„Babie lato i kropla deszczu” – 8

Jagna nie potrzebowała dużo czasu na ubranie się doFiliżanki”. Wciąż rozkoszowała się możliwością codziennego noszenia wygodnego stroju bez obowiązkowych szpilek i kostiumów. Wskoczyła w wąskie czarne dżinsy, założyła koszulę w czarno-złoto-turkusowe esy floresy, zapięła szeroki czarny pasek podkreślający talię. Do tego krótkie złote botki na szerokim niskim obcasie, jasne włosy w kucyk na czubku głowy i gotowe. Bogna z zachwytem przyjrzała się przyjaciółce.

– O wiele lepiej wyglądasz teraz niż w tych firmowych kostiumach, naprawdę – stwierdziła z uznaniem. – Wiesz co, ja tak się przyzwyczaiłam do wygody, że po macierzyńskim nie wrócę do firmy. Nie mam ochoty znowu chodzić jak w mundurku, niedobrze mi się robi gdy pomyślę, że znowu byłabym zmuszana do tego, czego nie chcę… do przeżywania różnych sytuacji… Kiedyś mi pasowała taka praca, teraz nie. Widocznie po drugim dziecku się mądrzeje.

– Czy chciałaś mi coś dać do zrozumienia? Że co, że nie mam szans na zmądrzenie, bo nawet jednego nie posiadam, a co dopiero mówić o drugim?

– Na mózg ci padło? – zdziwiła się Bogna. – Jagienka, weź nie świruj. Miałabym ochotę mieć coś swojego. Takiego, że niechbym się naharowała, ale dla siebie, nie dla obcych, rozumiesz? Żeby nikt mi nie rozkazywał, nie zmieniał co chwilę zdania i poleceń, żeby nie straszył, że premię zabierze  albo kazał wyznawać określone poglądy polityczne.

– Bogna, a ciebie co napadło?

– Wspomnienia. Bo widzisz, Ewelinka trafiła mi się w samą porę, żeby uciec.

– Popatrz, jaki wpływ dzieci mają na nasze życie – zamyśliła się Jagna. – Ciebie uratowała własna córka, a mnie dziecko mego byłego.

– Nie zrozumiałam, możesz jaśniej?

– No, przecież to jasne. Nie mogłam znieść jak się afiszuje tym dzieckiem na prawo i lewo, podtyka każdemu zdjęcia pod nos, każe chwalić i podziwiać. To nie było miłe, choć udawałam obojętność.

– Pojęłam. Dzięki temu dzieciaczkowi uwolniłaś się za jednym zamachem od firmy i od byłego.

– Właśnie.

Pojechały samochodem Jagny. Po drodze Bogna trajkotała jak katarynka opowiadając przyjaciółce o wszystkim co sobie przypomniała w związku z historią właściciela „Filiżanki”   Winicjusza Barteckigo i jego żony Elżbiety. Okazała się wprost kopalnią wiadomości. Swego czasu często bywała w „Filiżance” ponieważ  od lat dobrze znała Marysię. Obydwie uczęszczały niegdyś na zajęcia w Laboratorium Reportażu, wtedy grupa zaprzyjaźnionych młodych ludzi spotykała się w „Filiżance” czując się  jak w domu. Każdy mógł odpocząć, pogadać albo popracować przy stoliku w drugiej sali, wypić dobrą kawę, pokrzepić siły domowym ciastem pieczonym przez ciotki Marysi, współwłaścicielki lokalu. Z czasem spotkania stawały się coraz rzadsze, życie płynęło własnym torem, przyjaciele rozjeżdżali się po świecie, zakładali rodziny, zostawali rodzicami. Miłe wspomnienia z czasów wczesnej młodości przyganiały ich jednak kiedy byli w pobliżu albo organizowali własne wystawy, wieczory autorskie czy rodzinne spotkania z różnych okazji. Przyprowadzali też swoje rosnące latorośle.

– Naprawdę nie wiem dlaczego ten czas tak okropnie szybko pędzi – westchnęła Bogna. – Przecież moja Honoratka dopiero była malutka a teraz jest w ósmej klasie. Nie podoba mi się, że moje dziecko musi się tak męczyć przez jakieś pomysły  zakompleksionych ludzi. Nie uwierzysz ile ona ma prac, prezentacji, sprawdzianów, kartkówek. Po kilka dziennie! Nikt nie zdąży sam tego wszystkiego ogarnąć. Szczęście, że jestem teraz w domu z  Ewelinką i nie chodzę do pracy, to chociaż jej materiałów potrzebnych poszukam kiedy jest w szkole.

– Bardzo współczuję dzieciakom, naprawdę wiem jak się mordują. Moje koleżanki z pracy, z byłej pracy – poprawiła się Jagna – mają dzieci w tym samym wieku. Koszmar.

– Pomyśl, jeśli dziecko nie ma rodziców, którzy są w stanie pomóc, to od razu, na dzień dobry jest wykluczone, bo sobie nie da rady z nadmiarem zajęć – Bogna wyraziła pogląd krzywiąc się z niesmakiem na myśl, że jutro musi Honoratce pomóc w prezentacji na biologię.

– Nie da rady, nie ma takiej opcji. I jeszcze w szkołach uczy się ich, że o swoje można walczyć wszelkimi sposobami, nie licząc się z innymi. Stąd masz tyle samobójstw wśród  dzieciaków. Polska jest na czele pod względem ilości dzieci, które odebrały sobie życie. A one nie wytrzymują presji otoczenia, żądań rodziców, są niejednokrotnie potwornie samotne, nikt im nie pomoże, nie zrozumie. Za to wyśmieje, że nie potrafią stanąć na wysokości zadania, sprostać wymaganiom – dodała Jagna.

– Wrażliwe jednostki  nie mają szans, za to rośnie takie pokolenie szczurów korporacyjnych… Och, przepraszam…

– Ależ za co? Uważam tak samo jak ty. Z korporacji się wymiksowałam, a szczurem nigdy nie byłam, nie te geny..

– Powiedz jakie masz plany? Szukasz już pracy?

– Na razie muszę wyleczyć do końca nerwy i złamane serce – uśmiechnęła się Jagna. – Dałam sobie trochę czasu na regenerację, co nie znaczy, że się czujnie nie rozglądam.

– To dobrze, uspokoiłaś mnie. Przyznam ci się, że trochę się zaczęłam o ciebie martwić.

– Niepotrzebnie. Teraz najchętniej zrobiłabym coś głupiego. Pojechałabym w góry samotnie połazić, zatrudniłabym się w knajpie za barem, żeby mieć do czynienia z zupełnie innymi ludźmi niż do tej pory. Po prostu muszę zmienić klimat. I nie myślę o wyjeździe za granicę, nie myśl sobie, już byłam i nie chcę na dłużej, najwyżej na wycieczkę. Teraz potrzebuję ciszy, spokoju i samotności.

– Czy to znaczy, że mam wysiąść z twego auta? – zaśmiała się Bogna.

– Jak dojedziemy na miejsce, to na pewno – odpowiedziała wesoło pani szofer. – Jak powinno się mówić do kobiety za kółkiem? Szoferka czy kierownica?

Bogna parsknęła śmiechem, co nie przeszkodziło jej w czujnej obserwacji otoczenia.

– O, jest miejsce, łap – krzyknęła wypatrzywszy na parkingu wyjeżdżający samochód.

– Masz refleks – z podziwem spojrzała Jagna na przyjaciółkę. – Rzadko zdarza się trafić miejsce na tym parkingu, graniczy z cudem.

– Przy dzieciach refleks się wyrabia. Nic innego tak ci go nie wytrenuje – powiedziała Bogna zamykając drzwi samochodu. – Honoratka była spokojniejsza od Ewelinki. To małe szkrabiątko jest tak szybkie i ruchliwe, że oczy w koło głowy przy niej trzeba mieć. A refleks! Już chyba po mistrzostwo świata mogłabym sięgnąć.

Weszły do miłego wnętrza oświetlonego nastrojowym światłem. Przekroczywszy próg „Filiżanki” Jagna stanęła zauroczona tym, co zobaczyła. Przytłumione światło lampek nadawało pomieszczeniu ciepło i przytulność zwielokrotnione przez poruszające się płomyki świec umieszczonych w lampionach, ustawionych dla bezpieczeństwa poza zasięgiem gości. Na małym podium instalowała się kapela.

– Mała scena i mała kapela – powiedziała do przyjaciółki.

– Nie zawsze liczy się rozmiar – odpowiedziała mrugając znacząco, czym Jagnę rozbawiła. – Chodź, tu mamy stolik, Marysia nam zarezerwowała.

– Oo, super, z boku, ale wszystko zobaczymy. Świetna miejscówka – z uznaniem rozejrzała się jako osoba odwiedzająca lokal po raz pierwszy. – I na tyle stolik jest mały, że nikt się nie dosiądzie.

– A co, ludzi się boisz?

– Nie. Na razie się izoluję w celach terapeutycznych. Jeszcze.

– Niech ci będzie. Mam nadzieję, że wreszcie ci przejdzie. Widzisz te fotki? – wskazała fotografie powieszone na ścianach. – To Marysi, ona jest autorką.

Jagna spojrzała w stronę osoby, której niemal twarzy widać nie było spod burzy czarnych loków. Nieznajoma dostrzegła spojrzenie, przyjrzała się nowoprzybyłym i uśmiechnęła się szeroko. Pomachała im i zniknęła na zapleczu. Podeszła gdy już wygodnie ulokowały się przy swoim stoliku.

– Cześć dziewczyny, fajnie, że jesteście. Zapowiada się dziki tłum jak zawsze, kiedy przyjeżdża kapela Alana. Ty jesteś Jagna?

– Cześć, tak, to ja, miło cię poznać. Ładnie tu.

–  Dzięki. Cieszę się, że Bognie udało się ciebie do nas przyciągnąć. Obejrzałaś fotki? Super. To na razie, muszę lecieć, widzimy się później – i już jej nie było.

– Idź zobaczyć zdjęcia z drugiej salki, ja już oglądałam. Marysia często uwiecznia Pieniny. Praktycznie z każdego pobytu przywozi mnóstwo nowych zdjęć. Teraz polowała na zwierzaki.

– Coś ty…

– Przecież z aparatem, nie z karabinem – szybko wyjaśniła widząc minę przyjaciółki.

