„Smutno mi…”

W ciągu dnia, kiedy jestem zajęta różnymi sprawami, co chwilę przychodzi mi do głowy coś, o czym chciałabym powiedzieć. Niestety, jeśli nie zapiszę, znika i nie wraca. Zapisanych też jest sporo, po jakimś czasie przeglądam zapiski i okazuje się, że coś co wydawało się ważne w chwili zanotowania, traci na ważności wyparte przez jeszcze ważniejsze, albo się dezaktualizuje. Wczoraj miałam sobie zrobić wpis na dziś, ale padłam i nie dałam rady. Na dodatek dziś od rana mi się zdawało, że jest piątek i zdziwiłam się, kiedy Mąż mnie wyprowadził z błędu. W zeszłym tygodniu nie zauważyłam, że już jest piątek, a w tym poszłam do przodu i zyskałam przez to jeden dzień. Tak, jakbym jeden raz dogoniła ten wiecznie uciekający czas:)
Włączyłam przy obiedzie telewizor. Babcia D. siedzi naprzeciwko, żeby miała dobry widok. Jak się zapatrzy, to może zje więcej.
Oniemiałam zobaczywszy, co się działo w sejmie. Wielkie, uzbrojone chłopy szarpiące brutalnie drobne kobiety, MATKI!!! W przeddzień Święta Dnia Matki!!! Za to, że całe życie poświęciły swoim niepełnosprawnym dzieciom. Takie dzieci każą rodzić obrońcy życia, no a gdzie oni są teraz? Dlaczego tego życia nie bronią?
Poczułam się okropnie, jak na filmie z najgorszego okresu stalinizmu, jakby człowiek był niczym, śmieciem, w każdej chwili można go zamknąć, zniesławić, znieważyć, zniszczyć mu życie, jego bliskim i znajomym też, bo liczy się tylko układ i przynależność do partii, oczywiście jedynie słusznej.
Czy my naprawdę weszliśmy w XXI wiek? Weszliśmy w świat Kafki, w mroczny świat procesu gdzie ofiara do końca nie wie o co jest oskarżona, ale wyrok zostaje wykonany. Znaleźliśmy się w świecie grozy, w którym uzbrojeni mężczyźni siłą odrywają dłonie matek od framugi okna. Za to, że krzyczą z bezsilności na cały świat o swojej tragedii, że chcą umożliwić własnym dzieciom życie, zaspokoić ich podstawowe potrzeby.

I pójdzie w świat obraz dłoni matek odrywanych od okien. Taki teraz jest obraz państwa…

„Smutno mi, Boże!”

24.05.2018

  • centrumperspektywa Myślę jednak, że niepełnosprawni i ich rodzice są wykorzystywani do celów politycznych.
  • babciabezmohera Dla mnie to niebywały heroizm: w takich surowych, nieprzyjaznych warunkach, ponad miesiąc czasu, z dorosłymi dziećmi, które wymagają szczególnej opieki… To bohaterstwo!
    Oglądałam wczoraj „Czarno na białym”- wstrząsające obrazy sejmowej codzienności tych osób…:(((
  • annazadroza Centrumperspektywa:-) Najsłabszych łatwo jest wykorzystywać do swoich celów. Jest to tym bardziej okrutne, że oni nie mają wyjścia, są bez szans w każdym starciu, dla nikogo nie stanowią „obiektu” działań, bo nie przesądzą losów wyborów.
  • annazadroza BBM:-) Prawdziwe bohaterstwo, poświęcenie i bezgraniczna miłość do własnego dziecka, któremu się oddaje własne życie.
  • krzysztof213 To nie Bóg to człowiek tak sprawił że tak jest naprawdę .
    Bardzo to żyjemy w kraju absurdu i propagandy .
    Oj lepiej już nieraz nie oglądać wiadomości choć nieraz każdy chce coś wiedzieć.
    A to wszystko H.. warte inaczej funta klaków i nic więcej.
    Ludzie i tak dla siebie coraz gorsi są.
    Czy to XXI wiek też nie wiem.
    W oj smutno mi że ci jest smutno bo już nie piszesz o pięknie w tym piekle w tym nędznym świecie i kraju.
    Życzę ci pogody ducha w tym wszystkim.
  • annazadroza Krzysztof:-) Pogody ducha powinniśmy sobie wszyscy życzyć, bo dzięki niej udaje się przetrwać trudniejsze czasy. Dziękuję Ci za te życzenia:)))
    Człowiek, oczywiście, że człowiek jest winien, że pozwala odżywać najgorszym upiorom przeszłości, że żądza władzy, zachłanność, zakłamanie, wstrętna potrzeba poniżania słabszych biorą w nim górę. Jest i druga strona medalu – inni ludzie zaczynają dostrzegać, że tego zła powstaje za dużo i przestaje im się to podobać.
  • krzysztof213 Wszystko się nieraz kręci w kółko i być może historia też
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Krzysztof:-) Miejmy nadzieję, że nie powtórzą się najgorsze karty historii…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Będzie dobrze:)

Od kilku dni ucho mi się zbuntowało, podjęłam więc – zmuszona sytuacją – decyzję o przeniesieniu się do przychodni w pobliżu domu i tym samym zmianie lekarza pierwszego kontaktu. Długo się woziłam z taką myślą, ale teraz zostałam zmuszona do działania. Stało mi się obojętne na kogo trafię, aby tylko pomoc uzyskać w boleściach. Trafiłam na młodą, śliczną panią doktor, która mi zaordynowała antybiotyk, skierowanie do laryngologa wypisała z adnotacją „pilne”. A najlepiej by było gdybym pojechała na ostry dyżur. Nie pojechałam, musieliby mnie tam zawieźć w stanie nieprzytomności kompletnej, bo masochistką to ja nie jestem. Podjechałam do miejscowego szpitala, do przychodni. Miejsca oczywiście do specjalisty nie ma, najwcześniej za miesiąc, co jest i tak rekordem, ale nie zapominajmy, że szpital znajduje się poza granicami Warszawy. Natomiast za pieniądze może mnie przyjąć na drugi dzień. Tym sposobem wróciłam dziś do domu po wizycie zachwycona panem doktorem. Ktoś powie – nic dziwnego, że miły skoro za żywą gotówkę. Ale się zainteresował, wyczytał, wypytał, obejrzał, przepisał, pochwalił dobór leku przez panią doktor, choć
nie wiedział i nie wie, że młoda i śliczna:) Mało tego, dał karteczkę z datą wizyty kontrolnej i kazał w recepcji się zapisać, już bez płacenia, przecież mam skierowanie, to po co mam znowu płacić. Wyszłam z uśmiechniętą gębą, w trzeciej aptece kupiłam przepisane kropelki do stosowania łącznie z
antybiotykiem dla lepszego efektu – tu miałam szczęście, bo nie ma w hurtowni i nabyłam jedno z dwóch ostatnich opakowań dostępnych w sieci aptek. Dotarłam do domu, wypiłam kawę, włączyłam Lapcia, zakropiłam ucho i odetchnęłam, może nie ogłuchnę, ważne, że ból mniejszy. Będzie dobrze:)))

23.05.2018

  • kotimyszkot Będzie 🙂 Jak tak się człowiekiem dobrze zaopiekują, to od razu mu lepiej.. Zdrówka życzę! 🙂
  • emma_b oczywiście, że będzie, trzymam mocno kciuki, Aniu:)
    a swoją drogą, gdy po pierwszej wizycie płatnej, proponowana jest następna bezpłatna, to mi to jakimś drobnym szwindelkiem pachnie. bo jeśli może być druga gratis, to dlaczego pierwsza nie?
  • babciabezmohera Współczuję.Miałam kiedyś zapalenie ucha, to wiem, jaki to nieprzyjemny ból! /tak jakby jakikolwiek ból mógł być przyjemny- dobre sobie!/ . Antybiotyk szybko działa- będzie dobrze! 🙂
  • annazadroza Myszokocie:-) Dziękuję. Musi być, jak medykamenty przepisane, używane zgodnie z instrukcją – to nie ma innego wyjścia:)))
  • annazadroza Emmo:-) Dziękuję. Wiesz jak jest, ze skierowaniem czekasz dłuuugo na wizytę, komercyjnie masz od razu. Pieniądz rządzi światem… Pan dr sam z własnej nieprzymuszonej woli dał karteczkę do recepcji z datą, na którą panie mają mnie wpisać do kontroli i basta. A ja jestem zadowolona, że tak się skończyło i mam nadzieję na poprawę.
    A z innej beczki – dziś mija 7 lat od przejścia Browcia przez Tęczowy Most. Świeczkę mu zapaliłam, zawsze wszystkim moim „odeszłym” palę, bez względu na ilość nóg jaką mieli za życia.
  • annazadroza BBM:-) Dzięki za słowa współczucia. Człowiek to dziwna istota, bo dobre słowo sprawia, że się lepiej czuje. Dziękuję:)))
  • karolinagurazda Mam nadzieję, że lekarstwo pomoże.
    Mnie też kiedyś bolało uchu i po wyczerpującej kuracji dowiedziałam się, że ucho bolało od promieniującej ósemki…
  • annazadroza Karolino:-) Od ósemki? Właściwie… przecież to naczynia połączone. Dentystka się kłania, trzeba będzie sprawdzić. Dziękuję za podpowiedź:)))
  • karolinagurazda annazadroza: lekarz rodzinny wysłał mnie do laryngologa, który stwierdził, że z uchem jest ok, ale powinnam iść do dentysty chirurga, bo mam zapalenie stawów (bolało mnie lewe ucho, oko, szczęka i gardło)… Chirurg powiedział, że to ósemka. Po usunięciu ból zniknął 🙂
  • annazadroza Karolino:-) Zmobilizowałaś mnie i zapisałam się do dentystki, a odwlekałam tę chwilę już dłuuugo… Dziękuję:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 41a

Urządzili dom na tyle, na ile było ich stać. Kupno nowych mebli odłożyli na bliżej nieokreśloną przyszłość  zmuszeni zadowolić się przywiezionymi z mieszkania Mikołaja. Najważniejszą inwestycją stało się teraz wykonanie podjazdu i wybrukowanie chodniczka wokół domu, żeby dało się wyjechać z garażu i przejść przez ogródek po deszczu. Bez tego opuszczenie domu stawało się niemożliwe ponieważ przy najmniejszych opadach otoczenie zamieniało się w jezioro. Poza tym trzeba było wykończyć betonowe schody wewnątrz oraz zamówić zrobienie w gabinecie szafy na całą ścianę. Na tym skończyły się oszczędności, przecież z własnych pieniędzy musieli sfinansować to, co powinien zrobić Budowlańczyk w ramach umowy a czego nie zrobił. Do tego cena franka szwajcarskiego wzrosła niespodziewanie tak, że wziąwszy w obcej walucie kredyt w wysokości sześciuset tysięcy złotych, mieli teraz do spłacenia ponad milion dwieście! Nie było innego wyjścia jak przyspieszyć termin przeprowadzki teściowej i sprzedać jej mieszkanie, bo zabrakłoby środków na spłatę rat kredytu, jako że pieniądze ze sprzedaży mieszkanka Mikołaja już się skończyły. Dość długo nie było kupca, wreszcie znalazła się młoda kobieta, której mieszkanie teściowej odpowiadało.

To, co nastąpiło po podpisaniu umowy przedwstępnej w biurze pośrednictwa handlu nieruchomościami przewijało się w myślach Kasi jak film puszczany na przyspieszonych obrotach.

W samym biurze siedzieli we trójkę – czyli oni i pani Wacia – do godziny dwudziestej drugiej. To był piątek, ostatni dzień listopada. Na sobotę Mikołaj był umówiony z kolejnym klientem, więc musiał spotkanie odwołać. Weekend spędzili u siebie robiąc porządek – z grubsza oczywiście rzecz ujmując – w pokoju przeznaczonym dla teściowej przede wszystkim, ale i w pozostałej części domu też.

Na niedzielę Kasia była umówiona z dziewczynami na pieczenie chleba. Adelka do tej pory nie miała okazji odwiedzić jej w nowym mieszkaniu, gospodyni bardzo więc starała się aby przyjąć gości odpowiednim poczęstunkiem. Stwierdziła, ze najmniej czasu zajmie jej upieczenie sernika. Poza tym zaplanowała jajka faszerowane pieczarkami, sałatkę jarzynową, zaś na ciepło beuf a la – nie Stroganow lecz a la Kaśka: z kurczaka, pieczarek, kolorowych papryk i kiszonych ogórków. Niebo w gębie miało być i było.

– Nie wiem, dziewczyny, jak wyszła sałatka, bo wieczorem byłam już taka zmęczona, że nie czułam smaku.

– Tobie zawsze wychodzi taka jak trzeba – stwierdziła Adelka.

– Aha, poza jednym jedynym przypadkiem, kiedy jej nie wyszła – wtrąciła Elka z jadowicie słodką miną.

– Kiedy kupiła w hipermarkecie – zaśmiała się Adelka.

– Chyba ze trzy różne wtedy kupiłam i wszystkie były okropne – przytaknęła Kasia. – Powiedziałam, że nie kupię nigdy więcej.

– Tak fajnie było u nas w osiedlu… – westchnęła Adelka z tęsknotą.

– I to ona wszystko popsuła – Elka palcem wskazała na Kasię.

– Mówiłam ci tysiąc razy, że palcem się nie pokazuje – odgryzła się Kasia.

– Tylko całą ręką – dokończyła Adelka. – A poza tym to Teresa pierwsza się wyprowadziła.

– Tak dawno, że się nie liczy. Teraz to wszystko wina Kaśki! Bo ona jest uparta i tyle! Kto nie chciał pisać na komputerze, choć jej tłumaczyłam jakie to wygodne? A kto nie chciał jeździć metrem, bo tylko krety ryją pod ziemią? – Ela umilkła dla zaczerpnięcia oddechu.

– Z tymi kretami to nie ja, to Ziutek, ja się tylko bałam, że mi się na głowę zawali. Ale niech ci będzie. Bardzo się cieszę, że przyjechałyście. Musicie wpadać do mnie jak najczęściej, w końcu po co Elka ma prawo jazdy?

W poniedziałek Mikołaj odwiózł żonę do pracy i pojechał do matki pomóc się pakować, we wtorek też. Na środę zamówił transport, w czwartek miała się matka wymeldować, poszedł też z nią do spółdzielni po zaświadczenie o nie zaleganiu z czynszem, w piątek umówiona była wizyta u notariusza w celu podpisania właściwej umowy.

W środę po powrocie z pracy Kasia zastała teściową siedzącą przy stole i cały salon zawalony workami, paczkami. jak to po przeprowadzce. Uff, spokój babo, powiedziała do siebie i wzięła się za rozpakowywanie pakunków ze szkłem i skorupami różnego autoramentu. Zeszło jej do pierwszej w nocy, po czym padła na łóżko bez siły.

W czwartek po pracy pojechali do mieszkania teściowej zabrać pozostawione drobiazgi i oddać klucze nowej właścicielce. Chwila była naprawdę ostatnia, raty kredytu znów wzrosły i wyobraźnia podsuwała wizję zamieszkania pod mostem.

Oczywiście nie mogła się normalnie i w spokoju zakończyć cała sprawa, bo przecież Kasia spokoju nigdy mieć nie może. Otóż dziewczyna kupująca mieszkanie uiściła zaliczkę, lecz prowizja dla biura nieruchomości była znacznie większa od zaliczki o czym ani Kasia ani Mikołaj nie pomyśleli. Po wpłaceniu raty kredytu za Szczawnicę okazało się, że zabraknie pieniędzy dla biura! Kasia wyzbierała swoje wszystkie złote precjoza.

– I tak nie noszę złota tylko srebro – powiedziała do męża, który z kolei przyniósł zbierane przez siebie monety – sprzedaj to wszystko.

Na szczęście okazało się, że nabywczyni mieszkania przyniosła pewną sumę w gotówce. Dzięki temu akcja wysprzedawania resztek wartościowych przedmiotów została wstrzymana.

Dopóki w domu była sterta pełnych worków w duszy Kasi panował spokój mimo fizycznego zmęczenia. W miarę ich rozpakowywania i ubywania przedmiotów z pola widzenia, w Kasinej duszy odwrotnie – robiło się coraz gęściej, w głowie zresztą też, od myśli nad którymi nie udawało jej się zapanować. Najpierw była „wojna” o miejsce przy stole. Kasia ustąpiła starszej pani swoje, na wprost telewizora, żeby miała lepsze pole widzenia, ale teściowa za każdym razem siadała gdzie indziej. U Kasi zwrócenie się do niej z prośbą, aby się przesiadła na swoje – już stałe – miejsce skutkowało zawsze kołataniem serca i wewnętrzną trzęsionką. Potem ileś razy tłumaczyła, że trzeba segregować śmieci i nie wrzucać szkła czy plastikowych butelek do ziemniaczanych obierków. Kończyło się to obrazą i zamykaniem się starszej pani w pokoju. Wypisała więc Kasia dokładnie co się wrzuca do jakiego worka i rozpiskę powiesiła na drzwiach lodówki. Nie zdało się to na nic i musiała jak Kopciuszek przebierać śmieci. Następnie pojawiła się sprawa kwiatków, których pani Wacia przywiozła ze sobą taką ilość, że doniczki nie mieściły się w jej  pokoju. Poza tym nie podobały się Kasi. Jakieś wydłużone liście na długich witkach kwitnące podobno raz na siedem lat i to przez jedną noc.

– A czasem wcale nie kwitną – powiedziała starsza pani.

– To wiesz co, mamo? Może ja wyniosę je do pracy? Tam będą miały więcej miejsca.

Po powrocie z pracy stwierdziła że doniczki stoją na parapecie małego okienka przy kominku. Zestawiła je natychmiast.

– Musi być wolny dostęp do okna, bo i wietrzyć trzeba rozpalając w kominku, i Rudy może w każdej chwili się pojawić. No… a poza tym salon jest ciemny i nie zasłaniajmy tej odrobiny światła, która przez okienko wpada do środka.

Rudy to kot, który zaczął towarzysko odwiedzać dom nowych sąsiadów, czasem nawet ucinał sobie drzemkę na fotelu.

Potem dostrzegła różne bibeloty, flakoniki, dzbanuszki i nie wiadomo co jeszcze na swoich półkach i w kuchni. Zdjęła wszystko czym prędzej i w pudełku wyniosła na antresolę. Wiedziała, że jak od razu pewnych reguł współżycia się nie ustali, będzie kiepsko. Coś jej w duszy mówiło, że się czepia jak upierdliwa stara panna, ale cóż, Byk to Byk, ma swój upór (chwilami głupi, fakt, ale tak jest i już) oraz poczucie własności ( też do przesady). Nie znosi, kiedy ktoś wkracza na jego terytorium, coś samowolnie rusza, przestawia, w ogóle dotyka. Wpada w furię na samą myśl o podobnej ewentualności…

– …no więc trzeba kupić deskę do prasowania, żeby mama miała swoją u siebie i nie musiała szukać, kiedy jej będzie potrzebna – przekonywała Mikołaja.

– Nie wiem czy to potrzebne – zastanawiał się. – Jedna nie wystarczy?

– Przecież w gabinecie nie zawsze będzie taka sterta szpargałów jak teraz, kiedyś wreszcie uporamy się z tym przeprowadzkowym rozgardiaszem i deskę schowam.

– A nie mogłaby stać na dole w schowku?

– Oczywiście, że nie. Przecież ja jej co chwilę potrzebuję. Poza tym gabinet musi nam służyć i do pracy i jako garderoba, bo gdzie indziej nie ma miejsca. Aha, musimy też kupić małą zmiotkę i śmietniczkę zieloną do łazienki, żeby mama w każdej chwili mogła sobie sprzątnąć.

Kupili i akcesoria do zamiatania, i zielony kubełek na śmieci, i zielony kosz na brudną bieliznę. Kasia bardzo chciała, żeby teściowa była zadowolona. Tak sobie myślała, że fajnie będzie mieć taką „ciocię” – bo przecież mama jest tylko jedna – z którą można pogadać wieczorem usiadłszy przy łóżku, pośmiać się, pójść na babskie zakupy, osobę dobrą, ciepłą, która poradzi, wesprze dobrym słowem, przytuli w razie potrzeby… Cóż, rzeczywistość okazała się diametralnie różna od wyobrażonej i to prędzej, niż można się było spodziewać. Co chwilę dochodziło do drobnych utarczek, sytuacji konfliktowych, których organizm Kasi po prostu nie trawił… Chciała zawsze, żeby wokół niej wszyscy byli szczęśliwi, zero kłótni, złośliwości, intryg, tego miała przecież w nadmiarze poza domem.

W pracy sytuacja cały czas była napięta  i nerwy Kasi też napięte do ostatnich granic. Po powrocie z pracy musiała to napięcie odreagować, spokojnie się umyć, przebrać i dopiero wtedy schodziła do kuchni i podgrzewała obiad, który zawsze przygotowywała wcześniej. Tego dnia ledwo zdążyli oboje z Mikołajem wejść do domu, pani Wacia już  podała na stół usmażone placki poganiając ich gwałtownie do jedzenia. Kasi zabulgotało coś w środku, pewnie złość wymieszana z pracowym stresem. Poszła na górę, umyła się, przebrała zgodnie z domowym rytuałem. Teściowa przybiegła za nią.

– Obiad na stole, no szybciej, szybciej, pospiesz się! Co się tak guzdrzesz?

– Nie szybciej, nie mogę w takim tempie. Ja muszę spokojnie, po swojemu…

– No jak ty do mnie z takimi zagrywkami – warknęła starsza pani

– Mamo, ja nie mam piętnastu lat tylko przeszło pięćdziesiąt – Kasia próbowała okiełznać stado furii wewnątrz własnego ciała, które koniecznie chciały wydostać się na zewnątrz. – Jestem koszmarnie zmęczona po pracy i nie mogę niczego robić na komendę. Ale dziękuję, za chwilę przyjdę.

Usiedli we trójkę przy stole. Kasia próbowała spokojnie zagadnąć o to i owo, ale nic z tego nie wyszło. Atmosfera stała się gęsta.

– Napijesz się ze mną piwa imbirowego? – próbowała rozładować napięcie.

– Nie, dziękuję – padły słowa wycedzone lodowatym tonem z zaciśniętych ust.

– A ja się napiję – wstała od stołu i wlała złocisty płyn do szklanki.

Nie, to nie, mruknęła pod nosem. Nie będę się tym przejmować, więcej zostanie dla mnie…Co ona sobie myśli, że mnie ukarała? Za co? Może teraz mam płakać, żeby ją zadowolić?

Ze szklanką w ręce poszła na górę. Wzięła się za rozpakowywanie paczek z książkami, segregowanie i wstępne układanie na nowym regale.  Kupiony w Ikea okazał się bardzo pojemny. Po wypakowaniu zawartości z kartonów zagracających cały gabinet wdrapała się na strych i stamtąd tony książek przesuwała w pobliże zejścia, stamtąd Mikołaj znosił je na dół. Znów cały hol i gabinet zapełniły się książkami. Miała więc co robić i nie musiała się zadręczać humorami teściowej. Pod wieczór jej przeszło. Kasi przeszło. Teściowa wyszła z łazienki, a ponieważ miała problemy ze słuchem, więc nie usłyszała synowej stającej obok.

– Oj, przestraszyłam się – aż podskoczyła.

– Przepraszam – Kasia ją przytuliła, przecież biedna staruszka nie ma nikogo na świecie poza nimi, czyli Kasią i Mikołajem z akcentem oczywiście na „ Mikołaj”.

Weekend minął spokojnie. Kasia ugotowała obiad, upiekła czekoladowego murzynka, przyszli panowie skręcić nowe meble w pokoju teściowej, inni panowie podłączyli telewizor, dekoder i kabel od talerza anteny satelitarnej. Nareszcie telewizor zaczął działać.  Pani Wacia zrazu miała skwaszoną minę na widok mebli, najwyraźniej jej się nie podobały, za bardzo różniły się od starych. Zajęła się jednak układaniem swoich skarbów: zdjęć, lampek, kamyków, muszelek, kasztanów, szkiełek, świeczek, kadzidełek, dla książek też znalazło się miejsce. Całość sprawiała miłe wrażenie. Po podłączeniu anteny nareszcie mogła oglądać swoje ulubione muzyczne oraz sportowe programy. Była chyba zadowolona, w końcu przecież miała z czego. Doczekała się mieszkania z jedynym ukochanym synem, dostała najładniejszy, słoneczny pokój, nowe meble, wspaniałą szafę na całą ścianę, nowy, płaski telewizor w miejsce starego rupiecia  zajmującego mnóstwo miejsca, mogła w każdej chwili wyjść do ogródka. Kasia miała nadzieję, że już będzie tylko lepiej. Cóż, nadzieja to podobno matka głupich.

W poniedziałek Kasia miała w pracy odprawę. Dowiedziała się o kolejnych zmianach i zupełnie nic o swoim dalszym losie. W domu w tym czasie rozpętała się kolejna burza między matką a Mikołajem. Starsza pani oświadczyła, że niczego nie może zrobić ani powiedzieć, bo „oni” są zawsze przeciw.

– Mamo, to przecież tobie nic nie można powiedzieć, bo się obrażasz – odpowiedział.

– Ja chciałam dobrze, a wy tego nie doceniacie!

– Rób dobrze dla siebie, my też będziemy robić po swojemu. Nie przyszłaś tu do pracy, niczego od ciebie nie wymagamy. My mamy własne życie ty masz swoje.

– To po co mnie wzięliście? – rzuciła tonem pełnym pretensji.

– Mamo, do jasnej choinki – Mikołajowi puściły nerwy. – A kto chciał z nami mieszkać? Przez kogo zaczęły się wszystkie problemy z bankami i kredytami? A kto płakał, że mieszkamy już tutaj z Kasią a ciebie nie zabieramy? Gdyby nie moja żona w życiu byśmy razem nie zamieszkali! Ja jestem zdania, że powinno się być osobno!

– Jak ty się zmieniłeś – fuknęła pani Wacia. – A byłeś takim grzecznym chłopcem. To ona cię zmieniła…

– Mamo, ja mam przeszło pięćdziesiąt  lat! Nie będziesz wprowadzała swoich rządów  w moim domu! Ty już urządzałaś kilka mieszkań i wystarczy. Mojego nie będziesz mi urządzać!

– Jak ty do mnie mówisz! To ona cię nastawiła przeciwko mnie! A ja wszystko dla ciebie poświęciłam! To może mnie oddasz do domu starców! – zabulgotało jej w gardle ze złości, zapowietrzyła się i zamilkła.

– Moim obowiązkiem jest zapewnić ci opiekę i to zrobię. Ale nie próbuj mi więcej urządzać życia, bo na to nie pozwolę!

Bez zjedzenia obiadu wsiadł do samochodu i pojechał po żonę. Kasia od razu domyśliła się, że w domu zaszło jakieś niemiłe zdarzenie. W skrócie opowiedział, ręce mu drżały na kierownicy.

– Przecież nie mogę dopuścić, żebyśmy źle się czuli we własnym domu!

– Jakoś się pomału ułoży, początki bywają trudne – uspokajała męża. – Mama się przyzwyczai, od wiosny zajmie się ogródkiem, będzie miała zajęcie. Przecież to lubi. A ty się uspokój, bo za chwilę to nas całkiem nerwy w sądzie zjedzą.

Jechali na kolejną rozprawę do sądu. Na samą myśl o Budowlańczyku  obojgu podnosiło się ciśnienie.  Jak było do przewidzenia obrażał ich – co robił na każdej rozprawie – nazywając kłamcami i oszustami, próbował wmówić sędziemu, że to oni zmusili go do podpisania umowy, którą zresztą  sam skonstruował, a potem zerwali umowę bezprawnie, że chcieli jego – biedaka – okraść, zaplanowali oszustwa wcześniej…itp., itd. Koszmar, scena jak ze szpitala dla umysłowo chorych. Mikołaj nie wytrzymywał, choć mecenas go uspokajał, i odpierał brednie pieniacza. Kasia siedziała zrezygnowana, przytłoczona taką nieprawdopodobną ilością fałszu, obłudy i kłamstwa. Sprawę przełożono na kolejny termin.

22.05.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Oglądałam

Siedziałam przed telewizorem i oglądałam transmisję ze ślubu – obecnie już księżnej i księcia Sussex. Patrzyłam jak na film, jak na coś nierealnego i wymyślonego, zaprojektowanego, zainscenizowanego. Patrzyłam z przyjemnością, bo tak patrzę na coś ładnego, kolorowego i ciekawego z różnych względów. Ze względu na gości zaproszonych na uroczystość – jak choćby George Clooney z małżonką czy sir Elton John z mężem. Albo ze względu na rewię mody, och, to coś dla kobiet, widok zawsze przykuwający uwagę (choć nie wszystkie się może do tego przyznajemy), gdy popatrzeć sobie można jak wygląda i nosi się obecnie angielska arystokracja, przemieszana w tym wypadku z towarzystwem niecodziennym nieco oraz z sytuacjami dotąd niespotykanymi. Jak choćby kazanie kaznodziei zza oceanu, którego ekspresja przewyższyła wszystko chyba co kaplica windsorska do tej pory w swej długiej historii widziała.
Uwielbiam stare samochody, oczywiście patrzeć na nie tylko – ewentualnie pogłaskać mogę z sympatią:) bo prawo jazdy zrobię w następnym wcieleniu zaraz jak tylko się uda:) – i miałam radość wielką z widoku aut podjeżdżających pod kościół. A konie, powóz, mundury galowe! Wszystko tak bardzo oddalone od naszego codziennego życia, że w uroczystości zaślubin za pośrednictwem tv uczestniczyło jakieś 3 miliardy ludzi na świecie. Wzruszyłam się, zawsze się wzruszam na ślubach, ale tu wyjątkowo w przypadku obcych ludzi, nieznanych osobiście- państwo młodzi bardzo mi się podobali, stanowią piękną parę i widać było wyraźnie szczere uczucia, że trudno się nie wzruszyć.
Najbardziej jednak zafascynowały mnie fascynatory:))) Dowiedziałam się wczoraj, że tak się nazywają te różne cudeńka, które damy noszą na głowach zamiast kapeluszy i kapelusików. Tak niesamowite, że wzrok oderwać trudno, powstrzymać uśmiech trudno i nie można nie podziwiać inwencji projektantów. I coś jeszcze. Tłumy uśmiechniętych ludzi, wiwatujących, bawiących się, szczerze życzących młodej parze szczęścia na nowej drodze życia, z sympatią się wypowiadających o rodzinie królewskiej.

Zrelaksowałam się, oderwałam od realu, było mi dobrze i przyjemnie. Ja też życzę szczęścia, niech płyną
życzenia i dobre myśli ku młodej parze oraz  do każdego, żeby jak najwięcej dobrego krążyło w naszym świecie, bo baaardzo jest potrzebne:)))

21.05.2018

  • kotimyszkot Też podziwiałam i gratulowałam 🙂 choć szczerze przyznam, że nie zazdroszczę im tego życia na świeczniku.. chyba lepiej bardziej kameralnie i bez kamer szukających na każdym kroku niedociągnięć, potknięć i wysuwającej się grzywki spod tiary 😉 Pięknie było i po cóż to się czepiać.. Najważniejsze, żeby młodzi szczęśliwi byli czego i Tobie życzę 🙂
  • annazadroza Życia im nie zazdroszczę, szczególnie jej. Harry się urodził w królewskiej rodzinie, mógł sobie rozrabiać ile chciał, wszystko mu wybaczono, bo jest sympatycznym chłopakiem i „poddani” go kochają, ale etykietę zna od urodzenia. Ona zaś wszystkiego musi się uczyć, a najgorsza jest ogromna ilość ograniczeń, które ją będą obowiązywać. Jedyna pociecha, że nie grozi jej zostanie królową, więc trochę przez palce może będą na nią patrzeć. Ale taka śliczna jest, jak prawdziwa księżniczka z bajki.
    Dziękuję za życzenia, odwzajemniam:)))
  • babciabezmohera Piękna baśń. Z przyjemnością oglądałam fragmenty uroczystości. Przepiękna suknia panny młodej. I cała uroczystość do podziwiania… miły odstresowywacz dla naszej poplątanej rzeczywistości.
  • e.urlik A u nas tylko Smoleńsk i protesty. Megan ma przechlapane szczerze mówiąc, mieszkało sie trochę w tej Anglii i się wie co dwór potrafi i jaki jest stosunek plebsu do „kolorowych”. Ale czasem fajnie jest być księżniczką. Księżniczka Ewa pozdrawia księżniczkę Annę i inne księżniczki odwiedzające jej książęcy blog.
  • veanka Też oglądałam (na jedynce nie używanej u nas przez ponad dwa lata;) w całości.
    Patrzyłam na to, jak na bajkę, bo momentami trudno było uwierzyć, ze to rzeczywistość – tak było to kolorowe i inne, niż nasze tu i teraz.
    Z natury nie jestem podejrzliwa, ale … przeleciało mi przez głowę pytanie odnośnie Megan – czy jest to prawdziwe uczucie, czy też chęć bycia w rodzinie królewskiej.
    Bo że Harry jest bezgranicznie zakochany, to widać od razu.
    Natomiast spokój i panowanie Megan podczas uroczystości zaślubin dało mi do myślenia.
    Zdenerwowany był Harry, a na logikę, powinno być odwrotnie.
    I oby te moje dywagacje się nie sprawdziły, niech sobie żyją długo i szczęśliwie i niech ich dni będą tylko dobre, bo Harry złych dni w swoim życiu miał już sporo.
  • bognna Widzialam tylko fragmenty (wieczorem mielismy gosci) i abstrahujac od wszystkiego co tutaj powyzej napisano w komentarzach mam nadzieje, ze ten slub zrobil wiecej dla walki z rasizmem niz wiele innych dzialan czy demonstracji.
    Ogladalam na BBC – super fajny i super zyczliwy komentarz dla Meghan:)
  • kolewoczy Nie oglądałam niczego, więc nie mam zdania.
  • fusilla Też oglądałam w całości! 🙂
    Nie wiem, czy tylko mi się wydawało, ale Książę kilkakrotnie palcem coś spod oczu ocierał. Wyraźnie był bardziej wzruszony!
  • krzysztof213 To był cyrk medialny i widać co to są pieniądze .
    Ale ok Anglia inna bajka tam inaczej wygląda nieraz i tak samo .
    Że względów historycznych wydarzeń też inaczej …
    Ale jak się widziało to ok.i też o tym napisałem że od 18lat…
  • annazadroza BBM:-) Bajka, po prostu bajka o Kopciuszku i księciu. Niech im się dobrze dzieje:)))
  • annazadroza Ewo Księżniczko:-) Dziś księżniczka Anna nie spadła z konia;)…
    Księżna Sussex wydaje się być silną duchem niewiastą, choć śliczna i delikatna. Wprowadziła już niezwykłe zmiany, albo raczej – dzięki niej one zaistniały. Sama szła do ołtarza, sama wygłosiła mowę na weselu jako pierwsza kobieta, bo dotąd tylko panowie się wypowiadali, czarny kaznodzieja, chór gospel itd. Na pewno ma łatwiej niż Diana. Oj, podobało mi się patrzeć na bajkę;) Buziaki:)))
  • annazadroza Veanko:-) Na TVN 24 oglądałam. Megan jest aktorką przyzwyczajoną do występowania przed publicznością, dlatego było jej łatwiej przebrnąć przez uroczystość. Natomiast miałam wrażenie, że w jej spojrzeniu, jak i w Harrego, widzę czystą miłość, piękne uczucie. I chyba dlatego bardzo się wzruszyłam.
    Tak pięknej bajki przez dziesięciolecia nie będzie, dopiero się może powtórzyć, gdy dzieci Williama dorosną.
    Patrzyłam na to jak na świat alternatywny, bo u nas – jak Ewa powiedziała – tylko Smoleńsk i protesty, szkoda gadać…
  • annazadroza Bognno:-) Masz rację, to ogromny krok w stronę tolerancji. Skoro Meghan dostąpiła zaszczytu zostania księżną… A może odwrotnie, to ona uczyniła zaszczyt i wprowadzi powiew świeżości w zimne mury, w korytarze, po których nocą krążą upiory;) Ona się ich nie będzie bała, takie mam wrażenie, bo jest odważną dziewczyną, znającą swoją wartość. Podoba mi się, wzbudziła moją sympatię.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Ale zdjęcia na pewno gdzieś widziałaś. Piękna para i piękna uroczystość.
  • irsila Niech żyje miłość.
    Bardzo mi się podobało co na jej temat w kościele mówili.
  • annazadroza Fusilko:-) Wyraźnie był wzruszony, zresztą obaj „chłopcy” byli, Diany tam brakowało…
  • annazadroza Krzysztof:-) Anglia to zupełnie inna bajka, żadnego porównania nie ma i być nie może, taka historia i położenie…
  • annazadroza Irsilo:-) Całkowicie się z Tobą zgadzam. NIECH ŻYJE MIŁOŚĆ!!!
  • ciotkaeliza Ja niezbyt pilnie, ale oglądałam. Bardzo ładna z nich para, Harry zestresowany, mama księżnej wzruszona, uroczystość piękna. Niech im się wiedzie jak najpiękniej.
  • annazadroza Elizo:-) Mama księżnej rzeczywiście była wzruszona. Przypomniał mi się ślub mojego starszego dziecka, który wywoływał strumienie łez z moich oczu, a ja ich opanować nie mogłam:)
    Bezcenna była mina królowej patrzącej na niecodziennego duchownego :)))
  • krzysztof213 Daleko nam do Anglii choć wolę Szkocką i skocję .
  • annazadroza Krzysztof:-) Szkocja i Irlandia. A irlandzką muzykę uwielbiam:-)

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

To piątek?

Poranek wstał mokry, ale przyjemny. Deszcz przestał padać, nawet chodniki osuszyły się na tyle, że spokojnie można było z psami wyjść na spacer. Skituś spał na posłaniu tuż przy drzwiach naszej sypialni, Szilka na drugim, obok pokoju babci D. Ona zawsze wstaje pierwsza, zrywa się z posłania i jest gotowa zacząć natychmiast aktywny dzień, taka Szileczka-Iskiereczka. Skituś natomiast leży i myśli, leniwie otwiera jedno oko, zastanawia się, czy spać, czy nie, a właściwie to czego od niego chcą? Zamyka oko, otwiera drugie, znowu myśli i dopiero gdy zobaczy, że z sunią kierujemy się w stronę wyjścia, podnosi się pomału, przeciąga, mruczy coś pod nosem i wreszcie rusza za nami.
Skierowaliśmy się, a właściwie sunia nas poprowadziła, bo często pozwalamy jej wybierać trasę, w stronę przeciwną do torów. Idzie się między domkami, można zaglądać do ogródków, podziwiać kwiaty i kwitnące krzewy. Teraz zachwycają krzewy różaneczników, w wielu ogrodach są tak oszałamiająco piękne, że napatrzeć się nie można. Kolorów też różnorodność niesamowita. Nie potrafię ich fachowo nazwać, tylko malarz chyba by potrafił, ale po mojemu to: różowy, bordowy, amarantowy, żółty i pomarańczowy. Zapach po deszczu zintensyfikowany do granic, na dobrą sprawę to symfonia zapachów, bo każda roślina woń inną wydziela a wszystkie łączą się w doskonałą, upajającą całość. Mamy kilka stałych psich tras. Dziś poszliśmy w tę, dzięki której mamy wrażenie, że znaleźliśmy się na wczasach, w letniskowej miejscowości. To dlatego, że odkryliśmy kilka wydeptanych ścieżek wijących się pośród domów, które prowadzą prosto w wakacyjny świat.
Po powrocie psiaki dostały śniadanie, zrobiłam kawę, Mąż do swoich spraw usiadł, ja włączyłam Lapcia i piszę myśląc jednocześnie co mam dziś do zrobienia, spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam, że jest piątek. Najwyraźniej dni mi się pomieszały, ale cóż, szczęśliwi czasu nie liczą… tylko patrzą, gdzie tak szybko ucieka… Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego weekendu:)))

18.05.2018

  • kotimyszkot Piątek, piątek.. też mnie to często zaskakuje 😉 Lecą te dni jak szalone, tym bardziej trzeba się nimi cieszyć. Wzajemnie miłego weekendu 🙂
  • kolewoczy A myślałaś, że jaki dzień? Mój ścienny kalendarz zatrzymał się na poniedziałku 😉 Ale ja wiem, że piątek, bo idę do pracy na popołudnie 🙁
  • babciabezmohera Miłego weekendu i sympatycznych spacerów z pieskami.:)
  • kasiapur Czasami odnoszę wrażenie, że szukając dni spadających z kalendarza
    gubimy siebie.
    Buziaki Aneczko i dobrego weekendu :)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Dziękuję:) Zupełnie mi się poplątało, a tu nie da się funkcjonować bez zaglądania w kalendarz:) Miłego tygodnia:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Wcale nie myślałam. W czwartek puściłam odcinek powieści zamiast w piątek i dlatego mi się poplątało. Ale dzisiaj na pewno jest poniedziałek, następny już -chyba -po poniedziałku z Twojego kalendarza:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję, Tobie również dobrych, przyjemnych dni i słoneczka:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Oglądam się do tyłu i szukam, gdzie ten czas uciekł i gdzie się podziała Ania pełna marzeń i planów?
    Oj, Anka, nie stękaj, ciesz się tym co wokół, bo świat jest cudowny i piękny;)
    Kasiula, buziaki, dobrego tygodnia:)))
  • kasiapur Masz rację, wiem że trzeba cieszyć się i znajdować to co DOBRE,
    w tym co jest. Ale tak szczerze… to TRUDNE. I co z tego że rozsądek tą mądrość
    podpowiada a jednak ,, JA EMOCJONALNE ,, biadoli i uskarża się.
    Dobrego wszyyyyystkiego dla Ciebie Anula 🙂 buziaki !
  • annazadroza Kasiu:-) Nawet bardzo trudne, pracuje nad tym baaardzo dłuuugo, a i tak co chwilę mnie jakaś cholera łapie i zżera od środka. Dopiero kiedy sobie przypomnę, że powinnam być przecież od niej silniejsza i mądrzejsza – przeganiam ją na trochę. A ona i tak wraca jak zgaga w reklamie;) Ale póki życia – jest nadzieja. Może to jedna z lekcji: okiełznać emocje i nie pozwolić im sobą rządzić? Popatrz, zapomniałam, a miałam przecież sobie afirmację powtarzać: emocje nie mają nade mną władzy, to ja panuję nad nimi.
    Buziaki Kasieńko:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 41

Mikołaj wyjechał z mamą do Szczawnicy. Dostała skierowanie na zabiegi sanatoryjne w ramach NFZ tylko dlatego w miarę szybko, że bez pobytu w placówce leczniczej. Miało to dobre strony z punktu widzenia Kasi. Pani Wacia nie mogła być pozostawiona sama sobie w obcym miejscu ze względu na wiek, więc syn musiał się nią zaopiekować przez dwa tygodnie pobytu i odprowadzać na zabiegi, przyprowadzać i ogólnie zorganizować czas. Kasia potraktowała okres spędzany bez męża jako możliwość ostatecznego „zadomowienia się w domku”. Do tego potrzebowała przebywania przez chwil kilka z domkiem sam na sam. Musiała się z nim oswoić, poznać jego światła i cienie w zmieniających się porach dnia, nauczyć się rozpoznawać odgłosy słyszalne tak w dzień jak i w nocy, rozróżniać zapachy w różnych jego częściach. I tak na przykład w pobliżu komódki stojącej niedaleko dużego tarasowego okna pachniało bzem od świeczek zapachowych ukrytych w szufladzie, a w pobliżu kominka unosiła się woń drzewa sandałowego od kadzidełek umieszczonych w wiklinowym koszyczku.

Rano słońce wchodziło do salonu przeciskając się między brązowymi listwami drewnianych żaluzji. Po południu zaglądało do kuchni niemiłosiernie podkreślając obecność każdej okruszynki chleba czy choćby odrobiny kurzu na szafkach kuchennych i płycie indukcyjnej. Dopiero po wyczyszczeniu specjalnym preparatem płyta zachwycała Kasię lśniącą czernią. Płyta uśmiechała się do Kasi a Kasia do płyty. Zachwycała się też ozdobnymi kamionkowymi kuflami, pamiątkami po tacie, czarkami, dzbankami i dekorującymi kuchenną półkę słoiczkami z przyprawami do potraw.

Chodziła sobie pani domu po domku i myślała co i gdzie można zmienić, postawić, wykończyć. Z początku nie chcieli  oboje z mężem firanek. Po czasie okazało się, że niezbędny jest taki element dekoracji by pełnić jednocześnie funkcję wielce użyteczną – czyli służyć do zasłaniania wnętrza przed wzrokiem osób przechodzących uliczką oraz zatrzymania inwazji komarów wyjątkowo licznych i jadowitych w tym roku. Postanowiła zrobić Mikołajowi niespodziankę i powiesić karnisze w oknach. Niestety, nie udało się ponieważ nie spotkała żadnego z chłopaków pracujących u znajomego majstra. Dopiero dzień przed powrotem męża trafiła na pana Romka, który wykonywał w domku różne prace w trakcie wykańczania. Obiecał, że wpadnie wieczorem, bo teraz pracuje niedaleko, w segmencie po drugiej stronie uliczki. Kasia ucieszyła się bardzo, że jednak sprawi mężowi niespodziankę. Cóż, rzeczywistość zawsze okazuje się różna od oczekiwań. Pan Romek zdołał przywiercić karnisz w pokoju przeznaczonym dla teściowej i zrobiło się późno, a za ścianą spało maleńkie dziecko, które się właśnie sąsiadom urodziło. Umówili się na poniedziałkowy wieczór, ponieważ w piątki członkowie ekipy budowlanej udawali się do własnych domów i rodzin.

W niedzielę wrócił Mikołaj zmęczony wielogodzinnym siedzeniem za kierownicą. Z rozkoszą wyciągnął się na łóżku w sypialni w towarzystwie stęsknionej małżonki…

W poniedziałek od rana załatwiał sprawy z bankiem co nie należało do przyjemności wobec braku możliwości bezpośredniego kontaktu z kompetentnym pracownikiem tegoż. Wieczorem przyszedł pan Romek zgodnie z umową i przywiercił długi karnisz w salonie. Ponieważ „kij” trzeba było skracać, przycinać, podklepać i nie wiadomo co jeszcze zrobić, żeby wszystko trzymało się jak należy, znów czas mijał w tempie zbyt szybkim i należało zostawić dokończenie na dzień następny. Tak więc we wtorek wieczorem nastąpił ciąg dalszy historii.

– Najpierw powieście półki w sypialni – zadecydowała Kasia, – bo to bliżej pokoju córeczki sąsiadów. Potem w kuchni i salonie, tam można hałasować, jest bardziej od zewnątrz.

Myślałby kto, że powieszenie drewnianej półki na czterech kołkach to prosta sprawa. Błąd. Wywiercenie otworów w ścianie było pestką w porównaniu z resztą. Pan Romek wbił kołeczek, wkręcił haczyki, wymierzył i… za skarby świata obaj z Mikołajem nie mogli półki zawiesić. Jeden haczyk nawet się złamał w trakcie wielokrotnie ponawianych prób.

– Może wykręcić haki, przyłożyć półkę i dopiero wtedy wkręcić – zasugerowała Kasia.

– Nie, to musi wejść – panowie zgodnie uważali, że wiedzą lepiej.

– Ale wyraźnie nie chce. Cóż, lubicie się męczyć, trudno – westchnęła Kasia. – Mnie się zdaje, że byłoby prościej.

W końcu jednak zrezygnowani panowie odłożyli zbuntowaną półkę i okazało się wtedy, że haki mają takie jakby kołnierzyki, które nie mieszczą się w otworach półki.

– Trzeba choć czasem słuchać kobiet – skomentowała Kasia.

Pan Romek wykręcił haki, wkręcił następne i … znów to samo. Ileś razy odkręcali po kilka obrotów, nakładali, zdejmowali, wreszcie po wielu próbach udało się.

– Szefowa, jest  – ucieszył się pan Romek.

– Jakbyście od razu mnie posłuchali, byłoby dawno zrobione – mruknęła „szefowa”.

Pozostał drobiazg: dwa otwory w kuchni. Mikołaj coraz lepiej odnajdywał się w roli asystenta pana Romka. Sprawdzili na jakiej wysokości nie powinno być żadnego kabla, wiertarka poszła w ruch i … trach! Stała się ciemność w całym domu. Kasia po omacku dotarła do zapałek i świecy stojącej na kominku. Zapaliła jeszcze trzy malutkie świeczki. Po chwili oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Panowie sprawdzili korki, nie pomogło.

– Trzeba zobaczyć w skrzynce na zewnątrz – stwierdził pan Romek, który tego dnia miał identyczną przygodę w segmencie, w którym pracował rano.

Kasia weszła po ciemku na górę dokładnie wiedząc gdzie schowała kluczyk do kłódki od skrzynki z licznikiem. Trafiła nie rozbijając niczego po drodze i w jednym kawałku zeszła na dół tryumfalnie dzierżąc kluczyk w dłoni. Panowie wyszli na zewnątrz.

– Cholera, nie pasuje – usłyszała.

– Jak to nie pasuje? – w  okamgnieniu znalazła się obok. – Przecież kupiliśmy kłódkę z kluczem i to jest właśnie ten klucz.

– Ale nie pasuje – skrzywił się Mikołaj. – Idź po świeczkę.

Wróciła po chwili ze świeczką co nie było prostą sprawą. Któż by pomyślał, że zejście po schodach ze świeczką i przejście z nią kilku metrów na zewnątrz wymaga wytężonej pracy zwojów mózgowych i wysiłku fizycznego? Świeciła sobie w oczy, o mało nie spaliła włosów, musiała chronić płomień przed wiatrem, a po drodze i tak niczego nie widziała. Ale dotarła. Kluczyk naprawdę nie pasował do kłódki.

– Co robimy?

– Trzeba przepiłować, nie ma wyjścia. Moja piłka tnie i drewno i metal. Powinna poradzić – pan Romek przyniósł potrzebne narzędzie i po niedługim „zgrzytaniu” kłódka się otworzyła.

– Oo!– rozległ się zgodny małżeński okrzyk. – To nie nasza!

– O choroba, to ogólna, do wszystkich budynków – jęknął pan Romek.

– Ale to przecież my założyliśmy kłódkę do naszej skrzynki, innej nie ma! To gdzie jest nasza kłódka? Ktoś ją zdjął bez pytania? – denerwowała się Kasia.

– Pewnie elektrycy – pan Romek pokręcił przy zamku i otworzył właściwą skrzynkę z licznikiem. – Zamontowali takie zamki, które się otwierają bez klucza.

– Ale dlaczego zabrali naszą kłódkę? Specjalnie zamknęliśmy, bo moja koleżanka z pracy miała straszne problemy z licznikiem i dystrybutorem energii elektrycznej, skończyło się w sądzie – denerwowała się Kasia.

– Kochanie, teraz musimy zabezpieczyć skrzynkę, do której się włamaliśmy. Rano pojadę kupić nową kłódkę, ale teraz trzeba to jakoś zamknąć.

– Nie daj Boże, żeby ktoś rękę włożył, jakieś dziecko – dodał pan Romek.

– Może być drut od siatki ogrodzeniowej? Mamy kawałek w garażu, to powinno wystarczyć – przypomniał sobie Mikołaj.

Garaż na szczęście był otwarty, w przeciwnym wypadku nie byłoby się jak dostać do środka, bo bez prądu pilot nie zadziała. Okręcili drutem zamknięcie, wcisnęli „wyskoczone” bezpieczniki i światło zabłysło.

– Uff, całe szczęście – westchnęła znużona Kasia. – Ale na dzisiaj koniec.

– Pewnie. Jest ciemno i pan Romek niczego nie zobaczy, bo przy włączonym prądzie przecież nie będzie grzebał w kablach.

– Mam przerwę śniadaniową o dziesiątej więc jutro wpadnę zobaczyć co jest. Muszę rozkuć kawałek ściany i sprawdzić w co trafiła wiertarka.

Kasia weszła do domu i wcisnęła włącznik od stojącej lampy. Nic.

– O, poczekajcie! Sprawdzę… nie ma prądu w żadnym gniazdku na dole! O matko, lodówka się rozmrozi!

– A na górze? – spytał Mikołaj.

– Nie ma nigdzie, działają tylko górne lampy. O jest! Jeden kontakt w przedpokoju działa. Jakim cudem?

– Szczęście, że mamy kabel do kosiarki – stwierdził Mikołaj. – Powinien wystarczyć. Panie Romku, pomoże mi pan wysunąć lodówkę, żebym się dostał do kabla?

Kasia przerażona patrzyła jak wysuwają sprzęt spomiędzy szafek. Udało się, wystarczyło przewodu i lodówka warczała teraz na środku salonu. Pożegnali się z panem Romkiem i udali do sypialni. Ani komputera, ani telewizora, ani światła przy łóżku. Kompletne średniowiecze. A jednak … świece stworzyły bardzo romantyczny nastrój…

17.05.2018

  • Gość: [lublinrolety] *.dynamic.mm.pl Tak się zaczytałem w tym tekście i doszedłem do momentu z zapachem bzu. I w ten listopadowy wieczór, aż go poczułem. Opowiadasz tak,że aż się można poczuć członkiem historii. Tak życiowo, ciekawie i przyjemnie.
  • annazadroza Lublirolety, gościu drogi, ja dopiero dziś znalazłam Twój komentarz! Przenosząc na nową stronę w związku z likwidacją bloxa. Jakże miło było niespodziewanie natrafić na takie sympatyczne słowa, dziękuję:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

Zapach jaśminu

Do 15-go maja był sezon grzewczy (nie wiem czy teraz też) i pamiętam, że często przed tą datą panowały wysokie temperatury, zaś po niej robiło się zimno. W tym roku też ochłodziło się i zachmurzyło. Poprosiłabym uprzejmie deszcz, żeby nocami popadał na moje (i nie tylko moje) roślinki, bo im bardzo sucho i przekwitają w tempie ekspresowym, co wcale mi się nie podoba. Tylko czy deszcz mnie usłyszy?
Chyba usłyszał, bo trochę w nocy popadał:)
Poszłam do Biedronki jeszcze przed śniadaniem, chciałam kupić włoszczyznę. W poniedziałek nie było, więc dziś być powinna. A tu figa z makiem, nie ma marchewki ani pietruszki, selera całego i pora tylko kupiłam. Dobrze, że mam w zamrażalniku marchewki kawałek, jednak trzeba myśleć z wyprzedzeniem i być przygotowaną na różne ewentualności:) Botwinkę chciałam ugotować, jak dziś nie zrobię, to się zmarnuje, a szkoda by było. Zauważyłam, że problemy z zaopatrzeniem są od kiedy poplątały się handlowe niedziele z tymi „zakazanymi”, odbija się to na towarze w ciągu tygodnia. Nie mam w okolicy innego sklepu, takiego „pod ręką”, jestem więc skazana na tę Biedronkę.
Piszę na raty. Jest południe, zupa się gotuje. Na dworze (po krakowsku:na polu) zaczyna kropić, cała roślinność pachnie oszałamiająco jak to zwykle przed deszczem. Babcia mówiła, że pachnie deszczem, też tak mówię i od razu się przenoszę do Tenczynka. Tęsknię bezustannie, ale chyba każdy tęskni za
dzieciństwem i młodością, o ile były oczywiście szczęśliwe. Z czasem zapomina się o gorszych chwilach, zostają w pamięci dobre. Z przeszłości wydostają się moje wspomnienia między innymi dzięki zapachom. Tak np. zapach ciasta drożdżowego to babcina kuchnia, stolnica na stole i ja siedząca z boku na krześle przyglądająca się wszelkim czynnościom. Albo zapach jaśminu – to początek wakacji i przyjazd do Tenczynka po zakończeniu roku szkolnego. I tak dalej można wspominać, co zapach to nowy obraz pojawiający się przed oczami. Mój jaśmin przed domkiem – choć jakiś rachityczny i słabowity jest w przeciwieństwie do bzu – ma pączki, niedługo się rozwiną i będę wdychać, i upajać się zachwycającym zapachem. Najbardziej lubię zapach bzu, konwalii, piwonii (peonii) i jaśminu, czyli zapachy wiosny:)))

16.05.2018

  • potajniacku Wiosna to taki okres gdy patrzymy z optymizmem…tak jak kwiaty rozkwitają tak i ludzie mają nadzieję na to,że wiosna w jakiś sposób to życie odmieni…ja z dzieciństwa wspominam smaki,zapachy gdzieś mi umknęły…pozdrawiam 🙂
  • kotimyszkot Oj tak, wiosna jest pełna pięknych zapachów.. Cieszę się, że znów je czuję! 🙂
    Ale jaśminu dawno już nie miałam okazji powąchać w naturze, jak już to tylko olejki eteryczne. Trzeba to gdzieś nadrobić, tylko gdzie? Może wyślij trochę tego z ogródka mailem 😉 Miłego dnia Aniu..
  • krzysztof213 Botwinka hmm Chłodnik można zrobić..
  • annazadroza Potajniacku:) Witam Cię serdecznie:) Wiosna jest dla mnie najpiękniejszą porą roku, choć wszystkie mają swój urok, wiośnie żadna nie dorówna. Może dlatego, żem wiosenne dziecię;)
    Smaki dzieciństwa też są niezapomniane, np. mojej babci Stefy pierogi z serem albo z jagodami. W życiu takich nie jadłam i już nie będę, nikt takich nie zrobi jak babcia. Albo biszkopt, który piekła uprzednio zważywszy jajka na zawieszanej na drzwiach wadze, a potem je dziadek Staszek ubijał z cukrem trzepaczką do piany. Takie tam… wspomnienia rzewne…
    Pozdrawiam serdecznie:)))
  • fusilla No popatrz! A mnie się wydawało, a nawet miałam stuprocentową pewność, że za tzw. „komuny” sezon grzewczy trwał od 15 października do 15 kwietnia! No, ale ja juz przecież mogę się mylic! ;-(
    Jaśminu u nas nie za wiele, ale za to zaczynają kwitnąc dzikie róże, i tylko patrzeć, jak do zbiorów będzie gotowy kwiat czarnego bzu, z którego owoce musza czekać do jesieni.
    Jeśli natomiast chodzi o mniszek, to akuratnie podałam przepis na miodek w komentarzach u mnie. Jutro zrobię nalewkę, bo udało mi się dzisiaj rano zebrać 470 kwiatków, które będę obrabiać, jak na miodek, ale potem proporcja jest następująca: 1 szklanka miodku + 1 szklanka szpirytusu + 0,5 szklanki przegotowanej wody i odstawiamy na 0,5 roku!!! Robię w ten sposób po raz pierwszy, więc nie wiem, co wyjdzie.
  • annazadroza Myszokocie:-) Też się cieszę, że Ci lepiej i zapachy czujesz:) Jak jaśmin rozkwitnie to mogę zapach wysłać, czemu nie? Tylko czy nie ucieknie po drodze? Naprawdę nigdzie w pobliżu nie masz jaśminu? Może w jakimś parku, ogródku, na działkach, przecież gdzieś musi rosnąć. Świat bez jaśminu? Niemożliwe! Buziaki:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Chłodno się zrobiło, to chłodnik niewskazany;) Zupa wyszła super, na ciepło, z ziemniakami, dużą ilością pora i selera pokrojonego drobno w miarę. Oczywiście plus botwinka. Aha, zasypana kaszą manną, bo tzw. wodzianki nie lubię, zasmażki nie robię a kasza zdrowsza jest. Pycha wyszła, nawet babcia D. zjadła i nie wylała do klopa:)))
  • babciabezmohera Moje ulubione zapachy są dokładnie takie jak Twoje. Uwielbiam zapach jaśminu i nawet kiedyś synowa sprezentowała mi krzaczek, ale mszyce tak go sobie upodobały, że wojnę z nimi -niestety- przegrałam!:(((
  • annazadroza Fusilko:-) Dzięki za przepis. Zastanawiam się tylko czy byłabym w stanie doliczyć się tych mleczowych łebków? Sporo ich, a u mnie w okolicy raczej wszystkie obsikane przez pijaków i psiaki, więc kłopot ze zbieraniem byłby. Ale w kajet wpiszę przepisy oba, na miodek i na nalewkę i może kiedyś w Szczawnicy uda się wreszcie być i nazbierać, jestem chętna.
    Do 15-go maja. Mój Duży urodził się 12-go maja. Wtedy były upały ( i grzali), a ja miałam jedną jedyną grubą lejbę, w którą się mieściłam i męczyłam się okrutnie. Po powrocie ze szpitala z niemowlęciem trzęsłam się z zimna i dogrzewać trzeba było, bo ogrzewanie wyłączyli i oczywiście pogoda też się zmieniła. Dlatego pamiętam.
    Nalewka na pewno wyjdzie dobra, bo przecież nie może być inaczej:)))
  • annazadroza BBM:-) W zeszłym roku też mszyce rzuciły się na biedny jaśmin, aż czarno się zrobiło na białych kwiatkach. Kupiłam jakiś preparat na mszyce i pryskałam. Pomogło. Teraz nawet piwonie pryskałam, bo jakieś lepkie się zrobiły i bałam się, że nie rozkwitną. Rozwinęły się i są przepiękne:)))
  • fusilla ANECZKO!
    Liczy się szybciutko! Jak mi Maciek Wejherowski to zadał, bośmy we trzech zbierali, czyli na każdego po 200 kwiatków było, to okazało się, że w 10 minut każdy miał z nawiązką. Potem jak zbierałam sama, a jednak postękiwałam czasami , bo nie czarujmy się, kregosłupek dostawał wedle lat,600 było uzbierane w pół godziny! U nas toto rośnie na skraju jeziora i promenady, a także na wielkich ogrodach , wynajmowanych dla turystów, zatem czyste są !
  • annazadroza Fusilko:-) Niewiarygodnie, że tak szybko. Musi ich być rzeczywiście dużo. I najważniejsze, że są czyste:) Pozazdrościć:)))
  • kolewoczy Jeszcze zapach konwalii, a z egzotycznych to odkąd mam w ogródku krzew Mojżesza, uwielbiam go – jest mocny i „olejkowy”, upajam się, a pachnie cała roślina, nawet po przekwitnięciu, wystarczy poruszyć gałązką.
  • kolewoczy O, napisałaś o konwalii, zapomniałam. To jeszcze zapach maciejki :-)))
  • kasiapur Ja też mam taką kolejnść najpierw zapachy potem smaki. I z dzieciństwa
    nie do powtórzenia babciny placek drożdżowy z kruszonką…W takich
    dużych brytfannach ( i tak było go zawsze za mało 😉 od góry babcia przykrywała
    go ściereczką żeby nie wysychał…
    Tak, dom wtedy przepojony był zapachami…mam wrażenie że obecny świat
    zubożał no i pewnie ja też nie potrafię być jak moja babcia…
    Ale się rozmażyłam 🙂 Aneczko wszystkiego dobrego !
  • kasiapur Przepraszam ( za późno piszę;) oczywiście – ROZMARZYŁAM
  • krzysztof213 Pozdrawiam bo odpisujesz a nie każdy odpisuje .A Ty pani Anna wszystkim odpisujesz
  • annazadroza Kolewoczy:-) Co to jest krzew Mojżesza? Nie słyszałam, nie widziałam;(
    O maciejce zapomniałam, też lubię. I jeszcze smagliczkę, babcia wysiewała ją po bokach grządek z kwiatkami albo warzywami, wieczorem pachniała w ogródku przez całe wakacje.
  • annazadroza Kasiu:-) Nie przejmuj się, marzenia mogą być tak samo piękne jak”mażenia”, jeśli ktoś np. cierpi na dysortografię (chyba tak się nazywa przypadłość). Ja się teraz wciąż obawiam, żeby komuś nie sprawić przykrości jakimś powiedzeniem, żebym się nie czuła potem jak powinni się czuć dyskryminujący innych, czyli np. niepełnosprawnych i ich opiekunów w sejmie. Tylko, że oni się nie czują, jak mnie się zdaję, że powinni… Cóż, jestem drugi sort…
    Kasiu, drożdżowe babci też pamiętam, uwielbiałam je pieczone z jabłkami latem (pełno było w ogrodzie), z marmoladą – też ze swoich jabłek – zimą. I obowiązkowo w dużej brytfance, mniam… Buziaki serdeczne:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Jak inaczej? Przecież to taka rozmowa. Byłoby „gadał dziad do obrazu” gdybym nie odpowiedziała. Też Cię pozdrawiam baaardzo serdecznie:)))
  • veanka Też wczoraj gotowałam zupę śmieciówkę, bo w lodówce była ćwiartka młodej kapusty i kawałek kalafiora – dodałam puszkę groszku konserwowego, trochę śmietany, posypałam koperkiem i wyszła pyszna.
    A zimą i wiosną (dopóki nie ma świeżej włoszczyzny) używam włoszczyzny mrożonej, pociętej w paski a Hortexu.
    I cieszę się bardzo z tego deszczu, bo roślinki już bardzo chciały pić;).
  • marijana2 Witam Cię serdecznie. 🙂 Z przyjemnością przeczytałam to, co napisałaś.
    Zapachy i smaki. Niektórymi cieszę się nadal, inne wspominam. Uwielbiam zapach wiosennych kwiatów. Bzy i konwalie już przekwitły, teraz kwitną i pachną piwonie, akacje, a za niedługo rozkwitną jaśminy. Mimo że wszysto zakwitło i przekwita z dużym przyspieszeniem, wiosna to piękny czas. :))
    A smaki… pieczony chleb babci. Albo podpłomyki. O, to zawsze było bardzo oczekiwane. Racuchy, kompot z truskawk, pierogi z jagodami – to wszystko nadal pachnie latem i wakacjami. Miałam cudowną ciocię, która rano szła do lasu na jagody, a później lepiła z tymi jagodami pierogi dla siostrzenic, które przyjechały z miasta na wakacje. Nie zapomnę smaku tych pierogów i uśmiechniętej cioci, która z radością patrzyla, jak pałaszowałyśmy jagodziany przysmak. Przywołałaś miłe wspomnienia. Dziękuję i pozdrawiam.:)
  • kolewoczy www.swiatkwiatow.pl/dyptam-krzew-mojzesza-dictamnus-fraxinella-id89.html
  • annazadroza Veanko:-) Pomysł na Twoją zupę zapisuję do wykorzystania:) Mrożonki często robię sama, tzn, kroję włoszczyznę i w woreczkach, poporcjowaną wrzucam w zamrażalnik, nic więcej z nią nie robię i jest ok. Akurat na jedną zupę. Już się skończyły woreczki, czekam na świeżą dostawę.
    Roślinki odżyły do deszczu, podlewać nie trzeba:)
  • annazadroza Marijano:-) Zapomniałam o akacjach – pachną fantastycznie, dużo ich koło działek, gdzie chodzimy z psami.
    Moja babcia też piekła chleb, makaron zawsze sama robiła, rozwałkowane płaty ciasta odkładała do przesuszenia zanim pokroiła… Na jagody szłyśmy z z mamą i siostrą do lasu, potem babcia pierogi robiła… O rany, jak bym chciała je uściskać i przytulić…
    Pozdrawiam serdecznie:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Dzięki, obejrzałam zdjęcia. Piękny krzew, kwiaty ma ładne i do tego pachnie. Ale też wyczytałam, że parzy i powstają potem trudno gojące się rany i zostają blizny. Uważaj na siebie. Swoją drogą nasadzić takich krzewów tam, gdzie złodzieje często zaglądają, łatwo byłoby ich rozpoznać;)
  • kolewoczy Żadnych ochraniaczy, z gołymi rękami, z gołymi nogami koło niego chodzę, nic się nie dzieje, straszenie na wyrost, to nie barszcz Sosnowskiego 😉 A zapach uwielbiam! Specjalnie go trącam, żeby pachniał.
  • annazadroza Najwyraźniej nawiązałaś z nim wyjątkowe stosunki;) Może osoby z alergią są narażone na poparzenia i powinny zachować ostrożność. Ciesz się więc swoim krzewem, jego pięknem i zapachem. Uściski serdeczne:)))

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 40e

Po dużej ilości emocjonujących wrażeń należało odreagować i odpocząć. Wszakże dla odpoczynku zjechało do Krystianówki całe towarzystwo. Zenek z zadowoleniem zauważył, że Adam z Winicjuszem nie próżnowali w czasie gdy on z „dziewczynami” przebywał poza domem. Zebrane w stos gałęzie leżały w pobliżu miejsca przeznaczonego na palenie ogniska, kociołek wypełniony ziemniakami, cebulą i kiełbasą czekał na zawieszenie go nad ogniem w celu upieczenia zawartości. Na drewnianym stole stały dzbanki z sokiem pomarańczowym oraz kompotem, zaś obok nich bateria butelek zawierających przeróżne trunki. Niektóre zostały napoczęte a panowie tryskali humorem. Psy również sprawiały wrażenie szczęśliwych wyjątkowo, ponieważ w trakcie przygotowywania „pieczonek” zostały hojnie obdarowane smakołykami. Przezornie nie odstępowały swych dobroczyńców mając nadzieję na ciąg dalszy poczęstunku i bezczelnie zlekceważyły codzienną swą psią karmę.

Na rozpoczęcie miłego wieczoru każdy dostał szklaneczkę z ulubionym napitkiem. Elżbieta opróżniła swoją bez ociągania. Usiadła ze szkicownikiem na ławeczce przyglądając się dwu i czworonożnym obecnym istotom krzątającym się wokół. Każdy coś robił, ona jedna usiłowała tkwić w bezruchu co jej się w sposób oczywisty nie udawało. Miała wrażenie, że próbując patrzeć na wszystkich jednocześnie, dostaje oczopląsu a zeza to już na pewno.

– Hej! – krzyknęła wreszcie zniesmaczona. – Moglibyście na chwilę znieruchomieć?

Dwunożne istoty zastygły, każda w zadziwiającej pozycji.

– Tak dobrze? – spytała Krysia stojąc na jednej nodze, druga zawisła w powietrzu, nad głową powiewała długa gałąź trzymana w obu rękach.

– A ja? – dopytywał się Adam uchwycony zupełnie prozaicznie z butelką w jednej ręce i szklaneczką w drugiej.

Zenek kucał przy gałęziach w ogniskowym kręgu próbując je rozpalić.

– Elu, czy ja mogę rozpalać ogień czy mam się całkiem nie ruszać? – krzyknął. – Bo jak długo to mi kolana ścierpną.

Winicjusz wyszedł z szopy i zastygł zdumiony zobaczywszy znieruchomiałych przyjaciół.

– Co wam się wszystkim stało… – zaczął mówić i przestał, bo kątem oka dojrzał, że Elka szkicuje z zagadkowym półuśmieszkiem na twarzy.

Z domu wyszła Adelka z dwoma talerzami pełnymi pokrojonego ciasta jagodowego i jeżynowego. Coś dziwnego rzuciło jej się w oczy, więc przystanęła jeszcze nie wiedząc o co chodzi. Dotarło do niej po chwili, rzut oka na Elkę wystarczył, by pojęła w czym rzecz. Nie popukała się w czoło jedynie dlatego, że miała zajęte obie ręce. Mogła tylko mówić, czego nie omieszkała uczynić.

-Zidiocieliście wszyscy ze szczętem?  W co się bawicie? „Słup soli niemowa” czy jakoś tak się to nazywa, bawiłam się tak w podstawówce…

– Nie skrzecz, oni mi pozują – wyjaśniła zadowolona Elka. – Najpierw się wszyscy kręcili bez sensu a teraz przynajmniej sensownie znieruchomieli.

– I co, będziesz ich tak do północy trzymać? Kiedy się ziemniaki zdążą upiec? Nie prościej byłoby im zrobić zdjęcie i w domu sobie przenieść na papier w wolnej chwili?

– Cicho, rozpraszasz mnie – mruknęła Elka. – I zejdź mi z oczu, bo zasłaniasz widok.

– A idźże sobie, nie będę nadkładać drogi i chodzić w kółko dla twojej przyjemności. Ciężko mam, niosę coś przecież, nie widzisz?

– Nic nie widzę boś mi wlazła przed oczy i świat przesłaniasz – przymrużyła oko Elka. – No jakby nie patrzeć to nie widać…

Winicjusz roześmiał się głośno słysząc ową wymianę zdań. Nie dośmiał się do końca, bo klapnął na siedzenie z nagła i niespodziewanie podcięty przez Gamę, która rzuciła się w pościg za Betą. Ta zaś wykorzystując bezruch ludzi bezczelnie zwędziła kiełbasę nabitą na patyk, jedną z kilku przygotowanych do upieczenia nad ogniskiem w celu umilenia oczekiwania na danie główne, czyli ziemniaki upieczone w kociołku. Za Betą rzuciła się też Perełka i Bierka, za nimi Miś. Po czym zastanowił się, zawrócił i ukradł dla siebie drugą kiełbasę z patykiem. Ciągnąc patyk wpadł na jedyną nogę Krysi znajdującą oparcie na ziemi ponieważ druga aktualnie przebywała w powietrzu w postaci zastygniętej i pozbawił ją tego oparcia, zanim zdążyła tę drugą ze stanu zastygnięcia wyprowadzić. Wobec powyższego jedynym Krysinym punktem zaczepienia stała się trzymana w rękach gałąź. Ponieważ zaś gałąź nie miała się o co zaczepić musiała się o coś oprzeć i wykorzystała w tym celu głowę i plecy Zenka, który usiadł na trawie z wyrazem niebotycznego zaskoczenia na obliczu.

– Kochanie, a cóżem ci ja zawinił, żebyś mnie kijami okładała? – wybełkotał do swej upadłej małżonki.

Adam stał w dalszym ciągu znieruchomiały, z zachwytem wpatrzony w rozgrywające się przed nim sceny. Elżbieta poczuła się rozproszona ostatecznie.

Winicjusz, który upadł jako pierwszy, zwijał się ze śmiechu, łzy mu płynęły po twarzy i nie mógł się opanować mimo gniewnych spojrzeń rzucanych przez Krysię w jego stronę. Zenek spojrzał na przyjaciela, na siebie, a widząc żonę w jednym kawałku i bez widocznego uszczerbku na ciele, zawtórował mu rycząc niczym bawół. Krysia najpierw chciała się obrazić, wykonawszy jednak szybką pracę umysłową doszła do wniosku, że żaden człowiek tu nie zawinił a zwierzakom wolno… Widząc skręcających się ze śmiechu facetów – bo i Adam wreszcie ocknął się z odrętwienia i rżał jak stara szkapa – zaraziła się śmiechem. Dołączyła do nich Adelka i na samym końcu rozproszona Elka. Psy pozazdrościły ludziom tak świetnej zabawy i włączyły się wszystkie bez wyjątku próbując wycałować swoich ukochanych opiekunów zachowujących się, mówiąc delikatnie, niecodziennie.

– Ja nie wytrzymam z tymi wariatami – jęczała Adelka. – Wszystko przez Elkę. Ty, Elka, idź ty natychmiast nad jezioro i przestań przeszkadzać. Winicjusz, masz za nią iść, żeby się gdzieś durna baba nie utopiła. I zabierzcie ze sobą psy – zarządziła.

Rozproszona ostatecznie Elżbieta doszła do wniosku, że nie chce jej się słuchać gderania Adelki i że wszyscy przyjaciele zapadli na zaćmienie umysłowe albo inną pomroczność jasną. Mając jednak świadomość, że jest to stan przejściowy, nie przejęła się zbytnio ich dolegliwościami. Wstała z ławeczki, gwizdnęła na psy i ruszyła w stronę jeziora. Winicjusz wśród wybuchów śmiechu pozbierał się z trawy i ruszył za Elką.

Psy biegły z wyraźnie uśmiechniętymi mordami. Elżbieta – upodobniona do nich z wyrazu twarzy, co z pewnością było między innymi skutkiem zawartości opróżnionej szklaneczki – podążała za nimi lekkim krokiem. Dotarłszy do drewnianego pomostu wchodzącego w jezioro, oczywiście sporo ponad powierzchnią wody,  usiadła na jednej z trzech ławeczek. Czuła się dobrze, wyjątkowo dobrze, lekka i rozluźniona zupełnie jak dawno temu w czasie pamiętnego pobytu w Szczawnicy… Wspomnienia wróciły, przemyślenia różne również się pojawiły w bardziej uporządkowanej formie niż do tej pory. Niestety, obiecujące czynności umysłowe uległy zakłóceniu, ponieważ osobiście pojawiła się bezpośrednia przyczyna wszelkich zawirowań jej wewnętrznego życia skrzętnie ukrywanych przed światem. Tak jej się przynajmniej wydawało.  Faktycznie przyjaciele z zainteresowaniem obserwowali rozwój wydarzeń robiąc zakłady kto pierwszy skapituluje: czy Elka zmięknie czy Winicjusz się znudzi rolą. Im obojgu zaś było całkowicie obojętne zdanie osób trzecich na temat ich stosunków dwustronnych. Paradoksalnie, właśnie dlatego, że nie byli razem, stanowili dla siebie nawzajem siłę napędową. Oczywiście długo sobie tego nie uświadamiali. To znaczy Elka do tej pory z pewnością, Winicjusz zaś od jakiegoś czasu zdawał sobie sprawę z owego faktu.

– Elżuniu, czy mogę usiąść obok ciebie czy wygonisz mnie na sąsiednią ławkę – spytała bezpośrednia przyczyna Elcynych rozterek.

– A idź gdzie chcesz – odpowiedziała nie patrząc na niego.

– Właśnie jestem w tym miejscu – powiedział ciepło.

Jej też się ciepło zrobiło. Na sercu i nie tylko…

– Siadaj, dzisiaj mam dzień dobroci. Należy ci się za to, że tak pięknie usiadłeś na ziemi – parsknęła śmiechem mając przed oczyma rozgrywającą się niedawno scenę.

Wieczór był przepiękny. Wesoło świeciło całe pół księżyca, odbijając się w jeziorze udawało, że jest całym księżycem. Czasem zakrywała go chmurka i wtedy zapadały egipskie ciemności, z przybrzeżnych szuwarów dochodziły szumy, pluski, szelesty i jakieś inne dziwne odgłosy. Gdyby Elka znalazła się tu sama, pewnie zdrętwiałaby ze strachu w bezruchu albo uciekła z dzikim wrzaskiem. Teraz jednak nie obawiała się niczego… przy takich psach…

Winicjusz usiadł. Pogrążyli się w pogawędce jakby Ela zapomniała o wszystkich swoich żalach i pretensjach do całego świata ześrodkowanych w ataku na tego jednego mężczyznę, bogu zresztą ducha winnego. Był świetnym kompanem, przypomniała sobie ten fakt z całą wyrazistością. Unikał kłopotliwych dla niej tematów. Poczuła się odprężona i uspokojona słuchając jak ciekawie i z poczuciem humoru opowiadał o swych podróżach.

15.05.2018

  • urszula97 Zaczyna mnie wciągać ta książka,super.
  • annazadroza Urszulo:-) Nawet nie wiesz jak się cieszę!!! Dziękuję:)))
  • kobietawbarwachjesieni Jest już Winicjusz i Elka. Ciekawe, co będzie dalej?
  • annazadroza Marysiu:-) A życie toczy się dalej… teraz czas na Kasię… Elka z Winicjuszem się”przegryzają”, tzn. Elka „przegryza” samą siebie i swoje wnętrze…;)))

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Drukarka też jest kobietą:)

Nie pochwaliłam się jeszcze, że na urodziny dostałam od dzieci drukarkę:))) Nie mogły mi sprawić większej radości i przyjemności. Nareszcie moje dyrdymałki będę miała czarno na białym wydrukowane, nie tylko fruwające gdzieś w kosmosie albo na chmurach.
Calineczka jest cudowna, wspaniała, obłędnie cudna i oczywiście genialna, bo jakże mogło by inaczej być?:))) Zmieniła się znowu, bo zmienia się z dnia na dzień, nie tylko z tygodnia na tydzień:) Już nigdy człowiek nie podlega tak ogromnym przeobrażeniom i nie zdobywa aż tak olbrzymiej ilości wiedzy,
doświadczeń i umiejętności jak w pierwszym roku życia. Weźmy na przykład jedzenie. Noworodek musi mieć odruch ssania, żeby przeżyć. Jak ma – to zaczyna od mleka matki, potem różnych innych mlecznych potraw pomału próbuje, następnie inne smaki poznaje stopniowo, wciąż karmiony przez opiekunów. Aż wreszcie przychodzi moment, w którym zaczyna rozróżniać smaki, jedne mu pasują, inne nie i pluje na odległość;), odwraca główkę, nie daje sobie wcisnąć;))) Kolejny etap to sięganie rączką po łyżeczkę, po coś co dostaje do chrupania, gryzienia, „glimania” i ładuje sobie do buźki brudząc siebie i wszystko dookoła, ciesząc się z tego, co robi, ucząc się samodzielności, wywołując uśmiech i rozczulenie u kochających rodziców czy dziadków.
Poza malutką ( już nie taką malutką) zajmowałam się ogródkiem, wyprowadzaniem na spacer Męża i psów, co zakończyło się sukcesem, bowiem Mąż dał się namówić na wczesnoporanny daleki spacer. I to dwa razy! Nabrał po tym takiego wigoru, że zrobił porządek z dzikim winem pnącym się po ścianie budynku, które zaczęło się stawać coraz bardziej dzikie i nieuporządkowane. Pozostało jeszcze przycięcie czubków iglaków, bo wybujały ciut za bardzo i sąsiedzi zaczynają się martwić, że będą mieli zbyt ciemno. Z sąsiadami trzeba dobrze żyć, w końcu jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie…
Sercem jestem z rodzinami w sejmie, przeciw kłótniom i podziałom, bez czego jednak chyba istnieć nie potrafimy. Różnice mogą być siłą napędową, lecz trzeba starać się pojąć i zrozumieć to, co jest od nas inne. Jak nie ma dobrej woli – nic z tego nie wyjdzie. Nie podobają mi się podziały wewnątrz drugiego sortu, który skrzyknąć się powinien i … kupą mości panowie! A może … panie? No może, w końcu wolność jest kobietą i sprawiedliwość i demokracja, i Polska też jest kobietą!!!

14.05.2018

  • kasiapur Też lubię Cię czytać Aniu. To co podpatrzysz, zauważysz, okrasisz humorem.
    Serdeczności i dalej takiej pogody ducha jaką masz :)))
    Uściskuję !
  • fusilla Na milion procen zgadzam się z ostatnim spostrzeżeniem! :-)))
    Ja dopiero zaległam po skoszeniu trawnika i pasa trawy od ulicy. Jak trochę poleniuchuję, wsiadam na rower zobaczyć, czy jeszcze gdzieś zostaly kwiaty mniszka do zebrania!
    Pozdrawiam!
  • kotimyszkot I jak to w Seksmisji zakrzyknięto – Kopernik też była kobietą! ;))
    A dzieciaczki rosną tak szybko, więc warto uwieczniać te zmiany i ich nowe umiejętności. Piszę mojemu synkowi pamiętnik, wklejam wiersze, których się uczy w przedszkolu, wieści o każdym odwiedzonym mieście, o pierwszych słowach. Dziś np mój 3,5 latek zapisał tam po raz pierwszy, samodzielnie, słowo Mama i Tata 🙂 Kiedyś będzie miał piękną pamiątkę..
  • kolewoczy I wszystko się toczy utartym torem jak przez setki, tysiące lat dotąd 😉 Mnie się wydaje, że my tu niczego nowego nie odkrywamy, żyjemy w trybach kręcących się odwiecznie tak samo: narodziny, dzieciństwo, dorastanie, dojrzałość i śmierć. Popatrz na kwiaty: jak szybko przekwitają!
  • annazadroza Kasiu:-) Dziękuję Ci za dobre słowo:))) Pogody ducha życzę jak najwięcej Tobie, sobie i każdemu, bo to towar deficytowy. Uśmiechu i radości Kasieńko, na przekór wszystkiemu:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Robotna z Ciebie niewiasta:))) Co zrobisz z mniszka? Nalewkę może? Czy syrop z miodem? Albo co innego?
    Przytulańce serdeczne:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Świetny pomysł masz z tym pamiętnikiem. Wspaniałą pamiątką będzie na zawsze i do przekazania potem własnym dzieciom, taka historia rodziny. Gratuluję pomysłu, fantastyczny:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Masz rację, niczego nie zmienimy, nie ma takiej możliwości. A na kwiaty patrzę i mi żal, że tak szybko schną, a w tym roku chyba jeszcze szybciej. Może to tylko mnie tak szybko czas umyka, naprawdę za szybko, nie mogę za nim nadążyć.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 40d

Elżbieta pozostała na ławeczce. Zidentyfikowała w sobie jakieś dziwne uczucia, których dotychczas nie było. No dobrze, może były lecz ich nie dopuszczała do głosu. Przez lata. Jak się tylko jakieś wychyliło – to w łeb. A teraz – czy na skutek upływu czasu, co podobno pozwala lepiej odnaleźć się w rzeczywistości, czy też na skutek słów Krysi bardzo konkretnych i dobitnie określających jej aktualny stan umysłu, czy w ogóle na skutek fazy księżyca albo burz magnetycznych na słońcu – jakoś Elka życzliwiej odniosła się do owych dziwadeł wyłaniających się skądś, nie wiadomo skąd, może z podświadomości. Siedziała sobie na ławeczce z pustą szklanką w ręce nie reagując na wołania reszty towarzystwa spożywającego śniadanie na ganeczku.

– Dajcie jej trochę czasu, niech sobie w spokoju posiedzi – usłyszała głos Krysi.

No właśnie, dajcie mi spokój, niech sobie posiedzę – pomyślała. I pomyśleć muszę, jakoś się ogarnąć, pozbierać. Odjechać nie mam jak. Nie ukradnę auta chłopakom. Aż takiego świra to ja nie mam. No i psice są takie szczęśliwe. Należy im się odrobina radości choćby dlatego, że mnie ratowały przez tyle lat z różnych tarapatów. Gdyby nie one to bym sobie chyba coś zrobiła. Nawet na pewno. One mnie trzymały przy życiu, kochane suczki.

Kochane suczki, jakby wyczuwając myśli swojej pani, przybiegły zziajane, z uśmiechniętymi mordkami i „rąbnęły” się u jej stóp. Potem nadciągnęła cała reszta. Ela wyglądała wśród nich niczym „tańcząca z psami” starając się rozdzielić pieszczoty równo pomiędzy wszystkie czworonogi.

Taki właśnie obrazek zobaczył Winicjusz podjechawszy po cichu pod bramę. Po cichu dlatego, że już jakiś czas temu wymienił starego srebrnego mercedesa na grafitową Toyotę RAV4. Elka zapatrzyła się na samochód. Właśnie taki model podobał jej się najbardziej: z kołem zapasowym z tyłu, z metalowymi progami po bokach, z ramą z przodu. Takie cudne  auto z duszą. Na dodatek ów konkretny egzemplarz poruszał się prawie bezszelestnie. Dziwne, nowe, wydobywające się z Elcynej głębi uczucia nieśmiało powiedziały, że fajnie byłoby przejechać się taką terenówką po leśnych ostępach. Tu zapaliło jej się czerwone światełko. Najpierw nie wiedziała czemu ale rozum, który od rana jakby zaczął wracać na swoje miejsce po bardzo długiej – najwyraźniej – obecności w jakiejś innej galaktyce, wysłał sygnał: kłusownicy! Pomyślała, że takim wozem można ich gonić, nie uciekną.

Ponieważ bramę zamknięto jedynie na zasuwę, Winicjusz otworzył i cicho wjechał na teren Krystianówki nie angażując tym samym nikogo z obecnych. Zareagowały za to psy pędząc w stronę nowoprzybyłego całą sforą. Witały się z nim wyrażając ogromną radość ujadaniem  aż echo się niosło na okolicę. Uśmiechnięte mordy, merdające ogony, podskakujące maluchy i kręcące się zawzięcie w kółko potwory stanowiły obraz, na który Elżbieta patrzyła z przyjemnością. Podobnie jak on na poprzedni. Starając się ze śmiechem uniknąć skutków tak wielkich dowodów sympatii czworonogów, zamknął bramę i skierował się ku domowi, a raczej ku ławeczce przed domem, na której siedziała Elżbieta przyglądając mu się. Miał wrażenie, że zaraz się zerwie, powie, że nie chce z nim rozmawiać, nie ma czasu i zniknie. Nic takiego się jednak nie stało. Coraz bardziej zdziwiony i jednocześnie lekko zaniepokojony zwolnił i zatrzymał się kilka kroków przed nią. Nie spuszczała z niego wzroku, cień uśmiechu błąkał jej się po twarzy aż wreszcie przestał się błąkać i „wypełzł na usta”. Zaraz potem parsknęła śmiechem.

– Coś się stało? – spojrzał na nią, następnie na siebie, zwracając uwagę na koszulę w białogranatową kratkę i na jasne dżinsy, sprawdzając czy psy nie ubrudziły ich podczas przywitania w związku z czym wyglądałby śmiesznie.

– „Trędowata” mi się przypomniała, kiedy „zmysły wypełzły mu na usta” czy jakoś tak…

– Czy sugerujesz, że mnie coś skądś wypełzło?

– Ależ skądże, miałam na myśli, że z mroków mojej duszy wypełzł uśmiech… bo tak ogólnie… jakby jaśniej się zrobiło…

– Słońce wzeszło – powiedział tak jakoś niepewnie czym spowodował jeszcze szerszy uśmiech Eli.

– Już parę godzin temu – zauważyła. – Usiądź na ławeczce.

– Pewna jesteś? Chyba się ciebie zaczynam bać…

Spojrzała spod oka.

– Tak? Niby czemu?

– Bo jestem przyzwyczajony, że się na mnie złościsz, fukasz jak wściekła kotka albo uciekasz przede mną i to jest normalne. A tu proszę jaka niespodzianka. Stało się coś? – powtórzył pytanie.

– Tak, włamanie było w nocy – odrzekła zmieniając temat.

Niczego więcej nie zdążyła dopowiedzieć.

Po drugiej stronie domu cała czwórka najwyraźniej zakończyła śniadanie ponieważ rozległ się brzęk zbieranych ze stołu naczyń i głowa Krysi pojawiła się w kuchennym oknie.  Elka zerwała się z ławeczki, po czym bez słowa poszła do swojego pokoju.

– O, dotarłeś po cichu – zdziwiła się. – Co tak siedzisz? Ona ci coś zrobiła?  Czemu nie przyszedłeś czegoś przekąsić?

– Nie, nic mi nie zrobiła. Jak widać, uciekła. Normalka. A zostało jeszcze coś na ząb? Chętnie skorzystam, tylko najpierw przyniosę z auta zapasy. Nie myśl, że przyjechałem z pustymi rękami.

Obok Krysi pojawiła się Adelka, zza domu wyszli Zenek z Adamem. Przywitali się, po czym zaintrygowani słowami Winicjusza udali  się razem do samochodu. Obejrzeli dokładnie zawartość jednej z toreb. Zenek ostrożnie przejął ciężar i ruszył w stronę domu z wyrazem błogości na twarzy. Za nim podążyli pozostali panowie, każdy z bagażem w ręce. Niesiona przez Zenka, cenna niewątpliwie, zawartość kryła się w eleganckiej torbie z logo firmy Winicjusza. Domysł Krysia wysnuła trafny – iż muszą się w niej znajdować wyszukane trunki, które z pewnością uświetnią planowaną na wieczór biesiadę przy ognisku.

Winicjusz nałożył sobie na talerz słuszną porcję śniadaniowych smakołyków. Pałaszował aż mu się uszy trzęsły słuchając równocześnie relacji z wydarzeń poprzedniej nocy, które uniemożliwiły relaksujący wypoczynek przebywającym tu paniom.

– Tego nie można tak zostawić – stwierdził Zenek. – Po pierwsze ze względu na bezpieczeństwo dziewczyn. Po drugie zaś czuję się odpowiedzialny za Krystianówkę skoro podjąłem się doglądania dobytku.

– Mnie chodzi przede wszystkim o znęcanie się nad zwierzakami przez takich… takich… zwyrodnialców – krzyknęła Adelka wzburzona na samą myśl.

– Niestety, na wsiach zwierzęta ciągle jeszcze traktowane są jak przedmioty, nie jak żywe istoty, które odczuwają i przeżywają jak ludzie ból, strach i miłość – ze łzami w oczach dodała Krysia.

– Zadzwonię zaraz na policję – Zenek przytulił żonę. – Albo może lepiej pojadę z dziewczynami, żeby od razu wszystko same opowiedziały. Chłopaki zostaną na posterunku z tą całą czworonożną menażerią i zajmą się odpoczywaniem. A jak skończą to się wezmą za przygotowania do ogniska. Może być?

-Tak jest panie ordynatorze – zgodnie odpowiedzieli „chłopcy”.

Zenek w towarzystwie trzech „dziewczyn” albo odwrotnie, „dziewczyny” w towarzystwie Zenka, po dotarciu na posterunek policji w pobliskim miasteczku rozpoczęły składanie zeznań. Powiedziały co widziały, czego nie widziały, czego mogły się domyślać, co im się wydawało, co ewentualnie należałoby wziąć pod uwagę w pierwszej kolejności a co nieco później. W tej materii nie miały jednoznacznego stanowiska i próbowały je wypracować wszystkie jednocześnie prezentując swoje zdanie na temat. Zupełnie skołowany młody posterunkowy w pewnym momencie bezradnie opuścił ręce i błagalnie spojrzał na Zenka szukając u niego ratunku.

– Poczekajcie dziewczyny, nie mówcie wszystkie równocześnie. Pan posterunkowy nie ma jak zapisać… Może nich Ela zacznie.

– Ale ja przyjechałam ostatnia! Pierwsza była Adelka…

– Gdzie ja byłam pierwsza? – zdziwiła się wywołana.

– W lesie.

– Aa, no byłam.

– Więc może zacznijmy od tego pierwszego razu –  posterunkowy uczepił się nadziei na pozytywny rozwój zdarzeń i spojrzał na Krysię.

– Ale to było bardzo, bardzo dawno, prawda kochanie? – zajrzała Krysia mężowi w oczy po czym parsknęła śmiechem.

Adelka i Elżbieta próbowały utrzymać powagę widząc coraz bardziej czerwoną twarz chłopaka w mundurze. Nie udało się im i po chwili posterunek rozbrzmiewał salwami śmiechu.  Pierwszy opanował się Zenek, wszak w pracy musiał się wykazywać samodyscypliną i opanowaniem, od tego niejednokrotnie zależało ludzkie życie. Tutaj więc również stanął na wysokości zadania i wybawił z kłopotu młodziutkiego policjanta. Pomocny okazał się drugi policjant, który wrócił z patrolu w towarzystwie kolegi w zielonym mundurze leśnika.

Już zupełnie spokojnie i rzeczowo „dziewczyny” opisały całą sytuację, przedstawiły przebieg wydarzeń oraz swoje spostrzeżenia, wnioski i domysły. Leśnik przysłuchiwał się ich słowom z zainteresowaniem tym większym, że od pewnego czasu kłusownicy poczynali sobie w okolicy coraz śmielej nie licząc się z nikim i niczym.

Wracali do Krystianówki leśnym duktem wskazanym przez leśnika. Terenowe Suzuki Zenka bez trudu dawało sobie radę, z konieczności jechali jednak powoli i pewnie dlatego Krysia coś dostrzegła.

– Coś kolorowego mignęło, tam, za krzakami!

– Gdzie? – zainteresował się Elka.

– Zenek, stój! Tam chyba ktoś leży – krzyknęła Krysia.

Samochód się zatrzymał. Krysia pobiegła pierwsza, pozostali starali się jej dotrzymać kroku. Wśród krzaków leżał przestraszony mały chłopczyk i patrzył na nią ogromnymi oczami. Wyglądał jakby strach nie pozwolił mu się ruszyć ani odezwać.

– Skarbie, co ty tu robisz sam w lesie? – spytała pochylając się nad malcem.

Nie odpowiedział, skulił się tylko bardziej. Widać było, że najchętniej zwiałby gdzie pieprz rośnie lecz jakaś tajemnicza siła nie pozwalała mu się ruszyć z miejsca.

– No hej, nie bój się – przykucnęła przy dziecku Ela i wyciągnęła rękę w jego stronę.

Szarpnął się do tyłu lecz nie odsunął się ani o kawałek. Widocznie tajemnicza siła miała wielką moc.

– Naprawdę nie masz się czego bać – dodała Adelka. – Skąd się wziąłeś sam w środku lasu? Gdzie rodzice? Zgubiłeś się?

Zenek rozejrzał się wokół. Przyjrzał się chłopcu i zauważył, że wciąż tkwi w jednej pozycji z nienaturalnie podkurczoną nóżką.

– Coś ci się stało? – spytał. – Boli cię coś? Nie bój się, chcemy ci pomóc. Jak masz na imię?

– Jasiek – odpowiedział malec.

Wyraz nieufności powoli znikał z twarzyczki dziecka.

– Pokaż kolego, jestem lekarzem a tamte panie są pielęgniarkami.  Widzisz jakie masz szczęście? Zaraz obejrzę, zaraz. O rany, co to?

Ubranko chłopca a dokładniej: dolna część bluzy, rękaw i tył spodenek  tkwiły w stalowych szczękach pułapki…

– Dziecko – jęknął Zenek, – gdyby cię złapało kawałek dalej…  ale nic, już wszystko dobrze, zaraz cię uwolnię…

– Przecież mógłby tu umrzeć gdyby go to diabelstwo pokaleczyło – wzdrygnęła się Ela.  – Wykrwawiłby się na śmierć.

– Ależ miał szczęście – przyznała Adelka. – Nawet go nie drasnęło.

– Dzwonię na policję – oświadczyła Krysia. – Zenuś, daj mi swoją komórkę bo masz numer wklepany.

W oczekiwaniu na policjanta nawiązali kontakt z Jaśkiem, który – gdy odtajał, uspokoił się i strach ustąpił miejsca ciekawości – okazał się bystrym, rozmownym chłopcem. Skąd się wziął sam w lesie?

– Otóż powiedział nam – relacjonowała Adelka po powrocie do Krystianówki, – że poszedł do lasu szukać swojego szczeniaczka. Bardzo chciał mieć psa i dostał wreszcie od sąsiada, któremu się suka oszczeniła…

– Nie suka tylko psica – sprostowała Ela.

– Niech będzie – zgodziła się Adelka. – Przyszedł ojciec Jaśka, z którym pani Monika, czyli jego matka szczęśliwie się rozwiodła, bo to drań, pijak oraz damski i dziecięcy bokser. Chciał pieniędzy, a kiedy go matka z babcią pogoniły, zabrał szczeniaka i powiedział, że go przywiąże w lesie, żeby go wilki zjadły.

– O sukinsyn – wyrwało się Adamowi.

– A żebyście widzieli w jakich warunkach mieszka ta rodzina! Tragedia po prostu. Jasiek ma jeszcze pięcioro rodzeństwa i ta jego mama ze wszystkimi dzieciakami, tak jak stała, bez niczego więcej, uciekła od tego bandyty do swojej matki staruszki. A jej chatka to jak z dziewiętnastego wieku: maleńka, bez łazienki, właściwie tylko kuchnia, duży pokój i jakaś przybudówka gospodarcza. Dach ze starości przecieka, grzybem śmierdzi, jednym słowem horror. A teraz jeszcze straszą panią Monikę, tę biedną matkę, że jej dzieci odbiorą bo warunki niedobre. A jak ją chłop bił i dzieci też to były dobre? Super warunki, no nie?

– Paranoja normalnie! Matce dzieci chcą zabrać a drań został bezkarny sam w domu. Alimentów nie płaci bo oficjalnie nie ma z czego, chociaż podobno trudni się kłusownictwem właśnie i nieźle sobie radzi, bo dziczyznę do knajp nielegalnie dostarcza. – dodała Krysia.

– Brr, ohyda. Takie bydlę potrafi przywiązać psa do drzewa, żeby skonał w męczarniach. Też bym mu tak samo zrobiła – wtrąciła Elka.

– Jasiek poszedł szukać szczeniaczka i sam wpadł w pułapkę – ciągnęła Adelka. – Miał niebywałe szczęście, że nic mu się nie stało. A piesek w międzyczasie wrócił na podwórko. Leśnik mówił, że tu dobrzy ludzie mieszkają, chcą pomóc tym kobietom chociaż dach wyremontować i kawałek pokoju, żeby dzieci nie zabrali.

– Zaraz, zaraz, a może zgłosić tę rodzinę do programu? – zastanowił się Winicjusz.

– Jakiego? – zapytał Zenek.

– Oo, tak, to jest pomysł – ożywiła się Elżbieta, która uwielbiała oglądać „Nasz nowy dom” na Polsacie. – Może akurat będą mieli szczęście.

– Już wiem o co chodzi. Nie mam czasu oglądać, ale Krysia mi czasem opowiada. Trzeba tak zrobić. Może się uda? – klasnął Zenek w ręce i zwrócił się do Winicjusza. – Jednak masz głowę nie tylko po to, żeby na niej czapkę nosić.

Winicjusz skłonił się z gracją w stronę kolegi przyjmując pochwałę z doskonałą powagą, zerkając dyskretnie na uśmiechającą się Elżbietę.

– Mnie nurtuje jednak myśl – odezwała się Adelka – dlaczego, u licha, wsadzili te szczęki w krzaki przy drodze.

– Przecież to nie droga, tylko taki leśny dukt. Z rzadka ktoś tu się zjawia, chyba leśnicy – zaczęła Krysia.

– No właśnie. Trzeba być idiotą, żeby im pod samym nosem paści zakładać.

– A nie wiesz Adelciu, że najciemniej pod latarnią? – skwitowała Krysia.

11.05.2015

  • kobietawbarwachjesieni Bardzo ciekawie rozwija się akcja. Jestem ciekawa, co będzie dalej. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Marysiu:-) Cieszę się, że Ci się dobrze czyta:) Taka to dla mnie przyjemność, że słów brak:) Baaardzo serdecznie Cię przytulam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz