„Pasma życia” 16b

Winicjusz zaglądał dyskretnie na balkon sąsiadki. Nie widział żadnego ruchu, światło się nie świeciło w pokoju i ogarnął go niepokój spowodowany jej długą nieobecnością po zmroku. Przyłapał się na tym  zdziwiony własnymi odczuciami. Uspokoił się dopiero usłyszawszy hałas za ścianą. To Ela uderzyła nogą w  fotel otwierając balkon i zaklęła z bólu. Winicjusz uśmiechnął się do siebie na dźwięk rozpoznawanego już głosu.

Na korytarzu hotelu stał telewizor i fotele, taka prowizoryczna sala telewizyjna, jeszcze nie wszystkie pokoje wyposażono w odbiorniki tv. Winicjusz postanowił obejrzeć serwis informacyjny i wyszedł na korytarz. To samo zrobiła Elżbieta i chcąc nie chcąc stanęła oko w oko z Mandarynem, który szarmancko się ukłonił.

– Dzień dobry, a raczej dobry wieczór, miło mi poznać najbliższą sąsiadkę.

Czuła się głupio. Miała wrażenie, że dziwnie na nią patrzy, zupełnie jakby podejrzewał ją o chęć poderwania faceta na urlop oraz o napad  z mandarynką w ręku…

– Dzień dobry, ojej, no tak… dobry wieczór… właśnie chciałam zerknąć w telewizor. Od dwóch dni krążę po górach i nie wiem co się dzieje na świecie – posłała mu uśmiech, na który zwrócił uwagę na placu Dietla.

– Mam dokładnie taki sam zamiar. To może wspólnie stawimy czoła złym informacjom? – odpowiedział uśmiechem na uśmiech.

– Dlaczego złym? Coś się stało? – zaniepokoiła się.

– Nic szczególnego, tylko nasza cywilizacja obecnie opiera się na podawaniu głównie złych wiadomości – odpowiedział. – Media żyją złymi: morderstwami, konfliktami, wypadkami, aferami, korupcją, w najlepszym wypadku  klęskami żywiołowym.  Dobrych się po prostu nie zauważa, jakby ich na świecie nie było.

– To samo w polityce – zgodnie skinęła głową. – Nie ma: co dobrego my zrobiliśmy, ale: co złego zrobił przeciwnik.

– Właśnie – przytaknął. – Dlatego staram się nie dawać sobą manipulować i mieć dystans do tego co pokazują. No i do obietnic, które i tak okażą się bez pokrycia.

Oglądali wspólnie świat przedstawiony na szklanym ekranie, komentowali wydarzenia w podobny sposób, zupełnie jakby wcześniej uzgodnili poglądy. Bezwiednie przeszli na „ty”.

– Ojej, przepraszam –  powiedziała  Ela.

– Ależ za co? Tak dobrze nam się rozmawia, że mam wrażenie jakbyśmy się znali od dawna – uśmiechnął się Winicjusz świadomy, że nie tylko ma wrażenie.

– No to mówmy sobie po imieniu, mówiąc szczerze ja się męczę rozmawiając oficjalnie i dlatego się mylę. Elżbieta  – wyciągnęła rękę.

– Winicjusz – uścisnął podaną dłoń i jakby przytrzymał chwilę dłużej niż powinien.

– To nie powiem, że masz ładne imię, bo pewnie każdy ci to mówi – uśmiechnęła się cofając rękę.

– Przywykłem – odpowiedział uśmiechem. –  Po prostu moja mama uwielbiała Sienkiewicza.

– Z jego bohaterów na razie poznałam Juranda, męża mojej byłej sąsiadki Teresy, jesteś drugi – zaśmiała się wesoło.

Potem tematem rozmowy stała się Szczawnica.

– Dowiedziałam się, że na ulicy Jana Wiktora – mówiła Elżbieta – stał „Sobieski”. Tak zresztą mieszkańcy nazywają obecnie stojący w tym samym miejscu budynek, który wzniesiony został z zachowaniem stylu. Zwróciłam też uwagę na coś co stoi i straszy.

– Kto straszy i gdzie? W  „Sobieskim”? – zdziwił się Winicjusz.

– Nie, niedaleko, też na Jana Wiktora, nazywa się 'Małuja”. Wyczytałam w przewodniku, że jest własnością UJ. Może to już nieaktualna informacja, może odnośne władze o tym nie wiedzą? A jak się dowiedzą to coś z tym fantem zrobią, bo wstyd. Tym bardziej, że obok willa „Lala” rozbudowuje się na potęgę i przyciąga gości atrakcjami w postaci chociażby góralskiej kapeli, umożliwienia tańców i śpiewu z góralami. Sama widziałam jak gruba dama w czerwonej sukni wywijała zbójnickiego.

– Jeśli masz na myśli takie straszenie, to mi przypomniałaś, że kiedyś, dawniej, gdy przyjeżdżałem do Szczawnicy, więcej było owych straszydeł –  uśmiechnął się do rozmówczyni. – Bardzo smutne robiły na mnie wrażenie. Kiedyś były z pewnością chlubą miasta i właścicieli, o pięknej uzdrowiskowej architekturze, drewniane, z ażurowymi ozdobnymi elementami w góralskim stylu…

– Kiedyś tętniły gwarem, rozjaśniane światłem  – weszła mu w słowo Elżbieta, – żyły życiem dziesiątek ludzi, którzy przewijali się przez ich podwoje. Były szczęśliwe.

– Potem pustymi „oknodołami” patrzyły ponuro przed siebie,  skrzypiąc połamanymi okiennicami i szeleszcząc odpryskującą farbą z rozsypujących się ścian myślały o wspaniałej minionej przeszłości – głuchym głosem podpowiedział Winicjusz patrząc na Elżbietę ze zmarszczonym czołem.

– Ojej, już się boję – uśmiechnęła się. – Ale muszę przyznać, że miałam takie same odczucia patrząc na „Małuję”.

– Takich domów widziałem tu naprawdę dużo. Nawet pomyślałem o uwiecznieniu ich na fotografiach i wystawie pod tytułem „Umierające domy”. Oczywiście nie zdążyłem tego zrobić. Natomiast wielką radością było dla mnie stwierdzenie podczas któregoś kolejnego pobytu w Szczawnicy, że oto dzieje się coś wspaniałego. Bowiem właśnie przy Zdrojowej dwa stare, rozpadające się budynki zostały nie tylko rozebrane, ale na ich miejscu postawiono nowe, w podobnym stylu. To właśnie dzisiejsza „Pokusa”.

– To tak jakby duchy starych domów zamieszkały w nowych i tym samym została zachowana ciągłość istnienia,  zaś ludzkie uczucia mieszkające w tamtych starych domach przeniosły się automatycznie do nowych. Dlatego pewnie tyle pozytywnych wpisów przeczytałam w księdze gości wyłożonej w  „Pokusie” – pokiwała głową Ela.

– A jakie masz plany na jutro?- spytał Winicjusz. – Oczywiście, jeśli to nie tajemnica, nie chciałbym, żebyś mnie uznała za wścibskiego faceta.

– Jeszcze nie zdecydowałam. Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że nie wykupiłam wyżywienia, zresztą za namową przyjaciółki. Nie jestem więc niczym skrępowana. Przeglądając przewodnik zaznaczyłam kilka tras, które chciałabym przejść korzystając z pięknej pogody. Gdyby się pogorszyła, ominęłoby mnie obejrzenie niektórych widoków . Ale i na taką ewentualność jestem przygotowana – uśmiechnęła się do sąsiada.

– A czy na trasę chcesz koniecznie wyruszyć sama czy też byłabyś w stanie znieść czyjeś towarzystwo? – zapytał Winicjusz z poważną miną ale wyraźnie uśmiechniętymi oczami.

– To zależy kto kryje się pod hasłem „towarzystwo” – spojrzała w uśmiechnięte oczy.

– A co byś powiedziała na starszego pana, który dobrze zna teren, ludzi i w razie potrzeby może cię wybawić z opresji…

– Z jakiej opresji? Nie mam zamiaru w nic się pakować. Podobno starsze panie są na ogół stateczne… ale nie mają nic przeciw towarzystwu eleganckich, szarmanckich starszych panów – odpowiedziała

– No masz, a gdzie ja ci takiego znajdę?. Myślałem tylko o sobie, ale widzę, że masz zbyt duże wymagania, ja się zwyczajnie nie załapuję…

Elżbieta roześmiała się na głos. Umówili się, że nazajutrz pójdą na Bryjarkę i do schroniska pod Bereśnikiem.

Było jej dobrze, już chyba sto lat się tak nie czuła. Albo jeszcze dawniej. Mandaryn, nie, Winicjusz, okazał się nad wyraz sympatyczny.  I imię ma nietypowe… Kiedy Teresa poznała Juranda, to się śmiały, że sienkiewiczowskiego bohatera testuje… A teraz ona spotkała Winicjusza.  Cóż, tylko w jej przypadku to nie ma żadnego znaczenia. Ona przecież życie ma za sobą. Najważniejszą sprawą jest uwolnienie się od Mirka, przeciwstawienie mu się tak, aby więcej nie odważył się nad nią znęcać. Przetrzymać jakoś sprawy rozwodowe, nie dać się sprowokować, potem spróbować odbudować  – albo raczej zbudować na nowo – stosunki chłopców i doprowadzić do porozumienia między nimi. Oto program na całą resztę życia. Gdzie znaleźć miejsce i siły na inne sprawy? Nie, nie ma o czym mówić. teraz jest na urlopie i tylko to się liczy – odpoczynek, poznanie cudownie pięknych miejsc, zapamiętanie szczegółów na zawsze.

16.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Rano było minus 6

Cała niedziela upłynęła przy włączonym telewizorze. Śledziłam granie Orkiestry podczas wszelkich wykonywanych domowych czynności. Jakże miło było odetchnąć radością bijącą od tysięcy ludzi, w tym seniorów i dzieci biorących udział w graniu. Ze wzruszeniem słuchałam osób już dorosłych, którym jako dzieciom życie ratował sprzęt zakupiony przez Orkiestrę. To jest takie normalne, a jednocześnie w tym kraju takie niezwykłe – być ze sobą w dobrym celu, mieć w sercu przyjaźń i życzliwość. Źle mówię, nie w tym kraju lecz – państwie. Powtarzam: to mój kraj, moja Ojczyzna, moich przodków, którzy o nią walczyli i za nią ginęli – lecz nie moje państwo, bo zbyt wiele straciłam ja i moi bliscy… Ale to już było i oby nie wróciło więcej … Nie podoba mi się, że ktokolwiek, jakiś byle jaki w tym samym czasie zieje nienawiścią i chce kary śmierci plotąc o obronie życia – czysta paranoja. Inna osoba plecie o powściągliwości w pomaganiu… Boże, Ty widzisz i nie grzmisz! Ale przecież gdy chcesz ukarać – to najpierw rozum odbierasz… Rozumiem i akceptuję… A mam inne wyjście|?
Miało być EMOCJE NIE MAJĄ NADE MNĄ WŁADZY, TO JA PANUJĘ NAD NIMI.
A więc – dziś było minus 6 stopni na zewnątrz, wiatr powodujący zwiększenie odczuwalnej temperatury, czyli bardzo zimno, przynajmniej rano. Potem wyjrzało słońce, popołudniowy spacer z psami stał się bardzo sympatyczny, ponieważ zamarznięte błoto (miejsca rozkopane i zryte przez dziki) stało się możliwe do przejścia i mogliśmy sobie pójść tam, gdzie dawno nie byliśmy. Niestety, dochodzące odgłosy przypominające strzały spłoszyły Skitusia, który gwałtownie zapragnął powrotu do domu, czyli bezpiecznego schronienia. A ponieważ ma siłę niedźwiedzia, ciężko z nim polemizować i wróciliśmy. Niemniej jednak świat był bardzo piękny w promieniach słonecznych załamujących się na pokrytych szronem gałęziach i oblodzonych trawach. A potem babcia D. stwierdziła, że nie lubi nalewki na czarnych jagodach, którą dostała od dzieciaków na Gwiazdkę, więc się z nią zamieniłam na ajerkoniak. Babcia się uśmiechnęła i poszła do swojego pokoju, a ja wypróbowałam nalewkę. Mówię wam, pyyycha…
A teraz z fantazją wezmę się za przygotowanie obiadu na jutro… Jutro jadę do Calineczki:)))

15.01.2018

  • kolewoczy A było minus 6 i mnie się to podoba 🙂 I żaden Blue Monday mi niestraszny 😉
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jak nie muszę nigdzie daleko iść, bo błoto zamarzło i na skróty da się przejść – to mi się też podoba:)
  • babciabezmohera Toż to w końcu zima! ;))
  • ciotkaeliza Gdybym tak nie musiała jechać do pracy, gdybym siedziała w domu i wyglądała przez okno to też by mi się zima podobała, ale to dopiero za trzy lata, obecnie wolę jesień.
  • annazadroza BBM:-) Kalendarzowa na pewno, tylko pewnie czytać nie umie albo jakaś roztargniona była i nie zauważyła, że już po świętach. A ona przecież na Boże Narodzenie powinna zdążyć! Teraz niech sobie idzie na ferie:) Aha, i błoto niech trzyma mrozem ściśnięte, żebym na skróty mogła chodzić:)))
  • annazadroza Eliza:-) Moja najukochańsza pora roku to wiosna. I nadchodzi! Przysłali mi katalog z Bon Prix-a i tyle tam wesołych, kolorowych, ładnych ciuchów, nawet na plażę mnóstwo do wyboru – że wiosna naprawdę idzie. I dojdzie… w marcu:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Grajmy

Grajmy, oby jak najwięcej maleństw mogło skorzystać z pomocy, bez której po prostu nie mogłyby przeżyć. Wciąż myślę o maleńkich kruszynkach. które bez sprzętu od Orkiestry po prostu nie miałyby szans na życie. Żadnych. Straszna jest świadomość, że państwo nie jest w stanie zaspokoić potrzeb szpitali a więc naszych, pacjentów, ludzi mieszkających w Polsce. Na zdrowie stać tylko bogatych, którzy mogą sobie kupić zabiegi, lekarstwa, własnego lekarza-opiekuna, sprzęt do domu. Lekarzy też coraz mniej, a i oni – zamiast się skupić na pacjencie – skupiają się na żebraniu. A pan Rydzyk żebrać nie musi, dostaje za darmo nasze pieniądze… Grajmy więc, bo rodzić każą, ale jak się urodzi i w jakim stanie – tych krzyczących nie obchodzi, niech umiera w cierpieniach jak dziecko Chazana… Mam nadzieję, że kiedyś oni wszyscy, ci tzw. „obrońcy życia” odpowiedzą przed Najwyższą Instancją za swoje postępowanie, za zło i cierpienia, które spowodowali. Dzisiejszy dzień pokazuje, że jest moment, który potrafi nas w dużej mierze zjednoczyć. To poczucie dobra, chęć pomocy, uświadomienie sobie, że razem można więcej i, że trzeba pomagać, szczególnie tym całkiem bezbronnym i niewinnym. Grajmy:)))

14.01.2018

  • ga-joz Grajmy! Nie wiem czy znajdzie się człowiek w naszym kraju, który choćby nieświadomie nie skorzystał z dobrodziejstw Orkiestry. Nawet ci najobficiej opluwający
  • annazadroza aga-joz:-) Ci ostatni najgłośniej będą krzyczeć, że im się należy. Wyobrażasz sobie, że jakiś normalny człowiek nie skorzysta z każdej możliwości, by ratować własne dziecko?
  • babciabezmohera Życzę sobie i nam wszystkim, aby znow rekord zbiórki został pobity! A wiele na to wskazuje. ;))
  • ciotkaeliza To wszystko co kupuje p. Owsiak powinniśmy mieć zapewnione przez państwo, ale niestety nie mamy i dobrze że orkiestra gra.
  • krzysztof213 No i jak mi było wczoraj daleko to wszystkiego ale kto chce niech daje.
    No i pozdrawiam tutaj
  • krzysztof213 Nie mogę zrobić jak ty tak długiego komentarza.
    Więc pociągi kursują jak autobusy zielone ja z podroży pozdrawiam
  • annazadroza BBM:-) Też mam nadzieję, na zdrowie dzieciom i na złość złym mocom. Niech padnie rekord!
  • annazadroza Eliza:-) Gdyby nie Orkiestra – to wiele z dzieciaków biorących udział w zbiórce wczoraj – po prostu nie żyłoby na tym świecie!!!
  • annazadroza Krzysztof:-) Gdziekolwiek jedziesz niech radość będzie z Tobą. Myślę, że dawał kto mógł i to jest dobre, bo dla maleńkich dzieciaczków. Pozdrawiam również serdecznie:)))
  • krzysztof213 Dużo ludzi daje i tak to dla mas jest bo wiele ludzi potrzebuje tego $$$$ i nie każdy jest uczciwy pozdrawiam z nowego wpisu gdzie Polecam
    www.youtube.com/watch?v=7eEpom_ZAtE
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 16a

Winicjusz szedł za nią w pewnej odległości .Znał dobrze trasę, więc się nie spieszył. Wiedział, w którym miejscu znowu zobaczy intrygującą nieznajomą. Rozkoszował się słońcem, zapachem świeżej zieleni, śpiewem ptaków ukrytych między młodziutkimi listkami mijanych krzewów, czasem zatrzymywał się ciesząc oczy pięknymi widokami. Zobaczywszy, że obiekt jego zainteresowania wdrapuje się na górę, uśmiechnął się pod nosem i poszedł wygodną ścieżką dookoła szczytu. Ukryty w cieniu i niewidoczny czekał na swą „ofiarę”. Ta zaś zdyszana, zasapana i szczęśliwa wkrótce dotarła do tego samego miejsca, na którym siedziała poprzedniego dnia. Wyciągnęła z plecaczka zwiniętą ortalionową kurtkę wszechstronnego zastosowania i wielorakiego użytku, rozłożyła ją na trawie i usiadła. Objęła kolana ramionami i wpatrywała się w dal. Znów podziwiała otaczający ją świat, napawała się  barwami  i zapachami, zapomniała o rzeczywistości wchłonięta na tę chwilę w wielkość, majestat, wiecznotrwałość gór. Z dołu dochodził stukot wagonika od „rynny” do zjeżdżania, śmiechy i nawoływania dzieci. Głos skowronka to przybliżał się to oddalał. Nad drzewami z lewej strony przeleciał duży skrzeczący ptak. Woda płynąca w zakolu Dunajca iskrzyła się i migotała w słońcu. Za plecami Eli kwiliły  w chaszczach jakieś ptaszki. Ile szczytów widać z jednego miejsca! Góry co kilka kroków, kroków turysty oczywiście, odsłaniają inny fragment swojej urody, dumnie prezentują, odkrywają kawałek po kawałku coraz więcej  piękna.

Mogłabym tak siedzieć i patrzeć do końca życia – szepnęła w zamyśleniu. Wcale bym się nie znudziła. Ten spokój przynosi ukojenie.

Winicjusz też usiadł, ale niewidoczny dla niej, w cieniu drzew. I on zapatrzył się w góry zmieniające wygląd w zależności od przepływających po niebie chmur. To ciemne były  i groźne, to znów jasne i wesołe, obsypane słonecznym blaskiem. Oboje wzdrygnęli się na dźwięk telefonu wyrywający ich z krainy zamyślenia.

– Tak Adelko? Dobrze, już wrzuciłam – usłyszał znany od wczoraj głos sąsiadki zza ściany. – No pewnie, tak jak obiecałam, róża popłynęła. Nie ma za co. Nie ma pacjentów?  Nie słyszę, co mówisz? Tak, tu jest cudownie, miałaś rację.  Dzięki, powiedz Zenkowi, że też go pozdrawiam. No to cześć.

Zupełnie niechcący znów zostawszy podsłuchiwaczem, Winicjusz analizował usłyszane informacje. Adelka, Zenek, pacjenci… Czyżby naprawdę świat był taki mały? Cóż, w końcu Szczawnica to naprawdę cudowne miejsce, w którym ludzie z różnych stron kraju niespodziewanie się spotykają. Co za zbieg okoliczności. Sąsiadka z pokoju okazała się znajomą Zenka i Adelki.

Elżbieta zaś nie wiedząc, że cały czas była pod opieką Mandaryna, zeszła z Szafranówki do schroniska na Palenicy, kupiła loda na patyku, pokręciła się jeszcze chwilę dopóki nie został jej w ręce sam patyczek i zjechała kolejką w dół.  Poczuła głód, skierowała się w stronę „Chatki” tuż przy Parku Dolnym. Znała to miejsce ze zdjęć i opowiadań Kasi, bo tu  najczęściej przychodzili z Mikołajem na obiad. Wnętrze rzeczywiście sprawiało sympatyczne wrażenie. Zresztą drewno zawsze daje poczucie ciepła i przytulności. Zwolnił się stolik. Siadając pomyślała, że ma wyjątkowe szczęście przy tak dużej ilości głodnych turystów szukających w porze obiadowej jakiegoś miejsca, w którym można byłoby się pożywić. Z apetytem zjadła ruskie pierogi z surówką i popiła sokiem jabłkowo-brzoskwiniowym. Przez chwilę zastanawiała się nad spędzeniem reszty dnia, po czym ruszyła do hotelu. Miała wielką ochotę rozłożyć się na balkonie na leżaku z książką i nie robić nic poza czytaniem, oczywiście dopóki nie przyjdzie jej ochota na coś innego.

Winicjusz już na Palenicy porzucił rolę asa wywiadu zastanawiając się nad dziwnymi splotami okoliczności. Zaczął kojarzyć różne fakty i już wiedział dlaczego twarz Elżbiety wydała mu się znajoma. Kiedy ostatnio był u Zenka, tuż przed wyjazdem do Szczawnicy, Adelka pokazywała koleżankom zdjęcia z sąsiedzkich imienin. On też je obejrzał. Adelka zwróciła jego uwagę na Elżbietę przypominając, że to właśnie ją dźwigał, gdy mdlała po zmiażdżeniu nogi przez pijanego męża sadystę. Raz na parkingu przed szpitalem a drugi raz na szpitalnym korytarzu. Widział ją w Tesco i w Galerii Ursynów. I jeszcze kiedyś o mało jej nie potrącił swoim starym srebrnym mercedesem,  gdy niespodziewanie wyszła mu przed maskę…Tylko wtedy wyglądała na starszą o co najmniej dziesięć lat kobietę, teraz zaś przypomina młodą dziewczynę. Nie musiał już za nią chodzić. Mógł spokojnie poczekać w pokoju aż ona wróci do swojego. Elżbieta, no proszę, to na pewno ona. Słyszał  wczoraj imię podczas rozmowy z Adelką.  Aha, przecież wystarczy sprawdzić czy ma na nodze bliznę i wszystko stanie się jasne.

Poczuł głód jak większość ludzi o tej porze dnia. Zajrzał do „Marty”, ale wszystkie stoliki były zajęte. Zobaczył grupkę osób opuszczających ogródek restauracji „Alt” i pospieszył, by nie dać się nikomu wyprzedzić. Udało się. Po chwili raczył się zimnym piwem czekając na przyniesienie zamówionego dania obiadowego  i przeglądał kupioną w kiosku gazetę.

Ela zdążyła zjeść swój obiad, wyjść z „Chatki”, przespacerować się alejką Parku Dolnego zachwycona kompozycją drzew, a Winicjusz jeszcze czekał. Zauważyła go przechodząc obok ogródka.  Zatrzymała się za pniem starego drzewa. Czytał artykuł nie podejrzewając, że może być obiektem czyjegoś zainteresowania. Czuł się swobodnie, oddzielony gazetą od reszty świata. Zmarszczone podczas czytania czoło i ściągnięte brwi  przywiodły jej wspomnienie twarzy mężczyzny, pod którego samochodem o mało nie skończyła życia, taki przynajmniej miała zamiar po kolejnej awanturze Mirka… Nieraz potem śnił jej się srebrny mercedes… Kelnerka wreszcie podeszła z obiadem i Mandaryn odłożył gazetę. Uśmiechnął się do dziewczyny i wtedy wydał się Eli podobny do faceta, którego czasem spotykała w metrze i w Hicie chyba go widziała kiedy z Kaśką rozkwakały kaczki… Pomyślała, że bredzi. No nie, coś z nią jest nie tak. Jakże takie głupoty mogą jej przychodzić do głowy? Przystojny jest, to fakt niezaprzeczalny, coś jej się w nim podoba… musi się przed sobą przyznać, ale nie trzeba do tego dorabiać jakiejś ideologii… Przecież ona chodzi bez okularów, ślepa jest, zmyśla…Dosyć! Romanse całego świata są nie dla niej, więc marsz do hotelu i do książki, szkoda czasu na głupie myśli. Poszła alejką koło bankomatu, wyszła przy „Górniku” i ruszyła w górę do „Budowlanych”.

Elżbieta nieraz miała wrażenie, że mężczyźni – oczywiście w wieku odpowiednim – zwracają na nią uwagę, ale tak naprawdę od stuleci nie czuła się kobietą. Nie uczestniczyła w odwiecznej grze między mężczyzną a kobietą. Dawno z tej gry wypadła, a powrót na planszę wcale nie był łatwy. Poza tym do tej pory była przekonana, że jej to już nie dotyczy. A teraz poczuła napięcie jakby miała lat piętnaście, nie pięćdziesiąt jeden.  Zdała sobie sprawę, że nie potrafi pogodzić się z cudzą akceptacją swojej osoby. Jest nastawiona na odbieranie krytyki, ciosów, nietolerancji i tego podświadomie oczekuje, nie potrafi samej siebie zaakceptować. Dlatego Mirek miał nad nią władzę, spod której tak długo nie potrafiła się wyrwać. Ojej, ale co to za rozważania? Przecież jest na urlopie i ma dobrą książkę do czytania, czego więcej może człowiekowi brakować do szczęścia?

Poszła do pokoju i spędziła popołudnie czytając na leżaku. Skończyła rozdział i poczuła głód. Przeciągnęła się, spojrzała na zegarek. Postanowiła zejść do miasta by kupić coś na kolację i na jutrzejsze śniadanie. Poszła szybkim krokiem w dół i po chwili robiła zakupy w „Halce”. Zapakowała je do plecaczka i ponieważ dużo tego nie było, postanowiła przejść się wzdłuż Grajcarka. Nie miała jeszcze ochoty na powrót do hotelowego pokoju. Szybkim krokiem doszła do Dunajca. Zrobiło się ciemno. Zabłysły latarnie, na wodzie, na ruchliwych falach rzeki migotały świetlne refleksy. Elżbieta westchnęła na myśl, że nieopatrznie znalazła  się zbyt daleko od domu. Cóż było robić, ruszyła raźnym krokiem w drogę powrotną i – kiedy stanęła przed wejściem do hotelu – poczuła się bardzo zmęczona.

12.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

A kysz!

Ciekawi mnie kiedy wprowadzą sprzedaż alkoholu od 13-ej i znów co niektórzy śpiewać będą ” za dziesięć minut trzynasta”. Mnie to wisi i powiewa, ale kiedy zaczną obowiązywać kartki na wódkę, to elektorat jedynie słusznej partii się zeźli, bo i środki na „zagrychę” się wyczerpią. Będzie powtórka z rozrywki…
Jakoś czarnowidztwo mnie dopadło. A to w związku z zkazami coraz głębiej wchodzącymi w codzienne życie zwykłych ludzi. To wszystko już było i budzi coraz większy wstręt i niechęć. Dlatego, że odetchnęło się już pełną piersią, a teraz znów takie „smogi” zaczynają zamykać dopływ świeżego powietrza do płuc, co szczególnie szkodliwe jest dla astmatyków…
A kysz!!! Giń, przepadnij maro, zjawo nieczysta, wracaj skąd przyszłaś i daj ludziom żyć spokojnie. A kysz!!!

11.01.2018

  • kobietawbarwachjesieni Pod tym, co napisałaś podpisuję się obiema rękami. Ściskam.
  • babciabezmohera Dołączam: a kysz! a kysz siło nieczysta!! :((
  • annazadroza Jesienna:-) BBM:-) Ręce opadły po dzisiejszym głosowaniu. Nie ma kto zastąpić złego, kłótnie i swary, prywata i warcholstwo, urażone ambicje i głupota, ciemnota i zacofanie…
  • emma_b staram się jak najmniej myśleć o tej koszmarnej katastrofie, która przydarzyła nam się po względnie normalnym ćwierćwieczu…to wszystko wydaje się po prostu niewiarygodne…
  • annazadroza Emmo:-) W głowie się nie mieści, żeby w tak ważnej sprawie nie móc się porozumieć! Ale w sprawie mordowania zwierząt można;(((
  • e.urlik Kiedyś pewien żyd powiedział w „Ziemi obiecanej”: „zwalniają, znaczy będą przyjmować”. Znaczy: przegną do reszty i wtedy … Nie wiem, co wtedy. Myślałam, że pewne rzeczy po prostu nie mogą się stać w europejskim kraju. Dlaczego oni się tak boją? I czego? Przecież mieli być po naszej stronie, ostatnia flanka, ostatnia nadzieja. A dla nich to tylko kariera, nieważne w jakiej partii.
  • annazadroza Ewo:-) Też nie wiem co wtedy. I jak można się tak głupio tłumaczyć? Czy poseł może czytać bez zrozumienia? Mam wrażenie, że nie wiedzą co czytają, nie wiedzą nad czym głosują, w ogóle nie wiedzą co robią. Muszą chyba karierowicze odejść, żeby pozostali normalni ludzie, tylko jakoś mało ich…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Będzie granie

Zbliża się granie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy:))) Mam nadzieję, że padnie rekord. W dobrej sprawie, dla ratowania dzieci, takich maluszków jak moja Calineczka, jak Drobinka przyjaciółki M., a najbardziej jak Lusia z blogu wczesnalucja.blox.pl – której wszyscy życzmy siły i zdrowia. Tylu już dzieciom sprzęt od Orkiestry uratował życie, pozwolił odzyskać zdrowie, dla seniorów również jest wsparciem! Więc tak sobie myślę jakim trzeba być człowiekiem, żeby zabraniać innym uczestniczyć w takiej wspaniałej akcji, żeby opluwać jej twórcę i wciąż go atakować za jakieś wyssane z palca bzdury. Chyba właśnie nie-człowiekiem trzeba być.
Jutro moja kolej do Calineczki pojechać, więc dla starszej wnusi placek z jabłkami jeszcze muszę upiec, bo obiecałam. Na obiad zrobiłam dziś krokiety ziemniaczano-brokułowe, nawet dały się zjeść, tylko koniecznie ostra surówka do nich jest potrzebna. Akurat jeszcze miałam w słoiku, bo robię z całej główki kapusty, żeby na zapas była. A w ogóle nic mi się nie chce, obudziłam się z bólem głowy i wciąż jeszcze mnie trochę męczy. Mąż twierdzi, że za bardzo się w oglądanie wczorajszych zmian zaangażowałam… Może i racja, całkiem niepotrzebnie. Ale, ale i tak mniej niż kiedyś! Tak więc jest lepiej i idę obierać jabłka:)))

10.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 16

W nocy Elżbieta spała  jak kamień.  Obudziło ją skrzeczenie sroki na balkonie, słońce już od dawna wędrowało po niebie.

– Nie będę dzisiaj niczym w ciebie rzucać – powiedziała rozbawiona, – nie sprowokujesz mnie więcej.

Wzięła prysznic w malutkiej łazience, zrobiła sobie kawę ze śmietanką, włączyła radio stojące na półeczce nad wersalką. Radio okazało się być stare, nie przestrojone, łapało tylko jedną słowacką stację. Zaśmiewała się w głos próbując pojąć sens audycji. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że nie powinno być zła w kraju, w którym ludzie mówią takim cudnym językiem. Wypiła kawę, wskoczyła w jasnoniebieskie dżinsy, kremową koszulkę, narzuciła krótką kurteczkę z tego samego materiału co spodnie tylko nieco ciemniejszą i po chwili opuściła hotel. Zbiegając w dół schodami minęła z prawej strony kryty basen należący do „Budowlanych”,  z lewej „Nawigatora”. Po kilku minutach znalazła się na ulicy Zdrojowej na wprost pijalni wód „Magdalena” i „Jan”. Kuracjusze mogą tu ze specjalnych kubeczków sączyć zdrowiodajną wodę oglądając wystawę obrazów, stoisko z kosmetykami profesora Czarneckiego albo srebrną biżuterią, obok zaś stoiska z pamiątkami.

Tym razem postanowiła zrobić dłuższą trasę – wspiąć się na Orlicę, przejść górą i dotrzeć na Palenicę od drugiej strony, potem zjechać w dół kolejką linową. Po drodze miała zamiar wykonać misję powierzoną przez Adelkę.

Winicjusz  nie zerwał się o świcie, choć miał taki zamiar. Wyszedł na balkon, przeciągnął się, spojrzał w niebo próbując przewidzieć pogodę, co nie było zbyt trudne, bo słońce nie miało zamiaru chować się za chmurę z tego prostego powodu, że żadnej nie było na horyzoncie. Dostrzegł postać zbiegającą po schodkach w dół. Poznał w niej kobietę, którą poprzedniego dnia obserwował na placu Dietla i z którą zderzył się w drzwiach hotelu. Uśmiechnął się do siebie, szybko był gotowy do wyjścia i ruszył w ślad za nią. Nie miał kłopotu z odnalezieniem „ściganej”, bo stała przed pijalnią i przyglądała się przez szybę obrazom eksponowanym wewnątrz, szczególną uwagę poświęcając malowanym na szkle. Potem poszła wprost do kwiaciarni, kupiła jedną różę i z kwiatem w ręce ruszyła dalej. Zaciekawiony  podążał za nią czując się jak wódz Apaczów na wojennej ścieżce. Chwilami tracił ją z oczu wśród tłumu turystów spacerujących deptakiem nad Grajcarkiem, kilka razy o mało nie stał się ofiarą licznych rowerzystów jadących w stronę Dunajca albo z powrotem.

Elżbieta przystanęła na moście patrząc w dół na spienione w tym miejscu wody Grajcarka, który głośno szumiał wyrażając swą radość ze spotkania z Dunajcem. Wyłączyła się na moment z rzeczywistości, most zdawał się płynąć w dal niczym statek prujący fale oceanu, zapach także przypominał morskie wybrzeże… Niczym lawina przetoczyła się obok hałaśliwa grupa młodzieży. Elżbieta spojrzała na roześmiane twarze, uśmiechnęła się i poszła dalej wdychając zapach róży trzymanej w ręce. Podziwiając piękno skał po obu stronach rzeki doszła do łagodnego zakola, skąd można było obserwować ławice ryb pod powierzchnią wody i stado kaczek przyzwyczajonych do wyławiania rzucanych przez turystów kawałków chleba. Słońce kładło na fale promienie, które załamywały się, rozsiewając wokół miliony mikroskopijnych drobinek tęczy.  Elżbieta przymrużyła oczy, oceniła odległość od miejsca, w którym stała do powierzchni wody, wzięła rozmach i rzuciła różę z całej siły, starając się, by poszybowała jak najdalej. Upadła tuż przy brzegu i przez chwilę zdawało się, że tam zostanie. Ale zaraz, nie wiadomo skąd, pojawił się wir czy wiatr i kwiat popłynął ku środkowi rzeki, zupełnie jakby pod wodą odebrała go niewidzialna ręka ukochanego Adelki.

Elżbieta stała przyglądając się w zamyśleniu odpływającemu kwiatu, jej zaś przyglądał się zaintrygowany Winicjusz. Coś niecodziennego było w tej kobiecie. Coś, co wzbudziło jego zainteresowanie, gdy zwrócił uwagę na zmieniający się wyraz  jej twarzy kiedy siedziała w kawiarence na placu Dietla. Ona zaś, nieświadoma wrażenia jakie wywołała, zawróciła. Winicjusz ledwie zdążył odsunąć się, żeby na niego nie wpadła. Nie wiedział, że pogrążona w myślach w tym momencie nie widziała wokół siebie nikogo i niczego. Szybkim krokiem ruszyła w stronę schroniska na Orlicy. Pokonała z pewnym wysiłkiem pierwsze strome podejście. Zasapana rozejrzała się uważnie i znalazła to, czego szukała. O drzewo stał oparty zgrabniutki kij, jakby czekał na nią, aby pomóc w dalszej  wspinaczce. Na pewno zostawił go jakiś turysta uznawszy, że spełnił swoją rolę i może przydać się komuś innemu.. Przesławszy w myślach podziękowanie nieznajomemu wzięła kij w rękę i wspinała się dalej aż doszła do miejsca, w którym szlak prowadził górą, równo, wygodnie, roztaczając piękno Pienin przed oczami wędrowca. Zmęczona ostatnim podejściem, lecz bardzo z siebie zadowolona,  przeszła obok letniego przejścia granicznego do słowackiej Leśnicy. Tak dotarła do Szafranówki. Wdrapała się na sam szczyt na czworakach, chwytając się korzeni, po kamieniach osuwających się w dół. Ledwo żywa usiadła na betonowym słupku i wprost pękała z dumy.

9.01.2018

  • mmzd …………..
  • annazadroza Magdo:-) Nie zrozumiałam:(
  • mmzd No wiesz, ta róża,już kiedyś o tym mówiłyśmy..
  • Gość: [Anka] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl No tak, róża, już wiem. Nie załapałam w pierwszej chwili. Serdeczności:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tydzień

Minął pierwszy tydzień nowego roku. Ani śladu śniegu, co akurat mnie cieszy, rośliny może mniej bo im się całkiem pomieszało i już chcą kwitnąć zamiast spać do marca. Dla zwierzaków lepiej, na przykład dla sarenek, bo wciąż mają zieloną trawę. Mówię o sarenkach, ponieważ przez kilka dni spotykaliśmy je idąc rano z psami, na polu, przy ulicy. Najpierw dwie, takie jaśniejsze a potem pojawiła się rodzinka, najwyraźniej mama, tata i dziecko, umaszczone nieco ciemniej od tamtych dwóch. Nie stanowiły jednego stada, utrzymywały do siebie dystans lecz pasły się spokojnie niedaleko od siebie. Śliczne są. Jak można mordować takie piękne, niewinne istoty? Człowiek morduje nie dla konieczności utrzymania się przy życiu, morduje dla przyjemności mordowania i patrzenia na śmierć i cierpienie. Dlatego jest najgorszym potworem ze wszystkich. Na szczęście coraz większe koło zatacza świadomość, że zwierzę nie jest rzeczą, powstają organizacje ratujące zwierzaki. Zbyt wolno, to prawda, lecz jak trafić do takich bydlaków, które i człowieka drugiego nie uszanują, na dzieci napadają, nad własnymi się znęcają?

No i proszę, myśli uciekły spod kontroli, a miały być tylko dobre. Słońce dziś od samego rana świeci, lekko mrozik chwycił i da się przejść tam, gdzie wczoraj błoto kląskało pod butami. Babcia D. zdjęła świąteczne dekoracje ze swego okna. Może myśli, że wiosna. Na razie łyka tabletki bez sprzeciwu, kupiłam tran i vit.D, zgodnie z zaleceniem lekarki, oprócz leków na pamięć dostaje też vit.B com., i rutinoscobin. Wnusia przyjaciółki M. kończy dziś dwa miesiące, moja skończyła cztery. Tak się więc dzieci postarzały:))) Życzę miłego tygodnia, bo to poniedziałek i od razu się przypomina „Nie lubię poniedziałku”. Nie ma jak nasze stare komedie. Swoją drogą, co by puszczali na okrągło w tv gdyby ich nie było? Albo „Stawki” czy „Pancernych”?

Zanim puściłam wpis przeczytałam o nowym pisim prawie do mordowania zwierząt, o zawłaszczeniu lasów i prawie dla morderców zwierząt. I jak tu zachować spokój? Życzyć im tylko, żeby się wzajemnie wystrzelali co do jednego!!! Przecież w pisie są ludzie mający nie tylko koty ale i psy, czy im bielmo na oczy padło, że nic nie widzą? Czy nienawiść zaślepiła ich do tego stopnia, że nie wiedzą co czynią? W każdym razie ja prosić o wybaczenie dla nich nie będę, niech ich spotka wszystko, na co zasłużyli.

8.01.2018

  • veanka No właśnie dzisiaj mieli w Sejmie dyskutować nad ustawą, wg której polujący myśliwy może cię wyrzucić z lasu i pola, bo on poluje;(.
    Nawet z prywatnego pola, czy z lasu też, to się nie doczytałam, bo zalała mnie jaśnista krew i dałam se spokój z „pogłębianiem” swojej wiedzy;(((.
  • Gość: [Anka] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl No właśnie też mnie krew zalała, i żeby tych morderców jasny piorun!!!
  • urszula97 Wszystkiego dobrego w Nowym Roku pisarko.Oby rządzący się opamiętali.Dziękuję za odwiedziny.
  • kolewoczy A nie zauważyłaś, że za tym prawem społem głosowali wszyscy obecni posłowie bez względu na przynależność partyjną? 433 – ramię w ramię, ręka w rękę. Idealna współpraca 😉
  • annazadroza Urszula:-) Dzięki za życzenia, niech się wszystkim spełnią:)))
    Jakoś nie wierzę w opamiętanie się rządzących. Cud jakiś musiałby nastąpić, czy co…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Ciekawe, prawda? Potrafili się zjednoczyć w sprawie mordowania natomiast w sprawie pomagania żyjącym istotom jakoś nie mogą, żrą się jak dzikie psy o ostatnią kość na ziemi…
  • babciabezmohera Podejrzewam, że nie przeczytali uważnie ustawy /tzw. drobnym drukiem napisanego fragmentu/, co zresztą w ogóle ich nie tłumaczy, bo ich psim obowiązkiem jest wiedzieć, za czym głosują!:((
  • annazadroza BBM:-) Jeśli nie wiedzą nad czym głosują – to jak o nich świadczy? Czarno to widzę, chciałabym się mylić…
  • dorota4311 Dzień dobry:)
    Obiecuję sobie przeczytać wszystko co napisałam, już za parę dni będę miała więcej czasu na to,zatem nadrobię zaległości. Milo mi , że odwiedzasz mojego bloga:)

    Zgadzam się z Tobą, coraz bardziej przypominają się dawne PRL-owskie czasy .

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 15a

Późnym popołudniem Elżbieta zeszła na plac Dietla. Usiadła na tarasie obok muzeum. Część tarasu została przeobrażona w letnią kawiarenkę. Stały duże stoły z ławami, olbrzymie parasole zakrywały klientów lokalu przed ewentualnym deszczem lub letnią spiekotą. Usiadła przodem do uroczego placyku, mając jednocześnie widok na pierwszą wiosenną „zieloność i różnobarwność” Parku Górnego, wśród której błyskały bielą ściany okrągłej kaplicy Szalaya tuż nad willą zwaną „Szwajcarką Górną” – a może  „Holenderką”? Zapomniała w tej chwili, na razie jeszcze myliły się jej nazwy lecz nie miała chęci zaglądać teraz do przewodnika.

Z drugiej strony, nad budynkiem „Starej Kancelarii”, słychać było śpiewające słowiki. Zamówiła lody i drinka, którego nazwę od razu zapomniała.  W każdym razie smakował wyśmienicie i ładnie wyglądał: zawartość szklanki miała barwę turkusową, wewnątrz srebrzył się lód a na brzegu złocił plaster cytryny. Zajadając lody i wolno sącząc drinka przyglądała się z zainteresowaniem życiu przepływającemu obok niej. Przez środek placu przeszła kobieta z czarnym, misiowatym owczarkiem. Po chwili wróciła,  pies stanął przednimi łapami na brzegu fontanny. Najwyraźniej był rozdarty wewnętrznie: z jednej strony miał ochotę wejść do wody, z drugiej nie chciało mu  się gramolić przez wysoki murek.  Wreszcie podszedł od strony kamiennej rzeźby  przedstawiającej dziewczynę z dzbanem, z którego wypływa woda. Tam zszedł do wody, było mu wygodniej, nie musiał skakać, przeszedł kilka kroków i wyszedł. Nawet nie zdobył się na wysiłek strząśnięcia  z siebie resztek wody. Rozłożył się koło pani, która przysiadła na murku okalającym wodny zbiorniczek. Machał puszystym ogonem i z zadowoleniem szczerzył zęby w uśmiechu.

Co za cudowne chwile – pomyślała Ela. – Jak spokojnie, jak cicho, jak normalnie.

Jakiś spóźniony turysta zszedł od strony Bryjarki objuczony ciężkim plecakiem. W „Zdrojowej”  grał zespół, solista śpiewał przeboje, ludzie tańczyli, bawili się, dobiegały  śmiechy i szmer rozmów. Wokół fontanny na placu rozklekotany mały fiacik 126p. wykonał rundę honorową rzężąc głośno przy wspinaniu się pod górę. Na Palenicy zabłysło światełko i migotało między gałęziami drzew. Włączone reflektory krzyżującymi się smugami rozjaśniały  ciemniejące niebo. Ostatni zmęczeni rowerzyści zjechali z Bryjarki równo ze zmrokiem. Mgła zaczęła się leciutko podnosić i unosić, zakrywać ostro widoczną do tej pory Palenicę, rozmywać kontury, rozbielać świat. Mimo późnej pory sporo dzieci  z rodzicami przyszło na plac Dietla. Większe  szły  trzymane za rączki, maluchy leżały  lub siedziały w wózkach. Pod Palenicą rozbłysły sztuczne ognie a na niebie gwiazdy. Trzy dziewczyny wyszły na łowy. Przystawały co chwilę, śmiały się głośno, ostentacyjnym zachowaniem próbując zwrócić na siebie uwagę mężczyzn.

To odwrotnie niż ja – pomyślała Elżbieta. Ja wolę się schować, żeby nikt mnie nie widział. To pewnie odznaka starości. Tak jak przywilejem młodości jest  hałaśliwość, brak umiaru i brak rozumu. Ja go chwilami mam w nadmiarze, ale chwilami chyba cierpię na zanik…

Siedziała nad pustą szklanką po drinku obserwując otoczenie, pogrążona w zupełnym spokoju, który był jej tak potrzebny.  W pewnej chwili pojawiła się jej przed oczami twarz Mandaryna. No właśnie, wydawała się jakaś znajoma. A może po prostu był do kogoś podobny? W końcu przez pół wieku życia widzi się tylu ludzi i ludzi podobnych do tamtych ludzi, że można się pogubić. Zresztą podczas zderzenia w drzwiach miała go przed sobą twarzą w twarz tak długo, że może go uważać za znajomego. Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie porannego zdarzenia. Uśmiech miała ciepły i serdeczny, uśmiechały się oczy, nie tylko usta. Widział to Winicjusz, który przyszedł na spacer na plac Dietla i usiadł przy sąsiednim stole, z boku. Elżbieta go nie widziała.  On nie poznał jej w pierwszej chwili. Włosy związała w kitkę, wyglądała inaczej niż kobieta,  która staranowała go rano w drzwiach hotelu. Wtedy wydawała mu się jakaś zniecierpliwiona, zdenerwowana.

Ot, zmęczona i zestresowana niewiasta przyjechała na odpoczynek i tyle. Jeszcze nie odpoczęła – podsumował w myślach.  Zerkał na samotnie siedzącą, zamyśloną kobietę. Wtedy właśnie uśmiechnęła się i tym  uśmiechem przyciągnęła uwagę obserwatora.

Przez plac przeszła spacerkiem para starszych ludzi trzymających się za ręce. Elżbietę zawsze wzruszał taki widok. Teraz nasunęła się smutna refleksja, że jej nie czekają takie piękne chwile. Dlaczego? Dlaczego ona nie ma z kim iść na spacer pod rękę? Dlaczego runęło wszystko, co budowała z takim trudem, co starała się utrzymać za wszelką cenę? Patrzyła za staruszkami z tęsknotą, z żalem, z ogromnym smutkiem, które w jednej chwili zmiotły uśmiech z twarzy.

Winicjusz zaś patrzył na niewiarygodnie zmieniający się na jego oczach wyraz twarzy Elżbiety. Wzbudziła w nim sympatię i zainteresowanie.

Przy stole przed Elą rozsiadła się para sanatoryjnych narzeczonych, co łatwo było rozszyfrować po ubraniach i zachowaniu. Elżbieta wróciła do teraźniejszości z krainy smutnych myśli. Mężczyzna próbował wejść w rolę amanta uwodząc partnerkę jasnym garniturem, modulowanym głosem, wystudiowanymi przed lustrem gestami, co Elę szczerze rozbawiło. Z zaciekawieniem dyskretnie obserwowała rozwój sytuacji. Kobieta, ubrana z przesadną elegancją, z bardzo mocnym makijażem mizdrzyła się szczęśliwa, że wygrała  z sanatoryjnymi rywalkami walkę o dorodnego samca. On podniósł rękę, by partnerkę objąć męskim ramieniem i wtedy do Elżbiety dopłynął uwolniony zapach spod pachy… Czym prędzej się podniosła mrucząc pod nosem:  mógłbyś się, ćwoku, umyć zanim wyjdziesz na podryw. Zapłaciła kelnerce i wróciła do hotelu.

Winicjusz podążył za nią nie spiesząc się, nie chcąc rzucać się w oczy kobiecie, która go zainteresowała nie mając o tym zielonego pojęcia. Był zadowolony, bo urlop zaczął mu się rysować w coraz ciekawszych kolorach.

Na parkingu przed budynkiem stało dużo samochodów z warszawską rejestracją, wśród nich srebrny mercedes. Szczawnica stawała się znów modna o czym świadczyły tłumy przyjezdnych snujących się po całym miasteczku i okolicy w czasie dni wolnych od pracy oraz przez cały sezon. Winicjusz już zdążył spotkać kilku znajomych  na placu Dietla, na ulicy Głównej i pod Palenicą. Postanowił, że nazajutrz przespaceruje się do „Czardy” i do kapliczki na Sewerynówce. Nie czuł się jeszcze senny więc wyszedł na balkon.

Z ostatniego piętra hotelu usytuowanego sporo ponad poziomem morza roztaczał się na miasteczko widok malowniczy i kojący duszę. Migały światła w domach położonych na zboczach, niewidocznych wcześniej, ukrytych między drzewami, ujawniających się dopiero po zmroku dzięki lampom rozbłysłym w ciemności. Stanął w rogu balkonu, oparł się o drewnianą balustradę i z rozkoszą wdychał cudownie świeże powietrze. Ukryty w mroku czuł się z nim połączony w jedność, jakby był niewidzialny i bezkarnie mógł wkradać się w myśli i uczucia nieświadomych tego ludzi. Ze spokojem w duszy, z wewnętrzną radością obserwował drżące światełka na Palenicy.

W sąsiednim pokoju zrobiło się jasno. Najwidoczniej lokator wrócił na noc. Winicjusz cofnął się, by nie zostać zauważonym, chciał jeszcze pozostać w mroku pozwalającym na przebywanie w kręgu intymności wśród osobistych przemyśleń i przeżyć, w mroku broniącym dostępu intruzom z zewnątrz.

Za ścianą oddzielającą balkony zgasło światło. Zapadła cisza, którą wkrótce przerwał dźwięk telefonu. Winicjusz stał nieporuszony, nie zdradzając swojej obecności.

– Cześć, już jestem w hotelu.

Usłyszał niski kobiecy głos o sympatycznym brzmieniu. Nie chciało mu się ruszać z miejsca. Przez chwilę czuł się skrępowany myślą, że podsłuchuje cudzą rozmowę. Szybko jednak stwierdził, że gdyby sąsiadka omawiała głęboko skrywane tajemnice – weszłaby do pokoju mając świadomość, że ktoś może usłyszeć treść wypowiedzi stojąc na balkonie obok albo niżej. Poczuł się rozgrzeszony i spokojnie stał dalej.

Dobrze, że sąsiadka nie pali i nie zieje w moją stronę papierochowym smrodem, bo wtedy na pewno coś bym jej powiedział – pomyślał przyglądając się błądzącym po niebie  smugom światła rzucanym przez reflektory z placu Dietla. Każda wyglądała jak pasmo życia jednego człowieka przebiegające przez wszechświat, wybijające się na jego tle, błyszczące przez niewiadomej długości chwilę aż do zniknięcia, do momentu, kiedy ktoś wyłączy prąd. A przecież nigdy nie wiadomo kto, kiedy i komu ten prąd wyłączy… Ktoś może pomylić wyłączniki…. Ktoś Marii odciął zbyt wcześnie dopływ prądu… A ona jeszcze w ostatniej chwili prosiła: bądź szczęśliwy, przyrzeknij… Przyrzekł dusząc w sobie łzy i skowyt bólu, i dlatego odeszła z uśmiechem na zmęczonej twarzyczce naznaczonej cierpieniem…

– Dobrze, oczywiście, zrobię, masz to jak w banku – usłyszał głos zza ściany. I jeszcze – Adelka, Adelka, halo, jesteś? Powiedz tylko w jakim kolorze. Tak, dobrze, oddzwonię, cześć.

Pokiwał głową z politowaniem. Pewnie chodzi o jakieś ciuchy, no bo czego mogła dotyczyć rozmowa o kolorach „czegoś” na odległość. Zwrócił uwagę nie tylko na  miło brzmiący głos sąsiadki ale i na imię rozmówczyni.  Adela jest rzadko spotykanym imieniem. On sam poznał  zaledwie jedną przez całe swoje długie życie. Nie, to nie ta sama, to jest niemożliwe, poza tym znajduje się przecież na drugim końcu Polski. Zresztą nigdy nie słyszał, żeby nawet w pracy rozmawiała z koleżankami o ciuchach, czy w ogóle o bzdurach, choć nieraz siedział w tym babskim towarzystwie czekając na Zenka. Pielęgniarki znały go tyle czasu, że nie krępowały się w jego obecności poruszać najprzeróżniejszych, nawet delikatnych tematów.

– Adelka, to ja, Elżbieta – wyrwał go z zamyślenia glos sąsiadki. – W którym miejscu to ma być? Tu w mieście koło flisaka czy tam dalej, na zakręcie? Tak? Dobrze, dzięki.

Teraz wiem jak ma na imię moja sąsiadka. Za godzinę pewnie poznam imię męża, dzieci, numer buta i rozmiar bielizny – pomyślał.

Mylił się. Niczego więcej już się nie dowiedział, bo za ścianą zgasło światło i zapadła cisza. Elżbieta owinęła się dużym, ciepłym swetrem. Ułożyła się wygodnie na wcześniej rozstawionym leżaku. Wpatrzona w gwiazdy na granatowym niebie rozjaśnianym ruchomymi smugami światła z placu Dietla – analizowała swoje dotychczasowe życie, zaglądała w najgłębsze zakamarki duszy, szukała ukrytych przed całym światem marzeń i pragnień, o których sama zapomniała i do których istnienia sama przed sobą bała się przyznać. Szukała recepty na dalsze życie, sposobu przetrwania nieuchronnie zbliżających się trudnych chwil. Po drugiej stronie ściany rozdzielającej balkony Winicjusz również pogrążył się w myślach.

5.01.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Tylko Dobre

Nie robię noworocznych postanowień, nigdy nie robiłam. Postanawiałam sobie coś w międzyczasie, po czym od razu się przeciw temu buntowałam, bo przecież nikt nic mi nie będzie narzucał, nawet ja sama sobie. Taki głupi byczy charakter. Oczywiście robiłam to, co miałam do zrobienia, ale od tyłu, odwrotnie, od tzw, doopy strony i z reguły dużo więcej niż początkowo zamierzałam, ale musiałam najpierw nabrać rozpędu.
Teraz – wcale nie w związku z nowym rokiem lecz z burzliwymi wydarzeniami roku minionego – jednak postanowiłam, że postawię sobie przed oczami afirmację i będę ją powtarzać na okrągło: EMOCJE NIE MAJĄ NADE MNĄ ŻADNEJ WŁADZY, TO JA PANUJĘ NAD NIMI.
A druga rzecz – i to już wprowadziłam w życie – staram się mniej słuchać i patrzeć na tv w myśl zasady, że jak nie mam na coś wpływu, to nie będę o tym myśleć. Przynajmniej się postaram.Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, zareaguję w sposób adekwatny do sytuacji. Poza tym skupić się pragnę na dobrych, przyjemnych sprawach, rzeczach, wydarzeniach. Podoba mi się pomysł ze słoikiem, do którego wrzuca się karteczki z zapisem czegoś dobrego, co nas spotkało choć raz w tygodniu. Chodzi o koncentrowanie uwagi na dobrej, nie na negatywnej stronie życia, bo przecież podobne przyciąga podobne.
Niech więc wszystkim Gościom moim samo DOBRE przytrafia się przez cały rok:)))

4.01.2018

  • mmzd Aniu, ja trochę nie na temat, ale.. Przeczytałam w „Leśniczówce” Twój komentarz i podpis <wnuczka leśnika> , i tak sobie myślę, nie po raz pierwszy zresztą, że nieprzypadkowo się w tych ogromnych internetach spotkałyśmy. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że nasi dziadkowie się znali.
    Magda
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza Magduś, z Dziadkiem Leśnikiem nie miałam okazji się spotkać, bo zamordowali go bandyci z UPA w lipcu 1944. Znalazłam te informacje w necie, bo kiedyś myślałam, że to szwaby go utłukły, jak pojechał przed wojną do pracy gdzieś pod Samborem, to po wojnie nie wrócił. Urodziłam się 10 lat później i w ogóle mnie to nie interesowało dopóki się nie zestarzałam i nie zaczęłam myśleć. To pewnie po Nim tak kocham las i inne cuda natury.
    Ale, że przypadków na świecie nie ma, to z pewnością po coś się w tych internetach znalazłyśmy:)))
  • kolewoczy Ja mam kalendarz, w którym zapisuję, co udało mi się zrobić danego dnia. Ze słoika nie chciałoby mi się karteczek wyciągać 😉
  • annazadroza kolewoczy:-) Ale to dopiero na koniec roku się wyjmuje, przez cały rok patrzysz jak karteczek przybywa i chyba się człowiek z tego cieszy:) Kalendarz – rzecz niezbędna, lecz normalna, a słoik pierwszy raz zobaczyłam 🙂
  • annazadroza Aha, słoik zobaczyłam u babcibezmohera:)))
  • kolewoczy No nie widzę tego, wrzucać karteczki i nie zaglądać? To po co? Zwłaszcza, że podsumowań na n]koniec roku nie robię. Na razie ta idea nie przemawia do mnie. Kalendarz za to na bieżąco funkcjonuje i to w kilku wersjach, bo osobny mam do spraw zawodowych, a osobny prywatny, domowy. Ale jak ktoś lubi wrzucać karteczki, to proszę bardzo. Kojarzy mi się to z takimi psychologicznymi chwytami jak palenie karteczek z nazwiskami osób, które nas skrzywdziły, żeby przezwyciężyć traumę czy coś w tym stylu, a podchodzę do tego sceptycznie, takie gusła psychologiczne 😉 Ja wolałabym tam trzymać cos innego 😉
  • annazadroza Przecież widać ile tych karteczek jest, widać, że przybywa – czyli tyle nas przyjemnych rzeczy już spotkało. Może i gusła, ale jak mogą pomóc mieć dobry nastrój, to czemu nie? Nie boli i nikomu krzywdy nie robi:) A w drugi słoik można coś innego włożyć, np.kolorowe guziki gdyby ktoś chciał, albo orzechy , albo przysmaki dla psa, albo coś zielonego itp., itd.
    Kalendarz jeden noszę w torbie, drugi mi stoi „na oczach”, biurkowy, tygodniowy, bardzo wygodny bo przejrzysty.
  • babciabezmohera Chyba przejmę od Ciebie nowy sposób funkcjonowania, bo wydaje mi się skuteczny na obecne czasy. Serdeczności na nowy rok!:))
  • annazadroza BBM:-) Bardzo bym chciała, żeby udało się funkcjonować zgodnie z przepisem. Na razie – kiedy dochodzą do mnie głosy na temat np. serialu o rekonstrukcji rządu itp, itd… – wyłączam telewizor albo wychodzę, zajmuję się czym innym, tak w ramach samoobrony organizmu. To trudne, bo od razu cisną się na usta słowa komentarza…
  • annazadroza BBM:-) I dziękuje za serdeczności, ślę wzajemne:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz