Życzę

Kochani! Wszyscy zaglądający często i przypadkiem!
ŻYCZĘ ZDROWYCH, SPOKOJNYCH ŚWIĄT, PEŁNYCH RODZINNEGO CIEPŁA, ŚWIATŁA OD LAMPEK NA CHOINCE I OD CZYSTYCH DUSZYCZEK BIJĄCEGO, SAMEGO DOBRA I MIŁOŚCI WOKÓŁ ORAZ SPEŁNIENIA UKRYTYCH PRAGNIEŃ. BĄDŹCIE SZCZĘŚLIWI!!!

23.12.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Zwrotne życzenia świąteczne wszystkiego najlepszego, zdrowia i pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku, bo dobro wraca.
  • fusilla I wzajemnie!
    Do tego worek Ciepłego i Puchatego!
  • babciabezmohera Zdrowia, szczęścia, radości! Niech to będą dobre Święta! 🙂
  • veanka Anno, życzę Ci by ten świąteczny czas był czasem skrojonym na Twoją miarę, by mijał tak, jak lubisz.
  • mmzd Wzajemnie ! – najlepszego !!
  • annazadroza L.C:-) Dzięki:) Wezmę sobie za motto w Nowym Roku Twoje słowa DOBRO WRACA!!! Będę je powtarzać bezustannie:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Dziękuję. Tobie cały wagon Ciepłego z Puchatym, bo Ci się należy:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję. Były dobre:) Nie wiem jakim cudem ale wszystko mi wyszło tak udane i smaczne jak chyba nigdy, niczego nie spaliłam, nie zepsułam, nie przesoliłam. Cud jakiś czy co:)))
  • annazadroza Veanko:-) Dziękuję. To pierwsze Święta malutkiej Calineczki, była u mnie i wpatrywała się w światełka na choince. Zadowolenie na twarzyczce, uśmiechy i „gadanie” – bezcenne:)))
  • annazadroza Magdo:-) Dzięki. Niech Gwiazdka Ci świeci i radość przynosi:)))
  • lvajxi03 (i żeby tempo nowych wpisów było przynajmniej utrzymane)
  • annazadroza Ivajxi03:-) Witam i dziękuję, za odwiedziny również. Pozdrawiam serdecznie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 13

Coraz trudniej było Kasi porozumieć się z ojcem. Musiała być z nim w stałym kontakcie. Dzwonił kilka razy na godzinę pytając o to samo albo opowiadając te same wymyślone wydarzenia. Zdawało mu się, że jest w innym czasie i miejscu, często gubił się i opowiadał potem jak sobie opracował system powrotu do domu. Mianowicie  – szukał nazwy ulicy i numeru, pod którym akurat stanął, dzwonił po taksówkę z telefonu komórkowego, a swój numer miał przyklejony taśmą do aparatu. Kasia żyła w bezustannym stresie, nie wiedziała czego może się spodziewać za pięć minut, ba, za minutę. Ojciec nie zważał na to, że Kasia jest w pracy, że nie może być do jego dyspozycji przez całą dobę. Sprawiał wrażenie, że chwilami nie odróżnia dnia od nocy. Bywał rześki jak skowronek o północy, co kiedyś mu się nie zdarzało, natomiast w dzień zaspany i zdziwiony, że córka nie śpi.

– Przyjdź i pożycz mi pieniędzy – zadzwonił w środku nocy, a kiedy nieprzytomna, zerwana ze snu próbowała mu tłumaczyć, że jest noc, złościł się. – Nie to nie, pójdę do sąsiadów pożyczyć. Jestem głodny, dawno nie jadłem żadnego obiadu.

– Tato, jest noc! Nie budź ludzi! Sąsiedzi cię przeklną, jeśli im ciągle nie będziesz pozwalał spać – tłumaczyła. – Jedzenie masz w lodówce, byłam przecież u ciebie, obiad ci podałam, zjadłeś całą porcję, kolację też ci przygotowałam…

– Ale kiedy to było!

– Dziś po południu. Prosto z pracy pojechałam do ciebie. Naprawdę nie pamiętasz?

– Niemożliwe – wyraźnie nie wierzył córce.

– Tatusiu, błagam cię, idź spać. Jutro przyjadę to porozmawiamy – była nieprzytomna ze zmęczenia.

– No dobrze – zgodził się. – To o której będziesz?

– Po pracy.

– To znaczy o której?

–  Kończę o szesnastej, jak dojadę to będę.

– Dobrze, zapisałem sobie. To mówisz, że jest noc?

– Tak, ludzie śpią o tej porze.

– Zaczekaj przy telefonie, pójdę zobaczyć przez okno. Miałaś rację, – usłyszała po chwili, –  jest ciemno i światła w oknach się nie świecą. Przepraszam córciu, że cię obudziłem. Wybacz staremu ojcu.

– Dobranoc tato, do jutra.

I tak było ciągle. Dzwonił do różnych znajomych, umawiał się, po czym nigdzie nie szedł, opowiadał im jakieś niestworzone historie, córka zaś wysłuchiwała uwag na temat samotności ojca, braku opieki i zainteresowania z jej strony, depresji w którą starszy pan  wpadł z tego powodu… Kasia czuła się okropnie, chwilami była załamana, miotała się między ojcem, domem, pracą i sama już chwilami nie wiedziała jaka jest pora  nocy czy dnia, weekend czy dzień powszedni. Mieszkanie przypominało pobojowisko, bo po ślubie Łukasza chciała je urządzić na nowo. Kupiła  meble, Kamil kładł panele na podłodze, wszędzie leżały narzędzia, listwy, jakieś śruby, gwoździe, diabli wiedzą co jeszcze. Kasia spała przez pół roku na łóżku polowym, ponieważ wydała wszystkie oszczędności i zabrakło na wersalkę. Wreszcie – obolała, pokręcona i chronicznie  niewyspana przyjęła pożyczkę od Mikołaja. W ramach odstresowania przeleciała jak burza przez pawilon meblowy na skrzyżowaniu Woronicza z Wołoską i kupiła wersalkę.  Cóż to była za przyjemność położyć się wieczorem spać!

– Po raz pierwszy po tak długim czasie czuję się jak normalny człowiek – powiedziała do Kamila.

Spała na nowej wersalce dokładnie dwie noce.

Marek po południu zadzwonił do siostry.

– Słuchaj, nie wiem co się dzieje. Ojciec nie chce otworzyć drzwi. Słyszę jak się rusza, szura czymś, coś mówi. Ale ja nic nie rozumiem, a on nie otwiera.

– Będę dzwoniła na normalny telefon, ty na komórkę i do drzwi – Kasia już wiele razy przeżywała podobne sytuacje.

Długo trwało zanim wreszcie otworzył. Marek zobaczył tatę umazanego krwią, krew była na ścianie, na podłodze zaś ojciec sprawiał wrażenie niezupełnie przytomnego. Miał rozciętą głowę. Nie pamiętał co się stało. Syn zawiózł go na pogotowie, gdzie zaszyli ranę i zrobili prześwietlenie czaszki. Na szczęście okazało się, że to nic groźnego. Niemniej jednak niemożliwe było pozostawienie go samego w domu.

– Przywieź go do mnie – powiedziała Kasia. – Na szczęście kupiłam wersalkę, więc będzie miał na czym spać.

Po niedługim czasie odezwał się domofon. Dżemik rozszczekał się na dobre kilkanaście minut od chwili, kiedy zabrzmiał dzwonek aż do chwili, kiedy ochrypł. Nie  było sposobu uciszenia go.  Musiał sam chcieć przestać. Zawsze bardzo się cieszył, kiedy dziadziuś przychodził z wizytą, bo ciągle Dżemika głaskał i podsuwał po kryjomu łakocie, których pani nie pozwoliła dawać, bo podobno psu szkodzą. Ale są takie dobre, że kto by na to zwracał uwagę. Dżemik był szczęśliwy.

– Cześć tato, jak się czujesz?

– Zawsze się dobrze czuję kiedy cię widzę – odpowiedział i odwrócił się do syna. – Zawieziesz mnie teraz do domu?

– Nie tatusiu. Zostaniesz  u mnie, dopóki ci się głowa nie zagoi – odpowiedziała Kasia, Marek wycofał się za drzwi.

– Jaka głowa?

– Potłuczona. Twoja. Przecież wracasz z pogotowia. Zostaniesz u mnie przez kilka dni aż wydobrzejesz – wyjaśniła.

– To gdzie ja będę spał?

– Tu, na nowej wersalce. Widzisz? Jakbym ją kupiła specjalnie dla ciebie.

Dla Kasi i Kamila rozpoczął się bardzo trudny okres.

Kamil od roku szukał pracy. Odbył staż w agencji reklamowej, zrobił kilka zleceń lecz  stałej pracy wciąż szukał i nie mógł znaleźć. Teraz się okazało, że na szczęście. Dziadka nie można było zostawić samego nawet na chwilę. Zajmował się więc nim dopóki matka nie wróciła z pracy. Wtedy dopiero wychodził z domu.  A dziadek zadawał w kółko te same pytania, widział jakieś osoby znane i nieznane chodzące po mieszkaniu, bezustannie czegoś szukał w szafkach, w szufladach, w kieszeniach swoich i cudzych.

– Tato, to jest moja kurtka, czego w niej szukasz? – zdziwiła się Kasia pierwszy raz się z tym zetknąwszy.

– Jak to twoja?

– Zwyczajnie, moja.

– To ją sobie zabierz, niech mi tu nie wisi – ostatnio był ciągle poddenerwowany.

W nocy nie spał, chodził, szukał łazienki – choć trudno jej nie znaleźć w czterdziestometrowym, dwupokojowym mieszkaniu, przeglądał kieszenie, chował klucze, dowód i portfel, czyli te przedmioty, których stale szukał u siebie w domu i w tej sprawie kilka albo kilkanaście razy dziennie dzwonił do córki. Zaglądał do kuchni, do pokoju Kamila, odkręcał wodę i zostawiał płynący strumień. Kasia bała się, żeby nie odkręcił gazu. Odkąd miała ojca w domu, nie tylko musiała wrócić na łóżko polowe, ale nie udało jej się przespać ani jednej nocy.

Nie potrafiła zasnąć mając świadomość, że w pokoju jest ktoś poza nią. Od przeszło dwudziestu lat była sama, pomijając weekendy, które spędzała u Mikołaja oraz wspólne urlopy, ale to zupełnie co innego. A teraz? Jedna, dwie noce, jakoś można przeżyć. Tu jednak sytuacja komplikowała się coraz bardziej.

Któregoś dnia siedzieli po kolacji przy stole, tata oglądał kolejny serwis informacyjny niczego nie pamiętając z poprzedniego.

– A kiedy przyjdzie wujek? – zwrócił się nagle do córki.

– Rany boskie, jaki wujek? – zwróciła na ojca zdumione spojrzenie.

– No, twój mąż – wyjaśnił zdziwiony jej pytaniem.

– Przecież ja już od dawna nie mam męża – wykrztusiła.

– Jak to nie masz? – już zaczynał być zły. – A wujek Jasiek?

Gorączkowo szukała w pamięci kogoś o tym imieniu. O kogo ojcu chodzi?

– Ciociu, – zwrócił się do niej ojciec wprawiając ją w jeszcze większe zdumienie, – a babcia to gdzieś poszła czy jest w kuchni?

Wtedy zorientowała się, że ojciec bierze ją za młodszą siostrę swojej mamy. Wujek Jasiek to był jej mąż. Wszyscy od wielu lat nie żyli. Dziwnie się poczuła.  Jeszcze dziwniej, gdy po pewnym czasie zapytał.

– Czy ty jesteś siostrą babci?

– Nie, jestem twoją własną, osobistą córką – odparła cicho.

– To ja mam córkę? – zdziwił się.

– Tato, gdybym była siostrą twojej babci, musiałabym mieć jakieś… sto pięćdziesiąt lat…

Kasia nie mogła dłużej chować głowy w piasek i nienormalnego zachowania ojca  kłaść na karb wieku albo uderzenia w głowę. W końcu stwierdziła, że musi skonsultować się z lekarzem. Zamówiła wizytę u neurologa. Oczywiście prywatnie, bo przecież chodziło o czas. Poszła sama, Kamil został z dziadkiem. Opowiedziała o zachowaniu ojca, o swoich spostrzeżeniach. Lekarz wysłuchał uważnie i powiedział:

– Nie chciałbym pani przedwcześnie martwić, ale to mi wygląda na chorobę Alzheimera. Koniecznie musi pani przyprowadzić tatę. Zrobimy testy i dam skierowanie na tomografię komputerową głowy.

Umówiła się na kolejną wizytę. Do domu szła piechotą, żeby pozbierać myśli.  Zaczęła łączyć ze sobą liczne niezrozumiałe, dziwne sytuacje, których doświadczała w związku z ojcem, pomyłki, dziwne telefony, opowieści jak z kosmosu, rozmowy z nieobecnymi i …  zaczęła rozumieć  ich bezsensowny sens. Zadzwoniła do kardiologa, który kiedyś leczył ojca i dowiedziała się, że bardzo dawno nie był na konsultacji. Jakim cudem jeszcze żył – nie wiadomo. Przestał zażywać leki, bo nie pamiętał co ma brać, kiedy, ile i czy w ogóle już wziął czy nie. To okazało się być szczęściem w nieszczęściu. Gdyby prawidłowo przyjmował leki kardiologiczne, krew byłaby rozrzedzona na tyle, że po urazie głowy wykrwawiłby się na śmierć! Teraz jednak należało przebadać go od początku i ustalić  od nowa sposób podawania  lekarstw oraz ich ilość. Codziennie rano albo Kasia albo Kamil zaprowadzali dziadka na badania, potem Kasia dzwoniła po wyniki robione na cito, potem do kardiologa informując o wynikach. Na ich podstawie lekarz ustalał dzienną dawkę leku. I tak przez dłuższy okres. Kasia nawet musiała sama robić ojcu zastrzyki. On zaś ciągle chciał uciekać do domu, nie rozumiał, że nie może pozostawać bez opieki. Stało się to bardzo oczywiste dla Kasi i Kamila. Nie można już było spuszczać z oka starszego pana ze względów bezpieczeństwa. Robił bez zastanowienia, co mu tylko przyszło do biednej, chorej głowy. Zobaczywszy na podłodze kabel od komputera chciał go wyrwać.

– Skąd się to u mnie wzięło? – spytał ze złością.

Kasia ledwo zdążyła chwycić kabel.

– Przecież u mnie takie coś nie leży! – był oburzony interwencją córki.

Potem chciał wyjść przez balkon.

– Tato, gdzie ty idziesz?

– Do mojego pokoju na górze – odpowiedział zniecierpliwiony.

– Ale  tam nie ma twojego pokoju!

– Jak to nie ma? Przecież tam mieszkam!

– Nie. Tam mieszkają sąsiedzi.

– Co ty opowiadasz za bzdury! Przecież się tam w czasie wojny przed szkopami ukrywałem!

Doszło do tego, że kiedy udało się go przekonać, aby poszedł spać i kiedy nareszcie usnął, Kasia  z Kamilem rozmawiali szeptem skuleni w kucki w kącie kuchni.

Badanie tomograficzne mózgu zrobili w prywatnej klinice. Kasia była szczęśliwa, że ojciec mógł sobie na to pozwolić. Jakoś udało mu się wytłumaczyć konieczność badania, a on przyjął tę konieczność do wiadomości. Cóż, wynik był jednoznaczny. Wyrok zapadł. Alzheimer. Kasia była załamana. Znała przebieg choroby z relacji osób, które miały z nią do czynienia. Co teraz? Gdyby mama żyła miałby stałą opiekę i jakoś wszystko dałoby się ułożyć. Ale tak?  Ojciec nie może być sam. Kamil musi być w stanie gotowości do podejmowania zleceń o różnych porach dnia, do rozmów z pracodawcami. Ona nie ma praw emerytalnych, żeby odejść z pracy i zająć się ojcem. Nie ma pieniędzy, żeby opłacić opiekunkę. Sytuacja bez wyjścia. Co z tego, że ojciec ma dobrą emeryturę, jeśli nikogo nie chciał upoważnić do współdysponowania nią? Jej pensja ledwo starcza na opłaty, bilet miesięczny, na jedzenie już nie bardzo. Zawsze tak było, robiła cuda-wianki, żeby przeżyć. Kamil nie pracuje na stałe, jest bezrobotny po szkole. Super! Gdyby ojciec upoważnił kogoś, wszystko jedno kogo… Teraz pojęła skąd się wzięło dziwaczne zachowanie taty w banku. Kiedyś udało się – takie przynajmniej miała wrażenie – wytłumaczyć mu, że dla własnego dobra powinien ją upoważnić do korzystania z konta. No bo niech trafi do szpitala – a był czas, że się to zdarzało bardzo często – i co? Ona nie będzie miała pieniędzy ani na leki, ani na opłaty związane z jego mieszkaniem, ani na żadne jego potrzeby.  Znając córkę przecież wiedział, że za skarby świata nie ruszy i nie weźmie dla siebie czegoś, co do niej nie należy. Zgodził się, pojechali do jego banku, a tam zrobił jej i Kamilowi dziką awanturę, w wyniku której o mało nie interweniowała ochrona. Potem przepraszał i tłumaczył, że widział kogoś innego, nie córkę i wnuka lecz obcych ludzi, którzy chcieli go okraść.

Kasia była permanentnie zmęczona. Wszystkie kości bolały ją od spania na łóżku polowym. Zresztą, co tu mówić o spaniu. Przecież  żadnego spania nie było. Ojciec wciąż całymi nocami chodził po mieszkanku, szukał łazienki, wchodził do Kamila i dziwnie przyglądał się  śpiącemu, rozglądał się bezrozumnie wokół niczego nie poznając, zapalał wszędzie światło, przeszukiwał kieszenie ubrań, wyciągał z nich co tylko było i chował a potem bezustannie szukał i szukał i szukał. Całe szczęście, że Kasia założyła nowe drzwi zewnętrzne zamykane tylko na klucz. Klucz trzymała przy sobie, więc ojciec nie mógł go znaleźć i i uciec z domu, choć próbował co chwilę.

Czuła się kompletnie wykończona i psychicznie i fizycznie zaistniałą sytuacją. Do tego martwiła się, że Mikołaj – mając dość własnych stresujących sytuacji w pracy – nie wytrzyma z nią  i nie zechce dźwigać jeszcze i jej problemów.  Marek zabierał ojca do siebie w sobotę, mogła więc pojechać do Mikołaja. W nocy dręczyły ją koszmary, zamiast wypoczęta – czuła się jeszcze bardziej zgnębiona. Nie mogła zapanować nad łzami. Starała się nie obudzić Mikołaja, ale łkanie wstrząsnęło jej ramionami, z gardła wydarł się szloch.

– Kotku, jestem przy tobie – Mikołaj objął ją i mocno przytulił.

– Co ja zrobię! Jak sobie poradzę? – łkała. – Będziesz miał dość i  zostawisz mnie!

– Nie bój się, poradzisz sobie – głaskał ją po włosach. – I zabraniam ci mówić podobne bzdury. Po to mnie masz, żebym był przy tobie i pomagał, pamiętaj o tym.

Oparła o niego mokry od łez policzek i szepnęła:

– Dziękuję kochanie, że jesteś.

22.12.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Przeczytałam jednym tchem. Samo życie. Kasia trzymała się bardzo dzielnie.
  • annazadroza L.C.:-) Witaj znowu:) Żebyś wiedziała, że samo życie, co do joty, dialogi też 🙁
  • kobietawbarwachjesieni Ja byłam w szpitalu z pacjentka chorą na Alzheimera. i byłyśmy tylko we dwie w jednym pokoju. Nie było to miłe doświadczenie.
  • annazadroza Jesienna:-) Wyobrażam sobie jak musiałaś się czuć. Do tego sam na sam w jednym pomieszczeniu. Ja odbieram obecność tak chorej osoby jakby drgały cząsteczki powietrza wokół powodując dziwne wibracje. Coś w tym musi być, ponieważ „zdiagnozowałam” dwie osoby i podpowiedziałam rodzinie gdzie mają się udać, okazało się, że miałam rację, niestety. Nadmieniam, iż to były obce osoby, sporadycznie miałam w pracy z nimi do czynienia (już emeryci).
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Spokój

Nie mam w tym roku przedświątecznej gorączki, jakoś spokojnie podchodzę. Może dlatego, że dzieciaki przyjadą w różnych terminach, więc nie muszę wszystkiego szykować na jeden dzień. Poza tym, myślę sobie, że pojawienie się Calineczki stworzyło dystans do mniej ważnych spraw.
Miałam w planie pojechać dziś na cmentarz, ale przełożyłam na jutro, żeby nie rozbijać dnia. Jutro i tak pojadę do malutkiej, więc wcześniej zahaczę o Wilanów i pogadam z siostrą… I tak z nią rozmawiam, nawet często… Zapalę światełka również i dla Mamy, bo urodziny…
Spokoju życzę wszystkim, bo tego w tej chwili nam najbardziej potrzeba w podejściu do świata zewnętrznego.

21.12.2017

  • kolewoczy Spokój wewnętrzny to kwestia nastawienia 😉 Nie dać się gorączce: zakupowej, kuchennej, sprzątania, szykowania, politycznej także, nie ulegać nakręcanej atmosferze w mediach. W takich chwilach widać, jak bardzo ulegamy wpływom, naciskom, manipulacji, a na ile jesteśmy w stanie władać sami sobą, swoim czasem i swoimi emocjami. Magia świąt zależy od nas 🙂 Spokojnych, radosnych Świąt!
  • annazadroza Kolewoczy:-) O tak, od nas zależy. Tylko nikt nas nie uczył „zarządzania sobą”, jeśli ktoś sam odczuł kiedyś taką potrzebę, pracuje nad tym. Większość, niestety, pojęcia nie ma o mechanizmach manipulacji ludźmi i pozwala rządzić swoimi nastrojami i emocjami.
    Szczęśliwych Świąt:)))
  • veanka A ja kiedyś tę gorączką przedświąteczną bardzo lubiłam (przeważnie oczekiwanie na coś jest atrakcyjne;).
    Jak wiek stopniowo zabierał siłę to zamiast radości czułam irytację, ze muszę się sprężać by z wszystkim zdążyć.
    W tym roku choroba totalnie pokrzyżowała mi plany, ale też na wiele spraw otworzyła oczy.
    Teraz będę spokojniej i bez spinania się podchodzić do spraw, które kiedyś wywoływały nerwówkę i niepokój.
    I może tę gorączkę przedświąteczną na znowu polubię, ale na moich warunkach;).
  • annazadroza veanka:-) Przygotowania lubiłam i lubię, szczególnie prezenty i gotowanie. Faktem jest, że wolniej mi to wszystko idzie. Za to potrafię nie przejmować się jak dawniej tym, że czegoś nie mam, czy nie zdążę zrobić, bo mnie biodro boli albo kolano się zbuntowało i odmawia współpracy;) Najważniejsza jest w tym roku malutka, bo to jej w ogóle pierwsze, a nasze pierwsze wspólne Święta:)))
    Zdrowych Świąt i bardzo przyjemnych:)))
  • babciabezmohera Spokojnych, nastrojowych, rodzinnych Świąt! Wszystkiego najlepszego! 🙂
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję:) Zdrowych, spokojnych Świąt i wszystkiego co najlepsze na świecie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Ktoś powiedział…

Ktoś powiedział, że Adrian wróci, podpisze i będzie na nas krzyczał. Właśnie tak się dzieje. Niestety…

20.12.2017

  • e.urlik Debil cholerny. Ciekawe co oni na niego mają? Czy może on tak sam z siebie taki s…syn, albo ameba bez mózgu. Mam nadzieję, że historia kopnie go w … cojones. O, przepraszam, trzeba je mieć.
    Oby Nowy Rok był lepszy, oby los przechylił się troche na naszą stronę. Wesołych świąt Aniu, cieszmy się jak dzieci.
  • nie-okrzesana Nie zdążyłam przeczytać całego Twojego bloga jeszcze. Czy jest jakiś wpis który naświetli o co chodzi w tym temacie ?
  • annazadroza nie-okrzesana:-) To takie nawiązanie do wszystkich lipcowych emocji związanych z protestami w obronie sądów, np. „Dramat” z 20.07., „Gdyby…” z 11.08. i inne z tamtego okresu. Jeszcze może „Przecież mamy się czym pochwalić” z 1.09.
    Nie wiem czy dobrze Cię zrozumiałam.
    Wesołych i szczęśliwych Świąt:)))
  • annazadroza Ewo:-) Podobno jest pod wpływem Księżyca, a więc przypływ- odpływ-przypływ-odpływ, do tego bez siły przebicia, decyzyjności i całkowicie podporządkowany. Tylko na nas potrafi krzyczeć. Dobrze, że już była Broszka na nas krzyczeć nie będzie, bo też to robiła. Co wystąpienie – to się darła i groziła. Koniec z tym! Koniec z tym! No i przyszedł koniec.
    No to koniec z tym i – WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 12

Od chwili podjęcia decyzji dotyczącej dalszej części życia Elżbieta czuła się spokojniejsza. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że czeka ją wiele niemiłych, stresujących momentów. Co tu dużo mówić – bała się. Niemniej jednak czuła się silniejsza i spokojniejsza. Na terapii uświadomiła sobie, że nie jest sama, że przyjaźń pomoże przetrwać najtrudniejsze czasy, a odzyskanie poczucia własnej godności i wartości daje inne spojrzenie na wiele spraw.

Zdecydowała się na rozwód. Spokojnie czekała na rozwój wypadków. Wierzyła, że będzie tak jak los wcześniej zaplanował jej życie. Zresztą los, karma, Bóg… wszystko jedno jak nazwać tę siłę kierującą życiem. Będzie jak ma być. Jedno zrozumiała na pewno: musi zadbać o siebie, bo nie zdoła żywa doczekać do sprawy sądowej.

Kupiła preparat wielowitaminowy i łykała go zgodnie z zaleceniem na opakowaniu, poprosiła Kasię o położenie farby do włosów na sporych odrostach, na co przyjaciółka z radością  przystała, widząc w tym budzenie się Elki do życia.

– Nareszcie wracasz do świata żywych ludzi – powiedziała z radością.

Orzechowy blond na włosach Elżbiety wyglądał świetnie. I odwrotnie, Elżbieta doskonale wyglądała z włosami w kolorze orzecha laskowego. Tak jakoś jaśniej i radośniej. Kasia nie kryła zadowolenia.

– Cieszysz się jakbyś sama tę farbę robiła – fuknęła Elka, uśmiechnęła się jednak do siebie, z nieukrywanym zadowoleniem przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. – No cóż – dodała po chwili – chyba jeszcze jestem kobietą, skoro zmiana w wyglądzie sprawia mi przyjemność.

– A dlaczego niby nie miałabyś być kobietą? Wąsów u ciebie nie widzę – Kasia udawała, że szuka zarostu na twarzy Elżbiety. – Poza tym, może nie pamiętasz, że faceci nieraz  oglądają się za tobą? Choćby w Hicie… o właśnie, zapomniałam kupić żarełko dla psa…czekaj, muszę zapisać na kartce…

– Przypomniałaś mi, jak kiedyś już nie miałam pieniędzy  na jedzenie i napisałam Mirkowi na kartce, żeby kupił chleb, masło, ziemniaki, włoszczyznę i położyłam w kuchni na stole. Zmiął kartkę, rzucił nią we mnie i powiedział, „Przestań śmiecić ty k…”

– Boże, co za cham – westchnęła Kasia.

– Ubliża mi za każdym razem, kiedy się do mnie odezwie. Wolę, żeby nic nie mówił. Na sam dźwięk jego głosu wszystko się we mnie trzęsie. Właściwie to od śmierci mamy mój organizm go nie toleruje, nie jestem w stanie z nim rozmawiać. Przedtem jeszcze próbowałam, starałam się o poprawę sytuacji w domu, ale wówczas przekroczył wszelkie granice przyzwoitości… –  Elżbieta pogrążyła się w bolesnych wspomnieniach.

– Pamiętam, że na pogrzebie twojej mamy chłopcy stali razem z tobą, on zaś osobno, jak zupełnie obcy człowiek i wyglądał jakby miał ciężkiego kaca – powiedziała Kasia.

– Bo miał. Albo nie, jeszcze nie zdążył wytrzeźwieć. Boże, jaki to był koszmar – Ela zakryła oczy rękami. – Robert chodził wtedy do trzeciej klasy liceum. Mama leżała w szpitalu, jeździłam do niej codziennie i nie widziałam  żadnej poprawy. Na radzie pedagogicznej nagle straciłam wzrok. Wezwali pogotowie. Okazało się, że ciśnienie tak mi skoczyło, aż przestałam widzieć. Jakoś po lekach spadło, ale co przeżyłam to moje. Potem siedziałam dwie godziny u mamy. Ledwo żywa dotarłam do domu, a tu się okazało, że Robert jest zagrożony z pięciu przedmiotów! Pod koniec roku szkolnego! Mirek wrzasnął, że do szkoły nie pójdzie i jeszcze dodał pod moim adresem: ” żebyś ty k… wreszcie zdechła”. Rozumiesz? Ja muszę lecieć drugi raz do szpitala, bo z mamą jest bardzo źle, trzeba jej założyć sondę bezpośrednio do żołądka, bo nie je, dusi się i tylko patrzy  czy jestem, a on nawet nie pójdzie do szkoły do własnego dziecka! – przerwała wycierając łzy płynące po twarzy na wspomnienie koszmarnej sytuacji. – Wyniki były złe, zabieg odwołano, mnie reanimowali w szpitalu, już sama nie wiem czy mi groził zawał czy zapaść, bo mama odeszła. Mama umarła! Zostawiła mnie! A kiedy wróciłam do domu Mirek się nie odezwał ani słowem! W takiej chwili! Na drugi dzień wrócił nad ranem kompletnie pijany. Prosiłam go, żeby odebrał zaświadczenie z parafii, dałam mu pieniądze, bo zapytał kto za to zapłaci. Nie odebrał… A na pogrzeb mamy  poszedł… widziałaś w jakim stanie… Chłopcy i ja byliśmy gotowi do wyjścia a on spał. Robert obudził go i spytał czy idzie na pogrzeb babci. W ostatniej chwili wstał…

– Elcia, to już przeszłość – Kasia objęła przyjaciółkę. – Minęło. Zobacz, chłopcy pokończyli szkoły, studiują, są fajnymi facetami, naprawdę doprowadziłaś do tego. Dałaś sobie radę mimo wszystko. Widzisz  jaka jesteś dzielna?

– Może chwilami, ale czasem nie mam siły oddychać – powiedziała żałośnie próbując się uśmiechnąć przez łzy do przyjaciółki.

– Teraz głowa do góry, kochana, już nie musisz się go bać ani nim przejmować.

– Powiedz, dlaczego pozwoliłam mu na takie zachowanie przez całe lata?

– Przecież to jasne. Zabił w tobie poczucie własnej wartości. Wmawiał ci, że jesteś niczym, niczego nie umiesz, do niczego nie dojdziesz. Udało mu się, pamiętasz? Jaka była jego reakcja na twoje studia, obronę pracy magisterskiej czy zdanie egzaminu na prawo jazdy?

– Teraz to wiem. Na terapii uświadomiłam sobie wszystkie etapy, cały mechanizm jego działania. Najgorsze, że ofiarami są również chłopcy. Kiedyś myślałam, że jak dzieci są małe to niczego nie rozumieją.

– Właśnie. Mnóstwo osób tak uważa, a to straszny błąd. Dzieciaki wszystko wiedzą, odczuwają o wiele mocniej niż dorośli i zostaje im trauma w podświadomości nawet jak im się zdaje, już po latach, że nie. Ale na pewno można im pomóc miłością i cierpliwością. Uda się, zobaczysz – Kasia pogładziła przyjaciółkę po lewej ręce, bo prawą Ela wycierała płynące łzy.

19.12.2017

  • kobietawbarwachjesieni Czy ta historia jest wzięta z życia?
  • annazadroza Jesienna:-) Takich i podobnych historii jest mnóstwo, sama znam kilka osobiście, niestety…
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Fakt,samo życie.
  • annazadroza L.C.:-) Wszystko przez to, że kiedyś wpajano kobietom, że nic nie mogą zrobić, bo pan i władca ma rację. A gucio… My teraz, oprócz oleju w głowie, mamy parasolki…
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Przedświąteczny tydzień

Ostatni tydzień przedświąteczny. Pełen rozgardiaszu, zabiegania, poszukiwania brakujących prezentów, zapodzianych dekoracji schowanych rok temu, planowania pracy i końcowych zakupów. Z gotowaniem i pieczeniem trzeba, niestety, czekać na ostatnią chwilę, żeby świeże było. Tak naprawdę mam zrobione śledzie, zakwas na barszcz, pieczarki usmażone i zamrożone na pasztet wegetariański dla rodzinki Małego. Cała reszta czeka na przetworzanie, na szczęście chyba już wszystkie produkty mam zgromadzone, no, poza warzywami na sałatkę i sos do ryby po grecku. Mam na wszystko cztery dni, myślę, że spokojnie zdążę. Dwa
dni wypadną z planu pracy, bo do Calineczki pojadę. Wracam wtedy zmęczona i niewiele w domu mogę zdziałać. Ale co tam, malutka przytulona do babci- to
skarb największy na świecie i chwile bezcenne:))) A więc się biorę za robotę i życzę wszystkim siły oraz dobrego humoru podczas przygotowań:)))

18.12.2017

  • e.urlik Skarbie, trzymam kciuki, żeby się wszystko udało i było na czas. Dla mnie to najbardziej stresujący tydzień w roku, ale mam już ciasto na piernik, może raz w życiu się uda.
  • babciabezmohera Jakoś wyjątkowo bezstresowo podchodzę do tegorocznych Świąt- co ma być, to będzie! 😉
  • nie-okrzesana U mnie dużo gorzej. Ale z zupełnie innego powodu.
  • annazadroza Ewo:-) Dziś zrobiłam dwa wielkie słoje (po ogórkach) sałatki z białej kapusty, marchewki, papryki i cebuli w zalewie. Jedną taką porcję już pochłonęliśmy. Będzie na święta i na potem też. Piernika prawdziwego nigdy nie piekłam, wydaje mi się, że za dużo roboty:) Obowiązkowo muszę upiec sernik, prawdziwy, nie na zimno. Zamiast tradycyjnego makowca zrobię makowczyki z gotowej masy na gotowym francuskim cieście. Szybkie, smaczne i sprawdzone. Poza tym – jeszcze się nie zdecydowałam co więcej, zobaczę:)
  • annazadroza BBM:-) To chyba najwłaściwsze podejście do każdej sprawy. Co ma być to będzie:)))
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Zdrowie najważniejsze, dbaj o nie i nie martw się świąteczną robotą. Za rok też będą Swięta. A póki co – lecz się i odpoczywaj, czasem naprawdę zwolnić tempo trzeba, gdy organizm się tego dopomina. Trzymam kciuki za Ciebie:)))
  • kobietawbarwachjesieni U mnie wykonanie robót świątecznych jest jeszcze za górami, za lasami.
  • annazadroza Jesienna:-) Szaleństwo „sprzątaniowe” sobie odpuściłam, nic ponad konieczność. Bigos dziś wstawiłam w 2-ch wersjach, bo wegetariański również. Na resztę za wcześnie, nie ma gdzie trzymać. Jeszcze do malutkiej pojadę, tak więc piec ciasta w sobotę dopiero będę.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 11

Adelka była osobą zdecydowaną. Dawno zdecydowała, że chce mieć święty spokój. Ciągle się jednak zdarzało coś takiego, co uniemożliwiało trwanie w owym upragnionym stanie. Tak się oczywiście stało i teraz. Zadzwoniła pani Henia z płaczem, że znowu nie przyszła opiekunka. Cóż, Adelka podniosła się miotając w duchu niecenzuralne słowa pod adresem  niesolidnej, nieodpowiedzialnej kobiety. Sytuacja rzeczywiście przedstawiała się tragicznie po raz kolejny. Zdesperowana, podniesionym głosem oznajmiła, że tak dłużej być nie może, po czym zabrała biedną Perełkę na spacer.

W wyniku intensywnych działań znajomych i różnych znajomych innych znajomych pani Henia wylądowała w ośrodku opiekuńczym a Perełka u Adelki, gdzie od pierwszej chwili poczuła się w pełni szczęśliwa w towarzystwie Reksa i Misia. A obaj czworonożni „chłopcy” też byli zadowoleni z towarzystwa „dziewczynki”. Tak więc na spacery Adelka chodziła w towarzystwie całej trójki.

Ponieważ była zawsze gotowa nieść pomoc, często korzystali z tego okoliczni znajomi psiarze. Gdy ktoś był chory – dzwonił do niej, nigdy nie odmawiała mając na uwadze dobro naszych mniejszych braci tak czworonożnych jak i skrzydlatych, wszak opiekując się w domu ukochanymi papugami uchodziła za ekspertkę od ptaków.

Życie Adelki wcale nie było pozbawione damsko-męskich relacji. Ciągle się trafiał jakiś chętny „psi spacerowicz” do towarzystwa na spacerze albo do wypraw po wodę oligoceńską, albo zapraszający ją na działkę. Ona nie miała najmniejszego zamiaru zamieniać swego ułożonego, wygodnego życia na inne, tak jej było dobrze, więc zbytnio się nie przejmowała tym, co robią i myślą współspacerowicze. Natomiast Elka i Kasia były zdegustowane spotykając któregoś towarzysza Adelki w towarzystwie innej „psiej” znajomej. Natychmiast tracił u nich punkty i obrzydzały go Adelce ile się tylko dało. Ta znów śmiała się z przyjaciółek ponieważ naprawdę nie przywiązywała do tego wagi.

Jeden z „psich” znajomych, pan Edek, szczególnie często absorbował jej uwagę i czas. Elżbieta i Kasia zaś szczególnie jego nie darzyły sympatią. Bo co sobie taki chłop myśli? Nie dosyć, że uważa się za alfę i omegę we wszystkim, bez przerwy angażuje Adelkę w swoje sprawy, to nagle okazuje się, że ma babę, która u niego zamieszkała. Obie czuły ogromne oburzenie. Chłop – jak to chłop – niczego nie czuł i – mimo baby –  zapraszał Adelkę w dalszym ciągu na spacery. Ona dawała się wyciągać mając na uwadze wyłącznie dobro psów.

No i właśnie dała się naciągnąć na spacer do lasu. Poszli we trójkę: Adelka, pan Edek i pani Lodzia, którą przedstawił jako narzeczoną, no i oczywiście psy. Pani Lodzia była świergotliwą osóbką podkreślającą na każdym kroku genialność pana Edka w absolutnie każdej dziedzinie. On zaś uśmiechał się pełnym wyższości uśmiechem i dawał do zrozumienia otoczeniu, czyli w tym przypadku Adelce, że oto odpowiednia ocena jego wartości i niech Adelka patrzy co straciła nie doceniając w porę jego cennej, nadzwyczajnej  osoby. Ona bawiła się całą sytuacją dopóki bałwochwalcza paplanina pani Lodzi nie zaczęła jej przyprawiać o ból głowy. Czuła się coraz bardziej rozdrażniona. Z przechadzki radowały się już tylko psy, którym obojętna była pani Lodzia i jej gadanie. Najbardziej uszczęśliwiona spacerem była Perełka bo przecież przy pani Heni przez długi czas nie miała szans na żadne spacerowe szaleństwo. Pierwsza wiosenna zieleń każdemu człowiekowi przynosi optymistyczny nastrój, a zapach kwitnących roślin wprawia w dobry humor. Życie wydaje się piękne o tej porze roku nawet największemu pesymiście, jakby zamykał się na pewien czas jego kanał narzekania.

Niestety, gadulstwo pani Lodzi stawało się nie do zniesienia nawet dla najbardziej optymistycznie nastawionego do świata człowieka. W pewnej chwili Adelka poczuła konieczność znalezienia jakiegoś ustronnego miejsca, bo w przeciwnym wypadku będzie miała mokrą bieliznę.  Chciała smycz Reksa przypiąć do drzewa, żeby nie biegł za nią. Jednak pani Lodzia tonem nie znoszącym sprzeciwu oferowała swą pomoc w kwestii przytrzymania psiej smyczy. Nie pomogły tłumaczenia, że Reks jest bardzo silny i nie zniesie, kiedy jego pani zniknie mu z oczu. Pan Edek równie kategorycznie twierdził, że Reksa utrzymają. Adelka nie miała czasu na dalsze dyskusje, musiała czym prędzej się oddalić i ukryć w krzakach. Uczyniła to wszakże ze świadomością, mściwą zresztą, że oboje nie znają możliwości Reksa. Ale  skoro tak bardzo się upierają – trudno.

Po chwili, kiedy już poczuła ulgę, usłyszała krzyki, szczekanie i zobaczyła obok siebie uśmiechniętą mordę Reksa, szalejącego z radości, że znalazł panią i pokonał ciemiężycieli, którzy go chcieli od pani oddzielić. Przecież on jest od tego, żeby pani pilnować a pani gdzieś zniknęła! Nie zważając na obcych uczepionych końca smyczy ruszył pędem na poszukiwanie. Dobrze widział, w którym kierunku się oddaliła, resztę mu dopowiedział wrażliwy psi nos. Pani Lodzia na końcu smyczy padła jak długa i jęczała. Usiłując ukryć ponurą satysfakcję, z pozorną troskliwością  dopytywała Adelka o stan zdrowia pani Lodzi, uwieszonej na ramieniu pana Edka i coś plotącej o bestii, która nie chciała jej słuchać, pociągnęła ją za sobą powodując skręcenie kostki, zaś potem się wyrwała i uciekła. „Bestia” siedziała obok swojej pani z wywieszonym różowym ozorem, z mordą uśmiechniętą od ucha do ucha i z mówiącym spojrzeniem.

– Dobrze zrobiłem tej małpie? – wyczytała Adelka.

– Oj dobrze, dobrze – pogłaskała olbrzymi łeb i zwróciła się do pani Lodzi. – Przykro mi, ale sama jest pani sobie winna. Uprzedzałam, ze Reksa trudno jest utrzymać. Tak mnie kocha, że będzie mnie szukał jak tylko zniknę mu z oczu. Myślę, ze nie ma sensu kontynuować wspólnego spaceru.

– Też tak myślę – wysyczała pani Lodzia.

– Proszę się udać do stacji metra, to dwa kroki stąd. Jakoś pan Edek pani pomoże i wrócicie metrem. My wrócimy piechotą.

– Myślę, że tak będzie najlepiej – oznajmił pan Edek z wyższością w głosie i oczach, mającą zmrozić Adelkę i uświadomić, że oto znika z jej życia na zawsze.

– Głupi dziad – mruknęła i ruszyła z psami w drogę powrotną.

Wrócili we czwórkę do domu. Zobaczyła jak z wyjścia metra gramoli się pani Lodzia wsparta na panu Edku, którego twarz wyraźnie poczerwieniała z wysiłku.

– Wcale mi nie żal baby – powiedziała przyjaciółkom.

– Mnie też, ani trochę – orzekły zgodnie Ela i Kasia.

Reks został bohaterem dnia, bezapelacyjnie należał mu się taki tytuł.

15.12.2017

  • kobietawbarwachjesieni Psy od razu potrafią poznać się na ludziach. Pozdrawiam.
  • annazadroza jesienna:-) Potrafią, potrafią. Koty zresztą też:) Cieplutkiego. miłego wieczoru:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Jest przecudna:)

Byłam u malutkiej, dopiero przed chwilą wróciłam. Pierwsze Święta przed nią:))) Z czystym sumieniem stwierdzam, że Calineczka jest przecudna:))) Minął szczęśliwie okres kolek, interesuje ją wszystko wokół, w tej chwili najbardziej chyba światełka na choineczce u siostry w pokoju. Reaguje w kapitalny sposób na książeczki. Rączki i nóżki chodzą każda w inną stronę, wiadomo, koordynację dopiero łapie, czasem udaje jej się trzymany przedmiot wpakować do buzi zamiast piąstki, a uśmiech – bezcenny! I próba wyartykułowania czegoś z siebie, jakiegoś kontrolowanego głosu do pieska, kotka czy owieczki z książeczki. Nic dziwnego, wszak pochodzi z rodziny czytającej:)))

14.12.2017

  • babciabezmohera Niech rośnie i rozwija się zdrowo i szczęśliwie! :))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję w imieniu malutkiej:) W tym zwariowanym świecie to maleństwo daje chwile wytchnienia, bo skupiam się tylko na niej. Oraz wspominam chłopców, gdy byli maleńcy, szczególnie Dużego, bo Calineczka podobna jest do taty, lecz – oczywiście – dużo ładniejsza, bo dziewczynka:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

13 grudnia 2017

Wspominam dzień, w którym moje dzieci nie obejrzały Teleranka…

A gdzie jesteśmy dzisiaj?

  • e.urlik Dzisiaj lepszy sort dostaje do ręki kałachy. Naród nadal torturuje karpie. Ja nadal nie cierpię Świąt.
  • babciabezmohera Boję się, że ten 13 XII mocno przypomina tamten. Niby jeszcze nikogo nie internowano, ale naloty na domy są i szarpanina na ulicach też. :((
  • annazadroza Ewo:-) Święta zawsze lubiłam, karpia nie mam od trzydziestu siedmiu lat i jestem przeciw torturowaniu zwierząt. Na tematy wszystkie inne – tylko jęknąć pozostaje…
  • annazadroza BBM:-) Nastrój podobny, właściwie wszystko podobne… Nie chce mi się na to „dobre” patrzeć ani tego słuchać. W świecie energii „to samo przyciąga to samo”, nic dziwnego, że mnie odpycha.
  • kolewoczy Tamtego dnia były chrzciny mojego ciotecznego siostrzeńca. Wyjechaliśmy przed świtem, żeby dojechać. Drzwi otworzyła nam ciocia cała we łzach, że wojna, a my z drogi, z przedzierania się przez śnieg i mróz, nic nie wiedzieliśmy, bo chcąc wyjechać raniutko, nie słuchaliśmy żadnych wiadomości. Potem zastanawialiśmy się, czy uda nam się wrócić do domu.
  • annazadroza kolewoczy:-) Co człowiek to wspomnienie…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 10

Zima naprawdę zaczęła się wycofywać. Powoli, bez specjalnego zapału, niechętnie ale jednak. Ogromne masy śniegu zmalały, w powietrzu dało się wyczuć nowy zapach, wyraźny zapach wiosny. Dni stawały się dłuższe, słońce wznosiło się coraz wyżej podczas swej całodziennej wędrówki. Wielkanoc w tym roku wypadała dość późno. Elżbieta szła wolnym krokiem ulicą Puławską.  Oglądała wystawy przeobrażone dzięki świątecznym dekoracjom w małe dzieła sztuki albo w kiczowate obrazki. Mijali ją spieszący się przechodnie, niejednokrotnie potrącając, mamrocząc coś pod nosem ze zniecierpliwieniem.

–  Skoro widać wielkanocne bazie, jaja i baranki  to znaczy, że naprawdę zima wreszcie się obraziła i poszła za siódmą górę – powiedziała szeptem do cukrowego baranka za szybą i pomyślała, że nic dziwnego, bo pomijając kalendarz, kto zniósłby wieczne, bezustanne, bezsensowne kłótnie polityków zwiększające się w miarę zmniejszającego się dystansu czasowego do kolejnych wyborów, które zresztą i tak niczego nie zmienią poza nazwami rządzących partii, reszta pozostanie taka sama. Ci, którzy rządy trzymali, trzymali się oburącz i zapierali nogami, aby nie dać się usunąć tym, którzy mieli nadzieję na rychłe dorwanie się do trzymania. Intrygom, obelgom, pomówieniom nie było końca. Zwykłe polskie piekiełko. Niezależnie od nazwy ustroju, od czasu – zawsze to samo przed rozbiorami, przed wojną a przed czym teraz? Ee, szkoda gadać. Machnęła ręką jakby odganiała muchę sprzed nosa.

Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do własnego odbicia z zadowoleniem. Miała świadomość, że Mirek wyjeżdża i nie będzie go w domu przez trzy tygodnie. Całe trzy tygodnie! Dowiedziała się o tym z usłyszanej przypadkiem rozmowy telefonicznej więc czuła się lekka i szczęśliwa.  Wiedziała, że ma przed sobą wiele ciężkich chwil lecz postanowiła nie myśleć teraz o przykrych sprawach. Sobota jest dniem odpoczynku. Może uda się wyciągnąć Adelkę na długi spacer?

Niestety, Adelka miała inne plany. Natomiast na propozycję entuzjastycznie zareagowała Kasia. Gama i Beta uszczęśliwione powrotem pani i wyjściem na spacer pobiegły wprost pod klatkę Kasi i hałaśliwie witały się z Dżemikiem.

– Jak dobrze mieć przyjaciółki pod ręką. Któraś z was zawsze jest na chodzie, jak nie Adelka to ty. Co ja bym bez was zrobiła? – przywitała Katarzynę Elżbieta.

– To samo co ja bez was – uśmiechnęła się Kasia. –  Musiałabyś usiąść na ziemi, spuścić nogi na dół i wyć do księżyca.

– To już wiem skąd ciągle słychać wycie…- odwzajemniła uśmiech Ela. – Ale teraz nie ma księżyca. Nie mogłabym wyć, nie umiem do słońca.

– Elka, a gdzie ty masz słońce?

– Jak to gdzie? Za chmurami.

– Za chmurami mieszka Baba Jaga – sprostowała Kasia. – Zapomniałaś jak straszyłyśmy nią naszych chłopców?

– Twoja mieszkała na dźwigu w czasie budowy poczty na Szolc-Rogozińskiego. Pamiętam dobrze,  ty wyrodna matko, twoje straszenie dziecka, twoje znęcanie się przy jedzeniu nad biednym Łukaszem

– Tak, z Kamilem takich problemów nie miałam. Powiedz – westchnęła Kasia – gdzie się podziały tamte czasy? Dlaczego życie tak szybko ucieka? Dopiero byłyśmy młode, dzieci małe, miałyśmy mnóstwo planów na przyszłość,  tymczasem  ta ówczesna przyszłość przemknęła obok nas i stała się przeszłością. Chłopcy są niemożliwie dorośli, my zaś jako starsze panie…

– Mów za siebie… – Elżbieta potknęła się i zaklęła, mijający je mężczyzna spojrzał z zainteresowaniem. – Widzisz? Mimo mojej pięćdziesiątki faceci się za mną oglądają. Jeszcze nie jest tak źle.

– Tak, tak, tylko przyznaj, że nie poznałabyś tego faceta, bo chodzisz bez okularów, choć powinnaś mieć je na nosie.

– Phi, ale on o tym nie wie.  O choroba – Ela wytężyła wzrok próbując dokładniej zobaczyć oddalającego się mężczyznę. – Za późno, wygląda trochę jak taki jeden, którego ostatnio ciągle spotykam w metrze, albo czasem w Śródmieściu… No nie, już go całkiem nie widzę.

– Nic mi nie mówiłaś, że masz metrowego znajomego.

– Głupia, żadnego znajomego, tylko mi się zdawało, że go widziałam, kiedyś,  ale nie wiem gdzie. Czytałam książkę, miałam patrzałki na nosie, to coś widziałam…

– A teraz?

– Teraz nie wiem, bo za szybko przeszedł.

– Elcia, ty masz najwyraźniej dobry humor – ucieszyła się Kasia.

– Aha, dzisiaj świat mi się podoba.

– Dlaczego dziś?

– Bo dowiedziałam się z pewnego źródła, że typ, który ze mną mieszka, służbowo zmienia miejsce pobytu na trzy tygodnie i będę miała spokój. Jakieś zgrupowanie czy zawody ma jaśnie pan trener…Ta świadomość sprawia, że się czuję o dwadzieścia lat młodziej a ty mi wyjeżdżasz ze starszą panią!

– Wiesz Elu, ja się też zupełnie nie czuję na swoje lata. Ciągle mi się zdaje, że jeszcze wszystko przede mną.

– Dlatego nie patrzę w lustro w okularach, przynajmniej zmarszczek nie widzę – Elżbieta miała naprawdę świetny humor.

– A propos, kiedyś zastanawiałam się czemu stare baby tak mocno się malują. Teraz już wiem.

– Po prostu nie widzą – dokończyła Ela. – Zupełnie jak ja. Od czasu jak się zobaczyłam w lustrze z takim makijażem i to w Galerii, po założeniu patrzałek, bo chciałam sprawdzić cenę na kolczykach, już nigdy czegoś takiego nie robię. Miałam wrażenie, że widzę upiora i to jeszcze rozmazanego.

– Słuchaj, rozmazany upiorze – Kasia śmiała się serdecznie – pójdziesz ze mną do Hita? Adelka prosiła, żebym jej przy okazji kupiła majonez, groszek i kukurydzę. Są tańsze w promocji. Wiesz, że ona nie lubi chodzić po sklepach.

– Dobrze, ja też muszę zrobić jakieś zakupy. Ale chodź, jeszcze przejdziemy się z psami Aleją Kasztanową i wrócimy Aleją Komisji Edukacji Narodowej.

– KEN -em, jak ludzie mówią – wtrąciła Kasia.

– Albo mówią ulicą Płaskowicką zamiast: Płaskowickiej, Filipiny zresztą – dodała Ela.

Szły w stronę Multikina. Pięknie wyglądała Aleja KEN w purpurowym odcieniu zachodzącego słońca. Sprawiała wrażenie, że wznosi się w górę i prowadzi gdzieś w przestworza albo wprost na górskie stoki. Chmury co chwilę zmieniały kształty. Wyobraźnia każdego człowieka obserwującego piękno owego zjawiska zaczynała pracować niezależnie od tego, czy uczestnictwo w zachodzie słońca było świadome czy nie.

Nazwa Hit dawno zniknęła z mapy hipermarketów stolicy i zastąpiła ją nazwa Tesco, lecz pozostała jako potoczne określenie konkretnego sklepu na Kabatach.

– Ten Tesco ma na imię Hit – oświadczyła kiedyś Ela i tak zostało. Potem okazało się, że wielu ludzi używa takiego właśnie terminu.

Psy wróciły do domu zmęczone długim spacerem i szaloną gonitwą. Z rozkoszą ułożyły się na swoich posłaniach i nie miały ochoty się z nich podnosić.  Ich panie z czystym sumieniem wybrały się do Hita. Na zakupy oraz w celach poznawczo – relaksacyjnych. Obie lubiły spacerować między stoiskami, przeglądać powoli, bez pośpiechu cały asortyment towarów, no i oczywiście – poszperać w ciuchach. Zawsze udawało się znaleźć coś fajnego na wyprzedaży. Jesienią – na przykład – Kasia nabyła odlotowe spodnie, ostatni krzyk mody a jednocześnie nawiązanie do lat młodości: dzwony ze sznurówkami na nogawkach i w pasie. Z westchnieniem odłożyła na półkę francuski rozmiar 38 zamieniając na 40. Pocieszyła się jednak, że niemieckie 38 jest w sam raz…

W natłoku codziennych zajęć takie wyprawy nie zdarzały im się zbyt często, więc obydwie cieszyły się jak małe dziewczynki.

– Patrz, dają lody do spróbowania – zauważyła Ela.

– Ale zobacz jaka kolejka! Nie chce mi się stać – marudziła Kasia.

– Ooo, a tam są torty! Mrożone! Miałyśmy kiedyś sprawdzić czy nadają się do jedzenia. Nie odejdę, dopóki nie spróbuję – stanowczo stwierdziła Elżbieta.

– Właśnie się skończyły. Masz zamiar czekać na rozmnożenie następnych? – zajęczała Kasia.

– Nie będę patrzyła jak się rozmnażają, bo to nieprzyzwoicie podglądać, ale na pewno poczekam aż się rozmrożą.

– Małpa!

– Na razie chodź i przestań mnie przezywać.

Pociągnęła  Kasię za rękę prosto w alejkę z  zabawkami. Długi regał zajmowały żółciutkie, puchate kaczuszki, które po naciśnięciu brzuszka głośno kwakały przez dłuższy czas. Pokładając się ze śmiechu przyjaciółki „rozkwakały” całą półkę.

– Spadajmy zanim nas ochrona zgarnie – odciągnęła Ela Kasię od kaczek.

W międzyczasie rozmroziły się torty i z plastikowymi talerzykami w rękach, degustując torty firmy, której długiej nazwy w obcym języku nie udało im się wymówić dając nowy powód do śmiechu, oglądały szeroką ofertę producentów łakoci.

– Kaśka, spójrz na tego faceta. Pewnie tajniak z ochrony, uważnie nam się przyglądał przy kaczkach.

– Nic dziwnego- wzruszyła Kasia ramionami, – też bym się wariatkom przyglądała. Który? Nie widzę.

– To załóż okulary.

– Fakt, co ślepemu po oczach – zgodziła się Kasia i  wyjęła okulary. – Który?

– Tamten, w bluzie.

– Co najmniej połowa jest w jakichś bluzach.

– Ten przy kasie.

– Rany koguta, wszyscy są przy kasie, tfu, przy kasach. No, jak są przy kasach to muszą być przy kasie…Co mi w głowie plączesz? Tak się składa, że tam są same kasy!

– O matko kochana, nie wytrzymam z tą babą! Przy tamtej grubej dziewczynie w świecącej różowej bluzce.

– Aaa, trzeba było od razu… Ten? No wiesz co? On wygląda trochę jak ten, co się za tobą oglądał na ulicy… – Kasia nieco uniosła ręką okulary, dla poprawy ostrości widzenia. – Choroba, mam za słabe szkła, a na razie cierpię na brak forsy i nie stać mnie ani na lekarza ani tym bardziej na nowe patrzałki…. Noo, nawet na pewno .. nie, nie wiem….

– Czy mogłabyś mu się dokładniej przyjrzeć? – spytała szeptem odwracając się przodem do Kasi, tyłem do faceta.

– Dlaczego ja? – zdziwiła się Kasia. – Nie gustuję w obcych facetach, mam swojego. A poza tym, czego ty właściwie ode mnie chcesz?

– Przyjrzyj mu się dokładnie i opisz tak, żebym go potem poznała. – wyjaśniła Ela.

– Załóż swoje okulary, do pioruna, i sama mu się przyjrzyj!

– Nie mogę, bo w nich źle wyglądam – szepnęła. – A mnie się zdaje, że ja go skądś znam, tylko jeszcze nie wiem skąd.

Nie widziała Elżbieta dokładnie lecz „coś” jej podpowiadało, że już go widziała, skądś go zna, gdzieś musiała go spotkać. Ponieważ mnóstwo ludzi spotykała w pracy przez całe życie, nie chciała popełnić gafy i wolała się odwrócić się tyłem. Tym bardziej, że jeśli Kaśka miała rację i to był ten sam facet, który się oglądał za nią na ulicy…Głupia sprawa, kto to może być?

– Mówiłaś że z metra czy ze Śródmieścia…

– Ale ja nie wiem na pewno

-Ty chyba naprawdę straciłaś resztkę rozumu. A może cnota rzuciła ci się na mózg?

– O,  wypraszam sobie. Nie powinny cię obchodzić aż takie szczegóły dotyczące mojego intymnego życia – ofuknęła przyjaciółkę Ela.

– Ojej, przecież wiesz, że to z dobrego serca. Troszczę się o ciebie. Jeśli wreszcie mnie coś fajnego się w życiu przytrafiło, to i niech tobie się przytrafi – wyjaśniła Kasia przymrużając oko.

– Ależ bardzo ci dziękuję za życzliwość – parsknęła śmiechem Ela. – Dobrze pamiętam jak tłumaczyłaś, że nigdy, przenigdy do końca nikomu nie uwierzysz ani nie zaufasz.

– A kto ci powiedział, że do końca wierzę i ufam? Nawet dziewięćdziesiąt kilka procent to nie sto – uśmiechnęła się Kasia  i ciągnęła poważniejąc. – Myślę, że rysa w psychice pozostaje na zawsze, po pewnych przeżyciach nigdy całkowicie nie zniknie. Wspomnienia mogą się ukrywać bardzo głęboko w podświadomości jakby ich nie było, ale już zawsze w określonych sytuacjach  zapali się w mózgu ostrzegawcze czerwone światełko.

– Na razie nie mam głowy do takich rzeczy – stwierdziła Ela. – Mam dość kłopotów z chłopami, z ich dojrzewaniem, przekwitaniem, humorami. Oni są gorsi od najgorszej starej panny. A poza tym, jeśli czasem trafi się wyjątek  wśród przedstawicieli tego gatunku…

– …podgatunku jak mówi moja koleżanka z pracy… – podpowiedziała Kasia.

– właśnie…- zgodziła się Ela. – Jednym słowem, jeśli tobie udało się trafić na wyjątek, nie należy się łudzić, że na tej samej szerokości geograficznej pojawi się drugi.

– Nigdy nie wiadomo co człowiekowi pisane – sentencjonalnie rzekła Kasia.

– Bardzo odkrywcze – skrzywiła się Ela.

– Nie krzyw się, bo ci tak zostanie. No, ten twój facet ma super włosy jak na swoje lata – zauważyła Kasia.

– Jaki mój? Nawet nie wiem jak wygląda, bo mi nie powiedziałaś.

– Trzeba się było przyjrzeć. Już za późno. Zapłacił. Kartą. Nie ma go. Poszedł.

– Uff, – odetchnęła Ela . –  Nareszcie mogę stanąć normalnie przodem do przodu.

– Możesz mi to wytłumaczyć?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo sama nie wiem, tak jakoś, intuicyjnie…

– Intuicyjnie nie wiesz skąd go znasz i w ogóle nie wiesz czy to jego…? Coś z tobą nie tak.

– Odczep się ode mnie, dobrze?  Zajmij się lepiej swoimi zakupami, bo wszystko pomieszałaś w koszyku… Wiesz co? Poczekaj chwilę, polecę po farbę do włosów, bo mam tyle siwych i taka jestem ogólnie… niewyględna…

12.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz