„Pasma życia”16c

Rano przed czasem była gotowa do wyprawy. Z wrażenia obudziła się wcześniej, umyła i wysuszyła włosy, zrobiła delikatny makijaż, przymierzała ciuchy, by  wreszcie się zdecydować na beżowe rybaczki i zieloną koszulkę. Zupełnie gotowa zeszła przed budynek i usiadła na ławeczce czekając na towarzysza wycieczki. Długo nie musiała czekać, bowiem  usłyszawszy stuknięcie  drzwi Winicjusz wyjrzał i zobaczył sąsiadkę zbiegającą na dół. Spojrzał przez balkon i uśmiechnął się.

Siedziała z przymkniętymi oczami, zapatrzona w głąb siebie.

– Witaj sąsiadko – usłyszała wesoły glos. – Uważaj, bo w Szczawnicy dzieją się cuda i z nieba spadają owoce.

Poczuła, że się rumieni po czubek głowy.

– Ja cię bardzo przepraszam, wcale nie miałam zamiaru rzucać mandarynkami, po prostu wypadła mi z ręki….

– Co ja słyszę?! – po chwili milczenia Winicjusz parsknął śmiechem. – To ty we mnie rzucałaś i dlatego potem w drzwiach przestawiłaś mnie jak snopek słomy?!

– No, głupio mi się zrobiło… – roześmiała się  patrząc w jego rozbawione, rozjaśnione oczy.

– Nie spodziewałbym się takiej siły po drobnej dziewczynie – patrzył z upodobaniem na nagle zarumienioną  twarz Elżbiety .

Ruszyli obok willi „Danusia” oglądając z góry plac Dietla i skierowali się ku schronisku pod Bereśnikiem. Najpierw szli kamienną drogą wokół której znajdowały się prywatne domy. Poniżej drogi słychać było płynący wartko strumień. Doszli do miejsca rozgałęzienia szlaku  w dwie strony, oba prowadziły do schroniska. Pierwszy, rowerowy, skręcał w prawo,  drugi – dla pieszych – w lewo. I właśnie ten wybrali. Winicjusz wiedział, że jest to ładniejsza trasa dla pieszych wędrówek, z malowniczymi krajobrazami i widokami na miasteczko oraz Tatry. Wąska  ścieżka  skręciła ostro do góry po czym wprowadziła ich do lasu zmieniając się w wygodną drogę. Wiodła łagodnie w górę. Wśród bujnej już miejscami zieleni z głośnym śpiewem uwijały się ptaki. Szli pomału mając po prawej stronie strome, wysokie wzgórze, a po lewej w dole miasteczko, które – w miarę jak pokonywali kolejne metry – odsłaniało im spomiędzy drzew ukryte przedtem fragmenty. Potem wyszli z lasu i znaleźli się na rozległej  polanie. Wspięli się krótkim, ostrym  podejściem i znaleźli się na wyżynie, gdzie szlak znowu zaczął ich prowadzić łagodnie w górę w kierunku schroniska. Minęli duży krzyż na Bryjarce, który – wieczorem  oświetlany – widoczny jest z daleka. Winicjusz zaproponował krótki przystanek dla nasycenia oczu. Widział, że jego towarzyszka pokonując strome zbocze starała się utrzymać równowagę i patrzyła pod nogi, więc mijane pejzaże mogły umknąć jej uwadze. A wyłaniały się stopniowo.  Góry mają to do siebie, że zwielokrotniają obraz. Na takiej samej  przestrzeni  równina pokazuje tylko jeden widok, zaś góry zarzucają nas dziesiątkami obrazów zmieniających się dosłownie co kilka metrów.

Po prawej stronie widzieli rozległe tereny z malowniczymi domkami, a po lewej, w dole –  część miasteczka i wijący się Dunajec, który iskrzy się w słońcu, migoce, połyskuje, szumi, śpiewa, mówi raz po polsku, raz po słowacku i rozumie oba języki. Jest domem dla ryb widocznych całymi ławicami pod przejrzystą wodą. Zaś one albo tkwią bez ruchu, albo przemykają  wesoło między kamieniami. A kamienie w nim są kolorowe, różnokształtne, przemawiające, opowiadające legendę o Janosiku, snujące opowieści o świętej Kindze  i Pieninach.  Bledną śpiące na brzegu i natychmiast odzyskują barwę po zetknięciu z wodą… Elżbieta słuchała opowieści Winicjusza i sama czuła się jak wewnątrz legendy… Z tej wysokości Szczawnica pokazała dumnie całe swoje piękno, malownicze położenie  w dolinie otoczonej wzgórzami. Ale to nie wszystko. Z miejsca, w którym stali widać było przepiękna panoramę Tatr. Mimo odległości mogli podziwiać masywne, pokryte śniegiem szczyty. Dłuższą chwilę sycili wzrok otaczającym ich pięknem, po czym ruszyli szlakiem w górę zbliżając się do domu zbudowanego tuż przy drodze, gdzie obok pięknego skalniaczka drzemał olbrzymi bernardyn leniwie zerkając na przechodzących turystów, nie robiących na nim żadnego wrażenia.

Wreszcie doszli do schroniska pod Bereśnikiem i usiedli przy drewnianym stole, jednym z wielu ustawionych na zewnątrz. Stąd także roztaczał się fantastyczny widok i na miasteczko, i na Tatry, i na pasma okalające Szczawnicę.

– Może masz ochotę coś przekąsić? – zwrócił się Winicjusz do Eli.

– Mówiąc szczerze, chętnie – odpowiedziała. – A co tu dają?

– Różne rzeczy, ale ja zawsze się skuszę na naleśniki z jagodami i śmietaną, są naprawdę pyszne.

– Oj, już mi ślinka cieknie na samą myśl – uśmiechnęła się.

– W takim razie poczekaj na mnie przy stole, a ja zamówię.

– O nie,  pójdę z tobą. Chcę zobaczyć jak jest w środku.

Wnętrze było typowe: drewniane ściany, takież meble, ozdoby w góralskim stylu. Elżbieta  miała wrażenie, że drewniane budynki i sprzęty pachną słońcem, błyszczą z daleka, są takie… żywe. Pewnie dlatego, że słońce jest źródłem życia w naszej szerokości geograficznej, przynosi radość, nadzieję.  Drzewa rosną w słońcu, gromadzą je w sobie, są nim otoczone i karmione, wciągają  w siebie jego blask i ciepło. Dlatego pomieszczenia wypełnione drewnem są tak miłe i przytulne.  I oczywiście, zwróciła uwagę na cudowny widok z okien. Zresztą jaki inny może być w górach? Posiedzieli na zewnątrz przy drewnianym stole, potem górą poszli do „Czardy”, stamtąd przez Osiedle, Park Górny do placu Dietla i zmęczeni lecz zachwyceni wrócili do „Budowlanych”.

19.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie będę

Nie będę głosowała na żadną grupę, która poparła morderców zwierząt, panoszących się od teraz w lasach, w parkach narodowych i bezczelnie wyrzucających z lasów normalnych ludzi. Czyli na nikogo, kto jest w obecnym parlamencie. Czyli czekam na kogoś nowego, kto zaproponuje program dla mnie do
zaakceptowania.
Nie będę udawała kogoś, kim nie jestem. Nie będę czytała książek, które źle na mnie działają tylko dlatego, że wypada. Nie będę oglądała filmów, po których dojść do siebie nie mogę i po nocach śnią mi się koszmary. Nie będę się z nikim spotykała, jeśli nie mam na to ochoty. Nie będę się odchudzała na siłę. Nie będę sobie wmawiała, że „muszę”, bo nic nie muszę lecz „mogę”. Jak „mogę” to potrafię, a jak nie wyjdzie, to trudno, nic się nie stanie, widocznie nie przyszedł jeszcze na to czas. Nie będę siebie krytykowała za to, że się czasem wściekam i złoszczę i mam mordercze instynkty, teraz pozwalam sobie na to, mam do tego prawo. W końcu jestem tylko człowiekiem, do tego niedoskonałym bo takich nie ma. Dla doskonałości miejsce jest zupełnie gdzie indziej, więc wybaczyć powinnam wady sobie i innym. Poprawka – nie „powinnam” lecz „chcę”. Aha, ale krzywdy robionej dzieciom i bezbronnym zwierzętom nie wybaczę nigdy, czyli myśliwym nie wybaczę, ani jednemu, i nie pomogę nawet gdyby leżał zdychający na mojej drodze i błagał o pomoc. Trudno, niech się poczuje jak te poranione zwierzęta umierające w cierpieniach gdzieś w krzakach, może widzące zabitych współbraci leżących pokotem. Jakby tak myśliwych złożyć pokotem? Może ktoś takie zdjęcie potrafi zrobić komputerowo, teraz wszystko można spreparować. Może choć jeden po zobaczeniu przestały mordować i dla zabawy urządzać rzeź niewiniątek?

18.01.2018

  • bognna Ja mysliwemu nawet nie podalabym reki…. .
  • e.urlik Mogłabym ich trzymać w obozach koncentracyjnych. Jesteśmy bezsilni wobec okrucieństwa, niesprawiedliwości i nie potrafimy znieść rzeczy, które nie mieszczą się w naszym kodeksie moralnym. To rodzi nienawiść i gniew, a władza robi wszystko, żeby te negatywne uczucia karmić i dopieszczać. Nienawidzę ich wszystkich: myśliwych, dewotów, księży, dziewic konsystorskich, posłów, hipokrytów i oportunistycznych sk… i tych, którzy mają dużo dzieci. Oni wszyscy zabijają moją planetę i moje prawa. I nie mam ujścia dla tej nienawiści i jestem coraz bardziej sfrustowana i zaczynam pojmować działanie tych, którzy biorą kałacha i idą zabijać w centrum handlowym. Aniu, przepraszam, musiałam to napisać.
  • kolewoczy Tylko jak rozpoznać w leżącym na ulicy myśliwego? ?? Gdyby to było takie proste, że na czole ma wypisane.
  • Gość: [tata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl jak można tak kochać zwierzęta i równocześnie tak nienawidzić ludzi?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bognna:-) Trzeba mieć w sobie jakiś gen okrucieństwa, sadyzmu, żeby dla przyjemności, z zimną krwią mordować bezbronnych i jeszcze mówić, że to sport.
  • annazadroza Ewo:-) Jeśli musiałaś i jeśli Ci pomogło – dobrze. A pisanie i wyrzucanie z siebie emocji nadmiernych taki właśnie m.in. ma cel. Druga myśl – to poddanie się manipulacji „onych”, którzy zarządzają poprzez strach i nienawiść, rozbudzając te uczucia do granic „niewytrzymałości”. Akcja budzi reakcję. Skoro jest się atakiem nienawiści właśnie, wyzwisk, poniżania to wreszcie odpowiada się tym samym. Doszłam wcześniej do takiego wniosku i dlatego sobie afirmację powtarzam: EMOCJE NIE MAJA NADE MNĄ WŁADZY, TO JA PANUJĘ NAD NIMI. Musi minąć co najmniej 40 dni, żeby ta treść „wgrała się” w podświadomość, więc jeszcze wszystko przede mną, na razie się staram. Z miernym skutkiem, ale trening czyni mistrza. Bo wiesz co? Skoro to samo przyciąga to samo, ja nie chcę, żeby przyciągało do mnie „onych” i ich sposób myślenia. Tyle na razie mogę zrobić. I popierać Orkiestrę oraz innych ludzi czyniących dobro. Zauważyłaś, że nawet w kościele niektórzy zaczynają mówić ludzkim głosem?
  • annazadroza Kolewoczy:-) Na ulicy nie rozpoznam, nawet się nie będę starać. Ale jak będzie jęczał w krzakach albo na leśnej drodze w ubranku służbowym, kapeluszu z piórkiem i flintą w ręce – nie będę miała wątpliwości.
  • annazadroza Tata:-) Bywają w życiu ekstremalne sytuacje budzące adekwatne myśli i odczucia. A kiedy się nawarstwiają…. Każdy materiał ma granice naprężenia i kiedyś pęka…
  • bognna Anna – dokladnie:(
  • babciabezmohera Staram się nie poddawać nienawiści… staram się… bardzo się staram…;((
  • e.urlik Aniu, dzięki, trochę mniej emocji pozwoli przeżyć. Ale to trochę jak u Kofty: „na ile świat się zmieni, kiedy z młodych gniewnych wyrosną starzy wku…eni?”. Emigracja wewnętrzna? Co do „ludzkiego głosu kościoła”… jakoś nie wierzę. Po prostu owieczki odchodzą, nie dają się terroryzować, inkwizycja rozwiązana, trzeba trochę odpuścić. Cóż, ponad 2000 lat dyplomacji.
  • annazadroza Ewuś, nie ma znaczenia z jakiego powodu zmieniają język, ważne, że zaczęli. Pewnie, ze chodzi o kasę i owieczki, ale przecież są ludzie i ludziska. Jeden ksiądz przeganiał wolontariuszy sprzed kościoła, a drugi całą tacę na Orkiestrę przeznaczył. Jeden idzie ręka w rękę z naziolami, drugi potępia rasizm, faszyzm i pokrewne cholery, itp., itd. Niech zmiana na lepsze i z dyplomacji wynika, wszystko jedno z czego, aby skutek był.Na emigracji wewnętrznej byłam za „pierwszego pisu”, teraz będę się starać myśleć pozytywnie, w miarę możliwości oczywiście, by lepsze się wokół rozchodziło – jak te kręgi na wodzie – zamiast takiego całkiem złego. Pamiętaj – podobne przyciąga podobne:)
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Ściskam Cię mocno za te starania:))) Podobno jeśli się złego nie wzmacnia myślami to traci siłę…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Strach

Nie rozebrałam jeszcze choinki, stoi i upiększa pokój, szczególnie wieczory czyniąc miłymi. Teraz pasuje bardziej niż w święta, bo za oknem śnieg i na jego tle wygląda wspaniale. Będzie tak stała do ostatniej możliwej chwili ponieważ uwielbiam kolorowe światełka na drzewku.
Rano nie udało mi się nic napisać, miałam głowę zajętą Wnusią K. i umierałam ze strachu, ponieważ po raz pierwszy w życiu poleciała samolotem. Boję się latać. Ona przed lotem też się bała, od chwili kiedy się dowiedziała, że poleci. Odetchnęłam dopiero teraz, bo wiem, że dolecieli i jest OK. Uff, co za ulga. Znów
będę się bać za tydzień, ale na razie spróbuję nie myśleć o strachu.
To znaczy o strachu związanym z lataniem. Inny strach będzie mi już chyba towarzyszył dopóki… no właśnie, do kiedy? Do czasu, kiedy nadejdzie przyzwoita zmiana w odróżnieniu od „dobrej”? Nie wiem czy się to stanie za mego życie. Bo kiedyś stanie się na pewno, tylko ram czasowych nie da się ustalić, jako że odtąd nie można myśleć o wyborach z nadzieją, bo od dziś to będą „wybory” zgodne z planem miłościwie panujących. Ile i czego człowiek by nie zakreślił na karcie do głosowania, może być już bez przeszkód poprawione na „prawidłowe”, zgodne z wytycznymi. A jakby co – sprawa trafi do sądu, który odpowiedni wyrok podejmie, zgodnie z wolą najwyższego… Żeby się takiemu szaremu człowiekowi w głowie nie przewróciło i żeby zapamiętał gdzie jego miejsce w szeregu i kto tu rządzi.
I jeszcze – nie mogę oglądać ani słuchać TVN 24 ponieważ akurat na tym jednym jedynym kanale są okropne zakłócenia. Skojarzenia? Same się nasuwają, nic na to nie poradzę, z zakłóceniami Radia Wolna Europa w PRL. Pewnie to z powodu śniegu padającego na antenę, żadnych innych działań dopatrywać się nie ma
sensu, ale tak mi się przypomniało.
„Nie ma się czego bać oprócz samego strachu” – nie wiem czyje to słowa, ale mądre. Podobne przyciąga podobne, strach przyciąga to, czego się boimy i rośnie to coś w siłę. Skupiać uwagę trzeba więc na tym, czego pragniemy i na tym się koncentrować. Przynajmniej próbować, a nuż się uda?

17.01.2018

  • kolewoczy Nigdy nie leciałam samolotem, to nie wiem, czy bym się bała. Nie chciałabym lecieć, ale to z zupełnie innych powodów niż strach przed lataniem 😉 A co do samego strachu, on się sam napędza. I strach jednej osoby udziela się innym wkoło, np. strach rodzica udziela się dziecku i tak dalej. O moim ojcu mogę np. powiedzieć, że był nieustraszony. Może dlatego potrafię bać się wielu rzeczy, ale nie polityki 😉
  • aga-joz Też nigdy nie leciałam, ale i ochoty nie mam, i boję się bardzo. Choć czasem dobrze jest te strachy przezwyciężać, bo często bywa tak, że boimy się niepotrzebnie, bardziej na zapas
  • annazadroza Kolewoczy:-) Leciałam raz, ale byłam nastolatką, do głowy by mi wtedy nie przyszło, żeby się bać. Bałam się tylko co mama powie, jak gorszą ocenę przyniosę ze szkoły:) Poza tym niczego. Bać się zaczęłam kiedy dorosłam, głównie o dzieci. A samolotu się boję od katastrofy w Lesie Kabackim. Przypadkiem trafiłam tam jadąc rowerem i do dziś mam w oczach ogromne zaorane pole, pustkę w miejscu, gdzie był las.
  • annazadroza Aga:-) Masz rację, że najczęściej boimy się na zapas. Ale mam wrażenie, że właśnie o przezwyciężanie strachu chodzi, o taką daną nam lekcję pokonywania własnych słabości.
  • nie-okrzesana Ja latałam niezliczoną ilość razy. Zawsze boję się tak samo.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Boję się na samą myśl, ze to ja miałabym lecieć. Ale to mi nie przeszkadza z przyjemnością patrzeć na samoloty przelatujące nad domem, przyzwyczaiłam się, często dosłownie sznureczkiem jeden za drugim lecą mi nad głową. Taką mają trasę. Szczególnie ładnie wyglądają wieczorem z włączonymi reflektorami. Wydaje mi się, że wiem co czuły ludy pierwotne na widok gości z kosmosu:)
  • babciabezmohera Raz leciałam samolotem w stanie wojennym i to dopiero było przeżycie. Nieporównywalne z obecnymi lotami. Ale emocje zawsze są- to prawda! 😉
  • annazadroza BBM:-) O matko, w stanie wojennym samolotem? Ależ z Ciebie dzielna dziewczyna!
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 16b

Winicjusz zaglądał dyskretnie na balkon sąsiadki. Nie widział żadnego ruchu, światło się nie świeciło w pokoju i ogarnął go niepokój spowodowany jej długą nieobecnością po zmroku. Przyłapał się na tym  zdziwiony własnymi odczuciami. Uspokoił się dopiero usłyszawszy hałas za ścianą. To Ela uderzyła nogą w  fotel otwierając balkon i zaklęła z bólu. Winicjusz uśmiechnął się do siebie na dźwięk rozpoznawanego już głosu.

Na korytarzu hotelu stał telewizor i fotele, taka prowizoryczna sala telewizyjna, jeszcze nie wszystkie pokoje wyposażono w odbiorniki tv. Winicjusz postanowił obejrzeć serwis informacyjny i wyszedł na korytarz. To samo zrobiła Elżbieta i chcąc nie chcąc stanęła oko w oko z Mandarynem, który szarmancko się ukłonił.

– Dzień dobry, a raczej dobry wieczór, miło mi poznać najbliższą sąsiadkę.

Czuła się głupio. Miała wrażenie, że dziwnie na nią patrzy, zupełnie jakby podejrzewał ją o chęć poderwania faceta na urlop oraz o napad  z mandarynką w ręku…

– Dzień dobry, ojej, no tak… dobry wieczór… właśnie chciałam zerknąć w telewizor. Od dwóch dni krążę po górach i nie wiem co się dzieje na świecie – posłała mu uśmiech, na który zwrócił uwagę na placu Dietla.

– Mam dokładnie taki sam zamiar. To może wspólnie stawimy czoła złym informacjom? – odpowiedział uśmiechem na uśmiech.

– Dlaczego złym? Coś się stało? – zaniepokoiła się.

– Nic szczególnego, tylko nasza cywilizacja obecnie opiera się na podawaniu głównie złych wiadomości – odpowiedział. – Media żyją złymi: morderstwami, konfliktami, wypadkami, aferami, korupcją, w najlepszym wypadku  klęskami żywiołowym.  Dobrych się po prostu nie zauważa, jakby ich na świecie nie było.

– To samo w polityce – zgodnie skinęła głową. – Nie ma: co dobrego my zrobiliśmy, ale: co złego zrobił przeciwnik.

– Właśnie – przytaknął. – Dlatego staram się nie dawać sobą manipulować i mieć dystans do tego co pokazują. No i do obietnic, które i tak okażą się bez pokrycia.

Oglądali wspólnie świat przedstawiony na szklanym ekranie, komentowali wydarzenia w podobny sposób, zupełnie jakby wcześniej uzgodnili poglądy. Bezwiednie przeszli na „ty”.

– Ojej, przepraszam –  powiedziała  Ela.

– Ależ za co? Tak dobrze nam się rozmawia, że mam wrażenie jakbyśmy się znali od dawna – uśmiechnął się Winicjusz świadomy, że nie tylko ma wrażenie.

– No to mówmy sobie po imieniu, mówiąc szczerze ja się męczę rozmawiając oficjalnie i dlatego się mylę. Elżbieta  – wyciągnęła rękę.

– Winicjusz – uścisnął podaną dłoń i jakby przytrzymał chwilę dłużej niż powinien.

– To nie powiem, że masz ładne imię, bo pewnie każdy ci to mówi – uśmiechnęła się cofając rękę.

– Przywykłem – odpowiedział uśmiechem. –  Po prostu moja mama uwielbiała Sienkiewicza.

– Z jego bohaterów na razie poznałam Juranda, męża mojej byłej sąsiadki Teresy, jesteś drugi – zaśmiała się wesoło.

Potem tematem rozmowy stała się Szczawnica.

– Dowiedziałam się, że na ulicy Jana Wiktora – mówiła Elżbieta – stał „Sobieski”. Tak zresztą mieszkańcy nazywają obecnie stojący w tym samym miejscu budynek, który wzniesiony został z zachowaniem stylu. Zwróciłam też uwagę na coś co stoi i straszy.

– Kto straszy i gdzie? W  „Sobieskim”? – zdziwił się Winicjusz.

– Nie, niedaleko, też na Jana Wiktora, nazywa się 'Małuja”. Wyczytałam w przewodniku, że jest własnością UJ. Może to już nieaktualna informacja, może odnośne władze o tym nie wiedzą? A jak się dowiedzą to coś z tym fantem zrobią, bo wstyd. Tym bardziej, że obok willa „Lala” rozbudowuje się na potęgę i przyciąga gości atrakcjami w postaci chociażby góralskiej kapeli, umożliwienia tańców i śpiewu z góralami. Sama widziałam jak gruba dama w czerwonej sukni wywijała zbójnickiego.

– Jeśli masz na myśli takie straszenie, to mi przypomniałaś, że kiedyś, dawniej, gdy przyjeżdżałem do Szczawnicy, więcej było owych straszydeł –  uśmiechnął się do rozmówczyni. – Bardzo smutne robiły na mnie wrażenie. Kiedyś były z pewnością chlubą miasta i właścicieli, o pięknej uzdrowiskowej architekturze, drewniane, z ażurowymi ozdobnymi elementami w góralskim stylu…

– Kiedyś tętniły gwarem, rozjaśniane światłem  – weszła mu w słowo Elżbieta, – żyły życiem dziesiątek ludzi, którzy przewijali się przez ich podwoje. Były szczęśliwe.

– Potem pustymi „oknodołami” patrzyły ponuro przed siebie,  skrzypiąc połamanymi okiennicami i szeleszcząc odpryskującą farbą z rozsypujących się ścian myślały o wspaniałej minionej przeszłości – głuchym głosem podpowiedział Winicjusz patrząc na Elżbietę ze zmarszczonym czołem.

– Ojej, już się boję – uśmiechnęła się. – Ale muszę przyznać, że miałam takie same odczucia patrząc na „Małuję”.

– Takich domów widziałem tu naprawdę dużo. Nawet pomyślałem o uwiecznieniu ich na fotografiach i wystawie pod tytułem „Umierające domy”. Oczywiście nie zdążyłem tego zrobić. Natomiast wielką radością było dla mnie stwierdzenie podczas któregoś kolejnego pobytu w Szczawnicy, że oto dzieje się coś wspaniałego. Bowiem właśnie przy Zdrojowej dwa stare, rozpadające się budynki zostały nie tylko rozebrane, ale na ich miejscu postawiono nowe, w podobnym stylu. To właśnie dzisiejsza „Pokusa”.

– To tak jakby duchy starych domów zamieszkały w nowych i tym samym została zachowana ciągłość istnienia,  zaś ludzkie uczucia mieszkające w tamtych starych domach przeniosły się automatycznie do nowych. Dlatego pewnie tyle pozytywnych wpisów przeczytałam w księdze gości wyłożonej w  „Pokusie” – pokiwała głową Ela.

– A jakie masz plany na jutro?- spytał Winicjusz. – Oczywiście, jeśli to nie tajemnica, nie chciałbym, żebyś mnie uznała za wścibskiego faceta.

– Jeszcze nie zdecydowałam. Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że nie wykupiłam wyżywienia, zresztą za namową przyjaciółki. Nie jestem więc niczym skrępowana. Przeglądając przewodnik zaznaczyłam kilka tras, które chciałabym przejść korzystając z pięknej pogody. Gdyby się pogorszyła, ominęłoby mnie obejrzenie niektórych widoków . Ale i na taką ewentualność jestem przygotowana – uśmiechnęła się do sąsiada.

– A czy na trasę chcesz koniecznie wyruszyć sama czy też byłabyś w stanie znieść czyjeś towarzystwo? – zapytał Winicjusz z poważną miną ale wyraźnie uśmiechniętymi oczami.

– To zależy kto kryje się pod hasłem „towarzystwo” – spojrzała w uśmiechnięte oczy.

– A co byś powiedziała na starszego pana, który dobrze zna teren, ludzi i w razie potrzeby może cię wybawić z opresji…

– Z jakiej opresji? Nie mam zamiaru w nic się pakować. Podobno starsze panie są na ogół stateczne… ale nie mają nic przeciw towarzystwu eleganckich, szarmanckich starszych panów – odpowiedziała

– No masz, a gdzie ja ci takiego znajdę?. Myślałem tylko o sobie, ale widzę, że masz zbyt duże wymagania, ja się zwyczajnie nie załapuję…

Elżbieta roześmiała się na głos. Umówili się, że nazajutrz pójdą na Bryjarkę i do schroniska pod Bereśnikiem.

Było jej dobrze, już chyba sto lat się tak nie czuła. Albo jeszcze dawniej. Mandaryn, nie, Winicjusz, okazał się nad wyraz sympatyczny.  I imię ma nietypowe… Kiedy Teresa poznała Juranda, to się śmiały, że sienkiewiczowskiego bohatera testuje… A teraz ona spotkała Winicjusza.  Cóż, tylko w jej przypadku to nie ma żadnego znaczenia. Ona przecież życie ma za sobą. Najważniejszą sprawą jest uwolnienie się od Mirka, przeciwstawienie mu się tak, aby więcej nie odważył się nad nią znęcać. Przetrzymać jakoś sprawy rozwodowe, nie dać się sprowokować, potem spróbować odbudować  – albo raczej zbudować na nowo – stosunki chłopców i doprowadzić do porozumienia między nimi. Oto program na całą resztę życia. Gdzie znaleźć miejsce i siły na inne sprawy? Nie, nie ma o czym mówić. teraz jest na urlopie i tylko to się liczy – odpoczynek, poznanie cudownie pięknych miejsc, zapamiętanie szczegółów na zawsze.

16.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Rano było minus 6

Cała niedziela upłynęła przy włączonym telewizorze. Śledziłam granie Orkiestry podczas wszelkich wykonywanych domowych czynności. Jakże miło było odetchnąć radością bijącą od tysięcy ludzi, w tym seniorów i dzieci biorących udział w graniu. Ze wzruszeniem słuchałam osób już dorosłych, którym jako dzieciom życie ratował sprzęt zakupiony przez Orkiestrę. To jest takie normalne, a jednocześnie w tym kraju takie niezwykłe – być ze sobą w dobrym celu, mieć w sercu przyjaźń i życzliwość. Źle mówię, nie w tym kraju lecz – państwie. Powtarzam: to mój kraj, moja Ojczyzna, moich przodków, którzy o nią walczyli i za nią ginęli – lecz nie moje państwo, bo zbyt wiele straciłam ja i moi bliscy… Ale to już było i oby nie wróciło więcej … Nie podoba mi się, że ktokolwiek, jakiś byle jaki w tym samym czasie zieje nienawiścią i chce kary śmierci plotąc o obronie życia – czysta paranoja. Inna osoba plecie o powściągliwości w pomaganiu… Boże, Ty widzisz i nie grzmisz! Ale przecież gdy chcesz ukarać – to najpierw rozum odbierasz… Rozumiem i akceptuję… A mam inne wyjście|?
Miało być EMOCJE NIE MAJĄ NADE MNĄ WŁADZY, TO JA PANUJĘ NAD NIMI.
A więc – dziś było minus 6 stopni na zewnątrz, wiatr powodujący zwiększenie odczuwalnej temperatury, czyli bardzo zimno, przynajmniej rano. Potem wyjrzało słońce, popołudniowy spacer z psami stał się bardzo sympatyczny, ponieważ zamarznięte błoto (miejsca rozkopane i zryte przez dziki) stało się możliwe do przejścia i mogliśmy sobie pójść tam, gdzie dawno nie byliśmy. Niestety, dochodzące odgłosy przypominające strzały spłoszyły Skitusia, który gwałtownie zapragnął powrotu do domu, czyli bezpiecznego schronienia. A ponieważ ma siłę niedźwiedzia, ciężko z nim polemizować i wróciliśmy. Niemniej jednak świat był bardzo piękny w promieniach słonecznych załamujących się na pokrytych szronem gałęziach i oblodzonych trawach. A potem babcia D. stwierdziła, że nie lubi nalewki na czarnych jagodach, którą dostała od dzieciaków na Gwiazdkę, więc się z nią zamieniłam na ajerkoniak. Babcia się uśmiechnęła i poszła do swojego pokoju, a ja wypróbowałam nalewkę. Mówię wam, pyyycha…
A teraz z fantazją wezmę się za przygotowanie obiadu na jutro… Jutro jadę do Calineczki:)))

15.01.2018

  • kolewoczy A było minus 6 i mnie się to podoba 🙂 I żaden Blue Monday mi niestraszny 😉
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jak nie muszę nigdzie daleko iść, bo błoto zamarzło i na skróty da się przejść – to mi się też podoba:)
  • babciabezmohera Toż to w końcu zima! ;))
  • ciotkaeliza Gdybym tak nie musiała jechać do pracy, gdybym siedziała w domu i wyglądała przez okno to też by mi się zima podobała, ale to dopiero za trzy lata, obecnie wolę jesień.
  • annazadroza BBM:-) Kalendarzowa na pewno, tylko pewnie czytać nie umie albo jakaś roztargniona była i nie zauważyła, że już po świętach. A ona przecież na Boże Narodzenie powinna zdążyć! Teraz niech sobie idzie na ferie:) Aha, i błoto niech trzyma mrozem ściśnięte, żebym na skróty mogła chodzić:)))
  • annazadroza Eliza:-) Moja najukochańsza pora roku to wiosna. I nadchodzi! Przysłali mi katalog z Bon Prix-a i tyle tam wesołych, kolorowych, ładnych ciuchów, nawet na plażę mnóstwo do wyboru – że wiosna naprawdę idzie. I dojdzie… w marcu:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Grajmy

Grajmy, oby jak najwięcej maleństw mogło skorzystać z pomocy, bez której po prostu nie mogłyby przeżyć. Wciąż myślę o maleńkich kruszynkach. które bez sprzętu od Orkiestry po prostu nie miałyby szans na życie. Żadnych. Straszna jest świadomość, że państwo nie jest w stanie zaspokoić potrzeb szpitali a więc naszych, pacjentów, ludzi mieszkających w Polsce. Na zdrowie stać tylko bogatych, którzy mogą sobie kupić zabiegi, lekarstwa, własnego lekarza-opiekuna, sprzęt do domu. Lekarzy też coraz mniej, a i oni – zamiast się skupić na pacjencie – skupiają się na żebraniu. A pan Rydzyk żebrać nie musi, dostaje za darmo nasze pieniądze… Grajmy więc, bo rodzić każą, ale jak się urodzi i w jakim stanie – tych krzyczących nie obchodzi, niech umiera w cierpieniach jak dziecko Chazana… Mam nadzieję, że kiedyś oni wszyscy, ci tzw. „obrońcy życia” odpowiedzą przed Najwyższą Instancją za swoje postępowanie, za zło i cierpienia, które spowodowali. Dzisiejszy dzień pokazuje, że jest moment, który potrafi nas w dużej mierze zjednoczyć. To poczucie dobra, chęć pomocy, uświadomienie sobie, że razem można więcej i, że trzeba pomagać, szczególnie tym całkiem bezbronnym i niewinnym. Grajmy:)))

14.01.2018

  • ga-joz Grajmy! Nie wiem czy znajdzie się człowiek w naszym kraju, który choćby nieświadomie nie skorzystał z dobrodziejstw Orkiestry. Nawet ci najobficiej opluwający
  • annazadroza aga-joz:-) Ci ostatni najgłośniej będą krzyczeć, że im się należy. Wyobrażasz sobie, że jakiś normalny człowiek nie skorzysta z każdej możliwości, by ratować własne dziecko?
  • babciabezmohera Życzę sobie i nam wszystkim, aby znow rekord zbiórki został pobity! A wiele na to wskazuje. ;))
  • ciotkaeliza To wszystko co kupuje p. Owsiak powinniśmy mieć zapewnione przez państwo, ale niestety nie mamy i dobrze że orkiestra gra.
  • krzysztof213 No i jak mi było wczoraj daleko to wszystkiego ale kto chce niech daje.
    No i pozdrawiam tutaj
  • krzysztof213 Nie mogę zrobić jak ty tak długiego komentarza.
    Więc pociągi kursują jak autobusy zielone ja z podroży pozdrawiam
  • annazadroza BBM:-) Też mam nadzieję, na zdrowie dzieciom i na złość złym mocom. Niech padnie rekord!
  • annazadroza Eliza:-) Gdyby nie Orkiestra – to wiele z dzieciaków biorących udział w zbiórce wczoraj – po prostu nie żyłoby na tym świecie!!!
  • annazadroza Krzysztof:-) Gdziekolwiek jedziesz niech radość będzie z Tobą. Myślę, że dawał kto mógł i to jest dobre, bo dla maleńkich dzieciaczków. Pozdrawiam również serdecznie:)))
  • krzysztof213 Dużo ludzi daje i tak to dla mas jest bo wiele ludzi potrzebuje tego $$$$ i nie każdy jest uczciwy pozdrawiam z nowego wpisu gdzie Polecam
    www.youtube.com/watch?v=7eEpom_ZAtE
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 16a

Winicjusz szedł za nią w pewnej odległości .Znał dobrze trasę, więc się nie spieszył. Wiedział, w którym miejscu znowu zobaczy intrygującą nieznajomą. Rozkoszował się słońcem, zapachem świeżej zieleni, śpiewem ptaków ukrytych między młodziutkimi listkami mijanych krzewów, czasem zatrzymywał się ciesząc oczy pięknymi widokami. Zobaczywszy, że obiekt jego zainteresowania wdrapuje się na górę, uśmiechnął się pod nosem i poszedł wygodną ścieżką dookoła szczytu. Ukryty w cieniu i niewidoczny czekał na swą „ofiarę”. Ta zaś zdyszana, zasapana i szczęśliwa wkrótce dotarła do tego samego miejsca, na którym siedziała poprzedniego dnia. Wyciągnęła z plecaczka zwiniętą ortalionową kurtkę wszechstronnego zastosowania i wielorakiego użytku, rozłożyła ją na trawie i usiadła. Objęła kolana ramionami i wpatrywała się w dal. Znów podziwiała otaczający ją świat, napawała się  barwami  i zapachami, zapomniała o rzeczywistości wchłonięta na tę chwilę w wielkość, majestat, wiecznotrwałość gór. Z dołu dochodził stukot wagonika od „rynny” do zjeżdżania, śmiechy i nawoływania dzieci. Głos skowronka to przybliżał się to oddalał. Nad drzewami z lewej strony przeleciał duży skrzeczący ptak. Woda płynąca w zakolu Dunajca iskrzyła się i migotała w słońcu. Za plecami Eli kwiliły  w chaszczach jakieś ptaszki. Ile szczytów widać z jednego miejsca! Góry co kilka kroków, kroków turysty oczywiście, odsłaniają inny fragment swojej urody, dumnie prezentują, odkrywają kawałek po kawałku coraz więcej  piękna.

Mogłabym tak siedzieć i patrzeć do końca życia – szepnęła w zamyśleniu. Wcale bym się nie znudziła. Ten spokój przynosi ukojenie.

Winicjusz też usiadł, ale niewidoczny dla niej, w cieniu drzew. I on zapatrzył się w góry zmieniające wygląd w zależności od przepływających po niebie chmur. To ciemne były  i groźne, to znów jasne i wesołe, obsypane słonecznym blaskiem. Oboje wzdrygnęli się na dźwięk telefonu wyrywający ich z krainy zamyślenia.

– Tak Adelko? Dobrze, już wrzuciłam – usłyszał znany od wczoraj głos sąsiadki zza ściany. – No pewnie, tak jak obiecałam, róża popłynęła. Nie ma za co. Nie ma pacjentów?  Nie słyszę, co mówisz? Tak, tu jest cudownie, miałaś rację.  Dzięki, powiedz Zenkowi, że też go pozdrawiam. No to cześć.

Zupełnie niechcący znów zostawszy podsłuchiwaczem, Winicjusz analizował usłyszane informacje. Adelka, Zenek, pacjenci… Czyżby naprawdę świat był taki mały? Cóż, w końcu Szczawnica to naprawdę cudowne miejsce, w którym ludzie z różnych stron kraju niespodziewanie się spotykają. Co za zbieg okoliczności. Sąsiadka z pokoju okazała się znajomą Zenka i Adelki.

Elżbieta zaś nie wiedząc, że cały czas była pod opieką Mandaryna, zeszła z Szafranówki do schroniska na Palenicy, kupiła loda na patyku, pokręciła się jeszcze chwilę dopóki nie został jej w ręce sam patyczek i zjechała kolejką w dół.  Poczuła głód, skierowała się w stronę „Chatki” tuż przy Parku Dolnym. Znała to miejsce ze zdjęć i opowiadań Kasi, bo tu  najczęściej przychodzili z Mikołajem na obiad. Wnętrze rzeczywiście sprawiało sympatyczne wrażenie. Zresztą drewno zawsze daje poczucie ciepła i przytulności. Zwolnił się stolik. Siadając pomyślała, że ma wyjątkowe szczęście przy tak dużej ilości głodnych turystów szukających w porze obiadowej jakiegoś miejsca, w którym można byłoby się pożywić. Z apetytem zjadła ruskie pierogi z surówką i popiła sokiem jabłkowo-brzoskwiniowym. Przez chwilę zastanawiała się nad spędzeniem reszty dnia, po czym ruszyła do hotelu. Miała wielką ochotę rozłożyć się na balkonie na leżaku z książką i nie robić nic poza czytaniem, oczywiście dopóki nie przyjdzie jej ochota na coś innego.

Winicjusz już na Palenicy porzucił rolę asa wywiadu zastanawiając się nad dziwnymi splotami okoliczności. Zaczął kojarzyć różne fakty i już wiedział dlaczego twarz Elżbiety wydała mu się znajoma. Kiedy ostatnio był u Zenka, tuż przed wyjazdem do Szczawnicy, Adelka pokazywała koleżankom zdjęcia z sąsiedzkich imienin. On też je obejrzał. Adelka zwróciła jego uwagę na Elżbietę przypominając, że to właśnie ją dźwigał, gdy mdlała po zmiażdżeniu nogi przez pijanego męża sadystę. Raz na parkingu przed szpitalem a drugi raz na szpitalnym korytarzu. Widział ją w Tesco i w Galerii Ursynów. I jeszcze kiedyś o mało jej nie potrącił swoim starym srebrnym mercedesem,  gdy niespodziewanie wyszła mu przed maskę…Tylko wtedy wyglądała na starszą o co najmniej dziesięć lat kobietę, teraz zaś przypomina młodą dziewczynę. Nie musiał już za nią chodzić. Mógł spokojnie poczekać w pokoju aż ona wróci do swojego. Elżbieta, no proszę, to na pewno ona. Słyszał  wczoraj imię podczas rozmowy z Adelką.  Aha, przecież wystarczy sprawdzić czy ma na nodze bliznę i wszystko stanie się jasne.

Poczuł głód jak większość ludzi o tej porze dnia. Zajrzał do „Marty”, ale wszystkie stoliki były zajęte. Zobaczył grupkę osób opuszczających ogródek restauracji „Alt” i pospieszył, by nie dać się nikomu wyprzedzić. Udało się. Po chwili raczył się zimnym piwem czekając na przyniesienie zamówionego dania obiadowego  i przeglądał kupioną w kiosku gazetę.

Ela zdążyła zjeść swój obiad, wyjść z „Chatki”, przespacerować się alejką Parku Dolnego zachwycona kompozycją drzew, a Winicjusz jeszcze czekał. Zauważyła go przechodząc obok ogródka.  Zatrzymała się za pniem starego drzewa. Czytał artykuł nie podejrzewając, że może być obiektem czyjegoś zainteresowania. Czuł się swobodnie, oddzielony gazetą od reszty świata. Zmarszczone podczas czytania czoło i ściągnięte brwi  przywiodły jej wspomnienie twarzy mężczyzny, pod którego samochodem o mało nie skończyła życia, taki przynajmniej miała zamiar po kolejnej awanturze Mirka… Nieraz potem śnił jej się srebrny mercedes… Kelnerka wreszcie podeszła z obiadem i Mandaryn odłożył gazetę. Uśmiechnął się do dziewczyny i wtedy wydał się Eli podobny do faceta, którego czasem spotykała w metrze i w Hicie chyba go widziała kiedy z Kaśką rozkwakały kaczki… Pomyślała, że bredzi. No nie, coś z nią jest nie tak. Jakże takie głupoty mogą jej przychodzić do głowy? Przystojny jest, to fakt niezaprzeczalny, coś jej się w nim podoba… musi się przed sobą przyznać, ale nie trzeba do tego dorabiać jakiejś ideologii… Przecież ona chodzi bez okularów, ślepa jest, zmyśla…Dosyć! Romanse całego świata są nie dla niej, więc marsz do hotelu i do książki, szkoda czasu na głupie myśli. Poszła alejką koło bankomatu, wyszła przy „Górniku” i ruszyła w górę do „Budowlanych”.

Elżbieta nieraz miała wrażenie, że mężczyźni – oczywiście w wieku odpowiednim – zwracają na nią uwagę, ale tak naprawdę od stuleci nie czuła się kobietą. Nie uczestniczyła w odwiecznej grze między mężczyzną a kobietą. Dawno z tej gry wypadła, a powrót na planszę wcale nie był łatwy. Poza tym do tej pory była przekonana, że jej to już nie dotyczy. A teraz poczuła napięcie jakby miała lat piętnaście, nie pięćdziesiąt jeden.  Zdała sobie sprawę, że nie potrafi pogodzić się z cudzą akceptacją swojej osoby. Jest nastawiona na odbieranie krytyki, ciosów, nietolerancji i tego podświadomie oczekuje, nie potrafi samej siebie zaakceptować. Dlatego Mirek miał nad nią władzę, spod której tak długo nie potrafiła się wyrwać. Ojej, ale co to za rozważania? Przecież jest na urlopie i ma dobrą książkę do czytania, czego więcej może człowiekowi brakować do szczęścia?

Poszła do pokoju i spędziła popołudnie czytając na leżaku. Skończyła rozdział i poczuła głód. Przeciągnęła się, spojrzała na zegarek. Postanowiła zejść do miasta by kupić coś na kolację i na jutrzejsze śniadanie. Poszła szybkim krokiem w dół i po chwili robiła zakupy w „Halce”. Zapakowała je do plecaczka i ponieważ dużo tego nie było, postanowiła przejść się wzdłuż Grajcarka. Nie miała jeszcze ochoty na powrót do hotelowego pokoju. Szybkim krokiem doszła do Dunajca. Zrobiło się ciemno. Zabłysły latarnie, na wodzie, na ruchliwych falach rzeki migotały świetlne refleksy. Elżbieta westchnęła na myśl, że nieopatrznie znalazła  się zbyt daleko od domu. Cóż było robić, ruszyła raźnym krokiem w drogę powrotną i – kiedy stanęła przed wejściem do hotelu – poczuła się bardzo zmęczona.

12.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

A kysz!

Ciekawi mnie kiedy wprowadzą sprzedaż alkoholu od 13-ej i znów co niektórzy śpiewać będą ” za dziesięć minut trzynasta”. Mnie to wisi i powiewa, ale kiedy zaczną obowiązywać kartki na wódkę, to elektorat jedynie słusznej partii się zeźli, bo i środki na „zagrychę” się wyczerpią. Będzie powtórka z rozrywki…
Jakoś czarnowidztwo mnie dopadło. A to w związku z zkazami coraz głębiej wchodzącymi w codzienne życie zwykłych ludzi. To wszystko już było i budzi coraz większy wstręt i niechęć. Dlatego, że odetchnęło się już pełną piersią, a teraz znów takie „smogi” zaczynają zamykać dopływ świeżego powietrza do płuc, co szczególnie szkodliwe jest dla astmatyków…
A kysz!!! Giń, przepadnij maro, zjawo nieczysta, wracaj skąd przyszłaś i daj ludziom żyć spokojnie. A kysz!!!

11.01.2018

  • kobietawbarwachjesieni Pod tym, co napisałaś podpisuję się obiema rękami. Ściskam.
  • babciabezmohera Dołączam: a kysz! a kysz siło nieczysta!! :((
  • annazadroza Jesienna:-) BBM:-) Ręce opadły po dzisiejszym głosowaniu. Nie ma kto zastąpić złego, kłótnie i swary, prywata i warcholstwo, urażone ambicje i głupota, ciemnota i zacofanie…
  • emma_b staram się jak najmniej myśleć o tej koszmarnej katastrofie, która przydarzyła nam się po względnie normalnym ćwierćwieczu…to wszystko wydaje się po prostu niewiarygodne…
  • annazadroza Emmo:-) W głowie się nie mieści, żeby w tak ważnej sprawie nie móc się porozumieć! Ale w sprawie mordowania zwierząt można;(((
  • e.urlik Kiedyś pewien żyd powiedział w „Ziemi obiecanej”: „zwalniają, znaczy będą przyjmować”. Znaczy: przegną do reszty i wtedy … Nie wiem, co wtedy. Myślałam, że pewne rzeczy po prostu nie mogą się stać w europejskim kraju. Dlaczego oni się tak boją? I czego? Przecież mieli być po naszej stronie, ostatnia flanka, ostatnia nadzieja. A dla nich to tylko kariera, nieważne w jakiej partii.
  • annazadroza Ewo:-) Też nie wiem co wtedy. I jak można się tak głupio tłumaczyć? Czy poseł może czytać bez zrozumienia? Mam wrażenie, że nie wiedzą co czytają, nie wiedzą nad czym głosują, w ogóle nie wiedzą co robią. Muszą chyba karierowicze odejść, żeby pozostali normalni ludzie, tylko jakoś mało ich…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Będzie granie

Zbliża się granie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy:))) Mam nadzieję, że padnie rekord. W dobrej sprawie, dla ratowania dzieci, takich maluszków jak moja Calineczka, jak Drobinka przyjaciółki M., a najbardziej jak Lusia z blogu wczesnalucja.blox.pl – której wszyscy życzmy siły i zdrowia. Tylu już dzieciom sprzęt od Orkiestry uratował życie, pozwolił odzyskać zdrowie, dla seniorów również jest wsparciem! Więc tak sobie myślę jakim trzeba być człowiekiem, żeby zabraniać innym uczestniczyć w takiej wspaniałej akcji, żeby opluwać jej twórcę i wciąż go atakować za jakieś wyssane z palca bzdury. Chyba właśnie nie-człowiekiem trzeba być.
Jutro moja kolej do Calineczki pojechać, więc dla starszej wnusi placek z jabłkami jeszcze muszę upiec, bo obiecałam. Na obiad zrobiłam dziś krokiety ziemniaczano-brokułowe, nawet dały się zjeść, tylko koniecznie ostra surówka do nich jest potrzebna. Akurat jeszcze miałam w słoiku, bo robię z całej główki kapusty, żeby na zapas była. A w ogóle nic mi się nie chce, obudziłam się z bólem głowy i wciąż jeszcze mnie trochę męczy. Mąż twierdzi, że za bardzo się w oglądanie wczorajszych zmian zaangażowałam… Może i racja, całkiem niepotrzebnie. Ale, ale i tak mniej niż kiedyś! Tak więc jest lepiej i idę obierać jabłka:)))

10.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 16

W nocy Elżbieta spała  jak kamień.  Obudziło ją skrzeczenie sroki na balkonie, słońce już od dawna wędrowało po niebie.

– Nie będę dzisiaj niczym w ciebie rzucać – powiedziała rozbawiona, – nie sprowokujesz mnie więcej.

Wzięła prysznic w malutkiej łazience, zrobiła sobie kawę ze śmietanką, włączyła radio stojące na półeczce nad wersalką. Radio okazało się być stare, nie przestrojone, łapało tylko jedną słowacką stację. Zaśmiewała się w głos próbując pojąć sens audycji. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że nie powinno być zła w kraju, w którym ludzie mówią takim cudnym językiem. Wypiła kawę, wskoczyła w jasnoniebieskie dżinsy, kremową koszulkę, narzuciła krótką kurteczkę z tego samego materiału co spodnie tylko nieco ciemniejszą i po chwili opuściła hotel. Zbiegając w dół schodami minęła z prawej strony kryty basen należący do „Budowlanych”,  z lewej „Nawigatora”. Po kilku minutach znalazła się na ulicy Zdrojowej na wprost pijalni wód „Magdalena” i „Jan”. Kuracjusze mogą tu ze specjalnych kubeczków sączyć zdrowiodajną wodę oglądając wystawę obrazów, stoisko z kosmetykami profesora Czarneckiego albo srebrną biżuterią, obok zaś stoiska z pamiątkami.

Tym razem postanowiła zrobić dłuższą trasę – wspiąć się na Orlicę, przejść górą i dotrzeć na Palenicę od drugiej strony, potem zjechać w dół kolejką linową. Po drodze miała zamiar wykonać misję powierzoną przez Adelkę.

Winicjusz  nie zerwał się o świcie, choć miał taki zamiar. Wyszedł na balkon, przeciągnął się, spojrzał w niebo próbując przewidzieć pogodę, co nie było zbyt trudne, bo słońce nie miało zamiaru chować się za chmurę z tego prostego powodu, że żadnej nie było na horyzoncie. Dostrzegł postać zbiegającą po schodkach w dół. Poznał w niej kobietę, którą poprzedniego dnia obserwował na placu Dietla i z którą zderzył się w drzwiach hotelu. Uśmiechnął się do siebie, szybko był gotowy do wyjścia i ruszył w ślad za nią. Nie miał kłopotu z odnalezieniem „ściganej”, bo stała przed pijalnią i przyglądała się przez szybę obrazom eksponowanym wewnątrz, szczególną uwagę poświęcając malowanym na szkle. Potem poszła wprost do kwiaciarni, kupiła jedną różę i z kwiatem w ręce ruszyła dalej. Zaciekawiony  podążał za nią czując się jak wódz Apaczów na wojennej ścieżce. Chwilami tracił ją z oczu wśród tłumu turystów spacerujących deptakiem nad Grajcarkiem, kilka razy o mało nie stał się ofiarą licznych rowerzystów jadących w stronę Dunajca albo z powrotem.

Elżbieta przystanęła na moście patrząc w dół na spienione w tym miejscu wody Grajcarka, który głośno szumiał wyrażając swą radość ze spotkania z Dunajcem. Wyłączyła się na moment z rzeczywistości, most zdawał się płynąć w dal niczym statek prujący fale oceanu, zapach także przypominał morskie wybrzeże… Niczym lawina przetoczyła się obok hałaśliwa grupa młodzieży. Elżbieta spojrzała na roześmiane twarze, uśmiechnęła się i poszła dalej wdychając zapach róży trzymanej w ręce. Podziwiając piękno skał po obu stronach rzeki doszła do łagodnego zakola, skąd można było obserwować ławice ryb pod powierzchnią wody i stado kaczek przyzwyczajonych do wyławiania rzucanych przez turystów kawałków chleba. Słońce kładło na fale promienie, które załamywały się, rozsiewając wokół miliony mikroskopijnych drobinek tęczy.  Elżbieta przymrużyła oczy, oceniła odległość od miejsca, w którym stała do powierzchni wody, wzięła rozmach i rzuciła różę z całej siły, starając się, by poszybowała jak najdalej. Upadła tuż przy brzegu i przez chwilę zdawało się, że tam zostanie. Ale zaraz, nie wiadomo skąd, pojawił się wir czy wiatr i kwiat popłynął ku środkowi rzeki, zupełnie jakby pod wodą odebrała go niewidzialna ręka ukochanego Adelki.

Elżbieta stała przyglądając się w zamyśleniu odpływającemu kwiatu, jej zaś przyglądał się zaintrygowany Winicjusz. Coś niecodziennego było w tej kobiecie. Coś, co wzbudziło jego zainteresowanie, gdy zwrócił uwagę na zmieniający się wyraz  jej twarzy kiedy siedziała w kawiarence na placu Dietla. Ona zaś, nieświadoma wrażenia jakie wywołała, zawróciła. Winicjusz ledwie zdążył odsunąć się, żeby na niego nie wpadła. Nie wiedział, że pogrążona w myślach w tym momencie nie widziała wokół siebie nikogo i niczego. Szybkim krokiem ruszyła w stronę schroniska na Orlicy. Pokonała z pewnym wysiłkiem pierwsze strome podejście. Zasapana rozejrzała się uważnie i znalazła to, czego szukała. O drzewo stał oparty zgrabniutki kij, jakby czekał na nią, aby pomóc w dalszej  wspinaczce. Na pewno zostawił go jakiś turysta uznawszy, że spełnił swoją rolę i może przydać się komuś innemu.. Przesławszy w myślach podziękowanie nieznajomemu wzięła kij w rękę i wspinała się dalej aż doszła do miejsca, w którym szlak prowadził górą, równo, wygodnie, roztaczając piękno Pienin przed oczami wędrowca. Zmęczona ostatnim podejściem, lecz bardzo z siebie zadowolona,  przeszła obok letniego przejścia granicznego do słowackiej Leśnicy. Tak dotarła do Szafranówki. Wdrapała się na sam szczyt na czworakach, chwytając się korzeni, po kamieniach osuwających się w dół. Ledwo żywa usiadła na betonowym słupku i wprost pękała z dumy.

9.01.2018

  • mmzd …………..
  • annazadroza Magdo:-) Nie zrozumiałam:(
  • mmzd No wiesz, ta róża,już kiedyś o tym mówiłyśmy..
  • Gość: [Anka] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl No tak, róża, już wiem. Nie załapałam w pierwszej chwili. Serdeczności:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz