Wszystkiego najsłodszego:)))

Wczoraj był przepiękny dzień. Jadąc na rehabilitację z rozkoszą spoglądałam na ulice lekko posypane śniegiem, na pobielone dachy domów, drzewa, krzewy i trawniki. W słońcu i bieli cały świat wydawał się czysty. Tak powinna wyglądać zima. Dziś już zupełnie odmiennie się prezentuje, wokół szaro i brudno. Mokry,
rozjeżdżony, posypany solą śnieg pryska na boki spod kół przejeżdżających aut, brudzi i niszczy buty, powoduje ból psich łapek. Nie można więc iść z psami po chodniku, trzeba szukać bocznych przejść, na których nie ma soli.
Długo wczoraj byłam poza domem, wróciłam późno i tak zmęczona, że nie dałam rady nic sensownego napisać. Zerknęłam tylko na Wasze komentarze i ucieszyłam się, że byłyście. Dziękuję:))) Zabiegi jeszcze tylko jutro. Dobrze, bo dzień będzie mniej napięty, a szkoda, bo chętnie powtarzałabym częściej,
jednak pomagają.
Uprzejmie donoszę, że pożarłam już cztery(!) pączki. Jeśli zjedzona dziś ilość ma przynieść szczęście na cały rok, to czuję się rozgrzeszona:) A pączki kupiłam wracając z zabiegów, w prywatnej cukierni. Przede mną stało w kolejce 5 osób, a za mną…ho ho ho… ustawiło się całe mrowie klientów:) Mam tak od dawna –
wchodzę do pustego sklepu i za chwilę sklep jest pełen. Baaardzo pyszne pączki, muszę przyznać. Nawet babcia D. zjadła pół. Dałam jej do pokoju na talerzyku tę drugą połówkę, kilka faworków i prosiłam, żeby przyszła po więcej. Nie chciała wziąć, ale w końcu wzięła. Może nie wyrzuci.
O poważnych sprawach dziś ani słowa. Dla wszystkich mnóstwa słodkości w ten słodki czwartek:)))

8.02.2018

  • babciabezmohera Takich pączków, jakie robiła moja Teściowa, w żadnej cukierni nie kupię!;((( Ale i tak kupiłam – tradycji musi się stać zadość!;))
  • kotimyszkot Niech Ci szczęście przyniosą (kalorie z czasem znikną 😉 ), słodkie i pachnące 🙂 Ja nie kupuję pączków, jadę ratować rodziców od nadmiaru słodkości. Tata od lat dostaje w ten dzień całą paletę świeżych wypieków prosto z cukierni. A jak wiadomo, co za dużo, to niezdrowo 😉 Pozdrawiam serdecznie..
  • urszula97 Smacznego,a ja takie proste zrobiłam na bazie serka homogenizowanego,
  • annazadroza BBM:-) Takich jak moja Babcia smażyła – też nie ma. I chrust był fantastyczny i róże z chrustu… mniam… ślinka leci na samo wspomnienie. Cóż, tradycja miła i słodka, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, i też smakuje:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kotimyszkot:-) Dziś dyspensa dla wszystkich w kwestii słodyczy:) Oko mi ucieka w stronę patery z pączkami i pewnie ulegnę…Tylko dziś, od jutra ścisła dieta! A Tobie miłego łasuchowania:))) Tyle pączków, no, no, jest w czym wybierać… A z cukrem pudrem czy z lukrem? Za mną lukier od wczoraj chodził:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Dzięki i nawzajem, najsmaczniejszych pączków:))) Serkowe robiłam chwilę wcześniej, zamiast oponek, do których straciłam cierpliwość. Do dziś zniknęły:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No to ja wyłamałam się ze wszystkiego ( wcale nie dobrowolnie 😉 śniegu
    u mnie jak na lekarstwo (centrum), a na poczki jeszcze muszę poczekać.
    Też uwielbiam z lukrem i nie takie ciemne… o rany ale zachcianki mam
    jak dziecko 😉 dzisiaj osładzamy sobie życie, trochę endorfin prawda ?
    ściskam słodko 😉 serdeczności Aniu 🙂
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Niech dotrą do Ciebie jak najprędzej, te pączki. Dziś to takie prawdziwe słodkie szaleństwo. a potem dłuuugo nie spojrzę na żadne słodycze. I zacznę się wreszcie naprawdę odchudzać:)))
  • Gość: [irsila] *.dynamic.chello.pl Sama się dziś wysilałam i swoje usmażyłam.
  • annazadroza Irsilo:-) Ale takie prawdziwe pączki, nie serkowe „niby-pączki” tylko takie babcine? To jesteś wielka! Chrust ( czyli faworki) kiedyś zrobiłam, ale pączków nigdy. Gratulacje:)))
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Serdeczności,a propos pączków, ja kupiłam swoje na stacji Orlen, bo bardzo praktycznie postanowiłam połączyć smaczne z pożytecznym, zdobyłam dodatkowe 1000 punktów. Dzisiaj zjem jeszcze ostatniego.:))
  • annazadroza L.C.:-) A na co za te punkty możesz wymienić?
    Pączków pożarłam w sumie 6! Tak mi się chciało, że nie mogłam się oprzeć, były z lukrem, mniam:))) Przez rok nie powinnam na tyle kalorii spojrzeć, dopiero w następny tłusty czwartek;)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 18a

Kasia zastukała do drzwi Adelki. Przywitał ją oczywiście ogłuszający radosny psi jazgot, po którego opanowaniu przysiadła na krześle. Na chwilę tylko, bo przecież nie miała czasu, musiała nadrobić domowe zaległości powstałe podczas pobytu taty u niej, kiedy Tosia pojechała do domu pozałatwiać swoje sprawy.

– Miałam tatę u siebie.  Był wyjątkowo spokojny, nie kłócił się ze mną tym razem, może to ja miałam w sobie mniej agresji, bo, niestety, łapię się na tym, że mam złe myśli. Jestem złośliwa i paskudna, a przecież nie chcę taka być! Zrobiliśmy obiad, byliśmy na spacerze. Biedny nie pamięta, że oglądał nowe budynki Ursynowa podczas pobytu u mnie, za każdym razem dziwi się, że takie zmiany nastąpiły, a on ich nie widział do tej pory. Jak Tosia wróciła, nie wiedział gdzie ma jechać, po co, gdzie mieszka, skąd się wziął, zaś na Tosię mówi „mama” – żaliła się przyjaciółce.

– Całe szczęście, że ją akceptuje, nie ma znaczenia jako kogo. Gdyby się jej bał albo nie lubił, byłoby gorzej.

– Byłoby całkiem do kitu – westchnęła Kasia.

– Dobrze, że jest sprawny fizycznie, przynajmniej pod tym względem nie wymaga opieki.

– Na pewno tak, ale z drugiej strony właśnie dlatego chwilami jest nie do opanowania. Ma więcej siły niż Tosia i ja razem. Na przykład potrafi odsunąć ją od drzwi i iść nie wiadomo gdzie. Trzeba go gonić, dogonić, a potem przekonać, żeby wrócił do domu. Kiedyś poszedł z Tosią na spacer do parku. W pewnej chwili wstał, podziękował za miłą rozmowę, po czym ruszył i nie chciał jej do domu wpuścić. Kiedy indziej narobił rabanu, że się do niego obca kobieta przyczepiła. Tosia musi nosić ze sobą zaświadczenie od lekarza o jego chorobie, bo on wcale na chorego nie wygląda.

– Naprawdę ci współczuję. Wiem, że nie ma  rady, nikt nie wie tak naprawdę skąd się to choróbsko bierze i po co. Pewne jest tylko, że lepiej nie będzie, a zagrożenie z jego strony zacznie się stawać coraz większe – z troską spojrzała Adelka.

– Kaśka! Przestań się użalać nad sobą – ryknęła Elka pojawiając się niespodziewanie, bo otwieranie drzwi wejściowych zagłuszyło psie szczekanie. – Przecież mówiłam, że zaraz przyjdę – dodała już normalnym głosem po przywitaniu się z psami.

– Nie użalam się, tylko nie mam siły…

– Każda z nas nie ma siły, a jednak wszystko wytrzyma. A co ja miałam z mamą? A ona? – wskazała na Adelkę. – Już zapomniałaś? Teraz przyszła kolej na ciebie i tyle.

– Wiem przecież, ale nie mogę sobie poradzić sama ze sobą. Wszystko mi się poplątało. Życie mi ucieka, ja siedzę tu, Mikołaj tam, a powinniśmy być razem  już zawsze, bo czas się kurczy… Do tego nie mogę spokojnie patrzeć chwilami na wyraz twarzy ojca, siebie nienawidzę w związku z tymi uczuciami jeszcze bardziej.  Nie mogę znieść kiedy się kłóci i staje agresywny. Nie potrafię zapanować nad negatywnymi uczuciami… I mam żal, taki straszny, przejmujący żal do świata, do losu, do siebie…Przez tych kilka dni miałam koszmar, nieprzespane noce, niedobrze mi się robi na samo wspomnienie, tylko  ryczeć mi się chce i ryczę…

– Rycz, rycz – objęła Ela przyjaciółkę. –  Przy nas możesz bez stresu.

– Widziałam przecież twojego tatę dwa dni temu – powiedziała Adelka. – Wygląda znakomicie, żartuje, zachowuje się jakby nigdy nic…

– Prawda? – Kasia otarła łzę z policzka. – Upośledzenie narasta stopniowo, sama pamięć to jeszcze mało. Najpierw zauważyłam, że ma jakieś zaburzenia orientacji w czasie i przestrzeni. Ubierał się w cienką kurtkę kiedy było zimno, nie wiedział jaka jest pora dnia czy roku. Potem zaczęły się urojenia… Zresztą, opowiadałam wam na bieżąco, więc wiecie jak było.

– Wiem, że to trudne – z wahaniem zaczęła Adelka, – ale chyba powinnaś przyzwyczajać się do myśli o bardziej specjalistycznej opiece…

– Przecież byłam z nim w specjalistycznej poradni, przebadali go, dostał leki…

– To teraz, ale masz świadomość, że te leki nie leczą, prawda?  Powstrzymają chorobę na trochę albo i nie.

– Chyba zwariuję, już nie wiem co robić, co myśleć… Może i u mnie się ten ojcowy volksdeutsch już odzywa…Dopóki jeszcze kojarzył, żartował, że w czasie wojny walczył z hitlerowcami, a teraz ma własnego volksdeutscha w głowie.

– Nie zwariujesz, wytrzymasz, tylko pomyśl o słowach Adelki, bo mądrze mówiła – pokiwała głową  Elżbieta.

Kasia wróciła do domu, zabrała się za porządki w szufladzie, żeby oderwać myśli od koszmarów realnego życia. Na podłogę wypadły kartki zapisane jej pismem, mające na celu zapis myśli w ramach odstresowania. Podniosła i czytała.

 

    24.04. No i skończyłam 51 lat. Dopiero co babcia mówiła, że jak była młoda to uważała, iż 50 lat starczy, bo człowiek potem strasznie stary… I co? Babcia dziewięćdziesięciu dwóch lat dożyła, nie ma jej na tym świecie od lat 15,  ja już pół wieku przeskoczyłam. I zdaje mi się, że życie dopiero przede mną…

   Chyba z wiekiem robię się coraz gorsza. Jestem okropnie złośliwa, wszystko mnie wkurza i jestem na siebie za to wściekła. Żal mi taty, ale gdy dwudziesty raz odpowiadam w ciągu krótkiego czasu na to samo pytanie, mam mordercze instynkty. A przecież nie mogę tego pokazać po sobie. Pewnie jednak coś da się wyczuć, bo ojciec wtedy się denerwuje dlaczego nie odpowiadam normalnie, tylko się denerwuję, więc ja się denerwuję, że on się denerwuje, że ja się denerwuję … i tak dalej. Dom wariatów. Chce co chwilę jechać do domu, albo iść. Mówi, że się przejdzie… zobaczyć jak tam jest, bo nie wie… przecież dopiero ma zamieszkać… tam…Gdzie? …No, tam…gdzie był przedtem, zanim był tam, gdzie był teraz…Pyta, czy pójdę z nim do tego mieszkania, to on sobie weźmie skarpetki, do lekarza, żeby mieć czyste. A do jakiego lekarza? Po co ja tam idę? Czekaj… ale ja nie mam pieniędzy… czy tu jest gdzieś w pobliżu bank?  Dziś niedziela. Wszystkie banki zamknięte. ..To jaki mamy dzień? Niedziela? Psiakość, to zamknięte a ja mam tylko sto zł. Jak pójdę do lekarza? Ile  tam trzeba zapłacić?… Nie trzeba, to w ramach funduszu zdrowia…. Pójdziesz ze mną do mojego banku koło domu?…. Nie!!! … Dlaczego?  Wezmę tylko pieniądze na lekarza… Nie potrzeba. A na taksówkę masz … Skąd wiesz?…. Przecież sam mówiłeś. … Ale ja mam tylko 100 zł.,… To dużo pieniędzy!…  Ale ja bym chciał, żebyś ze mną poszła do domu…. Którego?!.. Naszego, tam gdzie wszyscy mieszkamy…. To ty tam mieszkasz. Ja tu. Od 24 lat!… A ja gdzie? Nie wiem, gdzie mieszkam teraz, skąd do ciebie przyjechałem, muszę zobaczyć co ja tam mam, muszę się rozejrzeć dopiero, zorientować…. Masz wszystko co trzeba… Skąd wiesz? Byłaś tam? … Przecież przyjechałeś stamtąd dwa dni temu, Kamil cię przywiózł…

 

   27.04. Nie spałam od piątku, dziś jest środa. Całe noce chodził, myszkował po wszystkich kątach, szperał w kieszeniach, opróżnił wszystkie kieszenie kurtek wiszących w przedpokoju, zaglądał do łazienki – i robił to co zawsze: odkręcał wodę i dopóki ja nie zorientowałam się i nie zakręciłam, płynęła i płynęła. Wyciągał portfel z dokumentami i chował, chodził z nim i co chwilę gdzie indziej chciał go ukryć. Ocknęłam się we właściwym momencie, bo już przyszedł z nim do pokoju i szukał, gdzie ukryć… Schowaj tam, gdzie był bo nie znajdziemy….. Nic…. Włóż z powrotem do kieszeni swojej kurtki, bo zginie…. Dlatego chcę go schować, żeby mi ktoś nie ukradł, bo tu jest blisko drzwi…..Nikt ci nie ukradnie…..Skąd ty możesz to wiedzieć, ktoś wejdzie i ukradnie. Jakiś obcy….Tato! Nikogo tu nie ma obcego! … Pewna jesteś? … Tak! Pewna jestem!… A gdzie oni są? …Kto?!… Ci wszyscy co tu byli… Tu nikogo nie było! Tylko ty, ja i Kamil!… Idź wreszcie spać….Ty śpij a ja – zaczął upychać portfel pod poduszką…. Dobrze, niech ci wypadnie jak będziesz spał i pies ci zeżre. Nie pójdziesz ani do banku, ani do lekarza…. O dziwo, dotarło do niego i zaniósł  do kurtki, włożył do kieszeni.

Inna atrakcja: budzę się, bo ze zmęczenia padłam a on ubrany… Co robisz? Czemu się ubrałeś? (jest 2-ga w nocy)… Bo już się wyspałem. Muszę się ogolić, ale nie wziąłem sobie przyrządów do golenia. Jak ja będę chodził taki zarośnięty?… Teraz się nie chodzi tylko śpi!… A czy ja ci przeszkadzam?…Tato, jest noc… Tak? No to wezmę samochód i pojadę do domu, nie będę ci przeszkadzał… Tato, nie pojedziesz do domu, bo Tosia  pojechała do siebie a ty nie możesz być sam… To pojedź tam ze mną.   Jest noc, idź wreszcie spać! …Jak ci przeszkadzam to idź do siebie… Ale ja jestem u siebie!… To gdzie ja jestem? … Jesteś u mnie… A dlaczego? To gdzie ja mieszkam? Już nic nie wiem… Od 40-tu lat mieszkasz w Warszawie…. Tu?… Tak, tu… A gdzie byłem wcześniej? … Nigdzie! Tu jesteś od 40 lat. … Ale mam mieszkanie w Opolu, albo w Krakowie…. Niczego nie masz! … Jak to nie mam? A co się z tym stało? Muszę zdjąć tabliczkę z drzwi, zapomniałem zdjąć tabliczkę. … Nie ma tam żadnej twojej tabliczki. Mieszkają od dawna inni ludzie… Ci co tu byli? … Gdzie!?… Tu… Tato, idź spać, jutro ci wszystko wyjaśnię…. Na chwilę zamilknie dla złapania oddechu, po czym znów zaczyna to samo. Nie przyjmuje niczego do wiadomości, zaczyna się robić agresywny. 

Koniecznie chciał przez balkon iść na górę zabrać swoje rzeczy…. Nie ma niczego naszego na górze, tam mieszkają sąsiedzi w swoim mieszkaniu… Nieprawda, tam jest mój pokój , ukrywałem się w nim przed Niemcami całą wojnę….

 

   11.05. Wiem, że nie wie gdzie jest i co mówi, nie ma orientacji w czasie i przestrzeni. Powinnam uspokoić się i wspominać same dobre chwile, bo rzeczywiście miałam szczęśliwe dzieciństwo i młodość. a teraz jakby tego nie było, zostaje tylko niechęć, żal, złość, frustracja. Nie mogę, nie potrafię pomóc sobie, nikomu. Choć zdawało mi się, że jestem mądra i znam prawa rządzące kosmosem, zachowuję się jak gówniarz. Obcym potrafię radzić,  sama  sobie pomóc nie umiem.  Czasem  mam ochotę mu coś przykrego powiedzieć – czyż nie jestem stuknięta? Oczywiście niczego nie zrobię, sama się stukam w głowę, nic mi się nie podoba, jestem przemęczona i stąd takie durnoty. A do tego dla Mikołaja nie mam siły i po co mu taka baba? Tak nie powinno być, ja też mam prawo do życia! Myślałam, że kiedy dzieci dorosły trochę pomyślę o sobie, a tu …zaraz zwariuję. Jak sobie z tym wszystkim poradzę? Biegam między Ursynowem, Siekierkami, Pragą, na dodatek cały dzień spędzam w pracy, która nie jest bynajmniej bezstresowa,   odpocząć nie mam kiedy. JUZ NIE MOGĘ!!! NIE MAM SIŁY!!! JESTEM WYKOŃCZONA!!! MAM DOŚĆ!!! NIECH TO SIĘ SKOŃCZY!!

 

   13.05.  Wczoraj byłam u taty. Był taki normalny i kochany. Mam wrażenie, że to ja jestem chora na głowę a nie on. Skąd we mnie tyle złości i goryczy? Jak mogę mieć do niego pretensję o chorobę? Nie pamiętał, że ma córkę. Potem sobie na chwilę przypomniał. Przepraszam go z całego serca, a jutro albo dwa dni później znów będę się wściekać. Wiem, to dla mnie nauka, muszę nauczyć się opanowania, spokojnego podejścia do życia, spraw we mnie i wokół mnie się dziejących. Ale to takie strasznie trudne. Kocham Cię tato.

6.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Nie wiem co napisać… bo tu już wszystko jest. Bardzo mnie wzruszyło
    to ,,opowiadanie,, – nie ma mądrych na to życie, ech…
    ,,przytulańce,, I dobrego Aniu 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Akurat się tak złożyło, że przeżycia bieżące z babcią D. nałożyły się na rozdział w powieści. Widocznie tematu do końca jeszcze nie przerobiłam w tym wcieleniu…
    Jeśli chodzi o dialogi mojej bohaterki z ojcem – są autentyczne. W ramach odreagowania zapisywałam na bieżąco na włączonym stale komputerze, bo łatwo się domyśleć, że akurat ten wątek jest odwzorowaniem realu…
    Pozdrawiam Cię Kasiu baaardzo serdecznie i Ciepłego z Puchatym posyłam moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja się prawie wszystkiego domyślam Aniu. Jesteś dzielna..
    serdeczności i dobrej nocy dla Ciebie.
  • annazadroza Kasiu:-) Nie jestem wcale dzielna, staram się być normalna. Może nie zawsze mi to wychodzi:)
    I Tobie dobrej nocy:)))
  • kobietawbarwachjesieni Przytulam Cię mocno. Pisz dalej, bo pięknie to robisz. Ściskam.
  • annazadroza Maryniu:-) Dziękuję Ci bardzo:) Zawsze umiesz podlać miodem moje serce:)
    „Pasma…” już napisane jakiś czas temu. Teraz czytam po rozdziałku przed publikacją i sama się dziwię… Wracają do mnie chwile i … tęsknota za Tatą. Był wspaniałym człowiekiem, wsparciem i oparciem. Był cudowny:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Z własnego doświadczenia wiem jak bliscy nie mogą pogodzić się z chorobą.
    Ile słów przykrych i ciężkich w moją stronę – jak kamienie…a przecież
    mnie nie zostawił jest ze mną. Ale nie może pogodzić się, czuję że nosi
    obraz mnie, która wszystko ogarniała była, dynamiczna wszystkiemu zaradziła,
    a teraz…
    Piszesz Aniu naprawdę wrażliwie i przejmująco ( dla mnie to najważniejsze)
    serdecznie ściskam i udanego tłustego czwartku ! :))))
  • annazadroza Kasiu:-)Myślę sobie, że bardzo trudno pogodzić się ze zmianą sytuacji i ról oraz, że osoba, która dostawała na tacy musi nagle sama tę tacę wziąć do ręki i przenieść. Niektórzy dopiero wtedy mają okazję poczuć jej ciężar… Różnie potem może być. Albo cisną tacą o ziemię i sobie pójdą, albo niosą choć strasznie narzekają. Może z czasem zrozumieją i odczują, i poniosą ze zrozumieniem, empatią i miłością? Któż może wiedzieć, co się czai za zakrętem?
    Zjedz koniecznie dużo słodkiego, dziś wolno cukier w każdej postaci, nawet wprost z cukierniczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Babcia, pączki i Szczawnica

Udało się babcię D. zawieźć na kontrolną wizytę. Oczywiście nie chciała jechać. Na śniadanie nie przyjdzie, nie wstanie, poleży, bo całą noc nie spała – co było oczywistą nieprawdą, jest to tekst powtarzany każdego ranka. No dobrze, w końcu jakoś wstała i się ubrała. Ale zaraz: nie pojadę, bo mi słabo, nie wiem co się
ze mną dzieje, na pewno coś niedobrego. Tłumaczymy: przecież do lekarza jedziesz, kto ci pomoże jak nie lekarz? Chyba doszła do wniosku, że tym razem jej się nie upiecze i wsiadła do auta. W gabinecie – to z relacji Męża wiem – na pytania odpowiadała, że czuje się świetnie, nie ma depresji ani żadnych problemów ze spaniem, z jedzeniem i piciem oczywiście też nie. Minęła się z powołaniem, aktorką powinna była zostać w zamierzchłej przeszłości. karierę zrobiłaby jak nic:))) Dostała nowy lek, zobaczymy jak zadziała. W każdym razie odetchnęłam, że pojechała.
Podczas gdy moja druga połówka holowała babcię D. po szpitalnym korytarzu, ja usmażyłam naleśniki i zrobiłam do nich nadzienie kurczakowo-pieczarkowe. Miałam w planie oponki serowe wg przepisu Elizy. Zamiast oponek wyszły pączuszki. Wyrabiałam, wyrabiałam i wyrabiałam ciasto, a ono wciąż kleiło mi sie do
rąk, rozwałkować nie dałoby się za nic na świecie. Wreszcie się zeźliłam i zrobiłam pączusie. Ale pyszne:))) Dlaczego oponki nie wyszły? Ano dlatego, że chciałam sobie ułatwić życie i kupiłam ser „pogryziony” w wiaderku, a zamiast tortowej użyłam zwykłej mąki. prawie to samo, ale jak wiadomo „prawie” robi
wielką różnicę.
Z miłych rzeczy (bo o innych mówić nie chcę, a jest ich sporo i to ciężkiego kalibru) przeczytałam na oficjalnej stronie Szczawnicy co następuje: „… ogłoszono laureatów Konkursu o Nagrodę Petera Burian – zmarłego w 2012 r. wielkiego społecznika słowackiego i prekursora transgranicznej współpracy między Polską a
Słowacją. Nagrodę tę za wzorową współpracę otrzymały: Miasto i Gminy Szczawnica oraz nasz słowacki partner Obec Leśnica”. Od razu wyobraźnia podsuwa przecudne górskie szlaki. Cóż wobec urody Pienin znaczy głupie ludzkie gadanie?

