„Widocznie tak miało być” – 59

Dorota odbyła z bratem długą rozmowę telefoniczną. Z wielką radością przyjęła fakt, iż Sergiusz mówił zupełnie normalnym głosem, zdawał się być pełen energii i dobrych myśli, plany na przyszłość jawiły się jeden za drugim. Kilkakrotnie tylko musiała się ugryźć w język, żeby nie powiedzieć, iż plany owe nijak się będą miały do rzeczywistości jaką zastanie po powrocie. Pytał o Aldonę, ale wiła się jak piskorz, żeby nic nie powiedzieć i nie zdradzić zaufania przyjaciółki przy okazji komplikując jeszcze bardziej sytuację. Wiedziała, że gdyby się zdradziła choć jednym słowem, rzuciłby wszystko nie patrząc na następstwa i przyjechał  pakując się w niewyobrażalne kłopoty. Tak więc dla dobra sprawy musiała milczeć.

Odłożyła słuchawkę telefonu, podeszła do drzwi wejściowych i przekręciła zamek. To Michał wrócił z bazarku.

– Kupiłem mleko prosto od krowy – oznajmił.

– A gdzie ta krowa? – zainteresował się Kajtuś.

– Nie wiesz? Przecież w drugiej budzie  – wyjaśnił.

– Ty zdrowy jesteś, dobrze się czujesz? – spytała Dorota.

– Jejku, no przecież tam sprzedają mleko prosto od krowy, mamo, nie wiesz? – zdziwił się Jędrek.

– Aaa, no tak – pojęła w czym rzecz.

Na drugi dzień Dorota wracając z Kajtusiem przeszła przez bazarek i weszła do budki spożywczej.

– Cy jest ta krowa co daje mleko? Chcę ją zobacyć – powiedział Kajtuś wspinając  się na palce, żeby ponad ladą sklepową zobaczyć rzeczoną krowę.

Wybuch śmiechu za plecami Kajtusia wymiótł chłopca ze sklepu.

– Kajtek, wracaj natychmiast! – krzyknęła Dorota.

Kasia, bowiem ona była przyczyną Kajtusiowej ucieczki, wyjrzała przed budkę.

– Kajtusiu, ja cię bardzo przepraszam, że nie zachowałam powagi… ale to było cudne! W ogóle ty jesteś cudny, kochany chłopak i nie gniewaj się na mnie. Jeszcze raz cię przepraszam, no jak, darujesz mi?

– Moze być – spojrzał spod oka. – Ale Kamil pozycy mi film, który wiem, ze ma, bo o nim mówił na podwórku, ze ma.

– Dobrze, załatwione. Przypilnuję tego mojego synka, żeby ci pożyczył – Kasia spojrzała na Dorotę z uśmiechem. – Twoje dziecko ma niesamowity umysł.

– Aż za bardzo, coś wiem na ten temat. Ile ja się muszę namęczyć, żeby go do czegoś przekonać, ach, nawet sobie nie wyobrażasz.

– Wiesz co? Wyobrażam sobie. Mam podobnie z Kamilem, on zawsze musi mieć ostatnie słowo i ja sobie muszę szare komórki wywrócić na drugą stronę, żeby on był przekonany, że sam wymyślił to, co ja chcę osiągnąć. Uff, skomplikowane to wszystko.

– Cyrk z tymi chłopakami, normalny cyrk. O, Kaśka, a  może byś wpadła do nas na imprezę? Daleko nie masz, bo u Magdy robimy pożegnanie lata..

– Ale to jak? Tak sama, bez niczego i nikogo? Głupio trochę…

– Jakie głupio? My wszyscy porąbani jesteśmy przecież, każdy po przejściach, albo przed… kto to może wiedzieć co go czeka…

– Nie wiem… przecież jakoś się ubrać trzeba, może nie będę pasować…

– Zgłupiałaś całkiem?  Jak możesz nie pasować? Do czego niby? Dziewczyno, nie pozwól sobą zawładnąć jakimś głupim kompleksom!

– To aż tak widać? – Kasia posmutniała.

– Nie, no co ty, tylko ja mam nosa i siódmy zmysł. Wiesz, jak to po przejściach. Mam przerobione pewne tematy z dużą dokładnością. Wiem z doświadczenia, że zawsze się wokół znajdzie ktoś kto wie lepiej, a najczęściej mu się tylko wydaje, że wie. Ktoś, kto chce nas pouczać, urobić na obraz i podobieństwo swoje, kto chce nami dyrygować i mówi nam, co mamy robić. I jeszcze wmawia, że coś z nami jest nie tak, jeśli się opieramy.

– Właśnie, pełno takich…

– Więc, Katarynko, uroczyście ci oświadczam, że nasza „mafia” nie ma z powyższym obrazem nic wspólnego.

– Obserwuję was przecież od dawna i wiem, że jesteście taką fajną bandą życzliwych ludzi, których się chce przytulić do serca…

– No to przytulaj – zaśmiała się Dorota. – Skoro już zamknęłaś za sobą tamten zły rozdział życia, to zacznij nowe. A więc zapraszamy cię do nas.

– Nie wiem co powiedzieć… – wzruszyła się Kasia. – Naprawdę nie wiem. Ostatnio jakoś tak się dzieje, że samych dobrych ludzi zaczęłam spotykać na swojej drodze.  Z twojego bloku Elka Sosnowska i Adelka Sopotnicka, kojarzysz przecież, też okazały mi tyle serca, że znowu nie wiem co mówić.

– Pewnie, że kojarzę, to świetne dziewczyny. Nic nie mów tylko się uśmiechnij.

– Wiesz Dorotko, tata zawsze mi mówi, żebym otaczała się ludźmi życzliwie nastawionymi do siebie i świata, a uciekała od marudzących i narzekających, bo sama się stanę taką jędzą.

– Masz mądrego tatę – stwierdziła Dorota.

– Wiem, jest najlepszy na świecie. O kurczę, znowu się wzruszyłam – zatrzepotała rzęsami chcąc strząsnąć łzę. – Już drugi raz dzisiaj, bo pierwszy w pracy. Wyobraź sobie jaką miałam sytuację. Przyszła żona naszego stałego czytelnika, powiedzieć, że zmarł. Przyniosła książki, które brał ostatnio i powiedziała ze łzami w oczach, że pod koniec już źle widział, właściwie nie czytał, ale co kilka dni do nas przychodził, bo to była jego największa radość.

– Wiesz Kaśka, ludzie czytający są lepsi i wrażliwsi od tych pozostałych, ja to już dawno stwierdziłam.

– Masz absolutną rację. Od dawna nie mamy pieniędzy na książki, takie czasy przyszły. Ale nasi czytelnicy są cudowni.  Sami przynoszą w darze książki, swoje własne, z domu, za darmo, żeby inni ludzie mogli z nich jeszcze korzystać.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Dobre przesłanie

Na pewnym etapie mojej wędrówki po tym pięknym świecie przy życiu trzymały mnie tylko dzieci. Zdawałam sobie sprawę, że gdyby mnie zabrakło – ich los byłby straszny, jak wszystkich dzieci bez mamy. Poza tym miałam wokół sąsiadki-przyjaciółki, kochane dziewczyny samą swoją obecnością poprawiające nastrój i stosunek do świata. Miałam jeszcze wtedy siostrę i kochanego tatę, który zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Był też Rolf, cudowny psi przyjaciel, z którym przy nodze niejedną noc „przespacerowałam” po Ursynowie. Spokojnie wtedy było i bezpiecznie, nie to co dziś (za moich czasów panie dzieju… 😉 ) . Zaczęłam szukać dla siebie pomocy – jak zwykle – w książkach. Dziesiątki przeszły mi przez ręce na przestrzeni lat. Podobno zawsze trafiamy na to, co jest nam najbardziej potrzebne. Może to być jakaś myśl pojawiająca się znikąd, a stanowiąca odpowiedź na nasze pytania czy wskazująca sposób rozwiązania problemu, zdanie w książce podpowiadające nam coś ważnego, czasem słowa napotkanego przypadkiem człowieka itd.
Nie będę omawiała pokazanych tytułów, każdy sam musi trafić na to, co jest dla niego najlepsze. Może któraś okładka przemówi, tytuł zainteresuje, intuicja coś podpowie.

Joseph Murphy i Louise Hay są ze mną zawsze, często sięgam, wracam, doczytuję, pytam… Wyciągając je z półki przypomniałam sobie o  innych, do których chętnie wrócę po latach, dzięki Myszce, której obiecałam kilka tytułów –  https://kotimyszkot.wordpress.com/

Z Mulforda wypisałam sobie zasady (na maszynie jeszcze, w erze przedkomputerowej) i wisiały mi zawsze „na oczach”.  Zamieszczam je dla Was, niech pomogą komuś jeszcze 🙂

Takie przesłanie na cały tydzień 🙂  Niech będzie dobry i trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Jeszcze czerwcowe maki :)

Jeszcze nigdy żaden horoskop nie spodobał mi się tak bardzo jak ten z przesłaniem na obecny tydzień. Zapamiętałam zdanie, którego nie zapomnę chyba nigdy 🙂  „Lepiej się rozwijać niż sprzątać” 🙂 🙂 🙂  Skąd gwiazdy wiedziały, że jestem po szczepieniu i w żadnym wypadku nie powinnam się przemęczać? Natychmiast gwiazd posłuchałam, zaprzestałam wszelkich czynności i zaczęłam się rozwijać 😉 Złożyłam na fotelu swe dostojne cztery litery, wzięłam do ręki książki i notatki, i zaczęłam się rozwijać bez opamiętania 😉 Rozwijałam się też (wszak mam to robić przez cały tydzień) przenosząc zdjęcia do nowego Lapka, a było tego ho ho ho i jeszcze trochę 😉 Ze ślepego telefonu przenoszą się fotki automatycznie do zdjęć google, ale ślepulcem robić już fotek się nie da, a nie ma jak skasować nadmiaru, bo dolna połowa ekraniku jest czarna. Może mi się to uda kiedy przypadkiem „zaskoczy” znowu, co mu się czasem zdarza. Przy okazji znalazłam jeszcze trochę maków, które obiecałam Ikroopce. Maki są oczywiście z psich spacerów 🙂

Z ciekawostek kulinarnych – kolejny raz drożdżowe, placki z jabłkami,  kotlety pieczarkowe z wędzonym tofu, kotlety z selera. Już sobie ułożyłam w głowie, że jak planuję zupę to i plastry selera w niej gotuję.

… to pieczarkowe, uwieczniałam jeszcze ciepłe …

… placki z jabłkami wyszły pyszne …

W ogródku część trawy już wyrosła całkiem spora, ale część dopiero wypuszcza maleńkie „igiełki”. Dobrze się tam leży psiepsiołom, nie chce im się chodzić gdy jest ciepło. Rano i wieczorem owszem, pozostałą część dnia najbardziej lubią spędzać na leżąco w cieniu.

… Skitusiowa sjesta …

… i świeżo posadzona aronia …

… to przybliżona ćma olbrzymia, po rozłożeniu skrzydeł była naprawdę imponująca …

… jeszcze piwonia …

Nawiązać jeszcze chcę do wpisu Jotki i Matyldy, koniecznie 🙂 http://paniodbiblioteki.blogspot.com/  oraz  http://babciabezmohera.blogspot.com/

Blożanki i Blożanie, których znam oraz ci,  którzy zaglądają tylko nie ujawniają się i nie odzywają (widać po ilości wejść, że byli) – stali się ważną częścią codzienności. Szczególnie dało się to odczuć podczas pierwszego lockdawnu, gdy rzeczywiste kontakty były utrudnione. Wtedy te nasze blogowe spotkania, dzielenie się przeżyciami, frustracjami, obawami, strachem, ale też drobnymi radościami i podtrzymywanie się wzajemne na duchu – były naprawdę ważne i pomagały. Przynajmniej takie są moje odczucia. Dziękuję 🙂

… niech bzy Wam pachną do następnej wiosny 🙂 …

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo !

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 36 komentarzy

Czerwcowe maki oraz inne różności :)

Nie mogę chować kaloszy jeśli chcę ładnej pogody. Normalnie czary 😉 Natomiast gdy potrzebuję deszczu dla roślinek schować je muszę koniecznie. Do takiego wniosku doszłam w sobotę 12 czerwca 21 roku. Moja mama mówiła, że jak umyje okna to na pewno będzie padał deszcz. Ciekawa jestem jakie macie doświadczenia z wywoływaniem deszczu 😉
Podlana trawa powinna jutro wyglądać zupełnie inaczej niż na ostatnim zdjęciu, kiedy udawała zielone kozie brody 🙂

… przed posianiem trawy i przed deszczem …

… dziś rano Franuś przyszedł podziwiać wyrastającą trawkę …

W sobotę po południu zerwał się silny wiatr, wyglądało przez chwilę jakby zaatakował nas huragan zalewając świat jednocześnie strugami deszczu. Fruwało i latało wszystko co się nie oparło porywom wiatru. U mnie duża donica (pusta) pofrunęła na płot, wiaderko z trawą również gubiąc po drodze zawartość, winobluszcz został oderwany od ściany. Ledwo udało mi się zamknąć okno, mocowałam się przez dłuższą chwilę. MS pobiegł pozamykać inne okna. Babcia D. wcale nie widziała co się dzieje, siedziała i  oglądała jakieś zdjęcia nie zwracając uwagi na nawałnicę. Gdyby MS nie zamknął okien to zalałoby pokój, przewróciłby się stojący kwietnik, a i tak pod wpływem podmuchu pospadały z półek różne rzeczy, a tych durnostojek  jest mnóstwo.  Rano w niedzielę nie padało, można było spokojnie z psiepsiołąmi wyjść. Obudził na o piątej Skituś zawzięcie szczekając, bo… Franuś przyszedł. Przekąsił co nieco i wskoczył do koszyczka spać. Jego wizytę zawdzięczamy aurze, gdyby nie padało z pewnością miałby ważniejsze sprawy do załatwienia. Kiedy ustał deszcz Puchaty przechadzał się po osiedlu szukając rywala, a rywal słodko spał 🙂 Miau…

Rozkwitły maki, mnóstwo przepięknych purpurowych maków, poza nimi błękitne bławatki – co zawsze kojarzy mi się z wakacjami. Królowa Marysieńka przysłała mi maki ursynowskie, zdjęcia zrobione na Psiej Górce.

Rok temu też pokazywałam maki, ale tutejsze, z lasku i okolicy –  http://annapisze.art/?p=2898

Rano (poniedziałek) podczas wyjścia z psiepsiołami znalazłam i uwieczniłam maki, i nie tylko one mnie zachwyciły. Nawet Szilka i Skituś stanęły spokojnie pozwalając zrobić mi zdjęcie.

 

W lasku Szilka wyraźnie wyczuła sarenki albo zające, albo inne zwierzątka co natychmiast rozpoznałam po jej zachowaniu. Ona jest cudowna, po prostu normalnie mówi informując o różnych sytuacjach. Skituś- Ciapuś  – jak to chłopak – idzie, a raczej człapie pomału z opuszczoną głową, czasem przystanie coś wywąchać i dopiera gdy ona da sygnał, ożywia się i podnosi łeb jakby nagle oprzytomniał, a w oczach ma pytanie: o co chodzi? ja nic nie wiem, mnie tu nie ma, ja tylko chcę coś zjeść i spać…. 🐕 Lasek wyglądał prześlicznie w porannych promieniach, z kroplami wiszącymi na liściach i mieniącymi się niczym brylanty… takie to ja lubię, kamienie mi po nic…

Ostatnie zdjęcie skojarzyło mi się z tytułem mojej pierwszy powieści, to jak „Wejście w światło”…  I przyszło mi na myśl, że słowa z Trylogii „…Bar wzięty…” można zmienić następująco:  „Rzeszów wzięty ” jednocześnie zmieniając nasycenie emocjonalne ze smutku na radość 🙂

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 30 komentarzy

Czerwcowe nie tylko spacery :)

Pogoda cieszy. Mnie bardzo, mniej pewnie osoby, które nie lubią ciepełka. Nareszcie można w ogródku spędzić trochę czasu z Calineczką, która nas odwiedziła sprawiając dziadkom radość ogromną 🙂 Szkoda, że zaczyna mówić bardziej „po normalnemu”, a nie po swojemu, co uwielbiam. Na szczęście jeszcze trochę szczebiocze 🙂 Czarowała z dziadkiem, bo on jest specjalistą od robienia sztuczek. Tym razem czarowanie odbywało się na łonie natury i brzmiało: „cialy maly źniknij tlawo”; „dziadku, źlobiś śtućke, zie liśtek źniknie?”; „liśtku źnajdź się w bajcie”. Najcudniej opowiadała bajkę: „dawno, dawno temu ził Kaptulek, naziwał sie Cielwony Kaptulek, babcia mu usiła cielwonom siukienke ź cielwonym kaptulkiem…”. Więcej nie udało mi się zapisać 🙂

Z jedzeniem jak zawsze problem. Tego nie chce, tamtego nie będzie, ani prośbą ani groźbą, że nie pójdzie z pieskami do lasku. Wreszcie zjadła jogurt i komentarz: „ale siem napełniłam paliwem”. Poza tym: „glośku nie lubiem, kukulydziy nie lubiem, lubiem tylko to cio doble” 💚🧡💜 Udało mi się wstawić serduszka!!! Hurrra!!!

W ogródku nareszcie rozkwitły piwonie 🙂

… to niebieskie jest posłaniem dla ulubionego różowego flaminga, którego Calineczka karmiła: „flamingu, cieś źjadnąć?”, po czym ułożyła go do snu na trawie …

Jaki żal, że one tak krótko kwitną, ale cieszę się, że są i zrobię im dużo zdjęć, aby oglądać co jakiś czas do następnej wiosny.  Zakwitły też róże pod którymi ostatnio nam się z MS bardzo dobrze siedzi odpoczywając w przerwach w ogródkowych pracach. Na razie mam „ogródkową wenę” więc muszę korzystać dopóki nie dopadnie mnie leń gigant 🙂

Zakwitł wreszcie irys. Jeden jedyny, choć było sporo, ale chyba zbuntowały się, bo jesienią je poprzesadzałam i jeszcze się nie przyzwyczaiły do nowego miejsca.

Upiekłam rankiem drożdżówkę kiedy dowiedziałam się, ze dzieciaki przyjadą i wciąż twierdzę, że to najlepszy przepis ze wszystkich wypróbowanych do tej pory. Duża blacha wystarczyła na cały dzień i trochę zostało nam na dziś, co dla pokrzepienia strudzonego ogródkową pracą organizmu bardzo się przydało. A w przyszłym tygodniu czeka nas szczepienie drugą dawką. Mam nadzieję, że obejdzie się bez sensacji.

Udanego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Spacery czerwcowe 2021

W Dzień Dziecka zrobiliśmy długi spacer, chyba najdłuższy od czasu nadwyrężenia Skitusiowej łapki. Żeby nie było zbyt wesoło –  Szilka zaczęła utykać po podniesieniu się z posłania, potem łapkę „rozchodziła” i przestała kuśtykać. Obawiam się, że już zaczynają się problemy związane z wiekiem i nadwagą, z którą nie możemy sobie poradzić. To znaczy mnie chyba lepiej wychodzi niż jej (dopinam niektóre spodnie 😉 ). Wydaje mi się, że babcia D. potrafi nas przechytrzyć w kwestii dokarmiania psiaków. Przy stole nie bardzo jej wychodzi, bo pilnujemy. Ale – zmieniła sobie pory funkcjonowania, śpi do południa albo dłużej,  choć MS ją budzi na śniadanie.  Potem buszuje po nocach zmyślnie wyczekawszy aż  MS pójdzie spać. Ja padam wcześniej, ale on siedzi dłużej i czasem babcia D. myśli, że już nikogo nie ma, więc około północy idzie sobie coś zjeść. Jeśli nikt jej nie widzi to na dwieście procent dzieli się z psiepsiołami. Z miłości oczywiście, nie dociera do niej, że w ten sposób je krzywdzi.

Wracając do spacerów – przechodziliśmy obok szkoły/przedszkola i uwieczniłam coś ciekawego, ładnego, wesołego 🙂

… czyż nie urocze? …

Pogoda nam się poprawiła. Nareszcie, maj był wyjątkowo zimny, ale i tak piękny jak to maj ma z natury 🙂 Bzy kwitły cudownie, ale moje są wczesne  (chyba), kwiaty już całkiem zbrązowiały, lecz za to rozkwitł i rozpachnił się mały lilak Meyera. Właściwie taki mały to on nie jest, rozrósł się chyba dlatego, że porządnie go podcięłam po zeszłorocznym kwitnieniu. Teraz wyczytałam, że tak trzeba, bo kwiaty (zawiązki) na następny rok formują się latem, trafiłam więc idealnie. Mam zamiar odnóżkę ukorzenić i posadzić z drugiej strony, żeby zapach docierał do naszej sypialni.

… kwitnie jak szalony, a jak pachnie 🙂 …

Poza tym – w ogródku się nagimnastykowałam (nie: narobiłam 🙂 ) przywracając trawnik. Po zeszłorocznym naszym niebycie w domu podczas wakacji zdechł kompletnie, więc MS kupił ziemię (dobrze, że otworzyli sklepy), trawę i Ania zabrała się za to co lubi 🙂  Czyli lubi kopać, ciąć, siać, sadzić, czyli szaleć bez opamiętania tak, aby było widać rezultat. Wtedy Ania się cieszy, choć zakwasy nie pozwalają się ruszać i głośno śmiać się z dowcipów MS 🙂  Ale to właśnie jest szczęście 🙂

Zrobiłam tak. Podzieliłam całość na małe fragmenty, każdy fragmencik posypałam ziemią do trawników, potem nasionkami trawy i porządnie ziemią nakryłam. Zostawiałam kępki trawy, które ocalały i wygląda to śmiesznie, takie zielone kozie brody 😉  Aha, wcześniej rozsypałam ziemię wyrównując dołki – o czym wspomniałam w tym samym wpisie co o drożdżówce, czyli   http://annapisze.art/?p=4430

Moje piwonie mają pąki, jeszcze żadna się nie otworzyła, może teraz gdy się zrobiło cieplej pokażą swoją urodę.

… blisko, coraz bliżej …

Podczas psich spacerów spotykamy cuda jakie tylko wiosną napotkać można. Uwielbiam taką jeszcze świeżą zieleń, nie spaloną słońcem.

… stokrotki specjalnie dla naszej Stokrotki …

… zupełnie jak na wakacjach …

… nie wiem co to, ale białe kule są przepiękne …

Drożdżówkę upiekłam wg poprzedniego przepisu  http://annapisze.art/?p=4430  , tylko ułatwiłam sobie w ten sposób, że zamiast robić mnóstwo maleńkich roladek, kroić je i układać w blaszce, uformowałam trzy spore rolady, które włożyłam do formy, aby podczas rośnięcia w czasie pieczenia się połączyły i był to dobry pomysł 🙂  Mniej trudu i czasu, może nie tak pięknie ciasto wyglądało, lecz smak był równie wyborny jak poprzednio 🙂

Kotlety selerowe zrobiłam i wyszły najsmaczniejsze ze wszystkich jakie dotąd usmażyłam. Po prostu nie przedobrzyłam, nie dodawałam żadnych przypraw wychodząc z założenia, że co za dużo to niezdrowo. Plastry selerowe gotowały się w zupie z innymi warzywami i to wystarczyło, żeby złapały odpowiedni smak. Tylko do jajka użytego przy panierowaniu dałam trochę soli i pieprzu.

Nastawiłam ogórki pierwszy raz, małą kapustę poszatkowałam do słoika do ukiszenia, tak się zmobilizowałam 😉

… kapusta była nieduża, a po „morzeniu” zajęła pół słoja, myślałam, że więcej jej wyjdzie …

Idąc za lasek napotykamy ruiny czegoś. To „coś” mogło być fabryką albo zakładem produkcyjnym o czym świadczą pozostałości budynków, w których obecnie odbywają się spotkania „towarzystwa” piwno/winno/alkoholowego co widać po śladach pozostawionych, czasem wisi na sznurku uprana (chyba) garderoba. Zresztą może się tylko wietrzy… Budynki, a raczej ich resztki, przypominają hale fabryczne/produkcyjne z oknami u góry. Teren był (jeszcze pozostałości są) wyłożony betonowymi płytami, po których mógł jeździć ciężki sprzęt. Widać resztki ogrodzenia i dyżurki.

… jeden z budynków, nikt znajomy nie wie co tam było …

Spotkaliśmy w pobliżu ruin łanię i jelenia. Zdjęcia nie zrobiłam, nie chciałam wykonywać gwałtownych ruchów, żeby ich nie spłoszyć.

… cuda, panie, cuda …

… konwalijki moje …

To tyle we czwartek. Mam nadzieję, że nie nastąpi wzrost zachorowań mimo obrazków w tv, na których widać tłumy rodaków w różnych miejscach.

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 50 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 58

Wakacje zbliżały się ku końcowi, trzeba było wracać do domu i zająć się przygotowaniem do rozpoczęcia roku szkolnego. Członkowie ursynowskiej „mafii” po kolei ściągali w domowe pielesze.  Zgodnie z kilkuletnią  tradycją postanowili zrobić składkową imprezę na zakończenie lata i rozpoczęcie nowego sezonu. Należało podzielić role i w tym celu sąsiadki zebrały się u Magdy.

– Magda, wczoraj podobno zrobiłaś na swojej maszynie sweterek dla Steni – zagaiła Aldona.

– A zrobiła mi. Piękny – przytaknęła Stenia.

– Cicha ta twoja maszyna, wcale jej nie słyszałam – zauważyła najbliższa sąsiadka.

– Nic dziwnego, że jej nie słyszałaś, Doniczko, pewnie w tym czasie klęłam, bo mi się nici poplątały – słodkim głosem wyjaśniła gospodyni.

Dorota pojawiła się ubrana w mini spódniczkę. Nie aż tak krótką jakie nosiła we wczesnej młodości, oczywiście, że nie, ale kawałek przed kolano.

– Ciocia, coś ty z siebie zrobiła? – spytała Justysia.

– A co, źle wyglądam? – spojrzała na dziewczynkę zdumiona. – Wydawało mi się, że całkiem nienajgorzej.

– Źle to nie, ale wyglądasz  jak Alexis z „Dynastii”.

– Aha, z tyłu liceum z przodu muzeum – skomentowała Teresa, która również pojawiła się na zbiórce.

– Patrzcie ją, małpa złośliwa. Wolę to, niż z obu stron być najciekawszym odkryciem archeologicznym – odcięła się Dorota.

– Najgorzej kiedy baba staje się niczym rwa kulszowa – skrzywiła się Teresa.

– Czyli? – nie załapała Stenia.

– U-pier-dli-wa – z satysfakcją wyjaśniła Aldona

– A ty z czego się tak ucieszyłaś? – nieco zgryźliwie spytała Stenia.
– Z tego, że już bez słów rozumiem o czym one mówią.

– Czyli co autor miał na myśli – śmiała się Dorota. – No, autorka, co miałaś na myśli?

– Kiedy? Teraz czy przedtem? Bo teraz, to mi się przypomniał sen twojego młodszego dziecka.

– Który? On ciągle ma jakieś sny.

– Dziś mi opowiedział, że śniła mu się pani od matematyki, jak lata po parku z karabinem i chce go zastrzelić. Uciekał, uciekał aż ją podprowadził pod samą komendę. Policja ją złapała i zamknęła na długie lata – śmiała się Teresa.

– Ciekawe na jak długie – zastanowiła się Stenia.

– Pewnie na tak długie, ile trzeba, żeby Kajtuś skończył szkołę – wyjaśniła uśmiechnięta Aldona.

Rozległo się pukanie do drzwi i weszła Danusia.

– A mnie czemu znowu na zbiórkę nie zaprosiłyście? – odezwała się z żalem w głosie.

– Nie gniewaj się – szybko powiedziała Magda. – To przez Dorcię…

– Co przeze mnie, czego się czepiasz? – oburzyła się pomówiona.

– Justynka miała po ciebie skoczyć, bo przecież domofon znowu się zepsuł i nie można zadzwonić, ale przyszła Dorcia w mini i dziecku szczęka opadła…

– Aha, no to pokaż się Dorcia, zobaczę i ocenię – powiedziała Danusia. – Może wam wybaczę.

– Magda, ty chyba w łeb zarobisz – pogroziła Dorota sąsiadce, lecz posłusznie wstała z krzesła.

– No, teraz ja siadam na twoim miejscu, a ty się martw – usadowiła się Danusia ze śmiechem. – Nieźle wyglądasz, całkiem nieźle…

– Jak Alexis, prawda ciociu? – wtrąciła Justysia. – Zupełnie jak Alexis.

– Wiesz co, chyba jednak lepiej. Nawet zdecydowanie lepiej – oceniła Danusia.

– Skoro jesteśmy w komplecie, to do roboty – zarządziła Magda. – Słucham, która co robi?

– Ja sałatki – zgłosiła się Aldona jako pierwsza.

– Mogę przynieść bigos, mam zamrożony duży pojemnik, będzie jak znalazł – zaproponowała Danusia.

– To ja się zgłaszam do ryby po grecku – podniosła rękę Teresa. – Może być?

– Śledzie przyniosę – odezwała się Stenia. – Ostatnio wypróbowałam dwa nowe przepisy, pycha.

– Dobrze. Poza mną,  która jest jeszcze bez przydziału? – Magda miała naturalny dar obejmowania przywództwa w grupie.

– Dorcia – wskazały wszystkie jak jeden mąż i spojrzały na niezagospodarowaną jeszcze siłę.

– Nie bawię się tak, myślałam, że mi się upiecze – parsknęła śmiechem Dorota. – Cóż, niech wam będzie, zajmę się słodszą stroną życia.

– Czyli czym? – Magda żądała konkretów.

– Słodyczami przecież.

– Czyli? – drążyła temat gospodyni.

– Okej, to już powiem i w ten sposób nie będziecie miały niespodzianki. Trudno. Zrobię torcik serowy na herbatnikach, upiekę murzynka i szarlotkę – zaproponowała Dorota.

– Brzmi rewelacyjnie – powiedziała Stenia. – Już mi ślinka cieknie.

– Na pewno zrobisz? Jakoś ci nie wierzę – Teresa spojrzała z powątpiewaniem.

– Rozumiem, że napojami zajmą się chłopaki, jak zawsze – upewniła się Dorota jednocześnie wykrzywiając się do Tereski i pokazując język.

– Pewnie, na coś się przecież muszą przydać – odpowiedziała Magda. – To ja się zajmę przygotowaniem mieszkania, nakryciem, pieczywem i tym, co się okaże w ostatniej chwili, czyli brakującymi elementami… A wy co? Z przedszkola czy jak? – zdegustowana spojrzała na Tereskę i wykrzywioną Dorcię.  Danusia parsknęła śmiechem, Aldona jej zawtórowała.

– Nie zapomnij odrdzewiacza – przypomniała Dorota.

– Czego? – zdziwiła się Stenia.

– Nie wiesz? – zdziwiła się Aldona, że Stenia się dziwi. – Coli. To już nawet ja wiem, że po każdym nadmiarze, czy to jedzenia czy napojów, jest to rzecz niezbędna dla żołądka.

– Aaa, rozumiem – skinęła głową Stenia. – Już wszystko wiem.

– Tym razem jednak z tej metody nie skorzystam, jeszcze by zaszkodziło malutkiej – powiedziała Aldona. – Poza tym piła nie będę i z obżerania się też zrezygnuję.

– To  co ty będziesz robiła?

– Będę miała na was oko – powiedziała z tajemniczą miną. – Strzeżcie się.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Magdy mają święto swoje :)

Magdom dziś życzenia składamy
wszak Magdy koło siebie mamy,
niech w zdrowiu żyją i radości,
niech szczęście pod Magd dachem gości 🙂

Słodyczy mniej się Magdom życzy,
bo Magdy tyją od słodyczy,
tak jak i reszta dziewczyn zresztą
i potem w ciuchy się nie mieszczą 🙂

Słodyczy naturalnych tyle,
by życia najcudniejsze chwile
przewagę nad innymi miały,
w pamięć na zawsze zapadały 🙂

Teraz mi wena już minęła,
wśród mgieł porannych gdzieś zniknęła,
więc tylko mnóstwo serdeczności
ślę do Magd oraz wszystkich gości 🙂

AZ 29.o5.2021

Piwonie są zeszłoroczne, moje jeszcze nie rozkwitły, mają dopiero pączki. Uwielbiam te kwiaty. Wystarczy jedna gałązka i mam wrażenie, że całe mieszkanie jest w kwiatach.

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 16 komentarzy

Mamy kwiaty dla Mamy :)

Święto każdej Mamy dziś mamy więc życzenia Mamom składamy 🙂 Każda z nas ma w sercu swoje wspomnienia o Mamie, niektóre mają Mamy jeszcze przy sobie… Dziś taki jest dzień, że myśli uciekają do dzieciństwa, do różnych chwil z tamtego okresu. Wspominałam moją Mamę tu:  http://annapisze.art/?p=2861

Znalazłam jeszcze jedno stare zdjęcie

Kwiaty z życzeniami najlepszymi dla każdej Mamy w dniu dzisiejszego Święta 🙂

… dla każdej Mamy 🙂 …

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Babcia D. jeszcze śpi, zdążę do torebki włożyć drobiazgi świąteczne dla niej zanim wstanie. Mam chwilę dla siebie, więc zdam relację zaległą z kulinarnych prób lepiej i mniej udanych. Tak więc całkowitą nowością było upieczenie kapusty pekińskiej wg przepisu z bloga  https://vegenerat-biegowy.pl/zapiekana-kapusta-pekinska/

… tak wyglądała przed włożeniem do piekarnika i jeszcze bez sosu …

… niestety zapomniałam zrobić fotkę po wyjęciu z piekarnika i tu już w postaci szczątkowej 😉 mnie bardzo smakowała, domownikom mniej …

Wyciągnęłam stary prodiż i postanowiłam sprawdzić czy działa. Zrobiłam to z wielką ostrożnością i duszą na ramieniu pomna sytuacji, gdy kiedyś  znalazłam bardzo stary przedłużacz i podczas sprawdzania jego przydatności do użytku pozbawiłam całe mieszkanie energii elektrycznej. Cóż, do odważnych świat należy, włożyłam wtyczkę w gniazdko i… nic się nie stało! Zaczął grzać po krótkiej chwili oczekiwania. Postanowiłam iść za ciosem i  przygotowałam murzynka wg przepisu krakowskiej cioci Halinki wykorzystując cztery przewiędłe nieco jabłka z koszyczka. Tak też zrobiłam, nawet upiekłam i powiem Wam, że wyszedł rewelacyjny w smaku, lepszy niż z piekarnika bo wilgotny, nie wysuszony jak się czasem zdarzało, jabłka nie wpadły do środka, zostały na górze i polane polewą wyglądały pięknie. Rewelacja!

… staruszek prodiż ze zdziwieniem się rozglądał: gdzie ja jestem, skąd się tu wziąłem? 😉

… tak się prezentował wypiek z góry …

 

… a tak z boku, zrobiony ślepulcem, więc zdjęcie dziełem sztuki być nie może …

Na murzynka się zdecydowałam myśląc „co tu zrobić, żeby się nie narobić”. Przepis jest genialny, nie trzeba sobie brudzić rąk, wyciągać stolnicy… Po prostu stawiam garnek na źródło ciepła, czyli na kuchenkę, wlewam 1/2 szkl. wody (mleka), wrzucam margarynę (masło), wsypuję 2 szkl. cukru (można mniej), 3-4 łyżki kakao. To się ma zagotować, połączyć, więc mieszam od czasu do czasu rogalką. W międzyczasie przesiewam do osobnej miski 2 szkl. mąki równocześnie z 2 łyżeczkami proszku, wybijam do innej miseczki 4 jajka. Zdejmuję garnek z pieca, czekam aż przestygnie. Aha, odlewam trochę masy kakaowej do polania ciasta.  Kiedy przestygnie, dodaję mąkę, jajka i… można zmiksować, ale mnie się nie chciało wyjmować miksera (a potem myć…) i dlatego rogalką wyrobiłam na gładko, przelałam do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ułożyłam na wierzchu pokrojone w kostkę jabłka i już. Piekło się ok. godziny, z niecierpliwością zaglądałam i sprawdzałam patyczkiem aż wreszcie JEST! Upiekło się 🙂 Kiedy przestygło oblałam polewą  i proszę bardzo, gotowe!

Jako ciekawostkę zrobiłam także wątrobiankę vege i muszę przyznać, że nawet babcia D. jadła ze smakiem, a MS spróbował bez wstrętu (!!!) i orzekł, że może być 😉 Przepis znalazłam na tym samym blogu, tam jest mnóstwo świetnych przepisów  https://vegenerat-biegowy.pl/watrobianka/

… polecam, pyszna była …

Myślę co jeszcze ciekawego robiłam… wiem, kotlety selerowe, które MS je i twierdzi, że mu smakują, babcia D. nawet dokładkę wzięła 🙂

… seler gotował się w barszczu ukraińskim i smak miał wyborny …

Na śniadanie któregoś dnia sałatkę przygotowałam z tuńczyka (ryby czasem jadam), białej fasoli, kukurydzy, cebulki, czosnku wgniotłam sporo, przyprawiłam solą, pieprzem i odrobiną majonezu. Zniknęła natychmiast 🙂

… zwykle robię z czerwoną fasolą, ale akurat nie miałam, więc wykorzystałam białą i z dobrym skutkiem …

Jeśli chodzi o odreagowanie nagromadzonych stresów – rzuciłam się na Chmielewską po raz setny chyba i pośmiawszy się trochę wróciłam do pionu. Wszystko mija nawet najdłuższa żmija – jak się to mówi, więc tego się trzymam. Przypomniała mi się książeczka, którą chłopcy mieli w dzieciństwie. Nie pamiętam autora ani tytułu, ale fragment o wężu mi utkwił na zawsze: „wąż się zaczyna od głowy, potem się zwęża i zwęża, a jak się całkiem zwęzi to już jest koniec węża”. Czyż nie trafne?

Dobrej pogody, humoru i cierpliwości. Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Dmuchawiec na łące :)

Rósł mlecz żółty na łące
lecz przez słońce palące
ciągle brak mu tchu,
chętnie by się ratował,
w chłodnej trawie się schował,
nurka dał do mchu.

Kiedyś rankiem się zbudził
i się wielce natrudził,
by zrozumieć to,
że już nie jest żółciutki,
lecz ma puszek bielutki,
lekki, że ho ho!


Ileż tu jest roślinek
oraz jaszczurek zwinek,
całe roje much,
muszę bardzo uważać,
by ich wcale nie zrażać,
popsują mi puch.

Jaskry żółcą się w trawie,
rośnie inny dmuchawiec,
jejku, dużo ich!
To jest moje rodzeństwo,
już nie jestem maleństwo,
pofrunę do nich 🙂

AZ 21.05.2021

Zbyszka Wodeckiego „Chałupy…” chodzą mi po głowie odkąd w „Twojej Twarzy…” jeden z młodych,  zdolnych  wcielił się w niego. Nawiasem mówiąc  wciąż nie mogę uwierzyć, że już od czterech lat nie ma go tu z nami, że jest za Tęczowym Mostem i tam gra na swej trąbce… Wierszyk o dmuchawcu można sobie zaśpiewać na melodię „Chałup”, bez refrenu 🙂 Tak mi sam przyszedł „pod długopis” podczas nucenia piosenki. A samego Wodeckiego mieliśmy przyjemność spotkać na placu Dietla podczas niezapomnianego koncertu.

Dobrego tygodnia  i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Myślę sobie, wierszydełka, Wymyślanki | 23 komentarze