Uspokojona Jagna podchodziła do zdjęć przyglądając się z zachwytem każdemu utrwalonemu fragmentowi rzeczywistości. Takiemu wyrwanemu ze szponów czasu  i zatrzymanemu w bezruchu. Zapragnęła znaleźć się tam wewnątrz, w samym środku świata przedstawionego na fotografiach, zamkniętego w kwadracie ramki. Pięknie tam musiało być…

– Zauważyłaś, że jest tutaj sporo starszych ludzi? – zwróciła się do przyjaciółki siadając przy stoliku. – Nie myślałam, że irlandzka muzyka cieszy się wśród nich  taką popularnością. Spora część jest chyba w wieku naszych rodziców. Zobacz, nawet pani Kasia z mężem tam  siedzą.

– Mówiłam ci, że pani Kasia jest przyjaciółką właścicielki. A tam, zobacz – Bogna pochyliła głowę, – ten siwy pan obok babci z koczkiem to dziadek Alana. A ta babcia to też przyjaciółka właścicielki.

– Trudno mi się w tym połapać, już mi się wszystko pomieszało – jęknęła Jagna.

– Jakie trudno? Nie przesadzaj. Pani Elżbieta z panem Winicjuszem to właścicieleFiliżanki”, właściwie połowy, bo drugie pół należy do ciotek. Pani Kasia z mężem i pani Adelka z panem Adamem, który jest dziadkiem Alana, przyjaźnią się od wieków. Pan Winicjusz jest tatą Marysi.

– Aha, jak dotąd rozumiem – zgodziła się Jagna.

– Patrz dalej. Tylko dyskretnie, nie rób wiochy – zachichotała Bogna. – Pod ścianą siedzi blondynka obok dwóch starszych przystojniaków, widzisz?

– Widzę.

– To Teresa Olszyńska-Zacharska z mężem.

– Ta pisarka?

– Teraz dochodzi do nich druga, siada, rozmawia z tym co wygląda jak  amant powojennego kina…

– Ty głupoty gadasz, nasi rodzice się przecież po wojnie urodzili, to muszą być powojenni…

– Ale nie muszą być amantami…- zachichotała . – Nie gadaj tylko patrz, to Dorota Brzozowska. Właściwie Brzozowska-Zabawska..

– Naprawdę, ta  plastyczka?

– Yhy, z mężem.

– Kochana, ależ ty masz znajomości, nie to co ja, była dyrektorka od fast foodów….

– Nie posądzałabyś o to kury domowej, co? W tamtym kącie, spójrz…dyskretniej, zlituj się dziewczyno…rżą jak stare szkapy synowe i synowie, jednym słowem: dzieci ich wszystkich.

– Ależ oni są w naszym wieku!

–  Jagna, a nasi rodzice w jakim? Czyż my to nie ich dzieci?

– Masz rację, faktycznie.

– Oni wszyscy nazywali kiedyś siebie „ursynowską mafią”, kiedy jeszcze mieszkali zbiorowo na Ursynowie.

– A ty skąd wiesz?

– Od mamy, od pani Kasi. Poza tym ja też jestem z Ursynowa i choć zmienili mi nazwę ulicy to nie przyjęłam tego do wiadomości, jak zresztą większość mieszkańców. Dalej mówimy „Kulczyńskiego”. Poza tym wygraliśmy w sądzie, ale oni się odwołali.

– Kto oni?

– Ci rządziciele … Ale cicho teraz siedź. Koniec z tematami niemuzycznymi. Przyniosę kawę. Wolisz sernik czy szarlotkę?

– Idę z tobą, przecież nie zabierzesz się sama ze wszystkim.

Za ladą-barkiem  stały dwie panie w średnim, delikatnie mówiąc, wieku, niezwykle do siebie podobne.

– To ciotki Marysi – szepnęła Bogna.

Jagnie coraz bardziej się tutaj podobało. Przy barku odwróciła się udając, że ogląda całe pomieszczenie oraz zdjęcia i przyglądała się z zainteresowaniem ludzkim twarzom. Te, które widziała mimo półmroku, wydawały jej się niezwykle sympatyczne. Pomyślała trzeźwo, że to wpływ klimatycznego miejsca, w którym się znaleźli. Poza tym byle kto, jakiś byle jaki ktoś, nie przyjdzie w takie miejsce słuchać irlandzkiej kapeli. I kulturalnie wypić lampkę wyjątkowego wina sprowadzonego przez właściciela z  dalekiego miejsca świata.   Kiedy tak stała zapatrzona, pogrążona w myślach, Bogna lekko trąciła ją w łokieć.

– Hej, obudź się, zabierz talerzyki z łaski swojej. Coś tam zobaczyła? Ducha św. Patryka? .

Jagna odwróciła się w stronę przyjaciółki i oniemiała zobaczywszy mężczyznę, który pojawił się obok Bogny prosząc o wodę mineralną.

Był piękny. Miał włosy na głowie, co zauważyła od razu, bo nie świecił wygoloną ani ostrzyżoną czaszką według najnowszej mody. Nie miał też brody wiszącej i moczącej się w zupie podczas jedzenia, takiego paskudnego brodziska jakie nosili faceci starający się być na topie. Moc wyobraźni była tak silna, że uśmiechnęła się zobaczywszy oczami wyobraźni scenę z brodą w zupie. Ten uśmiech, taki niespodziewany, przywodzący na myśl psotne licho czy – chochlika raczej – sprawił, że mężczyzna z wodą w ręce spojrzał na Jagnę niezwykle uważnie i z niedowierzaniem poruszył głową. Długie do ramion włosy zafalowały w takt jego ruchu. W półmroku Jagna nie mogła zauważyć koloru oczu nieznajomego, ale zauważyła, że błyszczały. Na pewno błyszczały.

– Idziemy – trąciła ją znowu  Bogna, która nie zauważyła niczego niezwykłego. – Jak już usiądziemy to będziesz mogła sobie odpływać aż do północy.

Gdy kapela wyszła w komplecie na scenę Bogna nachyliła się w stronę przyjaciółki.

– Spójrz, ten gitarzysta, tam w cieniu, to właśnie Alan.

Wieczór stał się dla Jagny przeżyciem niezapomnianym. Jakby pocałunek królewicza obudził ją, śpiącą królewnę, do życia. Żeby nie było wątpliwości – żadnych pocałunków nie było, był cudowny wieczór, osobiste poznanie ludzi znanych ze słyszenia, z kolorowych  i nie tylko kolorowych pism, i oczywiście z ich prac.  Było zatopienie się w cudownej irlandzkiej muzyce, która z pewnością rozpuściła jakieś złogi, zatory albo inne blokady w sercu i duszy Jagny. Tak przynajmniej określiła Bognie swój stan dziękując, że zabrała ją do tego zaczarowanego miejsca. Oczywiście nie mówiła niczego specjalnego o Alanie, bo co miała mówić? Przecież nie była już nastolatką, która zadurza się w pięknym artyście od pierwszego wejrzenia.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze

LENIWIA 😃🌞👍

Wierszyk pisany razem z Calineczką, zdjęcia też wybierała sama 🍀😉

Mała Irenka usnęła wieczorem,

przyśniła jej się jazda motorem:

jechała na tylnym siodełku za tatą

okryta szczelnie różowiutką matą,

by podczas jazdy ciepluteńko było

i żadne deszczysko jej nie zmoczyło.

Jechali, jechali, dość długo jechali

aż do dziwnej krainy wreszcie dojechali.

Irenka ze zdziwienia przecierała oczka

gdy na drodze ich mała przywitała Foczka.

Tuż za nią mały Słonik się pojawił,

zaś za nim Tygrysek wraz z Lewkiem się zjawił.

Zwierzaczki pysie miały uśmiechnięte,

zabawą były niezmiernie zajęte,

rzucały niebieską piłeczką do celu,

z radością zapraszały przyjaciół wielu.

Co się tu dzieje? – spytała dziewczynka.

Maluchom się Irenki spodobała minka,

więc odpowiedziały śmiejąc się wesoło

otaczając dziewczynkę wianuszkiem wokoło.

To jest nasza kraina kochana,

powszechnie została LENIWIĄ nazwana.

Tu dzieci się bawią, są bardzo szczęśliwe,

nie muszą być grzeczne ani też nobliwe,

śpią do woli i mają mnóstwo słodyczy,

tyle, ile sobie każde z nas zażyczy.

Jaka cudna kraina! – Irenka radosna

klasnęła rączkami, oczka w górę wzniosła,

na tatę spojrzała. – Ja chcę tutaj zostać,

tatusiu, proszę cię, przy słodyczach postać…

Tatuś ziewnął, kochaną przytulił córeczkę,

ręką niesforne włoski pogładził troszeczkę.

Córeńko, obudź się, hola panno, hola,

już trzeba się zbudzić, pora do przedszkola. 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka | 10 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 7

 Jagna umówiła się z Bogną na wyjście do „Filiżanki” . Była to „Bibliotekarnia Pod Złotą Filiżanką”  czyli antykwariat, księgarnia i kawiarnia w jednym. Odbywały się tam też kameralne koncerty małych kapel oraz solistów mających klimatyczny repertuar. Jeśli akurat koncertu nie było w planie – goście mogli grać na pianinie stanowiącym wyposażenie lokalu. Dekorację ścian stanowiły elementy wystawy jaka akurat miała miejsce, na przykład obrazy zaprzyjaźnionych artystów czy fotografie. Aktualnie była wystawa fotografii Marysi Barteckiej, córki właściciela.

– Jagna, chodź, pojedziemy sobie we dwie – kusiła Bogna. – Wprawdzie Doman znowu wyjechał, ale mama obiecała zająć się dziewczynkami. Z tego co słyszałam, twoja też  się podłączyła, bo tęskni za wnukami, których jakoś się nie może doczekać – zachichotała.

– Chociaż ty o tym nie wspominaj – skrzywiła się Jagna. – Mama jest kochana, ale jak czasem coś palnie, to nie wiem czy śmiać się mam czy płakać, czy uciekać gdzie pieprz rośnie.

– Czemu? Jest taka sympatyczna i kazała mi do siebie mówić po imieniu, ale mi głupio.

– Bo jest, niezaprzeczalnie moja mama jest sympatyczna. Nie przejmuj się, po imieniu kazała, bo zawsze mówi, że nie lubi jak się ktoś do niej oficjalnie zwraca, szczególnie teraz, kiedy jest dzika, wolna i swobodna, czyli czytaj: na emeryturze – zaśmiała się Jagna.

– Ale co tym razem palnęła, bo nie zrozumiałam.

– To o dzieciach. Nie może zboleć, że mój były dziecko ma z inną, a ja nie mam wcale. I myśli, że ja przez to bardziej cierpię.

– A tak nie jest?

– Nie, nie z tego powodu. Od początku ustaliliśmy, że na dzieci przyjdzie czas później, bo ja najpierw chcę zrealizować swoje plany, a on zmienił nagle zdanie i natychmiast chciał mnie zamknąć w czterech ścianach oraz zmienić w służącą

– Ooo, to mu się czasy pomyliły – z niechęcią skrzywiła się Bogna.

– Całkiem. Wszystko okazało się nie takie jak miało być. Nawet muzyka mu nie odpowiadała ta, którą ja lubię. Ale wcześniej nie przeszkadzało mu nic, zupełnie nic, wszystko mu pasowało. Dopiero gdy wróciliśmy z Kanady, kupiliśmy mieszkanie za zarobione pieniądze i zamieszkaliśmy sami. Wtedy mu się przestało podobać hurtem wszystko.

– A przedtem gdzie mieszkaliście? – spytała  Bogna.

– U moich rodziców.

– To wszystko jasne, dążył po prostu do spełnienia swoich planów, twoje miał gdzieś i dlatego udawał, że mu wszystko pasuje – powiedziała Bogna.

– Teraz to wiem, ale wcześniej nie rozumiałam co się dzieje, przeżywałam i starałam się mu zaimponować wiedzą i osiągnięciami, tymczasem jego właśnie to wkurzało najbardziej. Im wyżej ja się wspinałam, tym bardziej stawał się nie do wytrzymania. No, ale kiedy mi wyrzucił płyty z moją ukochaną irlandzką muzyką to mnie szlag trafił. I tak się zaczął początek końca.

– A to wyjątkowa świnia, przepraszam tu wszystkie świnki na czterech nóżkach – skomentowała Bogna.

– Zaczęłam przeglądać na oczy – ciągnęła Jagna. – Przedtem starałam się nie widzieć tego, czego nie chciałam przyjąć do wiadomości, wypierałam fakty ze świadomości…

– Irlandzką muzykę powiedziałaś? – zaskoczyła Bogna.

– Tak, uwielbiam ją, a co? – spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę.

– To się akurat dobrze składa. Po prostu fantastycznie! Musisz iść ze mną do „Filiżanki”. Będzie koncert irlandzkiej kapeli – stanowczo stwierdziła Bogna.

– Naprawdę? To nie mam wyjścia – uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Irlandzka muzyka! Na żywo!  W takiej sytuacji  przecież muszę pójść. Posłuchać na żywo to zupełnie co innego niż z płyty. Nigdy nie zapomnę  – rozmarzyła się – „Lord of the dance” i tańczący Michael Fletly,  genialne po prostu.

– No to sprawa załatwiona – podsumowała Bogna. – Wprawdzie tańców ci nie załatwię, nie ma miejsca, ale muzę dostaniesz w doskonałym wydaniu. Idź się zrobić na bóstwo.

Jagna wróciła do swego pokoju w świetnym humorze, zadowolona jak dawno nie była. Fajnie, że los postawił na jej drodze taką przyjaciółkę jak Bogna. Poznały się w dramatycznych okolicznościach, jeszcze zanim czarna Zorka trafiła do rodziców Bogny i mieszkał z nimi tylko Zadzior.

Ingi nie było wtedy w domu, pojechała z panią Walą, czyli z teściową, na cmentarz zrobić porządki. Jagna szła spacerkiem przez osiedle, przechodziła obok posesji Ingi. Zadzior strasznie szczekał. Zrozumiała, olśniło ją po prostu, że szczeka „do niej” a nie „na nią”. Podeszła bliżej. Zobaczyła uchylone drzwi od mieszkania, a pies wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że chce aby za nim poszła. Mówił do niej, robił kilka kroków w stronę drzwi, oglądał się na nią i wracał kilkakrotnie dopóki nie pojęła. Pchnęła furtkę, która nie była zamknięta na klucz i weszła.

– Dzień dobry, czy ktoś tu jest?

Weszła do środka za psem. Na podłodze  nieruchomo leżał ojciec Bogny.

– Proszę pana, słyszy mnie pan? – miała wrażenie, że serce jej zamarło z przerażenia.

W pierwszej chwili nie wiedziała co robić. Najpierw sama wzięła głęboki wdech. Potem sprawdziła oddech leżącego, wyczuła tętno. Zadzwoniła po karetkę oraz po swoich rodziców. Byli oboje w domu i natychmiast pospieszyli z pomocą. Karetka nie kazała na siebie długo czekać. Sabina zadzwoniła do Bogny, całe szczęście, że miała jej numer telefonu wklepany w komórkę. Przyjaciółka ją kiedyś przypilnowała, żeby to zrobiła, żeby tak na wszelki wypadek zapisała sobie numer telefonu jej córki. Akurat się przydał. Ingi telefon nie odpowiadał, więc nie wahała się do Bogny zadzwonić.

Zadzior siedział obok i obserwował co robią, jakby czekał na rozkaz.

– Mądry pies – powiedziała z uznaniem Sabina.

Znali się dobrze więc bez obawy podeszła i przytuliła bury łeb. Kiedy przyszli oboje z Anatolem podniósł się i machnął ogonem. Na ratowników patrzył bardzo uważnie ale spokojnie. Wiedział do czego oni służą, zetknął się z nimi nie jeden raz, kiedy jeszcze był psem pracującym, kojarzył zapach jaki od nich wszystkich uderzał w jego nozdrza. Podniósł się wyczekująco, kiedy ułożyli pana na noszach.

– Zostajesz z nami Zadziorku. Zostań, już wszystko w porządku – tłumaczyła Sabina.

Anatol pojechał za karetką swoim samochodem. Jagna z matką zostały na miejscu. Nie miały klucza, żeby zamknąć dom i czekały z Zadziorem na przyjazd Bogny.

Z mieszkania na Ursynowie było raptem trzynaście kilometrów lecz korki wiecznie zatykające Puławską sprawiały, że czas pokonania owej odległości wydłużał się niemożliwie. Nikt nie mógł być pewien ile czasu zajmie dotarcie na drugą stronę Lasu Kabackiego. Bogna zaraz po telefonie od sąsiadki rodziców wsiadła w samochód z dwiema córkami. Honoratka, obecnie uczennica ósmej klasy wskoczyła szybko do auta. Młodsza  Ewelinka została bezpiecznie umieszczona w foteliku. Ku zadowoleniu i uldze Bogny oraz oczekujących dojazd tym razem nie należał do najdłuższych. Zatrzymała auto przed bramą i weszła furtką witana przez Zadziora. Za nim stała Sabina i jakaś dziewczyna, na oko w jej, Bogny, wieku. Nie umiała o sobie myśleć :kobieta. Była dziewczyną i już.

– Dzień dobry, pani Sabinko, jechałam najszybciej jak się dało.

– Dobrze, że już jesteś, dziecko kochane. Nie miałam czym zamknąć domu.

– Jak tata? Nie miałam co zrobić z malutką, musiałam ją zabrać… – mówiła roztrzęsiona .

– Anatol pojechał za nim do szpitala. Ratownicy szybko przybyli, chwała im za to. Lekarz powiedział, że na jego oko wszystko będzie dobrze.

– Ja jestem Jagna, cześć, jeszcze się nie poznałyśmy – odezwała się dziewczyna stojąca za Sabiną.

– O, przepraszam, Bogna. I dziękuję – wyciągnęła rękę do ładnej blondynki wyglądającej jak młodsza kopia swojej matki.

– Nie czas na ceregiele. Słuchaj, największą rolę odegrał Zadzior, on jest bohaterem. Gdyby nie był taki mądry mogłoby się źle skończyć. Po prostu mnie zawołał. Rozumiesz? Kazał mi pójść za sobą i dał do zrozumienia, że potrzebna jest pomoc – mówiła wciąż poruszona zdarzeniem.

Bogna kucnęła przy psie i ze łzami w oczach przytuliła bury łeb.

– Zadziorku, kochany, jak dobrze, że cię tata wziął do domu. Jesteś najwspanialszym psem na świecie.

Zadzior, wielki owczarek o wilczym wyglądzie, z wyraźnym zadowoleniem przyjmował czułości Bogny. W końcu każdemu jest przyjemnie, gdy go doceniają.

– A skąd go twój tata wziął? – zainteresowała się Jagna lecz zaraz się zreflektowała. – Oj, przepraszam, opowiesz mi to kiedyś. Teraz leć do taty, a my się zajmiemy dziewczynkami i Zadziorkiem

– Pewnie, jedź – przytaknęła Sabina wyciągając ręce do Ewelinki. – Chodź do cioci skarbeńku.

Malutka bez najmniejszych obaw wyciągnęła łapki do cioci, którą widziała już kilka razy, ale trudno powiedzieć czy coś pamiętała z owych spotkań. W każdym razie dała się wziąć na ręce bez sprzeciwu.

Bogna weszła do domu sprawdzić czy woda zakręcona, czy coś nie stoi na kuchence,  pozamykała okna.  Obok miejsca, w którym upadł ojciec leżała koperta, a pod nią jakieś urzędowe pismo, wyraźnie z niej wyjęte. Podniosła, przeczytała i zaklęła tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Miała w ręce powód zasłabnięcia ojca. Było to pismo z zakładu emerytalnego o ponownym obniżeniu emerytury.

– Biedny tata – szepnęła. – Najpierw jedni cię okradli, teraz następni. Niech ich wszystkich jasny piorun strzeli.

Jagna słyszała słowa Bogny i zainteresowała się ich znaczeniem. Porozmawiała z matką i zrozumiała, dlaczego nie tak dawno Feliks miał zawał i dlaczego zasłabł teraz. Pomyślała, że bezsensem jest poświęcanie własnego życia dla pracy, jakakolwiek ona by nie była. Czy nazwać to pracą czy służbą, nie ma znaczenia. Jeśli samemu nie zadba się o swoje sprawy, skończyć można tak jak znajomy Feliksa, o którym opowiadała matka, że popełnił samobójstwo nie mogąc znieść sytuacji, w jakiej postawili go rządziciele.

Podczas pobytu ojca w szpitalu oraz bezpośrednio potem Bogna stała się częstym gościem u rodziców. Babci Wali nie można było zostawiać samej w domu na dłużej, a wizyty w szpitalu i dojazdy w obie strony zabierały sporo czasu. Inga wciąż powtarzała, że jedyną rzeczą jakiej w życiu naprawdę żałuje, jest brak prawa jazdy. Żałuje, że nie dała się namówić na kurs kiedy było to jeszcze możliwe. I w następnym wcieleniu zrobi natychmiast jak tylko się  da. Te słowa wywoływały na twarzach słuchaczy uśmiechy, które potem często przechodziły w zadumę.

Będąc na urlopie wychowawczym Bogna mogła pomagać rodzicom w tym trudnym okresie. Pomagała też Honoratce, która po wprowadzeniu w życie bezsensownych zmian w szkolnictwie miała w VIII klasie tyle nauki, że sama nie poradziłaby sobie z nadmiarem obowiązków. Przeciążone dziecko padało na twarz nie tylko w przenośni, dosłownie też.

Jagna była zaskoczona po rozmowie z trzynastolatką. Żeby taka dziewczynka marzyła o odpoczynku, o wyspaniu się, o spędzeniu dnia w spokoju, a najlepiej w łóżku bez konieczności wychodzenia z domu – to normalne nie jest. Młodość na szczęście ma to do siebie, że regeneracja następuje szybko w sprzyjających warunkach i po odzyskaniu sił Honoratka miała chęć na pisanie sms-ów z koleżankami, wysyłanie zdjęć i śmiesznych filmików czy na wyjście do kina z całą grupką chichotek.

Jagna któregoś dnia wpadła na Bognę wsiadającą do auta przed domkiem rodziców.

– No cześć, co tak pędzisz?

– O, cześć Jagna. Jadę zrobić rodzicom zakupy, muszę się spieszyć, bo mała ząbkuje i marudzi. Nie chcę mamy tym obarczać, bo babcia  Wala też jest dziś marudna ponad miarę. Na dodatek Honorka płacze, że nie wzięła ze sobą lektury, nie zdąży przeczytać i co to będzie, i że będzie miała w szkole przechlapane.

– Bidulka. Wiesz co? Przyślij ją do nas. Mamy całą klasykę, wszystkie lektury jeszcze moje. A  mama jest na bieżąco, bo z panią Kasią jest przecież zaprzyjaźniona, jej wnuczka chodzi do tej samej klasy co twoja Honoratka. To jedź po te zakupy,  potem cię zapraszam na spokojną babską kawę i chwilę relaksu. Co ty na to?

– Ja na to … tak, tak i tak! Z nieba mi spadłaś, naprawdę. Ale… z malutką, nie mogę inaczej.

– Oczywiście. Honorka będzie sobie czytać, Ewelinka posiedzi z nami, albo… albo  zaspokoi na chwilę potrzeby mojej mamy, która będzie mogła tego krasnala, tę krasnusię  wyprzytulać do woli – uśmiechnęła się Jagna. .

Od tego czasu spotykały się bardzo często, zaprzyjaźniły się dochodząc do wniosku, że są bratnimi duszami.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze

Szczawnica moja 🍀💗 (Sienkiewicz, Konopnicka)

O tym, że wody szczawnickie mają właściwości lecznicze wiadomo od 1810 roku. Wtedy bowiem zbadano właściwości mineralnych wód wypływających w Szczawnicy spod ziemi. Jak już pisałam (w kategorii „Szczawnica” po prawej stronie bloga) w 1828 roku Józefina i Stefan  Szalayowie kupili wioskę pienińską leżącą nad urokliwym Grajcarkiem wpadającym do przecudnie położonego Dunajca. Rozpoczęli tworzenie tu uzdrowiska, które stawało się coraz popularniejsze nie tylko w Galicji. Od roku 1839 uzdrowiskiem zarządzał ich syn Józef Stefan Szalay i to właśnie on doprowadził do niebywałego rozkwitu i rozwoju Szczawnicy. Stały się Pieniny znane ze wspaniałej przyrody, przepięknych krajobrazów, zdrowego powietrza służącego przede wszystkim osobom cierpiącym na dolegliwości górnych dróg oddechowych, sama zaś Szczawnica – z wód wspomagających zdrowie kuracjuszy coraz liczniej przybywających na leczenie. Przyjeżdżali przedstawiciele znanych rodów (np. Lubomirscy, Sapiehowie, Tarnowscy, Radziwiłłowie), ziemianie ze wszystkich zaborów, goście z Europy a nawet z Ameryki. W mojej ulubionej Szczawnicy Henryk Sienkiewicz spotkał pierwszy raz swoją ukochaną Marynię 💗

W 1875 roku urodziła się moja prababcia Marianna 😊 W tym samym roku Maria Konopnicka przyjechała do Szczawnicy. Zachwyciła się okolicą, odbywała wycieczki w najróżniejsze dostępne wówczas miejsca. Zwiedziła Małe Pieniny, teren od Jarmuty do wąwozu Homole, od Miedziusia (gdzie miała kwaterę) do Dunajca wzdłuż Grajcarka. Swoje zachwycenie wyrażała w poezji (nie będę przytaczać, ale jeśli ktoś sobie życzy to służę uprzejmie). Jeden z wierszy zatytułowany „W górach” wysłany do warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego” zachwycił samego Litwosa czyli Henryka Sienkiewicza piszącego wówczas pod takim pseudonimem „Listy z podróży”.

Zaglądam do szczawnickich zdjęć często, poprawiają mi humor a kolory przywracają energię i chęci działania. Nie wiem jak się ułoży w tym roku, ale już myślę o ukochanym miasteczku i z przyjemnością przenoszę się doń w wyobraźni. Smutno tylko  z tego powodu, że Skitusia z nami nie będzie 💔 fizycznie, bo w sercach zostanie na zawsze 💗

… nowy ośrodek położony między ul. Główną a promenadą nad Grajcarkiem .,..

Poniższe zdjęcia przedstawiają okolice pl. Dietla, ul. Zdrojową, właściwie są to miejsca, które można objąć wzrokiem obracając głowę w kółko 😃

… powyżej schodów jest Inhalatorium w Parku Górnym …

… fragment schodów z bliska, ujęcie wody (niepitnej), kawałek altany, kiedyś pewnie pijalni, w której spoczywali kuracjusze popijając wody zdrowotne i flirtując z kuracjuszkami …

… ul. Zdrojowa, tędy się idzie w stronę centrum miasteczka …

… fragment ul. Zdrojowej kończącej się na pl. Dietla; Szilunia patrzy w stronę Zdroju Waleryi. powyżej widoczny budynek Starej Kancelarii, za nim biała wieżyczka willi Pałac, w której dawniej mieściło się Muzeum Pienińskie …

… mostek nad strumyczkiem i widok na willę Holenderkę na pl. Dietla …

… alejka w Parku Górnym, na wprost hotel Modrzewie

Zaprosiłam Was na króciutki poranny spacer z psami, kiedy jeszcze turystów wczesnym rankiem nie widać, ale  cisza i spokój, i cały Park Górny nasz 🙂 Piękna ta moja Szczawnica ukochana, prawda? Patrzę na zdjęcia i tęsknię 💗

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa 🌺 Życzę dobrego, spokojnego tygodnia🌞

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 20 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 6

Sabina  usiadła w kąciku między oknem a kominkiem. Postawiła tam stary fotel, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie podłoga nie była tutaj ogrzewana, mata grzewcza kończyła się wcześniej, lecz miłe ciepło rozchodzące się od ognia i mały dywanik pod stopami czyniły siedzenie w tym miejscu nad wyraz przyjemnym. Po drugiej stronie kominka stanął drewniany fotel na biegunach. Siedząc i bujając się spoglądała wprost w okienko zatrzymując wzrok na tujach rosnących w ogródku tuż przed siatką ogrodzeniową. Iglaków było w sumie trzynaście. Trzy kolumnowe posadzili z mężem dokładnie w dzień katastrofy smoleńskiej. Tak wypadło. To była sobota i mieli w planie wkopanie kupionych drzewek. Na wieść o wypadku Sabinie przemknęła myśl, że wiedziała, iż coś takiego musi kiedyś nastąpić, sądząc z zachowania niektórych ludzi – wprost kusili los. Tylko dlaczego przy okazji zginęło tyle niewinnych istot? Nadała trzem tujom imiona trzech ofiar, osób, które darzyła sympatią i z tej racji ich śmierć odczuła osobiście.

Pozostałe dziesięć drzewek dostała od córki na urodziny wypadające jeszcze tego samego miesiąca. Nie wszystkie rosły dokładnie w miejscu, w którym pierwotnie rosnąć miały. Okazało się, iż pod cienką warstwą ziemi jest masa gruzu, i łopata tam nie  weszła za skarby świata. Nie udało się więc wykopać wystarczająco głębokiego dołka, żeby korzenie drzewka się zmieściły. A gdyby nawet, to przecież słabe korzonki młodziutkiej roślinki nie miałyby siły, nie dałyby rady przebić się przez gruz i iść dalej odżywiając drzewko do samego czubka. Dlatego zostały posadzone tam, gdzie się udało je w ziemię wkopać.

Coś stuknęło za oknem i czujna Zadra natychmiast podniosła się na nogi spoglądając wyczekująco na Sabinę i na okno, na Sabinę i na okno.

– Jaka ty mądra sunia jesteś – Sabina podniosła się i wyjrzała. – Wiem, że nie dasz mi spokoju dopóki się nie upewnisz, że jest wszystko w porządku. Możesz być spokojna, to tylko śmieciarka. Zepsuta jakaś czy co, bo jakieś dziwne dźwięki wydaje. Śpij dalej.

Zadra jednak na spanie nie miała w tej chwili ochoty, ileż można spać? Już się rozbudziła i wyraźnie miała chęć na jakąś formę aktywności ruchowej. Przemówiła do opiekunki, a liczbę słów i możliwości głosowe miała zaskakujące,  Sabina nie potrafiła jej odmówić.

– Chcesz wyjść, tak? Nie wystarczy ci ogródek? Idź na podwórko, córcia, no idź.

„Córcia” miała inne plany i zdecydowanie skierowała się w stronę drzwi wejściowych.

Sabina podniosła się z fotela i podeszła do kuchennego okna, żeby wyjrzeć na uliczkę. Przy bramce stała Inga, obok zaś kręcił się białorudy kot.

– Otworzysz? – zapytała. – Nie wiesz czyj to może być kot?

Sabina nacisnęła guzik domofonu i bramka się otwarła. Wyszła do przyjaciółki, kot podszedł i otarł się jej o nogi mrucząc przy tym głośno.

– Nie, nie wiem, jakiś nowy, nie widziałam go tutaj wcześniej – odpowiedziała Sabina patrząc na sympatyczną rudą mordkę.

– Już wczoraj mi się rzucił w oczy, z dziećmi się bawił, dawał się nosić. Widać, że to domowy zwierzak.

– Może przyjechał z kimś do rodziny?

– No coś ty, Sabina! I ktoś wypuszczałby swojego kota w nowym, obcym miejscu na zewnątrz? Zrobiłabyś to?

– Ja nie, ale ludzie są różni, często bezmyślni. Na przykład ci młodzi przy samej ulicy, kojarzysz, ci z buldożkiem francuskim.

– Z tym czarnym, takim właściwie jeszcze szczeniakiem?

– Tak, o nich mi chodzi.

– Pewnie, że kojarzę! Prowadzają psa bez smyczy przy ulicy i szlag mnie trafia na taką bezmyślność. Jak nic skończy pod kołami jakiegoś samochodu. Zwracałam im uwagę, ale jacyś niegramotni.

– Ciocia – zawołała siedmioletnia Amelka, mieszkanka sąsiedniego domku, – ja wiem skąd jest kotek.

– Tak? Jak dobrze – ucieszyła się Sabina. – To gdzie mieszka?

– Nie wiem gdzie mieszka, ale jest z ulicy. Wczoraj przyszedł za moją mamą prosto z ulicy!

Przed swój domek wyszła Alicja, mama Amelki. Zobaczywszy zbiegowisko pod furtką Sabiny zbliżyła się do sąsiadek. Zbiegowisko dlatego, że zbiegły się dzieciaki z całej uliczki bawiące się na zewnątrz, korzystające z chwili ładnej pogody.

– Stało się coś? – spytała zaniepokojona.

– Nie, Alutka, nic się stało – uspokoiła ją Inga. – Zastanawiamy się tylko czyj to kot.

– Nie wiem czyj. Wczoraj zobaczyłam go przy samej jezdni. Wyglądał jak nieprzytomny, jakby nie wiedział co ma zrobić, gdzie iść, no, dziwnie wyglądał, taki zagubiony, jakby z innej  planety. Zawołałam na niego i poszedł za nami do osiedla. Pomyślałam, że ktoś go mógł wyrzucić z samochodu i dlatego czuł się taki zagubiony.

– Aa, to możliwe, – skinęła głową Sabina. – Znudziła się zabaweczka i fruuu, przez okno, niech leci. Tfu, własnoręcznie łeb bym takiemu ukręciła.

– Może ma czipa? – Inga kucnęła i głaskała mruczącego futrzaczka.

– Sprawdzałam – odpowiedziała  Alicja . – To znaczy sprawdzała moja koleżanka weterynarka. Ma wszczepionego, ale nie da się odczytać. Może zgnieciony? Nie wiem.

– A jakby wstawić informację do internetu? Może ktoś go szuka? – Sabina rzuciła pierwszą myśl, jaka jej przyszłą do głowy.

– Przeglądaliśmy ogłoszenia z okolicy, ale nikt go nie szuka. – odparła Alicja. – Może porozlepiać ogłoszenia na słupach?

– W takim razie to my musimy mu znaleźć dom – oświadczyła Sabina. – Chętnie bym go przygarnęła, ale Zadra mogłaby go udusić. Może ją ktoś uczył gonić koty? Nie wiem przecież gdzie i jak żyła wcześniej, nie powiedziała.

– Mam ten sam problem, Bonzo nie trawi kotów. Jest ze schroniska, nie miałam wpływu na jego wychowanie. Wprawdzie teraz mu tłumaczę, że nie wolno kotów ruszać lecz na razie bez rezultatu – z troską powiedziała Alicja.

– A Feliks jest uczulony na kocią sierść – westchnęła Inga. – I co zrobimy?

– Mrozów wielkich jeszcze nie ma – głośno myślała Sabina. – Żarełko mogę mu wystawiać codziennie, nie ma problemu, może sobie przez cały dzień chodzić po osiedlu. Gorzej nocą, jest zimno i gdzieś musi spać.

– Moje koty mogłyby go skrzywdzić – powiedziała dołączając do grona osób zatroskanych o los kota mieszkająca przez ścianę z Sabiną Patrycja, która miała dwa domowe koty nie opuszczające mieszkania. – Ale na noc mogę zamykać drzwi do sieni i tam zrobić kącik do spania. Dopóki mu nie znajdziemy domu oczywiście, długo tak się nie da.

– No dobrze, niech tak na razie zostanie – uspokoiła się Inga. – To nam daje trochę czasu na szukanie stałego miejsca pobytu, że tak się wyrażę.

Weszły do ogródka zamykając bramkę. Kot został na zewnątrz najwyraźniej zadowolony z towarzystwa dzieci. Zadra wciąż biegała wzdłuż siatki zdenerwowana, że wszyscy poświęcają uwagę jakiemuś kotu, a ona nie może go dopaść, żeby zrobić porządek.

–  Siadaj, proszę. Powiedz jak się czuje teściowa? – zagadnęła Sabina stawiając przed Ingą kubek z kawą.

– Czemu pytasz?

– Widziałam rano z balkonu jak siedziała na tarasie i płakała. Myślałam, że coś się stało. Zadzwoniłam do ciebie idąc z psicą. Nie otwierałaś,  to nie chciałam być nachalna.

– Nie było nas w domu, pojechaliśmy tak wcześnie na morfologię. A płakała ze złości. Znowu gdzieś schowała klucze i nie mogła ich znaleźć. Okazało się, że chciała wyjść, kluczy nie znalazła, więc była wściekła.

– Aha, rozumiem. Ale ogólnie jest chyba lepiej odkąd dostaje leki?

– Tak, zdecydowanie lepiej. Jestem Kasi ogromnie wdzięczna, że mnie pokierowała. Naprawdę już nie wiedziałam co z tą kobietą robić.

– Kaśka ma doświadczenie w tej materii. Najpierw tata, potem teściowa, namęczyła się dziewczyna.

– Może nieładnie tak mówić, ale teraz już jej jest dobrze, już ma spokój. Mówi, że widocznie swoje odpracowała. Sabinko, jak ona mi pomogła! Nie wyobrażasz sobie jak bardzo. Powiedziała gdzie mam pójść, do jakiego lekarza, co powiedzieć. Całe szczęście, że ją wtedy spotkałam. Teraz teściowa ma mniej ataków agresji, jeśli już, to słabsze. Przedtem potrafiła z rękami do mnie skoczyć. Wiesz jaką ona ma siłę w takim napadzie wściekłości? Nikt by się tego po niej nie spodziewał.

– Naprawdę ci współczuję. Jeśli kiedyś zechcesz, żebym przyszła z nią posiedzieć to powiedz. Będziecie mogli z Felkiem wyjść razem, coś załatwić albo odpocząć.

– Dziękuję ci, kochana jesteś. Boję się jednak, że ona się na to nigdy nie zgodzi.

– Kiedy przechodzę koło was, albo jestem u ciebie to mam wrażenie, że jest przychylnie nastawiona.

– Bo któreś z nas jest w domu, Feliks albo ja. Jakby sama z kimś oprócz nas miała zostać to byłaby straszna  awantura i obraza. Nie mam pojęcia co mogłaby zrobić: uciec z domu, zaatakować znienacka „intruza” czy nie wiem co jeszcze.

– Z zewnątrz nie widać, że stan jest aż tak poważny.

– Nie widać, to prawda. Dba o siebie w kwestii ubrania i higieny.  „I to by było na tyle”.

– Jak to? Co masz na myśli?

– Nie sprząta ani w swoim pokoju, ani w swojej łazience. Jeśli Felek nie wytrzyma i zwróci jej uwagę to się obraża i idzie do siebie naburmuszona. Czasem coś zrobi, ale tylko wtedy gdy chce ukryć, że znów rozbiła szklankę albo kubek, albo zniszczyła kolejną rzecz co się bardzo często zdarza. Zachowuje się jak małe dziecko, które coś zbroi. Do tej pory nie nauczyła się segregować śmieci. Muszę pilnować kiedy swoje wyrzuca i jej worek przeglądać tak, żeby nie widziała. Jestem jak baba śmietnikowa..

– No co ty?

– Muszę. Dotąd nie zapamiętała gdzie się wrzuca plastiki, gdzie szkło, a gdzie inne śmieci, chociaż pojemniki stoją obok siebie. Przedtem pisałam kartki i przyczepiałam, na przykład z napisem: mamo, tu się wrzuca tylko szkło. Nie działało, teraz ją po prostu pilnujemy.

– Oj, no to wesoło, nie powiem – ze współczuciem spojrzała Sabina.

– Najgorszy jest fakt, że nie wiesz czego możesz się po niej spodziewać za chwilę. Jest kompletnie nieprzewidywalna. Przez to nie możemy psów z nią zostawiać w domu, musimy je wszędzie ze sobą wozić.

– Dlaczego? Przechodząc koło twojej siatki nieraz słyszę jak do nich przemawia najczulszymi słowami niczym do dzieci, że są jej najdroższymi istotami na świecie, głaszcze je, przytula i całuje.

– Zgadza się. Naprawdę je kocha.. Tylko… z tej miłości by je otruła. Jak myślisz dlaczego są takie grube?  Zadzior jest większy to mniej widać, ale Zorka  wygląda jak okrągła beczka na cienkich nóżkach. Mają nadwagę, a ja ich nie potrafię odchudzić.

– Trudno jest odchudzić psa, to prawda.

– Poza tym kilkakrotnie zapobiegłam w ostatniej chwili wypuszczeniu ich na ulicę. Chciała, żeby sobie pobiegały. Zamiast wypuścić je do ogródka, otwierała drzwi wejściowe i jeszcze furtkę, a tu przecież samochody jeżdżą, brama na ulicę też jest otwarta…

– Faktycznie, musicie teraz mieć oko na wszystko.

– Właśnie. Ostatecznie się o tym przekonałam kiedy pojechaliśmy na cmentarz w Wilanowie. Przez chwile myślałam, żeby je zostawić, że przecież długo tam nie będziemy. W weekend dużego ruchu nie ma, podskoczymy raz dwa, zgarnę z grobu pozostałości różne, jakie tam są, położę kwiatki, zapalę znicze i gotowe.

– No jasne, przecież nie zajęłoby to dużo czasu.

– Coś mnie tknęło i jednak ubrałam psiaki, czyli założyłam im szelki…

– My też mówimy, że ubieramy Zadrę – wtrąciła Sabina.

– … i pojechały z nami – ciągnęła Inga. – Zrobiłam co miałam w planie, Feliks w tym czasie poszedł z nimi na spacer i wróciliśmy. Już z uliczki zobaczyłam, że furtka jest otwarta na całą szerokość,  drzwi do domu też. W zamku wisiały klucze, to znaczy klucze były w zamku a wisiała taka długa smycz, którą przypięliśmy, żeby łatwiej było znaleźć jak znowu je gdzieś schowa. Ścisnęło mnie w dołku ze strachu, od razu pomyślałam, ze zasłabła i leży gdzieś bez życia. Wyskoczyłam z auta i popędziłam do domu. I wiesz co?

– No mówże – Sabina niecierpliwie popędziła przyjaciółkę.

– Siedziała u siebie w pokoju jakby nigdy nic, a każdy mógł wejść do domu i wynieść wszystko co tylko by mu się spodobało.

– Dlaczego?

– Bo bramka i drzwi otwarte…

– To zrozumiałam, ale dlaczego siedziała u siebie zostawiając otwartą chałupę?

– Na podłodze leżała kurtka, tego ci jeszcze nie powiedziałam.

– Też bym się przestraszyła zobaczywszy podobny obrazek.

– Myślę, że z pewnością chciała pójść do sklepu. Ubrała się i wtedy sobie o czymś przypomniała, może nie wzięła torebki, może telefonu i zaczęła szukać. O tym świadczyłaby kurtka na podłodze, prawda? Jakby ją w pośpiechu zdjęła i rzuciła bądź gdzie, bo poleciała szukać czegoś ważnego.  Co z tego, że wszystko otwarte? A jak się znalazła na górze to zapomniała o tym, co na dole, że coś miała zrobić, czy gdzieś pójść.

– Zajęła się czymś innym i zapomniała o tym co robiła przed chwilą. Wiesz, to taki typowy przykład, książkowy wręcz. Wiem, bo się napatrzyłam przez siatkę co Kasia miała z panią Wacią. I nagadałam się z nią przez tych kilka lat, że ho ho, normalnie za eksperta mogłabym robić.

– Widzisz więc, że psiaki muszą wszędzie jeździć z nami, nie odważę się ich zostawić. A jakby podpaliła dom, tfu, tfu, odpukać, albo otruła karmiąc na przykład czekoladą z rodzynkami, albo poczęstowała tabletkami myśląc, że to cukierki?

– W tej sytuacji bezpieczniej jest je zabierać, to prawda.  Pamiętaj jednak, że zawsze możesz je u nas zostawić w razie potrzeby.

– Dziękuję ci bardzo za tę propozycję. Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

– Słuchaj, a w kwestii tego sprzątania nie możesz zaproponować, że jej pomożesz albo, że wspólnie coś zrobicie?

– A w życiu! Ja do niej wcale nie wchodzę, bo zaraz mówi, że coś jej zginęło patrząc na mnie znacząco. I zaczyna czegoś szukać: zegarka, pierścionków, pieniędzy, kluczy, aparatu słuchowego. Zresztą jeden już zgubiła naprawdę i nie mamy teraz za co jej kupić kolejnego.

– O w mordę – jęknęła Sabina.

– Tylko Felek do niej wchodzi. Ja nie chcę rozjątrzać. Odkąd wiem, że jest chora staram się nie zwracać uwagi na jej słowa i zachowanie. Przedtem okropnie przeżywałam, że wyzywa mnie od najgorszych za niewinność. I to takimi słowami jakich od nikogo w życiu nie słyszałam pod swoim adresem. Zresztą do Felka też potrafi się tak odezwać. On się do tej pory irytuje, biedny taki, że przykro patrzeć. Tłumaczę mu, że to choroba, żeby nie brał jej słów do siebie, ale czasem i ja tracę cierpliwość i coś palnę. Potem się gryzę, mam wyrzuty sumienia, pretensję do siebie za brak opanowania. I tak się męczę, choć wiem, że ona za chwilę nie będzie niczego pamiętała.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 6 komentarzy

Tak sobie myślę…

Tak sobie myślę, że emerytura to dla mnie okres dojrzewania. Czyżbym była ograniczona i niedorozwinięta przez całe moje długie życie? 😊 Niedorozwinięta tak do końca może nie, ale ograniczona  jak najbardziej – obowiązkami, finansami, pracą, przełożonymi, sytuacją rodzinną itp., itd. W sumie nie żałuję niczego poza tym, że nie zrobiłam prawa jazdy 😊 a najbardziej tego, że nie poświęciłam dzieciom więcej czasu, że nie dałam rady w tej materii, oraz tego, że nie byłam mądrą matką tylko kochającą. I żal tego, że mądrość przychodzi z czasem a nie wtedy, kiedy przydałaby się najbardziej…

Teraz staram się zajmować tylko tym co do mnie należy. Jednak trudno się oderwać od spraw dziejących się „w naszej umiłowanej, udręczonej Ojczyźnie” – mówiąc słowami pana Zagłoby. Wciągnęłam się w słuchanie posiedzenia komisji do spraw wyborów kopertowych, jak już zaczęłam to słuchałam i patrzyłam – „nie chcem ale muszem”. Przypomniało mi się co wtedy przeżywaliśmy, co się działo, czego się baliśmy, jakie obrazy oglądaliśmy codziennie… Zmarnowałam w sumie cały dzień. Ale – czy na pewno zmarnowałam? Co miałam zrobić – zrobiłam. Pranie włączyłam, no właśnie, uruchomiłam nową pralkę, bo stara niestety naprawić się nie dała i trzeba było nabyć nowy sprzęt. Odłożyłam chwilowo dalsze przeglądanie i porządkowanie księgozbioru, MS musi zerknąć na odłożone książki czy chce je zatrzymać czy może „puścić je między ludzi”, może komuś się przydadzą. Mam mnóstwo odziedziczonych po tacie, trudno trzymać je jedynie ze względów sentymentalnych, nie moja bajka, niektóre mogą jedynie zainteresować MS. Tak więc część mózgu zajmowała się sprawami codziennymi, część słuchała komisji… Ręce opadają to jak nimi się posługiwać przenosząc książki 😟

Zaczęłam prezentować w odcinkach „Babie lato i kroplę deszczu” . Czuję się w obowiązku wytłumaczyć, że pisałam i skończyłam jeszcze przed covidem, czyli jednocześnie przed 24 lutego 2022, zatem przez inwazją putina na Ukrainę. Tak się złożyło, że temat (między innymi) poruszony w powieści –  wynikający z doświadczenia mojego rodu – stał się nagle aktualny w zupełnie innym wymiarze. Takie właśnie miałam odczucia –  śledząc wówczas  początek wojny, że pewne (karmiczne) rachunki zostały wyrównane, że od momentu kiedy rodacy tak  tłumnie i ofiarnie pomagali ludziom uciekającym przed spadającymi bombami, przed okrutną, potworną wojną, powinny być zupełnie inne, nowe relacje między naszymi narodami. Tak byłoby gdyby się nie włączali politycy… Zawsze jest tak, że zwykli ludzie, tysiące, setki tysięcy giną przez chore ambicje psychopatycznych władców. Właśnie dotarła wiadomość o zamordowaniu Nawalnego. Od razu przychodzi na myśl bezczelność, taka nieludzka podłość tych dwóch naszych przestępców nazywanych „więźniami politycznymi” przez prezespana i jego zwolenników. Czy są jakieś tego granice? Pytanie retoryczne 😟🙁

Kiedy skończyłam tę powieść – odleżała swoje jak zawsze u mnie bywa. Jednak pomyślałam, że czas nieubłaganie pędzi do przodu i nie ma sensu niczego odkładać na później, bo z tym „później” różnie może być. Dlatego zdecydowałam się na „puszczanie” w odcinkach. Nie mam ochoty z nikim dyskutować, nikomu tłumaczyć dlaczego tak napisałam a nie inaczej, nie będę niczego zmieniać, bo to moje i niczego nie muszę, minął czas gdy musiałam się podporządkować czyjemuś „widzimisię”. Takie jest moje widzenie świata i koniec kropka. W moim wieku mam prawo mieć swoje zdanie i się go trzymać. Nie muszę za niczym gonić, nie jest mi potrzebny poklask tłumów (hihi), w tłumie to już byłam i nie zamierzam wracać 😊 Nie wiadomo ile zostało czasu na tej niebieskiej kulce (jak mawia Mediteusz na YT) i pora zająć się sobą i swoimi sprawami (poza – oczywiście – obowiązkami codziennymi), pomyśleć o własnych potrzebach, nie pozwolić sobą manipulować. Pewnie z pierwszym rokiem numerologicznym (w takim jestem)  przemyślenia przyszły, więc  widocznie trzeba je wziąć pod uwagę. Wprawdzie z planowaniem zawsze miałam kłopot, sama siebie sabotowałam i – owszem – robiłam co trzeba, lecz z zupełnie odwrotnej strony niż pierwotnie zamierzałam 🙂 Patrzę na karteczkę z napisem „Chcesz spełnić marzenia? Nie fantazjuj lecz planuj”  i przyznaję rację temu stwierdzeniu. Tylko… jak się do tego zabrać i dotrzymać?  To dopiero jest wyzwanie.

Trochę ubarwić wpis trzeba, dorzucić koloru.

… pierniczki dekorowane przez Calineczkę 🙂 …

… nasze niedzielne śniadanie …

Na półmisku środek zajmuje tuńczyk z puszki, otacza go groszek konserwowy, następnie jajka na twardo z odrobiną majonezu i ogórkami konserwowymi , wszystko posypane jest czerwoną papryką pokrojoną w (prawie) kostkę i szczypiorkiem.  Lubimy ten zestaw i czasem sobie taką przyjemność sprawiamy (jak mi się przypomni) 😃

Jeśli chodzi o słodkości to wciąż było drożdżowe na pierwszym miejscu, tym bardziej, że Wera (kiedy się u nas uczyła przez kilka dni) stwierdziła, że bardzo lubi to konkretne ciasto, jest naprawdę najsmaczniejsze ze wszystkich.  Pora jednak coś innego wypróbować, poszperam więc znowu w przepisach i jeśli na coś wpadnę to się pochwalę i podzielę.

Dziękuję za odwiedziny oraz pozostawione słowa, pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego tygodnia 💗🍀🌞🌞🌞

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze

„Babie lato i kropla deszczu” – 5

Pewnego dnia Jagna podjęła decyzję. Tym razem była przekonana, że to decyzja ostateczna. Kilka razy była bliska jej podjęcia. Za każdym razem zdawało się, że to już prawie nieodwołalnie decyzja ostateczna, ale – jak wiadomo – „prawie” czyni wielką różnicę.

Tym razem opuściła biurowiec z wewnętrzną pewnością, że to koniec jej pracy w tym konkretnym miejscu, że jej noga tu więcej nie postanie. No, chyba, że osobiście przyniesie pisemne wymówienie, żeby zobaczyć na własne oczy wyraz twarzy najgłówniejszego z głównych. Jeśli będzie żyła mądrze dysponując zaoszczędzonymi pieniędzmi może przez rok nie pracować, szukając w tym czasie swojej drogi życiowej i własnego miejsca na ziemi. Była przekonana, że ze znalezieniem nowej pracy nie będzie miała problemu. W końcu poza technologią żywienia, którą ukończyła na SGGW wybierając ten kierunek po maturze, została również fachowcem w dziedzinie księgowości, finansów i zarządzania. Drugą specjalność dorzuciła do pierwszej, zasadniczej, by sprostać wymaganiom stawianym przed osobami aplikującymi na jej obecne stanowisko. Wówczas za wszelką cenę postanowiła zaimponować Radkowi swoją wiedzą, kompetencją i osiągnięciami czując intuicyjnie, że coś niedobrego zaczyna się dziać między nimi, brakuje porozumienia i wyrasta mur.

Po upływie czasu zdawała sobie sprawę, że nie istniał sposób na uratowanie związku, a na pewno jej wysiłki mijały się z oczekiwaniami męża. Musiałaby całkowicie zrezygnować ze swoich potrzeb, planów, marzeń i próby ich realizacji. Czyli po prostu zrezygnować z siebie i przemienić się w zupełnie inną osobę. A to już byłaby przesada i to wcale nie lekka, ale  bardzo gruba. Jak widać, Radek potrzebował w domu cichej, spolegliwej żony, przytakującej, podziwiającej i podkreślającej na każdym kroku wielkość i wspaniałość męża, zapatrzonej w niego bez reszty.  Cóż, Jagna taka nie jest, nie była i nigdy nie będzie. Jest dwudziesty pierwszy wiek a nie dziewiętnasty.  Zresztą żaden wiek tu nie ma nic do rzeczy, charakter i oczekiwania się liczą.

Część zaoszczędzonych środków korzystnie ulokowała, miała więc świadomość zabezpieczenia finansowego. Dach nad głową zaoferowali jej rodzice na czas nieokreślony. Postanowiła, że najpierw odpocznie, potem rozejrzy się za nowym zajęciem i mieszkaniem, żeby rodzicom nie ograniczać przestrzeni a sobie swobody. W końcu była dorosłą kobietą i nie bardzo odnajdywała się w nowym lokum mamy i taty. Z pewnością byłoby inaczej, gdyby po prostu wróciła do rodzinnego domu, do ich dawnego mieszkania. Tu jednak było nowe, obce jej miejsce, tworzone od początku przez rodziców zgodnie z ich obecnymi potrzebami. Miała uczucie, że swoją obecnością zakłóciła im intymną przestrzeń, którą sobie zbudowali.

Walcząc z wiatrem Jagna dotarła na zewnętrzny parking biurowca przynależny do jej dotychczasowej firmy. Ciężka to była walka, bowiem wiatr grał z ludźmi w grę opartą na tylko sobie wiadomych regułach. Na chwilę przycichał udając, że go wcale nie ma, po czym w gwałtownym, silnym porywie uderzał w każdego, kto nie doceniał jego możliwości. Z ogromną siłą starał się zwalić z nóg zaskoczonego przechodnia. Ponieważ jednak – pewnie ze względu na późną porę – tylko nieliczne cienie przemykały ulicą, był niezaspokojony w swej żądzy walki i z tym większym zadowoleniem zaatakował kobietę, która pojawiła się na pustej przestrzeni parkingu. Zrywał jej z głowy kaptur krótkiego płaszcza, próbował ten płaszcz z niej zrzucić. Podwinąć do góry spódnicy mu się nie udało, bo wąska była i dopasowana do zgrabnej figury właścicielki, więc zajął się splątywaniem włosów wysuniętych spod kaptura. Wreszcie zawył z wściekłości, kiedy wbrew jego wysiłkom kobiecie udało się dotrzeć do jednego z nielicznych parkujących samochodów.

Mocując się z wyjącym przeciwnikiem Jagna otworzyła drzwi żółtego nissana Juka i z westchnieniem ulgi usiadła w fotelu kierowcy.  Posiedziała chwilę bez ruchu zanim uruchomiła silnik. Rozejrzała się wokół utwierdzając się w swej niechęci do całego otoczenia, w słuszności podjętej decyzji. Cóż z tego, że – obiektywnie rzecz biorąc – biurowce były jasne, ładne, nowoczesne, miały wokół siebie uporządkowane otoczenie i pojawiało się ich coraz  więcej na Służewcu zwanym  Przemysłowym, na którym do niedawna straszyły pustką ponure budynki po działających w przeszłości zakładach przemysłowych. Dla Jagny było tu okropnie. W tej chwili oczywiście, bo może kiedyś, później, za czas jakiś spojrzy na wszystko innym okiem.

Przekręciła kluczyk, z lubością posłuchała przez chwilę pracy silnika zanim ruszyła zostawiając na parkingu wyjący wiatr, ze złości ciskający liśćmi i małymi gałązkami zerwanymi z okolicznych drzew. Włączyła płytę z energetyczną irlandzką muzyką w wykonaniu zespołu Carrantouhill. Po chwili poczuła się lepiej. Klamka zapadła, decyzja podjęta. Koniec i kropka. Pora spojrzeć na świat z zupełnie nowej perspektywy.

Skręciła w stronę Piaseczna. Minęła Wyścigi, skręt w lewo na Ursynów, przejechała pod wiaduktem nowej trasy na Poznań. Jechała przed siebie spokojnie, w pełnym komforcie jaki daje prawie pusta jezdnia. Zdarza się to bardzo, bardzo rzadko, prawie wcale. Teraz trafiła się taka okazja  ze względu na późną porę oraz pogodę, która pozwala na opuszczenie domu jedynie w stanie wyższej konieczności. Napotkała na Puławskiej zieloną falę, co już graniczyło z cudem, więc poczytała to za dobrą wróżbę i przychylne spojrzenie losu w jej stronę.

W Piasecznie skręciła w Geodetów. Przejechała przez nowe rondo przy centrum handlowym i uśmiechnęła się do siebie. Mama nigdy nie mówiła, że idzie na zakupy do „Piotra i Pawła” tylko do „Pawła i Gawła” I tak już zostało. Rondo było prawdziwym zbawieniem dla użytkowników. Przedtem skrzyżowanie pokonywało się z duszą na ramieniu oraz ze złością na zbyt długie czekanie na możliwość przejazdu. Było bardzo niebezpieczne tak dla kierowców jak dla pieszych. Teraz ukończono i oddano rondo do użytku i „stała się przestrzeń” wokół, jasno oświetlona, przyjazna i bezpieczna szczególnie dla pieszych, którzy poprzednio kompletnie niewidoczni w ciemnościach, z narażeniem życia kluczyli między samochodami próbując przejść na drugą stronę ulicy.

Po chwili Jagna była przy Julianowskiej, skręciła w prawo, zostawiając za sobą tor kolejowy  dotarła do osiedlowej uliczki. Zatrzymała się przy posesji, otworzyła pilotem bramę i wjechała do środka. Do garażu już nie mogła, tam stało auto rodziców. Żółty Juke musiał więc zamieszkać na zewnątrz co mu wcale nie przeszkadzało i nie zgłaszał sprzeciwu. Wręcz odwrotnie, nowe miejsce pobytu bardzo mu się podobało. Od wiatru zasłaniała go drewutnia obrośnięta dzikim winem i bluszczem, dom oraz płot od strony sąsiadów. Nie to, co na parkingu koło biurowca. Było miło i przytulnie. Jedynie deszcz moczył go od czasu do czasu, ale tym Juke się nie przejmował. Młody był, deszczem się cieszył i traktował jak wesołą kąpiel.

– Córcia, co tak późno? – przywitała Sabina córkę. – Już się niepokoiłam, bo dzwoniłam kilkakrotnie i nic.

– Komórka mi padła. Nie spojrzałam, nie widziałam, więc jej nie podłączyłam do ładowarki. Zorientowałam się dopiero w samochodzie.

– Dobrze, że jesteś. Tata już poszedł na górę, jakiś mecz ogląda z łóżka. A ja się nie mogłam na ciebie doczekać i upiekłam owsiane ciasteczka. Zrobię ci herbatę, rozgrzejesz się. Dobrze?

– Dobrze mamo, dobrze. Pójdę się przebrać – odpowiedziała idąc do swego tymczasowego pokoju.

Pomyślała, że jest ogromnie wdzięczna mamie za troskę, jednak… wolałaby wrócić do własnego mieszkania, nie musieć nikogo oglądać,  z nikim rozmawiać, po prostu położyć się i leżeć przez cały dzień. Teraz musi udawać, że jest wszystko w porządku, musi zejść do matki, która czeka na nią i chce służyć pomocą swemu dziecku jak wszystkie prawdziwe matki świata.

Szybko zrzuciła elegancki kostium, który teraz wydawał się drażnić i parzyć ciało. Założyła wygodną, domową sukienkę uszytą przez siebie jeszcze w czasie studiów i zeszła na dół. Na stole czekała gorąca herbata, kusząco pachniały świeżutkie ciasteczka. Dopiero wtedy poczuła ssanie w żołądku. Przecież właściwie nic nie jadła przez cały dzień, jakąś chińską zupkę rozmieszała w kubku, na nic więcej nie miała czasu.

Podeszła do siedzącej przy stole matki, objęła ją i przytuliła się.

– Dziękuję mamo.

– A za co? – zdziwiła się Sabina.

– A za całokształt – uśmiechnęła się Jagna wspominając swe niedawne myśli, zapewne wynikające z przemęczenia…

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 12 komentarzy

Szaro, buro…

Pogoda się popsuła, pada, sypie, wieje, wyje, cały świat wokół zmoknięty, szaro, buro … ale nie ponuro 😃 Wystarczy włączyć małą lampkę, zrobić ciepłą kawę albo herbatkę wg własnego upodobania i wygodnie zasiąść w fotelu z książką w ręce. Szczyt szczęścia – jeśli to możliwe oczywiście. Są sytuacje, w których jest to utrudnione, ale … nie będziemy mówić o skrajnościach.  Wyszłam z Szilunią wczesnym rankiem, jeszcze ciemno było na świecie, zanim wyszłyśmy to wrócił Franuś, zaszył się w ciepłym, ciemnym kącie i śpi. Ostatnio więcej u nas przebywa niż we własnym domu, tutaj ma absolutny spokój i przytulanki do woli. Szczególnie upodobał sobie kolana MS 😺 U siebie w domu spokoju nie ma, jak tylko Maluch go zobaczy natychmiast biegnie okazywać swą miłość 🙂 Do tego słychać drugiego Maluszka i kociego spokoju nie ma. A przecież Franuś swoje lata już ma i spokoju łaknie jak kania dżdżu 🐱 Przy obecnej aurze pachnie mu  żarełko i ciche, spokojne miejsce do spania, których u nas ma kilka, bo takie sobie wybrał sam. Jeśli w jednym wypatrzy go babcia D. i naprzykrza się z głaskaniem, przenosi się w inne, spokojniejsze.

Tłusty czwartek minął, pączków nie kupowałam, nie chciało mi się wyjść w taką pogodę, za to upiekłam dużą blachę drożdżowego ciasta z kruszonką.  Pączki własnej roboty przyniosła sąsiadka zza ściany, więc jej odwdzięczyłam się ciastem, czyli tradycji stało się za dość

Znalazłam jeszcze dwa filmiki nadające się do pokazania. Oczywiście kiedy je kręciłam nie miałam pojęcia, że kiedykolwiek pokażę je publicznie. Do głowy by mi to wówczas nie przyszło. To dowód, że wszystko się zmienia i możemy zrobić coś, o czym wcześniej nawet nam się nie śniło. Poprzednie pomógł mi Duży wstawić. Teraz rano włączyłam Lapka i… zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć jak to zrobił. Durna Baba nie zapisała wiedząc, że z pamięcią różnie bywa.  W związku z tym Baba z duszą na ramieniu zaczęła kombinować na wszystkie możliwe strony i … dopiero jak kliknie „opublikuj” to się okaże co zrobiła.

Filmiki nakręciłam jesienią w naszym lasku, tuż po powrocie ze Szczawnicy, Skituś doszedł do siebie po operacji, był zdrowy i szczęśliwy. Nie przyszłoby nam wówczas do głowy, że choróbsko tak szybko się odrodzi i go zabierze 💔

Proszę o wyrozumiałość w kwestii jakości pokazywanych „arcydzieł” 😃 Wiosną postaram się poćwiczyć, bo naprawdę odczuwam frajdę z nabywanych nowych umiejętności. Musicie przyznać, że kolory jesieni w lasku naszym przyosiedlowym były piękne, prawda?

Dziękuję za odwiedziny oraz pozostawione słowa i życzę udanego weekendu mimo pogody 🌞🍀💗

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 14 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 4

Jagna Turska przyzwyczajona była do częstego pokonywania dużych odległości drogą powietrzną. Wykorzystywała czas przelotu na odpoczynek, nadrabianie zaległości w lekturze spowodowanych codziennym brakiem czasu, oraz na doskonalsze przygotowywanie się do spotkań biznesowych, na które się udawała. Tym razem będąc już w drodze powrotnej do kraju nie mogła skupić uwagi na niczym konkretnym. Rozkojarzona nie wiedząc dlaczego, nie potrafiła skoncentrować się na czytanym tekście. Dręczyły ją jakieś dziwne myśli, nieokreślone obawy. Nie wiedziała czemu i skąd się one brały. Wszak wszystko potoczyło się zgodnie z planem, wracała z tarczą, nie na tarczy, choć w ostatniej chwili okazało się, że samodzielnie musi podołać zadaniu. Współpracownik, który miał jej służyć pomocą w Montrealu, od samego początku pilotujący sprawę, uległ wypadkowi i w stanie ciężkim lecz stabilnym przebywał w szpitalu. Współczuła człowiekowi, oczywiście, lecz widziała go zaledwie raz w życiu, kontakt z nim miała jedynie mailowy, nie czuła się z nim związana w jakikolwiek pozasłużbowy sposób. Jej dziwny  stan nie mógł więc być spowodowany jego wypadkiem, tym bardziej, że rokowania były pomyślne o czym ją poinformowała żona poszkodowanego. Wypadki chodzą po ludziach, zdarzają się codziennie, są wpisane w ludzką egzystencję.

Odłożyła na kolana książkę, którą bezskutecznie próbowała czytać. Oparła głowę o zagłówek wygodnego, lotniczego fotela i przymknęła oczy. Może dlatego opanował ją niepokój, że z Kanadą wiązały się wspomnienia z okresu przedmałżeńskiego? Pojechała tam z Radkiem przed planowanym ślubem, mieli zarobić na mieszkanie. Tak zrobili, ślub wzięli, mieszkanie kupili, lecz… Jagna nawet nie została w nim zameldowana. Potem okazało się, że całe to małżeństwo było pomyłką. Ona, naiwnie wierząca w „równość, wolność i braterstwo” w małżeństwie, przekonała się na własnej skórze, że w jej przypadku owa wiara była błędem. Pierwsza myśl, jaka przemknęła jej wtedy przez głowę brzmiała: jak dobrze, że nie zmieniłam nazwiska. Wtedy, czyli w chwili kiedy dowiedziała się, że Radek ma kochankę, zaś kochanka spodziewa się dziecka. Dziecka jej męża!

Świat Jagny zawalił się w jednej chwili. Zabrała trochę swoich rzeczy i przeniosła się do rodziców, którzy niedawno przeprowadzili się do niedużego segmentu pod Warszawą. Przygarnęli zdruzgotaną córkę z otwartymi ramionami oddając jej do dyspozycji pokój z łazienką na czas lizania ran i leczenia zranionej duszy. Od tamtej chwili minęło sporo czasu, dusza znajdowała się w coraz lepszej kondycji, właściwie – w zupełnie niezłej. Czasem tylko znienacka dochodziły do głosu wspomnienia gnębiąc je obydwie, czyli Jagnę wraz z jej duszą. Natomiast ciało Jagny zaczynało odczuwać coraz większe zmęczenie, znużenie, brak energii co miało wpływ i na samą Jagnę, i na jej duszę.

Opuszczając samolot pomyślała, że ona jako całość, czyli Jagna, jej dusza i ciało mają dość. Mają serdecznie dość pracy w korporacji. Mają dość bycia w bezustannej dyspozycji. Mają powyżej uszu spędzania czasu – który powinien być absolutnie prywatny – pod telefonem, przy komputerze albo na wyjazdach firmowych, tak zwanych integracyjnych. Ona nie chce się integrować z nikim i z niczym. Ona, Jagna, chce się izolować. Absolutnie, całkowicie. Najchętniej uciekłaby do jakiejś pustelni. Mogłaby się nawet żywić korzonkami, żeby nikogo nie widzieć i nie słyszeć. Nikogo!

No cóż, można sobie tak myśleć, ale żyć z czegoś trzeba. Szczególnie gdy się jest przyzwyczajonym do pewnego poziomu finansowego, albo ma się rodzinę i kredyty do spłacania jak większość koleżanek i kolegów z pracy. Ona jednak tego nie miała, była więc w pewnym sensie w lepszej sytuacji. Była wolna. Mogłaby rzucić w diabły całą  tę pracę i nie oglądać byłego męża nawet od czasu do czasu. Spotykali się, ponieważ pracowali w tej samej firmie choć w innych oddziałach rozlokowanych w różnych częściach miasta. Przykre były dla niej takie spotkania. Wciąż jeszcze bolało. Bolało, że Radek tak szybko zapomniał o wspólnie snutych planach, o przeżytych razem chwilach. Że chodził  pusząc się jak paw pokazując na prawo i lewo zdjęcia swojej latorośli jakby chciał  specjalnie Jagnie dopiec i powiedzieć: ty nie chciałaś mieć dziecka to nie masz, a ja mam, patrz, zazdrość i podziwiaj…

Może zresztą tak nie było, może nie robił tego specjalnie aby ją skrzywdzić, tylko po prostu był szczęśliwy i tym szczęściem chciał się dzielić z innymi… Jego nowa partnerka  zadawalała się byciem w domu matką i żoną, nie przejawiała zawodowych aspiracji, twierdziła, że zawsze marzyła o takim życiu. Jagna zaś przed ślubem tłumaczyła Radkowi, że ona ma inne plany na przyszłość. Nie po to studiowała, aby życie spędzić w domu na czekaniu z obiadkami na pana i władcę. Zdawało mu się nie przeszkadzać wówczas nic z tego o czym mówiła. Może nie słuchał, może lekceważył. W każdym razie gdy zażądał, aby rzuciła pracę, bo on zarabia wystarczająco dużo i zajęła się nim, domem i urodziła dziecko odpowiedziała, że plany ma inaczej rozłożone i różnią się od jego planów o czym go uprzedzała przed ślubem.  I to wielokrotnie.

Z perspektywy czasu wiedziała, że w owej chwili zakończyło się jej małżeństwo. Radosław bardzo dobrze wiedział, że żona nie przystanie na jego żądania. Znalazł sposób, żeby na nią zrzucić winę za rozpad związku. Już wtedy miał kochankę. I nigdy nie zameldował Jagny w mieszkaniu, na które wspólnie pracowali…

Jagna z ulgą opuściła samolot. Nie mając innego bagażu poza podręcznym idąc szybkim krokiem znalazła się poza terenem lotniska. Wsiadła do taksówki i podała taksówkarzowi adres rodziców.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 10 komentarzy

Młoda łania w kąpieli

Dowód na to, że w Szczawnicy cuda się dzieją 🙂 Jelenie, łanie i ich dzieci spacerują między ludźmi zapewne wierząc, że ludzie są dobrymi istotami i nie zrobią im krzywdy. Tę ślicznotkę spotkałam – jak już mówiłam – idąc na dół do miasteczka, na tyłach Dworku Gościnnego. Za drzewem po prawej stronie są schodki prowadzące do ulicy Szalaya, malownicze i urokliwe. Widoczny fragment żółtego budynku to stary pensjonat, bardzo stary i musiał być bardzo piękny, teraz stoi pusty odkąd pamiętam i był do sprzedania.  Kawałek dalej w prawo – znajduje się hotel Batory (tu mieszkał kiedyś Henryk Sienkiewicz), obecnie elegancki, unowocześniony obiekt.

ż

Nie dajcie się porwać żadnym wichrom, choć w tej chwili dają się we znaki 😉 Szczęśliwego tygodnia wszystkim dobrym ludziom  💗🍀

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 10 komentarzy