Marysieńka i Jan

Wczoraj wieczorem wzięłam się za stos czasopism ( same stosy;)) i wycinków. Nigdy się nie pozbędę nadziei, że jeszcze przeczytam, zapamiętam, skorzystam z wiedzy. Zawsze jest tak, że przychodzi moment, kiedy przeglądam, znowu wycinam, potem znów wycinki z wycinków i… rośnie stos makulatury. Tym razem naprawdę chcę się pozbyć zbędnych rzeczy. Wiem, wiem, to jak z ciuchami, jeśli nie używałaś przez rok – wyrzuć albo oddaj… I co z tego, że wiem? Jak wyrzucę, natychmiast będzie mi potrzebne. Taki chomik ze mnie:) Myślę, że to cecha przekazana w genach, albo zakodowana w dzieciństwie, biorąca się z opowiadań dziadków o czasach międzywojennych i sprzed pierwszej wojny. Babcia Stefa i dziadek Staszek urodzili się w
ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku, świat ich dzieciństwa i młodości był tak kompletnie różny od mojego, znanego, doświadczanego na co dzień, że się nie da porównać.
No dobrze, ale zaczęłam o wycinkach. Znalazłam ciekawy – nie wiem z czego, być może z dodatku do „Gazety”, stary, bo już pożółkły papier jest – o Janie Sobieskim i Marysieńce. Niby wszystko wiemy, ale czasem fajnie jest coś sobie przypomnieć, tym bardziej, że para to była wyjątkowa, bo wówczas
nie były na porządku dziennym małżeństwa z miłości.
Związek rozpoczął się, kiedy piękna Francuzka była żoną Jana Sobiepana Zamojskiego. Skąd się wzięła w Polsce? Urodzona w Burgundii w Nevers (podobno 28.VI.1641 r.) Maria Kazimiera de La Grande d’Arguien była córką wojskowego i ochmistrzyni na dworze księżniczki Ludwiki Marii Gonzagi.
Księżniczka została żoną króla Władysława IV, a po jego śmierci wyszła za Jana Kazimierza. Marysieńka przyjechała do Warszawy z matką jako kilkuletnia dziewczynka. Ładne dziecko stało się maskotką dworzan, którzy ją Marysieńką nazwali i tak ją nazywano już zawsze.
W 1648 r. Ludwika Maria odesłała ją do Francji na naukę, skąd wróciła chyba w roku 1653. Jako dorastająca dziewczyna cieszyła się ogromnym powodzeniem, bo podobno była wyjątkowo ładna na tle naszych pulchnych szlachcianek, a jej urodę sławił sam Jan Andrzej Morsztyn.
Królowa wydała ulubienicę w 1658 r. za Zamojskiego, który młodą żonę zaniedbywał, nie zmienił swego hulaszczego trybu życia i na domiar złego zaraził ją chorobą weneryczną. Mimo to urodziła mu czworo dzieci, ale wszystkie zmarły w dzieciństwie z powodu wad genetycznych wywołanych chorobą rodziców.
Niedaleko od Zamościa przebywał Jan Sobieski, który poznał Marysieńkę już wcześniej, w 1655 roku. Wiosną 1659r. rozpoczął się ich gorący romans. W czerwcu 1661r. spotkali się w Warszawie i w tajemnicy, w kościele Karmelitów, wymienili się pierścionkami, a Jan przysiągł Marii miłość. Przyszły król mówił o tym wydarzeniu jako o pierwszym ślubie.
Marysieńka wyjechała do Francji pod pretekstem leczenia w 1662r., wróciła jesienią 1663. Myślała o rozwodzie, ale było to ogromnie skomplikowane przedsięwzięcie. I właśnie wtedy los przyniósł jej niespodziankę – mąż zmarł, a przyczyną śmierci były syfilis i alkoholizm, serce i wątroba nie wytrzymały połączenia choroby i trybu życia.
Za sprawą królowej wzięli cichy ślub, który bardziej wiązał Sobieskiego ze stronnictwem królewskim. Oczywiście tajemnica się wydała i wzięli oficjalny ślub, udzielony przez nuncjusza, późniejszego papieża Innocentego XII. Marysieńka zachodziła w ciążę – już jako pani Sobieska – aż trzynaście razy.
Poddała się kuracji polegającej na wcierkach rtęciowych, tak się leczyło wówczas choroby weneryczne.
Ciekawostką jest, że Marysieńka była szczerbata od wczesnych lat młodzieńczych. Większość ludzi cierpiała na próchnicę, a w XVII wieku gdy bolały zęby to się je wyrywało, sztuczne szczęki jeszcze nie były w użytku, dopiero się pojawiły wiek później. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, tak powszechne było to zjawisko.
Kochali się przez całe życie, co upamiętnione jest w listach Jana do Marysieńki. Byli naprawdę wyjątkową parą w ówczesnej Polsce. No i mieli za sobą aż trzy śluby:)))

21.06.2018

  • kotimyszkot Uwielbiam historie z dawnych lat.. Cieszę się, że u Ciebie można takie ciekawe opowieści poczytać 🙂
  • krzysztof213 Tak czy naprawdę było inaczej .ok nie to końca ale historie lubią się powtarzać .
    I tak widać że tam pili i lubili te sprawy .
    I jak lubisz książki to Poldark wichry losu polecam
  • annazadroza Myszokocie:-) Tyle tych wycinków, że na pewno coś ciekawego jeszcze w nich wyszperam:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Na nowym kanale EPIC DRAMA trafiłam na serial „Poldark. Wichry losu”. Kilka razy tylko, bo późnym wieczorem, ale podoba mi się. Myślę, że książkę połknęłabym migiem, bo wolę książki od filmów.
  • urszula97 Anno,super sprawa takie wycinki zbierać,nie wiedziałam o takiej historii tej pary,
  • marijana2 Wielka miłość, jak z bajki. Sobieski, będąc daleko na polach bitwy, tęsknił za Marysieńką i pisał piękne listy. Kilka z nich usłyszalam w jakiejś audycji radiowej. Były naprawdę niezwykłe.
    Aniu, masz bardzo fajne hobby, tylko wymaga ono systematycznego porządkowania wycinków, bo niechcący można utonąć w papierach. :))
  • veanka Też lubię historie opowiadające życie codzienne z danych lat.
    A jeżeli ta „codzienność” dotyczy ludzi sławnych i znanych, tym bardziej jest to ciekawe;).
  • annazadroza Urszulo:-) Wycinam interesujące artykuły, żeby je w spokoju przeczytać, bo często nie mam na to czasu na bieżąco. Potem Mąż je wyrzuca po przeczytaniu i dobrze robi, bo mnie wszystkiego szkoda i uważam, że może mi się jeszcze do czegoś przydać;)
  • annazadroza Marijano:-) Może to nie do końca hobby, tylko chęć przeczytania jeśli nie mogę na bieżąco. A potem – faktycznie rośnie stos papierów, które chcą mnie pożreć 😉 Pozbywam się więc ich przeglądając i wychwytuję jakieś ciekawostki do wykorzystania. I sobie przyrzekam, że nigdy więcej tony papierów… do następnego razu:))) Chciałabym być systematyczną osobą, ale nic z tego, wszystko robię zrywami;) Już się z tym pogodziłam i zaakceptowałam,przecież nie zmienię już teraz pewnych cech charakteru, zresztą niby po co :)))
  • annazadroza Veanko:-) Taka codzienność powoduje, że osoby znane stają się ludźmi z krwi i kości, nie tylko kamiennymi postaciami z pomnika. Tak np polubiłam ogromnie Bolesława Prusa po przeczytaniu książki o nim, był cudownym, ciepłym człowiekiem, a „znielubiłam” całkiem Żeromskiego.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Nie wyszło:(

Niestety, nie wyszło – a mówiąc szczerze myślałam, że wygramy z Senegalem dopóki nie zobaczyłam zawodników na boisku. Tacy jacyś ogromni, groźni, wytrzymali niezwykle – i już nie miałam nadziei. Mąż żartował, że czary swoje mają widać skuteczne, nasze – nie działają, zaklinanie rzeczywistości nie zda się na nic. Przykro, ale „piłka jest okrągła, a bramki są dwie” i może uda wygrać z Kolumbią.
Byłam u laryngologa i wciąż jeszcze nie do końca mój problem się skończył. Najważniejsze, że badanie słuchu wyszło ok. Takie, które się odbywa samo, bez czynnego udziału pacjenta, nie mamy na nie wpływu i nic nie można wykombinować. Pan doktor powiedział, że trzeba teraz dać organizmowi szansę, żeby się sam zregenerował. Na wszelki wypadek receptę wypisał, ale nie kazał jej realizować, chyba, że się nagle pogorszy, zacznie boleć albo gorączka się pojawi. No to się regenerujemy:)
Trzecia sprawa – wreszcie przejrzałam jeden cały stos książek, niektóre „po łebkach”, inne dokładniej, zostawiłam kilka, ale nie będę o nich mówić, bo to takie tylko na chwilę. W godzinę, góra dwie można je przerzucić. Czasem jednak czegoś takiego potrzebuję, szczególnie kiedy mam chandrę, kiedy ogólnie niechęć do świata mnie ogarnia i nie jestem w stanie sięgnąć po nic mądrzejszego. Chociaż – ktoś powiedział, że dobra jest ta książka, która w konkretnym momencie budzi ochotę do życia i pracy.
Jutro nie mam w planie żadnego wyjścia, przynajmniej do tej chwili nic nie wiem, więc będę miała więcej czasu (mam taką nadzieję). Pozdrawiam Was serdecznie bez względu na indywidualny stosunek do pogody i wynik meczu:)))

20.06.2018

  • salmiaki Głowa do góry 🙂
    A ksiazka- masz rację, jeśli pozwala nam.choc na chwilę przenieść się w inny świat, rozbawić czy skłonić do refleksji to już coś! Taki mały podatek w formie drugiego życia. Nieważne, czy autor dostał nagrodę czy nie. Ważne że nas zajęła na chwilę 🙂
  • urszula97 Nie wyszło? nie jestem ekspertem ale nasi grali bardzo miernie,jeden z najgorszych meczy .Co mnie denerwuje i denerwowało ? Media które kreowały jakby juz byliśmy mistrzami,a sam nasz trener „mleko się rozlało”,
    Może kolejny mecz będzie lepszy,
  • kotimyszkot No cóż.. nie pierwszy i nie ostatni 😉 Ale oby kolejny był lepszy.. Miłego czytania 🙂
  • e.urlik Pierwszy dzień lata, znaczy zima blisko! Co tam mistrzostwa, nic nie zmienią w losach Ziemi, a jeszcze dzień długi i można do późna siedzieć w ogrodzie. Wesołego lata!
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Salmiaki:-) Zobaczymy jaki wynik będzie w niedzielę.
    Książka to jest NAJLEPSZY, MILCZĄCY PRZYJACIEL CZŁOWIEKA – wiadomo przecież, prawda? W zależności od potrzeb dostarczy – rozrywki, porady, podpowie, nauczy, oświeci, pomoże przetrwać…
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Też ekspertem nie jestem, ale są mecze, które trzymają w napięciu tak, że kibicuje się całym sobą, tak wciągają, a są takie, na których usnąć można. Ten był wkurzający właśnie ze względu na otoczkę, że niby tacy genialni jesteśmy. Ale kciuki przecież będę trzymać, bez względu na wszystko.
  • annazadroza Myszokocie:-) Dzięki, czytanie książek zawsze jest miłe:)
    Może się chłopaki sprężą. Tylko współpraca przynosi pożytki, i to w każdej dziedzinie…
  • annazadroza Ewuś:-) To samo pomyślałam, wiosną było lato, to teraz co będzie? Wakacje się zaczynają i pogoda się popsuje? To byłoby nieładnie ze strony pogody. Ale popadać nocą to by mogło:)
    Mistrzostwa nic nie zmienią, może humory niektórzy będą mieć lepsze, gdyby się udało wygrać.
    Całe szczęście, że jeszcze dzień długi, ja bym wolała, żeby zawsze był długi, tylko w dzień wiem, że żyję, a i to nie zawsze;)))
  • kasiapur A ja myślę, że dużo niestety popsuło się w głowach piłkarzy. Futbol zawodowy
    rozsadził kadry narodowe nie tylko u nas. Wczoraj słyszałam wypowiedź
    naszego najmłodszego kadrowicza jeszcze ,,nic nie ugrał,, a sprawia wrażenie
    tak pewnego siebie. Drażni mnie w ogóle ,,to pompowanie,, w mediach, – do niczego
    nie potrafimy zachować dystansu…
    I masz rację Anula dobra książka – nie zawiedzie !
    Uściskuję serdecznie !
  • annazadroza Kasiu:-) Masz rację. W głowach im się przewraca od takich zawrotnych sum pieniędzy, które zarabiają nie tylko w klubach, ale na reklamach i różnych występach. Zrobili się gwiazdami pierwszej wielkości, co nie idzie w parze z umiejętnościami. Pojedynczo może są nieźli, ale – jako nasza główna wada narodowa – pokazuje się brak umiejętności współpracy. Nie tylko na boisku, ale w każdej innej dziedzinie. Dlatego nikt nas nie lubi, nikt nas nie chce, bo gdzie się pokażemy, siejemy wokół spustoszenie i niszczymy to, co jest.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 46a

Kasia pojechała na Ursynów odebrać awizo. Oczywiście opowiedziała Elżbiecie o wydarzeniach, których tematem przewodnim była pani Wacia.

– Mikołaj nie chciał z nią mieszkać i wiedział co mówi – z wielkim smutkiem spojrzała na przyjaciółkę. – To mnie się przywidziało, że się nią zaopiekuję, dokarmię, zadbam o prawidłowe przyjmowanie leków, że będziemy żyli długo i szczęśliwie, że wieczorem usiądę przy jej łóżku i będziemy sobie mówiły różne rzeczy, że naciągnę ją na opowiadania z przeszłości jak moją mamę, że przytulę na dobranoc, a rano na dzień dobry…- otarła łzę, która nie wiadomo skąd i po co się wzięła i spływała po policzku. – Głupia byłam…

– Wcale nie głupia – Ela pogładziła przyjaciółkę po ręce.

– Właśnie, że głupia. I to bardzo – Kasia pokręciła przecząco głową. – Z nią się po prostu nie da mieszkać.

Opowiedziała o ostatnich wydarzeniach.

– Myślałam, że już będzie ok. Przecież pomagała, bo chciała, wcale nie musiała.  Siedziała z Mikołajem na dole i oglądała „Tylko muzyka”. Poszłam do sypialni pierwsza, bo chciałam zobaczyć nowy odcinek „Przepisu na życie”.  A w poniedziałek zaczęło się wałkowanie od początku tego samego. Że ona wszystko z miłości do niego, a to ja jestem złośliwa i niedobra, i znowu o tych cholernych plackach, i o pieniądzach, że niemożliwe, żeby tyle poszło w dom…itp., itd. ale ona rozpiski kosztów nie chce, bo po co jej, ale przecież tyle było…

– Myślę, że starsi ludzie odrywają się w pewnym momencie od rzeczywistości – powiedziała Elżbieta.

– Ja to wiem – Kasia skinęła głową. – Przeżyłam takie odjazdy z tatą, ale były wynikiem choroby. Teściowa jest zdrowa fizycznie  ale ja już wiem: trzeba przyjąć do wiadomości, że  ona jest na etapie odrywania się od realu. To zbyt trudne, szczególnie dla Mikołaja, przy tej ilości problemów, jakie ostatnio mamy.

– Jak się to skończyło?

– Ja byłam w pracy, więc fajerwerki mnie ominęły. Po powrocie zastałam jedynie krajobraz po bitwie.

– Czyli?

– Ciemno u niej w pokoju, drzwi zamknięte, cisza, telewizor wyłączony. Aż się przestraszyłam i zmusiłam Mikołaja, żeby zajrzał co wreszcie z wielką niechęcią uczynił.

– I co?

– I nic. Leżała sobie w ubraniu na wersalce ze słuchawkami na uszach. Zamknął drzwi i tyle. Nie schodziła wieczorem do kuchni. Chyba, że w nocy, tego nie wiem. Rano, kiedy Mikołaj jadł śniadanie zeszła po wodę w tym samym dresie, czyli spała w ubraniu. A kiedy już mnie odwiózł do pracy i wrócił, łasiła się jak kotka, a to kawunię mu chciała zrobić, a  to obiadek. Wszystko spływa po niej jak woda po kaczce, a nas po prostu wykończyła. To nie jest normalne.

– Widocznie starsi ludzie już tak mają. Nic się na to nie poradzi. Przychodzi pewien moment w życiu kiedy przestają kontrolować swoje relacje z otaczającym światem, zmieniają proporcje problemów i spraw. Te, które dotyczą tylko ich, albo tak im się wydaje, urastają do gigantycznych rozmiarów. Wszystkie zaś inne przestają się liczyć. Oni nie są już w stanie obiektywnie spojrzeć, w nich tego obiektywizmu po prostu nie ma, za to żyją wewnątrz nich własnym życiem jakieś – nazwijmy to – byty z przeszłości albo i teraźniejszości lecz przyswojone wybiórczo, według im tylko wiadomych reguł, niezrozumiałych dla innych. I dlatego masz rację mówiąc, że ona widzi, słyszy i pamięta tylko to, co jej pasuje. Ale naprawdę to nie jej wina. Po prostu tak jest, tak to zostało zaprogramowane w ludzkiej naturze.

– Nie u wszystkich – odpowiedziała Kasia. – Nie wszyscy tak mają, bo teściowa mojej pracowej Mariolki jest zupełnie inna chociaż w wieku mojej teściowej. Wciąż pracuje na uczelni, nauczyła się pisać na komputerze, publikuje, do tej pory ma zajęcia ze studentami…

– Bo jest wyjątkiem, jak profesor Bartoszewski czy stulatek biorący udział w maratonie.

– Generalnie jednak chyba masz rację. Dlatego te pioruńskie placki od kilku miesięcy wyskakują jej co chwilę w pamięci. Zaś tego, że syna w nocy ciągle do siebie ściągała to nie pamięta, bo nie chce. Że kredyt brała, też nie. Natomiast doskonale wie, że Mikołaj zrobił się zupełnie inny odkąd się ze mną ożenił, bo jestem wredna i złośliwa.

– No bo jesteś – Elka ze śmiechem uchyliła się unikając mandarynki lecącej w jej stronę. – A będziesz jeszcze bardziej jeśli nie nabierzesz dystansu do jej słów i zachowania.

Przez pamięć Elżbiety lotem błyskawicy przeleciało wspomnienie chwili, gdy to ona rzuciła mandarynką w skrzeczącą srokę.  Jak to dawno było…

– Niestety, znów masz rację – powiedziała Kasia. – Bo jak nie nabiorę, to zwariuję. Już teraz słyszę głosy…

– Co słyszysz?

– No, głosy, swoje dwa. Jedna Kaśka rozmawia z drugą, tą bardziej wredną…

– Moja droga Katarzyno! Nie przypuszczałam, że sprawy zaszły aż tak daleko!

– Wszystko przez ciebie, bo  wyjechałaś i z kim miałam rozmawiać? .

– Nie mogłaś dzwonić? Zresztą przecież dzwoniłaś…

– O rany, ale z telefonem gadać to zupełnie co innego niż z żywą Elką. Twoje szczęście, że  wróciłaś, bo chyba bym cię udusiła – Kasia wykonała wymowny ruch ręką.

– Nie czepiaj się mnie – sprostowała Elżbieta. – Ile razy mam ci przypominać, że to ty się pierwsza wyprowadziłaś z osiedla, sama chciałaś.

– Niestety, sama chciałam – przyznała Kasia z westchnieniem. – Tylko nie przypuszczałam, że dobre, takie naprawdę dobre, fajne życie jedna stara kobieta potrafi przemienić w koszmar. Że moje, to rozumiem, trudno, jestem przecież wredną synową i zabrałam jej syneczka. Ale dlaczego wykańcza nerwowo własne dziecko, niby takie ukochane?

– Oj Kaśka, przecież ona tego nie wie, nie czuje, nie rozumie. I nie zrozumie. To tak jakbyś chciała swojej wnuczce wytłumaczyć co to są całki i wymagać ich stosowania.

– Nierealne – pokręciła głową Kasia.

– No właśnie…

– Nierealne – powtórzyła, – bo nie byłam na lekcji o całkach. Nie wiem co to, do czego służy, nie było mi potrzebne do tej pory i dalej nie będzie.

– Oj, a ja już myślałam, że coś do ciebie dotarło…Nie rzucaj we mnie tym telefonem, to nie mój tylko twój!

–  Faktycznie, mój – zdziwiła się Kasia. – Jeszcze sama sobie bym zrobiła krzywdę na telefonie.

– Zobacz, wyciągnęłam z szafy moje ukochane spodnie i co? Jestem za gruba – jęknęła Elka stając przed lustrem. – Nawet jak wciągam brzuch do samych pleców to ich nie dopnę.

– To je oddaj Adelce albo wyrzuć.

– Takie super spodnie?

– Po co ci one skoro i tak się w nich nie mieścisz? Chodź ze mną jutro do Hita, muszę zrobić zakupy, a przy okazji może coś ciekawego znajdziemy na twoje cztery litery.

Nazajutrz prowadziły ciąg dalszy rozmowy, między innymi na tematy damsko męskie.

– Mirek cię wpędził w kompleksy i do tej pory nie potrafisz uwierzyć, że możesz być atrakcyjna dla kogokolwiek. Udało ci się nawet niektórych o tym przekonać. Myślą, że jak mówisz, tak pewnie jest  i nie będą sobie zadawali trudu, żeby cię rozgryźć i obejrzeć od spodu.

– Głupia, niech sobie ciebie rozgryzają. Ja się obejdę…

– Już cię jeden rozgryzł i żyje, choć mu tyle lat życie zatruwasz…

– No nie, chyba cię … – potknęła się.

– A widzisz? Mam rację – zaśmiała się Kasia. – Człowiek nie może żyć sam bo jest zwierzęciem stadnym.

– Ja swoje stado mam, nowego mi nie trzeba.

– Pleciesz. Musisz znaleźć coś tylko dla siebie, jakieś hobby, zajęcie, poza tym Uniwersytetem bo widocznie ci za mało. Nie możesz żyć poprzez swoje dzieci. Chłopaki już się zestarzały i daj im spokój…

– Sama się zestarzałaś…

– Niestety, jestem zmuszona ci przyznać rację, ale setki jeszcze nie mam, więc nie jest tak źle – Kasia śmiała się cały czas.

– A co ty taka rozchichotana jesteś? –  spojrzała Ela na przyjaciółkę. – Znowu będziesz mi tu o miłościach gadać?

– Miłość jest konieczna. Jak można się kochać z cieniem nie kochając człowieka?

– Ty masz jakąś obsesję seksualną, lecz się. Mnie te sprawy nie obchodzą. A zresztą to przede wszystkim chłopów dotyczy. Normalne, że oni są nienormalni.

– Oni są nienormalnie normalni Eluniu, bo mają stały poziom hormonów. To u nas się wszystko ciągle zmienia.

Elżbiecie przez myśli przeleciało lotem błyskawicy pytanie: jak to byłoby dzielić z Winicjuszem codzienność przez dłuższy czas? Też coś! Wzruszyła ramionami co nie uszło uwagi towarzyszki.

– Bo jest tak – ciągnęła Kasia, – w młodości trzeba słuchać rozumu, a nie ulegać ciału. Zaś teraz prosić rozum, by odnalazł cielesne zachcianki i prosił o powrót.

– Sama to wymyśliłaś czy cytujesz?

– Nie pamiętam, może jedno i drugie.

– Spokój, wygoda i poczucie bezpieczeństwa to teraz moje priorytety…

– Ale czasem… Jest wielu facetów do rzeczy, ale ty na nich fukasz jak wściekła kotka i traktujesz z góry.

– Fuu – wzruszyła ramionami Elka.

– No właśnie, prychasz i fukasz, i nie dajesz żadnemu szansy na zaprezentowanie się z dobrej strony.

Stały w kolejce do kasy.

– To żaden problem, trzeba się jedynie przełamać – ciągnęła Kasia. – Tylko patrz.

Rozejrzała się w poszukiwaniu odpowiedniego obiektu nadającego się na aktora w scenie pokazowej. Stał mały, drobny, istna „sirota”. Kasia rzuciła okiem raz i drugi w taki sposób, że zauważyli wszyscy stojący w kolejce. Poza delikwentem.

– Zapomniałam o czymś. Stój tu, zaraz wrócę – rzuciła do Eli i zaczęła się przeciskać obok barierki przy kasie opierając się o „sirotę”. Ten się zaczerwienił, coś wyjąkał i wycofał się z koszykiem z powrotem do sklepu, najwyraźniej uciekł.

– Chcesz, żeby wszyscy mężczyźni uciekali przede mną jak ten biedaczek przed tobą? – wybełkotała  Elka dusząc się ze śmiechu.

– Gdyby go nie ruszyło to by nie uciekł – z tryumfem odpowiedziała Kasia.

– Przestraszył się ciebie i tyle. Chciałabyś, żeby przede mną tak zwiewali, co?  O matko, popłakałam się ze śmiechu. Ale ale, zapomniałam zupełnie o najważniejszym. Przecież miałam ci powiedzieć, że moi chłopcy się żenią!

– Nie mów! Obaj? Jednocześnie?

– Nie, zachowują odstęp czasowy – parsknęła Ela. – Najpierw mały potem duży.

– Odstęp?

– Głupia. Najpierw Robert potem Rafał.

– A co ich tak przypiliło? Babcią zostaniesz?

– Może kiedyś, nie spieszy mi się. A powód jest prozaiczny: obaj chcą wziąć kredyt na mieszkanie, a dostają tylko małżeństwa. W ramach programu dla rodzin, jakoś to się nazywa ale nie pamiętam.

– Jak za naszych czasów dla młodych małżeństw – przypomniała sobie Kasia.

– Ma to być kredyt tańszy, a dotyczy wybranych lokalizacji, bo nie na każde mieszkanie go dostaną. Wszystko nieważne – nachyliła się do przyjaciółki. – Liczy się, że zamieszkają  niedaleko od siebie, więc siłą rzeczy będą na siebie zdani. Zaczęli się coraz lepiej dogadywać.

– Widzisz? Mówiłam, że tak będzie. Potrzebowali czasu. Bardzo się cieszę i ze względu na nich i na ciebie. Gdzie zamieszkają?

– To właśnie mi się nie podoba, bo na drugim końcu Warszawy. Niestety, na to już nie mam wpływu.

– Jeździsz przecież samochodem więc sobie poradzisz. Gratuluję ci kochana, bardzo ci gratuluję, że  zostaniesz nową teściową. Witaj w klubie – uściskała przyszłą teściową  teściowa z kilkuletnią już praktyką.

19.06.2018

  • aga-joz Aniu, to o starszych ludziach i ich zmianach charakterologicznych, jest tak trafnie i rewelacyjnie przedstawione, że jeśli pozwolisz będę Cię cytować. W punkt! Mądre słowa, mądre obserwacje, na dodatek łopatologicznie , powinno do każdego dotrzeć.
    Dziękuję i gorąco pozdrawiam.
  • annazadroza Ago:-) Oczywiście, że pozwolę:) Może komuś rozjaśni się w głowie i lepiej zrozumie z czym trzeba się mierzyć. W takiej sytuacji opiekun często „wysiada”, nie wie co robić, jak, dlaczego akurat jego to spotkało, nie daje rady sam ze sobą.
    Cieszę się Twoją opinią, ba, jestem dumna i fruwam pod sufitem z tej dumy;) Odpozdrawiam i uściskuję:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Trzymać kciuki

Wczoraj nie włączałam Lapcia, w ogóle nie miałam kiedy usiąść, jakoś tak zeszło na porządkowaniu ogródka, właściwie tzw. przedogródka. Przycięłam mały bez (podobno bez turecki się nazywa, krzak, nie drzewko), bo się rozpanoszył niemożebnie aż do przesady. Próbowałam mu wytłumaczyć, żeby rósł na boki a nie do przodu. Nie wiem czy dotarło, sprawdzimy. Poobcinałam zielone kulki na winobluszczu, żeby nie obciążać ściany, no i potem będzie mniej sprzątania. Na płocie niech sobie rosną, ale na ścianie budynku nie. Przeniosłam pelargonie na okno. Okazało się, że te bidulki kupione w Biedronce rosną przepięknie, odwdzięczając się chyba za uratowanie i wydaje mi się, że jest to odmiana pnąca, drobne czerwone i różowe kwiatki a duuużo zielonych liści. I zaczynają zwisać, dlatego najdłuższą przełożyłam na parapet, niech sobie zwisa i powiewa;) Mąż przyciął perukowca, trochę iglaków – ale to nie koniec, trzeba jeszcze przystrzyc je od uliczki, bo ludziom na głowy zaczną za chwilę wchodzić. Perukowce dawno temu przywiozła babcia D.
od koleżanki z działki, były maleńkie, posadzone w pudełkach po maśle roślinnym. Teraz są ogromnymi drzewami, bo prowadziłam je nie „na krzew” ale „na drzewo”, żeby na dole nie zabierały miejsca, bo przecież nasz ogródek jest miniaturowy. Mieliśmy japońską wierzbę, która do pewnego momentu rosła przepięknie, dawała cień tworząc parasol. Niestety, w pewnym momencie zaczęła schnąć więc obcięliśmy gałęzie. Zaczęły wyrastać nowe, miałam nadzieję, że odżyje, ale – niestety – one również uschły. Teraz został sam pień, na którym powiesiłam doniczkę z pelargonią, a babcia D. wiesza pranie, bo nie pozwala prać swoich rzeczy w pralce, pierze w rękach. Jeśli jej to sprawia przyjemność, niech sobie pierze. Pościel tylko i ręczniki jej wrzucam do pralki, z tym się już pogodziła. Kilka trudniejszych chwil ostatnio było. Po takim „czymś” czuję się jak przepuszczona przez wyżymaczkę i dłuższy czas dochodzę do równowagi. Mąż ma gorzej, z wiadomych przyczyn bardziej przeżywa, w końcu to jego mama.
Poza tym mecze zaprzątają uwagę, moją nie za bardzo, żeby była jasność. Ja tylko dziś będę oglądać, bo nasi grają, więc niejako z patriotycznych pobudek i trzymać kciuki będę ze wszystkich sił. Niech cały świat zobaczy, że coś nam się udaje poza kłótnią i podziałem.

19.06.2018

  • kotimyszkot Mecz naszych i my obejrzymy, tak to z daleka od tv 😉
    A z tymi biedronkowymi pelargoniami coś jest na rzeczy, moje również wyglądały skromnie, a jak rozkwitły to oko cieszą bardzo 🙂
    kotimyszkot.blox.pl/2018/06/Zakwitly.html
  • urszula97 I my ogladamy mecz.A z tymi niechcianymi kwiatami coś na rzeczy.Ja w Tesco kupiłam takie ogryzki miniaturek śmierdziuszki w kolorze cytrynowym,juz się zebrały ,maja dużo pączków a kilka juz kwitnie,
  • babciabezmohera U nas też było przycinanie zieleniny. Mnóstwo tego było. I nadal rośnie jak na drożdżach, choć niby susza. ;(
  • fusilla Moje zieloności Synek Muminek opanował!
    A mecz? Niestety, chyba zły kibic ze mnie! ;-(((((
  • annazadroza Myszokocie:-) No i szkoda było zdrowia na taki mecz:(
    Obejrzałam Twoje pelargonie, śliczne. Kiedyś takie maleńkie funkie kupiłam, też kompletnie zdechłe, a rosną do tej pory i są piękne, odwdzięczają się :)))
  • annazadroza Urszulo:-) Cieszą się, że żyją:)))
    Czy mówiąc „śmierdziuszki” masz na myśli aksamitki?
  • annazadroza BBM:-) Może się pogoda zmieni, przecież lato się zacznie, to kalendarzowe i teraz może się zrobi zimno. Tak na przekór, bo lato już było, wiosną…
  • annazadroza Fusilko:-) Taki Synek to skarb:) Niech drżą niepotrzebne zieloności;)
    Chyba sami źli kibice, skoro wyszło jak wyszło:(((
  • krzysztof213 No to nie tylko ty coś przezywasz
    kuźwa a ja gdzieś tam widząc tą starość też nie raz gdzieś ktoś mi mówi ze młody i nie wiem czy to prawda czy nie .
    A tu tak masz się modlić dawać na kościół tylko kto pomorze jak potrzebujesz naprawdę pomocy gdzie nieraz państwo i szpitalne sprawy nie takie proste .
    Gdzie znowu chodzi o to samo …
  • annazadroza Krzysztof:-) Przykre bardzo, ale już chyba tylko na siebie liczyć można. Na państwo na pewno nie, na kościół tym bardziej, bo to jeszcze bardziej obce państwo. Jedynie na konkretnych, pojedynczych ludzi, bo ludzie są wspaniali, tylko przez te dwa państwa tłamszeni i zastraszani – represjami i ogniem piekielnym.
  • krzysztof213 To też tak masz .
    Oj taka smutna rzeczywistość
    Ale życzę ci powodzenia w tym borykaniu się widząc jak to wygląda
  • annazadroza Krzysztof:-) Pomyśl, że myślący ludzie zawsze zastanawiają się, rozważają, przeżywają, tylko głupcy i…. (wstaw jakie określenia chcesz)… uważają, że wszystkie rozumy zjedli i są lepsi od innych, więc mogą nimi pogardzać i poniżać ich …
    Ty należysz z pewnością do myślących. Pozdrawiam:)))
  • krzysztof213 I dziękuję bardzo
    I znikam w tym wszystkim oj …
    Więc znikam i miłego dnia życzę
  • annazadroza Krzysztof:-) Dopiero teraz spojrzałam i zobaczyłam, że byłeś. Dziękuję za życzenia na wtedy, życzę najlepszego na przyszłość:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 46

Mikołaj autem odwiózł żonę do pracy, bo nie dosyć, że zimno i śnieg po kolana, to jeszcze nastąpiła w święta zmiana czasu z zimowego na letni i trzeba było wstać godzinę wcześniej. To akurat  dla Kasi nie okazało się problemem i tak była szybsza od budzika. Świadomość konieczności pójścia do pracy i stawienia czoła koszmarom tam ją czekającym powodowała kilkakrotne budzenie się w ciągu nocy, uczucie nacisku jakiegoś ogromnego ciężaru na klatce piersiowej oraz kłucia gdzieś wewnątrz, w okolicach serca.

Przeczucie jej nie myliło i obawy okazały się uzasadnione. Nowa dyrekcja nie widziała potrzeby funkcjonowania biblioteki. Argumenty Kasi trafiały w próżnię, rzecz była postanowiona, ostatnia placówka kultury w firmie miała przejść do historii.

Po południu wyszła z pracy z uczuciem ulgi, że opuszcza pomieszczenie oraz, że na dworze jasno i jeszcze kawałek  dnia przed nią. To zaleta zmiany czasu. Na pewno sowom jest się trudniej przestawić na wcześniejsze wstawanie. Ona, jako skowronek, mogła wstawać równo ze wschodem słońca. Rozejrzała się, odnalazła wzrokiem samochód. Podeszła i wsiadła. Mąż rozmawiał przez telefon. Operatorka sieci usiłowała namówić go na kupno tabletu.

Mężczyzna musi mieć od czasu do czasu nową zabawkę – pomyślała.

Mikołaj najpierw się zapalił do pomysłu, potem włączyły mu się szare komórki, które podpowiedziały, że w jego przypadku nie jest to najlepsze i najpotrzebniejsze urządzenie, natomiast operatora internetu warto zmienić na takiego co daje szybkość i większy zasięg.

Kasia wyczekała spokojnie aż mąż zakończy rozmowę i zda sprawę z jej przebiegu, po czym spokój się skończył. Otóż znowu miał rozmowę z matką, która stwierdziła, że Kasia traktuje ją jak śmiecia oraz, że się chce jej pozbyć, żeby dzieci sprowadzić do domu. Kasi szczęka opadła ze zdumienia.

– O Boże, to już całkowita paranoja. Przepraszam cię kochanie, ale twoja matka zaczyna mieć coś z głową nie w porządku. Ja się chcę jej pozbyć? Przecież to ja ciebie przekonałam, że trzeba ją zabrać, bo będzie się czuła samotna, bo jest coraz starsza i trzeba się nią będzie zaopiekować!

– Mówiłem jej to, ale nie dociera.

– A na czym polega to, że ją traktuję jak śmiecia?

– Spytałem, lecz nie umiała odpowiedzieć. Wymyśliła, że gdy spytała czy ci pomóc w kuchni, ty zrobiłaś minę i powiedziałaś, że nie potrzebujesz w kuchni nikogo.

– Specjalistką od min to jest ona sama! Jeśli mnie o coś pyta, wtedy grzecznie odpowiadam, min nie robię. Jeśli nie potrzebuję pomocy, to zwyczajnie mówię: dziękuję, nie trzeba. Chyba, że jest coś do zrobienia, jak na przykład jej ulubione mielone kotlety.

– Matka zawsze mówiła, że nie lubi gotować, robi to tylko ze względu na mnie. Więc skąd nagle taki zapał? – zastanawiał się Mikołaj.

– Mnie przez cały dzień nie ma w domu, może sobie gotować co tylko chce. Do upojenia.

– Poniosło mnie i powiedziałem, że kiedy wygramy sprawę z Budowlańczykiem, kupię jej kawalerkę, bo z nią się nie da mieszkać. Aha, jeszcze stwierdziła, że jak my pojedziemy do Szczawnicy, to ona będzie szczęśliwa  i nie będzie się denerwować.

– Coś podobnego! Przecież dopóki mieszkała u siebie, denerwowała się, że jest sama. Miała pretensję do nas, że długo już tutaj mieszkamy, a jej nie bierzemy do siebie!

– No właśnie. Teraz odwraca kota do góry ogonem.

– No nie, dosyć. Tego już zdecydowanie za dużo. Muszę się z nią konkretnie rozmówić – Kasia myślała intensywnie jak to zrobić. Znowu idiotyczna sytuacja. Po jednej stronie mała, zasuszona kobiecina, która swoją złością i jadem zniszczyła atmosferę miłości, ciepła i serdeczności panującą w domu do jej przybycia, po drugiej zaś – znerwicowana, zestresowana Kasia, która chciała widzieć w niej dobrą, kochającą osobę, a napotkała jadowitego skorpiona. Nie może tak być. Ona, Kasia, musi się opanować, żeby nie sprawić Mikołajowi jeszcze większej przykrości. Przecież to jego matka. Spojrzała spod oka na męża. Trzymał na kierownicy zaciśnięte dłonie, szczęką poruszał jakby coś przeżuwał.

– Kochanie – położyła mu rękę na udzie. – To tylko starsza osoba, nie przejmuj się aż  tak bardzo. Przecież to twoja matka i kocha cię.

– Tak, udusić mnie chce tą swoją miłością! Powiedziała, żebym był dla niej taki jak kiedyś, dopóki się nie wyprowadzi!

– Nie, to wprost nie do pomyślenia – w Kasi znów się zagotowało. – Albo to są już starcze zmiany w mózgu albo czysta złośliwość. Nie wiem.

Podczas drogi do domu próbowała się uspokoić głęboko oddychając i powtarzając w duchu: spokój, spokój, spokój…

Po wejściu do mieszkania szybko przebrała się w domowe ubranie, podgrzała obiad. Wzięła głęboki oddech i poszła na górę. Energicznie zapukała do teściowej.

– Mamo, jadłaś obiad?

– Jadłam – zaszemrała ledwo dosłyszalnie.

– Jadłaś indyka z ziemniakami?

– Chlebka kawałek zjadłam, bo jakoś źle… – zaczęła boleściwym głosem.

– Grzeję obiad, więc proszę, zejdź zjeść na dole.

Zeszła.

– Kochanie, nalej nam po lampce wina do obiadu – zwróciła się do męża.

Nalał żonie i sobie, matka nie chciała.

– Twoje zdrowie mój kochany – patrząc na męża uniosła kieliszek.

– W takim razie i mnie nalej – odezwała się teściowa, – żebym mogła wznieść toast.

Obiad upłynął w milczeniu, jak ostatnio zawsze. Kasia wyczekała aż teściowa zje. Napiła się wina. Wzięła głęboki oddech.

– Mamo, chciałam cię o coś spytać – bardzo spokojnie zwróciła się do teściowej wyraźnie wymawiając każde słowo. – Podobno traktuję cię jak śmiecia i chcę się ciebie pozbyć z domu. Czy możesz mi wyjaśnić z czego to wywnioskowałaś?

Wyraz zdziwienia na twarzy pani Waci dobitnie informował, iż nie spodziewała się otwartego ataku.

Wyraźnie to nie jej sposób walki – pomyślała Kasia. Woli intrygi, knucie za plecami, psucie atmosfery i obarczanie innych winą za wszystko, co się złego dzieje. Ona jest biedna, malutka, chorutka, niewinna i na dodatek pokrzywdzona. Brr…

– No bo powiedziałaś, że nie lubisz jak ci ktoś przeszkadza i plącze się po kuchni… – wybąkała zbolałym głosem.

– Bo nie lubię. Żadna normalna kobieta nie lubi. A ty zawsze mówiłaś, że nie lubisz gotować. I co, nagle polubiłaś? Jeśli tak, nikt ci przecież nie broni. Ja jestem prawie cały dzień w pracy, możesz sobie gotować co i ile chcesz.

Brak odpowiedzi.

– A jeśli będziesz miała chęć ugotować na przykład obiad na weekend to powiedz. Ja się usunę i zrobisz to. Nie będziemy gotować jednocześnie, bo nie ma w tym żadnego sensu. Zresztą i miejsca jest za mało.

Cisza.

– A skąd ci przyszło do głowy, że chcę się ciebie pozbyć i jeszcze dzieci tu sprowadzić?

– Bo Mikołaj powiedział, że mi kupi mieszkanie, to tak pomyślałam…

– Co powiedziałem? – głos Mikołajowi odmawiał posłuszeństwa z tłumionej irytacji. – Powiedziałem, że kupię jak wygram, bo się z tobą nie da mieszkać! Popsułaś atmosferę tak, że się tu nie chce wracać!

– Ciii – zerknęła Kasia na męża i ciągnęła dalej spokojnie, patrząc na teściową. – Przypomnę ci, że to twój syn nie chciał z tobą mieszkać. Ja go przekonałam, że jesteś starsza, samotna, będzie ci smutno i trzeba się tobą zaopiekować. To dla ciebie szukaliśmy domu z ogródkiem, żebyś miała co lubisz i mogła się czymś zająć. Gdyby nie to, już dawno kupilibyśmy sobie mieszkanko stosownie do naszych potrzeb. Nie mielibyśmy kredytów do końca życia ani spraw sądowych z oszustem. Żylibyśmy spokojnie jak u Pana Boga za piecem. Ty z naszego życia zrobiłaś piekło. Jak Mikołaj powiedział, nie chce się do tego domu wracać, nie chce się tu żyć.

– Jak się mnie pozbędziesz…

– Posłuchaj – przerwała teściowej zachowując w dalszym ciągu całkowity spokój. – Dostałaś najładniejszy pokój, nowe meble zamiast rozpadających się rupieci, nowy telewizor, niczego nie musisz robić. Możesz ale nie musisz. Rozumiesz? O co ci jeszcze chodzi?

– Jak się mnie pozbędziesz to sobie dzieci sprowadzisz, bo lubisz jak jest dużo ludzi. Sama tak powiedziałaś. A ja nie lubię.

– Lubię. Lubię przygotowywać przyjęcia. Nawet na dwadzieścia osób na Ursynowie sama robiłam. Lubię jak wszyscy są zadowoleni i jak zadowoleni wyjdą. Czy nie widzisz, że nikt do nas nie przychodzi? Nikt ze znajomych odkąd tu jesteś? Dzieci tylko były w święta. A gdyby nawet ktoś przyszedł, to ty nie musisz się z nim kontaktować. Masz swój pokój i nie musisz do nikogo schodzić. Zresztą tak zrobiłaś teraz, w Wielkanoc.

– Bo ja źle się czułam, nie mogłam spać w nocy…

– To my nie mogliśmy, bo nam nie dałaś. Przez całą noc tłukłaś się po domu, zostawiałaś włączone światła, rzucałaś czymś po podłodze. Potem spałaś. Cały dzień.  A my byliśmy na nogach.

– Bo ja…

– Właśnie: ja. Zawsze; ja, ja i ja! Mikołaja przynajmniej raz w tygodniu wzywałaś po nocy, żeby z tobą siedział. Pomyślałaś, że on potem półprzytomny usiądzie za kierownicą i przez cały dzień musi być na chodzie? Nie obchodziło cię to.  Musiał być na każde twoje zawołanie. A kto wydzwaniał do niego do pracy kiedy przyjdzie, bo ziemniaki wstawione, aż się z niego ludzie śmiali, że mamusi synek?! A jak na urlop wyjeżdżamy, od razu dzwonisz, że masz sraczkę albo odwrotnie, zaparcie i hemoroidy, żeby broń Boże nie odpoczął tylko myślał o tobie przez cały czas. Udusić go chciałaś?

– Ja go tak kocham…

– A jak sobie wyobrażasz, że miałoby tu zamieszkać dodatkowo sześć osób – wtrącił Mikołaj. – No jak?

– W moim pokoju jak się mnie pozbędziesz i obok…

– Zastanów się co ty mówisz – Kasi jakimś cudem udawało się w dalszym ciągu zachować spokój. – Kamil ma mieszkanie o powierzchni prawie pięćdziesięciu metrów, Łukasz – sześćdziesięciu. Do tego balkony, ogródek. Każda z dziewczynek ma swój pokój. Pomyśl, mieliby się gnieździć w twoim pokoju? A zwierzaki? Psy i koty, o jaszczurkach nie wspomnę. Czy naprawdę nie widzisz idiotyzmu takiej sytuacji, a nawet tylko pomyślenia o czymś takim?! A poza tym żadne normalne dziecko nie chce mieszkać ze starymi rodzicami! Czasami muszą, ale to jest chore, bo mają swoje życie i nie mogą żyć cudzym.

– Ale ja sobie tak pomyślałam, bo ty jesteś dla mnie taka…

– Jaka? Wredna i złośliwa? To już wiem. Ale wiesz co? Ja uważam, że to ty taka dla mnie jesteś.

– Jak ty do mnie mówisz! No wiesz, ja cię tak lubiłam…

– Ja ciebie też. A teraz już cię nawet nie lubię. Bardzo się o to postarałaś. Wszystko jest źle, o wszystko się obrażasz, czepiasz się bezustannie. Mikołaj ma rację, nie da się z tobą mieszkać. Tylko pomyśl o jednym. Jesteś starszą osobą. Życzę ci, żebyś zawsze była sprawna i zdrowa. A jeśli nie będziesz, to tylko ja, ta wredna synowa,  się tobą zaopiekuję, będę cię karmić, kąpać i zmieniać pampersy. Nikt inny. Jesteś matką mojego męża, mojego ukochanego mężczyzny i będę się tobą opiekować, bo to mój obowiązek. Weź to pod uwagę zanim znowu zaczniesz ziać do mnie nienawiścią.

Widocznie coś dotarło, bo wstała z krzesła.

– Ja was bardzo przepraszam – wyciągnęła ramiona do synowej.

I prawie się rozpłakała.

„Prawie” czyni wielką różnicę – pomyślała Kasia.

– Też cię przepraszam, jeśli sprawiłam ci przykrość, nie miałam takiego celu –  Kasia przyjęła przeprosiny. Czyż miała inne wyjście? Odetchnęła. Cały czas jednak miała wrażenie, że to tylko na chwilę, bo skorpioni jad w ogonie jest przygotowany do ataku…

– Ciebie, synku, też przepraszam – rzuciła się do Mikołaja.

– Co mi po tym, tysiąc razy mnie przepraszałaś i niczego to  nie zmieniło.

– Cii – położyła Kasia palec na ustach.

15.06.2018

  • Gość: [aga-joz] *.dynamic.mm.pl Oj, jak ja to znam- z jednej strony charakter, z drugiej zmiany związane z wiekiem i chorobami. Można sobie tłumaczyć, że to nie złośliwość, a choroba, ale jednak trudno pogodzić się z nieuchronnością starości i jej mankamentami. Boję się tego jaka będę ja na starość, czy nie dokuczę za mocno bliskim, a z drugiej strony jeszcze przede mną uroki opieki nad rodzicami chociażby. Czasem myślę, że postęp medycyny aż tak dobry nie jest. Życie przedłużył, ale jego komfortu już nie.
  • annazadroza Ago:-) Nigdy nie możemy mieć gwarancji jakie będziemy za ileś tam lat. Pozostaje nadzieja, że jednak nie będzie tak źle, bo co prawda podobno charakter na starość się zmienia – ale to co dobre pozostanie, taką właśnie mam nadzieję… Już dawno zapowiedziałam chłopakom, że jak dostrzegą zmiany konkretne – mają mnie oddać do ośrodka, żeby mnie do końca nie znienawidzili…
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

Piłka

Kupiłam z dwa lata temu bazylię w doniczce. Jak padła, wyrzuciłam na zewnątrz. Sobie znanym tylko sposobem sama się rozsiała i rośnie gdzie chce. Z ogródka nie ruszam, bo psy biegają, ale z donic jak najbardziej. Rośnie z pelargoniami, widocznie jej pasuje:) Teraz już wiem, że trzeba ją zbierać przed kwitnięciem. Obcinam więc nożyczkami i suszę. Tym sposobem przez całą zimę będę miała własną. Szczególnie dużo bazylii idzie do sosu pomidorowego, którym polewam makaron. Takiego najprostszego na świecie – z cebulką, czosnkiem i przecierem pomidorowym, do którego dodaję swój zrobiony jesienią. Pyyycha:) W tym roku też zrobię, żeby tylko był prostszy sposób obierania pomidorów ze skórki, ale na razie nikt takiego nie wymyślił. Kiedyś męczące było drylowanie wiśni, ale odkąd od przyjaciółki M. dostałam drylownicę, nie jest to już żaden problem. Gdyby ktoś taką maszynkę do pomidorów zrobił;)
Przed chwilą padł pierwszy gol w pierwszym meczu. Może chwila spokoju będzie w kraju, bo podobno „piłka łączy” i część rodaków zajmie się oglądaniem zmagań zawodników na boisku. Ooo, drugi gol, kibicuję Słowianom, czyli wygrywam:)))

14.06.2018

  • urszula97 Aniu,takie maszynki są,jest tam jakby taka korbka umocowana na sitku,w sitku takie kanały metalowe,zostają pestki i skórki wewnatrz,taki po prostu przecierak do pomidorów a nawet do musu jabłkowego można go wykorzystać.Ja mam taką sokowirówkę która mi miąższ i sok wywali a skórkę i pestki zostawi.
  • Gość: [ciotkaeliza] *.play-internet.pl Ale mi smaku narobiłaś tym sosem z bazylią, też uwielbiam ale obecnie muszę wykorzystać sezon na truskawki. Ja pomidory miksuję, chwilę gotuję i przecieram przez sito, nasionka i skórki zostają.
  • annazadroza Urszulo:-) Jesteś genialna! Mam coś takiego, co mama używała do przecierania sera, z korbką, z taką tarczą z otworkami, to może być właśnie to! Schowałam głęboko i całkiem zapomniałam. Muszę znaleźć i wypróbować. Dziękuję Ci po stokroć:)))
  • annazadroza Elizo:-) W zeszłym roku przecierałam i przecierałam i przecierałam…. Na samą myśl odechciewa mi się, ale Urszula przypomniała o czymś, co może ułatwić życie:)
    Truskawki też pychotka, trzeba wykorzystać póki są.
  • kotimyszkot Brakuje mi takich świeżych ziół.. ogródka też 🙂
    Na pewno Twój sos z bazylią jest pyszny, smacznego jak już będziesz go zajadać i miłego weekendu Aniu 🙂
  • kasiapur Uwielbiam bazylię, uwielbiam piłkę !
    buziaki Anula nie bądź mną zgorszona ale to jeszcze mój kochany Dziadek
    zrobił ze mnie kibica piłki nożnej. Tylko ,,kiedyś,, to nie była taka
    komercja.
    ściskam mocno !
  • annazadroza Myszokocie:-) Świeże ziółka teraz w każdym dużym sklepie są w doniczkach, tylko trzeba mieć je gdzie postawić, nie w każdej kuchni jest miejsce. Ogródek na balkonie chciałam mieć na Ursynowie, ale okno od południowego zachodu i ostatnie piętro – siły natury mnie pokonały: słońce upaliło, wiatr ukręcił 🙁
    Dziękuję:) i Tobie dobrego tygodnia:)))
  • annazadroza Kasiu:-) To Ty masz teraz święta mundialowe:) Ja oglądam tylko… patriotycznie, jak nasi grają, ale ogólnie mecz żaden mi nie przeszkadza, nie stresuję się, niech sobie biegają po tej trawie, jak lubią. Miłego oglądania i buziaki:)))
  • krzysztof213 He same kobiety piszą w komentarzach
    Więc niech napisze słów parę facet
    I to mięsa dodać zioła zrobić pyszne klopsiki w sosie pomidorowym z ziołami i na talerzu z parmezanem.
  • tessa37 Mnie w tym roku ziola rosna, jak szalone:) Glownie mieta i bazylia wlasnie, jemy non-stop mozzarelle z pomidorami, bazylia, oliwka i octem balsamicznym:)
    A w weekend bedzie mohito:)
    Mnie pestki pomidorow nie przeszkadzaja wcale, wiec je tylko chwile blanszuje , nacinam skorke na krzyz i ona sama schodzi:)
  • e.urlik Co robicie tej bazylii, że wam tak rośnie? Ja siałam ze cztery razy i nic. Zdradźcie sekret, proszę
  • tessa37 Ja trzymam miętę na tarasie na południowym wschodzie, a bazylię w kuchni, na parapecie nad zalewem na północnym zachodzie (ale sporo zachodzącego słońca dochodzi). Rosną, jak wsciekle:)
  • annazadroza Krzysztof:-) Witaj facecie:))) Sos pomidorowy tym lepszy jest im więcej w nim ziół się znajdzie. Najpierw daję prowansalskie a potem dodaje te, które akurat mam. W tym przypadku będzie to bazylia, bo rośnie jak oszalała:) Zamiast parmezanu może być każdy ser jaki akurat jest w domu:)))
  • annazadroza Tesso:-) Pestki pomidorów mi nie przeszkadzają, absolutnie, tylko skórki nie lubię obierać, szczególnie, kiedy większą ilość do przetworów muszę przygotować. Dlatego w zeszłym roku zamiast obierać to przecierałam i myślałam, że jajko przy tym zniosę;) Szukam sposobu łatwiejszego, ale chyba na skróty nie zawsze się da:)))
  • annazadroza Ewciu:-) Ja nie siałam, wyrzuciłam do ogródka zdechniętą a ona stwierdziła, że będzie rosła;) I się rozsiała gdzie chciała;) W donice babciaD. powtykała w tajemnicy myśląc, że to kwiatki. No i rośnie. Teraz wiem, że trzeba obcinać zanim zakwitnie i dlatego rośnie jak szalona. Jeszcze jedna nie uschnie, juz następną partię obcinam. W doniczce w kuchni też mam, dostałam od Małego, ale zakwitła na biało, więc niech sobie kwitnie. Ogródkowa kwitnie na niebiesko.
  • krzysztof213 Hmm że można z tobą polemizować i komentować jak nie z każdym .
    Ha kupiłem sobie mieszankę ziół z Toskanii hmm ok.
    I tak widzę że się znasz jak chodzi i zioła z prowasni i jeszcze można dodać wina do smaku i jak masz czas to mięso najlepiej zmielić przyprawić i poczekać chwilę .
    Tak ale można inny ser ale taki chyba najbardziej ok taki to starcia ale to kwestia $$.
    I dziś dzień nie wiem czemu nie robię w kuchni włoskiej co lubię
    Więc pozdrawiam
  • tessa37 Anno, a blanszujesz je? Ja wkladam na kilkanascie sekund do bardzo goracej (nie wrzacej wody) i po nacieciu na krzyz skorki same schodza:)
  • bognna W ogrodzie nie mamy zadnych warzyw, ale ziol calkiem sporo. Zima hoduje w doniczkach i w ten sposob mamy swieze ziola przez caly rok.
    Polecam:)

    P.S.
    Fajny ten trener Senegalu;)))

  • annazadroza Krzysztof:-) Cała przyjemność po mojej stronie:) O pysznościach mówisz, a tu się człek pozbyć kilku kilogramów powinien;) Zioła prowansalskie uwielbiam do sosu, do placków z kapusty pekińskiej i ogórków kiszonych (plus wszystko inne co Ci przyjdzie do głowy, poza mąką i jajkami oczywiście).
    Odpozdrawiam:)))
  • annazadroza Tesso:-) Wiem, że tak się robi, synowa kiedy przychodzi, obieram w ten sposób skórkę, bo ona ze skórką nie jada, ale to z jednego, dwóch pomidorów. A z kilku kilogramów? Ratunku!!! Jak to przeżyć;))) Dlatego przecierałam i przecierałam i …
  • annazadroza Bognno:-) Oj, fajny:) Jakie dredy miał 🙂 Niezłe z niego ziółko… być musi:)))
    Odnośnie ziół, to dobrze, że moda na nie przyszła, można je mieć przez cały czas pod ręką. Ale – skoro się same wprosiły do ogródka, grzech by był nie wykorzystać:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zajmujący świat

Wczoraj późnym popołudniem wróciłam od Calineczki. Zmęczona ale szczęśliwa. Patrzeć na tego szkraba mogłabym bez przerwy, przytulać też – o ile ona sobie na to pozwoli, bo na chwilę tak, ale dłużej – nie, nie ma mowy, bo tyle jest do oglądania i do zrobienia:) Choćby wstawanie na nóżki w łóżeczku i dreptanie wokół trzymając się poręczy. Albo przysiady i podskakiwanie do góry na hasło „a kuku”, żeby zobaczyć, kto się schował za łóżeczkiem. Można też zabawkowym młoteczkiem walić z całych sił w zabawkowy gwóźdź, można w ciszy i skupieniu próbować włożyć klocek o kształcie np gwiazdki do odpowiedniej dziurki. Można oglądać książeczki takie zmyślne, że wystarczy nacisnąć małe kółeczko, by dały się słyszeć różne odgłosy. A pilot do telewizora jaki jest fajny, albo telefon, który się uda mamie albo siostrze zabrać. Siostrę można jeszcze ostatecznie ugryźć albo poszarpać za długie włosy. O, jeszcze sięgając z łóżeczka można odsunąć drzwi szafy i wyciągać wszystko, co tylko rączki złapią. Tylko po co zmuszają do jedzenia zupek? Toczy się prawdziwy pojedynek – kto kogo pokona: Calineczka mamę czy odwrotnie? Cóż, na nic zaciskanie
buzi, odwracanie główki, mama swoje sposoby ma, żeby odwrócić uwagę spryciulki i łyżeczkę z zawartością wcisnąć. Za to do kanapki z masełkiem aż się rwie, taka kanapkowa panna:) I w ogóle ten świat jest niezmiernie zajmujący, więc jak tu spać na spacerze? Śpi się w łóżeczku, a na spacerze trzeba
się rozglądać, wiercić nieustannie, bo z każdej strony wózka widać co innego. A jak mama da chrupkę do rączki, to sobie można gryźć i umazać całą buzię, spodenki też, aha, można jeszcze bucik zdjąć z nóżki i wyrzucić z wózka, niech babcia szuka ;)))

13.06.2018

  • fusilla Rozczuliłam się! Moje Wnuki już duże, ale opisany obraz jakby zatrzymał się we wspomnieniu jeszcze nie tak dawnym!
  • kobietawbarwachjesieni Wzruszająca opowieść.
  • babciabezmohera Maluchy są rozbrajające. Wiesz, co ja wspominam zawsze z radosnym wzruszeniem? Pierwszy głośny śmiech bąbla! Emocje nie do opisania.:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Kiedy jestem z malutką, to jakbym jej tatę widziała i przenoszę się w czasie. Wzruszam się nieustannie, na dodatek tęsknię za chłopcami, kiedy byli mali, tacy tylko moi…Tak niedawno to było…
  • annazadroza Marysiu:-) Maluchy są wzruszające, trudno przy nich zachować obojętność.
  • hanula1950 Babcie są po to, żeby wszystkiego szukać.
  • annazadroza BBM:-) Wzruszające niesamowicie. Pierwszy głośny śmiech malutkiej rodzice nagrali jako sygnał w swoich telefonach. Jakoś bardzo wcześnie zaczęła się śmiać i śmieje się ciągle. Cudny teraz jest obrazek – taki roześmiany, rozkoszny wampirek;)))
  • annazadroza Hanula:-) W końcu do czegoś te babcie muszą się przydać, prawda;)))
  • urszula97 Cudowny świat,po 10 latach przeżywam go na nowo,na razie jest to szczypanie i próba gryzienia 1,5 ząbkiem nosa,policzka,brody.Zrzucanie zabawek,łapanie firan i mocno otwierana buzia do posiłków(chociaż baza to jeszcze pierś),atakuje piersi wszystkich cioć no i babci też a reszta dopiero będzie.
  • marijana2 Wzruszające chwile do zapamiętania na zawsze. Do przeżycia teraz i zachowania w pamięci na później.
  • annazadroza Urszulo:-) Tak, przecudowne są małe brzdące. Uwielbiam dzieciaki dopóki… nie pójdą do szkoły, wtedy robią się przemądrzałe i nie są takie „przytulaśne”. Oczywiście bardzo kocham starsze wnuczki, ale taki krasnal to inny, niepowtarzalny świat:)))
  • annazadroza Marijano:-) Dzięki zapisaniu takie chwile nie giną, są do przywołania w każdej chwili. Pamięć jest zawodna, uciekają powiedzonka dzieci, różne sytuacje a zapisane zostają:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 45

Elżbieta marzyła o remoncie mieszkania. Marzyła i marzyła aż wreszcie remont rozpoczęła. Marzyła dalej, żeby udało jej się skończyć do świąt. A może nawet przygotować prawdziwy świąteczny obiad? Tak na przykład żurek, mnóstwo jajek na twardo, jajka faszerowane pieczarkami w ilościach hurtowych, bo chłopcy je uwielbiają. Albo pasztet jajeczny według przepisu już wypróbowanego, który dostała od Kasi, a ona od koleżanki z pracy. Potem pyszne kotlety z płatków owsianych, bo przecież nie jedzą mięsa, ona zresztą już właściwie też, rybę jedynie czasami. I koniecznie sos jak do ryby po grecku, ale zamiast ryby z kotletami sojowymi. Kiedyś zrobiła i smakowało, nawet bardzo. Na razie jednak nie ma gdzie i na czym ugotować, a już całkiem nie ma mowy, żeby kogoś wpuściła do tej ruiny mieszkania pozostałej po wyprowadzeniu się Mirka. Ale się wyniósł, to jest absolutnie najważniejsze, więc ona w ogóle nie powinna narzekać tylko się sprężyć i wziąć za robotę, cała reszta się w ogóle nie liczy.

Zaczęła od położenia glazury w łazience i kibelku. Płytki miała już dawno kupione, czekały w składziku na półpiętrze na swoją kolej. Najwięcej czasu zajęło jej szukanie sedesu z półką, a nie z dziurą, bo Kocio swoje potrzeby fizjologiczne załatwiał kulturalnie w toalecie więc była to rzecz absolutnie niezbędna. Wreszcie się udało, a znajomy glazurnik znajomego hydraulika podjął się wykonania remontu obu pomieszczeń.

Następnym etapem, zarazem najgorszym i najtrudniejszym do przeprowadzenia, było przebudowanie kuchni połączone ze zlikwidowaniem ściany oddzielającej ją od pokoju zajmowanego w przeszłości przez Mirka, wyglądającego teraz jak najgorsza melina w mieście, słowem: obraz nędzy i rozpaczy.  Wymyśliła sobie Ela już dawno temu, że chciałby mieć dużą kuchnię połączoną z jadalnią i teraz właśnie przyszedł czas na realizację pomysłu. Święta minęły, a końca prac widać nie było. Kurz, cement, pył – pozostałe po wyburzeniu ściany –  wchodziły w najmniejszy zakamarek, nawet w zamkniętych szafach było tego pełno. Każdy wyjęty ciuch należało przed założeniem na siebie porządnie wytrzepać na balkonie. Podczas jedzenia zgrzytało w zębach, psice kichały na potęgę nawet w nocy, budząc swą panią przez co była niewyspana, a co za tym idzie, zła jak osa. Wreszcie jakoś udało się opanować kataklizm, zawisły nowe szafki kupione w Ikea, stanął stół z krzesłami i zrobiło się miło, przyjemnie i przestronnie. Należało jeszcze doprowadzić do stanu używalności przedpokój, bo nijak nie pasował do pięknej kuchni i drażnił zmysł estetyczny właścicielki. Poza tym ostatni pokoik, w którym postanowiła urządzić sobie sypialnię, był również w stanie tragicznym. Nie dosyć, że zniszczony, to całkowicie zawalony rzeczami chłopców, spakowanymi i czekającymi na przewiezienie do ich własnych mieszkań, których jeszcze nie mieli, lecz w celu ich zdobycia poczynili odpowiednie kroki, między innymi składając papiery w Urzędzie Stanu Cywilnego. Oczywiście w towarzystwie swoich dziewczyn czyli przyszłych małżonek. Pokoik na razie był nie do ruszenia, odnowiła więc duży pokój, tak naprawdę jedyny, w którym do tej pory mieszkała. Na nowe meble na razie nie miała pieniędzy, lecz od czegóż fantazja i zdolności plastyczne? Stary regał częściowo pomalowała, a częściowo jego wygląd zmieniła przy pomocy okleiny samoprzylepnej i efekt okazał się nadzwyczajny. W przedpokoju stanęły szafy wbudowane we wnękę. Trwało to naprawdę długo i w takim rozgrzebanym domu przyszło Elżbiecie spędzić sporo czasu. Pocieszała się myślą, że potem będzie już tylko lepiej. Pomału mieszkanie zmieniło się nie do poznania, zaś Elżbiecie świat się chwilami naprawdę podobał.

Zmęczona do nieprzytomności nalała sobie lampkę wina, usiadła na balkonie ze świadomością, że zakończyła remontowe szaleństwo. Na razie. Sypialnię odnowi i przerobi kiedyś, w przyszłości, jak chłopcy się pożenią i będą mieli własne domy. Na razie mieszkali z partnerkami w wynajętych mieszkaniach, a mieszkanie swojej mamy Ela wynajęła i w ten sposób uzbierała pieniądze na remont. Mirek odziedziczył po swojej matce mieszkanie poza Warszawą, opuścił lokum zmarłej teściowej i dlatego Ela mogła je wynająć.

Wino było czerwone i słodkie, bardzo smaczne. Po drugiej lampce poczuła się rozluźniona i o wiele spokojniejsza. Zastanowiła się chwilę nad trzecią, przeleciało jej przez głowę pytanie, czy to już nie jest alkoholizm?  Pomyślawszy stwierdziła, że jeszcze nie i zaniechała podobnych myśli. Należy jej się odrobina przyjemności ponieważ dokonała rzeczy wielkiej i jest z siebie dumna. Właśnie, jest z siebie bardzo dumna. Przed nią pojawił się promień światła. Zaciekawiona przypatrywała mu się uważnie, zastanawiając się dlaczego taki dziwny. Jakieś UFO czy co? Promień zaczął się przed nią kręcić, spęczniał jakoś dziwnie.

– Ależ z ciebie kompletna idiotka – powiedział.

– Pozwolę sobie nie zgodzić się z tobą – zaczęła ostrożnie nie bardzo wiedząc jak rozmawiać z taką dziwną istotą.

– Musiałaś się tak sama męczyć? Nie musiałaś. Ale ty chciałaś wszystkim pokazać jaka z ciebie święta męczennica…

– Nieprawda! Żadna męczennica tylko samodzielna kobieta…

– Przyznaj się wreszcie, że chciałaś zaimponować Winicjuszowi.

– Też coś – prychnęła. – A w życiu!

– Jak to nie? Przecież od czasu mandarynki nic innego nie robisz…

– O nie, to już gruba przesada – obruszyła się. – Robię mnóstwo rzeczy, a nawet jeszcze więcej. Nie będzie mi tu jakiś cudak mącił w głowie…

Rozległ się sygnał telefonu. Elżbieta podskoczyła na fotelu, gadający promień powoli rozpływał się w powietrzu aż wreszcie zniknął.

– Elka, macham do ciebie i wołam, a ty co, głucha jesteś? – usłyszała głos Kasi.

– Nie, jeszcze nie, tylko chyba przysnęłam ze zmęczenia… Ooo, stoi tu pusta flaszka po winie… i jakieś zwidy miałam…

– Nie dziwię się – skomentowała Kasia. – Otwórz mi drzwi, bo idę do ciebie. Słyszysz?

12.06.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Normalnie…

Poniedziałek wstał zachmurzony, co bardzo ucieszyło moje roślinki, a jeszcze większą radość sprawiły im krople deszczu. Wprawdzie było ich zaledwie kilka na metr kwadratowy, ale zawsze to jakaś odmiana. Przed owymi kropelkami zdążyłam wyjść z psami, sprawy poważne załatwione, więc można zaczynać nowy tydzień. Skituś nauczył się chodzić na jednej smyczy z Szilką i mogę z nimi wychodzić sama już bez problemu, bez konieczności czekania na Męża, kiedy akurat on nie może. Wieczorem idziemy razem na długi spacer, co dla zdrowia każdego z nas jest wskazane. Oglądamy przy okazji postęp w remoncie drogi i budowie nowego skrzyżowania, które ciągną się od długiego już czasu. Wyczytałam, że ma być zainstalowana sygnalizacja świetlna i ucieszyłam się z tego. Bardzo trudno było przejść na drugą stronę ulicy, a jeszcze trudniej skręcić jadąc samochodem, okropnie niebezpieczny był to do tej pory manewr i co trochę dochodziło do kolizji. Przy okazji został zrobiony szeroki chodnik, właściwie taki ciąg dla pieszych i rowerów, nawet przy gorszej pogodzie oraz zimą będzie można bezpiecznie poruszać się równolegle do jezdni. Po drodze można zahaczyć o sklepy z których Maxi Zoo mnie interesuje, bo tam można z psami wejść po zakup artykułów dla nich właśnie. Szilka bardzo lubi tam wchodzić, bo ileż zapachów, ileż interesujących rzeczy tam się znajduje! To zupełnie tak jak małe dziecko wpuszczone do sklepu z zabawkami, które nie wie co najpierw wziąć do raczki, bo chciałoby wszystko jednocześnie:)))
Babcia D. wreszcie wstała i je śniadanie, chyba jeszcze są jakieś mecze siatkówki, to będzie oglądać. Nie da się dziś siedzieć na zewnątrz, więc dobrze, że będzie miała na co patrzeć. Przez weekend była w niezłej formie mimo narzekania na upały, dała radę, nawet podlewała kwiatki. Jestem medycynie wdzięczna – że tak się wyrażę – za to, że są leki, które pomagają żyć w miarę normalnie chociaż chwilami.

11.06.2018

  • babciabezmohera Miało być chłodnie a znowu parno. Zapowiadają burze… Oby nie były groźne.
    Dobrego tygodnia, Aniu! 🙂
  • karolinagurazda Było pochmurnie, ale znalazłaś plusy tego dnia: rośliny pod wpływem deszczu zmienią się w baobaby, a i psy miały uciechę z wyjścia na spacer 😉
  • kotimyszkot To ja chyba jak Szilka, lubię robić zakupy 🙂
    Z tymi lekami, to często bywa i tak, że bez nich kompletnie się nie da żyć.. Jak najwięcej dobrych chwil i dla babci i dla Ciebie życzę 🙂
  • urszula97 Normalnie,jeśli chodzi o remont ulicy i chodników to powinien być standard ale i tak dobrze że robią,masz udany dzień,babcia na chodzie kwiatki podlewa,super,oby tak dalej.
  • kobietawbarwachjesieni Zmęczona już jestem tą duchotą.
  • kasiapur Jesteśmy zmęczeni bo duchota bo parno…a to jeszcze nie lato !
    To co dopiero będzie jak ono się zacznie ?
    Uściski Anula 🙂 taki fajny ten dzień miałaś.
    Życzę Ci dalej spokojnego dobrego tygodnia :)))
  • emma_b jak ja nie lubię takiej pogody jaką Wy macie w Warszawie…współczuję wszystkim. u mnie nad morzem szczęśliwie w ogóle nie ma upałów, a bywa nawet dość chłodno.
  • veanka U nas nie spadła dzisiaj ani jedna kropla deszczu, za to bardzo wiało, a mimo to było duszno.
    Po tygodniu spędzonym w lesie lub nad wodą ponownie w „murach” czuję się mało komfortowo.
    Miłego tygodnia i dobrej pogody życzę, a Babci D. niech leki pozwalają funkcjonować tak jak wtedy, kiedy była zdrowa.
  • marijana2 Ostatnio poranki są cudnie rześkie… obiecują niemęczący dzień. I niestety na obietnicach się kończy. W ciągu dnia, nawet jeśli nie świeci słońce, jest gorąco i parno. Marudzę i narzekam, ale już mnie zmęczyła ta upalna wiosna. Pozdrawiam i życzę umiarkowania w pogodzie.
  • fusilla Uciekam od słońca! Wolę chłodek mego salonu ocienionego zewnątrz markizą! Do tego ciekawa lektura i jest super!
    Macham!
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję, kochana, Tobie też dobrego i zdrowego:) Burzy nie było, nawet przyjemny wiaterek chłodził, nie narzekam 🙂
  • annazadroza Karolino:-) W czasie upałów psiaki nie bardzo lubią spacery, załatwiają swoje sprawy i wracać chcą do domu. Rankiem, gdy chłodniej, to co innego, frajdę mają:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Jak prawdziwa kobieta;)
    Dobrze, że wymyślono leki, które działają w określonych przypadkach.
    Samego dobrego i wesołego:)))
  • annazadroza Urszulo:-) W tych chorobach nie można przewidzieć co będzie się działo nie tylko za dwa dni, ale za chwilę. Ważny jest nastrój chorego, jeśli się uda utrzymać pozytywny, to jakoś daje się żyć. Oby jak najdłużej:)))
  • annazadroza Marysiu:-) W ogrodzie masz na pewno miło i chłodno pod jakimś drzewkiem. Lato jest krótkie (wiosna właściwie), a potem znów będzie zimno, wygrzej się na zapas. Ostatecznie pozostaje polewanie się zimną wodą;) Brr, nie lubię, nawet w upał wolę ciepłą;)
    Ściskam serdecznie:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Nie wiadomo jakie będzie lato poza tym, że dla mnie zawsze zbyt krótkie. Nie narzekam więc na ciepło tylko się nim napawam z wielką radością (Mąż tego nie rozumie i narzeka). Dziś zresztą wcale tak upalnie nie jest, nawet dłuższe spodnie założyłam. Aha, a w czasie upału pomaga zaparzona i wystudzona Yerba Mate, taka zwykła w torebkach, bez specjalnych przyrządów do parzenia.
    Dzięki Kasieńko, Tobie też miłego:)))
  • annazadroza Emmo:-) „Za młodu” uwielbiałam leżeć na plaży i się smażyć, żeby po powrocie imponować opalenizną, tak było:) Najgorsze co mogło mnie spotkać, to brak pogody nad morzem, traktowałam jak przekleństwo i karę za nie moje grzechy;) Cóż, „by rozum był przy młodości” – rzadko się zdarza. Teraz nie opalam się wcale, ale ciepło lubię:)
  • annazadroza Veanko:-) Rzeczywiście, po pobycie na łonie natury powrót „w mury” jest wręcz przykry. Trzeba się na nowo przystosować. Dziś jednak wielkiego upału nie ma, ale – uświadomiłam sobie, że zależy, na którym piętrze. Na parterze zawsze najchłodniej, na ostatnim – najgoręcej. Na ursynowskim 4-tym piętrze wieszałam na oknach mokre ręczniki od zewnątrz, żeby w mieszkaniu obniżyć nieco temperaturę, jak wyschły – znowu moczyłam. Pomagało.
  • annazadroza Marijano:-) Dzisiaj już pogoda umiarkowana:)
    Rześkie, świeże, pachnące poranki są przecudowne, jeszcze do tego zamglone!!! Kocham je!!! Z reguły po mgle wychodzi słońce, taką prawidłowość zauważyłam w górach, ale tu też się sprawdza.
    Już połowa czerwca, czas tak pędzi, że zaraz będzie śnieg:( Cieszmy się póki go nie ma. Ściskam serdecznie słonecznie:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Pewnie, że to przyjemność, książka i miłe chwile w chłodnym salonie ze świadomością, że jakby Ci się zachciało wyjść na słoneczko, to możesz. Ale Ci się nie chce:)
    Odmachuję albo odmachiwam;)))
  • marijana2 Aniu 🙂 Dziś można było oddychać rześkim powietrzem. Zrobiło się chłodniej, nawet odrobinę zmarzłam. Słońce kryło się za chmurami, trochę kropiło. Nie tęsknię za deszczem, ale przydałby się bardzo. Jest dopiero połowa czerwca, a trawniki już zrobiły się żółte. Nie wiem, ile musiałoby popadać, aby odzyskały zielony kolor. Zimą na razie lepiej nie zaprzątać sobie głowy… i tak przyjdzie. Przesyłam serdeczności :)))
  • annazadroza Marijano:-) Zbyt szybko trawa zżółkła, powinna jeszcze być soczystozielona. Rok szkolny jeszcze się nie skończył, a jaśminy przekwitły. Jak przyjeżdżałam do babci na wakacje – jeszcze kwitły i pachniały. Jakoś przyspieszyło się wszystko w tym roku. Uściskuję serdecznie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 44b

Kasia przyjęła do wiadomości, że życie z teściową nigdy lekkie nie będzie, a jej marzenia o ciepłej, pełnej – w  sensie  wielopokoleniowej –  rodzinie, w której wszyscy jej członkowie będą żyć w zdrowiu, szczęściu, radości i wzajemnej życzliwości – prysnęło jak mydlana bańka. Próbowała się odnaleźć w tej nieprzyjemnej rzeczywistości usiłując szukać jaśniejszych stron sytuacji. Gdy na przykład przez dwa dni starsza pani zachowywała się w miarę normalnie, nabierała nadziei, że „jakoś to będzie”. Trzeciego dnia zachowanie teściowej wracało do normy, czyli znowu się obrażała. Przy czym najpierw obrażała się na cały świat, potem już tylko na Kasię. Biedna Kasia pogodziła się z tym, bo jakie miała wyjście? Po prostu nie reagować, ignorować miny i złośliwości skierowane wyraźnie pod jej adresem. Na takiej emocjonalnej szarpaninie i huśtawce nastrojów minął czas do Wielkanocy.

Zaledwie przez cztery miesiące mieszkała pani Wacia z synem i synową, i przez ten czas potrafiła uczynić z domu piekło. Jak to możliwe, skoro przez tyle lat  Kasia nie podejrzewała teściowej o tak złe cechy? Analizowała najprzeróżniejsze sytuacje i doszła do wniosku, że sygnały były, tylko ona je zlekceważyła. No, na przykład wzywanie Mikołaja w nocy, żeby do niej przyjeżdżał i siedział przy niej, bo ona się źle czuje. To się zdarzało prawie co tydzień. Albo dzwonienie na drugi koniec Polski, kiedy tylko wyjechali na urlop, że ma sraczkę albo zaparcie… Czy takie rzeczy robi się własnemu synowi, którego się kocha? Przecież po siedzeniu przy matce Mikołaj był zmęczony, a musiał normalnie funkcjonować w ciągu dnia. Ona zaś spokojnie cały dzień przesypiała zadowolona z osiągnięcia swojego celu, czyli oderwaniu Mikołaja od Kasi. A po co psuła urlopowy wypoczynek  temu – podobno ukochanemu – dziecku? Przecież już same te dwa fakty powtarzające się często oraz regularnie świadczyły o egoizmie. Nie o miłości do syna lecz do siebie. Dopiero kiedy pani Wacia zamieszkała z nimi, Kasia szeroko otworzyła oczy ze zdumienia na tę chorą miłość.  No bo jaka to miłość do syna, która opiera się na „ja”, „mnie”, „moje”?

Wielkanoc to czas świątecznego wybaczania. Postanowiła więc Kasia przynajmniej spróbować ten czas wypełnić jeśli nie miłością to neutralną życzliwością. Zaproponowała teściowej zrobienie mielonych kotletów, skoro poczuła ona chęć udzielania się w kuchni, choć wcześniej tego nie lubiła. Zostawiła teściową samą, żeby jej nie wchodzić w drogę i pojechała z mężem po ostatnie przedświąteczne zakupy. Była sobota, dzieci miały przyjechać w niedzielę. Wydawało się, że jest wszystko w porządku. Wieczorem, kiedy Mikołaj czytał gazetę siedząc w fotelu, a Kasia zerkała w telewizor przeglądając nowy numer „Nieznanego  Świata”, starsza pani zeszła na dół z ciśnieniomierzem. Zobaczywszy ich siedzących blisko siebie zacisnęła usta i zrobiła jedną ze swoich min, które Kasia nauczyła się już rozpoznawać. To była tłumiona złość połączona z niechęcią do Kasi, zaś nad nimi górowało przesłanie do syna: jestem taka chora, a ty siedzisz z tą jędzą,  zamiast ze mną… Mikołaj nie znalazł nowej baterii, dał jej swój ciśnieniomierz. Poszła do siebie coś mrucząc pod nosem. To był dopiero początek.

Przez całą noc nie dała im spać. Schodziła do kuchni zostawiając wszędzie włączone światła i głośny wentylator warczący w swojej łazience. Co chwilę coś ze stukotem upadało na podłogę i Kasia podrywała się na równe nogi, jeśli udało jej się na moment zdrzemnąć. Mikołaj schodził i gasił światła w całym domu. Wreszcie około czwartej rano Kasia dała za wygraną i wstała.  Miała jeszcze sporo pracy związanej z przygotowaniem najpierw świątecznego śniadania (chciała, żeby wypadło dobrze, bo przecież pierwsze wspólne w nowym domu), a potem obiadu, na który zaprosiła dzieci. Klarcia chciała zostać na noc, żeby spać na składanym łóżku, z czego Kasia – stęskniona za wnuczkę – ogromnie się ucieszyła.

Nakryła do stołu, przygotowała wszystko na świąteczne śniadanie. Czekała aż się obudzi teściowa, ale ona usnęła właśnie wtedy, kiedy Kasia wstała. Czekała i czekała, aż do południa. Wtedy energicznie wkroczyła do sypialni.

– Mikołaj! Wstawaj! Niedługo dzieci przyjadą na obiad, a my jeszcze śniadania nie jedliśmy! Wiem, że się nie wyspałeś, ale ja też całą noc nie spałam i od kilku godzin jestem na nogach. Jak wstałam to dopiero wtedy matka się uspokoiła.

Mikołaj szybko był w pełnej gotowości za to teściowa w całkowitej rozsypce. Półprzytomna, nie chciała nigdzie iść, na żadne śniadanie, w ogóle nie wiedziała kim jest i jak się nazywa, nie kojarzyła niczego.

– O rety, znowu pomieszała jakieś leki – jęknęła Kasia. – Zmuś ją do zejścia na śniadanie, przecież nie możemy jej tak zostawić. Idę zaparzyć herbatę, a ty ją sprowadź na dół.

Ostatecznie po długich perswazjach sprowadził matkę w szlafroku, z bosymi stopami w kapciach, potarganą i tracącą równowagę przy każdym kroku.

– Nie będę jadła, tylko herbatki się napiję, jestem chora – wyszemrała boleściwie.

– Zjesz normalne śniadanie. Są święta i zjesz jak człowiek z własnym synem – nie wytrzymała Kasia.

O dziwo, nałożyła sobie i jajka faszerowane pieczarkami, i sałatkę, i wędlinę, i śledzie, i nawet trochę ryby po grecku, i to wszystko zjadła po czym poszła do swojego pokoju.

– Uff, przynajmniej nie padnie z głodu – mruknęła gospodyni.- I nie powie, że ją głodzę.

Pani Wacia przespała cały dzień. Kamil przyjechał samochodem, po Łukasza i jego rodzinę pojechał Mikołaj. Warunki pogodowe z każdą chwilą się pogarszały. Śnieg sypał coraz większymi płatkami przesłaniając cały świat, który stał się zupełnie biały. Iglaki w ogródku uginały się pod śnieżnymi czapami. Miękki, mokry śnieg ubrał płoty, siatki, gałęzie, doniczki w białą szatę. Wszystko co tylko znajdowało się na zewnątrz, okryło się cudownym, czystym puchem. Świat zrobił się bajkowo piękny, tylko szkoda, że na Wielkanoc, a nie na Boże Narodzenie.

Miłe, rodzinne świąteczne popołudnie szybko minęło. Kasia jak każda prawdziwa pani domu była usatysfakcjonowana, że gościom smakowało, najedli się do granic wytrzymałości – albo i bardziej – i chwalili wyroby kulinarne. Oczywiście przyznała od razu, które potrawy są dziełem babci Waci, nigdy nie przypisywała sobie cudzych zasług. Dzieci wyraziły ubolewanie z powodu niedyspozycji babki i tyle. Powrót do domów był dla  kierowców prawdziwą próbą umiejętności i cierpliwości. Jechali najwyżej trzydzieści kilometrów na godzinę w absolutnej – nie ciemności lecz bieli – prawie niczego nie widząc dookoła, a za to czując lód pod kołami. Ciężko było, nawet bardzo, lecz udało się dotrzeć szczęśliwie do celu. Najpierw zadzwonił Kamil, że już jest w domu, niedługo potem wrócił Mikołaj po odwiezieniu Łukaszów (Klarcia jednak zdecydowała się wrócić do domu z rodzicami). W międzyczasie Kasia posprzątała ze stołu, włączyła dwa razy zmywarkę. A teściowa spała.

– Kochanie, idź zobacz co z matką – poprosiła męża.

– Niech śpi. Po co mam ją budzić? Jak tak chciała, niech tak będzie.

– No nie, trochę się niepokoję. Idź sprawdź, przecież nie wiadomo  czy znowu jakiegoś leku nie wzięła. Poza tym powinna coś zjeść.

Poszedł i po dłuższym czasie sprowadził na dół półprzytomną matkę. Nie chciała oczywiście nic jeść „tylko herbatki” się napije

– Żadnej herbatki – kategorycznie stwierdziła Kasia. – Siadaj przy stole. Zjesz talerz żurku. Bez dyskusji! Masz zjeść i koniec.

Usiadła i zjadła. Uff, Kasia znowu odetchnęła. Nie jest źle skoro zjadła. A pani Wacia poszła znów się położyć. Niczego nie wiedziała, ani że są święta, ani że jadła śniadanie…

W czasie filmu po wieczornych wiadomościach oczy Kasi się same zamykały. Była zbyt zmęczona, żeby siedzieć dłużej. Praktycznie nie spała całą noc.

Za to teściowa wyśpi się za nas oboje – pomyślała ze złością. Jakoś nie mogła się zmusić do życzliwszej myśli…Cóż, każdy ma jakieś granice wytrzymałości.

W lany poniedziałek wypadał jednocześnie Prima Aprilis. Zapewne dlatego niebiosa w ramach dowcipu spuszczały na ziemię tony białego puchu zamiast strumieni dyngusowej wody. Chyba po raz pierwszy za Kasinej pamięci trafiła się taka Wielkanoc. Owszem, deszcz ze śniegiem nieraz padał, ale czegoś takiego, takiej zimy  wiosną nie pamiętała. W ogródkach dzieci lepiły bałwanki i zajączki zamiast biegać z sikawkami i oblewać się wodą.

Mikołaj spał. Kasia zeszła na dół, zrobiła sobie kawę, z kubkiem w ręce wyjrzała przez okno w kuchni, potem okienkiem przy kominku. Nie da się ukryć, że było przeuroczo. Gdyby tylko nie ten kalendarz… można się przez chwilę poczuć absolutnie szczęśliwym człowiekiem  patrząc na ogródek. Widok był taki relaksujący, odprężający, taki…potrzebny… Nakryła do śniadania. Zaparzyła kawę, tym razem w ekspresie, nowym nabytku. Dość długo się przymierzali do zakupu, bo chcieli tani ale nie na kapsułki lecz taki, w którym można parzyć różne gatunki świeżo zmielonej kawy. Ach, jak  bosko pachnie… wdychała z rozkoszą zapach unoszący się w powietrzu. Obudziła męża drażniąc jego zmysł powonienia aromatem kawy rozchodzącym się znad starej filiżanki.

– Och jak cudownie – przeciągnął się i usiadł na łóżku. – Pycha, a jak pachnie! Mógłbym się codziennie tak budzić.

– Co drugi dzień, mój kochany. Jak już doczekam emerytury, to co drugi. W pozostałe ty przynosisz dla mnie, zgoda?

– Pewnie – odstawił pustą filiżankę na nocny stolik stojący przy łóżku. – Lubię ci przynosić wszystko co chcesz. I lubię cię przytulać – przyciągnął żonę do siebie, ledwo zdążyła odstawić swoją filiżankę i objął obiema rękami. – Tak mógłbym cię trzymać cały dzień…

– Ja też bym tak mogła leżeć cały dzień gdyby mnie nie uwierała rama łóżka – pocałowała męża w policzek. – Jeszcze ci dziś nie mówiłam, że cię kocham.

– A ja ciebie – wtulił twarz w jej włosy.

Za drzwiami sypialni rozległ się hałas jakby coś spadło i rozsypało się.

– Oho, pobudka i powrót do realu. Chodź na śniadanie i matkę przyprowadź. Uciekam na dół.

Drzwi pokoju teściowej właśnie się zamknęły, więc przemknęła bez spotkania oko w oko z potworem …

O ile Mikołaj był szybko gotowy by zasiąść przy stole, o tyle starsza pani wprost przeciwnie. Nie chciała zejść na dół.

– Słyszysz Kasiu? Mama nie chce zejść na śniadanie – zawołał.

– No przecież tak nie może być – pomknęła na górę. – Mamo, proszę cię, zejdź na dół, przecież musisz coś zjeść. Poza tym są święta, wypada, żebyś usiadła z własnym synem przy stole…

– Nie krzycz na mnie – wycharczała z wściekłością teściowa drżącym głosem, machając trzęsącymi się rękami przed oczyma zdumionej synowej.- Co to ja jestem, gównem w tym domu?

Kasia oniemiała. Powtórka z rozrywki? Demencja starcza czy Alzheimer?  Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić.

– To ty na mnie krzyczysz. Załóż aparat, wtedy usłyszysz co mówię. Ja cię zapraszam na śniadanie. Są święta, Wielkanoc. Wczoraj przespałaś cały dzień, były dzieci. Dziś jest lany poniedziałek.

– Jak to wczoraj? We wtorek miały być – próbowała wymienić baterię w aparacie słuchowym.

– Nie, w niedzielę. Wczoraj była niedziela, dziś jest poniedziałek. We wtorek nie ma święta.

– Nie krzycz na mnie – nie mogła sobie poradzić z baterią z powodu drżenia rąk.

– Nie krzyczę. Daj mi tę zużytą baterię, żeby ci się nie pomyliło. Tak, dobrze, teraz załóż aparat. Idziemy.

Kasia ledwo panowała nad sobą. Jakoś dziwnie się czuła, miała wrażenie, ze zaraz zemdleje. Nie zemdlała, udało się sprowadzić i posadzić staruszkę na krześle. Kiedy już wreszcie cała trójka znalazła się przy stole, wzięła kilka głębokich oddechów i pomału odzyskała spokój.

Teściowa niczego nie pamiętała z poprzedniego dnia. Do synowej miała pretensję, że dzieci były wczoraj. Fuknęła kilka razy na nią obrażona i poszła do siebie. Wieczorem zeszła do Mikołaja, żeby jej naprawił słuchawki, bo nie działają. Małżonkowie oglądali telewizję trzymając się za ręce. Zobaczywszy to pani Wacia znów zrobiła swój grymas wyrażający niechęć i obrzydzenie (do synowej oczywiście).  Mikołaj słuchawki naprawił i poszła do swojego pokoju.  Święta się skończyły.

A po świętach Kamil dojrzał do decyzji podzielenia się z matką szczegółami swojego życia osobistego. Kasia wreszcie dowiedziała się, że „malutki syneczek” jest pewien, iż chce zamieszkać z Emilką, z którą się spotykał już od dłuższego czasu oraz z jej córeczką Marcelinką. Tym sposobem Kasia zyskała drugą wnuczkę. Ucieszyła się ogromnie, ponieważ zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Więcej dzieci już mieć nie będzie, ale wnuczek czy wnuczków daj Boże, każdą ilość powita z radością.

Kamil i Emilka rozpoczęli wspólnie remont mieszkania. Kasia tylko bolała nad zdjętą ze ścian boazerią, którą zakładała po to, żeby nigdy więcej nie musieć malować ścian. Cóż, młodzi zdecydowali co chcą mieć, jak ma wyglądać mieszkanie, w którym odtąd będą wspólnie mieszkać. Duży pokój przeznaczyli dla siebie, mały dla Marcelinki.

Tak więc przyszedł czas, gdy Kasia musiała się mentalnie odciąć od swojego kochanego mieszkanka zostawiając je młodym, a odczuć więź z nowym domkiem. Właściwie więź odczuwała, nawet ogromną, tylko zakłócenia też…

8.06.2018

  • kobietawbarwachjesieni Taka atmosfera w domu, jak w Twoim opowiadaniu – to horror. Co może zrobić zazdrość?
  • annazadroza Marysiu:-) Na pewne choroby nie ma lekarstwa, trzeba się nauczyć żyć z nimi albo obok nich:(
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz