Szczawnica moja 🍀💗 (Sienkiewicz, Konopnicka)

O tym, że wody szczawnickie mają właściwości lecznicze wiadomo od 1810 roku. Wtedy bowiem zbadano właściwości mineralnych wód wypływających w Szczawnicy spod ziemi. Jak już pisałam (w kategorii „Szczawnica” po prawej stronie bloga) w 1828 roku Józefina i Stefan  Szalayowie kupili wioskę pienińską leżącą nad urokliwym Grajcarkiem wpadającym do przecudnie położonego Dunajca. Rozpoczęli tworzenie tu uzdrowiska, które stawało się coraz popularniejsze nie tylko w Galicji. Od roku 1839 uzdrowiskiem zarządzał ich syn Józef Stefan Szalay i to właśnie on doprowadził do niebywałego rozkwitu i rozwoju Szczawnicy. Stały się Pieniny znane ze wspaniałej przyrody, przepięknych krajobrazów, zdrowego powietrza służącego przede wszystkim osobom cierpiącym na dolegliwości górnych dróg oddechowych, sama zaś Szczawnica – z wód wspomagających zdrowie kuracjuszy coraz liczniej przybywających na leczenie. Przyjeżdżali przedstawiciele znanych rodów (np. Lubomirscy, Sapiehowie, Tarnowscy, Radziwiłłowie), ziemianie ze wszystkich zaborów, goście z Europy a nawet z Ameryki. W mojej ulubionej Szczawnicy Henryk Sienkiewicz spotkał pierwszy raz swoją ukochaną Marynię 💗

W 1875 roku urodziła się moja prababcia Marianna 😊 W tym samym roku Maria Konopnicka przyjechała do Szczawnicy. Zachwyciła się okolicą, odbywała wycieczki w najróżniejsze dostępne wówczas miejsca. Zwiedziła Małe Pieniny, teren od Jarmuty do wąwozu Homole, od Miedziusia (gdzie miała kwaterę) do Dunajca wzdłuż Grajcarka. Swoje zachwycenie wyrażała w poezji (nie będę przytaczać, ale jeśli ktoś sobie życzy to służę uprzejmie). Jeden z wierszy zatytułowany „W górach” wysłany do warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego” zachwycił samego Litwosa czyli Henryka Sienkiewicza piszącego wówczas pod takim pseudonimem „Listy z podróży”.

Zaglądam do szczawnickich zdjęć często, poprawiają mi humor a kolory przywracają energię i chęci działania. Nie wiem jak się ułoży w tym roku, ale już myślę o ukochanym miasteczku i z przyjemnością przenoszę się doń w wyobraźni. Smutno tylko  z tego powodu, że Skitusia z nami nie będzie 💔 fizycznie, bo w sercach zostanie na zawsze 💗

… nowy ośrodek położony między ul. Główną a promenadą nad Grajcarkiem .,..

Poniższe zdjęcia przedstawiają okolice pl. Dietla, ul. Zdrojową, właściwie są to miejsca, które można objąć wzrokiem obracając głowę w kółko 😃

… powyżej schodów jest Inhalatorium w Parku Górnym …

… fragment schodów z bliska, ujęcie wody (niepitnej), kawałek altany, kiedyś pewnie pijalni, w której spoczywali kuracjusze popijając wody zdrowotne i flirtując z kuracjuszkami …

… ul. Zdrojowa, tędy się idzie w stronę centrum miasteczka …

… fragment ul. Zdrojowej kończącej się na pl. Dietla; Szilunia patrzy w stronę Zdroju Waleryi. powyżej widoczny budynek Starej Kancelarii, za nim biała wieżyczka willi Pałac, w której dawniej mieściło się Muzeum Pienińskie …

… mostek nad strumyczkiem i widok na willę Holenderkę na pl. Dietla …

… alejka w Parku Górnym, na wprost hotel Modrzewie

Zaprosiłam Was na króciutki poranny spacer z psami, kiedy jeszcze turystów wczesnym rankiem nie widać, ale  cisza i spokój, i cały Park Górny nasz 🙂 Piękna ta moja Szczawnica ukochana, prawda? Patrzę na zdjęcia i tęsknię 💗

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa 🌺 Życzę dobrego, spokojnego tygodnia🌞

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 20 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 6

Sabina  usiadła w kąciku między oknem a kominkiem. Postawiła tam stary fotel, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie podłoga nie była tutaj ogrzewana, mata grzewcza kończyła się wcześniej, lecz miłe ciepło rozchodzące się od ognia i mały dywanik pod stopami czyniły siedzenie w tym miejscu nad wyraz przyjemnym. Po drugiej stronie kominka stanął drewniany fotel na biegunach. Siedząc i bujając się spoglądała wprost w okienko zatrzymując wzrok na tujach rosnących w ogródku tuż przed siatką ogrodzeniową. Iglaków było w sumie trzynaście. Trzy kolumnowe posadzili z mężem dokładnie w dzień katastrofy smoleńskiej. Tak wypadło. To była sobota i mieli w planie wkopanie kupionych drzewek. Na wieść o wypadku Sabinie przemknęła myśl, że wiedziała, iż coś takiego musi kiedyś nastąpić, sądząc z zachowania niektórych ludzi – wprost kusili los. Tylko dlaczego przy okazji zginęło tyle niewinnych istot? Nadała trzem tujom imiona trzech ofiar, osób, które darzyła sympatią i z tej racji ich śmierć odczuła osobiście.

Pozostałe dziesięć drzewek dostała od córki na urodziny wypadające jeszcze tego samego miesiąca. Nie wszystkie rosły dokładnie w miejscu, w którym pierwotnie rosnąć miały. Okazało się, iż pod cienką warstwą ziemi jest masa gruzu, i łopata tam nie  weszła za skarby świata. Nie udało się więc wykopać wystarczająco głębokiego dołka, żeby korzenie drzewka się zmieściły. A gdyby nawet, to przecież słabe korzonki młodziutkiej roślinki nie miałyby siły, nie dałyby rady przebić się przez gruz i iść dalej odżywiając drzewko do samego czubka. Dlatego zostały posadzone tam, gdzie się udało je w ziemię wkopać.

Coś stuknęło za oknem i czujna Zadra natychmiast podniosła się na nogi spoglądając wyczekująco na Sabinę i na okno, na Sabinę i na okno.

– Jaka ty mądra sunia jesteś – Sabina podniosła się i wyjrzała. – Wiem, że nie dasz mi spokoju dopóki się nie upewnisz, że jest wszystko w porządku. Możesz być spokojna, to tylko śmieciarka. Zepsuta jakaś czy co, bo jakieś dziwne dźwięki wydaje. Śpij dalej.

Zadra jednak na spanie nie miała w tej chwili ochoty, ileż można spać? Już się rozbudziła i wyraźnie miała chęć na jakąś formę aktywności ruchowej. Przemówiła do opiekunki, a liczbę słów i możliwości głosowe miała zaskakujące,  Sabina nie potrafiła jej odmówić.

– Chcesz wyjść, tak? Nie wystarczy ci ogródek? Idź na podwórko, córcia, no idź.

„Córcia” miała inne plany i zdecydowanie skierowała się w stronę drzwi wejściowych.

Sabina podniosła się z fotela i podeszła do kuchennego okna, żeby wyjrzeć na uliczkę. Przy bramce stała Inga, obok zaś kręcił się białorudy kot.

– Otworzysz? – zapytała. – Nie wiesz czyj to może być kot?

Sabina nacisnęła guzik domofonu i bramka się otwarła. Wyszła do przyjaciółki, kot podszedł i otarł się jej o nogi mrucząc przy tym głośno.

– Nie, nie wiem, jakiś nowy, nie widziałam go tutaj wcześniej – odpowiedziała Sabina patrząc na sympatyczną rudą mordkę.

– Już wczoraj mi się rzucił w oczy, z dziećmi się bawił, dawał się nosić. Widać, że to domowy zwierzak.

– Może przyjechał z kimś do rodziny?

– No coś ty, Sabina! I ktoś wypuszczałby swojego kota w nowym, obcym miejscu na zewnątrz? Zrobiłabyś to?

– Ja nie, ale ludzie są różni, często bezmyślni. Na przykład ci młodzi przy samej ulicy, kojarzysz, ci z buldożkiem francuskim.

– Z tym czarnym, takim właściwie jeszcze szczeniakiem?

– Tak, o nich mi chodzi.

– Pewnie, że kojarzę! Prowadzają psa bez smyczy przy ulicy i szlag mnie trafia na taką bezmyślność. Jak nic skończy pod kołami jakiegoś samochodu. Zwracałam im uwagę, ale jacyś niegramotni.

– Ciocia – zawołała siedmioletnia Amelka, mieszkanka sąsiedniego domku, – ja wiem skąd jest kotek.

– Tak? Jak dobrze – ucieszyła się Sabina. – To gdzie mieszka?

– Nie wiem gdzie mieszka, ale jest z ulicy. Wczoraj przyszedł za moją mamą prosto z ulicy!

Przed swój domek wyszła Alicja, mama Amelki. Zobaczywszy zbiegowisko pod furtką Sabiny zbliżyła się do sąsiadek. Zbiegowisko dlatego, że zbiegły się dzieciaki z całej uliczki bawiące się na zewnątrz, korzystające z chwili ładnej pogody.

– Stało się coś? – spytała zaniepokojona.

– Nie, Alutka, nic się stało – uspokoiła ją Inga. – Zastanawiamy się tylko czyj to kot.

– Nie wiem czyj. Wczoraj zobaczyłam go przy samej jezdni. Wyglądał jak nieprzytomny, jakby nie wiedział co ma zrobić, gdzie iść, no, dziwnie wyglądał, taki zagubiony, jakby z innej  planety. Zawołałam na niego i poszedł za nami do osiedla. Pomyślałam, że ktoś go mógł wyrzucić z samochodu i dlatego czuł się taki zagubiony.

– Aa, to możliwe, – skinęła głową Sabina. – Znudziła się zabaweczka i fruuu, przez okno, niech leci. Tfu, własnoręcznie łeb bym takiemu ukręciła.

– Może ma czipa? – Inga kucnęła i głaskała mruczącego futrzaczka.

– Sprawdzałam – odpowiedziała  Alicja . – To znaczy sprawdzała moja koleżanka weterynarka. Ma wszczepionego, ale nie da się odczytać. Może zgnieciony? Nie wiem.

– A jakby wstawić informację do internetu? Może ktoś go szuka? – Sabina rzuciła pierwszą myśl, jaka jej przyszłą do głowy.

– Przeglądaliśmy ogłoszenia z okolicy, ale nikt go nie szuka. – odparła Alicja. – Może porozlepiać ogłoszenia na słupach?

– W takim razie to my musimy mu znaleźć dom – oświadczyła Sabina. – Chętnie bym go przygarnęła, ale Zadra mogłaby go udusić. Może ją ktoś uczył gonić koty? Nie wiem przecież gdzie i jak żyła wcześniej, nie powiedziała.

– Mam ten sam problem, Bonzo nie trawi kotów. Jest ze schroniska, nie miałam wpływu na jego wychowanie. Wprawdzie teraz mu tłumaczę, że nie wolno kotów ruszać lecz na razie bez rezultatu – z troską powiedziała Alicja.

– A Feliks jest uczulony na kocią sierść – westchnęła Inga. – I co zrobimy?

– Mrozów wielkich jeszcze nie ma – głośno myślała Sabina. – Żarełko mogę mu wystawiać codziennie, nie ma problemu, może sobie przez cały dzień chodzić po osiedlu. Gorzej nocą, jest zimno i gdzieś musi spać.

– Moje koty mogłyby go skrzywdzić – powiedziała dołączając do grona osób zatroskanych o los kota mieszkająca przez ścianę z Sabiną Patrycja, która miała dwa domowe koty nie opuszczające mieszkania. – Ale na noc mogę zamykać drzwi do sieni i tam zrobić kącik do spania. Dopóki mu nie znajdziemy domu oczywiście, długo tak się nie da.

– No dobrze, niech tak na razie zostanie – uspokoiła się Inga. – To nam daje trochę czasu na szukanie stałego miejsca pobytu, że tak się wyrażę.

Weszły do ogródka zamykając bramkę. Kot został na zewnątrz najwyraźniej zadowolony z towarzystwa dzieci. Zadra wciąż biegała wzdłuż siatki zdenerwowana, że wszyscy poświęcają uwagę jakiemuś kotu, a ona nie może go dopaść, żeby zrobić porządek.

–  Siadaj, proszę. Powiedz jak się czuje teściowa? – zagadnęła Sabina stawiając przed Ingą kubek z kawą.

– Czemu pytasz?

– Widziałam rano z balkonu jak siedziała na tarasie i płakała. Myślałam, że coś się stało. Zadzwoniłam do ciebie idąc z psicą. Nie otwierałaś,  to nie chciałam być nachalna.

– Nie było nas w domu, pojechaliśmy tak wcześnie na morfologię. A płakała ze złości. Znowu gdzieś schowała klucze i nie mogła ich znaleźć. Okazało się, że chciała wyjść, kluczy nie znalazła, więc była wściekła.

– Aha, rozumiem. Ale ogólnie jest chyba lepiej odkąd dostaje leki?

– Tak, zdecydowanie lepiej. Jestem Kasi ogromnie wdzięczna, że mnie pokierowała. Naprawdę już nie wiedziałam co z tą kobietą robić.

– Kaśka ma doświadczenie w tej materii. Najpierw tata, potem teściowa, namęczyła się dziewczyna.

– Może nieładnie tak mówić, ale teraz już jej jest dobrze, już ma spokój. Mówi, że widocznie swoje odpracowała. Sabinko, jak ona mi pomogła! Nie wyobrażasz sobie jak bardzo. Powiedziała gdzie mam pójść, do jakiego lekarza, co powiedzieć. Całe szczęście, że ją wtedy spotkałam. Teraz teściowa ma mniej ataków agresji, jeśli już, to słabsze. Przedtem potrafiła z rękami do mnie skoczyć. Wiesz jaką ona ma siłę w takim napadzie wściekłości? Nikt by się tego po niej nie spodziewał.

– Naprawdę ci współczuję. Jeśli kiedyś zechcesz, żebym przyszła z nią posiedzieć to powiedz. Będziecie mogli z Felkiem wyjść razem, coś załatwić albo odpocząć.

– Dziękuję ci, kochana jesteś. Boję się jednak, że ona się na to nigdy nie zgodzi.

– Kiedy przechodzę koło was, albo jestem u ciebie to mam wrażenie, że jest przychylnie nastawiona.

– Bo któreś z nas jest w domu, Feliks albo ja. Jakby sama z kimś oprócz nas miała zostać to byłaby straszna  awantura i obraza. Nie mam pojęcia co mogłaby zrobić: uciec z domu, zaatakować znienacka „intruza” czy nie wiem co jeszcze.

– Z zewnątrz nie widać, że stan jest aż tak poważny.

– Nie widać, to prawda. Dba o siebie w kwestii ubrania i higieny.  „I to by było na tyle”.

– Jak to? Co masz na myśli?

– Nie sprząta ani w swoim pokoju, ani w swojej łazience. Jeśli Felek nie wytrzyma i zwróci jej uwagę to się obraża i idzie do siebie naburmuszona. Czasem coś zrobi, ale tylko wtedy gdy chce ukryć, że znów rozbiła szklankę albo kubek, albo zniszczyła kolejną rzecz co się bardzo często zdarza. Zachowuje się jak małe dziecko, które coś zbroi. Do tej pory nie nauczyła się segregować śmieci. Muszę pilnować kiedy swoje wyrzuca i jej worek przeglądać tak, żeby nie widziała. Jestem jak baba śmietnikowa..

– No co ty?

– Muszę. Dotąd nie zapamiętała gdzie się wrzuca plastiki, gdzie szkło, a gdzie inne śmieci, chociaż pojemniki stoją obok siebie. Przedtem pisałam kartki i przyczepiałam, na przykład z napisem: mamo, tu się wrzuca tylko szkło. Nie działało, teraz ją po prostu pilnujemy.

– Oj, no to wesoło, nie powiem – ze współczuciem spojrzała Sabina.

– Najgorszy jest fakt, że nie wiesz czego możesz się po niej spodziewać za chwilę. Jest kompletnie nieprzewidywalna. Przez to nie możemy psów z nią zostawiać w domu, musimy je wszędzie ze sobą wozić.

– Dlaczego? Przechodząc koło twojej siatki nieraz słyszę jak do nich przemawia najczulszymi słowami niczym do dzieci, że są jej najdroższymi istotami na świecie, głaszcze je, przytula i całuje.

– Zgadza się. Naprawdę je kocha.. Tylko… z tej miłości by je otruła. Jak myślisz dlaczego są takie grube?  Zadzior jest większy to mniej widać, ale Zorka  wygląda jak okrągła beczka na cienkich nóżkach. Mają nadwagę, a ja ich nie potrafię odchudzić.

– Trudno jest odchudzić psa, to prawda.

– Poza tym kilkakrotnie zapobiegłam w ostatniej chwili wypuszczeniu ich na ulicę. Chciała, żeby sobie pobiegały. Zamiast wypuścić je do ogródka, otwierała drzwi wejściowe i jeszcze furtkę, a tu przecież samochody jeżdżą, brama na ulicę też jest otwarta…

– Faktycznie, musicie teraz mieć oko na wszystko.

– Właśnie. Ostatecznie się o tym przekonałam kiedy pojechaliśmy na cmentarz w Wilanowie. Przez chwile myślałam, żeby je zostawić, że przecież długo tam nie będziemy. W weekend dużego ruchu nie ma, podskoczymy raz dwa, zgarnę z grobu pozostałości różne, jakie tam są, położę kwiatki, zapalę znicze i gotowe.

– No jasne, przecież nie zajęłoby to dużo czasu.

– Coś mnie tknęło i jednak ubrałam psiaki, czyli założyłam im szelki…

– My też mówimy, że ubieramy Zadrę – wtrąciła Sabina.

– … i pojechały z nami – ciągnęła Inga. – Zrobiłam co miałam w planie, Feliks w tym czasie poszedł z nimi na spacer i wróciliśmy. Już z uliczki zobaczyłam, że furtka jest otwarta na całą szerokość,  drzwi do domu też. W zamku wisiały klucze, to znaczy klucze były w zamku a wisiała taka długa smycz, którą przypięliśmy, żeby łatwiej było znaleźć jak znowu je gdzieś schowa. Ścisnęło mnie w dołku ze strachu, od razu pomyślałam, ze zasłabła i leży gdzieś bez życia. Wyskoczyłam z auta i popędziłam do domu. I wiesz co?

– No mówże – Sabina niecierpliwie popędziła przyjaciółkę.

– Siedziała u siebie w pokoju jakby nigdy nic, a każdy mógł wejść do domu i wynieść wszystko co tylko by mu się spodobało.

– Dlaczego?

– Bo bramka i drzwi otwarte…

– To zrozumiałam, ale dlaczego siedziała u siebie zostawiając otwartą chałupę?

– Na podłodze leżała kurtka, tego ci jeszcze nie powiedziałam.

– Też bym się przestraszyła zobaczywszy podobny obrazek.

– Myślę, że z pewnością chciała pójść do sklepu. Ubrała się i wtedy sobie o czymś przypomniała, może nie wzięła torebki, może telefonu i zaczęła szukać. O tym świadczyłaby kurtka na podłodze, prawda? Jakby ją w pośpiechu zdjęła i rzuciła bądź gdzie, bo poleciała szukać czegoś ważnego.  Co z tego, że wszystko otwarte? A jak się znalazła na górze to zapomniała o tym, co na dole, że coś miała zrobić, czy gdzieś pójść.

– Zajęła się czymś innym i zapomniała o tym co robiła przed chwilą. Wiesz, to taki typowy przykład, książkowy wręcz. Wiem, bo się napatrzyłam przez siatkę co Kasia miała z panią Wacią. I nagadałam się z nią przez tych kilka lat, że ho ho, normalnie za eksperta mogłabym robić.

– Widzisz więc, że psiaki muszą wszędzie jeździć z nami, nie odważę się ich zostawić. A jakby podpaliła dom, tfu, tfu, odpukać, albo otruła karmiąc na przykład czekoladą z rodzynkami, albo poczęstowała tabletkami myśląc, że to cukierki?

– W tej sytuacji bezpieczniej jest je zabierać, to prawda.  Pamiętaj jednak, że zawsze możesz je u nas zostawić w razie potrzeby.

– Dziękuję ci bardzo za tę propozycję. Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

– Słuchaj, a w kwestii tego sprzątania nie możesz zaproponować, że jej pomożesz albo, że wspólnie coś zrobicie?

– A w życiu! Ja do niej wcale nie wchodzę, bo zaraz mówi, że coś jej zginęło patrząc na mnie znacząco. I zaczyna czegoś szukać: zegarka, pierścionków, pieniędzy, kluczy, aparatu słuchowego. Zresztą jeden już zgubiła naprawdę i nie mamy teraz za co jej kupić kolejnego.

– O w mordę – jęknęła Sabina.

– Tylko Felek do niej wchodzi. Ja nie chcę rozjątrzać. Odkąd wiem, że jest chora staram się nie zwracać uwagi na jej słowa i zachowanie. Przedtem okropnie przeżywałam, że wyzywa mnie od najgorszych za niewinność. I to takimi słowami jakich od nikogo w życiu nie słyszałam pod swoim adresem. Zresztą do Felka też potrafi się tak odezwać. On się do tej pory irytuje, biedny taki, że przykro patrzeć. Tłumaczę mu, że to choroba, żeby nie brał jej słów do siebie, ale czasem i ja tracę cierpliwość i coś palnę. Potem się gryzę, mam wyrzuty sumienia, pretensję do siebie za brak opanowania. I tak się męczę, choć wiem, że ona za chwilę nie będzie niczego pamiętała.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 6 komentarzy

Tak sobie myślę…

Tak sobie myślę, że emerytura to dla mnie okres dojrzewania. Czyżbym była ograniczona i niedorozwinięta przez całe moje długie życie? 😊 Niedorozwinięta tak do końca może nie, ale ograniczona  jak najbardziej – obowiązkami, finansami, pracą, przełożonymi, sytuacją rodzinną itp., itd. W sumie nie żałuję niczego poza tym, że nie zrobiłam prawa jazdy 😊 a najbardziej tego, że nie poświęciłam dzieciom więcej czasu, że nie dałam rady w tej materii, oraz tego, że nie byłam mądrą matką tylko kochającą. I żal tego, że mądrość przychodzi z czasem a nie wtedy, kiedy przydałaby się najbardziej…

Teraz staram się zajmować tylko tym co do mnie należy. Jednak trudno się oderwać od spraw dziejących się „w naszej umiłowanej, udręczonej Ojczyźnie” – mówiąc słowami pana Zagłoby. Wciągnęłam się w słuchanie posiedzenia komisji do spraw wyborów kopertowych, jak już zaczęłam to słuchałam i patrzyłam – „nie chcem ale muszem”. Przypomniało mi się co wtedy przeżywaliśmy, co się działo, czego się baliśmy, jakie obrazy oglądaliśmy codziennie… Zmarnowałam w sumie cały dzień. Ale – czy na pewno zmarnowałam? Co miałam zrobić – zrobiłam. Pranie włączyłam, no właśnie, uruchomiłam nową pralkę, bo stara niestety naprawić się nie dała i trzeba było nabyć nowy sprzęt. Odłożyłam chwilowo dalsze przeglądanie i porządkowanie księgozbioru, MS musi zerknąć na odłożone książki czy chce je zatrzymać czy może „puścić je między ludzi”, może komuś się przydadzą. Mam mnóstwo odziedziczonych po tacie, trudno trzymać je jedynie ze względów sentymentalnych, nie moja bajka, niektóre mogą jedynie zainteresować MS. Tak więc część mózgu zajmowała się sprawami codziennymi, część słuchała komisji… Ręce opadają to jak nimi się posługiwać przenosząc książki 😟

Zaczęłam prezentować w odcinkach „Babie lato i kroplę deszczu” . Czuję się w obowiązku wytłumaczyć, że pisałam i skończyłam jeszcze przed covidem, czyli jednocześnie przed 24 lutego 2022, zatem przez inwazją putina na Ukrainę. Tak się złożyło, że temat (między innymi) poruszony w powieści –  wynikający z doświadczenia mojego rodu – stał się nagle aktualny w zupełnie innym wymiarze. Takie właśnie miałam odczucia –  śledząc wówczas  początek wojny, że pewne (karmiczne) rachunki zostały wyrównane, że od momentu kiedy rodacy tak  tłumnie i ofiarnie pomagali ludziom uciekającym przed spadającymi bombami, przed okrutną, potworną wojną, powinny być zupełnie inne, nowe relacje między naszymi narodami. Tak byłoby gdyby się nie włączali politycy… Zawsze jest tak, że zwykli ludzie, tysiące, setki tysięcy giną przez chore ambicje psychopatycznych władców. Właśnie dotarła wiadomość o zamordowaniu Nawalnego. Od razu przychodzi na myśl bezczelność, taka nieludzka podłość tych dwóch naszych przestępców nazywanych „więźniami politycznymi” przez prezespana i jego zwolenników. Czy są jakieś tego granice? Pytanie retoryczne 😟🙁

Kiedy skończyłam tę powieść – odleżała swoje jak zawsze u mnie bywa. Jednak pomyślałam, że czas nieubłaganie pędzi do przodu i nie ma sensu niczego odkładać na później, bo z tym „później” różnie może być. Dlatego zdecydowałam się na „puszczanie” w odcinkach. Nie mam ochoty z nikim dyskutować, nikomu tłumaczyć dlaczego tak napisałam a nie inaczej, nie będę niczego zmieniać, bo to moje i niczego nie muszę, minął czas gdy musiałam się podporządkować czyjemuś „widzimisię”. Takie jest moje widzenie świata i koniec kropka. W moim wieku mam prawo mieć swoje zdanie i się go trzymać. Nie muszę za niczym gonić, nie jest mi potrzebny poklask tłumów (hihi), w tłumie to już byłam i nie zamierzam wracać 😊 Nie wiadomo ile zostało czasu na tej niebieskiej kulce (jak mawia Mediteusz na YT) i pora zająć się sobą i swoimi sprawami (poza – oczywiście – obowiązkami codziennymi), pomyśleć o własnych potrzebach, nie pozwolić sobą manipulować. Pewnie z pierwszym rokiem numerologicznym (w takim jestem)  przemyślenia przyszły, więc  widocznie trzeba je wziąć pod uwagę. Wprawdzie z planowaniem zawsze miałam kłopot, sama siebie sabotowałam i – owszem – robiłam co trzeba, lecz z zupełnie odwrotnej strony niż pierwotnie zamierzałam 🙂 Patrzę na karteczkę z napisem „Chcesz spełnić marzenia? Nie fantazjuj lecz planuj”  i przyznaję rację temu stwierdzeniu. Tylko… jak się do tego zabrać i dotrzymać?  To dopiero jest wyzwanie.

Trochę ubarwić wpis trzeba, dorzucić koloru.

… pierniczki dekorowane przez Calineczkę 🙂 …

… nasze niedzielne śniadanie …

Na półmisku środek zajmuje tuńczyk z puszki, otacza go groszek konserwowy, następnie jajka na twardo z odrobiną majonezu i ogórkami konserwowymi , wszystko posypane jest czerwoną papryką pokrojoną w (prawie) kostkę i szczypiorkiem.  Lubimy ten zestaw i czasem sobie taką przyjemność sprawiamy (jak mi się przypomni) 😃

Jeśli chodzi o słodkości to wciąż było drożdżowe na pierwszym miejscu, tym bardziej, że Wera (kiedy się u nas uczyła przez kilka dni) stwierdziła, że bardzo lubi to konkretne ciasto, jest naprawdę najsmaczniejsze ze wszystkich.  Pora jednak coś innego wypróbować, poszperam więc znowu w przepisach i jeśli na coś wpadnę to się pochwalę i podzielę.

Dziękuję za odwiedziny oraz pozostawione słowa, pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego tygodnia 💗🍀🌞🌞🌞

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze

„Babie lato i kropla deszczu” – 5

Pewnego dnia Jagna podjęła decyzję. Tym razem była przekonana, że to decyzja ostateczna. Kilka razy była bliska jej podjęcia. Za każdym razem zdawało się, że to już prawie nieodwołalnie decyzja ostateczna, ale – jak wiadomo – „prawie” czyni wielką różnicę.

Tym razem opuściła biurowiec z wewnętrzną pewnością, że to koniec jej pracy w tym konkretnym miejscu, że jej noga tu więcej nie postanie. No, chyba, że osobiście przyniesie pisemne wymówienie, żeby zobaczyć na własne oczy wyraz twarzy najgłówniejszego z głównych. Jeśli będzie żyła mądrze dysponując zaoszczędzonymi pieniędzmi może przez rok nie pracować, szukając w tym czasie swojej drogi życiowej i własnego miejsca na ziemi. Była przekonana, że ze znalezieniem nowej pracy nie będzie miała problemu. W końcu poza technologią żywienia, którą ukończyła na SGGW wybierając ten kierunek po maturze, została również fachowcem w dziedzinie księgowości, finansów i zarządzania. Drugą specjalność dorzuciła do pierwszej, zasadniczej, by sprostać wymaganiom stawianym przed osobami aplikującymi na jej obecne stanowisko. Wówczas za wszelką cenę postanowiła zaimponować Radkowi swoją wiedzą, kompetencją i osiągnięciami czując intuicyjnie, że coś niedobrego zaczyna się dziać między nimi, brakuje porozumienia i wyrasta mur.

Po upływie czasu zdawała sobie sprawę, że nie istniał sposób na uratowanie związku, a na pewno jej wysiłki mijały się z oczekiwaniami męża. Musiałaby całkowicie zrezygnować ze swoich potrzeb, planów, marzeń i próby ich realizacji. Czyli po prostu zrezygnować z siebie i przemienić się w zupełnie inną osobę. A to już byłaby przesada i to wcale nie lekka, ale  bardzo gruba. Jak widać, Radek potrzebował w domu cichej, spolegliwej żony, przytakującej, podziwiającej i podkreślającej na każdym kroku wielkość i wspaniałość męża, zapatrzonej w niego bez reszty.  Cóż, Jagna taka nie jest, nie była i nigdy nie będzie. Jest dwudziesty pierwszy wiek a nie dziewiętnasty.  Zresztą żaden wiek tu nie ma nic do rzeczy, charakter i oczekiwania się liczą.

Część zaoszczędzonych środków korzystnie ulokowała, miała więc świadomość zabezpieczenia finansowego. Dach nad głową zaoferowali jej rodzice na czas nieokreślony. Postanowiła, że najpierw odpocznie, potem rozejrzy się za nowym zajęciem i mieszkaniem, żeby rodzicom nie ograniczać przestrzeni a sobie swobody. W końcu była dorosłą kobietą i nie bardzo odnajdywała się w nowym lokum mamy i taty. Z pewnością byłoby inaczej, gdyby po prostu wróciła do rodzinnego domu, do ich dawnego mieszkania. Tu jednak było nowe, obce jej miejsce, tworzone od początku przez rodziców zgodnie z ich obecnymi potrzebami. Miała uczucie, że swoją obecnością zakłóciła im intymną przestrzeń, którą sobie zbudowali.

Walcząc z wiatrem Jagna dotarła na zewnętrzny parking biurowca przynależny do jej dotychczasowej firmy. Ciężka to była walka, bowiem wiatr grał z ludźmi w grę opartą na tylko sobie wiadomych regułach. Na chwilę przycichał udając, że go wcale nie ma, po czym w gwałtownym, silnym porywie uderzał w każdego, kto nie doceniał jego możliwości. Z ogromną siłą starał się zwalić z nóg zaskoczonego przechodnia. Ponieważ jednak – pewnie ze względu na późną porę – tylko nieliczne cienie przemykały ulicą, był niezaspokojony w swej żądzy walki i z tym większym zadowoleniem zaatakował kobietę, która pojawiła się na pustej przestrzeni parkingu. Zrywał jej z głowy kaptur krótkiego płaszcza, próbował ten płaszcz z niej zrzucić. Podwinąć do góry spódnicy mu się nie udało, bo wąska była i dopasowana do zgrabnej figury właścicielki, więc zajął się splątywaniem włosów wysuniętych spod kaptura. Wreszcie zawył z wściekłości, kiedy wbrew jego wysiłkom kobiecie udało się dotrzeć do jednego z nielicznych parkujących samochodów.

Mocując się z wyjącym przeciwnikiem Jagna otworzyła drzwi żółtego nissana Juka i z westchnieniem ulgi usiadła w fotelu kierowcy.  Posiedziała chwilę bez ruchu zanim uruchomiła silnik. Rozejrzała się wokół utwierdzając się w swej niechęci do całego otoczenia, w słuszności podjętej decyzji. Cóż z tego, że – obiektywnie rzecz biorąc – biurowce były jasne, ładne, nowoczesne, miały wokół siebie uporządkowane otoczenie i pojawiało się ich coraz  więcej na Służewcu zwanym  Przemysłowym, na którym do niedawna straszyły pustką ponure budynki po działających w przeszłości zakładach przemysłowych. Dla Jagny było tu okropnie. W tej chwili oczywiście, bo może kiedyś, później, za czas jakiś spojrzy na wszystko innym okiem.

Przekręciła kluczyk, z lubością posłuchała przez chwilę pracy silnika zanim ruszyła zostawiając na parkingu wyjący wiatr, ze złości ciskający liśćmi i małymi gałązkami zerwanymi z okolicznych drzew. Włączyła płytę z energetyczną irlandzką muzyką w wykonaniu zespołu Carrantouhill. Po chwili poczuła się lepiej. Klamka zapadła, decyzja podjęta. Koniec i kropka. Pora spojrzeć na świat z zupełnie nowej perspektywy.

Skręciła w stronę Piaseczna. Minęła Wyścigi, skręt w lewo na Ursynów, przejechała pod wiaduktem nowej trasy na Poznań. Jechała przed siebie spokojnie, w pełnym komforcie jaki daje prawie pusta jezdnia. Zdarza się to bardzo, bardzo rzadko, prawie wcale. Teraz trafiła się taka okazja  ze względu na późną porę oraz pogodę, która pozwala na opuszczenie domu jedynie w stanie wyższej konieczności. Napotkała na Puławskiej zieloną falę, co już graniczyło z cudem, więc poczytała to za dobrą wróżbę i przychylne spojrzenie losu w jej stronę.

W Piasecznie skręciła w Geodetów. Przejechała przez nowe rondo przy centrum handlowym i uśmiechnęła się do siebie. Mama nigdy nie mówiła, że idzie na zakupy do „Piotra i Pawła” tylko do „Pawła i Gawła” I tak już zostało. Rondo było prawdziwym zbawieniem dla użytkowników. Przedtem skrzyżowanie pokonywało się z duszą na ramieniu oraz ze złością na zbyt długie czekanie na możliwość przejazdu. Było bardzo niebezpieczne tak dla kierowców jak dla pieszych. Teraz ukończono i oddano rondo do użytku i „stała się przestrzeń” wokół, jasno oświetlona, przyjazna i bezpieczna szczególnie dla pieszych, którzy poprzednio kompletnie niewidoczni w ciemnościach, z narażeniem życia kluczyli między samochodami próbując przejść na drugą stronę ulicy.

Po chwili Jagna była przy Julianowskiej, skręciła w prawo, zostawiając za sobą tor kolejowy  dotarła do osiedlowej uliczki. Zatrzymała się przy posesji, otworzyła pilotem bramę i wjechała do środka. Do garażu już nie mogła, tam stało auto rodziców. Żółty Juke musiał więc zamieszkać na zewnątrz co mu wcale nie przeszkadzało i nie zgłaszał sprzeciwu. Wręcz odwrotnie, nowe miejsce pobytu bardzo mu się podobało. Od wiatru zasłaniała go drewutnia obrośnięta dzikim winem i bluszczem, dom oraz płot od strony sąsiadów. Nie to, co na parkingu koło biurowca. Było miło i przytulnie. Jedynie deszcz moczył go od czasu do czasu, ale tym Juke się nie przejmował. Młody był, deszczem się cieszył i traktował jak wesołą kąpiel.

– Córcia, co tak późno? – przywitała Sabina córkę. – Już się niepokoiłam, bo dzwoniłam kilkakrotnie i nic.

– Komórka mi padła. Nie spojrzałam, nie widziałam, więc jej nie podłączyłam do ładowarki. Zorientowałam się dopiero w samochodzie.

– Dobrze, że jesteś. Tata już poszedł na górę, jakiś mecz ogląda z łóżka. A ja się nie mogłam na ciebie doczekać i upiekłam owsiane ciasteczka. Zrobię ci herbatę, rozgrzejesz się. Dobrze?

– Dobrze mamo, dobrze. Pójdę się przebrać – odpowiedziała idąc do swego tymczasowego pokoju.

Pomyślała, że jest ogromnie wdzięczna mamie za troskę, jednak… wolałaby wrócić do własnego mieszkania, nie musieć nikogo oglądać,  z nikim rozmawiać, po prostu położyć się i leżeć przez cały dzień. Teraz musi udawać, że jest wszystko w porządku, musi zejść do matki, która czeka na nią i chce służyć pomocą swemu dziecku jak wszystkie prawdziwe matki świata.

Szybko zrzuciła elegancki kostium, który teraz wydawał się drażnić i parzyć ciało. Założyła wygodną, domową sukienkę uszytą przez siebie jeszcze w czasie studiów i zeszła na dół. Na stole czekała gorąca herbata, kusząco pachniały świeżutkie ciasteczka. Dopiero wtedy poczuła ssanie w żołądku. Przecież właściwie nic nie jadła przez cały dzień, jakąś chińską zupkę rozmieszała w kubku, na nic więcej nie miała czasu.

Podeszła do siedzącej przy stole matki, objęła ją i przytuliła się.

– Dziękuję mamo.

– A za co? – zdziwiła się Sabina.

– A za całokształt – uśmiechnęła się Jagna wspominając swe niedawne myśli, zapewne wynikające z przemęczenia…

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 12 komentarzy

Szaro, buro…

Pogoda się popsuła, pada, sypie, wieje, wyje, cały świat wokół zmoknięty, szaro, buro … ale nie ponuro 😃 Wystarczy włączyć małą lampkę, zrobić ciepłą kawę albo herbatkę wg własnego upodobania i wygodnie zasiąść w fotelu z książką w ręce. Szczyt szczęścia – jeśli to możliwe oczywiście. Są sytuacje, w których jest to utrudnione, ale … nie będziemy mówić o skrajnościach.  Wyszłam z Szilunią wczesnym rankiem, jeszcze ciemno było na świecie, zanim wyszłyśmy to wrócił Franuś, zaszył się w ciepłym, ciemnym kącie i śpi. Ostatnio więcej u nas przebywa niż we własnym domu, tutaj ma absolutny spokój i przytulanki do woli. Szczególnie upodobał sobie kolana MS 😺 U siebie w domu spokoju nie ma, jak tylko Maluch go zobaczy natychmiast biegnie okazywać swą miłość 🙂 Do tego słychać drugiego Maluszka i kociego spokoju nie ma. A przecież Franuś swoje lata już ma i spokoju łaknie jak kania dżdżu 🐱 Przy obecnej aurze pachnie mu  żarełko i ciche, spokojne miejsce do spania, których u nas ma kilka, bo takie sobie wybrał sam. Jeśli w jednym wypatrzy go babcia D. i naprzykrza się z głaskaniem, przenosi się w inne, spokojniejsze.

Tłusty czwartek minął, pączków nie kupowałam, nie chciało mi się wyjść w taką pogodę, za to upiekłam dużą blachę drożdżowego ciasta z kruszonką.  Pączki własnej roboty przyniosła sąsiadka zza ściany, więc jej odwdzięczyłam się ciastem, czyli tradycji stało się za dość

Znalazłam jeszcze dwa filmiki nadające się do pokazania. Oczywiście kiedy je kręciłam nie miałam pojęcia, że kiedykolwiek pokażę je publicznie. Do głowy by mi to wówczas nie przyszło. To dowód, że wszystko się zmienia i możemy zrobić coś, o czym wcześniej nawet nam się nie śniło. Poprzednie pomógł mi Duży wstawić. Teraz rano włączyłam Lapka i… zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć jak to zrobił. Durna Baba nie zapisała wiedząc, że z pamięcią różnie bywa.  W związku z tym Baba z duszą na ramieniu zaczęła kombinować na wszystkie możliwe strony i … dopiero jak kliknie „opublikuj” to się okaże co zrobiła.

Filmiki nakręciłam jesienią w naszym lasku, tuż po powrocie ze Szczawnicy, Skituś doszedł do siebie po operacji, był zdrowy i szczęśliwy. Nie przyszłoby nam wówczas do głowy, że choróbsko tak szybko się odrodzi i go zabierze 💔

Proszę o wyrozumiałość w kwestii jakości pokazywanych „arcydzieł” 😃 Wiosną postaram się poćwiczyć, bo naprawdę odczuwam frajdę z nabywanych nowych umiejętności. Musicie przyznać, że kolory jesieni w lasku naszym przyosiedlowym były piękne, prawda?

Dziękuję za odwiedziny oraz pozostawione słowa i życzę udanego weekendu mimo pogody 🌞🍀💗

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 14 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 4

Jagna Turska przyzwyczajona była do częstego pokonywania dużych odległości drogą powietrzną. Wykorzystywała czas przelotu na odpoczynek, nadrabianie zaległości w lekturze spowodowanych codziennym brakiem czasu, oraz na doskonalsze przygotowywanie się do spotkań biznesowych, na które się udawała. Tym razem będąc już w drodze powrotnej do kraju nie mogła skupić uwagi na niczym konkretnym. Rozkojarzona nie wiedząc dlaczego, nie potrafiła skoncentrować się na czytanym tekście. Dręczyły ją jakieś dziwne myśli, nieokreślone obawy. Nie wiedziała czemu i skąd się one brały. Wszak wszystko potoczyło się zgodnie z planem, wracała z tarczą, nie na tarczy, choć w ostatniej chwili okazało się, że samodzielnie musi podołać zadaniu. Współpracownik, który miał jej służyć pomocą w Montrealu, od samego początku pilotujący sprawę, uległ wypadkowi i w stanie ciężkim lecz stabilnym przebywał w szpitalu. Współczuła człowiekowi, oczywiście, lecz widziała go zaledwie raz w życiu, kontakt z nim miała jedynie mailowy, nie czuła się z nim związana w jakikolwiek pozasłużbowy sposób. Jej dziwny  stan nie mógł więc być spowodowany jego wypadkiem, tym bardziej, że rokowania były pomyślne o czym ją poinformowała żona poszkodowanego. Wypadki chodzą po ludziach, zdarzają się codziennie, są wpisane w ludzką egzystencję.

Odłożyła na kolana książkę, którą bezskutecznie próbowała czytać. Oparła głowę o zagłówek wygodnego, lotniczego fotela i przymknęła oczy. Może dlatego opanował ją niepokój, że z Kanadą wiązały się wspomnienia z okresu przedmałżeńskiego? Pojechała tam z Radkiem przed planowanym ślubem, mieli zarobić na mieszkanie. Tak zrobili, ślub wzięli, mieszkanie kupili, lecz… Jagna nawet nie została w nim zameldowana. Potem okazało się, że całe to małżeństwo było pomyłką. Ona, naiwnie wierząca w „równość, wolność i braterstwo” w małżeństwie, przekonała się na własnej skórze, że w jej przypadku owa wiara była błędem. Pierwsza myśl, jaka przemknęła jej wtedy przez głowę brzmiała: jak dobrze, że nie zmieniłam nazwiska. Wtedy, czyli w chwili kiedy dowiedziała się, że Radek ma kochankę, zaś kochanka spodziewa się dziecka. Dziecka jej męża!

Świat Jagny zawalił się w jednej chwili. Zabrała trochę swoich rzeczy i przeniosła się do rodziców, którzy niedawno przeprowadzili się do niedużego segmentu pod Warszawą. Przygarnęli zdruzgotaną córkę z otwartymi ramionami oddając jej do dyspozycji pokój z łazienką na czas lizania ran i leczenia zranionej duszy. Od tamtej chwili minęło sporo czasu, dusza znajdowała się w coraz lepszej kondycji, właściwie – w zupełnie niezłej. Czasem tylko znienacka dochodziły do głosu wspomnienia gnębiąc je obydwie, czyli Jagnę wraz z jej duszą. Natomiast ciało Jagny zaczynało odczuwać coraz większe zmęczenie, znużenie, brak energii co miało wpływ i na samą Jagnę, i na jej duszę.

Opuszczając samolot pomyślała, że ona jako całość, czyli Jagna, jej dusza i ciało mają dość. Mają serdecznie dość pracy w korporacji. Mają dość bycia w bezustannej dyspozycji. Mają powyżej uszu spędzania czasu – który powinien być absolutnie prywatny – pod telefonem, przy komputerze albo na wyjazdach firmowych, tak zwanych integracyjnych. Ona nie chce się integrować z nikim i z niczym. Ona, Jagna, chce się izolować. Absolutnie, całkowicie. Najchętniej uciekłaby do jakiejś pustelni. Mogłaby się nawet żywić korzonkami, żeby nikogo nie widzieć i nie słyszeć. Nikogo!

No cóż, można sobie tak myśleć, ale żyć z czegoś trzeba. Szczególnie gdy się jest przyzwyczajonym do pewnego poziomu finansowego, albo ma się rodzinę i kredyty do spłacania jak większość koleżanek i kolegów z pracy. Ona jednak tego nie miała, była więc w pewnym sensie w lepszej sytuacji. Była wolna. Mogłaby rzucić w diabły całą  tę pracę i nie oglądać byłego męża nawet od czasu do czasu. Spotykali się, ponieważ pracowali w tej samej firmie choć w innych oddziałach rozlokowanych w różnych częściach miasta. Przykre były dla niej takie spotkania. Wciąż jeszcze bolało. Bolało, że Radek tak szybko zapomniał o wspólnie snutych planach, o przeżytych razem chwilach. Że chodził  pusząc się jak paw pokazując na prawo i lewo zdjęcia swojej latorośli jakby chciał  specjalnie Jagnie dopiec i powiedzieć: ty nie chciałaś mieć dziecka to nie masz, a ja mam, patrz, zazdrość i podziwiaj…

Może zresztą tak nie było, może nie robił tego specjalnie aby ją skrzywdzić, tylko po prostu był szczęśliwy i tym szczęściem chciał się dzielić z innymi… Jego nowa partnerka  zadawalała się byciem w domu matką i żoną, nie przejawiała zawodowych aspiracji, twierdziła, że zawsze marzyła o takim życiu. Jagna zaś przed ślubem tłumaczyła Radkowi, że ona ma inne plany na przyszłość. Nie po to studiowała, aby życie spędzić w domu na czekaniu z obiadkami na pana i władcę. Zdawało mu się nie przeszkadzać wówczas nic z tego o czym mówiła. Może nie słuchał, może lekceważył. W każdym razie gdy zażądał, aby rzuciła pracę, bo on zarabia wystarczająco dużo i zajęła się nim, domem i urodziła dziecko odpowiedziała, że plany ma inaczej rozłożone i różnią się od jego planów o czym go uprzedzała przed ślubem.  I to wielokrotnie.

Z perspektywy czasu wiedziała, że w owej chwili zakończyło się jej małżeństwo. Radosław bardzo dobrze wiedział, że żona nie przystanie na jego żądania. Znalazł sposób, żeby na nią zrzucić winę za rozpad związku. Już wtedy miał kochankę. I nigdy nie zameldował Jagny w mieszkaniu, na które wspólnie pracowali…

Jagna z ulgą opuściła samolot. Nie mając innego bagażu poza podręcznym idąc szybkim krokiem znalazła się poza terenem lotniska. Wsiadła do taksówki i podała taksówkarzowi adres rodziców.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 10 komentarzy

Młoda łania w kąpieli

Dowód na to, że w Szczawnicy cuda się dzieją 🙂 Jelenie, łanie i ich dzieci spacerują między ludźmi zapewne wierząc, że ludzie są dobrymi istotami i nie zrobią im krzywdy. Tę ślicznotkę spotkałam – jak już mówiłam – idąc na dół do miasteczka, na tyłach Dworku Gościnnego. Za drzewem po prawej stronie są schodki prowadzące do ulicy Szalaya, malownicze i urokliwe. Widoczny fragment żółtego budynku to stary pensjonat, bardzo stary i musiał być bardzo piękny, teraz stoi pusty odkąd pamiętam i był do sprzedania.  Kawałek dalej w prawo – znajduje się hotel Batory (tu mieszkał kiedyś Henryk Sienkiewicz), obecnie elegancki, unowocześniony obiekt.

ż

Nie dajcie się porwać żadnym wichrom, choć w tej chwili dają się we znaki 😉 Szczęśliwego tygodnia wszystkim dobrym ludziom  💗🍀

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 10 komentarzy

Kochane pieski

Taka pamiątka z czasu, gdy psiepsiołki kochane biegały razem 💗💗💗

💗💗💗

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 12 komentarzy

Szczawnicki celebryta

Dziewczynki spędziły z nami weekend dostarczając radości i rozrywki. Oczywiście „rozrywka” odnosi się do Calineczki  😃 Na pytanie „co będziesz jadła?” odpowiedź pada wiadoma – słodycze i makaron 😃 Zrobiłyśmy deser, który się składał z biszkoptów namoczonych w kawie, kremu (z torebki dr Oetker) i galaretki w dwóch smakach, akurat miałam truskawkową i cytrynową.  Dla szkrabusi robienie jest frajdą, jedzenie już niekoniecznie, ale trochę zjadła 😉 W sobotę pomagała w przygotowaniu sernika. Do pomocy w różnych czynnościach zawsze jest chętna, w końcu to Panna, więc w ruchu musi być nieustannie 🙂

Duży pokazał mi jak się wstawia filmiki, na wszelki wypadek (gdybym zapomniała) zapisałam już w szkicach wszystkie trzy i po kolei pokażę.

Dobrego tygodnia życzę i dziękuję za odwiedziny w moim kąciku 💗

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 3

Inga rano wstała z bólem głowy, dręczyły ją koszmarne sny związane z nieustającymi myślami dotyczącymi przyszłości.  Komornikowi wciąż nie udawało się odzyskać ich pieniędzy i nie miała nadziei  na rychłe rozwiązanie, ponieważ w związku z reformami sądownictwa, zwanymi przez  ich krytyków deformami, sprawy się przeciągały ponad miarę i nie było widoków na poprawę sytuacji.

– Cholera, ciągną się jak sparciała gumka w starych majtkach – mruknęła pod nosem.

– Coś mówiłaś? – spytał Feliks schodząc po schodach.

– Tak, ale do siebie – uśmiechnęła się do męża. – Miałeś dzisiaj dłużej pospać.

– Wiesz jak jest, akurat wtedy kiedy sobie człowiek może pospać, to się budzi wcześniej. Zawsze tak było – podszedł do żony i cmoknął ją w czubek głowy. – Co robisz?

– Piję kawę.

– A poza tym?

– Myślę.

– Wiem przecież, że jesteś myślącą kobietą. A o czym ze sobą rozmawiałaś? Zdradzisz?

– O sytuacji zewnętrznej i Budowlańczyku.

– Aaa, no to rozumiem. Ale kochanie, dziś o tym nie myśl, nie psuj sobie humoru. Mamy piękną złotą jesień i plany na dziś. Zapomniałaś?

– Skądże, to nie ja mam sklerozę… – zreflektowała się widząc zmianę na twarzy męża. – Przepraszam, nie chciałam, miałam ci nie mówić, żeby cię nie denerwować, ale mi się wyrwało. Że też nie potrafię utrzymać języka za zębami…

– Co się znów stało?

– Na szczęście nic takiego.

– Ale co?

– Zeszłam na dół jak jeszcze było ciemno. Znalazłam w kuchni na podłodze rozbity talerzyk z ciastem, a pełna blacha zniknęła. Sprzątnęłam i poszłam na górę prasować. Kiedy skończyłam i zeszłam  na dół zrobić sobie kawę, blacha wróciła z połową zawartości.

– A druga połowa jest pewnie ukryta w szafie pod bluzkami – pokiwał smutno głową.

– Ważne, że nic się nie stało. Zresztą odkąd mama przyjmuje leki, jest o wiele lepiej niż kiedyś. Teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie.

– A miał być taki miły dzień – westchnął Feliks i usiadł w bujanym fotelu.

– Widzisz, znowu popsułam ci humor. Kurczę, jestem okropna. Zrobię ci kawę, dobrze? Jaką wolisz dzisiaj? Może ekspres wyjmę? No powiedz jaką? – starała się przegnać ciemną chmurę z twarzy męża.

Coraz trudniej było Indze zapanować nad sobą, bardzo brakowało leku, który brała wcześniej.  Nie wiedziała jak postąpić. Może wrócić do poprzedniej lekarki? Zawsze pomagała i rozumiała. Ale dostać się do niej w awaryjnej sytuacji nie można było w żaden sposób. No i odległość. Nie do pokonania gdy człowiekowi naprawdę coś dolega, a samochodu nie ma. Przecież korzystali teraz z auta pożyczonego od dzieci. Starali się używać jak najrzadziej, za paliwo trzeba przecież płacić. Akumulator wymienili, bo stary zdechł na amen i poszły pieniądze na nieplanowany cel. Poza tym Feliks miał obawy i dodatkowy stres jaki towarzyszy używaniu cudzej rzeczy.

– Niechby się popsuł w drodze, albo stłuczka się przytrafiła  to co? Nie ma pieniędzy żeby go ściągnąć do warsztatu, nie mówiąc o samej naprawie – odpowiadał jej zirytowany sytuacją w jakiej się znalazł pierwszy raz w życiu.

Był oszczędny, rozsądny, nigdy nie postąpił nieroztropnie, nierozważnie. Już się taki urodził, taki porządny do granic. Przed podjęciem decyzji dotyczącej jakiejkolwiek sprawy, czy to rodzinnej czy zawodowej, rozważał  problem z każdej strony, starannie wybierał najwłaściwszą opcję. Uczciwy do bólu tego samego oczekiwał od ludzi, z którymi miał do czynienia.  Tym bardziej od państwa, w służbie którego spędził całe dorosłe życie. To państwo go zawiodło i okradło, wpędziło w nędzę, zaś osoby nie zasługujące na szacunek tryumfalnie szczerzyły zęby z ekranu telewizora. Nie dał rady przejść nad tym do porządku.

– Feluś, dzieci powiedziały, że samochód jest dla nas na zawsze, przecież oni teraz jeżdżą dużym – próbowała zmienić nastrój męża. – Odkąd urodziła się Ewelinka to Bogna jest w domu z malutką. Potrzeby się zmieniły, nie jeździ do pracy, więc auta nie używa. Dzięki temu, że stoi u nas możesz mnie do niej w każdej chwili podrzucić, kiedy jestem potrzebna.

– Nie rozumiesz jak ja się czuję? Jak szmata, jak dziad proszalny – żadne rozsądne argumenty żony  nie przynosiły uspokojenia.

Usiłując zachować pogodny wyraz twarzy Inga wyjęła z lodówki biały ser, powidła śliwkowe oraz małą puszeczkę mielonki szumnie określonej na opakowaniu jako szynka drobiowa. To dla teściowej, brak wędliny podczas śniadania wywołałby grymas niechęci. Nawet gdy jej nie jadła robiła minę jakby ktoś specjalnie chował przed nią jedzenie i głodził ją, choć „ona tylko troszeczkę i wystarczy”. Taka malutka puszka była w Biedronce najtańsza, kosztowała złoty czterdzieści pięć. Co z tego, że zawierała głównie świństwo i truciznę? Coś trzeba jeść nawet jak się nie ma pieniędzy. Podczas okupacji na oleju samochodowym ciotka smażyła placki i nikt nie umarł od tego. Wujek opowiadał, że na początku przez kilka dni miał sraczkę, ale potem się organizm widocznie przyzwyczaił i przeszło. Różne dziwne rzeczy się wtedy jadało, wystarczy poczytać jak się nie zna faktów przekazanych w opowiadaniach rodzinnych. Człowiek przecież jest silny… No właśnie, afirmacje… wszystko jest dobre w moim świecie….wszystko jest dobre w moim świecie…wszystko jest dobre w moim świecie… aha, a ja jestem japońską cesarzową… wszystko jest dobre… Jakie dobre? Jakie wszystko?!!!

– Inga, nie jesz śniadania? Chodź już – głos męża przywrócił jej poczucie rzeczywistości.

– Już, już idę, patrzyłam czy jest sałatka, wydawało mi się, że jeszcze trochę zostało, ale widocznie mi się tylko zdawało…

Usiadła z herbatą. Nie miała ochoty na jedzenie,  prawie przemocą wcisnęła w siebie kanapkę z serem starając się nie zwracać uwagi na teściową pukającą dłonią w ucho, a raczej w aparat słuchowy, dającą w ten sposób do zrozumienia, że urządzenie nie działa. Jakby nie mogła po ludzku powiedzieć o co jej chodzi, pomyślała zerkając na męża. On zdawał się skupiać całą uwagę na słowach dziennikarza płynących z telewizora, choć kątem oka obserwował matkę. Kiedy myślała, że nikt na nią nie patrzy, zdejmowała z twarzy boleściwą maskę męczennicy, przywołując ją natychmiast, gdy któreś z nich zwracało się w jej stronę. To był już chyba odruch, nie tylko przy jedzeniu, ale w każdej innej sytuacji również. Na przykład brała miotłę i zamiatała. Nie chodziło o to, że Inga po niej poprawiała, bo zostawiała mnóstwo psich kudełków. Miała prawo ich nie widzieć i miała prawo nic nie robić. Skoro czuła potrzebę zamiatania, proszę bardzo, niech robi wszystko co chce, byle była zadowolona.  Rzecz w tym, że kiedy nikt jej nie widział, albo myślała, że tak jest, zachowywała się normalnie. Natomiast gdy spostrzegła, ze ktoś na nią patrzy, albo w ogóle jest w pokoju  zaczynała jęczeć, stękać, oddychać jak po ciężkim biegu. Inga przez pewien czas dawała się nabrać, przerażona myślała, że starszej pani coś się stało.

– Nie przejmuj się za bardzo – uspokajał  Feliks. – Tak samo się zachowywała moja babcia.  Dzwoniła rano i głosem umierającego człowieka kazała mamie do siebie przyjeżdżać, a kiedy matka dojechała, okazywała się najzdrowsza na świecie i grały przez pół dnia w karty. Matka się z tego śmiała, a teraz sama tak się zachowuje.

– Przecież ma prawo źle się czuć. Jest w tym wieku, że po prostu nie może być zdrowa jak koń, bo koniem nie jest –  upierała się Inga, ale tylko na początku, potem przestała.

Po śniadaniu udało się Indze wyciągnąć męża na spacer. Miłe są chwile wspólnych spacerów, pomyślała, tym bardziej, że zbyt rzadkie. I to jest nienormalne. Na prawdziwe spacery powinniśmy w sezonie chodzić przynajmniej dwa razy dziennie. Albo przynajmniej raz, a dobrze i daleko na długą wycieczkę. Ale… niestety, zawsze jest jakieś ale… ale Feliks siedzi przy komputerze. Mówi, że musi,  bo nie mamy kasy… Przecież wiem, że musi. Po spacerze, gdyby się poruszał i dotlenił, z pewnością lepiej by mu się myślało, koncentracja by się poprawiła i może wtedy byłby jakiś rezultat tego siedzenia. Jak do tej pory nie ma żadnego poza nerwami, że nie wychodzi i poza  zmęczonymi oczami. Ale z drugiej strony to jest kolejna niesprawiedliwość. Feliks tyle czasu poświęcił na przygotowanie się, bezustannie ćwiczy, notuje, jakąś strategię testuje, naprawdę jest zapracowany i nic z tego nie ma! Na taką ilość pracy i zaangażowania, jaką wkłada – należy mu się nagroda, powinien być widoczny efekt trudu wkładanego codziennie w tę pracę!…  Boże, jak dobrze tak sobie zwyczajnie iść obok niego…

– Miło tak iść – odezwał się Feliks.

– Żebyś wiedział, że o tym samym w tej chwili myślałam – odpowiedziała. – Jakbyś odczytał moje myśli. Popatrz na „dzieciaki”. Jak one cieszą się ze wspólnego wyjścia!

Istotnie, obie mordki się śmiały, miały zadowolony wyraz ślepiów, machały ogonami spoglądając na swoich ludzi. Zadzior kroczył spokojnie, nawet dostojnie – rzec by można – równym krokiem, czujnie zerkając, strzygąc uszami i węsząc jeśli coś zwróciło jego uwagę, jakiś widok, dźwięk czy zapach.

– Ten pies to uosobienie siły spokoju – zauważył Feliks.

– Zupełnie odwrotnie niż Zorka – spojrzała Inga z uśmiechem na sunię. – Popatrz tylko, jest zachwycona, szczęśliwa i informuje o tym każdego napotkanego przechodnia. To przyjaciółka całego świata. A jaka szybka, bystra i zwinna…

– Taka była dopóki nie przytyła.

– Ale bystra jest w dalszym ciągu – broniła Inga ulubienicy. – Nawet bardziej. Ciągle się uczy czegoś nowego, zaskakuje mnie. O, na przykład wczoraj Zadzior był w ogródku. Powiedziałam jej, żeby go zawołała, a ona stanęła w uchylonych drzwiach i coś mu powiedziała. Za chwilę przyszedł. Naprawdę!

– Widocznie miała niepodważalny argument – uśmiechnął się myśląc, że dobrze jest wybrać się choć czasem na długi spacer.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 2 komentarze