5.05.2018

  • nie-okrzesana Uśmiałam się z babci.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Jak dobrze, że się śmiejesz:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A ja tak tęsknię za Tatrami …znam tam każdy kamień, każde drzewo
    pod którym odpoczywałam. Mimo tych wspomnień Tatry już nie te
    co kiedyś – już są ,,rozdeptane,, niestety.
    I znowu pozostają tylko wspomnienia.
    serdeczności i dobrej nocy Aniu 🙂
  • e.urlik Ja tak mam z Sudetami… „Kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”.
    A Pani Babci proszę pogratulować. 😀
  • babciabezmohera Oby kolejne lekarstwa zatrzymały choć trochę chorobę. Wymęczy ona i Babcię i Was wszystkich… Dużo siły i cierpliwości dla Was!
  • annazadroza Kasiu:-) Wiesz, ja tak mam z Tenczynkiem. Tęsknię, ale teraz jest to już inne miejsce. Tęsknię za wsią, której już nie ma, zmieniła się, „uwspółcześniła”, nie ma tam już najbliższych mi osób, tzn. są, lecz spokojnie śpią na cmentarzyku. Przychodzą też do mnie w snach. Wczoraj np. mi się przyśniło, że przyjechałam do Babci domku, otworzyła mi drzwi, a razem z nią była moja chrzestna mama. Ucieszyłam się, że jej pomaga…
    A Pieniny są zamiast Tenczynka i zajęły dużą część mojego serca:)))
  • annazadroza Ewuś:-) Dziękuję w imieniu babci D.:)))
    Masz rację, że to co najdroższe w dzieciństwie, zawsze takie pozostaje. I to są najcenniejsze wspomnienia:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję. Co ma być – będzie. Mimo takiej wiedzy wcale łatwiej nie jest. Ale – może leki pomogą i będzie się lepiej czuła? Nam wtedy też będzie lepiej, więc dziękuję za dobre życzenia:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 18

Kasia obserwowała modrzew rosnący za oknem. Niedawno był malutkim drzewkiem narażonym na zniszczenie głównie  przez sanki zjeżdżające z dziećmi z górki, a teraz stał wysoki, piękny, majestatycznie poruszając miękkimi igłami. Myślała o ojcu. Jego choroba została ostatecznie zdiagnozowana. Wyrok zapadł. Nie ma możliwości odwołania. Nie zdarzy się cud i nie wróci poprzedni stan umysłu. Pewnych części mózgu po prostu nie ma, zniknęły, zdematerializowały się albo je pożarł wirus. Od momentu wzięcia ojca do siebie Kasia analizowała jego dziwne zachowanie. Po przeczytaniu książki na temat  choroby Alzheimera nie miała wątpliwości. Oto  klasyczny, podręcznikowy przypadek. A mimo to jednoznaczna diagnoza lekarska wpędziła ją w stan trudny do określenia. Z jednej strony była to jakby ulga, że nareszcie wiadomo na pewno co to za licho, zaś z drugiej strony ból i żal do losu, że to prawda.  I dlaczego akurat jej ojca to musiało spotkać? I czemu ona zawsze dostaje od życia po głowie? Myślała, że wreszcie ułoży sobie to życie, zazna trochę szczęścia a tu masz! Znowu same problemy.

Rzeczywiście – sytuacje, w jakich Kasię postawiła choroba ojca, były całkowicie nieprzewidywalne. Nigdy nie wiedziała czego może się spodziewać za parę minut.  Starszy pan na pozór zachowywał się zupełnie normalnie, odpowiadał sensownie, uczestniczył w rozmowie wypowiadając się logicznie i na temat, po czym nagle rzucał taki tekst, że nie wiedziała czy się śmiać czy płakać. Traktował ją jak córkę a zaraz potem niespodziewanie zadawał pytanie:

– Ciociu, czy ty ze mnie żartujesz?

I tak ciągle. Albo ją brał za własną żonę, czyli Kasi mamę, albo za siostrę swojej mamy lub babci. Bez ustanku dopytywał się skąd się wziął w tym mieszkaniu. W jego głowie wszystkie mieszkania, w których kiedykolwiek mieszkał,  zlewały się w jedno. Nie wiedział gdzie w danym momencie jest. Udawało mu się na przykład określić porę roku, ale rok był 1968. Za chwilę nie znał ani pory dnia ani roku, myślał, że ma trzydzieści lat.  Czasami udawało mu się – dzięki wrodzonej inteligencji i jeszcze nie zniszczonym partiom mózgu – dobrze ukrywać luki w pamięci poprzez poczucie humoru albo zręczne tłumaczenie okrężną drogą. Dlatego tak długo choroba żyła w nim nierozpoznana i bez przeszkód osiągnęła zaawansowane stadium.  Przed pójściem na badanie do poradni Alzheimera był bardzo niespokojny.

– Po co tam idziemy? Co ja mam powiedzieć? Ale czy ja mam jakiś dokument? Ile potrzebuję pieniędzy? Ile się za to płaci? Nigdzie nie idę! Muszę iść najpierw do banku! Przecież nic mi nie jest. Po co mam tam iść? Kto mnie tam skierował? Gdzie to jest?

Kasia odpowiadała na wszystkie pytania i zaraz było to samo. Znów odpowiadała i znów, i znów, i tak w koło Macieju… Myślała, że zostawi tatę w poradni, wróci do domu i przyjedzie po niego o tej godzinie, o której każą.  Nie zjadła śniadania zajęta przekonywaniem go, że trzeba już iść, karmieniem i ubieraniem. Na miejscu okazało się, że musi być cały czas obecna. Razem było czterech pacjentów z opieką. Zmierzono im ciśnienie, pobrano krew i dostali śniadanie. Kasia poczęstowała się kromką chleba, żeby nie było słychać głośnego marsza granego przez jej kiszki. Potem czekali na wizytę u psychiatry, na EKG i tomografię komputerową głowy. Wyznaczono wizytę u psychologa za miesiąc, za dwa  – końcową wizytę u lekarki prowadzącej, już bez chorego. Wtedy zostaną dobrane leki i trzeba będzie postanowić co dalej. Wrócili do domu.  Kamil czekał z przygotowanym obiadem, Kasia  wyczerpana padła na krzesło.

– Zmęczona jesteś? – zapytał z troską ojciec. – Gdzie się tak zmęczyłaś? Miałaś ciężki dzień w pracy?

Kamil wszedł do pokoju z talerzami.

– Jak ja dawno pana mecenasa nie widziałem – usłyszał.

– Dziadek, zlituj się, to ja, twój wnuk. Nie jestem żadnym mecenasem, Marek jest.

– Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś nim został. Kiedy kończysz szkołę?

– Już dawno skończyłem, teraz szukam pracy.

– A jaki masz zawód?

– Mówiłem ci, że jestem grafikiem komputerowym.

– A może pójdziesz do wojska? Mam przecież kolegów, to ci załatwią pracę.

– Dziadku, twoi koledzy już nie pracują, są na emeryturach.

– Na jakich emeryturach, co ty pleciesz, przecież to młode chłopaki. A ty zawsze chciałeś iść do wojska.

– Ja?! Ja mam awersję do wojska! Jestem pacyfistą!

– Przecież twoja matka wczoraj mówiła, że idziesz do wojska.

– Ja mówiłam coś takiego? – zdumiała się Kasia.

– Nie ty, tylko jego matka – wyraźnie był zniecierpliwiony.

– Ja jestem jego matką!

– Ciociu, ty masz dwie córki, nie rób ze mnie idioty! On jest synem cioci Gieni!

– No tak, zapomniałam – mruknęła Kasia.

– No widzisz? – ucieszył się. – Przecież ci mówię, że to mój syn Marek.

Kasia nie wiedziała co dalej robić. Z przemęczenia  nie była w stanie rozsądnie myśleć. Wtedy z niespodziewaną pomocą przyszła Adelka. Przypomniała sobie, że  jej kuzynka Tosia z Inowrocławia wyraziła chęć zaopiekowania się starszą osobą. Miała  doświadczenie i praktykę, bo zajmowała się swoją ciocią staruszką, a potem mamą do ostatnich chwil jej życia. Była wdową, miała dorosłe dzieci, mogła więc sobie pozwolić na przyjazd do Warszawy na jakiś czas.  Oczywiście zdawały sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Kasia wzięła tydzień urlopu i  pojechali razem do mieszkania ojca.

We dwójkę wysprzątały  wszystkie kąty, powyrzucały masę przedmiotów pochowanych w najprzeróżniejszych miejscach, wyrzuciły worki śmieci.  Pomału ułożyło się nowe życie taty, Tosię uznał za swoją matkę i tak ją nazywał. Kiedy Kasia przyjeżdżała zmienić Tosię, aby mogła wyjść i odetchnąć w spokoju, mówił córce, że właśnie przyjechała jego mama.

Niestety, chociaż ojciec mieszkał z opiekunką we własnym domu, Kasia czuła się w dalszym ciągu zdławiona, osaczona, otoczona przez niewidzialnego wroga. Jakby na szyi zaciskała się pętla i tamowała oddech odcinając dopływ tlenu. Wiedziała, że nie będzie lepiej. Pragnęła tylko, żeby nie było gorzej. Zamiast cieszyć się, że jest w miarę dobrze, martwiła się co będzie za chwilę, kiedy choroba szybciej ruszy do przodu. Bała się, że Tosia nie wytrzyma i odejdzie. Co wtedy? Co się stanie, kiedy Tosi braknie sił i cierpliwości? Ojciec wytwarzał wokół siebie atmosferę niepokoju, wprawiał w drżenie cząsteczki powietrza i wszystko wokół drgało niepokojem. Każdemu człowiekowi przebywającemu dłuższy czas w jego obecności udzielało się owo drganie i zaczynała się trząść wewnątrz każda komórka.

Choroba ojca, niestety, czyniła widoczne postępy. Właściwe już nigdy nie wiedział gdzie jest. Miejsca, czasy, osoby przeplatały się, nakładały na siebie, zlewały ze sobą i już nic nie miało sensu. Teraz Kasi trudno było za tatą nadążyć ponieważ w jednej chwili była ojca córką, swoją matką, siostrą babci, ciotką albo kobietą, która przyszła posprzątać mieszkanie. Obraz z telewizora stawał się rzeczywistością. Oglądając transmisje z sejmu ojciec uważał się za członka komisji i brał udział w obradach. Kiedy indziej krzyczał na Kasię dlaczego zaprosiła do domu tylu obcych ludzi nic mu nie mówiąc i teraz on musi w tej chwili iść do sklepu po zakupy, żeby móc ich poczęstować. Nie dawał sobie niczego wytłumaczyć, szarpał się z córką chcąc natychmiast wyjść. Ileż to razy ona albo Tosia biegły za nim po ulicy w kapciach, ledwo nadążając, bo siły i energii miał za dwóch.

Sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Ani jednej nocy nie przespała gdy ojciec był u niej. Urlopu ubywało  w zastraszającym tempie, znikały kolejne wolne dni przeznaczone nie na odpoczynek lecz na opiekę nad tatą, na pójście z nim do lekarza – co stawało się prawdziwym koszmarem.  Kasia była wiecznie zmęczona, spięta, reagowała gwałtownie na dzwonek telefonu nie wiedząc czy to w pracy czegoś od niej chcą czy ojciec znowu narozrabiał i Tosia dzwoni, że wyjeżdża. Nikogo z rodziny nie słuchał, kłócił się, denerwował w każdej sytuacji, która mu nie odpowiadała. A mało która mu pasowała. Złościł się nawet wtedy, gdy mu tłumaczyła, że Kamil to nie Marek. Albo kiedy prosiła, żeby nie wyjmował wszystkich rzeczy z regału na podłogę bo nie ma jak przejść przez pokój.

– To idź do siebie, nie będę ci przeszkadzał – mówił podniesionym głosem.

– Ależ ja jestem u siebie i to są moje rzeczy – tłumaczyła starając się zachować spokój.

– Tak uważasz? To się mylisz. To przywiozłem z Korei – pokazywał na filiżanki kupione    przez Kasię w Hicie. – Tamto dostałem od kolegi – wskazywał na ślubną zastawę Kasi.

– To naprawdę moje, tato. Dorobek całego mojego życia.

– Jak to twojego? Przywłaszczasz sobie moje rzeczy?

– Przecież nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Ty masz swoje u siebie, to jest moje.

– Gdzie u siebie?

– W twoim mieszkaniu.

– To ja nie jestem w swoim mieszkaniu?

– Nie, jesteś u mnie.

-To znaczy gdzie?

– Na Ursynowie.

– Przecież ty miałaś mieszkanie na Rydla, na Bronowicach.

– Nie ja, to ciotka mieszkała w Krakowie. Ja jestem Kasia, twoja córka.

– Popatrz jak mi się pomyliło – pokręcił głową ze zdziwieniem.

I za chwilę.

– Ciociu, mogę to sobie zabrać? – trzymając w ręce długopis i kartkę. – Chciałem sobie zapisać gdzie ty teraz jesteś. Dasz mi telefon do siebie?

A gdy po chwili weszła do pokoju z talerzem zupy:

– Jak się cieszę, że cię widzę. Odwiedzisz mnie jeszcze kiedyś?

Spoglądał co chwilę na zegarek. Jeszcze niedawno wiedział która godzina, teraz już mu się myliło.

-To kiedy będzie taksówka?

– Za trzy godziny.

Po pięciu minutach.

– Mówiłaś, że już jest taksówka.

– Nie, mówiłam, że za trzy godziny będzie.

– Nieprawda, mówiłaś, że już jest.

– Nie, mówiłam, że za trzy godziny będzie.

Zaczął się przebierać nie patrząc czy ktoś jest w pokoju czy nie.

– Tato, nie przebieraj się jeszcze. Poplamisz ubranie podczas obiadu i w czym pojedziesz? Zostań w dresie.

– Jak to w czym? Przecież mam tu całą szafę ubrań.

– Tu nie.

– Jak nie? A gdzie?

– U siebie.

– Przecież jestem u siebie. To wszystko jest moje.

– Nie, moje. Jesteś u mnie. Do ciebie pojedziemy po obiedzie.

– Ale ja nie jestem głodny. Chcę pojechać teraz.

– Ale nie pojedziesz. Tosia wróci za trzy godziny i my też wtedy pojedziemy.

– To ja muszę pojechać wcześniej, przewietrzyć, zobaczyć jak tam jest.

– Tak samo jak cztery dni temu.

– Skąd wiesz, byłaś tam?

– Ty też byłeś.

– Ja? Gdzie?

– U siebie, w swoim mieszkaniu.

– A gdzie ja teraz mieszkam?

– Od czterdziestu lat w tym samym miejscu…

I tak ciągle…

2.02.2018

 

  • aga-joz Choroby fizyczne, ciała, bywają groźne, bolesne, sprowadzają cierpienie. Choroby umysłu i osobowości bywają jeszcze gorsze, bo i leczyć ich skutecznie się nie da. A dodatkowo choruje cała rodzina. Niestety to wydłużenie życia nie w każdym przypadku wyszło ludzkości na dobre
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Niestety te problemy dotyczą chorób neurologicznych a tak naprawdę
    ta specjalizacja jest w powijakach. Mózg to wielka tajemnica a dochodzi
    jeszcze starość, która dla wszystkich jest wyczerpująca, brakuje sił chorym
    i tym którzy się nimi opiekują – przyznaję to najcięższy czas w życiu.
  • kobietawbarwachjesieni I co ja mogę tu dodać?
  • annazadroza Ago:-) Cierpienie w obu przypadkach jest inne, ale jest. Każde dotyka rodzinę. W przypadku strony tylko fizycznej jest współczucie, próba przyniesienia ulgi w bólu, przeżywanie niemożliwości pomocy w przypadkach najcięższych – lecz zachowuje się kontakt z osobą bliską. W drugim przypadku odczuwa się totalną bezsilność oraz, co najgorsze, brak kontaktu z bliskim, który stał się obcym. I to jest najgorsze do zniesienia.
    Jednak wierzę, że kiedyś znajdzie się sposób leczenia, dlatego dobrze, iż wydłużyło się życie, ponieważ inaczej nie bylibyśmy świadomi istnienia „demonów”, na które trzeba znaleźć lekarstwo. Cenę przychodzi za to płacić ogromną, ale nie ma niczego za darmo.
  • annazadroza Kasiu:-) Tak się układa, najpierw opiekujemy się dziećmi, potem rodzicami. Szkoda, że brakuje czasu na zaopiekowanie się sobą, spełnienie swoich pragnień i zamierzeń kiedyś odkładanych na czas emerytury z nadzieją, że wreszcie wtedy będzie można je realizować. Los rzuca pod nogi kłody czasem nie do pokonania. Podobno co nas nie zabije to nas wzmocni, tylko czas jakoś za bardzo się kurczy i zbyt szybko przemyka obok, nie chce przystanąć, taki skubaniec jeden.
  • annazadroza Jesienna:-) Nic nie dodawaj, tylko się uśmiechnij. Serdeczności:)))
  • Gość: [Szukampracy.pl] 80.50.142.* W kwestii poszukiwania pracy możemy pomóc 🙂 zapraszamy do nas na stronę.
  • annazadroza Gościu:-) Dziękuję za ofertę, pozdrawiam:)

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Koszmar

Koszmarny mieliśmy późny wieczór. Wyszliśmy z psami oboje z mężem, wracając – psy zaczęły się zachowywać jakby chwyciły świeży trop i ciągnęły smycze z wielką siłą. Mimo ciemności zauważyłam poruszający się cień. Mała sarenka. Kręciła się wcale nie uciekając. Dopiero gdy zbliżyliśmy się bardziej, przeszła na drugą stronę ulicy, na pole, na którym zwykle pasła się z mamą. Kiedy przechodziła, zobaczyłam, że utyka. Zniknęła w ciemności. Kiedy doszliśmy do miejsca, w którym była – o zgrozo! – na trawie zobaczyliśmy leżącą jej mamę. Nie żyła! Zadzwoniliśmy do Straży Miejskiej. Okazało się, że już mają zgłoszenie. Ale co z dzieckiem? Niedawno trafiłam na ANIMAL RESCUE POLAND – interwencje. Zaraz po dojściu do domu Mąż zadzwonił. Mogą podjąć kroki w celu odłowienia sarenki, ale muszą mieć na to papiery. Podali telefon do Centrum Zarządzania Kryzysowego, bo tam trzeba dzwonić. No i tak prawie do północy zeszło na dzwonieniu. Zrobiliśmy co się dało. Najchętniej odszukałabym małe, wzięła na ręce i przyniosła do domu. Jak pomyślę, jak się to biedactwo czuje po zimnej, mokrej nocy bez mamy, spędzonej nie wiadomo gdzie, samo samiuteńkie, bezradne w bezlitosnym świecie to łzy same mi płyną.
Na wszelki wypadek podaję telefon, może się przyda Animal Rescue Poland – 22 350 66 91 oraz 792 070 088

1.02.2018

  • fg2002 Zepsułaś mi humor, czuję się jak ta sarenka. – Jeśli ktoś zabił jej Mamę, to jest bandytą.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ręce opadają, nadzieja ucieka – bo serce nie wystarcza…na wszystko
    muszą być PAPIERY to wtedy coś zrobią…Biurokracja zabija 🙁
    Ale Wy jesteście Kochani !
  • babciabezmohera Najtrudniej czuć bezsilność…:(
  • e.urlik Kto zabił mamę? Jakiś bohaterski myśliwy zakończył życie cudnego, bezbronnego stworzenia? Jak pomogą maleństwu ci z kryzysowego?
    Aniu, myśłisz, że będzie możliwe zdobycie informacji jak się to skończyło dla malucha? Może będzie coś optymistycznego.
  • annazadroza Kochani:( Samochód ją zabił. Kierowcy jeżdżą jak wariaci nie zwracając na nic uwagi. Nie wszyscy oczywiście, ale odnośnie niektórych mam wrażenie, że robią sobie wyścigi pod wpływem jakichś dopalaczy. Albo głupota aż tak uderza do głupich łbów. Ileż to razy ostatnimi czasy na przejściach dla pieszych tacy idioci zabijali ludzi?
    Spróbujemy się dowiedzieć, czy podjęto decyzję o odłowieniu sarenki. Wolontariusze z ANIMAL powiedzą, czy dostali takie zadanie. Mam jeszcze nadzieję, ze może drugie stado ją przygarnie, tam jest mama, tata i dziecko. Tylko, mają inne umaszczenie. W każdym razie będziemy się za maluchem rozglądać.
    Dziękuję Wam za zainteresowanie i okazanie serca.
  • urszula97 Papiery nr 1 a potem istota ,ciekawe co dalej z tą sarenką,
  • annazadroza Urszulo:-) Mąż rozmawiał z ANIMAL, byli na miejscu, zanim jeszcze zabita sarna została zabrana. Powiedział, że młode poszło z drugim stadem. Mam nadzieję, że tak się stało.
  • kolewoczy No ja wątpię czy stado ją przygarnie i co ważniejsze, zapewni bezpieczeństwo. Sarny to nie słonie, mają inny instynkt.
  • tessa37 Dziekuje za ten wpis, zanotuje numery telefonow.
    W zeszłym roku byłam w takiej sytuacji i kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Jechaliśmy z Niemiec na wakacje do Polski. Pierwszy raz samochodem, bo zawsze latamy samolotem. Wyjechaliśmy dużo pozniej, niz planowalismy, w pewnym momencie nawigacja posłala nas na skróty, przez jakieś kompletnie boczne drogi, w rejonie, w jakim się kompletnie nie znam. Byliśmy już zmęczeni, dochodziła północ i to cud, że mój mąż w ostatniej chwili zauważyl i ominął leżące na jezdni zwierzę. Zatrzymaliśmy się i cofnęli, okazało się, że to był potrącony lis, część ogona odcięta, leżał na środku ulicy. Dookola żywej duszy, pola, łąki i lasy, jakieś zabudowania w oddali, ciemno i głucho. Mój telefon nie działał (zorientowałam się po przekroczeniu granicy, krótko przed wyjazdem zmieniłam smartfon i operatora). Mój mąż miał swój wyłączony, bo po polsku dopiero się uczy mówić. To był horror. Kompletnie nie wiedzieliśmy co robić. Mąż postanowił zjechać samochodem bardziej na pobocze, żebyśmy nie stanowili zagrożenia, a ja w tym czasie odruchem spontanicznie zdjęłam kurtkę i przewlekłam to biedne zwierzę też na pobocze, bo leżał na samym srodku drogi:( I w tym momencie mi czmychnal w haszcze obrastające rów, biedak bardzo kulal:( Próbowaliśmy kogoś zatrzymać, chyba godzinę tam staliśmy, przejechały ze trzy samochody, nawet się zatrzymały, ale każdy popukal się w głowę, że chcemy pomóc lisowi i odjeżdzali. W końcu my też pojechaliśmy, bo po kilkunastu godzinach drogi byliśmy wykończeni, a skakać po rowach i krzakach w środku nocy też się nie odwazylismy. Na następny dzień próbowałam się dodzwonić do regionalnego nadleśnictwa, ale akurat to było święto, nagralam sie na mailbox, napisałam maila i nigdy nie dostałam odpowiedzi:( Mam tylko nadziehe, ze nawet jesli biedak tego nie przezyl, to był schowany w krzakach, a nie leżał na środku ulicy patrząc z przerażeniem w światła każdego nadjezdzajacego samochodu.
    Przepraszam, że się tak rozpisałam, ale biedak mi się śnił po nocach jeszcze dlugo, a najgorsza była ta niemoc:(
  • annazadroza Kolewoczy:-) Sarny to bez wątpienia nie słonie, u których więzy rodzinne są niesamowicie rozwinięte. Ale może ta bida przyłączywszy się do grupy jakoś nauczy się żyć samodzielnie. Cóż więcej możemy zrobić? Wolontariusze byli, widzieli, wierzę im, bo komu jak nie im. Rozglądamy się w miejscach, w których widzieliśmy małe wcześniej z matką, ale nie widać. Są tylko ślady zostawione przez dziki.
  • annazadroza Tesso:-) Wiem, co musiałaś przeżyć. Do tej pory mam w oczach przejechanego białego psa, choć było to ok. pół wieku temu. Zrobiłaś co mogłaś w danej chwili. Może przeżył, koty żyją przecież bez ogonów utraconych w różnych zdarzeniach, jeśli nie miał dużych obrażeń wewnętrznych. Jeśli nie, to – jak mówisz- odszedł w ukryciu, nie rozjeżdżany przez każdy kolejny przejeżdżający samochód. Straszny jest los zwierząt w świecie, w którym wciąż kurczy się miejsce gdzie mogą żyć bezpiecznie.
    Poszukaj telefonów organizacji, fundacji czy innych stowarzyszeń ratujących zwierzaki na terenie gdzie jesteś, czy przez który przejeżdżasz. Ja też tak zrobię, teraz na to wpadłam. W necie pewnie się znajdzie. Znalazłam namiary miejscowe, ale jak będę jechała do Szczawnicy? Do tej pory na szczęście nie potrzebowałam, lepiej jednak mieć pod ręką, na wszelki wypadek.
    Dziękuję Ci za komentarz. Pozdrawiam Cię baaardzo serdecznie.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jest ciemno

Jest ciemno, właściwie po dobranocce, a ja dopiero włączyłam Lapcia. A i to na chwilę, bo po całym dniu w ruchu dotarłam do domu i wcale nie kończę działań na dziś, lecz idę smażyć nieśmiertelne naleśniki:)

Rano zabiegi, potem awizo na poczcie do odebrania i odstanie w kolejce, następnie Calineczka i teraz powrót. Do tego babcia D. znów od wczoraj się zbuntowała i nie jadła kolacji, dziś śniadania i obiadu też nie. Mam wrażenie, że na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Ręce opadają do samej ziemi.

Dobra wiadomość – dzień coraz dłuższy i słońce dzisiaj świeciło od samego rana. Było przepięknie:)))

31.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Miałam podobny problem, moja mama też ma słuszny wiek i od pewnego
    czasu straciła apetyt. Pogrzebałam w internecie i sprawiliśmy babci
    syropek na apetyt dla seniorów ( nie podam nazwy 😉 ale zaczyna się na A…
    Aniu podziałał ! Wiesz jak się ucieszyłam kiedy usłyszałam mam ochotę na to…
    na tamto…
    Rzeczywiście bardzo tęskno do wiosny i do słoneczka !
    Bardzo ciepło Cię pozdrawiam 🙂
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Oj Aniu, zdaje się, że teraz ja ze swoją radą strzeliłam jak ,,kulą w płot,,
    przepraszam ale wychodzą braki mojej obecności u Ciebie.
    Dobrej nocy
  • annazadroza Kasiu:-) Apetizer senior. Przerabialiśmy, nie pomogło, bo nie chęć jedzenia chodzi, tzn. nie o brak łaknienia, lecz manipulację typu: „nie będę jadła, a wy się martwcie co mi jest”. Jak jest sama – podejrzewam, że po kryjomu przenosi jakieś kąski do siebie i gdzieś chowa. Nic dziwnego, że potem zdarzają się torsje, ale nie przyzna się, do lekarza nie pójdzie. Potem jej przechodzi, przez dzień czy dwa zachowuje się miarę ok, a potem znowu się zaczyna snucie spiskowych teorii i szukanie, szukanie, szukanie… Taki urok życia w towarzystwie demencji:(
    Kasiu, dobranoc i dziękuję:)
  • urszula97 Nie miałam takich problemów z rodzicami ale babcia męża tez jadła aby nikt nie zauważył a wszystkim wmawiała że nie może jeść,takiego czegoś nie bedzie jadła itp.ale u niej to wynikało że zawsze musiała być na piedestale i to była kolejna forma pokazania tego,w sumie nie wiemy jacy my będziemy,
  • annazadroza Urszulo:-) Chwilami mam wrażenie, że chodzi o bezustanne utrzymywanie na sobie naszej uwagi, nie dociera do niej, że jest mnóstwo rzeczy do wykonania, problemów do rozwiązania i nie można się bezustannie tylko na jej osobie skupiać. Może większość ludzi tak ma na starość. Masz rację, nie wiadomo jacy my będziemy.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 17

Rozległ się dźwięk domofonu w Kasinym przedpokoju.

– Boże, jak ja was dawno nie widziałam wszystkich razem  –  Kasia próbowała przekrzyczeć  Dżemika, który swoim zwyczajem rozszczekał się z radości. – Rozlazłyście się po świecie i nie można  was było pozbierać do kupy.

–  Sama zaczęłaś – wzruszyła Ela ramionami. – Przecież ty pierwsza pojechałaś do Szczawnicy. Ja tylko ciebie naśladowałam.

– O nie – zaprzeczyła Kasia, – wszystko zaczęło się od Adelki.

– A czego ty chcesz ode mnie? – obruszyła się Adelka. – Patrzcie ją, będzie ze mnie robiła winowajczynię.

– No to może przypomnisz sobie, kto pierwszy nam opowiedział o Szczawnicy? Kto nam kazał wrzucać róże do Dunajca? – zaczepnie spytała Ela.

– Niczego wam nie kazałam…

– Ojej, nie bądźcie takie drobiazgowe. Najważniejsze, że Elka wypoczęła, a psice jakoś z nami wytrzymały i przeżyły – Kasia wyczuła napięcie.

Poprzedniego wieczora Elżbieta powiedziała jej o wizycie u adwokata i wyznaczonym terminie sprawy rozwodowej. Była przestraszona. Bała się reakcji Mirka kiedy dowie się, że naprawdę opowiedziała obcym ludziom o jego postępowaniu. Miała wrażenie, że dygocze w niej ze strachu każdy kawałek ciała, że zaraz zacznie szczękać zębami i połamie je sobie uderzając jednym o drugi. I szczerbata pójdzie do sądu. Nastawiona na obronę reagowała nazbyt emocjonalnie na każdy wyimaginowany atak. Kasia dobrze wiedziała co czuje przyjaciółka i miała się na baczności, nie chciała dopuścić do żadnej niezręcznej sytuacji. Adelka również była poddenerwowana, bo sama świadomość, że ma stanąć przed sądem w charakterze świadka wyprowadzała ją z równowagi.

– No dobrze, skoro Dżemcio już się z wami przywitał, chodźcie do pokoju – Kasia postawiła na stole talerz z szarlotką. – Kawa czy herbata?

– Kawa, herbata – równocześnie odezwały się Elka i Adelka.

– Przecież wiem, tak się tylko pytam, dla przyzwoitości – uśmiechnęła się gospodyni i zniknęła w kuchni wracając po chwili z pełnymi filiżankami.

– No, wreszcie możemy porozmawiać jak ludzie – westchnęła Ela. – A więc sprawa odbędzie się w lipcu. I teraz ja na samą myśl umieram ze strachu.

– Jak to? Ja niczego nie dostałam, żadnego zawiadomienia – zaprotestowała Adelka.

– Bo wezwanie dopiero przyjdzie. Poza tym świadkowie są potrzebni na drugiej rozprawie, teraz możesz spać spokojnie – wyjaśniła Kasia. – Najpierw sąd będzie próbował pogodzić zwaśnione strony i nakłonić do zgody.

– Brrr, okropność. Jak sobie pomyślę, że będą mnie pytać o różne rzeczy i przyjdzie mi odpowiadać  w obecności Mirka…

– Być może to jedyna okazja, żeby Mirek wysłuchał co masz do powiedzenia. A ponieważ musi w sądzie być trzeźwy, może coś zrozumie – zauważyła Adelka.

– Bardzo wątpię. Mam wrażenie, że stracił zdolność normalnego odczuwania. Jedyne co potrafi to oskarżać mnie o całe zło świata, poniżać i wyżywać się na mnie. Mam wrażenie, że on nie ma kontaktu z rzeczywistością nawet gdy jest trzeźwy. Fantazjuje, opowiada ludziom jakieś nierealne historie, zmienia fakty według własnych chorych wizji. Wszystko po to, żeby usprawiedliwić swoje picie i rozgrzeszyć się z niego. Bo nie wiecie, że to ja go zmuszam do picia – machnęła ręką wzburzona. – Ja! Ja go zmuszam!

– To absolutnie normalne w przypadku alkoholików – odezwała się Kasia. – Przecież dobrze o tym wiem. Najwyraźniej doszło już do zerwania więzi między jego światem wewnętrznym a zewnętrznym. Takie zniekształcenia są normalką u wszystkich uzależnionych. Dobrze pamiętam jak Jerzy oszukiwał sam siebie, żył w złudzeniach, które przyjmował za rzeczywistość. Po prostu nastąpiło uszkodzenie zdolności postrzegania i osądu i już nie umie znaleźć granicy między swoimi pobożnymi życzeniami a prawdą.

– Mirek twierdzi, że wcale nie pije, tylko ja wszystko zmyślam, bo przecież jestem głupią k… – pokręciła głową Ela.

– A mnie go żal – włączyła się Adelka. – Nie zrobił mi nigdy nic złego, dla mnie był grzeczny. A może on cierpi i dlatego pije?

– No proszę, ty też mówisz, że to moja wina! – oczy Eli napełniły się łzami.

– Nie bredź! – Adelka się zdenerwowała. – Chodzi mi o to, że świadomość picia i konsekwencji picia u alkoholika powoduje takie cierpienie, że jest zbyt ciężkie do zniesienia  i dlatego pije dalej. To jego obrona przed uświadomieniem sobie uzależnienia. Przecież się do niego nie przyznaje. Tak przeczytałam w internecie.

– Dobra, no to może zmienimy temat – Kasia próbowała rozładować sytuację.  – Niedługo się wyjaśni, czy Mirek ma szansę… Nie, źle mówię, szansę ma każdy. Pytanie, czy z niej skorzysta.

– Ale to już inna bajka, sam będzie musiał wziąć się za siebie  – stwierdziła Adelka. –  A ty wreszcie pozbądź się mentalności niańki.

– Dobrze ci mówić. Ja już jestem wykończona jakby żadnego urlopu nie było. On całymi nocami chodzi po przedpokoju, świeci światło, wymachuje rękami bez ładu i składu. Coś niewyraźnie mamrocze pod nosem, a wyraźniej i głośniej, że mnie zabije, wbije mi nóż jak tylko zasnę, że i tak zdechnę niedługo, więc żebym niczego sobie nie wyobrażała. Gdyby nie psice, pewnie by spełnił groźby już dawno. Jak jest kompletnie zalany, zapomina, że Gama to nie  łagodna stara Rina. Choć pijany jak bela, potrafi bezszelestnie zakraść się do mojego pokoju. Gamcia staje mu na drodze i warczy. Wtedy się budzę – głos Eli się załamał i łzy znowu pokazały w oczach. – A wiecie co mi mały powiedział? Że miał dzieciństwo do bani, bo nie skończyłam tego wcześniej  i on nie ma żadnego dobrego wspomnienia związanego z ojcem…- łzy płynęły ciurkiem po policzkach.

– Ciiicho, uspokój się – przytuliła Kasia przyjaciółkę.

– Masz chustkę i wytrzyj nos – podała Adelka pudełko chusteczek higienicznych. – Przecież nie będę się zadawała z zasmarkańcem… No, nie becz już. I tak cię kocham.

– Kochamy, obie – sprostowała Kasia. – Teraz  zaś, moje drogie przyjaciółki, wróćmy do tematu zasadniczego, czyli do wspomnień ze słonecznych dni. Elcia, uśmiechnij się i powiedz coś o Szczawnicy.

Elcia  uśmiechnęła się na samą myśl o Szczawnicy.

– Wiecie co? Zakochałam się.

– Ooo – dał się słyszeć dwugłos wyrażający zdumienie i radość.

– W Szczawnicy!

– Przecież tam właśnie byłaś – zaśmiała się Kasia. – To chyba jasne, że w Szczawnicy. No, ewentualnie jeszcze mogłaś się zakochać po drodze.

– Na przykład na postoju, na stacji benzynowej, albo w autokarze – podpowiedziała Adelka. – Mówiąc szczerze, nie spodziewałam się, że tak szybko ci pójdzie.

– Powiesz chociaż jak mu na imię? – dopytywała się Kasia.

Elżbieta patrzyła zdumiona to na jedną, to na drugą.

– Czyje imię? Co wy bredzicie? Nie… niemożliwe… co wam do tych głupich głów przychodzi? Zakochałam się w miasteczku, bo jest przecudne, wy durne baby.

– Aaa – tym razem dwugłos obwieszczał rozczarowanie.

– Byłam zmęczona ośmiogodzinną jazdą autokarem, ale kiedy wysiadłam, wciągnęłam powietrze w płuca i rozejrzałam się, już byłam zakochana.

– Nie mówiłam? – Kasia tryumfująco spojrzała na Adelkę.

– To ja mówiłam – sprostowała Adelka.

– Niech ci będzie – uśmiechnięta Kasia skinęła głową. – Obie miałyśmy rację. Powiedz, które trasy zaliczyłaś? Co ci się najbardziej podobało?

Ela z zapałem rozpoczęła opowieść o cudach natury, które widziała, starając  się pomijać osobę Winicjusza. Zająknęła się przy tym kilkakrotnie, co – oczywiście – nie uszło uwagi interlokutorek.

– I co, tak zupełnie sama chodziłaś przez cały czas? – spojrzała podejrzliwie Kasia. – Nikogo nie poznałaś? Sama się włóczyłaś po górach? Nie wierzę ci. Coś ukrywasz.

– O, jaka ciekawa. Może sama, może nie – nagle rozjaśnione oczy Elżbiety ciepło spojrzały na przyjaciółki.

– Uuu – dwugłos wyrażał ciekawość najwyższego stopnia.

– Nie bądź żyła, powiedz coś więcej – prosiła Kasia.

– Skąd jest? Znamy go? – dopytywała się Adelka.

– Adelka, no co ty. Skąd miałybyśmy znać kogoś, kogo poznała na drugim końcu Polski, kiedy nas tam nie było? Nie bądź ciekawska, bo Elka nam niczego nie zdradzi ze strachu, że w sądzie powiemy, że to ona ma faceta i dlatego Mirek pije, i właśnie ona jest winna rozkładu małżeństwa – roześmiała się Kasia.

– Aleś wymyśliła, też coś. Ale właściwie… może i racja. Ja nie potrafię kłamać i zawsze wpadałam ilekroć zełgałam. Dlatego już dawno stwierdziłam, że to mi się po prostu nie opłaca – stwierdziła Adelka.

– Ja tak samo… – zaczęła Kasia.

– Przestaniecie? Zgłupiałyście  zupełnie.

– No nie wiem czy to my… – Kasia  zabrała ze stołu swoją filiżankę. – Wolę odsunąć, bo machniesz łapą i mi rozbijesz.

– No dobrze, pokażę wam zdjęcie ze spływu Dunajcem. Właściwie…  kilka spacerów zaliczyłam z Winicjuszem…

– Cooo? – dwugłos nie wiedział co  wyrażał.

– Z moim Winicjuszem?- starała się uściślić informację Adelka.

– Zaraz, jak to z twoim? – spojrzała badawczo Elżbieta. – Dlaczego tak powiedziałaś?

– No jasne, przecież miał jechać do Szczawnicy – uderzyła się otwartą dłonią w czoło. – Mówił Zenkowi. Pewnie, że to on – przyjrzała się fotografii i wzruszyła ramionami. – Skoro znam faceta sto lat, chyba mogę tak powiedzieć.

– Skąd go znasz tak długo? – zainteresowała się Kasia. – Przecież nie masz nawet siedemdziesiątki…

Elżbieta nie roześmiała się, wręcz przeciwnie, jej twarz wyrażała uczucia … no właśnie, jakie?

– Przecież ty go też znasz – dodała Adelka. – No, z drugiej strony, trudno to nazwać znajomością. Masz prawo nie pamiętać, kto cię dwa razy dźwigał z ziemi jak padłaś przed szpitalem i potem w środku, no, wtedy, kiedy Mirek zmiażdżył ci nogę…

W głowie pobladłej Eli zaczęły w piorunującym tempie przesuwać się obrazy, kojarzyć fakty, na które świadomość do tej pory nie zwracała uwagi… Myślała, ze zna go ze sklepu, z mijania się na ulicy czy w metrze, w końcu mieszkali niedaleko i  – jak się okazało – spotykali się nie jeden raz. Wydawał jej się podobny, tylko nie wiedziała do kogo….

Poczuła się oszukana i zdradzona. Zaufała mu, zwierzała się z myśli i pragnień, rozmawiała jak nigdy dotąd z żadnym mężczyzną, była – tak, musi przyznać – była szczęśliwa! A teraz okazuje się, że oszukał ją, wiedział o niej wszystko i nie zdradził się z tym! A srebrny mercedes? Też już kiedyś przejechał przez jej życie… Gdyby wiedziała, że on wie, nigdy w życiu nie nawiązywałaby z nim żadnych kontaktów, uciekłaby jak najdalej… W jednej chwili zmieniła się w dawną Elżbietę – ofiarę Mirka i całego świata, męczennicę własnej wyobraźni i obaw. Postanowiła, że nigdy w życiu nie spotka się więcej z Winicjuszem. Nie chce go znać!

30.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Pomimo że rozmowa między dziewczynami toczy się w ciężkim temacie
    – fajna jest ta ich przyjacielska bliskość. Rety jak ja dawno tak sobie
    nie pogadałam – jest za czym tęsknić.
    wszystkiego dobrego Aniu !

    urszula97 Cofnęłam się kupę lat do tyłu,może nie do Szczawnicy a do Karpacza,pięknie.

  • annazadroza Urszulo:-) Czasem drobiazg wystarcza, żeby odszukać w pamięci wspomnienia wydarzeń, o których całkiem zapomnieliśmy. A jeśli są miłe, to cieszę się, że wróciły:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Cieszę się, że trafiłaś na te moje dyrdymałki i możemy sobie tu pogadać. Odzywaj się jak najczęściej:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Przynajmniej się dzieci nie potrują

Czytałam właśnie o południowej obwodnicy Warszawy, która zaplanowana była wieki temu, jeszcze zanim zamieszkałam na Ursynowie. Czyli czasy serialu Alternatywy 4 i dokładnie moje tereny, wokół mego bloku. Wtedy można było budować drogi, autostrady i diabli wiedzą co jeszcze, bo były chaszcze, resztki ogrodów i pola, niektóre nawet uprawiane, skaczące zające. Wiem, bo chodziłam z dziećmi na spacery, Mały jeszcze w dużym wózku, Duży obok na własnych nóżkach… oj, łezka się w oku zakręciła…

A teraz – każdy wolny kawałek jest zabudowany, potwornie drogie mieszkania w nowoczesnych budynkach znalazły lokatorów. No i mają oni atrakcje w postaci budowanej obwodnicy pod samymi oknami. Harmider, huk, hałas, wykopy, rozkopy, warczące koparki i inne maszyny niczym potwory, wycięte drzewa. Bardzo przykry widok. Potem ma być ponoć bardzo ładnie, miejsca do uprawiania sportu, zieleń i park, nawet Giełda
Na Dołku – czyli bazarek – ma wrócić na swoje miejsce. Z tego się cieszę, nawet bardzo. Tylko tak sobie myślę, czy nie prościej było budować po kolei a nie znowu od doopy strony? Była zaplanowana trasa, to trzeba było plan zrealizować, a nie najpierw postawić bloki, osiedla i dopiero potem kombinować jak to poskładać do kupy.
Znowu marudzę, a powinnam się cieszyć, bo podobno mają być zainstalowane filtry oczyszczające powietrze ze spalin odprowadzanych z tunelu obwodnicy. Przynajmniej mi się dzieci nie potrują.

30.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A my uciekliśmy ,,na stare lata ;),, za miasto po prostu na wieś.
    Za płotem pieją koguty w oddali słychać rżenie koni no i przed
    oknem zielono ( oczywiście nie teraz). Ale przypuszczam, że za
    10 lat i to piękne miejsce wchłonie miasto.
    Kocham spokój, już się chyba wypaliłam 😉
    serdeczności Aniu
  • babciabezmohera Powiadają, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… Może i tak? Chociaż ja swoje miejsce na ziemi bardzo lubię. ;))
  • annazadroza Kasiu:-) My przenieśliśmy się na drugą stronę lasu, do małego osiedla, do domku z ogródkiem, żeby Babcia D. miała spokój i zajęcie, bo lubiła chodzić na działkę. Dzieciaki zostały na Ursynowie. Spokój się skończył. Przy osiedlu był dom w pięknym sadzie, ale -niestety zmarł właściciel. Sad został wycięty, dom pewnie zburzą, rozpoczęła się budowa osiedla segmentów. Kawałek dalej poszerzają ulicę, wycięli wszystkie drzewa, przejść się na da, ziemia rozkopana, błoto okrutne. Tak więc z każdej strony budowa i niedogodności z tym związane. Jest jednak nadzieja, że kiedy się skończą, będzie ładnie, czysto i urosną nowe drzewa. Widzę w okolicy, że natychmiast po zakończeniu różnych inwestycji porządkowany jest teren i „zazieleniany”.
    A koguty też słyszę, kiedy idę z psami na spacer:))) I Ciepłego z Puchatym dla Ciebie!!!
  • annazadroza BBM:-) Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – to moje odczucie. Najbardziej lubię być w domu, a wciąż mam tego bycia niedosyt. Tak bym chciała kilka spokojnych dni, w których nie musiałabym nigdzie iść (poza wyjściem z psami i Biedronką), mieć spokojną głowę i nie myśleć, nie musieć myśleć o różnych takich…
    Też moc Ciepłego z Puchatym dla Ciebie!!!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Tak, to jest smutne, że kiedy nie ma ciągłości pokoleniowej tak wiele
    się zmienia wręcz wywraca do góry nogami, a najlepiej zburzyć.
    Od zawsze fascynowali mnie ludzie którzy chcieli i potrafili remontować
    stare domy przywracać im pamięć i dawać drugie życie. Zresztą ja w ogóle
    lubię z zamiłowania naprawiać ,,stare,,…a te czasy są inne – w pogoni
    za ,,nowym,, tracimy duszę.
    Ale ja nigdzie nie biegnę 😉 i życzę Ci dobrego ciepłego wieczoru !
  • annazadroza Kasiu:-) Mąż mnie poprawił, że to nie domek z ogródkiem, lecz segmencik z kawałkiem ziemi wielkości chusteczki do nosa:) Ale jest:)))
    Kocham stare domy i żal mi bardzo, kiedy umierają.
    Dobrze jest nie biec, w spokoju pokonywać kolejne odległości, we własnym tempie. I dobrze Ci, że nie musisz biegać.
    Dzięki, i Tobie też miłego wieczoru i równie miłego poranka:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu ja bym bardzo chciała biegać, ale mam niesprawną nogę.
    Praktycznie nie wychodzę z domu… To co mnie otacza ten piękny
    świat to tylko z pozycji okna. Biegam i chodzę tylko w snach…
    serdeczności jeszcze raz 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) To bardzo przykre, każde ograniczenie napełnia smutkiem. Szukając jaśniejszej strony życia – masz wyobraźnię i możesz używać jej bez ograniczeń czytając książki i patrząc na zieleń przez okno. Może to głupio brzmi, nie myśl, że chciałam urazić czy coś…
    Mnóstwo Dobrego i Serdecznego:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu w życiu tak nie pomyślałabym – przecież czuję Twój klimat i myśli
    tu na blogu. Poza tym takie sprawy ,,zakrywa,, monitor więc skąd można
    się domyślać ? Czasami to dobrze, a czasami źle, ale chyba wolę
    być bardziej ,,przejrzysta,,…mniej się męczę wtedy – taki paradoks.
    wszystkiego dobrego !
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Milczący przyjaciel

Dziś byłam na rehabilitacji po raz pierwszy. Nie w ogóle, tylko w tym „turnusie”, na szyjny odcinek kręgosłupa. Czekałam od sierpnia i się doczekałam:) Udało mi się nawet zmienić godzinę i od jutra będę skoro świt o siódmej piętnaście w gabinecie, tym sposobem potem do Calineczki zdążę „na służbę”:)))
Wieczorem wyjęłam z zamrażalnika pierogi, więc miałam gotowy obiad, zupa została z wczoraj. Babcia D. wylała swoją porcję do sedesu, bo na pewno gotowałam w garnku aluminiowym i przeszła smakiem. Przysięgam, że takowych garnków nie posiadam, nie posiadałam ani nie zamierzam ich mieć. Jeszcze w
poprzednim stuleciu moja mama wyrzuciła ostatni taki rondelek, gdy przeczytała, że nie należy ich używać ze względów zdrowotnych. Po obiedzie i wyjściu z psami (co za psia pogoda, brr, mokro, wietrzno, choć ciepło, +10 stopni było) usiadłam do Lapcia, miałam zaległości w komentarzach i tak się pogrążyłam w rozmowach z Wami, że dopiero teraz oderwałam się od życia towarzyskiego na blogu. Chciałabym jeszcze przełożyć część książek w inne miejsce, bo kupiliśmy mały regalik specjalnie dla nich. To nie błąd, nie „na nie” tylko „dla nich”, dla przyjaciół. Bo przecież książka to najlepszy milczący przyjaciel człowieka:)))

29.01.2018

  • kolewoczy Kupiłam dzisiaj dwie książki a czytam cztery inne pozaczynane 🙂
  • nie-okrzesana Ja tez kupiłam dwie. I nawet jedną zaczęłam czytać.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Witaj Aniu 🙂 miło i ciepło tu u Ciebie pomimo strasznego wiatru.
    A ja wracam do książek sprzed…( oj dawno to było;) i czytam
    z rzewnym wspomnieniem chwil kiedy miałam je pierwszy
    raz w ręku. Teraz wyczytuję inne myśli inne problemy a książka ta sama…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Też mam pod ręką kilka niezbędnie potrzebnych, zawsze:) Jeśli zaczynam powieść – to muszę ją skończyć, nie ma wyjścia, dlatego teraz mało ich czytam. Zwyczajnie nie mam kiedy, bo padam na nos i odpływam. Teraz mam obok Lapcia „Długowieczność zależy od ciebie” Mariana Pomorskiego i „Sekrety wiecznej młodości” pod red.Edwarda Claflina. Po śmierci Taty milion:))) książek przywiozłam z jego podkreśleniami i notatkami. I czuję się, jakby do mnie mówił zwracając uwagę na istotne fragmenty:)
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Książki dostarczają mi teraz dzieci, mam dwie pełne siatki do przejrzenia. Większość najczęściej idzie dalej, sporadycznie tylko zostawiam coś, z czym trudno się rozstać i do czego mam nadzieję wrócić. Swoich ukochanych, jeszcze z dzieciństwa nawet, mam mnóstwo i nie oddam ich nikomu za skarby świata. Są schowane w pudełkach z Ikea, bo ich stan nieraz nie pozwala na stanie na półce, ale cóż, niech sobie poleżą, aby tylko były:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki:) To prawda, że inaczej odbiera się książki czytane po raz kolejny. W zależności od nastroju, przeżywanych problemów, zmieniających się zainteresowań itd. Ale mam takie, które kocham zawsze i wszędzie, np. L. Maud Montgomery. Kocham ją za wszystko, co napisała. Nowelki, opowiadania są po prostu genialne, pokazują jej niezwykły dar obserwacji ludzi i otoczenia, i zdolność pokazania charakteru różnych osób w kilku słowach. Poza tym ujmuje mnie ciepło, wiara w dobro i piękno emanujące z jej twórczości mimo, iż życie jej nie rozpieszczało.
  • irsila Ostatnio wygrzebałam zakurzone myśli Pascala,
    ale to dość trudne do czytania.
  • annazadroza Irsilo:-) Czasem fajnie jest otworzyć taką książkę na chybił-trafił i zastanowić się nad sensem pierwszego zdania, które wpadnie w oko. Różne ciekawe rzeczy mogą wtedy przyjść do głowy. Pozdrawiam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia”16e

Wieczorem nadciągnęły chmury nie wiadomo skąd, jak to w górach. Pojawiły się nagle i lunął deszcz. Padał przez całą noc „jednaki, miarowy, niezmienny”. Ranek wstał jeszcze mokry i pochmurny, ale po chwili wyłoniło się słońce, ożywiło i rozweseliło zamglony świat, obudziło Elżbietę na tyle skutecznie, że wychyliła  spod kołdry nie tylko czubek nosa, ale całą głowę. Słuchając szumu deszczu i bębnienia kropli o poręcz balkonu miała ochotę cały dzień przeleżeć w łóżku z książką w ręku, ale kiedy promienie słoneczne poczęły wesoło skakać po kropelkach zawieszonych na drzewach i krzewach uwalniając skryte w nich maleńkie tęcze – natychmiast zniknęła chęć leniuchowania, zaś obudziła się dusza podróżnika odkrywcy. Może nie tak do końca sama z siebie… Na sąsiednim balkonie pojawił się Winicjusz.

– Hej, hej, sąsiadeczko! – usłyszała Ela głos, który wywołał jej uśmiech. – Deszcz już sobie poszedł za góry. Może się wybierzemy do Czerwonego Klasztoru? Odezwij się! Wiem, że nie śpisz, bo otworzyłaś drzwi na balkon.

Odrzuciła na bok kołdrę i wyszła na balkon. Była w zielonej piżamie z krótkim rękawkiem zakrywającej wszystko, co jej zdaniem powinna zakrywać.

– Cześć sąsiedzie – odpowiedziała mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem dnia. – Mówiłeś o czymś czerwonym czy mi się śniło?

– O Czerwonym Klasztorze. To na Słowacji. Idzie się tam wygodną drogą wzdłuż Dunajca. Inne szlaki są w tej chwili mokre i śliskie, ale Drogą Pienińską można iść nawet w czasie deszczu. Co ty na to?

– To znaczy na co?

– Na propozycję wycieczki na Słowację w moim towarzystwie.

– Czekaj, niech no pomyślę…- uśmiechała się do niego, do swoich myśli, do przestrzeni międzyplanetarnej…

Jej uśmiech mógłby rozjaśnić mrok w Winicjuszowej duszy gdyby takowy tam panował, teraz zaś przeganiał ostatnie deszczowe chmury snujące się nad Palenicą. Winicjusz patrzył na ten uśmiech, na kształt ciała dobrze widoczny pod bawełnianą piżamką, która – choć ze ścisłego materiału dobrze kryjącego ” zawartość” – uwydatniała kobiece kształty Elżbiety nad wyraz mocno rozpalając wyobraźnię Winicjusza. Sam był tym zdziwiony. Bez problemu mógł zdobyć każdą kobietę, na którą zwróciłby uwagę. Ale już go to nie pociągało. Teraz nagle został zaskoczony przez własne odczucia. Nie myślał o seksie. To znaczy myślał, był przecież normalnym, zdrowym facetem. Lecz oprócz tego odczuwał chęć przytulenia Eli, Elżuni, chronienia jej i oderwania od tego życia, które tak bardzo ją doświadczyło, dało jej taką szkołę, że mało kogo nie złamałaby do końca. A ona przetrwała. I potrafiła być taka świeża, czysta, prawie dziewczęca i sprawić, że i on w jej obecności poczuł się innym człowiekiem. Takim nowym i oczyszczonym. Jakby cofnęły się lata. Jakby całe życie było dopiero przed nim a nie za nim. To było zaskakująco niesamowite wrażenie. Elżbieta przeciągnęła się jak kotka, nieświadoma, że w ten sposób, eksponując pod obcisłą piżamką atrybuty swej kobiecości wywołuje u sąsiada nasilenie określonych myśli i pragnień, i ziewnęła.

– No dobrze, to kiedy wyruszamy? – spytała.

– Jak tylko będziesz gotowa.

– To daj mi pół godziny.

– Ani chwili dłużej, wejdę po ciebie siłą – zagroził.

– Pomyślę o tym – ze śmiechem skryła się w pokoju.

– Może ci pomóc? Będzie prędzej.

Na wszelki wypadek sprawdziła czy drzwi do pokoju są na pewno zamknięte i oparła się o nie plecami. Uświadomiła sobie, że wcale nie musiała się odwracać, aby sprawdzić czy Winicjusz stoi na balkonie. Wiedziała, że jest i  na nią patrzy. Była pewna, że się uśmiecha. Czuła, jakby ją dotykał łagodnie, z czułością, delikatnie… Jakie to miłe… Poddała się dawno zapomnianemu uczuciu do chwili uświadomienia sobie własnej reakcji. Spięła się wtedy w sobie, wzdrygnęła, wstrząsnęła, jakby zrzucając z siebie to coś, co sprawiło, że znów poczuła się kobietą… No nie, nie może sobie na to pozwolić. W żadnym razie. Zaangażowanie uczuciowe to ból, cierpienie, wykorzystywanie, porzucenie, szantaż psychiczny i emocjonalny połączony z przemocą fizyczną. Nie chce więcej przeżywać niczego podobnego. Każdy marzy o czymś takim jak miłość, szacunek, opieka ze strony partnera. Jednak ona nie wierzy w takie bzdury, w realnym życiu się nie zdarzają. No, może czasem, innym, bo jej na pewno nie. Poczuła znajomy skurcz żołądka.

– Hej jesteś tam, czy cię UFO porwało? – usłyszała głos Winicjusza. – Wiem, wiem, jesteś myślącą kobietą, ale już strasznie długo myślisz.

– Fakt. Zapomniałam, że jestem na urlopie i… coś mi się przypomniało…No właśnie, jestem na urlopie i nikt nie będzie mnie poganiał! Sama sobie doskonale dam radę!

Przymknęła oczy i z uśmiechem na twarzy pomyślała co by było, gdyby nagle się tu zjawił. Poczuła, że silny rumieniec oblewa ją całą. Jak to możliwe, ze myśli i czuje niczym nastolatka? Oczywiście niegdysiejsza nastolatka, teraz są inne. To chyba dlatego, że całe lata nie była z mężczyzną. Mirek napawał ją odrazą i wszelkie próby zbliżenia z jego strony od dawna powodowały u niej odruch wymiotny. Zresztą od wielu lat już nie próbował, z czego była zadowolona mając o jeden stres mniej. Zupełnie nie mogła sobie siebie wyobrazić w intymnym zbliżeniu. Jej wyobraźnia nie znała już tej drogi, nie działała w tym kierunku… To dlaczego tak skwapliwie rzuciła się do drzwi sprawdzić, czy są zamknięte? Dlaczego teraz stała jak osioł i czuła gorąco nie tylko na twarzy, ale falę ciepła wyraźnie przechodzącą przez całe ciało? Sama nie mogła zrozumieć tych odczuć. Jedyne czego była pewna to fakt, że nie były nieprzyjemne… Skojarzyła, że obudziło się w niej coś na kształt poczucia własności. Łapała się na tym, iż kobiety zwracające uwagę na Winicjusza w jej obecności – a oczywiście takowych nie brakowało – zaczynają działać jej na nerwy. „Może małpa obudzi się cała połamana i będą ją bolały kości” – pomyślała o uśmiechającej się do jej… no…przyjaciela…O rany, towarzysza wycieczek przecież! U innej z satysfakcją dostrzegła zwisający brzuch widoczny spod zbyt krótkiej bluzki… O jejku! Za kilka minut miała być gotowa! Wskoczyła szybko pod prysznic. Woda przywróciła ją rzeczywistości. Nie znosiła innej kąpieli poza gorącą lecz teraz nie miała czasu na zastanawianie się nad takimi drobiazgami jak temperatura wody. W rekordowym tempie założyła bluzeczkę koloru khaki i białe rybaczki w cętki koloru bluzeczki. Przejechała szczotką po włosach, podpięła je po bokach spinkami. Jeszcze tylko ciemne okulary, plecak… rety, o mało nie wyszła w klapkach. Szybko zawiązała sznurówki białych adidasów. Była gotowa dokładnie w momencie, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Przez głowę przemknęła myśl: co by było, gdyby jednak drzwi były otwarte a ona pod prysznicem…

– A idźże głupia babo – ofuknęła samą siebie otwierając drzwi.

– Mówiłaś coś do mnie?

– Nie, do siebie. Czasem dobrze z kimś mądrym porozmawiać – uśmiechnęła się promiennie.

– Nie do wiary! Jesteś gotowa co do minuty! To naprawdę wyjątkowe.

– Bo ja w ogóle jestem wyjątkowa – rzuciła mu łobuzerskie spojrzenie, przekręciła klucz w zamku i ruszyła schodami w dół.

– W to akurat wierzę bez zastrzeżeń – stwierdził dogoniwszy ją na półpiętrze.

– To w którą stronę idziemy? – rzuciła ignorując uwagę.

– Mostkiem przez Grajcarek, deptakiem do Dunajca, do granicy a potem jest rozwidlenie do Leśnicy i do Czerwonego Klasztoru – wyjaśnił.

– Ile czasu zajmie nam droga?

– Z tobą jakieś dwie i pół godziny.

– Co to znaczy ze mną? A beze mnie?

– Bez ciebie to ja bym tam w ogóle nie szedł. Byłem kilka razy. Tobie chcę pokazać najpiękniejsze zakątki Pienin. Bo warto.

– Warto ze względu na Pieniny czy na mnie? – zajrzała mu w oczy odwracając się  i oczywiście  musiała się potknąć na ostatnim stopniu, bo jakże by mogło być inaczej.

Chwycił ją za rękę chroniąc przed upadkiem i przyciągnął do siebie czekając aż odzyska równowagę. Na ułamek sekundy oparła się o niego, przylgnęła całym ciałem i poczuła zawrót głowy. Odsunęła się gwałtownie.

– Dzięki. Uratowałeś mnie przed upadkiem.

– Widzisz? Jestem ci potrzebny. Co byś zrobiła beze mnie?

– Prawdopodobnie wybiłabym sobie zęby, a na pewno dorobiłabym się siniaków.

– Albo skręciłabyś nogę i ominęłaby cię fantastyczna wycieczka w moim towarzystwie.

– To byłoby straszne. Chodźmy wiec zanim coś się znowu stanie i faktycznie udaremni nasze plany – miło było powiedzieć „nasze” a nie jak zawsze: „moje” plany.

Na deptaku nad Grajcarkiem było tłoczno i gwarno. Turyści wykorzystywali każdą chwilę pobytu. Opalali się nad wodą, dzieci karmiły kaczki, brodziły w wodzie po kamieniach, ścieżką rowerową przemieszczały się w obie strony rowery i takie śmieszne czterokołowe pojazdy poruszane siłą ludzkich nóg.

– To jakby dwa rowery połączone poprzecznymi siedzeniami – stwierdziła Ela. – Fajne ale chyba męczące, trzeba się strasznie nakręcić nogami, żeby toto jechało.

Szybkim krokiem doszli do Dunajca mijając po lewej stronie pensjonaty, pola namiotowe, stragany z pamiątkami.

Przełom Dunajca to rzeczywiście cud natury, na pewno jeden z cudów świata. Po obu stronach wznoszą się skały to ukryte w gęstwinie zieleni, to bielejące w słońcu, rzucające się z daleka w oczy, odbijające się w wodzie zmieniającej barwę w zależności od głębokości koryta i szybkości nurtu w danym miejscu, od prawie czarnej poprzez brąz, różne odcienie zieleni po szmaragd.

– Zobacz, tu po lewej stronie jest wejście do schroniska na Orlicy. Potem można iść dalej aż do Palenicy.

– Przecież wiem, byłam – odrzekła dumna z siebie. – Nie wszystkim mnie zaskoczysz.

– Ale na pewno ilością ryb. To znaczy – widokiem dużej ilości szczęśliwych ryb. Spójrz.

Spojrzała w dół. Oparła się o metalową barierkę i zafascynowana przyglądała się rybom o pomarańczowych płetwach kłębiących się w płytkiej, ciepłej wodzie. Zjadały  kawałki chleba rzucane przez turystów. Częstokroć były szybsze od kaczek, które gromadziły się tłumnie dobrze wiedząc, że przy dużej ilości ludzi mogą się bez trudu pożywić. Ryby okazywały się być sprytniejsze, zwinniejsze i potrafiły sprzed dzioba rozleniwionej kaczki porwać smaczny kąsek wyskakując ponad poziom płynącej wody, zostawiając zdziwionej kaczce rozsiane w powietrzu kropelki wody migocące w promieniach słońca.

– To są prawdziwe dziwy – szepnęła.

– Nie Elżuniu, nie masz racji. Dziwy są tam – wskazał ruchem głowy ławeczkę, na której siedziały dwie potwornie wymalowane dziewczyny w króciutkim mini, hałaśliwe, chichoczące, widocznie próbujące wzbudzić zainteresowanie. – Jedna przyjmuje od ósmej do szesnastej, druga do dwudziestej czwartej, gdy koleżanka odsypia. I są na gościnnych występach.

– A ty skąd znasz takie szczegóły?

– Życie, dziewczyno, życie uczy obserwacji i wyciągania wniosków – puścił oko w jej stronę.

Objął Elżbietę ramieniem. Nie wyrwała się i szli przez chwilę w milczeniu. Przez jej mózg przelatywały znowu dziesiątki myśli i obrazów. Tak właśnie powinno być, tak wygląda prawdziwe życie, kobieta i mężczyzna idą przytuleni, sprawia im radość sam fakt bycia obok siebie, razem obserwują otaczający świat, razem rozwiązują problemy, zwyczajnie są razem… Nieposłuszne łzy stoczyły się po policzku, nie chciały zostać pod powiekami.

– Co się stało? – Winicjusz pochylił się nad nią zaniepokojony. – Coś nie tak?

– Oj tak, właśnie, że tak. Jak nigdy w moim życiu. A ja sobie na żadne słabości nie mogę pozwolić – ruszyła szybciej do przodu zręcznie wysuwając się spod ramienia towarzysza.

– Elżuniu, nie jesteś nadczłowiekiem. Masz prawo do wszystkiego, do słabości również. Tylko, że tych ostatnich to ja akurat u ciebie nie widzę – dogonił ją kilkoma krokami.

– Co ty możesz wiedzieć… bzdury… zapomniałam, że jestem na urlopie – uśmiechnęła się do Winicjusza, choć oczy miała jeszcze wilgotne i błyszczące. – Mam wolne od codziennego życia. Zresztą tu naprawdę jest jak w bajce.

Wkrótce doszli do granicy. Dunajec beztrosko skakał po kamieniach, odbijał się od skał wyznaczających jego bieg. Znał swoją potęgę i dobrze wiedział, że jeśli przyjdzie mu taka ochota, pokona wszystkie przeszkody stające na drodze za nic mając wysiłek ludzi próbujących go powstrzymać. Z dobrotliwością olbrzyma świadomego swej siły dążył do przodu to leniwie, to wartko niosąc na grzbiecie tratwy wypełnione  dwunożnymi istotami zachwyconymi coraz nowymi widokami zmieniającymi się co kilka metrów, wyłaniającymi się zza każdego zakrętu rzeki. Dunajcowi było obojętne czy to polska strona granicy czy słowacka. Nie czynił też różnicy między ludźmi. Jeśli ktoś zlekceważył jego potęgę, potrafił zabrać zuchwalca, wciągnąć w głębinę ku przestrodze innym. Teraz jednak był zadowolony, niczym nie rozgniewany spokojnie toczył swe wody migocące w słońcu, rozbawiony śmiechem ludzi niosącym się z tratw, na których flisacy zabawiali turystów opowiadaniem prawdziwych i nieprawdziwych historyjek.

Droga Pienińska biegła cały czas wzdłuż Dunajca. Zachwycona Elżbieta nie mogła oderwać wzroku od rzeki chwilami będącej w zasięgu ręki, chwilami widocznej z góry. Szczególnie na zakolach z płynącymi tratwami, z brzegami porośniętymi zielenią, z bielejącymi wśród niej skałami wyglądała tak pięknie, tak nierzeczywiście pięknie jak dekoracja do filmu.

– To niewiarygodne, że są takie cuda na świecie. – wyszeptała rozpromieniona, rozjaśniona pięknem otoczenia i pięknem własnym, wewnętrznym, które bez przeszkód i zahamowań błyszczało w jej oczach.

– Tyz prowda – skwapliwie przytaknął Winicjusz patrząc nie na rzekę lecz na towarzyszkę wyprawy. – Tam jest odcisk Janosikowej stopy, na skale. Widzis babo?

– A widzę, widzę – roześmiała się. – A wyście Janosikowi?

– A juści. Ino zem se ciupage kasik zapodział…

– To i na zbójowanie iść nie możecie.

– A co mi tam zbójowanie, kiedy tako dzioucha idzie ze mną.

Śmiejąc się nie patrzyła pod nogi i zahaczyła stopą o korzeń. Nie pierwszy raz w jego obecności, bo jakoś tak jej się nogi plątały jak nigdy w życiu. Winicjusz objął ją w pół.

– No widzis babo? Do Dunajca byś mi wpadła jakbym cie nie obłapił. Teroz jus cie nie pusce.

– Dobrze, że cię żaden góral nie słyszy. Czytałam, że oni bardzo nie lubią jak taki cupoł udaje, że mówi gwarą a plecie trzy po trzy.

– Kto?

– Cupoł. Tak mój dziadek mówił na warszawiaków. Tu się chyba mówi ceper?

– Aha, lecz niezupełnie masz rację, bo moje korzenie tkwią niedaleko stąd.

Droga zaprowadziła ich na wielką łąkę, stanowiącą zapewne również pole namiotowe. Znajdowało się tu sporo rozbitych namiotów zróżnicowanych pod względem wielkości, kształtu i koloru. Na pierwszym planie rzucała się w oczy drewniana konstrukcja, coś w rodzaju muszli koncertowej czy estrady dla artystów. Elżbieta odwróciła się, żeby obejrzeć dokładniej ów twór i krzyknęła z zachwytu. Na tle ciemnobłękitnego nieba rysowały się wyraźnie Trzy Korony.

– Boże, jakie to piękne – powtarzała raz po raz. – Jakie piękne.

– Spójrz, tam dalej są zabudowania Czerwonego Klasztoru. Widzisz?

– Tak, widzę. Został zbudowany… zaraz… chyba w czternastym wieku?

– Brawo. W 1319 roku ufundował go węgierski magnat, nie pamiętam nazwiska, Rokosz chyba, albo jakoś podobnie. Zamieszkali tu kartuzi, potem kameduli. Oni właśnie utworzyli szpital, aptekę i zajazd. Sławny jest brat Cyprian, mnich z klasztoru, znany jako lekarz, farmaceuta, malarz, zielarz, twórca pierwszego zielnika pienińskich roślin zawierającego opis ich właściwości leczniczych oraz nazwy podane w języku greckim, łacińskim, polskim, niemieckim. Może muzeum będzie otwarte to sama zobaczysz. Podobno skonstruował latającą maszynę i poleciał w Tatry, tam się rozbił i zamienił w skałę Mnichem nazwaną.

– To dlatego bufet nazywa się „Cyprian”, tak samo jak hotel, którego reklamę widziałam – kiwnęła głową ze zrozumieniem.

Weszli na dziedziniec wybrukowany kamieniami, zwiedzili muzeum. W małym przymuzealnym sklepiku Ela kupiła buteleczkę olejku ziołowego do smarowania bolących mięśni, stworzonego według starego przepisu zakonnika zielarza.

Do końca pobytu Elżbieta miała wypełnioną każdą chwilę czymś interesującym i zasługującym na zapamiętanie. Nie pozwalała sobie więcej na żadne przemyślenia i refleksje, zresztą nie było na to czasu a także i siły, ponieważ Winicjusz zadbał o atrakcyjność dalszej części pobytu. Wybrali się więc na spływ tratwą po Dunajcu ze Sromowców Niżnych, czego pamiątką stała się profesjonalna fotografia odebrana na przystani w Szczawnicy. Zaśmiewali się ze zdjęcia, bo uwiecznieni oboje siedzący na tratwie w ciemnych okularach, z poważnymi minami wyglądali jak tajni agenci wysłani z misją do Jamesa Bonda. Poza tym zwiedzili słowacką  Leśnicę i wioskę Janosika. W  „Czardzie” jedli smażone oscypki i bawili się przy dźwiękach góralskiej kapeli wspólnie z grupą turystów przywiezionych z pensjonatu dorożkami. Wybrali się do zamku w Czorsztynie, potem obejrzeli zaporę i zamek w Niedzicy. Winicjusz proponował rejs po jeziorze lecz nagła zmiana pogody przyniosła silny wiatr, Elżbiecie zrobiło się zimno, więc wrócili do samochodu. Podjechali jeszcze do sklepu monopolowego w słowackiej Łysej, gdzie zaopatrzyli się w znakomitą słowacką śliwowicę i gruszkówkę.

Winicjusz miał zaplanowany pobyt krótszy niż Elżbieta. Nie mógł tego zmienić ze względu na wcześniej ustalony terminarz spotkań i wyjazdów biznesowych.

– Przykro mi bardzo, Elżuniu, że zostawiam cię tu samą, lecz przecież za kilka dni spotkamy się i chyba nic nie stanie na przeszkodzie, aby kontynuować nasze wakacje w nieskończoność. Co ty na to?

– Tak, tak, z pewnością – odpowiedziała z roztargnieniem żegnając go wsiadającego do samochodu.

Pojechał. Zrobiło się jej smutno jakby nagle słońce zgasło na niebie i miało się więcej nie pojawić. Jak to się stało, że straciła kontrolę nad emocjami? Przecież dotąd umiała chować swoje przeżycia i lęki głęboko, starała się, żeby nie wychodziły na zewnątrz.. No, nie zawsze, bo czasem brakowało już siły ale, generalnie, jakoś się udawało. Dopiero tutaj, w towarzystwie Winicjusza jakby wróciła do świata żywych ludzi, dała sobie prawo do radości, śmiechu i beztroski. Pozwoliła marzeniom opuścić najdalsze zakamarki podświadomości i wychylić im się na światło dzienne. Teraz jednak dostały rozkaz powrotu w niebyt. Trzeba wrócić do domu i do rzeczywistości. Wakacje Elżbiety się skończyły.

26.01.2018

urszula97

  • Świetne,bardzo piękne,czy to pójdzie do druku?
  • Gość: [kobietawbarwachjesieni] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Potwierdzam to, co Ci już chyba wcześniej napisałam. Uważam, że pięknie piszesz o uczuciach i nie tylko.
  • annazadroza Jesienna i Urszula:-) Kochane dziewczyny, dziękuję za miłe słowa. Po takich komentarzach chce mi się żyć i pisać, gęba sama mi się uśmiecha i świat pięknieje:)))
    Co do druku – chciałaby dusza do raju … Gdyby się zainteresowało któreś wydawnictwo – jestem otwarta. Druga ewentualność – to wygranie w lotka i wydanie samej sobie, bez niczyjej łaski. Ale ponieważ przestałam grać w cokolwiek – marne szanse. Pierwsza część sagi ursynowskiej – „Wejście w światło”, która wyszła w 1995 r. jest do znalezienia na Allegro, widziałam. Serdeczności moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Rzeczywiście z wielką chęcią przeczytałam do końca, co raczej mi się
    nie zdarza na blogach. Tak lekko piszesz… i czuję że ,,malujesz,, jakiś
    swój wytęskniony świat uczuć.
    pozdrawiam Cię ciepło 🙂
    annazadroza

    Kasiu:-) Jakże się cieszę, że mam nową czytelniczkę:) Dziękuję za dobre słowo, dziękuję, że przeczytałaś rozdział nie opuszczając go po drodze:) Zapraszam do dalszej podróży i serdecznie pozdrawiam:)))

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz