Tydzień

Minął pierwszy tydzień nowego roku. Ani śladu śniegu, co akurat mnie cieszy, rośliny może mniej bo im się całkiem pomieszało i już chcą kwitnąć zamiast spać do marca. Dla zwierzaków lepiej, na przykład dla sarenek, bo wciąż mają zieloną trawę. Mówię o sarenkach, ponieważ przez kilka dni spotykaliśmy je idąc rano z psami, na polu, przy ulicy. Najpierw dwie, takie jaśniejsze a potem pojawiła się rodzinka, najwyraźniej mama, tata i dziecko, umaszczone nieco ciemniej od tamtych dwóch. Nie stanowiły jednego stada, utrzymywały do siebie dystans lecz pasły się spokojnie niedaleko od siebie. Śliczne są. Jak można mordować takie piękne, niewinne istoty? Człowiek morduje nie dla konieczności utrzymania się przy życiu, morduje dla przyjemności mordowania i patrzenia na śmierć i cierpienie. Dlatego jest najgorszym potworem ze wszystkich. Na szczęście coraz większe koło zatacza świadomość, że zwierzę nie jest rzeczą, powstają organizacje ratujące zwierzaki. Zbyt wolno, to prawda, lecz jak trafić do takich bydlaków, które i człowieka drugiego nie uszanują, na dzieci napadają, nad własnymi się znęcają?

No i proszę, myśli uciekły spod kontroli, a miały być tylko dobre. Słońce dziś od samego rana świeci, lekko mrozik chwycił i da się przejść tam, gdzie wczoraj błoto kląskało pod butami. Babcia D. zdjęła świąteczne dekoracje ze swego okna. Może myśli, że wiosna. Na razie łyka tabletki bez sprzeciwu, kupiłam tran i vit.D, zgodnie z zaleceniem lekarki, oprócz leków na pamięć dostaje też vit.B com., i rutinoscobin. Wnusia przyjaciółki M. kończy dziś dwa miesiące, moja skończyła cztery. Tak się więc dzieci postarzały:))) Życzę miłego tygodnia, bo to poniedziałek i od razu się przypomina „Nie lubię poniedziałku”. Nie ma jak nasze stare komedie. Swoją drogą, co by puszczali na okrągło w tv gdyby ich nie było? Albo „Stawki” czy „Pancernych”?

Zanim puściłam wpis przeczytałam o nowym pisim prawie do mordowania zwierząt, o zawłaszczeniu lasów i prawie dla morderców zwierząt. I jak tu zachować spokój? Życzyć im tylko, żeby się wzajemnie wystrzelali co do jednego!!! Przecież w pisie są ludzie mający nie tylko koty ale i psy, czy im bielmo na oczy padło, że nic nie widzą? Czy nienawiść zaślepiła ich do tego stopnia, że nie wiedzą co czynią? W każdym razie ja prosić o wybaczenie dla nich nie będę, niech ich spotka wszystko, na co zasłużyli.

8.01.2018

  • veanka No właśnie dzisiaj mieli w Sejmie dyskutować nad ustawą, wg której polujący myśliwy może cię wyrzucić z lasu i pola, bo on poluje;(.
    Nawet z prywatnego pola, czy z lasu też, to się nie doczytałam, bo zalała mnie jaśnista krew i dałam se spokój z „pogłębianiem” swojej wiedzy;(((.
  • Gość: [Anka] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl No właśnie też mnie krew zalała, i żeby tych morderców jasny piorun!!!
  • urszula97 Wszystkiego dobrego w Nowym Roku pisarko.Oby rządzący się opamiętali.Dziękuję za odwiedziny.
  • kolewoczy A nie zauważyłaś, że za tym prawem społem głosowali wszyscy obecni posłowie bez względu na przynależność partyjną? 433 – ramię w ramię, ręka w rękę. Idealna współpraca 😉
  • annazadroza Urszula:-) Dzięki za życzenia, niech się wszystkim spełnią:)))
    Jakoś nie wierzę w opamiętanie się rządzących. Cud jakiś musiałby nastąpić, czy co…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Ciekawe, prawda? Potrafili się zjednoczyć w sprawie mordowania natomiast w sprawie pomagania żyjącym istotom jakoś nie mogą, żrą się jak dzikie psy o ostatnią kość na ziemi…
  • babciabezmohera Podejrzewam, że nie przeczytali uważnie ustawy /tzw. drobnym drukiem napisanego fragmentu/, co zresztą w ogóle ich nie tłumaczy, bo ich psim obowiązkiem jest wiedzieć, za czym głosują!:((
  • annazadroza BBM:-) Jeśli nie wiedzą nad czym głosują – to jak o nich świadczy? Czarno to widzę, chciałabym się mylić…
  • dorota4311 Dzień dobry:)
    Obiecuję sobie przeczytać wszystko co napisałam, już za parę dni będę miała więcej czasu na to,zatem nadrobię zaległości. Milo mi , że odwiedzasz mojego bloga:)

    Zgadzam się z Tobą, coraz bardziej przypominają się dawne PRL-owskie czasy .

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 15a

Późnym popołudniem Elżbieta zeszła na plac Dietla. Usiadła na tarasie obok muzeum. Część tarasu została przeobrażona w letnią kawiarenkę. Stały duże stoły z ławami, olbrzymie parasole zakrywały klientów lokalu przed ewentualnym deszczem lub letnią spiekotą. Usiadła przodem do uroczego placyku, mając jednocześnie widok na pierwszą wiosenną „zieloność i różnobarwność” Parku Górnego, wśród której błyskały bielą ściany okrągłej kaplicy Szalaya tuż nad willą zwaną „Szwajcarką Górną” – a może  „Holenderką”? Zapomniała w tej chwili, na razie jeszcze myliły się jej nazwy lecz nie miała chęci zaglądać teraz do przewodnika.

Z drugiej strony, nad budynkiem „Starej Kancelarii”, słychać było śpiewające słowiki. Zamówiła lody i drinka, którego nazwę od razu zapomniała.  W każdym razie smakował wyśmienicie i ładnie wyglądał: zawartość szklanki miała barwę turkusową, wewnątrz srebrzył się lód a na brzegu złocił plaster cytryny. Zajadając lody i wolno sącząc drinka przyglądała się z zainteresowaniem życiu przepływającemu obok niej. Przez środek placu przeszła kobieta z czarnym, misiowatym owczarkiem. Po chwili wróciła,  pies stanął przednimi łapami na brzegu fontanny. Najwyraźniej był rozdarty wewnętrznie: z jednej strony miał ochotę wejść do wody, z drugiej nie chciało mu  się gramolić przez wysoki murek.  Wreszcie podszedł od strony kamiennej rzeźby  przedstawiającej dziewczynę z dzbanem, z którego wypływa woda. Tam zszedł do wody, było mu wygodniej, nie musiał skakać, przeszedł kilka kroków i wyszedł. Nawet nie zdobył się na wysiłek strząśnięcia  z siebie resztek wody. Rozłożył się koło pani, która przysiadła na murku okalającym wodny zbiorniczek. Machał puszystym ogonem i z zadowoleniem szczerzył zęby w uśmiechu.

Co za cudowne chwile – pomyślała Ela. – Jak spokojnie, jak cicho, jak normalnie.

Jakiś spóźniony turysta zszedł od strony Bryjarki objuczony ciężkim plecakiem. W „Zdrojowej”  grał zespół, solista śpiewał przeboje, ludzie tańczyli, bawili się, dobiegały  śmiechy i szmer rozmów. Wokół fontanny na placu rozklekotany mały fiacik 126p. wykonał rundę honorową rzężąc głośno przy wspinaniu się pod górę. Na Palenicy zabłysło światełko i migotało między gałęziami drzew. Włączone reflektory krzyżującymi się smugami rozjaśniały  ciemniejące niebo. Ostatni zmęczeni rowerzyści zjechali z Bryjarki równo ze zmrokiem. Mgła zaczęła się leciutko podnosić i unosić, zakrywać ostro widoczną do tej pory Palenicę, rozmywać kontury, rozbielać świat. Mimo późnej pory sporo dzieci  z rodzicami przyszło na plac Dietla. Większe  szły  trzymane za rączki, maluchy leżały  lub siedziały w wózkach. Pod Palenicą rozbłysły sztuczne ognie a na niebie gwiazdy. Trzy dziewczyny wyszły na łowy. Przystawały co chwilę, śmiały się głośno, ostentacyjnym zachowaniem próbując zwrócić na siebie uwagę mężczyzn.

To odwrotnie niż ja – pomyślała Elżbieta. Ja wolę się schować, żeby nikt mnie nie widział. To pewnie odznaka starości. Tak jak przywilejem młodości jest  hałaśliwość, brak umiaru i brak rozumu. Ja go chwilami mam w nadmiarze, ale chwilami chyba cierpię na zanik…

Siedziała nad pustą szklanką po drinku obserwując otoczenie, pogrążona w zupełnym spokoju, który był jej tak potrzebny.  W pewnej chwili pojawiła się jej przed oczami twarz Mandaryna. No właśnie, wydawała się jakaś znajoma. A może po prostu był do kogoś podobny? W końcu przez pół wieku życia widzi się tylu ludzi i ludzi podobnych do tamtych ludzi, że można się pogubić. Zresztą podczas zderzenia w drzwiach miała go przed sobą twarzą w twarz tak długo, że może go uważać za znajomego. Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie porannego zdarzenia. Uśmiech miała ciepły i serdeczny, uśmiechały się oczy, nie tylko usta. Widział to Winicjusz, który przyszedł na spacer na plac Dietla i usiadł przy sąsiednim stole, z boku. Elżbieta go nie widziała.  On nie poznał jej w pierwszej chwili. Włosy związała w kitkę, wyglądała inaczej niż kobieta,  która staranowała go rano w drzwiach hotelu. Wtedy wydawała mu się jakaś zniecierpliwiona, zdenerwowana.

Ot, zmęczona i zestresowana niewiasta przyjechała na odpoczynek i tyle. Jeszcze nie odpoczęła – podsumował w myślach.  Zerkał na samotnie siedzącą, zamyśloną kobietę. Wtedy właśnie uśmiechnęła się i tym  uśmiechem przyciągnęła uwagę obserwatora.

Przez plac przeszła spacerkiem para starszych ludzi trzymających się za ręce. Elżbietę zawsze wzruszał taki widok. Teraz nasunęła się smutna refleksja, że jej nie czekają takie piękne chwile. Dlaczego? Dlaczego ona nie ma z kim iść na spacer pod rękę? Dlaczego runęło wszystko, co budowała z takim trudem, co starała się utrzymać za wszelką cenę? Patrzyła za staruszkami z tęsknotą, z żalem, z ogromnym smutkiem, które w jednej chwili zmiotły uśmiech z twarzy.

Winicjusz zaś patrzył na niewiarygodnie zmieniający się na jego oczach wyraz twarzy Elżbiety. Wzbudziła w nim sympatię i zainteresowanie.

Przy stole przed Elą rozsiadła się para sanatoryjnych narzeczonych, co łatwo było rozszyfrować po ubraniach i zachowaniu. Elżbieta wróciła do teraźniejszości z krainy smutnych myśli. Mężczyzna próbował wejść w rolę amanta uwodząc partnerkę jasnym garniturem, modulowanym głosem, wystudiowanymi przed lustrem gestami, co Elę szczerze rozbawiło. Z zaciekawieniem dyskretnie obserwowała rozwój sytuacji. Kobieta, ubrana z przesadną elegancją, z bardzo mocnym makijażem mizdrzyła się szczęśliwa, że wygrała  z sanatoryjnymi rywalkami walkę o dorodnego samca. On podniósł rękę, by partnerkę objąć męskim ramieniem i wtedy do Elżbiety dopłynął uwolniony zapach spod pachy… Czym prędzej się podniosła mrucząc pod nosem:  mógłbyś się, ćwoku, umyć zanim wyjdziesz na podryw. Zapłaciła kelnerce i wróciła do hotelu.

Winicjusz podążył za nią nie spiesząc się, nie chcąc rzucać się w oczy kobiecie, która go zainteresowała nie mając o tym zielonego pojęcia. Był zadowolony, bo urlop zaczął mu się rysować w coraz ciekawszych kolorach.

Na parkingu przed budynkiem stało dużo samochodów z warszawską rejestracją, wśród nich srebrny mercedes. Szczawnica stawała się znów modna o czym świadczyły tłumy przyjezdnych snujących się po całym miasteczku i okolicy w czasie dni wolnych od pracy oraz przez cały sezon. Winicjusz już zdążył spotkać kilku znajomych  na placu Dietla, na ulicy Głównej i pod Palenicą. Postanowił, że nazajutrz przespaceruje się do „Czardy” i do kapliczki na Sewerynówce. Nie czuł się jeszcze senny więc wyszedł na balkon.

Z ostatniego piętra hotelu usytuowanego sporo ponad poziomem morza roztaczał się na miasteczko widok malowniczy i kojący duszę. Migały światła w domach położonych na zboczach, niewidocznych wcześniej, ukrytych między drzewami, ujawniających się dopiero po zmroku dzięki lampom rozbłysłym w ciemności. Stanął w rogu balkonu, oparł się o drewnianą balustradę i z rozkoszą wdychał cudownie świeże powietrze. Ukryty w mroku czuł się z nim połączony w jedność, jakby był niewidzialny i bezkarnie mógł wkradać się w myśli i uczucia nieświadomych tego ludzi. Ze spokojem w duszy, z wewnętrzną radością obserwował drżące światełka na Palenicy.

W sąsiednim pokoju zrobiło się jasno. Najwidoczniej lokator wrócił na noc. Winicjusz cofnął się, by nie zostać zauważonym, chciał jeszcze pozostać w mroku pozwalającym na przebywanie w kręgu intymności wśród osobistych przemyśleń i przeżyć, w mroku broniącym dostępu intruzom z zewnątrz.

Za ścianą oddzielającą balkony zgasło światło. Zapadła cisza, którą wkrótce przerwał dźwięk telefonu. Winicjusz stał nieporuszony, nie zdradzając swojej obecności.

– Cześć, już jestem w hotelu.

Usłyszał niski kobiecy głos o sympatycznym brzmieniu. Nie chciało mu się ruszać z miejsca. Przez chwilę czuł się skrępowany myślą, że podsłuchuje cudzą rozmowę. Szybko jednak stwierdził, że gdyby sąsiadka omawiała głęboko skrywane tajemnice – weszłaby do pokoju mając świadomość, że ktoś może usłyszeć treść wypowiedzi stojąc na balkonie obok albo niżej. Poczuł się rozgrzeszony i spokojnie stał dalej.

Dobrze, że sąsiadka nie pali i nie zieje w moją stronę papierochowym smrodem, bo wtedy na pewno coś bym jej powiedział – pomyślał przyglądając się błądzącym po niebie  smugom światła rzucanym przez reflektory z placu Dietla. Każda wyglądała jak pasmo życia jednego człowieka przebiegające przez wszechświat, wybijające się na jego tle, błyszczące przez niewiadomej długości chwilę aż do zniknięcia, do momentu, kiedy ktoś wyłączy prąd. A przecież nigdy nie wiadomo kto, kiedy i komu ten prąd wyłączy… Ktoś może pomylić wyłączniki…. Ktoś Marii odciął zbyt wcześnie dopływ prądu… A ona jeszcze w ostatniej chwili prosiła: bądź szczęśliwy, przyrzeknij… Przyrzekł dusząc w sobie łzy i skowyt bólu, i dlatego odeszła z uśmiechem na zmęczonej twarzyczce naznaczonej cierpieniem…

– Dobrze, oczywiście, zrobię, masz to jak w banku – usłyszał głos zza ściany. I jeszcze – Adelka, Adelka, halo, jesteś? Powiedz tylko w jakim kolorze. Tak, dobrze, oddzwonię, cześć.

Pokiwał głową z politowaniem. Pewnie chodzi o jakieś ciuchy, no bo czego mogła dotyczyć rozmowa o kolorach „czegoś” na odległość. Zwrócił uwagę nie tylko na  miło brzmiący głos sąsiadki ale i na imię rozmówczyni.  Adela jest rzadko spotykanym imieniem. On sam poznał  zaledwie jedną przez całe swoje długie życie. Nie, to nie ta sama, to jest niemożliwe, poza tym znajduje się przecież na drugim końcu Polski. Zresztą nigdy nie słyszał, żeby nawet w pracy rozmawiała z koleżankami o ciuchach, czy w ogóle o bzdurach, choć nieraz siedział w tym babskim towarzystwie czekając na Zenka. Pielęgniarki znały go tyle czasu, że nie krępowały się w jego obecności poruszać najprzeróżniejszych, nawet delikatnych tematów.

– Adelka, to ja, Elżbieta – wyrwał go z zamyślenia glos sąsiadki. – W którym miejscu to ma być? Tu w mieście koło flisaka czy tam dalej, na zakręcie? Tak? Dobrze, dzięki.

Teraz wiem jak ma na imię moja sąsiadka. Za godzinę pewnie poznam imię męża, dzieci, numer buta i rozmiar bielizny – pomyślał.

Mylił się. Niczego więcej już się nie dowiedział, bo za ścianą zgasło światło i zapadła cisza. Elżbieta owinęła się dużym, ciepłym swetrem. Ułożyła się wygodnie na wcześniej rozstawionym leżaku. Wpatrzona w gwiazdy na granatowym niebie rozjaśnianym ruchomymi smugami światła z placu Dietla – analizowała swoje dotychczasowe życie, zaglądała w najgłębsze zakamarki duszy, szukała ukrytych przed całym światem marzeń i pragnień, o których sama zapomniała i do których istnienia sama przed sobą bała się przyznać. Szukała recepty na dalsze życie, sposobu przetrwania nieuchronnie zbliżających się trudnych chwil. Po drugiej stronie ściany rozdzielającej balkony Winicjusz również pogrążył się w myślach.

5.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tylko Dobre

Nie robię noworocznych postanowień, nigdy nie robiłam. Postanawiałam sobie coś w międzyczasie, po czym od razu się przeciw temu buntowałam, bo przecież nikt nic mi nie będzie narzucał, nawet ja sama sobie. Taki głupi byczy charakter. Oczywiście robiłam to, co miałam do zrobienia, ale od tyłu, odwrotnie, od tzw, doopy strony i z reguły dużo więcej niż początkowo zamierzałam, ale musiałam najpierw nabrać rozpędu.
Teraz – wcale nie w związku z nowym rokiem lecz z burzliwymi wydarzeniami roku minionego – jednak postanowiłam, że postawię sobie przed oczami afirmację i będę ją powtarzać na okrągło: EMOCJE NIE MAJĄ NADE MNĄ ŻADNEJ WŁADZY, TO JA PANUJĘ NAD NIMI.
A druga rzecz – i to już wprowadziłam w życie – staram się mniej słuchać i patrzeć na tv w myśl zasady, że jak nie mam na coś wpływu, to nie będę o tym myśleć. Przynajmniej się postaram.Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, zareaguję w sposób adekwatny do sytuacji. Poza tym skupić się pragnę na dobrych, przyjemnych sprawach, rzeczach, wydarzeniach. Podoba mi się pomysł ze słoikiem, do którego wrzuca się karteczki z zapisem czegoś dobrego, co nas spotkało choć raz w tygodniu. Chodzi o koncentrowanie uwagi na dobrej, nie na negatywnej stronie życia, bo przecież podobne przyciąga podobne.
Niech więc wszystkim Gościom moim samo DOBRE przytrafia się przez cały rok:)))

4.01.2018

  • mmzd Aniu, ja trochę nie na temat, ale.. Przeczytałam w „Leśniczówce” Twój komentarz i podpis <wnuczka leśnika> , i tak sobie myślę, nie po raz pierwszy zresztą, że nieprzypadkowo się w tych ogromnych internetach spotkałyśmy. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że nasi dziadkowie się znali.
    Magda
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza Magduś, z Dziadkiem Leśnikiem nie miałam okazji się spotkać, bo zamordowali go bandyci z UPA w lipcu 1944. Znalazłam te informacje w necie, bo kiedyś myślałam, że to szwaby go utłukły, jak pojechał przed wojną do pracy gdzieś pod Samborem, to po wojnie nie wrócił. Urodziłam się 10 lat później i w ogóle mnie to nie interesowało dopóki się nie zestarzałam i nie zaczęłam myśleć. To pewnie po Nim tak kocham las i inne cuda natury.
    Ale, że przypadków na świecie nie ma, to z pewnością po coś się w tych internetach znalazłyśmy:)))
  • kolewoczy Ja mam kalendarz, w którym zapisuję, co udało mi się zrobić danego dnia. Ze słoika nie chciałoby mi się karteczek wyciągać 😉
  • annazadroza kolewoczy:-) Ale to dopiero na koniec roku się wyjmuje, przez cały rok patrzysz jak karteczek przybywa i chyba się człowiek z tego cieszy:) Kalendarz – rzecz niezbędna, lecz normalna, a słoik pierwszy raz zobaczyłam 🙂
  • annazadroza Aha, słoik zobaczyłam u babcibezmohera:)))
  • kolewoczy No nie widzę tego, wrzucać karteczki i nie zaglądać? To po co? Zwłaszcza, że podsumowań na n]koniec roku nie robię. Na razie ta idea nie przemawia do mnie. Kalendarz za to na bieżąco funkcjonuje i to w kilku wersjach, bo osobny mam do spraw zawodowych, a osobny prywatny, domowy. Ale jak ktoś lubi wrzucać karteczki, to proszę bardzo. Kojarzy mi się to z takimi psychologicznymi chwytami jak palenie karteczek z nazwiskami osób, które nas skrzywdziły, żeby przezwyciężyć traumę czy coś w tym stylu, a podchodzę do tego sceptycznie, takie gusła psychologiczne 😉 Ja wolałabym tam trzymać cos innego 😉
  • annazadroza Przecież widać ile tych karteczek jest, widać, że przybywa – czyli tyle nas przyjemnych rzeczy już spotkało. Może i gusła, ale jak mogą pomóc mieć dobry nastrój, to czemu nie? Nie boli i nikomu krzywdy nie robi:) A w drugi słoik można coś innego włożyć, np.kolorowe guziki gdyby ktoś chciał, albo orzechy , albo przysmaki dla psa, albo coś zielonego itp., itd.
    Kalendarz jeden noszę w torbie, drugi mi stoi „na oczach”, biurkowy, tygodniowy, bardzo wygodny bo przejrzysty.
  • babciabezmohera Chyba przejmę od Ciebie nowy sposób funkcjonowania, bo wydaje mi się skuteczny na obecne czasy. Serdeczności na nowy rok!:))
  • annazadroza BBM:-) Bardzo bym chciała, żeby udało się funkcjonować zgodnie z przepisem. Na razie – kiedy dochodzą do mnie głosy na temat np. serialu o rekonstrukcji rządu itp, itd… – wyłączam telewizor albo wychodzę, zajmuję się czym innym, tak w ramach samoobrony organizmu. To trudne, bo od razu cisną się na usta słowa komentarza…
  • annazadroza BBM:-) I dziękuje za serdeczności, ślę wzajemne:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Już trzeci dzień

Atrakcje świąteczne i sylwestrowe za nami. Psy nie chciały wyjść z domu, pochowały się tam, gdzie czuły się w miarę bezpiecznie. Wnusia K. spędziła u nas Sylwestra, była motywacją do zorganizowania stołu z zakąskami, zmiany ubioru i w ogóle duszą wieczoru była. Dziecko w domu jest samym życiem, pobudza do działania, nawet wiecznych malkontentów zmusza do uśmiechu:) Oglądałyśmy występy sylwestrowe na TVN i na Polsacie, poszłyśmy spać po drugiej uwalniając Męża i pozwalając mu obejrzeć jakiś film.
W Nowy Rok w samo południe od początku świata (mojego) zasiadam przed telewizorem i czekam na koncert z Wiednia, choćby się waliło i paliło – nie odpuszczę. Z wielką przyjemnością oglądam i słucham, ulatuję duchem w okres Cesarstwa. Myślę, że mam w sobie „gen Galicji”, z tym się trzeba urodzić, moje dzieci już go nie mają. Ja dzieciństwo spędziłam w Tenczynku, słuchałam opowiadań Dziadka, który z armią austriacką przeszedł prawie całą Europę służąc w piechocie podczas pierwszej wojny światowej, słuchałam Babci, która w szkole śpiewała hymn ku czci cesarzowej Elżbiety z refrenem „bo z Habsburgów losem złączon jest na wieki Polski los”. Z jednej strony bieda galicyjska, z drugiej – najwięcej swobód, rozwój nauk, czasopiśmiennictwa, literatury, UJ, Towarzystwo Naukowe Krakowskie przekształcone z czasem w Akademię Umiejętności, przy której powstała Komisja Balneologiczna z prof. Józefem Dietlem związanym nierozerwalnie ze Szczawnicą i źródłami mineralnymi. Kraków ówczesny – budzi nostalgię we mnie, nie tylko jako stolica kultury lecz miejsce młodości moich Dziadków, świadek przyjazdu Dziadka pociągiem za Babcią, która w końcu została jego żoną. Siostra zaś prababci ze strony Taty wyjechała z mężem do Wiednia. Tata mówił, że prababcia była u niej z wizytą. Nic więcej nie wiem. Szkoda, ze nie pamiętam, nie zapisałam wtedy żadnych szczegółów. Niestety.
Wciąż powtarzam, że to błąd, iż jak się jest młodym, nie zwraca się uwagi na wiele rzeczy, bo myśli się, że jest czas… A on, ten czas, zasuwa jak mały samochodzik i dziś już mamy trzeci dzień roku 2018.

  • kolewoczy Ależ miałabyś teraz o czym pisać! Też uważam, że szkoda. nasi dziadkowie mieli ciekawe i bogate życie. Mój dziadek chodził jeszcze do rosyjskiej szkoły w czasie zaborów, do końca życia liczył wymawiając liczebniki po rosyjsku.
  • mmzd Koncert wspaniały, maestro Muti w znakomitej formie, tylko Pana Bogusława brak, bardzo …
    noworoczne serdeczności
    Magda
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza kolewoczy:-) Kiedy mieszkałam w Opolu(podstawówka) dziwiłam się na początku, że panie w sklepach liczą po niemiecku. W Tenczynku pamiętam, że np. furman do konia mówił „curig”, żeby się cofnął, szafkę nocną nazywało się „nakastlik” i różne takie pozostałości do dziś funkcjonują. A Dziadkowie – pomyśl dwie wojny światowe, rewolucja w Rosji, cud nad Wisłą, lata osiemdziesiąte u nas, pierwszy pociąg, pierwszy lot w kosmos, pierwszy spacer po księżycu – jaki to kawał historii dane było temu jednemu pokoleniu przeżyć i odczuć na własnej skórze.
  • annazadroza Magdo:-) Pana Bogusława brak, nikt Go nie zastąpi, nikt Mu nie dorówna choćby nie wiem jak się starał. Był jeden jedyny na całym świecie, swoją obecnością, komentarzem sprawiał, iż wszystko o czym mówił stawało się realne, namacalne, żyjące. Miał taki dar, tego nie można się nauczyć, trzeba to mieć.
  • veanka Masz świętą rację, jak jest dziecko w domu, to życie toczy się całkiem inaczej i człowiek jakoś się „prostuje” i funkcjonuje jak dwadzieścia lat temu;).
    Z tym, ze gdyby to dziecko miało u nas zamieszkać na stałe, to by już tak wesoło i kolorowo nie było, szybko zabrakłoby mi siły.
    Koncert noworoczny z Wiednia to jest mój stały program, od lat go oglądam.
    Jakiś czas temu (ok. 20 lat temu) pan Bogusław był co roku organizatorem Konkursu im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju. To były czasy, kiedy jeszcze do sanatorium jeździłam właśnie tam i we wrześniu, więc miałam okazję poznać pana Bogusława, chętnie podpisywał swoje książki, spacerował po deptaku, rozmawiał z ludźmi…
    To był KTOŚ.
  • annazadroza Veanko:-) Moja sylwestrowa „gościówa” jest na tyle duża, że nie wymaga stałej opieki, ma swoje sprawy:) Dla mnie ważne jest, że lubi u nas przebywać, poprzytulać się (jeszcze), pogadać, obejrzeć wspólnie film. A ostatnio kręciliśmy film – zadanie do szkoły, w wersji angielskiej:) Ja jako operator, aktorzy to Wnusia i Mąż. Powtarzaliśmy nie wiem ile razy i spłakaliśmy się ze śmiechu. Myślę, że dla niej to będzie wspomnienie na zawsze, dla nas zresztą też:)
    A pan Bogusław to naprawdę był KTOŚ. Pozazdrościć Ci można, że mogłaś się z nim spotkać osobiście. Myślę, że odsunięcie Go od Krynicy było jedną z przyczyn choroby i w następstwie – odejścia, bo tak jest, kiedy zabiera się ukochane dziecko…

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 15

Winicjusz Bartecki znał Szczawnicę jak własną kieszeń. Przez wiele lat przyjeżdżał tu na wakacje, potem na urlop z Marią – najpierw jako ukochaną dziewczyną, potem równie ukochaną żoną oraz  córeczką Marysią. Razem przemierzali pienińskie szlaki. Po śmierci żony Marysia stała się dla niego najważniejszą istotą i motywacją do życia. Swoimi czarnymi oczkami i dołeczkami w policzkach odziedziczonymi po matce potrafiła rozpędzić smutki i wywołać uśmiech na  twarzy ojca.

Marysia dorosła, skończyła studia, przyszedł czas na samodzielność. Postanowił zostawić córce mieszkanie, do którego była bardzo przywiązana i tak uczynił. Dla siebie kupił małe mieszkanko z dużym balkonem przy ulicy Polnej Róży, tuż pod Lasem Kabackim. Chwalił sobie miejsce ciche i spokojne. Miejsce z którego robiło się świetne wypady. Ponieważ lubił dalekie spacery, piechotą przemierzał spore odległości zwiedzając okolice nowego miejsca zamieszkania. Kilka razy natknął się też na Adelkę idącą z psami Aleją Kasztanową, ulicą Wąwozową  albo KEN,  kiedyś ją spotkał w urzędzie. Odkąd zwracali się do siebie per „sąsiedzie” i „sąsiadko” połączyła ich większa zażyłość niż przez wszystkie poprzednie lata znajomości poprzez Zenka Kowalskiego, obecnie  ordynatora w szpitalu, w którym ponad dwadzieścia lat pracowała Adelka. Winicjusz przyjaźnił się z Zenkiem przez wszystkie lata od czasów studenckich mimo, iż studia medyczne przerwał po drugim roku stwierdziwszy, że nie ma powołania do zawodu lekarza. Zmienił diametralnie plany życiowe i idąc za prawdziwym powołaniem ukończył Akademię Sztuk Pięknych. Wtedy właśnie poznał śliczną Marię, której przodkowie wywodzili się ze słonecznej Italii. Oczarowały go płomienne czarne oczy i burza ciemnych loków niesfornie wijących się wokół ślicznej twarzyczki. I wzajemnie, Maria zakochała się w wysokim, przystojnym, szarookim chłopaku, który  z wyjątkowo gęstymi, ciemnymi  długimi  włosami wyglądał jak piękny Indianin. Maria od dzieciństwa kochała się w Winnetou, Winicjusz żartował, że jest wcieleniem wodza Apaczów  co Maria intuicyjnie wyczuła. Niestety, szczęście trwało krótko, do czasu wykrycia złośliwego nowotworu, który wyjątkowo szybko zabrał młodą kobietę do krainy wiecznych łowów… Tylko ze względu na córeczkę wziął się w garść, postanowił zapewnić jej idealną opiekę, przyrzekł sobie, że Marysi nigdy niczego nie zabraknie.  Zainwestował na giełdzie pewną kwotę pieniędzy. Dopisało mu szczęście i zarobił sporą sumę, którą korzystnie ulokował. W tym czasie pracował w wydawnictwie. Bardzo mu praca odpowiadała dopóki nie kupił wydawnictwa człowiek, z którym nie miał ochoty współpracować. Przez jakiś czas był właścicielem agencji reklamy, jednak to nie był dobry pomysł, nie dawała mu ta działalność satysfakcji. Sprzedał firmę. Wkrótce potem otworzył antykwariat-galerię, przy której z czasem powstała kawiarenka. „Bibliotekarnia Pod Złotą Filiżanką”, czyli antykwariat, galeria i kawiarnia w jednym – zupełnie dobrze prosperowała, a z czasem stała się miejscem spotkań kolekcjonerów, szperaczy, ludzi z pasją oraz także turystów zwiedzających starą Warszawę. Wspólniczkami uczynił dwie kuzynki Marii, urodziwe siostry bliźniaczki, Stenię i Franię, stanowiące świetnie uzupełniający się duet, dzięki czemu obsługa była stała i niezawodna. Winicjusz nie będąc więc uwiązanym do miejsca, mógł swobodnie podróżować w poszukiwaniu białych kruków oraz dobrych win, których stał się koneserem, a które sprowadzał dla swoich gości. Tym sposobem udało mu się połączyć przyjemne z pożytecznym. Marysia wyrosła na mądrą i piękną dziewczynę, pod troskliwą opieką ojca i obu ciotek, i w „Filiżance” czuła się równie dobrze jak w domu.

Przez lata usiłował Winicjusz patrzeć z dystansem na otaczającą go rzeczywistość. To było wygodne podejście do życia, które wypracował starając się wrócić do świata po śmierci żony. Starał się nie brać na siebie odpowiedzialności za losy całej Ziemi. Żałował cierpiących, pomagał jak mógł i komu mógł. Zdając sobie sprawę z tego, że nie usunie ze świata wszystkich jego okropności i okrucieństw, zachowywał albo przynajmniej próbował zachować wewnętrzny spokój.  Nauczył się, że człowiek sam buduje własną rzeczywistość swoją pracą, wysiłkiem oraz pozytywnymi myślami i nieustanną pracą nad sobą.

Na cały długi majowy weekend i jeszcze na kilka następnych dni meteorolodzy zapowiadali piękną pogodę. Zresztą prawie cały  kwiecień był tak ładny, że wyjazd na łono natury wydawał się Winicjuszowi jedyną odpowiedzią na urok wiosny. Będąc u Zenka usłyszał Adelkę mówiącą o Szczawnicy  i zapragnął wrócić do urokliwego miasteczka, z którym wiązały go wspomnienia.  Tym oto sposobem znalazł się  w „Budowlanych”.

2.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Koniec roku

Ostatni dzień roku 2017. Cały rok obok przeleciał, przebiegł, przegalopował nie wiadomo kiedy. Głupot narobił, że szkoda gadać. Może następny choć trochę rozumu ze sobą przyniesie, przynajmniej niektórym pozwoli zdjąć klapki z oczu… Tego życzę nam wszystkim, świadomym i nieświadomym zagrożeń zewsząd
płynącym. Nadzieja umiera ostatnia, więc jej się uchwycę…
Wszystkim Drogim Gościom Moim życzę zdrowia i pieniędzy – mój Tata mówił, że jak się je ma, z całą resztą można sobie poradzić. Do tego szczęście się by przydało, bo ci z Titanika zdrowie mieli, tylko szczęścia im zabrakło. No więc skoro zdrowie, szczęście i pieniądze mamy, pozostaje spełniać marzenia, realizować plany i zamierzenia dotąd głęboko skrywane przed światem. Powitajmy zatem dziś o północy Nowy Rok życząc sobie by okazał się Dobrym Rokiem i Dobro ze sobą przyniósł w wielkiej obfitości. I oby to Dobro zapukało do każdego domu, do każdego serca i pozostało na dłużej.
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

31.12.2017

  • babciabezmohera Oby się spełniło! Szczęśliwego Nowego Roku, Aniu! 🙂
  • ciotkaeliza Niech się spełnią wszystkim, wszystkie życzenia. Szczęśliwego Nowego Roku.
  • kobietawbarwachjesieni Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
  • annazadroza BBM:-) Ciotkaeliza:-) Jesienna:-)
    Dziękuję:) Niech się nam wszystkim spełni tylko dobre:) Rok 2018 ma wibrację mistrzowskiej Jedenastki, albo łagodnej Dwójki. Tak czy inaczej mam nadzieję, że lepszy będzie od poprzedniego, czego Wam serdecznie życzę:)))
  • e.urlik Aniu, wspaniałego roku ci życzę, takiego „bez nerw” i bez wstrząsów. Zdrowia dla ciebie i bliskich. I bądź dalej taka cudna.
  • annazadroza Ewo:-) Dzięki, wszystkim tak samo:) Żeby spokojnie, chociaż w domu bezpisowo, bezwstrząsowo a za to radośnie, zdrowo i bogato:))) Niech Dobry Rok będzie z Tobą i bliskimi!!! I z tym cudnym psiakiem ze zdjęć też:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 14a

Elżbieta przespała spokojnie całą noc. Nareszcie się  wyspała, wyleżała w łóżku. Nie musiała wstawać na śniadanie w stołówce i była tym uszczęśliwiona. Zupełnie jakby udało jej się być na wagarach i nikt  się o tym nie dowiedział. Potem wypiła szklankę pomarańczowego soku i wyniosła leżak na balkon.  Leżała z zamkniętymi oczami wsłuchując się w odgłosy życia miasteczka płynące z dołu. Było jej dobrze, spokojnie, cudownie jak nie pamiętała kiedy. Może w ogóle nie w tym wcieleniu? Może w poprzednim? Tylko dlaczego niczego więcej nie pamięta? Może wiedziałaby dlaczego się teraz tak musi męczyć? Teraz? Nie! Przecież teraz jest absolutnie szczęśliwa! Na poręcz balkonu sfrunęła sroka i zagłuszyła wszystkie inne odgłosy.

– Musisz się tak drzeć? – nie wytrzymała wreszcie Ela. – Skrzeczysz i skrzeczysz, w spokoju mi nie dasz poleżeć. A idźże stąd! Cholera jasna! – zamierzyła się mandarynką, której wcale nie miała zamiaru użyć w charakterze pocisku. Niestety, owoc wyśliznął jej się z ręki i poszybował wspaniałym łukiem trafiając wprost w gazetę przeglądaną przez mężczyznę stojącego przed budynkiem. Cofnęła się natychmiast, żeby jej nikt nie zauważył. Zdziwiony obiekt niespodziewanego ataku rozejrzał się najpierw wokoło,  potem zrobił uważny przegląd balkonów. Ela mogłaby przysiąc, że na jej balkonie przytrzymał wzrok dłużej niż na innych.

– Jestem przewrażliwiona – mruknęła. – Przecież nie mógł mnie widzieć! Za wysoko. A poza tym jest ciepło, więc pewnie wszystkie okna są otwarte.

Na czworakach wsunęła się do pokoju uprzednio jednak zerknąwszy ciekawie przez szparę między deskami balustrady. Dopiero teraz roześmiała się bezgłośnie myśląc, że facet musiał mieć głupią minę. Stwierdziła też przy okazji, że miał gęste włosy, kiedyś pewnie czarne, jak ten w Hicie…

Ha, jak dostał mandarynką to jest Mandaryn – pomyślała. – I nie jest najmłodszy, no, może w moim wieku…. A zresztą co komu do tego, czy jestem młoda czy stara. Czuję się cudownie i jestem na urlopie. Resztę mam w nosie. Jego też, po co stał tam gdzie poleciała mandarynka.? Mandaryn jeden. A teraz pójdę coś zjeść.

Wzięła prysznic rozkoszując się ciepłą wodą. Przed wyjazdem Kasia położyła jej świeżą farbę na włosach, które teraz wyglądały jak rozświetlone słońcem dodając blasku twarzy. Czarna henna na brwiach i rzęsach zwalniała ją z konieczności zbytniego przykładania się do makijażu. Kilka chwil i była gotowa do wyjścia. Spojrzała w lustro, uśmiechnęła się z zadowoleniem.  Smutna, wiecznie zatroskana Elżbieta z toną problemów na głowie została w Warszawie. Przed sobą miała nie wyglądającą w tej chwili na swoje pięćdziesiąt jeden lat Elkę, w białych spodniach, białych tenisówkach, niebieskiej sportowej koszulce, z małym plecaczkiem na ramieniu.

– Jak szaleć to szaleć – mrugnęła do odbicia w lustrze i opuściła pokój. Na korytarzu przypomniała sobie historię z mandarynką i ruszyła prawie biegiem, aby jak najszybciej opuścić budynek. Nie czekając na windę zbiegła po schodach wpadając w drzwiach wejściowych … oczywiście… na Mandaryna.

– Przepraszam – bąknęła zmieszana jak pensjonarka i usunęła się w prawo. On zrobił to samo i znów znaleźli się naprzeciw siebie.

– O rany – jęknęła i przesunęła się w lewo, on także…

Powtórzyło się to kilkakrotnie. Taniec w drzwiach trwał zaledwie chwilę lecz Eli zdawało się, że całą wieczność. Czuła, że robi się czerwona niczym piwonia na myśl, że Mandaryn pewnie już rozpoznał w niej sprawczynię niedawnego zamachu na życie… Wreszcie chwyciła go w pasie, prawie przestawiła i pomknęła po schodkach.

– Przepraszam, spieszę się – krzyknęła do faceta, który wciąż stał i patrzył za nią z dziwnym, jak jej się zdawało, wyrazem twarzy.

– Och, co mnie to obchodzi – mruknęła, machnęła ręką i pobiegła schodami w dół do ulicy Zdrojowej. Ponieważ schodów od „Budowlanych” do ulicy jest bez liku, zdążyła ochłonąć i włączyć szare komórki. One jednak, widocznie wiedząc, że Elżbieta ma urlop, wcale nie chciały reagować w zwykły sobie sposób i Ela zaczęła chichotać mając przed oczami niedawną scenę w drzwiach. Szybko znalazła się koło domu handlowego „Halka”. Kupiła sok pomarańczowy w sklepie oraz oscypka u góralki po drugiej stronie ulicy. Gryząc ser i popijając sok szła pomału wzdłuż Grajcarka, potoku wpadającego do Dunajca. Skończywszy śniadanie zawróciła. Kupiła w kasie kolejki linowej bilet na Palenicę. Mocno klapnęła na krzesełko źle wyliczywszy odległość i zaklęła. Po chwili podziwiała widok całej okolicy wznosząc się coraz wyżej i wyżej. Zeskok z krzesełka wykonała już zupełnie sprawnie.

Przeszła pod górę na Szafranówkę, usiadła w trawie na zboczu i zapatrzyła się w cuda, które pojawiały się wokół jak okiem sięgnąć. Cóż znaczą zwykłe ludzkie codzienne sprawy wobec wiecznego uroku porośniętych lasami Pienin? Albo jakieś tam „pracowe” rozterki wobec majestatu Trzech Koron lśniących w słońcu  białymi skałami? Człowiek przemija,  jedno pokolenie za drugim rozsypuje się w proch, każdy zabiera do grobu swoje grzeszki, zasługi, pilnie strzeżone tajemnice. I po co to wszystko? Po co ludzki wyścig szczurów, kłamstwa, oszustwa, intrygi? Po co zabieganie o nieistotne drobiazgi? Po co marnowanie życia na zbieranie przedmiotów, których w końcu i tak nie zabieramy ze sobą na Drugą Stronę Tęczy?

Patrzyła i patrzyła, i nie mogła nasycić się pięknem roztaczanym przed nią przez naturę. W pierwszej wiosennej, majowej zieleni świat wokół niej przypominał szmaragdowy ocean. To było wręcz niewiarygodne, aż oczy bolały od patrzenia. Świeży zapach oszałamiał, jakby wchodził do wewnątrz ciała i zostawał usuwając zeń wszystko zło.  Pomyślała, że tak jak przyroda co rok odnawia swoje życie pokrywając zielenią wszelkie braki, niedoskonałości i rany, tak ona powinna zrobić. Poczuła się częścią gór. Nie gościem przybyłym na chwilę, ale jednością z tym wszechpotężnym, niezniszczalnym żywym organizmem, który od wieków rządził się własnymi prawami nie zwracając na człowieka większej uwagi niż na muchę. A przecież ona muchą się nie czuła. Za to jak najbardziej cząstką białokorych brzóz, drżącolistnych osik, miękkoigłych modrzewi,  obsypanych drobnym kwieciem głogów, pachnących, kwitnących ziół i traw, skał odbijających jasne promienie słońca… I było jej z tym dobrze. Poczuła się lekka, tak lekka, że mogłaby bez sprzętu sfrunąć z Jarmuty razem z lotniarzami, polecieć z dmuchawcowym puszkiem w świat, z jaskółkami unieść się pod samo niebo, zaśpiewać w przestworzach ze skowronkiem…

Obok usiadła roześmiana para młodych ludzi. Ela spod obłoków wróciła na Szafranówkę. Uśmiechem odpowiedziała na uśmiech młodych i zeszła niżej. Pokręciła się trochę po Palenicy, obejrzała krajobrazy przez zamocowaną na stałe lunetę, zjadła naleśniki z serem na zewnątrz schroniska przy drewnianym stole i popijając kawę rozkoszowała się widokami. Potem zjechała na dół i poszła wzdłuż Grajcarka do Dunajca i dalej, aż do granicy ze Słowacją. Na tym wycieczkę zakończyła nie mając przy sobie paszportu. Mimo wejścia Polski do Unii rok temu, wciąż jeszcze był potrzebny przy przekraczaniu granicy.

29.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tyle na dziś

Już po Świętach a przed nami Sylwester. Taki ulgowy tydzień, szczególnie dla szkolnej dziatwy i młodzieży, bo nie idą do szkoły, mają przerwę. Moje wnuczki odpoczywają od sprawdzianów i kartkówek, których ilość jest ogromna i wyczerpuje siły. Moje na pewno, bo się czuję kompletnie wyczerpana patrząc ile młode muszą się uczyć. Zawsze narzekało się na program, ale teraz… Dobra, koniec z narzekaniem.
Muszę się pochwalić, że wszystkie moje kulinarne prace zakończyły się sukcesem. Całkowicie niespodziewanym, bo nic mi się nie przypaliło, niczego nie zepsułam, szło jak w zegarku, zdążyłam na czas i jeszcze czytałam w trakcie przygotowań. Na dodatek sernik wyszedł tak smaczny, jak chyba jeszcze nigdy w życiu, choć zawsze robię taki sam. Urozmaiciłam go tylko – nie pierwszy już raz – kładąc herbatniki na spód tortownicy i rozkładając na nich masę makową. Reszta była jak zwykle od stu lat:) Ciasto bananowe i cukiniowe też pięknie wyrosło, pasztet jajeczno-pieczarkowy smakował nadzwyczajnie również nie-wegetarianom, a kotlety z kaszy jaglanej jako podstawy ( wyszło 30 szt.) Małemu tak przypadły do gustu i wziął wszystkie nie zjedzone na wynos:) Bigosu nie przypaliłam, również w 2-ch wersjach zrobionego. Do wege dałam dużo suszonych śliwek i żurawiny, Mąż nawet nie zauważył, że nałożył sobie wersję bezmięsną i zjadł ze smakiem:)
Na Sylwestra zapowiedziała się Wnusia K., jutro ją przywieziemy. Upiec mam szarlotkę i rożki francuskie z jabłkami. Dziś byłam w charakterze usypiacza u malutkiej. Jak usnęła to za nic nie chciała się obudzić, tak dobrze jej się spało w babci objęciach. Skituś na chwilę pojechał do domu, ale po Sylwestrze jeszcze do nas wróci. Ot, i tyle nowości na dziś.

28.12.2017

  • e.urlik Jesteś niesamowita, skąd to wszystko umiesz i jeszcze ci sie chce. Ja ledwo zdążam na zakupy, a potem to już chciałabym nicnierobić.
    Bardzo, bardzo ci dziękuję za recenzję taką śliczną, że nawet nie wiem co powiedzieć, ani co napisać. Wzruszyłam się, naprawdę
  • veanka Kilka lat temu byłam usypiaczem dla wnuczki i nie wiem dla kogo to było większą przyjemnością – wnuczka to bardzo lubiła, ale ja chyba bardziej;))).
    Natomiast wnuczek to zupełnie odwrotna historia, nie lubił być przytulaną;).
  • kolewoczy Ja od dzisiaj jestem w ogóle na diecie bezcukrowej, beztłuszczowej i bezciastkowej, bezsłodyczowej, bezmięsnej i w ogóle… z przejedzenia świątecznego na jedzenie patrzeć nie mogę 😉 I żaden sylwester nie pomoże. Herbatkę ziołową piję 🙂
  • ciotkaeliza Szczęśliwego Nowego Roku życzę. Teraz dopiero sobie uświadomiłam że ja też niczego nie popsułam w tym roku, może dlatego że większość robiła córka.
  • annazadroza Ewo:-) Ja jestem Bykiem zodiakalnym, więc dom, rodzinka, gotowanie itd. to dla mnie naturalne środowisko. Ale nauczyłam się dużo dopiero teraz, będąc „na wolności”, bo po pracy siły nie miałam na rozwijanie skrzydeł w tym zakresie. A poza tym – szukam najprostszych przepisów. Jak np. trzeba oddzielić żółtka od białek to przepisu dalej nie czytam:) jak całe jajko – czytam, co nie znaczy, że zrobię.
  • annazadroza Veanka:-) Uwielbiam malutką usypiać i trzymać śpiącą, jakbym się cofnęła w czasie, bo bardzo Dużego przypomina kiedy był maleńki. To jak medytacja – o niczym innym nie myślę, tylko o niej i o tym, jak bardzo tę kruszynkę kocham:)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Ziołowa herbatka nie zaszkodzi:) Myślę jednak, że za chwilę zapragniesz czegoś konkretniejszego, wszak karnawał swoje prawa ma, pod kątem smakowitości potraw również:)
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Miło sobie uświadomić, że nic nie zostało zepsute, prawda? Nie ma znaczenia kto robił, liczy się efekt:)
    Dzięki, niech ten Nowy Rok każdemu coś dobrego przyniesie:)))
    Przeczytałam, że trzeba się na dobrym skupiać, złe puścić kantem, o złym nie myśleć, żeby w siłę nie rosło. Więc myślmy tylko o DOBRYM:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Wakacje i inne nieszczęścia” E.K.Urlik

Przeczytałam, jakże by inaczej. W każdej przerwie – kiedy się sernik piekł albo bananowy chlebek, albo cukiniowy; kiedy tylko chwilę wyrwałam przygotowaniom świątecznym. Potem w Święta, gdy dzieciaki jedne pojechały a drugie jeszcze nie dotarły. Skończyłam już po opuszczeniu domu przez drugie.
Z każdą stroną czułam się głębiej wciągnięta do środka, w tajemnice trzech dziewczyn, znaczy kobiet.
Dla wyjaśnienia – mój Tata mówił „dziewczyno” do każdej istoty płci żeńskiej bez wzgledu na wiek, mogła mieć 18 albo 80 lat, nie robił między nimi różnicy. Obraziła się o to jako jedna jedyna moja nauczycielka z liceum. Poniekąd tłumaczy ją fakt, iż była starą panną i uczyła łaciny. Tu należy podkreślić różnicę między starą panną a singielką, bez obrazy dla żadnej z nich.
Tak więc trzy dziewczyny w średnim wieku, każda po przejściach, wybierają się razem na wakacje do Włoch i…
Proponuję przeczytać, żeby się dokładnie dowiedzieć jak, co i gdzie:)
Alex, Alicja i Jill, koleżanki ze szkoły. Każda z innym problemem się boryka, każda pragnie na nowo zacząć porąbane skutecznie dotąd życie mając świadomość, że czas ucieka i jest go coraz mniej na zrobienie czegoś sensownego…
Historia cała opowiedziana jest z ogromnym poczuciem humoru co sprawiło, że czytało mi się bardzo, bardzo dobrze i żałowałam, że już koniec. Zresztą nie tylko ja:)))

28.12.2017

  • kolewoczy Anie spaliłaś sernika przy okazji? 😉 Jak ja bym chciała poczytać fajną książkę o kobietach w Polsce, z polskimi imionami, echhh!
  • krzysztof213 Pozdrawiam i dziękuje za komentarz.Panią od czytania i pieczenia ciast …
    Pewno dobry i jeszcze lepszy na zimno
  • annazadroza Kolewoczy:-) To dziwne, ale niczego nie spaliłam! Jak chcesz o Polsce z polskimi imionami, czytaj moją powieść w odcinkach, Kasia, Elka i Adelka to polskie imiona:)
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Krzysztof213:-) Miło, że wpadłeś, dzięki:) Sernik dobry wyszedł, reszta też. Pozdrawiam serdecznie:)
  • veanka Dziękuję za podpowiedź lektury, na razie jestem jeszcze z normalnego trybu zycia wyłączona, więc dobra książka się przyda.
    Dostałam co prawda pod choinkę „Córki Wawelu”, ale jest to grubaśna książka, którą trudno na leżąco w rękach utrzymać;).
  • kolewoczy Kochana, pisałam, nie mogę, bo w ogóle czytanie długich tekstów na monitorze to dla moich oczu mordęga. Zwłaszcza, że pracę czasami też wykonuję na komputerze. Dlatego książki czytam tylko papierowe. Oczy mam tylko jedne, muszę o nie dbać.
  • annazadroza Veanka:-) Takie wyłączenie z codzienności ma swoje dobre strony, można spokojnie poczytać bez wyrzutów sumienia:)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Rozumiem troskę o oczy, moje też są nadwyrężone, niestety. Szkoda, że się da wymienić na nowe, wielka szkoda.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 14

W kwestii swojego rozwodu Elżbieta kilka razy spotkała się  z mecenasem. Ciągle jeszcze nie była pewna czego tak naprawdę chce. Rozwodu na pewno, ale jakim kosztem? Czy poruszać  drażliwe sprawy alkoholizmu, znęcania się psychicznego nad nią, fizycznego zresztą też, kwestię użytkowania mieszkania? Jak głośno mówić o szczegółach życia osobistego w obecności obcych ludzi? Już się oswoiła z adwokatem, pozbyła się skrępowania w rozmowie z nim, ale na sali rozpraw?

Wreszcie klamka zapadła i ruszyła sądowa machina.

Za namową przyjaciółek Elżbieta postanowiła odświeżyć swoje prawo jazdy schowane głęboko w szufladzie. Kiedy je zdobyła i pełna radości pokazała mężowi, stwierdził, że i tak jej nie da samochodu, żeby sobie to wybiła z głowy, bo takie tępaki jak ona nie powinny siadać za kierownicą. Od tej pory nie jeździła, pogodziła się z wyrokiem Mirka wydanym na nią w kolejnej sprawie. Teraz, wraz z powiewem niezależności, poczuła chęć spróbowania swoich sił. Może  było to pragnienie  udowodnienia i sobie i mężowi, że zaczyna żyć samodzielnie, że nie pozwoli się więcej terroryzować? Faktem jest, że zaczęła myśleć i działać. Odszukała Antka, kolegę z liceum, który prowadził szkołę dla kandydatów na kierowców i umówiła się na doszkalające jazdy. Po kilku lekcjach zupełnie nieźle zaczęła sobie radzić. Zauważyła też u siebie coraz częściej pojawiające się zadowolenie z drobnych sukcesów,  chwilami nawet odczuwała radość. Czasem patrzyła wokół z uśmiechem, a nie ze zgorzkniałym – jak od lat – wyrazem twarzy i z opuszczonymi kącikami ust.

Temat motoryzacji wciągnął ją do tego stopnia, że zaczęła myszkować w internecie oglądając samochody ewentualnie nadające się do kupienia. Za namową Antka wzięła w banku sezonowy kredyt, nisko oprocentowany w ramach promocji. Kupiła niedrogi używany samochodzik na nazwisko Rafała, żeby nie mieć problemu z podziałem majątku.  Pomału zaczynała jeździć po  bardziej ruchliwych ulicach. Nie czuła się jeszcze na siłach wyruszyć w  daleką trasę, dlatego do Szczawnicy postanowiła jechać autokarem.

No właśnie, Szczawnica. Kasia i Mikołaj spędzili tam  tydzień poruszeni opowiadaniem Adelki. Marek w tym czasie zabrał do siebie ojca, żeby siostra mogła  odpocząć. Wrócili zachwyceni. Kasia bez końca opowiadała przyjaciółkom o urokach Pienin, przełomie Dunajca, o samym miasteczku, w którym się zakochała od pierwszego wejrzenia i do którego chciałaby wracać jak najczęściej. Elżbieta dała się przekonać i pojechała do uzdrowiska na długi majowy weekend.

Wysiadła z autokaru i wzięła z postoju taksówkę, żeby nie błądzić z ciężką torbą. Zapakowała do niej przecież masę rzeczy, które – była pewna – okażą się zupełnie zbyteczne. Poza suszarką do włosów, podstawowymi kosmetykami i ręcznikami nawet jednej trzeciej nie użyje. Wiedziała, że tak będzie. Zawsze tak jest. Ale przyjaciółki twierdziły, że lepiej być przygotowaną na różne ewentualności, przecież w końcu życie się składa z niespodzianek. Nie odstępowały jej podczas pakowania i wkładały do torby rzeczy, które ona próbowała wyjąć. Na te czarownice nie ma rady, w końcu więc dała za wygraną i pozwoliła im na wypchanie torby zbędnymi – w swoim mniemaniu – przedmiotami.

Jadąc ulicą Główną rozglądała się z zachwytem. Nie budziły w niej normalnej niechęci ani rzeka ludzi płynąca chodnikami po obu stronach, ani sznur samochodów stojących na skraju jezdni. Chociaż ludzie przechodzili w poprzek jezdni jak święte krowy zaś auta z trudem kluczyły między nimi – nikt nie klął, nikt nikomu nie wymyślał. Zwykle wściekłe i złe dwunożne istoty  uśmiechały się przed siebie i do siebie! Niewiarygodne! Przy starym budynku z wieżyczkami taksówka skręciła i zaczęła piąć się pod górę. Po lewej stronie stały dorożki, konie skubały siano poruszając śmiesznie wargami, górale pienińscy w regionalnych strojach  zapraszali na przejażdżkę.  Ela rozglądała się z zachwytem. Wszystko jej się podobało! Po prawej stronie stały dwa śliczne domy, żółte, z drewnianymi wykończeniami, otoczone drewnianym ogrodzeniem, ze stołami na zewnątrz, z parkingiem dla gości. Zdążyła przeczytać nazwę „Pokusa” zanim auto pojechało dalej mijając zakład przyrodoleczniczy i pijalnię wód. Wjechali na plac Dietla, gdzie jej z zachwytu zaparło oddech. Minęli plac i taksówka z pewnym trudem wdrapywała się na drogę prowadzącą wprost do „Budowlanych”. Pasażerka podziękowała taksówkarzowi za możliwość wysłuchania po drodze opowieści o ciekawostkach Szczawnicy i zapłaciła sumę śmiesznie małą w porównaniu z opłatami w Warszawie. Weszła do recepcji, załatwiła formalności, wzięła klucz od pokoju, wjechała windą na górę i otworzyła drzwi. Postawiła bagaż na podłodze, rozejrzała się po malutkim pokoiku.

– Całe szczęście, że choć taki udało mi się znaleźć – powiedziała półgłosem do siebie. – Przecież nigdzie nie było już miejsca.

Wersalka we wnęce, mała  półka wisząca nad nią, stolik, dwa fotele i leżak stanowiły całe wyposażenie pokoju.

Po co mi więcej ? – pomyślała. – Przez kilka dni nic i nikt  mnie nie będzie obchodzić. Zrobię wszystko, na co mi przyjdzie ochota. Pójdę na lody albo na drinka, będę się włóczyć po górach, wylegiwać na leżaku i nikomu nic do tego. Nie będę sprzątać, gotować, nikomu usługiwać ani o nikogo się martwić. Wydam wszystkie pieniądze,  oczywiście jeśli będzie mi się chciało, bo są moje i już.

– Słyszysz Elka co do ciebie mówię? –  te słowa skierowała do odbicia w lustrze. –  Zabraniam ci martwić się o kogokolwiek i o cokolwiek. Rozumiesz babo? –  baba w lustrze nie wydawała się w stu procentach przekonana, posłusznie jednak skinęła głową.

Rozpakowała swój dobytek podróżny, rozłożyła leżak na balkonie. Było na tyle ciepło, że mogła się na nim położyć, rozluźnić napięte mięśnie i z rękami pod głową, z przymkniętymi oczami pogrążyć się w błogim bezruchu. Z zewnątrz, jakby z bardzo daleka, dobiegały ludzkie głosy, czasem szum silnika przejeżdżającego samochodu, okrzyki bawiących się dzieci, jakieś strzępy muzyki i zapach, cudowny zapach zapamiętany z wakacji na wsi: zapach świeżego powietrza przesycony zapachem świeżego dymu ze spalonego drewna.  To wszystko w połączeniu ze zmęczeniem podróżą przyniosło drzemkę, w trakcie której  wrażenia i wydarzenia kłębiły się rojem w głowie Elżbiety.

Widziała Mirka wymachującego pompką od roweru w jednej ręce, piłą do metalu w drugiej i krzyczącego, że jej odpiłuje nogę. Widziała Rafała dokuczającego Robertowi, a tego znów – jak ucieka z domu i mówi, że nigdy więcej tu już nie wróci, bo tak się nie da żyć. Na to Rafał spakował walizki i poleciał do Stanów. Widziała pralkę idącą w jej stronę. Uciekała tunelem metra, ale pralka pojawiała się na każdej stacji. Potem jechała metrem do Szczawnicy i kilka razy pojawiał się obok srebrny mercedes. Pod taki sam kiedyś weszła mając nadzieję na skończenie problemów… Wtedy ocknęła się i usiadła na leżaku. Cóż, – westchnęła  – nic dziwnego, przecież po drodze  mijały autokar całe watahy samochodów z warszawską rejestracją.

Już wkrótce błogosławiła Kasię za to, że zdecydowanie zabroniła jej wykupienia posiłków.

– Sam nocleg bez jedzenia! Pamiętaj – wielokrotnie upominała przyjaciółkę. – Nie będziesz niczym skrępowana. Zachce ci się jeść, to wejdziesz gdzieś i zjesz albo sobie coś kupisz i zjesz w pokoju.  A jak nie poczujesz głodu, to przynajmniej nie będziesz się zmuszała do zjedzenia tego, co ci dadzą, bo zapłacone. Może przy okazji schudniesz. No co się tak patrzysz? – odpowiedziała na karcące spojrzenie Eli. – Przecież obie nie możemy się wcisnąć w dawne ciuchy.

27.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz