Już trzeci dzień

Atrakcje świąteczne i sylwestrowe za nami. Psy nie chciały wyjść z domu, pochowały się tam, gdzie czuły się w miarę bezpiecznie. Wnusia K. spędziła u nas Sylwestra, była motywacją do zorganizowania stołu z zakąskami, zmiany ubioru i w ogóle duszą wieczoru była. Dziecko w domu jest samym życiem, pobudza do działania, nawet wiecznych malkontentów zmusza do uśmiechu:) Oglądałyśmy występy sylwestrowe na TVN i na Polsacie, poszłyśmy spać po drugiej uwalniając Męża i pozwalając mu obejrzeć jakiś film.
W Nowy Rok w samo południe od początku świata (mojego) zasiadam przed telewizorem i czekam na koncert z Wiednia, choćby się waliło i paliło – nie odpuszczę. Z wielką przyjemnością oglądam i słucham, ulatuję duchem w okres Cesarstwa. Myślę, że mam w sobie „gen Galicji”, z tym się trzeba urodzić, moje dzieci już go nie mają. Ja dzieciństwo spędziłam w Tenczynku, słuchałam opowiadań Dziadka, który z armią austriacką przeszedł prawie całą Europę służąc w piechocie podczas pierwszej wojny światowej, słuchałam Babci, która w szkole śpiewała hymn ku czci cesarzowej Elżbiety z refrenem „bo z Habsburgów losem złączon jest na wieki Polski los”. Z jednej strony bieda galicyjska, z drugiej – najwięcej swobód, rozwój nauk, czasopiśmiennictwa, literatury, UJ, Towarzystwo Naukowe Krakowskie przekształcone z czasem w Akademię Umiejętności, przy której powstała Komisja Balneologiczna z prof. Józefem Dietlem związanym nierozerwalnie ze Szczawnicą i źródłami mineralnymi. Kraków ówczesny – budzi nostalgię we mnie, nie tylko jako stolica kultury lecz miejsce młodości moich Dziadków, świadek przyjazdu Dziadka pociągiem za Babcią, która w końcu została jego żoną. Siostra zaś prababci ze strony Taty wyjechała z mężem do Wiednia. Tata mówił, że prababcia była u niej z wizytą. Nic więcej nie wiem. Szkoda, ze nie pamiętam, nie zapisałam wtedy żadnych szczegółów. Niestety.
Wciąż powtarzam, że to błąd, iż jak się jest młodym, nie zwraca się uwagi na wiele rzeczy, bo myśli się, że jest czas… A on, ten czas, zasuwa jak mały samochodzik i dziś już mamy trzeci dzień roku 2018.

  • kolewoczy Ależ miałabyś teraz o czym pisać! Też uważam, że szkoda. nasi dziadkowie mieli ciekawe i bogate życie. Mój dziadek chodził jeszcze do rosyjskiej szkoły w czasie zaborów, do końca życia liczył wymawiając liczebniki po rosyjsku.
  • mmzd Koncert wspaniały, maestro Muti w znakomitej formie, tylko Pana Bogusława brak, bardzo …
    noworoczne serdeczności
    Magda
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza kolewoczy:-) Kiedy mieszkałam w Opolu(podstawówka) dziwiłam się na początku, że panie w sklepach liczą po niemiecku. W Tenczynku pamiętam, że np. furman do konia mówił „curig”, żeby się cofnął, szafkę nocną nazywało się „nakastlik” i różne takie pozostałości do dziś funkcjonują. A Dziadkowie – pomyśl dwie wojny światowe, rewolucja w Rosji, cud nad Wisłą, lata osiemdziesiąte u nas, pierwszy pociąg, pierwszy lot w kosmos, pierwszy spacer po księżycu – jaki to kawał historii dane było temu jednemu pokoleniu przeżyć i odczuć na własnej skórze.
  • annazadroza Magdo:-) Pana Bogusława brak, nikt Go nie zastąpi, nikt Mu nie dorówna choćby nie wiem jak się starał. Był jeden jedyny na całym świecie, swoją obecnością, komentarzem sprawiał, iż wszystko o czym mówił stawało się realne, namacalne, żyjące. Miał taki dar, tego nie można się nauczyć, trzeba to mieć.
  • veanka Masz świętą rację, jak jest dziecko w domu, to życie toczy się całkiem inaczej i człowiek jakoś się „prostuje” i funkcjonuje jak dwadzieścia lat temu;).
    Z tym, ze gdyby to dziecko miało u nas zamieszkać na stałe, to by już tak wesoło i kolorowo nie było, szybko zabrakłoby mi siły.
    Koncert noworoczny z Wiednia to jest mój stały program, od lat go oglądam.
    Jakiś czas temu (ok. 20 lat temu) pan Bogusław był co roku organizatorem Konkursu im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju. To były czasy, kiedy jeszcze do sanatorium jeździłam właśnie tam i we wrześniu, więc miałam okazję poznać pana Bogusława, chętnie podpisywał swoje książki, spacerował po deptaku, rozmawiał z ludźmi…
    To był KTOŚ.
  • annazadroza Veanko:-) Moja sylwestrowa „gościówa” jest na tyle duża, że nie wymaga stałej opieki, ma swoje sprawy:) Dla mnie ważne jest, że lubi u nas przebywać, poprzytulać się (jeszcze), pogadać, obejrzeć wspólnie film. A ostatnio kręciliśmy film – zadanie do szkoły, w wersji angielskiej:) Ja jako operator, aktorzy to Wnusia i Mąż. Powtarzaliśmy nie wiem ile razy i spłakaliśmy się ze śmiechu. Myślę, że dla niej to będzie wspomnienie na zawsze, dla nas zresztą też:)
    A pan Bogusław to naprawdę był KTOŚ. Pozazdrościć Ci można, że mogłaś się z nim spotkać osobiście. Myślę, że odsunięcie Go od Krynicy było jedną z przyczyn choroby i w następstwie – odejścia, bo tak jest, kiedy zabiera się ukochane dziecko…

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 15

Winicjusz Bartecki znał Szczawnicę jak własną kieszeń. Przez wiele lat przyjeżdżał tu na wakacje, potem na urlop z Marią – najpierw jako ukochaną dziewczyną, potem równie ukochaną żoną oraz  córeczką Marysią. Razem przemierzali pienińskie szlaki. Po śmierci żony Marysia stała się dla niego najważniejszą istotą i motywacją do życia. Swoimi czarnymi oczkami i dołeczkami w policzkach odziedziczonymi po matce potrafiła rozpędzić smutki i wywołać uśmiech na  twarzy ojca.

Marysia dorosła, skończyła studia, przyszedł czas na samodzielność. Postanowił zostawić córce mieszkanie, do którego była bardzo przywiązana i tak uczynił. Dla siebie kupił małe mieszkanko z dużym balkonem przy ulicy Polnej Róży, tuż pod Lasem Kabackim. Chwalił sobie miejsce ciche i spokojne. Miejsce z którego robiło się świetne wypady. Ponieważ lubił dalekie spacery, piechotą przemierzał spore odległości zwiedzając okolice nowego miejsca zamieszkania. Kilka razy natknął się też na Adelkę idącą z psami Aleją Kasztanową, ulicą Wąwozową  albo KEN,  kiedyś ją spotkał w urzędzie. Odkąd zwracali się do siebie per „sąsiedzie” i „sąsiadko” połączyła ich większa zażyłość niż przez wszystkie poprzednie lata znajomości poprzez Zenka Kowalskiego, obecnie  ordynatora w szpitalu, w którym ponad dwadzieścia lat pracowała Adelka. Winicjusz przyjaźnił się z Zenkiem przez wszystkie lata od czasów studenckich mimo, iż studia medyczne przerwał po drugim roku stwierdziwszy, że nie ma powołania do zawodu lekarza. Zmienił diametralnie plany życiowe i idąc za prawdziwym powołaniem ukończył Akademię Sztuk Pięknych. Wtedy właśnie poznał śliczną Marię, której przodkowie wywodzili się ze słonecznej Italii. Oczarowały go płomienne czarne oczy i burza ciemnych loków niesfornie wijących się wokół ślicznej twarzyczki. I wzajemnie, Maria zakochała się w wysokim, przystojnym, szarookim chłopaku, który  z wyjątkowo gęstymi, ciemnymi  długimi  włosami wyglądał jak piękny Indianin. Maria od dzieciństwa kochała się w Winnetou, Winicjusz żartował, że jest wcieleniem wodza Apaczów  co Maria intuicyjnie wyczuła. Niestety, szczęście trwało krótko, do czasu wykrycia złośliwego nowotworu, który wyjątkowo szybko zabrał młodą kobietę do krainy wiecznych łowów… Tylko ze względu na córeczkę wziął się w garść, postanowił zapewnić jej idealną opiekę, przyrzekł sobie, że Marysi nigdy niczego nie zabraknie.  Zainwestował na giełdzie pewną kwotę pieniędzy. Dopisało mu szczęście i zarobił sporą sumę, którą korzystnie ulokował. W tym czasie pracował w wydawnictwie. Bardzo mu praca odpowiadała dopóki nie kupił wydawnictwa człowiek, z którym nie miał ochoty współpracować. Przez jakiś czas był właścicielem agencji reklamy, jednak to nie był dobry pomysł, nie dawała mu ta działalność satysfakcji. Sprzedał firmę. Wkrótce potem otworzył antykwariat-galerię, przy której z czasem powstała kawiarenka. „Bibliotekarnia Pod Złotą Filiżanką”, czyli antykwariat, galeria i kawiarnia w jednym – zupełnie dobrze prosperowała, a z czasem stała się miejscem spotkań kolekcjonerów, szperaczy, ludzi z pasją oraz także turystów zwiedzających starą Warszawę. Wspólniczkami uczynił dwie kuzynki Marii, urodziwe siostry bliźniaczki, Stenię i Franię, stanowiące świetnie uzupełniający się duet, dzięki czemu obsługa była stała i niezawodna. Winicjusz nie będąc więc uwiązanym do miejsca, mógł swobodnie podróżować w poszukiwaniu białych kruków oraz dobrych win, których stał się koneserem, a które sprowadzał dla swoich gości. Tym sposobem udało mu się połączyć przyjemne z pożytecznym. Marysia wyrosła na mądrą i piękną dziewczynę, pod troskliwą opieką ojca i obu ciotek, i w „Filiżance” czuła się równie dobrze jak w domu.

Przez lata usiłował Winicjusz patrzeć z dystansem na otaczającą go rzeczywistość. To było wygodne podejście do życia, które wypracował starając się wrócić do świata po śmierci żony. Starał się nie brać na siebie odpowiedzialności za losy całej Ziemi. Żałował cierpiących, pomagał jak mógł i komu mógł. Zdając sobie sprawę z tego, że nie usunie ze świata wszystkich jego okropności i okrucieństw, zachowywał albo przynajmniej próbował zachować wewnętrzny spokój.  Nauczył się, że człowiek sam buduje własną rzeczywistość swoją pracą, wysiłkiem oraz pozytywnymi myślami i nieustanną pracą nad sobą.

Na cały długi majowy weekend i jeszcze na kilka następnych dni meteorolodzy zapowiadali piękną pogodę. Zresztą prawie cały  kwiecień był tak ładny, że wyjazd na łono natury wydawał się Winicjuszowi jedyną odpowiedzią na urok wiosny. Będąc u Zenka usłyszał Adelkę mówiącą o Szczawnicy  i zapragnął wrócić do urokliwego miasteczka, z którym wiązały go wspomnienia.  Tym oto sposobem znalazł się  w „Budowlanych”.

2.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Koniec roku

Ostatni dzień roku 2017. Cały rok obok przeleciał, przebiegł, przegalopował nie wiadomo kiedy. Głupot narobił, że szkoda gadać. Może następny choć trochę rozumu ze sobą przyniesie, przynajmniej niektórym pozwoli zdjąć klapki z oczu… Tego życzę nam wszystkim, świadomym i nieświadomym zagrożeń zewsząd
płynącym. Nadzieja umiera ostatnia, więc jej się uchwycę…
Wszystkim Drogim Gościom Moim życzę zdrowia i pieniędzy – mój Tata mówił, że jak się je ma, z całą resztą można sobie poradzić. Do tego szczęście się by przydało, bo ci z Titanika zdrowie mieli, tylko szczęścia im zabrakło. No więc skoro zdrowie, szczęście i pieniądze mamy, pozostaje spełniać marzenia, realizować plany i zamierzenia dotąd głęboko skrywane przed światem. Powitajmy zatem dziś o północy Nowy Rok życząc sobie by okazał się Dobrym Rokiem i Dobro ze sobą przyniósł w wielkiej obfitości. I oby to Dobro zapukało do każdego domu, do każdego serca i pozostało na dłużej.
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

31.12.2017

  • babciabezmohera Oby się spełniło! Szczęśliwego Nowego Roku, Aniu! 🙂
  • ciotkaeliza Niech się spełnią wszystkim, wszystkie życzenia. Szczęśliwego Nowego Roku.
  • kobietawbarwachjesieni Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
  • annazadroza BBM:-) Ciotkaeliza:-) Jesienna:-)
    Dziękuję:) Niech się nam wszystkim spełni tylko dobre:) Rok 2018 ma wibrację mistrzowskiej Jedenastki, albo łagodnej Dwójki. Tak czy inaczej mam nadzieję, że lepszy będzie od poprzedniego, czego Wam serdecznie życzę:)))
  • e.urlik Aniu, wspaniałego roku ci życzę, takiego „bez nerw” i bez wstrząsów. Zdrowia dla ciebie i bliskich. I bądź dalej taka cudna.
  • annazadroza Ewo:-) Dzięki, wszystkim tak samo:) Żeby spokojnie, chociaż w domu bezpisowo, bezwstrząsowo a za to radośnie, zdrowo i bogato:))) Niech Dobry Rok będzie z Tobą i bliskimi!!! I z tym cudnym psiakiem ze zdjęć też:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 14a

Elżbieta przespała spokojnie całą noc. Nareszcie się  wyspała, wyleżała w łóżku. Nie musiała wstawać na śniadanie w stołówce i była tym uszczęśliwiona. Zupełnie jakby udało jej się być na wagarach i nikt  się o tym nie dowiedział. Potem wypiła szklankę pomarańczowego soku i wyniosła leżak na balkon.  Leżała z zamkniętymi oczami wsłuchując się w odgłosy życia miasteczka płynące z dołu. Było jej dobrze, spokojnie, cudownie jak nie pamiętała kiedy. Może w ogóle nie w tym wcieleniu? Może w poprzednim? Tylko dlaczego niczego więcej nie pamięta? Może wiedziałaby dlaczego się teraz tak musi męczyć? Teraz? Nie! Przecież teraz jest absolutnie szczęśliwa! Na poręcz balkonu sfrunęła sroka i zagłuszyła wszystkie inne odgłosy.

– Musisz się tak drzeć? – nie wytrzymała wreszcie Ela. – Skrzeczysz i skrzeczysz, w spokoju mi nie dasz poleżeć. A idźże stąd! Cholera jasna! – zamierzyła się mandarynką, której wcale nie miała zamiaru użyć w charakterze pocisku. Niestety, owoc wyśliznął jej się z ręki i poszybował wspaniałym łukiem trafiając wprost w gazetę przeglądaną przez mężczyznę stojącego przed budynkiem. Cofnęła się natychmiast, żeby jej nikt nie zauważył. Zdziwiony obiekt niespodziewanego ataku rozejrzał się najpierw wokoło,  potem zrobił uważny przegląd balkonów. Ela mogłaby przysiąc, że na jej balkonie przytrzymał wzrok dłużej niż na innych.

– Jestem przewrażliwiona – mruknęła. – Przecież nie mógł mnie widzieć! Za wysoko. A poza tym jest ciepło, więc pewnie wszystkie okna są otwarte.

Na czworakach wsunęła się do pokoju uprzednio jednak zerknąwszy ciekawie przez szparę między deskami balustrady. Dopiero teraz roześmiała się bezgłośnie myśląc, że facet musiał mieć głupią minę. Stwierdziła też przy okazji, że miał gęste włosy, kiedyś pewnie czarne, jak ten w Hicie…

Ha, jak dostał mandarynką to jest Mandaryn – pomyślała. – I nie jest najmłodszy, no, może w moim wieku…. A zresztą co komu do tego, czy jestem młoda czy stara. Czuję się cudownie i jestem na urlopie. Resztę mam w nosie. Jego też, po co stał tam gdzie poleciała mandarynka.? Mandaryn jeden. A teraz pójdę coś zjeść.

Wzięła prysznic rozkoszując się ciepłą wodą. Przed wyjazdem Kasia położyła jej świeżą farbę na włosach, które teraz wyglądały jak rozświetlone słońcem dodając blasku twarzy. Czarna henna na brwiach i rzęsach zwalniała ją z konieczności zbytniego przykładania się do makijażu. Kilka chwil i była gotowa do wyjścia. Spojrzała w lustro, uśmiechnęła się z zadowoleniem.  Smutna, wiecznie zatroskana Elżbieta z toną problemów na głowie została w Warszawie. Przed sobą miała nie wyglądającą w tej chwili na swoje pięćdziesiąt jeden lat Elkę, w białych spodniach, białych tenisówkach, niebieskiej sportowej koszulce, z małym plecaczkiem na ramieniu.

– Jak szaleć to szaleć – mrugnęła do odbicia w lustrze i opuściła pokój. Na korytarzu przypomniała sobie historię z mandarynką i ruszyła prawie biegiem, aby jak najszybciej opuścić budynek. Nie czekając na windę zbiegła po schodach wpadając w drzwiach wejściowych … oczywiście… na Mandaryna.

– Przepraszam – bąknęła zmieszana jak pensjonarka i usunęła się w prawo. On zrobił to samo i znów znaleźli się naprzeciw siebie.

– O rany – jęknęła i przesunęła się w lewo, on także…

Powtórzyło się to kilkakrotnie. Taniec w drzwiach trwał zaledwie chwilę lecz Eli zdawało się, że całą wieczność. Czuła, że robi się czerwona niczym piwonia na myśl, że Mandaryn pewnie już rozpoznał w niej sprawczynię niedawnego zamachu na życie… Wreszcie chwyciła go w pasie, prawie przestawiła i pomknęła po schodkach.

– Przepraszam, spieszę się – krzyknęła do faceta, który wciąż stał i patrzył za nią z dziwnym, jak jej się zdawało, wyrazem twarzy.

– Och, co mnie to obchodzi – mruknęła, machnęła ręką i pobiegła schodami w dół do ulicy Zdrojowej. Ponieważ schodów od „Budowlanych” do ulicy jest bez liku, zdążyła ochłonąć i włączyć szare komórki. One jednak, widocznie wiedząc, że Elżbieta ma urlop, wcale nie chciały reagować w zwykły sobie sposób i Ela zaczęła chichotać mając przed oczami niedawną scenę w drzwiach. Szybko znalazła się koło domu handlowego „Halka”. Kupiła sok pomarańczowy w sklepie oraz oscypka u góralki po drugiej stronie ulicy. Gryząc ser i popijając sok szła pomału wzdłuż Grajcarka, potoku wpadającego do Dunajca. Skończywszy śniadanie zawróciła. Kupiła w kasie kolejki linowej bilet na Palenicę. Mocno klapnęła na krzesełko źle wyliczywszy odległość i zaklęła. Po chwili podziwiała widok całej okolicy wznosząc się coraz wyżej i wyżej. Zeskok z krzesełka wykonała już zupełnie sprawnie.

Przeszła pod górę na Szafranówkę, usiadła w trawie na zboczu i zapatrzyła się w cuda, które pojawiały się wokół jak okiem sięgnąć. Cóż znaczą zwykłe ludzkie codzienne sprawy wobec wiecznego uroku porośniętych lasami Pienin? Albo jakieś tam „pracowe” rozterki wobec majestatu Trzech Koron lśniących w słońcu  białymi skałami? Człowiek przemija,  jedno pokolenie za drugim rozsypuje się w proch, każdy zabiera do grobu swoje grzeszki, zasługi, pilnie strzeżone tajemnice. I po co to wszystko? Po co ludzki wyścig szczurów, kłamstwa, oszustwa, intrygi? Po co zabieganie o nieistotne drobiazgi? Po co marnowanie życia na zbieranie przedmiotów, których w końcu i tak nie zabieramy ze sobą na Drugą Stronę Tęczy?

Patrzyła i patrzyła, i nie mogła nasycić się pięknem roztaczanym przed nią przez naturę. W pierwszej wiosennej, majowej zieleni świat wokół niej przypominał szmaragdowy ocean. To było wręcz niewiarygodne, aż oczy bolały od patrzenia. Świeży zapach oszałamiał, jakby wchodził do wewnątrz ciała i zostawał usuwając zeń wszystko zło.  Pomyślała, że tak jak przyroda co rok odnawia swoje życie pokrywając zielenią wszelkie braki, niedoskonałości i rany, tak ona powinna zrobić. Poczuła się częścią gór. Nie gościem przybyłym na chwilę, ale jednością z tym wszechpotężnym, niezniszczalnym żywym organizmem, który od wieków rządził się własnymi prawami nie zwracając na człowieka większej uwagi niż na muchę. A przecież ona muchą się nie czuła. Za to jak najbardziej cząstką białokorych brzóz, drżącolistnych osik, miękkoigłych modrzewi,  obsypanych drobnym kwieciem głogów, pachnących, kwitnących ziół i traw, skał odbijających jasne promienie słońca… I było jej z tym dobrze. Poczuła się lekka, tak lekka, że mogłaby bez sprzętu sfrunąć z Jarmuty razem z lotniarzami, polecieć z dmuchawcowym puszkiem w świat, z jaskółkami unieść się pod samo niebo, zaśpiewać w przestworzach ze skowronkiem…

Obok usiadła roześmiana para młodych ludzi. Ela spod obłoków wróciła na Szafranówkę. Uśmiechem odpowiedziała na uśmiech młodych i zeszła niżej. Pokręciła się trochę po Palenicy, obejrzała krajobrazy przez zamocowaną na stałe lunetę, zjadła naleśniki z serem na zewnątrz schroniska przy drewnianym stole i popijając kawę rozkoszowała się widokami. Potem zjechała na dół i poszła wzdłuż Grajcarka do Dunajca i dalej, aż do granicy ze Słowacją. Na tym wycieczkę zakończyła nie mając przy sobie paszportu. Mimo wejścia Polski do Unii rok temu, wciąż jeszcze był potrzebny przy przekraczaniu granicy.

29.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tyle na dziś

Już po Świętach a przed nami Sylwester. Taki ulgowy tydzień, szczególnie dla szkolnej dziatwy i młodzieży, bo nie idą do szkoły, mają przerwę. Moje wnuczki odpoczywają od sprawdzianów i kartkówek, których ilość jest ogromna i wyczerpuje siły. Moje na pewno, bo się czuję kompletnie wyczerpana patrząc ile młode muszą się uczyć. Zawsze narzekało się na program, ale teraz… Dobra, koniec z narzekaniem.
Muszę się pochwalić, że wszystkie moje kulinarne prace zakończyły się sukcesem. Całkowicie niespodziewanym, bo nic mi się nie przypaliło, niczego nie zepsułam, szło jak w zegarku, zdążyłam na czas i jeszcze czytałam w trakcie przygotowań. Na dodatek sernik wyszedł tak smaczny, jak chyba jeszcze nigdy w życiu, choć zawsze robię taki sam. Urozmaiciłam go tylko – nie pierwszy już raz – kładąc herbatniki na spód tortownicy i rozkładając na nich masę makową. Reszta była jak zwykle od stu lat:) Ciasto bananowe i cukiniowe też pięknie wyrosło, pasztet jajeczno-pieczarkowy smakował nadzwyczajnie również nie-wegetarianom, a kotlety z kaszy jaglanej jako podstawy ( wyszło 30 szt.) Małemu tak przypadły do gustu i wziął wszystkie nie zjedzone na wynos:) Bigosu nie przypaliłam, również w 2-ch wersjach zrobionego. Do wege dałam dużo suszonych śliwek i żurawiny, Mąż nawet nie zauważył, że nałożył sobie wersję bezmięsną i zjadł ze smakiem:)
Na Sylwestra zapowiedziała się Wnusia K., jutro ją przywieziemy. Upiec mam szarlotkę i rożki francuskie z jabłkami. Dziś byłam w charakterze usypiacza u malutkiej. Jak usnęła to za nic nie chciała się obudzić, tak dobrze jej się spało w babci objęciach. Skituś na chwilę pojechał do domu, ale po Sylwestrze jeszcze do nas wróci. Ot, i tyle nowości na dziś.

28.12.2017

  • e.urlik Jesteś niesamowita, skąd to wszystko umiesz i jeszcze ci sie chce. Ja ledwo zdążam na zakupy, a potem to już chciałabym nicnierobić.
    Bardzo, bardzo ci dziękuję za recenzję taką śliczną, że nawet nie wiem co powiedzieć, ani co napisać. Wzruszyłam się, naprawdę
  • veanka Kilka lat temu byłam usypiaczem dla wnuczki i nie wiem dla kogo to było większą przyjemnością – wnuczka to bardzo lubiła, ale ja chyba bardziej;))).
    Natomiast wnuczek to zupełnie odwrotna historia, nie lubił być przytulaną;).
  • kolewoczy Ja od dzisiaj jestem w ogóle na diecie bezcukrowej, beztłuszczowej i bezciastkowej, bezsłodyczowej, bezmięsnej i w ogóle… z przejedzenia świątecznego na jedzenie patrzeć nie mogę 😉 I żaden sylwester nie pomoże. Herbatkę ziołową piję 🙂
  • ciotkaeliza Szczęśliwego Nowego Roku życzę. Teraz dopiero sobie uświadomiłam że ja też niczego nie popsułam w tym roku, może dlatego że większość robiła córka.
  • annazadroza Ewo:-) Ja jestem Bykiem zodiakalnym, więc dom, rodzinka, gotowanie itd. to dla mnie naturalne środowisko. Ale nauczyłam się dużo dopiero teraz, będąc „na wolności”, bo po pracy siły nie miałam na rozwijanie skrzydeł w tym zakresie. A poza tym – szukam najprostszych przepisów. Jak np. trzeba oddzielić żółtka od białek to przepisu dalej nie czytam:) jak całe jajko – czytam, co nie znaczy, że zrobię.
  • annazadroza Veanka:-) Uwielbiam malutką usypiać i trzymać śpiącą, jakbym się cofnęła w czasie, bo bardzo Dużego przypomina kiedy był maleńki. To jak medytacja – o niczym innym nie myślę, tylko o niej i o tym, jak bardzo tę kruszynkę kocham:)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Ziołowa herbatka nie zaszkodzi:) Myślę jednak, że za chwilę zapragniesz czegoś konkretniejszego, wszak karnawał swoje prawa ma, pod kątem smakowitości potraw również:)
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Miło sobie uświadomić, że nic nie zostało zepsute, prawda? Nie ma znaczenia kto robił, liczy się efekt:)
    Dzięki, niech ten Nowy Rok każdemu coś dobrego przyniesie:)))
    Przeczytałam, że trzeba się na dobrym skupiać, złe puścić kantem, o złym nie myśleć, żeby w siłę nie rosło. Więc myślmy tylko o DOBRYM:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Wakacje i inne nieszczęścia” E.K.Urlik

Przeczytałam, jakże by inaczej. W każdej przerwie – kiedy się sernik piekł albo bananowy chlebek, albo cukiniowy; kiedy tylko chwilę wyrwałam przygotowaniom świątecznym. Potem w Święta, gdy dzieciaki jedne pojechały a drugie jeszcze nie dotarły. Skończyłam już po opuszczeniu domu przez drugie.
Z każdą stroną czułam się głębiej wciągnięta do środka, w tajemnice trzech dziewczyn, znaczy kobiet.
Dla wyjaśnienia – mój Tata mówił „dziewczyno” do każdej istoty płci żeńskiej bez wzgledu na wiek, mogła mieć 18 albo 80 lat, nie robił między nimi różnicy. Obraziła się o to jako jedna jedyna moja nauczycielka z liceum. Poniekąd tłumaczy ją fakt, iż była starą panną i uczyła łaciny. Tu należy podkreślić różnicę między starą panną a singielką, bez obrazy dla żadnej z nich.
Tak więc trzy dziewczyny w średnim wieku, każda po przejściach, wybierają się razem na wakacje do Włoch i…
Proponuję przeczytać, żeby się dokładnie dowiedzieć jak, co i gdzie:)
Alex, Alicja i Jill, koleżanki ze szkoły. Każda z innym problemem się boryka, każda pragnie na nowo zacząć porąbane skutecznie dotąd życie mając świadomość, że czas ucieka i jest go coraz mniej na zrobienie czegoś sensownego…
Historia cała opowiedziana jest z ogromnym poczuciem humoru co sprawiło, że czytało mi się bardzo, bardzo dobrze i żałowałam, że już koniec. Zresztą nie tylko ja:)))

28.12.2017

  • kolewoczy Anie spaliłaś sernika przy okazji? 😉 Jak ja bym chciała poczytać fajną książkę o kobietach w Polsce, z polskimi imionami, echhh!
  • krzysztof213 Pozdrawiam i dziękuje za komentarz.Panią od czytania i pieczenia ciast …
    Pewno dobry i jeszcze lepszy na zimno
  • annazadroza Kolewoczy:-) To dziwne, ale niczego nie spaliłam! Jak chcesz o Polsce z polskimi imionami, czytaj moją powieść w odcinkach, Kasia, Elka i Adelka to polskie imiona:)
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Krzysztof213:-) Miło, że wpadłeś, dzięki:) Sernik dobry wyszedł, reszta też. Pozdrawiam serdecznie:)
  • veanka Dziękuję za podpowiedź lektury, na razie jestem jeszcze z normalnego trybu zycia wyłączona, więc dobra książka się przyda.
    Dostałam co prawda pod choinkę „Córki Wawelu”, ale jest to grubaśna książka, którą trudno na leżąco w rękach utrzymać;).
  • kolewoczy Kochana, pisałam, nie mogę, bo w ogóle czytanie długich tekstów na monitorze to dla moich oczu mordęga. Zwłaszcza, że pracę czasami też wykonuję na komputerze. Dlatego książki czytam tylko papierowe. Oczy mam tylko jedne, muszę o nie dbać.
  • annazadroza Veanka:-) Takie wyłączenie z codzienności ma swoje dobre strony, można spokojnie poczytać bez wyrzutów sumienia:)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Rozumiem troskę o oczy, moje też są nadwyrężone, niestety. Szkoda, że się da wymienić na nowe, wielka szkoda.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 14

W kwestii swojego rozwodu Elżbieta kilka razy spotkała się  z mecenasem. Ciągle jeszcze nie była pewna czego tak naprawdę chce. Rozwodu na pewno, ale jakim kosztem? Czy poruszać  drażliwe sprawy alkoholizmu, znęcania się psychicznego nad nią, fizycznego zresztą też, kwestię użytkowania mieszkania? Jak głośno mówić o szczegółach życia osobistego w obecności obcych ludzi? Już się oswoiła z adwokatem, pozbyła się skrępowania w rozmowie z nim, ale na sali rozpraw?

Wreszcie klamka zapadła i ruszyła sądowa machina.

Za namową przyjaciółek Elżbieta postanowiła odświeżyć swoje prawo jazdy schowane głęboko w szufladzie. Kiedy je zdobyła i pełna radości pokazała mężowi, stwierdził, że i tak jej nie da samochodu, żeby sobie to wybiła z głowy, bo takie tępaki jak ona nie powinny siadać za kierownicą. Od tej pory nie jeździła, pogodziła się z wyrokiem Mirka wydanym na nią w kolejnej sprawie. Teraz, wraz z powiewem niezależności, poczuła chęć spróbowania swoich sił. Może  było to pragnienie  udowodnienia i sobie i mężowi, że zaczyna żyć samodzielnie, że nie pozwoli się więcej terroryzować? Faktem jest, że zaczęła myśleć i działać. Odszukała Antka, kolegę z liceum, który prowadził szkołę dla kandydatów na kierowców i umówiła się na doszkalające jazdy. Po kilku lekcjach zupełnie nieźle zaczęła sobie radzić. Zauważyła też u siebie coraz częściej pojawiające się zadowolenie z drobnych sukcesów,  chwilami nawet odczuwała radość. Czasem patrzyła wokół z uśmiechem, a nie ze zgorzkniałym – jak od lat – wyrazem twarzy i z opuszczonymi kącikami ust.

Temat motoryzacji wciągnął ją do tego stopnia, że zaczęła myszkować w internecie oglądając samochody ewentualnie nadające się do kupienia. Za namową Antka wzięła w banku sezonowy kredyt, nisko oprocentowany w ramach promocji. Kupiła niedrogi używany samochodzik na nazwisko Rafała, żeby nie mieć problemu z podziałem majątku.  Pomału zaczynała jeździć po  bardziej ruchliwych ulicach. Nie czuła się jeszcze na siłach wyruszyć w  daleką trasę, dlatego do Szczawnicy postanowiła jechać autokarem.

No właśnie, Szczawnica. Kasia i Mikołaj spędzili tam  tydzień poruszeni opowiadaniem Adelki. Marek w tym czasie zabrał do siebie ojca, żeby siostra mogła  odpocząć. Wrócili zachwyceni. Kasia bez końca opowiadała przyjaciółkom o urokach Pienin, przełomie Dunajca, o samym miasteczku, w którym się zakochała od pierwszego wejrzenia i do którego chciałaby wracać jak najczęściej. Elżbieta dała się przekonać i pojechała do uzdrowiska na długi majowy weekend.

Wysiadła z autokaru i wzięła z postoju taksówkę, żeby nie błądzić z ciężką torbą. Zapakowała do niej przecież masę rzeczy, które – była pewna – okażą się zupełnie zbyteczne. Poza suszarką do włosów, podstawowymi kosmetykami i ręcznikami nawet jednej trzeciej nie użyje. Wiedziała, że tak będzie. Zawsze tak jest. Ale przyjaciółki twierdziły, że lepiej być przygotowaną na różne ewentualności, przecież w końcu życie się składa z niespodzianek. Nie odstępowały jej podczas pakowania i wkładały do torby rzeczy, które ona próbowała wyjąć. Na te czarownice nie ma rady, w końcu więc dała za wygraną i pozwoliła im na wypchanie torby zbędnymi – w swoim mniemaniu – przedmiotami.

Jadąc ulicą Główną rozglądała się z zachwytem. Nie budziły w niej normalnej niechęci ani rzeka ludzi płynąca chodnikami po obu stronach, ani sznur samochodów stojących na skraju jezdni. Chociaż ludzie przechodzili w poprzek jezdni jak święte krowy zaś auta z trudem kluczyły między nimi – nikt nie klął, nikt nikomu nie wymyślał. Zwykle wściekłe i złe dwunożne istoty  uśmiechały się przed siebie i do siebie! Niewiarygodne! Przy starym budynku z wieżyczkami taksówka skręciła i zaczęła piąć się pod górę. Po lewej stronie stały dorożki, konie skubały siano poruszając śmiesznie wargami, górale pienińscy w regionalnych strojach  zapraszali na przejażdżkę.  Ela rozglądała się z zachwytem. Wszystko jej się podobało! Po prawej stronie stały dwa śliczne domy, żółte, z drewnianymi wykończeniami, otoczone drewnianym ogrodzeniem, ze stołami na zewnątrz, z parkingiem dla gości. Zdążyła przeczytać nazwę „Pokusa” zanim auto pojechało dalej mijając zakład przyrodoleczniczy i pijalnię wód. Wjechali na plac Dietla, gdzie jej z zachwytu zaparło oddech. Minęli plac i taksówka z pewnym trudem wdrapywała się na drogę prowadzącą wprost do „Budowlanych”. Pasażerka podziękowała taksówkarzowi za możliwość wysłuchania po drodze opowieści o ciekawostkach Szczawnicy i zapłaciła sumę śmiesznie małą w porównaniu z opłatami w Warszawie. Weszła do recepcji, załatwiła formalności, wzięła klucz od pokoju, wjechała windą na górę i otworzyła drzwi. Postawiła bagaż na podłodze, rozejrzała się po malutkim pokoiku.

– Całe szczęście, że choć taki udało mi się znaleźć – powiedziała półgłosem do siebie. – Przecież nigdzie nie było już miejsca.

Wersalka we wnęce, mała  półka wisząca nad nią, stolik, dwa fotele i leżak stanowiły całe wyposażenie pokoju.

Po co mi więcej ? – pomyślała. – Przez kilka dni nic i nikt  mnie nie będzie obchodzić. Zrobię wszystko, na co mi przyjdzie ochota. Pójdę na lody albo na drinka, będę się włóczyć po górach, wylegiwać na leżaku i nikomu nic do tego. Nie będę sprzątać, gotować, nikomu usługiwać ani o nikogo się martwić. Wydam wszystkie pieniądze,  oczywiście jeśli będzie mi się chciało, bo są moje i już.

– Słyszysz Elka co do ciebie mówię? –  te słowa skierowała do odbicia w lustrze. –  Zabraniam ci martwić się o kogokolwiek i o cokolwiek. Rozumiesz babo? –  baba w lustrze nie wydawała się w stu procentach przekonana, posłusznie jednak skinęła głową.

Rozpakowała swój dobytek podróżny, rozłożyła leżak na balkonie. Było na tyle ciepło, że mogła się na nim położyć, rozluźnić napięte mięśnie i z rękami pod głową, z przymkniętymi oczami pogrążyć się w błogim bezruchu. Z zewnątrz, jakby z bardzo daleka, dobiegały ludzkie głosy, czasem szum silnika przejeżdżającego samochodu, okrzyki bawiących się dzieci, jakieś strzępy muzyki i zapach, cudowny zapach zapamiętany z wakacji na wsi: zapach świeżego powietrza przesycony zapachem świeżego dymu ze spalonego drewna.  To wszystko w połączeniu ze zmęczeniem podróżą przyniosło drzemkę, w trakcie której  wrażenia i wydarzenia kłębiły się rojem w głowie Elżbiety.

Widziała Mirka wymachującego pompką od roweru w jednej ręce, piłą do metalu w drugiej i krzyczącego, że jej odpiłuje nogę. Widziała Rafała dokuczającego Robertowi, a tego znów – jak ucieka z domu i mówi, że nigdy więcej tu już nie wróci, bo tak się nie da żyć. Na to Rafał spakował walizki i poleciał do Stanów. Widziała pralkę idącą w jej stronę. Uciekała tunelem metra, ale pralka pojawiała się na każdej stacji. Potem jechała metrem do Szczawnicy i kilka razy pojawiał się obok srebrny mercedes. Pod taki sam kiedyś weszła mając nadzieję na skończenie problemów… Wtedy ocknęła się i usiadła na leżaku. Cóż, – westchnęła  – nic dziwnego, przecież po drodze  mijały autokar całe watahy samochodów z warszawską rejestracją.

Już wkrótce błogosławiła Kasię za to, że zdecydowanie zabroniła jej wykupienia posiłków.

– Sam nocleg bez jedzenia! Pamiętaj – wielokrotnie upominała przyjaciółkę. – Nie będziesz niczym skrępowana. Zachce ci się jeść, to wejdziesz gdzieś i zjesz albo sobie coś kupisz i zjesz w pokoju.  A jak nie poczujesz głodu, to przynajmniej nie będziesz się zmuszała do zjedzenia tego, co ci dadzą, bo zapłacone. Może przy okazji schudniesz. No co się tak patrzysz? – odpowiedziała na karcące spojrzenie Eli. – Przecież obie nie możemy się wcisnąć w dawne ciuchy.

27.12.2017

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Życzę

Kochani! Wszyscy zaglądający często i przypadkiem!
ŻYCZĘ ZDROWYCH, SPOKOJNYCH ŚWIĄT, PEŁNYCH RODZINNEGO CIEPŁA, ŚWIATŁA OD LAMPEK NA CHOINCE I OD CZYSTYCH DUSZYCZEK BIJĄCEGO, SAMEGO DOBRA I MIŁOŚCI WOKÓŁ ORAZ SPEŁNIENIA UKRYTYCH PRAGNIEŃ. BĄDŹCIE SZCZĘŚLIWI!!!

23.12.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Zwrotne życzenia świąteczne wszystkiego najlepszego, zdrowia i pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku, bo dobro wraca.
  • fusilla I wzajemnie!
    Do tego worek Ciepłego i Puchatego!
  • babciabezmohera Zdrowia, szczęścia, radości! Niech to będą dobre Święta! 🙂
  • veanka Anno, życzę Ci by ten świąteczny czas był czasem skrojonym na Twoją miarę, by mijał tak, jak lubisz.
  • mmzd Wzajemnie ! – najlepszego !!
  • annazadroza L.C:-) Dzięki:) Wezmę sobie za motto w Nowym Roku Twoje słowa DOBRO WRACA!!! Będę je powtarzać bezustannie:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Dziękuję. Tobie cały wagon Ciepłego z Puchatym, bo Ci się należy:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję. Były dobre:) Nie wiem jakim cudem ale wszystko mi wyszło tak udane i smaczne jak chyba nigdy, niczego nie spaliłam, nie zepsułam, nie przesoliłam. Cud jakiś czy co:)))
  • annazadroza Veanko:-) Dziękuję. To pierwsze Święta malutkiej Calineczki, była u mnie i wpatrywała się w światełka na choince. Zadowolenie na twarzyczce, uśmiechy i „gadanie” – bezcenne:)))
  • annazadroza Magdo:-) Dzięki. Niech Gwiazdka Ci świeci i radość przynosi:)))
  • lvajxi03 (i żeby tempo nowych wpisów było przynajmniej utrzymane)
  • annazadroza Ivajxi03:-) Witam i dziękuję, za odwiedziny również. Pozdrawiam serdecznie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 13

Coraz trudniej było Kasi porozumieć się z ojcem. Musiała być z nim w stałym kontakcie. Dzwonił kilka razy na godzinę pytając o to samo albo opowiadając te same wymyślone wydarzenia. Zdawało mu się, że jest w innym czasie i miejscu, często gubił się i opowiadał potem jak sobie opracował system powrotu do domu. Mianowicie  – szukał nazwy ulicy i numeru, pod którym akurat stanął, dzwonił po taksówkę z telefonu komórkowego, a swój numer miał przyklejony taśmą do aparatu. Kasia żyła w bezustannym stresie, nie wiedziała czego może się spodziewać za pięć minut, ba, za minutę. Ojciec nie zważał na to, że Kasia jest w pracy, że nie może być do jego dyspozycji przez całą dobę. Sprawiał wrażenie, że chwilami nie odróżnia dnia od nocy. Bywał rześki jak skowronek o północy, co kiedyś mu się nie zdarzało, natomiast w dzień zaspany i zdziwiony, że córka nie śpi.

– Przyjdź i pożycz mi pieniędzy – zadzwonił w środku nocy, a kiedy nieprzytomna, zerwana ze snu próbowała mu tłumaczyć, że jest noc, złościł się. – Nie to nie, pójdę do sąsiadów pożyczyć. Jestem głodny, dawno nie jadłem żadnego obiadu.

– Tato, jest noc! Nie budź ludzi! Sąsiedzi cię przeklną, jeśli im ciągle nie będziesz pozwalał spać – tłumaczyła. – Jedzenie masz w lodówce, byłam przecież u ciebie, obiad ci podałam, zjadłeś całą porcję, kolację też ci przygotowałam…

– Ale kiedy to było!

– Dziś po południu. Prosto z pracy pojechałam do ciebie. Naprawdę nie pamiętasz?

– Niemożliwe – wyraźnie nie wierzył córce.

– Tatusiu, błagam cię, idź spać. Jutro przyjadę to porozmawiamy – była nieprzytomna ze zmęczenia.

– No dobrze – zgodził się. – To o której będziesz?

– Po pracy.

– To znaczy o której?

–  Kończę o szesnastej, jak dojadę to będę.

– Dobrze, zapisałem sobie. To mówisz, że jest noc?

– Tak, ludzie śpią o tej porze.

– Zaczekaj przy telefonie, pójdę zobaczyć przez okno. Miałaś rację, – usłyszała po chwili, –  jest ciemno i światła w oknach się nie świecą. Przepraszam córciu, że cię obudziłem. Wybacz staremu ojcu.

– Dobranoc tato, do jutra.

I tak było ciągle. Dzwonił do różnych znajomych, umawiał się, po czym nigdzie nie szedł, opowiadał im jakieś niestworzone historie, córka zaś wysłuchiwała uwag na temat samotności ojca, braku opieki i zainteresowania z jej strony, depresji w którą starszy pan  wpadł z tego powodu… Kasia czuła się okropnie, chwilami była załamana, miotała się między ojcem, domem, pracą i sama już chwilami nie wiedziała jaka jest pora  nocy czy dnia, weekend czy dzień powszedni. Mieszkanie przypominało pobojowisko, bo po ślubie Łukasza chciała je urządzić na nowo. Kupiła  meble, Kamil kładł panele na podłodze, wszędzie leżały narzędzia, listwy, jakieś śruby, gwoździe, diabli wiedzą co jeszcze. Kasia spała przez pół roku na łóżku polowym, ponieważ wydała wszystkie oszczędności i zabrakło na wersalkę. Wreszcie – obolała, pokręcona i chronicznie  niewyspana przyjęła pożyczkę od Mikołaja. W ramach odstresowania przeleciała jak burza przez pawilon meblowy na skrzyżowaniu Woronicza z Wołoską i kupiła wersalkę.  Cóż to była za przyjemność położyć się wieczorem spać!

– Po raz pierwszy po tak długim czasie czuję się jak normalny człowiek – powiedziała do Kamila.

Spała na nowej wersalce dokładnie dwie noce.

Marek po południu zadzwonił do siostry.

– Słuchaj, nie wiem co się dzieje. Ojciec nie chce otworzyć drzwi. Słyszę jak się rusza, szura czymś, coś mówi. Ale ja nic nie rozumiem, a on nie otwiera.

– Będę dzwoniła na normalny telefon, ty na komórkę i do drzwi – Kasia już wiele razy przeżywała podobne sytuacje.

Długo trwało zanim wreszcie otworzył. Marek zobaczył tatę umazanego krwią, krew była na ścianie, na podłodze zaś ojciec sprawiał wrażenie niezupełnie przytomnego. Miał rozciętą głowę. Nie pamiętał co się stało. Syn zawiózł go na pogotowie, gdzie zaszyli ranę i zrobili prześwietlenie czaszki. Na szczęście okazało się, że to nic groźnego. Niemniej jednak niemożliwe było pozostawienie go samego w domu.

– Przywieź go do mnie – powiedziała Kasia. – Na szczęście kupiłam wersalkę, więc będzie miał na czym spać.

Po niedługim czasie odezwał się domofon. Dżemik rozszczekał się na dobre kilkanaście minut od chwili, kiedy zabrzmiał dzwonek aż do chwili, kiedy ochrypł. Nie  było sposobu uciszenia go.  Musiał sam chcieć przestać. Zawsze bardzo się cieszył, kiedy dziadziuś przychodził z wizytą, bo ciągle Dżemika głaskał i podsuwał po kryjomu łakocie, których pani nie pozwoliła dawać, bo podobno psu szkodzą. Ale są takie dobre, że kto by na to zwracał uwagę. Dżemik był szczęśliwy.

– Cześć tato, jak się czujesz?

– Zawsze się dobrze czuję kiedy cię widzę – odpowiedział i odwrócił się do syna. – Zawieziesz mnie teraz do domu?

– Nie tatusiu. Zostaniesz  u mnie, dopóki ci się głowa nie zagoi – odpowiedziała Kasia, Marek wycofał się za drzwi.

– Jaka głowa?

– Potłuczona. Twoja. Przecież wracasz z pogotowia. Zostaniesz u mnie przez kilka dni aż wydobrzejesz – wyjaśniła.

– To gdzie ja będę spał?

– Tu, na nowej wersalce. Widzisz? Jakbym ją kupiła specjalnie dla ciebie.

Dla Kasi i Kamila rozpoczął się bardzo trudny okres.

Kamil od roku szukał pracy. Odbył staż w agencji reklamowej, zrobił kilka zleceń lecz  stałej pracy wciąż szukał i nie mógł znaleźć. Teraz się okazało, że na szczęście. Dziadka nie można było zostawić samego nawet na chwilę. Zajmował się więc nim dopóki matka nie wróciła z pracy. Wtedy dopiero wychodził z domu.  A dziadek zadawał w kółko te same pytania, widział jakieś osoby znane i nieznane chodzące po mieszkaniu, bezustannie czegoś szukał w szafkach, w szufladach, w kieszeniach swoich i cudzych.

– Tato, to jest moja kurtka, czego w niej szukasz? – zdziwiła się Kasia pierwszy raz się z tym zetknąwszy.

– Jak to twoja?

– Zwyczajnie, moja.

– To ją sobie zabierz, niech mi tu nie wisi – ostatnio był ciągle poddenerwowany.

W nocy nie spał, chodził, szukał łazienki – choć trudno jej nie znaleźć w czterdziestometrowym, dwupokojowym mieszkaniu, przeglądał kieszenie, chował klucze, dowód i portfel, czyli te przedmioty, których stale szukał u siebie w domu i w tej sprawie kilka albo kilkanaście razy dziennie dzwonił do córki. Zaglądał do kuchni, do pokoju Kamila, odkręcał wodę i zostawiał płynący strumień. Kasia bała się, żeby nie odkręcił gazu. Odkąd miała ojca w domu, nie tylko musiała wrócić na łóżko polowe, ale nie udało jej się przespać ani jednej nocy.

Nie potrafiła zasnąć mając świadomość, że w pokoju jest ktoś poza nią. Od przeszło dwudziestu lat była sama, pomijając weekendy, które spędzała u Mikołaja oraz wspólne urlopy, ale to zupełnie co innego. A teraz? Jedna, dwie noce, jakoś można przeżyć. Tu jednak sytuacja komplikowała się coraz bardziej.

Któregoś dnia siedzieli po kolacji przy stole, tata oglądał kolejny serwis informacyjny niczego nie pamiętając z poprzedniego.

– A kiedy przyjdzie wujek? – zwrócił się nagle do córki.

– Rany boskie, jaki wujek? – zwróciła na ojca zdumione spojrzenie.

– No, twój mąż – wyjaśnił zdziwiony jej pytaniem.

– Przecież ja już od dawna nie mam męża – wykrztusiła.

– Jak to nie masz? – już zaczynał być zły. – A wujek Jasiek?

Gorączkowo szukała w pamięci kogoś o tym imieniu. O kogo ojcu chodzi?

– Ciociu, – zwrócił się do niej ojciec wprawiając ją w jeszcze większe zdumienie, – a babcia to gdzieś poszła czy jest w kuchni?

Wtedy zorientowała się, że ojciec bierze ją za młodszą siostrę swojej mamy. Wujek Jasiek to był jej mąż. Wszyscy od wielu lat nie żyli. Dziwnie się poczuła.  Jeszcze dziwniej, gdy po pewnym czasie zapytał.

– Czy ty jesteś siostrą babci?

– Nie, jestem twoją własną, osobistą córką – odparła cicho.

– To ja mam córkę? – zdziwił się.

– Tato, gdybym była siostrą twojej babci, musiałabym mieć jakieś… sto pięćdziesiąt lat…

Kasia nie mogła dłużej chować głowy w piasek i nienormalnego zachowania ojca  kłaść na karb wieku albo uderzenia w głowę. W końcu stwierdziła, że musi skonsultować się z lekarzem. Zamówiła wizytę u neurologa. Oczywiście prywatnie, bo przecież chodziło o czas. Poszła sama, Kamil został z dziadkiem. Opowiedziała o zachowaniu ojca, o swoich spostrzeżeniach. Lekarz wysłuchał uważnie i powiedział:

– Nie chciałbym pani przedwcześnie martwić, ale to mi wygląda na chorobę Alzheimera. Koniecznie musi pani przyprowadzić tatę. Zrobimy testy i dam skierowanie na tomografię komputerową głowy.

Umówiła się na kolejną wizytę. Do domu szła piechotą, żeby pozbierać myśli.  Zaczęła łączyć ze sobą liczne niezrozumiałe, dziwne sytuacje, których doświadczała w związku z ojcem, pomyłki, dziwne telefony, opowieści jak z kosmosu, rozmowy z nieobecnymi i …  zaczęła rozumieć  ich bezsensowny sens. Zadzwoniła do kardiologa, który kiedyś leczył ojca i dowiedziała się, że bardzo dawno nie był na konsultacji. Jakim cudem jeszcze żył – nie wiadomo. Przestał zażywać leki, bo nie pamiętał co ma brać, kiedy, ile i czy w ogóle już wziął czy nie. To okazało się być szczęściem w nieszczęściu. Gdyby prawidłowo przyjmował leki kardiologiczne, krew byłaby rozrzedzona na tyle, że po urazie głowy wykrwawiłby się na śmierć! Teraz jednak należało przebadać go od początku i ustalić  od nowa sposób podawania  lekarstw oraz ich ilość. Codziennie rano albo Kasia albo Kamil zaprowadzali dziadka na badania, potem Kasia dzwoniła po wyniki robione na cito, potem do kardiologa informując o wynikach. Na ich podstawie lekarz ustalał dzienną dawkę leku. I tak przez dłuższy okres. Kasia nawet musiała sama robić ojcu zastrzyki. On zaś ciągle chciał uciekać do domu, nie rozumiał, że nie może pozostawać bez opieki. Stało się to bardzo oczywiste dla Kasi i Kamila. Nie można już było spuszczać z oka starszego pana ze względów bezpieczeństwa. Robił bez zastanowienia, co mu tylko przyszło do biednej, chorej głowy. Zobaczywszy na podłodze kabel od komputera chciał go wyrwać.

– Skąd się to u mnie wzięło? – spytał ze złością.

Kasia ledwo zdążyła chwycić kabel.

– Przecież u mnie takie coś nie leży! – był oburzony interwencją córki.

Potem chciał wyjść przez balkon.

– Tato, gdzie ty idziesz?

– Do mojego pokoju na górze – odpowiedział zniecierpliwiony.

– Ale  tam nie ma twojego pokoju!

– Jak to nie ma? Przecież tam mieszkam!

– Nie. Tam mieszkają sąsiedzi.

– Co ty opowiadasz za bzdury! Przecież się tam w czasie wojny przed szkopami ukrywałem!

Doszło do tego, że kiedy udało się go przekonać, aby poszedł spać i kiedy nareszcie usnął, Kasia  z Kamilem rozmawiali szeptem skuleni w kucki w kącie kuchni.

Badanie tomograficzne mózgu zrobili w prywatnej klinice. Kasia była szczęśliwa, że ojciec mógł sobie na to pozwolić. Jakoś udało mu się wytłumaczyć konieczność badania, a on przyjął tę konieczność do wiadomości. Cóż, wynik był jednoznaczny. Wyrok zapadł. Alzheimer. Kasia była załamana. Znała przebieg choroby z relacji osób, które miały z nią do czynienia. Co teraz? Gdyby mama żyła miałby stałą opiekę i jakoś wszystko dałoby się ułożyć. Ale tak?  Ojciec nie może być sam. Kamil musi być w stanie gotowości do podejmowania zleceń o różnych porach dnia, do rozmów z pracodawcami. Ona nie ma praw emerytalnych, żeby odejść z pracy i zająć się ojcem. Nie ma pieniędzy, żeby opłacić opiekunkę. Sytuacja bez wyjścia. Co z tego, że ojciec ma dobrą emeryturę, jeśli nikogo nie chciał upoważnić do współdysponowania nią? Jej pensja ledwo starcza na opłaty, bilet miesięczny, na jedzenie już nie bardzo. Zawsze tak było, robiła cuda-wianki, żeby przeżyć. Kamil nie pracuje na stałe, jest bezrobotny po szkole. Super! Gdyby ojciec upoważnił kogoś, wszystko jedno kogo… Teraz pojęła skąd się wzięło dziwaczne zachowanie taty w banku. Kiedyś udało się – takie przynajmniej miała wrażenie – wytłumaczyć mu, że dla własnego dobra powinien ją upoważnić do korzystania z konta. No bo niech trafi do szpitala – a był czas, że się to zdarzało bardzo często – i co? Ona nie będzie miała pieniędzy ani na leki, ani na opłaty związane z jego mieszkaniem, ani na żadne jego potrzeby.  Znając córkę przecież wiedział, że za skarby świata nie ruszy i nie weźmie dla siebie czegoś, co do niej nie należy. Zgodził się, pojechali do jego banku, a tam zrobił jej i Kamilowi dziką awanturę, w wyniku której o mało nie interweniowała ochrona. Potem przepraszał i tłumaczył, że widział kogoś innego, nie córkę i wnuka lecz obcych ludzi, którzy chcieli go okraść.

Kasia była permanentnie zmęczona. Wszystkie kości bolały ją od spania na łóżku polowym. Zresztą, co tu mówić o spaniu. Przecież  żadnego spania nie było. Ojciec wciąż całymi nocami chodził po mieszkanku, szukał łazienki, wchodził do Kamila i dziwnie przyglądał się  śpiącemu, rozglądał się bezrozumnie wokół niczego nie poznając, zapalał wszędzie światło, przeszukiwał kieszenie ubrań, wyciągał z nich co tylko było i chował a potem bezustannie szukał i szukał i szukał. Całe szczęście, że Kasia założyła nowe drzwi zewnętrzne zamykane tylko na klucz. Klucz trzymała przy sobie, więc ojciec nie mógł go znaleźć i i uciec z domu, choć próbował co chwilę.

Czuła się kompletnie wykończona i psychicznie i fizycznie zaistniałą sytuacją. Do tego martwiła się, że Mikołaj – mając dość własnych stresujących sytuacji w pracy – nie wytrzyma z nią  i nie zechce dźwigać jeszcze i jej problemów.  Marek zabierał ojca do siebie w sobotę, mogła więc pojechać do Mikołaja. W nocy dręczyły ją koszmary, zamiast wypoczęta – czuła się jeszcze bardziej zgnębiona. Nie mogła zapanować nad łzami. Starała się nie obudzić Mikołaja, ale łkanie wstrząsnęło jej ramionami, z gardła wydarł się szloch.

– Kotku, jestem przy tobie – Mikołaj objął ją i mocno przytulił.

– Co ja zrobię! Jak sobie poradzę? – łkała. – Będziesz miał dość i  zostawisz mnie!

– Nie bój się, poradzisz sobie – głaskał ją po włosach. – I zabraniam ci mówić podobne bzdury. Po to mnie masz, żebym był przy tobie i pomagał, pamiętaj o tym.

Oparła o niego mokry od łez policzek i szepnęła:

– Dziękuję kochanie, że jesteś.

22.12.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Przeczytałam jednym tchem. Samo życie. Kasia trzymała się bardzo dzielnie.
  • annazadroza L.C.:-) Witaj znowu:) Żebyś wiedziała, że samo życie, co do joty, dialogi też 🙁
  • kobietawbarwachjesieni Ja byłam w szpitalu z pacjentka chorą na Alzheimera. i byłyśmy tylko we dwie w jednym pokoju. Nie było to miłe doświadczenie.
  • annazadroza Jesienna:-) Wyobrażam sobie jak musiałaś się czuć. Do tego sam na sam w jednym pomieszczeniu. Ja odbieram obecność tak chorej osoby jakby drgały cząsteczki powietrza wokół powodując dziwne wibracje. Coś w tym musi być, ponieważ „zdiagnozowałam” dwie osoby i podpowiedziałam rodzinie gdzie mają się udać, okazało się, że miałam rację, niestety. Nadmieniam, iż to były obce osoby, sporadycznie miałam w pracy z nimi do czynienia (już emeryci).
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Spokój

Nie mam w tym roku przedświątecznej gorączki, jakoś spokojnie podchodzę. Może dlatego, że dzieciaki przyjadą w różnych terminach, więc nie muszę wszystkiego szykować na jeden dzień. Poza tym, myślę sobie, że pojawienie się Calineczki stworzyło dystans do mniej ważnych spraw.
Miałam w planie pojechać dziś na cmentarz, ale przełożyłam na jutro, żeby nie rozbijać dnia. Jutro i tak pojadę do malutkiej, więc wcześniej zahaczę o Wilanów i pogadam z siostrą… I tak z nią rozmawiam, nawet często… Zapalę światełka również i dla Mamy, bo urodziny…
Spokoju życzę wszystkim, bo tego w tej chwili nam najbardziej potrzeba w podejściu do świata zewnętrznego.

21.12.2017

  • kolewoczy Spokój wewnętrzny to kwestia nastawienia 😉 Nie dać się gorączce: zakupowej, kuchennej, sprzątania, szykowania, politycznej także, nie ulegać nakręcanej atmosferze w mediach. W takich chwilach widać, jak bardzo ulegamy wpływom, naciskom, manipulacji, a na ile jesteśmy w stanie władać sami sobą, swoim czasem i swoimi emocjami. Magia świąt zależy od nas 🙂 Spokojnych, radosnych Świąt!
  • annazadroza Kolewoczy:-) O tak, od nas zależy. Tylko nikt nas nie uczył „zarządzania sobą”, jeśli ktoś sam odczuł kiedyś taką potrzebę, pracuje nad tym. Większość, niestety, pojęcia nie ma o mechanizmach manipulacji ludźmi i pozwala rządzić swoimi nastrojami i emocjami.
    Szczęśliwych Świąt:)))
  • veanka A ja kiedyś tę gorączką przedświąteczną bardzo lubiłam (przeważnie oczekiwanie na coś jest atrakcyjne;).
    Jak wiek stopniowo zabierał siłę to zamiast radości czułam irytację, ze muszę się sprężać by z wszystkim zdążyć.
    W tym roku choroba totalnie pokrzyżowała mi plany, ale też na wiele spraw otworzyła oczy.
    Teraz będę spokojniej i bez spinania się podchodzić do spraw, które kiedyś wywoływały nerwówkę i niepokój.
    I może tę gorączkę przedświąteczną na znowu polubię, ale na moich warunkach;).
  • annazadroza veanka:-) Przygotowania lubiłam i lubię, szczególnie prezenty i gotowanie. Faktem jest, że wolniej mi to wszystko idzie. Za to potrafię nie przejmować się jak dawniej tym, że czegoś nie mam, czy nie zdążę zrobić, bo mnie biodro boli albo kolano się zbuntowało i odmawia współpracy;) Najważniejsza jest w tym roku malutka, bo to jej w ogóle pierwsze, a nasze pierwsze wspólne Święta:)))
    Zdrowych Świąt i bardzo przyjemnych:)))
  • babciabezmohera Spokojnych, nastrojowych, rodzinnych Świąt! Wszystkiego najlepszego! 🙂
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję:) Zdrowych, spokojnych Świąt i wszystkiego co najlepsze na świecie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz