Październik wciąż piękny

Przeczytałam „Lawendowy pył” trzech autorek: Danuty Marcinkowskiej, Ewy Marcinkowskiej-Schmidt i Klaudyny Schmidt. „Połknęłam” ją w dwóch podejściach. W jednym nie dałam rady, bo mi oczy nie wytrzymały, musiałam książkę odłożyć czego robić nie lubię. Jak już zacznę chciałabym skończyć. Mogę tylko powiedzieć, że się wzruszyłam, przestraszyłam też wspominając znaną z opowiadań przeszłość i porównując z tym, co mamy współcześnie – głównie z różnorodnymi ludzkimi charakterami … Myśląc o tym, co może zdarzyć się przez przypadek, bez zamierzenia powodując kataklizm światowy przypomniałam sobie od razu: nie bądź obojętny!  —  https://oko.press/marian-turski-jesli-bedziecie-obojetni-jakies-auschwitz-spadnie-wam-z-nieba/ 

Aha, zaczęłam ten wpis przed niedzielą i wyjściem tysięcy ludzi na ulice. Zupełnie przypadkiem (?) zaczęło się dziać to, czego się obawiam, że się rozwinie i urośnie w siłę – jak to już było … Cieszę się, że jesteśmy w sumie słabym, mało znaczącym państwem, nie żadną potęgą, bo mogłoby dojść do powtórki z „rozrywki” z przeszłości dzięki takim głupim chłopom i chamom skończonym co potrafią obchodzić urodziny hitlera, zamawiać piwo w geście wiadomym, siać nienawiść trzymając różaniec w jednej ręce a kije i pały w drugiej. Przecież to wszystko świat już przerabiał wcale nie tak dawno temu… Ja się urodziłam zaledwie dziewięć lat po wojnie. Wszelkie rany były jeszcze świeże i dobrze to pamiętam…

A poza czytaniem i domowymi czynnościami zachwycam się w dalszym ciągu kolorami jesieni dopóki są. Liście drzew rano spadały całymi stadami, pewnie dlatego, że przymrozki się zaczęły. Dobrze, że później robi się słonecznie i cieplej. Wieczorem znów chłodno, były zaledwie 2 st. na plusie.

Wzięłam się za porządki i jak zawsze zaczęłam od innej strony niż należy. Wlazłam na drabinkę, aby na samą górę szafy pod sufitem sięgnąć. Wydobyłam na światło dzienne część upchniętych tam ciuchów. Zaczęłam od spodni… przymierzałam jedne po drugich i zdejmowałam czym prędzej… kruca bomba! … wszystkie do oddania! No i dobrze, będzie mniej. Przy okazji trafiłam na nowe z Bon Prix o których zapomniałam. Te oczywiście były w porządku, więc mam nowe portki 🙂 Zdjęłam firanki na zmianę czyli – muszę umyć okna, nie ma innej opcji 🙂 Przejrzałam różne małe takie do kuchni, żeby się zdecydować jakie wybrać na teraz. Nie mogłam się zdecydować, przeprałam więc w misce wszystkie i powiesiłam na suszarce w ogródku, mogły sobie ociekać do woli. To było w imieniny miesiąca, 10.10.  Obiad miałam gotowy, gulasz kurczakowy dla MS i babci D., dla siebie z Biedronki coś co mi bardzo smakowało i z czego opakowanie pokażę, specjalnie dla Małgosi  ( http://toprzeczytalam.blogspot.com/   )   bo po czesku i po słowacku też 🙂

Usmażyłam na maśle klarowanym i pożarłam od razu. Tak mi smakowały 🙂 I tu żadnej reklamy nie ma, mówię co wypróbowałam.  Wróciłam do szafy i do ciuchów. Wyciągnęłam czarną marynarkę, z gatunku firmowych i eleganckich i… kompletne zaskoczenie. Każdy guzik kleił się jak wysmarowany klejem! Mało tego, pod czarną marynarką wisiała  druga, w pepitkę. I ta duga została ubrudzona przez klejące się guziki wewnętrzne tej czarnej! Zdarzyło Wam się coś podobnego? Wyrzuciłam obydwie. Bez żalu zresztą. Poza tym już jedno pudło naszykowałam do oddania, myślę, że najlepiej będzie do sklepiku charytatywnego. Zaraz poszukam czy się takowy w okolicy znajduje. Z całą pewnością wiem już teraz, że nie należy robić ciuchowo-butowych zapasów. Potrzebowałam jechać do miasta i wyglądać jak człowiek, więc się ubrałam, sięgnęłam po cudne butki, których jeszcze nie miałam na nogach i … od spodu się posypały „trociny” z tej niby skórki. Na szczęście z wierzchu nie, dały się więc założyć, Mam jeszcze trzy pary kupione przed emeryturą na zapas, takie  „nówki nie śmigane” ani jeden raz nawet… A takie ładne były choć nie „hamerykanskie”… No i nauczka jest. Co za dużo to niezdrowo 😢 bo potem żal.

Droga prowadzi prosto do Konstancina. Można skręcać w boczne dróżki i oglądać domki, ogródki i wszystko co się da. Czytałam, że ma być w przyszłości chodnik i remont drogi zrobiony, ale kiedy – nie wiadomo. Fajnie by było iść sobie dłuuugo i bezpiecznie, ruch jest spory, a pobocza miejscami wąskie, więc chodnik bardzo by się przydał.

Ładnej pogody i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 37 komentarzy

Październikowo – dziś już 8.10. 2021

Nie mam czasu, zarobiona jestem – tak by mi się chciało rzucić cytatem z filmu, ale po przeczytaniu wpisu Fusilki stwierdziłam, żem leń, obibok i wstydzić się powinnam oraz brać z niej przykład, bo Fusilka (   http://fuscila.blogspot.com/   ) wulkanem dobrej energii jest 🙂  Pomyślałam więc, cobym się wstydzić sama przed sobą nie musiała, że najpierw  w Lapku ostatnie fotki uporządkuję. Robiłam je w lasku chcąc piękną jesień uwiecznić, naprawdę jest wręcz pokazowa (jesień) taka piękna, polska, kolorowa. Taką lubię 😍

Dziś rano wyszłam z psiepsiołami  i niespodzianka, zimno jak nie wiem co, a na liściach i trawach szron! Na to się nie zgadzam! Zostawiłam na zewnątrz wszystkie domowe kwiatki, poobcinane w celu ich ratowania po naszej nieobecności, miałam przesadzić w nowe doniczki, ziemię MS kupił i czeka przygotowana – a tu taka zmyłka pogodowa! Ha, świetnie trudno – jak mawiała pani od polskiego, jeśli któryś przeżył to będzie rósł dalej.

… szron …

Kilka dni temu podczas wyjścia z psami zobaczyłam zniszczone pojemniki PCK. Co za naród! Szlag mnie ze złości trafił i po powrocie do domu poszukałam namiaru na piaseczyński oddział. Znalazłam, wysłałam maila i… dostałam od razu odpowiedź. Na drugi dzień pojemniki zostały naprawione! Naprawdę! Właściwie to jest dziwne – coś, co powinno być najnormalniejsze w świecie dziwi, że zostało załatwione jak trzeba. W takiej rzeczywistości żyjemy, że wszelkie patologie stają się normą, zaś  przejawy zwykłej normalności – są traktowane jak ewenement na skalę światową niemalże. Chciałoby się powtarzać „Miałeś chamie złoty róg…” i to odnośnie bardzo wielu sytuacji…

… koszmarny widok …

… zupełnie inaczej, prawda? …

Oby tak wszystko udało się naprawić i posprzątać jak te pojemniki i ich otoczenie… A ponieważ kucharka rządzi 😉 to powiem, że przepyszne kotleciki zrobiłam z pieczarek, cebulki, jajka, bułki tartej i odrobiny płatków drożdżowych, które mi Mały kiedyś przyniósł i używam ich bardzo oszczędnie, bo smaczne są.  Po kolei – zrobiłam tak: 1) zaczęłam kroić drobno pieczarki, ale mi się odechciało i resztę utarłam na dużych oczkach, i odparowałam na patelni na maśle klarowanym; 2) jedną cebulkę pokroiłam w kostkę i podsmażyłam – też na maśle klarowanym, drugą surową dodałam do podsmażonych pieczarek; 3) po przestudzeniu wbiłam jajko i wsypałam bułkę tartą z płatkami drożdżowymi – tyle, żeby się dało uformować w kotlety wyrobioną masę; 4) z przypraw użyłam sól, pieprz, czosnek, vegetę. Tym razem starałam się  nie przedobrzyć, nie dawać więcej składników i dobrze zrobiłam. Wszyscy jedli na obiad, MS orzekł, że bardzo dobre 🙂

… tak masa na patelni wyglądała …

… zapomniałam kotletom zrobić fotkę i opamiętałam się gdy resztka została 🙂 …

Usmażyłam także kotlety selerowe, które na stałe weszły do jadłospisu. MS pytał po co robię zdjęcia, skoro już tyle razy pokazywałam. Cóż, lubię i już 🙂

… smażące się …

… na talerzu z ulubionego serwisu mojej mamy …

Trochę wspomnień jesiennych ze Szczawnicy sprzed lat kilku: http://annapisze.art/?p=2089  i tu:  http://annapisze.art/?p=2024    i jeszcze nasz jesienny lasek za osiedlem: http://annapisze.art/?p=2180

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 43 komentarze

Szczawnickie wspominki 13

W tym roku nie robiliśmy dalekich wycieczek. Szczawnica jest tak cudnie położona, że góry i piękne widoki są dostępne z każdego miejsca miasteczka. Okoliczne trasy pokonaliśmy już wcześniej, więc nie jest nam żal, że akurat nie ma warunków, by wybrać się na wielogodzinną wyprawę. Po pierwsze – babci D. nie można samej zostawiać na dłużej, po drugie – Skituś już się męczy więc na niego trzeba mieć wzgląd. Jeszcze jest po trzecie – moje kolana nie lubią schodzić z góry a czasem i na płaskim pokazują swoje humory. Na razie ibuprom i voltaren  pomagają i z tego się cieszę.   Babcia D. pozostawiona na dłużej miewa różne pomysły. Jak jest w stanie „dr Jekyll” to OK, czyta, rozwiązuje krzyżówki, patrzy na widoki i ludzi siedząc na balkonie. Natomiast gdy powraca „Mr Hyde” to już tak łatwo nie jest. Na przykład twierdziła, że ją przywieźliśmy, żeby tu zostawić w związku z czym siedziała w nocy ubrana w buty i kurtkę na łóżku ściskając spakowaną torbę, pilnując drzwi na wszelki wypadek, gdybyśmy chcieli wyjść bez niej, a na każdą próbę tłumaczenia czy perswazji reagowała agresją na zmianę ze szlochaniem. Tak było kilka razy. W nocy też często nie było spania (dla nas), chodziła po mieszkaniu, zapalała światło i szukała, szukała, szukała…

Na dłuższą trasę, którą zresztą ja uwielbiam, wybrał się MS z Werą, żeby  młodą przeciągnąć po pięknych miejscach. Busem pojechali do Jaworek a stamtąd obok schroniska na Durbaszce szli szczytami aż do Palenicy. Akurat pogoda trafiła się ładna i wyprawa była udana. Tylko zdjęć nie robili jakie ja bym zrobiła.  Pokażę stare, ale jak włączę starego Lapcia, bo tam je mam. Teraz kilka z okolicy najbliższej. Wystarczy wspiąć się poza osiedle i już można się napawać tym co oczy widzą 🙂

… siano w kopkach to sielski widok kojący duszę mą 😉 …

… w lesie za Czardą …

… mgła przesłoniła całą resztę, góry ukradli 😉 …

… jeszcze się mgły kłębią, choć słonko wychodzi…

… nowy punkt widokowy i stara kamienista droga wyłożona kostką, mieszkańcy szczęśliwi, że wreszcie dojechać mogą do domów …

… po prawej widać fragment budynku stacji uzdatniania wody …

… dojazdowa droga do schroniska pod Bereśnikiem …

… psiepsioły odpoczywają podziwiając …

… Szilka buszująca w trawie …

… widok na Jarmutę, z której paralotniarze latają pod niebo, albo… lądują w lesie 😉 …

To są zdjęcia z jednej strony Szczawnicy, naszej, bo ze Szczawnicy Wyżnej 🙂 Do Niżnej tylko kilka razy „pobiegłam” po konkretne zakupy, pobuszować w ciuchlandzie, spojrzeć na różne ciekawostki w sklepie z akcesoriami do domu (dekoracyjnymi też), do budki z cudnymi wyrobami garncarskimi (dlaczego fotki nie zrobiłam to nie wiem), na bazarek po pomidory. Częściej MS schodził z babcią D. w ramach spaceru codziennego. Mnie wcale  się nie chciało gdy spojrzałam przez okno i widziałam z oddali kłębiący się tłum turystów na promenadzie nad Grajcarkiem. Oczywiście poszliśmy zobaczyć co się zmieniło, doszliśmy do Dunajca, ale o tym następnym razem 🙂

A na razie – dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 34 komentarze

Po wakacjach – szkoda, że to już…

Byłam, odetchnęłam cudownym pienińskim powietrzem i wróciłam 😊 Do ostatniej chwili tak naprawdę nie wiedziałam czy się uda. W głębi duszy żywiłam przekonanie, że babcię D. wsadzę siłą do bagażnika w razie jej zdecydowanego oporu… 😉 Tym razem sama spakowałam jej rzeczy do zabrania. Przy okazji udało się zajrzeć do babcinej szafy (normalnie się nie da) i wyciągnąć rzeczy do prania.  Od zeszłych wakacji – biorę pod uwagę pakowanie na wyjazd – babci D. splątanie sporo posunęło się do przodu mówiąc delikatnie.  Dlatego dobrze zrobiłam, że sama się tym zajęłam. Odłożyłam też kilka rzeczy do wyrzucenia, kompletnie zniszczonych ciuchów, których by nie dała ruszyć, gdyby widziała. Jak nie widzi to nie wie nawet, że je miała i nie szuka. Zresztą już nie rozróżnia co jest jej własnością, co nie, bierze co ma pod ręką. W Szczawnicy codziennie MS wychodził z nią na spacer po śniadaniu. My z psiepsiołami na dłuższy spacer wychodziliśmy po obiedzie, a babcia D. już nie pamiętała, że rano na spacerze była. W sumie nic dziwnego, skoro wciąż znajdujemy zakamuflowane leki w różnych dziwnych  miejscach. W tej kwestii nie ma zaćmienia, potrafi wziąć tabletki do ust, jeść, pić, a mimo wszystko jakoś udaje jej się wypluć i schować. Niepojęte po prostu. Po obiedzie mówiliśmy, że z psami idziemy wysoko i daleko w góry, a ona musi odpocząć po własnym dopiero odbytym spacerze. Siadała na balkonie z krzyżówką, książką (za każdym razem inną poprzednią odłożywszy nie wiadomo gdzie).  Uważam, że i tak była bardzo dzielna wchodząc na czwarte piętro, dawała radę i nie było problemów z ciśnieniem. Gdyby nie „chora głowa” byłoby nawet bardzo dobrze, przecież za chwilę skończy 89 lat.

… w Parku Górnym, za nimi kaplica Szalaya, po lewej zejście na pl. Dietla…

Po powrocie – wiadomo – pralka chodziła nie wiem już ile razy, suszenie, prasowanie i mogę powiedzieć, że ten etap zakończony 😊 Teraz poukładać, pochować i doprowadzić do porządku. Ogródek był zarośnięty do ostatnich granic, a nawet poza nie 😉 Już pierwsze koszenie trawy się odbyło, teraz trawka dochodzi do siebie, mam nadzieję, że całkiem dojdzie. Panienki warszawianki kwitną, zebrałam mnóstwo nasionek na przyszły sezon. Rozchodniki też kwitną.  Dzikie wino się przebarwia i świat czyni kolorowym, co przy świecącym słoneczku sprawia, że jesień jest taka jaką lubię i niech będzie jak najdłużej.

Kulinarnie –  czuję się już absolutnie pewnie w kwestii kotletów i placków vege ze wszystkiego co mam pod ręką, oby tylko jajka i  tarta bułka jako podstawa były to wychodzą bardzo smaczne „twory”, które nawet MS próbuje i twierdzi, że smaczne, a babcia D. też zjada i mówi, że dobre mięsko 😉 choć to bez kęsa mięsa 😉

… tu na pewno z włoszczyzną z zupy i wszystką zieleniną jaka była, żeby się nie zmarnowała …

… nie pamiętam jakie …

… z ziemniaków z dodatkami …

… z żółtym serem na pewno i chyba z pokrojonym makaronem …

… z ryżem i kaszą gryczaną …

… ciasto przygotowane na placuszki z suszoną śliwką …

… usmażone placuszki …

… chyba z jabłkami …

Zdecydowanie muszę od razu zapisywać z czego robię, bo po kilku dniach już nie pamiętam ponieważ za każdym razem to jest improwizacja. I smacznie wychodzi 🙂 Po powrocie upiekłam pasztet wg przepisu z  https://aniagotuje.pl/przepis/pasztet-z-soczewicy Rewelacyjny!!! Nie brałam  składników – oczywiście jak to ja 😊 – idealnie pod względem ilości  zgodnie z przepisem, tylko mniej więcej na oko ile miałam, ale pod względem wykonania starałam się bardzo i było warto. Tak dobrego jeszcze nie jadłam, zawsze były takie suche, sypkie (pasztety), a ten był idealnie wilgotny, odpowiednio ostry i nie potrzebował żadnych dodatków. Babcia D. pytała kilka razy czy kupny czy domowy i zajadała ze smakiem. Zniknął do ostatniej okruszynki. To znaczy połowa, drugą zamroziłam i MS zawiózł Małemu, czekam na jego reakcję 😊

… sama masa była przepyszna i podjadałam w trakcie przygotowań …

 

… tak wyglądał przed włożeniem do pieca, nie miałam papryki – jak w przepisie – wiec dałam ogórka konserwowego i dobrze zrobiłam 🙂 …

… po upieczeniu tak się prezentował, następnym razem dam jeszcze ogórek do środka …

Dzielne psiaki wytrzymały podróż w dwie strony, na szczęście upału tym razem nie było, więc dały radę. Dzielnie też wchodziły na czwarte piętro trzy razy dziennie.

… odpoczynek po drodze …

… jak mi dobrze, pić dali z fontanny …

…może złapię coś ze stołu …

… teraz sobie mogę pospać …

… ja też usnę, nareszcie spokój w domku …

W Szczawnicy wypuściłam się do ciuchlandu, a ponieważ uwielbiam grzebać w szmatach (choć już rzadko to czynię) wyszukałam kilka bluzek i obiecałam Luci,   https://pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/   – że pokażę. Miałam zrobić porządek z własnymi ciuchami to znaczy pozbyć się części już nieużywanej, ale wiadomo – łatwe to nie jest. Co szmatka to decyzja 😉 Jednak trzeba i duża torba odłożona takich co to „się skurczyły” nie wiadomo czemu 😁 więc się rozgrzeszyłam, bo przecież takich „po domu” coby nie straszyć ludzi i siebie (gdy nagle spojrzę w lustro) nigdy dosyć 😀

… bardzo jestem zadowolona z trofeów …

… tu już w szczawnickim nabytku …

Przywiozłam śliczny ręczny młynek. Babcia miała czerwony i mieliło się w nim wszystko – np cukier na cukier puder (mączkę babcia mówiła), który wkładała do pojemnika porcelanowego z niebieskim kwiatkiem namalowanym i dokładała laskę wanilii. Taki był tenczynkowy cukier waniliowy 🙂

To tak na szybko. Potem będę pomału wspominać i pokazywać, właściwie przypominać  Szczawnicę.  Na rozsmakowanie – Grajcarek 🙂

… i fragment najdłuższej promenady w kraju biegnącej wzdłuż potoku …

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 38 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 62

Wrzesień

Ponieważ wszystko ma swój kres, urlopy i zwolnienia również, Aldona postanowiła wrócić do pracy i w miarę możliwości wytrwać aż do rozwiązania. Podjęła taką decyzję, ponieważ poczuła się zdrowa, silna, wypoczęta, gotowa stanąć w szranki z całym światem. Nie bała się już nikogo i niczego. Oczywiście nie miała zamiaru szarżować, narażać na szwank zdrowia maleństwa ani własnego. Myśli o dzieciach dawały jej jednak siłę do działania. Planowała przyszłość, zakup łóżeczka, wózka i mnóstwa rzeczy niezbędnych niemowlęciu, nie przejmowała się już ani Marianem, ani Agatą. Potrafiła zapanować nawet nad tęsknotą za Sergiuszem, upchnęła ją gdzieś na dnie serca i kazała siedzieć cicho, żeby nie przeszkadzała w życiu. Dawno minął czas, kiedy męczyła ją bezustanna huśtawka nastrojów, gdy nadzieja i rezygnacja, szczęście i rozpacz, radość i smutek mieszały się ze sobą odbierając siły i chęć do życia.

Greta zamarła z wrażenia zobaczywszy koleżankę i przez chwilę stała z idiotycznym wyrazem twarzy, wreszcie wybuchnęła śmiechem.

– No coś takiego! Nie wytrzymam, ale numer! Komu dałaś bez zabezpieczenia? Ha ha, taka stara, a wrobić się dała!

Aldona wytrzymała spokojnie atak histerii, podeszła do własnego biurka, zdjęła z wierzchu nie swoje rzeczy.

– Bądź uprzejma to zabrać, nie należy do mnie. Chciałabym uprzątnąć moje biurko – powiedziała i usiadła na krześle.

Rozejrzała się po pokoju, westchnęła cicho i zajrzała pod biurko, do szafki. Bez zbędnej straty czasu wzięła się za sprzątanie swego miejsca pracy, z czym szybko się uwinęła. Zadzwonił telefon. Kasia.

– No jak tam? Przeżyłaś wejście do pokoju i spotkanie z Gretą?

– Uff, już dobrze, nie dałam się wyprowadzić z równowagi, jest ok.

– Czekaj – ściszyła Kasia głos, – ona przyleciała do pokoju obok i tam się drze, pójdę posłuchać a potem ci zdam relację.

Okazało się, że Greta z właściwym sobie wdziękiem słonia w składzie porcelany poinformowała cały wydział, każdego kto chciał słuchać i kto nie chciał, jak również wszystkich swoich znajomych, prawie znajomych i o-mało-co znajomych, że ta głupia, stara bździągwa Aldona jest w ciąży. Oczywiście nie obeszło się bez telefonu do Mariana. I cóż, zdziwionej Grecie  Marian oświadczył lodowatym tonem, że go to w ogóle nie interesuje, nie chce o tym słuchać, że jeszcze ktoś pomyśli, że on ma coś z tym problemem wspólnego. W taki oto sposób Aldona niespodziewanie dla siebie miała jeden kłopot z głowy.

Greta była niepocieszona. Nie wywołała sensacji jakiej pragnęła i nie stała się głównym ośrodkiem zainteresowania z powodu posiadanych informacji. Po cichu liczyła na jakąś formę gratyfikacji ze strony Mariana za tak niespodziewaną wiadomość, ale się zawiodła. Postanowiła jeszcze coś ugrać przekazując wieści Agacie. W tym celu zadzwoniła na domowy numer Agaty. Cóż, tu też szczęście jej nie dopisało, bowiem Agaty od dawna nie było a słuchawkę podniosła pani Mela, która wiedząc o wyjeździe – pożal się Boże – synowej przyszła sprawdzić w jakim stanie zostawiła ona mieszkanie. Niczego nie ruszała, obejrzała tylko cały bałagan, łyknęła tabletkę na obniżenie ciśnienia, które niebezpiecznie skoczyło w górę, posiedziała chwilę spokojnie i właśnie miała opuścić lokal, gdy usłyszała dzwonek telefonu. Zareagowała odruchowo. Nieznajomy kobiecy głos spytał o Agatę.

– Nie ma jej – odpowiedziała pani Mela.

– A kiedy będzie?

– Nie mam pojęcia.

– A czy mogłaby jej pani coś przekazać od Grety? – zapytał głos.

– Ależ oczywiście, natychmiast przekażę jak wróci – odpowiedziała słodziutkim tonem mając przed oczyma czerwone ostrzegawcze światełko mrugające z coraz większą intensywnością.

– To proszę powiedzieć, że osoba nas interesująca jest w ciąży.

– To znaczy kto? – spróbowała uściślić pani Mela chwytając się krzesła, by z wrażenia nie upaść.

– Aldona przecież – odpowiedział zniecierpliwiony głos.

– No tak, oczywiście, dziękuję – odpowiedziała panu Mela i odłożyła słuchawkę.

Usiadła na krześle i włączyła wszystkie szare komórki. Stwierdziła, że chyba zapadła na demencję, bo nie może poskładać w całość kawałków układanki, którą nagle dojrzała. Co tu się porobiło? Wzrok padł na telefon. Pamiętała numer do Doroty, choć w sumie nowy, więc nie jest z nią jeszcze całkiem źle.

– Dorcia, jesteś w domu? – spytała nieco drżącym głosem.

– No chyba jestem ciociu, skoro odebrałam telefon, nie sądzisz? – zaśmiała się siostrzenica.

– Ty się ze mnie nie śmiej, tylko mi tu mów jak na spowiedzi. Wszystko!

– Ale co? Jakie wszystko? – zdziwiła się Dorota.

– Wszystko co się wokół dzieje, bo zgłupiałam. Zadzwoniła jakaś Greta i powiedziała, żebym Agacie przekablowała, że Aldona jest w ciąży. Przecież wiem, ślepa nie jestem. Ale co ją to niby obchodzi? Rozumiesz coś z tego?

– Gdzie zadzwoniła? Do twojego domu?

– Nie, no co ty, skąd do mnie? Do Sergiusza. Jestem tu, bo chciałam zobaczyć na własne oczy co ta lampucera po sobie zostawiła i zadzwonił telefon. Tak się zdenerwowałam, że odebrałam i teraz nic nie wiem.

– A gdzie Monika? – zaniepokoiła się Dorota.

– Z Basią i chłopcami na Rosoła.

– Aha, no to uspokoiłaś mnie. Słuchaj ciociu, czekaj na mnie, podjadę po ciebie i o wszystkim spokojnie porozmawiamy. Dobrze się czujesz?

– Już tak, całe szczęście, że leki wzięłam wcześniej, chyba zaczęły działać. Dobrze dziecko, to czekam.

Dorota zabrała ciotkę do siebie, zmierzyła starszej pani ciśnienie, na wszelki wypadek sprawdziła czy ma jeszcze leki. Pani Mela zawsze nosiła przy sobie opakowanie, więc nie było problemu. Dorota poczuła, że przyszedł odpowiedni moment i nie pytając przyjaciółki o zdanie podjęła decyzję. Opowiedziała ciotce o perypetiach nieszczęsnej zakochanej pary z takimi szczegółami, które uznała za istotne. Tym sposobem długo skrywana tajemnica ujrzała światło dzienne w szerszym niż dotąd zakresie.

Dorota musiała odpowiedzieć na mnóstwo pytań,  bo tak niesłychane informacje z trudem docierały do zaskoczonej pani Meli. Ale kiedy wreszcie dotarły i upewniła się, że nikt jej nie wkręca, nie ma żadnej ukrytej kamery ani żadnego ”mamy cię”, wydała z siebie dziki indiański okrzyk zupełnie nie przystający do powagi wieku i zażądała, by Dorota natychmiast udała się z nią do Aldony, którą bardzo polubiła podczas wakacji. Oszołomiona reakcją ciotki nie stawiała oporu i ciągnięta za rękę ledwo za ciotką nadążyła. Starsza pani z wielkiej niecierpliwości uderzyła pięścią w drzwi windy, żeby szybciej przyjechała.

Migiem znalazły się przed sąsiednim blokiem, odprowadzone pod same drzwi klatki schodowej  zdziwionym wzrokiem bliźniaczek bawiących na podwórku, zaskoczonych, że Dorota nie odpowiedziała na ich pozdrowienie. Dziewczynki spojrzały na siebie i pędem rzuciły się za nimi przeczuwając, że dzieje się coś ciekawego i niezwykłego, i – że one nie mogą tego przegapić. Wyminęły obie kobiety, otworzyły drzwi szyfrem i dopadły mieszkania wołając matkę.

– Mamusiuuu, mamooo, gości masz!

– Jakich gości? Cicho Tina, nie szczekaj – uspokajała suczkę. – A, Dorcia, wchodź do środka, co tak stoisz?

Dopiero po chwili spostrzegła stojącą bez ruchu panią Melę. Przeniosła wzrok na przyjaciółkę i domyśliła się w czym rzecz. Najpierw się zdenerwowała, rozzłościła na Dorotę, ale trwało to jedynie mgnienie oka. Spojrzały sobie z panią Melą w oczy.

– Proszę wejść – powiedziała cicho. – Nie będziemy przecież stały na korytarzu.

– Dziewczynka? – równie cicho upewniła się przyszła babcia.

– Tak, kolejna w rodzinie – uśmiechnęła się Aldona, – same dziewczynki.

– Nawet nie wiesz dziecko, jak się cieszę – w oczach starszej pani pojawiły się łzy wzruszenia. – Dzisiejszy dzień jest tak niesamowity, że wciąż nie wiem, czy nie śnię.

– Nie śnisz, ciociu, nic a nic – przekonywała Dorota. – To wszystko wydarzyło się naprawdę. Będziesz miała drugą wnuczkę..

– Chodź, niech cię uścisnę – pani Mela wyciągnęła ramiona do Aldony, która równie wzruszona przytuliła starszą panią.

Dziewczynki obserwowały z zaciekawieniem całą scenę i coś szeptały do siebie.

– Czy to znaczy, że będziemy miały nową babcię? – spytała Inka.

– No bo przecież babcia naszej siostry powinna być też naszą babcią, inaczej będzie niesprawiedliwie – dodała Linka.

– Dajcie mi krzesło, muszę usiąść. Jak przeżyję dzisiejszy dzień, to będę żyła sto lat – powiedziała nowa babcia. – Jestem tak oszołomiona, że nie mogę dojść do siebie. Dopiero się dowiedziałam, że niedługo urodzi mi się wnuczka, a tu się okazuje, że mam już dwie całkiem duże, nowe wnusie. I nic o tym nie wiedziałam. Kilka godzin temu miałam jedną a teraz mam już właściwie cztery.

Dziewczynki chichotały rozbawione monologiem nowej babci.

– Naprawdę możemy mówić: babciu? – upewniały się.

– Naprawdę. Chodźcie do mnie, niech was uściskam, wnuczki moje.

Uściskała dziewczynki i posiedziała chwilę spokojnie, ochłonęła, napiła się wody mineralnej. Wyglądało, że całkiem  wróciła do równowagi, gdy nagle podskoczyła na krześle.

– No i co ja teraz mam zrobić?

– Ale z czym? – nie zrozumiała Dorota.

– Teraz mam zagwozdkę, czy powiedzieć Monisi? Z jednej strony bym chciała, żeby nie miała do nas żalu, że skrywałyśmy przed nią jakieś sekrety. Ale z drugiej, czy można wymagać od dziecka utrzymania takiej wiadomości w tajemnicy przed ojcem?

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

„Onegdaj” – stała i czekała :)

Stała sobie na półce i stała, cierpliwie czekała. Widocznie wiedziała, że aktualnie nie mam czasu (to „aktualnie” trwało i trwało), a moja głowa wiecznie zajęta tysiącem spraw wreszcie kiedyś będzie musiała odpocząć od rzeczywistości. Miała absolutną rację, jak to przyjaciółka. Przecież książka to najlepsza milcząca przyjaciółka człowieka. Przyszedł czas, że się doczekała. Jeszcze przez chwilę się wahałam po którą z nich sięgnąć, lecz ona wyraźnie do mnie zawołała, poczułam jej przyciąganie, usłyszałam w duszy głos: Aaaniaa, Aaaniaa… no słyszysz wreszcie czy nie ty małpiszonie! Na takie dictum wątpliwości moje wszelkie pierzchły i wzięłam ją do ręki. Miałam wrażenie, iż słyszę westchnienie ulgi pomieszane z politowaniem (skierowanym oczywiście pod moim adresem).  Też westchnęłam, ale z radości i przyjemności zajrzawszy do środka 😊 bowiem to była rzecz napisana przez Marię Korniłowiczównę, rodzoną wnuczkę Henryka Sienkiewicza, córkę jedynej jego córki Jadwigi z Sienkiewiczów Korniłowiczowej. Jak wiadomo pisarz „dorobił się” jeszcze syna dwojga imion: Henryk Józef, który miał czworo dzieci, ale to już inna bajka.

Maria Korniłowiczówna była nietuzinkową postacią, jak na wnuczkę noblisty przystało, o czym dowiedziałam się szukając informacji po zachwyconym przeczytaniu „Onegdaj”, taki właśnie tytuł nosi książka. I dalej w podtytule czytamy – „Opowieść o Henryku Sienkiewiczu i ludziach mu bliskich”. A więc nie suche fakty z życia jakie podają w szkole, lecz osobisty przekaz wnuczki, która choć nie miała okazji dziadka spotkać (urodziła się po jego śmierci) to całe jej życie przesiąknięte było rodzinnymi przekazami, opowieściami, rosła otoczona pamiątkami drogimi sercu.

Znalazłam potwierdzenie, że swoją pierwszą i najukochańszą żonę Marynię Szetkiewiczównę spotkał po raz pierwszy w Szczawnicy. Niby o tym wiedziałam, ale było słówko „podobno”, zaś teraz wiem „na pewno”. Chyba jasnym jest, iż ucieszył mnie ten fakt ogromnie. Mogę sobie wyobrażać pana Henryka spacerującego alejkami Parku Górnego (mojego codziennego miejsca spacerów z psiepsiołami podczas bytności w ukochanym miasteczku). Spoglądając jego na pomnik wspominać będę fragment o odczycie wygłoszonym w Perle Pienin o amerykańskich Indianach, który jego szwagierka Jadwiga z Szetkiewiczów Janczewska, siostra Maryni, tak w swoim pamiętniku opisała – „Oczy to były dziwne, poważne, raczej smutne, ale kiedy spoglądał nimi, zdawały się patrzeć w dal nieokreśloną, a jednocześnie jakby w głąb własnych myśli i uczuć. W podobny sposób określał Sienkiewicz w jednym ze swoich odczytów sposób patrzenia czerwonoskórych amerykańskich, na co się rozległ szmer wśród publiczności i ktoś powiedział: < On sam tak patrzy>”.  Tak patrzy i z pomnika w Szczawnicy, w której odczyt ów wygłosił.

Są też inne ślady bytności pisarza w uzdrowisku.

…Szkoła Podstawowa nr1 nosi imię Henryka Sienkiewicza…

Szukając informacji trafiłam na takie ciekawostki prawdziwe 🙂

https://kurierwilenski.lt/2016/05/06/hanuszyszki-podwilenska-posiadlosc-prototypu-zagloby/

https://kurierwilenski.lt/2016/05/13/hanuszyszki-tu-marynia-szetkiewiczowna-tupala-nozka-na-rosyjskiego-uriadnika-2/

https://kurierwilenski.lt/2016/05/20/hanuszyszki-stad-marynia-szczescie-sienkiewicza-3/

https://kurierwilenski.lt/2016/05/27/hanuszyszki-wczoraj-i-dzis-4/

https://nakanapie.pl/recenzje/piec-ich-bylo-on-henryk-sienkiewicz-nazywal-sie-marie-jego-zycia

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/10-kobiet-bez-ktorych-nie-byloby-niepodleglej-polski/jt5mzyy

http://www.genealodzy-kielce.pl/wp-content/uploads/2017/01/III-Dokumenty-rodzinne-%C5%9Bwiadkiem-%C5%BCycia-pisarza.pdf

Na koniec cytat wybrany przez Marię Korniłowiczównę na motto książki o dziadku.

I jak Wam się podobała wyprawa w przeszłość? Mnie bardzo, czytałam i czytałam, także artykuły, z wielką ciekawością, bo to wciągające doświadczenie było i przeniesienie w zupełnie inny świat, w którym piękno naszego języka widoczne w całej okazałości dotąd  zachwyca 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 20 komentarzy

Odchodzenie…

Przychodzi taki czas, że znajomi zaczynają odchodzić w inny wymiar. Wierzę, że za Tęczowym Mostem spotykają swoich bliskich, przyjaciół, swoje zwierzaki – wszystkie drogie sobie istoty, które udały się wcześniej w tę podróż. Dawno temu rozpoczęłam pracę jako najmłodsza w zespole, a teraz jestem „na wolności” (ku swej ogromnej radości). W międzyczasie pożegnałam mnóstwo znajomych. Teraz nie chcę pamiętać niczego poza dobrymi wspólnymi chwilami, tylko one się liczą. Z najbliższego otoczenia wspomnę Jadzię (chyba była z rocznika mojej mamy – 1923), cudowną kobietę od której nauczyłam się najwięcej życiowych mądrości jako już osoba dorosła i matka dzieciom 😊 Nie zapomnę nigdy pani Steni – pisałam o niej tu:     http://annapisze.art/?p=124       Wspomnę Zbyszka, który słuchając moich opowiadań o Rolfie, kotach i chłopakach namawiał do ich (opowiadań) spisania. Wspomnę Gośkę, mistrzynię w opowiadaniu dowcipów, Jaśka, który był jedyny w swoim rodzaju w umiejętności słownego kreowania własnej rzeczywistości różniącej się znacznie od realu… Wielu odeszło…  Refleksje i wspomnienia nasunęły mi się ponieważ przed kilkoma dniami odszedł Jurek, niezwykle dobry, ciepły kolega, a przy tym niezwykle utalentowany artysta malujący piękne obrazy…

Z wiekiem, z nabywaniem mądrości i wiedzy do odchodzenia podchodzę inaczej niż dawniej. Wiem, że to tylko etap przejściowy w wiecznej szkole zdobywania właśnie WIEDZY, uczenia się, wchodzenia na wyższe stopnie rozwoju.  Nie znaczy to, że ktokolwiek musi się za mną natychmiast zgadzać. Takie jest moje osobiste przekonanie wynikające  między innymi z przeżyć po odejściu moich bliskich, a także z porównania własnych doświadczeń z opisanymi przez liczne osoby doświadczające podobnych sytuacji. Zresztą – każdy ma swoją drogę i na własną rękę musi jej szukać i nią podążać.

Rozpisałam się „w tym temacie”, ale tak mnie nastroiło odejście Jurka, którego poznałam w pierwszym dniu rozpoczęcia pracy, a było to w grudniu 1978 … kawał czasu…

Z odchodzeniem w inny wymiar wiąże mi się też temat „odchodzenia” pamięci, uciekaniu jej nie wiadomo gdzie bez „swego człowieka”, który pozostaje sam nie mogąc się już nią (pamięcią) posiłkować.  O tym problemie pierwszy raz pisałam tu : http://annapisze.art/?p=146  potem tu:  http://annapisze.art/?p=1264  Obserwuję ten proces nieustannie, dzień po dniu patrząc jak babcia D. jest jak dr Jekyll i Mr Hyde. Huśtawka jej nastrojów, zmiany osobowości i zachowania zachodzące dosłownie w ciągu kilku chwil  potrafią opiekuna wykończyć. I to mimo wiedzy, że to jest choroba a chory nie ma na nią żadnego wpływu. Tak jest i już.

Podam prosty przykład. Po zjedzeniu ze smakiem i zadowoleniem śniadania nagle przeistacza się w dziką furię, albo rozpaczliwie szlochającą ofiarę spisku uknutego na jej zgubę, bo np. nie może znaleźć telefonu ukrytego w różnych dziwnych miejscach przez nią samą. Kupuję często indyka w galarecie, babcia D. myśli, ze to salceson, który lubi. Cieszy się, uśmiecha, zjada z radością mówiąc, że to jej ulubione jedzenie. Po czym idzie do pokoju i za chwilę dobiega stamtąd szlochanie. Nie odpowiada na żadne pytanie, o co chodzi, co się dzieje, czego jej trzeba – spojrzy tylko wzrokiem Bazyliszka, którym by zabiła gdyby mogła. Obraża się na pół dnia, po czym wychodzi jakby nigdy nic i o niczym nie pamięta. Do następnego razu, dopóki znów nie zacznie czegoś szukać, albo jej się coś będzie zdawało, bo nie wie chwilami gdzie jest. Myli jej się czas, przestrzeń. Jeszcze na szczęście pamięta jak się nazywa i rozpoznaje osoby. Ale nie wiem jak długo, leki wypluwa, chowa po kątach, a przecież tylko regularne ich przyjmowanie może choć trochę zatrzymać postęp choroby. Lekarstwa na tego typu zaburzenia jeszcze nikt nie wynalazł. No i takie wesołe jest życie staruszka…

Posmęciłam w dzisiejszym wpisie. Cóż, życie się składa z różnych chwil, nie zawsze może być wesoło, radośnie, smutek i choroba też są wpisane w naszą ludzką egzystencję, tak już jest.  Dlatego nie zawsze można robić to, co by się chciało, nie ma czasu, nie ma spokojnej głowy aby pomyśleć… Ale – następnym razem powiem o czymś bardzo miłym, o lekturze książki wnuczki Sienkiewicza, którego kocham miłością nieustającą a zarazem  nieodwzajemnioną ponieważ nie mam na imię Maria 😊😉😉

… kwiaty na wywołanie uśmiechu i poprawę humoru …

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy

Co z tą weną?

Chcę kilka wierszy napisać ładnych,

ale pomysłów nie mam żadnych.

Gdy tylko zacznę – coś mi przeszkadza

i wnet zapały moje schładza.

Raz bzycząc osa leciała do mnie

– wnuczka się osy boi ogromnie –

a więc rabanu narobiła

i osę z weną wraz – przegoniła.

Wczesnym zaś rankiem kochana Szilka

ładnie prosiła o głasków kilka,

tuż za nią Skituś główkę nadstawił

i wenę całkiem siły pozbawił.

No dobrze, spokój, biorę długopis

i myślę: teraz to będzie popis

(i bardzo proszę – żadnych skojarzeń,

tu politycznych nie ma wydarzeń).

Wtem Moje Szczęście coś zamruczało

we śnie (możliwe, że mi się  zdawało),

za chwilę babcia D. mówi o kawie…

Wena stwierdziła, że nieciekawie

tu dla niej dziś jest, więc już poleci,

po drodze może zajrzy do dzieci

wszak Calineczki są urodzinki

i pewnie liczne będą wspominki.

Pomyśleć czas o prezencie wnusi,

Przecież malutka ucieszyć się musi 😊

5.O9.2021

Niech słoneczko przez weekend pięknie świeci i latem niech się cieszą dzieci, bo gdy już słota przyjdzie, żadne z domu na spacer nie wyjdzie, będą się nudzić, męczyć, narzekać i na następne lato czekać 🙂

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Myślę sobie, wierszydełka, Wymyślanki | 28 komentarzy

Wrzesień = jesień

Jest wrzesień czyli jesień. Ostatnie deszczowe dni jeszcze wzmogły takie przekonanie. Wprawdzie już jaśniej, nawet słoneczko wygląda, ale jeśli dzieci poszły do szkoły to już lata nie ma. Trzeba mu zrobić pa pa… do następnego roku. Zdzisława Sośnicka śpiewała dawno temu:  „…żegnaj lato na rok …” i zawsze smutno mi się robiło, że to już koniec wakacji. Żeby jednak tak całkiem smutno nie było to przypominam sobie równocześnie, że właśnie o tej porze zajadałam się jajecznicą z pomidorami, albo jajecznicą z papryką, albo smażonymi grzybami (uzbieranymi przez tatę na leśnej działce) z jajkami, za którymi przepadali wszyscy, w tym moi chłopcy gdy jeszcze do szkoły nie chodzili i żyli „na wolności”. I znów piosenka – „…to były piękne dni…” . No były, były, minęły lecz w pamięci pozostały.

W kwestii jedzenia – zrobiłam kotlety selerowe. Cieszy mnie, że MS mówi, iż je nawet lubi, co uważam za osobisty sukces na miarę – ho ho ho! i jeszcze trochę 🙂

… kotlety selerowe ..,.

Zrobiłam też kolejny eksperyment z cyklu: improwizacja czyli placuszki naleśnikowe. Zostały mi trzy naleśniki. Pokroiłam je w miarę drobno, dołożyłam posiekaną cebulkę, jajka chyba 3, łyżkę mąki, łyżkę otrąb owsianych (dla zdrowotności oczywiście), przyprawę do kurczaka po węgiersku (reszta domowników miała właśnie takiego kurczaka), trochę bułki tartej i jak się już kupy trzymało wrzuciłam na patelnię. Wyszły placuszki – jak dla mnie przepyszne. Miałam jeszcze ugotowaną kapustę z koperkiem, ziemniaki i w sumie było fajne jedzonko.  Zostały mi dwa placuszki i na drugi dzień podsmażyłam sobie na maśle klarowanym – jeszcze smaczniejsze były. Wprawdzie Królowa Marysieńka opierniczyła mnie, że zmarnowałam naleśniki, ona by tego nigdy nie zrobiła tylko wymyśliłaby farsz, ale trudno 😉 Zamiast farszu prostsze wydało mi się przygotowanie placuszków i każda z nas pozostała przy swoim zdaniu 🙂  Natomiast ona robiła  curry z tofu i tego na pewno spróbuję, tylko jeszcze nie wiem kiedy. Jak mnie „najdzie”, czyli jak wena kulinarna powróci, bo ona (wena) odwiedza mnie z doskoku i nigdy nie wiem, kiedy wpadnie 😉

… placuszki naleśnikowe …

Ugotowałam garnek grochówki. Duży, bo przecież małego nie opłaca się gotować, prawda? Odkąd nie jem mięsa dopiero na talerz kładę podsmażoną kiełbaskę drobiową dla babci D. i MS. Dla siebie tym razem wrzuciłam pokrojonego kabanoska vege, ostrego, tego co to  „bez kęsa mięsa” 🙂  Mniej ostre mi smakują do pogryzienia sobie od czasu do czasu, te się nadały do grochówki.

Skituś był szczęśliwy mając swoją pańcię przy sobie, bo tylko ona mu pozwala spać w łóżku. Wprawdzie wygląda uroczo, ale bez przesady, moje psiaki zawsze spały obok łóżka, ale na pościel nie wchodziły.

… jeszcze trochę pośpię sobie …

… o co chodzi, kto mnie budzi i po co? …

Teraz szkoła mu pańcię odebrała. Mam obowiązek każdego dnia wysłać Werze fotkę jej ulubieńca. Na razie mi się udaje, potem pewnie zmniejszę częstotliwość, ale za to nadrobię ilością.

Jeszcze coś, co znalazłam – specjalnie dla Małgosi   http://toprzeczytalam.blogspot.com/

… instrukcja 🙂 …

Kupiłam sobie kaloszki w pięknym niebieskim kolorze i już nie muszę się martwić co jesienią założę idąc z psami w czasie deszczu, gdyby mi się moje starutkie rozleciały. Te, co je miałam pociąć i zrobić z nich kwietniczki, hi hi 🙂

Spóźniłam się, bo były piękne czarne, prawdziwie eleganckie (o ile można tak powiedzieć o gumowcach), ale została tylko jedna para dużo za duża. Wobec tego mam niebieskie i już 🙂

W Biedronce kolejna akcja zbierania naklejek na maskotki, więc już zaczęłam. Wcześniejsze maskotki były dla Wery, teraz już  dla Calineczki, której w górach się bardzo podobało, było „wysioko, wysioko, do siamego nieba” 🙂

Jesiennie kojarzą się też orzechy.  Czerwone rosły u babci w ogródku, uwielbiałam je kiedy były niedojrzałe. Rozgryzałam skorupkę i wyjadałam różowokremowe ziarenka 🙂 Orzechy to oczywiście wiewiórki i taką spotkałam idąc z psiepsiołami.

Niewyraźnie wyszło, bo maleństwo błyskawicznie się przemknęło, ale ślepki widać 🙂

Dobrego, słonecznego pierwszego wrześniowego weekendu życzę:)

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 42 komentarze

Końcówka wakacji :(

Znów „biegowe” (czyli na szybko) kotleciki dla mnie – 1 jajko, łyżka bułki tartej, łyżka otrąb owsianych, przyprawa do kurczaka po węgiersku, koperek, szczypiorek (trochę zostało przesuszonego) i trochę mąki, tyle, żeby się udało ulepić kotleciki. Dla mnie pycha. Do tego ziemniaki z koperkiem, sałatka z pomidorów z cebulką i żarełko takie, że nie trzeba lepszego.

… na balkonowym stoliku, na starym porcelitowym talerzu …

Dla Małego była instrukcja przygotowania gulaszu z tofu, krok po kroku, bo mu się potrawa nie udała. Zdjęcia robiła Wera i zupełnie nie wiem dlaczego po przesłaniu na bloga niektóre stoją bokiem. Nic z tym nie zrobię, tak musi zostać 🙁

… rozmrożone kostki naturalnego tofu …

… „poszarpane” na kawałki tofu, można pokroić, ale takie mi się bardziej podobają 🙂 …

… kawałki posypane przyprawami: solą, pieprzem, czosnkiem granulowanym i papryką, oraz polane kilkoma łyżkami oleju – dokładnie tak jak robię gulasz z kurczaka …

… tofu wymieszane z dodatkami …

… po jakimś czasie (tu: po nocy w lodówce) tofu smaży się (krótko) na jednej patelni, cebulka na drugiej …

… zeszklona cebulka ląduje w tofu, dusi się przez chwilę z dodatkiem masła (u mnie) …

… gotowe 🙂 babcia D. znów chwaliła „takie dobre mięsko” 🙂 …

Poza tym słodycze – głównie deser budyniowy, galaretki z serkiem albo jogurtem. I jeszcze coś bardzo niezdrowego i tuczącego pewnie, ale pysznego – rurki śmietankowe z Biedronki.  Co tam, w końcu są wakacje i trochę przyjemności się po prostu należy 😊

… w towarzystwie suszonych śliwek i żurawiny, z kleksem śmietany …

Szkoda lata, ale można się  nim napawać póki czas, głównie pięknymi kwiatami napotkanymi podczas psich spacerów.

Wera nas już opuściła (mnie cieszy, że z niechęcią), czas najwyższy zakończyć przygotowania do roku szkolnego. Bidulka przeżywa zbliżającą się konieczność pójścia do szkoły. Rozumiem ją doskonale.  Poza tym musiała się rozstać ze Skitusiem. Obiecałam, że codziennie będę wysyłać jej zdjęcie naszego ciapulka-poczciwiny 🙂

… to z dzisiejszego porannego wyjścia …

Wrzesień to już nie lato, przynajmniej dla mnie. Wprawdzie kalendarzowe jeszcze trwa, ale koniec wakacji równoznaczny jest z końcem lata i już. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Dzieci w szkole = jesień. Kasztany, żołędzie, ludziki robione na pierwszych lekcjach w początkowych klasach podstawówki, plastelina czasem do tego… takie mi się nasunęły skojarzenia. I jeszcze zapach. Pamiętam zapach mego pierwszego piórnika w pierwszej klasie. Ktoś w to uwierzy? Pierwsze dwa tygodnie szkolnego życia zaliczyłam będąc u dziadków w Tenczynku, pewnie dlatego mi utkwiły w pamięci. Potem mnie rodzice zabrali do Opola i tam skończyłam siódmą klasę, ósmą już w Warszawie. Myślę, że przez przeprowadzki dużo pamiętam, bo już lata spędzane w jednym miejscu zacierają wspomnienia… Wystarczy. Jeszcze kilka dni, więc niech będą miłe i ciepłe 🙂

Miłego weekendu oraz całego następnego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze