Słoneczka jak najwięcej

Chciałam koleżankom wpisać komentarze, ale coś dziwnego się robi i nie mogłam. Poczekam, może się uda potem.
Moje drogie prywatne koleżanki wysyłają mi sms-y, bo nie mogą się odważyć pisać na blogu. Dziewczyny, piszcie, nie bójcie się! Na początku też się bałam, tym bardziej, że do osób całkiem nieznanych mi osobiście przecież, nie wiedziałam jak się odezwać, że może się obrażą, może coś powiem głupiego, albo nie tak jak powinnam itp., itd. Potem mi się samo pomyślało, że skoro jesteśmy razem na bloxie to jakbyśmy w jednej klasie czy grupie wszyscy byli i od tego czasu nie mam żadnych oporów. Mało tego, czuję się jak w gronie przyjaciół, choć to dopiero 9 miesięcy mojego bycia tutaj 🙂 Tak więc piszcie, bo wielką frajdą jest czytać wieści od znajomych:))) I mieć świadomość, że czytają:)
Dziś minusowa temperatura przywitała nas, z samego rana było minus jeden. Szron na trawnikach, ostre powietrze, świeże i przyjemne bardzo, bo bez wiatru. Dobrze, że w ogródku uprzątnęliśmy w sobotę resztę liści i uschniętych roślin, pozbieraliśmy krzesła – jednym słowem – sezon zamknięty. Teraz oby do wiosny.

Nie lubię poniedziałku – szczególnie, że trzecia wyprawa do przychodni czeka, ale cóż, bierzmy byka za rogi i do przodu. Słoneczko świeci i życzę Wam wszystkim tego słoneczka jak najwięcej:)))

27.11.2017

  • nie-okrzesana Czasem, się nie pisze gdy nie ma się po prostu nic do powiedzenia. Czasem piszę a potem kasuję bo leci banałem.
  • babciabezmohera Rozumiem Twoją radość, bo dla mnie blogowanie też jest ważne a piszę już ładnych parę lat. To droga do nowych znajomości, czasem przyjaźni…
    I nie jest istotne, czy piszę banały . Piszę, bo mam taką potrzebę- i tyle.
    A sezonu jeszcze nie zamknęłam, bo wciąż trzeba podmiatać opadające liście / tak jakby nie mogły się zdecydować w jednym czasie…;( /.
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Z komentarzami tez tak mam, czasem napiszę i skasuję a czasem samo znika i nie da się wysłać, wtedy uważam, że widocznie głupie było. Natomiast usiłuję ośmielić moje koleżanki z realu, żeby się nie bały odezwać, choćby uśmieszek na początek puścić. Kochane są dziewczyny, ale piszą tylko smsy na komórkę, albo dzwonią. Dobrze wiem, że czasem trudno zrobić pierwszy krok.
  • annazadroza BBM:-) Bycie tutaj, w sensie na blogu, sprawia mi naprawdę dużo radości, nie przypuszczałabym wcześniej, że aż tak dużo. Poznawanie myśli, przeżyć ludzkich poprzez czytanie bezpośrednio „u źródła” wzbogaca mnie samą, daje rady, wskazówki, poczucie wspólnoty m.in. poglądów. A możliwość wypuszczenia z szuflady moich bohaterek – bezcenna:))) Zaś świadomość, że przynajmniej kilku osobom się podoba spotkanie z nimi – jeszcze bardziej:))) Dziękuję i pozdrawiam serdecznie:)))
  • kolewoczy Moi znajomi z realu nie wiedzą o blogu. To jednak inna forma kontaktu. Nie chcę, by się mieszały. Nie lubię, gdy na blogu robi się kółko przyjacielskie wspólnie pojące herbatkę, tworzy się krąg zamknięty i nie jest to już blog dla wszystkich, także dla osób postronnych. Obserwuję to na kilku blogach, że w tym kierunku to zmierza.
  • Gość: [ciotkaeliza] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Ja na blogu może niezbyt regularnie, ale lubię być. Z tym ,,uciekaniem,, tekstu ja mam podobnie co jakiś czas mnie wyloguje i już, teraz opanowałam sposób taki że jak napiszę kilka zdań to klikam w ,,zapis roboczy,, i piszę dalej, a jak się wpisuje TAGI to trzeba po wpisaniu poczekać jak sam tekst wyskoczy i zaznaczyć. Ale się tu wymądrzam, jeszcze ktoś pomyśli że się znam na tym.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jeśli komuś potrzebne „kółko herbaciane” to czemu nie ma go mieć? Mój blog nie jest anonimowy, jak na wstępie mówiłam – chciałam tylko, żeby moje „dyrdymałki” nie umarły wraz ze mną, ale niespodziewanie odkryłam jaką radość i przyjemność sprawia mi kontakt z innymi w tej właśnie formie, nie tylko pisanie ale i czytanie. Nie opowiadam wszem i wobec, że piszę, wiedzą tylko bliscy znajomi. Ale się nie kryję, jeśli ktoś chce, to znajdzie. Lubię tu być:)))
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Pewnie, że się znasz. Ja nie potrafię nawet kategorii nowej utworzyć, bo Duży nie ma kiedy pokazać mi jak to się robi. Więc „Pasma…” lecą na razie bez przydziału. Kiedyś uzupełnię. A żeby tekst nie znikał, znalazłam taki sposób, że piszę w notatniku, a potem przenoszę skopiowane. Tym sposobem nawet kilkakrotne znikanie nie kasuje mi tekstu, bo jest do ponownego skopiowania. Czasu tylko więcej zajmuje, ale cóż, coś za coś:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

I znowu…

I znowu łańcuch światła w obronie sądów… I znowu jedno słowo oznacza zupełnie co innego dla każdego z dwóch plemion zamieszkujących mój kraj… I znowu światło przeciwko ciemności… I znowu wyraz desperacji zatroskanych obywateli, którzy przychodzą sami, nikt ich autokarami za pieniądze nie przywozi… I wielki żal, że wrócił Adrian, choć miał niepowtarzalną szansę zatarcia poprzednich win… Przepadło… „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś…”

25.11.2017

  • e.urlik Totalnie się z tobą zgadzam. Mam nadzieję, że czytałaś mój wpis z 19.11., bo to moja odpowiedź na sytuację. I nie wiesz, jak się cieszę, że są tacy ludzie jak ty, którzy nie dali się omamić i którzy nie boją się protestować i rozumieją, czym jest demokracja i jak jest, kiedy jej nie ma. Mój (już były od tygodnia) weterynarz powiedział mi, że od 2 lat czuje się NARESZCIE dumny, że jest Polakiem. A ja od 2 lat wstydzę się, że jestem Polką. Dobrze, że jestem też nie-Polką.
    A z innej beczki: twoje pochwały mnie inspirują bardzo, ale szczególnych zdolności nie posiadam i proszę mnie o to nie posądzać. I jak się tak już wścieknę za niezasłużone pochwały, to ci jakąś łychę w niebieskie róże zrobię. Powiedz tylko, czy masz jakiś pomysł na jej dostarczenie? Całuski – Ewa
  • babciabezmohera Powiem Ci, że tłumy pod Pałacem znowu obudziły nadzieję…
  • annazadroza Ewo:-) Taki „dumny” weterynarz ma łuski na oczach, nigdy mu nie opadną, bo przyrosły. Niestety, to zaraźliwe i zaraza się rozprzestrzenia – wg. sondaży…
    Czytałam. Zgadzam się, ale ja nie umiałabym żyć gdzie indziej, tak mam, że najdłużej 2 tyg. wytrzymywałam poza krajem, taka skaza genetyczna widać. Pozostaje mi czekanie i nadzieja. „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki” – mówiło się kiedyś. Teraz wypadałoby dodać ciąg dalszy np.- dobre zmiany przetrzymamy,wszak praktyki dużo mamy…Innego pomysłu na razie nie mam.
    Masz zdolności i już :))) Nie zawracaj sobie mną głowy, ale twórz i pokazuj, bo radocha oglądać. Serdeczności mnóstwo:)))
  • annazadroza BBM:-) Tylko kiedy nadzieja może przybrać bardziej realną postać? Za 50 lat? Tłumy są traktowane pogardliwie, bo to przecież nie jest rasa panów lecz gorszy sort…
  • e.urlik Jak mam się tobą nie przejmować, skoro (nie obraź się, bo możesz myśleć inaczej) ty moja bratnia (siostrzyczkowa) dusza jesteś.
  • annazadroza Ewo:-) Siostrzyczkowa duszyczko:))) „Miło szaleć, kiedy czas po temu” więc szalej z pięknymi rzeczami i pokazuj, czyniąc świat piękniejszym:)
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 6

Niezwykle ciężką noc miała Elżbieta za sobą. Piątkowy wieczór przynosił zazwyczaj ulgę, zwolnienie tempa wraz z miłą perspektywą dwóch wolnych od pracy dni. Tym razem było inaczej. Zmęczenie wzięło górę i padła na wersalkę chcąc zdrzemnąć się pół godziny, lecz nie była w stanie podnieść się nawet po północy i spała dalej.  Niestety, sen nie przyniósł odpoczynku,  dręczyły ją koszmary. Przeżywała raz jeszcze chorobę matki, wspomnienia przeplatały się z obrazami, na których Mirek płynął łupiną orzecha do Szwecji, gdzie czekała na niego Sara. Potem nagle znalazła się przy grobie matki, a zza pomnika wyskoczyła Sara w czarnej woalce i białej ślubnej sukni. Elżbieta rzuciła się do ucieczki, a kochanka męża biegła za nią strzelając z procy zakrzywionymi gwoździami, które boleśnie ją raniły.  Wreszcie wpadła do rozkopanego grobu, w którym siedział Mirek z butelką wódki w ręce i bełkotał. Brr, co za horror.

Rano Robert oświadczył, że potrzebuje pieniędzy na bilet miesięczny i szkołę.

– Nie mam. Idź do ojca – powiedziała.

– Po co? On też powie, że nie ma. Zresztą nigdy nie macie – wzruszył ramionami.

– Robert, ja naprawdę w tej chwili nie mam. Muszę kupić coś do jedzenia na dwa dni, zrobić jakiś obiad, Rafał przyjdzie po południu.

– I dla niego będziesz miała, co? I jeszcze mu dasz wałówę do domu…

– Przecież nie ma pracy, szuka, więc co, ma umrzeć z głodu? Za co się utrzyma?

– To po co chciał mieszkać sam? Jakbyś wynajęła babci mieszkanie, to przynajmniej byłaby kasa.

– I w dalszym ciągu bezustannie kłócilibyście się? Czy nie lepiej układa się między wami  teraz, gdy twój brat jest daleko?  Gdy codziennie nie wchodzicie sobie w drogę?

– On zawsze miał lepiej – burknął.

– A on mówi to samo o tobie – westchnęła Elżbieta. – Jak mam was wreszcie pogodzić? Jak wam wytłumaczyć, że jesteście dla mnie obaj tak samo ważni? Najważniejsi na całym świecie!

Robert spojrzał na matkę spod oka.

– Muszę lecieć – mruknął.

Trzasnął drzwiami i tyle go widziała. Łzy popłynęły po policzkach.  Zresztą  teraz płakała z byle powodu. Nie mogła nad sobą zapanować. Co miała zrobić? Jak postępować, żeby  chłopcy wreszcie zrozumieli, że są braćmi, że na resztę życia są zdani na siebie, powinni być sobie wzajemnym wsparciem i pomocą? Co będzie jeśli jej się to nie uda?

Ela pracowała kiedyś w domu kultury prowadząc zajęcia plastyczne dla dzieci.  Sprawiało jej to przyjemność i satysfakcję. Chłopcy podrośli, potrzeby finansowe rodziny wzrosły, więc dołożyła kilka godzin zajęć plastycznych w szkole a następnie cały etat. Później łapała każdą okazję zarobienia dodatkowych pieniędzy, biorąc udział w akcjach typu zima czy lato w mieście  lub  jakichkolwiek innych dających możliwość  zdobycia kilku złotych. Robert i Rafał, ucząc się jeszcze w szkole podstawowej, jeździli  w czasie wakacji i ferii na obozy sportowe w towarzystwie dzieci wspólnych  znajomych Eli i Mirka  z okresu narzeczeństwa. Potem, gdy w miarę dorastania  dzieci zwiększała się ilość problemów, Mirek umył ręce, przestał synów zabierać ze sobą na zgrupowania, bo i po co mu był taki kłopot?

Elżbieta chciała chłopcom wynagrodzić brak zainteresowania ze strony ojca, więc rozpuściła ich – z czego dopiero po latach jasno zdała sobie sprawę i miała do siebie pretensję. Tak, musiała się do tego przyznać. Rafał chciał nosić tylko markowe ciuchy i uważał, że wszystko mu się należy, do matki zaś miał bezustanne pretensje o brak czegoś. Nie prosił ale żądał. Ojciec mówił, że nie ma – i na tym koniec. Reszta go nie obchodziła.  Ona – musiała zdobyć fundusze na jedzenie, na ubranie, na szkolne potrzeby. Pomagała jej mama, dopóki dopisywało zdrowie. Niestety, doznała wylewu i nie mogła dalej mieszkać sama. Elżbieta musiała zabrać matkę do siebie. Opiekowała się nią przez dwa lata.  W domu zrobiło się wtedy piekło. Mirek stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia, chłopcy wręcz tryskali do siebie nienawiścią zmuszeni do przebywania w jednym pokoju. Mama – unieruchomiona w łóżku, najczęściej nie zdająca sobie już sprawy gdzie jest i co robi, odmawiała jedzenia, kazała zamykać okno chociaż było zamknięte albo chciała przez nie wychodzić, co na szczęście nie udawało się, ponieważ bez pomocy się nie poruszała. Potrafiła jednak zatrzymywać na sobie uwagę córki na przykład domagając się zmiany pampersa akurat wtedy, gdy Ela musiała wychodzić do pracy. Kończyło się myciem i przebieraniem choć kilka chwil wcześniej sadzała staruszkę na basen. Od  dźwigania mamy bolał ją kręgosłup, często nie mogła sobie poradzić z przezwyciężeniem ciężaru ciała stosującego opór bezwładu.

Chłopcy chodzili własnymi ścieżkami. Uciekali z domu kiedy tylko mogli. Rafał  pojechał na rok do Stanów. Dobrze mu zrobił kubeł zimnej wody wylany na głowę, sprowadził  na ziemię chłopaka, do którego dotarło, że nie jest pępkiem świata  i nikt nie będzie się nad nim użalał, jeśli sam nie weźmie się w garść i nie dostosuje do zasad obowiązujących w świecie istniejącym na zewnątrz niego. Wreszcie – z dala od matki – zaczął dojrzewać.

Robert tymczasem zdał maturę i Ela odetchnęła. Nie było łatwo zmusić do chodzenia do szkoły indywidualistę nie znoszącego podporządkowywania się regułom grupy. Ale udało się. Teraz uczył się w pomaturalnym studium, tym samym, które ukończył młodszy syn Kasi, Kamil. Miała nadzieję, że chłopak pomału zacznie mądrzeć i przestanie patrzeć na świat jak na zbiór  krwiożerczych istot czekających na jego zgubę, a na ludzi – nie pod kątem ich materialnego bogactwa lecz prawdziwej wartości wypływającej z głębi duszy.

Kasia ciągle powtarzała, że dziecko od samego początku należy traktować jak człowieka. Elżbieta dobrze pamiętała jak niektóre sąsiadki krytykowały ją za to, że pozwalała Kamilowi decydować o najprzeróżniejszych sprawach, kiedy był jeszcze mały. Wręcz oburzały się, że zwyczajnie nie rozkazywała i nie rozliczała z wykonania wydanych rozkazów, ale pytała go o zdanie.

– Elu – tłumaczyła jej wtedy przyjaciółka – muszę wysilać całą inteligencję, żeby go przechytrzyć i żeby wyszło na moje. A temu uparciuchowi muszę dać przynajmniej dwie możliwości do wyboru, pokazać konsekwencje każdej z nich i pozwolić mu wybrać. Wtedy sam podejmuje decyzję i jednocześnie bierze odpowiedzialność za to co robi. Aha, jeszcze coś. Od nich i od siebie wymagam tego samego. Jeśli potępiam jakąś cechę to i u dzieci i u dorosłych, co się nie wszystkim podoba.

W przypadku synów Kasi metoda okazała się skuteczna. Wyrośli na świetnych facetów, na których matka mogła liczyć zawsze i w każdej sytuacji. Mieli zasady wewnętrzne, swoje własne, nie wyuczone, nie na pokaz, byli „czyści od środka”. Nie domagali się, nie uważali, że im się wszystko należy ale sami dzielili się tym, co mieli, z bardziej potrzebującymi. Byli po prostu niesamowici – jak twierdziła Adelka.

– Pamiętasz, – wspominała Kasia, – nigdy nie mówiłam, że im czegoś nie kupię, kiedy chcieli, jak to dzieciaki. Przeciwnie, mówiłam, że kupię jak tylko będę miała za co. Wiesz przecież, że nigdy nie miałam pieniędzy wystarczających do pierwszego, cały czas musiałam dorabiać dziergając swetry, coś wymyślać,  pożyczać, jednym słowem kombinować, żeby przeżyć i nakarmić chłopców.

– Ale przetrwałaś i udało ci się – zauważyła Ela.

-Tylko dzięki temu – uśmiechnęła się Kasia, – że nie miałam w domu wrogich elementów, które torpedowały moje wysiłki wychowania chłopaków na ludzi.

– No właśnie – pokiwała Ela smutno głową. – U mnie zawsze Mirek pozwalał na to, czego ja zabraniałam i na odwrót: jeśli ja zgadzałam się na coś, on miał przeciwne zdanie i nie omieszkał głośno go wyrażać robiąc dzieciom mętlik w głowach.

– I tu jest pies pogrzebany – oświadczyła Kasia. – Nauczyli się wykorzystywać waszą wojnę domową do własnych celów.

– Chwilami sama nie wiem co jest prawdą, kto ma rację, gubię się w domysłach, może to naprawdę moja wina? Mam wrażenie, że wszyscy trzej teraz są przeciwko mnie. Staram się nie mówić co mi się nie podoba. Boję się. Każde moje słowo to awantura. Mirek mi powiedział: ” wyprowadź się, bo nikt cię tu nie chce albo zdechnij”.

– A to bydlak… – skrzywiła się z obrzydzeniem Adelka.

– Bydlak? On tak do mnie mówi normalnie, ” ty bydlaku nie jesteś człowiekiem” albo ” zamknij ryj ty bydlaku”. Już się przyzwyczaiłam, nie robi to na mnie wrażenia. Gorzej, że dzieci się też przyzwyczaiły do tego, że ubliża mi przy każdej okazji, właściwie zawsze, kiedy się do mnie odzywa.  Nawet kiedy zdałam egzamin na prawo jazdy nawyzywał mnie od najgorszych i wysyczał z wściekłością: „Po co ci to? I tak nie dostaniesz samochodu”. Od tego czasu wyjeżdżając na dłużej zostawia auto przed firmą. A ponieważ nie mówi gdzie, kiedy i na ile jedzie, więc praktycznie nie mam możliwości korzystania z pojazdu.

– To bezprawie – stwierdziła Kasia. – Przecież  auto należy do was obojga. Jakby nie patrzeć na wasze małżeńskie stosunki, samochód nabyty w trakcie trwania małżeństwa jest własnością wspólną.

– On uważa, że jego. Nawet gdy czasem mam okazję z niego skorzystać, każe mi płacić za benzynę.

– Cooo? – jednocześnie  wykrzyknęły przyjaciółki. – Chyba tego nie robisz?

– Tego się nie doczeka – twardo oświadczyła Ela. – Na utrzymanie nie daje, swoje zapasy trzyma schowane w pokoju, ale z lodówki wyżera co się da. Żeby choć na tym poprzestał. Zniszczy czego nie zje, nabrudzi i oczywiście palcem nie ruszy, żeby cokolwiek po sobie sprzątnąć. W zeszłym tygodniu wrócił przed północą, długo majstrował kluczem  w zamku, walił i kopał w drzwi, wreszcie jakoś je otworzył. Po chwili wtoczył się do kuchni, rzucał naczyniami, potłukł szklanki i talerze, wszędzie było szkło i kawałki ceramiki. Potem przez dziurę po szybie, którą wcześniej rozbił w drzwiach od mojego pokoju, wpryskał dwa lakiery do włosów a one były potrzebne Rafałowi jako utwardzacz do pracy, nad którą siedział od kilku dni. Czekałam aż się uspokoi i uśnie, żeby sprawdzić, czy nie zostawił włączonego gazu. O mało się nie udusiłam tym lakierem… Długo czekałam zanim  mogłam wejść do kuchni. I wiecie co jeszcze zrobił? Nalał wody do wszystkich czterech szuflad w szafce!

– Nie do uwierzenia – pokręciła Adelka głową. – Po co to zrobił?

– Bo wóda odbiera  rozum, ot co – wyjaśniła Kasia. – Ale wiesz co? Jeśli chodzi o dzieci, to twoi chłopcy nie są głupi, wprost przeciwnie. A ja jestem święcie przekonana, że teraz zaczynają  już dostrzegać jaka jest prawda. Zaczynają doceniać i rozumieć co ty dla nich zrobiłaś i robisz cały czas, a co ojciec. Przy czym nie chodzi mi o dyskredytację  Mirka, broń Boże, lecz o zrozumienie wagi twojego postępowania. Widzą i rozumieją coraz więcej. To naprawdę jest ważne.

– Chwilami mam taką nadzieję – w zadumie powiedziała Ela. – Ale chwilami po prostu brakuje mi siły, kiedy widzę, jak wszystkie moje wysiłki idą na marne, kiedy Rafał wyzywa Roberta, a Mirek sprawia wrażenie bardzo z tego zadowolonego.

– Fakt, to jest wredne – przytaknęła Kasia. – Przecież, do licha, obaj są jego synami. Jak na ironię podobnymi do niego tak, że nie może się wyprzeć choćby bardzo chciał. Więc nie mogę tego faceta zrozumieć.

– Dzielił ich od urodzenia. A teściowa się do tego dołożyła. Pamiętam jak powiedziała małemu Rafałkowi, że mama już nigdy nie będzie kochała go tak jak przedtem, bo ma drugie dziecko – Elżbieta wytarła łzę płynącą po policzku.

– Przepraszam cię bardzo, ale to głupia krowa – Kasia  była święcie oburzona. – Jak można dziecku opowiadać takie idiotyzmy?

– Ależ nie przepraszaj. – Ela pokręciła głową. – Rezultat był natychmiastowy. Rafał znienawidził Roberta a Mirek podtrzymywał w nim to uczucie z jakąś sadystyczną przyjemnością.

Adelce się przypomniało jak niedługo  po urodzeniu Roberta wracały razem z bazarku. Mały Rafałek szedł z nimi. Ela była po cesarskim cięciu, nie wolno jej było jeszcze niczego dźwigać.

– Szła z niedawno rozchlastanym brzuchem – mówiła Adelka, – a Rafałek  stanął w miejscu i wrzeszczał, że chce do mamy na rączki, bo go nóżki bolą i nie może iść. Ja go wzięłam, przyniosłam i postawiłam obok Elki. I wiesz co ta mała cholera zrobiła? – zwróciła się do Kasi oburzona jeszcze teraz na samo wspomnienie. – Uciekł na to samo miejsce i dalej wrzeszczał. A ta głupia baba wróciła i wzięła go ryzykując, że dostanie krwotoku.

– Rzeczywiście głupia – stwierdziła Kasia.

– Bo chciałam, żeby wiedział, że go kocham tak samo jak wtedy, kiedy nie było jeszcze Roberta.

– A on to miał gdzieś. Dzieci są bardzo egoistyczne.  Przekonał się, że wrzaskiem wymusi na tobie wszystko, co mu się zamarzy.- pokiwała głową Kasia. – Zresztą rzeczywiście był wkurzający jako dziecko. Ale teraz jest zupełnie inny. Jest naprawdę fajnym facetem.

– Jeszcze będziesz z niego dumna – dodała Adelka.

– Już jestem – uśmiechnęła się Ela. – Zdobywa międzynarodowe nagrody i wyróżnienia za swoje prace. Ostatnio na wystawie w Niemczech za srebrne wyroby użytku codziennego.

– Widzisz, masz artystę, który zdolności przecież po tobie odziedziczył. – cieszyła się Adelka. – Będzie dobrze..

– Pewnie, że będzie. Właściwie już jest – Kasia nagle zaśmiała się. – Nigdy nie wiadomo kiedy człowiek zacznie dojrzewać. Ja u siebie pierwsze przebłyski dojrzewania zauważyłam po trzydziestce i wcale nie powiem, że proces jest zakończony…

– Myślę, że nie. I nie wiadomo czy w ogóle do tego dojdzie – parsknęła Adelka przezornie odsuwając się od przyjaciółki.

– Ale dzieciom dałam się rozwijać – broniła się Kasia ze śmiechem. – Nie możecie mi wmawiać, że jest inaczej.

– Nie mamy zamiaru, prawda? – spojrzała Ela na Adelkę.

– Nie, absolutnie nie – zgodziła się Adelka.

– Tak ogólnie, to myślę, że musimy odpracować swoje, albo, jakby tu powiedzieć, zapracować, żeby potem mogło nas spotkać coś dobrego – podsumowała Kasia.

– Tak? To niby do kiedy mam się męczyć twoim zdaniem? – spytała Ela.

– A skąd mam wiedzieć ile narozrabiałaś i kiedy to odpracujesz? – wzruszyła ramionami Kasia.

24.11.2017

  • Gość: [kobietawbarwachjesieni] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Lubię czytać to, co piszesz.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Jesiennadziewczyno:-) Nawet sobie nie wyobrażasz jak jest mi miło. Dziękuję:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Padam na twarz

Po powrocie z przychodni jestem zmęczona do nieprzytomności, z tego też powodu nie pojechałam do Calineczki, chociaż jest czwartek. Drugim powodem była myśl, że po wizycie w szpitalu, w skupisku bakterii i wirusów, mogłabym coś przywlec do dziecka. Całkiem bez sensu. Jutro pojadę, mam zamówienie na naleśniki, więc zrobię.
Słyszę w tej chwili wypowiedzi naszych, niestety, polityków i stwierdzam, że poziom kłamstwa i obłudy zawartych w ich wypowiedziach przekracza wysokość Himalajów. Tak na zasadzie, że jak złapiesz złodzieja za rękę, on cię przekonuje, że to nie jego ręka lecz twoja. I wszystkim świadkom zdarzenia wmawia to samo, obrażając ich i szkalując w najgorszy sposób, jeśli mu nie wierzą i mówią, co widzą naprawdę. Wyłączyłam telewizor, tego się nie da wytrzymać.
W sobotę ma być ładnie, więc koniecznie muszę skończyć wszelkie prace na zewnątrz, bo to najostatniejszy dzwonek. Przyciąć uschnięte liście i gałązki, zgrabić resztki liści, spróbować ocalić pelargonie, aloes wnieść do domu, bo jeszcze jest na tarasie. Aha, i donicę z burakami przesunąć, żeby bliżej drzwi na taras stała, dopóki nie zużyję zawartości.
To tyle, bo padam na twarz, ale i tak pozdrawiam wszystkich serdecznie:)))

23.11.2017

  • babciabezmohera Miłego weekendowego odpoczynku! 🙂
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję i nawzajem, kochana, ciepła i słoneczka przede wszystkim. Pozdrawiam serdecznie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

W piekle nie trzeba pilnować kotła…

Czekam w każdą niedzielę na polsatowski „Nasz nowy dom”, oglądam ze wzruszeniem, z radością. Cieszę się, że są dobrzy ludzie, którzy oferują pomoc potrzebującym. Po ostatnim odcinku, rzecz się działa w Szczytnie, po raz pierwszy przeżyłam szok. Mało tego, że nikt z sąsiadów nie chciał pomóc, co się zdarzyło po raz pierwszy, to ktoś zniszczył elewację odnowionego budynku, rzuca kamieniami w okna i fala hejtu wylewa się na rodzinę. Czy to nie przykład na tę naszą słynną już bezinteresowną zawiść, podłość, zazdrość? Takie umiłowanie niszczenie dla samego niszczenia, jak ktoś coś ma – to mu zniszczyć, żeby nie miał. Komuś się coś udało – zepsuć, żeby się nie cieszył sukcesem, żeby nie był lepszy w niczym, pod żadnym względem. Zamiast równać w górę, chcieć coś osiągnąć, pomóc sobie w tym wzajemnie, żeby było lepiej – to ściągnąć w dół, jak w dowcipie, że w piekle nie trzeba pilnować kotła z Polakami…
Takie to przykre :(((

22.11.2017

  • babciabezmohera No, cóż… dowcipy nie powstają przez przypadek. Jakieś ziarno prawdy w nich jest. A że aspołeczne zachowania są wzmacniane i nagradzane, to zło nam się pleni w zastraszającym tempie. Przykre to bardzo, to prawda. 🙁
  • annazadroza BBM:-) W Sejmie mamy ciąg dalszy, zło rozciąga swoje macki coraz dalej, rozpełza się wszędzie… Kto to zatrzyma?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 5

Kasia wracała od ojca. Śnieg przestał sypać, ustał wiatr dokuczliwie wciskający się za kołnierz płaszcza, było cicho i pięknie. Cała brzydota świata zniknęła pod białym puchem. Fantastyczne wrażenie robiły wieże kościoła, nie, już teraz katedry, św. Floriana na tle rozgwieżdżonego nieba. Widok ten zawsze przypominał jej sceny z filmu „Kopernik” z Andrzejem Kopiczyńskim w roli tytułowej. Oglądała film kilka razy, przemawiał do wyobraźni wspaniałym oddaniem nastroju średniowiecza, którym wówczas była zafascynowana.

Tramwaj szybko przyjechał, przestała wspominać szkolne lata spędzone w domu rodziców. Wsiadła do wagonu pamiętając o  naciśnięciu „gorącego guzika” w celu otwarcia drzwi. Poprzednio o nim nie wiedziała i tramwaj odjechał zanim zorientowała się o co chodzi. Bardzo brzydkich słów użyła mówiąc półgłosem do siebie…

Metro przyjechało  minutę po zejściu Kasi w dół, na peron. Wyjęła książkę i zagłębiła się w lekturze. Obecnie mało chwil mogła poświęcić czytaniu.

W pewnym momencie uświadomiła sobie, że pociąg nie jedzie. Rozejrzała się. Świateł stacji nie widać, ciemno w tunelu, Brr…Spojrzała na zegarek: była godzina dwudziesta trzydzieści. Czytała dalej. Kiedy znów zerknęła, wskazówki przesunęły się o dwadzieścia minut. Najpierw zaklęła w myślach, chciała wcześniej być w domu. Potem poczuła się trochę nieswojo. Kiedyś, dawniej, nie bałaby się, ale teraz w dobie terroryzmu i ogólnego zagrożenia czuła się dziwnie pod ziemią, w tunelu, w pociągu, z którego nie można teraz wysiąść i uciec…

– Niechby pomalutku, ale jechał, niechby już ruszył – powtarzała w duchu.

Wreszcie pociąg drgnął i wolniutko podjechał do stacji Politechnika. Przez głośnik zachrypnięty głos powiedział, że z powodu awarii metro chwilowo dalej nie pojedzie.

– Dobrze, że wreszcie powiedzieli – mruknęła  i nie wysiadła, bo nie byłoby w tym żadnego sensu. Wychodzić na śnieg, czekać nie wiadomo ile czasu na autobus, marznąć. O nie, lepiej spokojnie zaczekać i poczytać. Tak zrobiła i miała rację, po dziesięciu minutach pociąg ruszył. Zamiast wcześniej, dojechała do domu później niż zwykle.

Kamil poszedł na trening, potem na randkę. Dżemik siedział pod drzwiami i płakał, że go samego zostawili o tej porze. Przyzwyczaił się, że zostaje w dzień, kiedy pani idzie do pracy – ale teraz? Był oburzony. Nie gniewał się jednak długo i łaskawie pozwolił się wziąć na spacer. Nie pożałował, bo  przy  parkingu spotkali ciocię Elę z Gamą i Betą.

– Coraz trudniej  cię zastać w domu – powiedziała Elżbieta.

– Wiesz, cały czas jestem w biegu. Odkąd mój brat z rodziną wyprowadził się od taty, jeżdżę tam co drugi dzień albo czasem i częściej. Nieraz tata dzwoni, że koniecznie musi się ze mną  zobaczyć, bo ma jakąś sprawę. Nie wystarczy mu, że będę następnego dnia. Muszę jechać. Czuję, że mnie potrzebuje, że coś jest nie tak. Nigdy nie skarżył się, nie mówił o złym samopoczuciu choć jest przecież po czterech zawałach. Martwię się o niego. Staram się doprowadzić mu mieszkanie do porządku, sprzątam, gotuję, po czym wylewam ugotowane zupy, bo on tego wcale nie je, narzeka na problemy z jedzeniem.

– Jak to?

– Mam wrażenie, że nie może się odnaleźć w nowej sytuacji. Został sam w dużym mieszkaniu, najwyraźniej nie czuje się dobrze jedynie we własnym towarzystwie – Kasia była wyraźnie zmartwiona.

– Mówiłaś, że chciał zostać sam.

–  Marek tak mówił. Ojciec prawie ich wyganiał z domu. Twierdził, że czeka,  kiedy się wreszcie wyprowadzą do siebie bo on ma swoje plany. A przecież wiedział, że Marek z Małgosią  jeszcze nie urządzili nowego mieszkania – Kasia z wyrazem wielkiego zatroskania spojrzała na przyjaciółkę. – Nigdy się tak nie zachowywał.

– Może  miał plany związane z jakąś miłą panią? – uśmiechnęła się Ela.

– Też tak myślałam. Chciałabym, aby tak było. Oczekiwałam, że weźmie się za siebie, za mieszkanie, zacznie pisać pamiętniki. Taki był jego pomysł na emeryturę. Mając wreszcie spokój i czas mógłby zrealizować wcześniejsze plany.

– No właśnie, a co on na to? – spytała Ela.

– Nic. Mówi, że kiedyś, potem, jak się już urządzi w mieszkaniu. Zupełnie jakby znalazł się nagle w nowym miejscu. Czasem ma taki dziwny wyraz twarzy, że go zupełnie nie poznaję.

Rzeczywiście, zachowanie taty coraz bardziej niepokoiło Kasię. Dzwonił wcześnie rano, zanim zdążyła wyjść do pracy i dziwił się, że dziś pracuje. Zaczęły mu się mylić dni. Tłumaczyła sobie, że to  nic strasznego, bo człowiek na emeryturze – jak na urlopie – nie musi liczyć czasu .Kiedy pytała  dlaczego nie zjadł obiadu przygotowanego poprzedniego dnia, odpowiadał, że nie zaglądał do lodówki. Martwił się, że od pewnego czasu nie może jeść. Kasia też się martwiła, dopóki  nie zauważyła, że ojciec zjada wszystko, co ma na talerzu. A potem rzecz się wyjaśniła.

W wolny dzień przyjechała do taty wcześniej niż wtedy, kiedy pędziła do niego  po pracy. Zadowolony powiedział:

– Dzisiaj ja cię zapraszam na obiad. Odkryłem nową knajpkę. Chodzę tam coś zjeść w porze obiadowej.

– Dobrze – zgodziła się chętnie.  – Zaprowadź mnie tam.

Poszli w stronę nowego centrum handlowego na Dworcu Wileńskim. Wreszcie przestało tu wyglądać jak w slumsach. Ruch był duży, kolory, światła, ludzie, dekoracje jeszcze świąteczne – jednym słowem zgiełk wielkiego miasta. Usiedli przy stoliku wskazanym przez ojca.

– Tu siadam zazwyczaj, kiedy przychodzę coś zjeść – powiedział rozglądając się za kelnerką.

– Witam pana ponownie – uśmiechnęła się ładna dziewczyna podchodząc z kartą dań.

– Jak to ponownie? –  zdziwił się.

– No, przecież dzisiaj drugi raz pana goszczę w moim rewirze – odpowiedziała kelnerka. – Trudno pana nie pamiętać.

– To miłe – uśmiechnął się,  po czym rozejrzał się i ciszej dodał:- niemożliwe. Ja tu dzisiaj byłem? Nie pamiętam, ona zmyśla.

– Ojej, nic się nie stało – zbagatelizowała Kasia sytuację. – Wybierzmy coś dobrego, bo umieram z głodu.

Ojciec zaproponował potrawę. Kelnerka po chwili przyniosła frytki,  filet z kurczaka i surówkę. Porcje były olbrzymie. Nawet Kasia, uwielbiająca dobre jedzenie, nie dała rady pochłonąć wszystkiego. Oczy jadłyby jeszcze lecz pojemność żołądka  nie pozwoliła  na przełknięcie ani kawałka więcej.  Ojciec pogrzebał widelcem w talerzu, skubnął nieco fileta, przełknął kilka  frytek i odstawił talerz.

– Widzisz? – powiedział ze smutkiem. – Pewnie się już kończę, w ogóle nie mogę jeść.

– Tato, jeśli już zjadłeś jedną taką porcję, nic dziwnego, że druga nie chce ci się zmieścić.

– Skąd wiesz, że już jadłem? – spytał zdziwiony.- Czasem tu przychodzę, ale dzisiaj nie byłem. Poproszę rachunek – skinął na kelnerkę.

– Przecież kelnerka mówiła, że dziś już tu byłeś – odpowiedziała cicho. – Czy tata często przychodzi? – głośno spytała, kiedy dziewczyna podeszła z rachunkiem.

– Nawet kilka razy dziennie, sam albo z wnukiem – odpowiedziała.

– Tak, mały bardzo lubi przychodzić na pizzę – ucieszył się ojciec.

Wyjął portfel i zanim Kasia zdążyła zareagować, dał kelnerce banknot dwustuzłotowy dziękując za resztę.

– Który mały? – zapytała Kasia tłumiąc westchnienie.

– No, …. Marka – odpowiedział po namyśle. – Czasem go odbieram ze szkoły. Ojej – wyraz paniki pojawił się na jego twarzy. – Czy ja nie miałem go dziś odebrać? Tylko  którego? – wyraźnie było widać, że coś próbuje sobie przypomnieć.

– Dziś? Nie, dziś wolny dzień, tato, dzieci  nie mają lekcji  – odpowiedziała. – Jak to którego? Dużego, przecież mały ma dopiero trzy latka, jeszcze do szkoły nie chodzi.

– Pewna jesteś? – był bardzo zdenerwowany.

– Oczywiście, przecież nie mogłabym być u ciebie o tej porze w normalny dzień, musiałabym być w pracy. To oczywiste.

– Ale, że nie chodzi do szkoły? Zdawało mi się, że obaj chodzą.

– Skąd? Może ci się z moimi pomyliło? Tylko, że moi już przestali chodzić.

– No nie wiem – ruszył przed siebie  nie do końca przekonany.

– Wiesz co tato?  Częściowo masz rację,  Łukasz przecież jeszcze studiuje – wzięła ojca pod rękę. – Punkt dla ciebie.

– A widzisz? – ucieszył się .

Kiedy doszli do domu, szukał kluczy we wszystkich  kieszeniach i długo nie mógł znaleźć. Korzystając z sytuacji starała się ojcu  wytłumaczyć, że ktoś – oprócz niego – powinien mieć klucze, ona albo Marek, wszystko jedno kto. Dla bezpieczeństwa, z żadnego innego powodu. Udawał, że nie słyszy. Wreszcie znalazł zgubę .

– Przecież są, więc nie potrzeba, złego diabli nie wezmą, nic mi się nie stanie – uspokajał córkę, nie przyjmował żadnych argumentów.

Kasia zaś coraz częściej  miewała problem z dostaniem się do mieszkania taty. Któregoś dnia  przyjechała  jak zwykle po pracy. Dzwoniła dzwonkiem do drzwi, telefonem  – nic. Komórkę miał wyłączoną. Najadła się wtedy mnóstwo strachu. Nagle zobaczyła go idącego z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

– Jak miło cię, córeczko, widzieć. Mogłaś mnie uprzedzić,  że przyjedziesz, kupiłbym coś do jedzenia, bo nie wiem, czy mam coś w domu. Ale zaraz pójdę do sklepu…

– Tato! – krzyknęła, aż się ludzie obejrzeli na ulicy. – Przecież tuż przed wyjściem z pracy dzwoniłam! Mówiłam, że jadę do ciebie!  Powiedziałeś, że będziesz czekał i nigdzie nie wyjdziesz! Myślałam, że coś ci się stało. Przestraszyłeś mnie! – trzęsła się ze zdenerwowania.

– Niemożliwe, dzisiaj? – ostatnio wszystkiemu się dziwił.

– Godzinę temu!  Dojechałam wyjątkowo szybko, tylko nie wiem po co, skoro stoję jak palant pod drzwiami, tracę czas i nerwy!  – poniosło ją i od razu była na siebie wściekła, ale ile można wytrzymać?  Prawie zrezygnowała z własnego życia, jeździła tutaj, robiła co mogła, żeby ojcu pomóc i była już koszmarnie zmęczona.

– Wybacz staremu ojcu – uścisnął córkę. – Nie miałem w domu nic do jedzenia i poszedłem  do sklepu…

– Tato! – przełknęła głośno ślinę. – Po pierwsze masz pełną lodówkę. A po drugie, jeśli byłeś w sklepie, gdzie masz zakupy?

– Racja – spojrzał na swoje puste ręce. – Pewnie zapomniałem. Ale nie myśl o tym. Chodź, mam do ciebie sprawę.

Weszli do domu. Starannie zamknął drzwi na wszystkie zamki i na łańcuch.

– Tato, po co to robisz?

– Żeby nikt znienacka nie wszedł do mieszkania – odpowiedział.

– Ależ nikt nie ma kluczy! Nikomu nie chcesz dać drugiego kompletu, nawet Markowi zabrałeś, kiedy się wyprowadzał z Małgosią i dziećmi.

– Teoretycznie tak jest. Ale faktycznie – pokręcił głową –  chciałem z tobą porozmawiać o tym, że  ktoś myszkuje po moim mieszkaniu .

– Jakim cudem? Skąd ci to przyszło do głowy?

– Wiem co mówię. Od jakiegoś czasu ktoś mi przekłada różne rzeczy, podbiera pieniądze, chowa dowód – tu ściszył głos – nawet wiem kto.

– Kto? – Kasia nie kryła zaskoczenia.

– Nie mogę  na razie powiedzieć. Chodź, pokażę ci, co zrobiłem, żeby on wiedział, że ja wiem.

Zaprowadził córkę do kuchni i pokazał mnóstwo karteczek z napisem ” wiem, że plądrujesz moje mieszkanie” poukładanych w garnkach, szklankach, pod ścierkami, talerzami.

Pomyślała wtedy, że  z samotności ojcu różne  bzdury przychodzą do głowy. Postanowiła go czymś  zająć. Kupiła i przyniosła mu notatniki prosząc, aby spisywał wspomnienia z młodości. Kiedyś przecież chciał napisać pamiętnik dla uwiecznienia swojej drogi życiowej wiodącej od Drugiej Rzeczpospolitej poprzez wojnę i okupację, w czym mieścił się też okres partyzantki, Polskę Ludową aż do Trzeciej Rzeczpospolitej.

Niczego nie napisał.

– Jakoś mi się nie chce – mówił córce w odpowiedzi na pytanie o postępy.

Zaczęła więc wypytywać go o różne sprawy i wydarzenia z przeszłości i przy nim notować prosząc, by spisywał ciąg dalszy, kiedy jest sam. Bez rezultatu.

Często się zdarzało, iż długo nie otwierał drzwi, choć słyszała, że jest  po drugiej stronie. Pewnego dnia otworzył zaspany, w pidżamie.

– Kasiu, co ty, spać nie możesz? O piątej rano do mnie przychodzisz?

– Tato! Jest godzina siedemnasta, piąta po południu. Jadę prosto z pracy.

–  Niemożliwe – dziwił się.

Zresztą dziwił się nieustannie. Kasia zaś przestawała się dziwić czemukolwiek. Była nieludzko zmęczona. Do domu wracała wieczorami, prawie codziennie była u ojca, musiała zrezygnować z robienia masaży.  Kiedy umawiała się z kimś na zabieg, wtedy właśnie była ojcu natychmiast potrzebna. Pogrzebała kolejną nadzieję na podreperowanie finansowej strony życia, a przecież w tym celu cały rok poświęciła  nauce masażu klasycznego.  Poszła na kurs z  zamiarem rozpoczęcia działalności, uniezależnienia się fizycznego, psychicznego i materialnego od osób i sytuacji, których w miejscu pracy znieść nie mogła. Chciała zająć się masażem popołudniami, po powrocie do domu. Umówiła się nawet z sąsiadką, że wynajmie od niej pokój na gabinet, miała kilku pacjentów. Sprawiało jej to naprawdę dużą frajdę i zaczęło owocować  małą – ale zawsze – poprawą materialnej sytuacji. Cóż, plany musiały ulec zmianie.

Tak się złożyło, że w miejscu pracy najbardziej toksyczne osoby zniknęły z pola widzenia, co było niewątpliwie pocieszające. Sytuacje pozostały stresujące w dalszym ciągu, ale musiała się Kasia jakoś do nich przyzwyczajać, w takiej rzeczywistości przyszło teraz wszystkim żyć. Tego się nie da zmienić. Zresztą i tak niczego nie mogła realizować, żadnych planów, bo ojciec co chwilę dzwonił  albo  do domu, albo do pracy, albo na komórkę i zadawał w kółko te same pytania.

Kiedyś po raz kolejny nie mogła się dostać do mieszkania, zadzwoniła wtedy do brata i wspólnie przekonali tatę, żeby dał im jedne klucze. Niestety, kluczy nie udało się nigdzie znaleźć. Obiecał, że jeśli nazajutrz Kasia  przyjedzie do niego po pracy, pójdą dorobić zapasowy komplet.

Przyjechała i wyszli z domu, choć nie bardzo miał na to ochotę  powtarzając, że niepotrzebnie.  Niedaleko przystanku tramwajowego stanął. Stwierdził, że nie wziął pieniędzy i wraca. Na nic nie zdało się tłumaczenie Kasi, że ma przy sobie wystarczającą ilość, że za chwilę wrócą do domu, bo to blisko.  Wzięła go pod ramię, próbowała uspokoić, bo był dziwnie – jak na niego – wzburzony, zachowywał się nienaturalnie. Wyszarpnął  rękę, podniesionym głosem kilka razy oznajmił, że nigdzie nie pójdzie i wraca. Prawie za nim biegła bojąc się, że nie wpuści jej do środka.

Zanim doszli – zapomniał o wszystkim. Podobne sytuacje powtarzały się coraz częściej.

21.11.2017

  • nie-okrzesana Z alzheimerem też mam bogate doświadczenie :)))
  • annazadroza Na tym etapie jeszcze niczego nie podejrzewają osoby, które wcześniej nie miały do czynienia z tak okropną chorobą. Po „przejściach” – można zdiagnozować nawet przed lekarzem i badaniami.
    Nie zazdroszczę Ci tych doświadczeń, wiem, co mówię, niestety.
  • kobietawbarwachjesieni W Szpitalu leżałam w sali z panią, która miała demencję i nie było to sympatyczne doświadczenie.
  • annazadroza Jesiennadziewczyno:-)Przykre dla otoczenia, ale i dla chorych, którym choroba zabiera tożsamość, osobowość, wszystkie wspomnienie, całe życie właściwie, zostawia czarną dziurę.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie chcę!!!

Spojrzałam przez okno a tu śnieg!!! Nie chcę!!! Jeszcze za wcześnie, pelargonie mają pąki, trawa jest zielona, kwitną marcinki!! Biało powinno być tylko na Boże Narodzenie, w górach na trasach narciarskich oraz na zdjęciach. I wystarczy. Od razu humor mi się popsuł, jestem zła – co jest głupotą kompletną, ale cóż
poradzić, na emocje nie ma rady. W najbliższych dniach czekają mnie trzy wyprawy do przychodni, więc złość moja jest zwielokrotniona potrójnie.
Żeby się jednak pocieszyć, powiem o czymś bardzo pozytywnym. Moja koleżanka, która nigdy psa nie miała w domu, jedynie kiedyś żółwia, pochwaliła się zdjęciem psiaka podobnego do mojej Szilki. Otóż córka koleżanki z małymi dziećmi od wielu lat jeździła na letnisko do starszej pani, która traktowała ją jak wnuczkę, właściwie całą rodzinę jak swoją. Niestety, w tym roku podczas letniego pobytu córki koleżanki staruszka zmarła. Został piesek, stary już, którego czekał los tragiczny. I właśnie tego pieska córka koleżanki wzięła do domu:) Psina jest grzeczna, niekłopotliwa, kochająca przeogromnie a dzieciaki
uszczęśliwione. Myślę, że staruszka zza Tęczowego Mostu spogląda spokojna i w podzięce trochę tęczowego pyłu na rodzinę koleżanki rzuci…

20.11.2017

  • veanka Na temat śniegu mam podobne zdanie.
    Na szczęście już po śniegu, gdzie nie gdzie zalega tylko mokra breja, ale i to szybko stopnieje.
    Z tymi przygarniętymi zwierzakami jest różnie.
    Ja przygarniając bardzo skrzywdzonego kota otwarłam puszkę Pandory.
    Kiedy kot dorósł, okazało się, że jago przejścia miały wpływ na jego psychikę i kot nie jest zrównoważony psychicznie.
    Lekarz podpowiada rozwiązanie, ale myśmy się już z kotem bardzo zżyli i dopóki nie będzie większego zagrożenia nie wyobrażamy sobie eutanazji na nim.
  • nie-okrzesana Ja też nie chcę śniegu. Rano żałowałam, że nie mieszkam w Egipcie i to jeszcze przy poniedziałku.
  • babciabezmohera Piękny gest. Psiak szczęśliwie dożyje u nowej rodziny.
  • annazadroza veanka:-) Zwierzaki po przejściach mają, jak ludzie, problemy psychiczne. Jedne radzą sobie lepiej w nowych warunkach, dostosowują się i jest ok. Inne – niestety, mają za sobą zbyt dużo nieszczęścia i jest im trudno. Opiekunom też, więc trzymam za Ciebie, żeby jak najlepiej się ułożyło. Może jakoś kotuś dojdzie do równowagi? Bywają sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia niż eutanazja, ale to potwornie trudna decyzja tym bardziej, jak się czuje związek z futrzakiem. Życzę najlepszego:)))
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Śniegu nie chcę, ale i w Egipcie nie lubiłabym się nagle znaleźć. Chcę być w domu, żeby było ciepło, ładnie i słonecznie, i żebym nie musiała nigdzie jechać. Chyba, że na latającym dywanie z luksusową kabiną dla podróżujących :)))
  • annazadroza BBM:-) Prawda? Tym bardziej, że staruszek i zamiast gdzieś w budzie albo pod krzakiem mieszka w ciepłym domu. I jeszcze – dzieci nauczą się kochać psiaka, więc zawsze się jakimś opiekować będą w przyszłości. W każdym razie na pewno nie zrobią krzywdy.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co te zmiany

Podpisałam petycję w sprawie nie zmieniania nazwy mojej ulicy, choć wiadomo, że to nic nie da. Aktualna „dobra” zmiana ma za zadanie wskazać szaremu człowiekowi, gdzie jego miejsce i przekonać, żeby się nie odzywał jak go nie pytają. A przecież zmiany nazwy ulicy – oprócz stosunku mieszkańców do owych zmian, który jest najczęściej negatywny – niesie za sobą mnóstwo problemów związanych z koniecznością uaktualnienia nazwy w urzędach, bankach, przychodniach i innych miejscach, które tego wymagają. Wiąże się też z dużymi kosztami. Nazwa mojej ulicy też ma być zmieniona, co mnie po prostu – mówiąc brzydko – wpieniło. Pisiorom nie odpowiada profesor Stanisław Kulczyński, człowiek, który był jednym z twórców Pienińskiego Parku Narodowego! Za to może dadzą na patrona jakiegoś przeklętego mordującego ludzi, którym udało się przeżyć wojnę i chcieli żyć wreszcie normalnie i w spokoju. Kiedy odsłonięto w Zakopanym pomnik Ognia, byliśmy z Mężem w Szczawnicy. W knajpce usłyszeliśmy rozmowę miejscowych, którzy stwierdzili, że gdyby postawiono ten pomnik w Nowym Targu, to długo by nie postał, bo ludzie za dobrze pamiętają…

20.11.2017

  • kolewoczy Mówiąc szczerze, nie za bardzo popieram ten opór przed zmianami nazw ulic itp. Raz nadawano takie, innym razem inne, a za jakiś czas znowu ktoś zmienia i git. Jest wesoło 🙂 U mnie w miasteczku toczyła się i toczy nadal o nadanie nazw kilku nowym rondom. Patrzę na to jak na teatr. Wydaje mi się, że są o wiele ważniejsze sprawy, w które można zaangażować swoje emocje i energię niż zwalczanie nazewnictwa z którejkolwiek strony. Naprawdę, to się już przeradza w jakąś ogólnonarodową histerię 😉 Spoko, luzik, człowiek za krótko żyje, by nazwa ulicy, na której mieszka miała mieć aż takie znaczenie.
  • annazadroza kolewoczy:-) Nowych ulic wciąż przybywa, więc można je nazywać „po nowemu”, ale dlaczego zmieniać to, co ludziom odpowiada, bez żadnych konsultacji, narzucać z góry według czyjegoś widzimisię? To mi nie odpowiada po prostu.
  • veanka Też jestem w tej „komfortowej” sytuacji, bo też mi zmieniają nazwę ulicy.
    Fakt, nie jest to koniec świata, jak niektórzy uważają, ale to nie oni będą biegać po Bankach, PZU, ZUS i innych instytucjach i zmieniać dane w moim adresie.
    Przeczytałam dokładnie życiorys patrona obecnej nazwy mojej ulicy i naprawdę nic zdrożnego tam nie wyczytałam, po prostu był ekonomistą o lewicowych poglądach.
    Ja z urzędami jakoś sobie poradzę, ale moi seniorzy sąsiedzi, będą musieli skorzystać z pomocy innych osób, co dla wielu nie jest proste, bo po prostu nie mają bliskich na miejscu, albo nie mają ich w ogóle.
    Uważam, ze w naszym życiu jest wiele pilniejszych spraw do zmiany, poprawy (chociażby służba zdrowia) i tym powinni się zająć nasi rządzący.
  • nie-okrzesana Mnie to wkurza, bo dokumenty nowe trzeba wyrabiać i latania po urzędach jak napisała Veanka. A jak przyjdzie nowa władza? Znów to samo?
  • annazadroza veanka:-) i nie-okrzesana:-) Właśnie wkurzające jest to, że mnóstwo bezsensownego chodzenia po urzędach i załatwiania nam fundują, niepotrzebnie, ze względu na własne jakieś frustracje i chore ambicje. A ważniejsze sprawy, jak np. wspomniana służba zdrowia, odłogiem leżą. Mój Tata miał 3 różne adresy mieszkając na jednej ulicy. Znów będzie to samo?
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Polska to chory kraj.Kiedyś już napisałem,że to jak się żyje w danym kraju zależy od ludzi,którzy wybierają swoich przedstawicieli do kierowania nim.Jak widać Polacy w tej kwestii niewiele się uczą.Jednym ze skrajnych przykładów słabej edukacji politycznej i nieodpowiedzialności był duży sukces niejakiego Stana Tymińskiego.Czy ktoś go jeszcze pamięta,facet przyjechał z dżungli / Peru / i tak omotał dużą część elektoratu,że mógł zostać prezydentem Polski. Co do zmian nazw ulic i pomników,to potwierdzam, „bohater ” Ogień działał na Podhalu,a jego stolicą nie jest przecież Zakopane ,tylko Nowy Targ ale tam postawienie mu pomnika byłoby dyskusyjne. Szaleństwo zmian nazw ulic jest chyba tylko w Polsce. Jakoś nie przeszkadza Francuzom i Anglikom,że swoje ulice i stacje metra nazwali Stalingrad. W Warszawie historyczną ulicę Stołeczną zamieniono na księdza Popiełuszkę i mimo protestu lokalnych mieszkańców radni przegłosowali taką decyzję.Ciekawe ,czy mieszkańcy wybrali tych radnych na następną kadencję?.
  • Gość: [ciotkaeliza] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Dobrze że mieszkam w małej wsi i nie mamy ulic bo pewnie też by zmieniali i też by mnie wkurzyło. Nigdy nie wiadomo czy po takiej zmianie wszystkich my zawiadomili o nowym adresie,mogą być kłopoty.
  • annazadroza Obserwator:-) Pamiętam Tymińskiego. Nie wiadomo jak potoczyłaby się historia, gdyby nie on, ponieważ mnóstwo ludzi głosowało na Wałęsę tylko dlatego, żeby ten „cudak z czarną teczką” nie został wybrany. Jestem przeciw zmianom nazw ulic, jest to w dalszym ciągu grzebanie w przeszłości zamiast ruszenie do przodu, a poza tym zemsta polityczna. I to na nieboszczykach, kiedyś takie sytuacje się zdarzały, że wyciągano z grobu i robiono proces…
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Dużo zachodu ze zmianą danych, koszty dla ludzi i masa kłopotów. A potem nastanie inna „dobra” zmiana i znów będzie zmiana…
  • annazadroza Kochani:-) Sąd unieważnił tę kretyńską decyzję w sprawie zmian nazw ulic, teraz „lepszy sort” się będzie odwoływał od wyroku i czekamy co będzie dalej.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 4

Elżbieta siedziała  w pokoju nie włączając światła. Telewizor mrugał, wypełniając niebieskawą poświatą pomieszczenie, ledwo dał się słyszeć głos lektora czytającego informacje. Ponieważ z pokoju zajmowanego przez Mirka nie dochodziły żadne odgłosy, miała nadzieję, że usnął i nie będzie jej niepokoił przez resztę nocy. Wrócił jakieś dwie godziny temu. Obierając ziemniaki widziała przez okno w kuchni podjeżdżającą pod blok granatową toyotę. Reakcja organizmu była natychmiastowa. Miała wrażenie, że ktoś ją dusi. Chwycił za gardło i coraz mocniejszym uściskiem zamyka dopływ powietrza do płuc. Kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwi od windy, całkiem zabrakło jej siły, musiała oprzeć się o blat  stołu. Mirek długo majstrował przy zamku, wreszcie walnął pięścią w drzwi, potem zaczął je kopać. Psy głośno szczekały. Ela pomału podeszła trzymając Gamę za luźną skórę na karku  i otworzyła.

Mirek zastygł w bezruchu patrząc na nią z wyrazem niewyobrażalnej nienawiści. Przemknęło jej przez myśl, że wzrok ma jakiś dziwny, jak u ludzi chorych na obłęd.

– Nie możesz się ruszać szybciej? – warknął. – Ile mam stać pod drzwiami?

– A gdzie masz klucze? – starała się opanować drżenie głosu i mówić spokojnie.

– Nie wiem – syknął. – Pewnie ty je schowałaś!

– Jasne, bo nie mam nic lepszego do roboty – mruknęła.

Odepchnął ją aż się zatoczyła. Gdyby nie trzymała Gamy, upadłaby na podłogę. Wszedł do środka.

– Ruszaj się szybciej ty k… Jak stukam, to otwieraj – rzucił za siebie.

– Skąd mam wiedzieć, że stukasz? Trzeba było nie zrywać ze ściany dzwonka razem z przewodami…

– Ty, ty szmato – zamierzył się na żonę.

Gama warknęła więc się na wszelki wypadek wycofał. Czuł respekt przed suką, bo gdy obnażała kły wyglądała bardzo groźnie. Wszedł do kuchni, kopnął kubeł stojący na podłodze, rozsypały się obierki. Tłukł garnkami po blatach kuchennych szafek. Wreszcie otworzył lodówkę, coś wyjął i poszedł do swojego pokoju.

Posiedziała chwilę starając się oddychać równo, miarowo… Spokój, spokój, spokój…Nie da się sprowokować… Spokój… Nie będzie płakać… Zachowa absolutny spokój…Utwierdzała się w przekonaniu, że musi podjąć właściwą decyzję, prawidłową, jedynie słuszną…  Wróciła do kuchni. Zmiotła rozsypane śmieci, wytarła rozlaną colę, ustawiła poprzewracane butelki z wodą mineralną, skończyła obierać ziemniaki, przygotowała resztę składników potrzebnych do zupy na następny dzień.  W pokoju za ścianą słyszała szuranie, jakieś stukania, wreszcie odgłos toczącej się po podłodze pustej butelki. Odczekała jeszcze moment. Było cicho. Chciała przejść do dużego pokoju. Myślała, że mąż usnął. Dobrze wiedziała, kiedy butelki turlały się po parkiecie… Wyszła z kuchni i zamknęła drzwi na zasuwkę, co było zabezpieczeniem przed czworonożnymi hultajami.

Stał w przedpokoju i czekał. Nie spodziewała się ataku, więc gwałtowne, bolesne szarpnięcie pozbawiło ją w pierwszej chwili zdolności obrony. Była obezwładniona  strachem. Ogromnym, paraliżującym strachem. Mirek wciągnął ją do pokoju i rzucił na śmierdzące alkoholem łóżko, zatrzasnął drzwi.

– Damski bokser – syknęła zasłaniając głowę przed bolesnymi ciosami. Potrafił uderzać tak, by nie było siniaków. Chwalił się, że nauczyli go tego w wojsku.

Za drzwiami pokoju ujadały obie suczki próbując dostać się do wewnątrz. Ręka Elżbiety trafiła na butelkę leżącą obok łóżka. Złapała ją i uderzyła. Na chwilę się odsunął. Był pijany, nie utrzymał równowagi, zachwiał się. Wykorzystała moment i całym ciężarem rzucając się do przodu nacisnęła klamkę. Gama i Beta wpadły do środka odgradzając panią od prześladowcy. Wycofała się do przedpokoju, a on  – miotając przekleństwa – zniknął za  drzwiami swojego pokoju.

Elżbieta uspokoiła suczki. Beta położyła się na wersalce z łebkiem na kolanach pani, Gamę przytuliła obejmując ramieniem i tak siedziały.

Po dłuższej chwili włączyła cichutko telewizor i próbowała pozbierać myśli. Miała wielką ochotę powiedzieć mu, że spotkają się w sądzie. Nie powiedziała. Rozsądek kazał zmilczeć, wziął górę nad emocjami i dlatego była z siebie dumna. Wiedziała, że mógłby jej zrobić krzywdę. Byli sami. Lubił się nad nią znęcać bez świadków. Cały czas  pewien własnej bezkarności nie przypuszczał, że żona mogłaby komukolwiek powiedzieć o jego zachowaniu.  Nagle drzwi pokoju gwałtownie odskoczyły i wtoczył się Mirek, zupełnie już pijany. Zrzucił rzeźbę z regału, strącił książki na podłogę, przewrócił stojącą lampę. Elżbieta w biegu złapała buty do ręki i kurtkę z wieszaka, wybiegła z domu ubierając się już na korytarzu. W windzie przypięła smycz Gamie,  Beta biegła za nimi. Szybkim krokiem okrążyła górkę trzymając Gamę na krótkiej smyczy, Beta szybciutko przebierała małymi nóżkami, ledwie za nimi nadążając.

Ciemność  zapanowała nad światem. Nie na długo, bo w momencie ukrycia się słońca żywszym blaskiem zapłonęły światła reklam, których było coraz więcej wzdłuż Alei KEN, widocznych spod Multikina aż do Hita na Kabatach, do samego końca osiedla. Lekki wiaterek i spadające płatki śniegu chłodziły rozpaloną twarz  Elżbiety, zabierały łzy z oczu. Ochłonęła  wdychając świeże, ostre powietrze. Powoli dochodziła do równowagi.  Robert powinien niedługo wrócić do domu. Poczeka na niego. W obecności syna Mirek nie uczyni jej krzywdy, będzie udawał łagodnego jak baranek i nie podniesie na nią ręki. Owszem, będzie wyzywał, ale nie uderzy… Pogrążona w rozmyślaniach nie zwróciła uwagi na wołanie Adelki. Dopiero kiedy Gama stanęła w miejscu  i nie chciała zrobić ani kroku do przodu, oprzytomniała i rozejrzała się.

– Wołam i wołam, gonię za tobą, a ty nic – skarżyła się zdyszana Adelka. – Myślisz, że mam dwadzieścia lat?

– Przepraszam. zamyśliłam się.

– Nawet nie zauważyłaś, że Beta pobiegła za Misiem – zastanowiła się Adelka. – Coś się stało?

– Nie, normalnie… co się miało stać?

– Na pewno wszystko w porządku?

– Nie… tak…normalnie, nie wiem…

– Oj, coś za bardzo plączesz się w zeznaniach – Adelka podejrzliwie spojrzała na przyjaciółkę – Mogę ci jakoś pomóc?

– Nikt mi nie może pomóc – pokręciła głową Elżbieta. – Tak naprawdę chwilami chciałabym nie obudzić się nigdy więcej…

– A kto się zajmie twoimi psicami? – Adelka próbowała nadać głosowi żartobliwe brzmienie. – Chcesz, żeby mnie Gama zeżarła żywcem? Tak jak wtedy, kiedy byłaś chora?

– Przecież cię nie zeżarła – lekki uśmiech ukazał się na wargach Eli.

– Ale jaki miałam stres za każdym razem!  Musiałam opracować cały system postępowania z tą małpą – wskazała na Gamę, która obejrzała się szukając owej małpy, o której ciotka mówiła, bo przecież nie o niej. – Nie pamiętasz? Najpierw wchodziła bułka, za nią moja ręka i dopiero ja z obrożą. Małpa chwytała w zęby bułkę i w tym momencie wkładałam jej obrożę. Tak było. Nie będę się z nią więcej użerała, sama to rób.

– Powiem ci, że te zwierzaki naprawdę trzymają mnie przy życiu – Elżbieta poklepała  Gamę po karku. – Tak sobie właśnie myślę, kto się zajmie chorą psicą, której trzeba stosować dietę, dawać leki, zakropić oczy…

– No właśnie, bez ciebie ani rusz – Adelka usiłowała odciągnąć Reksa od miejsca najwyraźniej zachwycająco pachnącego dla psiego nosa. –  No ruszże się wreszcie, myślisz, że ja mam tyle siły, potworze jeden, żeby cię ciągnąć za sobą? Chodź wreszcie,  ciotka Kaśka na nas czeka –  i zwróciła się do Eli. – Ciebie też mam ciągnąć? Zwariuję z wami wszystkimi. Elka, Misiek, Beta marsz do przodu!

– Ja? Po co? – zdziwiła się Ela.

– A co, nie mówiłam ci, że Kaśka kazała nam przyjść na zbiórkę? – zniecierpliwiona Adelka machnęła ręką wskazując w stronę mieszkania Kasi.

– Nie, nie mówiłaś.

– Ojej, to widocznie pomyślałam. Teraz mówię, że idziemy. Albo ty mnie nie słuchasz… – zastanowiła się.

– Ale ja muszę…, Robert…

– Nic nie musisz,  trzymaj  tę swoją wilczycę, bo mi kurtkę zniszczy… Czekaj, wyślij do Roberta sms, że jesteś u Kaśki.

Po chwili Robert oddzwonił oznajmiając, że wróci najwcześniej za jakieś dwie godziny. Elżbieta pomyślała, iż nie pójdzie do domu przed powrotem syna. Nie czuła się na siłach znieść jeszcze jedną  „atrakcję” przygotowaną przez męża.

– Dobrze, że nareszcie się zjawiłyście – przywitała je Kasia. – Mam nowe wino. Prawda, że chcecie? Takiego grzańca jeszcze nie próbowałyśmy, więc od razu siadajcie przy stole. Już przynoszę.

– Ach, co za zapach – z zamkniętymi oczami Adelka wdychała woń korzennych przypraw buchającą z rozgrzanego trunkiem dzbanka.- Cudowny.

– Niezły – przytaknęła Ela.

–  Elka, dlaczego nie odbierałaś wczoraj komórki? – Kasia postawiła przed przyjaciółkami czarki i stała z dzbankiem w ręce.

– No właśnie – dodała Adelka. – Martwiłyśmy się o ciebie.  Nie odbierałaś telefonów, nie odpowiadałaś na esemesy. Bałyśmy się, że Mirek ci coś zrobił.

– Komórki nie słyszałam, była w płaszczu w przedpokoju .

– Czy ty jesteś mądra? Miałaś dla bezpieczeństwa trzymać telefon przy sobie. Chcesz, żeby ci wyciągnął z kieszeni? – zdenerwowała się Kasia.

–  Nie było go w domu. Lejesz to wino czy czekasz aż  ostygnie?

– Już leję. A gdzie był?

– A skąd ja mogę wiedzieć? Przecież nie mówi mi o niczym, gdzie idzie albo jedzie, kiedy wróci. Zresztą od dawna w ogóle nie rozmawiamy. Z nim się nie da i nie dało się chyba nigdy.  Interesuje się tylko jedną dziedziną: swoją. Dopóki o tym z nim rozmawiałam, było ok. Potem miałam dość, ile można w kółko na jeden temat, w końcu sport to nie moja bajka. Próbowałam o czymś innym, ale od tego czasu już zawsze byłam głupia, nienormalna, niedouczona.

– Ty? – jednocześnie spytały przyjaciółki.

– Ja. Wyśmiewał wszystko co lubiłam, co mnie interesowało. Poszłam na studia, żeby mu udowodnić na co mnie stać.

– Pamiętam jak uczyłaś się przy dwojgu dzieciach, zdawałaś egzaminy – wtrąciła Kasia.

– W klopie – dorzuciła Adelka.

– Egzaminy w klopie? – zdziwiła się Kasia.

– Głupia. Uczyła się w klopie, bo nie miała się gdzie podziać.

– No właśnie, – przytaknęła Ela. – Potem się doczepił do mojej rodziny. Obrażał każdego po kolei aż wreszcie zostałam sama, bo jako lojalna małżonka broniłam go przed wszystkimi.

– Typowe – kiwnęła głową Kasia. – Odizolować ofiarę od innych by móc się nad nią bezkarnie znęcać.

– Chciałabym wygrać w totka… – zaczęła Ela.

– Każdy by chciał, a co ma piernik do wiatraka? – przerwała jej Kasia.

-… i kupiłabym mu mieszkanie, żeby się wyniósł z mojego życia.

– To nie takie proste – z zadumą w głosie stwierdziła Kasia. – Nie ty masz mu kupować mieszkanie, nie ty masz za niego podejmować decyzje. On sam musi wziąć odpowiedzialność za to, co zrobił do tej pory i co robi. Nie może do końca życia ciebie  do tego zmuszać i potem  jeszcze winić  za wszystko.

– Ale ja się ciągle boję – przyznała Ela. – Wchodzę do domu i czuję lęk. Zajmuję się pracami domowym i lęk towarzyszy mi przez cały czas. Ostatnio nawet jak go nie ma w domu to się boję.

17.11.2017

  • nie-okrzesana Trudno się czyta ten tekst. Nie jestem i nie byłam bitą żoną. Ale byłam bitym dzieckiem i pamiętam ból psychiczny widząc bicie matki.
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Przepraszam, że mimo woli wywołałam smutne wspomnienia. Z takimi trudnymi sprawami spotykamy się bardzo często, nieraz konfrontacja z przeżyciami innych pomaga nam uporać się z własnymi, czasem wskazuje drogę do pokonania problemu. Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam, przytulam i ślę serdeczności:)))
  • nie-okrzesana Nie masz powodu przepraszać. Chciałam napisać po prostu, że wiem co czuje Elżbieta.
  • Gość: [Anka] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl nie-okrzesana:-) Powinnam być zadowolona, że sugestywnie udało mi się oddać przeżycia Elki, ale i tak mi przykro. Dodam tylko, że ona sobie poradzi. Tak w ogóle, to głupia jestem, bo chciałabym, żeby wszyscy byli szczęśliwi, zdrowi, uśmiechnięci, nie było żadnych konfliktowych sytuacji, żeby się wszyscy lubili i szanowali…raju na ziemi mi się chce…też zachcianki…
  • nie-okrzesana Anno marzenia jak najbardziej prawidłowe.
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Takie bardziej chyba z innej planety niż Ziemia. Dzięki za dobre słowo:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

Szczęśliwe chwile

Jutro pojadę do Calineczki, lecz najpierw upiec muszę babeczki, potem usmażyć naleśniki, żeby Wnusia K. w nauce miała wyniki; obiad teściowej przygotować; o nie, skarpet nie będę ja cerować, bo Mąż przetarte już wyrzucił, czym absolutnie mnie nie zasmucił. Kapustę dziś pokroić miałam, jednak się w necie zasiedziałam, lecz jak się sprężę, zbiorę w sobie, zaraz to wszystko jeszcze zrobię. Więc bigos wstawię, upiekę ciasto. Gdybyż na dworze wciąż było jasno to humor miałabym wyśmienity, a tak, cóż, zrzędzę, jak to kobity… Pranie z suszarki zdjąć by już trzeba, na dworze nie schnie, leje wciąż z nieba. Do prasowania góra się zbiera, mnie zaś nie bierze już cholera jak wtedy, kiedy młoda byłam i wciąż do pracy się śpieszyłam. Teraz mi dobrze, już się nie spieszę, życiem i każdym dniem się cieszę. Przyjemność czerpię z każdej czynności, nic to, że czasem bolą kości, taki już wieku jest przywilej, więc łapię wszystkie szczęśliwe chwile.

Niech każdy, kto tutaj zajrzy, przeżyje coś baaardzo miłego:)))

15.11.2017

  • kolewoczy Dobra, kiedy mam to coś miłego przeżyć? 😉
  • nie-okrzesana Niech ci się spełnia te życzenia.
  • kobietawbarwachjesieni Wszystkiego, co najlepsze dla Ciebie.
  • irsila Dziś z opieki nad wnusią wróciłam,
    ledwo się na drugie piętro wspięłam,
    albowiem kolki i ból w stawach kolanowych poczułam.
    Jutro również wyjadę porą ciemną,
    i taką samą wrócę,
    ale wcale się tym nie smucę,
    gdyż kontakt z wnusia to przyjemność.
  • annazadroza kolewoczy:) Kochana, wybór należy do Ciebie, kiedy chcesz i w jakiej ilości:)))
  • annazadroza nie-okrzesana:) Tobie się mają życzenia jak najlepsze spełnić:) A jak mnie przy okazji trochę też, to się nie obrażę, wcale a wcale:)))
  • annazadroza jesiennadziewczyno:) Dla Ciebie również baaardzo duuużo serdeczności:)))
  • annazadroza irsila:) Przebywanie z wnusią to naprawdę ogromna przyjemność, nie mogę się na maleństwo napatrzeć, kiedy trzymam śpiącą na rękach. Podobna jest do Dużego i cofam się w czasie, jakbym to jego trzymała. Na szczęście mieszkają na parterze, nie muszę się wspinać po schodach, bo kolana mi się buntują, głupie jakieś.
    Jaka duża Twoja wnusia?
  • irsila W marcu skończy 6 lat.
  • annazadroza To już duża dziewczynka:) Kiedy dziecko idzie do szkoły, od razu robi się „duże”, a ten czas zbliża się nieuchronnie. W ogóle dzieci za szybko dorastają, chciałoby się je zatrzymać dłużej na etapie, kiedy są słodkie i rozkoszne, też tak masz?
  • Gość: [babciabezmohera] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Bardzo sympatycznie Ci się rapowało /?/,rymowało…Miła notka! 😉
  • annazadroza BBM:-) Rymowało:) Nie znoszę rapu, brr. Dziękuję, że Ci było miło :)))
  • babciabezmohera To wszystko zależy od wykonawcy i tego, co ma do powiedzenia. Ja też z założenia przekreślałam rap. Nadal nie jest to dla mnie istotna twórczość muzyczna, ale moja ocena straciła nieco na ostrości. ;))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Dla mnie to wcale nie jest utwór muzyczny, muzyki tam z reguły nie ma, jest tekst mówiony rytmicznie. Czasem jest on jedynie stekiem „bluzgów”, ale zdarza się, że zawiera pewną prawdę, jest szczerym wyrazem uczuć i przeżyć wykonawcy, przyznaję. Ale i tak go nie lubię słuchać, głowa mnie boli, nie moja bajka po prostu.
  • babciabezmohera Żeby była jasność: moja też nie! ;))
  • annazadroza Moja to rock, blues rock :))) A reszta- zależy od chwili i nastroju.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz