„Pasma życia” 17

Rozległ się dźwięk domofonu w Kasinym przedpokoju.

– Boże, jak ja was dawno nie widziałam wszystkich razem  –  Kasia próbowała przekrzyczeć  Dżemika, który swoim zwyczajem rozszczekał się z radości. – Rozlazłyście się po świecie i nie można  was było pozbierać do kupy.

–  Sama zaczęłaś – wzruszyła Ela ramionami. – Przecież ty pierwsza pojechałaś do Szczawnicy. Ja tylko ciebie naśladowałam.

– O nie – zaprzeczyła Kasia, – wszystko zaczęło się od Adelki.

– A czego ty chcesz ode mnie? – obruszyła się Adelka. – Patrzcie ją, będzie ze mnie robiła winowajczynię.

– No to może przypomnisz sobie, kto pierwszy nam opowiedział o Szczawnicy? Kto nam kazał wrzucać róże do Dunajca? – zaczepnie spytała Ela.

– Niczego wam nie kazałam…

– Ojej, nie bądźcie takie drobiazgowe. Najważniejsze, że Elka wypoczęła, a psice jakoś z nami wytrzymały i przeżyły – Kasia wyczuła napięcie.

Poprzedniego wieczora Elżbieta powiedziała jej o wizycie u adwokata i wyznaczonym terminie sprawy rozwodowej. Była przestraszona. Bała się reakcji Mirka kiedy dowie się, że naprawdę opowiedziała obcym ludziom o jego postępowaniu. Miała wrażenie, że dygocze w niej ze strachu każdy kawałek ciała, że zaraz zacznie szczękać zębami i połamie je sobie uderzając jednym o drugi. I szczerbata pójdzie do sądu. Nastawiona na obronę reagowała nazbyt emocjonalnie na każdy wyimaginowany atak. Kasia dobrze wiedziała co czuje przyjaciółka i miała się na baczności, nie chciała dopuścić do żadnej niezręcznej sytuacji. Adelka również była poddenerwowana, bo sama świadomość, że ma stanąć przed sądem w charakterze świadka wyprowadzała ją z równowagi.

– No dobrze, skoro Dżemcio już się z wami przywitał, chodźcie do pokoju – Kasia postawiła na stole talerz z szarlotką. – Kawa czy herbata?

– Kawa, herbata – równocześnie odezwały się Elka i Adelka.

– Przecież wiem, tak się tylko pytam, dla przyzwoitości – uśmiechnęła się gospodyni i zniknęła w kuchni wracając po chwili z pełnymi filiżankami.

– No, wreszcie możemy porozmawiać jak ludzie – westchnęła Ela. – A więc sprawa odbędzie się w lipcu. I teraz ja na samą myśl umieram ze strachu.

– Jak to? Ja niczego nie dostałam, żadnego zawiadomienia – zaprotestowała Adelka.

– Bo wezwanie dopiero przyjdzie. Poza tym świadkowie są potrzebni na drugiej rozprawie, teraz możesz spać spokojnie – wyjaśniła Kasia. – Najpierw sąd będzie próbował pogodzić zwaśnione strony i nakłonić do zgody.

– Brrr, okropność. Jak sobie pomyślę, że będą mnie pytać o różne rzeczy i przyjdzie mi odpowiadać  w obecności Mirka…

– Być może to jedyna okazja, żeby Mirek wysłuchał co masz do powiedzenia. A ponieważ musi w sądzie być trzeźwy, może coś zrozumie – zauważyła Adelka.

– Bardzo wątpię. Mam wrażenie, że stracił zdolność normalnego odczuwania. Jedyne co potrafi to oskarżać mnie o całe zło świata, poniżać i wyżywać się na mnie. Mam wrażenie, że on nie ma kontaktu z rzeczywistością nawet gdy jest trzeźwy. Fantazjuje, opowiada ludziom jakieś nierealne historie, zmienia fakty według własnych chorych wizji. Wszystko po to, żeby usprawiedliwić swoje picie i rozgrzeszyć się z niego. Bo nie wiecie, że to ja go zmuszam do picia – machnęła ręką wzburzona. – Ja! Ja go zmuszam!

– To absolutnie normalne w przypadku alkoholików – odezwała się Kasia. – Przecież dobrze o tym wiem. Najwyraźniej doszło już do zerwania więzi między jego światem wewnętrznym a zewnętrznym. Takie zniekształcenia są normalką u wszystkich uzależnionych. Dobrze pamiętam jak Jerzy oszukiwał sam siebie, żył w złudzeniach, które przyjmował za rzeczywistość. Po prostu nastąpiło uszkodzenie zdolności postrzegania i osądu i już nie umie znaleźć granicy między swoimi pobożnymi życzeniami a prawdą.

– Mirek twierdzi, że wcale nie pije, tylko ja wszystko zmyślam, bo przecież jestem głupią k… – pokręciła głową Ela.

– A mnie go żal – włączyła się Adelka. – Nie zrobił mi nigdy nic złego, dla mnie był grzeczny. A może on cierpi i dlatego pije?

– No proszę, ty też mówisz, że to moja wina! – oczy Eli napełniły się łzami.

– Nie bredź! – Adelka się zdenerwowała. – Chodzi mi o to, że świadomość picia i konsekwencji picia u alkoholika powoduje takie cierpienie, że jest zbyt ciężkie do zniesienia  i dlatego pije dalej. To jego obrona przed uświadomieniem sobie uzależnienia. Przecież się do niego nie przyznaje. Tak przeczytałam w internecie.

– Dobra, no to może zmienimy temat – Kasia próbowała rozładować sytuację.  – Niedługo się wyjaśni, czy Mirek ma szansę… Nie, źle mówię, szansę ma każdy. Pytanie, czy z niej skorzysta.

– Ale to już inna bajka, sam będzie musiał wziąć się za siebie  – stwierdziła Adelka. –  A ty wreszcie pozbądź się mentalności niańki.

– Dobrze ci mówić. Ja już jestem wykończona jakby żadnego urlopu nie było. On całymi nocami chodzi po przedpokoju, świeci światło, wymachuje rękami bez ładu i składu. Coś niewyraźnie mamrocze pod nosem, a wyraźniej i głośniej, że mnie zabije, wbije mi nóż jak tylko zasnę, że i tak zdechnę niedługo, więc żebym niczego sobie nie wyobrażała. Gdyby nie psice, pewnie by spełnił groźby już dawno. Jak jest kompletnie zalany, zapomina, że Gama to nie  łagodna stara Rina. Choć pijany jak bela, potrafi bezszelestnie zakraść się do mojego pokoju. Gamcia staje mu na drodze i warczy. Wtedy się budzę – głos Eli się załamał i łzy znowu pokazały w oczach. – A wiecie co mi mały powiedział? Że miał dzieciństwo do bani, bo nie skończyłam tego wcześniej  i on nie ma żadnego dobrego wspomnienia związanego z ojcem…- łzy płynęły ciurkiem po policzkach.

– Ciiicho, uspokój się – przytuliła Kasia przyjaciółkę.

– Masz chustkę i wytrzyj nos – podała Adelka pudełko chusteczek higienicznych. – Przecież nie będę się zadawała z zasmarkańcem… No, nie becz już. I tak cię kocham.

– Kochamy, obie – sprostowała Kasia. – Teraz  zaś, moje drogie przyjaciółki, wróćmy do tematu zasadniczego, czyli do wspomnień ze słonecznych dni. Elcia, uśmiechnij się i powiedz coś o Szczawnicy.

Elcia  uśmiechnęła się na samą myśl o Szczawnicy.

– Wiecie co? Zakochałam się.

– Ooo – dał się słyszeć dwugłos wyrażający zdumienie i radość.

– W Szczawnicy!

– Przecież tam właśnie byłaś – zaśmiała się Kasia. – To chyba jasne, że w Szczawnicy. No, ewentualnie jeszcze mogłaś się zakochać po drodze.

– Na przykład na postoju, na stacji benzynowej, albo w autokarze – podpowiedziała Adelka. – Mówiąc szczerze, nie spodziewałam się, że tak szybko ci pójdzie.

– Powiesz chociaż jak mu na imię? – dopytywała się Kasia.

Elżbieta patrzyła zdumiona to na jedną, to na drugą.

– Czyje imię? Co wy bredzicie? Nie… niemożliwe… co wam do tych głupich głów przychodzi? Zakochałam się w miasteczku, bo jest przecudne, wy durne baby.

– Aaa – tym razem dwugłos obwieszczał rozczarowanie.

– Byłam zmęczona ośmiogodzinną jazdą autokarem, ale kiedy wysiadłam, wciągnęłam powietrze w płuca i rozejrzałam się, już byłam zakochana.

– Nie mówiłam? – Kasia tryumfująco spojrzała na Adelkę.

– To ja mówiłam – sprostowała Adelka.

– Niech ci będzie – uśmiechnięta Kasia skinęła głową. – Obie miałyśmy rację. Powiedz, które trasy zaliczyłaś? Co ci się najbardziej podobało?

Ela z zapałem rozpoczęła opowieść o cudach natury, które widziała, starając  się pomijać osobę Winicjusza. Zająknęła się przy tym kilkakrotnie, co – oczywiście – nie uszło uwagi interlokutorek.

– I co, tak zupełnie sama chodziłaś przez cały czas? – spojrzała podejrzliwie Kasia. – Nikogo nie poznałaś? Sama się włóczyłaś po górach? Nie wierzę ci. Coś ukrywasz.

– O, jaka ciekawa. Może sama, może nie – nagle rozjaśnione oczy Elżbiety ciepło spojrzały na przyjaciółki.

– Uuu – dwugłos wyrażał ciekawość najwyższego stopnia.

– Nie bądź żyła, powiedz coś więcej – prosiła Kasia.

– Skąd jest? Znamy go? – dopytywała się Adelka.

– Adelka, no co ty. Skąd miałybyśmy znać kogoś, kogo poznała na drugim końcu Polski, kiedy nas tam nie było? Nie bądź ciekawska, bo Elka nam niczego nie zdradzi ze strachu, że w sądzie powiemy, że to ona ma faceta i dlatego Mirek pije, i właśnie ona jest winna rozkładu małżeństwa – roześmiała się Kasia.

– Aleś wymyśliła, też coś. Ale właściwie… może i racja. Ja nie potrafię kłamać i zawsze wpadałam ilekroć zełgałam. Dlatego już dawno stwierdziłam, że to mi się po prostu nie opłaca – stwierdziła Adelka.

– Ja tak samo… – zaczęła Kasia.

– Przestaniecie? Zgłupiałyście  zupełnie.

– No nie wiem czy to my… – Kasia  zabrała ze stołu swoją filiżankę. – Wolę odsunąć, bo machniesz łapą i mi rozbijesz.

– No dobrze, pokażę wam zdjęcie ze spływu Dunajcem. Właściwie…  kilka spacerów zaliczyłam z Winicjuszem…

– Cooo? – dwugłos nie wiedział co  wyrażał.

– Z moim Winicjuszem?- starała się uściślić informację Adelka.

– Zaraz, jak to z twoim? – spojrzała badawczo Elżbieta. – Dlaczego tak powiedziałaś?

– No jasne, przecież miał jechać do Szczawnicy – uderzyła się otwartą dłonią w czoło. – Mówił Zenkowi. Pewnie, że to on – przyjrzała się fotografii i wzruszyła ramionami. – Skoro znam faceta sto lat, chyba mogę tak powiedzieć.

– Skąd go znasz tak długo? – zainteresowała się Kasia. – Przecież nie masz nawet siedemdziesiątki…

Elżbieta nie roześmiała się, wręcz przeciwnie, jej twarz wyrażała uczucia … no właśnie, jakie?

– Przecież ty go też znasz – dodała Adelka. – No, z drugiej strony, trudno to nazwać znajomością. Masz prawo nie pamiętać, kto cię dwa razy dźwigał z ziemi jak padłaś przed szpitalem i potem w środku, no, wtedy, kiedy Mirek zmiażdżył ci nogę…

W głowie pobladłej Eli zaczęły w piorunującym tempie przesuwać się obrazy, kojarzyć fakty, na które świadomość do tej pory nie zwracała uwagi… Myślała, ze zna go ze sklepu, z mijania się na ulicy czy w metrze, w końcu mieszkali niedaleko i  – jak się okazało – spotykali się nie jeden raz. Wydawał jej się podobny, tylko nie wiedziała do kogo….

Poczuła się oszukana i zdradzona. Zaufała mu, zwierzała się z myśli i pragnień, rozmawiała jak nigdy dotąd z żadnym mężczyzną, była – tak, musi przyznać – była szczęśliwa! A teraz okazuje się, że oszukał ją, wiedział o niej wszystko i nie zdradził się z tym! A srebrny mercedes? Też już kiedyś przejechał przez jej życie… Gdyby wiedziała, że on wie, nigdy w życiu nie nawiązywałaby z nim żadnych kontaktów, uciekłaby jak najdalej… W jednej chwili zmieniła się w dawną Elżbietę – ofiarę Mirka i całego świata, męczennicę własnej wyobraźni i obaw. Postanowiła, że nigdy w życiu nie spotka się więcej z Winicjuszem. Nie chce go znać!

30.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Pomimo że rozmowa między dziewczynami toczy się w ciężkim temacie
    – fajna jest ta ich przyjacielska bliskość. Rety jak ja dawno tak sobie
    nie pogadałam – jest za czym tęsknić.
    wszystkiego dobrego Aniu !

    urszula97 Cofnęłam się kupę lat do tyłu,może nie do Szczawnicy a do Karpacza,pięknie.

  • annazadroza Urszulo:-) Czasem drobiazg wystarcza, żeby odszukać w pamięci wspomnienia wydarzeń, o których całkiem zapomnieliśmy. A jeśli są miłe, to cieszę się, że wróciły:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Cieszę się, że trafiłaś na te moje dyrdymałki i możemy sobie tu pogadać. Odzywaj się jak najczęściej:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Przynajmniej się dzieci nie potrują

Czytałam właśnie o południowej obwodnicy Warszawy, która zaplanowana była wieki temu, jeszcze zanim zamieszkałam na Ursynowie. Czyli czasy serialu Alternatywy 4 i dokładnie moje tereny, wokół mego bloku. Wtedy można było budować drogi, autostrady i diabli wiedzą co jeszcze, bo były chaszcze, resztki ogrodów i pola, niektóre nawet uprawiane, skaczące zające. Wiem, bo chodziłam z dziećmi na spacery, Mały jeszcze w dużym wózku, Duży obok na własnych nóżkach… oj, łezka się w oku zakręciła…

A teraz – każdy wolny kawałek jest zabudowany, potwornie drogie mieszkania w nowoczesnych budynkach znalazły lokatorów. No i mają oni atrakcje w postaci budowanej obwodnicy pod samymi oknami. Harmider, huk, hałas, wykopy, rozkopy, warczące koparki i inne maszyny niczym potwory, wycięte drzewa. Bardzo przykry widok. Potem ma być ponoć bardzo ładnie, miejsca do uprawiania sportu, zieleń i park, nawet Giełda
Na Dołku – czyli bazarek – ma wrócić na swoje miejsce. Z tego się cieszę, nawet bardzo. Tylko tak sobie myślę, czy nie prościej było budować po kolei a nie znowu od doopy strony? Była zaplanowana trasa, to trzeba było plan zrealizować, a nie najpierw postawić bloki, osiedla i dopiero potem kombinować jak to poskładać do kupy.
Znowu marudzę, a powinnam się cieszyć, bo podobno mają być zainstalowane filtry oczyszczające powietrze ze spalin odprowadzanych z tunelu obwodnicy. Przynajmniej mi się dzieci nie potrują.

30.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A my uciekliśmy ,,na stare lata ;),, za miasto po prostu na wieś.
    Za płotem pieją koguty w oddali słychać rżenie koni no i przed
    oknem zielono ( oczywiście nie teraz). Ale przypuszczam, że za
    10 lat i to piękne miejsce wchłonie miasto.
    Kocham spokój, już się chyba wypaliłam 😉
    serdeczności Aniu
  • babciabezmohera Powiadają, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… Może i tak? Chociaż ja swoje miejsce na ziemi bardzo lubię. ;))
  • annazadroza Kasiu:-) My przenieśliśmy się na drugą stronę lasu, do małego osiedla, do domku z ogródkiem, żeby Babcia D. miała spokój i zajęcie, bo lubiła chodzić na działkę. Dzieciaki zostały na Ursynowie. Spokój się skończył. Przy osiedlu był dom w pięknym sadzie, ale -niestety zmarł właściciel. Sad został wycięty, dom pewnie zburzą, rozpoczęła się budowa osiedla segmentów. Kawałek dalej poszerzają ulicę, wycięli wszystkie drzewa, przejść się na da, ziemia rozkopana, błoto okrutne. Tak więc z każdej strony budowa i niedogodności z tym związane. Jest jednak nadzieja, że kiedy się skończą, będzie ładnie, czysto i urosną nowe drzewa. Widzę w okolicy, że natychmiast po zakończeniu różnych inwestycji porządkowany jest teren i „zazieleniany”.
    A koguty też słyszę, kiedy idę z psami na spacer:))) I Ciepłego z Puchatym dla Ciebie!!!
  • annazadroza BBM:-) Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – to moje odczucie. Najbardziej lubię być w domu, a wciąż mam tego bycia niedosyt. Tak bym chciała kilka spokojnych dni, w których nie musiałabym nigdzie iść (poza wyjściem z psami i Biedronką), mieć spokojną głowę i nie myśleć, nie musieć myśleć o różnych takich…
    Też moc Ciepłego z Puchatym dla Ciebie!!!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Tak, to jest smutne, że kiedy nie ma ciągłości pokoleniowej tak wiele
    się zmienia wręcz wywraca do góry nogami, a najlepiej zburzyć.
    Od zawsze fascynowali mnie ludzie którzy chcieli i potrafili remontować
    stare domy przywracać im pamięć i dawać drugie życie. Zresztą ja w ogóle
    lubię z zamiłowania naprawiać ,,stare,,…a te czasy są inne – w pogoni
    za ,,nowym,, tracimy duszę.
    Ale ja nigdzie nie biegnę 😉 i życzę Ci dobrego ciepłego wieczoru !
  • annazadroza Kasiu:-) Mąż mnie poprawił, że to nie domek z ogródkiem, lecz segmencik z kawałkiem ziemi wielkości chusteczki do nosa:) Ale jest:)))
    Kocham stare domy i żal mi bardzo, kiedy umierają.
    Dobrze jest nie biec, w spokoju pokonywać kolejne odległości, we własnym tempie. I dobrze Ci, że nie musisz biegać.
    Dzięki, i Tobie też miłego wieczoru i równie miłego poranka:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu ja bym bardzo chciała biegać, ale mam niesprawną nogę.
    Praktycznie nie wychodzę z domu… To co mnie otacza ten piękny
    świat to tylko z pozycji okna. Biegam i chodzę tylko w snach…
    serdeczności jeszcze raz 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) To bardzo przykre, każde ograniczenie napełnia smutkiem. Szukając jaśniejszej strony życia – masz wyobraźnię i możesz używać jej bez ograniczeń czytając książki i patrząc na zieleń przez okno. Może to głupio brzmi, nie myśl, że chciałam urazić czy coś…
    Mnóstwo Dobrego i Serdecznego:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu w życiu tak nie pomyślałabym – przecież czuję Twój klimat i myśli
    tu na blogu. Poza tym takie sprawy ,,zakrywa,, monitor więc skąd można
    się domyślać ? Czasami to dobrze, a czasami źle, ale chyba wolę
    być bardziej ,,przejrzysta,,…mniej się męczę wtedy – taki paradoks.
    wszystkiego dobrego !
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Milczący przyjaciel

Dziś byłam na rehabilitacji po raz pierwszy. Nie w ogóle, tylko w tym „turnusie”, na szyjny odcinek kręgosłupa. Czekałam od sierpnia i się doczekałam:) Udało mi się nawet zmienić godzinę i od jutra będę skoro świt o siódmej piętnaście w gabinecie, tym sposobem potem do Calineczki zdążę „na służbę”:)))
Wieczorem wyjęłam z zamrażalnika pierogi, więc miałam gotowy obiad, zupa została z wczoraj. Babcia D. wylała swoją porcję do sedesu, bo na pewno gotowałam w garnku aluminiowym i przeszła smakiem. Przysięgam, że takowych garnków nie posiadam, nie posiadałam ani nie zamierzam ich mieć. Jeszcze w
poprzednim stuleciu moja mama wyrzuciła ostatni taki rondelek, gdy przeczytała, że nie należy ich używać ze względów zdrowotnych. Po obiedzie i wyjściu z psami (co za psia pogoda, brr, mokro, wietrzno, choć ciepło, +10 stopni było) usiadłam do Lapcia, miałam zaległości w komentarzach i tak się pogrążyłam w rozmowach z Wami, że dopiero teraz oderwałam się od życia towarzyskiego na blogu. Chciałabym jeszcze przełożyć część książek w inne miejsce, bo kupiliśmy mały regalik specjalnie dla nich. To nie błąd, nie „na nie” tylko „dla nich”, dla przyjaciół. Bo przecież książka to najlepszy milczący przyjaciel człowieka:)))

29.01.2018

  • kolewoczy Kupiłam dzisiaj dwie książki a czytam cztery inne pozaczynane 🙂
  • nie-okrzesana Ja tez kupiłam dwie. I nawet jedną zaczęłam czytać.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Witaj Aniu 🙂 miło i ciepło tu u Ciebie pomimo strasznego wiatru.
    A ja wracam do książek sprzed…( oj dawno to było;) i czytam
    z rzewnym wspomnieniem chwil kiedy miałam je pierwszy
    raz w ręku. Teraz wyczytuję inne myśli inne problemy a książka ta sama…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Też mam pod ręką kilka niezbędnie potrzebnych, zawsze:) Jeśli zaczynam powieść – to muszę ją skończyć, nie ma wyjścia, dlatego teraz mało ich czytam. Zwyczajnie nie mam kiedy, bo padam na nos i odpływam. Teraz mam obok Lapcia „Długowieczność zależy od ciebie” Mariana Pomorskiego i „Sekrety wiecznej młodości” pod red.Edwarda Claflina. Po śmierci Taty milion:))) książek przywiozłam z jego podkreśleniami i notatkami. I czuję się, jakby do mnie mówił zwracając uwagę na istotne fragmenty:)
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Książki dostarczają mi teraz dzieci, mam dwie pełne siatki do przejrzenia. Większość najczęściej idzie dalej, sporadycznie tylko zostawiam coś, z czym trudno się rozstać i do czego mam nadzieję wrócić. Swoich ukochanych, jeszcze z dzieciństwa nawet, mam mnóstwo i nie oddam ich nikomu za skarby świata. Są schowane w pudełkach z Ikea, bo ich stan nieraz nie pozwala na stanie na półce, ale cóż, niech sobie poleżą, aby tylko były:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki:) To prawda, że inaczej odbiera się książki czytane po raz kolejny. W zależności od nastroju, przeżywanych problemów, zmieniających się zainteresowań itd. Ale mam takie, które kocham zawsze i wszędzie, np. L. Maud Montgomery. Kocham ją za wszystko, co napisała. Nowelki, opowiadania są po prostu genialne, pokazują jej niezwykły dar obserwacji ludzi i otoczenia, i zdolność pokazania charakteru różnych osób w kilku słowach. Poza tym ujmuje mnie ciepło, wiara w dobro i piękno emanujące z jej twórczości mimo, iż życie jej nie rozpieszczało.
  • irsila Ostatnio wygrzebałam zakurzone myśli Pascala,
    ale to dość trudne do czytania.
  • annazadroza Irsilo:-) Czasem fajnie jest otworzyć taką książkę na chybił-trafił i zastanowić się nad sensem pierwszego zdania, które wpadnie w oko. Różne ciekawe rzeczy mogą wtedy przyjść do głowy. Pozdrawiam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia”16e

Wieczorem nadciągnęły chmury nie wiadomo skąd, jak to w górach. Pojawiły się nagle i lunął deszcz. Padał przez całą noc „jednaki, miarowy, niezmienny”. Ranek wstał jeszcze mokry i pochmurny, ale po chwili wyłoniło się słońce, ożywiło i rozweseliło zamglony świat, obudziło Elżbietę na tyle skutecznie, że wychyliła  spod kołdry nie tylko czubek nosa, ale całą głowę. Słuchając szumu deszczu i bębnienia kropli o poręcz balkonu miała ochotę cały dzień przeleżeć w łóżku z książką w ręku, ale kiedy promienie słoneczne poczęły wesoło skakać po kropelkach zawieszonych na drzewach i krzewach uwalniając skryte w nich maleńkie tęcze – natychmiast zniknęła chęć leniuchowania, zaś obudziła się dusza podróżnika odkrywcy. Może nie tak do końca sama z siebie… Na sąsiednim balkonie pojawił się Winicjusz.

– Hej, hej, sąsiadeczko! – usłyszała Ela głos, który wywołał jej uśmiech. – Deszcz już sobie poszedł za góry. Może się wybierzemy do Czerwonego Klasztoru? Odezwij się! Wiem, że nie śpisz, bo otworzyłaś drzwi na balkon.

Odrzuciła na bok kołdrę i wyszła na balkon. Była w zielonej piżamie z krótkim rękawkiem zakrywającej wszystko, co jej zdaniem powinna zakrywać.

– Cześć sąsiedzie – odpowiedziała mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem dnia. – Mówiłeś o czymś czerwonym czy mi się śniło?

– O Czerwonym Klasztorze. To na Słowacji. Idzie się tam wygodną drogą wzdłuż Dunajca. Inne szlaki są w tej chwili mokre i śliskie, ale Drogą Pienińską można iść nawet w czasie deszczu. Co ty na to?

– To znaczy na co?

– Na propozycję wycieczki na Słowację w moim towarzystwie.

– Czekaj, niech no pomyślę…- uśmiechała się do niego, do swoich myśli, do przestrzeni międzyplanetarnej…

Jej uśmiech mógłby rozjaśnić mrok w Winicjuszowej duszy gdyby takowy tam panował, teraz zaś przeganiał ostatnie deszczowe chmury snujące się nad Palenicą. Winicjusz patrzył na ten uśmiech, na kształt ciała dobrze widoczny pod bawełnianą piżamką, która – choć ze ścisłego materiału dobrze kryjącego ” zawartość” – uwydatniała kobiece kształty Elżbiety nad wyraz mocno rozpalając wyobraźnię Winicjusza. Sam był tym zdziwiony. Bez problemu mógł zdobyć każdą kobietę, na którą zwróciłby uwagę. Ale już go to nie pociągało. Teraz nagle został zaskoczony przez własne odczucia. Nie myślał o seksie. To znaczy myślał, był przecież normalnym, zdrowym facetem. Lecz oprócz tego odczuwał chęć przytulenia Eli, Elżuni, chronienia jej i oderwania od tego życia, które tak bardzo ją doświadczyło, dało jej taką szkołę, że mało kogo nie złamałaby do końca. A ona przetrwała. I potrafiła być taka świeża, czysta, prawie dziewczęca i sprawić, że i on w jej obecności poczuł się innym człowiekiem. Takim nowym i oczyszczonym. Jakby cofnęły się lata. Jakby całe życie było dopiero przed nim a nie za nim. To było zaskakująco niesamowite wrażenie. Elżbieta przeciągnęła się jak kotka, nieświadoma, że w ten sposób, eksponując pod obcisłą piżamką atrybuty swej kobiecości wywołuje u sąsiada nasilenie określonych myśli i pragnień, i ziewnęła.

– No dobrze, to kiedy wyruszamy? – spytała.

– Jak tylko będziesz gotowa.

– To daj mi pół godziny.

– Ani chwili dłużej, wejdę po ciebie siłą – zagroził.

– Pomyślę o tym – ze śmiechem skryła się w pokoju.

– Może ci pomóc? Będzie prędzej.

Na wszelki wypadek sprawdziła czy drzwi do pokoju są na pewno zamknięte i oparła się o nie plecami. Uświadomiła sobie, że wcale nie musiała się odwracać, aby sprawdzić czy Winicjusz stoi na balkonie. Wiedziała, że jest i  na nią patrzy. Była pewna, że się uśmiecha. Czuła, jakby ją dotykał łagodnie, z czułością, delikatnie… Jakie to miłe… Poddała się dawno zapomnianemu uczuciu do chwili uświadomienia sobie własnej reakcji. Spięła się wtedy w sobie, wzdrygnęła, wstrząsnęła, jakby zrzucając z siebie to coś, co sprawiło, że znów poczuła się kobietą… No nie, nie może sobie na to pozwolić. W żadnym razie. Zaangażowanie uczuciowe to ból, cierpienie, wykorzystywanie, porzucenie, szantaż psychiczny i emocjonalny połączony z przemocą fizyczną. Nie chce więcej przeżywać niczego podobnego. Każdy marzy o czymś takim jak miłość, szacunek, opieka ze strony partnera. Jednak ona nie wierzy w takie bzdury, w realnym życiu się nie zdarzają. No, może czasem, innym, bo jej na pewno nie. Poczuła znajomy skurcz żołądka.

– Hej jesteś tam, czy cię UFO porwało? – usłyszała głos Winicjusza. – Wiem, wiem, jesteś myślącą kobietą, ale już strasznie długo myślisz.

– Fakt. Zapomniałam, że jestem na urlopie i… coś mi się przypomniało…No właśnie, jestem na urlopie i nikt nie będzie mnie poganiał! Sama sobie doskonale dam radę!

Przymknęła oczy i z uśmiechem na twarzy pomyślała co by było, gdyby nagle się tu zjawił. Poczuła, że silny rumieniec oblewa ją całą. Jak to możliwe, ze myśli i czuje niczym nastolatka? Oczywiście niegdysiejsza nastolatka, teraz są inne. To chyba dlatego, że całe lata nie była z mężczyzną. Mirek napawał ją odrazą i wszelkie próby zbliżenia z jego strony od dawna powodowały u niej odruch wymiotny. Zresztą od wielu lat już nie próbował, z czego była zadowolona mając o jeden stres mniej. Zupełnie nie mogła sobie siebie wyobrazić w intymnym zbliżeniu. Jej wyobraźnia nie znała już tej drogi, nie działała w tym kierunku… To dlaczego tak skwapliwie rzuciła się do drzwi sprawdzić, czy są zamknięte? Dlaczego teraz stała jak osioł i czuła gorąco nie tylko na twarzy, ale falę ciepła wyraźnie przechodzącą przez całe ciało? Sama nie mogła zrozumieć tych odczuć. Jedyne czego była pewna to fakt, że nie były nieprzyjemne… Skojarzyła, że obudziło się w niej coś na kształt poczucia własności. Łapała się na tym, iż kobiety zwracające uwagę na Winicjusza w jej obecności – a oczywiście takowych nie brakowało – zaczynają działać jej na nerwy. „Może małpa obudzi się cała połamana i będą ją bolały kości” – pomyślała o uśmiechającej się do jej… no…przyjaciela…O rany, towarzysza wycieczek przecież! U innej z satysfakcją dostrzegła zwisający brzuch widoczny spod zbyt krótkiej bluzki… O jejku! Za kilka minut miała być gotowa! Wskoczyła szybko pod prysznic. Woda przywróciła ją rzeczywistości. Nie znosiła innej kąpieli poza gorącą lecz teraz nie miała czasu na zastanawianie się nad takimi drobiazgami jak temperatura wody. W rekordowym tempie założyła bluzeczkę koloru khaki i białe rybaczki w cętki koloru bluzeczki. Przejechała szczotką po włosach, podpięła je po bokach spinkami. Jeszcze tylko ciemne okulary, plecak… rety, o mało nie wyszła w klapkach. Szybko zawiązała sznurówki białych adidasów. Była gotowa dokładnie w momencie, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Przez głowę przemknęła myśl: co by było, gdyby jednak drzwi były otwarte a ona pod prysznicem…

– A idźże głupia babo – ofuknęła samą siebie otwierając drzwi.

– Mówiłaś coś do mnie?

– Nie, do siebie. Czasem dobrze z kimś mądrym porozmawiać – uśmiechnęła się promiennie.

– Nie do wiary! Jesteś gotowa co do minuty! To naprawdę wyjątkowe.

– Bo ja w ogóle jestem wyjątkowa – rzuciła mu łobuzerskie spojrzenie, przekręciła klucz w zamku i ruszyła schodami w dół.

– W to akurat wierzę bez zastrzeżeń – stwierdził dogoniwszy ją na półpiętrze.

– To w którą stronę idziemy? – rzuciła ignorując uwagę.

– Mostkiem przez Grajcarek, deptakiem do Dunajca, do granicy a potem jest rozwidlenie do Leśnicy i do Czerwonego Klasztoru – wyjaśnił.

– Ile czasu zajmie nam droga?

– Z tobą jakieś dwie i pół godziny.

– Co to znaczy ze mną? A beze mnie?

– Bez ciebie to ja bym tam w ogóle nie szedł. Byłem kilka razy. Tobie chcę pokazać najpiękniejsze zakątki Pienin. Bo warto.

– Warto ze względu na Pieniny czy na mnie? – zajrzała mu w oczy odwracając się  i oczywiście  musiała się potknąć na ostatnim stopniu, bo jakże by mogło być inaczej.

Chwycił ją za rękę chroniąc przed upadkiem i przyciągnął do siebie czekając aż odzyska równowagę. Na ułamek sekundy oparła się o niego, przylgnęła całym ciałem i poczuła zawrót głowy. Odsunęła się gwałtownie.

– Dzięki. Uratowałeś mnie przed upadkiem.

– Widzisz? Jestem ci potrzebny. Co byś zrobiła beze mnie?

– Prawdopodobnie wybiłabym sobie zęby, a na pewno dorobiłabym się siniaków.

– Albo skręciłabyś nogę i ominęłaby cię fantastyczna wycieczka w moim towarzystwie.

– To byłoby straszne. Chodźmy wiec zanim coś się znowu stanie i faktycznie udaremni nasze plany – miło było powiedzieć „nasze” a nie jak zawsze: „moje” plany.

Na deptaku nad Grajcarkiem było tłoczno i gwarno. Turyści wykorzystywali każdą chwilę pobytu. Opalali się nad wodą, dzieci karmiły kaczki, brodziły w wodzie po kamieniach, ścieżką rowerową przemieszczały się w obie strony rowery i takie śmieszne czterokołowe pojazdy poruszane siłą ludzkich nóg.

– To jakby dwa rowery połączone poprzecznymi siedzeniami – stwierdziła Ela. – Fajne ale chyba męczące, trzeba się strasznie nakręcić nogami, żeby toto jechało.

Szybkim krokiem doszli do Dunajca mijając po lewej stronie pensjonaty, pola namiotowe, stragany z pamiątkami.

Przełom Dunajca to rzeczywiście cud natury, na pewno jeden z cudów świata. Po obu stronach wznoszą się skały to ukryte w gęstwinie zieleni, to bielejące w słońcu, rzucające się z daleka w oczy, odbijające się w wodzie zmieniającej barwę w zależności od głębokości koryta i szybkości nurtu w danym miejscu, od prawie czarnej poprzez brąz, różne odcienie zieleni po szmaragd.

– Zobacz, tu po lewej stronie jest wejście do schroniska na Orlicy. Potem można iść dalej aż do Palenicy.

– Przecież wiem, byłam – odrzekła dumna z siebie. – Nie wszystkim mnie zaskoczysz.

– Ale na pewno ilością ryb. To znaczy – widokiem dużej ilości szczęśliwych ryb. Spójrz.

Spojrzała w dół. Oparła się o metalową barierkę i zafascynowana przyglądała się rybom o pomarańczowych płetwach kłębiących się w płytkiej, ciepłej wodzie. Zjadały  kawałki chleba rzucane przez turystów. Częstokroć były szybsze od kaczek, które gromadziły się tłumnie dobrze wiedząc, że przy dużej ilości ludzi mogą się bez trudu pożywić. Ryby okazywały się być sprytniejsze, zwinniejsze i potrafiły sprzed dzioba rozleniwionej kaczki porwać smaczny kąsek wyskakując ponad poziom płynącej wody, zostawiając zdziwionej kaczce rozsiane w powietrzu kropelki wody migocące w promieniach słońca.

– To są prawdziwe dziwy – szepnęła.

– Nie Elżuniu, nie masz racji. Dziwy są tam – wskazał ruchem głowy ławeczkę, na której siedziały dwie potwornie wymalowane dziewczyny w króciutkim mini, hałaśliwe, chichoczące, widocznie próbujące wzbudzić zainteresowanie. – Jedna przyjmuje od ósmej do szesnastej, druga do dwudziestej czwartej, gdy koleżanka odsypia. I są na gościnnych występach.

– A ty skąd znasz takie szczegóły?

– Życie, dziewczyno, życie uczy obserwacji i wyciągania wniosków – puścił oko w jej stronę.

Objął Elżbietę ramieniem. Nie wyrwała się i szli przez chwilę w milczeniu. Przez jej mózg przelatywały znowu dziesiątki myśli i obrazów. Tak właśnie powinno być, tak wygląda prawdziwe życie, kobieta i mężczyzna idą przytuleni, sprawia im radość sam fakt bycia obok siebie, razem obserwują otaczający świat, razem rozwiązują problemy, zwyczajnie są razem… Nieposłuszne łzy stoczyły się po policzku, nie chciały zostać pod powiekami.

– Co się stało? – Winicjusz pochylił się nad nią zaniepokojony. – Coś nie tak?

– Oj tak, właśnie, że tak. Jak nigdy w moim życiu. A ja sobie na żadne słabości nie mogę pozwolić – ruszyła szybciej do przodu zręcznie wysuwając się spod ramienia towarzysza.

– Elżuniu, nie jesteś nadczłowiekiem. Masz prawo do wszystkiego, do słabości również. Tylko, że tych ostatnich to ja akurat u ciebie nie widzę – dogonił ją kilkoma krokami.

– Co ty możesz wiedzieć… bzdury… zapomniałam, że jestem na urlopie – uśmiechnęła się do Winicjusza, choć oczy miała jeszcze wilgotne i błyszczące. – Mam wolne od codziennego życia. Zresztą tu naprawdę jest jak w bajce.

Wkrótce doszli do granicy. Dunajec beztrosko skakał po kamieniach, odbijał się od skał wyznaczających jego bieg. Znał swoją potęgę i dobrze wiedział, że jeśli przyjdzie mu taka ochota, pokona wszystkie przeszkody stające na drodze za nic mając wysiłek ludzi próbujących go powstrzymać. Z dobrotliwością olbrzyma świadomego swej siły dążył do przodu to leniwie, to wartko niosąc na grzbiecie tratwy wypełnione  dwunożnymi istotami zachwyconymi coraz nowymi widokami zmieniającymi się co kilka metrów, wyłaniającymi się zza każdego zakrętu rzeki. Dunajcowi było obojętne czy to polska strona granicy czy słowacka. Nie czynił też różnicy między ludźmi. Jeśli ktoś zlekceważył jego potęgę, potrafił zabrać zuchwalca, wciągnąć w głębinę ku przestrodze innym. Teraz jednak był zadowolony, niczym nie rozgniewany spokojnie toczył swe wody migocące w słońcu, rozbawiony śmiechem ludzi niosącym się z tratw, na których flisacy zabawiali turystów opowiadaniem prawdziwych i nieprawdziwych historyjek.

Droga Pienińska biegła cały czas wzdłuż Dunajca. Zachwycona Elżbieta nie mogła oderwać wzroku od rzeki chwilami będącej w zasięgu ręki, chwilami widocznej z góry. Szczególnie na zakolach z płynącymi tratwami, z brzegami porośniętymi zielenią, z bielejącymi wśród niej skałami wyglądała tak pięknie, tak nierzeczywiście pięknie jak dekoracja do filmu.

– To niewiarygodne, że są takie cuda na świecie. – wyszeptała rozpromieniona, rozjaśniona pięknem otoczenia i pięknem własnym, wewnętrznym, które bez przeszkód i zahamowań błyszczało w jej oczach.

– Tyz prowda – skwapliwie przytaknął Winicjusz patrząc nie na rzekę lecz na towarzyszkę wyprawy. – Tam jest odcisk Janosikowej stopy, na skale. Widzis babo?

– A widzę, widzę – roześmiała się. – A wyście Janosikowi?

– A juści. Ino zem se ciupage kasik zapodział…

– To i na zbójowanie iść nie możecie.

– A co mi tam zbójowanie, kiedy tako dzioucha idzie ze mną.

Śmiejąc się nie patrzyła pod nogi i zahaczyła stopą o korzeń. Nie pierwszy raz w jego obecności, bo jakoś tak jej się nogi plątały jak nigdy w życiu. Winicjusz objął ją w pół.

– No widzis babo? Do Dunajca byś mi wpadła jakbym cie nie obłapił. Teroz jus cie nie pusce.

– Dobrze, że cię żaden góral nie słyszy. Czytałam, że oni bardzo nie lubią jak taki cupoł udaje, że mówi gwarą a plecie trzy po trzy.

– Kto?

– Cupoł. Tak mój dziadek mówił na warszawiaków. Tu się chyba mówi ceper?

– Aha, lecz niezupełnie masz rację, bo moje korzenie tkwią niedaleko stąd.

Droga zaprowadziła ich na wielką łąkę, stanowiącą zapewne również pole namiotowe. Znajdowało się tu sporo rozbitych namiotów zróżnicowanych pod względem wielkości, kształtu i koloru. Na pierwszym planie rzucała się w oczy drewniana konstrukcja, coś w rodzaju muszli koncertowej czy estrady dla artystów. Elżbieta odwróciła się, żeby obejrzeć dokładniej ów twór i krzyknęła z zachwytu. Na tle ciemnobłękitnego nieba rysowały się wyraźnie Trzy Korony.

– Boże, jakie to piękne – powtarzała raz po raz. – Jakie piękne.

– Spójrz, tam dalej są zabudowania Czerwonego Klasztoru. Widzisz?

– Tak, widzę. Został zbudowany… zaraz… chyba w czternastym wieku?

– Brawo. W 1319 roku ufundował go węgierski magnat, nie pamiętam nazwiska, Rokosz chyba, albo jakoś podobnie. Zamieszkali tu kartuzi, potem kameduli. Oni właśnie utworzyli szpital, aptekę i zajazd. Sławny jest brat Cyprian, mnich z klasztoru, znany jako lekarz, farmaceuta, malarz, zielarz, twórca pierwszego zielnika pienińskich roślin zawierającego opis ich właściwości leczniczych oraz nazwy podane w języku greckim, łacińskim, polskim, niemieckim. Może muzeum będzie otwarte to sama zobaczysz. Podobno skonstruował latającą maszynę i poleciał w Tatry, tam się rozbił i zamienił w skałę Mnichem nazwaną.

– To dlatego bufet nazywa się „Cyprian”, tak samo jak hotel, którego reklamę widziałam – kiwnęła głową ze zrozumieniem.

Weszli na dziedziniec wybrukowany kamieniami, zwiedzili muzeum. W małym przymuzealnym sklepiku Ela kupiła buteleczkę olejku ziołowego do smarowania bolących mięśni, stworzonego według starego przepisu zakonnika zielarza.

Do końca pobytu Elżbieta miała wypełnioną każdą chwilę czymś interesującym i zasługującym na zapamiętanie. Nie pozwalała sobie więcej na żadne przemyślenia i refleksje, zresztą nie było na to czasu a także i siły, ponieważ Winicjusz zadbał o atrakcyjność dalszej części pobytu. Wybrali się więc na spływ tratwą po Dunajcu ze Sromowców Niżnych, czego pamiątką stała się profesjonalna fotografia odebrana na przystani w Szczawnicy. Zaśmiewali się ze zdjęcia, bo uwiecznieni oboje siedzący na tratwie w ciemnych okularach, z poważnymi minami wyglądali jak tajni agenci wysłani z misją do Jamesa Bonda. Poza tym zwiedzili słowacką  Leśnicę i wioskę Janosika. W  „Czardzie” jedli smażone oscypki i bawili się przy dźwiękach góralskiej kapeli wspólnie z grupą turystów przywiezionych z pensjonatu dorożkami. Wybrali się do zamku w Czorsztynie, potem obejrzeli zaporę i zamek w Niedzicy. Winicjusz proponował rejs po jeziorze lecz nagła zmiana pogody przyniosła silny wiatr, Elżbiecie zrobiło się zimno, więc wrócili do samochodu. Podjechali jeszcze do sklepu monopolowego w słowackiej Łysej, gdzie zaopatrzyli się w znakomitą słowacką śliwowicę i gruszkówkę.

Winicjusz miał zaplanowany pobyt krótszy niż Elżbieta. Nie mógł tego zmienić ze względu na wcześniej ustalony terminarz spotkań i wyjazdów biznesowych.

– Przykro mi bardzo, Elżuniu, że zostawiam cię tu samą, lecz przecież za kilka dni spotkamy się i chyba nic nie stanie na przeszkodzie, aby kontynuować nasze wakacje w nieskończoność. Co ty na to?

– Tak, tak, z pewnością – odpowiedziała z roztargnieniem żegnając go wsiadającego do samochodu.

Pojechał. Zrobiło się jej smutno jakby nagle słońce zgasło na niebie i miało się więcej nie pojawić. Jak to się stało, że straciła kontrolę nad emocjami? Przecież dotąd umiała chować swoje przeżycia i lęki głęboko, starała się, żeby nie wychodziły na zewnątrz.. No, nie zawsze, bo czasem brakowało już siły ale, generalnie, jakoś się udawało. Dopiero tutaj, w towarzystwie Winicjusza jakby wróciła do świata żywych ludzi, dała sobie prawo do radości, śmiechu i beztroski. Pozwoliła marzeniom opuścić najdalsze zakamarki podświadomości i wychylić im się na światło dzienne. Teraz jednak dostały rozkaz powrotu w niebyt. Trzeba wrócić do domu i do rzeczywistości. Wakacje Elżbiety się skończyły.

26.01.2018

urszula97

  • Świetne,bardzo piękne,czy to pójdzie do druku?
  • Gość: [kobietawbarwachjesieni] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Potwierdzam to, co Ci już chyba wcześniej napisałam. Uważam, że pięknie piszesz o uczuciach i nie tylko.
  • annazadroza Jesienna i Urszula:-) Kochane dziewczyny, dziękuję za miłe słowa. Po takich komentarzach chce mi się żyć i pisać, gęba sama mi się uśmiecha i świat pięknieje:)))
    Co do druku – chciałaby dusza do raju … Gdyby się zainteresowało któreś wydawnictwo – jestem otwarta. Druga ewentualność – to wygranie w lotka i wydanie samej sobie, bez niczyjej łaski. Ale ponieważ przestałam grać w cokolwiek – marne szanse. Pierwsza część sagi ursynowskiej – „Wejście w światło”, która wyszła w 1995 r. jest do znalezienia na Allegro, widziałam. Serdeczności moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Rzeczywiście z wielką chęcią przeczytałam do końca, co raczej mi się
    nie zdarza na blogach. Tak lekko piszesz… i czuję że ,,malujesz,, jakiś
    swój wytęskniony świat uczuć.
    pozdrawiam Cię ciepło 🙂
    annazadroza

    Kasiu:-) Jakże się cieszę, że mam nową czytelniczkę:) Dziękuję za dobre słowo, dziękuję, że przeczytałaś rozdział nie opuszczając go po drodze:) Zapraszam do dalszej podróży i serdecznie pozdrawiam:)))

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Moja miłość:)))

Wróciłam od Calineczki. Uwielbiam tę kruszynkę, kocham obłędnie i przez cały dzień mogę ją tulić w ramionach. Na razie nie zgłasza sprzeciwu, chichra się na głos:) Tak sobie myślę, że jak własne moje dzieci były małe, ja miałam na głowie tyle spraw i obowiązków, że ze zmęczenia z głową na stole usypiałam. Miłość
miłością, ale siły było brak. Mogłam tylko chłopcom mówić, że są najważniejsi na całym świecie. Kiedy przyszły na świat starsze wnuczki jeszcze pracowałam i też miałam wrażeń – szczególnie pracowych pod koniec – całą masę odbierających siłę i chęć do życia. Dziewczynek nie widywałam codziennie. Dopiero teraz
jestem w sytuacji takiej, że mogę Calineczce poświęcić całą uwagę będąc z nią, odrzucić myślenie o wszystkim innym. Nie dlatego, że problemów nie ma, ale dlatego, że nauczyłam się chwilami je od siebie odsuwać. I teraz taka roześmiana kruszynka, na potęgę pakująca sobie piąstki do buzi, bo pewnie dziąsełka
swędzą – jest najważniejsza na całym świecie:)))

25.01.2018

  • aga-joz Aniu, masz rację z tą miłością. Tak sobie pomyślałam- przede mną jeszcze ze 20 lat pracy. Jeśli trafią mi się w tym czasie wnuki, to będę musiała nieźle kombinować, żeby być prawdziwą babcią. Moje dzieci- tak jak Ty to opisałaś- ich dzieciństwo mocno przegapiłam, bo praca, bo mnóstwo spraw ważnych, mimo że się starałam. Babcie i dziadkowie moich chłopaków też nie za bardzo mieli jak się zaangażować. Moi rodzice pracowali i byli dość daleko, teściowie na miejscu i z większą ilością czasu, ale bez wielkich chęci, raczej od święta. Ja chciałabym inaczej- choćby tak jak dzieciaki moich sióstr, bo one mają dziadków na 100% i w każdej chwili. Zazdroszczę im tego.
  • annazadroza Ago:-) Kiedy zostałam babcią, wymyśliłam, że przynajmniej raz w miesiącu będziemy na cały weekend brać wnuczkę do siebie, bo młodzi odpoczną a ja się małą nacieszę, będę miała ją tylko dla siebie. Oczywiście nie od początku, tylko jak podrosła, miała chyba około roczku. To zdało egzamin na szóstkę z plusem:)))
  • babciabezmohera Chyba nie jestem wzorcową babcią w potocznym rozumieniu tych słów, ale wnuki mogą na mnie liczyć i wiedzą o tym. To nam chyba wystarcza- taką przynajmniej mam nadzieję. 😉
  • lvajxi03 Wnuki to coś pięknego 🙂
  • urszula97 Nie na darmo mówią że wnuki odmładzają i dodają siły,coś w tym jest.U mnie taki słodki Kruszynek,2-m-ce i 10 dni.I ta cierpliwośc, tego przy moich dzieciach brakowało,z wnukami inaczej,
  • annazadroza BBM:-) Jeśli wnuki wiedzą, że mogą na Ciebie liczyć w każdej chwili – to przecież jest przeogromnie ważne! Nie ma znaczenia duuużo słów o uczuciach, które się mogą okazać bez pokrycia, kiedy przyjdzie chwila, gdy babcia musi stanąć na wysokości zadania i być oparciem dla wnucząt. One muszą wiedzieć, że oparcie jest prawdziwe, nie iluzoryczne. A Ty jesteś SUPER BABCIĄ:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Ivajxi:-) Prawda? To taka część nas, przedłużenie naszego „być”. Uważam, że jedna czwarta zdecydowanie należy do mnie :)))
  • annazadroza Urszula:-) Widziałam na Twoim blogu zdjęcie Kruszynka:) Jaki słodziak:) Też zauważyłaś, że cierpliwość przy wnukach jest dużo większa niż przy dzieciach. Cóż, my, babcie, jesteśmy już na innym etapie życia, bogate w doświadczenie, możemy sobie pozwolić na ignorowanie rzeczy mniej ważnych i skupić się na najważniejszych, czyli na maleństwach właśnie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Czasy się zmieniły

Dobrze, że czasy się zmieniły i życie kobiety nie kończy się w okolicach czterdziestki. Ba, kiedyś trzydziestoletnia – jeśli za mąż nie wyszła- była starą panną bez wartości, najwyżej jako osoba do pomocy w rodzinie dalszej mogła się przytulić. Kiedy byłam dzieckiem – pamiętam kobiety w Tenczynku – wyglądały dla mnie tak samo bez względu na wiek: chustka na głowie i spódnica. Mogła taka niewiasta mieć trzydzieści lat, a mogła i osiemdziesiąt. Poprawkę biorę, że dzieci patrząc na dorosłych widzą co innego niż oni sami:)

Dziś moda jest łaskawa, ponieważ przestała dyktować nieubłagane warunki i przyzwyczailiśmy się do różnorodności. Każdy nosi co lubi i co chce. A dobrze pamiętam jak Babcia utyskiwała, że w spodniach chodzę (początek podstawówki), bo „kto to widział, żeby dziewczynka w portkach chodziła jak chłopak?” Nawet jeszcze w liceum miałam starszą bardzo nauczycielkę od matematyki, która nie pozwalała dziewczętom chodzić w spodniach. Teraz – przyznam, że przez ostatnie trzy lata spódnicę miałam na sobie dwa razy, w Święta. Bo tak mi wygodnie i już:). I uczesanie może każda z nas dobierać sobie wedle własnej woli i upodobania, nie ma obowiązującej jednej reguły, że po iluś tam ukończonych latach życia koniecznie włosy trzeba ściąć i np. zrobić trwałą… Do tej pory jeszcze widać na ulicach takie przerzedzone włosy na głowach starszych pań, resztki spalone i skręcone trwałą ondulacją w dawnym stylu. Dotyczy to głównie pokolenia wcześniejszego niż moje. Każde – i to jest reguła – robi odwrotnie niż rodzice, buntuje się, taka już ludzka natura. Moje pokolenie jednak ma to szczęście, chyba jako pierwsze, że – owszem – były dla niego rzeczy „dozwolone od lat osiemnastu”, ale już nie przyjęło do siebie, że coś może być „dozwolone do lat osiemnastu”, w związku z czym wiele z nas pozostało w duszy młodymi dziewczynami. Oczywiście bez przesady w stylu „z tyłu liceum z przodu muzeum”, lecz w postaci np. ulubionej muzyki i zainteresowania światem. Kiedyś wnuczka robiła nam różne quizy, w jednym chodziło o wiek i wyszło, że ja mam 27 lat, zaś ona i Mąż po lat 50:)))

24.01.2018

  • aga-joz Tak, każdy ma tyle lat, na ile się czuje (i na ile zdrowie pozwala). A im bardziej się siebie lubi i akceptuje, tym bliżej tej 18
  • annazadroza Ago:-) Najbardziej męczące jest robienie makijażu, nawet najprostszego, bo człek bez okularów nie widzi, potem wycierać nadmiar malunku trzeba, no i jak się w tych patrzałkach w lustro spojrzy – to szkoda gadać…
  • aga-joz Toteż ja noszę okulary, a malunków nie robię, bo nie lubię
  • annazadroza Ago:-) Znowu mi się dwa razy „puściło” i nie umiem skasować:(
    Wiem, że „nie pomoże róż, mazidło kiedy baba jak straszydło, nie pomoże nawet tusz, kiedy baba stara już”, wiem. Lecz jednak lepiej się czuję, kiedy odrobinę kredki do oczu użyję. Więcej nic, chyba, że od wielkiego dzwonu:)))
  • krzysztof213 Panie po 40 też są fajne
  • babciabezmohera Po mojemu to kobiety mają przechlapane we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej i o każdym czasie. A te, którym udało się ocalić własne „JA”, potwierdzają tylko regułę /jako wyjątek/. ;(
  • annazadroza Krzysztof:-) A jak do 40 dodać jeszcze xxxx…? Ale masz rację – fajnym można być w każdym wieku:)))
  • annazadroza BBM:-) Owszem, przechlapane, ale ja nie chciałabym być facetem, za nic na świecie. Teraz mamy czas kobiet – ruchy kobiece w każdym zakątku ziemi, nawet w Arabii Saudyjskiej pozwolili auta prowadzić. Faceci robię się bardziej zniewieściali. Reklamują viagrę… ale czemu muszą ją reklamować…? Jeśli już to robią, powinni zacząć od reklamy tabletek „dzień po”. Tymczasem – oni mogą się wspomagać tabletkami a my nie… Jeszcze czego!
  • emma_b porada praktyczna: z prawej strony, tam gdzie widzisz ostatni komentarz kliknij na „wszystkie”. zaznacz komentarz do usunięcia i kliknij na usuń:)
  • annazadroza Emmo:-) Dziękuję za poradę. Na razie jeszcze nie udało mi się rady wprowadzić w życie, ale nie ustanę w wysiłku, wreszcie się uda. Dzięki:)))
  • krzysztof213 hmm dziś szczerze BBW też i zawsze można dbać o siebie.
    Tylko nieraz wszystkim brak miłości
    I nie tylko mi jak w piosenkach dają takie zwrotki
    www.youtube.com/watch?v=e3fpq997mBg
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 16d

Elżbieta otworzyła oczy w chwili, kiedy purpurowa tarcza słońca pojawiła się na horyzoncie. Sen odleciał w krainę snów. Usiadła na wersalce, przeciągnęła się, po czym wstała i wyszła na balkon. Świeże górskie powietrze odpędziło natychmiast chęć powtórnego wtulenia głowy w poduszkę. Pomyślała, że szkoda życia na sen. Tyle jeszcze chciała zobaczyć, a czas niemiłosiernie pędził do przodu. Aby go więc nie marnować wróciła do środka, włączyła czajnik z wodą i wskoczyła pod prysznic. Po piętnastu minutach siedziała na balkonie z kawą, ubrana w pasiastą zielonobiałą koszulkę i beżowe rybaczki. Włosy dla wygody upięła nad karkiem, ale kilka cieniutkich pasemek wymknęło się spod władzy spinek i – jeszcze wilgotne – skręciły się w spiralki bez żadnej subordynacji. Wodziła wzrokiem po wzgórzach, rozjaśniona twarz i zachwycone oczy odmieniły ją, odmłodziły i zupełnie nie wyglądała jak owa zmęczona życiem, stroskana kobieta, która przyjechała tu zaledwie kilka dni temu.

Nie zauważyła kiedy na sąsiednim balkonie pojawił się Winicjusz. Pozornie obojętny na bliskie otoczenie, sprawdzający pogodę, w rzeczywistości bardzo dokładnie obserwował grę uczuć na twarzy sąsiadki. Fascynowała i pociągała go. Musiał to otwarcie przyznać sam przed sobą. Cóż, nie mógł zaprzeczyć, że przyzwyczaił się do bycia ośrodkiem damskiego zainteresowania, ale było to takie bardzo powierzchowne, bez głębszego znaczenia. Elżbieta zaś zdawała się go nie zauważać, nie istniał dla niej jako mężczyzna, ale – jako człowiek. To było ciekawe doznanie. Poczuł radość, gdy pozwoliła mu wejść na krótkich kilka chwil do własnego świata. Dawno odzwyczaił się już od bliskości drugiej osoby, uśpił w sobie potrzebę jej odczuwania. Może lękał się zranienia? Przed laty, gdy Marysia była małą dziewczynką, chciał jej zapewnić kobiecą opiekę w domu i związał się z pewną kobietą, która – gdy tylko poczuła się pewna swego – pokazała prawdziwe, nieciekawe, oblicze. Potem przemknęło mu przez życie jeszcze kilka niefortunnych związków. Nabrał przekonania, że na jego drodze stają z jakichś powodów zimne, wyrachowane egoistki. Widocznie poza Marią inna nie była mu już pisana. Kobiety traktował więc instrumentalnie, do zaspokojenia własnej męskiej próżności i fizycznych potrzeb. Nie był święty i wcale nie miał zamiaru udawać, że jest inaczej. I nagle teraz, zupełnie niespodziewanie dla samego siebie odkrył, że Elżbieta poruszyła w jego duszy od dawna uśpione struny, o których istnieniu sam zapomniał myśląc, iż uległy samoistnemu zanikowi. Wszak organ nieużywany zanika…. Dlaczego Elżbieta? Może dlatego, że dużo wiedział o jej życiu? O wiele więcej niż ona sama komuś zdradziłaby z własnej woli.

Przepłynęły mu przed oczami obrazy z przeszłości – jak pomagał Adelce podnosić ją zemdloną z bólu, wspomniał słowa i uwagi Adelki na temat życia Elżbiety. Adelka, która na ogół nie używała nieparlamentarnych określeń, w tym przypadku nie mogła się od  nich powstrzymać. Uświadomił sobie, że Elżunia – tak właśnie o niej pomyślał – stała mu się bliska jakby znał ją od lat. Właściwie tak było.  Dobrze się czuł w jej towarzystwie, odpowiadała mu jej szczerość, spontaniczność i wrażliwość. Miał chęć przytulić ją, otoczyć ramionami tak mocno, by poczuła się bezpieczna. Wiedział jednak, że zraniona głęboko i dręczona przez lata nie uwierzy, nie zaufa nikomu jeszcze przez bardzo długi czas. Albo nawet nigdy. Ale on poczeka. Do czego ma się spieszyć? Tylko młodość jest w gorącej wodzie kąpana. Po przekroczeniu pół wieku człowiek wie, że liczy się droga do osiągnięcia celu, ważna jest umiejętność rozkoszowania się każdym przebytym fragmentem owej drogi, spokojnym pokonywaniem przeszkód, radość z każdego zakrętu, za którym wyłania się niespodzianka nadająca życiu nowy blask. Uczucia umie się już przeżywać pełniej, dogłębnie, czerpać z nich siłę na ciąg dalszy. A szczytem szczęścia wydaje się mieć komu zaśpiewać za Krzyśkiem  Krawczykiem:  „Bo jesteś ty”…

Ela zerknęła na zegarek.

– Ojej, jak ten czas leci – mruknęła półgłosem. – Przecież chciałam wcześniej wyjść z domu.

– Cześć sąsiadko – usłyszała z sąsiedniego balkonu. – Cóż z ciebie za poranny ptaszek.

– Jaki poranny, jaki poranny. Miałam zamiar wyruszyć o świcie, a siedzę, myślę i zapomniałam o rzeczywistości, zaś czas ucieka.

– A gdzie się wybierałaś? Jeśli oczywiście to nie tajemnica. Pewnie romantyczna randka w górach o wschodzie słońca…

– Ja i randka – spojrzała na niego jak na niedorozwiniętego. – Też coś! A wschód słońca dawno mamy za sobą.

– Za to przed sobą możemy mieć uroczy dzień – uśmiechnął się niedorozwinięty sąsiad o pięknych oczach.

– Miałam w planie wąwóz Homole i przejście stamtąd szczytami na Palenicę. Sprawdziłam trasę na mapie i wydała mi się interesująca.

– Czy mogłabyś mnie ze sobą wziąć w charakterze przewodnika?

– Przewodnik mam w plecaku. Najnowszy, wydany w tym roku.

– Rozumiem. Ja, jako egzemplarz sprzed przeszło pół wieku, nie mam szans. Muszę pójść do lamusa – pokiwał smutno głową.

– Jako przewodnik  w rzeczy samej – odpowiedziała z leciutkim uśmieszkiem ledwo zarysowanym w kącikach ust. – Ale skoro sprawdziłeś  się jako towarzysz wyprawy, byłabym absolutnie zadowolona gdybyś się przyłączył.

– A ja jestem w rzeczy samej absolutnie szczęśliwy – oboje się roześmiali.

– Nie przypuszczałam, że ty, mężczyzna, oglądasz telenowele.

– Nie oglądam, tylko czasem zerkam na ekran, kiedy jestem w „Filiżance” i klientki „Klan” oglądają. Ale jeśli mamy złapać busika do Jaworek to się pospiesz.

– Ja jestem gotowa!

Równocześnie znaleźli się za drzwiami swoich pokoi. Po drodze doszli do wniosku, że wąwóz Elżbieta zwiedzi następnym razem, a teraz przewodnik mimo odesłania do lamusa pokaże jej przepiękną, malowniczą trasę przez Białą Wodę.

Pogoda na wycieczkę była wymarzona.

– Najwyraźniej masz układy nawet u świętych od pogody – żartowała Ela, gdy wysiedli w Jaworkach . – Gdzie teraz?

– Tutaj w lewo. Zobacz, tam jest Muzyczna Owczarnia, o której ci opowiadałem. Nigdzie nie ma takiego klimatu i nastroju jak tu. Włodzimierz Nahorny kiedyś w „Kawie czy herbacie” o niej opowiadał, że ” jest takie miejsce na końcu świata”. I rzeczywiście tu jest koniec świata. Przyjechaliśmy busem, który musiał zawrócić, żeby pojechać z powrotem. Dalej są tylko góry – Winicjusz był ożywiony, najwyraźniej szczęśliwy, oczy mu błyszczały,

Jakby uśmiechał się całym sobą – pomyślała Elżbieta z wielką przyjemnością. Miał w sobie coś, co sprawiało, że jego nastrój udzielał się otoczeniu. Tak więc i ona czuła się szczęśliwa.

– To właśnie Owczarnia – wskazał kierunek.

Budynek, który od razu przykuwał uwagę rozmiarami i kolorem, z drewna malowanego brązową farbą, z dachem z ceglastoczerwonej dachówki, stał za potoczkiem. Żeby się do niego dostać, trzeba było przejść przez mostek.

– Chodźmy zobaczyć jak wygląda  w środku – poprosiła zachwycona Ela. – O rety, myślałam, że to jeden budynek, a to dwa! Jakie ładne!

– To prawdziwa owczarnia i młyn, wszystko rozebrane, przeniesione tu i złożone od początku. Myślę, że w środku też ci się spodoba.

Na placyku za strumyczkiem stało kilka samochodów i grupka rozmawiających osób. Ela zwróciła uwagę na potężną sylwetkę mężczyzny w czarnej koszulce.

– O rany! – jęknęła z wrażenia stając w miejscu i chwytając towarzysza za rękę. – Winicjuszu! To jest…

– Oczywiście – patrzył na nią z rozbawieniem. – Oczywiście Elżuniu, że to Jarek Śmietana. Jeśli tu jest, pewnie gra dzisiaj albo w najbliższych dniach.

Z otwartych drzwi wyszła szara, pręgowana kotka. Zbliżyła się do Eli i miaucząc ocierała się o jej nogi. Elżbieta pochyliła się, głaskała kotkę po łebku, po karku, a ona z radości i przyjemności mruczała coraz głośniej. Piękny mężczyzna w czarnej koszulce spojrzał z sympatią na tę scenę i uśmiechnął się.  Ela była w siódmym niebie. Winicjusz też się uśmiechał i czuł podobnie, chociaż z innych powodów…

– Chodź, kocia mamo, do środka. Ręczę, że ci się spodoba.

Półmrok panujący w pomieszczeniu sprawił, że dopiero po chwili zaczęła dostrzegać szczegóły. Przede wszystkim proste, drewniane stoły nakryte wełnianymi kocami, takie same ławy, barek po lewej stronie a poza tym… różne cuda, jak choćby portret cesarza Franciszka Józefa upstrzony przez muchy – ten widziany oczami dobrego wojaka Szwejka, konfesjonał góralski, najprzeróżniejsze suche ziela, obrazy, portrety artystów występujących w Owczarni, plakaty…Mieli szczęście, bo na dwa wieczory zaplanowano koncert Jarka Śmietany i Nigela Kennedyego.

– Duet tych dwóch muzyków nie ma sobie równych,  możesz mi wierzyć – oświadczył Winicjusz.

– Nie musisz mnie przekonywać, przecież wiem, że obaj są genialni. To połączenie gitary i skrzypiec… bajka po prostu – Eli śmiały się oczy, w ogóle cała Elka jaśniała słonecznym blaskiem.

– Zobaczymy, czy są jeszcze miejsca.

Były.

– No to zapraszam cię, Elżuniu, na wspaniały koncert. Nie pożałujesz.

Skinęła głową bez słowa… Powiedział „Elżuniu”, jakby tylko on miał prawo tak do niej mówić… Oj, żebyś ty wiedział człowieku o czym ja myślę… Czuję się jakbym nagle wyszła z siebie, stanęła obok i znalazła się w innym świecie… Stała przed portretem monarchy znieruchomiała, pogrążona w myślach…

– Hej, czyżby myśli o cesarzowej Sisi przeniosły cię w czasie? – Winicjusz położył rękę na jej ramieniu.

Trzymając się za ręce ruszyli w drogę. Kupili po drodze wodę mineralną w kiosku, obok którego witał turystów piesek nastawiony przyjacielsko do całego świata, czekający aż ktoś usiądzie przy stoliku i poczęstuje go smakołykiem. Niedługo potem przekroczyli granice rezerwatu Biała Woda, nabywszy oczywiście uprzednio bilety wstępu.

W strumyczku – to wijącym się wzdłuż drogi, to przecinającym ją w wielu miejscach i tym samym zmuszającym turystów do wchodzenia na mostki z drewnianych żerdzi – odbijały się białe skały i promienie słońca skaczące tysiącami iskierek po wartko płynącej wodzie. Między bielą skał zieleniły się łąki pierwszą wiosenną zielenią. Wdrapawszy się pod górę ku granicy zobaczyli stado owiec pasących się na hali, skubiących z rozkoszą świeżą, młodziutką trawę.

– Popatrz jak psy pilnują porządku – pokazała Ela Winicjuszowi widoczne z oddali dwa białe owczarki i jednego czarnego psiaka zaganiające owce, które próbowały zbytnio oddalić się od stada.

Usiedli na złamanym konarze drzewa leżącym na ziemi. Czuła się swobodnie, bez skrępowania, zapomniała o wadach, które wyolbrzymiała na co dzień, ponieważ Mirek je wyolbrzymiał. Właściwie wmówił je w nią choć faktycznie nie istniały. Siedzieli oboje i wchłaniali w siebie piękno nie do opisania, nie do opowiedzenia, jedynie do przeżycia. Siedzieli tuż obok siebie. Winicjusz objął ramieniem Elżbietę i było zupełnie naturalne, że oparła o to ramię głowę. Odczuwali absolutną jedność z otaczającą ich naturą, istniejącą tak blisko człowieka ale niezależną, nieujarzmioną, która człowiekowi pozwala uszczknąć swego dobra tyle, ile akurat chce. Jeśli postępował zgodnie z jej rytmem, szanował ją – dostawał więcej. Jeśli był brutalny, nie uznawał jej zasad – prędzej czy później otrzymywał za to odpowiednią zapłatę.

– A potem górale znajdowali wiosną zwłoki delikwenta „co go śnieg oddoł”. Ot, nie podporządkował się prawom gór – zakończył Winicjusz opowieści o różnych przypadkach usłyszanych przez lata i zapamiętanych.

Od strony granicy wyłoniły się sylwetki jeźdźców na koniach. Jakże wspaniale uzupełniali krajobraz. Poprzedzał ich biegnący w podskokach młody owczarek podhalański. Pobiegł do Eli, pełen radości życia dał się głaskać i tarmosić. Schrupawszy podanego wafelka położył się na trawie w cieniu drzewa, pod którym siedzieli i nie miał ochoty stąd odchodzić udając, że nie słyszy wołania jeźdźców.

– Idź, bo się zgubisz. Pani cię woła, słyszysz? – tłumaczyła mu Ela. – No idź już, szybko, szukaj pani!

Po długiej chwili, kiedy konie znacznie się oddaliły, leniwie podniósł się i ciężko za nimi pogalopował.

Ela z Winicjuszem również się podnieśli i ruszyli w dalszą drogę Trzeba było wspinać się pod górę do samej granicy, ale teraz już podejściem łagodnym, najostrzejsze pokonali wcześniej. Potem szli – mając po lewej stronie Słowację, to w górę, to w dół, i znów w górę i w dół… Szli i szli i mogliby tak iść sto pięćdziesiąt lat ale wreszcie doszli do Palenicy. Zjechali kolejką znów podziwiając malownicze położenie miasteczka.

– Czytałem w  tutejszym miesięczniku „Z Doliny Grajcarka”, że kolejkę czeka remont i wymiana krzesełek z dwu na czteroosobowe, potrwa do grudnia – powiedział Winicjusz.

– Dobrze, że nie teraz – jęknęła Elżbieta. – Nie zeszłabym na dół o własnych siłach.

– Nic strasznego, dałbym sobie z tobą radę – oświadczył z poważną miną.

– A jak? – zajrzała mu w oczy przechylając się na siodełku.

– Nie kręć się bo spadniesz.  Jak? Zwyczajnie. Zaniósłbym cię na tę nową trasę Palenica 2 i sama byś się sturlała w dół. Czasem tylko musiałbym cię popchnąć…

– Ach ty, miałbyś sumienie tak się nade mną znęcać?

– Jakie znęcanie? Sama byś się turlała myśląc o obiedzie w „Chatce” i jeszcze byś mnie ponaglała.

– Tym razem masz rację, umieram z głodu i cieszę się, że za chwile będziemy w „Chatce”.

Podczas posiłku towarzyszyły im piosenki krakowskiej grupy „Pod Budą” płynące z głośnika wiszącego w rogu pomieszczenia. Elżbieta mimo woli zerkała na Winicjusza. Znów była na innej planecie, nie na tej, na której spędziła prawie całe życie… Był przystojny, ale to przecież nie jest najważniejsze. Wydawał się taki dobry, ciepły, taki swój… I nagle przyłapała przelatującą myśl, że cudownie byłoby się do niego przytulić…a dalej nich się dzieje co chce…

– Elżuniu, o czym myślisz? – Winicjusz przyglądał się zamilkłej nagle towarzyszce zastanawiając się czy to zmęczenie odebrało jej mowę, czy coś innego.

– Och, nic, przewijają mi się przed oczami obrazy z wycieczki…

Przecież nie skłamała, to też…ale… wszystko z powodu lampki wina wypitej do obiadu… i jeszcze te romantyczne piosenki…

Powłóczyli się trochę po parku, zjedli szarlotkę na gorąco z lodami i bitą śmietaną u Jacaka, i wreszcie doszli do „Budowlanych” po pokonaniu schodów od Zdrojowej.

– To była najbardziej męcząca część dnia – jęknęła Elżbieta siadając na murku. – Nie mam siły dojść do pokoju. Muszę tu zostać do jutra.

– Nie ma mowy. Dla przyzwoitości musiałbym z tobą siedzieć, a mam ochotę na prysznic i rozłożenie moich starych kości na leżaku na balkonie.

– To idź, a ja zostanę.

– Tak źle mnie osądzasz? Myślisz, że zostawiłbym cię tutaj samą? Nie, prędzej się przedźwigam, ale zaniosę cię na górę na rękach bez względu na ciężar, słodki zresztą.

– Puść wariacie, bo słyszę już klekot twoich starych kości… pewnie się rozlatują pod moim słodkim ciężarem.  Nic dziwnego, po takiej ilości słodkości w postaci lodów, śmietany i ciasta. Wolę pójść sama, będzie bezpieczniej.

– Zaniosę cię, nie ufasz mi? Nawet gdybym miał życiem przypłacić wniesienie cię po schodach, byłbym bezgranicznie szczęśliwy…

– A twoje kości? – zanosiła się śmiechem. – Miałabym do końca świata w uszach ich klekot… A poza tym nie ufam nikomu, sobie też… Zresztą jest winda, więc nie przesadzaj z tym poświęceniem – zerwała się z murku i po chwili byli przy windzie.

– Słuchaj dzielna kobieto – przytrzymał jej rękę przy drzwiach pokoju. – Zapraszam cię na wieczorne oglądanie gwiazd na niebie  z mojego balkonu.

– Zapewniam cię, że z mojego wyglądają równie pięknie.

– Ale mam dobre, słodkie, czerwone wino – kusił z uśmiechem przyprawiającym o drżenie serca.

– U mnie nie straci na walorach ani trochę, możesz mi wierzyć.

– No dobrze – kiwnął głową zrezygnowany. – A otworzysz mi drzwi czy mam przejść przez balkon? Chciałem jedynie zauważyć, że jest dość wysoko, a ze mnie słaby taternik. No więc jeśli mam w jednej ręce trzymać butelkę wina, a przy pomocy jedynej pozostałej pokonywać pionową ścianę… to nie wiem czym się  skończy taki wyczyn.

– Wezmę od ciebie butelkę, więc będziesz miał obie ręce wolne, dasz sobie radę.

– Jeśli spadnę, nie będzie miał kto zawieźć cię do Owczarni na koncert – dodał uśmiechając się  chytrze. – Bilety są u mnie…

– Tak, to jest jedyny rozsądny argument. Nie mogłabym się dostać do biletów – potrząsnęła głową. – Muszę cię wpuścić drzwiami. Nie mogę ryzykować.

Nazajutrz ni stąd ni zowąd pojawiła się tęcza. Cudowna, mieniąca się, oddzielająca dwa światy pełnym łukiem ostro przecinającym niebo. Jeden świat wypełniały ciemne chmury i strugi deszczu, drugi śmiał się oślepiającym blaskiem słońca. Elżbieta i Winicjusz jechali do Jaworek na koncert do Muzycznej Owczarni. Przez całą drogę towarzyszyła im niezwykle wyraźna tęcza.

– Zobacz Elżuniu, wiozę cię z ciemnej strony życia w jasną – odezwał się Winicjusz.

Ona zaś miała wrażenie, że to prawda. Chciała, żeby tak było. Przez chwilę poczuła jakby mężczyzna siedzący za kierownicą i ona stali się sobie bliscy, jakby stanowili całość, jakąś wspólnotę. Przez jedną krótką chwilę czuła jakby tak było i tak powinno być. Szybko się otrząsnęła przypominając sobie, że ona tylko na moment, nie powinna, nie ma prawa…Wrażenie w pamięci pozostało i wracało w postaci tęsknoty za obecnością bliskiej osoby tuż obok, w zasięgu ręki. Tak blisko, żeby można było dotknąć, poczuć zapach znajomej już wody po goleniu…

Koncert w Muzycznej Owczarni był fantastycznym, niezapomnianym przeżyciem. Ela uświadomiła sobie po raz kolejny, że kocha, uwielbia do szaleństwa gitarę. Skrzypiec słuchała z przyjemnością, oczywiście, smyczek w ręce artysty zmieniał się w żywą istotę słuchającą jego myśli, lecz gitara… nic innego, żaden instrument nie potrafił w jej duszy wzbudzać tylu uczuć, dostarczać takich cudownych wrażeń.

23.01.2018

  • kobietawbarwachjesieni Śliczny, romantyczny obrazek. Az mi się żal zrobiło, ze jestem sporo starsza od Twojej bohaterki.
  • annazadroza Jesienna:-) Dziękuję Ci baaardzo:))) A przecież naprawdę liczy się to, co w sercu. Zaś w sercu może być ciągle maj:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dziękuję:)))

Dziewczyny! Baaardzo serdecznie dziękuję Wam za wsparcie i słowa otuchy.
Zrobiło się lepiej. Wczoraj wieczorem babcia D. odezwała się ludzkim głosem i nawet zjadła kawałek murzynka, który upiekłam Mężowi (jego ulubione ciasto), żeby mu trochę życie osłodzić. Liczę na kilka dni spokoju, potem znów będzie powtórka. Najgorsze jest, że na zdrowiu Męża odbijają się te wszystkie atrakcje
przez nią dostarczane. Zresztą, oboje czujemy się jak przepuszczeni przez wyżymaczkę.
Wnuczki dzwoniły z życzeniami, w imieniu Calineczki Duży przysłał zdjęcie:) Przyjaciółka M. obchodziła Dzień Babci po raz pierwszy w życiu jako świeżo upieczona babcia 🙂
W ogóle to 21 dzień stycznia zapisał się w mojej rodzinie, bo w 1948 roku moi rodzice brali ślub w tenczyńskim kościele. Mama mówiła, że zima była wtedy okrutna i jakaś para wcześniej jadąca do ślubu zamarzła w saniach. Nie wiem czy to prawda była, czy tylko taka historia z gatunku opowiadanych przez ludzi
gdy jeszcze telewizji nie było, ale zapamiętałam. Dokładnie tego samego dnia (duuużo później) my z Mężem zalegalizowaliśmy nasz związek oficjalnie. Tak więc sobie cichutko świętowaliśmy kolejną rocznicę.
Po południu w czasie psiego spaceru spotkaliśmy – w bardzo bliskiej odległości – sarenki, te dwie jaśniejsze. Musi to być mama z dzieckiem. Najpierw ona wyskoczyła wielkimi susami jakby starała się być bardzo widoczna i dopiero po dłuższej chwili wyskoczyła z krzaków druga, znacznie mniejsza. Mam wrażenie, że ponieważ zbliżyliśmy się za bardzo – duża starała się odwrócić naszą uwagę, żeby chronić mniejszą. Wycofaliśmy się czym prędzej, żeby odzyskały spokój, przecież nie wiedzą, że akurat nas nie muszą się obawiać.
Wczoraj Dzień Babci, dziś Dzień Dziadka – a więc WSZYSTKIM BABCIOM I DZIADKOM ŻYCZĘ ZDROWIA, SPOKOJU, POGODY DUCHA I KASY NA GODNE ŻYCIE, ŻEBY PRZEZ DŁUGIE LATA MOGLI SIĘ CIESZYĆ WNUKAMI I BYĆ DLA NICH OPARCIEM w tym poplątanym świecie.

22.01.2018

  • kolewoczy Przegapiłam Twój poprzedni wpis, a widzę, że miałaś hardcorowo. Cieszę się, że chwilowo lepiej. Nie miałam takiej sytuacji, ale opiekowałam się w domu osobą chorą na raka. To było czuwanie przez całą dobę, potem do pracy i znowu czuwanie, dobrze, ze było nas troje, to się wymienialiśmy. Zawsze to trudne sytuacje, a potem człowiek sam sobie się dziwi, że był w stanie tyle wytrzymać. I Ty wytrzymasz. Nawet jeśli pojawią się chwile totalnego zmęczenia.
  • babciabezmohera Jesteście bardzo dzielni. Najlepszego Wam z okazji Dnia Babci i Dziadka- i bez okazji też! 🙂
  • annazadroza Kolewoczy:-) A mamy inne wyjście? Musimy się trzymać oboje. Jakoś. Najtrudniejsze dla mnie jest poczucie bezsilności, bo jeśli człowiek chory nie chce współpracować – to klops. Wszystko da się znieść, jeśli chory rozumie, chce, pomaga. Dziecku można coś przetłumaczyć, dorosłemu z demencją raczej nie. Jeśli nawet przytaknie, to za chwile nie wierzy, że się np. na coś zgodziła.
  • annazadroza BBM:-) Dziękujemy i nawzajem!!! Dla BABCIBEZMOHERA najlepsze, puchate, ciepłe i jakie tylko być może:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Co robić?

Bardzo trudno jest chwilami zachować spokój wobec choroby, która odbiera osobowość i pamięć. Jakby zabierała tego konkretnego człowieka – a sprowadzała na jego miejsce kogoś zupełnie innego. Osobę wiecznie złą, niezadowoloną, z ciągłymi pretensjami o wyimaginowane zdarzenia, słowa, sytuacje i do tego
agresywną. Najgorsze są chwile, kiedy nie można do niej trafić z żadnymi argumentami, zamyka się w obrębie swoich chorych urojeń i żadnego kontaktu nawiązać z nią nie można. Dziś właśnie tak jest od rana. Chociaż sobota – to włączyłam Lapcia, żeby się trochę rozładować i odreagować. Bo ręce mi opadły. Widocznie mam kryzys wytrzymałości. Nie jadła śniadania, obiadu też nie. Leków nie wzięła. Od świtu szuka zegarka na łańcuszku, potem mówi, że srebrnego pierścionka, potem srebrnego zegarka, potem złotego pierścionka, potem krzyczy, że srebrnego zegarka to ona nie miała tylko złoty i, że głupią z niej robimy. Następnie nakręciła się do tego stopnia, że z rękami do mnie wyskoczyła. Drobna staruszka, przytrzymałam więc bez trudu za te ręce, dopóki się nie uspokoiła, tłumacząc, że poszukamy razem, tylko niech zje cokolwiek. No to się nasłuchałam jaka to ja jestem. Trudno, mogę być, przyzwyczaiłam się i nie działa na mnie odkąd wiem, że jest chora. Tylko cały czas myślę co zrobić, żeby zjadła, przyjęła leki, przy których stosowaniu trzeba zachować ciągłość. Co zrobić, żeby ją zaprowadzić do lekarza, bo zapiera się, że do żadnego nie pójdzie. W lutym ma neurologa i psychologa, nie wiem jak postępować. Jeśli będzie w takim stanie jak dziś – nie da się, nie ma mowy. I co wtedy? Co w takiej sytuacji z człowiekiem, który nie reaguje na żadne słowa, na nic dosłownie, zatopiony we własnym oderwanym od realu świecie uważanym za wrogi, nakierowany jedynie na zrobienie jej krzywdy i spiskujący przeciwko niej. Nie wiem, jestem bezradna. Co robić?

20.01.2018

  • aga-joz Tak naprawdę sytuacja bez wyjścia i nie ma dobrego rozwiązania ani pomysłu, jak sobie z tym radzić. Choroba wyczerpuje głównie opiekunów. Znam to i z pracy, i z życia rodziny. Trzymaj się. Jakoś.
  • annazadroza Dzięki za wsparcie. Mam już za sobą doświadczenie z Alzheimerem, wiem z czym się to wiąże, czasem jednak dopada mnie bezsilność. Naprawdę nie wiem jak babcię do lekarza doprowadzić.
  • nie-okrzesana Anno bardzo Ci współczuję. Niestety wiem, że nie będzie lepiej. Jedna osoba do opieki to STANOWCZO za mało. Z własnego doświadczenia wiem, że czasem pomaga otulenie mocno miękkim kocem pod pretekstem np. otwarcia okna. Trzeba owinąć na tyle lekko, żeby się nie czuła skrępowana i na tyle mocno, żeby poczuła się otulona i zabezpieczona z każdej strony. To uspokajało moją babcię. Poza tym nie wchodzić w dyskusję, nie tłumaczyć. To frustruje obie strony. Moja babcia wiecznie kogoś posyłała do szkoły po swoją najmłodszą wnuczkę. Już dzieciatą. Wtedy pomagało powiedzenie: Babciu przecież dzisiaj Agatka ma angielski . Albo wycieczkę do zoo , albo kino…. I było trochę spokoju.
  • nie-okrzesana Oj Sorry . Nie doczytałam twojego komentarza a się wymądrzam.
  • irsila O widzę, że nie jestem sama z podobnym problemem,
    choć pokrewieństwo inne.
    Cała energia idzie na to, by samemu nie zwariować.
    Można by było wizytę domową zamówić,
    ale zazwyczaj lekarze typu psychiatra czy neurolog,
    umów z NFZ na takie wizyty, nie mają podpisanych.
  • aga-joz Irsillo- wszyscy specjaliści mają umowy na wizyty domowe. Tylko bardzo niewielu je realizuje. Z różnych powodów. Przeważnie dlatego, że na NFZ można ustalić termin za pół roku, bo i tak mają tylu pacjentów, że nie ma kiedy wyjść na taką wizytę. Czas i pieniądze- to główne przeszkody.
  • emma_b Aniu, bardzo Ci współczuję, to są sytuacje niezwykle trudne, żeby nie powiedzieć beznadziejne…
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Jesteśmy we dwójkę z Mężem do jej dyspozycji, gdyby tylko chciała. Ale nie chce, wietrzy spiski, nie da się udobruchać w żaden sposób, nie można jej uwagi odwrócić w inną stronę. To już nie pierwszy raz, potem pewnie przez jakiś czas będzie znośnie. Jakoś mi dziś odporność siadła więc się poskarżyłam. Bo i o Męża się martwię, w końcu to jego mama, więc przeżywa głębiej całą sytuację. Mojemu Tacie mogłam coś wytłumaczyć, przytulić, przekonać, nawet w duecie z Alzheimerem był kochany. Tutaj – odwrotność, nie można dotknąć, zbliżyć się, bo reaguje agresją. Dzięki za dobre słowa:)
  • annazadroza Irsila:-) Mam wrażenie, że takie problemy ma wiele osób. Może za dużo się o tym nie mówiło, może dopiero gdy nas samych sprawa dotyka bezpośrednio, zauważamy ją u innych. Najtrafniej ujęłaś życie opiekuna w słowach: ” cała energia idzie na to, żeby samemu nie zwariować”. Tak to właśnie wygląda.
  • annazadroza Aga:-) Dzięki za podpowiedź, nie wiedziałam, że specjalista może przyjść do domu. Jeśli nie uda się jej zawieźć na umówioną wizytę, dowiemy się jak wygląda sprawa wizyty domowej. Nadzieja we mnie wstąpiła:)
  • annazadroza Emmo:-) Dziękuję. Beznadziejna, bo wyzdrowieć się nie da. Jedyne, czego można pragnąć, to – żeby chora osoba nie żyła pogrążona w strachu, depresji, rozpaczy, cierpieniu – ale jak to osiągnąć? W tym przypadku nie wiem i bardzo mi źle z powodu własnej bezsilności.
  • irsila Ago-joz, u mnie psychiatra nie ma umowy z NFZ na wizyty domowe,
    osobiście pytałam. Przyjmuje tylko w przychodni.
  • aga-joz Irsillo- nie przeczę, że to możliwe, ale znając realia, to prawdopodobnie psychiatra nie ma ochoty chodzić po domach i tak mówi, żeby zniechęcić potencjalnych pacjentów. Ma wystarczająco dużo pracy w poradni. Czy rzeczywiście nie ma umowy na wizyty domowe- trzeba by zapytać u źródła czyli w NFZ. Czas, pieniądze i dobra wola. Bo może zaproponować Ci wizytę za pół roku. W pilnych sytuacjach pozostaje wizyta prywatna. Nie podoba mi się takie coś, ale patologie są wszędzie
  • e.urlik Aniu kochana, bardzo ci współczuję. Jesteś strasznie dzielna i podziwiam cię bardzo. Wiem, że mój podziw niczego nie zmienia, więc tylko chcę cię przytulić wirtualnie. Dbaj o siebie, odpuść jeśli możesz, bo to ty jesteś najważniejsza.
  • fusilla Opieka nad chorym z demencją lub panem A. to orka na ugorze! Strasznie wyczerpująca dla Rodziny i bez żadnych szans na lepsze.
    Potrzeba nieprzebranych pokładów cierpliwości i ogromnej siły, aby temu wyzwaniu podołać!
    Truizmem w tej sytuacji byłoby napisanie, że otulam Cię i Twoich Bliskich Ciepłym i Puchatym! Ale tylko tyle mogę! Bo prawda jest taka, że wyzwoli Was z tego tylko pani S.
    Oby była łaskawa! To brutalna prawda, ale jedyna! Niestety!
    Przytulam bardzo, bardzo mocno!
  • annazadroza Ewuś:-) Nie jestem dzielna, jestem (w miarę) normalna. Staram się, ale czasem cholera mnie bierze, czasem mi źle i ręce opadają, ale cóż, trzeba. Najważniejszy teraz jest Mąż, bo to jego mama, on musi się pogodzić z tym, że właściwie jej nie ma, jest ktoś inny…i jakoś w tym funkcjonować i przetrwać. Odpuścić się nie da, bo to jest jakby drżące niewidzialne cząsteczki fruwały w powietrzu i wszystko w człowieku tak samo się trzęsie.
    Też Cię przytulam i dzięki:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Dziękuję, że się, kochana, odezwałaś. Wiem jak jest z panem A., już miałam z nim do czynienia. Ogólnie – gorsze niż orka na ugorze, bo ugór da się w końcu zaorać, a w tym przypadku możliwości poprawy nie ma, nadziei nie ma. To chyba taka lekcja cierpliwości, walki z własnym ego, dystansowania się, odróżnienia spraw ważnych od mniej istotnych itd.
    Dziękuję za Puchate, dziękuję za Ciepłe, dziękuję za Przytulanki:))) Odwzajemniam :)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zawiało

W czwartek od Calineczki poszłam piechotą do przyjaciółki M. Niedaleko, 20 minut drogi. Wiem, bo mierzyłam kiedyś czas idąc do siostry, dzieci mieszkają w mieszkaniu odziedziczonym po niej. Dawno tak sobie spokojnie nie szłam Aleją KEN, patrzyłam co się zmieniło, bowiem zupełnie inaczej świat wygląda z okien samochodu, niż kiedy się go – że tak powiem – dotyka bezpośrednio. Cóż poradzę, że kocham Ursynów i najchętniej mój domek postawiłabym na trawniku przed blokiem… Nie mogę o tym głośno mówić, bo M. od razu na mnie fuknie: „a po cholerę się wyprowadzałaś?” Ano, po cholerę, po cholerę, ale już tak jest i musi być. Jak inaczej można by się babcią D. zająć? Poza tym i Mały i Duży mogą wieść samodzielne, dorosłe życie nie gnieżdżąc się na kupie np. z teściową…
Doszłam do celu, M. czekała ze swoją psicą na dole i wjechałyśmy na górę windą. Tu spotkała mnie niespodzianka, ponieważ M. przemeblowała mieszkanie, zrobiło się baaardzo miło i przytulnie. Zmobilizowała ją – tak myślę – pierwsza wnuczka. Ja też tak miałam. Kiedy pierwszy raz zostałam babcią, dom przewróciłam do góry nogami. To jakiś niesamowity zastrzyk energii był. Spędziłyśmy sobie fajny babski wieczór wypełniony położeniem farby na włosach, degustacją pysznych faszerowanych ziemniaków zrobionych przez M. tudzież innych smakowitości, plotkowaniem na tematy wielorakie usiłując omijać aktualne wnerwiające nas w celu zachowania pogody ducha. Zadzwoniłam wcześniej do Małego, żeby wyszedł na balkon i pomachał starej matce, czyli mnie:)
Siedziałyśmy przy stole, kiedy poczułam, że zrobiło mi się chłodno, założyłam więc kamizelkę. Zadzwoniłam do Męża, żeby przyjechał po mnie koło 20-ej. Za chwilę zadzwonił Mały pytając, czy jeszcze jestem u ciotki. No, byłam przecież. A dziecko mówi, że śnieżyca, zadymka, wicher, orkan, niebezpiecznie i świata nie widać, samochody zmiata z drogi do rowu. Podeszłyśmy z M. do okna i faktycznie! Na zewnątrz bielusieńko, świata nie ma, ukradli! Tak to się wszystko zmieniło podczas naszego spożywania posiłku. Kiedy Mąż zadzwonił, że jest i czeka, miałam wrażenie, że jest zmęczony, jakby piechotą przyszedł. Jechaliśmy do domu w śnieżycy, z dużą ilością śniegu na jezdni, pomału. Oj, ciężko było. A przecież wcześniej szłam sobie piechotą zadowolona z siebie i życia, i do głowy mi nie przyszło, jak bardzo świat może się zmienić w przeciągu tak krótkiego czasu.

19.01.2018

  • kotimyszkot Pogodowe żywioły mają potężną moc.. i okazuje się, że bez względu na postęp i najnowsze technologie, przed taką mocą obronić się nie da. A coś coraz częściej huragany, potopy i śnieżyce. Kiedyś były ciepłe, suche lata i mroźne zimy pełne puszystego śniegu. Tęsknię za takimi tradycyjnymi porami roku 🙂
  • annazadroza Kotimyszkot:-) Natura pokazuje gdzie nasze miejsce, żebyśmy przestali się uważać za panów stworzenia. Trochę pokory by się przydało. Dawniej ludzie żyli zgodnie z cyklami przyrody, dnia i nocy, a nam się wszystko poplątało 🙁 Chciałabym przewidywalnej pory roku, lata w lecie, zimy w zimie, tylko czy to jeszcze możliwe?
  • kolewoczy Na razie jeszcze jest w miarę normalnie: zima w zimie, lato w lecie też. A przy okazji wychodzi, że i tak najpewniejszym środkiem lokomocji są własne nogi;-)
  • annazadroza Kolewoczy:-) Prawie normalnie – bzy mają pąki, w styczniu zakwitł mi bratek. Teraz chlapa i zobaczymy co za chwilę. Własne nogi najlepsze, zgoda na 100%, tylko buty muszą być dobre. Dziś właśnie odlazła mi podeszwa w nowych butach i przemoczyłam nogę. Trzeba szewca poszukać, musi porządnie skleić. Zeźliłam się w związku z tym jak nie wiem co, bo to „psie” buty, do chodzenia z psami po wertepach i mokradłach miały być.
  • kobietawbarwachjesieni U nas wichury i śnieżyce, a w Turcji tumany żółtego piasku w powietrzu. Podobno różnych anomalii pogodowych będzie coraz więcej, bo klimat się ociepla.
  • annazadroza Jesienna:-) Żeby tak się między ludźmi u nas w kraju ociepliło:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz