Tam, gdzie słońce nie dochodzi

Cały dzień tv się podniecała zmianą premiera. Ja nie, bo cytując klasyka – to zamiana dżumy na cholerę, czyli jeden diabeł. Dziś bezpośrednie skutki „dobrej” zmiany odczuła na własnej skórze przyjaciółka M. Poszła do urzędu załatwić pilną sprawę i … niczego nie załatwiła, bo nie ma ulicy, na której mieszka od 35-ciu lat. Nie ma ulicy w systemie, wykasowana została, choć dopiero odbyło się zebranie w spółdzielni, mieszkańcy się nie zgadzają na zmiany, nie było żadnego oficjalnego powiadomienia. Pokazano bardzo dokładnie gdzie „dobra” zmiana ma normalnych ludzi. Tam, gdzie słońce nie dochodzi… Teraz – gdy każdy się zorientuje, że
nie mieszka tu gdzie mieszka – będzie trzeba wszystkie dokumenty zmieniać, dane czyli nazwę ulicy w iluś miejscach, płacić za zmiany w aktach notarialnych, księgach wieczystych i nie wiadomo w czym jeszcze. To się dopiero okaże w zupełnie nieoczekiwanych sytuacjach. Za wszystkim kryją się pieniądze, które musimy płacić my, mieszkańcy. Uważam, że wszelkie opłaty powinien pokrywać – z własnej kieszeni – ten, kto podjął bezsensowną decyzję o zmianie nazwy.

7.12.2017

  • irsila Ja bym się również bardzo wkurzyła taką zmianą.
  • annazadroza Irsila:-) Wszyscy mieszkańcy się wkurzają, oprócz tych, co sobie jeszcze nie zdają sprawy z konsekwencji.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Głowę urywa

Głowę wiatr chce urwać, tak wieje okrutnie. Kubły ze śmieciami powywracał w osiedlu, widziałam idąc z psami. Jeszcze dwa tygodnie i dzień przestanie się skracać, co za ulga. Nie znoszę, kiedy jest ciemno i zimno. Na zimno nie ma rady, ale dzień zacznie się wydłużać bez względu na temperaturę i to jest pozytywna myśl:)))

Spakowałam już naleśniki, na które miałam zamówienie. Obiad na dziś przygotowany, Mąż podgrzeje i zaserwuje babci D. i sobie. Jeszcze do Biedronki skoczę po zakupy i do Calineczki po śniadaniu jadę. Przyjaciółka M. przysłała mi wieczorem fotkę swojej wnusi, która jutro skończy miesiąc. Niby taka drobineczka a na zdjęciu uśmiechnięta od ucha do ucha:))) Myślę sobie, że te maluchy są bardziej i wcześniej rozwinięte niż ich rodzice (nie obrażając moich synków ani żadnych innych). Wynika to z podejścia do opieki nad dzieckiem, bo kiedy urodził się Duży naczytałam się „mądrych” książek, w których kazali karmić na
godzinę, kłaść do łóżeczka i nie przejmować się, że ryczy. Miałam wyrzuty sumienia, że nie stosuję się do „mądrości”, tylko noszę dziecko i przytulam. Teraz owo noszenie i tulenie jest usankcjonowane:) Dawniej przez miesiąc maluch leżał tylko w pieluchach, nie wolno było w śpioszki go ubierać, dla zdrowych
bioderek, a teraz w normalnych ubrankach takie szkraby urzędują od początku. Fakt, że mają pampersy i inne pampersopodobne zabezpieczenia sprawia, iż matka nie musi co chwilę przebierać całego mokrego malucha i pieluch prać, prać i prać bojąc się, że nie zdążą wyschnąć i zabraknie. Jedzenia też nie trzeba
gotować, do wody w butelce wsypuje się odpowiednią ilość preparatu, wstrząsa butelką i gotowe. Jak sobie przypomnę gotowanie niebieskiego mleka w proszku, czy mieszanki z mąką, którymi się karmiło dzieci zgodnie ze wskazaniem pediatry – to słabo mi się robi. Smoczki też są gotowe z jedną dziurką, dwiema itd. Kiedyś robiło się dziurki igłą rozgrzaną na gazie. Teraz kupować trzeba nowe smoczki, bo w materiale, z którego są zrobione, nie da się samemu dziurki zrobić.
Rozgadałam się a czas ucieka. Kończę. Pozdrawiam wszystkich i miłego czwartku:)))

7.12.2017

  • nie-okrzesana Najważniejszy dzień w roku to ten kiedy zaczyna przybywać dnia. Od września odliczam ten czas.
  • e.urlik Ojej, to my chyba razem z epoki brązu jesteśmy, choć mój pasierb twierdzi, że ze średniowiecza :-/
  • annazadroza nie-okrzesana:-)O to, to, najważniejszy:) Dla mnie szczególnie bo mojej Mamy urodziny:)
  • annazadroza Ewo, ja chyba jeszcze dinozaury pamiętam:)))
  • e.urlik Ja dinozaurów nie pamiętam, bo już wtedy miałam demencję!
  • annazadroza A może pomyliłam dinozaura z… nie pamiętam, alzheimer w rodzinie…
  • kolewoczy Będę kontra: uwielbiam, kiedy wcześnie zapada zmrok i mogę wyjść na miasto nie przejmując się wyglądem, bo nikt się nie przygląda, w zmroku nie widać, że nie chce mi się zakładać spodni i w dresach idę do sklepu na przykład 😉 W niedzielę specjalnie wybieram wieczorne msze, kiedy już jest ciemno, gdy idę do kościoła. To dla mnie najlepsza pora roku 🙂
  • Gość: [babciabezmohera] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Też wychowywałam dzieci w tamtych czasach, więc wiem , o czym piszesz… ;((
  • irsila Nowomodnie i wygodnie ale czy zdrowiej?
    Pranie pieluch to była makabra,
    ale jak automat się dostało, czy wystało,
    to po przepłukaniu problemu nie było.
  • annazadroza Kolewoczy:-) To jest konkretny powód, rozumiem, w tym sensie, ze jak ciemno to nikt nie widzi jak wyglądam idąc z psem. Ale przyjemności żadnej nie mam. Kocham słońce, jasno i ciepło żeby było. Ale się cieszę, że Ty się cieszysz:) Im więcej radości na świecie, tym lepiej:)))
  • annazadroza BBM:-) To się rozumiemy, jak matka z matką:)
  • annazadroza Irsila:-) Ja musiałam prać w rękach 🙁 Pralkę zdobyłam już „po pieluchach”, oj czasy…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pozbyłam się kilogramów:)

kazało się, że najlepszym sposobem pozbycia się nadmiaru kilogramów jest … Calineczka:))) Mam nadzieję, że nie jest to stan przejściowy i uda mi się wrócić do dawnej figury. Wieku nie cofnę, ale wagę mogę, przynajmniej teoretycznie. I jest to ogromna przyjemność:) A jaka korzyść materialna! Będę mogła
wcisnąć się we wszystkie (mam nadzieję) ciuchy schowane od jakiegoś czasu baaardzo głęboko:)

A teraz REKLAMA!!! Nasza blogowa koleżanka wydała powieść! Duży już mi zamówił na Mikołajki. Mają przysłać w połowie miesiąca, bo to do kupienia w internetowych księgarniach, szukajcie –

E.K.Urlik. Wakacje i inne nieszczęścia.

Niestety, nie mogę o miłych rzeczach dalej pisać, bo z telewizora słyszę o nowych wyczynach… Prezenty na Mikołajki mamy w tym państwie zaskakujące.

6.12.2017

  • e.urlik Po pierwsze gratulacje za schudnięcie, ja też bym chciała. Po drugie dziękuję ci za reklamę, nie masz pojęcia ile to dla mnie znaczy. Jeszcze nie wiem, jak ci się odwdzięczę, ale będę o tym myśleć. I całuski ogromne, chyba płakać będę, bo się wzruszyłam. Jesteś cudna
  • annazadroza Myśl o następnej powieści a nie o głupotach:)))
    Masz dużego psa? Może zamiast wnuczki mogłabyś jego nosić na rękach 2 razy w tygodniu przez pół dnia? Schudniesz na 100%, nie ma innej możliwości:)) Wiem, że bredzę, ale jestem uradowana utratą wagi:)
    A ty nie rycz, bo powodu nie ma. Chyba, że z radości, to jest inna inszość:)
  • kolewoczy O, fantastyczne gratulacje z obu powodów. ten pierwszy chętnie widziałabym też u siebie, ale jak an razie stoję w miejscu. Nie mam kogo nosić 😉
  • nie-okrzesana Już wiem skąd ten przyrost wagi u mnie. Co ty gubisz ja znajduję….
  • Gość: [e.urlik] 91.234.102.* Mój piesek to 55 kilogramów. Będzie mi trudno, tym bardziej, że on nie chce być noszony, hihihi. Myślę, że Calineczka lżejsza jest o co najmniej 48 kg. To jak dwa małe hantelki. Słodkość
  • annazadroza kolewoczy:-) Dzięki. Coś do noszenia zawsze się znajdzie:) Choćby butelki wody mineralnej podczas np. czytania, po równo, na obie ręce. Kiedyś próbowałam przy tv, ale mi się szybko odechciewało. Malutkiej nie odłożę, jak mi się nie chce. Zresztą jest taka śliczna, że mogłabym ją tulić przez cały czas:)))
  • annazadroza nie-okrzesana:-) No to którędy Ty chadzasz, żeby te kilogramy zbierać? Choroba, myślisz, że one czekają w ukryciu coby na Ciebie wskoczyć? A paskudy jedne…:)))
  • annazadroza Ewo:-) No cóż, 55 kg ciężko dźwignąć, szczególnie jeśli tego nie lubią, te kilogramy:) Ciekawe, że ciężar doświadczeń nie powoduje utraty wagi, a szkoda:)
    Słodki ten mój hantelek, oj słodki, szczególnie teraz, gdy już zaczyna się śmiać i reaguje z wielką żywiołowością na bodźce.
  • kobietawbarwachjesieni Mnie wystarczy, jak noszę swoje kilogramy (Ponad 70 kg). Uśmiech dla wszystkich odchudzających się.
  • irsila Żeby tylko kilogramy ciążyły,
    czasem co innego bardziej ….
  • annazadroza Jesiennadziewczyno:-) Dzięki za uśmiech:) Waga spadła przy okazji opieki nad Calineczką, bez wysiłku z mojej strony:) Jak się starałam -nie było rezultatu, nosiłam te swoje kilogramy z godnością…;-)
  • annazadroza irsila:-) Mamy w życiu dużo różnych obciążeń, jedne sobie sami fundujemy, inne spadają na nas niespodziewanie i niezależnie od nas, nic nie możemy z tym zrobić, niestety. Bywa, że po prostu musimy swój ciężar dźwigać. Myślę jednak, że nadziei na poprawę sytuacji nie należy tracić, może się zdarzyć cud :)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 9

Elżbieta czuła się coraz gorzej. Widać było z daleka, że problemy przekraczają granice jej wytrzymałości. Wyraźnie zaczęła uciekać przed ludźmi, nie chciała rozmawiać z sąsiadkami, mówiła, że się spieszy albo odchodziła pod byle jakim pretekstem, aby nie musieć się z nikim kontaktować. Przerażały ją spotkania właściwie już ze wszystkimi, coraz trudniej było jej ukrywać wstyd i lęk. Bała się, że każdy widzi, iż ona sobie po prostu z niczym nie radzi, że cierpienie, rozpacz, poczucie kompletnej beznadziei opanowały ją bez reszty, a w głowie ma jeden wielki chaos, którego nie potrafi uporządkować. W życiu zresztą też.

Kasia raz w tygodniu robiła Adelce masaż. Marzenia o własnym gabinecie, o rozpoczęciu działalności  musiała odłożyć do lamusa.  Nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością, a przede wszystkim z dziwnym zachowaniem  ojca. Masowała już tylko przyjaciółkę, zresztą sama przy tym odpoczywając i relaksując się. Umówione były właśnie na dziś. Nagle uświadomiła sobie, że jest Dzień Kobiet, niepopularne teraz  i często bojkotowane święto. Zadzwoniła do Adelki oznajmiając, że będą  świętować.  Do Eli wysłała sms, ale odpowiedź nie przyszła.  Chciała kupić na bazarku czerwone wino, bo zdrowe dla pań w ich wieku. A tu się okazało, że sklepu nie ma! Uzmysłowiła sobie, jak dawno nie miała czasu przejść się w ciągu dnia po osiedlu. Odkąd zlikwidowano stary bazarek bywała tu bardzo rzadko, tylko w awaryjnych sytuacjach. A przecież przedtem było tutaj przesympatycznie! Przechodziła tędy codziennie po pracy, jak zresztą wszyscy sąsiedzi, robiąc zakupy i spotykając znajomych. Potem w miejscu bazarku miał stanąć dom towarowy w kształcie fortepianu. Wykopano dziury w ziemi,  postawiono w nich szkielet budowli, metalowe straszydła i na tym koniec. Dziury częściowo zarosły a częściowo zostały zalane wodą, straszydła pewnie zaraz się rozsypią doszczętnie skorodowane  i tyle. Zostało kilka budek, handel zamarł, przychodziło mało ludzi bo towar drogi. W pobliżu wyrosły hipermarkety, giełda „Na Dołku” rozkwitała w soboty i niedziele.

Kasia minęła resztki bazarku i poszła do budki, wokół której zwykle zbierały się okoliczne pijaczki. Weszła do środka i doznała szoku. Znalazła się w zupełnie nowym miejscu. Widziała remont, owszem, ale nie myślała, że zmieniło się i wnętrze, i asortyment, i właściciel.  Z procentowych trunków było tylko piwo, więc niewiele myśląc zdecydowała się na imbirowe, które ostatnio polubiła, Elka też, a Adelka polubi jak spróbuje. Miła pani stojąca za ladą w gustownym fartuszku zaproponowała również pyszne ciasteczka na babski wieczór, nie za słodkie, takie akurat w sam raz.

Adelka przyszła i została wymasowana, a Elki ani śladu. Kasia dzwoniła kilka razy, wreszcie Elżbieta podniosła słuchawkę.

– Źle się przy was czuję, od razu mam ochotę płakać – odpowiedziała na zaproszenie Kasi głosem, w którym słychać było łzy.

– Przyjdź Elcia, nie będę gderać, naprawdę – przekonywała zaniepokojona Kasia.

– Ile czasu mogę się czuć jak idiotka? Tak na mnie działacie, że chce mi tylko płakać – ryczała do telefonu.

– To normalna reakcja – tłumaczyła Kasia starając się zachować spokój. – Wpadłaś w dołek ale wyjdziesz z tego, tylko musisz sama chcieć.

– Znowu jesteś mądrzejsza i pouczasz mnie – krzyknęła Elżbieta.

– Nie! – Kasia nieco podniosła głos. – Nie pouczam cię. Wiem co czujesz, bo sama przez to przeszłam.

– Wątpię.

– Przerabiałam to nie jeden raz.

– Przestańcie mnie bez przerwy pouczać! Wiem, że jesteście lepsze ode mnie! Nie musicie mi tego udowadniać na każdym kroku! Wszyscy są ode mnie lepsi! We wszystkim! Mirek mi to zawsze powtarzał i miał rację!

– Elka, co ty pleciesz? Uspokój się dziewczyno.

– Nie chcę was słuchać – Elżbieta rzuciła słuchawką.

Kasia spojrzała bezradnie na Adelkę.

– No i co teraz? – spytała wieszając telefon na haczyku wbitym we framugę kuchennych drzwi.

– Nie wiem. To zupełnie nienormalne z jej strony, ona się tak nie zachowuje – powiedziała zaniepokojona Adelka. – Coś się musiało stać. Poczekajmy chwilę spokojnie, a potem spróbujemy się z nią jakoś porozumieć.

Nie były w stanie zająć uwagi ani serialem, ani bieżącymi wiadomościami, które wiecznie sprowadzały się do tego samego czyli afer i coraz nowych  komisji śledczych, ani  żadnym innym programem.

Adelka wysłała Eli sms. Nic, żadnej reakcji. Zadzwoniła na komórkę – dalej nic. Wreszcie zadzwoniła na telefon stacjonarny. Po długiej chwili odezwał się Mirek. Poprosiła Elżbietę.

– Ona nie chce z panią  rozmawiać  – powiedział i rozłączył się.

Oczami wyobraźni widziały przyjaciółkę uduszoną albo leżącą w kałuży krwi. Zastanawiały się czy dzwonić po pogotowie, czy po policję. Adelka zrobiła jeszcze jedną próbę. Tym razem też odebrał Mirek.

– Co jej pan zrobił? – krzyknęła.

– Może i coś zrobiłem – zaśmiał się dziwnie i rzucił znowu słuchawką.

– Tam coś się musiało stać – przerażona Adelka  spojrzała na Kasię.

– Poczekaj, ja jeszcze spróbuję…

Po długim, pełnym napięcia czasie usłyszała słaby głos przyjaciółki.

– Coś się stało? – spytała z ulgą, bo przecież niewątpliwie Elka odzywała się z tego, a nie z tamtego świata.

– Nie – słychać wyraźnie łzy w głosie.

– Coś z dziećmi?

– Nie.

– Mirek ci coś zrobił?

– Nie.

– Mogę ci pomóc?

– Nie.

– Potrzebujesz czegoś?

– Nie – rozległ się trzask rzuconej słuchawki.

Kasia stała przez chwilę nieruchomo. Adelka się rozzłościła.

– Nie  będę do niej więcej dzwonić! Nie chce się ze mną zadawać, to nie! Bez łaski. Z jakiej racji ja mam się przez nią tak denerwować a ona ma mnie głęboko gdzieś?!

– Cicho, uspokój się – Kasia bezsilnie opadła na krzesło. – Bądź chociaż ty normalna. Ona jest chora, w ciężkim stanie, potrzebuje pomocy chociaż się zapiera. Rozumiem ją jak nikt na świecie. Wiesz, jeśli ktoś nie ma za sobą podobnych przeżyć, ciężko mu pojąć w czym rzecz. A ty chociaż jedno weź pod uwagę: nie wolno, po prostu nie wolno zmarnować przeszło  dwudziestoletniej przyjaźni przez głupie nieporozumienie. Elka potrzebuje nas i pomocy bardziej niż kiedykolwiek. Jest w fatalnym stanie.

– Może i masz rację, nawet na pewno ją masz, poniosło mnie. Ale jestem wkurzona ilekroć pomyślę jak można się do takiego stanu doprowadzić – wzburzona Adelka z impetem postawiła szklankę na stole wychlapując częściowo zawartość.

– Można, można. Osoba stosująca przemoc w rodzinie potrafi omotać swą ofiarę do tego stopnia, że nią manipuluje według własnej woli i niechęć otoczenia spada na ofiarę właśnie, a nie na oprawcę.

– Na szczęście tego nie doświadczyłam.

– Faktycznie na szczęście.

Kasia podjęła jeszcze jedną próbę. Wysłała Elżbiecie sms z wiadomością : przychodź, czekamy na ciebie. Jest Dzień Kobiet.

Po jakimś czasie odezwał się domofon. To była Elżbieta. Zmaltretowana psychicznie, blada, ledwo żywa, wyglądająca jak cień samej siebie.

– Przyszedł pijany. Przypomniał sobie nagle Sarę i zaczął mi wmawiać, że to ja ją zabiłam, że przeze mnie zginęła. A czy to moja wina, że ona miała wypadek? Owszem, chciałam, żeby zniknęła z naszego życia, ale jej nie zabiłam!

– Nie becz – przytuliła Kasia przyjaciółkę. – Takie widocznie było przeznaczenie. Tego nie przewidzisz i nie zmienisz. Żadna twoja wina. I niech cię tym Mirek nie obciąża, bo jeśli ktoś jest winien, to tylko on. Mężczyzna żonaty i dzieciaty nie powinien zawracać w głowach młodym dziewczynom, bo nic dobrego z tego nie wynika. Wielki mi playboy, cholera jasna, oszust, sportowiec od siedmiu boleści. I tyle.

– Od tego wypadku Mirek był dla nas stracony. Mnie jeszcze częściej wyzywał od nieuków, zer, wpędzał w coraz gorsze kompleksy twierdząc, że do niczego się nie nadaję i do niczego w życiu nie dojdę. Dzieci go nie obchodziły. Nie brał pod uwagę co dla nich dobre, co nie. Robił mi na złość, jakby to było jedynym celem jego życia…

– Fakt, przypominam sobie, że kiedy jeszcze chodziliście razem na sąsiedzkie imprezy, robił co mógł, żeby ci dokuczyć i czekał na twoją reakcję – wtrąciła Kasia.

– Kiedy nikogo nie ma w domu straszy, że i tak mnie zabije. Ileż to razy przychodziłam do ciebie z płaczem i bałam się wrócić do domu!

– To dlatego… – warknęła Kasia przez zaciśnięte zęby.

– Ile razy zdemolował mieszkanie! A kto porozbijał szyby w drzwiach? Kto pomazał ściany, które świeżo pomalowałam? Kto  wyrwał dzwonek z przewodami przy drzwiach wejściowych? – skarżyła się dalej roztrzęsiona Ela. – Rozmyślnie psuje, ale niczego nie naprawi. Nie daje pieniędzy na dom, ale wyżera całą zawartość lodówki i nie obchodzi go czy dzieci jadły. O sobie nie wspomnę. Wyjeżdża i  nie wiem gdzie jest ani kiedy wróci. A papier toaletowy trzyma w swoim pokoju i z rolką idzie do klopa, żeby mu ktoś nie użył. Z samochodu nie da skorzystać, choć jest wspólny… – płacz stłumił dalsze słowa.

– Słuchaj – bardzo poważnie powiedziała Kasia, – widzę, że przyszedł czas na spojrzenie prawdzie w oczy. Czy nie widzisz, że mamy do czynienia z bardzo typowym przykładem przemocy w rodzinie? Nie wierzysz?

Elżbieta pokręciła przecząco głową.

– Mirek ma rację. To ja jestem do niczego, do niczego się nie nadaję, do niczego nie dojdę, niczego nie potrafię…

– Dziewczyno, przestań powtarzać takie bzdury! Ile razy jeszcze będziesz uciekać z domu? Ile jeszcze czasu musi minąć, żebyś przestała dać sobą poniewierać? Choroba jasna, ciągle mam się tobą  denerwować? Zrób coś wreszcie dla siebie! – Adelce puściły nerwy.

Elżbieta podniosła się z krzesła ocierając łzy ciurkiem płynące po twarzy.

– Przepraszam, że wam zawracam głowę, pójdę już i przestanę.

– Siadajże, do cholery, zacznij wreszcie myśleć – Kasia prawie siłą posadziła ją na krześle. – Nie po to mówimy, żebyś się od nas odczepiła, ale żebyś się otrząsnęła i oprzytomniała. Ty jesteś jedynie typowym przykładem ofiary, żadnym wyjątkiem. Poczekaj, zaraz ci to udowodnię.

Włączyła komputer, odszukała w internecie odpowiednią stronę.

– Siadaj i czytaj. Głośno! – rozkazała tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Ela posłusznie wykonała polecenie. Czytała kręcąc głowa z niedowierzaniem.

– Wiem, że na Meander jest poradnia AA – powiedziała Kasia. – Może tam się udać po pomoc?

– Nikt mi nie pomoże – Elżbieta wyglądała na osobę pogrążoną we własnym mrocznym wnętrzu do tego stopnia, że nic ze świata istniejącego obok nie mogło do niej dotrzeć.

– Nie zaszkodzi pójść, sama tam byłam ..

– Ty? – obydwie jednocześnie spojrzały ze zdziwieniem na Kasię.

– Tak, jeszcze za Jerzego. Szukałam  jakiegoś wyjścia z sytuacji. Oczywiście musiałam przy okazji zrobić z siebie idiotkę, jakżeby inaczej – zachichotała.- Nie mogłam znaleźć wejścia i zapytałam dwie idące razem kobiety gdzie jest poradnia dla  osób uzależnionych. Ze zdenerwowania zaczął  mi się plątać język i jeszcze się potknęłam! One na pewno były przekonane, że jestem pijana. Wyobrażacie sobie jak się czułam? W poradni powiedzieli, że osoba uzależniona  musi sama chcieć coś ze sobą zrobić, żeby można było jej pomóc. Natomiast ja, jako członek rodziny czyli osoba współuzależniona, mogę się do nich zwrócić w każdej chwili, jeśli tylko odczuję taką potrzebę. Czekajcie, sprawdzę kiedy czynne – Kasia kliknęła myszką i po chwili stwierdziła: – jeszcze czynne. Idziemy?

– Nie, nie wiem, może kiedyś… –  bąkała Ela.

– Możesz zadzwonić do telefonu zaufania i poprosić o radę co masz dalej zrobić. Tam też powinni cię skierować pod odpowiedni adres. Decyduj.

Elżbieta zbladła, wyglądała jakby miała za chwilę w trybie natychmiastowym przenieść się na drugi świat.

– Teraz – Kasia była nieubłagana. – Nie ma tak. Albo dzwonisz albo idziemy do poradni. Wreszcie ktoś ci musi powiedzieć co powinnaś z tym fantem zrobić. Kobieto! Opamiętaj się wreszcie! Nie można dłużej żyć w taki sposób!

– No właśnie – dorzuciła Adelka. – Mogłabyś i nas wziąć pod uwagę. My się denerwujemy, martwimy się o ciebie … nie przerywaj, wiem co powiesz…że nikt nam nie każe…

– Słuchaj, czy najważniejsze jest dla ciebie co ludzie powiedzą? Jakie to ma znaczenie? Co cię to w gruncie rzeczy obchodzi? Czy podniesie się twoja samoocena jeśli masz świadomość, że sąsiadka zza ściany i tak cię będzie obgadywać za plecami bez względu na to, co tobie powie w oczy? Czy od tego przybędzie ci pieniędzy, albo może ona przyniesie chleb, gdy ci go zabraknie? Chcąc zadowolić wszystkich, nikomu nie dogodzisz. I jeszcze sama na siebie będziesz patrzeć z obrzydzeniem – Kasia była wzburzona.

– ” Przyjaźń swoje prawa ma” – zacytowała  Adelka słowa piosenki. – Więc dlatego jeszcze raz ci otwarcie mówię, albo decydujesz się na podjęcie walki, albo więcej nie płacz i nie rób cyrków. Jeśli ci to odpowiada, proszę bardzo. Tylko więcej nie narzekaj, że ci źle. Nie rycz, nie wciągaj mnie w nocne awantury, nie skarż, że boisz się wrócić do domu, bo ja też jestem wykończona. To jak? Idziemy?- stanęła nad krzesłem Eli.

– Idziemy – podniosła się zrezygnowana Elżbieta.

Poszły we trójkę. Niestety, okazało się, że informacje w internecie nie zostały uaktualnione i właśnie tego dnia ośrodek był czynny do osiemnastej a nie do dwudziestej. Wszelako wielkim niewątpliwie zwycięstwem była solenna obietnica Elżbiety, że wybierze się do psychologa następnego dnia.

– Jutro muszę jechać do taty, więc nie będę mogła ci towarzyszyć. Ale ty masz iść, słyszysz? Elka!- Kasia spojrzała groźnie .

– Pójdę – obiecała Ela.

5.12.2017

  • e.urlik Świetne masz te opowieści. Jakby same ci się pisały. Powinnaś wydać, serio.
  • annazadroza Ewo:-) „Pasma życia” to najnowsze moje „dzieło”, skąd się wzięło jest w wpisie z 8.XI. pt. „Zapraszam na Ursynów oraz do Szczawnicy”. Przewijają się też osoby z poprzednich części ursynowskiej sagi, czyli z „Wejścia w światło” (Linia, W-wa 1995), z „Po co wróciłaś Agato” ( poszło w całości na blogu), część trzecia – „Widocznie tak miało być” jest na tapecie… raczej powinna być, bo Calineczka niespodziewanie się pojawiła i zabrała wolne chwile. A ile radości i szczęścia daje w zamian… książeczki jej się podobają!!! Jak jest w reklamie? Mała książeczka – duży człowiek?
    W każdym razie na pewno skończę. Chciałabym wydać, pewnie, ale dzięki m.in. okolicznościom zewnętrznym taka opcja odpada. Wewnętrzne zaś też są – już ich chyba nie przełamię. Nooo, chyba, że stanie się cud:)))
  • e.urlik Te okoliczności zewnętrzne… co to jest? Masz talent, opowieści płyną jak Wołga, wymyśl następną, już nie na bloga. Pomyśl jaka satysfakcja! Obiecaj, że pomyślisz 🙂
  • annazadroza Ewo:-) Bo one się same piszą;-) Czasem bohaterki mną rządzą a nie odwrotnie.
    A myśleć to ja mogę i na tym się skończy, choć – podobno myślenie ma przyszłość:)))
  • irsila Już sądziłam, że to własne życie opisujesz,
    tylko imiona zmieniasz.
    Masz talent do pisania, o tak.
  • annazadroza Irsila:-) Dziękuję Ci za dobre słowo:) Baaardzo się cieszę, że się podoba moje pisanie, to radość i motywacja, by nie przestać i pisać dalej dla kochanych czytelniczek. Dzięki:)))
  • irsila Tyle, że ja coraz mniej czytam,
    ze względu na oczy.
    Książek nie czytam już wcale
    Na słuchanie radia się przerzuciłam.
    Nie ma jak żywe słowo.
  • annazadroza irsila:-) Oczy należy oszczędzać a mały druk trudno się czyta. Lecz taki spory na blogu to jeszcze da radę:)
    Żywe słowo jest po prostu „żywe”, dobrze mieć z nim kontakt.

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Kotleciki jaglane

Odpowiadam na zamówienie Jesiennejdziewczyny:)))

Tak robiłam krok po kroku kotlety w sobotę. Najpierw ugotowałam kaszę jaglaną ze solą, pieprzem, oregano i
lubczykiem. Przedtem dawałam zamiast wymienionych dodatków kostkę grzybową Winiar. Tym razem nie, bo Mały nie chciał, podobno jakieś ślady po rybie tam są i dlatego. No to jeszcze raz:)

1/ ugotować kaszę jaglaną (1 szkl. kaszy na 2,5 szkl. wody) z kostką rosołową albo grzybową, odstawić do
ostudzenia,

2/ pieczarki zetrzeć na dużych oczkach i podsmażyć na odrobinie np. masła klarowanego albo oleju,

3/ pokroić w drobną kosteczkę cebulę, im więcej tym lepiej,

4/ utrzeć trochę sera żółtego albo tofu też na grubych oczkach – ostatnio dodałam jedno i drugie,

5/ sporego surowego ziemniaka utrzeć na drobniejszych oczkach,

6/ wszystko razem dobrze wymieszać i doprawić do smaku – solą, pieprzem, np. sosem sojowym, czosnkiem granulowanym i czym kto chce, trzeba próbować, żeby smak odpowiadał,

7/ dodać jajko, bułkę tartą – ile trzeba dla odpowiedniej konsystencji, można trochę otrąb albo mąki, żeby
się dało formować kotleciki,

8/ „utytłać” kotleciki  w bułce tartej, jak normalne mielone i usmażyć na oleju, trochę pryskają podczas smażenia, ale da się wytrzymać 🙂
Jeśli chodzi o proporcje składników – to jest zawsze wielka improwizacja, ile mam tyle daję i próbuję, żeby było zjadliwe.

Kotleciki dobrze smakują z ostrą surówką np. z kiszonej kapusty. Aha, jeszcze zrobiłam sos chrzanowy,  można polać kotlety albo ziemniaki.

Chyba o niczym nie zapomniałam:))) Mam nadzieję, że się udadzą i zostaną zjedzone

4.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

Ważne, że smakowało

Już po weekendzie. Rano otworzyłam oczy i zobaczyłam biały, czysty świat. Trochę mrozu sprawiło, że kałuże zamarzły. Potem pewnie zrobi się plucha, kiedy śnieg zacznie topnieć, lecz na razie jest ślicznie:)
Sobotę spędziłam głównie w kuchni. Narobiłam się, ale jaka byłam zadowolona i dumna z siebie, że ho ho! I jeszcze jestem:) Mały z rodzinką miał przyjechać w niedzielę, więc się starałam przygotować dzieciom coś dobrego. Tym bardziej się starałam, że z Dużym mam teraz częstszy kontakt niż z Małym ze względu na
Calineczkę i moje bywanie u nich przynajmniej dwa razy w tygodniu. No więc moje starania wyglądały następująco  -zacznę od deseru-  upiekłam dwa murzynki. Jednego dla Małego, drugiego do domu. Dobrze zrobiłam, bo znajomi zrobili miłą niespodziankę wpadając na chwilę jeszcze przed dzieciakami i miałam ich czym przyjąć. Poza tym przygotowałam deser serowy na herbatnikach. Ponieważ się chłodno zrobiło, mógł nockę spędzić na balkonie, bo w lodówce mało miejsca. Usmażyłam kotlety jaglane z dodatkiem pieczarek, cebuli, tofu, sera żółtego i amarantusa, naprawdę smaczne wyszły. Policzyłam, dokładnie 33 sztuki. Dla nie-wegetarian był gulasz z kurczaka. Zdawać by się mogło, że to wcale nie tak dużo, bo surówki robiłam już w niedzielę. Jednak, żeby usmażyć kotlety, trzeba najpierw składniki przygotować, czyli zetrzeć na tarce i udusić pieczarki, pokroić drobniutko cebulę, ugotować kaszę i takie tam inne przygotowawcze czynności wykonać. Aha, zapomniałam, jeszcze naleśniki na wynos usmażyłam. Jeśli dołożyć ugotowanie obiadu, dwa wyjścia z psami (bo trzecie załatwił Mąż samodzielnie), zakupy – czas się skurczył i sobota przeminęła. A w ogóle ten czas pędzi jak zwariowany.Najważniejsze, że smakowało i, że zobaczyłam Małego i jego dwie śliczne dziewczyny:)))

  • veanka Fakt, czas pędzi jak zwariowany, a w grudniu prawdopodobnie jeszcze przyspieszy;).
  • annazadroza veanka:-) Jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie umykał, jak teraz. Może dlatego, że w sumie już z górki?
  • kobietawbarwachjesieni Daj dokładny przepis na te wegetariańskie kotlety, taki krok po kroku. Chętnie je zrobię. Wkrótce będę miała spotkanie koleżeńskie, to moich gości zaskoczę czymś nowym. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Jesienna:-) Już, starałam się dokładnie:)))

4.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 8

Agnieszka była dziewczyną bardzo kontaktową, mądrą, świetną studentką. Poznali się z Łukaszem w klubie sportowym i zapałali do siebie wzajemnie gorącym uczuciem. Stanowili bardzo ładną, dobraną parę.  Właśnie przyszli do matki na obiad. Kasia patrząc na nich z rozczuleniem przypomniała sobie rozmowę sprzed roku.

– Słuchajcie, czy wy kiedykolwiek macie zamiar wziąć ślub? – spytała wtedy Łukasza. – Może byś się zdecydował póki panna jeszcze młoda, co?

– No właśnie – Agnieszka zrobiła smutną minkę. – On tak mówi ogólnie, ale o żadnych konkretach nie wspomina.

– A właśnie, że tak! – Łukasz spojrzał zakochanymi oczami na śliczną dziewczynę.

– Co: tak? – rzuciła mu spojrzenie spod długich rzęs.

– Właśnie, że myślę o konkretach.

– Ale nie mówisz!

– Bo najpierw chciałem je z tobą ustalić, żeby potem o nich mówić – wyjaśnił.

– Chyba, że tak – przytuliła się do Łukasza odrzucając na plecy długie, ciemnokasztanowe włosy.

– A czy będziecie łaskawi poinformować mnie o tych konkretach? – spytała Kasia. – Chciałabym wiedzieć co mnie czeka w najbliższej przyszłości. Wiecie, że nie znoszę niespodzianek. Do wszystkiego lubię być przygotowana.

– Do niczego nie musisz być przygotowana – oświadczył poważnie Łukasz. – Już ci mówiłem, że na moim weselu ty będziesz honorowym gościem.

– Dzięki syneczku – w oczach Kasi pojawiły się łzy rozczulenia.

Była bardzo dumna ze swoich chłopców  Obaj piękni, bo młodość jest zawsze piękna, przystojni, choć każdy prezentował inny typ urody. Łukasz ze swoim wzrostem prawie dwóch metrów widoczny zawsze z daleka, wysportowany, miał jasną cerę matki i jej szarozielone oczy. Kamil ciemne włosy, śniadą cerę i brązowe oczy  odziedziczył po ojcu. Za to z charakterami było akurat odwrotnie. Łukasz po ojcu przejął brak oporów, zahamowań w kontaktach, pewność siebie i pewną przebojowość ułatwiającą życie. Kamil – jak matka – nie lubił dużo mówić, wolał coś robić w milczeniu, najlepiej sam, nie znosił żadnej zależności od kogokolwiek, żadnej podległości, najchętniej sam sobie był „sterem, żeglarzem, okrętem”. Kasia z rozczuleniem patrzyła na obu.  Chwilami zastanawiała się jak to możliwe, żeby tacy wspaniali mężczyźni byli jej małymi synkami… Nie poszły na marne  wszystkie jej wysiłki, nieprzespane noce wypełnione czekaniem, myślami, planowaniem,  stresami przed wywiadówkami, przed pierwszymi randkami… Przeszłe chwile owocowały teraz na każdym kroku. Cieszyła się miłością synów, wiedziała, że może na nich liczyć teraz i w przyszłości, a oni  zdawali sobie sprawę, że są dla matki istotami najważniejszymi na całym świecie. Nie przewróciło im to w głowach, odpowiadali uczuciem na uczucie. Otrzymali uczucie matczyne bezinteresowne, niewymagające, bezgraniczne. Nauczyli się okazywać takie samo. Kasia cieszyła się, że będą potrafili innym przekazać bogactwo, które nie może się z niczym innym równać,  swoim partnerkom, potem dzieciom. Ona musiała nauczyć się okazywać miłość, z  dzieciństwa wyniosła  jedynie głębokie skrywanie swoich przeżyć, przemyśleń, uczuć. Otwartości na świat i ludzi uczyła się od podstaw. Umiejętności komunikowania się z rówieśnikami także nie nabyła w dzieciństwie, bo dopóki nie poszła do szkoły zawsze była sama ze sobą albo z dziadkami, nie przychodziły do niej żadne koleżanki, nikt nie miał wstępu na podwórko, bramka była zamknięta na klucz. Dopiero niedawno zdała sobie z tego sprawę. Nareszcie przestała siebie winić za zło całego świata i mieć pretensję za to, że nie lubiła licznego, hałaśliwego  towarzystwa, ale ciszę i spokój, i tolerowała dłuższą obecność zaledwie kilku wybranych osób.

Łukasz i Agnieszka ustalili termin ślubu. Musieli sporo natrudzić się, żeby zdążyć z załatwieniem wszelkich  formalności.

Kasia postanowiła, że dwie ulubione ciocie i wujek mieszkający na stałe w Krakowie zatrzymają się u taty, bo tam jest dużo miejsca. Zostaną kilka dni dłużej, pochodzą po Warszawie, jednym słowem zrobią sobie rodzinny urlop. Ojciec nie wyrażał sprzeciwu, ochoczo włączył się w przygotowania do uroczystości. Kasia wreszcie mogła wziąć się za dokładne sprzątanie mieszkania taty, bo do tej pory nie pozwolił  jej ruszyć niczego poza kuchnią. Mówił, że sam wszystko zrobi, tylko się trochę rozejrzy i przyzwyczai do nowej sytuacji. Kasia wciąż była przekonana, że chodzi mu  o wyprowadzenie się Marka z rodziną do własnego domu i przyzwyczajenie się do mieszkania bez nich. Pod pretekstem przygotowania miejsca do spania dla rodzinki ruszyła dosłownie wszystko łącznie z meblami.  Wtedy jej oczom ukazały się pełne torby, mnóstwo reklamówek wypełnionych brudną bielizną osobistą i pościelową, koszulami, skarpetami, a wszystko tonęło pod kilogramami gazet codziennych, tygodników, miesięczników i książek.  Miała wrażenie, że znalazła się nagle w stajni Augiasza. Jak się do tego zabrać, jak uporządkować coś takiego? Wyprała  rzeczy, które się do prania nadawały, resztę wyrzuciła. Stosy gazet wyniosła do pojemnika na makulaturę. Poukładała w szafie wyprane i wyprasowane rzeczy. Zorientowała się przy tym, że ojciec przestał używać pralki, jakby zapomniał do czego ów przedmiot służy.

– Nie męcz się córciu – mówił,  – ja to upiorę jak pojedziesz do domu.

Po czym niczego nie ruszał, twierdził, że nie miał głowy do drobiazgów, bo robił co innego, ale nie potrafił powiedzieć co. Irytował się też częściej niż kiedykolwiek właściwie nie wiadomo z jakich powodów.

Wreszcie nadszedł dzień poprzedzający ślub. Kasia co chwilę ocierała oczy z łez wzruszenia i rozczulenia. Wieczorem obaj chłopcy przyszli do jej pokoiku z trzema puszkami piwa i oznajmili, że robią wieczór kawalerski. Kasia nie nadążała wycierać łez. Zapuchnięta, zasmarkana przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Zrobili jej zdjęcie, ale zdążyła podrzeć odbitkę zanim ktoś obcy zobaczył. Widziała wyraźnie, że Łukasz jest szczęśliwy, a zdrowy rozsądek młodych dawał nadzieję na dobrą przyszłość. Bardzo się cieszyła, że trafił na odpowiednią kobietę, oby na całe życie….ale… to jej synek!!! Teraz będzie go rzadko widywała, nie będzie z nią kochanego słoneczka. Kto będzie rozśmieszał cały dom? Ona i Kamil to dwa snujące się smutasy. Co zrobią bez Łukasza? On wnosi sobą tyle radości,  uśmiechu i optymizmu! Co teraz będzie?

Płakała w nocy, płakała w kościele podczas ceremonii, nie była w stanie zapanować nad łzami płynącymi całkowicie bez jej zgody. Do momentu, kiedy na podeszwach butów klęczącego przed ołtarzem  syna zobaczyła metki. Żadne z nich nie pomyślało o ich odklejeniu! Cóż, buty były przecież nowiuteńkie. Przestała płakać, dostała  nieopanowanego ataku śmiechu i wreszcie zaczęła się zachowywać jak normalny człowiek.

Nie tylko buty były nowe. O ubraniu nie ma co wspominać, wiadomo, Łukasz wyglądał jak książę z bajki w jasnym garniturze. Kasia przed ślubem przygotowała młodym praktyczną ślubną wyprawę, starając się zgromadzić wszystkie najpotrzebniejsze w gospodarstwie domowym rzeczy tak, by niczego im od pierwszego dnia nie brakowało. Potem mieli je sobie spokojnie uzupełniać w miarę przybywania potrzeb i zwiększania się stażu małżeńskiego. Zamieszkali w małej kawalerce po prababci, czyli byli sami ze sobą od dnia ślubu, bez osób trzecich, o czym kiedyś Kasia nawet nie mogła pomarzyć.

– Hop hop, mamo, jesteśmy tutaj, wróć do nas – dotarły do niej głosy Agnieszki i obu chłopców.

– Tak się zamyśliłam, że zapomniałam o rzeczywistości – Kasia już oprzytomniała.

– A o czym myślałaś? – dopytywał się Łukasz. – Może miałaś proroczą wizję?

– Raczej nie, przewijały mi się przed oczami obrazy z waszego ślubu i różnych sytuacji towarzyszących – uśmiechnęła się do dzieci.

– A ja myślałem, że znowu nas będziesz dręczyć żelaznym zestawem pytań – droczył się z matką Łukasz przytulając żonę.

Żelazny zestaw to pytania o studia i o dziecko, czy już mają jakiś pogląd na ten temat.

– Nie chcę być taka męcząca i upierdliwa jak prawdziwa przysłowiowa teściowa z dowcipów – wyjaśniła Kasia.

– Cóż, skoro nie pytasz, nie dostaniesz odpowiedzi …

Kasia spojrzała czujnie na roześmiane twarze młodych małżonków i coś jej podpowiedziało w duszy, że to nie są zwyczajne miny…

– Czyżbyście mieli zamiar mnie poinformować, że zostanę babcią?

– Skąd wiesz? – spytali jednocześnie.

– Juhuuu ! – wydała Kasia indiański okrzyk. – Będę babcią! Ale jaja!

– Mamo, przecież babciom nie wypada się tak zachowywać, więcej stateczności – odezwał się Kamil odsuwając się od matki na bezpieczną odległość.

– Och, ty gadzie, jak cię strzelę w łepetynę, to cię twoja obecna dziewczyna nie pozna – rzuciła w młodsze dziecko ozdobną poduszką wziętą z tapczanu.

Kamil się zasłonił, poduszka upadła na stół zrzucając na podłogę dwie szklanki.

– No i kto ma rację? – zapytał Kamil. – Gdybym to ja zrobił, oberwałbym na sto procent za stłuczenie szklanek.

– I tak oberwiesz, a te szklanki się nie tłuką, bo są z arcorocu czy z czegoś takiego.

1.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Sen

Nie było dotąd wpisu ponieważ dopiero dotarłam do domu. Rano szybki spacer z psami, bo śnieg, plucha, ślisko i niemiło. Potem zakupy i jazda do Calineczki. Dzięki malutkiej udało mi się zgubić trochę wagi, co jest niezmiernie radosną informacją. W końcu taki „hantelek” już ponad 4-kilowy podnoszony i noszony
swoje znaczenie ma:))) Potem Duży odwiózł mnie do domu, ale najpierw spędziliśmy w warsztacie trochę czasu w oczekiwaniu na zmianę opon na zimowe. I tak minął dzień. Jeszcze tabletki dla psów na odrobaczenie, bo trzeba dbać o te poczciwe mordusie i wreszcie usiadłam do Lapcia.
Miałam dziś niesamowicie realistyczny sen. Śnił mi się Tenczynek. Byłam u Babci w domu, nie widziałam nikogo, ale miałam świadomość obecności Babci, Mamy i Taty. Drzwi między gankiem a sienią były zamknięte, po coś wyszłam na ganek i po otwarciu drzwi zobaczyłam głowę jakiegoś mężczyzny
zaglądającego przez okno. Wyjrzałam i zobaczyłam otwartą bramę i mnóstwo obcych ludzi w babcinym ogródku. Wyskoczyłam z ganku na schody (wys, ok. pietra) i spytałam co tu robią. Wszyscy byli zaskoczeni, bo myśleli, że tu nikogo nie ma. Zaczęłam wszystkich wypraszać, potem wyganiać i straszliwie się
zmęczyłam. Wreszcie udało mi się zamknąć bramę, a na trawniku leżał garnuszek, taki półlitrowy, emaliowany, z uchem. Podobny miałam, kiedy byłam mała i mieszkałam u Babci, tylko tamten był w niebieskie pionowe paski, a ten – w kwiatki, też niebieskie i bardzo delikatnie namalowane. Po obudzeniu (przez
stukające w podłogę pazurki Szilki) nie mogłam przez chwilę do siebie dojść, zdawało mi się, że wciąż jestem w Tenczynku.
Ot, taki sen mi się przyśnił. Może dlatego, że czytałam o partyzantach w tenczyńskich lasach, może dlatego, że dziś Taty imieniny.

30.11.2017

  • nie-okrzesana Ja przez ten śnieg, też nie potrafię się zorganizować. Niby za oknem, a taki duży wpływ wywiera na moje życie. Niechby był już maj…
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Chociaż marzec…
  • kolewoczy Bardzo fajny w sumie sen, trochę taki wspomnieniowy. Od czasu do czasu każdy potrzebuje wspomnień, nawet jeśli tylko we śnie 🙂
  • annazadroza kolewoczy:-) Zmęczyło mnie wyganianie obcych ludzi z babcinego ogródka, to było nieprzyjemne. Ale w końcu się udało:)
  • babciabezmohera Czasem wracają do nas w snach okruchy przeżytego życia…
  • kolewoczy Czasem „szkodniki” trzeba przepędzić. No jak oni mogli wleźć do babcinego ogródka??! Niewychowani czy co? 😉
  • irsila Ślisko jest.
    Ja już ponad rok bez wyprowadzania psa.
    Sił bym już nie miała na psiacery.
  • annazadroza BBM:-) Czasem tak na bieżąco coś się śni, a czasem nie wiadomo skąd wychodzą senne mary…
  • annazadroza kolewoczy:-) Prawda? Szczyt bezczelności, tak się bez pozwolenia wpychać się do babcinego ogródka i jeszcze bramę na całą szerokość otwierać;-)
  • annazadroza irsila:-) Ślisko, chodzę z kijkiem albo z długim parasolem pełniącym funkcję laski, żeby się nie pośliznąć, bo odkąd kolano mi się zbuntowało, chwilami równowagi brak.
    Nie tęsknisz choćby za maleńkim kundelkiem, który w domu się przytuli, długich spacerów nie potrzebuje, po ogródeczku pobiega? Mnie bardzo brakowało psa w czasie kiedy Buciek już odszedł do psiego raju a Szilki jeszcze nie miałam.
  • irsila Nie tęsknię za żadnym żywym zwierzakiem,
    w domu mam dwa ludzkie, chore zwierzaki,
    wymagające opieki i oporządzania i chwatit.
  • annazadroza irsila:-) W tej sytuacji rozumiem Cię. Życzę Ci siły i cierpliwości, bo to niezbędne. Pozdrawiam:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Kwiaty

Kiedyś miałam masę kwiatów, wszystkie miałyśmy – w pracy i w sąsiedztwie. To był dosłownie szał na kwiaty, liście nabłyszczałyśmy specjalnym lakierem, wymieniałyśmy się nowinkami, kwietniki wolnostojące zajmowały pół pokoju… Ale dawno to było. Teraz umowa jest taka: albo rośniesz, albo zmykasz. W związku z tym mam wisząco-pnące, które same rosną, czasem oberwę zżółknięty liść, poza tym tzw. szable zielone i jeszcze fikusa beniaminka „dostanego” jako bonsai, ale się nad nim nie znęcałam, więc się odwdzięcza i rośnie nad podziw. Paprotki babci D. wszystkie się zmarnowały, niestety. Może przeprowadzka im nie posłużyła. Nie każdy lubi zmiany miejsca pobytu. Osobiście nie lubię, wolę być u siebie – czyli albo w domku, albo w Szczawnicy. Nie mam najmniejszej ochoty przebywać w jakimś hotelu czy domu wczasowym – choćby w najlepszych warunkach. Tak to się potrzeby i zachcianki człowiekowi zmieniają z czasem.
W sprawie kwiatków chciałam komentarz do BBM wstawić, ale się nie udało, być może to wina Lapcia, bo wiekowy już egzemplarz.

29.11.2017

  • kolewoczy Też wolę te najmniej wymagające. A i tak zdarza mi się im podpaść, gdy za długo nie podlewam. Na kwiatki to trzeba mieć czas.
  • nie-okrzesana Kwiaty z jakiegoś powodu nie lubią mojego mieszkania. Dbam, przesadzam, dogadzam.
    W tamtym tygodniu powiedziałam im -dość. Chcecie żyć? Wykażcie inicjatywę.
  • babciabezmohera A paprotki to chyba wyjątkowo humorzaste kwiaty…;(
  • irsila Paprocie to kwiaty, które byle gdzie nie urosną,
    jeśli beton lub cieki wodne to umierają.
    U mnie dobrze się im rośnie, mam ogromne rozłożyste,
    jeszcze mam hoje, anginkę i aloes.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Czas, cierpliwość i spokojną głowę. Jeśli masz na tej głowie za dużo obowiązków to przeżyją tylko najsilniejsze rośliny 🙂
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Dokładnie takie ultimatum dałam moim i przestałam się przejmować. Odtąd rosną same, nawet jak zapomnę to sobie radzą. Podlewam raz na tydzień i się przyzwyczaiły. Może przedtem miały zbyt mokro, po prostu przedobrzyłam.
  • annazadroza BBM:-) Piękne, potrzebne, ale nie wszędzie im pasuje. Szkoda, ale cóż, wybór należy do nich: albo chcą rosnąć albo humory pokazują;-(
  • annazadroza irsila:-) Miałam kiedyś przepiękną hoję, kwitła jak szalona i pachniała nieziemsko. Po przeniesieniu na stare mieszkanie babci D. – niestety, padła trupem. A paprocie rosły. Mam też aloes, dzieci przywiozły i latem stał na zewnątrz. Nie mam pojęcia jak się nim teraz opiekować, zdążyłam go zabrać przed dzisiejszymi opadami śniegu.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 7

Czas płynął, jak to zwykle robił. Raz szybko, niepostrzeżenie, raz pędził jak szalony nie dając odetchnąć i zastanowić się nad niczym.

– Ciekawe, że najszybciej płynie, kiedy człowiek śpi. Za tym  na pewno kryje się jakieś oszustwo – powiedziała Adelka do psów i papug. – Przecież tak nie może być.  Położyłam się na pięć minut, a minęło nie wiem ile godzin, bo mi zegarek stanął. Jest zupełnie ciemno, spać mi się dalej chce. Przecież z wami muszę wyjść na spacer i nakarmić was. Dobrze, że mam żarełko z wczoraj – zwierzaki słuchały uważnie wywodów pani przyzwyczajone do jej długich nieraz wypowiedzi ożywiając się przy słowie „spacer”.

– Nie lubię kiedy jest tak ciemno i wieje wiatr – ciągnęła dalej, – który na parterze może wydawać się takim sobie niewinnym wiaterkiem, zaś na ostatnim piętrze betonowego budynku zamienia się w huragan. Nie dosyć, że jęczy, wyje, usiłuje wcisnąć do środka trzeszczące szyby, to jeszcze, zupełnie nieproszony, wpycha się do mieszkania przez sobie tylko wiadome szpary i szczeliny, i wypędza z domu nędzne resztki ciepła płynącego od ledwo letnich dwóch pierwszych żeberek znowu zapowietrzonego kaloryfera. A przecież miałam iść do spółdzielni i usnęłam! O matko, ale się nagadałam. I to jak mądrze – spojrzała na zwierzaki, które nie wyraziły sprzeciwu, miały widocznie takie samo zdanie na temat paninych wypowiedzi.

Włączyła olejowy piecyk, zapaliła gaz w piekarniku, boczne lampki w kuchni i pokojach dały miłe światło. Zrobiło się przytulnie. Na nocnej szafce leżała książka. To było  „Imię róży” Umberto Eco. Adelka od dwóch dni nie mogła się jakoś zabrać za jej czytanie. Postanowiła, że wieczorem na pewno do niej zajrzy.  Wtedy przypomniała sobie, że przecież wykupiła lekarstwa dla Kasi i obiecała je przynieść. Cóż, musiała się podnieść z fotela,  pokonać lenistwo, ubrać się i wyjść na dwór.  Brr, okropność, ale czegóż człowiek nie robi dla przyjaciół?

Drzwi otworzył Kamil.

– Dobrze ciociu, że przyszłaś, bo mamie to powtórne przeziębienie chyba się na głowę rzuciło – poinformował Adelkę.

– Czemu oczerniasz matkę przed ludźmi  – wychrypiała zakatarzona Kasia wychodząc z pokoju z zaczerwienionymi, zapuchniętymi oczami. – A ty nie patrz na mnie. Odwróć się! Słyszysz czy nie? – huknęła  na przyjaciółkę.

– A nie mówiłem? – Kamil wymownie stuknął się w czoło. – Chociaż gorączki nie ma… – przezornie wycofał się do pokoiku.

– Dlaczego? – zdziwiła się Adelka. – Czy sądzisz, że nigdy nie widziałam przeziębionego człowieka?

– Ale nie przed samą śmiercią – odparła kichając. – Nie chcę, żebyś mnie taką zapamiętała na zawsze – dokończyła ponuro.

– O…o… ojej! Coś tu narobiła? – wyjąkała Adelka wpadając  wprost na stosy książek poukładanych w pokoju  na podłodze. To znaczy były poukładane, dopóki nie wylądowała wśród nich i to  bez zachowania ciszy mimo późnej pory.

– Kto narobił? Ja? Ja przez cały dzień robię porządek z książkami, układam, segreguję, nawet myśleć chwilami przy tym muszę chociaż katar mi zalewa oczy, a ty co? W jednej chwili zniszczyłaś wszystko co zrobiłam!

– Nie złość się Kasiu – Adelka rozcierała potłuczoną tylną cześć ciała. – A w ogóle, po co położyłaś w drzwiach pokoju balkonową skrzynkę na kwiaty w środku zimy? Nie zauważyłam jej  i oto skutki.

– Po co położyłam? Żeby do niej wkładać…  aaa…psik.. harlekiny.

– O rety! Co wkładać? – nie zrozumiała Adelka.

Kasia, patrząc z góry na przyjaciółkę znowu kichnęła.

– O ogrodach miłości nigdy nie słyszałaś?

– Ogrody w skrzynkach? W zimie?!

Adelka była pewna, że choroba Kasi ma jakiś nietypowy przebieg i faktycznie pomieszała jej w głowie. Dopiero gdy pokręciła własną głową pełną troski o stan umysłu przyjaciółki, zamigotały jej w oczach kolory: biały, różowy, niebieski, fioletowy, czerwony… Doznała olśnienia. Uradowana odkryciem zawołała:

– Już wiem! Zrozumiałam!  I ty to czytasz? Nie szkoda ci czasu na takie bzdury? Kiedyś z nudów przejrzałam dwa i stwierdziłam, że są beznadziejne.

Kasia zaczęła układać książki według kolorów okładek. Adelka jej skwapliwie pomagała. Zauważyła przy okazji kilka powieści Jadwigi Courths – Mahler.

– Zaraz mi pewnie zaczniesz tłumaczyć, że osoba na jakim takim poziomie, o pewnej dozie inteligencji nie bierze do rąk takiej szmiry, bo nie wypada, nie pasuje, bo wstyd, bo co ludzie powiedzą…

– Mniej więcej – zdołała wtrącić Adelka korzystając z kolejnego ataku kichania rozmówczyni.

– A ja to chrzanię i mam gdzieś – groźnie spojrzała Kasia załzawionym okiem. – Kiedy byłam młoda, ambitna i bez życiowych obowiązków, mogłam się do woli nurzać w ambitnej literaturze, nie przyznawać się, że pod poduszką trzymam Rodziewiczównę, natomiast rozprawiać o Przybyszewskim czy studiować ” Ulissesa” z jego strumieniem świadomości. Pomyśl, wtedy było wokół mnie spokojnie i bezpiecznie, nie bałam się wracać z biblioteki na Koszykowej po godzinie dwudziestej drugiej, bo do tej godziny funkcjonowała. Nie znałam nikogo, kto byłby bez pracy i nie miał co do garnka włożyć. Do śmietnika wchodził tylko śmietnikowy dziad po butelki na wódkę. A teraz co widzisz? Normalnych ludzi. Wczoraj widziałam normalną kobietę z normalnym dzieckiem. Szukali czegoś, co mogłoby się im przydać.  Dziecko ucieszyło się ze starego podartego plecaka. Wyobrażasz sobie? Teraz to jest normalne! A ja nie mogę tego znieść, zawsze po takich obrazkach ryczę jak głupia. A kiedyś znałam to jedynie z literatury, filmów i opowiadań dziadków o pierwszej wojnie i okresie międzywojennym. A ty mi każesz czytać sztukę dla sztuki i zastanawiać się nad zbawieniem ludzkości.

– Ja ci nic nie każę – odezwała się Adelka korzystając z kolejnej przerwy, spowodowanej koniecznością  oczyszczenia zakatarzonego nosa Katarzyny.

– Cicho, nie przerywaj – fuknęła właścicielka kataru. – Nabawiłam się nerwicy przez długotrwały stres emocjonalny i moralny.  Wyczytałam to u Jacka Santorskiego, jak widzisz nie same bzdety czytam. Właściwie to mam ostatni okres nerwicy:  wyczerpanie, po nim czeka mnie już tylko rozstanie z tym światem. Pomyśl, bez przerwy się boję. Boję się, że stracę pracę, już raz to przeżyłam. Z czego się utrzymamy? Kamil szuka bezskutecznie czegoś sensownego. Co miesiąc ledwo wiążę koniec z końcem, jak zapłacę za jedno, to drugi rachunek musi poczekać. Do tego dochodzi lęk o ojca, bo nie wiem co się z nim dzieje i jak mam złemu zaradzić. A poczucie krzywdy i cała masa przeżyć z przeszłości, dobrze wiesz jakich, w związku z tym, że kiedyś ojca moich dzieci, mego własnego męża wzięła pod pantofel obca baba? A decyzja wzięcia życia we własne ręce bez oglądania się na zdrajcę?  A strach, że Mikołajowi odbije i znajdzie sobie młodszą? Do tego dochodzi masa obowiązków w pracy, w domu, którym powinnam podołać. Ostatnio dręczy mnie obsesyjny lęk przed śmiercią, bo  jeszcze chłopcom jestem potrzebna, Kamil nie jest całkiem samodzielny, nie ma się z czego utrzymać. Łukasz dopiero co się ożenił, chciałabym doczekać wnuków i nacieszyć się nimi.  Koszmar, ogólnie rzecz biorąc, to za mało powiedziane. W tej sytuacji jedyną możliwością chwilowego oderwania się od makabrycznej rzeczywistości jest takie czytadełko, zwykły „harlekin”. Tam białe to białe, czarne to czarne, ona piękna, on nieziemsko przystojny, na dodatek uczciwy i jeszcze bogaty, czego ze świecą szukać. Kochają się, pokonują różne przeszkody, by wreszcie w szczęściu i radości żyć razem  do grobowej deski.

– Mogę coś powiedzieć?

– Teraz nie. Jestem w transie. To takie cudne…

– Trans?

– Głupia. Mówcie sobie wszyscy co chcecie, nie obchodzi mnie niczyje zdanie! Te, jak mówisz, szmiry pozwalają mi na chwilę relaksu i odprężenia, przedłużają życie. Gdybym  była młoda, zdrowa spokojna i bezpieczna, pewnie wróciłabym do rzeczy poważniejszych. Teraz nie jestem w stanie. Kiedy zamknę taką książeczkę lata mi po głowie myśl…

– Zgłupiała całkiem  – mruknęła Adelka.

– … a może nie jest tak źle, może dam sobie radę, może jeszcze i mnie życie się ułoży? – nagle zachrypiała: – coś ty powiedziała? Ja zgłupiałam?! To uważasz, że mam pusto w głowie, że jestem beznadziejnie głupia?

– Czyli czytasz ku pokrzepieniu serca – zdołała się wreszcie odezwać Adelka ignorując ostatnie pytanie.  – O, Elka, a ty skąd się tutaj wzięłaś?

– Pukam i pukam a wy nic,  Kamil wyszedł z Dżemikiem to nie ma kto szczekać, a Kaśka  się na ciebie wydziera więc nic dziwnego, że nie słyszałaś mojego pukania. Czego ona od ciebie chce? A mówiła, że chora i umrze. Co jej zrobiłaś, że nabrała siły?

– Wlazłam jej do ogrodów – bąknęła Adelka.

– Słucham?

– Z czerwonymi serduszkami…

– Aha. O, masz nową Mahlerową – ucieszyła się Ela, –  tej nie znam. Pożyczysz?

– Jasne – kichnęła Kasia.

– Ty też to czytasz? – spojrzała na nią Adelka.

– A ty nie? – zdziwiła się. – Myślałam, że czytasz wszystko.

– Chyba zacznę – bąknęła pod nosem Adelka.

– No więc, ja czytam głównie w autobusie w drodze do pracy – powiedziała Ela. – Bardzo długo jadę, więc nie marnuję czasu. A poza tym wiecie jak to frajda? Ludzie się pchają, kłócą, rzucają w siebie tonami nienawiści i jadu. Od tego nawet mamut mógłby paść trupem. A ja mam to wszystko głęboko, tam gdzie słońce nie dochodzi. Czytam sobie i przenoszę się w inny świat. Tam wszyscy są eleganccy, nikt nie klnie, nie rzuca mięsem, nie politykuje, nie mówi co on by zrobił z tym czy z tamtym jakby go dorwał. Mogę przerwać czytanie w każdej chwili, odłożyć książkę, bo i tak wiem co będzie dalej. Kiedyś tak czytałam kryminały, teraz ich znieść nie mogę, za smutne. A w ogóle to wiecie co? Każdą powieść zaczynam od ostatniej strony. Najpierw patrzę jak się kończy. Jeśli źle – odkładam, dziękuję, nie używam, obejdę się. Życie stało się tak trudne, ciężkie, pozbawione radości, że nie mam siły czytać nic takiego. Może kiedyś mi się zmieni, nie wiem, czas pokaże. Teraz tak mam,  właśnie tak.

Elżbieta z Adelką pomogły zakichanej Kasi skończyć porządkowanie książek zapewniając przy okazji, że nie ma po co się tak bardzo spieszyć z umieraniem, skoro ma koło siebie takie skarby jak one.

– Wiem dziewczyny moje kochane, że mogę na was liczyć, że… w ogóle…jesteście cudowne – kichała Kasia

Po powrocie do domu i wieczornych ablucjach Adelka ułożyła się wygodnie w łóżku, owinęła dodatkowo pledem, żeby nie zmarznąć i wzięła do ręki książkę z nocnej szafki.

– Wiecie co? – zwróciła się do zwierzaków. – Ja chyba jestem w najlepszej sytuacji. Nie muszę się martwić o pracę, bo jestem na emeryturze, nie zawracam sobie głowy sprawami sercowymi, bo nigdy mnie to specjalnie nie rajcowało, jak to teraz mówią, o dzieci nie kłopoczę się, bo ich nie mam. Czasami jest mi smutno z tego powodu, ale akurat w tej chwili się cieszę. Jestem zdrowa, mam was, moje kochane potwory i zawsze jakieś będę miała, mam przyjaciół. I nie muszę czytać harlequinów.  Jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

28.11.2017

  • kobietawbarwachjesieni Jesteśmy szczęśliwymi ludźmi, bo widzimy, słyszymy, żyjemy.
  • annazadroza Jesiennadziewczyno:-) Masz rację, widzieć przepiękny świat i słyszeć szum drzew, śpiew ptaków – to szczęście. I jeszcze – mieć wokół życzliwe duszyczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz