„Widocznie tak miało być” – 61

– Tereska, skąd ty wytrzasnęłaś taką cudną bluzkę? Ja też chcę – Danusia z zachwytem przyglądała się kolorowej tkaninie obracając jej właścicielkę w kółko.

– Danuśka, litości – jęknęła Teresa. – Jeszcze nic nie piłam, a już mi się w głowie kręci. Zabawę mi chcesz zepsuć?

– A w życiu – obruszyła się Danusia. – Próbuję się jedynie dowiedzieć skąd to masz. Takie cuda w sklepie sprzedawałyby się jak świeże bułeczki.

– Dowiesz się w odpowiednim czasie – odrzekła z tajemniczą miną właścicielka bluzeczki, po czym szeroko się uśmiechnęła.

Miała powód do uśmiechu, bowiem przyszła właśnie Dorota z Michałem. Michał nie był ważny, Danusia nawet go nie zauważyła. Liczyła się sukienka Doroty, ponieważ również ozdobiona została techniką batikową.

– Dorota, czy ty też jesteś małpa i nie powiesz mi skąd masz taką sukienkę?

– Dlaczego też? Jaka inna małpa znajduje się w tym pomieszczeniu? – zaśmiała się Dorota.

– Rozejrzyj się to zobaczysz.

– Aaa, widzę! Cześć małpa!

– Witaj, witaj – zaśmiewała się Teresa. – Ciekawa jestem czy trzecia małpa też przyjdzie.

– Nie, nie będzie małpą. Powiedziała, że nie chce nam robić konkurencji – padła odpowiedź.

– Ja nie wytrzymam, o czym wy w ogóle mówicie? – Danusia spoglądała to na jedną to na drugą. – Ja jeszcze nic nie piłam, ale was kompletnie nie rozumiem.

– Nie przejmuj się Danusiu – Aldona podeszła do przyjaciółek. – One bredzą jak zawsze. Ja ci odpowiem na wszystkie pytania. Czego chciałabyś się dowiedzieć?

– Dobrze, że choć jedna normalna się trafiła – Danusia wzięła Aldonę pod rękę. – Chodźmy stąd.

– Ona tylko dlatego jest normalna, że w ciąży – rzuciła za nimi Dorota.

– Ale to stan przejściowy – chichocząc dodała Teresa.

Danusia z Aldoną pogrążone w rozmowie zagłębiły się w wyobraźni w świat kolorowych tkanin.

Bronuś tymczasem wspólnie z resztą „chłopców” omawiał jakiś mecz przegrany ostatnio przez polską reprezentację racząc się specjałami przygotowanymi przez ich małżonki.

– Bronuś, czemu tak mało sobie nałożyłeś na talerz? – spytał Michał zaglądając mu przez ramię.

– Nie wiesz, że się odchudzam?

– Znowu?

– Tygrysek jest za gruby, weterynarz kazał go odchudzić, więc żeby mu smutno nie było, to ja też przeszedłem na dietę razem z nim.

– Słusznie, Tygrysek jest już taki gruby, że się w oczach nie mieści –  Marcin przyznał Bronkowi rację

– Ty, ja tak mogę mówić, bo to jest mój kot, ale tobie od niego wara – Bronuś pokiwał palcem przed nosem sąsiada. – No no no.

Michał posadził Ziutka obok Bronka.

– Ty siadaj, nie ruszaj się stąd, teraz będziesz opowiadał bajki – powiedział.

– Jakie bajki? Nie umiem bajek – małomówny Ziutek samotnie podpierał drzwi zanim  został przeprowadzony przez cały pokój i umieszczony przy Bronku.

– Jakiekolwiek. Na przykład… idzie baba przez las…

– No to idzie baba przez las.

– I co? I co dalej? – zainteresowali się pozostali.

– I nic. Koniec bajki – stwierdził Ziutek.

– Eee tam, taka bajka – mruknął Bronek.

– Nie szkodzi, że koniec, ważne, że się odezwał. Odezwał się, widzicie?- tryumfował Michał. – Ziutek się odezwał.

– Odpiernicz się ode mnie, słyszysz? Odwal się! Idź do Bronka!

– Ludzie! – ryczał Michał i wszyscy z nim. – Ludzie, Ziutek zaklął!

– Pierwszy raz w życiu – powiedziała Stenia nie przestając wywijać. – A fe, Ziuteczku, jak ty się odzywasz przy ludziach..

– Napij się Ziutek, pij Ziutek, pij – zachęcał Bronuś.

– Po co? Już się napiłem, nie jestem pijakiem – bronił się Ziutek.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spojrzał czujnie Bronuś przewyższający Ziutka o dwie, albo i o trzy głowy kiedy się wyprostował.

– Nie, nic, już nic – wycofywał się Ziutek.

– Słuchaj, kochany, ja codziennie siedzę w łazience. A czy to znaczy, że jestem hydraulik? No widzisz? Nie jestem.

– Nie jesteś, Bronuś, nie jesteś – zgodził się Ziutek patrząc na Stenię tańczącą z Jurandem.

Aldona się zaśmiewała z pogwarek przyjaciół.

– Czyje zdrowie pijemy? – wzniosła szklankę z sokiem pomarańczowym. – To nieładnie pić bez toastu.

– Święta prawda, no to pijemy zdrowie wszystkich po kolei – zawołała Dorota.

– O właśnie, według alfabetu. Kto jest na a? Tylko ja. Więc pijemy moje zdrowie – uśmiechnięta Aldona spełniła toast sokiem.

– Ty  nie masz pić, ty masz myśleć  – Magda rzuciła w nią kolorową serwetką.

– A dlaczego zawsze ja mam myśleć  – oburzyła się Aldona.

– Bo chwilowo musisz zachować trzeźwość!

– Jędza!

– Przecież mówię, że chwilowo, potem sobie odbijesz.

– Cicho dziewczyny, bo kot usnął – Bronuś położył palec na ustach. – Ciii.

– Broneczku, twój kot usnął u ciebie, a moja kotka poszła do ogródka – parsknęła Magda. – Przypominam ci, że na ostatnim piętrze śpi, a ty jesteś na parterze.

– Tak? To coś mi się pomyliło, – stanął przed lustrem, patrzył przez chwilę na swoje odbicie, po czym posmutniał. – Myślałem, że jestem przystojny – powiedział i ruszył do drzwi wejściowych.

– A ty dokąd? – chwyciła go Magda za rękę.

– Do domu, muszę znaleźć Danusię.

– Przecież jest tutaj, nie widzisz?

Rozejrzał się uważnie, wreszcie wypatrzył żonę tańczącą z Marcinem.

– Danusiu, kocham cię – ryknął basem.

– Cicho, wiem – odpowiedziała z uśmiechem.

– Mogę już śpiewać sto lat? – głos Michała wybił się na pierwszy plan.

– Jeszcze nie, poczekaj aż będzie twoja litera – uspokoiła go Aldona. – Teraz będzie b jak Bronek, potem d jak Danusia i Dorota…

– A gdzie c? – wtrąciła się Stenia. – C jak Celyna…

– Gdzie tu masz Celinę? – mruknęła Teresa. – Znieść nie mogę tej piosenki…

– Ja chcę „Celynę” – upierała się Stenia.

– Mogę śpiewać sto lat? – dopytywał się Michał.

– A śpiewaj wreszcie – machnęła ręką Dorota i uciekła w drugi koniec pokoju zatykając uszy, żeby nie słyszeć jak Bronek z Marcinem przyłączają się do śpiewania. – Magda, dolej mi wina, bo zwariuję, ich się na trzeźwo nie da słuchać.

Wytrzymała trzy zwrotki, więcej  się nie dało.

– Chłopaki, już, spokój, teraz będą tańce w takt muzyki, waszego śpiewania wystarczy – oświadczyła stanowczo. – Michał, proszę, podaj mi sałatkę, tę z pieprzem cayenne.

– A na co jest ten pieprz cayenne? – zainteresował się Bronuś.

– Na wszystko – z przekonaniem odpowiedziała Dorota.

– Ale ja wszystko mam zdrowe – Bronek stracił zainteresowanie. – Pójdę na chwilę do domu, bo chcę nagrać film.

– Po co? – szczerze zdziwił się Marcin. – Ja ci opowiem, już wszystkie widziałem, nie chodź.

Kasi przypomniał się problem ostatnio omawiany szeroko przez sąsiadów, dotyczący pcheł w piwnicy.

– A jak tam pchły w piwnicy, jeszcze są?

– A skąd. Dorota poszła ze mną, jak ją zobaczyły, to tak uciekały, że łby rozbijały o ścianę – odpowiedział Michał uciekając przed ukochaną.

– Już po problemie – odpowiedziała Aldona. – Chłopcy spryskali środkiem dezynfekującym, a kotom, tym wolnym lecz zaprzyjaźnionym, założyliśmy obróżki, żeby je zabezpieczyć. Nasze domowe zwierzaki zawsze je noszą.

– Moje też. Dobrze, że już spokój z tym paskudztwem – westchnęła Kasia. – Aha, Magda, wczoraj podobno była u was prezentacja. Kupujesz garnki i kieliszki Zeptera?

– Garnki to może tak, ale kieliszków nie chcę. One są na brzegach pokryte 24 karatowym złotem. Goście obgryźliby kieliszki i jeszcze kazali za dentystę zapłacić – zaśmiała się gospodyni.

– Zołza – skrzywił się Bronek. – Ale kochana – zaraz dodał przymilnie. – Masz mleko do kawy?

– Mam, prosto od chłopa.

– Przecież chłop mleka nie daje.

– Ale sprzedaje.

– A ja jajka kupuję w zdrowych kurach – wtrącił Michał. – Dorota kazała.

– I widzisz jaka ta buda od kur duża? Widzisz jak można zarobić na jajach? – zauważył Marcin.

– Już wy sobie dajcie spokój z jajami, kurami i budami, bo tylko kłopot z tych waszych pomysłów – zgasiła Magda męża.

– Taaak, majątki to porobili ci, co w latach osiemdziesiątych zakładali firmy – odezwała się Danusia. – Ludzie mieli pieniądze, półki ziały pustkami i wszystko szło, każdy towar, a kredyty były łatwo dostępne i nisko oprocentowane.

– Ja wolę zbierać grzyby – oświadczył Bronek. – Jajami się nie interesuję.

– Taki z niego zagorzały grzybiarz, że gdybym po nim nie przeglądała grzybów, to wszyscy byśmy się potruli – dodała Danusia patrząc z politowaniem na męża.

– Tobie, kochanie, mogę zawsze ufać, uf, uf – uśmiechnął się Bronuś do żony przesyłając jej całusa..

Tymczasem Kasia z Teresą rozmawiały o innych sprawach.

– Myślę, że to co jest w życiu ważne, jakaś umiejętność, predyspozycja nie ginie, jest gdzieś ukryta w podświadomości. Nawet nie używana się rozwija i nagle wychodzi na świat w nowej postaci, dojrzała. Jak moje pisanie. Pisałam zawsze, potem przerwa, myślałam, że już nigdy. I nagle – eureka, potrafię, dużo lepsze od wszystkiego co było kiedyś.

– Podobno wszystko ma swój czas i miejsce, może i mnie się jeszcze jakoś wyprostuje życie.

– Na pewno. Jestem głęboko przekonana, że przed tobą jeszcze wiele pięknych chwil.

Kasia zadumała się, obserwowała przez chwilę w milczeniu coraz weselszych, bawiących się przyjaciół, tańczących, przekomarzających się, pochłaniających przygotowane smakołyki.

– Co jest prawdziwsze: słońce, czy sztuczne światło reflektorów? Słońce wydobywa wady skóry a przyćmione, kolorowe światło nadaje twarzy ciepło, spojrzeniu serdeczność, tuszuje wady, ukrywa zmarszczki i siwe włosy, fałszywe spojrzenia… – rzekła w zamyśleniu.

– Kaśka, zgłupiałaś? Gdzie ty masz tutaj fałszywe spojrzenia? – spojrzała zdziwiona  Teresa.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

„Nie chcem, ale muszem…”

„Nie chcem ale muszem” – zacznę od klasyka. Naprawdę staram się tutaj nie pozwalać emocjom zapanować nad sobą tak jak dawniej. Jednak gdy do emocji dołącza się rozum – to już nie da rady zmilczeć. Jak jest w naszym pięknym kraju – każdy widzi. Tylko … każdy widzi co innego. To znaczy jedna trzecia rodaków widzi jedną prawdę, druga jedna trzecia widzi drugą prawdę, a trzecia jedna trzecia nic nie widzi, ma w doopie, olewa albo czeka, która jedna trzecia wygra, żeby się do niej podłączyć i żyć jak pączek w maśle albo jak członek jakiegoś zarządu jakiejś spółki, no bo człek jest honorowy i żadną pracą się nie zhańbi…

Jakie emocje swego czasu były w narodzie – wspomnieć mogę tu:

DRAMAT | Anna Pisze

Dramatu ciąg dalszy | Anna Pisze

Jeszcze odnośnie wczorajszego dnia | Anna Pisze

Zawetuje 2:1 | Anna Pisze

Kupą mości panowie! | Anna Pisze

I co? I nic! Wielotysięczne tłumy na ulicach z wielu innych jeszcze powodów i dużo później  niż wtedy nic nie dały. Walec jedzie i rozjeżdża co się da, co tylko wystaje ponad zrównaną już powierzchnię… Skłóceni jesteśmy (tzn jedna trzecia plus rządziciele) z całym światem, nawet na wojnę ze Stanami idziemy… Takie coś już było, skłóceni byliśmy ze wszystkimi i wszyscy mieli dość kłótliwych warchołów, zapijaczonej szlachty (świetnie przez Jerzego Hoffmana w „Ogniem i mieczem” pokazanej ) i innych typów spod ciemnej gwiazdy, do których nie trafiały rozpaczliwe próby ratowania Rzplitej przez światlejszą część jej mieszkańców. Było to jak wołanie … na puszczy i do czego doprowadziło – wiadomo. A jeśli komuś nie wiadomo, to przypomnę, że Polska zniknęła z mapy świata na skutek rozbiorów. Już od dłuższego czasu mam skojarzenia z okresem przedrozbiorowym… I tak mi się pomyślało, że jeśli nie bylibyśmy w UE (bo wreszcie mogą nas kopnąć w zadek i powiedzieć, żebyśmy sobie sami radzili, skoro nie potrafimy żyć we wspólnocie i dostosować się do norm w niej obowiązujących), a z Putinem (podobno) nie chcemy być, więc gdzie będziemy? NIGDZIE!!! A tam już przecież byliśmy i ZNIKĄD wróciliśmy w 1918 roku, zaledwie 103 lata temu, czyli jesteśmy krócej niż nas nie było! Układy gwiazd i takie różne tajemnicze astrologiczne wieści mówią, że na niebie jest taka sama sytuacja jaka była za panowania Carycy Katarzyny Wielkiej (nie mylić z „carycą” suską)…  Chyba, że – teraz mnie normalnie olśniło – to wszystko jest farsą, zabawą Historii, która patrzy jak też sobie z teraźniejszą „carycą” i jej „dziełami” poradzimy! Tak może być. Przecież niemożliwe, żebyśmy cofnęli się naprawdę w mroki średniowiecza czy w objęcia inkwizycji…  Ciekawe, że jakoś nikt nie wspomina ile kobiet zostało zamęczonych, zamordowanych, spalonych żywcem, bo „cnoty niewieście miały nieugruntowane”, bo były mądrzejsze od tępych, ciemnych, zacofanych i przepełnionych pychą ówczesnych „macho”.

Tak długo wyłanialiśmy się z mroku, a tak łatwo dajemy się tam znowu zapędzić…

Trzymajcie się zdrowo, aby w zdrowiu doczekać lepszych czasów!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

21 lipca – moja Lucy

Moja siostra skończyłaby dziś 72 lata. Rok temu pokazałam stare zdjęcia  http://annapisze.art/?p=3152

Dziś odszukałam jeszcze kilka, postanowiłam je tu zamieścić, aby dać im nowe życie. Sama z przyjemnością „przelatuję” przez zdjęcia na blogu, o wiele łatwiej i częściej niż gdybym miała wyciągać albumy. Mogę każdego dnia się z bliskimi spotkać…

… rodzice niedługo po ślubie, chyba w Łebie, gdzie tata dostał pracę po zakończeniu wojny …

… myślę, że to też Łeba, z młodymi małżonkami była tam babcia Frania …

… tu już z Lucynką w babcinym ogródku w Tenczynku …

… malutka Lucynka z mamą i dziadkiem Staszkiem w Tenczynku …

… z lewej babcia Stefa ( śliczna była 🙂 ), dziadek z Lucynką i mamą…

… tu już mama z dwiema siostrami 🙂 ale nie wiem gdzie zdjęcie zrobione, może w Krzeszowicach? …

Taka mi wyszła chwila wspomnień… Nie miałam czasu wcześniej usiąść do Lapcia, w sumie dobrze, ponieważ znalazłam te fotografie. Znalazłam też unikalne zupełnie zdjęcie zrobione w Tenczynku, podejrzewam, że może być z czasu wojny albo zaraz po. Szkoda, że jakość jest tak zła, ale pamiątka niesamowita. Żeby było dokładniej widać zrobiłam dwa ujęcia tego samego zdjęcia.

Były tam jeszcze dwa zdjęcia z zamku, też bardzo stare.

Cofnęłam się w czasie o tyle lat do zupełnie innego świata, którego nie ma…

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 16 komentarzy

Zrobił się przegląd tygodnia

Mokro, burzowo, parno, duszno. Dziś było 28 stopni (czwartek, 15.07.)  co jest niczym w porównaniu z temperaturą środową, kiedy termometr pokazał 36 stopni!  Nie wiem jak różne żyjątka radzą sobie w takich warunkach. Udało mi się zrobić zdjęcia kilku owadów, zupełnie przypadkiem, same się „nawinęły przed oczy”.

… chrabąszcz majowy buczący jak samolot …

… nie wiem co to, szło takie coś po murze …

… taki ogromny pająk szedł sobie po kamieniach, a Calineczka wcale się nie przestraszyła, wręcz przeciwnie, oglądała z zainteresowaniem …

… motylek przysiadł …

… motylek jak Dobra Wróżka z disnejowskiej bajki …

… przedstawiciel Czarnej Mocy …

Gotowanie i pieczenie przestało mnie bawić, odechciało mi się zupełnie. Ogólnie nic mi się nie chce. Lodówkę powinnam odlodzić, więc wyciągam po kolei wszystko co jest i zużywam. Miałam zamrożoną ugotowaną cieciorkę i kapustę czerwoną. Zużyłam je już.  We wtorek podałam ją (cieciorkę) w miejsce ziemniaków, które się skończyły, ale do sklepu mi się iść nie chciało, zaplanowałam zakupy na piątek. Dla siebie miałam klopsiki vege z Biedronki kupione na spróbowanie (smaczne), dla Babci D. i MS był  gulasz kurczakowy z poprzedniego dnia.  W środę ugotowałam kaszę gryczaną i była z sadzonym jajkiem, a we czwartek zrobiłam kotleciki blendując pozostałą cieciorkę z ugotowanym ryżem + cebulka, jajko, bułka tarta.  Wyszły zgrabniutkie, bo ryż się dobrze klei i chyba zjadliwe, bo babcia D, wzięła sobie nawet dwa i zjadła, nie wyrzuciła 🙂 Dorobiłam jeszcze sos koperkowy dla smaku.

… cieciorka z modrą kapustą i klopsikami …

… modra kapusta z kaszą gryczaną, sadzonymi i mizerią (porcja MS) 🙂 …

… usmażone ryżowe kotleciki …

…modra kapusta z kaszą gryczaną (z wczoraj) polaną sosem koperkowym, z mizerią i kotlecikami ryżowymi …

Pościnaliśmy trochę winobluszczu, bo rośnie strasznie szybko. Podczas tej czynności na zewnątrz ogrodzenia zwróciłam uwagę na dziwne zachowanie ptaka, chyba szpaka (mylą mi się z kosami), z nastroszonymi piórkami, rozpostartym ogonkiem chodził wokół samochodu sąsiadów (za płotem) i bardzo krzyczał. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że w kącie, między drzwiami do garażu a ścianą kuli się pisklę, zaś po autem czai się Franek! Zaczęłam wołać Franka, przyszedł mi MS w sukurs i udało się kota skusić, by do nas przez ogrodzenie przyszedł. A biedny ptak-rodzic nawet pod same drzwi domku sąsiadów podchodził jakby stukał wołając o ratunek dla swego dziecka.  MS zaniósł Franka do naszego domu, daliśmy mu smakołyki, żeby zapomniał o ptaszku. Wróciłam do przycinania zieleniny i znów usłyszałam wołanie ptaszka o pomoc! No nie! Znów wołam Franka, który z powrotem wlazł pod auto i czaił się na pisklę. Na szczęście pojawił się Puchaty. Franek wskoczył na ogrodzenie i poszedł w swoją stronę, po pewnym czasie dał się słyszeć koci wrzask i śpiewanie, więc albo się panowie wzięli za łby albo tylko się przemawiali. Tymczasem ptaszek chyba przywołał na pomoc drugiego rodzica, bo się pojawił drugi skrzydlaty osobnik i nie wiem co dalej, mam nadzieję, że jakoś tego niefortunnego nielota zabrały do gniazda.  Może uczył się latać i taka przygoda mu się przytrafiła. Ale ratowanie dziecka przez rodzica, próba odciągnięcia i odstraszenia czarnego potwora to było coś tak wzruszającego i rozczulającego, że słów brak. Miałam łzy w oczach, MS po wielu godzinach wracał do tego zdarzenia…

Z przygód zoologicznych jeszcze nam się trafiła jaszczurka w pokoju 🙂 Patrzę, a pod stolikiem koło okna na taras  siedzi miniaturowy krokodyl 😉 Zawołałam MS i myślimy jak ją złapać, żeby wypuścić nie robiąc krzywdy. MS wpadł na skuteczny pomysł i przykrył jaszczureczkę plastikowym pudełkiem po pieczarkach (albo po włoszczyźnie bo przezroczyste było) i po wielu próbach  udało się krokodylka wyprowadzić na trawnik. To w środę się zdarzyło, a w czwartek rano zastałam ślicznego ślimaczka maszerującego po podłodze. Wyniosłam go bez uszczerbku dla jego zdrowia na trawę. A trawa rośnie ładnie, MS kosił drugi raz, ja dosiałam w puste miejsca i myślę, że urośnie, bo teraz wilgotno.

Burze wciąż przemieszczają się po całym kraju, u nas na szczęście nie z takimi straszliwymi skutkami, ale strach się czai…

Jest już piątek, 16 lipca i na tym przegląd tygodnia kończę. Udało się pojechać i zaszczepić psiepsioły. Wprawdzie z ranka były burze, z pewnością kilka jednocześnie, bo z różnych stron dały się słyszeć grzmoty, ale potem deszcz przestał padać, zakupy zrobiłam i pojechaliśmy na Ursynów. Przy okazji spotkaliśmy się z Królową Marysieńką i jej śliczną sunią, tak więc spotkania towarzyskie i psiaki zaliczyły 🙂 Teraz śpią, nie można ich forsować po szczepieniu, przecież reagują tak samo jak ludzie, dobrze pamiętam mój ból głowy po pierwszej dawce.

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 33 komentarze

Prawdziwie letnie dni

Mieliśmy pojechać z psiepsiołami do pani doktor, ale wichura się zerwała, ulewa zmoczyła świat, zaś burza postraszyła Skitusia tak, że odpuściliśmy. Bałam się, że dostanie ataku (cierpi na padaczkę) jeśli dostarczymy mu dodatkowy stres w postaci jazdy samochodem w nieznane miejsce. Musimy go bowiem zaszczepić tam, gdzie zawsze Szilkę, czyli na Ursynowie w naszej „rodzinnej” lecznicy. Skitusiowy osobisty pan doktor choruje i gabinet ma zamknięty. Ponieważ czas szczepienia nadszedł, a psiepsioły muszą być zaszczepione, żeby ich obcy ludzie nie pogryźli, pojadą we dwójkę do dr Kamili. W piątek ma być trochę chłodniej, pani dr powinna być rano, to się może zdecydujemy.  W obecnej temperaturze psiakom nie chce się nawet ruszyć, leżą rozpłaszczone i Skitka trzeba ubierać na leżąco, podnosi się dopiero po przypięciu smyczy.

… Skituś i żółty balonik … zdecydowanie ładniejszy od „dziewczynki z balonikiem” …

Skitulek jest bardzo cierpliwy w stosunku do Calineczki zupełnie tak samo jak był mój Rolf w stosunku do chłopców kiedy byli mali. Szilka już nie, mruknie jak ma dość i odchodzi. Natomiast on ze stoickim spokojem znosi jej głaskania, karmienie wodą na łyżeczce, zakładanie chusteczki na głowę i co tam jeszcze mała wymyśli. Normalnie trzeba go wyciągać z jej szponów 😉 Najlepiej odwracając uwagę. Ostatnio były baloniki i zabawa nimi.

… dwie dziewczynki podczas zabawy…

Było też gotowanie zupki z piasku, przelewanie wody, oblewanie siebie przy okazji i suszenie ubranka. I koniecznie chciała mnie nakarmić zupką. Babciu, źjedź, to ziupka z lobaków 😉 Przecież nie będę jadła robaków! 😉 Babciu, no cio ty, psiecieś to na niby, chyba siobie zialtujeś 😉
Potem chciała zabrać Wery kubeczek z Kubusiem Puchatkiem. Powiedziałam, żeby się zapytała siostry czy może. Pomyślała chwilę i wyrzekła: siośtlo, ci moge śkoziśtać z twojego małego kubećka kiedy byłaś malutkim dzidziusiem? 😉  Chciałam ją zmierzyć centymetrem
(czyli miarką krawiecką), a mała dopytywała się: ile mam loźmialów? 😉 Tyle zdążyłam zanotować, poza tym byłam w bezustannym ruchu, szkrabusi nie można z oka spuścić. A kiedy bawi się z babcią D. nie można oka spuścić z żadnej z nich. Dogadują się świetnie, tylko… to jak pilnowanie dwójki niesfornych dzieci, które nie mają ochoty słuchać dorosłych…
Było jeszcze oglądanie motylków, których bardzo dużo fruwało wokół kwitnącego groszku, próba złapania, żeby motylka: tylko pogłaśkać 😉 Na szczęście dla motylków nie udało się polowanie 🙂

… groszki szaleją i motylki też …

… nie udało się motylka złapać, pofrunął …

… a telaś źłapie lobaka i ugotuje ziupke dla babci …

… nareszcie chwila spokoju …

Po wizycie Calineczki psy padają i odpoczywają, ja też jestem bez siły, ale szczęśliwa z dwóch powodów. Po pierwsze, że się mogłam szkrabusią nacieszyć, bo ją uwielbiam, a po drugie – że nie na moich barkach spoczywa jej wychowanie, bo charakterek ma niezwykle silny i mam wrażenie, że moich dwóch chłopców (choć do aniołków im było daleko) to małe piwo w porównaniu z jedną Calineczką 😉 😉 😉

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 29 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 60

Aldona dostała w prezencie walizkową, elektryczną maszynę do szycia. Teresa stwierdziła, że więcej używać tego ustrojstwa nie będzie, nie ma na to czasu, siły ani ochoty, poza tym nie widzi igły i za nic nie mogłaby jej nawlec, i  po co jej to, nici się tylko plączą kiedy się do niej zbliży, ona, Tereska znaczy i w ogóle to a kysz! Giń przepadnij maro! Cóż, na takie dictum Aldona nie miała nic do powiedzenia stojąc z otwartą buzią, więc maszynę przyjęła. Teresa po wygłoszeniu przemówienia opadła na krzesło i zażądała kawy dla wzmocnienia nadwątlonych przemową sił. Aldona żądanie ochoczo spełniła z szerokim uśmiechem na ustach.

– Ty się tak nie uśmiechaj – sprowadziła ją na ziemię przyjaciółka. – Mam tu coś jeszcze.

Wyjęła z reklamówki materiał i podała Aldonie.

– Zobacz, nadaje się na bluzkę? Zrobisz z tego takie cudo jak Karolci? Zamarzyło mi się mieć ją na imprezie u Magdy. Zrobisz? Doniczko, Doniczusiu, zrobisz? Nawet mogę ci posprzątać, obiad ugotować… Zrobisz?

– No zrobię, zrobię… Puść mnie, cholera jasna…udusi mnie ta małpa! Puszczaj!

Wpadły do kuchni dzieciaki zwabione hałasem.

– Ciocia, ty naszą mamę chcesz udusić – stwierdziła Inka.

– Wcale nie chcę, co za korzyść bym z tego miała?

– Żadnej byś nie miała, fakt – przytomnie powiedziała Justynka.

– Trzymajcie tę ciotkę ode mnie z daleka, bo jej zrobię krzywdę – śmiała się Teresa.

– Ale jaką, ciocia, jaką? – zainteresował się Filip.

– Jeszcze nie wiem jaką, ale na pewno dużą!

– Zanim zrobisz mi tę krzywdę, nich dzieciaki wezmą sobie ciasto, bo potem nie zdążą, zeżresz im całe – powiedziała Aldona.

– Też coś! Ja się odchudzam – oświadczyła z godnością Teresa.

– Słyszeliście? Ciotka się odchudza, to całe wasze – machnęła Aldona w stronę dzieciaków. – Bierzcie.

– No dobrze, żartowałam. Daj kawałek… bo nie powiem, co Karolcia napisała…

– Chyba, że tak. Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że stosujesz szantaż  wobec mnie? To jest karalne… Proszę cię uprzejmie, oto twoja porcja – ukroiła Teresie spory kawałek. – Masz, jedz, co ci będę żałować. I mów.

– Jak to: mów? Nie wiesz, że z pełną buzią się nie mówi? Czego ty uczysz dzieci?

– Ciociu, dzieci są już nauczone – oświadczył poważnie Filip wpychając do buzi kolejny kawałek.

– Właśnie widzę.

– Choroba, nie dostaniesz więcej dopóki nie powiesz – Aldona zabrała przyjaciółce talerzyk sprzed nosa.

– Nie strasz mnie, a w ogóle to się nie denerwuj, bo ci nie wolno w twoim stanie…

– Ale w łeb ci dać to mi wolno!

– Mordunku ratują – krzyknęła Teresa.

– Co takiego? Po jakiemu ty, ciociu, krzyczysz? – zaśmiewały się dzieciaki

– Tfu, ratunku mordują miało być. Nawet porządnie pomocy nie można w tym domu wołać.  Teresa płakała ze śmiechu i wycierała oczy, młode pokolenie przyglądało się jej z zainteresowaniem, Aldona trzymała się za brzuch mówiąc, że malutka dostała czkawki słysząc głupoty ciotki.

Karolina napisała, że Martyna ma nowy pomysł, a właściwie to chyba nie Martyna tylko Miłosz, który znów – tu narysowany był uśmieszek w towarzystwie serduszka – przyjechał i bawił przez kilka dni. A chodzi o to, że postanowili zrobić lodowisko na kawałku łąki obok domu. Reniek pomagał zaorać, wyrównać i usypać brzegi. Dzięki temu oferta Domu Pod Sosną stanie się bardziej atrakcyjna i urozmaicona, goście będą mogli przyjeżdżać z dziećmi również na ferie zimowe mając możliwość spędzenia czasu na powietrzu jeżdżąc na łyżwach. Z czasem będzie można też organizować kuligi, zakupić narty biegówki i korzystając ze sprzyjającej aury zwiedzać z przewodnikiem okolicę. Reniek znający każde przejście, każdą przysłowiową mysią dziurę oferował swoje usługi w tej materii. Karolina miała poważne podejrzenia, że knują coś z Miłoszem do spółki, bo zaangażowali się obaj w urządzanie siłowni. Chyba, to znaczy na razie w gromadzenie sprzętu na wyposażenie, który składają u niej, Karolci, bo przecież u Martyny poddasze musi być opróżnione przed remontem i przeróbką.

– Mamusiu, mnie się bardzo taki pomysł podoba – oświadczyła Inka.

– Mnie też – poparła ją siostra. – Będzie można tam pojechać na ferie i się nie nudzić zimą, kiedy nie można biegać po Skałkach.

– Fajnie macie – westchnęła z żalem Justynka. – Ja bym też chciała mieć tam ciocię i pojechać na ferie.

– Albo na wakacje – dodał Filip. – I pójść na zamek i do jaskini, i jeszcze gdzie indziej.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście mogli pojechać – powiedziała Teresa. – Musicie tylko załatwić sprawę z rodzicami. Wtedy już tylko pozostanie wam zaklepać termin.

Dzieciaki porozumiewawczo na siebie spojrzały i nie potrzebowały więcej słów.

–  My w tym roku na ferie nie pojedziemy – podpowiedziała Inka.

– Właśnie – przytaknęła Linka. – Będziemy przecież potrzebne mamusi, musimy pomagać w opiece nad naszą  nową siostrą.

Justysia z Filipem już mieli pomysł na ferie. Pozostała tylko mała drobnostka: przekonanie rodziców do swoich planów. Rodzeństwo nie miało wątpliwości, że im się to uda osiągnąć.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Moja spółka zoo :)))

Do spółki przystępuje czasem Franuś, który prezentuje się w całej okazałości w poprzednim wpisie 🙂  Prezeską spółki jest Szila, wszystkimi pozostałymi członkami Skituś. On pełni funkcję szczekacza kiedy inny pies przechodzi obok naszego płotu, uciekacza gdy na zewnątrz się czegoś przestraszy (a zdarza się to bardzo często), odkurzacza żywieniowego tak w domu jak i na ulicy – zeżre wszystko co się da połknąć i nie można go oduczyć. Jak to się ma do jego szlachetnego pochodzenia (rasowy posokowiec bawarski) to nie wiem. Do tego jest czarodziejem o uwodzicielskim spojrzeniu, przytulanką i kanapowym pieskiem o wybujałych kształtach. Najbardziej na świecie lubi jeść, spać, znowu jeść i znowu spać, i niech mu wszyscy dadzą święty spokój 🙂 Czasem łaskawie się podniesie i wyrazi chęć na pieszczotki, czasem na bieganie – a wtedy przestaje być ciapkiem ogrodowym i staje się przepięknym psem o cudownie zgrabnych ruchach, pełnym gracji i urody. Potem mu się odechciewa i znowu się staje człapakiem pospolitym, który swymi pięknymi ślepiami osiągnie wszystko co chce 🙂

Szilunia jest u nas od siedmiu lat. Trafiła dzięki Królowej Marysieńce, która ją znalazła na działkach zabiedzoną, samotną i płaczącą, z pewnością włóczyła się po lasach nie wiadomo ile czasu, albo wyrzucona, albo sama się zgubiła – nie chciała powiedzieć. Pokochała nas ogromnie, a my ją. Dowody przywiązania okazuje na każdym kroku, jest niezwykle mądra, empatyczna, przyjaciółka i koleżanka z niej, sąsiadów wita na ulicy – a mówi cudnie i zasób słów (w psim języku oczywiście) ma ogromny. Wytworzył się w niej – pewnie z powodu przeżyć – ogromny lęk separacyjny i nie spuszcza z nas wzroku, najchętniej chciałaby nas widzieć zawsze razem, chce mieć nas na oku, gdzie my tam i ona. Jest przecudowna po prostu. Poza tym – kobieta pełną buzią, a rzęsy ma tak piękne jak nigdy u żadnej znajomej suni nie widziałam.

… we dwójkę zawsze raźniej …

… nie bocz się na mnie dłużej, przecież jadę z tobą …

… co to – UFO przyleciało? …

…  dawaj nam szybciej, bo ślinka leci …

… ona nie chce się ze mną bawić! …

… idziemy! … a właśnie, że nie, wracamy!…

… idź sam, ja posiedzę …

… nie zostawiaj mnie, proszę…

… no już dobrze, pobuszujemy w trawie …

… wołają nas, słyszysz? …

… nie ma to jak na swojej trawie, marchewka czeka …

… coś tu pachnie …

… już wiem co pachnie, dadzą spróbować? …

… chłopakom tylko piwo w głowie, wolę posiedzieć wśród kwiatów, w końcu jestem piękną kobietą …

Jak Wam się podoba moja spółka zoo? Kochane psiepsiołki dają tyle bezwarunkowej miłości jak nikt.  Na dodatek zmuszają do ruchu, za chińskiego boga czasem nie wyszłabym z domu gdybym nie musiała. Dzięki nim poznałam okolicę, która wydawała mi się obca dopóki z Szilą nie zaczęłyśmy jej przemierzać odkrywając różne ciekawe miejsca, przejścia, zakamarki. Jak mówi porzekadło: nie zmienisz całego świata, ale przygarniając psa (z pełną odpowiedzialnością) sprawisz, że zmieni się cały jego świat 🙂 

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Franek to jest kot…


Franek to jest kot nad koty.
Pokonuje wszystkie płoty,
na drzewo się każde wdrapie,
myszy i jaszczurki łapie.

Chce osiedla być postrachem,
potrafi się skradać dachem,
by się dostać do ogródka
– przez ogródek droga krótka

do osiedla następnego –
gdzie kolega bywa jego,
duży i bardzo puchaty.
Może jest ze starej chaty?

Franuś ma futerko czarne
i choć dni bywają parne
jego wcale to nie zraża
wręcz przeciwnie, bo się zdarza,

że przez upał myszki małe
mogą bardzo być ospałe.
Franuś myśli, że je złowi
i zaniesie Lolusiowi.

Loluś to Franusia brat
i by chętnie myszkę zjadł,
lecz on nie wychodzi z domu
wcale, nawet po kryjomu.

Kiedy pada deszcz na pole
Franek myśli – ja pitolę,
przespać muszę całą słotę,
tylko na sen mam ochotę –

wtedy w odwiedziny rusza
do Sziluni i Skitusia.
Coś przekąsi, pije mleczko,
pyszczek przetrze swą łapeczką,

na fotel lub do koszyczka
– niepotrzebna mu muzyczka –
wskoczy, zwinie się w kłębuszek,
ogonkiem przykryje brzuszek,

oczka zamknie i zachrapie
rad, że deszczyk mu nie kapie
ni na oczka, ni na uszka,
i nie zmoczy wcale brzuszka.

Tak Franulek prześpi słotę.
Potem znowu ma ochotę,
by w podskokach biec na łąkę
spotkać chrząszcza lub biedronkę.

AZ 29.06.2021

Czarny kot życzy dobrego weekendu i ja się przyłączam 🙂 Trzymajcie się zdrowo !

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Myślę sobie, wierszydełka | 25 komentarzy

Lucyna, Lucy, Lucia :)

Dziś serdeczne życzenia płyną do Solenizantek noszących to samo imię co moja siostra.      I najpiękniejsza róża, która zakwitła specjalnie dla Was w moim ogródku 🙂 Tak więc zdrowia przede wszystkim, radości i dobrych chwil każdego dnia 🙂

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO 💗💗💗

Kilka naszych Blożanek nosi to imię, więc szczególnie dla Luci  https://pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/i   i dla Lucy  http://welniscie.blogspot.com/

Aha, jeszcze Emilii dziś święto 🙂 Więc i Emilkom się należą najlepsze życzenia, więc niech się spełniają 🙂

Bardziej się o Emilach rozpisali niż o Emilkach, miałam wujka Emila i był przecudownym człowiekiem, więc i jemu za Tęczowy Most posyłam dobre myśli.

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

Zapiski z poprzedniego tygodnia

W środę 22 czerwca 2021 był mecz. Powtórki z „potopu” nie było, mecz do kitu, oglądałam wyłącznie z pobudek patriotycznych.  I gucio, od razu nam wkopali w drugiej minucie! Jak zwykle – „Polacy, nic się nie stało…” , a nie mogłoby się wreszcie coś stać? Skoro tak to wolę wstać i upiec drożdżowe ciasto, które na razie nam idzie najlepiej. To znaczy znika najszybciej, ja mam na śniadanie czy kolację jak w dzieciństwie podczas wakacji. Jak ja lubiłam babcine drożdżowe z mlekiem na kolację 🙂 Na śniadanie zaś  najbardziej lubiłam chleb (babciny) z czosnkiem i pomidorem popijany mlekiem… W czasie wakacji czosnek mogłam jeść bezkarnie, tak jak i teraz, dopóki maseczka na twarzy była obowiązkowa. Ooo, Robert strzelił drugiego gola! Ale przedtem główką nie trafił do bramki, gdyby się udało, mielibyśmy wyjście z grupy… Dobra, szkoda zdrowia. Anka, uspokój się…  Dziś na obiad zrobiłam placuszki z cukinii i sera feta. Dodałam mąkę ryżową, jajka, cebulkę pokrojoną, czosnek przeciśnięty przez praskę i zjedliśmy placuszki na obiad. Z ketchupem bardzo były smaczne. Poczekałam aż nieco przestygną i wydały mi się jeszcze lepsze, bez ketchupu rozkoszowałam się smakiem. Wchodzą na zawsze do zeszytu. Kurczę, oblałam się piwem, myślałam, że Robert strzeli… gucio! Nam strzelili!!! Trzeciego !!! Doopa!!! Zdecydowanie lepiej było nie patrzeć. MS powiedział, że nawet jego babcia taką główkę by strzeliła… 😉

… placuszki smakowały też z ogórkami zakiszonymi kilka dni temu …

Lepiej wrócić do życia. Rok szkolny się kończy. Kompletnie zwariowany, szczególnie męczący dla dzieci i młodzieży, dla nauczycieli z sercem podchodzących do pracy też. W podzięce za to obecny minister od „oświaty” robi kompletną ciemnotę… Stop! Anko stop, nie karm złych emocji… przecież  „… nadejdzie jeszcze dzień zapłaty, sędziami wtedy będziem my…” I życie toczy się dalej…
Maleństwo moje kochane było we wtorek. Obydwie dziewczynki były, tylko Wera nie pozwala się fotografować, a pokazywać to już w ogóle, w żadnym wypadku! Malutka  coraz częściej okazuje swe przywiązanie świadomie, co jest PRZECUDOWNE!!! Bo Calineczka wcale wylewna nie jest i w okazywaniu uczuć oszczędna. A tu, proszę i przytuli się do babci, i całuski prześle, i mówi, że lubi tu być 🙂 🙂 🙂

… Kikusiu, pobaw siem zie mnom, no plosiem ciem …

… po zabawie w upale odpoczywała w chłodnym pokoju, ale tylko przez chwilę 🙂 …

… znowu każą jeść, brrr… 😉

Skituś odpoczywa po zabawach, jako starszy pan nie bardzo ma chęć na szczenięce szaleństwa, więc gdy już mu dadzą spokój zapada w mocny sen 🙂

… nawet pogryziona marchewka nie przeszkadza we śnie, pełen relaks 😉 …

Do picia parzę owocowe herbatki i studzę w lodówce, wciąż i nieustannie jak na taśmociągu. Jedna porcja się parzy, druga studzi, trzecia mrozi w lodówce, a czwarta jest pita. Używam butelek po mleku, mieszczą się w drzwiach lodówki.

… to akurat herbatka z dzikiej róży z maliną, do dzbanka wrzucam kawałki cytryny …

…  na śniadanie zrobiłam serek ze szczypiorkiem i czerwoną cebulką …

Jeszcze uzupełnienie poprzedniego wpisu. Zaciekawiłam się, poczytałam, uznałam mądrość osób z tamtego kręgu kulturowego, zrobiłam rozpiskę, ułożyłam na pracowym biurku przedmioty w odpowiednich miejscach i … doczekałam emerytury, choć miałam obawy 😉

… obecnie najbardziej wykorzystuję co jakiś czas trzecią od dołu, żeby siebie samą przywołać do porządku 😉 …

25 czerwca, piątek już, ochłodziło się, deszcz podlał ogródek. Na szczęście nie było tak strasznych nawałnic jak na południu Polski. Oglądałam w tv z przerażeniem ich skutki. Wprawdzie wczoraj późnym popołudniem zrobiło się groźnie, ale przeszła burza bokiem, pomruczała, pogrzmiała na postrach, deszczem zmyła brudy,  zostawiła świeże, orzeźwiające, pachnące powietrze.

… nadciąga …

… błyskawicznie zrobiło się ciemno …

… po chwili groźnie i strasznie …

Świat zmieniał się w oczach, co uwieczniłam. Odblask dziwny, groźny, zupełnie nienaturalne kolory, coraz ciemniej się robiło, błyskawice przeszywały niebo… na szczęście obyło się bez tragedii, przynajmniej w zasięgu wzroku.

Weekend upłynął już bez burz, chłodniej się zrobiło, było czym oddychać. Niestety, przykra wiadomość jest taka, że zagradzają wejście do lasku solidnym płotem 🙁  Jak skończą to się okaże czy da radę którędyś przejść czy już nie. Dobrze, że nie zrobiono tego rok temu i dzięki temu przeżyliśmy pierwszy lockdown mogąc wychodzić z psami na spacery. W niedzielę rano było bardzo przyjemnie, udało mi się przeciągnąć psiepsioły na porządny spacer, dosłownie przeciągnąć na początku. Po chwili Skitek się rozruszał i szedł bez oporów. Chciałam sprawdzić, którędy da się przejść, czego jeszcze nie zagrodzili. Wracałam  obok nowego osiedla przechodząc na na Julianowską. Ruchu żadnego, samochody spały, powietrze świeżo pachniało wakacjami i było cudnie. Naprawdę 🙂

… kończę makami, choć miałam już maków nie fotografować, ale takie cudne były wśród zieleni …

Nie samą polityką człowiek żyje, więc wakacyjnego oderwania się od niej, ale z trzymaniem ręki na pulsie, żeby znów nas czymś niespodziewanie nie uraczono…

Dobrego, bezpiecznego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 16 komentarzy