do wspomnień. Trzeci obraz, również namalowany ręką wujka, ukazywał krakowiaka w nocnym, nieco zamglonym ogrodzie przed chatką krytą strzechą, w której jaśniało okienko od izby.  Były też trzy drzeworyty, które pamiętała „od zawsze” wiszące w domu rodziców. I jeszcze – portret taty zrobiony chyba ołówkiem, otrzymany od współpracowników gdy odchodził na emeryturę. Do tej pory był schowany na strychu. Teraz, kiedy go wyjęła i postawiła na fotelu, poczuła jakby tata stanął obok niej.

– Nigdy więcej nie wrócisz na strych – powiedziała szeptem do portretu i łzy wypełniły jej oczy. –  Tato, tak bardzo cię kocham, tak strasznie mi ciebie brakuje. Pomóż mi, bo nikt inny na całym świecie nie może mi pomóc…

Feliks kręcił nosem, krzywił się, portret mu się nie podobał, może ewentualnie zdjęcie…

– Ale jak już tak bardzo chcesz to niech będzie – mruknął z niechęcią.

Poza obrazami od dawna chciała powiesić w salonie – jak szumnie był nazywany pokój dzienny – sosnowe półki przywiezione ze starego mieszkania. Tutaj według planu Feliksa miały być same nowe meble, lecz Inga – nie bacząc na sprzeciw męża – półki zabrała. Lubiła je. Sosnowe meble mają niezwykłą właściwość rozświetlania nawet pochmurnych dni, są słoneczne, jakby oddawały pomieszczeniu słoneczną energię zebraną i zatrzymaną w sobie w czasie gdy jako drzewa rosły w lesie. Już jakiś czas temu doszła Inga do wniosku, że bardzo dobrze zrobiła. Na nowe meble już nie ma co liczyć, trzeba zagospodarować to, co jest. Skoro przyszło z banku pismo z decyzją odmowną w kwestii restrukturyzacji kredytu i bała się, że wyląduje pod mostem – na przekór wszystkiemu pragnęła powiesić i półki, i obrazy, wykończyć wnętrze na miarę obecnych możliwości. Czuła, że takie zaklinanie rzeczywistości jest prawidłową reakcją. Przecież naczytała się tyle o afirmacjach, wizualizacji – więc może to jest pierwszy krok w dobrą stronę… Chwytała się każdej myśli niosącej nadzieję.

Zdjęła więc wszystkie trzy półki ze strychu i od razu zauważyła niechęć na twarzy męża. Nie zważając na to ułożyła je najpierw na podłodze, żeby sprawdzić jak będą wyglądały w różnych konfiguracjach. Chwila radości minęła bardzo szybko. Z minuty na minutę atmosfera w pokoju robiła się coraz bardziej gęsta. Feliks był wręcz wściekły.

Zawinęła drzeworyty w tekturę i gazety, żeby się nie zniszczyły. Postanowiła, że jeśli  zdobędzie jakieś pieniądze, w przyszłości oczywiście, pojedzie do Leroy Merlin i tam zamówi nowe „ubranka” dla nich, czyli nowe ramki ponieważ stare nie nadają się do wyeksponowania,  jedna się nawet całkiem rozleciała. Zabrała z podłogi jedną półkę i wyniosła na górę. Obrazy też wyniosła, lecz portret taty pozostał na dole, na fotelu. Miała wrażenie, że tata stamtąd cały czas za nią  wodził wzrokiem.

– Teraz lepiej? – spytała wskazując na dwie półki leżące na podłodze.

– Co? – spojrzał. – Nie wiem, jak chcesz mogą być trzy.

– Powiesisz je? Przywiercisz?

Nie odpowiedział, wyraz twarzy mówił wszystko.

– Możesz mi odpowiedzieć, tak czy nie?

– A kto w domu wiercił?

– Nie pytam kto wiercił. Pytam czy powiesisz czy nie?

– To co, mam teraz wiercić? Już natychmiast, w tej chwili?

– Nie, nie teraz. Pytam czy tak czy nie.

– Mam inne problemy! Muszę odpocząć! Cóż, nie masz męża majsterklepki, są tacy, co odpoczywają przy majsterkowaniu, ale ja do nich nie należę! Wolę położyć się i posłuchać muzyki niż wiercić w ścianie i przybijać. Jeszcze choinkę kazałaś mi ustawiać!

– To co mam teraz zrobić?

– Nie wiem. Rób co chcesz.

– Wiesz co? Ty powinieneś mieć na imię Demotywator. Dawniej powieszenie półki było powodem do radości, do spotkania z sąsiadami zawsze chętnymi do pomocy. Teraz odechciało mi się wszystkiego. Nic mi się nie chce, rozumiesz? Nie to nie, poproszę Domana.

– No pewnie, już cała rodzina będzie wiedziała…

Inga zatkała sobie uszy, żeby nie słyszeć nic więcej. Usiadła na schodach i połykała łzy. Nie chciała, żeby je zobaczył. Dziś odebrał wyniki swoich badań, nie były rewelacyjne, ale matki to nie obchodziło. Słowem się nie zapytała, choć widziała leżące na stole papiery.

Po pewnym czasie podszedł do Ingi.

– Przepraszam – cicho powiedział i przytulił się do niej. – Przepraszam.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze

BRAMA zmieniająca życie 😁

Dokładnie od 16.XI.2023 zaczęła Baba pisać dziennik wdzięczności. Raniutko, kiedy wszyscy śpią, po powrocie z Szilunią z pierwszego spaceru. Nikt nie widzi, nie słyszy 😊 Kto wie o co chodzi – przyklaśnie. Kto  nie wie – postuka się w głowę albo palnie w czoło i stwierdzi, że odbiło Babie na starość. Ale Baba swoje wie 😉 Kto nie chce niech dalej nie czyta. Kto chce wie, że energia podąża za uwagą. O czymś takim jak dziennik wdzięczności czytała już dawno. Lecz cóż, po Baby głowie latały różne myśli typu – wariatka jesteś / odbiło ci całkowicie / zdurniałaś na amen / nie masz co robić? / skończ papiery porządkować / podlej iglaki / zrób naleśniki / weź się wreszcie za powieść… itp., itd. Jednak… Baba zaczęła, a co jej szkodzi! Przecież to nie boli, trochę rękę poćwiczyć można, palce rozruszać bo stukanie w klawiaturę nie angażuje ani stawów ani mózgu w takim stopniu jak pisanie ręczne. Poza tym nikt nie zobaczy, nikt się nie dowie…

Zacząwszy pisać Baba uświadomiła sobie, że ma mnóstwo powodów do wdzięczności, ogromną ilość! Nie będzie wymieniać, każdy ma swoje i warto je sobie uświadomić, a tego nie robimy na co dzień. Choćby począwszy od tego, że się obudziła, oddycha i żyje 😊 Postanowiła się skupić (m.in.) na jednej konkretnej rzeczy, tak bardziej, najbardziej, czyli na BRAMIE. Tak jej brakowało oddzielenia swojej własnej przestrzeni od publicznej, wspólnej. Miała wrażenie, że z Domku wychodzi wprost na ulicę. No i babci D. trzeba przecież pilnować, żeby nie wyszła i nie zgubiła się, albo nie upadła robiąc sobie krzywdę. Ma zaburzenia równowagi i na większej przestrzeni (gdy nie ma się czego chwycić) zaczyna się poruszać dokładnie jak pijany człowiek, który się płotu nie trzyma – jak to się mawia. Jeśli Baba chce ją złapać, żeby nie upadła to krzyczy – nie szarp mnie, albo nie bij 🙈 Baba myślała, że niedługo oszaleje, ale nie oszalała, bo Brama uratowała ją przed szaleństwem 😊 👍

Zaczęła więc Baba pisać o Bramie, czuć wdzięczność, wywoływać w sobie uczucie radości, euforii z posiadania BRAMY wyobrażając ją sobie. Patrzyła przez kuchenne okno, widziała ją oczyma duszy swej, nie posiadała się z prawdziwej radości widząc ją w wyobraźni. I STAŁO SIĘ! Okoliczności się tak ułożyły, że BRAMA JEST! Szilunia już może spokojnie chodzić po całym ogródku, ponieważ Chłop zabezpieczył szczelinę, którą się przecisnęła biegnąc za Babą na ulicę. Babcia D. nie wyjdzie na zewnątrz ale ma większą przestrzeń  Posadziła Baba z Chłopem i Werą  Skitusiowe drzewko, zrobiła wokół klombik z kwiatkami, który jest oddzielony „zeribą”, żeby babcia D. ich nie rwała. Oczywiście gdzie indziej rwie co się da, sprytnie przy tym potrafiąc się ukrywać, rozglądać czy jej nie widzą. W tym przypadku mózg pracuje, ciekawe, prawda? Ale już odróżnić prawdziwy kwiatek  od sztucznego (udawanego – jak mówi Calineczka) nie potrafi i rwie równo. Baba z Chłopem posadzili Szakalinkę czyli miniaturową brzózkę (prezent od Magdy) i wokół również powstał klombik. Baba posadziła tam lilie i aksamitki. Rosną też… ziemniaki 😊 Baba zakopywała łupiny w celu wzbogacenia słabej ziemi i teraz przez przypadek będzie miała własne „zimnioki”, a co!

Baba z Chłopem rozebrali jedną krzywą drewutnię, wystawili dziewięć worków zieleniny różnej i kilka wiązek gałęzi. Posadzili kilka krzewów (mają być kwitnące), w tym jeden w miejsce wyciętego bzu, który musiał ustąpić miejsca BRAMIE. Dzięki temu odżył jaśmin i ma piękne, pachnące jaśminowe kwiatuszki. Baba zaszalała i kupiła nową piwonię, dwie hortensje i clematis, wszystko z Biedronki. Aha, jeszcze postawili pergolę łukową, po niej pójdzie groszek dotąd obciążający siatkę ogrodzeniową. Poza tym iglaki są przycięte. One wspaniale odgradzają ogródek od uliczki dając spokój, poczucie intymności, pozwalają się czuć komfortowo, a Baba może robić głupie miny i sobie ćwiczyć wygibasy, bo nikt jej nie zobaczy 😊

Jeszcze 3.VI. zabiorą gabaryty, które trzeba przygotować, wyciągnąć z czeluści gdzie są ukryte i nareszcie  Baba będzie mogła się zająć czymś innym.

W związku z tym wszystkim Baba zupełnie nie miała czasu na pisanie czegoś mądrego, oraz na zaglądanie do zaprzyjaźnionych blogów. Prosi więc o wybaczenie  i obiecuje poprawę kiedy skończy ogródkowe szaleństwo.

… Calineczka kazała budzić się o świcie, żeby z Szilką iść na spacer …

… nowa lalka Calineczki ma na imię Stasia …

… lampki solarne wieczorem robi ą nastrój…

Jeszcze filmik z Szileczką w roli głównej, w tle ptaki na łące dają koncert💗

Dobrego tygodnia życzę dziękując za odwiedziny 🍀🌺🌞

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 19

Inga nie czuła radości z tego co robi. Teściowa zepsuła nastrój, całkowicie i do końca. Już nawet nie chciało jej się udawać, że jest inaczej. Wczoraj przez cały dzień zjadła kromkę chleba na śniadanie  i talerz zupy na obiad. Poza tym nic, bo znów się obraziła. Feliks rano tracił cierpliwość, ale dość długo trzymał emocje w ryzach, starał się spokojnie do matki mówić, tłumaczyć, ale wreszcie nie wytrzymał. Inga w tym czasie była na górze w łazience. Zmobilizowała się wreszcie, położyła farbę na włosy i wykorzystując trzydzieści minut – przez który to czas mazidło miała trzymać na głowie – sprzątała łazienkę.  Usłyszała podniesiony głos męża i uchyliła drzwi. Okazało się, że teściowa znów wypluła lekarstwa. Trzymała dłuższą chwilę w ustach, wypiła wodę podaną przez syna do popicia leków, nawet wzięła kawałek chleba. Feliks obserwował matkę udając, że jest zainteresowany programem telewizyjnym i nie zwraca na nią uwagi. Chyba coś przeczuwała, powstrzymywała się bowiem od wyplucia zerkając na syna kilkakrotnie, co umocniło go w podejrzeniach. Wreszcie wstał od stołu i przeszedł na bok. Myślała, że już na nią nie patrzy i wtedy wypluła.

– Co ty robisz? Czemu wypluwasz?

– Bo gorzkie – znalazła odpowiedź.

– Przecież to leki nie cukierki. Na ciśnienie, nie wiesz, że musisz je brać? Nie pamiętasz, że kardiolog tak dobrze ci je wyregulował, bo regularnie przyjmowałaś lekarstwa?

Odpowiedziała mu cisza oraz  wykrzywianie twarzy jak to robią dzieci przedrzeźniając kogoś. Tylko… dzieci są …ładne!

– Czy ty rozumiesz? Mamo, czy ty mnie słyszysz? Nie chcesz się leczyć? Proszę bardzo, nikt cię nie zmusza. Napisz mi tylko, że rezygnujesz z leczenia. Pojadę do lekarza, zawiozę mu to pismo i  nie będę więcej wydawał pieniędzy.

– Moje leki są darmowe!

– Co? Tylko na cholesterol, za resztę płacę kupę kasy!

Znowu cisza wypełniona wykrzywianiem twarzy i wygrażaniem pięściami.

Inga zmyła farbę z włosów, zeszła na dół. Trudno jej było uspokoić męża.

– Kotuś, chodźmy z psami. Wiatr się uspokoił i dzieciakom należy się porządny spacer.

Przekonała Feliksa i poszli razem na psi spacer. Miała nadzieję, że ruch uciszy choć trochę emocje i przyniesie odrobinę ukojenia. Ale nic z tego. W skrzynce była korespondencja.  Przyszła z banku pisemna odpowiedź odmowna na ich prośbę o restrukturyzację kredytu jeszcze na rok. Feliks zapłacił tylko ratę kapitałową, na drugą część – czyli na odsetki – nie było pieniędzy. Inga przepłakała resztę dnia do wieczora. W nocy przysypiała lecz koszmary dręczyły ją nie pozwalając ani na chwilę odpoczynku. Rano wstała z podkrążonymi oczyma i mrokiem w duszy, nie widząc żadnego wyjścia z sytuacji poza opuszczeniem tego świata. Była kompletnie załamana. Feliks widząc stan żony objął ją i przytulił.

– Kochanie, pamiętasz jak było w zeszłym roku?

– Jak?

– Zaraz po wpłaceniu mniejszej raty zadzwoniła kobitka z windykacji. Teraz też ktoś za chwilę zadzwoni.

– Co to da?

– Może uda się jeszcze raz odłożyć spłatę odsetek.

– Nie mam takiej nadziei. Nic się przecież nie zmieniło na korzyść! Komornik pieniędzy nie odzyskał i nie zanosi się na to, że je zdobędzie. Zabiorą dom, każą się wyprowadzić! Nie opuszczę domu! Jest mój, każdy kawałek! Włożyliśmy w niego wszystkie pieniądze ze sprzedanych mieszkań! Schody to ostatni prezent od taty, za pieniądze po nim je zrobiliśmy. A duża szafa? Za odstąpienie działki powstała. I ja miałabym to zostawić? A moje książki, największa radość, moje jedyne bogactwo, mnóstwo pozycji też po tacie w spadku i co, mam je oddać obcym czy spalić?

– Uspokój się, nie tak szybko się to odbywa, bankowi się nie opłaca wyrzucać ludzi, którzy płacą …

– Akurat, ktoś będzie patrzył na ciebie. Przyślą komornika, zabiorą wszystko! Nawet telewizor od dzieci, książki taty, moje! Wszystko co przez całe życie zbierałam! Zabiorą!

– Opanuj się, dziewczyno, nie wpadaj w histerię. Najpierw sprawy sądowe się odbywają, potem komornik wkracza do akcji…

– Felku, pozwól na chwilę – rozległ się ze schodów głos pani Wali.

Inga natychmiast zesztywniała, otarła łzy stojąc tak, żeby teściowa jej nie widziała, wzięła głęboki wdech. Boże, dlaczego pozwoliła sobie na utratę kontroli nad emocjami? Przez nią Feliks zdenerwował się jeszcze bardziej… żeby mu się nic nie stało, żeby mu się nic nie stało, żeby mu się nic nie stało – myślała gorączkowo. Podeszła do szuflady z lekami. Zostało jeszcze opakowanie oxazepamu przepisanego przez poprzednią panią doktor. Chyba jednak trzeba będzie do niej wrócić.

Przygotowała śniadanie i zawołała męża. Teściowej nie wołała, robił to Feliks. Nie miała ochoty narażać się na złośliwe uwagi albo oglądanie miny męczennicy mówiącej zbolałym głosem, że „jakoś dzisiaj nie spała całą noc”. Powtarzało się to codziennie, regularnie choć najczęściej pani Wala przesypiała nockę chrapiąc głośno. Najbardziej przykre było – szczególnie dla Feliksa – że nie interesowała się niczym co się wokół działo, całą uwagę skupiała na samej sobie. Kompletnie nic więcej jej nie obchodziło, nawet na rozmowę o stanie zdrowia syna, o wizycie u lekarza nie potrafiła się zdobyć, nie było żadnej reakcji z jej strony, kompletnie żadnej,  zero.

Inga postanowiła skupić się na świątecznych przygotowaniach, postarać się zagłuszyć pracą złe myśli krzyczące w jej głowie i namawiające do zakończenia problemów w sposób ostateczny. Nie chciała ich słuchać, nie chciała się poddawać, na to zawsze będzie czas. Teraz usiądzie z kartką i zrobi spis potraw, niezbędnych produktów, sprawdzi jakie ma drobne upominki przezornie zbierane przez cały rok.

Zaplanowała barszcz czerwony, wiadomo, że musi być, jest obowiązkowy. Do niego zamiast uszek ugotuje fasolę, Jest w domu, nie trzeba kupować. Podobno fasola w wigilię to dostatek. Mama Ingi czasem dużego Jasia gotowała do wigilijnego barszczu. Pewnie wtedy, kiedy nie zdążyła zrobić uszek. Teraz Inga wspominała świąteczne potrawy mamy, ich niedościgniony smak

– Zrobiłaś już uszka? – spytała Sabina gdy spotkały się w sklepie.

– A w życiu – obruszyła się Inga. – Raz jedyny zabrałam się za to i nigdy więcej. Zamiast wigilijnych uszek wyszły mi uszy słonia.

Sabina parsknęła śmiechem .

–  Przyrzekłam sobie, że nie będę więcej marnować czasu i żadnych dalszych prób nie podejmę. Koniec i kropka, tyle w kwestii uszek.

– To co podasz do barszczu?

– Białą fasolę, czasem moja mama taką gotowała. W przygotowaniu potraw świątecznych  nie dorastam jej do pięt. Jakie delikatne pierogi potrafiła zrobić, a drożdżowe ciasta, makowce! Mniam, po prostu rozpływały się w ustach. Babcia takie same pyszności robiła, tylko ja się jakoś nie nauczyłam.

– Wiesz, ty byłaś w innej sytuacji niż kobiety dawniej. Pracowałaś, nie miałaś tyle czasu co one, które zajmowały się tylko domem. Nie miały innych obowiązków…

– Cześć dziewczyny – usłyszały głos Kasi. – Gdzie się sąsiadki spotkają przed świętami jak nie w sklepie, prawda?

– Prawda, prawda, jak kobiety nie ma w domu przed świętami to na pewno jest w sklepie – powiedziała Sabina.

– O czym tak zawzięcie dyskutowałyście, że podeszłam do was niezauważona? Coś o kobietach słyszałam?

– Tak, o tym, że kiedyś kobiety siedziały w domu, nie pracowały zawodowo więc miały czas na super wypieki, gotowanie mnóstwa potraw, robótki, ploteczki, darcie pierza i różne takie tam…

– Ooo… tak, i tu trafiłyście na temat, który mnie maksymalnie wkurza. Słyszałyście, że rządziciele planują dawać emerytury babom siedzącym w domu, takim które nie pracują?

– Zajmują się domem i dziećmi – zauważył Sabina.

– Tak? A moimi to kto się zajmował, duch święty? Ja do pracy musiałam zasuwać, a dzieci same na pastwę losu zostawiać, bo ich ojciec znalazł sobie lepszy model i miał głęboko w czterech literach własne dzieci! Największym moim marzeniem było bycie w domu, bo ja  mam duszę dziewiętnastowiecznej kobiety. Rozumiecie? Chciałam być w domu z własnymi dziećmi i nie mogłam, musiałam pracować, żeby mieć z czego żyć. I wszystko było na mojej głowie, wszystko! A teraz baby, które nigdy nie musiały się męczyć tak jak ja, mają dostawać pieniądze za coś, co było moim największym marzeniem? Nie zgadzam się! Nie zgadzam się na to, żeby samotnym matkom zabierali te „pińcet” a dawali zdrowym babom siedzącym w domu i mającym mężów na dodatek! Matkom niepełnosprawnych dać nie chcieli, prawda? Ręce im prawie wyłamywali, siłą odrywali od okien, bo one im nie podskoczą, opon palić nie będą, tak? Cholera mnie zatłucze zaraz! I z moich podatków mają takich darmozjadów utrzymywać! Albo takich różnych gówniarzy, nieuków, przydupasów króliczych…

– Znajomych królika – podpowiedziała Inga zaskoczona siłą reakcji przyjaciółki.

– Zwierzęta ci się chyba pomyliły – zaśmiała się Sabina, – tak na przykład ptactwo ze ssakami…

– Sabcia, to mnie nie śmieszy – poważnie powiedziała Kasia. – Przeciwnie, szlag mnie trafia, krew mnie zalewa i mam zakaz oglądania jakichkolwiek wiadomości do świąt, żebym się uspokoiła.

– Mikołaj ci zakazał? – zdziwiła się Sabina.

– Mikołaj. I ja się z nim zgadzam, bo już sama ze sobą nie mogę wytrzymać kiedy na to wszystko patrzę – odpowiedziała Kasia.

– Nawet nie wiesz jak ja cię rozumiem – cicho powiedziała Inga.

– Dobra, dziewczyny, w takim razie zmiana tematu – przejęła inicjatywę Sabina. – Po co przyszłyście? Ja po barszczyk Krakusa i słodycze. I jajek muszę jeszcze dokupić – spojrzała na kartkę wyjętą z kieszeni.

– Widziałam w reklamie tanie piżamki, dla Honoratki  chciałam kupić, dołożyć do paczki. Ewelince włożę dwa słodziaki, tyle punktów uzbierałam podczas zakupów, że mam dwa za darmo. Opłaca się mieć kartę Biedronki, zawsze są jakieś rabaty.

– Mówisz jakby ci płacili za reklamę – spojrzała Kasia.

W mojej sytuacji mogłabym reklamować goowno w pudełku gdyby mi zapłacili, pomyślała Inga. Jak mało trzeba, żeby upaść tak nisko…

– Coś nagle tak zamilkła? – spytała Sabina.

– A tak… zamyśliłam się. Zobaczcie, są jeszcze piżamki. Którą wybrać?

– Ja dla Klarci wzięłam tę z ciemnymi spodniami i krótszą koszulką.

– Na twoim miejscu wzięłabym dla Honorki tę drugą, z długą, szarą koszulką – doradziła Sabina.

– Mówisz? Może i masz rację, wezmę ją – Inga włożyła piżamkę do wózka.

– Nie macie pojęcia jak wam zazdroszczę, że macie wnuczki i możecie dla nich kupować prezenty – powiedziała Sabina.

Żebyście wiedziały jak ja wam zazdroszczę, że macie za co – pomyślała Inga.

– Dobra, dziewczyny, późno się zrobiło, muszę lecieć. To na razie – powiedziała głośno i skierowała się do kasy.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 6 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 18

Sabina wyjrzała przez kuchenne okno. Znieruchomiała nie chcąc spłoszyć trzech sikorek skaczących po pozbawionych liści gałązkach bzu. Nie bardzo były zainteresowane prowizorycznym karmnikiem zrobionym z plastikowej butelki. Trzeba będzie zrezygnować z tego chałupniczego wytworu i zafundować ptakom porządny, przyzwoity karmnik – pomyślała. Śliczne  ptaszki przyciągnęły uwagę nie tylko Sabiny, również przechodząca Inga  przystanęła i patrzyła z uśmiechem. Nagle – jakiś ruch, furkot małych skrzydełek i odleciały spłoszone. To Bonzo przemknął uliczką jak ruda kula, a za nim Amelka niczym różowy balonik, bowiem miała na sobie różową kurteczkę. Sabina uchyliła okno i zawołała przyjaciółkę.

– Inga, wejdź do mnie na chwilę – zawołała i nie czekając na odpowiedź sąsiadki podeszła do drzwi wejściowych i otworzyła je wciskając jednocześnie przycisk od domofonu.

Inga weszła przez furtkę do przedogródka.

– Jak ładnie zrobiłaś – wskazała na dwie donice ozdobione gałązkami iglaków w miejsce kwitnących latem kwiatów.

– Podoba ci się? – ucieszyła się Sabina. – Tak patrzyłam na te puste donice, patrzyłam i mi coś nie pasowało. Ucięłam gałązki, wpadłam na pomysł, żeby je tu włożyć i chyba dobrze, prawda?

– Jeśli nie masz nic przeciw temu podkradnę ci pomysł – odpowiedziała Inga. – Też mnie wkurzają puste donice. Miałam je schować do garażu ale jakoś tak zeszło.

– Wchodź, zimno wpada do domu. Zaraz Kaśka wpadnie na kawę, dzwoniłam już do niej.

Inga weszła, równocześnie Kasia otworzyła furtkę..

– Czekaj, nie zamykaj drzwi, bo mnie przytrzaśniesz – zawołała.

– Wchodźcie dziewczyny – uśmiechnęła się Sabina. – Już mi się podoba taki dzień. Kawy?

– A jak! Przecież mnie na kawę zaprosiłaś – wesoło odpowiedziała Kasia. – Jak tam teściowa? – zwróciła się do Ingi.

– Ona znów wyrzuca leki – jęknęła Inga. – Felek ją przyłapał. Wzięła do ust, trzymała przez chwilę i kiedy myślała, że nikt nie patrzy, wypluła do ręki. Podniosła się od stołu, poszła do kuchni wyrzucić. On stał i patrzył. Jak to zobaczyła, włożyła tabletki z powrotem do ust.  Spytał: ”Co ty robisz? Nie rozumiesz, że to na ciśnienie i na pamięć? Żebyś wiedziała co robisz i jak się nazywasz!”  Nic nie odpowiedziała, wściekła się i od razu uciekła od stołu. Nie zjadła śniadania, nie wypiła herbaty tylko się obraziła. Po pewnym czasie zaczęła się do mnie przymilać widząc, że on nie reaguje.

– Biedna ty jesteś – ze współczuciem powiedziała Sabina.

– Jestem bezustannie w rozterce… a może jestem w bezustannej rozterce… licho z tym! Z jednej strony mi jej żal, z drugiej doprowadza mnie do białej gorączki, ale muszę nad sobą panować i staram się na zewnątrz zachować spokój, choć nie zawsze mi się udaje.

– A wewnątrz się cała gotujesz – dopowiedziała Kasia.

– Właśnie tak. Ale najbardziej żal mi Felka. Co ja mu się natłumaczę, żeby nie brał wszystkiego do siebie, bo ma do czynienia z chorym człowiekiem.

– Ale do niego nie dociera, prawda?

– Znasz to, wiem przecież. On to przeżywa bardzo. Widzę przecież choć zaprzecza. Nawet często kiedy jesteśmy z psami na spacerze to w myślach rozmawia z matką.. Wiem, bo czasem powie coś głośniej i usłyszę. Taki jest zaaferowany.

– Trudno oderwać myśli od problemów, szczególnie takich, które się długo ciągną i na zawsze jakby wrastają w człowieka. Mnie do tej pory śni się praca. Dziś na przykład przyśniło mi się, że muszę iść do pracy, a ja już od tego odwykłam i nie mam się w co ubrać! Wyobrażacie sobie? Mam we śnie świadomość, że noszę teraz zupełnie inną garderobę niż dawniej i co mam zrobić? Znalazłam w tym śnie jakąś czerwoną spódnicę, a przecież od dawna nie noszę spódnic więc czułam się w niej źle! Poza tym szukałam do niej butów i żadnych nie mogłam znaleźć, bo ni czorta nic mi nie pasowało. Zaczęłam szukać w różnych miejscach, znalazłam jednego ale drugiego do pary nigdzie nie było! Pomyślałam, że wreszcie muszę zrobić porządek z butami. I co wy na to? Na szczęście coś mnie obudziło, bo już miałam dzwonić do Mariolki, że się spóźnię –  Kasia pokiwała głową do własnych myśli.

– O matko, ja ci nie zazdroszczę takich snów. A może ci się przyśniło po to, żebyś opowiedziała i żebym ja się wreszcie zmobilizowała do pójścia na strych? – powiedziała Inga.

– No nie wiem – zastanowiła się Kasia. –  Wolałabym cię zmobilizować do działania bez pracowych snów.  Naprawdę koszmarne były ostatnie miesiące w pracy.

– Możesz już o tym mówić? – spojrzała Sabina. – Twierdziłaś, że jeszcze nie dasz rady, że za wcześnie i jeszcze cię trzęsie na samo wspomnienie.

– Bo mnie trzęsło i to jeszcze jak! Dotąd miewam te straszne sny, albo budzę się i myślę, że muszę tam znowu pójść… Nie dałabym już rady za żadne skarby świata.

– Wyobrażam sobie jak przeżywałaś niszczenie dorobku całego twego zawodowego życia – ze współczuciem powiedziała Sabina.

– A ja sobie nie wyobrażam, ja wciąż to czuję jeśli tylko pozwolę sobie na myślenie… – Kasia zamilkła patrząc przed siebie.   –  Wiesz co? Wolę wspominać różne fajne sytuacje pracowe, było ich naprawdę dużo. Ale ten ostatni okres to koszmar. Trwało kilka lat zanim upadło na amen… – dodała po chwili

– Co trwało? – Inga w pierwszej chwili nie zrozumiała.

– Upadek. Zanim nas wyrzucili z budynku specjalnie przeznaczonego, no, wybudowanego dla potrzeb kultury, szczególnie biblioteki.

– Aha – skinęła głową Inga.

–  Rozumiesz? Jakoś  w latach 60-tych to było… Ja zaczęłam pracować kiedy Łukasz miał półtora roczku, to był sam koniec siedemdziesiątego ósmego roku.

– Popatrz – przerwała Sabina, – ja zaczęłam pracę chwilę potem, wiosną siedemdziesiątego dziewiątego.

– Była zima stulecia – uśmiechnęła się Kasia do wspomnień. – Szłam piechotą od taty, bo tam jeszcze mieszkałam, do Śródmieścia i z powrotem. Alejami Jerozolimskimi szłam w tunelu wykopanym w śniegu, ludzie się śmiali bo śnieg był wyższy od nas.

– Dokładnie to pamiętam – potwierdziła Sabina. – Tak było. Auta nie jeździły ulicami bo nie dały rady, taki widok zapamiętałam.

– A wiecie, że kiedy braliśmy ślub z Mikołajem to też nagle spadł śnieg? Mieliśmy zaraz po ślubie jechać samochodem do Szczawnicy, a tu zaczęło sypać tak, że w pantofelkach ślubnych skakałam przez zaspy, a po ulicy nie jechało  żadne auto. Taka chwila była. Musieliśmy zrezygnować i dopiero potem pojechaliśmy ekspresem do Krakowa, stamtąd  autobusem do Szczawnicy. A mróz się zrobił minus dwadzieścia.  Taką mieliśmy podróż poślubną.

– Z przygodami – stwierdziły zgodnie sąsiadki.

– No tak, ja mam całe życie z przygodami. Sęk w tym, że nie lubię przygód, nieprzewidywalnych sytuacji, niespodzianek. Lubię wiedzieć naprzód, być przygotowaną, lubię spokój bez nagłych atrakcji. W sumie dopiero teraz, na emeryturze mam trochę tego co lubię.

– Poza snami – zaśmiała się Inga.

– Żebyś wiedziała. Kiedyś mi się przyśniło, że budynek biblioteki wyleciał w powietrze w wyniku wybuchu gazu. W sumie… to możliwe, bo na dole stołówka była… Innym razem, to akurat wielokrotnie, że choć wiedziałam w tym śnie, że mojej biblioteki już nie ma, to ja wracałam na stare śmieci i obsługiwałam czytelników jak zawsze. I co ciekawe, wszystkie książki tam były. Wiecie, że ja do tej pory jak zamknę oczy to wiem, gdzie która książka stała? Tak w ogóle to mogłam nie pamiętać autora i tytułu, ale jak mi czytelnik powiedział o co mu chodzi to szłam w ciemno w półki i przynosiłam. Teraz je też widzę na tych półkach…. – Kasia zamilkła i zapatrzyła się przed siebie.

– Kaśka, najpierw was wyrzucili z waszego budynku, tak? – spytała Sabina.

– Najpierw to nas próbowali wyrzucić. Długo się nie dawałyśmy z Mariolką, bo tylko we dwie zostałyśmy.  Ale cóż, siła złego… Musiałyśmy pakować cały olbrzymi księgozbiór. Nie było w co… nasi mężowie jeździli do hipermarketów i przywozili pudła z odzysku, taśmę klejącą same kupowałyśmy…

– Wariatki – szepnęła ze współczuciem Inga.

– Wariatki, kompletne wariatki, a reszta świata miała to w …czterech literach.  Tym bardziej bolało, że wcześniej napisałam do ministra naszego o planach niszczenia biblioteki. Otrzymałam odpowiedź, że nic takiego się nie stanie. Po czym nowym dyrektorem został facet, który podpisał list w imieniu ministra, że nikt nie zniszczy po czym sam doprowadził do zniszczenia. Miał jakąś fobię na tym punkcie… W przenosinach pomógł nam dyrektor logistyki, który jak zobaczył co się dzieje to się wściekł.  Dostałyśmy pudła, taśmy, ludzi do pomocy i jakoś się udało. Część księgozbioru poszła w jedno miejsce, część w drugie. Miałam wciąż nadzieję na odbudowanie tym bardziej, że wreszcie po długim czasie udało się ściągnąć resztę książek. Harowałam jak dziki osioł. Sama już, bo Mariolka poszła gdzie indziej.  Plany odbudowy przedstawiłam przełożonej, ale cóż, przyszła do pracy młoda gnida i nic nie wyszło. Potem się okazało, że z różnych miejsc ta wredna cholera musiała uciekać, bo czego się dotknęła to spierniczyła niszcząc ludzi przy okazji…

– Biedna ty… – szepnęła Inga.

– Potem była kolejna reorganizacja i już straciłam jakąkolwiek nadzieję. Nikt biblioteki nie chciał, nawet związek emerytów nie chciał jej przygarnąć pod swoje skrzydła i wszystko umarło śmiercią naturalną z chwilą mego odejścia na emeryturę.

– Nabawiłaś się nerwicy, chorych oczu, astmy, sarkoidozy– ze współczuciem powiedziała Sabina, – i wszystko na marne.

– Może nie tak do końca, tyle pokoleń korzystało z zasobów, uczniów, studentów, zwykłych wielbicieli książek. Jak już była bieda z pieniędzmi to czytelnicy sami przynosili książki, własne, nowe, już przeczytane, żeby inni mieli co czytać. Taka super solidarność się między ludźmi wiązała…

– Wspomnienia zostały – powiedziała Sabina. – Teraz inne czasy, każdy nos w telefon wsadza i świata  nie widzi.

– Z jednej strony masz rację, ale z drugiej w tych telefonach też książki czytają. A jestem pewna, że dzieci i wnuki moich czytelników  też czytają, mają w genach przekazaną miłość do książek – uśmiechnęła się Kasia.

– I tym optymistycznym akcentem kończymy poważną część naszego spotkania – stwierdziła Sabina. – Nie wiem jak doszło do takich wspomnień.

– To przez sen przecież – przypomniała Inga.

– No tak, sen… a przecież sen mara Bóg wiara – skinęła głową gospodyni. – To teraz zmiana tematu.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 7 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 17

Dla jasności przypominam, że powieść skończyłam pisać przed napadem putina , żeby nie było wątpliwości. Jakby Kmicic powiedział – na pohybel najeźdźcom psubratom!!!

⚫⚫⚫

 Czas uciekał Indze tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu. Zawsze go brakowało, ale teraz – to już naprawdę gruba przesada. Gdzie on się podziewał, ten czas, jakimi krętymi ścieżkami przemykał tak skutecznie, że w żaden sposób nie dawało się go złapać?

Inga postanowiła wcześniej wstawać. Nastawiła budzik na piątą. Wstała, wyszła z psami, kompletnie ciemno było jeszcze. Dobrze, że nie padało, nawet nie wiało, tak więc ucieszyła się, że aura sprzyjała jej zamiarowi. Skierowała się w stronę cmentarza. Teraz można sobie wygodnie tamtędy chodzić wzdłuż ogrodzenia, ponieważ położono chodnik, zresztą po obu stronach jezdni. Cała ulica wciąż była w remoncie, który trochę się ślimaczył. Inwestycja miała być oddana już dwa miesiące temu lecz Inga i tak była zachwycona rezultatem. Przedtem wąska droga miała ciemne, nieoświetlone pobocze, błoto po kostki w czasie deszczu nie pozwalało przejść, zaś chodzenie jezdnią groziło śmiercią lub kalectwem. I jeszcze mandatem. Obecnie dojazd do miasteczka, choć utrudniony przez roboty drogowe, obiecywał wygodę i bezpieczeństwo na przyszłość. Mogła chodzić bez odblasków, nie bojąc się, że wyskoczy nagle strażnik miejski każąc płacić mandat za poruszanie się bez elementów odblaskowych poza terenem zabudowanym. Słyszała, że sąsiadkę z drugiego osiedla spotkał taki przypadek. Teraz mogła iść spokojnie, aż do samego Kauflanda został położony chodnik, ziemię obok wyrównano, w niektórych miejscach zostały posadzone krzewy, Jakie – to się okaże wiosną, jeśli oczywiście się przyjmą i przeżyją zimę. Jedynym mankamentem według Ingi było zamontowanie barierek między dwoma pasami jezdni na całej długości.  Nie było możliwości przejścia na drugą stronę w innym miejscu poza jednym. Pomyślała, że trudno, nie będzie przechodziła wcześniej niż przy Maxi ZOO, dopiero tam zrobiono przejście dla pieszych. Psy z konieczności będą miały dłuższe spacery, ale za to zmniejszy się liczba wypadków spowodowanych przez niesfornych pieszych bardzo często działających pod wpływem alkoholu albo innych środków odurzających.  Nie tak dawno idąc z psami przy stacji Shella zobaczyła leżącego człowieka. Mógł być pijany i zwyczajnie odsypiać libację, ale mógł być też normalnym człowiekiem chorym na przykład na cukrzycę. Poprosiła o interwencję dwóch młodych ludzi ze stacji. Nie odmówili i okazało się, że to była pierwsza opcja. Pijany. Inga podziękowała mężczyznom za pomoc i wróciła do domu. Podobną sytuację miał kiedyś wieczorem Feliks, jeszcze przed remontem ulicy, gdy tuż przy cmentarzu znalazł leżącego człowieka. Też był pijany, ale pozbierał się i poszedł, kiedy Feliks zaczął go cucić. Zrobiło się już zimno i gdyby zasnął, mógłby tak zostać na amen.

Szła więc sobie Inga z psami. Zadzior spokojnie i dostojnie, Zorka  – mimo nadwagi – jak iskiereczka, zadowolona, z uśmiechniętym pyszczkiem, krótkimi szczęknięciami wyrażając swoją radość życia i mówiąc „dzień dobry” prawie każdej napotkanej osobie. Z rzadka tylko odsuwała się na bok, nie witała kogoś – może widziała aurę danej osoby i może ta aura była zła? Zdawać by się mogło, że na ulicy powinno być pusto o tak wczesnej porze. Nic bardziej mylnego. Julianowska była w ciągu dnia mniej uczęszczana niż teraz. Oczywiście mowa o pieszych, bo na jezdni przez cały dzień tworzyły się korki, szczególnie teraz, podczas przebudowy skrzyżowania.. Mnóstwo ludzi podążało do pracy pojedynczo i grupkami. Niektóre osoby rozpoznawała, widziała je wychodząc rano z psem, a potem z dwoma psami, od kiedy  Zorka z nimi zamieszkała.  Mijając grupki słyszała język ukraiński, przeważał nad polskim. Mnóstwo sąsiadów zza wschodniej granicy znalazło zatrudnienie w okolicy. Dotyczyło to i mężczyzn i kobiet. Nawet zaczęły pojawiać się dzieci. Inga zapamiętała ciężarną Ukrainkę z cudnym, czarnym buldożkiem francuskim. Wypuszczała – tak ona jak i jej partner – psiaka na ulicę i chodziła z nim bez smyczy przy samej jezdni. Inga kilka razy zwracała im uwagę z obawy o bezpieczeństwo młodziutkiego czworonoga, szczeniaka właściwie. Nic to nie dało, bo spotkała ją przy ruchliwym skrzyżowaniu już po urodzeniu dziecka, z wózkiem i z psem – znów bez smyczy. Całkowity brak odpowiedzialności doprowadzał Ingę do furii i zaczynała obwiniać za zło całe otoczenie kobiety. Do tego dochodziła pamięć o artykule, w którym przeczytała jak przed Euro2012 na Ukrainie pozbyto się niezliczonej ilość psów. Zaraz za tym przyszły na myśl opowiadania starszych ludzi, którzy jeszcze pamiętali zbrodnie na Kresach oraz tych, którzy wspominali, że SS-mani ukraińscy byli sto razy gorsi od Niemców, mieli sadystyczną przyjemność w maltretowaniu i znęcaniu się nad Polakami. Mama też o tym wspominała. Inga ostatnio czytała o zbrodniach UPA, słuchała w internecie nagrań, określenie „gen okrucieństwa” utkwił jej w głowie. Dlatego teraz nie podzielała opinii o konieczności pomocy państwu. Pojedynczym, konkretnym  ludziom tak, ale zbiorowo – w żadnym wypadku. Choćby dlatego, że na wizytę państwową władze ichnie przyjechały z wpiętą w klapę marynarki odznaką swoich nacjonalistów; za to, że czczą banderowców. Niemcy Hitlera nie czczą. Państwowo, oficjalnie w każdym razie. Taka różnica. Że idiotów jest pełno, także u nas – to prawda, debile niczego się nie nauczyli i obchodzą urodziny tego pieprzonego Adolfa – to jest wynik tej cholernej „dobrej zmiany” co domorosłych faszystów trzyma pod ochronnym parasolem i pozwala im na marsze, nawoływanie do przemocy, propagowanie tej parszywej ideologii…

Stop! Kobieto opamiętaj się – skarciła samą siebie w myśli. Miałaś panować nad myślami, a ty co? Pogrążasz się coraz bardziej w samych złych emocjach. Było, minęło, może jeszcze będziesz miała pretensje do Szwedów za potop, co? Wzięła kilka głębokich wdechów. Rozejrzała się jakby wróciła na ziemię z jakiejś mrocznej krainy. Uff, raz, dwa, trzy spokój… raz, dwa, trzy… Przyjemnie się szło. Za ogrodzeniem wciąż jeszcze paliły się kolorowe znicze rozjaśniając cmentarną ciemność. Dzięki temu widoczne było całe morze kwiatów na płytach nagrobnych. Wcale to nie był smutny widok. Odwrotnie. Inga już jakiś czas temu stwierdziła, że cmentarz to też życie. Do takiego wniosku doszła przechodząc przynajmniej raz dziennie wzdłuż ogrodzenia, które nie zamykało nekropolii przed światem żyjących, jedynie delikatnie wyznaczało granice tych dwóch światów, pozwalając im współgrać i współistnieć.

Przed sobą zauważyła jakąś postać. Raczej męską. Stała i chwiała się. Ta postać. Nagle zrobiła kilka kroków, jakby nie panując nad ciałem, padła i leżała na boku z głową na jezdni.

– O matko jedyna, samochód jedzie – Inga jęknęła i podbiegła do leżącego.

Zaczął się ruszać, pomogła mu się podnieść. To był młody człowiek o przystojnej twarzy, w ładnej kurtce. Ogólnie dobrze wyglądał. To znaczy wyglądałby…

– Pan jest pijany – raczej stwierdziła niż spytała.

– Taak, wracam do domu. Przepraszam, dziękuję – miał ukraiński akcent. – Idę do domu, byłem z kolegami – zatoczył się na cmentarny murek.

Dziwne, ale nie wywołał u Ingi agresji ani obrzydzenia, choć pijaków nienawidziła serdecznie. Wyglądał jak porządny chłopak, który zbłądził.

– Niech się pan trzyma muru i  tak idzie, przecież samochód mógł pana zabić – jeszcze przestrzegała mając w oczach leżącego z głową na jezdni.

– Dziękuję, dziękuję –  powtarzał, a Inga pomyślała o jego matce, która pewnie tęskni za synem, i co by się stało, gdyby nie podniósł się na czas z tej jezdni…

– No, dzieciaki – tak mówiła do psów – mieliśmy przeżycie z samego rana, naprawdę się przestraszyłam.

Poszli dalej. Przy stacji Shella skręcili w wydeptaną przez ludzi ścieżkę wiodącą równolegle do bocznej krawędzi cmentarza. Sucho było, więc spokojnie dało się tamtędy przejść aż do pętli autobusowej. Julianowską wrócili do domu.

Jak zawsze rano psy dostały śniadanie. Inga zrobiła sobie kawę i usiadła. Nie zdążyła pomyśleć co zrobi na obiad, gdy usłyszała szum wody w łazience teściowej. Noo, to już koniec spokoju. Feliks też wstał, coś na górze stuknęło w sypialni. Dokończyła kawę, wyjęła masło z lodówki, wstawiła jajka na płytę, żeby się ugotowały na twardo, przygotowała śniadanie dla ludzi.

Teściowa zeszła całkiem „odjechana”. Nic dziwnego, skoro od kilku dni nie bierze leków –  pomyślała Inga bez litości patrząc na trzęsące się ręce teściowej. Trzęsła się tak zawsze kiedy była wściekła. Feliks zszedł na dół i rozpętała się awantura, co było do przewidzenia. Inga patrząc na starszą panią dokładnie wiedziała, kiedy ona ma chęć na awanturę, tak jakby jej to do życia było potrzebne. Jakby z awantur czerpała siłę życiową.

– Wampirzyca, wampir energetyczny – mruknęła pod nosem i poszła po zakupy do Biedronki. Kiedy wróciła była godzina dwunasta, samo południe. Okazało się, że teściowa postanowiła jednak lekarstwa zażywać, w związku z tym połknęła wszystkie, łącznie z Feliksowymi na męskie dolegliwości. Szczęście, że na ciśnienie wziął wcześniej, bo przecież mogłaby paść trupem na skutek nagłego obniżenia ciśnienia..

Przygotowała ciasto na naleśniki oraz farsz z pieczarek, cebuli i odrobiny ugotowanego ryżu jaki został z poprzedniego dnia. Zajęło jej to czas do trzynastej. Potem usmażyła naleśniki, podała na obiad z farszem, wyszła z psami. Kiedy wróciła była równo szesnasta. Teściowa podpisała synowi oświadczenie, że nie będzie więcej wyrzucać leków. Eureka! Tylko… Inga wiedziała, że na drugi dzień nie będzie o tym pamiętać, znów się zezłości i będzie to samo, bez żadnych zmian. Ale na razie  Feliks się cieszył, że może coś do matki dotarło. Inga złudzeń nie miała.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze