Inga i Feliks zostali zaproszeni na kawę do pana Horacego. Z psami oczywiście. Pani Wala została w domu, miała nowe krzyżówki do rozwiązywania, kawałek ciasta kupionego u Jacaka i galaretkę z serkiem waniliowym – więc powinno się obyć bez problemów przez jakieś dwie godziny. Tym bardziej, że pogoda wciąż sprzyjała turystom i kuracjuszom, a słoneczko świeciło wprost na balkon, na którym rozsiadła się wygodnie starsza pani.
Poinstruowani telefonicznie przez córkę skierowali się w stronę „Czardy”. Znali już tę drogę, przeszli nią odcinek do kapliczki na Sewerynówce, a wracając zatrzymali się w karczmie. Posiedzieli na zewnątrz przy stoliku z parasolem chroniącym przed słońcem albo drobnym deszczem, w zależności od sytuacji. Zorka położyła się pod stołem, Zadzior nieco z boku, żeby mieć oko na otoczenie. Inga pomyślała sobie wtedy, że – jak szaleć to szaleć – i zamówiła Metaxę. Oczywiście jedną porcję w ładnej koniakówce. Feliks zadowolił się ulubioną Warką Strong. Nic nie mówił, choć pomyślał, że to zbędny wydatek w ich sytuacji… Pomyślał również, że może to ostatni wspólny urlop… Nie mówił żonie, że kolejny ze starych znajomych ze Straży Granicznej poszedł , jak to marynarze mówili, do Abrahama na piwo… z tych samych powodów co poprzedni. Nie odszedł tam z premedytacją popełniając samobójstwo jak tamten. Przestał tylko brać leki. Nie dlatego, że nie chciał się leczyć by żyć, tylko dlatego, że nie miał ich za co wykupić…
Feliks jeszcze walczył, jeszcze się nie poddawał. Wkurzało go, że teoretycznie mieli pieniądze dzięki którym mogli wyjść z opresji i odbudować swoje życie, ale praktycznie nie mieli do nich dostępu. Jak to możliwe, rozważał, jak to możliwe, że ich los znajduje się w rękach obcego człowieka, któremu to było zupełnie obojętne i nie spieszył się z wykonywaniem swoich powinności. Co jakiś czas musieli mu tylko przesyłać na konto pewną sumę pieniędzy – o czym informację dostawali za pośrednictwem kancelarii adwokackiej, dzięki której wygrali sprawę sądową z Budowlańczykiem – na działania komornicze. Rezultatów owych działań jednak nie było żadnych przez kilka lat.
Po opuszczeniu „Czardy” szli pomału w kierunku domu z zachwytem rozglądając się wokół. Po drugiej stronie potoczku stał dom niedostępny dla ludzi z ulicy, bo trzeba było przejść przez wąską kładkę na teren oznaczony na tablicy jako prywatny. Jeszcze niewykończony, w trakcie budowy, ale już widać było, że ma niesamowity potencjał, jak to się teraz mówi w programach telewizyjnych o mieszkaniach i domach. Piękny był, cały z grubych bali, z dużymi oknami o nietypowych kształtach. Inga pomyślała, że na najniższej kondygnacji powinna znajdować się duża sala z kominkiem, w którym skaczące płomienie ogrzewają cały dom. Pomyślała też, że rano, przy pierwszych promieniach słońca można byłoby wskoczyć pod zimny strumień wody wodospadu Zaskalnik na potoku Sopotnickim oddzielającym dom od ulicy. Była zachwycona tym, co zobaczyła w wyobraźni.
Tuż obok ulicy, jakby trochę ponad nią, zobaczyli inny przepiękny dom.
– Popatrz kotuś, jak zmyślnie ten dom zbudowano – Inga przystanęła nieco zadzierając głowę. – Żeby go zbudować trzeba było wydrzeć wzgórzu spory fragment, inaczej nie byłoby jak i gdzie postawić fundamentów i reszty budynku.
– I doprowadzić wszystkie media – zauważył Feliks. – Spójrz, sąsiednia działka również była przygotowana pod budowę.
– Ale zarosła. Widocznie komuś zabrakło pieniędzy na zrealizowanie marzenia – Inga posmutniała i ruszyła przed siebie.
Myśli obojga małżonków krążyły z wiadomych względów wokół pieniądza. Co za osioł może mówić, że pieniądze szczęścia nie dają. Dają wszystko, bo dają życie. Pozwalają mieszkać w swoim domu i nie być z niego wyrzuconym na ulicę. Pozwalają na pójście do lekarza gdy kolejka oczekiwania w ramach NFZ przekracza granicę śmierci. Pozwalają ulżyć cierpiącym przewlekle chorym umożliwiając zakup opatrunków. Pozwalają opłacić zabiegi ratujące życie w chorobach nowotworowych, na które nie stać zwykłego Kowalskiego. Pozwalają przeprowadzić za oceanem potwornie drogie operacje ratujące życie dzieciom. Jednostkowe przypadki kończą się szczęśliwie dzięki ofiarności społeczeństwa biorącego udział w zbiórkach na konkretny cel. I w zbiórkach na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Tylko… sprzęt jest, nawet najnowocześniejszy, ale często nie ma go kto obsługiwać z powodu braku lekarzy. Zaś ci, którzy są, umierają z przepracowania po kolejnym dyżurze…Kompletna paranoja, taki chory kraj zaatakowany gangreną…
– Hej, skarbie, co to za mina? – Inga wyrwała męża z pogrążania się w coraz czarniejszych myślach. – Felek! Umówiliśmy się, że na urlopie jesteśmy TU i TERAZ. W tej konkretnej chwili. Nic innego nie możemy zrobić jak tylko ją poczuć. Niczego nie zmienimy na razie. Popatrz w górę, lekkie obłoczki przepływają po cudownie błękitnym niebie nie myśląc, że za chwilę może przyjść huragan. Są takie piękne.
– Och, ty mój obłoczku – przytulił żonę usiłując ukryć nagłe zwilgotnienie oczu. – Jak dobrze, że tu jesteś…
– A gdzie miałabym być jeśli nie przy tobie? Chodźmy, psom znudziło się stać w jednym miejscu, obwąchały całą okolicę dostępną na długość smyczy. Zorka się już nawet położyła. Musimy mamie kupić nowe krzyżówki, żeby miała zajęcie. Kasia ma tutaj stary prodiż, taką keksówkę. Mówiła, że działa, to upiekę coś słodkiego do herbaty.
Właśnie stanęli przed modrzewiowym domem, którym się zachwycali podczas poprzedniego spaceru z Osiedla idąc trasą z pięknym widokiem na Jarmutę i dalej na Szlachtową. Czasem przy dobrej widoczności można nawet dojrzeć fragment schroniska pod Durbaszką. Psy zaczęły węszyć wokół furtki, piszczeć i poszczekiwać jak zawsze wtedy, gdy wyczuwały zapach kogoś bliskiego, nie tylko znajomego.
– Ki diabeł? – Inga ze zdziwieniem spojrzała na męża.
Feliks nacisnął dzwonek. Rozległo się brzęczenie domofonu. Inga lekko pchnęła furtkę, która się uchyliła. Psy trzymane na smyczy przez Feliksa wpadły do środka w radosnych podskokach z uśmiechniętymi mordkami. Pociągnęły zaskoczonego Feliksa pod same drzwi budynku i piszczały z radości wywijając ogonami szaleńcze młynki. Inga pomału zamknęła za sobą furtkę, poczuła w sercu jakieś dziwne mrowienie, niepokój pomieszany ze zdziwieniem, oczekiwaniem… Pomyślała, że to przez irracjonalne zachowanie psiaków próbujących otworzyć drzwi tego domu, by jak najprędzej mogły dostać się do środka.
Drzwi się uchyliły po czym zostały otwarte na całą szerokość pod ciężarem napierających psiaków. Całkowicie zaskoczony Feliks został wciągnięty do środka z wielce głupią miną bąkając „przepraszam” do kobiety, która drzwi otworzyła. Wewnątrz przywitał go gwar, uśmiechy i tłum ludzi. Tak mu się przynajmniej zdawało. Ogłupiał całkowicie.
– Dziadku, dziadku! To niespodzianka!
Oszalał? Przemknęło mu przez głowę, że oszalał. Słyszy głosy. Głos Honoratki! Skąd? Jak? To niemożliwe!
– Dziadku, ale się zdziwiłeś, prawda? – Honoratka objęła dziadka i przytuliła mocno. Chcieliśmy ci wszyscy zrobić niespodziankę. Czy ty się źle poczułeś?
– Nie, tak, nie, przepraszam…
Otarł ręką czoło. W międzyczasie ktoś mu wyjął smycze z ręki i psiaki z wielką radością obskakiwały obecnych.
– Wnusiu, to naprawdę ty? Skąd? To rzeczywiście niespodzianka. Jak widzę nie jedyna.
Zobaczył, że podchodzi do niego Doman wraz z Bogną trzymającą na rękach Ewelinkę. Malutka radośnie szczebiocąc wyciągała do niego rączki. Przejął ten skarb maleńki i poczuł się pewniej. Już teraz się uspokoił, że nie oszalał, skoro trzymał w ramionach ukochaną wnuczkę, która na pewno jest istotą z krwi i kości, skoro boleśnie pociągnęła go za ucho. Znad jasnych włosków młodszej wnuczki wyraźnie zobaczył znajome twarze przyjaciół córki z partnerami, których już zdążył poznać. Z uśmiechem patrzyli Jagna i Alan oraz Marysia i Hubert. Ten ostatni niczym dyrygent orkiestry podniósł rękę do góry dając całemu towarzystwu znak, by szanowne towarzystwo raczyło zamilknąć.
– Dzień dobry panie Feliksie, przepraszam za aż tak .. gwałtowną niespodziankę. Sytuacja rozwinęła się zbyt szybko do przodu dzięki psiakom. Ale… może to i dobrze, że przeszły do akcji i rozładowały sytuację, która mogłaby być nieco trudna i skomplikowana…
– Oj, przestań – Marysia odsunęła ukochanego na bok. – Będziesz tak plótł trzy po trzy. Zorganizowaliśmy zbiorowe spotkanie ponieważ udało się wyjaśnić pewną tajemnicę, na której trop trafili i pan Horacy i pani Inga niezależnie od siebie.
Z fotela podniósł się niewidoczny dotąd starszy pan. Feliks od razu rozpoznał w nim gospodarza domu, tego „dziadka z reklamy”, o którym mówiła Honoratka.
– Witam pana, panie Feliksie w moich progach. Zapraszam dalej. Ta młodzież tak narozrabiała, że straciłem rozeznanie. Już nie te lata, panie Feliksie, nie te lata. Do takich ancymonów – wskazał na rozchichotaną grupę – trzeba mieć końskie zdrowie. Witam zatem raz jeszcze na spokojnie. A gdzież są panie? – rozejrzał się
– Tu jesteśmy – zamachała Marysia.
– Przecież mówię „panie”, a wyście są młode kozy. Gdzie się Hortensja zapodziała – rozglądał się.
Feliks dopiero teraz oprzytomniał na tyle, że spostrzegł brak Ingi. Zgubił żonę!
Tymczasem jedna zguba z drugą zgubą wciąż pozostawały na zewnątrz. Gdy Feliks wpadł przez drzwi do środka domu wciągnięty przez psy i zniknął z pola widzenia, Inga odwróciła się po zamknięciu furtki i zamiast męża w jej polu widzenia pojawiła się jedna postać.
Bez wątpienia kobieca. Inga ledwo zdołała cicho powiedzieć: dzień dobry, bo coś ją chwyciło za gardło. Patrzyła i nie wierzyła własnym oczom. Jakby widziała samą siebie sprzed jakichś dziesięciu lat. Co tu się dzieje? Feliks zniknął, psy zachowywały się dziwnie w obcym miejscu, a teraz ona ma zwidy?
– Przepraszam, jestem Inga Bednarska. Mój mąż…
– Twój mąż już się wita z rodziną. A ja jestem Hortensja Balicka, twoja kuzynka…
Przez głowę Ingi niczym w komputerze przebiegały dziesiątki myśli i skojarzeń, wyraźnie wybijała się fraza „stary Balicki, stary Balicki, stary Balicki”. Wzięła kilka głębokich oddechów, przycisnęła obie ręce do serca, które zaczęło się tłuc i skakać jakby chciało za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.
– Chodź do środka, Ingo. Mówiłam tym wariatom, że taka nagła niespodzianka może stanowić być zbyt duży szok, ale oni się uparli.
– Uff, czyli nie oszalałam? Na szaleństwa młodych nie ma lekarstwa – odpowiedziała Inga drżącym głosem wyciągając obie ręce do już wyciągniętych ramion kuzynki. Objęły się serdecznie i trwały tak dłuższą chwilę.
– Myślałam, że będę bardziej opanowana poznając wcześniej tę niesłychaną historię własnej rodziny – powiedziała Hortensja wycierając załzawione oczy.
Obejmując ramieniem Ingę wprowadziła ją do pokoju, w którym już czekał pan Horacy. Po prostu przejął bratanicę od córki.
– Moja bratanica, moje dziecko kochane – tulił zapłakaną Ingę.
Zresztą – wzruszenie udzieliło się wszystkim dorosłym. Jedynie Ewelinka nie mogła pojąć dlaczego nikt się nie zajmuje i zsunąwszy się z fotela, na którym ją posadzono, postanowiła udać się na zwiedzanie kolejnych pomieszczeń w towarzystwie Zadziora i Zorki. Na szczęście Doman z teściem zorientowali się w sytuacji i zainterweniowali w porę nie pozwalając szkrabusi wspinać się na schody. Doman podniósł córeczkę do góry, pod sufit prawie, co wywołało jej wesoły, głośny śmiech. Zobaczyła z góry pana Horacego, wyciągnęła rączkę.
– Dziadzio, dziadzio – zawołała czym rozbroiła starszego pana całkowicie.
– Maleńka moja kruszynko – zawołał i wyciągnął ręce. – Pójdziesz do mnie?
– Ona lubi oglądać zdjęcia i rozpoznaje ciebie, wujku, na każdym i mówi „dziadzio” – powiedziała Bogna. – Ewelinko, chcesz do dziadzia?
– Tak, ciem dziadzia – odpowiedziała maleńka. – Dziadzio ma osi.
– Wąsy – przetłumaczył Doman.
Honoratka zaś po chwili patrzenia na wzruszoną dorosłą część zebranych w pomieszczeniu, miała dość takiego przedstawienia.
– Hej, może byście skończyli zawodzić? Zamiast opowiedzieć babci wszystko po kolei i się cieszyć, to wy co?
– Honorcia ma rację – powiedział pan Horacy przytulając Ewelinkę. – Jedno jest pewne. Mogę już teraz spokojnie umrzeć, tajemnica została wyjaśniona.
– O, nie! – zaprotestowała energicznie Inga – Teraz właśnie nie możesz. Nigdy w życiu nie miałam stryjka! Teraz mam i muszę się nim nacieszyć. Jaka szkoda, że tata tego nie doczekał – kolejne łzy wypełniły jej oczy.
– Musisz mi o nim opowiadać codziennie dopóki tu będziecie. Ale potem też – pan Horacy wcale nie krył wzruszenia.
– Dziadku, musisz być w dobrej formie, mówiłeś przecież, że chcesz doczekać prawnuka. A to musi trochę potrwać… – uśmiechnął się Hubert nie zważając na kuksańca od Marysi.
– Mamo, daj klucze od mieszkania – powiedziała Bogna. – Pojedziemy po babcię Walę. Przywieziemy ją tutaj, przecież zanosi się na dłuższe posiedzenie, tyle spraw jest do obgadania…. Jakiś sms przyszedł do ciebie, nie słyszysz?
– Masz klucze, córeńko. Nie, nie słyszałam. Czuję się jak na planie filmu. Zaraz sprawdzę…od Sabci… O rany! Jagna! Twoja mama pisze, że komornik wreszcie wystawił na licytację mieszkanie Budowlańczyka! Jakby się udało sprzedać to będziemy uratowani!
– Jesteście uratowani – powiedział pan Horacy. – Oczywiście, że jesteście uratowani, od czego jest rodzina?
Późnym wieczorem, po dniu pełnym wrażeń, Doman odwiózł teściów, babcię Walę i psy do domu, po czym wrócił po żonę i córki. Wprawdzie stryjek Horacy zaoferował im gościnę w swoim pięknym domu, lecz odmówili. Rozumieli przecież, że Hubert z Marysią, ciotka Hortensja – tu się uśmiechnął, bo do nowej „ciotki” musieli się wszyscy przyzwyczaić – to wystarczająco duże towarzystwo dla starszego pana przyzwyczajonego do spokoju. A przy Ewelince spokoju nie ma, bo na przykład o drugiej w nocy potrafi się obudzić i wołać o jedzenie. To jeszcze pół biedy, do ogarnięcia, ale niezabezpieczone schody w domu stanowić mogą śmiertelne niebezpieczeństwo dla ruchliwego brzdąca. Wynajęli więc pokój w „Skalnym”, najbliżej rodziców, widocznym z balkonu mieszkanka, które aktualnie rodzice zajmowali. Zakochując się zresztą w miasteczku z każdym dniem coraz bardziej.
Z pensjonatu do bloku były najwyżej cztery minuty drogi plus wejście po schodach. To tak na wszelki wypadek Bogna wolała być w pobliżu. Wrażeń dla rodziców było tak dużo, że bała się jakiejś spóźnionej reakcji organizmu i problemu ze zdrowiem. W końcu ojciec był po zawale.
– O tatę się nie martw – uspokajał Doman żonę. – Po pierwsze to facet. Po drugie: cała historia jego dotyczy tylko pośrednio. To mama miała przeżycia , że ho ho ho! Jak stąd do księżyca.
– Masz rację. Ja zdążyłam już ochłonąć, najbardziej przeżyłam, gdy badania genetyczne potwierdziły pokrewieństwo i okazało się, że jesteśmy z Hubertem spokrewnieni.
– Zobacz jak to się dziwnie losy ludzkie układają. Dwa zdjęcia dziwnym trafem odnalazły się w oddalonych od siebie miejscach i połączyły rodzinę nic o sobie nie wiedzącą.
– Same zdjęcia to za mało. Z ich odnalezienia nie byłoby pożytku, znaczy, ciągu dalszego, gdybym nie przyjechała z dziewczynkami na ferie i nie spotkała stryjka Horacego.
– Idąc dalej tym tokiem rozumowania nic by nie było, gdyby Maryśka dawno temu nie wpadła w oko pewnemu topielcowi, który okazał się twoim kuzynem.
– I gdyby topielec nie pracował razem z Karolkiem może nigdy nie spotkałby się z Marysią w świecie uczuć…
– Jak ty to romantycznie powiedziałaś, kochanie…
– Spójrz jakie piękne niebo. Pani Kasia… no właśnie, gdyby pani Kasia prawie siłą nie zmusiła mnie i Jagnę do przyjazdu…
– Pani Kasia – podjął Doman – mówi, że nigdzie tak pięknie nie widać gwiazd jak tu. Rozjaśniają okolicę
– Pełnia dziś – z rozmarzeniem – cudowny czas babiego lata…
– Widzisz tę pajęczynę rozpiętą między szczebelkami balkonu? Jak nocne babie lato
– A na niej drży kropla. Cudowne babie lato i kropla deszczu
Wtuliła się w męża ochraniającego ją przed nocnym chłodem, czuła nieopisaną radość, lekkość w sercu. Rodzice uwolnią się od najgorszego koszmaru, szykują się dwa śluby…a może … może i w ich życiu szykuje się jeszcze jedna niespodzianka, mała ale największa na świecie… położyła rękę pod sercem… Na razie to tylko przypuszczenie, nic pewnego, ale…
– Jak cudownie – szepnęła. – Babie lato, kropla deszczu i ty…
koniec na razie 🙂