„Widocznie tak miało być” – 60

Aldona dostała w prezencie walizkową, elektryczną maszynę do szycia. Teresa stwierdziła, że więcej używać tego ustrojstwa nie będzie, nie ma na to czasu, siły ani ochoty, poza tym nie widzi igły i za nic nie mogłaby jej nawlec, i  po co jej to, nici się tylko plączą kiedy się do niej zbliży, ona, Tereska znaczy i w ogóle to a kysz! Giń przepadnij maro! Cóż, na takie dictum Aldona nie miała nic do powiedzenia stojąc z otwartą buzią, więc maszynę przyjęła. Teresa po wygłoszeniu przemówienia opadła na krzesło i zażądała kawy dla wzmocnienia nadwątlonych przemową sił. Aldona żądanie ochoczo spełniła z szerokim uśmiechem na ustach.

– Ty się tak nie uśmiechaj – sprowadziła ją na ziemię przyjaciółka. – Mam tu coś jeszcze.

Wyjęła z reklamówki materiał i podała Aldonie.

– Zobacz, nadaje się na bluzkę? Zrobisz z tego takie cudo jak Karolci? Zamarzyło mi się mieć ją na imprezie u Magdy. Zrobisz? Doniczko, Doniczusiu, zrobisz? Nawet mogę ci posprzątać, obiad ugotować… Zrobisz?

– No zrobię, zrobię… Puść mnie, cholera jasna…udusi mnie ta małpa! Puszczaj!

Wpadły do kuchni dzieciaki zwabione hałasem.

– Ciocia, ty naszą mamę chcesz udusić – stwierdziła Inka.

– Wcale nie chcę, co za korzyść bym z tego miała?

– Żadnej byś nie miała, fakt – przytomnie powiedziała Justynka.

– Trzymajcie tę ciotkę ode mnie z daleka, bo jej zrobię krzywdę – śmiała się Teresa.

– Ale jaką, ciocia, jaką? – zainteresował się Filip.

– Jeszcze nie wiem jaką, ale na pewno dużą!

– Zanim zrobisz mi tę krzywdę, nich dzieciaki wezmą sobie ciasto, bo potem nie zdążą, zeżresz im całe – powiedziała Aldona.

– Też coś! Ja się odchudzam – oświadczyła z godnością Teresa.

– Słyszeliście? Ciotka się odchudza, to całe wasze – machnęła Aldona w stronę dzieciaków. – Bierzcie.

– No dobrze, żartowałam. Daj kawałek… bo nie powiem, co Karolcia napisała…

– Chyba, że tak. Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że stosujesz szantaż  wobec mnie? To jest karalne… Proszę cię uprzejmie, oto twoja porcja – ukroiła Teresie spory kawałek. – Masz, jedz, co ci będę żałować. I mów.

– Jak to: mów? Nie wiesz, że z pełną buzią się nie mówi? Czego ty uczysz dzieci?

– Ciociu, dzieci są już nauczone – oświadczył poważnie Filip wpychając do buzi kolejny kawałek.

– Właśnie widzę.

– Choroba, nie dostaniesz więcej dopóki nie powiesz – Aldona zabrała przyjaciółce talerzyk sprzed nosa.

– Nie strasz mnie, a w ogóle to się nie denerwuj, bo ci nie wolno w twoim stanie…

– Ale w łeb ci dać to mi wolno!

– Mordunku ratują – krzyknęła Teresa.

– Co takiego? Po jakiemu ty, ciociu, krzyczysz? – zaśmiewały się dzieciaki

– Tfu, ratunku mordują miało być. Nawet porządnie pomocy nie można w tym domu wołać.  Teresa płakała ze śmiechu i wycierała oczy, młode pokolenie przyglądało się jej z zainteresowaniem, Aldona trzymała się za brzuch mówiąc, że malutka dostała czkawki słysząc głupoty ciotki.

Karolina napisała, że Martyna ma nowy pomysł, a właściwie to chyba nie Martyna tylko Miłosz, który znów – tu narysowany był uśmieszek w towarzystwie serduszka – przyjechał i bawił przez kilka dni. A chodzi o to, że postanowili zrobić lodowisko na kawałku łąki obok domu. Reniek pomagał zaorać, wyrównać i usypać brzegi. Dzięki temu oferta Domu Pod Sosną stanie się bardziej atrakcyjna i urozmaicona, goście będą mogli przyjeżdżać z dziećmi również na ferie zimowe mając możliwość spędzenia czasu na powietrzu jeżdżąc na łyżwach. Z czasem będzie można też organizować kuligi, zakupić narty biegówki i korzystając ze sprzyjającej aury zwiedzać z przewodnikiem okolicę. Reniek znający każde przejście, każdą przysłowiową mysią dziurę oferował swoje usługi w tej materii. Karolina miała poważne podejrzenia, że knują coś z Miłoszem do spółki, bo zaangażowali się obaj w urządzanie siłowni. Chyba, to znaczy na razie w gromadzenie sprzętu na wyposażenie, który składają u niej, Karolci, bo przecież u Martyny poddasze musi być opróżnione przed remontem i przeróbką.

– Mamusiu, mnie się bardzo taki pomysł podoba – oświadczyła Inka.

– Mnie też – poparła ją siostra. – Będzie można tam pojechać na ferie i się nie nudzić zimą, kiedy nie można biegać po Skałkach.

– Fajnie macie – westchnęła z żalem Justynka. – Ja bym też chciała mieć tam ciocię i pojechać na ferie.

– Albo na wakacje – dodał Filip. – I pójść na zamek i do jaskini, i jeszcze gdzie indziej.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście mogli pojechać – powiedziała Teresa. – Musicie tylko załatwić sprawę z rodzicami. Wtedy już tylko pozostanie wam zaklepać termin.

Dzieciaki porozumiewawczo na siebie spojrzały i nie potrzebowały więcej słów.

–  My w tym roku na ferie nie pojedziemy – podpowiedziała Inka.

– Właśnie – przytaknęła Linka. – Będziemy przecież potrzebne mamusi, musimy pomagać w opiece nad naszą  nową siostrą.

Justysia z Filipem już mieli pomysł na ferie. Pozostała tylko mała drobnostka: przekonanie rodziców do swoich planów. Rodzeństwo nie miało wątpliwości, że im się to uda osiągnąć.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Moja spółka zoo :)))

Do spółki przystępuje czasem Franuś, który prezentuje się w całej okazałości w poprzednim wpisie 🙂  Prezeską spółki jest Szila, wszystkimi pozostałymi członkami Skituś. On pełni funkcję szczekacza kiedy inny pies przechodzi obok naszego płotu, uciekacza gdy na zewnątrz się czegoś przestraszy (a zdarza się to bardzo często), odkurzacza żywieniowego tak w domu jak i na ulicy – zeżre wszystko co się da połknąć i nie można go oduczyć. Jak to się ma do jego szlachetnego pochodzenia (rasowy posokowiec bawarski) to nie wiem. Do tego jest czarodziejem o uwodzicielskim spojrzeniu, przytulanką i kanapowym pieskiem o wybujałych kształtach. Najbardziej na świecie lubi jeść, spać, znowu jeść i znowu spać, i niech mu wszyscy dadzą święty spokój 🙂 Czasem łaskawie się podniesie i wyrazi chęć na pieszczotki, czasem na bieganie – a wtedy przestaje być ciapkiem ogrodowym i staje się przepięknym psem o cudownie zgrabnych ruchach, pełnym gracji i urody. Potem mu się odechciewa i znowu się staje człapakiem pospolitym, który swymi pięknymi ślepiami osiągnie wszystko co chce 🙂

Szilunia jest u nas od siedmiu lat. Trafiła dzięki Królowej Marysieńce, która ją znalazła na działkach zabiedzoną, samotną i płaczącą, z pewnością włóczyła się po lasach nie wiadomo ile czasu, albo wyrzucona, albo sama się zgubiła – nie chciała powiedzieć. Pokochała nas ogromnie, a my ją. Dowody przywiązania okazuje na każdym kroku, jest niezwykle mądra, empatyczna, przyjaciółka i koleżanka z niej, sąsiadów wita na ulicy – a mówi cudnie i zasób słów (w psim języku oczywiście) ma ogromny. Wytworzył się w niej – pewnie z powodu przeżyć – ogromny lęk separacyjny i nie spuszcza z nas wzroku, najchętniej chciałaby nas widzieć zawsze razem, chce mieć nas na oku, gdzie my tam i ona. Jest przecudowna po prostu. Poza tym – kobieta pełną buzią, a rzęsy ma tak piękne jak nigdy u żadnej znajomej suni nie widziałam.

… we dwójkę zawsze raźniej …

… nie bocz się na mnie dłużej, przecież jadę z tobą …

… co to – UFO przyleciało? …

…  dawaj nam szybciej, bo ślinka leci …

… ona nie chce się ze mną bawić! …

… idziemy! … a właśnie, że nie, wracamy!…

… idź sam, ja posiedzę …

… nie zostawiaj mnie, proszę…

… no już dobrze, pobuszujemy w trawie …

… wołają nas, słyszysz? …

… nie ma to jak na swojej trawie, marchewka czeka …

… coś tu pachnie …

… już wiem co pachnie, dadzą spróbować? …

… chłopakom tylko piwo w głowie, wolę posiedzieć wśród kwiatów, w końcu jestem piękną kobietą …

Jak Wam się podoba moja spółka zoo? Kochane psiepsiołki dają tyle bezwarunkowej miłości jak nikt.  Na dodatek zmuszają do ruchu, za chińskiego boga czasem nie wyszłabym z domu gdybym nie musiała. Dzięki nim poznałam okolicę, która wydawała mi się obca dopóki z Szilą nie zaczęłyśmy jej przemierzać odkrywając różne ciekawe miejsca, przejścia, zakamarki. Jak mówi porzekadło: nie zmienisz całego świata, ale przygarniając psa (z pełną odpowiedzialnością) sprawisz, że zmieni się cały jego świat 🙂 

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Franek to jest kot…


Franek to jest kot nad koty.
Pokonuje wszystkie płoty,
na drzewo się każde wdrapie,
myszy i jaszczurki łapie.

Chce osiedla być postrachem,
potrafi się skradać dachem,
by się dostać do ogródka
– przez ogródek droga krótka

do osiedla następnego –
gdzie kolega bywa jego,
duży i bardzo puchaty.
Może jest ze starej chaty?

Franuś ma futerko czarne
i choć dni bywają parne
jego wcale to nie zraża
wręcz przeciwnie, bo się zdarza,

że przez upał myszki małe
mogą bardzo być ospałe.
Franuś myśli, że je złowi
i zaniesie Lolusiowi.

Loluś to Franusia brat
i by chętnie myszkę zjadł,
lecz on nie wychodzi z domu
wcale, nawet po kryjomu.

Kiedy pada deszcz na pole
Franek myśli – ja pitolę,
przespać muszę całą słotę,
tylko na sen mam ochotę –

wtedy w odwiedziny rusza
do Sziluni i Skitusia.
Coś przekąsi, pije mleczko,
pyszczek przetrze swą łapeczką,

na fotel lub do koszyczka
– niepotrzebna mu muzyczka –
wskoczy, zwinie się w kłębuszek,
ogonkiem przykryje brzuszek,

oczka zamknie i zachrapie
rad, że deszczyk mu nie kapie
ni na oczka, ni na uszka,
i nie zmoczy wcale brzuszka.

Tak Franulek prześpi słotę.
Potem znowu ma ochotę,
by w podskokach biec na łąkę
spotkać chrząszcza lub biedronkę.

AZ 29.06.2021

Czarny kot życzy dobrego weekendu i ja się przyłączam 🙂 Trzymajcie się zdrowo !

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Myślę sobie, wierszydełka | 25 komentarzy

Lucyna, Lucy, Lucia :)

Dziś serdeczne życzenia płyną do Solenizantek noszących to samo imię co moja siostra.      I najpiękniejsza róża, która zakwitła specjalnie dla Was w moim ogródku 🙂 Tak więc zdrowia przede wszystkim, radości i dobrych chwil każdego dnia 🙂

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO 💗💗💗

Kilka naszych Blożanek nosi to imię, więc szczególnie dla Luci  https://pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/i   i dla Lucy  http://welniscie.blogspot.com/

Aha, jeszcze Emilii dziś święto 🙂 Więc i Emilkom się należą najlepsze życzenia, więc niech się spełniają 🙂

Bardziej się o Emilach rozpisali niż o Emilkach, miałam wujka Emila i był przecudownym człowiekiem, więc i jemu za Tęczowy Most posyłam dobre myśli.

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

Zapiski z poprzedniego tygodnia

W środę 22 czerwca 2021 był mecz. Powtórki z „potopu” nie było, mecz do kitu, oglądałam wyłącznie z pobudek patriotycznych.  I gucio, od razu nam wkopali w drugiej minucie! Jak zwykle – „Polacy, nic się nie stało…” , a nie mogłoby się wreszcie coś stać? Skoro tak to wolę wstać i upiec drożdżowe ciasto, które na razie nam idzie najlepiej. To znaczy znika najszybciej, ja mam na śniadanie czy kolację jak w dzieciństwie podczas wakacji. Jak ja lubiłam babcine drożdżowe z mlekiem na kolację 🙂 Na śniadanie zaś  najbardziej lubiłam chleb (babciny) z czosnkiem i pomidorem popijany mlekiem… W czasie wakacji czosnek mogłam jeść bezkarnie, tak jak i teraz, dopóki maseczka na twarzy była obowiązkowa. Ooo, Robert strzelił drugiego gola! Ale przedtem główką nie trafił do bramki, gdyby się udało, mielibyśmy wyjście z grupy… Dobra, szkoda zdrowia. Anka, uspokój się…  Dziś na obiad zrobiłam placuszki z cukinii i sera feta. Dodałam mąkę ryżową, jajka, cebulkę pokrojoną, czosnek przeciśnięty przez praskę i zjedliśmy placuszki na obiad. Z ketchupem bardzo były smaczne. Poczekałam aż nieco przestygną i wydały mi się jeszcze lepsze, bez ketchupu rozkoszowałam się smakiem. Wchodzą na zawsze do zeszytu. Kurczę, oblałam się piwem, myślałam, że Robert strzeli… gucio! Nam strzelili!!! Trzeciego !!! Doopa!!! Zdecydowanie lepiej było nie patrzeć. MS powiedział, że nawet jego babcia taką główkę by strzeliła… 😉

… placuszki smakowały też z ogórkami zakiszonymi kilka dni temu …

Lepiej wrócić do życia. Rok szkolny się kończy. Kompletnie zwariowany, szczególnie męczący dla dzieci i młodzieży, dla nauczycieli z sercem podchodzących do pracy też. W podzięce za to obecny minister od „oświaty” robi kompletną ciemnotę… Stop! Anko stop, nie karm złych emocji… przecież  „… nadejdzie jeszcze dzień zapłaty, sędziami wtedy będziem my…” I życie toczy się dalej…
Maleństwo moje kochane było we wtorek. Obydwie dziewczynki były, tylko Wera nie pozwala się fotografować, a pokazywać to już w ogóle, w żadnym wypadku! Malutka  coraz częściej okazuje swe przywiązanie świadomie, co jest PRZECUDOWNE!!! Bo Calineczka wcale wylewna nie jest i w okazywaniu uczuć oszczędna. A tu, proszę i przytuli się do babci, i całuski prześle, i mówi, że lubi tu być 🙂 🙂 🙂

… Kikusiu, pobaw siem zie mnom, no plosiem ciem …

… po zabawie w upale odpoczywała w chłodnym pokoju, ale tylko przez chwilę 🙂 …

… znowu każą jeść, brrr… 😉

Skituś odpoczywa po zabawach, jako starszy pan nie bardzo ma chęć na szczenięce szaleństwa, więc gdy już mu dadzą spokój zapada w mocny sen 🙂

… nawet pogryziona marchewka nie przeszkadza we śnie, pełen relaks 😉 …

Do picia parzę owocowe herbatki i studzę w lodówce, wciąż i nieustannie jak na taśmociągu. Jedna porcja się parzy, druga studzi, trzecia mrozi w lodówce, a czwarta jest pita. Używam butelek po mleku, mieszczą się w drzwiach lodówki.

… to akurat herbatka z dzikiej róży z maliną, do dzbanka wrzucam kawałki cytryny …

…  na śniadanie zrobiłam serek ze szczypiorkiem i czerwoną cebulką …

Jeszcze uzupełnienie poprzedniego wpisu. Zaciekawiłam się, poczytałam, uznałam mądrość osób z tamtego kręgu kulturowego, zrobiłam rozpiskę, ułożyłam na pracowym biurku przedmioty w odpowiednich miejscach i … doczekałam emerytury, choć miałam obawy 😉

… obecnie najbardziej wykorzystuję co jakiś czas trzecią od dołu, żeby siebie samą przywołać do porządku 😉 …

25 czerwca, piątek już, ochłodziło się, deszcz podlał ogródek. Na szczęście nie było tak strasznych nawałnic jak na południu Polski. Oglądałam w tv z przerażeniem ich skutki. Wprawdzie wczoraj późnym popołudniem zrobiło się groźnie, ale przeszła burza bokiem, pomruczała, pogrzmiała na postrach, deszczem zmyła brudy,  zostawiła świeże, orzeźwiające, pachnące powietrze.

… nadciąga …

… błyskawicznie zrobiło się ciemno …

… po chwili groźnie i strasznie …

Świat zmieniał się w oczach, co uwieczniłam. Odblask dziwny, groźny, zupełnie nienaturalne kolory, coraz ciemniej się robiło, błyskawice przeszywały niebo… na szczęście obyło się bez tragedii, przynajmniej w zasięgu wzroku.

Weekend upłynął już bez burz, chłodniej się zrobiło, było czym oddychać. Niestety, przykra wiadomość jest taka, że zagradzają wejście do lasku solidnym płotem 🙁  Jak skończą to się okaże czy da radę którędyś przejść czy już nie. Dobrze, że nie zrobiono tego rok temu i dzięki temu przeżyliśmy pierwszy lockdown mogąc wychodzić z psami na spacery. W niedzielę rano było bardzo przyjemnie, udało mi się przeciągnąć psiepsioły na porządny spacer, dosłownie przeciągnąć na początku. Po chwili Skitek się rozruszał i szedł bez oporów. Chciałam sprawdzić, którędy da się przejść, czego jeszcze nie zagrodzili. Wracałam  obok nowego osiedla przechodząc na na Julianowską. Ruchu żadnego, samochody spały, powietrze świeżo pachniało wakacjami i było cudnie. Naprawdę 🙂

… kończę makami, choć miałam już maków nie fotografować, ale takie cudne były wśród zieleni …

Nie samą polityką człowiek żyje, więc wakacyjnego oderwania się od niej, ale z trzymaniem ręki na pulsie, żeby znów nas czymś niespodziewanie nie uraczono…

Dobrego, bezpiecznego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 16 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 59

Dorota odbyła z bratem długą rozmowę telefoniczną. Z wielką radością przyjęła fakt, iż Sergiusz mówił zupełnie normalnym głosem, zdawał się być pełen energii i dobrych myśli, plany na przyszłość jawiły się jeden za drugim. Kilkakrotnie tylko musiała się ugryźć w język, żeby nie powiedzieć, iż plany owe nijak się będą miały do rzeczywistości jaką zastanie po powrocie. Pytał o Aldonę, ale wiła się jak piskorz, żeby nic nie powiedzieć i nie zdradzić zaufania przyjaciółki przy okazji komplikując jeszcze bardziej sytuację. Wiedziała, że gdyby się zdradziła choć jednym słowem, rzuciłby wszystko nie patrząc na następstwa i przyjechał  pakując się w niewyobrażalne kłopoty. Tak więc dla dobra sprawy musiała milczeć.

Odłożyła słuchawkę telefonu, podeszła do drzwi wejściowych i przekręciła zamek. To Michał wrócił z bazarku.

– Kupiłem mleko prosto od krowy – oznajmił.

– A gdzie ta krowa? – zainteresował się Kajtuś.

– Nie wiesz? Przecież w drugiej budzie  – wyjaśnił.

– Ty zdrowy jesteś, dobrze się czujesz? – spytała Dorota.

– Jejku, no przecież tam sprzedają mleko prosto od krowy, mamo, nie wiesz? – zdziwił się Jędrek.

– Aaa, no tak – pojęła w czym rzecz.

Na drugi dzień Dorota wracając z Kajtusiem przeszła przez bazarek i weszła do budki spożywczej.

– Cy jest ta krowa co daje mleko? Chcę ją zobacyć – powiedział Kajtuś wspinając  się na palce, żeby ponad ladą sklepową zobaczyć rzeczoną krowę.

Wybuch śmiechu za plecami Kajtusia wymiótł chłopca ze sklepu.

– Kajtek, wracaj natychmiast! – krzyknęła Dorota.

Kasia, bowiem ona była przyczyną Kajtusiowej ucieczki, wyjrzała przed budkę.

– Kajtusiu, ja cię bardzo przepraszam, że nie zachowałam powagi… ale to było cudne! W ogóle ty jesteś cudny, kochany chłopak i nie gniewaj się na mnie. Jeszcze raz cię przepraszam, no jak, darujesz mi?

– Moze być – spojrzał spod oka. – Ale Kamil pozycy mi film, który wiem, ze ma, bo o nim mówił na podwórku, ze ma.

– Dobrze, załatwione. Przypilnuję tego mojego synka, żeby ci pożyczył – Kasia spojrzała na Dorotę z uśmiechem. – Twoje dziecko ma niesamowity umysł.

– Aż za bardzo, coś wiem na ten temat. Ile ja się muszę namęczyć, żeby go do czegoś przekonać, ach, nawet sobie nie wyobrażasz.

– Wiesz co? Wyobrażam sobie. Mam podobnie z Kamilem, on zawsze musi mieć ostatnie słowo i ja sobie muszę szare komórki wywrócić na drugą stronę, żeby on był przekonany, że sam wymyślił to, co ja chcę osiągnąć. Uff, skomplikowane to wszystko.

– Cyrk z tymi chłopakami, normalny cyrk. O, Kaśka, a  może byś wpadła do nas na imprezę? Daleko nie masz, bo u Magdy robimy pożegnanie lata..

– Ale to jak? Tak sama, bez niczego i nikogo? Głupio trochę…

– Jakie głupio? My wszyscy porąbani jesteśmy przecież, każdy po przejściach, albo przed… kto to może wiedzieć co go czeka…

– Nie wiem… przecież jakoś się ubrać trzeba, może nie będę pasować…

– Zgłupiałaś całkiem?  Jak możesz nie pasować? Do czego niby? Dziewczyno, nie pozwól sobą zawładnąć jakimś głupim kompleksom!

– To aż tak widać? – Kasia posmutniała.

– Nie, no co ty, tylko ja mam nosa i siódmy zmysł. Wiesz, jak to po przejściach. Mam przerobione pewne tematy z dużą dokładnością. Wiem z doświadczenia, że zawsze się wokół znajdzie ktoś kto wie lepiej, a najczęściej mu się tylko wydaje, że wie. Ktoś, kto chce nas pouczać, urobić na obraz i podobieństwo swoje, kto chce nami dyrygować i mówi nam, co mamy robić. I jeszcze wmawia, że coś z nami jest nie tak, jeśli się opieramy.

– Właśnie, pełno takich…

– Więc, Katarynko, uroczyście ci oświadczam, że nasza „mafia” nie ma z powyższym obrazem nic wspólnego.

– Obserwuję was przecież od dawna i wiem, że jesteście taką fajną bandą życzliwych ludzi, których się chce przytulić do serca…

– No to przytulaj – zaśmiała się Dorota. – Skoro już zamknęłaś za sobą tamten zły rozdział życia, to zacznij nowe. A więc zapraszamy cię do nas.

– Nie wiem co powiedzieć… – wzruszyła się Kasia. – Naprawdę nie wiem. Ostatnio jakoś tak się dzieje, że samych dobrych ludzi zaczęłam spotykać na swojej drodze.  Z twojego bloku Elka Sosnowska i Adelka Sopotnicka, kojarzysz przecież, też okazały mi tyle serca, że znowu nie wiem co mówić.

– Pewnie, że kojarzę, to świetne dziewczyny. Nic nie mów tylko się uśmiechnij.

– Wiesz Dorotko, tata zawsze mi mówi, żebym otaczała się ludźmi życzliwie nastawionymi do siebie i świata, a uciekała od marudzących i narzekających, bo sama się stanę taką jędzą.

– Masz mądrego tatę – stwierdziła Dorota.

– Wiem, jest najlepszy na świecie. O kurczę, znowu się wzruszyłam – zatrzepotała rzęsami chcąc strząsnąć łzę. – Już drugi raz dzisiaj, bo pierwszy w pracy. Wyobraź sobie jaką miałam sytuację. Przyszła żona naszego stałego czytelnika, powiedzieć, że zmarł. Przyniosła książki, które brał ostatnio i powiedziała ze łzami w oczach, że pod koniec już źle widział, właściwie nie czytał, ale co kilka dni do nas przychodził, bo to była jego największa radość.

– Wiesz Kaśka, ludzie czytający są lepsi i wrażliwsi od tych pozostałych, ja to już dawno stwierdziłam.

– Masz absolutną rację. Od dawna nie mamy pieniędzy na książki, takie czasy przyszły. Ale nasi czytelnicy są cudowni.  Sami przynoszą w darze książki, swoje własne, z domu, za darmo, żeby inni ludzie mogli z nich jeszcze korzystać.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Dobre przesłanie

Na pewnym etapie mojej wędrówki po tym pięknym świecie przy życiu trzymały mnie tylko dzieci. Zdawałam sobie sprawę, że gdyby mnie zabrakło – ich los byłby straszny, jak wszystkich dzieci bez mamy. Poza tym miałam wokół sąsiadki-przyjaciółki, kochane dziewczyny samą swoją obecnością poprawiające nastrój i stosunek do świata. Miałam jeszcze wtedy siostrę i kochanego tatę, który zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Był też Rolf, cudowny psi przyjaciel, z którym przy nodze niejedną noc „przespacerowałam” po Ursynowie. Spokojnie wtedy było i bezpiecznie, nie to co dziś (za moich czasów panie dzieju… 😉 ) . Zaczęłam szukać dla siebie pomocy – jak zwykle – w książkach. Dziesiątki przeszły mi przez ręce na przestrzeni lat. Podobno zawsze trafiamy na to, co jest nam najbardziej potrzebne. Może to być jakaś myśl pojawiająca się znikąd, a stanowiąca odpowiedź na nasze pytania czy wskazująca sposób rozwiązania problemu, zdanie w książce podpowiadające nam coś ważnego, czasem słowa napotkanego przypadkiem człowieka itd.
Nie będę omawiała pokazanych tytułów, każdy sam musi trafić na to, co jest dla niego najlepsze. Może któraś okładka przemówi, tytuł zainteresuje, intuicja coś podpowie.

Joseph Murphy i Louise Hay są ze mną zawsze, często sięgam, wracam, doczytuję, pytam… Wyciągając je z półki przypomniałam sobie o  innych, do których chętnie wrócę po latach, dzięki Myszce, której obiecałam kilka tytułów –  https://kotimyszkot.wordpress.com/

Z Mulforda wypisałam sobie zasady (na maszynie jeszcze, w erze przedkomputerowej) i wisiały mi zawsze „na oczach”.  Zamieszczam je dla Was, niech pomogą komuś jeszcze 🙂

Takie przesłanie na cały tydzień 🙂  Niech będzie dobry i trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Jeszcze czerwcowe maki :)

Jeszcze nigdy żaden horoskop nie spodobał mi się tak bardzo jak ten z przesłaniem na obecny tydzień. Zapamiętałam zdanie, którego nie zapomnę chyba nigdy 🙂  „Lepiej się rozwijać niż sprzątać” 🙂 🙂 🙂  Skąd gwiazdy wiedziały, że jestem po szczepieniu i w żadnym wypadku nie powinnam się przemęczać? Natychmiast gwiazd posłuchałam, zaprzestałam wszelkich czynności i zaczęłam się rozwijać 😉 Złożyłam na fotelu swe dostojne cztery litery, wzięłam do ręki książki i notatki, i zaczęłam się rozwijać bez opamiętania 😉 Rozwijałam się też (wszak mam to robić przez cały tydzień) przenosząc zdjęcia do nowego Lapka, a było tego ho ho ho i jeszcze trochę 😉 Ze ślepego telefonu przenoszą się fotki automatycznie do zdjęć google, ale ślepulcem robić już fotek się nie da, a nie ma jak skasować nadmiaru, bo dolna połowa ekraniku jest czarna. Może mi się to uda kiedy przypadkiem „zaskoczy” znowu, co mu się czasem zdarza. Przy okazji znalazłam jeszcze trochę maków, które obiecałam Ikroopce. Maki są oczywiście z psich spacerów 🙂

Z ciekawostek kulinarnych – kolejny raz drożdżowe, placki z jabłkami,  kotlety pieczarkowe z wędzonym tofu, kotlety z selera. Już sobie ułożyłam w głowie, że jak planuję zupę to i plastry selera w niej gotuję.

… to pieczarkowe, uwieczniałam jeszcze ciepłe …

… placki z jabłkami wyszły pyszne …

W ogródku część trawy już wyrosła całkiem spora, ale część dopiero wypuszcza maleńkie „igiełki”. Dobrze się tam leży psiepsiołom, nie chce im się chodzić gdy jest ciepło. Rano i wieczorem owszem, pozostałą część dnia najbardziej lubią spędzać na leżąco w cieniu.

… Skitusiowa sjesta …

… i świeżo posadzona aronia …

… to przybliżona ćma olbrzymia, po rozłożeniu skrzydeł była naprawdę imponująca …

… jeszcze piwonia …

Nawiązać jeszcze chcę do wpisu Jotki i Matyldy, koniecznie 🙂 http://paniodbiblioteki.blogspot.com/  oraz  http://babciabezmohera.blogspot.com/

Blożanki i Blożanie, których znam oraz ci,  którzy zaglądają tylko nie ujawniają się i nie odzywają (widać po ilości wejść, że byli) – stali się ważną częścią codzienności. Szczególnie dało się to odczuć podczas pierwszego lockdawnu, gdy rzeczywiste kontakty były utrudnione. Wtedy te nasze blogowe spotkania, dzielenie się przeżyciami, frustracjami, obawami, strachem, ale też drobnymi radościami i podtrzymywanie się wzajemne na duchu – były naprawdę ważne i pomagały. Przynajmniej takie są moje odczucia. Dziękuję 🙂

… niech bzy Wam pachną do następnej wiosny 🙂 …

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo !

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 36 komentarzy

Czerwcowe maki oraz inne różności :)

Nie mogę chować kaloszy jeśli chcę ładnej pogody. Normalnie czary 😉 Natomiast gdy potrzebuję deszczu dla roślinek schować je muszę koniecznie. Do takiego wniosku doszłam w sobotę 12 czerwca 21 roku. Moja mama mówiła, że jak umyje okna to na pewno będzie padał deszcz. Ciekawa jestem jakie macie doświadczenia z wywoływaniem deszczu 😉
Podlana trawa powinna jutro wyglądać zupełnie inaczej niż na ostatnim zdjęciu, kiedy udawała zielone kozie brody 🙂

… przed posianiem trawy i przed deszczem …

… dziś rano Franuś przyszedł podziwiać wyrastającą trawkę …

W sobotę po południu zerwał się silny wiatr, wyglądało przez chwilę jakby zaatakował nas huragan zalewając świat jednocześnie strugami deszczu. Fruwało i latało wszystko co się nie oparło porywom wiatru. U mnie duża donica (pusta) pofrunęła na płot, wiaderko z trawą również gubiąc po drodze zawartość, winobluszcz został oderwany od ściany. Ledwo udało mi się zamknąć okno, mocowałam się przez dłuższą chwilę. MS pobiegł pozamykać inne okna. Babcia D. wcale nie widziała co się dzieje, siedziała i  oglądała jakieś zdjęcia nie zwracając uwagi na nawałnicę. Gdyby MS nie zamknął okien to zalałoby pokój, przewróciłby się stojący kwietnik, a i tak pod wpływem podmuchu pospadały z półek różne rzeczy, a tych durnostojek  jest mnóstwo.  Rano w niedzielę nie padało, można było spokojnie z psiepsiołąmi wyjść. Obudził na o piątej Skituś zawzięcie szczekając, bo… Franuś przyszedł. Przekąsił co nieco i wskoczył do koszyczka spać. Jego wizytę zawdzięczamy aurze, gdyby nie padało z pewnością miałby ważniejsze sprawy do załatwienia. Kiedy ustał deszcz Puchaty przechadzał się po osiedlu szukając rywala, a rywal słodko spał 🙂 Miau…

Rozkwitły maki, mnóstwo przepięknych purpurowych maków, poza nimi błękitne bławatki – co zawsze kojarzy mi się z wakacjami. Królowa Marysieńka przysłała mi maki ursynowskie, zdjęcia zrobione na Psiej Górce.

Rok temu też pokazywałam maki, ale tutejsze, z lasku i okolicy –  http://annapisze.art/?p=2898

Rano (poniedziałek) podczas wyjścia z psiepsiołami znalazłam i uwieczniłam maki, i nie tylko one mnie zachwyciły. Nawet Szilka i Skituś stanęły spokojnie pozwalając zrobić mi zdjęcie.

 

W lasku Szilka wyraźnie wyczuła sarenki albo zające, albo inne zwierzątka co natychmiast rozpoznałam po jej zachowaniu. Ona jest cudowna, po prostu normalnie mówi informując o różnych sytuacjach. Skituś- Ciapuś  – jak to chłopak – idzie, a raczej człapie pomału z opuszczoną głową, czasem przystanie coś wywąchać i dopiera gdy ona da sygnał, ożywia się i podnosi łeb jakby nagle oprzytomniał, a w oczach ma pytanie: o co chodzi? ja nic nie wiem, mnie tu nie ma, ja tylko chcę coś zjeść i spać…. 🐕 Lasek wyglądał prześlicznie w porannych promieniach, z kroplami wiszącymi na liściach i mieniącymi się niczym brylanty… takie to ja lubię, kamienie mi po nic…

Ostatnie zdjęcie skojarzyło mi się z tytułem mojej pierwszy powieści, to jak „Wejście w światło”…  I przyszło mi na myśl, że słowa z Trylogii „…Bar wzięty…” można zmienić następująco:  „Rzeszów wzięty ” jednocześnie zmieniając nasycenie emocjonalne ze smutku na radość 🙂

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 30 komentarzy

Czerwcowe nie tylko spacery :)

Pogoda cieszy. Mnie bardzo, mniej pewnie osoby, które nie lubią ciepełka. Nareszcie można w ogródku spędzić trochę czasu z Calineczką, która nas odwiedziła sprawiając dziadkom radość ogromną 🙂 Szkoda, że zaczyna mówić bardziej „po normalnemu”, a nie po swojemu, co uwielbiam. Na szczęście jeszcze trochę szczebiocze 🙂 Czarowała z dziadkiem, bo on jest specjalistą od robienia sztuczek. Tym razem czarowanie odbywało się na łonie natury i brzmiało: „cialy maly źniknij tlawo”; „dziadku, źlobiś śtućke, zie liśtek źniknie?”; „liśtku źnajdź się w bajcie”. Najcudniej opowiadała bajkę: „dawno, dawno temu ził Kaptulek, naziwał sie Cielwony Kaptulek, babcia mu usiła cielwonom siukienke ź cielwonym kaptulkiem…”. Więcej nie udało mi się zapisać 🙂

Z jedzeniem jak zawsze problem. Tego nie chce, tamtego nie będzie, ani prośbą ani groźbą, że nie pójdzie z pieskami do lasku. Wreszcie zjadła jogurt i komentarz: „ale siem napełniłam paliwem”. Poza tym: „glośku nie lubiem, kukulydziy nie lubiem, lubiem tylko to cio doble” 💚🧡💜 Udało mi się wstawić serduszka!!! Hurrra!!!

W ogródku nareszcie rozkwitły piwonie 🙂

… to niebieskie jest posłaniem dla ulubionego różowego flaminga, którego Calineczka karmiła: „flamingu, cieś źjadnąć?”, po czym ułożyła go do snu na trawie …

Jaki żal, że one tak krótko kwitną, ale cieszę się, że są i zrobię im dużo zdjęć, aby oglądać co jakiś czas do następnej wiosny.  Zakwitły też róże pod którymi ostatnio nam się z MS bardzo dobrze siedzi odpoczywając w przerwach w ogródkowych pracach. Na razie mam „ogródkową wenę” więc muszę korzystać dopóki nie dopadnie mnie leń gigant 🙂

Zakwitł wreszcie irys. Jeden jedyny, choć było sporo, ale chyba zbuntowały się, bo jesienią je poprzesadzałam i jeszcze się nie przyzwyczaiły do nowego miejsca.

Upiekłam rankiem drożdżówkę kiedy dowiedziałam się, ze dzieciaki przyjadą i wciąż twierdzę, że to najlepszy przepis ze wszystkich wypróbowanych do tej pory. Duża blacha wystarczyła na cały dzień i trochę zostało nam na dziś, co dla pokrzepienia strudzonego ogródkową pracą organizmu bardzo się przydało. A w przyszłym tygodniu czeka nas szczepienie drugą dawką. Mam nadzieję, że obejdzie się bez sensacji.

Udanego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy