Spokojny dzień

Dziś powinien być spokojny dzień, taki, jakie lubię najbardziej. Zakupy zrobiłam szybciutko, bo tylko mleko, masło, chleb i pomidory. Chleba już nie piekę, odkąd policzyłam ile prądu zużywa się dla takiej przyjemności. Ostatnio podpasowały nam tosty, na kolację jadam je tylko z masłem i powidłami śliwkowymi. Kiedy pracowałam, kolacji nie jadałam wcale, nie czułam takiej potrzeby. Obiad przecież spożywało się późno, po powrocie do domu, więc na kolację już nie było czasu. Teraz pora obiadowa się przesunęła na godzinę mniej więcej 14-tą, w związku z tym o dawnej porze obiadowej organizm domaga się małego „co nieco”. Powinno ono być naprawdę małe, żeby nie nabrać z powrotem kilogramów, które udało mi się z wielką radością ( i
wysiłkiem) utracić. Gdybym tak jeszcze pięć zgubiła, to byłoby już prawie idealnie.
Odwiedziłam wczoraj pana laryngologa, już jest prawie ok, za dwa tygodnie kazał jeszcze do kontroli przyjść, dał karteczkę, więc pani w recepcji mnie zapisała. Umówiłam się też na wizytę z dentystką, zmobilizowałyście mnie do tego swoimi podpowiedziami, drogie koleżanki, za co Wam serdecznie dziękuję:)))
Co jeszcze? Jeszcze nie skończyłam przeglądu książek, wciąż przede mną stos ogromny, ale to przyjemność jest wielka, więc nie zaliczam tej czynności do obowiązków. Poza tym sałatkę chcę zrobić z kaszą gryczaną, kotlety vege – bo ostatnie nawet Mężowi zasmakowały, fura prasowania czeka oraz przesadzenie pelargonii, bo bratki padły podczas słonecznej pogody, za gorąco im wyraźnie było, muszę je przestawić w inne miejsce, może jeszcze odżyją. Szkoda, że jaśmin już przekwita, wegetacja w tym roku przyspieszona bardzo, ale mam nadzieję, że zima przez to szybciej nie przyjdzie.
Słoneczka i radości Wam życzę na cały dzień:)))

7.06.2018

  • babciabezmohera Dobrego dnia, Aniu! Oby przyniósł Ci dużo radości.:)
  • urszula97 Tak emeryturka? u mnie od tej pory obiad o 12-tej, ale potem min 2 godz.dla siebie,typu blogi,druciki,szydełko itp,co drugi dzień działka i tak czas leci.
  • bognna U nas obiad ok.19.00. W poludnie jadam lekki lunch (kanapke lub salate).
    A dzisiaj bedzie czwartkowy zwyczaj czyli spaghetti bolognaise.
  • Gość: [kotimyszkot] *.dynamic.mm.pl Widzę, że i u Ciebie planów masa 🙂 Sił i zapału życzę do ich realizacji i smacznego :))
  • kobietawbarwachjesieni Dużo radości i dalszych świetnych pomysłów. Życzy Marysia.
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję, Tobie też samego Dobrego i Puchatego:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Dobrze wymyśliłaś, że regularnie masz te 2 godz. dla siebie. Mnie najlepiej się myśli i robi rano, bo skowronkiem jestem:) Zaległości wszystkich jeszcze nie odrobiłam, takich „poprzeprowadzkowych”, bo zawsze coś innego do zrobienia się pojawia, ale wreszcie skończę i marzą mi się druty… już od jakiegoś czasu za nimi tęsknię:)
  • annazadroza Bognna:-) Tak co czwartek? Właściwie – jeśli się zaplanuje wcześniej menu to jest łatwiej. Czasem planuję, czasem to jest wielka improwizacja.
    Skoro jadasz taki lekki lunch, z pewnością nie masz problemu z nadmiarem kilogramów;)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Jak się zmobilizuję jednego dnia, to potem mam przez chwilę spokój. Sałatkę wczoraj zrobiłam, więc kolację dla domowników i śniadanie dzisiejsze załatwione:) Ryż z kaszą jaglaną z przyprawami ugotowałam w jednym rondelku, ale kotletów już mi się nie chciało robić, zrobię za chwilę, a do nich sos chrzanowy. Myślę, że będzie smaczne.
    Dziękuję za życzenia, serdeczności moc posyłam:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Dziękuję:) Tobie życzę pogody, abyś mogła do tego swojego ukochanego ogródka fruwać jak motylek:)))
  • bognna Prawie co czwartek:) Podobnie z seksem;)))))
    Menu planuje na caly tydzien z gory, a maz wszystko taszczy do domu w piatek wieczorem. Ja dokupuje tylko swieze warzywa i pieczywo. Zrobienie duzych zakupow jest dla mnie zbyt ciezkie:(

    Kilogramy – wszystko w normie, ale pilnujemy wagi nieustannie oboje.

  • annazadroza Bognno:-) To Ty jesteś niezwykle poukładaną i systematyczną osobą, ideałem wprost:)))
    Ze mną jest odwrotnie, planować mogę cuda-niewidy, lecz z wykonaniem gorzej. Sama przeciwko sobie się buntuję, bo nie znoszę, kiedy ktoś mnie do czegoś zmusza, ja sama siebie też;) Ale odkąd o tym wiem, odkąd sobie to uświadomiłam, śmieję się z tego i walczę z tym bezustannie na wesoło:)
    Pilnowanie kilogramów ważna sprawa, bo jak się ich nie pilnuje – zaczynają się panoszyć bez opamiętania;)))
  • bognna Z tym idealem to naprawde i niestety nie jest tak. Chociaz BARDZO bym chcial, aby tak bylo. Wystarczy zapytac mojego meza;)
    Sluze adresem jakby co.

    Z pilnowaniem kilogramow – pelna zgoda:)

  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bognno:-) Chłopaki nie zawsze wiedzą, że mają ideał w domu, oni wszak z innej planety, to i ogląd świata mają inny;)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Przetrwać

Już 10.30 – uciekły mi 2 godziny. Zaczęłam przeglądać różne wiadomości i czas przemknął. Chyba powinnam odłączać internet, kiedy mam zamiar pisać, wtedy nie będzie mnie kusiło, żeby krążyć w internecie jak duch po zapomnianych miejscach. Chociaż – z zainteresowaniem przeczytałam, że polscy archeolodzy odkryli zapomniane miasto w Albanii, w okolicy Szołdry, niezwykle duże, na ok. 20 ha położone, które na przełomie er zakończyło swój żywot po inwazji rzymskiej. Dawno temu marzyłam o archeologii, wyprawach i odkrywaniu skarbów, zaczytywałam się w książkach opisujących odkrycia archeologiczne. Pamiętam, jak polonistka w liceum zabrała mi książkę Cerama pt. „Bogowie, groby i uczeni”, którą czytałam podczas lekcji pod ławką i która mnie wciągnęła do tego stopnia, iż zapomniałam, że jestem w szkole:) Potem łapałam wszystko co znalazłam z owej dziedziny, wiele pozycji z tzw. serii ceramowskiej „zaliczyłam”, kupowałam – bo wtedy wydawałam wszystkie pieniądze na książki – co tylko wpadło mi w ręce. Wtedy też na „Zaginione cywilizacje” A. Kondratowa trafiłam wyd. przez PIW, mam ją do tej pory, poszłam do półki sprawdzić, czy sama gdzieś nie wyszła… jak wiele innych. Ale jest, znów kusi, żeby zajrzeć do niej, choć od tego czasu pojawiło się mnóstwo innych, nowych, rewelacyjnych informacji dotyczących naszego (ziemian) pochodzenia, historii, przemieszczania się naszych praprzodków, nowe, zaskakujące interpretacje dawniejszych zdarzeń. Dziś jest już dostępna duża ilość filmów, dobrze zrobionych programów na tematycznych kanałach telewizyjnych, prezentujących nieznane dotąd materiały, albo mało znane fakty z historii dawnych cywilizacji. Refleksję mam powtarzającą się – człowiek niewiele się zmienił, myśli, emocje mamy takie same jak nasi przodkowie. Zmienił się poziom wiedzy, sposób wyrażania emocji, reakcji na różne sytuacje. Dziś – zamiast po prostu odrąbać łeb przeciwnikowi, pozywamy go do sądu. Oczywiście, zdarza się ta pierwsza ewentualność (wczoraj czytałam, że syn matkę nożem potraktował, dziś – że żona męża), ale jest to niezgodne z prawem, naganne i karalne. Obyśmy coraz szybciej i wyżej wznosili się na polu etyki i rozwoju duchowego, bo – myślę sobie – tylko
taki rozwój pozwoli nam ( w sensie gatunku) uniknąć zatonięcia i przetrwać.

6.06.2018

  • urszula97 Dobrze że u Ciebie krzta pozytywizmu,niestety ja widzę to czarno,brnie w każdej praktycznie dziedzinie w bagno,przemoc,agresja itp.
  • annazadroza Urszulo:-) Zło głośno krzyczy, dlatego się zdaje, że go więcej jest. Dobro jest ciche, ale przecież jest. Są cudowni ludzie, którzy pomagają innym, tworzą piękne rzeczy, czynią świat lepszym, tylko o tym zapominamy, bo to co złe pcha się drzwiami i oknami i myśli, że wygra. A gucio! Każdy kiedyś dostanie to, na co zasłużył. Chcę, żeby więcej ludzi dojrzało jaki świat jest piękny i na tym skupiło myśli, bo rośnie w siłę to, o czym bezustannie myślimy.
    Uściski serdeczne dla Ciebie:)))
  • e.urlik Cerama czytałaś?! Ja też, z pasją wielką. Chciałam iść na archeologię, ale rodzina odradzała, a ja głupia… A jak obejrzałam Indianę Jones’a to spać nie mogłam, mimo że już nie byłam taka młoda. A teraz kopanie w ogródku zostaje… :-))) Całuski
  • annazadroza Ewo:-) Pewnie, ze czytałam i wszystko o odkryciach archeologicznych, co wtedy udawało mi się znaleźć. Też myślałam o archeologii, ale mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłam ile pamięciowej nauki mnie czeka, co mi z matematyką się kojarzyło, która była zmorą szkolnego życia;)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 44a

Bez względu na Kasine rozterki i przeżycia wewnętrzne świat zewnętrzny funkcjonował normalnie i wydarzenia toczyły się swoją koleją. Minął pierwszy tydzień ferii. Młodzi nie pojechali do Szczawnicy, coś im pokrzyżowało plany. Łukasz zadzwonił do matki z pytaniem czy nie wzięłaby na weekend wnuczki razem z psem. Oczywiście  natychmiast wyraziła zgodę ciesząc się, że będzie miała Klarcię dla siebie, a przy okazji zwiedzi nareszcie najbliższą okolicę idąc z psem na spacer. Pod kątem pobytu Klary z Budyniem zrobili wspólnie z Mikołajem zakupy w Auchan. Wrócili akurat na kolejny odcinek „Rancza”.  Patrząc na „czary” babki karzącej wrednego wójta za oszkalowanie Lucy, kontrkandydatki w wyborach, zaśmiewali się oboje.

Minął równy tydzień od ostatniej awantury z teściową. W sobotę mieli być u młodych około jedenastej, bo Klarcia chciała” żeby nie po południu tylko wcześniej” to będzie u  nich dłużej. Kasia już w drzwiach przypomniała sobie, że miała wyjąć mielone mięso z indyka na kotlety, które pani Wacia chciała zrobić na obiad. Wróciła więc do kuchni i sięgnęła do lodówki. Teściowa stała tuż za nią. Zupełnie nie wiadomo jakim sposobem spadła półka zawieszona w drzwiach  chłodziarki, na której między innymi stała butelka z koncentratem czerwonego barszczu. „Czarownica” – to było jedyne słowo, jakie Kasi przemknęło przez myśl. Pół kuchni zabarwiło się na piękny, buraczany kolor. Trzeba było lodówkę wystawić z wnęki, żeby usunąć wszelkie ślady… wypadku. No, trochę czasu to zajęło i po wnuczkę wyjechali dużo później niż planowali. Zostawili auto na parkingu i ruszyli w kierunku bloku. Na zupełnie prostym chodniku Kasia potknęła się i boleśnie naciągnęła mięsień w nodze.

– Jak ty to zrobiłaś? – zdumiał się Mikołaj, a po chwili wybuchnął śmiechem. – To zupełnie jak wczoraj w „Ranczu”!

– Też o tym pomyślałam. Najpierw lodówka, teraz noga – pokiwała Kasia głową i spojrzała z wyrzutem na męża. – Ty paskudo, mnie boli, a ty rżysz?

– Bo to tak ładnie wyglądało – bronił się. – Ale to nie moja wina…

– Przecież wiem…

Na szczęście doszli na miejsce i temat się urwał. Zabrali torbę przysmaków dla Budysia, rzeczy dla małej i fotelik do samochodu.

– Nie całuję się z wami, bo mnie wirus dopadł – wołała z pokoju Agnieszka. – Możecie Klarcię jutro jak najpóźniej przywieźć, to  będzie mniej wdychała, może się nie zarazi.

– Będzie z nami dłużej – uśmiechnęła się Kasia.

Klarcia jechała uszczęśliwiona obecnością Budynia. Miała przygotowany własny plan zajęć.

– Nie muszę teraz tęsknić za Budysiem, więc się będę mogła spokojnie bawić – oświadczyła w samochodzie.

– A co chcesz robić? – spytał dziadek.

– Mam obie części „Upiora w operze” do oglądania. Tylko, babciu, jak będzie smutny koniec drugiej części to idź do kuchni robić ciasto.

– Ja już upiekłam ciasto…

– Ale żebyś nie płakała, bo mama powiedziała, że ty jesteś rosmantyczka i będziesz płakać.

– Chyba romantyczka – poprawił Mikołaj.

– Przecież mówię: rosmantyczka.

– Nie, rybko, „rosmantyczka” to pewnie taka pani co lubi robić zakupy w Rossmanie, a romantyczka to wielbicielka romantyzmu…

– No dobra, nie wdawajmy się w nieistotne szczegóły – machnęła rączką Klarka. – Słuchajcie, będziemy się bawić w „Mam talent” i w restaurację, a moje lalki będą publicznością.

– Mam drugi film o twoich upiorkach, obejrzysz?

– Pewnie, ale słuchajcie dalej. Będziemy śpiewać…

– Oj, to ty będziesz śpiewać –  zaśmiała się Kasia.

– O nie, wy też! Przecież dziadek umie „śpiewać każdy może…”

– Ale poza śpiewaniem… może poczytamy na dobranoc? Wybierzemy jakąś książeczkę…

– Ty będziesz czytać, ja nie lubię.

– Ale dlaczego? To cudowne czytać książki. Nigdy się wtedy nie nudzisz…

– Może jak będę starsza. Teraz nie lubię, bo u mnie w klasie tylko Filip czyta płynnie.

– A ty nie?

– A ja ze zrozumieniem – oświadczyła zdegustowana spoglądając to na babcię to na dziadka. – To wy tego nie wiecie?

– Już teraz wiemy, skoro nam powiedziałaś. Dojechaliśmy, wyskakuj – Kasia mocniej przytrzymała smycz Budynia.

– Hurra! – z wesołym okrzykiem dziewczynka wkroczyła do domu.

Pies nie bardzo miał ochotę, ale po namyśle ruszył za swoją małą przyjaciółką. Pierwsze kroki swoich czterech łapek skierował w stronę wersalki. Najwyraźniej stwierdził, że będzie mu tu bardzo wygodnie leżeć oraz obserwować całe pomieszczenie, bo wskoczył i nie dał sobie wytłumaczyć, że jego miejsce jest na kocu rozłożonym obok schodów na cieplutkiej, ogrzewanej podłodze.  Popatrzył wielkimi ślepiami na ludzi przemawiających do niego i wskazujących na koc, po czym widocznie doszedł do wniosku, że nie warto na nich zwracać uwagi, bo ziewnął szeroko, wyciągnął się wygodnie i położył łeb na ozdobnej poduszce. Z jakiego powodu miałby się kłaść na podłodze, skoro w domu zawsze kładł się na wersalce? Miał swoje posłanie, oczywiście, ale tam przynosił i chował zabawki, gryzaczki, przysmaki do chrupania. Kasia machnęła ręką i przyniosła duży stary ręcznik.

– Przesuń się potworze ty jeden, podłożę ci pod łapy, bo mi narzutę zniszczysz – odsuwała brązowe, gładkie, lśniące cielsko. Tak, już nie ciałko szczeniaczka, ale cielsko dużego, rocznego posokowca bawarskiego. Zastosował bezwład absolutny nie reagując na żadne polecenie ani prośbę. Najwyraźniej miał w „głębokim poważaniu” ludzki wysiłek.

– Klarciu, czy wy go niczego nie nauczyliście? On w ogóle nie słucha!

– Po co ma słuchać? On ma zimowe ferie tak samo jak ja, więc chyba może sobie odpocząć – wzruszyła ramionami mała mądrala.

– A co on lubi jeść?

– Nie wiem, rodzice go karmią. Pewnie wszystko, chusteczki do nosa, moje kanapki, tacie zjadł buta a mamie kapcie…

– Oj, to trzeba będzie buty pochować – mruknęła Kasia i zwróciła się do „potwora” – No, co będziesz jadł?

Budyń nie zawracał sobie w tej chwili głowy tak przyziemnymi sprawami. Mrucząc położył się na boku i rozciągnął na całą długość zajmując większą część wersalki.

– Nie chcesz gadać to nie. Ty, ty… potworze, ty małpo, ty słodziaczku, ty pyszczulku śliczny…- miętosiła Kasia łeb, uszy i klepała całą długość brązowego psa.

Czas do wieczora minął szybko spędzony bardzo intensywnie na realizacji Klarcinych pomysłów.

– Tylko nie pozwól Budyniowi wchodzić na łóżko – przestrzegał Mikołaj, który nigdy nie miał własnego zwierzaka.

– Akurat. Myślisz, że się uda? – Kasia sceptycznie podeszła do mężowskiej uwagi. – Na pewno spróbuję, ale nie ręczę za skutki.

Położyła Budysiowy koc przy łóżku w sypialni i usiłowała psa namówić, żeby się na nim położył, bo tam będzie jego miejsce do spania. Patrzył na nią przez chwilę swymi pięknymi ślepiami, po czym bez wysiłku wskoczył na łóżko i ułożył się na pościeli obok Klarki, kładąc jej łeb na nogach. Nie chciał się stąd ruszyć, a kiedy Kasia zmusiła go do zejścia na podłogę i próbowała przekonać do położenia się na przygotowanym kocu, Klara z płaczem zeskoczyła z łóżka i objęła psa za szyję.

– Jak on będzie spał na ziemi to ja też! – chlipała. – Dlaczego wy jesteście tacy brutalni?! Zawiodłam się na was!

Kasia bezradnie rozłożyła ręce. Mikołaj jeszcze tłumaczył, że zarazki, że brudne łapy, że ze spaceru i tak dalej…

– On nigdy nie spał poza łóżkiem, od momentu przyjazdu do młodych spał z Klarcią – próbowała tłumaczyć mężowi. – Po prostu nie rozumie, dlaczego teraz miałoby być inaczej. Nawet nie wie, że można nie spać w łóżku.

– Ale jutro zmienisz pościel – salwował się ucieczką na dół.

– Pewnie. Razem zmienimy – zawołała za nim. – Jak mogłoby być inaczej…

– Po co masz zmieniać? – spytała zapłakana jeszcze Klara, ale spoza łez już się wyłaniał radosny uśmiech. – Przecież Budysiek jest taki czyściutki, milutki i kochany.

– Milutki i kochany na pewno, lecz po przyjściu ze spaceru czyściutki nie może być. Widziałaś jakie błoto jest na dworze?

– Mamusia wyciera mu łapy ręcznikiem – chytrze się uśmiechnęła. – Ty też tak możesz.

– Nawet wtedy na łapkach zostaną jakieś drobinki przyniesione z podwórka.

– Czemu wy musicie być takimi czyściochami? Mnie nie przeszkadzają żadne drobinki! Muszę się do Budysia przytulić i już!

– Dobrze, już dobrze, przytul się i śpij. Nie będzie zabawy, bo jestem zła. Prawie pokłóciłam się z dziadkiem z powodu psa.

– Nie słyszałam, wcale nie krzyczałaś na dziadka.

– Nie miałam powodu na nikogo krzyczeć.

– Jak się ludzie ze sobą kłócą, to krzyczą

– Nie zawsze. No śpij już. Dobranoc królewno.

Przytuliwszy się do swego pięknego brązowego przyjaciela usnęła wyjątkowo szybko.

Niedziela kurczyła się w błyskawicznym tempie.

– Kochanie, a może zostawimy małą jeszcze na jutro? – spytała Kasia. – Rano zawieziesz mnie do pracy.  Szybko wrócisz. Ze względu na ferie i wczesną porę na pewno nie będzie korków. Zresztą jest twoja mama więc dziecko samo nie zostanie. No i ma Budyśka przy sobie. Klarciu – zwróciła się do wnuczki, – chcesz zostać u nas do jutra? Mama wydobrzeje i odpocznie  przez ten czas. No jak?

– Hurra! Hurra, zostajemy! – zawołała. – Ja bym całe ferie została u was gdybyś nie chodziła do pracy. Czemu jeszcze musisz do tej pracy chodzić? Jakbyś nie szła to byśmy się bawiły.

– Chciałabym nie iść, ale nie mogę sobie na to pozwolić.

– Ile jeszcze będziesz chodzić do tej pracy, no ile?

– Już niedługo, naprawdę, jeszcze tylko trochę…

– Wiesz co, to ja bym wtedy poszła na szkolną emeryturę i mogłybyśmy się bawić całymi dniami – westchnęła z rozmarzeniem.

5.06.2018

  • kasiapur Świetne te dialogi ! Całość czytałam jednym tchem. Zwłaszcza
    to ,,filozofowanie,, Klarci bezkonkurencyjne – kurcze… dziecko
    ma na wszystko odpowiedź i jak tu nadążyć ?
    Dobrego Aniu :)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzieciaki są po prostu genialne w swej prostocie, świeżości, szczerości reakcji na słowa i wydarzenia. Z wiekiem uczą się ukrywania swoich uczuć, zakłamywania – bo inaczej nie zawsze przetrwałyby w tym świecie. My, dorośli, niestety – robimy im taką krzywdę.
    No dobra, nie będę z kolei ja filozofować, skupmy się na tym, co dobre. Już to narzekanie tak weszło w krew, że coś okropnego, fe;(
    Kasiula, jest cudnie, słonecznie, trochę mniej upalnie, a ptaszki tak śpiewają, że aż się gęba człowiekowi uśmiecha. Szczególnie taki jeden, siada na najwyższej gałęzi albo na antenie na dachu i śpiewa całą duszyczką. Buziaki serdeczne:)))
  • Gość *.dynamic.gprs.plus.pl A ja Anusiu dzisiaj jestem ,,w drodze,, mąż mnie przywiózł do lekarza od boreliozy z Łodzi na Śląsk Tutaj jest już takie Centrum tyle ludzi choruje.
    Bardzo chciałabym być zdrowa – chodzić….jeszcze nie te lata na taką klapę jaka jest u mnie. Tak sobie mówię ale miast lepiej jest coraz gorzej. Jeszcze jestem na etapie buntu nie przyjęcia choroby. Ale tak jak piszesz staram się widzieć i słyszeć to co piękne zwłaszcza przyroda daje tę szansę !
    A u mnie jest rzeczywiście pięknie – więc chociaż tyle…
    Dzisiaj jeszcze czeka mnie powrót do domu.
    Ściskam mocno Anula trzymaj się :))) buziaki
  • kasiapur Ten ,,gość,, to ja 😉
  • annazadroza Kasiu:-) Od razu wiedziałam, że to Ty:)
    Jak wypadła wizyta, coś mądrego Ci powiedzieli? Wspomogli? Tak dużo czytałam na temat samoleczenia organizmu, nie poddawania się…bo sama sobie wsparcie dać musiałam w pewnym momencie życia…wydaje się, iż człowiek ma w sobie wielką moc, tylko z tego nie zdaje sobie sprawy, nie wie jak jej używać. Czytałam o uzdrowieniach niemożliwych do wytłumaczenia – ale bez cudów nadprzyrodzonych, tylko dzięki mądrości Natury. Więc się wydaje, że nigdy tracić nadziei nie można.
    Trzymam za Ciebie kciuki, uściskuję mocno:)))
  • kasiapur Każda wizyta u dr W ma sens po tak agresywnej 18 miesięcznej antybiotykoterapii
    ten lekarz każde niedomaganie organizmu chce wyleczyć metodami
    naturalnymi. Teraz dostałam zioła ale muszę je sprowadzić ze Stanów
    (nie będzie to zresztą trudne). Ale co do kolana już mi niewiele może pomóc.
    Sprawa jest bardzo z tym kolanem skomplikowana. Przez brak aktywności
    jest coraz gorzej a jak się poruszam cholerny ból, więc jest koło błędne.
    Bakteria uszkodziła pewne struktury które w rezonansie nie wychodzą
    i po prostu trzeba to potraktować z noża… Może w końcu się zdecydują
    mi to zoperować. Do tej pory odmawiano stąd tak się wszystko wlecze.
    Jednym słowem wizyta była na podtrzymanie organizmu ale nie na kolano 😉
    Ale się rozpisałam o sobie, już nie będę 😉
    Uściskuję + uśmiechy od ucha do ucha :)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Po weekendzie

Przeminął weekend dla jednych długi, dla drugich zwykły. Ludzie mają problem z niedzielami i zastanawiają się czy handlowa czy nie. Już widziałam odchodzących sprzed sklepu miotających przekleństwa. Wczoraj była Biedronka otwarta i samochodów na parkingu sporo. W kalendarzu zaznaczyłam, które są handlowe, które nie, więc wiem na bieżąco, kiedy robić zakupy na zapas.
Mam do nadrobienia wpis za czwartek, miało być codziennie poza weekendami, ale nie dałam rady, na kartce tylko zapisałam kilka zdań. Było więc tak. Rano – wiadomo psy. Potem ugotowałam zupę brokułową, gulasz kurczakowy z kaszą gryczaną, pokroiłam surówkę i jeszcze zrobiłam zakupy – to mi zajęło czas do 14-ej. Potem – drugie wyjście z Szilunią i Skitusiem, następnie zaległości lekturowe, lecz nic godnego uwagi, wszystko do oddania, może komuś przypasuje, więc nie mówię co to. Zawzięłam się, że przejrzę jak najwięcej z odłożonych, bo ile czasu mogą leżeć? Zostanie z całego stosu zaledwie kilka sztuk, reszta pójdzie dalej.
Wczesnym rankiem Mąż pojechał do przychodni, miały być zapisy na konkretne badanie. Pojechał niepotrzebnie, ponieważ od rozmowy telefonicznej, w której pani z recepcji poinformowała, że 1.VI. zapisy będą, nastąpiła zmiana i zapisywać będą 11-go. No i czy człowieka nie może brać jasna cholera? Wstał przed 5-tą rano, żeby dojechać i na próżno.
Obejrzeliśmy w niedzielę film o Korei. Straszny obraz. Dyktator absolutny, który gotów jest na wszystko, byle zatrzymać władzę. Kto się sprzeciwi albo nie dość szybko wypełni polecenia – ginie, bez względu na to kim jest: bratem dyktatora czy wujem, czy zupełnie nic nie znaczącym pionkiem. Społeczeństwo musi być podporządkowane w każdym fragmencie i nic nie może się wymknąć spod kontroli. Jakieś skojarzenia? Proszę uprzejmie. Pytania z kartki na spotkaniach polityków i spisywanie przez policję osób, które chciały zadać inne pytania. Propaganda w stylu „empatia do protestujących” w sejmie, empatia oczywiście ze strony tych, co kazali wyłamywać matkom ręce, zakazali wychodzenia na powietrze, zamykali okna i dostęp do toalet…. Co za empatia… Wolałabym z nią nie mieć do czynienia.
A dziś dzień wstał cudny po wczorajszym deszczu. Taki perłowoszary, zamglony, pachnący. Życzę Wam dobrego tygodnia i wszystkiego co najlepsze:)))

4.06.2018

  • babciabezmohera Niektóre wzorce jakby koreańskie…
    A deszczu u nas było niewiele.Może dziś trochę popada?…
  • kotimyszkot Przyda się deszcz i odrobina ochłodzenia.. nie żebym narzekała na ciepełko, ale trochę oddechu się przyda.. Dobrego tygodnia i dla Ciebie 🙂
  • annazadroza BBM:-) Wczoraj burze były, kilka się przemieściło nad głowami. Najbardziej bał się Skituś, chociaż największy:) Niechby nocą popadało, nie trzeba byłoby kwiatków podlewać, czysta oszczędność:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Najmilszego!!! I dziękuję:))) A ciepełko zaraz pewnie przeminie, bo ono nigdy nie trwa wtedy, kiedy człowiek by chciał, tylko odwrotnie. Niechby nockami padało, a w dzień świeciło słoneczko, to by dopiero fajnie było – czego Tobie i sobie życzę:)))
  • kobietawbarwachjesieni Skojarzenia miałam bardzo współczesne.
    Ja uciekam ze słońca. Nawet gdy mam kapelusz na głowie upał i słońce bardzo mnie męczą.
  • krzysztof213 Psalm życia toczy się dalej .
    Ci na górze inaczej myślą .Ale i oni mogą spaść z kryształowego tronu nawet w Polsce choć i Dramat jest naprawdę prawie wszędzie .
    I dziękuję za komentarz…
  • annazadroza Marysiu:-) Skojarzenia… same się nasuwają…
    Wczesnym rankiem słońce jest wskazane, choćby ze względu na wit.D potrzebną naszemu organizmowi, natomiast przed upałem dobrze, że się chowasz. Dziś już jest chłodniej, jedni się ucieszą, a inni zasmucą. Nie przemęczaj się i odpoczywaj wśród zieleni, buziaki:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Pięknie to określiłeś – ” mogą spaść z kryształowego tronu nawet w Polsce”. Nawet na pewno spadną, bo taka jest prawidłowość – góra/dół/góra/dół itd…
    Trzymaj się:)))
  • e.urlik Ania, przeczytałam wszystko, czego nie przeczytałam dotąd, mam nadzieję, że ucho już dobrze (polecam stary sposób z kamforą) i dziękuję ci, że tak cudownie piszesz o wszystkim. Dzięki temu patrzę na tę straszną, polską rzeczywistość przez pryzmat twoich opinii i pociesza mnie, że ktoś myśli tak, jak ja i potrafi wspaniale to ubrać w słowa. A twoi czytelnicy to armia świetnych ludzi! Przytulam mocno.
  • Gość: [emma_b] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Aniu, nie strasz lepiej tą Koreą, nie przyjmuję do wiadomości żadnych skojarzeń. chociaż ostatnio myślałam, żeby sobie „Cesarza” Kapuścińskiego odświeżyć…
    wstać przed piątą niepotrzebnie to kompletny horror!
  • annazadroza Ewciu:-) Mów mi tak jeszcze, od razu rosnę w górę i zaraz będę fruwać jak gołębica na skrzydłach pychy i zarozumialstwa;)
    Ucho dobrze, bo nie boli, jeszcze przytkane, ale krople mam i 20-go do kontroli idę.
    Co do drugiej tezy – zgoda absolutna:) Ludzie, którzy znają Józefa:)))
    Buziaki:)))
  • annazadroza Emmo:-) Skojarzenia nasuwają się same, ale Polacy to inny naród, wytrzymują dużo, ale jak się miarka przebierze, to wyraźnie powiedzą co myślą…
    Wstać to jeszcze nic, jako skowronek mogę wstawać, ale Mąż to sowa, wstać i niczego nie załatwić – to masz rację – kompletny horror.

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 44

Kasia przyjechała na Ursynów jak zawsze z radością. Kochała to miejsce i nigdy nie przestanie. Nie miała zamiaru wymeldować się ze swojego mieszkania, dawało  poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Weszła najpierw do domu, przywitała się z Dżemikiem, wyszli na spacer. Po powrocie zastała Kamila siedzącego na krześle w kuchni, wpatrującego się w otwartą lodówkę.

– Zjadłbym coś ciepłego – powiedział.

– To może zamknij lodówkę– poradziła, przytuliła „małego” syneczka. – Tu ciepłego raczej nic nie znajdziesz. Poczekaj, zaraz ci coś zrobię.

Potem poszła do Elki. Miała ochotę spotkać się z przyjaciółkami, wyżalić się i opowiedzieć o tym, o czym nie zawsze mogła rozmawiać z mężem. W końcu problem był delikatny, bo dotyczył jego matki. Usiadła na starym wygodnym fotelu Elki. Na drugim się ulokowała Adelka, a gospodyni przysiadła na wielkiej piłce kręcąc się na niej bezustannie.

– Muszę ćwiczyć, bo mnie boli kręgosłup – wyjaśniła.

– Jakim sposobem herbata może się stać zarzewiem konfliktu? – zdziwiła się Adelka.

– Konfliktu? To za delikatnie powiedziane. Awantury na taką skalę, że ściany się trzęsły. Dziewczyny, ja czegoś takiego dotąd nie przeżyłam. Dusiłam się, autentycznie się dusiłam próbując wyartykułować swoje zdanie. Brr – dreszcze wstrząsnęły Kasią na samo wspomnienie.

– Ale to jak, nagle cię złapało? – dopytywała się Ela. – Opowiedz wszystko po kolei, żeby cię znowu nie przytkało, w końcu masz astmę.

– No więc zaczęło się od herbaty. Nie, od ciastek. Piekłam dla teściowej ciastka, takie zawijaski z ciasta francuskiego z masą krówkową, bo ona lubi krówki. Wyjmowałam bakalie, więc musiałam wyjąć z półki w szafce wszystko na blat, żeby się do nich dostać i potem włożyć z powrotem. Przełożyłam przy tym herbatę najpierw na tył półki, potem przełożyłam tam, gdzie leżała wcześniej.

– Już się pogubiłam – skrzywiła się Elka. – Nie możesz jaśniej?

– Jak wróciłam z pracy wyjęłam ją z tyłu na przód.

– Aha – kiwnęła głową Ela robiąc obrót na piłce.

– Jak się kręcisz, to nie łapiesz i każesz mi powtarzać – mruknęła Kasia.

– Fakt – dodała  Adelka. – Mogłabyś na chwilę znieruchomieć?

– No dobra, mów dalej – zgodziła się Ela.

– Mikołaj mówił, że szukała tej cholernej herbaty jak mnie nie było.

Kasia  wróciła pamięcią do sytuacji…

– Nie ma herbaty – to teściowa.

– Jest – Mikołaj podał paczkę.

– Gdzie była? – już z agresją w głosie.

– Tu, na półce.

– Jak na półce?! Głupią ze mnie robicie? Widziałeś, że nie było?!

– Ale teraz jest!

Kasia w tym czasie oglądała „Ranczo”. Słyszała rozmowę, ale się nie odzywała. Dopiero gdy teściowa zaczęła „nabierać rozpędu” włączyła się, próbując wyjaśnić jak to się stało, że herbata raz zniknęła, a raz się pojawiła. Na próżno. Nic do starszej pani nie docierało. Kasia się dowiedziała, że jest podła i złośliwa, i wredna jeszcze, i robi wszystko, żeby jej (teściowej) dokuczyć, a Mikołaj zawsze trzyma jej (Kasi) stronę; że Mikołaj był inny, a teraz się zmienił. Kasię również zaczęła ogarniać furia. Przysięgła na swoje dzieci, że niczego nie schowała złośliwie, ale to na nic. Teściowa się rozpędziła nie do zatrzymania, Kasia również i wtedy zaczęła się dusić, co ją do jeszcze większej furii doprowadziło. Potem włączył się Mikołaj i prawdziwe tsunami przetoczyło się przez mały domek.

– Kiedy mnie oddacie do domu starców to Kasia będzie mogła sobie ludzi przyjmować, bo lubi –  wrzeszczała starsza pani. – Żebym wiedziała jaka jesteś, nigdy bym z wami nie zamieszkała! Ja wam daję pieniądze…

– Co ty nam dajesz? – pienił się Mikołaj. – Nic nam nie dajesz! Spłacasz swoją część kredytu, nic więcej!

I jeszcze padło mnóstwo bolesnych, niepotrzebnych słów…To już było przekroczenie jakiejkolwiek granicy. Całą sobotę, niedzielę, cały weekend diabli wzięli. Kasia czuła się jakby dostała kilka ciosów w głowę, odgłosy  świata ledwo do niej docierały, dalekie i przytłumione. Serce nie tylko waliło jak oszalałe, ale i ból się do tego dołączył.

A w sobotę świeciło piękne słońce i rudy kot z sąsiedztwa przyszedł, jakby chciał Kasię pocieszyć  niczym złocisty promyczek. Kotłowały się w jej mózgu jadowite i niesprawiedliwe słowa teściowej. Jakich ludzi? A kto tu był? Jedynie dzieci w święta. Po obiedzie mogła pójść do siebie, nikt nie kazał jej siedzieć z naburmuszoną miną… Ona, Kasia, zaklęła się na najdroższe istoty na świecie, a ta stara małpa to zbagatelizowała! I jeszcze wymyśliła jakiś dom starców, żeby Mikołaja pognębić! Własne dziecko! Dopiero teraz, poprzez powracające strzępki wyrzuconych w złości słów, do Kasi docierało ich znaczenie. Pani Wacia już latem, będąc u nich przez tydzień, pokazała, że jest człowiekiem ciężkim we współżyciu, ale Kasia myślała, że to wina leków, których przez pomyłkę przyjmowała za dużo. Teraz przekonała się, że nie, problem tkwił głębiej. Jednak wyjścia nie ma, zmienić niczego nie można. Jakoś trzeba tę sytuację opanować i oswoić.

Upiekła dwa chleby. Jeden miał być dla Kamila, do którego się wybierali, żeby przegrać zdjęcia z  aparatu fotograficznego i z telefonu na płytę. Przygotowała wstępnie obiad. Teściowa zeszła na dół, burknęła „dzień dobry” biorąc wodę do popicia leków. Na szczęście w czajniku była jeszcze ciepła i staruszka nie musiała długo stać Kasi za plecami. Kasia odpowiedziała lodowatym tonem i na tym koniec. Żadnego: cześć, jak spałaś, jak się czujesz, tylko: dzień dobry. Jak jeszcze nigdy. Zajęta przygotowywaniem ciasta nie odezwała się, nie odwróciła. Pani Wacia poszła do siebie. Kasia ukryła łzy pod powiekami.  Wyraźnie sobie w tej chwili uświadomiła różnicę między matką a teściową. Nie wiadomo jakie sytuacje czy nieporozumienia mogły zaistnieć między mamą a nią, pod nimi, choćby i głęboko chwilami, ale była – miłość. Jedyna w swoim rodzaju i prawdziwa. Teściowa zaś jest zupełnie obcym, przypadkowym człowiekiem, dla którego  zawsze zostanie wrogiem, bo zabrała i odmieniła syneczka. Dobrze, że ona, Kasia, nie jest do teściowej podobna i nie dusi swoich dzieci. Całe szczęście. Zrozumiała różnicę. Ale też wie, że nie ma wyjścia z sytuacji. Cóż, nie będzie z niej wychodzić… Przecież jej obowiązkiem jest opiekować się starszą osobą, nakarmić, pomóc, lecz to wszystko. Miłości nie ma i nie będzie. Skończyły się mrzonki o serdeczności, o pogaduszkach wieczornych przy łóżku, o atmosferze jaka powinna być w rodzinnym domu…Trudno, tak już będzie.

Skończyła przygotowanie śniadania. Poszła po Mikołaja. Dopóki mieszkali sami wszystkie drzwi były otwarte. Wystarczyło zawołać z kuchni, by Mikołaj odpowiedział z gabinetu. Teraz  każde drzwi były zamknięte. No i dobrze. Przecież sąsiedzi nie muszą się spotykać gdzie indziej niż na schodach… Ale…

– Mamo, zejdziesz na śniadanie? – zastukała do pokoju teściowej.

– Nie wiem czy dam radę coś zjeść, bo mnie żołądek boli…- zaszemrała pani Wacia.

– Jak sobie życzysz – zamknęła drzwi. – Co mnie obchodzi twój żołądek? – mruknęła do siebie. – Mnie boli dosłownie wszystko. Mikołaja też. Wykończyłaś nas dokumentnie. Teraz będziesz udawać biedną i pokrzywdzoną? Rób co chcesz, na litość już mnie więcej nie weźmiesz…

Upłynął tydzień od owego feralnego piątku. Kasia starała się nie myśleć o całym zajściu, ale na staraniach się kończyło.  Przelatywały przez nią wszystkie możliwe uczucia: od żalu, złości, rozczarowania po litość i współczucie. Po wyjściu z pracy nie odczuwała już radości na myśl o powrocie. Przedtem leciała jak na skrzydłach, teraz nie miała ochoty wracać. Czuła się obco we własnym domu, a echa kąśliwych słów teściowej otaczały ją ze wszystkich stron i atakowały niczym w horrorze. Któregoś wieczoru zrobiła mężowi na kolację zapiekane parówki z pieczarkami. Zastukała do zamkniętych drzwi teściowej i spytała czy zje. Starsza pani zeszła na dół, choć Mikołaj w to wątpił, i zjadła. Poza tym jednym razem nie widziały się przez cały tydzień. Kasia rano jechała do pracy, a pani Wacia jeszcze spała. Od godziny mniej więcej siedemnastej, kiedy Kasia już kręciła się po kuchni odgrzewając obiad czy przygotowując posiłek na następny dzień, nie schodziła na  dół. Potem Kasia szła do sypialni zamykając za sobą drzwi i tam prasowała, czytała, zerkała w telewizor przed zaśnięciem, z teściową się wcale nie spotykając.

Najpierw zaistniała sytuacja ogromnie Kasię męczyła. Miała wrażenie, że obręcz ściska jej gardło uniemożliwiając przełknięcie śliny. Czuła się z tym wszystkim bardzo źle i niezręcznie. Później zaczęły przychodzić inne myśli. Przecież ona, Katarzyna,  zrobiła wszystko co w jej mocy, żeby teściowa dobrze się poczuła w nowym miejscu. Przede wszystkim – gdy starsza pani wyraziła chęć mieszkania z nimi – przekonała do tego męża. Potem starała się urozmaicić jej życie i między innymi zawieźli ją do Radomia do ogromnego i bogatego skansenu wsi radomskiej, później na wycieczkę do lasu, zabierała ja do sklepu na zakupy.  Piekła ciasta, żeby staruszka miała coś słodkiego – bo lubi – zdrowego, bez szkodliwego tłuszczu cukierniczego. Gotowała, żeby potrawy były przygotowane w każdej chwili, co nie znaczy, że teściowa nie mogła sobie sama ugotować tego, na co akurat miała ochotę. Robić niczego nie musiała poza sprzątnięciem swojego pokoju i łazienki. Poza tym dostała pokój, który miał pierwotnie pełnić inną rolę, ponieważ nie podobał jej się przeznaczony dla niej. Otrzymała nowe meble, nowy telewizor…a  w ogóle to przez nią wszystkie problemy z bankami i kredytami…Na dodatek, co okazało się najgorsze, Kasia musiała zrezygnować  z bardzo dużej części swojej prywatności, z ulubionych porannych sobotnio-niedzielnych rozmów samej ze sobą przy kawie pitej w fotelu z widokiem na ogródek. Odkąd przybyła trzecia osoba nie było możliwe całkowite zrelaksowanie, odcięcie się od rzeczywistości. Cały czas paliło się gdzieś z tyłu głowy ostrzegawcze czerwone światełko uniemożliwiające pełną regenerację ducha i – co za tym idzie – ciała. Czuła się coraz gorzej i fizycznie, i psychicznie. Zaczęły ją boleć wszystkie stawy, kręgosłup, przyplątały się dolegliwości żołądkowo-jelitowe w natężeniu porównywalnym z tymi, których doznawała dawno temu, w okresie przed rozwodem z Jerzym, kiedy już podjęła decyzję i musiała tylko – drobnostka – wprowadzić ją w życie.  O trzęsionce wewnętrznej nie ma co wspominać, bo stała się normalką.  Najchętniej zabrałaby swoje rzeczy i uciekła. Niestety, nie ucieknie. Wszystko rozbija się o pieniądze, a raczej o ich brak. Gdyby je miała, kupiłaby mieszkanko na Ursynowie, niedaleko dzieci i Elki, z windą, bo na czwarte piętro w starym mieszkaniu trudno się wdrapać – i tam by się skryła przed złośliwością teściowej…

Stop, ty durna babo, huknęła  na siebie w myślach. A Mikołaj? Zapomniałaś, że człowiek jest odpowiedzialny za to co oswoił? Użalasz się nad sobą i uciekać ci się zachciało? A może byś się zmierzyła z problemem, co?

Rozmowa Kasi z Kasią  prowadzona była podczas przygotowywania keksu (bo starsza pani lubi keks). Ciasto zostało ukręcone, przelane do okrągłej tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Dopiero wtedy Kasia zauważyła, że jakoś mało ciasta wyszło i oprzytomniała. Wyjęła z szafki keksówkę, z papierem przełożyła ciasto do formy. Udało się. Podczas ostatniego tygodnia podobne pomyłki zdarzały jej się zdecydowanie zbyt często. Naprawdę musi się otrząsnąć i nabrać dystansu. Nie jest przecież małą dziewczynką (no, w duszy może i jest) ale dojrzałą kobietą, nawet za bardzo dojrzałą…

Keks wyrósł w piekarniku bardzo ładnie, zapach dotarł na górę odciągając Mikołaja od komputera. Przytuliła się do męża.

– Przytul mnie mocno i nie puszczaj.

– A ciasto się nie spali?

– Będzie piszczeć, jak przyjdzie czas, nie spali się.

Jak dobrze było ukryć się przed całym światem w  objęciach kochanego mężczyzny. Przecież tu jest ich dom. Wspólny. Okupiony tyloma wyrzeczeniami, trudami, a obecne też są do pokonania. Włożyli w ten upragniony domek wszystkie oszczędności i pieniądze ze sprzedaży mieszkań. Do tej pory tracą zdrowie i pieniądze przez Budowlańczyka i związane z nim sprawy sądowe. I co, ona chciała uciec? Zostawić Mikołaja z mamuśką i uciec?

– Nigdy – powiedziała półgłosem.

– Co nigdy, kochanie? –spytał całując jej włosy.

– Nigdy …”Nigdy mnie nie złapiecie” …, to tytuł książki…

– Czyżbyś chciała gdzieś uciekać?

– Nie, już nie.

– A chciałaś?

– Przez chwilę…

– To teraz ja ci powiem: nigdy i nigdzie cię nie puszczę.

– Nie puszczaj, nie puszczaj… Puszczaj!

Rozległ się sygnał piekarnikowego czasomierza informujący o konieczności wyłączenia urządzenia.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                Po kolacji, której Kasia nie jadła towarzysząc mężowi jedynie z herbatą, Mikołaj poszedł na górę. Kasia sprzątnęła kuchnię, przykryła keks, który bardzo apetycznie się prezentował, najwyraźniej przenosiny z tortownicy do keksówki mu nie zaszkodziły. Omiotła spojrzeniem i salon i kuchnię. Stwierdziwszy, że jest w porządku, wyłączyła telewizor i przysiadła na krześle.

Tak, pomyślała, muszę to zrobić. Kiedyś przecież nadarzy się okazja. Powiem jej w punktach to co mam do powiedzenia. Po pierwsze, że pokazała mi na czym polega różnica między matką a teściową i ja to przyjęłam do wiadomości. Na pewno będzie chciała coś powiedzieć, to ja jej niegrzecznie przerwę nie dając dojść do głosu.  Po drugie, nie będę wchodziła w żadne polemiki z nią, ponieważ i tak widzi i słyszy tylko to, co chce.  Po trzecie – że od piątku nie interesuje mnie w związku z punktem poprzednim jej zdanie ani na mój temat ani na temat kogokolwiek z mojej rodziny czy znajomych. A po czwarte – jest matką mojego męża i winna jej jestem opiekę, i od tego się nie uchylę. To tyle. Tak powiem. Zapiszę, nauczę się na pamięć i powiem.

1.06.2018

  • kasiapur Żeby tak wszystko mogło się toczyć między ludźmi na zasadzie
    prostoty serca…byłoby lepiej. A tak trzeba szukać drogi, roztrzygać,
    po której stronie racja – bardzo to wyczerpujące.
    Aniu pozdrawiam i miłego weekendu ! :)))
  • kobietawbarwachjesieni Moja teściowa początkowo mnie nie lubiła, ale później wszystko się zmieniło. Lubiłam siadać i słuchać jej opowieści o życiu. Zaskakiwała mnie otwartością z jaką opowiadała o sobie, o swoich najbliższych i o znajomych. Przedstawiane życie było różnokolorowe. Były w niej trudy życia i walka o przetrwanie w czasie wojny.
  • urszula97 Wciąga mnie coraz bardziej,powiem szczerze że poczatki czytałam tak przelotnie,teraz nie mogę się doczekac.
  • annazadroza Kasiu:-) Cóż, łatwo nie jest, ale życie to przecież nie bajka, prawda? Ale z całą pewnością zajmująca bardzo podróż… raz przyjemna, raz mniej… ale… niech trwa, bo świat jest taki piękny… Szczególnie o poranku:))) Buziaki Kasieńko:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Tak powinno być. Ileż to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o przeszłości, o ludziach, uwielbiałam naciągać na opowiadania babcię, ciotki moje kochane, czasem i mama się dała namówić. Tylko wtedy nie myślałam o zapisaniu tych opowieści i w większości umknęły. Strasznie dziś tego żałuję.
  • annazadroza Urszulo:-) To najmilsze słowa, jakie można usłyszeć (przeczytać), dziękuję:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dżwięki

Za jakie grzechy tak się męczę? Masochizm w ukrytej formie, czy jak? Siedzę w ciemnym pokoju, bo jest ciemno, kiedy słońce przewędruje na drugą stronę. Złoszczę się na cały świat i na siebie też, a wystarczyło ruszyć rozumkiem – no, chyba, że się gdzieś zawieruszył – i po prostu odłączyć Lapcia od internetu i wyjść na zewnątrz. Tak zrobiłam. Przyjemnie, wiaterek się ruszył i chłodzi, ptaszki śpiewają jak szalone. Ileż one potrafią pięknych dźwięków z małych dziobków puszczać w świat. Z dużych raczej skrzeczenie wychodzi, nie śpiew, jakoś Matka Natura tak to urządziła. Sroki i sójki skrzeczą okropnie, choć piękne są. A małe śpiewają – i co jeszcze robią trzeba przeczytać w „Ptasim radiu”, nie będę powtarzać, bo nie potrafię. Co tam zresztą ja, nikt nie potrafi lepiej niż mistrz.
Wewnątrz domu nie słychać tylu dźwięków. Próbuję się skupić tylko na ich odbiorze. Samolot przelatuje, iglaki szumią poruszane wiatrem, brzęczy owad jakiś, nie wiem jaki, bo go nie widzę. Teraz mucha, na pewno mucha, poznam jej bzyczenie kojarzące mi się – oczywiście z wakacjami w Tenczynku. Takie bzyczenie muchy w pokoju u babci, kiedy próbowałam przysnąć, a ta małpa nie pozwalała udając samolot nad uchem. Od razu zapach babcinego domu się przypomina i tęsknota ogarnia… Stop! Miałam się zająć dźwiękami, odgłosami życia. A więc co jeszcze słychać? Samochód ruszył gdzieś w pobliżu, gwizd lokomotywy od torów dochodzi, specyficzny „klekotłopot” – to Skituś macha głową i uszy mu klapią:) Gdzieś trzasnęły drzwi i za chwilę słychać okropne granie, muzyczkę od takiego chodzika dla dzieci, takiego czegoś, czego się trzyma maluch i to coś czyni straszliwy hałas. To znaczy może źle powiedziałam, że straszliwy, ale to takie disco, a ja go nie lubię. Znowu samolot, rap z samochodu, też go nie lubię, rapu znaczy nie lubię. Płacze dziecko w wózku, mama uspokaja, inna przywołuje starszą córkę do porządku. Wystarczy mi, przestanę słuchać, wpuszczę sobie krople do chorego ucha i zajmę się czymś pożytecznym.

Miłego, jeszcze majowego, dnia:)))

30.05.2018

  • kotimyszkot W dziecięcych zabawkach powinien być zakaz montowania pioseneczek.. takie coś po dłuższym czasie może wykończyć każde ucho 😉 My wszystkie głośniki przyciszaliśmy plastrami, zawsze ten dźwięk stawał się trochę mniej drażniący.. Głosy przyrody jednak przyjemniejsze. Miłego weekendu, bo ten już tuż tuż 🙂
  • babciabezmohera Jeśli to zapalenie ucha, to lekarz nie zaproponował antybiotyku??… Mnie już po dwóch dawkach minęło jak ręką odjął, a Ty się mordujesz już dłuższy czas! To przykre… :((
  • kobietawbarwachjesieni A co lekarz sugeruje? Dostałaś jakieś leki. Zadbaj o siebie i o swoje zdrowie. Trzymam kciuki za poprawę. Buziaki.
  • annazadroza Myszokocie:-) Te pioseneczki w zabawkach mają okropnie wysokie dźwięki, dlatego są wkurzające. Dzieciom też nie zawsze taki hałas się podoba. Malutka np. uwielbia Smoka Edzia (na YT), a tam muzyka do dziecięcych znanych piosenek jest świetna.
    Dzięki za życzenia, Tobie tez miłego , co -myślę- nie będzie trudne z Twoją energią i optymizmem, buziaki:)))
  • annazadroza BBM;-) i Marysiu:-) Antybiotyk dostałam, do niego dodatkowo krople. Nie boli mnie już, mam tylko wciąż nieprzyjemne uczucie zatkania i przez to gorzej słyszę, co mnie drażni, wrr… Mam nadzieję, że to przejściowe.
    Dziękuję za troskę, miłego weekendu życzę i moc serdeczności Wam posyłam:)))
  • kolewoczy Wiesz, jak cudownie ptaki śpiewają o czwartej rano?? :-)) Sąsiedzi wtedy jeszcze śpią 😉
  • annazadroza Kolewoczy:-) Wiem, wiem jak śpiewają o czwartej rano, słyszę je bom ja skowronek:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Hurrra!!!

Wojewódzki Sąd Administracyjny zdecydował wczoraj o unieważnieniu zmian nazw 12 ulic. Wśród nich Profesora Stanisława Kulczyńskiego! Moja ulica odzyskała swego patrona!!!

29.05.2018

  • kasiapur Aniu też się cieszę ! W końcu trafiło na kogoś mądrego a raczej mądrych 🙂
  • kolewoczy Musze przeczytać, kim był, bo nie znam nazwiska. Mnie jest wszystko jedno, na jakiej ulicy mieszkam. Jakoś to dla mnie niezbyt istotne 😉
  • urszula97 Gratuluję,takie małe a jak cieszy,
  • veanka Wśród tej dwunastki mojej ulicy, niestety, nie ma;(((.
  • kobietawbarwachjesieni Brak mi słów na to co dzieje się w wielu dziedzinach naszego życia.
  • kobietawbarwachjesieni Co się dzieje z bloxem? Nie dosyć, że miałam problemy z opublikowaniem mojego ostatniego wpisu, to przed chwilą zjadło mi wysłany komentarz.
  • fusilla Mam nadzieję, że będzie więcej Sędziów, którzy nie poddadzą się terrorowi Nadprokuratora!
  • annazadroza Kasiu:-) Ogromnie się cieszę, zobaczymy co dalej. Nie zmieniałam nigdzie danych mając nadzieję na pozytywny wyrok Sądu:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Dla mnie najważniejsze, że był twórcą Pienińskiego Parku Narodowego. Poza tym pozytywna postać pod każdym względem. Przed wojną i po wojnie też – co podkreślił premier Morawiecki mówiąc o zasługach Profesora w odbudowie nauki polskiej – jak na ironię – już po zmianie nazwy ulicy poświęconej Profesorowi. Cały nasz fragment dzielnicy od założenia – jako patronów ulic ma przyrodników, geografów, podróżników i odkrywców, więc zmiany na jakieś inne są idiotyzmem i nie liczeniem się ze zdaniem mieszkańców. Co zresztą obserwujemy nagminnie.
  • annazadroza Urszulo:-) Cieszy, jeszcze jak! Od razu sms-y zaczęły przychodzić z dobrą wiadomością:)))
  • annazadroza Veanko:-) Może wśród następnych się znajdzie? To jeszcze nie koniec spraw w Sądzie. Życzę, żeby się udało:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Jakiś nienażarty ten blox, często się zdarza sytuacja przez Ciebie wspomniana. I teksty w kosmos lecą i komentarza nie można wysłać:(((
  • annazadroza Fusilko:-) Niech żyje nadzieja – chciałoby się zakrzyknąć. Oby jak najwięcej niezależnych decyzji w różnych sprawach…
  • annazadroza O, wskoczył komentarz, wrócił z kosmosu;) Buziaki Marysiu:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 43

Adelka dla towarzystwa i rozrywki zgodziła się towarzyszyć Adamowi w wyjeździe w okolice Radomia. Nie lubiła konfliktowych sytuacji lecz na takie właśnie należało się nastawić, ponieważ czekały jakieś nie pozałatwiane do końca sprawy spadkowe w rodzinie Adama, których poprzednia próba wyjaśnienia łączyła się Adelce z  Adamowym zawałem. Tak więc postanowiła tym razem nie puścić go samego, pełna obawy o zdrowie przyjaciela. Zabrali ze sobą Bierkę i Reksa, małe jazgoty zostawiając pod opieką Elżbiety.

Do samego Radomia prowadzi teraz szeroka, wygodna szosa. Jechali około półtorej godziny i bez korków po drodze dotarli do domu wybudowanego niegdyś przez dziadków Adama. On sam jako mały chłopiec spędzał tu wakacje i miał same dobre wspomnienia z ogrodu porośniętego jabłoniami, gruszami i śliwami, krzewami agrestu i porzeczek. Oczywiście był wtedy tutaj także warzywnik i uprawiana przez babcię włoszczyzna na zupę, koperek, ogórki i pomidory pachnące niesamowicie mocno po zerwaniu, krzaczki poziomek i truskawek, jakieś zioła i mnóstwo kwiatów. Na pewno rosła mięta, bo dobrze pamiętał, że kiedy go bolał brzuch, babcia przynosiła z ogródka świeże listki i parzyła je, dając mu napar do wypicia.

Obecnie przed domem nie było wielkich drzew owocowych ani zarośli z krzewów. Był trawnik i iglaki jak wszędzie. Mieszkał tu teraz kuzyn Adama, Mietek. Ucieszył się szczerze na widok przyjezdnych, oprowadził ich po domu pokazując z dumą co udało mu się już wyremontować, opowiadając o dalszych planach unowocześnienia domu. Przywiązany był bardzo do tego miejsca i próbował uratować ile się da wyrywając dom zębowi czasu.

Adelka postanowiła zostawić „chłopców” w ramionach wspomnień i przejść się po okolicy z psami. Należało im się trochę ruchu po siedzeniu w aucie. Szła przed siebie starając się zapamiętać różne charakterystyczne punkty, żeby móc trafić z powrotem. Tak doszła do jakiejś bocznej chyba linii kolejowej, składającej się tylko z jednego toru. Wzdłuż niego prowadziła wydeptana szeroka ścieżka. Postanowiła nią pójść już bez obawy zgubienia drogi. Po pokonaniu sporej odległości jej uwagę przykuło coś leżącego na torach.

Miała wrażenie, że to coś się porusza, chociaż kształtem nie przypominało niczego konkretnego. No, może nadmuchaną wiatrem nieprzezroczystą  torbę foliową jakoś przymocowaną i nie mogącą odfrunąć. Podszedłszy bliżej zorientowała się, że to wcale nie żadna reklamówka lecz zwykły, stary worek. Najdziwniejszy w tym wszystkim był fakt, że worek naprawdę się poruszał i jeszcze wydawał jakieś dziwne dźwięki, jakby piski czy skomlenie. Bierka i Reks, wyraźnie zainteresowane, przytrzymane mocno przez Adelkę na smyczach, zdecydowanie ciągnęły w stronę ruchomego worka. Nagle równocześnie odwróciły głowy w kierunku, z którego przyszły, chwilę nasłuchiwały, po czym z wyraźnym niepokojem spojrzały na siebie, na panią i rozszczekały się ciągnąc ją w stronę worka. Adelka bardziej wyczuła niż usłyszała pociąg. Zresztą, może to psy przekazały jej wiadomość, nieistotne. Przerażenie dodało jej sił, nadludzkim wysiłkiem rzuciła się ku workowi i ściągnęła go z torów na bezpieczną odległość. Ciężko dysząc przykucnęła trzymając się psich smyczy jedną ręką, drugą kurczowo ściskając zawiązany, piszczący, ruszający się worek, jakby w strachu, że wyrwie się jej i wróci na tory. Obok przejechała pomału lokomotywa czy raczej elektrowóz, czy jak to się teraz nazywa. Lokomotywa jest chyba na parę…”para buch, koła w ruch” i tak dalej… Kiedy ślad po pojeździe zaginął a gwizd zamarł w oddali – odetchnęła. Nie wypuszczając z ręki smyczy próbowała odwiązać worek. Nie mogła sobie poradzić, bo drżały jej ręce i zęby szczękały uderzając o siebie.

– Przypnę was do drzewa, bo inaczej nie dam rady rozsupłać tego cholernego sznurka – wymamrotała niewyraźnie do psów między jednym szczęknięciem zębów a drugim. – Nie spuszczę was teraz za skarby świata. Umarłabym tu sama z przerażenia, jakbyście gdzieś poleciały. Dobrze? Stójcie i patrzcie.

Wreszcie udało się zdjąć sznurek. Bierka i Reks przeszkadzały  piszcząc i wtykając mordy do worka, z którego wyłoniły się trzy czarne noski, trzy pary ślepków jak paciorki i sześć par czarnych łapek, do których przyczepione były łaciate kulki z ogonkami. Adelce nie zrobiło się słabo tylko i wyłącznie z poczucia odpowiedzialności. Miała świadomość, że gdyby zemdlała, to uratowane przed chwilą od strasznej śmierci trzy rozkoszne szczeniaczki zginęłyby niechybnie, przecież Bierka i Reks nie dałyby rady odpiąć się od drzewa, żeby sprowadzić pomoc.

Stopniowo zaczęła jej wracać zdolność myślenia. Połapała rozłażące się maluchy. Najpierw każdego przytuliła, sprawdziła, czy mają wszystko na swoim miejscu. Stwierdziła, że są bardzo chude i tylko szczenięca sierść daje wrażenie puchowatości. Jednemu zawiązała na szyi sznurek, drugiemu zrobiła obróżkę z własnej apaszki, trzeciemu z kawałka oderwanego worka. Reksa i Bierkę spięła jedną smyczą. Na szczęście używała dla Reksa mocnej, treserskiej smyczy z możliwością przepinania karabińczyków. Drugą, cieńszą, należącą do Bierki, przeciągnęła przez zaimprowizowane obróżki piesków. Dopiero wtedy głęboko wciągnęła powietrze do płuc, wyjęła komórkę i zadzwoniła do Adama. Rwącym się ze zdenerwowania głosem mówiła chaotycznie, że psy, pociąg, szczeniaki, worek…

– Adelka, uspokój się bo nic nie rozumiem. Dzwonisz, to znaczy, że żyjesz i pociąg nic ci nie zrobił. Bierka i Reks? Stoją obok? Dobrze…I kto tam jeszcze z tobą jest? Pojmuję, szczeniaki. Aha, no dobrze, chude….no dobrze, o rety, wiem, że niedobrze, że chude ale dobrze, że żyją, tak? A teraz wytłumacz gdzie ty właściwie jesteś i jak cię znaleźć.

Mietek oczywiście wiedział gdzie są rzeczone tory kolejowe. Popędzili do samochodu przezornie wziąwszy ze sobą duży karton i podjechali do torów. Tam musieli zostawić auto i dalszą drogę pokonać piechotą.

– Gdzież tak daleko cię poniosło? – wysapał Mietek, który prawie biegł zostawiając z tyłu kuzyna z przykazaniem, żeby się nie męczył, bo mu nie wolno, żeby znowu zawału nie dostał.

– Tylko dzięki temu one żyją – wskazała Adelka puchate, łaciate kulki.

– Jak można być aż tak podłym – wzdrygnął się Adam dotarłszy na miejsce. – Przecież gdybyś tu nie przyszła, na torach leżałaby teraz krwawa miazga. Potworność.

– Niestety, ciągle jeszcze zwierzęta są przez niektórych traktowane jak rzeczy – westchnął Mietek – Niedawno znajomy opowiadał, że znalazł przy drodze kilka martwych szczeniąt. Co kilka metrów leżało jedno. Okazało się, że taki jeden miejscowy jechał rowerem i wyrzucał co kawałek. Jak śmieci. To ostatnie zobaczyła sąsiadka, popędziła na ratunek i dlatego przeżyło. To była sunia i ona się nią zaopiekowała. Powiedziała, sąsiadka znaczy, że jak trzeba to w sądzie zezna, że to on, ten chłop, bo trzeba nie mieć serca ani sumienia, żeby tak zrobić.

– Boże! I taki bydlak uważa, że jest człowiekiem. Potem idzie do kościoła, pewnie przystępuje do komunii i się modli – Adelka wytarła łzę spływającą po policzku. – Piorun powinien takiego strzelić przy samym ołtarzu, żeby wszyscy widzieli!

– Uspokój się Adelko – próbował wpłynąć na nią nie mniej wzburzony Adam. – Całego świata nie zbawisz. Uratowałaś te trzy stworzonka i teraz się trzeba nimi zająć.

– Tak, masz rację, tylko ja nie mogę przejść do porządku nad taką podłością.

Ruszyli w stronę samochodu. Adelka prowadziła Bierkę i Reksa na smyczy. Pudło ze szczeniakami, jako bardzo nieporęczne do transportowania piechotą, nieśli panowie trzymając je z obu stron.

– Dwa domy ode mnie mieszka weterynarz. Gabinet ma na miejscu. Jedziemy od razu do niego – zdecydował Mietek. – Wskakujcie ze swoimi psami do środka, ja wam podam pudło z maluchami.

Weterynarz obejrzał maleństwa jednocześnie słuchając całej historii.

– Miały niebywałe szczęście, że pani akurat się tam znalazła. Mogłyby godzinami konać w męczarniach. Boże, co ja się tu napatrzę ludzkiego okrucieństwa to przechodzi jakiekolwiek pojęcie. Te maluchy są niesamowitymi farciarzami. To jest piesek, tamten z czarnym uszkiem też. A to jest sunia, ta czarna z białymi kółkami na grzbiecie. Pokaż się malutka, śliczna jesteś. Nie bój się, już nie musisz.

Zaaplikował całej trójce po jakimś zastrzyku, dał tabletki do podania później oraz polecił najlepszą dla nich w tej chwili karmę. Wyszli obładowani akcesoriami dla szczeniąt.

Wrócili do domu Mietka. Nakarmione do syta maleństwa rozpoczęły zwiedzanie terenu. Bierka i Reks towarzyszyły im z wyraźnym rozbawieniem na pyskach. Troje ludzi usiadło wreszcie spokojnie, każde z kubkiem kawy w ręce, Adam musiał się zadowolić bezkofeinową.  Ludzie spojrzeli po sobie tak trochę z ulgą, trochę z rozczuleniem (które dotyczyło rzecz jasna nie siebie lecz szczeniąt), trochę z radością i trochę z niespokojną bezradnością.

– No, jest dobrze, teraz tylko trzeba im poszukać domów – oświadczyła Adelka.

– Czy ty, jako ich niejako matka chrzestna, masz już jakiś pomysł? – spytał Mietek.

– Niejako jeszcze nie mam, przecież dopiero usiadłam, nie miałam kiedy zacząć myśleć – spojrzała na niego z lekkim niesmakiem.

Adam parsknął śmiechem. Głównie z odprężenia ale i z radości, że tych dwoje wyraźnie poczuło do siebie sympatię. Mietek był jego ulubionym członkiem rodziny, choć dużo młodszym.

– A to farciarz – zawołał z podziwem widząc jak jeden z piesków ciągnie po ziemi otwartą torebkę z karmą a drugi idzie za nim i zbiera wypadające kulki.

– Ojej, trzeba im zabrać bo się rozchorują z przejedzenia – zerwała się Adelka.

– To już mamy imię dla tego cwaniaka. Brat się namęczył, żeby żarcie wyciągnąć a on się bez wysiłku pożywia. Farciarz jeden.

– Wszystkie farciarze – mruknął Mietek. – Wyjątkowe. Gdybyście dziś nie przyjechali…

– Cicho już, nie stresuj Adelki, wystarczy jej przeżyć na jeden dzień – szepnął Adam. – No to mamy Farciarza, w skrócie Fartek, Fartuś, Fartunio – dodał głośno.

– Ostatecznie może być – zgodziła się Adelka. – A ten, który ciągnął żarełko? Pracuś? Pracek, Pracunio? Ma taki poczciwy wyraz mordki.

– Ty masz największe prawo do nadania im imion. Jak zechcesz tak będzie – powiedział Adam patrząc ciepło na Adelkę.

Mietek spoglądał na kuzyna i jego towarzyszkę dyskretnie, starając się by tego nie zauważyli i nie zaczęli uważać za nieokrzesanego buraka. Tak, właśnie buraka. A on burakiem nie jest. Zerkając myślał, że człowiek nawet w wieku stu lat ma prawo do szczęścia. Może więc i do niego szczęście się jeszcze uśmiechnie? Wszak jest sporo młodszy od Adama (któremu do setki jeszcze dużo, dużo brakuje), a kuzyn wprost promienieje. Mietek był tak zwanym facetem po przejściach, bo żona wyjechała przed laty do pracy za granicę i została. Ułożyła sobie życie na nowo i nie miała zamiaru wracać. Przebolał już stratę i właśnie chyba doszedł do wniosku, że szkoda życia na smutki i rozpamiętywanie przeszłości. Miał dorosłego syna, usamodzielnionego całkowicie i zastanawiającego się czy nie wrócić do kraju, z którego wyjechał z matką jako mały chłopczyk. Ostatnio coraz częściej odwiedzał ojca czym sprawiał mu ogromną radość,  dogadywali się wspaniale odkrywając coraz więcej wspólnych cech i łączących ich więzów.

– Wobec tego pozostaje znaleźć imię dla suni – Adelka wyrwała Mietka z zamyślenia.

– Adelko, ale zdajesz sobie sprawę, że to tymczasowe imiona, prawda? Kiedy znajdziemy dla nich domy nowi opiekunowie zapewne zechcą je nazwać po swojemu – powiedział Adam.

– Nie szkodzi. Elki psice są zawsze rasowe, mówię o owczarkach niemieckich, nie o małych dodatkach do psów jak to ona mówi. No więc one mają jakieś dziwaczne rodowodowe nazwy, że nawet nie wymówisz i nie zapamiętasz. A od Elki każda dostała normalne imię i nawet nie wiedziała, że ją nazwali jak dziwadło jakieś – odrzekła Adelka głaszcząc suczkę, która w przeciwieństwie do braci nie była zainteresowana poznawaniem terenu lecz najedzona do pełna pewnie pierwszy raz w swoim krótkim życiu, przytuliła się i spała. – O matko, jaka ona słodka, jaka śliczna – rozczuliła się. – Taka śpiąca królewna, taka cudna królewna Śnieżka.

– Jaka Śnieżka? Przecież ma więcej czarnego niż białego – zdziwił się Mietek.

– A właśnie, że Śnieżka. Od tej chwili ma na imię Śnieżka – zachichotała Adelka. – Czy wszystko musi być zawsze logiczne i wytłumaczalne?

Zadzwonił telefon w kieszeni Mietka. Spojrzał na ekranik.  Weterynarz.

– Opowiedziałem córce historię waszych szczeniaków – powiedział. – Bardzo się przejęła. Natychmiast zadzwoniła do znajomych, którzy niedawno pożegnali swego starutkiego psiego przyjaciela. Przekonała ich, że koniecznie powinni adoptować uratowane sierotki. Są w wyjątkowej sytuacji, ci znajomi, bo właśnie zamierzają się przeprowadzić z bloku do własnego domu z ogródkiem, Wezmą oba pieski, będą miały dobrze.

Adelka odebrała zaskoczonemu Mietkowi słuchawkę.

– Przepraszam panie doktorze, że się włączyłam. Ale musiałam. Chciałam jeszcze raz bardzo, bardzo serdecznie podziękować za taką dobrą wiadomość. Rozumiem, że Farciarz i Pracuś pozostaną pod pańską opieką medyczną na zawsze i mogę być o nich spokojna?

– Przepraszam ale nie zrozumiałem. Kto? – zdziwił się weterynarz.

– Farciarz, Fartek oraz Pracuś, Pracek – zaśmiała się. – Takie dostały imiona. Właściwie to same zasugerowały, żeby im je nadać.

– Aha, rozumiem – odpowiedział weterynarz. – Przekażę tę wiadomość nowym opiekunom, niech się przyzwyczają.

Mietek myślał, myślał, spoglądał na rozkosznie śpiącą Śnieżkę raz za razem i kontynuował myślenie. Widać było, że praca zwojów mózgowych staje się coraz bardziej intensywna, że się przegrzewają i zaraz z głowy poleci dym po czym nastąpi wybuch. I nastąpił.

– Słuchajcie, ja zatrzymam Śnieżkę.

Adelka i Adam wstrzymali oddech wpatrując się w Mietka i czekając na ciąg dalszy.

– No co się tak patrzycie? Przecież dawniej tu zawsze były psy. Pamiętasz? – zwrócił się do Adama.

– Pewnie, że pamiętam – przytaknął zapytany. – Nawet mam niektóre na starych zdjęciach, które zabrałem po śmierci taty.

– Nasi ojcowie byli braćmi – wyjaśnił Mietek patrząc na Adelkę. – To wiesz?

– Wiem, pewnie, że wiem – potwierdziła Adelka.

– Chciałem się upewnić – wyjaśnił. – Od czasu tych wszystkich nieporozumień spadkowych związanych z domem nie było żadnego psa. Ale teraz, kiedy spłaciłem już resztę „pretendentów do tronu”, dom jest mój według prawa, tylko mój. I wreszcie mogę mieć psa. Może być suczka.

– I dopiero teraz mi o tym mówisz? – wykrzyknął przejęty Adam.

– A skąd mogłem wiedzieć, że Adelka jest taka fajna i, że mi znajdzie psa? – ze zdumieniem odpowiedział Mietek. – Jasnowidzem przecież nie jestem.

– O domu mówię – sprostował Adam. – Jechałem tu z bojowym nastawieniem przekonany, że tym niesfornym smarkaczom trzeba będzie utrzeć nosa skoro nie da się im przemówić do rozumu, a tu taka niespodzianka. I ty mi nic nie powiedziałeś! No wiesz co!

– Smarkacze to wnuki najmłodszego brata naszych ojców – rzucił w stronę Adelki dla wyjaśnienia. – Adasiu, nie gniewaj się. Jak mi spadł kamień z serca to i z głowy wyskoczyło. Skończyło się dobrze i szybko ponieważ mecenas wytłumaczył smarkaczom, że nic nie zyskają tylko stracą czyniąc wstręty. Przedstawił im możliwość rozliczenia w taki sposób, że zrozumieli i zgodzili się. Kosztowało mnie to wprawdzie wszystkie oszczędności, ale co tam. Oni chcieli dom zburzyć! Ten dom, z duszą, ze wspomnieniami! Nie mogłem na to pozwolić. Teraz dom jest uratowany i pomału doprowadzę go do porządku. Jestem gospodarzem pełną gębą i mam od dzisiaj psa – uśmiechnął się.

Adelka nie wierzyła własnym uszom. W kwestii adoptowania Śnieżki przez Mietka oczywiście, reszta była jej obojętna.

– Mieciu, powtórz to jeszcze raz, bardzo cię proszę. Powtórz, że przygarniesz Śnieżkę, będziesz ją kochać i dbać o nią do ostatnich dni twoich albo jej. Jakby twoich, to daj znać wcześniej, ja się nią zaopiekuję.

Adam po raz kolejny parsknął śmiechem słysząc słowa Adelki i widząc dziwną minę swojego kuzyna.

– Mieciu, ja ci radzę: przyzwyczaj się. Adelka i jej przyjaciółki zwane „mafią” mają specyficzny sposób wypowiadania się oraz stosunek do świata nieco odmienny od większości zwykłych zjadaczy chleba w naszym pięknym kraju.

– Przyzwyczajam się – odpowiedział Mietek. – I powiem, że mi to odpowiada. Chciałem wam też powiedzieć, że jesteście zaproszeni raz na zawsze o każdej porze dnia i nocy, ze wszystkimi psami i tą całą „mafią”. Miejsce się znajdzie. Uroczyście wam oświadczam, że właśnie zaczynam nową część mojego życia, czy tam nowe życie… Jak zwał tak zwał. Od dzisiaj ja jestem gospodarzem a Śnieżka gospodynią…

– Ja jestem Kowalski a tu pani Kowalska – mruknął Adam klepiąc się po biodrze.

– Oj, Adam, przestań. Mietek ma rację. Takie stworzonko wnosi w dom nowe życie – powiedziała Adelka lekko drapiąc Śnieżkę za uszkiem.

Stworzonko widocznie się wyspało bo otworzyło ślepka, szeroko ziewnęło i liznęło Adelkę w policzek. Mietek wyciągnął do suni rękę, którą obwąchała i też liznęła. Podniósł się i wziął maleństwo na ręce. Nie wyraziła sprzeciwu. Wręcz odwrotnie, wydawała się być zachwycona obserwując z wysokości poczynania swoich braci. Fartek zawzięcie obgryzał sznurówkę od Adamowych trampek, Pracek zaś pracowicie nogę od krzesła. Śnieżka polizała Mietka po policzku i przytuliła się.

– Zobacz jaka mądra – zauważył Adam. – Nie przytuliła się do brudnego. Najpierw umyła mu policzek…

Przyjaźń została zawarta. Następnego dnia przyszli nowi opiekunowie piesków. Spodobali się Adelce i była spokojna o los uratowanych przez siebie maluchów.

29.05.2018

  • urszula97 Jak czule,ślicznie,pozdrawiam.
  • kobietawbarwachjesieni Śliczna historia.
  • annazadroza Urszulo:-) Również Cię baaardzo serdecznie pozdrawiam i dziękuję:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Maryniu:-) Cieszę się przeogromnie, że spędziłaś miłą chwilę z Adelką;) Uściski :)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Zrozumiałam

Zaczął się ostatni tydzień maja! Już!!! Cały rok czekam na maj, bo to dla mnie najpiękniejszy miesiąc, a on się tak szybko przemyka, że już ku końcowi zmierza:((( Jeszcze jest czerwiec, ale tylko do 24-go. Kiedy dzień zaczyna się skracać – „nic już nie jest takie samo”. Najbardziej podobałyby mi się białe noce. Po jakimś czasie może by mi się znudziły, ale byłby to na pewno bardzo dłuuugi czas.
Urok ciepłych, słonecznych, prawdziwie letnich dni przysłaniały obrazy z telewizora. Udręczone SUPER MATKI, brutalni strażnicy… Lecz obok morza hejtu (!!!) wylanego na niepełnosprawnych – coś innego. Ludzie, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli przyszli pod sejm przywitać protestujących opuszczających budynek. Przyszli z kwiatami, słowami wsparcia, życzliwością, sympatią, podziwem i zrozumieniem. Część z tych osób – wg ich własnych słów – od tej pory będzie w niepełnosprawnym widzieć drugiego człowieka, o takich samych uczuciach i pragnieniach, o prawie do ich spełniania i życia w godności jak oni sami. Przestaną odwracać głowę, spuszczać wzrok udając, że nikogo nie widzą. Tyle przyniósł protest, może tylko, może aż.

Myślę sobie, że coś zrozumiałam dzięki temu konkretnemu protestowi. Zło nie niszczy Dobra. Ono je uruchamia i prowokuje do działania.

28.05.2018

  • babciabezmohera Bardzo celny wniosek końcowy.Też tak uważam.
  • kobietawbarwachjesieni Piękny wpis.
  • kotimyszkot I całe szczęście, że tak jest..
  • annazadroza BBM:-) To zdanie „samo przyszło”… widocznie taka jest prawda:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Dziękuję, że mnie rozumiesz:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Oby do jak największej liczby ludzi to dotarło:))
  • krzysztof213 I tak co roku coś mija coś się pojawia
  • krzysztof213 I w sumie też mam styczność że starszymi osobami .
    Że świat jak chodzi o te sprawy nieraz niestety odwraca zwrok nawet jak ktoś jest trochę inny to ma nieraz przerąbane .
    Więc więcej rozumiem niż chce i to nie wesoła melodia jest naprawdę .
    Więc pozdrawiam serdecznie
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 42

Elka siedziała u Kasi w kuchni. Właściwie powinno się już mówić: u Kamila w kuchni. Kamil nie miał nic przeciwko spotkaniom „cioteczek” z matką, mógł wtedy na dłużej opuścić dom ponieważ nie musiał myśleć o wyjściu z Dżemikiem. One to załatwiały zbiorowo wychodząc na spacery. Najczęściej chodził wtedy na koncerty nie będąc zobowiązanym do wczesnego powrotu. Albo, oczywiście, na randki.

– Powiedzcie dziewczyny jak to jest, że ktoś sobie coś wymyśla, a potem się okazuje, że kilka innych osób w różnych częściach świata, niezależnie od siebie, wymyśliło takie same albo podobne rzeczy. Czasem też rodzą się podobne idee  – w zamyśleniu powiedziała Ela.

– Ty tak ogólnie czy coś konkretnego masz na myśli? – rzeczowo zapytała Kasia.

– Kiedyś nie było seriali. W polskiej epoce przedserialowej w telewizji można było brazylijskie albo argentyńskie obejrzeć.

– Pamiętam. Kiedyś w czasie zwolnienia robiłam sweter na drutach i oglądałam jeden, kiedy dzieci były w szkole. Ale co w związku z tym? – Kasia nie dawała za wygraną.

– Myślałam o Teresie. Bo to ona wymyśliła taki polski serial…

– Z nami w roli głównej – wtrąciła ze śmiechem Adelka.

– Taki miała pomysł. Żeby kilka głównych postaci i między nimi jeszcze inni…

– Elka, a tobie co się nagle zebrało na takie rozmyślania?

– Tak sobie myślałam, że człowiek wymyśla różności ale potem ich nie wciela w życie. Robi to ktoś inny, obcy. I jeszcze zgarnia kasę a człowiek nic nie ma…

Kasia z Adelką spojrzały na siebie ponad głową Elżbiety, która oparła łokcie na stole, brodę na dłoniach i zapatrzyła się w przestrzeń.

– Hej, człowieku – pomachała Kasia ręką przed oczami przyjaciółki. – A propos czego te twoje wywody? Jaki obcy, jaka kasa?

– No właśnie, kasy nie ma – oprzytomniała Elżbieta i z niesmakiem spojrzała na przyjaciółki. – O co wam chodzi?

– Nam?! – zgodnym chórem odezwały się pozostałe panie, których oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

– A komu? Próbuję wam powiedzieć, że spotkałam się z Teresą w naszej ursynowskiej Galerii i… no właśnie… i…spotkałam …  Winicjusza…

– Aaa – zgodny chór znów wyrażał zdziwienie tym razem połączone z zaciekawieniem.

– Razem czy osobno? – dopytała Kasia wyjątkowo dociekliwa tego dnia.

– Co razem czy osobno?

– Rety, z tobą się nie da dziś rozmawiać – jęknęła Kasia. – Byli razem Teresa z Winicjuszem, czy ty byłaś z Teresą a Winicjusz sam, aaa… może ty byłaś z Winicjuszem, a Tereska sama…

– Wariatki, kompletne wariatki. Byłam umówiona z Teresą, no… w sprawie ilustracji… a on się napatoczył… przypadkiem…

Wieczorem Elżbieta długo nie mogła zasnąć. Teraz tak było: albo padała ze zmęczenia i zasypiała na stojąco, albo przewracała się w pościeli z boku na bok czekając na sen, który nie przychodził. Leżała z szeroko otwartymi oczami. Zwróciła uwagę na grę świateł i cieni na ścianie i niespodziewanie wróciło wspomnienie rozmowy.

– Co chciałaś robić tak naprawdę, tak całym sercem? – spytał Winicjusz gdy siedzieli na brzegu jeziora  i z zachwytem patrzyli na księżyc srebrzyście odbijający się w wodzie.

Pomyślała, że nie powinna odsłaniać przed nikim swoich zapomnianych marzeń.

– Malować – odpowiedziała zanim rozum zdołał zapanować nad emocjami.

Usiadła gwałtownie na łóżku i rozejrzała się. Tak wyraźnie usłyszała w duszy głos Winicjusza jakby stał obok. Gama poruszyła się, zerknęła na panią jednym okiem, po czym uspokojona zamknęła oko i z powrotem pogrążyła się we śnie. Elżbieta wprost przeciwnie. Siedziała i myślała. Owszem, kiedyś nie miała ani chwili dla siebie, teraz jednak sytuacja się zmieniła. Chodziła z Adelką na zajęcia, zaczęła pracować nad rysunkami do bajek napisanych przez Teresę. Szło z początku opornie lecz z czasem rozkręcała się coraz bardziej, miała więcej pomysłów, rękę coraz sprawniejszą…

Właściwie to dlaczego nie? – zastanowiła się półgłosem wypowiadając myśli. Mam przecież sztalugi, nie wyrzuciłam ich, chyba, że Mirek a ja nie zauważyłam… Wyniósł przecież do śmietnika serwetki haftowane ręką mojej mamy, które trzymałam na pamiątkę. Sprawdzę, powinny być w schowku na półpiętrze. Poczekam do rana.

Siedziała i czekała. Ale ile można siedzieć, czekać, myśleć i jeszcze nasłuchiwać? Nasłuchiwała z przyzwyczajenia czy Mirek nie nadchodzi, chwilami zapominając, że nie musi się już tego obawiać. Wytrzymała trzy minuty i trzydzieści trzy sekundy. Zdecydowanym ruchem odrzuciła kołdrę i wstała. Poszła do kuchni, postawiła na gazie czajnik z wodą. Po chwili z kubkiem kawy w ręce wróciła do pokoju i stanęła przy oknie. Noc się kończyła, we wszystkich okolicznych blokach budziło się życie. Nagle z tyłu za nią rozległ się jakiś potworny ryk zwielokrotniony w odbiorze poprzez panującą ciszę. Podskoczywszy do góry z przestrachu wychlapała kawę na podłogę, psy się rozszczekały. Po chwili zidentyfikowała źródło diabelskiego dźwięku. Przecież odkurzała wieczorem. Zapomniała wyjąć z gniazdka sznur od odkurzacza a Kocio skoczył i trafił akurat na włącznik. Wyłączyła odkurzacz, uciszyła psice i rozejrzała się szukając sprawcy alarmu. Siedział przerażony w kącie przedpokoju chowając się pod kurtką zrzuconą z wieszaka. Wzięła na ręce pręgowanego futrzaka, przytuliła, uspokoiła.

– Przepraszam, to moja wina, nie powinnam zostawiać włączonego odkurzacza. Nie gniewaj się Kociu – mówiła do kosmatego uszka.

Właściciel owego ucha najwyraźniej się już nie gniewał, polizał ją po nosie i mrucząc z zadowolenia ułożył się wygodnie na kołdrze, na którą został zaniesiony. Ela wytarła podłogę i zrobiła sobie nową kawę. Potem wzięła prysznic, ubrała się wykonując wszystkie czynności powoli jakby chciała odsunąć od siebie chwilę podjęcia ważnej decyzji. Wyszła jeszcze z psicami na spacer. Po powrocie nie znalazła już żadnego pretekstu, żeby odwlec zamierzoną czynność. Nie zwlekając dłużej wyjęła klucz z szuflady i zeszła na półpiętro do schowka.  Odnalezienie sztalug nie zajęło jej zbyt dużo czasu. Mózg zarejestrował  obraz zagraconego pomieszczenia i pomyślała, że koniecznie musi tam posprzątać. W ogóle musi posprzątać swoje życie, pozbyć się resztek „pamiątek” po Mirku, poukładać wszystko od nowa. Do tej pory nie chciało jej się, nic się nie chciało zrobić, po powrocie do domu z zajęć ogarniały ją bezwład, niemoc, niechęć do robienia czegokolwiek i złość na siebie, że czas przecieka między palcami.  Może był to ciąg dalszy odreagowywania przeżytych lat gehenny? Trzeba z tym skończyć i wrócić do życia. Ma przecież dla kogo. Chłopcy zaczęli się między sobą dogadywać, mieli stałe dziewczyny i poważnie podchodzili do życia myśląc o przyszłości.

Wytarła sztalugi z kurzu i zabrała do domu. Wyczyściła je, odszukała pudło z przyborami do malowania, teczki ze starymi szkicami i zaczęła je przeglądać. Przeniosła się w przeszłość, każda kartka kojarzyła się z wydarzeniem albo sytuacją czy osobą, przypominała uczucia, kolor chwili….

Co powiedziała Winicjuszowi? Że to była tylko chwila przerwy  i, że sytuacja w dalszym ciągu pozostaje bez zmian. A co odpowiedział jej Winicjusz? Uśmiechnął się, że dobrze, dobrze. I poważniej dodał, że strach przed porażką potrafi sparaliżować tak, iż uniemożliwia osiągnięcie sukcesu. Teraz przyznała mu rację, sama się o tym przekonała. Ale teraz ona już nie musi się niczego obawiać. Może spróbować swoich sił bez strachu, bez żadnego obciążenia. Teresa w nią uwierzyła, z czegoś to musi wynikać. Taak… ileż tego jest w tych teczkach… niektóre nienajgorsze… coś podobnego… to nawet całkiem niezłe. Rozpięła płótno na sztaludze. Po jakimś czasie nabrała odwagi, wzięła paletę do ręki i przymierzyła się do mieszania kolorów. Czas przebiegał obok niej zupełnie niepostrzeżenie. Przebiegał i przebiegał a gdy już pokonał ogromną odległość, zbliżyły się do pańci psice i zażądały spaceru. Zdziwiona Elżbieta wpatrywała się w płótno, a raczej w coś, co się na nim pojawiło. Podchodziła, oddalała się, obchodziła raz z jednej strony raz z drugiej, mrużyła oczy, kręciła głową, myślała. Od dłuższego myślenia odwiodła ją skutecznie Beta ciągnąc w stronę drzwi z jazgotem o odpowiedniej intonacji, co brzmiało jak: pospiesz się, co ty znowu dałaś do jedzenia temu kociemu futrzakowi? Zwinęłam mu trochę i muszę natychmiast wyjść. Pospiesz się albo będziesz miała robotę!

Ledwo zdążyły na trawnik. Uff, udało się. Elżbieta odetchnęła i postanowiła podarować suczkom długi spacer na przeprosiny za swoje niezrównoważone zachowanie ostatnimi czasy. Zrobiły największe kółko, Beta małymi nóżkami szybciutko przebierała i dotrzymywała Gamie kroku. Wracały zmęczone lecz zadowolone. W windzie przepaliła się żarówka. Trudno, pojadą w ciemności. Po wyjściu z windy obejrzała się szukając wzrokiem Bety i nie zobaczyła małej suni. Pomyślała, że zostawiła ją na dole. Wsiadła z Gamą i zjechała na parter. Coraz bardziej zdenerwowana rozejrzała się, wyszła przed blok. Nigdzie Bety nie było. Gama przyglądała się swojej pani z dziwnym wyrazem mordki. Wreszcie szczeknęła. Elżbieta odwróciła się, powiodła spojrzeniem w ślad za wzrokiem  Gamy i ujrzała czarny cień prawie przyklejony do własnych nóg.

– Beta, ty poczwaro jedna! Zawału przez ciebie dostanę! Ty się cały czas przesuwałaś za mną i dlatego cię nie widziałam! Nie widziałam czarnej psicy w ciemnej windzie!

25.05.2018

  • kobietawbarwachjesieni Piszesz bardzo ciekawie. Lubie czytać Twoje opowieści.
  • kasiapur Cała wlazłam w to opowiadanie ! Bardzo wszystko ,,po mojemu 😉 ,,
    Anula dobrego poniedziałku…wtorku…w ogóle całego tygodnia !
    uściskuję mocno !
  • annazadroza Marysiu:-) Dziękuję i serdeczności cały wagon posyłam do Ciebie:)))
  • annazadroza Kasiula:-) Dzięki, przecież Ty z tych, co znają Józefa… Tobie też wszystkiego co najlepsze na cały tydzień, buziaki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz