I po co to wszystko było?

I po co to wszystko było? Wystarczyło posłać premierkę na zwolnienie lekarskie, potem przedłużać i nowy premier byłby nowym premierem, bez tego całego cyrku. Ale wiadomo po co, mnóstwo osób wypowiadało się na ten temat – po prostu chodzi o przykrycie i odwrócenie uwagi społeczeństwa od najistotniejszych
spraw. A może – przez konieczność powtórzenia roty przysięgi każdy z ministrów uświadomi sobie, że „warto być przyzwoitym”? No nie, bez żartów, nikt sobie tego nie uświadomi z owego zacnego grona… Cóż z tego, że uroczyście przysięgają, iż dochowają wierności postanowieniom Konstytucji, iż dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla nich zawsze najwyższym nakazem? Cóż z tego, iż nawet Boga do tego mieszają? Już nie uwierzę, że rozumieją o czym mówią. To taka różnica jak np. między szczerą, gorącą modlitwą płynącą z serca a klepaniem pacierzy podczas zajmowania się pisaniem donosu na sąsiada albo kolegę z pracy. Co z tego, że nie tylko wygłaszają rotę ale i ją podpisują? Czy będzie można ich za to pociągnąć do odpowiedzialności? Jak na razie to za wszystkie sznurki pociąga zwykły poseł, który za nic nie odpowiada.

11.12.2017

  • nie-okrzesana Ech…..
  • babciabezmohera Oglądałam. Byłam zgorszona takim natłokiem fałszu i krzywoprzysięstwa…
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Masz rację, szkoda gadać.
  • annazadroza BBM:-) Teraz usłyszałam, że każdy z tych…ministrów dostanie odprawę chyba w wys. 40 tys.zł. Nie wiem, czy się nie przesłyszałam, bo to jest nienormalne! Wszyscy dalej są, co do jednego!
  • babciabezmohera Też trafiłam na tę informację.:(
  • annazadroza BBM;-) To nieludzkie w obliczu choćby podwyżek podstawowych artykułów spożywczych ;(
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zachwyciłam się… M. Płaza „Robinson w Bolechowie”

Zamiast wziąć się za świąteczne porządki wzięłam się za książkę:) Cały stos chciałam przejrzeć, żeby zdecydować, które zostawić do czytania, które puścić dalej w świat. Pierwszą wzięłam do ręki Macieja Płazy pt. „Robinson w Bolechowie” , wydaną przez Grupę Foksal. I to by było na tyle:))) W sobotę wieczorem
skończyłam robiąc przerwę na sen, kiedy mnie zmógł całkowicie, w niedzielę na przygotowanie obiadu. I oczywiście wyjście z psami:) Ciasta nie upiekłam, prania nie włączyłam, prasowanie czeka… Dawno aż tak mnie nic nie pochłonęło… Nie chodzi o treść, nie zaglądałam nawet na koniec – od czego zwykle
zaczynam czytanie, bo lubię zakończenie znać, żeby móc spokojnie pogrążyć się w lekturze jako, że nie lubię niespodzianek. Tym razem od pierwszej chwili odczuwałam – nie zawaham się użyć określenia – rozkosz czytelniczą. Poezja i malarstwo w jednym, niesłychane bogactwo języka naszego polskiego, sprowadzanego obecnie do żonglowania kilkoma prostymi, prymitywnymi, brutalnymi nieraz określeniami. Pokazanie w jaki sposób można przedstawiać świat przy pomocy słów słyszanych od kołyski, a ten świat opisany, jak i język,  trzeba mieć w sobie, w głowie, w duszy i w genach, by w ten konkretny sposób móc go pokazać na przestrzeni dziesięcioleci – od środka, nie od oglądu lecz od przeżycia.
Nie opuściłam ani jednej strony, ani jednego zdania, żeby nic nie uronić z tego bogactwa, z urody, kolorów, odcieni, półcieni dotyczących wnętrza i zewnętrza, uczuć i zdarzeń… Uczta po prostu. Zachwyciłam się:)

11.12.2017

  • e.urlik Dzięki za polecenie książki, będzie mi potrzebna, kiedy skończę „Gorliwych katów Hitlera”. Jest tam takie motto „Żaden człowiek nie może walczyć skutecznie z duchem swoich czasów i swego kraju i choćby był najpotężniejszy, nie potrafi skłonić swych współczesnych, by podzielali uczucia i idee sprzeczne z ogólnym biegiem ich nadziei i pragnień”. Czyż to nie tłumaczy sukcesu k….ej zmiany?
  • annazadroza Ewo:-) Tłumaczy. Bardzo mądre i trafne słowa. Teraz patrzę na „nowe” i „lepsze” zmiany – to dno po prostu. Nie mam już żadnej nadziei, Adrian wrócił i pozwala wszystkim pluć sobie w twarz, mówiąc, że deszcz pada… Jedna ruina… A Krzywousty? Cóż on znaczy?Pomazaniec prezesa- mówiła o sobie była już premierka, teraz stała się wymazańcem…
 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 9a

Po  wydarzeniach poprzedniego dnia i po bezsennej nocy  Elżbieta  miała zamęt w głowie większy niż zwykle. Mimo to czuła jak gdzieś  głęboko wewnątrz zapaliło się jasne światełko. Nocą podjęła decyzję. Wieczorna obietnica została wymuszona sytuacją. W ciągu nocy zmieniła się w stanowcze postanowienie. Ela uświadomiła sobie, że istotnie ma dwa wyjścia: albo w dalszym ciągu pływać w kółko w zamkniętym bajorze i zostać wessaną przez bagno, albo wdrapać się na brzeg  i, nie zważając na drapiące i kaleczące przybrzeżne chaszcze, wydostać się ze śmiertelnej pułapki.

Ale porównanie, spojrzawszy w łazienkowe lustro wykrzywiła usta z dezaprobatą. Tak się jednak dokładnie czuła. Dziwne, że do tej pory nie dostrzegała możliwości ratunku. Puszczała mimo uszu rady przyjaciółek, bo tak naprawdę bała się cokolwiek zmienić. Dlaczego? W ciągu tej długiej nocy wszystko stało się jasne i zrozumiałe.  Dotarła do niej prawda o osobach dotkniętych problemem przemocy w rodzinie oraz problemem alkoholizmu na dokładkę, jakby jednego było mało. Chyba przeważył moment, w którym na ekranie monitora zobaczyła opisane swoje życie, wypunktowane problemy, o których krępowała się mówić. Pod tekstem był komentarz: jeśli choć jeden z punktów dotyczy ciebie, to prawdopodobnie jesteś ofiarą przemocy. A jej dotyczyły wszystkie! Zrozumiała wreszcie, że to nie ona jest nienormalna! Przeciwnie, jej reakcje są jak najbardziej typowe i normalne! W tym właśnie momencie zapalił jej się wewnątrz promyczek nadziei. Zupełnie jakby oświetlił niepracujące dotychczas  fragmenty mózgu, dzięki czemu nareszcie  mogła zacząć myśleć .

Próbowała sobie przypomnieć od kiedy tak naprawdę życie w domu stało się koszmarem. Zastanawiając się, zaczynając trochę z boku patrzeć na sytuację, doszła do wniosku, że Mirek po troszeczku, co jakiś czas, dorzucał kolejną dozę okrucieństwa. Dopiero wtedy, kiedy do poprzedniej zdołała przywyknąć. Buntowała się wewnętrznie ale nikomu nie skarżyła się, nie mówiła przyjaciółkom, ukrywała jego pijaństwo, sadyzm, kryła jego zachowanie przed wszystkimi. Kierowana poczuciem lojalności wobec męża nie przyznawała się nikomu do gehenny jaką przeżywała na co dzień we własnych czterech ścianach, które powinny być ostoją spokoju i bezpieczeństwa.

Zrozumiała, dlaczego nie przyjmowała do wiadomości, że nieuchronnie zbliża się decydujący moment, moment podjęcia decyzji o rozstaniu z mężem. Formalne przeprowadzenie rozwodu rodziło skojarzenia z przyznaniem się do życiowej klęski, z nieudacznictwem, z uznaniem, że nic nie jest warta, choć  przecież próbowała Mirkowi udowodnić co innego, choć włożyła w małżeństwo tyle czasu, wysiłku, całą swoją młodzieńczą naiwność, miłość i wiarę w szczęście. A on tego właśnie nie mógł znieść. Chciał żonę zastraszyć i całkowicie od siebie uzależnić, żeby móc nią manipulować do woli i bezkarnie się nad nią znęcać. Tymczasem przecież to właśnie jego postępowanie zniszczyło wspólne życie rodziny! Nie chciała dotąd zrozumieć, że od chwili kiedy dowiedziała się o romansie Mirka z Sarą, powinna wiedzieć, że nadszedł koniec małżeństwa i od razu rozstać się z mężem. Nie cierpiałaby przez tyle lat, oszczędziłaby dzieciom i sobie upokorzeń i bólu, nauczyłaby chłopców braterskiej miłości, Mirek  nie skłóciłby synów i nie miałby okazji wbijać klina między nich, a ona  nie zrobiłaby z siebie ofiary… Spojrzała w lustro. Wyglądała okropnie: duże podsinione oczy, włosy nie podcinane od dawna, wołające o ufarbowanie  odrostów, wystrzępione na końcach… Co jeszcze? Jeszcze bała się samotności. Wiedziała, że wraz z rozwodem kończy się dotychczasowe życie towarzyskie, ponieważ samotnej kobiety żadna mężatka nie toleruje, bo nikt nie lubi czuć zagrożenia. Na miłość boską jakie życie towarzyskie?! Od lat nie istnieli jako para!  Nigdzie nie bywali razem! Ani on nie wyrażał chęci na kontakty w towarzystwie żony, ani tym bardziej ona nie miała na to ochoty wiedząc, że czeka ją jedynie  wstyd z powodu jego zachowania oraz upokorzenia, na które ją narażał przy każdej nadarzającej się okazji. Ale nadszedł czas, by przestać się użalać nad sobą, przestać opłakiwać samą siebie.  Mam czas, żeby go zainwestować w przyjaźń – pomyślała.

Przypomniało jej się, że Baśka, koleżanka z liceum, jest psycholożką i pracuje w poradni  w Wilanowie. Postanowiła się z nią skontaktować. Zerwała się z łóżka sprawdzić, czy ma w notesie zapisany numer telefonu, by zaraz rano móc zadzwonić. Boleśnie uderzyła nogą o wersalkę. Pociemniało jej w oczach z bólu, a świetliste gwiazdki zatańczyły pod powiekami.  Lata minęły od wypadku lecz noga  wciąż była nadwrażliwa i sprawiała ból przy nawet lekkim uderzeniu, co oczywiście zdarzało się od czasu do czasu. Wypadek? Jaki wypadek?! To nie był żaden wypadek. Mirek z premedytacją skrzywdził ją, chciał sprawić jak najwięcej bólu a fakt, że rozum miał przyćmiony alkoholem, nie stanowi żadnego usprawiedliwienia.

Wrócił wtedy pijany i jak zwykle – wściekły. Powiedział, że może wszystko w domu zepsuć, bo on to robił.  Wszedł do łazienki, stanął butami w wannie i zaczął zrywać pręty suszarki razem z wiszącym na nich praniem, rzucać do wanny i deptać. Zrzucał z półek wszystko, co na nich było. Z hałasem spadały kremy, szczotki do zębów, pasta, szampon.

– Co robisz? Uspokój się! – stanęła za nim.

Odwrócił się z wściekłością na twarzy. Ela jedną nogą stała w przedpokoju, drugą w łazience. Obok, w rogu była pralka. Duży, stary Polar. Mirek przesunął pralkę, pochylił tak, że oparła się o nogę Eli i przygniotła ją.

– Co robisz? Przygniotłeś mi nogę! Puść, boli!

Ból był straszny. A Mirek z premedytacją mocniej przycisnął pralkę. Jakim cudem kość się nie złamała – trudno powiedzieć. Gdy Mirek po ataku szału wybiegł  z domu, padła na  łóżko. Noga potwornie bolała. Wzięła proszek przeciwbólowy i po pewnym czasie usnęła.  Ból obudził  ją przed świtem. Noga robiła się coraz większa. Nie zmieściła się do buta,Ela nie mogła wyjść z psem. Zadzwoniła do Adelki po pomoc. Co za szczęście, że wtedy już były w domu telefony.

Niezawodna Adelka zjawiła się po dziesięciu minutach i zaniemówiła zobaczywszy na nodze Eli krwiak prawie wielkości głowy niemowlaka. Jako doświadczony pracownik służby zdrowia zachowała zimną krew. Pomogła przyjaciółce się ubrać, doprowadziła do taksówki i zawiozła do szpitala, w którym pracowała.  Elżbieta była półprzytomna z bólu. Ktoś jej pomógł wysiąść z samochodu, czyjeś silne ręce pomagały w pokonaniu olbrzymiego – jak jej się zdawało – dystansu do gabinetu lekarza. Dyżur miał mąż Krysi, długoletniej przyjaciółki Adelki, znakomity chirurg Zenek Kowalski.

– Jak to się stało? – spytał oglądając zmasakrowaną łydkę.

– To był wypadek, pralka się na mnie przewróciła  – wyszeptała Ela.

Zenek pokręcił głowa z powątpiewaniem, wziął do ręki strzykawkę i ściągał wydzielinę z krwiaka.

– Będziesz miała, dziewczyno, pamiątkę do końca życia a nawet dłużej – oświadczył. – Zmiażdżeniu uległa i tkanka mięśniowa i naczyniowa.

Nie przeciął od razu. Starał się, by blizna była możliwie najmniejsza. Ściągał i ściągał. Przez dwa miesiące jeździła co kilka dni do szpitala. Wreszcie chirurg przeciął krwiak i założył sączek. Po wyjściu z gabinetu Elżbieta  zemdlała na korytarzu czekając na Adelkę. Kiedy się ocknęła zobaczyła obok przyjaciółki mężczyznę, który bacznie jej się przyglądał.

– Przepraszam, co się stało?

– Nic się nie stało – uspokajała Adelka. – Padłaś i tyle. Kazałam ci się nie ruszać? To po co za mną lazłaś?

– Przepraszam – wyszeptała.

– Już dobrze, tak się złożyło, że przyjaciel Zenka cię złapał jak leciałaś na ziemię. Swoją drogą miałaś szczęście…

Eli było w tej chwili obojętne kto jest kim. Kilkakrotnie mdlała z bólu, nic więc dziwnego, że nie widziała niczego i nikogo wokół.  Odpędziła od siebie wspomnienia ówczesnego koszmaru. Oprzytomniała  rozmasowując bolącą łydkę. Odszukała numer telefonu  Baśki.

Zaczęła chodzić na terapię. Uświadomiła sobie, że nie była w stanie kontrolować swoich uczuć, ponieważ  tkwiła po uszy w rozpaczy, poczuciu bezsilności, w kompletnej beznadziei a teraz chce to zmienić, chce zmienić swoją rzeczywistość i swoje emocje. Urodziła się z nadwrażliwością i dlatego od dziecka bardzo mocno przeżywała wszelkie wydarzenia wciąż czując strach, bezradność, poczucie winy. Często czuła się nie rozumiana i osamotniona. Mąż miał być lekarstwem na całe zło świata. Tymczasem – niestety, los jej podsunął nieodpowiedniego człowieka i zafundował piekło prowadzące do utrwalenia poczucia bezsensu istnienia. Po wielu spotkaniach terapia zaczęła przynosić efekty. Elżbieta poczuła, że budzi się z letargu. Zrozumiała, że nie może zmienić drugiego człowieka, ale za swoje życie jest odpowiedzialna ona sama i nikt inny, że kształtuje je swoimi myślami i uczynkami.  Pomału zaczęła na nowo dostrzegać wokół siebie kolory świata i poczuła zapach nadchodzącej wiosny.

8.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tam, gdzie słońce nie dochodzi

Cały dzień tv się podniecała zmianą premiera. Ja nie, bo cytując klasyka – to zamiana dżumy na cholerę, czyli jeden diabeł. Dziś bezpośrednie skutki „dobrej” zmiany odczuła na własnej skórze przyjaciółka M. Poszła do urzędu załatwić pilną sprawę i … niczego nie załatwiła, bo nie ma ulicy, na której mieszka od 35-ciu lat. Nie ma ulicy w systemie, wykasowana została, choć dopiero odbyło się zebranie w spółdzielni, mieszkańcy się nie zgadzają na zmiany, nie było żadnego oficjalnego powiadomienia. Pokazano bardzo dokładnie gdzie „dobra” zmiana ma normalnych ludzi. Tam, gdzie słońce nie dochodzi… Teraz – gdy każdy się zorientuje, że
nie mieszka tu gdzie mieszka – będzie trzeba wszystkie dokumenty zmieniać, dane czyli nazwę ulicy w iluś miejscach, płacić za zmiany w aktach notarialnych, księgach wieczystych i nie wiadomo w czym jeszcze. To się dopiero okaże w zupełnie nieoczekiwanych sytuacjach. Za wszystkim kryją się pieniądze, które musimy płacić my, mieszkańcy. Uważam, że wszelkie opłaty powinien pokrywać – z własnej kieszeni – ten, kto podjął bezsensowną decyzję o zmianie nazwy.

7.12.2017

  • irsila Ja bym się również bardzo wkurzyła taką zmianą.
  • annazadroza Irsila:-) Wszyscy mieszkańcy się wkurzają, oprócz tych, co sobie jeszcze nie zdają sprawy z konsekwencji.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Głowę urywa

Głowę wiatr chce urwać, tak wieje okrutnie. Kubły ze śmieciami powywracał w osiedlu, widziałam idąc z psami. Jeszcze dwa tygodnie i dzień przestanie się skracać, co za ulga. Nie znoszę, kiedy jest ciemno i zimno. Na zimno nie ma rady, ale dzień zacznie się wydłużać bez względu na temperaturę i to jest pozytywna myśl:)))

Spakowałam już naleśniki, na które miałam zamówienie. Obiad na dziś przygotowany, Mąż podgrzeje i zaserwuje babci D. i sobie. Jeszcze do Biedronki skoczę po zakupy i do Calineczki po śniadaniu jadę. Przyjaciółka M. przysłała mi wieczorem fotkę swojej wnusi, która jutro skończy miesiąc. Niby taka drobineczka a na zdjęciu uśmiechnięta od ucha do ucha:))) Myślę sobie, że te maluchy są bardziej i wcześniej rozwinięte niż ich rodzice (nie obrażając moich synków ani żadnych innych). Wynika to z podejścia do opieki nad dzieckiem, bo kiedy urodził się Duży naczytałam się „mądrych” książek, w których kazali karmić na
godzinę, kłaść do łóżeczka i nie przejmować się, że ryczy. Miałam wyrzuty sumienia, że nie stosuję się do „mądrości”, tylko noszę dziecko i przytulam. Teraz owo noszenie i tulenie jest usankcjonowane:) Dawniej przez miesiąc maluch leżał tylko w pieluchach, nie wolno było w śpioszki go ubierać, dla zdrowych
bioderek, a teraz w normalnych ubrankach takie szkraby urzędują od początku. Fakt, że mają pampersy i inne pampersopodobne zabezpieczenia sprawia, iż matka nie musi co chwilę przebierać całego mokrego malucha i pieluch prać, prać i prać bojąc się, że nie zdążą wyschnąć i zabraknie. Jedzenia też nie trzeba
gotować, do wody w butelce wsypuje się odpowiednią ilość preparatu, wstrząsa butelką i gotowe. Jak sobie przypomnę gotowanie niebieskiego mleka w proszku, czy mieszanki z mąką, którymi się karmiło dzieci zgodnie ze wskazaniem pediatry – to słabo mi się robi. Smoczki też są gotowe z jedną dziurką, dwiema itd. Kiedyś robiło się dziurki igłą rozgrzaną na gazie. Teraz kupować trzeba nowe smoczki, bo w materiale, z którego są zrobione, nie da się samemu dziurki zrobić.
Rozgadałam się a czas ucieka. Kończę. Pozdrawiam wszystkich i miłego czwartku:)))

7.12.2017

  • nie-okrzesana Najważniejszy dzień w roku to ten kiedy zaczyna przybywać dnia. Od września odliczam ten czas.
  • e.urlik Ojej, to my chyba razem z epoki brązu jesteśmy, choć mój pasierb twierdzi, że ze średniowiecza :-/
  • annazadroza nie-okrzesana:-)O to, to, najważniejszy:) Dla mnie szczególnie bo mojej Mamy urodziny:)
  • annazadroza Ewo, ja chyba jeszcze dinozaury pamiętam:)))
  • e.urlik Ja dinozaurów nie pamiętam, bo już wtedy miałam demencję!
  • annazadroza A może pomyliłam dinozaura z… nie pamiętam, alzheimer w rodzinie…
  • kolewoczy Będę kontra: uwielbiam, kiedy wcześnie zapada zmrok i mogę wyjść na miasto nie przejmując się wyglądem, bo nikt się nie przygląda, w zmroku nie widać, że nie chce mi się zakładać spodni i w dresach idę do sklepu na przykład 😉 W niedzielę specjalnie wybieram wieczorne msze, kiedy już jest ciemno, gdy idę do kościoła. To dla mnie najlepsza pora roku 🙂
  • Gość: [babciabezmohera] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Też wychowywałam dzieci w tamtych czasach, więc wiem , o czym piszesz… ;((
  • irsila Nowomodnie i wygodnie ale czy zdrowiej?
    Pranie pieluch to była makabra,
    ale jak automat się dostało, czy wystało,
    to po przepłukaniu problemu nie było.
  • annazadroza Kolewoczy:-) To jest konkretny powód, rozumiem, w tym sensie, ze jak ciemno to nikt nie widzi jak wyglądam idąc z psem. Ale przyjemności żadnej nie mam. Kocham słońce, jasno i ciepło żeby było. Ale się cieszę, że Ty się cieszysz:) Im więcej radości na świecie, tym lepiej:)))
  • annazadroza BBM:-) To się rozumiemy, jak matka z matką:)
  • annazadroza Irsila:-) Ja musiałam prać w rękach 🙁 Pralkę zdobyłam już „po pieluchach”, oj czasy…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pozbyłam się kilogramów:)

kazało się, że najlepszym sposobem pozbycia się nadmiaru kilogramów jest … Calineczka:))) Mam nadzieję, że nie jest to stan przejściowy i uda mi się wrócić do dawnej figury. Wieku nie cofnę, ale wagę mogę, przynajmniej teoretycznie. I jest to ogromna przyjemność:) A jaka korzyść materialna! Będę mogła
wcisnąć się we wszystkie (mam nadzieję) ciuchy schowane od jakiegoś czasu baaardzo głęboko:)

A teraz REKLAMA!!! Nasza blogowa koleżanka wydała powieść! Duży już mi zamówił na Mikołajki. Mają przysłać w połowie miesiąca, bo to do kupienia w internetowych księgarniach, szukajcie –

E.K.Urlik. Wakacje i inne nieszczęścia.

Niestety, nie mogę o miłych rzeczach dalej pisać, bo z telewizora słyszę o nowych wyczynach… Prezenty na Mikołajki mamy w tym państwie zaskakujące.

6.12.2017

  • e.urlik Po pierwsze gratulacje za schudnięcie, ja też bym chciała. Po drugie dziękuję ci za reklamę, nie masz pojęcia ile to dla mnie znaczy. Jeszcze nie wiem, jak ci się odwdzięczę, ale będę o tym myśleć. I całuski ogromne, chyba płakać będę, bo się wzruszyłam. Jesteś cudna
  • annazadroza Myśl o następnej powieści a nie o głupotach:)))
    Masz dużego psa? Może zamiast wnuczki mogłabyś jego nosić na rękach 2 razy w tygodniu przez pół dnia? Schudniesz na 100%, nie ma innej możliwości:)) Wiem, że bredzę, ale jestem uradowana utratą wagi:)
    A ty nie rycz, bo powodu nie ma. Chyba, że z radości, to jest inna inszość:)
  • kolewoczy O, fantastyczne gratulacje z obu powodów. ten pierwszy chętnie widziałabym też u siebie, ale jak an razie stoję w miejscu. Nie mam kogo nosić 😉
  • nie-okrzesana Już wiem skąd ten przyrost wagi u mnie. Co ty gubisz ja znajduję….
  • Gość: [e.urlik] 91.234.102.* Mój piesek to 55 kilogramów. Będzie mi trudno, tym bardziej, że on nie chce być noszony, hihihi. Myślę, że Calineczka lżejsza jest o co najmniej 48 kg. To jak dwa małe hantelki. Słodkość
  • annazadroza kolewoczy:-) Dzięki. Coś do noszenia zawsze się znajdzie:) Choćby butelki wody mineralnej podczas np. czytania, po równo, na obie ręce. Kiedyś próbowałam przy tv, ale mi się szybko odechciewało. Malutkiej nie odłożę, jak mi się nie chce. Zresztą jest taka śliczna, że mogłabym ją tulić przez cały czas:)))
  • annazadroza nie-okrzesana:-) No to którędy Ty chadzasz, żeby te kilogramy zbierać? Choroba, myślisz, że one czekają w ukryciu coby na Ciebie wskoczyć? A paskudy jedne…:)))
  • annazadroza Ewo:-) No cóż, 55 kg ciężko dźwignąć, szczególnie jeśli tego nie lubią, te kilogramy:) Ciekawe, że ciężar doświadczeń nie powoduje utraty wagi, a szkoda:)
    Słodki ten mój hantelek, oj słodki, szczególnie teraz, gdy już zaczyna się śmiać i reaguje z wielką żywiołowością na bodźce.
  • kobietawbarwachjesieni Mnie wystarczy, jak noszę swoje kilogramy (Ponad 70 kg). Uśmiech dla wszystkich odchudzających się.
  • irsila Żeby tylko kilogramy ciążyły,
    czasem co innego bardziej ….
  • annazadroza Jesiennadziewczyno:-) Dzięki za uśmiech:) Waga spadła przy okazji opieki nad Calineczką, bez wysiłku z mojej strony:) Jak się starałam -nie było rezultatu, nosiłam te swoje kilogramy z godnością…;-)
  • annazadroza irsila:-) Mamy w życiu dużo różnych obciążeń, jedne sobie sami fundujemy, inne spadają na nas niespodziewanie i niezależnie od nas, nic nie możemy z tym zrobić, niestety. Bywa, że po prostu musimy swój ciężar dźwigać. Myślę jednak, że nadziei na poprawę sytuacji nie należy tracić, może się zdarzyć cud :)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 9

Elżbieta czuła się coraz gorzej. Widać było z daleka, że problemy przekraczają granice jej wytrzymałości. Wyraźnie zaczęła uciekać przed ludźmi, nie chciała rozmawiać z sąsiadkami, mówiła, że się spieszy albo odchodziła pod byle jakim pretekstem, aby nie musieć się z nikim kontaktować. Przerażały ją spotkania właściwie już ze wszystkimi, coraz trudniej było jej ukrywać wstyd i lęk. Bała się, że każdy widzi, iż ona sobie po prostu z niczym nie radzi, że cierpienie, rozpacz, poczucie kompletnej beznadziei opanowały ją bez reszty, a w głowie ma jeden wielki chaos, którego nie potrafi uporządkować. W życiu zresztą też.

Kasia raz w tygodniu robiła Adelce masaż. Marzenia o własnym gabinecie, o rozpoczęciu działalności  musiała odłożyć do lamusa.  Nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością, a przede wszystkim z dziwnym zachowaniem  ojca. Masowała już tylko przyjaciółkę, zresztą sama przy tym odpoczywając i relaksując się. Umówione były właśnie na dziś. Nagle uświadomiła sobie, że jest Dzień Kobiet, niepopularne teraz  i często bojkotowane święto. Zadzwoniła do Adelki oznajmiając, że będą  świętować.  Do Eli wysłała sms, ale odpowiedź nie przyszła.  Chciała kupić na bazarku czerwone wino, bo zdrowe dla pań w ich wieku. A tu się okazało, że sklepu nie ma! Uzmysłowiła sobie, jak dawno nie miała czasu przejść się w ciągu dnia po osiedlu. Odkąd zlikwidowano stary bazarek bywała tu bardzo rzadko, tylko w awaryjnych sytuacjach. A przecież przedtem było tutaj przesympatycznie! Przechodziła tędy codziennie po pracy, jak zresztą wszyscy sąsiedzi, robiąc zakupy i spotykając znajomych. Potem w miejscu bazarku miał stanąć dom towarowy w kształcie fortepianu. Wykopano dziury w ziemi,  postawiono w nich szkielet budowli, metalowe straszydła i na tym koniec. Dziury częściowo zarosły a częściowo zostały zalane wodą, straszydła pewnie zaraz się rozsypią doszczętnie skorodowane  i tyle. Zostało kilka budek, handel zamarł, przychodziło mało ludzi bo towar drogi. W pobliżu wyrosły hipermarkety, giełda „Na Dołku” rozkwitała w soboty i niedziele.

Kasia minęła resztki bazarku i poszła do budki, wokół której zwykle zbierały się okoliczne pijaczki. Weszła do środka i doznała szoku. Znalazła się w zupełnie nowym miejscu. Widziała remont, owszem, ale nie myślała, że zmieniło się i wnętrze, i asortyment, i właściciel.  Z procentowych trunków było tylko piwo, więc niewiele myśląc zdecydowała się na imbirowe, które ostatnio polubiła, Elka też, a Adelka polubi jak spróbuje. Miła pani stojąca za ladą w gustownym fartuszku zaproponowała również pyszne ciasteczka na babski wieczór, nie za słodkie, takie akurat w sam raz.

Adelka przyszła i została wymasowana, a Elki ani śladu. Kasia dzwoniła kilka razy, wreszcie Elżbieta podniosła słuchawkę.

– Źle się przy was czuję, od razu mam ochotę płakać – odpowiedziała na zaproszenie Kasi głosem, w którym słychać było łzy.

– Przyjdź Elcia, nie będę gderać, naprawdę – przekonywała zaniepokojona Kasia.

– Ile czasu mogę się czuć jak idiotka? Tak na mnie działacie, że chce mi tylko płakać – ryczała do telefonu.

– To normalna reakcja – tłumaczyła Kasia starając się zachować spokój. – Wpadłaś w dołek ale wyjdziesz z tego, tylko musisz sama chcieć.

– Znowu jesteś mądrzejsza i pouczasz mnie – krzyknęła Elżbieta.

– Nie! – Kasia nieco podniosła głos. – Nie pouczam cię. Wiem co czujesz, bo sama przez to przeszłam.

– Wątpię.

– Przerabiałam to nie jeden raz.

– Przestańcie mnie bez przerwy pouczać! Wiem, że jesteście lepsze ode mnie! Nie musicie mi tego udowadniać na każdym kroku! Wszyscy są ode mnie lepsi! We wszystkim! Mirek mi to zawsze powtarzał i miał rację!

– Elka, co ty pleciesz? Uspokój się dziewczyno.

– Nie chcę was słuchać – Elżbieta rzuciła słuchawką.

Kasia spojrzała bezradnie na Adelkę.

– No i co teraz? – spytała wieszając telefon na haczyku wbitym we framugę kuchennych drzwi.

– Nie wiem. To zupełnie nienormalne z jej strony, ona się tak nie zachowuje – powiedziała zaniepokojona Adelka. – Coś się musiało stać. Poczekajmy chwilę spokojnie, a potem spróbujemy się z nią jakoś porozumieć.

Nie były w stanie zająć uwagi ani serialem, ani bieżącymi wiadomościami, które wiecznie sprowadzały się do tego samego czyli afer i coraz nowych  komisji śledczych, ani  żadnym innym programem.

Adelka wysłała Eli sms. Nic, żadnej reakcji. Zadzwoniła na komórkę – dalej nic. Wreszcie zadzwoniła na telefon stacjonarny. Po długiej chwili odezwał się Mirek. Poprosiła Elżbietę.

– Ona nie chce z panią  rozmawiać  – powiedział i rozłączył się.

Oczami wyobraźni widziały przyjaciółkę uduszoną albo leżącą w kałuży krwi. Zastanawiały się czy dzwonić po pogotowie, czy po policję. Adelka zrobiła jeszcze jedną próbę. Tym razem też odebrał Mirek.

– Co jej pan zrobił? – krzyknęła.

– Może i coś zrobiłem – zaśmiał się dziwnie i rzucił znowu słuchawką.

– Tam coś się musiało stać – przerażona Adelka  spojrzała na Kasię.

– Poczekaj, ja jeszcze spróbuję…

Po długim, pełnym napięcia czasie usłyszała słaby głos przyjaciółki.

– Coś się stało? – spytała z ulgą, bo przecież niewątpliwie Elka odzywała się z tego, a nie z tamtego świata.

– Nie – słychać wyraźnie łzy w głosie.

– Coś z dziećmi?

– Nie.

– Mirek ci coś zrobił?

– Nie.

– Mogę ci pomóc?

– Nie.

– Potrzebujesz czegoś?

– Nie – rozległ się trzask rzuconej słuchawki.

Kasia stała przez chwilę nieruchomo. Adelka się rozzłościła.

– Nie  będę do niej więcej dzwonić! Nie chce się ze mną zadawać, to nie! Bez łaski. Z jakiej racji ja mam się przez nią tak denerwować a ona ma mnie głęboko gdzieś?!

– Cicho, uspokój się – Kasia bezsilnie opadła na krzesło. – Bądź chociaż ty normalna. Ona jest chora, w ciężkim stanie, potrzebuje pomocy chociaż się zapiera. Rozumiem ją jak nikt na świecie. Wiesz, jeśli ktoś nie ma za sobą podobnych przeżyć, ciężko mu pojąć w czym rzecz. A ty chociaż jedno weź pod uwagę: nie wolno, po prostu nie wolno zmarnować przeszło  dwudziestoletniej przyjaźni przez głupie nieporozumienie. Elka potrzebuje nas i pomocy bardziej niż kiedykolwiek. Jest w fatalnym stanie.

– Może i masz rację, nawet na pewno ją masz, poniosło mnie. Ale jestem wkurzona ilekroć pomyślę jak można się do takiego stanu doprowadzić – wzburzona Adelka z impetem postawiła szklankę na stole wychlapując częściowo zawartość.

– Można, można. Osoba stosująca przemoc w rodzinie potrafi omotać swą ofiarę do tego stopnia, że nią manipuluje według własnej woli i niechęć otoczenia spada na ofiarę właśnie, a nie na oprawcę.

– Na szczęście tego nie doświadczyłam.

– Faktycznie na szczęście.

Kasia podjęła jeszcze jedną próbę. Wysłała Elżbiecie sms z wiadomością : przychodź, czekamy na ciebie. Jest Dzień Kobiet.

Po jakimś czasie odezwał się domofon. To była Elżbieta. Zmaltretowana psychicznie, blada, ledwo żywa, wyglądająca jak cień samej siebie.

– Przyszedł pijany. Przypomniał sobie nagle Sarę i zaczął mi wmawiać, że to ja ją zabiłam, że przeze mnie zginęła. A czy to moja wina, że ona miała wypadek? Owszem, chciałam, żeby zniknęła z naszego życia, ale jej nie zabiłam!

– Nie becz – przytuliła Kasia przyjaciółkę. – Takie widocznie było przeznaczenie. Tego nie przewidzisz i nie zmienisz. Żadna twoja wina. I niech cię tym Mirek nie obciąża, bo jeśli ktoś jest winien, to tylko on. Mężczyzna żonaty i dzieciaty nie powinien zawracać w głowach młodym dziewczynom, bo nic dobrego z tego nie wynika. Wielki mi playboy, cholera jasna, oszust, sportowiec od siedmiu boleści. I tyle.

– Od tego wypadku Mirek był dla nas stracony. Mnie jeszcze częściej wyzywał od nieuków, zer, wpędzał w coraz gorsze kompleksy twierdząc, że do niczego się nie nadaję i do niczego w życiu nie dojdę. Dzieci go nie obchodziły. Nie brał pod uwagę co dla nich dobre, co nie. Robił mi na złość, jakby to było jedynym celem jego życia…

– Fakt, przypominam sobie, że kiedy jeszcze chodziliście razem na sąsiedzkie imprezy, robił co mógł, żeby ci dokuczyć i czekał na twoją reakcję – wtrąciła Kasia.

– Kiedy nikogo nie ma w domu straszy, że i tak mnie zabije. Ileż to razy przychodziłam do ciebie z płaczem i bałam się wrócić do domu!

– To dlatego… – warknęła Kasia przez zaciśnięte zęby.

– Ile razy zdemolował mieszkanie! A kto porozbijał szyby w drzwiach? Kto pomazał ściany, które świeżo pomalowałam? Kto  wyrwał dzwonek z przewodami przy drzwiach wejściowych? – skarżyła się dalej roztrzęsiona Ela. – Rozmyślnie psuje, ale niczego nie naprawi. Nie daje pieniędzy na dom, ale wyżera całą zawartość lodówki i nie obchodzi go czy dzieci jadły. O sobie nie wspomnę. Wyjeżdża i  nie wiem gdzie jest ani kiedy wróci. A papier toaletowy trzyma w swoim pokoju i z rolką idzie do klopa, żeby mu ktoś nie użył. Z samochodu nie da skorzystać, choć jest wspólny… – płacz stłumił dalsze słowa.

– Słuchaj – bardzo poważnie powiedziała Kasia, – widzę, że przyszedł czas na spojrzenie prawdzie w oczy. Czy nie widzisz, że mamy do czynienia z bardzo typowym przykładem przemocy w rodzinie? Nie wierzysz?

Elżbieta pokręciła przecząco głową.

– Mirek ma rację. To ja jestem do niczego, do niczego się nie nadaję, do niczego nie dojdę, niczego nie potrafię…

– Dziewczyno, przestań powtarzać takie bzdury! Ile razy jeszcze będziesz uciekać z domu? Ile jeszcze czasu musi minąć, żebyś przestała dać sobą poniewierać? Choroba jasna, ciągle mam się tobą  denerwować? Zrób coś wreszcie dla siebie! – Adelce puściły nerwy.

Elżbieta podniosła się z krzesła ocierając łzy ciurkiem płynące po twarzy.

– Przepraszam, że wam zawracam głowę, pójdę już i przestanę.

– Siadajże, do cholery, zacznij wreszcie myśleć – Kasia prawie siłą posadziła ją na krześle. – Nie po to mówimy, żebyś się od nas odczepiła, ale żebyś się otrząsnęła i oprzytomniała. Ty jesteś jedynie typowym przykładem ofiary, żadnym wyjątkiem. Poczekaj, zaraz ci to udowodnię.

Włączyła komputer, odszukała w internecie odpowiednią stronę.

– Siadaj i czytaj. Głośno! – rozkazała tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Ela posłusznie wykonała polecenie. Czytała kręcąc głowa z niedowierzaniem.

– Wiem, że na Meander jest poradnia AA – powiedziała Kasia. – Może tam się udać po pomoc?

– Nikt mi nie pomoże – Elżbieta wyglądała na osobę pogrążoną we własnym mrocznym wnętrzu do tego stopnia, że nic ze świata istniejącego obok nie mogło do niej dotrzeć.

– Nie zaszkodzi pójść, sama tam byłam ..

– Ty? – obydwie jednocześnie spojrzały ze zdziwieniem na Kasię.

– Tak, jeszcze za Jerzego. Szukałam  jakiegoś wyjścia z sytuacji. Oczywiście musiałam przy okazji zrobić z siebie idiotkę, jakżeby inaczej – zachichotała.- Nie mogłam znaleźć wejścia i zapytałam dwie idące razem kobiety gdzie jest poradnia dla  osób uzależnionych. Ze zdenerwowania zaczął  mi się plątać język i jeszcze się potknęłam! One na pewno były przekonane, że jestem pijana. Wyobrażacie sobie jak się czułam? W poradni powiedzieli, że osoba uzależniona  musi sama chcieć coś ze sobą zrobić, żeby można było jej pomóc. Natomiast ja, jako członek rodziny czyli osoba współuzależniona, mogę się do nich zwrócić w każdej chwili, jeśli tylko odczuję taką potrzebę. Czekajcie, sprawdzę kiedy czynne – Kasia kliknęła myszką i po chwili stwierdziła: – jeszcze czynne. Idziemy?

– Nie, nie wiem, może kiedyś… –  bąkała Ela.

– Możesz zadzwonić do telefonu zaufania i poprosić o radę co masz dalej zrobić. Tam też powinni cię skierować pod odpowiedni adres. Decyduj.

Elżbieta zbladła, wyglądała jakby miała za chwilę w trybie natychmiastowym przenieść się na drugi świat.

– Teraz – Kasia była nieubłagana. – Nie ma tak. Albo dzwonisz albo idziemy do poradni. Wreszcie ktoś ci musi powiedzieć co powinnaś z tym fantem zrobić. Kobieto! Opamiętaj się wreszcie! Nie można dłużej żyć w taki sposób!

– No właśnie – dorzuciła Adelka. – Mogłabyś i nas wziąć pod uwagę. My się denerwujemy, martwimy się o ciebie … nie przerywaj, wiem co powiesz…że nikt nam nie każe…

– Słuchaj, czy najważniejsze jest dla ciebie co ludzie powiedzą? Jakie to ma znaczenie? Co cię to w gruncie rzeczy obchodzi? Czy podniesie się twoja samoocena jeśli masz świadomość, że sąsiadka zza ściany i tak cię będzie obgadywać za plecami bez względu na to, co tobie powie w oczy? Czy od tego przybędzie ci pieniędzy, albo może ona przyniesie chleb, gdy ci go zabraknie? Chcąc zadowolić wszystkich, nikomu nie dogodzisz. I jeszcze sama na siebie będziesz patrzeć z obrzydzeniem – Kasia była wzburzona.

– ” Przyjaźń swoje prawa ma” – zacytowała  Adelka słowa piosenki. – Więc dlatego jeszcze raz ci otwarcie mówię, albo decydujesz się na podjęcie walki, albo więcej nie płacz i nie rób cyrków. Jeśli ci to odpowiada, proszę bardzo. Tylko więcej nie narzekaj, że ci źle. Nie rycz, nie wciągaj mnie w nocne awantury, nie skarż, że boisz się wrócić do domu, bo ja też jestem wykończona. To jak? Idziemy?- stanęła nad krzesłem Eli.

– Idziemy – podniosła się zrezygnowana Elżbieta.

Poszły we trójkę. Niestety, okazało się, że informacje w internecie nie zostały uaktualnione i właśnie tego dnia ośrodek był czynny do osiemnastej a nie do dwudziestej. Wszelako wielkim niewątpliwie zwycięstwem była solenna obietnica Elżbiety, że wybierze się do psychologa następnego dnia.

– Jutro muszę jechać do taty, więc nie będę mogła ci towarzyszyć. Ale ty masz iść, słyszysz? Elka!- Kasia spojrzała groźnie .

– Pójdę – obiecała Ela.

5.12.2017

  • e.urlik Świetne masz te opowieści. Jakby same ci się pisały. Powinnaś wydać, serio.
  • annazadroza Ewo:-) „Pasma życia” to najnowsze moje „dzieło”, skąd się wzięło jest w wpisie z 8.XI. pt. „Zapraszam na Ursynów oraz do Szczawnicy”. Przewijają się też osoby z poprzednich części ursynowskiej sagi, czyli z „Wejścia w światło” (Linia, W-wa 1995), z „Po co wróciłaś Agato” ( poszło w całości na blogu), część trzecia – „Widocznie tak miało być” jest na tapecie… raczej powinna być, bo Calineczka niespodziewanie się pojawiła i zabrała wolne chwile. A ile radości i szczęścia daje w zamian… książeczki jej się podobają!!! Jak jest w reklamie? Mała książeczka – duży człowiek?
    W każdym razie na pewno skończę. Chciałabym wydać, pewnie, ale dzięki m.in. okolicznościom zewnętrznym taka opcja odpada. Wewnętrzne zaś też są – już ich chyba nie przełamię. Nooo, chyba, że stanie się cud:)))
  • e.urlik Te okoliczności zewnętrzne… co to jest? Masz talent, opowieści płyną jak Wołga, wymyśl następną, już nie na bloga. Pomyśl jaka satysfakcja! Obiecaj, że pomyślisz 🙂
  • annazadroza Ewo:-) Bo one się same piszą;-) Czasem bohaterki mną rządzą a nie odwrotnie.
    A myśleć to ja mogę i na tym się skończy, choć – podobno myślenie ma przyszłość:)))
  • irsila Już sądziłam, że to własne życie opisujesz,
    tylko imiona zmieniasz.
    Masz talent do pisania, o tak.
  • annazadroza Irsila:-) Dziękuję Ci za dobre słowo:) Baaardzo się cieszę, że się podoba moje pisanie, to radość i motywacja, by nie przestać i pisać dalej dla kochanych czytelniczek. Dzięki:)))
  • irsila Tyle, że ja coraz mniej czytam,
    ze względu na oczy.
    Książek nie czytam już wcale
    Na słuchanie radia się przerzuciłam.
    Nie ma jak żywe słowo.
  • annazadroza irsila:-) Oczy należy oszczędzać a mały druk trudno się czyta. Lecz taki spory na blogu to jeszcze da radę:)
    Żywe słowo jest po prostu „żywe”, dobrze mieć z nim kontakt.

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Kotleciki jaglane

Odpowiadam na zamówienie Jesiennejdziewczyny:)))

Tak robiłam krok po kroku kotlety w sobotę. Najpierw ugotowałam kaszę jaglaną ze solą, pieprzem, oregano i
lubczykiem. Przedtem dawałam zamiast wymienionych dodatków kostkę grzybową Winiar. Tym razem nie, bo Mały nie chciał, podobno jakieś ślady po rybie tam są i dlatego. No to jeszcze raz:)

1/ ugotować kaszę jaglaną (1 szkl. kaszy na 2,5 szkl. wody) z kostką rosołową albo grzybową, odstawić do
ostudzenia,

2/ pieczarki zetrzeć na dużych oczkach i podsmażyć na odrobinie np. masła klarowanego albo oleju,

3/ pokroić w drobną kosteczkę cebulę, im więcej tym lepiej,

4/ utrzeć trochę sera żółtego albo tofu też na grubych oczkach – ostatnio dodałam jedno i drugie,

5/ sporego surowego ziemniaka utrzeć na drobniejszych oczkach,

6/ wszystko razem dobrze wymieszać i doprawić do smaku – solą, pieprzem, np. sosem sojowym, czosnkiem granulowanym i czym kto chce, trzeba próbować, żeby smak odpowiadał,

7/ dodać jajko, bułkę tartą – ile trzeba dla odpowiedniej konsystencji, można trochę otrąb albo mąki, żeby
się dało formować kotleciki,

8/ „utytłać” kotleciki  w bułce tartej, jak normalne mielone i usmażyć na oleju, trochę pryskają podczas smażenia, ale da się wytrzymać 🙂
Jeśli chodzi o proporcje składników – to jest zawsze wielka improwizacja, ile mam tyle daję i próbuję, żeby było zjadliwe.

Kotleciki dobrze smakują z ostrą surówką np. z kiszonej kapusty. Aha, jeszcze zrobiłam sos chrzanowy,  można polać kotlety albo ziemniaki.

Chyba o niczym nie zapomniałam:))) Mam nadzieję, że się udadzą i zostaną zjedzone

4.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

Ważne, że smakowało

Już po weekendzie. Rano otworzyłam oczy i zobaczyłam biały, czysty świat. Trochę mrozu sprawiło, że kałuże zamarzły. Potem pewnie zrobi się plucha, kiedy śnieg zacznie topnieć, lecz na razie jest ślicznie:)
Sobotę spędziłam głównie w kuchni. Narobiłam się, ale jaka byłam zadowolona i dumna z siebie, że ho ho! I jeszcze jestem:) Mały z rodzinką miał przyjechać w niedzielę, więc się starałam przygotować dzieciom coś dobrego. Tym bardziej się starałam, że z Dużym mam teraz częstszy kontakt niż z Małym ze względu na
Calineczkę i moje bywanie u nich przynajmniej dwa razy w tygodniu. No więc moje starania wyglądały następująco  -zacznę od deseru-  upiekłam dwa murzynki. Jednego dla Małego, drugiego do domu. Dobrze zrobiłam, bo znajomi zrobili miłą niespodziankę wpadając na chwilę jeszcze przed dzieciakami i miałam ich czym przyjąć. Poza tym przygotowałam deser serowy na herbatnikach. Ponieważ się chłodno zrobiło, mógł nockę spędzić na balkonie, bo w lodówce mało miejsca. Usmażyłam kotlety jaglane z dodatkiem pieczarek, cebuli, tofu, sera żółtego i amarantusa, naprawdę smaczne wyszły. Policzyłam, dokładnie 33 sztuki. Dla nie-wegetarian był gulasz z kurczaka. Zdawać by się mogło, że to wcale nie tak dużo, bo surówki robiłam już w niedzielę. Jednak, żeby usmażyć kotlety, trzeba najpierw składniki przygotować, czyli zetrzeć na tarce i udusić pieczarki, pokroić drobniutko cebulę, ugotować kaszę i takie tam inne przygotowawcze czynności wykonać. Aha, zapomniałam, jeszcze naleśniki na wynos usmażyłam. Jeśli dołożyć ugotowanie obiadu, dwa wyjścia z psami (bo trzecie załatwił Mąż samodzielnie), zakupy – czas się skurczył i sobota przeminęła. A w ogóle ten czas pędzi jak zwariowany.Najważniejsze, że smakowało i, że zobaczyłam Małego i jego dwie śliczne dziewczyny:)))

  • veanka Fakt, czas pędzi jak zwariowany, a w grudniu prawdopodobnie jeszcze przyspieszy;).
  • annazadroza veanka:-) Jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie umykał, jak teraz. Może dlatego, że w sumie już z górki?
  • kobietawbarwachjesieni Daj dokładny przepis na te wegetariańskie kotlety, taki krok po kroku. Chętnie je zrobię. Wkrótce będę miała spotkanie koleżeńskie, to moich gości zaskoczę czymś nowym. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Jesienna:-) Już, starałam się dokładnie:)))

4.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 8

Agnieszka była dziewczyną bardzo kontaktową, mądrą, świetną studentką. Poznali się z Łukaszem w klubie sportowym i zapałali do siebie wzajemnie gorącym uczuciem. Stanowili bardzo ładną, dobraną parę.  Właśnie przyszli do matki na obiad. Kasia patrząc na nich z rozczuleniem przypomniała sobie rozmowę sprzed roku.

– Słuchajcie, czy wy kiedykolwiek macie zamiar wziąć ślub? – spytała wtedy Łukasza. – Może byś się zdecydował póki panna jeszcze młoda, co?

– No właśnie – Agnieszka zrobiła smutną minkę. – On tak mówi ogólnie, ale o żadnych konkretach nie wspomina.

– A właśnie, że tak! – Łukasz spojrzał zakochanymi oczami na śliczną dziewczynę.

– Co: tak? – rzuciła mu spojrzenie spod długich rzęs.

– Właśnie, że myślę o konkretach.

– Ale nie mówisz!

– Bo najpierw chciałem je z tobą ustalić, żeby potem o nich mówić – wyjaśnił.

– Chyba, że tak – przytuliła się do Łukasza odrzucając na plecy długie, ciemnokasztanowe włosy.

– A czy będziecie łaskawi poinformować mnie o tych konkretach? – spytała Kasia. – Chciałabym wiedzieć co mnie czeka w najbliższej przyszłości. Wiecie, że nie znoszę niespodzianek. Do wszystkiego lubię być przygotowana.

– Do niczego nie musisz być przygotowana – oświadczył poważnie Łukasz. – Już ci mówiłem, że na moim weselu ty będziesz honorowym gościem.

– Dzięki syneczku – w oczach Kasi pojawiły się łzy rozczulenia.

Była bardzo dumna ze swoich chłopców  Obaj piękni, bo młodość jest zawsze piękna, przystojni, choć każdy prezentował inny typ urody. Łukasz ze swoim wzrostem prawie dwóch metrów widoczny zawsze z daleka, wysportowany, miał jasną cerę matki i jej szarozielone oczy. Kamil ciemne włosy, śniadą cerę i brązowe oczy  odziedziczył po ojcu. Za to z charakterami było akurat odwrotnie. Łukasz po ojcu przejął brak oporów, zahamowań w kontaktach, pewność siebie i pewną przebojowość ułatwiającą życie. Kamil – jak matka – nie lubił dużo mówić, wolał coś robić w milczeniu, najlepiej sam, nie znosił żadnej zależności od kogokolwiek, żadnej podległości, najchętniej sam sobie był „sterem, żeglarzem, okrętem”. Kasia z rozczuleniem patrzyła na obu.  Chwilami zastanawiała się jak to możliwe, żeby tacy wspaniali mężczyźni byli jej małymi synkami… Nie poszły na marne  wszystkie jej wysiłki, nieprzespane noce wypełnione czekaniem, myślami, planowaniem,  stresami przed wywiadówkami, przed pierwszymi randkami… Przeszłe chwile owocowały teraz na każdym kroku. Cieszyła się miłością synów, wiedziała, że może na nich liczyć teraz i w przyszłości, a oni  zdawali sobie sprawę, że są dla matki istotami najważniejszymi na całym świecie. Nie przewróciło im to w głowach, odpowiadali uczuciem na uczucie. Otrzymali uczucie matczyne bezinteresowne, niewymagające, bezgraniczne. Nauczyli się okazywać takie samo. Kasia cieszyła się, że będą potrafili innym przekazać bogactwo, które nie może się z niczym innym równać,  swoim partnerkom, potem dzieciom. Ona musiała nauczyć się okazywać miłość, z  dzieciństwa wyniosła  jedynie głębokie skrywanie swoich przeżyć, przemyśleń, uczuć. Otwartości na świat i ludzi uczyła się od podstaw. Umiejętności komunikowania się z rówieśnikami także nie nabyła w dzieciństwie, bo dopóki nie poszła do szkoły zawsze była sama ze sobą albo z dziadkami, nie przychodziły do niej żadne koleżanki, nikt nie miał wstępu na podwórko, bramka była zamknięta na klucz. Dopiero niedawno zdała sobie z tego sprawę. Nareszcie przestała siebie winić za zło całego świata i mieć pretensję za to, że nie lubiła licznego, hałaśliwego  towarzystwa, ale ciszę i spokój, i tolerowała dłuższą obecność zaledwie kilku wybranych osób.

Łukasz i Agnieszka ustalili termin ślubu. Musieli sporo natrudzić się, żeby zdążyć z załatwieniem wszelkich  formalności.

Kasia postanowiła, że dwie ulubione ciocie i wujek mieszkający na stałe w Krakowie zatrzymają się u taty, bo tam jest dużo miejsca. Zostaną kilka dni dłużej, pochodzą po Warszawie, jednym słowem zrobią sobie rodzinny urlop. Ojciec nie wyrażał sprzeciwu, ochoczo włączył się w przygotowania do uroczystości. Kasia wreszcie mogła wziąć się za dokładne sprzątanie mieszkania taty, bo do tej pory nie pozwolił  jej ruszyć niczego poza kuchnią. Mówił, że sam wszystko zrobi, tylko się trochę rozejrzy i przyzwyczai do nowej sytuacji. Kasia wciąż była przekonana, że chodzi mu  o wyprowadzenie się Marka z rodziną do własnego domu i przyzwyczajenie się do mieszkania bez nich. Pod pretekstem przygotowania miejsca do spania dla rodzinki ruszyła dosłownie wszystko łącznie z meblami.  Wtedy jej oczom ukazały się pełne torby, mnóstwo reklamówek wypełnionych brudną bielizną osobistą i pościelową, koszulami, skarpetami, a wszystko tonęło pod kilogramami gazet codziennych, tygodników, miesięczników i książek.  Miała wrażenie, że znalazła się nagle w stajni Augiasza. Jak się do tego zabrać, jak uporządkować coś takiego? Wyprała  rzeczy, które się do prania nadawały, resztę wyrzuciła. Stosy gazet wyniosła do pojemnika na makulaturę. Poukładała w szafie wyprane i wyprasowane rzeczy. Zorientowała się przy tym, że ojciec przestał używać pralki, jakby zapomniał do czego ów przedmiot służy.

– Nie męcz się córciu – mówił,  – ja to upiorę jak pojedziesz do domu.

Po czym niczego nie ruszał, twierdził, że nie miał głowy do drobiazgów, bo robił co innego, ale nie potrafił powiedzieć co. Irytował się też częściej niż kiedykolwiek właściwie nie wiadomo z jakich powodów.

Wreszcie nadszedł dzień poprzedzający ślub. Kasia co chwilę ocierała oczy z łez wzruszenia i rozczulenia. Wieczorem obaj chłopcy przyszli do jej pokoiku z trzema puszkami piwa i oznajmili, że robią wieczór kawalerski. Kasia nie nadążała wycierać łez. Zapuchnięta, zasmarkana przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Zrobili jej zdjęcie, ale zdążyła podrzeć odbitkę zanim ktoś obcy zobaczył. Widziała wyraźnie, że Łukasz jest szczęśliwy, a zdrowy rozsądek młodych dawał nadzieję na dobrą przyszłość. Bardzo się cieszyła, że trafił na odpowiednią kobietę, oby na całe życie….ale… to jej synek!!! Teraz będzie go rzadko widywała, nie będzie z nią kochanego słoneczka. Kto będzie rozśmieszał cały dom? Ona i Kamil to dwa snujące się smutasy. Co zrobią bez Łukasza? On wnosi sobą tyle radości,  uśmiechu i optymizmu! Co teraz będzie?

Płakała w nocy, płakała w kościele podczas ceremonii, nie była w stanie zapanować nad łzami płynącymi całkowicie bez jej zgody. Do momentu, kiedy na podeszwach butów klęczącego przed ołtarzem  syna zobaczyła metki. Żadne z nich nie pomyślało o ich odklejeniu! Cóż, buty były przecież nowiuteńkie. Przestała płakać, dostała  nieopanowanego ataku śmiechu i wreszcie zaczęła się zachowywać jak normalny człowiek.

Nie tylko buty były nowe. O ubraniu nie ma co wspominać, wiadomo, Łukasz wyglądał jak książę z bajki w jasnym garniturze. Kasia przed ślubem przygotowała młodym praktyczną ślubną wyprawę, starając się zgromadzić wszystkie najpotrzebniejsze w gospodarstwie domowym rzeczy tak, by niczego im od pierwszego dnia nie brakowało. Potem mieli je sobie spokojnie uzupełniać w miarę przybywania potrzeb i zwiększania się stażu małżeńskiego. Zamieszkali w małej kawalerce po prababci, czyli byli sami ze sobą od dnia ślubu, bez osób trzecich, o czym kiedyś Kasia nawet nie mogła pomarzyć.

– Hop hop, mamo, jesteśmy tutaj, wróć do nas – dotarły do niej głosy Agnieszki i obu chłopców.

– Tak się zamyśliłam, że zapomniałam o rzeczywistości – Kasia już oprzytomniała.

– A o czym myślałaś? – dopytywał się Łukasz. – Może miałaś proroczą wizję?

– Raczej nie, przewijały mi się przed oczami obrazy z waszego ślubu i różnych sytuacji towarzyszących – uśmiechnęła się do dzieci.

– A ja myślałem, że znowu nas będziesz dręczyć żelaznym zestawem pytań – droczył się z matką Łukasz przytulając żonę.

Żelazny zestaw to pytania o studia i o dziecko, czy już mają jakiś pogląd na ten temat.

– Nie chcę być taka męcząca i upierdliwa jak prawdziwa przysłowiowa teściowa z dowcipów – wyjaśniła Kasia.

– Cóż, skoro nie pytasz, nie dostaniesz odpowiedzi …

Kasia spojrzała czujnie na roześmiane twarze młodych małżonków i coś jej podpowiedziało w duszy, że to nie są zwyczajne miny…

– Czyżbyście mieli zamiar mnie poinformować, że zostanę babcią?

– Skąd wiesz? – spytali jednocześnie.

– Juhuuu ! – wydała Kasia indiański okrzyk. – Będę babcią! Ale jaja!

– Mamo, przecież babciom nie wypada się tak zachowywać, więcej stateczności – odezwał się Kamil odsuwając się od matki na bezpieczną odległość.

– Och, ty gadzie, jak cię strzelę w łepetynę, to cię twoja obecna dziewczyna nie pozna – rzuciła w młodsze dziecko ozdobną poduszką wziętą z tapczanu.

Kamil się zasłonił, poduszka upadła na stół zrzucając na podłogę dwie szklanki.

– No i kto ma rację? – zapytał Kamil. – Gdybym to ja zrobił, oberwałbym na sto procent za stłuczenie szklanek.

– I tak oberwiesz, a te szklanki się nie tłuką, bo są z arcorocu czy z czegoś takiego.

1.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz