Elżbieta marzyła o remoncie mieszkania. Marzyła i marzyła aż wreszcie remont rozpoczęła. Marzyła dalej, żeby udało jej się skończyć do świąt. A może nawet przygotować prawdziwy świąteczny obiad? Tak na przykład żurek, mnóstwo jajek na twardo, jajka faszerowane pieczarkami w ilościach hurtowych, bo chłopcy je uwielbiają. Albo pasztet jajeczny według przepisu już wypróbowanego, który dostała od Kasi, a ona od koleżanki z pracy. Potem pyszne kotlety z płatków owsianych, bo przecież nie jedzą mięsa, ona zresztą już właściwie też, rybę jedynie czasami. I koniecznie sos jak do ryby po grecku, ale zamiast ryby z kotletami sojowymi. Kiedyś zrobiła i smakowało, nawet bardzo. Na razie jednak nie ma gdzie i na czym ugotować, a już całkiem nie ma mowy, żeby kogoś wpuściła do tej ruiny mieszkania pozostałej po wyprowadzeniu się Mirka. Ale się wyniósł, to jest absolutnie najważniejsze, więc ona w ogóle nie powinna narzekać tylko się sprężyć i wziąć za robotę, cała reszta się w ogóle nie liczy.
Zaczęła od położenia glazury w łazience i kibelku. Płytki miała już dawno kupione, czekały w składziku na półpiętrze na swoją kolej. Najwięcej czasu zajęło jej szukanie sedesu z półką, a nie z dziurą, bo Kocio swoje potrzeby fizjologiczne załatwiał kulturalnie w toalecie więc była to rzecz absolutnie niezbędna. Wreszcie się udało, a znajomy glazurnik znajomego hydraulika podjął się wykonania remontu obu pomieszczeń.
Następnym etapem, zarazem najgorszym i najtrudniejszym do przeprowadzenia, było przebudowanie kuchni połączone ze zlikwidowaniem ściany oddzielającej ją od pokoju zajmowanego w przeszłości przez Mirka, wyglądającego teraz jak najgorsza melina w mieście, słowem: obraz nędzy i rozpaczy. Wymyśliła sobie Ela już dawno temu, że chciałby mieć dużą kuchnię połączoną z jadalnią i teraz właśnie przyszedł czas na realizację pomysłu. Święta minęły, a końca prac widać nie było. Kurz, cement, pył – pozostałe po wyburzeniu ściany – wchodziły w najmniejszy zakamarek, nawet w zamkniętych szafach było tego pełno. Każdy wyjęty ciuch należało przed założeniem na siebie porządnie wytrzepać na balkonie. Podczas jedzenia zgrzytało w zębach, psice kichały na potęgę nawet w nocy, budząc swą panią przez co była niewyspana, a co za tym idzie, zła jak osa. Wreszcie jakoś udało się opanować kataklizm, zawisły nowe szafki kupione w Ikea, stanął stół z krzesłami i zrobiło się miło, przyjemnie i przestronnie. Należało jeszcze doprowadzić do stanu używalności przedpokój, bo nijak nie pasował do pięknej kuchni i drażnił zmysł estetyczny właścicielki. Poza tym ostatni pokoik, w którym postanowiła urządzić sobie sypialnię, był również w stanie tragicznym. Nie dosyć, że zniszczony, to całkowicie zawalony rzeczami chłopców, spakowanymi i czekającymi na przewiezienie do ich własnych mieszkań, których jeszcze nie mieli, lecz w celu ich zdobycia poczynili odpowiednie kroki, między innymi składając papiery w Urzędzie Stanu Cywilnego. Oczywiście w towarzystwie swoich dziewczyn czyli przyszłych małżonek. Pokoik na razie był nie do ruszenia, odnowiła więc duży pokój, tak naprawdę jedyny, w którym do tej pory mieszkała. Na nowe meble na razie nie miała pieniędzy, lecz od czegóż fantazja i zdolności plastyczne? Stary regał częściowo pomalowała, a częściowo jego wygląd zmieniła przy pomocy okleiny samoprzylepnej i efekt okazał się nadzwyczajny. W przedpokoju stanęły szafy wbudowane we wnękę. Trwało to naprawdę długo i w takim rozgrzebanym domu przyszło Elżbiecie spędzić sporo czasu. Pocieszała się myślą, że potem będzie już tylko lepiej. Pomału mieszkanie zmieniło się nie do poznania, zaś Elżbiecie świat się chwilami naprawdę podobał.
Zmęczona do nieprzytomności nalała sobie lampkę wina, usiadła na balkonie ze świadomością, że zakończyła remontowe szaleństwo. Na razie. Sypialnię odnowi i przerobi kiedyś, w przyszłości, jak chłopcy się pożenią i będą mieli własne domy. Na razie mieszkali z partnerkami w wynajętych mieszkaniach, a mieszkanie swojej mamy Ela wynajęła i w ten sposób uzbierała pieniądze na remont. Mirek odziedziczył po swojej matce mieszkanie poza Warszawą, opuścił lokum zmarłej teściowej i dlatego Ela mogła je wynająć.
Wino było czerwone i słodkie, bardzo smaczne. Po drugiej lampce poczuła się rozluźniona i o wiele spokojniejsza. Zastanowiła się chwilę nad trzecią, przeleciało jej przez głowę pytanie, czy to już nie jest alkoholizm? Pomyślawszy stwierdziła, że jeszcze nie i zaniechała podobnych myśli. Należy jej się odrobina przyjemności ponieważ dokonała rzeczy wielkiej i jest z siebie dumna. Właśnie, jest z siebie bardzo dumna. Przed nią pojawił się promień światła. Zaciekawiona przypatrywała mu się uważnie, zastanawiając się dlaczego taki dziwny. Jakieś UFO czy co? Promień zaczął się przed nią kręcić, spęczniał jakoś dziwnie.
– Ależ z ciebie kompletna idiotka – powiedział.
– Pozwolę sobie nie zgodzić się z tobą – zaczęła ostrożnie nie bardzo wiedząc jak rozmawiać z taką dziwną istotą.
– Musiałaś się tak sama męczyć? Nie musiałaś. Ale ty chciałaś wszystkim pokazać jaka z ciebie święta męczennica…
– Nieprawda! Żadna męczennica tylko samodzielna kobieta…
– Przyznaj się wreszcie, że chciałaś zaimponować Winicjuszowi.
– Też coś – prychnęła. – A w życiu!
– Jak to nie? Przecież od czasu mandarynki nic innego nie robisz…
– O nie, to już gruba przesada – obruszyła się. – Robię mnóstwo rzeczy, a nawet jeszcze więcej. Nie będzie mi tu jakiś cudak mącił w głowie…
Rozległ się sygnał telefonu. Elżbieta podskoczyła na fotelu, gadający promień powoli rozpływał się w powietrzu aż wreszcie zniknął.
– Elka, macham do ciebie i wołam, a ty co, głucha jesteś? – usłyszała głos Kasi.
– Nie, jeszcze nie, tylko chyba przysnęłam ze zmęczenia… Ooo, stoi tu pusta flaszka po winie… i jakieś zwidy miałam…
– Nie dziwię się – skomentowała Kasia. – Otwórz mi drzwi, bo idę do ciebie. Słyszysz?
Poniedziałek wstał zachmurzony, co bardzo ucieszyło moje roślinki, a jeszcze większą radość sprawiły im krople deszczu. Wprawdzie było ich zaledwie kilka na metr kwadratowy, ale zawsze to jakaś odmiana. Przed owymi kropelkami zdążyłam wyjść z psami, sprawy poważne załatwione, więc można zaczynać nowy tydzień. Skituś nauczył się chodzić na jednej smyczy z Szilką i mogę z nimi wychodzić sama już bez problemu, bez konieczności czekania na Męża, kiedy akurat on nie może. Wieczorem idziemy razem na długi spacer, co dla zdrowia każdego z nas jest wskazane. Oglądamy przy okazji postęp w remoncie drogi i budowie nowego skrzyżowania, które ciągną się od długiego już czasu. Wyczytałam, że ma być zainstalowana sygnalizacja świetlna i ucieszyłam się z tego. Bardzo trudno było przejść na drugą stronę ulicy, a jeszcze trudniej skręcić jadąc samochodem, okropnie niebezpieczny był to do tej pory manewr i co trochę dochodziło do kolizji. Przy okazji został zrobiony szeroki chodnik, właściwie taki ciąg dla pieszych i rowerów, nawet przy gorszej pogodzie oraz zimą będzie można bezpiecznie poruszać się równolegle do jezdni. Po drodze można zahaczyć o sklepy z których Maxi Zoo mnie interesuje, bo tam można z psami wejść po zakup artykułów dla nich właśnie. Szilka bardzo lubi tam wchodzić, bo ileż zapachów, ileż interesujących rzeczy tam się znajduje! To zupełnie tak jak małe dziecko wpuszczone do sklepu z zabawkami, które nie wie co najpierw wziąć do raczki, bo chciałoby wszystko jednocześnie:)))
Babcia D. wreszcie wstała i je śniadanie, chyba jeszcze są jakieś mecze siatkówki, to będzie oglądać. Nie da się dziś siedzieć na zewnątrz, więc dobrze, że będzie miała na co patrzeć. Przez weekend była w niezłej formie mimo narzekania na upały, dała radę, nawet podlewała kwiatki. Jestem medycynie wdzięczna – że tak się wyrażę – za to, że są leki, które pomagają żyć w miarę normalnie chociaż chwilami.
11.06.2018
babciabezmohera Miało być chłodnie a znowu parno. Zapowiadają burze… Oby nie były groźne.
Dobrego tygodnia, Aniu! 🙂
karolinagurazda Było pochmurnie, ale znalazłaś plusy tego dnia: rośliny pod wpływem deszczu zmienią się w baobaby, a i psy miały uciechę z wyjścia na spacer 😉
kotimyszkot To ja chyba jak Szilka, lubię robić zakupy 🙂
Z tymi lekami, to często bywa i tak, że bez nich kompletnie się nie da żyć.. Jak najwięcej dobrych chwil i dla babci i dla Ciebie życzę 🙂
urszula97 Normalnie,jeśli chodzi o remont ulicy i chodników to powinien być standard ale i tak dobrze że robią,masz udany dzień,babcia na chodzie kwiatki podlewa,super,oby tak dalej.
kasiapur Jesteśmy zmęczeni bo duchota bo parno…a to jeszcze nie lato !
To co dopiero będzie jak ono się zacznie ?
Uściski Anula 🙂 taki fajny ten dzień miałaś.
Życzę Ci dalej spokojnego dobrego tygodnia :)))
emma_b jak ja nie lubię takiej pogody jaką Wy macie w Warszawie…współczuję wszystkim. u mnie nad morzem szczęśliwie w ogóle nie ma upałów, a bywa nawet dość chłodno.
veanka U nas nie spadła dzisiaj ani jedna kropla deszczu, za to bardzo wiało, a mimo to było duszno.
Po tygodniu spędzonym w lesie lub nad wodą ponownie w „murach” czuję się mało komfortowo.
Miłego tygodnia i dobrej pogody życzę, a Babci D. niech leki pozwalają funkcjonować tak jak wtedy, kiedy była zdrowa.
marijana2 Ostatnio poranki są cudnie rześkie… obiecują niemęczący dzień. I niestety na obietnicach się kończy. W ciągu dnia, nawet jeśli nie świeci słońce, jest gorąco i parno. Marudzę i narzekam, ale już mnie zmęczyła ta upalna wiosna. Pozdrawiam i życzę umiarkowania w pogodzie.
fusilla Uciekam od słońca! Wolę chłodek mego salonu ocienionego zewnątrz markizą! Do tego ciekawa lektura i jest super!
Macham!
annazadroza BBM:-) Dziękuję, kochana, Tobie też dobrego i zdrowego:) Burzy nie było, nawet przyjemny wiaterek chłodził, nie narzekam 🙂
annazadroza Karolino:-) W czasie upałów psiaki nie bardzo lubią spacery, załatwiają swoje sprawy i wracać chcą do domu. Rankiem, gdy chłodniej, to co innego, frajdę mają:)))
annazadroza Myszokocie:-) Jak prawdziwa kobieta;)
Dobrze, że wymyślono leki, które działają w określonych przypadkach.
Samego dobrego i wesołego:)))
annazadroza Urszulo:-) W tych chorobach nie można przewidzieć co będzie się działo nie tylko za dwa dni, ale za chwilę. Ważny jest nastrój chorego, jeśli się uda utrzymać pozytywny, to jakoś daje się żyć. Oby jak najdłużej:)))
annazadroza Marysiu:-) W ogrodzie masz na pewno miło i chłodno pod jakimś drzewkiem. Lato jest krótkie (wiosna właściwie), a potem znów będzie zimno, wygrzej się na zapas. Ostatecznie pozostaje polewanie się zimną wodą;) Brr, nie lubię, nawet w upał wolę ciepłą;)
Ściskam serdecznie:)))
annazadroza Kasiu:-) Nie wiadomo jakie będzie lato poza tym, że dla mnie zawsze zbyt krótkie. Nie narzekam więc na ciepło tylko się nim napawam z wielką radością (Mąż tego nie rozumie i narzeka). Dziś zresztą wcale tak upalnie nie jest, nawet dłuższe spodnie założyłam. Aha, a w czasie upału pomaga zaparzona i wystudzona Yerba Mate, taka zwykła w torebkach, bez specjalnych przyrządów do parzenia.
Dzięki Kasieńko, Tobie też miłego:)))
annazadroza Emmo:-) „Za młodu” uwielbiałam leżeć na plaży i się smażyć, żeby po powrocie imponować opalenizną, tak było:) Najgorsze co mogło mnie spotkać, to brak pogody nad morzem, traktowałam jak przekleństwo i karę za nie moje grzechy;) Cóż, „by rozum był przy młodości” – rzadko się zdarza. Teraz nie opalam się wcale, ale ciepło lubię:)
annazadroza Veanko:-) Rzeczywiście, po pobycie na łonie natury powrót „w mury” jest wręcz przykry. Trzeba się na nowo przystosować. Dziś jednak wielkiego upału nie ma, ale – uświadomiłam sobie, że zależy, na którym piętrze. Na parterze zawsze najchłodniej, na ostatnim – najgoręcej. Na ursynowskim 4-tym piętrze wieszałam na oknach mokre ręczniki od zewnątrz, żeby w mieszkaniu obniżyć nieco temperaturę, jak wyschły – znowu moczyłam. Pomagało.
annazadroza Marijano:-) Dzisiaj już pogoda umiarkowana:)
Rześkie, świeże, pachnące poranki są przecudowne, jeszcze do tego zamglone!!! Kocham je!!! Z reguły po mgle wychodzi słońce, taką prawidłowość zauważyłam w górach, ale tu też się sprawdza.
Już połowa czerwca, czas tak pędzi, że zaraz będzie śnieg:( Cieszmy się póki go nie ma. Ściskam serdecznie słonecznie:)))
annazadroza Fusilko:-) Pewnie, że to przyjemność, książka i miłe chwile w chłodnym salonie ze świadomością, że jakby Ci się zachciało wyjść na słoneczko, to możesz. Ale Ci się nie chce:)
Odmachuję albo odmachiwam;)))
marijana2 Aniu 🙂 Dziś można było oddychać rześkim powietrzem. Zrobiło się chłodniej, nawet odrobinę zmarzłam. Słońce kryło się za chmurami, trochę kropiło. Nie tęsknię za deszczem, ale przydałby się bardzo. Jest dopiero połowa czerwca, a trawniki już zrobiły się żółte. Nie wiem, ile musiałoby popadać, aby odzyskały zielony kolor. Zimą na razie lepiej nie zaprzątać sobie głowy… i tak przyjdzie. Przesyłam serdeczności :)))
annazadroza Marijano:-) Zbyt szybko trawa zżółkła, powinna jeszcze być soczystozielona. Rok szkolny jeszcze się nie skończył, a jaśminy przekwitły. Jak przyjeżdżałam do babci na wakacje – jeszcze kwitły i pachniały. Jakoś przyspieszyło się wszystko w tym roku. Uściskuję serdecznie:)))
Kasia przyjęła do wiadomości, że życie z teściową nigdy lekkie nie będzie, a jej marzenia o ciepłej, pełnej – w sensie wielopokoleniowej – rodzinie, w której wszyscy jej członkowie będą żyć w zdrowiu, szczęściu, radości i wzajemnej życzliwości – prysnęło jak mydlana bańka. Próbowała się odnaleźć w tej nieprzyjemnej rzeczywistości usiłując szukać jaśniejszych stron sytuacji. Gdy na przykład przez dwa dni starsza pani zachowywała się w miarę normalnie, nabierała nadziei, że „jakoś to będzie”. Trzeciego dnia zachowanie teściowej wracało do normy, czyli znowu się obrażała. Przy czym najpierw obrażała się na cały świat, potem już tylko na Kasię. Biedna Kasia pogodziła się z tym, bo jakie miała wyjście? Po prostu nie reagować, ignorować miny i złośliwości skierowane wyraźnie pod jej adresem. Na takiej emocjonalnej szarpaninie i huśtawce nastrojów minął czas do Wielkanocy.
Zaledwie przez cztery miesiące mieszkała pani Wacia z synem i synową, i przez ten czas potrafiła uczynić z domu piekło. Jak to możliwe, skoro przez tyle lat Kasia nie podejrzewała teściowej o tak złe cechy? Analizowała najprzeróżniejsze sytuacje i doszła do wniosku, że sygnały były, tylko ona je zlekceważyła. No, na przykład wzywanie Mikołaja w nocy, żeby do niej przyjeżdżał i siedział przy niej, bo ona się źle czuje. To się zdarzało prawie co tydzień. Albo dzwonienie na drugi koniec Polski, kiedy tylko wyjechali na urlop, że ma sraczkę albo zaparcie… Czy takie rzeczy robi się własnemu synowi, którego się kocha? Przecież po siedzeniu przy matce Mikołaj był zmęczony, a musiał normalnie funkcjonować w ciągu dnia. Ona zaś spokojnie cały dzień przesypiała zadowolona z osiągnięcia swojego celu, czyli oderwaniu Mikołaja od Kasi. A po co psuła urlopowy wypoczynek temu – podobno ukochanemu – dziecku? Przecież już same te dwa fakty powtarzające się często oraz regularnie świadczyły o egoizmie. Nie o miłości do syna lecz do siebie. Dopiero kiedy pani Wacia zamieszkała z nimi, Kasia szeroko otworzyła oczy ze zdumienia na tę chorą miłość. No bo jaka to miłość do syna, która opiera się na „ja”, „mnie”, „moje”?
Wielkanoc to czas świątecznego wybaczania. Postanowiła więc Kasia przynajmniej spróbować ten czas wypełnić jeśli nie miłością to neutralną życzliwością. Zaproponowała teściowej zrobienie mielonych kotletów, skoro poczuła ona chęć udzielania się w kuchni, choć wcześniej tego nie lubiła. Zostawiła teściową samą, żeby jej nie wchodzić w drogę i pojechała z mężem po ostatnie przedświąteczne zakupy. Była sobota, dzieci miały przyjechać w niedzielę. Wydawało się, że jest wszystko w porządku. Wieczorem, kiedy Mikołaj czytał gazetę siedząc w fotelu, a Kasia zerkała w telewizor przeglądając nowy numer „Nieznanego Świata”, starsza pani zeszła na dół z ciśnieniomierzem. Zobaczywszy ich siedzących blisko siebie zacisnęła usta i zrobiła jedną ze swoich min, które Kasia nauczyła się już rozpoznawać. To była tłumiona złość połączona z niechęcią do Kasi, zaś nad nimi górowało przesłanie do syna: jestem taka chora, a ty siedzisz z tą jędzą, zamiast ze mną… Mikołaj nie znalazł nowej baterii, dał jej swój ciśnieniomierz. Poszła do siebie coś mrucząc pod nosem. To był dopiero początek.
Przez całą noc nie dała im spać. Schodziła do kuchni zostawiając wszędzie włączone światła i głośny wentylator warczący w swojej łazience. Co chwilę coś ze stukotem upadało na podłogę i Kasia podrywała się na równe nogi, jeśli udało jej się na moment zdrzemnąć. Mikołaj schodził i gasił światła w całym domu. Wreszcie około czwartej rano Kasia dała za wygraną i wstała. Miała jeszcze sporo pracy związanej z przygotowaniem najpierw świątecznego śniadania (chciała, żeby wypadło dobrze, bo przecież pierwsze wspólne w nowym domu), a potem obiadu, na który zaprosiła dzieci. Klarcia chciała zostać na noc, żeby spać na składanym łóżku, z czego Kasia – stęskniona za wnuczkę – ogromnie się ucieszyła.
Nakryła do stołu, przygotowała wszystko na świąteczne śniadanie. Czekała aż się obudzi teściowa, ale ona usnęła właśnie wtedy, kiedy Kasia wstała. Czekała i czekała, aż do południa. Wtedy energicznie wkroczyła do sypialni.
– Mikołaj! Wstawaj! Niedługo dzieci przyjadą na obiad, a my jeszcze śniadania nie jedliśmy! Wiem, że się nie wyspałeś, ale ja też całą noc nie spałam i od kilku godzin jestem na nogach. Jak wstałam to dopiero wtedy matka się uspokoiła.
Mikołaj szybko był w pełnej gotowości za to teściowa w całkowitej rozsypce. Półprzytomna, nie chciała nigdzie iść, na żadne śniadanie, w ogóle nie wiedziała kim jest i jak się nazywa, nie kojarzyła niczego.
– O rety, znowu pomieszała jakieś leki – jęknęła Kasia. – Zmuś ją do zejścia na śniadanie, przecież nie możemy jej tak zostawić. Idę zaparzyć herbatę, a ty ją sprowadź na dół.
Ostatecznie po długich perswazjach sprowadził matkę w szlafroku, z bosymi stopami w kapciach, potarganą i tracącą równowagę przy każdym kroku.
– Nie będę jadła, tylko herbatki się napiję, jestem chora – wyszemrała boleściwie.
– Zjesz normalne śniadanie. Są święta i zjesz jak człowiek z własnym synem – nie wytrzymała Kasia.
O dziwo, nałożyła sobie i jajka faszerowane pieczarkami, i sałatkę, i wędlinę, i śledzie, i nawet trochę ryby po grecku, i to wszystko zjadła po czym poszła do swojego pokoju.
– Uff, przynajmniej nie padnie z głodu – mruknęła gospodyni.- I nie powie, że ją głodzę.
Pani Wacia przespała cały dzień. Kamil przyjechał samochodem, po Łukasza i jego rodzinę pojechał Mikołaj. Warunki pogodowe z każdą chwilą się pogarszały. Śnieg sypał coraz większymi płatkami przesłaniając cały świat, który stał się zupełnie biały. Iglaki w ogródku uginały się pod śnieżnymi czapami. Miękki, mokry śnieg ubrał płoty, siatki, gałęzie, doniczki w białą szatę. Wszystko co tylko znajdowało się na zewnątrz, okryło się cudownym, czystym puchem. Świat zrobił się bajkowo piękny, tylko szkoda, że na Wielkanoc, a nie na Boże Narodzenie.
Miłe, rodzinne świąteczne popołudnie szybko minęło. Kasia jak każda prawdziwa pani domu była usatysfakcjonowana, że gościom smakowało, najedli się do granic wytrzymałości – albo i bardziej – i chwalili wyroby kulinarne. Oczywiście przyznała od razu, które potrawy są dziełem babci Waci, nigdy nie przypisywała sobie cudzych zasług. Dzieci wyraziły ubolewanie z powodu niedyspozycji babki i tyle. Powrót do domów był dla kierowców prawdziwą próbą umiejętności i cierpliwości. Jechali najwyżej trzydzieści kilometrów na godzinę w absolutnej – nie ciemności lecz bieli – prawie niczego nie widząc dookoła, a za to czując lód pod kołami. Ciężko było, nawet bardzo, lecz udało się dotrzeć szczęśliwie do celu. Najpierw zadzwonił Kamil, że już jest w domu, niedługo potem wrócił Mikołaj po odwiezieniu Łukaszów (Klarcia jednak zdecydowała się wrócić do domu z rodzicami). W międzyczasie Kasia posprzątała ze stołu, włączyła dwa razy zmywarkę. A teściowa spała.
– Kochanie, idź zobacz co z matką – poprosiła męża.
– Niech śpi. Po co mam ją budzić? Jak tak chciała, niech tak będzie.
– No nie, trochę się niepokoję. Idź sprawdź, przecież nie wiadomo czy znowu jakiegoś leku nie wzięła. Poza tym powinna coś zjeść.
Poszedł i po dłuższym czasie sprowadził na dół półprzytomną matkę. Nie chciała oczywiście nic jeść „tylko herbatki” się napije
– Żadnej herbatki – kategorycznie stwierdziła Kasia. – Siadaj przy stole. Zjesz talerz żurku. Bez dyskusji! Masz zjeść i koniec.
Usiadła i zjadła. Uff, Kasia znowu odetchnęła. Nie jest źle skoro zjadła. A pani Wacia poszła znów się położyć. Niczego nie wiedziała, ani że są święta, ani że jadła śniadanie…
W czasie filmu po wieczornych wiadomościach oczy Kasi się same zamykały. Była zbyt zmęczona, żeby siedzieć dłużej. Praktycznie nie spała całą noc.
Za to teściowa wyśpi się za nas oboje – pomyślała ze złością. Jakoś nie mogła się zmusić do życzliwszej myśli…Cóż, każdy ma jakieś granice wytrzymałości.
W lany poniedziałek wypadał jednocześnie Prima Aprilis. Zapewne dlatego niebiosa w ramach dowcipu spuszczały na ziemię tony białego puchu zamiast strumieni dyngusowej wody. Chyba po raz pierwszy za Kasinej pamięci trafiła się taka Wielkanoc. Owszem, deszcz ze śniegiem nieraz padał, ale czegoś takiego, takiej zimy wiosną nie pamiętała. W ogródkach dzieci lepiły bałwanki i zajączki zamiast biegać z sikawkami i oblewać się wodą.
Mikołaj spał. Kasia zeszła na dół, zrobiła sobie kawę, z kubkiem w ręce wyjrzała przez okno w kuchni, potem okienkiem przy kominku. Nie da się ukryć, że było przeuroczo. Gdyby tylko nie ten kalendarz… można się przez chwilę poczuć absolutnie szczęśliwym człowiekiem patrząc na ogródek. Widok był taki relaksujący, odprężający, taki…potrzebny… Nakryła do śniadania. Zaparzyła kawę, tym razem w ekspresie, nowym nabytku. Dość długo się przymierzali do zakupu, bo chcieli tani ale nie na kapsułki lecz taki, w którym można parzyć różne gatunki świeżo zmielonej kawy. Ach, jak bosko pachnie… wdychała z rozkoszą zapach unoszący się w powietrzu. Obudziła męża drażniąc jego zmysł powonienia aromatem kawy rozchodzącym się znad starej filiżanki.
– Och jak cudownie – przeciągnął się i usiadł na łóżku. – Pycha, a jak pachnie! Mógłbym się codziennie tak budzić.
– Co drugi dzień, mój kochany. Jak już doczekam emerytury, to co drugi. W pozostałe ty przynosisz dla mnie, zgoda?
– Pewnie – odstawił pustą filiżankę na nocny stolik stojący przy łóżku. – Lubię ci przynosić wszystko co chcesz. I lubię cię przytulać – przyciągnął żonę do siebie, ledwo zdążyła odstawić swoją filiżankę i objął obiema rękami. – Tak mógłbym cię trzymać cały dzień…
– Ja też bym tak mogła leżeć cały dzień gdyby mnie nie uwierała rama łóżka – pocałowała męża w policzek. – Jeszcze ci dziś nie mówiłam, że cię kocham.
– A ja ciebie – wtulił twarz w jej włosy.
Za drzwiami sypialni rozległ się hałas jakby coś spadło i rozsypało się.
– Oho, pobudka i powrót do realu. Chodź na śniadanie i matkę przyprowadź. Uciekam na dół.
Drzwi pokoju teściowej właśnie się zamknęły, więc przemknęła bez spotkania oko w oko z potworem …
O ile Mikołaj był szybko gotowy by zasiąść przy stole, o tyle starsza pani wprost przeciwnie. Nie chciała zejść na dół.
– Słyszysz Kasiu? Mama nie chce zejść na śniadanie – zawołał.
– No przecież tak nie może być – pomknęła na górę. – Mamo, proszę cię, zejdź na dół, przecież musisz coś zjeść. Poza tym są święta, wypada, żebyś usiadła z własnym synem przy stole…
– Nie krzycz na mnie – wycharczała z wściekłością teściowa drżącym głosem, machając trzęsącymi się rękami przed oczyma zdumionej synowej.- Co to ja jestem, gównem w tym domu?
Kasia oniemiała. Powtórka z rozrywki? Demencja starcza czy Alzheimer? Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić.
– To ty na mnie krzyczysz. Załóż aparat, wtedy usłyszysz co mówię. Ja cię zapraszam na śniadanie. Są święta, Wielkanoc. Wczoraj przespałaś cały dzień, były dzieci. Dziś jest lany poniedziałek.
– Jak to wczoraj? We wtorek miały być – próbowała wymienić baterię w aparacie słuchowym.
– Nie, w niedzielę. Wczoraj była niedziela, dziś jest poniedziałek. We wtorek nie ma święta.
– Nie krzycz na mnie – nie mogła sobie poradzić z baterią z powodu drżenia rąk.
– Nie krzyczę. Daj mi tę zużytą baterię, żeby ci się nie pomyliło. Tak, dobrze, teraz załóż aparat. Idziemy.
Kasia ledwo panowała nad sobą. Jakoś dziwnie się czuła, miała wrażenie, ze zaraz zemdleje. Nie zemdlała, udało się sprowadzić i posadzić staruszkę na krześle. Kiedy już wreszcie cała trójka znalazła się przy stole, wzięła kilka głębokich oddechów i pomału odzyskała spokój.
Teściowa niczego nie pamiętała z poprzedniego dnia. Do synowej miała pretensję, że dzieci były wczoraj. Fuknęła kilka razy na nią obrażona i poszła do siebie. Wieczorem zeszła do Mikołaja, żeby jej naprawił słuchawki, bo nie działają. Małżonkowie oglądali telewizję trzymając się za ręce. Zobaczywszy to pani Wacia znów zrobiła swój grymas wyrażający niechęć i obrzydzenie (do synowej oczywiście). Mikołaj słuchawki naprawił i poszła do swojego pokoju. Święta się skończyły.
A po świętach Kamil dojrzał do decyzji podzielenia się z matką szczegółami swojego życia osobistego. Kasia wreszcie dowiedziała się, że „malutki syneczek” jest pewien, iż chce zamieszkać z Emilką, z którą się spotykał już od dłuższego czasu oraz z jej córeczką Marcelinką. Tym sposobem Kasia zyskała drugą wnuczkę. Ucieszyła się ogromnie, ponieważ zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Więcej dzieci już mieć nie będzie, ale wnuczek czy wnuczków daj Boże, każdą ilość powita z radością.
Kamil i Emilka rozpoczęli wspólnie remont mieszkania. Kasia tylko bolała nad zdjętą ze ścian boazerią, którą zakładała po to, żeby nigdy więcej nie musieć malować ścian. Cóż, młodzi zdecydowali co chcą mieć, jak ma wyglądać mieszkanie, w którym odtąd będą wspólnie mieszkać. Duży pokój przeznaczyli dla siebie, mały dla Marcelinki.
Tak więc przyszedł czas, gdy Kasia musiała się mentalnie odciąć od swojego kochanego mieszkanka zostawiając je młodym, a odczuć więź z nowym domkiem. Właściwie więź odczuwała, nawet ogromną, tylko zakłócenia też…
8.06.2018
kobietawbarwachjesieni Taka atmosfera w domu, jak w Twoim opowiadaniu – to horror. Co może zrobić zazdrość?
annazadroza Marysiu:-) Na pewne choroby nie ma lekarstwa, trzeba się nauczyć żyć z nimi albo obok nich:(
Dziś powinien być spokojny dzień, taki, jakie lubię najbardziej. Zakupy zrobiłam szybciutko, bo tylko mleko, masło, chleb i pomidory. Chleba już nie piekę, odkąd policzyłam ile prądu zużywa się dla takiej przyjemności. Ostatnio podpasowały nam tosty, na kolację jadam je tylko z masłem i powidłami śliwkowymi. Kiedy pracowałam, kolacji nie jadałam wcale, nie czułam takiej potrzeby. Obiad przecież spożywało się późno, po powrocie do domu, więc na kolację już nie było czasu. Teraz pora obiadowa się przesunęła na godzinę mniej więcej 14-tą, w związku z tym o dawnej porze obiadowej organizm domaga się małego „co nieco”. Powinno ono być naprawdę małe, żeby nie nabrać z powrotem kilogramów, które udało mi się z wielką radością ( i
wysiłkiem) utracić. Gdybym tak jeszcze pięć zgubiła, to byłoby już prawie idealnie.
Odwiedziłam wczoraj pana laryngologa, już jest prawie ok, za dwa tygodnie kazał jeszcze do kontroli przyjść, dał karteczkę, więc pani w recepcji mnie zapisała. Umówiłam się też na wizytę z dentystką, zmobilizowałyście mnie do tego swoimi podpowiedziami, drogie koleżanki, za co Wam serdecznie dziękuję:)))
Co jeszcze? Jeszcze nie skończyłam przeglądu książek, wciąż przede mną stos ogromny, ale to przyjemność jest wielka, więc nie zaliczam tej czynności do obowiązków. Poza tym sałatkę chcę zrobić z kaszą gryczaną, kotlety vege – bo ostatnie nawet Mężowi zasmakowały, fura prasowania czeka oraz przesadzenie pelargonii, bo bratki padły podczas słonecznej pogody, za gorąco im wyraźnie było, muszę je przestawić w inne miejsce, może jeszcze odżyją. Szkoda, że jaśmin już przekwita, wegetacja w tym roku przyspieszona bardzo, ale mam nadzieję, że zima przez to szybciej nie przyjdzie.
Słoneczka i radości Wam życzę na cały dzień:)))
7.06.2018
babciabezmohera Dobrego dnia, Aniu! Oby przyniósł Ci dużo radości.:)
urszula97 Tak emeryturka? u mnie od tej pory obiad o 12-tej, ale potem min 2 godz.dla siebie,typu blogi,druciki,szydełko itp,co drugi dzień działka i tak czas leci.
bognna U nas obiad ok.19.00. W poludnie jadam lekki lunch (kanapke lub salate).
A dzisiaj bedzie czwartkowy zwyczaj czyli spaghetti bolognaise.
Gość: [kotimyszkot] *.dynamic.mm.pl Widzę, że i u Ciebie planów masa 🙂 Sił i zapału życzę do ich realizacji i smacznego :))
annazadroza BBM:-) Dziękuję, Tobie też samego Dobrego i Puchatego:)))
annazadroza Urszulo:-) Dobrze wymyśliłaś, że regularnie masz te 2 godz. dla siebie. Mnie najlepiej się myśli i robi rano, bo skowronkiem jestem:) Zaległości wszystkich jeszcze nie odrobiłam, takich „poprzeprowadzkowych”, bo zawsze coś innego do zrobienia się pojawia, ale wreszcie skończę i marzą mi się druty… już od jakiegoś czasu za nimi tęsknię:)
annazadroza Bognna:-) Tak co czwartek? Właściwie – jeśli się zaplanuje wcześniej menu to jest łatwiej. Czasem planuję, czasem to jest wielka improwizacja.
Skoro jadasz taki lekki lunch, z pewnością nie masz problemu z nadmiarem kilogramów;)))
annazadroza Myszokocie:-) Jak się zmobilizuję jednego dnia, to potem mam przez chwilę spokój. Sałatkę wczoraj zrobiłam, więc kolację dla domowników i śniadanie dzisiejsze załatwione:) Ryż z kaszą jaglaną z przyprawami ugotowałam w jednym rondelku, ale kotletów już mi się nie chciało robić, zrobię za chwilę, a do nich sos chrzanowy. Myślę, że będzie smaczne.
Dziękuję za życzenia, serdeczności moc posyłam:)))
annazadroza Marysiu:-) Dziękuję:) Tobie życzę pogody, abyś mogła do tego swojego ukochanego ogródka fruwać jak motylek:)))
bognna Prawie co czwartek:) Podobnie z seksem;)))))
Menu planuje na caly tydzien z gory, a maz wszystko taszczy do domu w piatek wieczorem. Ja dokupuje tylko swieze warzywa i pieczywo. Zrobienie duzych zakupow jest dla mnie zbyt ciezkie:(
Kilogramy – wszystko w normie, ale pilnujemy wagi nieustannie oboje.
annazadroza Bognno:-) To Ty jesteś niezwykle poukładaną i systematyczną osobą, ideałem wprost:)))
Ze mną jest odwrotnie, planować mogę cuda-niewidy, lecz z wykonaniem gorzej. Sama przeciwko sobie się buntuję, bo nie znoszę, kiedy ktoś mnie do czegoś zmusza, ja sama siebie też;) Ale odkąd o tym wiem, odkąd sobie to uświadomiłam, śmieję się z tego i walczę z tym bezustannie na wesoło:)
Pilnowanie kilogramów ważna sprawa, bo jak się ich nie pilnuje – zaczynają się panoszyć bez opamiętania;)))
bognna Z tym idealem to naprawde i niestety nie jest tak. Chociaz BARDZO bym chcial, aby tak bylo. Wystarczy zapytac mojego meza;)
Sluze adresem jakby co.
Z pilnowaniem kilogramow – pelna zgoda:)
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bognno:-) Chłopaki nie zawsze wiedzą, że mają ideał w domu, oni wszak z innej planety, to i ogląd świata mają inny;)
Już 10.30 – uciekły mi 2 godziny. Zaczęłam przeglądać różne wiadomości i czas przemknął. Chyba powinnam odłączać internet, kiedy mam zamiar pisać, wtedy nie będzie mnie kusiło, żeby krążyć w internecie jak duch po zapomnianych miejscach. Chociaż – z zainteresowaniem przeczytałam, że polscy archeolodzy odkryli zapomniane miasto w Albanii, w okolicy Szołdry, niezwykle duże, na ok. 20 ha położone, które na przełomie er zakończyło swój żywot po inwazji rzymskiej. Dawno temu marzyłam o archeologii, wyprawach i odkrywaniu skarbów, zaczytywałam się w książkach opisujących odkrycia archeologiczne. Pamiętam, jak polonistka w liceum zabrała mi książkę Cerama pt. „Bogowie, groby i uczeni”, którą czytałam podczas lekcji pod ławką i która mnie wciągnęła do tego stopnia, iż zapomniałam, że jestem w szkole:) Potem łapałam wszystko co znalazłam z owej dziedziny, wiele pozycji z tzw. serii ceramowskiej „zaliczyłam”, kupowałam – bo wtedy wydawałam wszystkie pieniądze na książki – co tylko wpadło mi w ręce. Wtedy też na „Zaginione cywilizacje” A. Kondratowa trafiłam wyd. przez PIW, mam ją do tej pory, poszłam do półki sprawdzić, czy sama gdzieś nie wyszła… jak wiele innych. Ale jest, znów kusi, żeby zajrzeć do niej, choć od tego czasu pojawiło się mnóstwo innych, nowych, rewelacyjnych informacji dotyczących naszego (ziemian) pochodzenia, historii, przemieszczania się naszych praprzodków, nowe, zaskakujące interpretacje dawniejszych zdarzeń. Dziś jest już dostępna duża ilość filmów, dobrze zrobionych programów na tematycznych kanałach telewizyjnych, prezentujących nieznane dotąd materiały, albo mało znane fakty z historii dawnych cywilizacji. Refleksję mam powtarzającą się – człowiek niewiele się zmienił, myśli, emocje mamy takie same jak nasi przodkowie. Zmienił się poziom wiedzy, sposób wyrażania emocji, reakcji na różne sytuacje. Dziś – zamiast po prostu odrąbać łeb przeciwnikowi, pozywamy go do sądu. Oczywiście, zdarza się ta pierwsza ewentualność (wczoraj czytałam, że syn matkę nożem potraktował, dziś – że żona męża), ale jest to niezgodne z prawem, naganne i karalne. Obyśmy coraz szybciej i wyżej wznosili się na polu etyki i rozwoju duchowego, bo – myślę sobie – tylko
taki rozwój pozwoli nam ( w sensie gatunku) uniknąć zatonięcia i przetrwać.
6.06.2018
urszula97 Dobrze że u Ciebie krzta pozytywizmu,niestety ja widzę to czarno,brnie w każdej praktycznie dziedzinie w bagno,przemoc,agresja itp.
annazadroza Urszulo:-) Zło głośno krzyczy, dlatego się zdaje, że go więcej jest. Dobro jest ciche, ale przecież jest. Są cudowni ludzie, którzy pomagają innym, tworzą piękne rzeczy, czynią świat lepszym, tylko o tym zapominamy, bo to co złe pcha się drzwiami i oknami i myśli, że wygra. A gucio! Każdy kiedyś dostanie to, na co zasłużył. Chcę, żeby więcej ludzi dojrzało jaki świat jest piękny i na tym skupiło myśli, bo rośnie w siłę to, o czym bezustannie myślimy.
Uściski serdeczne dla Ciebie:)))
e.urlik Cerama czytałaś?! Ja też, z pasją wielką. Chciałam iść na archeologię, ale rodzina odradzała, a ja głupia… A jak obejrzałam Indianę Jones’a to spać nie mogłam, mimo że już nie byłam taka młoda. A teraz kopanie w ogródku zostaje… :-))) Całuski
annazadroza Ewo:-) Pewnie, ze czytałam i wszystko o odkryciach archeologicznych, co wtedy udawało mi się znaleźć. Też myślałam o archeologii, ale mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłam ile pamięciowej nauki mnie czeka, co mi z matematyką się kojarzyło, która była zmorą szkolnego życia;)
Bez względu na Kasine rozterki i przeżycia wewnętrzne świat zewnętrzny funkcjonował normalnie i wydarzenia toczyły się swoją koleją. Minął pierwszy tydzień ferii. Młodzi nie pojechali do Szczawnicy, coś im pokrzyżowało plany. Łukasz zadzwonił do matki z pytaniem czy nie wzięłaby na weekend wnuczki razem z psem. Oczywiście natychmiast wyraziła zgodę ciesząc się, że będzie miała Klarcię dla siebie, a przy okazji zwiedzi nareszcie najbliższą okolicę idąc z psem na spacer. Pod kątem pobytu Klary z Budyniem zrobili wspólnie z Mikołajem zakupy w Auchan. Wrócili akurat na kolejny odcinek „Rancza”. Patrząc na „czary” babki karzącej wrednego wójta za oszkalowanie Lucy, kontrkandydatki w wyborach, zaśmiewali się oboje.
Minął równy tydzień od ostatniej awantury z teściową. W sobotę mieli być u młodych około jedenastej, bo Klarcia chciała” żeby nie po południu tylko wcześniej” to będzie u nich dłużej. Kasia już w drzwiach przypomniała sobie, że miała wyjąć mielone mięso z indyka na kotlety, które pani Wacia chciała zrobić na obiad. Wróciła więc do kuchni i sięgnęła do lodówki. Teściowa stała tuż za nią. Zupełnie nie wiadomo jakim sposobem spadła półka zawieszona w drzwiach chłodziarki, na której między innymi stała butelka z koncentratem czerwonego barszczu. „Czarownica” – to było jedyne słowo, jakie Kasi przemknęło przez myśl. Pół kuchni zabarwiło się na piękny, buraczany kolor. Trzeba było lodówkę wystawić z wnęki, żeby usunąć wszelkie ślady… wypadku. No, trochę czasu to zajęło i po wnuczkę wyjechali dużo później niż planowali. Zostawili auto na parkingu i ruszyli w kierunku bloku. Na zupełnie prostym chodniku Kasia potknęła się i boleśnie naciągnęła mięsień w nodze.
– Jak ty to zrobiłaś? – zdumiał się Mikołaj, a po chwili wybuchnął śmiechem. – To zupełnie jak wczoraj w „Ranczu”!
– Też o tym pomyślałam. Najpierw lodówka, teraz noga – pokiwała Kasia głową i spojrzała z wyrzutem na męża. – Ty paskudo, mnie boli, a ty rżysz?
– Bo to tak ładnie wyglądało – bronił się. – Ale to nie moja wina…
– Przecież wiem…
Na szczęście doszli na miejsce i temat się urwał. Zabrali torbę przysmaków dla Budysia, rzeczy dla małej i fotelik do samochodu.
– Nie całuję się z wami, bo mnie wirus dopadł – wołała z pokoju Agnieszka. – Możecie Klarcię jutro jak najpóźniej przywieźć, to będzie mniej wdychała, może się nie zarazi.
– Będzie z nami dłużej – uśmiechnęła się Kasia.
Klarcia jechała uszczęśliwiona obecnością Budynia. Miała przygotowany własny plan zajęć.
– Nie muszę teraz tęsknić za Budysiem, więc się będę mogła spokojnie bawić – oświadczyła w samochodzie.
– A co chcesz robić? – spytał dziadek.
– Mam obie części „Upiora w operze” do oglądania. Tylko, babciu, jak będzie smutny koniec drugiej części to idź do kuchni robić ciasto.
– Ja już upiekłam ciasto…
– Ale żebyś nie płakała, bo mama powiedziała, że ty jesteś rosmantyczka i będziesz płakać.
– Chyba romantyczka – poprawił Mikołaj.
– Przecież mówię: rosmantyczka.
– Nie, rybko, „rosmantyczka” to pewnie taka pani co lubi robić zakupy w Rossmanie, a romantyczka to wielbicielka romantyzmu…
– No dobra, nie wdawajmy się w nieistotne szczegóły – machnęła rączką Klarka. – Słuchajcie, będziemy się bawić w „Mam talent” i w restaurację, a moje lalki będą publicznością.
– Mam drugi film o twoich upiorkach, obejrzysz?
– Pewnie, ale słuchajcie dalej. Będziemy śpiewać…
– Oj, to ty będziesz śpiewać – zaśmiała się Kasia.
– O nie, wy też! Przecież dziadek umie „śpiewać każdy może…”
– Ale poza śpiewaniem… może poczytamy na dobranoc? Wybierzemy jakąś książeczkę…
– Ty będziesz czytać, ja nie lubię.
– Ale dlaczego? To cudowne czytać książki. Nigdy się wtedy nie nudzisz…
– Może jak będę starsza. Teraz nie lubię, bo u mnie w klasie tylko Filip czyta płynnie.
– A ty nie?
– A ja ze zrozumieniem – oświadczyła zdegustowana spoglądając to na babcię to na dziadka. – To wy tego nie wiecie?
– Już teraz wiemy, skoro nam powiedziałaś. Dojechaliśmy, wyskakuj – Kasia mocniej przytrzymała smycz Budynia.
– Hurra! – z wesołym okrzykiem dziewczynka wkroczyła do domu.
Pies nie bardzo miał ochotę, ale po namyśle ruszył za swoją małą przyjaciółką. Pierwsze kroki swoich czterech łapek skierował w stronę wersalki. Najwyraźniej stwierdził, że będzie mu tu bardzo wygodnie leżeć oraz obserwować całe pomieszczenie, bo wskoczył i nie dał sobie wytłumaczyć, że jego miejsce jest na kocu rozłożonym obok schodów na cieplutkiej, ogrzewanej podłodze. Popatrzył wielkimi ślepiami na ludzi przemawiających do niego i wskazujących na koc, po czym widocznie doszedł do wniosku, że nie warto na nich zwracać uwagi, bo ziewnął szeroko, wyciągnął się wygodnie i położył łeb na ozdobnej poduszce. Z jakiego powodu miałby się kłaść na podłodze, skoro w domu zawsze kładł się na wersalce? Miał swoje posłanie, oczywiście, ale tam przynosił i chował zabawki, gryzaczki, przysmaki do chrupania. Kasia machnęła ręką i przyniosła duży stary ręcznik.
– Przesuń się potworze ty jeden, podłożę ci pod łapy, bo mi narzutę zniszczysz – odsuwała brązowe, gładkie, lśniące cielsko. Tak, już nie ciałko szczeniaczka, ale cielsko dużego, rocznego posokowca bawarskiego. Zastosował bezwład absolutny nie reagując na żadne polecenie ani prośbę. Najwyraźniej miał w „głębokim poważaniu” ludzki wysiłek.
– Klarciu, czy wy go niczego nie nauczyliście? On w ogóle nie słucha!
– Po co ma słuchać? On ma zimowe ferie tak samo jak ja, więc chyba może sobie odpocząć – wzruszyła ramionami mała mądrala.
– A co on lubi jeść?
– Nie wiem, rodzice go karmią. Pewnie wszystko, chusteczki do nosa, moje kanapki, tacie zjadł buta a mamie kapcie…
– Oj, to trzeba będzie buty pochować – mruknęła Kasia i zwróciła się do „potwora” – No, co będziesz jadł?
Budyń nie zawracał sobie w tej chwili głowy tak przyziemnymi sprawami. Mrucząc położył się na boku i rozciągnął na całą długość zajmując większą część wersalki.
– Nie chcesz gadać to nie. Ty, ty… potworze, ty małpo, ty słodziaczku, ty pyszczulku śliczny…- miętosiła Kasia łeb, uszy i klepała całą długość brązowego psa.
Czas do wieczora minął szybko spędzony bardzo intensywnie na realizacji Klarcinych pomysłów.
– Tylko nie pozwól Budyniowi wchodzić na łóżko – przestrzegał Mikołaj, który nigdy nie miał własnego zwierzaka.
– Akurat. Myślisz, że się uda? – Kasia sceptycznie podeszła do mężowskiej uwagi. – Na pewno spróbuję, ale nie ręczę za skutki.
Położyła Budysiowy koc przy łóżku w sypialni i usiłowała psa namówić, żeby się na nim położył, bo tam będzie jego miejsce do spania. Patrzył na nią przez chwilę swymi pięknymi ślepiami, po czym bez wysiłku wskoczył na łóżko i ułożył się na pościeli obok Klarki, kładąc jej łeb na nogach. Nie chciał się stąd ruszyć, a kiedy Kasia zmusiła go do zejścia na podłogę i próbowała przekonać do położenia się na przygotowanym kocu, Klara z płaczem zeskoczyła z łóżka i objęła psa za szyję.
– Jak on będzie spał na ziemi to ja też! – chlipała. – Dlaczego wy jesteście tacy brutalni?! Zawiodłam się na was!
Kasia bezradnie rozłożyła ręce. Mikołaj jeszcze tłumaczył, że zarazki, że brudne łapy, że ze spaceru i tak dalej…
– On nigdy nie spał poza łóżkiem, od momentu przyjazdu do młodych spał z Klarcią – próbowała tłumaczyć mężowi. – Po prostu nie rozumie, dlaczego teraz miałoby być inaczej. Nawet nie wie, że można nie spać w łóżku.
– Ale jutro zmienisz pościel – salwował się ucieczką na dół.
– Pewnie. Razem zmienimy – zawołała za nim. – Jak mogłoby być inaczej…
– Po co masz zmieniać? – spytała zapłakana jeszcze Klara, ale spoza łez już się wyłaniał radosny uśmiech. – Przecież Budysiek jest taki czyściutki, milutki i kochany.
– Milutki i kochany na pewno, lecz po przyjściu ze spaceru czyściutki nie może być. Widziałaś jakie błoto jest na dworze?
– Mamusia wyciera mu łapy ręcznikiem – chytrze się uśmiechnęła. – Ty też tak możesz.
– Nawet wtedy na łapkach zostaną jakieś drobinki przyniesione z podwórka.
– Czemu wy musicie być takimi czyściochami? Mnie nie przeszkadzają żadne drobinki! Muszę się do Budysia przytulić i już!
– Dobrze, już dobrze, przytul się i śpij. Nie będzie zabawy, bo jestem zła. Prawie pokłóciłam się z dziadkiem z powodu psa.
– Nie słyszałam, wcale nie krzyczałaś na dziadka.
– Nie miałam powodu na nikogo krzyczeć.
– Jak się ludzie ze sobą kłócą, to krzyczą
– Nie zawsze. No śpij już. Dobranoc królewno.
Przytuliwszy się do swego pięknego brązowego przyjaciela usnęła wyjątkowo szybko.
Niedziela kurczyła się w błyskawicznym tempie.
– Kochanie, a może zostawimy małą jeszcze na jutro? – spytała Kasia. – Rano zawieziesz mnie do pracy. Szybko wrócisz. Ze względu na ferie i wczesną porę na pewno nie będzie korków. Zresztą jest twoja mama więc dziecko samo nie zostanie. No i ma Budyśka przy sobie. Klarciu – zwróciła się do wnuczki, – chcesz zostać u nas do jutra? Mama wydobrzeje i odpocznie przez ten czas. No jak?
– Hurra! Hurra, zostajemy! – zawołała. – Ja bym całe ferie została u was gdybyś nie chodziła do pracy. Czemu jeszcze musisz do tej pracy chodzić? Jakbyś nie szła to byśmy się bawiły.
– Chciałabym nie iść, ale nie mogę sobie na to pozwolić.
– Ile jeszcze będziesz chodzić do tej pracy, no ile?
– Już niedługo, naprawdę, jeszcze tylko trochę…
– Wiesz co, to ja bym wtedy poszła na szkolną emeryturę i mogłybyśmy się bawić całymi dniami – westchnęła z rozmarzeniem.
5.06.2018
kasiapur Świetne te dialogi ! Całość czytałam jednym tchem. Zwłaszcza
to ,,filozofowanie,, Klarci bezkonkurencyjne – kurcze… dziecko
ma na wszystko odpowiedź i jak tu nadążyć ?
Dobrego Aniu :)))
annazadroza Kasiu:-) Dzieciaki są po prostu genialne w swej prostocie, świeżości, szczerości reakcji na słowa i wydarzenia. Z wiekiem uczą się ukrywania swoich uczuć, zakłamywania – bo inaczej nie zawsze przetrwałyby w tym świecie. My, dorośli, niestety – robimy im taką krzywdę.
No dobra, nie będę z kolei ja filozofować, skupmy się na tym, co dobre. Już to narzekanie tak weszło w krew, że coś okropnego, fe;(
Kasiula, jest cudnie, słonecznie, trochę mniej upalnie, a ptaszki tak śpiewają, że aż się gęba człowiekowi uśmiecha. Szczególnie taki jeden, siada na najwyższej gałęzi albo na antenie na dachu i śpiewa całą duszyczką. Buziaki serdeczne:)))
Gość *.dynamic.gprs.plus.pl A ja Anusiu dzisiaj jestem ,,w drodze,, mąż mnie przywiózł do lekarza od boreliozy z Łodzi na Śląsk Tutaj jest już takie Centrum tyle ludzi choruje.
Bardzo chciałabym być zdrowa – chodzić….jeszcze nie te lata na taką klapę jaka jest u mnie. Tak sobie mówię ale miast lepiej jest coraz gorzej. Jeszcze jestem na etapie buntu nie przyjęcia choroby. Ale tak jak piszesz staram się widzieć i słyszeć to co piękne zwłaszcza przyroda daje tę szansę !
A u mnie jest rzeczywiście pięknie – więc chociaż tyle…
Dzisiaj jeszcze czeka mnie powrót do domu.
Ściskam mocno Anula trzymaj się :))) buziaki
annazadroza Kasiu:-) Od razu wiedziałam, że to Ty:)
Jak wypadła wizyta, coś mądrego Ci powiedzieli? Wspomogli? Tak dużo czytałam na temat samoleczenia organizmu, nie poddawania się…bo sama sobie wsparcie dać musiałam w pewnym momencie życia…wydaje się, iż człowiek ma w sobie wielką moc, tylko z tego nie zdaje sobie sprawy, nie wie jak jej używać. Czytałam o uzdrowieniach niemożliwych do wytłumaczenia – ale bez cudów nadprzyrodzonych, tylko dzięki mądrości Natury. Więc się wydaje, że nigdy tracić nadziei nie można.
Trzymam za Ciebie kciuki, uściskuję mocno:)))
kasiapur Każda wizyta u dr W ma sens po tak agresywnej 18 miesięcznej antybiotykoterapii
ten lekarz każde niedomaganie organizmu chce wyleczyć metodami
naturalnymi. Teraz dostałam zioła ale muszę je sprowadzić ze Stanów
(nie będzie to zresztą trudne). Ale co do kolana już mi niewiele może pomóc.
Sprawa jest bardzo z tym kolanem skomplikowana. Przez brak aktywności
jest coraz gorzej a jak się poruszam cholerny ból, więc jest koło błędne.
Bakteria uszkodziła pewne struktury które w rezonansie nie wychodzą
i po prostu trzeba to potraktować z noża… Może w końcu się zdecydują
mi to zoperować. Do tej pory odmawiano stąd tak się wszystko wlecze.
Jednym słowem wizyta była na podtrzymanie organizmu ale nie na kolano 😉
Ale się rozpisałam o sobie, już nie będę 😉
Uściskuję + uśmiechy od ucha do ucha :)))
Przeminął weekend dla jednych długi, dla drugich zwykły. Ludzie mają problem z niedzielami i zastanawiają się czy handlowa czy nie. Już widziałam odchodzących sprzed sklepu miotających przekleństwa. Wczoraj była Biedronka otwarta i samochodów na parkingu sporo. W kalendarzu zaznaczyłam, które są handlowe, które nie, więc wiem na bieżąco, kiedy robić zakupy na zapas.
Mam do nadrobienia wpis za czwartek, miało być codziennie poza weekendami, ale nie dałam rady, na kartce tylko zapisałam kilka zdań. Było więc tak. Rano – wiadomo psy. Potem ugotowałam zupę brokułową, gulasz kurczakowy z kaszą gryczaną, pokroiłam surówkę i jeszcze zrobiłam zakupy – to mi zajęło czas do 14-ej. Potem – drugie wyjście z Szilunią i Skitusiem, następnie zaległości lekturowe, lecz nic godnego uwagi, wszystko do oddania, może komuś przypasuje, więc nie mówię co to. Zawzięłam się, że przejrzę jak najwięcej z odłożonych, bo ile czasu mogą leżeć? Zostanie z całego stosu zaledwie kilka sztuk, reszta pójdzie dalej.
Wczesnym rankiem Mąż pojechał do przychodni, miały być zapisy na konkretne badanie. Pojechał niepotrzebnie, ponieważ od rozmowy telefonicznej, w której pani z recepcji poinformowała, że 1.VI. zapisy będą, nastąpiła zmiana i zapisywać będą 11-go. No i czy człowieka nie może brać jasna cholera? Wstał przed 5-tą rano, żeby dojechać i na próżno.
Obejrzeliśmy w niedzielę film o Korei. Straszny obraz. Dyktator absolutny, który gotów jest na wszystko, byle zatrzymać władzę. Kto się sprzeciwi albo nie dość szybko wypełni polecenia – ginie, bez względu na to kim jest: bratem dyktatora czy wujem, czy zupełnie nic nie znaczącym pionkiem. Społeczeństwo musi być podporządkowane w każdym fragmencie i nic nie może się wymknąć spod kontroli. Jakieś skojarzenia? Proszę uprzejmie. Pytania z kartki na spotkaniach polityków i spisywanie przez policję osób, które chciały zadać inne pytania. Propaganda w stylu „empatia do protestujących” w sejmie, empatia oczywiście ze strony tych, co kazali wyłamywać matkom ręce, zakazali wychodzenia na powietrze, zamykali okna i dostęp do toalet…. Co za empatia… Wolałabym z nią nie mieć do czynienia.
A dziś dzień wstał cudny po wczorajszym deszczu. Taki perłowoszary, zamglony, pachnący. Życzę Wam dobrego tygodnia i wszystkiego co najlepsze:)))
4.06.2018
babciabezmohera Niektóre wzorce jakby koreańskie…
A deszczu u nas było niewiele.Może dziś trochę popada?…
kotimyszkot Przyda się deszcz i odrobina ochłodzenia.. nie żebym narzekała na ciepełko, ale trochę oddechu się przyda.. Dobrego tygodnia i dla Ciebie 🙂
annazadroza BBM:-) Wczoraj burze były, kilka się przemieściło nad głowami. Najbardziej bał się Skituś, chociaż największy:) Niechby nocą popadało, nie trzeba byłoby kwiatków podlewać, czysta oszczędność:)))
annazadroza Myszokocie:-) Najmilszego!!! I dziękuję:))) A ciepełko zaraz pewnie przeminie, bo ono nigdy nie trwa wtedy, kiedy człowiek by chciał, tylko odwrotnie. Niechby nockami padało, a w dzień świeciło słoneczko, to by dopiero fajnie było – czego Tobie i sobie życzę:)))
kobietawbarwachjesieni Skojarzenia miałam bardzo współczesne.
Ja uciekam ze słońca. Nawet gdy mam kapelusz na głowie upał i słońce bardzo mnie męczą.
krzysztof213 Psalm życia toczy się dalej .
Ci na górze inaczej myślą .Ale i oni mogą spaść z kryształowego tronu nawet w Polsce choć i Dramat jest naprawdę prawie wszędzie .
I dziękuję za komentarz…
annazadroza Marysiu:-) Skojarzenia… same się nasuwają…
Wczesnym rankiem słońce jest wskazane, choćby ze względu na wit.D potrzebną naszemu organizmowi, natomiast przed upałem dobrze, że się chowasz. Dziś już jest chłodniej, jedni się ucieszą, a inni zasmucą. Nie przemęczaj się i odpoczywaj wśród zieleni, buziaki:)))
annazadroza Krzysztof:-) Pięknie to określiłeś – ” mogą spaść z kryształowego tronu nawet w Polsce”. Nawet na pewno spadną, bo taka jest prawidłowość – góra/dół/góra/dół itd…
Trzymaj się:)))
e.urlik Ania, przeczytałam wszystko, czego nie przeczytałam dotąd, mam nadzieję, że ucho już dobrze (polecam stary sposób z kamforą) i dziękuję ci, że tak cudownie piszesz o wszystkim. Dzięki temu patrzę na tę straszną, polską rzeczywistość przez pryzmat twoich opinii i pociesza mnie, że ktoś myśli tak, jak ja i potrafi wspaniale to ubrać w słowa. A twoi czytelnicy to armia świetnych ludzi! Przytulam mocno.
Gość: [emma_b] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Aniu, nie strasz lepiej tą Koreą, nie przyjmuję do wiadomości żadnych skojarzeń. chociaż ostatnio myślałam, żeby sobie „Cesarza” Kapuścińskiego odświeżyć…
wstać przed piątą niepotrzebnie to kompletny horror!
annazadroza Ewciu:-) Mów mi tak jeszcze, od razu rosnę w górę i zaraz będę fruwać jak gołębica na skrzydłach pychy i zarozumialstwa;)
Ucho dobrze, bo nie boli, jeszcze przytkane, ale krople mam i 20-go do kontroli idę.
Co do drugiej tezy – zgoda absolutna:) Ludzie, którzy znają Józefa:)))
Buziaki:)))
annazadroza Emmo:-) Skojarzenia nasuwają się same, ale Polacy to inny naród, wytrzymują dużo, ale jak się miarka przebierze, to wyraźnie powiedzą co myślą…
Wstać to jeszcze nic, jako skowronek mogę wstawać, ale Mąż to sowa, wstać i niczego nie załatwić – to masz rację – kompletny horror.
Kasia przyjechała na Ursynów jak zawsze z radością. Kochała to miejsce i nigdy nie przestanie. Nie miała zamiaru wymeldować się ze swojego mieszkania, dawało poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Weszła najpierw do domu, przywitała się z Dżemikiem, wyszli na spacer. Po powrocie zastała Kamila siedzącego na krześle w kuchni, wpatrującego się w otwartą lodówkę.
– Zjadłbym coś ciepłego – powiedział.
– To może zamknij lodówkę– poradziła, przytuliła „małego” syneczka. – Tu ciepłego raczej nic nie znajdziesz. Poczekaj, zaraz ci coś zrobię.
Potem poszła do Elki. Miała ochotę spotkać się z przyjaciółkami, wyżalić się i opowiedzieć o tym, o czym nie zawsze mogła rozmawiać z mężem. W końcu problem był delikatny, bo dotyczył jego matki. Usiadła na starym wygodnym fotelu Elki. Na drugim się ulokowała Adelka, a gospodyni przysiadła na wielkiej piłce kręcąc się na niej bezustannie.
– Muszę ćwiczyć, bo mnie boli kręgosłup – wyjaśniła.
– Jakim sposobem herbata może się stać zarzewiem konfliktu? – zdziwiła się Adelka.
– Konfliktu? To za delikatnie powiedziane. Awantury na taką skalę, że ściany się trzęsły. Dziewczyny, ja czegoś takiego dotąd nie przeżyłam. Dusiłam się, autentycznie się dusiłam próbując wyartykułować swoje zdanie. Brr – dreszcze wstrząsnęły Kasią na samo wspomnienie.
– Ale to jak, nagle cię złapało? – dopytywała się Ela. – Opowiedz wszystko po kolei, żeby cię znowu nie przytkało, w końcu masz astmę.
– No więc zaczęło się od herbaty. Nie, od ciastek. Piekłam dla teściowej ciastka, takie zawijaski z ciasta francuskiego z masą krówkową, bo ona lubi krówki. Wyjmowałam bakalie, więc musiałam wyjąć z półki w szafce wszystko na blat, żeby się do nich dostać i potem włożyć z powrotem. Przełożyłam przy tym herbatę najpierw na tył półki, potem przełożyłam tam, gdzie leżała wcześniej.
– Już się pogubiłam – skrzywiła się Elka. – Nie możesz jaśniej?
– Jak wróciłam z pracy wyjęłam ją z tyłu na przód.
– Aha – kiwnęła głową Ela robiąc obrót na piłce.
– Jak się kręcisz, to nie łapiesz i każesz mi powtarzać – mruknęła Kasia.
– Fakt – dodała Adelka. – Mogłabyś na chwilę znieruchomieć?
– No dobra, mów dalej – zgodziła się Ela.
– Mikołaj mówił, że szukała tej cholernej herbaty jak mnie nie było.
Kasia wróciła pamięcią do sytuacji…
– Nie ma herbaty – to teściowa.
– Jest – Mikołaj podał paczkę.
– Gdzie była? – już z agresją w głosie.
– Tu, na półce.
– Jak na półce?! Głupią ze mnie robicie? Widziałeś, że nie było?!
– Ale teraz jest!
Kasia w tym czasie oglądała „Ranczo”. Słyszała rozmowę, ale się nie odzywała. Dopiero gdy teściowa zaczęła „nabierać rozpędu” włączyła się, próbując wyjaśnić jak to się stało, że herbata raz zniknęła, a raz się pojawiła. Na próżno. Nic do starszej pani nie docierało. Kasia się dowiedziała, że jest podła i złośliwa, i wredna jeszcze, i robi wszystko, żeby jej (teściowej) dokuczyć, a Mikołaj zawsze trzyma jej (Kasi) stronę; że Mikołaj był inny, a teraz się zmienił. Kasię również zaczęła ogarniać furia. Przysięgła na swoje dzieci, że niczego nie schowała złośliwie, ale to na nic. Teściowa się rozpędziła nie do zatrzymania, Kasia również i wtedy zaczęła się dusić, co ją do jeszcze większej furii doprowadziło. Potem włączył się Mikołaj i prawdziwe tsunami przetoczyło się przez mały domek.
– Kiedy mnie oddacie do domu starców to Kasia będzie mogła sobie ludzi przyjmować, bo lubi – wrzeszczała starsza pani. – Żebym wiedziała jaka jesteś, nigdy bym z wami nie zamieszkała! Ja wam daję pieniądze…
– Co ty nam dajesz? – pienił się Mikołaj. – Nic nam nie dajesz! Spłacasz swoją część kredytu, nic więcej!
I jeszcze padło mnóstwo bolesnych, niepotrzebnych słów…To już było przekroczenie jakiejkolwiek granicy. Całą sobotę, niedzielę, cały weekend diabli wzięli. Kasia czuła się jakby dostała kilka ciosów w głowę, odgłosy świata ledwo do niej docierały, dalekie i przytłumione. Serce nie tylko waliło jak oszalałe, ale i ból się do tego dołączył.
A w sobotę świeciło piękne słońce i rudy kot z sąsiedztwa przyszedł, jakby chciał Kasię pocieszyć niczym złocisty promyczek. Kotłowały się w jej mózgu jadowite i niesprawiedliwe słowa teściowej. Jakich ludzi? A kto tu był? Jedynie dzieci w święta. Po obiedzie mogła pójść do siebie, nikt nie kazał jej siedzieć z naburmuszoną miną… Ona, Kasia, zaklęła się na najdroższe istoty na świecie, a ta stara małpa to zbagatelizowała! I jeszcze wymyśliła jakiś dom starców, żeby Mikołaja pognębić! Własne dziecko! Dopiero teraz, poprzez powracające strzępki wyrzuconych w złości słów, do Kasi docierało ich znaczenie. Pani Wacia już latem, będąc u nich przez tydzień, pokazała, że jest człowiekiem ciężkim we współżyciu, ale Kasia myślała, że to wina leków, których przez pomyłkę przyjmowała za dużo. Teraz przekonała się, że nie, problem tkwił głębiej. Jednak wyjścia nie ma, zmienić niczego nie można. Jakoś trzeba tę sytuację opanować i oswoić.
Upiekła dwa chleby. Jeden miał być dla Kamila, do którego się wybierali, żeby przegrać zdjęcia z aparatu fotograficznego i z telefonu na płytę. Przygotowała wstępnie obiad. Teściowa zeszła na dół, burknęła „dzień dobry” biorąc wodę do popicia leków. Na szczęście w czajniku była jeszcze ciepła i staruszka nie musiała długo stać Kasi za plecami. Kasia odpowiedziała lodowatym tonem i na tym koniec. Żadnego: cześć, jak spałaś, jak się czujesz, tylko: dzień dobry. Jak jeszcze nigdy. Zajęta przygotowywaniem ciasta nie odezwała się, nie odwróciła. Pani Wacia poszła do siebie. Kasia ukryła łzy pod powiekami. Wyraźnie sobie w tej chwili uświadomiła różnicę między matką a teściową. Nie wiadomo jakie sytuacje czy nieporozumienia mogły zaistnieć między mamą a nią, pod nimi, choćby i głęboko chwilami, ale była – miłość. Jedyna w swoim rodzaju i prawdziwa. Teściowa zaś jest zupełnie obcym, przypadkowym człowiekiem, dla którego zawsze zostanie wrogiem, bo zabrała i odmieniła syneczka. Dobrze, że ona, Kasia, nie jest do teściowej podobna i nie dusi swoich dzieci. Całe szczęście. Zrozumiała różnicę. Ale też wie, że nie ma wyjścia z sytuacji. Cóż, nie będzie z niej wychodzić… Przecież jej obowiązkiem jest opiekować się starszą osobą, nakarmić, pomóc, lecz to wszystko. Miłości nie ma i nie będzie. Skończyły się mrzonki o serdeczności, o pogaduszkach wieczornych przy łóżku, o atmosferze jaka powinna być w rodzinnym domu…Trudno, tak już będzie.
Skończyła przygotowanie śniadania. Poszła po Mikołaja. Dopóki mieszkali sami wszystkie drzwi były otwarte. Wystarczyło zawołać z kuchni, by Mikołaj odpowiedział z gabinetu. Teraz każde drzwi były zamknięte. No i dobrze. Przecież sąsiedzi nie muszą się spotykać gdzie indziej niż na schodach… Ale…
– Mamo, zejdziesz na śniadanie? – zastukała do pokoju teściowej.
– Nie wiem czy dam radę coś zjeść, bo mnie żołądek boli…- zaszemrała pani Wacia.
– Jak sobie życzysz – zamknęła drzwi. – Co mnie obchodzi twój żołądek? – mruknęła do siebie. – Mnie boli dosłownie wszystko. Mikołaja też. Wykończyłaś nas dokumentnie. Teraz będziesz udawać biedną i pokrzywdzoną? Rób co chcesz, na litość już mnie więcej nie weźmiesz…
Upłynął tydzień od owego feralnego piątku. Kasia starała się nie myśleć o całym zajściu, ale na staraniach się kończyło. Przelatywały przez nią wszystkie możliwe uczucia: od żalu, złości, rozczarowania po litość i współczucie. Po wyjściu z pracy nie odczuwała już radości na myśl o powrocie. Przedtem leciała jak na skrzydłach, teraz nie miała ochoty wracać. Czuła się obco we własnym domu, a echa kąśliwych słów teściowej otaczały ją ze wszystkich stron i atakowały niczym w horrorze. Któregoś wieczoru zrobiła mężowi na kolację zapiekane parówki z pieczarkami. Zastukała do zamkniętych drzwi teściowej i spytała czy zje. Starsza pani zeszła na dół, choć Mikołaj w to wątpił, i zjadła. Poza tym jednym razem nie widziały się przez cały tydzień. Kasia rano jechała do pracy, a pani Wacia jeszcze spała. Od godziny mniej więcej siedemnastej, kiedy Kasia już kręciła się po kuchni odgrzewając obiad czy przygotowując posiłek na następny dzień, nie schodziła na dół. Potem Kasia szła do sypialni zamykając za sobą drzwi i tam prasowała, czytała, zerkała w telewizor przed zaśnięciem, z teściową się wcale nie spotykając.
Najpierw zaistniała sytuacja ogromnie Kasię męczyła. Miała wrażenie, że obręcz ściska jej gardło uniemożliwiając przełknięcie śliny. Czuła się z tym wszystkim bardzo źle i niezręcznie. Później zaczęły przychodzić inne myśli. Przecież ona, Katarzyna, zrobiła wszystko co w jej mocy, żeby teściowa dobrze się poczuła w nowym miejscu. Przede wszystkim – gdy starsza pani wyraziła chęć mieszkania z nimi – przekonała do tego męża. Potem starała się urozmaicić jej życie i między innymi zawieźli ją do Radomia do ogromnego i bogatego skansenu wsi radomskiej, później na wycieczkę do lasu, zabierała ja do sklepu na zakupy. Piekła ciasta, żeby staruszka miała coś słodkiego – bo lubi – zdrowego, bez szkodliwego tłuszczu cukierniczego. Gotowała, żeby potrawy były przygotowane w każdej chwili, co nie znaczy, że teściowa nie mogła sobie sama ugotować tego, na co akurat miała ochotę. Robić niczego nie musiała poza sprzątnięciem swojego pokoju i łazienki. Poza tym dostała pokój, który miał pierwotnie pełnić inną rolę, ponieważ nie podobał jej się przeznaczony dla niej. Otrzymała nowe meble, nowy telewizor…a w ogóle to przez nią wszystkie problemy z bankami i kredytami…Na dodatek, co okazało się najgorsze, Kasia musiała zrezygnować z bardzo dużej części swojej prywatności, z ulubionych porannych sobotnio-niedzielnych rozmów samej ze sobą przy kawie pitej w fotelu z widokiem na ogródek. Odkąd przybyła trzecia osoba nie było możliwe całkowite zrelaksowanie, odcięcie się od rzeczywistości. Cały czas paliło się gdzieś z tyłu głowy ostrzegawcze czerwone światełko uniemożliwiające pełną regenerację ducha i – co za tym idzie – ciała. Czuła się coraz gorzej i fizycznie, i psychicznie. Zaczęły ją boleć wszystkie stawy, kręgosłup, przyplątały się dolegliwości żołądkowo-jelitowe w natężeniu porównywalnym z tymi, których doznawała dawno temu, w okresie przed rozwodem z Jerzym, kiedy już podjęła decyzję i musiała tylko – drobnostka – wprowadzić ją w życie. O trzęsionce wewnętrznej nie ma co wspominać, bo stała się normalką. Najchętniej zabrałaby swoje rzeczy i uciekła. Niestety, nie ucieknie. Wszystko rozbija się o pieniądze, a raczej o ich brak. Gdyby je miała, kupiłaby mieszkanko na Ursynowie, niedaleko dzieci i Elki, z windą, bo na czwarte piętro w starym mieszkaniu trudno się wdrapać – i tam by się skryła przed złośliwością teściowej…
Stop, ty durna babo, huknęła na siebie w myślach. A Mikołaj? Zapomniałaś, że człowiek jest odpowiedzialny za to co oswoił? Użalasz się nad sobą i uciekać ci się zachciało? A może byś się zmierzyła z problemem, co?
Rozmowa Kasi z Kasią prowadzona była podczas przygotowywania keksu (bo starsza pani lubi keks). Ciasto zostało ukręcone, przelane do okrągłej tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Dopiero wtedy Kasia zauważyła, że jakoś mało ciasta wyszło i oprzytomniała. Wyjęła z szafki keksówkę, z papierem przełożyła ciasto do formy. Udało się. Podczas ostatniego tygodnia podobne pomyłki zdarzały jej się zdecydowanie zbyt często. Naprawdę musi się otrząsnąć i nabrać dystansu. Nie jest przecież małą dziewczynką (no, w duszy może i jest) ale dojrzałą kobietą, nawet za bardzo dojrzałą…
Keks wyrósł w piekarniku bardzo ładnie, zapach dotarł na górę odciągając Mikołaja od komputera. Przytuliła się do męża.
– Przytul mnie mocno i nie puszczaj.
– A ciasto się nie spali?
– Będzie piszczeć, jak przyjdzie czas, nie spali się.
Jak dobrze było ukryć się przed całym światem w objęciach kochanego mężczyzny. Przecież tu jest ich dom. Wspólny. Okupiony tyloma wyrzeczeniami, trudami, a obecne też są do pokonania. Włożyli w ten upragniony domek wszystkie oszczędności i pieniądze ze sprzedaży mieszkań. Do tej pory tracą zdrowie i pieniądze przez Budowlańczyka i związane z nim sprawy sądowe. I co, ona chciała uciec? Zostawić Mikołaja z mamuśką i uciec?
– Nigdy – powiedziała półgłosem.
– Co nigdy, kochanie? –spytał całując jej włosy.
– Nigdy …”Nigdy mnie nie złapiecie” …, to tytuł książki…
– Czyżbyś chciała gdzieś uciekać?
– Nie, już nie.
– A chciałaś?
– Przez chwilę…
– To teraz ja ci powiem: nigdy i nigdzie cię nie puszczę.
– Nie puszczaj, nie puszczaj… Puszczaj!
Rozległ się sygnał piekarnikowego czasomierza informujący o konieczności wyłączenia urządzenia. Po kolacji, której Kasia nie jadła towarzysząc mężowi jedynie z herbatą, Mikołaj poszedł na górę. Kasia sprzątnęła kuchnię, przykryła keks, który bardzo apetycznie się prezentował, najwyraźniej przenosiny z tortownicy do keksówki mu nie zaszkodziły. Omiotła spojrzeniem i salon i kuchnię. Stwierdziwszy, że jest w porządku, wyłączyła telewizor i przysiadła na krześle.
Tak, pomyślała, muszę to zrobić. Kiedyś przecież nadarzy się okazja. Powiem jej w punktach to co mam do powiedzenia. Po pierwsze, że pokazała mi na czym polega różnica między matką a teściową i ja to przyjęłam do wiadomości. Na pewno będzie chciała coś powiedzieć, to ja jej niegrzecznie przerwę nie dając dojść do głosu. Po drugie, nie będę wchodziła w żadne polemiki z nią, ponieważ i tak widzi i słyszy tylko to, co chce. Po trzecie – że od piątku nie interesuje mnie w związku z punktem poprzednim jej zdanie ani na mój temat ani na temat kogokolwiek z mojej rodziny czy znajomych. A po czwarte – jest matką mojego męża i winna jej jestem opiekę, i od tego się nie uchylę. To tyle. Tak powiem. Zapiszę, nauczę się na pamięć i powiem.
1.06.2018
kasiapur Żeby tak wszystko mogło się toczyć między ludźmi na zasadzie
prostoty serca…byłoby lepiej. A tak trzeba szukać drogi, roztrzygać,
po której stronie racja – bardzo to wyczerpujące.
Aniu pozdrawiam i miłego weekendu ! :)))
kobietawbarwachjesieni Moja teściowa początkowo mnie nie lubiła, ale później wszystko się zmieniło. Lubiłam siadać i słuchać jej opowieści o życiu. Zaskakiwała mnie otwartością z jaką opowiadała o sobie, o swoich najbliższych i o znajomych. Przedstawiane życie było różnokolorowe. Były w niej trudy życia i walka o przetrwanie w czasie wojny.
urszula97 Wciąga mnie coraz bardziej,powiem szczerze że poczatki czytałam tak przelotnie,teraz nie mogę się doczekac.
annazadroza Kasiu:-) Cóż, łatwo nie jest, ale życie to przecież nie bajka, prawda? Ale z całą pewnością zajmująca bardzo podróż… raz przyjemna, raz mniej… ale… niech trwa, bo świat jest taki piękny… Szczególnie o poranku:))) Buziaki Kasieńko:)))
annazadroza Marysiu:-) Tak powinno być. Ileż to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o przeszłości, o ludziach, uwielbiałam naciągać na opowiadania babcię, ciotki moje kochane, czasem i mama się dała namówić. Tylko wtedy nie myślałam o zapisaniu tych opowieści i w większości umknęły. Strasznie dziś tego żałuję.
annazadroza Urszulo:-) To najmilsze słowa, jakie można usłyszeć (przeczytać), dziękuję:)))
Za jakie grzechy tak się męczę? Masochizm w ukrytej formie, czy jak? Siedzę w ciemnym pokoju, bo jest ciemno, kiedy słońce przewędruje na drugą stronę. Złoszczę się na cały świat i na siebie też, a wystarczyło ruszyć rozumkiem – no, chyba, że się gdzieś zawieruszył – i po prostu odłączyć Lapcia od internetu i wyjść na zewnątrz. Tak zrobiłam. Przyjemnie, wiaterek się ruszył i chłodzi, ptaszki śpiewają jak szalone. Ileż one potrafią pięknych dźwięków z małych dziobków puszczać w świat. Z dużych raczej skrzeczenie wychodzi, nie śpiew, jakoś Matka Natura tak to urządziła. Sroki i sójki skrzeczą okropnie, choć piękne są. A małe śpiewają – i co jeszcze robią trzeba przeczytać w „Ptasim radiu”, nie będę powtarzać, bo nie potrafię. Co tam zresztą ja, nikt nie potrafi lepiej niż mistrz.
Wewnątrz domu nie słychać tylu dźwięków. Próbuję się skupić tylko na ich odbiorze. Samolot przelatuje, iglaki szumią poruszane wiatrem, brzęczy owad jakiś, nie wiem jaki, bo go nie widzę. Teraz mucha, na pewno mucha, poznam jej bzyczenie kojarzące mi się – oczywiście z wakacjami w Tenczynku. Takie bzyczenie muchy w pokoju u babci, kiedy próbowałam przysnąć, a ta małpa nie pozwalała udając samolot nad uchem. Od razu zapach babcinego domu się przypomina i tęsknota ogarnia… Stop! Miałam się zająć dźwiękami, odgłosami życia. A więc co jeszcze słychać? Samochód ruszył gdzieś w pobliżu, gwizd lokomotywy od torów dochodzi, specyficzny „klekotłopot” – to Skituś macha głową i uszy mu klapią:) Gdzieś trzasnęły drzwi i za chwilę słychać okropne granie, muzyczkę od takiego chodzika dla dzieci, takiego czegoś, czego się trzyma maluch i to coś czyni straszliwy hałas. To znaczy może źle powiedziałam, że straszliwy, ale to takie disco, a ja go nie lubię. Znowu samolot, rap z samochodu, też go nie lubię, rapu znaczy nie lubię. Płacze dziecko w wózku, mama uspokaja, inna przywołuje starszą córkę do porządku. Wystarczy mi, przestanę słuchać, wpuszczę sobie krople do chorego ucha i zajmę się czymś pożytecznym.
Miłego, jeszcze majowego, dnia:)))
30.05.2018
kotimyszkot W dziecięcych zabawkach powinien być zakaz montowania pioseneczek.. takie coś po dłuższym czasie może wykończyć każde ucho 😉 My wszystkie głośniki przyciszaliśmy plastrami, zawsze ten dźwięk stawał się trochę mniej drażniący.. Głosy przyrody jednak przyjemniejsze. Miłego weekendu, bo ten już tuż tuż 🙂
babciabezmohera Jeśli to zapalenie ucha, to lekarz nie zaproponował antybiotyku??… Mnie już po dwóch dawkach minęło jak ręką odjął, a Ty się mordujesz już dłuższy czas! To przykre… :((
kobietawbarwachjesieni A co lekarz sugeruje? Dostałaś jakieś leki. Zadbaj o siebie i o swoje zdrowie. Trzymam kciuki za poprawę. Buziaki.
annazadroza Myszokocie:-) Te pioseneczki w zabawkach mają okropnie wysokie dźwięki, dlatego są wkurzające. Dzieciom też nie zawsze taki hałas się podoba. Malutka np. uwielbia Smoka Edzia (na YT), a tam muzyka do dziecięcych znanych piosenek jest świetna.
Dzięki za życzenia, Tobie tez miłego , co -myślę- nie będzie trudne z Twoją energią i optymizmem, buziaki:)))
annazadroza BBM;-) i Marysiu:-) Antybiotyk dostałam, do niego dodatkowo krople. Nie boli mnie już, mam tylko wciąż nieprzyjemne uczucie zatkania i przez to gorzej słyszę, co mnie drażni, wrr… Mam nadzieję, że to przejściowe.
Dziękuję za troskę, miłego weekendu życzę i moc serdeczności Wam posyłam:)))
kolewoczy Wiesz, jak cudownie ptaki śpiewają o czwartej rano?? :-)) Sąsiedzi wtedy jeszcze śpią 😉
annazadroza Kolewoczy:-) Wiem, wiem jak śpiewają o czwartej rano, słyszę je bom ja skowronek:)
Wojewódzki Sąd Administracyjny zdecydował wczoraj o unieważnieniu zmian nazw 12 ulic. Wśród nich Profesora Stanisława Kulczyńskiego! Moja ulica odzyskała swego patrona!!!
29.05.2018
kasiapur Aniu też się cieszę ! W końcu trafiło na kogoś mądrego a raczej mądrych 🙂
kolewoczy Musze przeczytać, kim był, bo nie znam nazwiska. Mnie jest wszystko jedno, na jakiej ulicy mieszkam. Jakoś to dla mnie niezbyt istotne 😉
veanka Wśród tej dwunastki mojej ulicy, niestety, nie ma;(((.
kobietawbarwachjesieni Brak mi słów na to co dzieje się w wielu dziedzinach naszego życia.
kobietawbarwachjesieni Co się dzieje z bloxem? Nie dosyć, że miałam problemy z opublikowaniem mojego ostatniego wpisu, to przed chwilą zjadło mi wysłany komentarz.
fusilla Mam nadzieję, że będzie więcej Sędziów, którzy nie poddadzą się terrorowi Nadprokuratora!
annazadroza Kasiu:-) Ogromnie się cieszę, zobaczymy co dalej. Nie zmieniałam nigdzie danych mając nadzieję na pozytywny wyrok Sądu:)))
annazadroza Kolewoczy:-) Dla mnie najważniejsze, że był twórcą Pienińskiego Parku Narodowego. Poza tym pozytywna postać pod każdym względem. Przed wojną i po wojnie też – co podkreślił premier Morawiecki mówiąc o zasługach Profesora w odbudowie nauki polskiej – jak na ironię – już po zmianie nazwy ulicy poświęconej Profesorowi. Cały nasz fragment dzielnicy od założenia – jako patronów ulic ma przyrodników, geografów, podróżników i odkrywców, więc zmiany na jakieś inne są idiotyzmem i nie liczeniem się ze zdaniem mieszkańców. Co zresztą obserwujemy nagminnie.
annazadroza Urszulo:-) Cieszy, jeszcze jak! Od razu sms-y zaczęły przychodzić z dobrą wiadomością:)))
annazadroza Veanko:-) Może wśród następnych się znajdzie? To jeszcze nie koniec spraw w Sądzie. Życzę, żeby się udało:)))
annazadroza Marysiu:-) Jakiś nienażarty ten blox, często się zdarza sytuacja przez Ciebie wspomniana. I teksty w kosmos lecą i komentarza nie można wysłać:(((
annazadroza Fusilko:-) Niech żyje nadzieja – chciałoby się zakrzyknąć. Oby jak najwięcej niezależnych decyzji w różnych sprawach…
annazadroza O, wskoczył komentarz, wrócił z kosmosu;) Buziaki Marysiu:)))
Uściski serdeczne dla Ciebie:)))