Kochaj bliźniego…

Kochane Walentynki!!! Wszystkie, które do mnie zaglądacie!!! Szczęścia, radości, miłości i duuużo słodkości!!!.
Owszem, jest dziś środa popielcowa, ale może to znak, że mamy nauczyć się łączyć ze sobą różne elementy życia? Że we wszystkim liczy się umiar? Jak mówiła Michałowa z „Rancza” – w piciu trzeba mieć umiar, ale w nie-piciu też. Może tu właśnie jest pies pogrzebany – w braku umiaru. Może nie trzeba za wszelką cenę forsować swoich racji, lecz wysłuchać drugiej strony i przemyśleć jej zdanie? Może nie trzeba go przyjmować w całości lecz uszanować? Nie wylewać od razu fali nienawiści na myślących inaczej, szukać na nich haków, stawiać przed sądami za trzymanie róży w ręku, skłócać się z całym światem? Może posypując głowę popiołem w kościołach przyjąć do wiadomości, że każdy z nas się w proch obróci, bez względu na to, do którego z plemion należy? Życie jest krótkie, po co je marnować na nienawiść do bliźniego, łamiąc tym samym przykazanie? A może należy zacząć kochać samych siebie, żeby móc sympatią obdarzać innych, lub chociaż ich tolerować? Może problem tkwi w nienawiści do siebie? „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Jak się to ma do rzeczywistości?

14.02.2018

  • kotimyszkot Dobrze prawisz. Fajnie by było, gdyby wszyscy się do powyższego stosowali, jednak w owej rzeczywistości różnie bywa.. Szacunku, miłości i szczęścia dla Ciebie w ten zwyczajny-niezwyczajny dzień 🙂
  • babciabezmohera No święte słowa! Nic dodać, nic ująć. Tyle że tych chętnych do posypywania głów popiołem jakby ciut przymało…
    Dobrze, że mamy siebie na blogach, że z własnej życzliwości możemy czerpać siłę na następne dni. Dobrego Tobie,Walentynko! Najlepszego!:))
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Wsz /ystkim walentynkowym ludziom dużo radości w dniu dzisiejszym, a tym którzy uznają wyłącznie inne tradycje / chrześcijańskie / więcej luzu a przede wszystkim tolerancji.
  • fusilla Amen!
    :-))))) Dla Wszystkich Walentynek!
  • e.urlik No właśnie o tym mówię! 😀
  • urszula97 Piękny wpis i bardzo wymowny,
  • annazadroza Kotimyszkot:-) Mimo tej rzeczywistości Tobie też wszystkiego co najlepsze i spokoju:)))
  • annazadroza BBM:-) Oj dobrze, dobrze:) W życiu bym nie pomyślała, że blogowe życie może być tak miłe, motywujące i wspierające. Serdeczności:)))
  • annazadroza Obserwator:-) Tolerancja – to coś, czego nam coraz bardziej ubywa w przestrzeni…
  • annazadroza Fusilko;-) Jak dobrze, że jesteś. Dla Ciebie też :)))) – i co tylko najlepsze się trafi:)))
  • annazadroza Ewo:-) Jak miło się robi, kiedy ludzie się rozumieją:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Walentynkowe uśmiechy i życzenia dla Ciebie:)))
  • annazadroza Kochani! Wszystkim Wam za komentarze DZIĘKUJE!!! I za życzenia, bo się wymądrzałam, ale nie podziękowałam. No to DZIĘKUJĘ:)))
  • Gość: [Sana] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Pięknie przeszłaś z walentynek i Popielca do bardzo ważnej rzeczy w życiu 🙂
  • kobietawbarwachjesieni Nie mogę wstawić piosenki, dlatego podaję tylko tytuł: Tilt – Jeszcze będzie przepięknie.
    Serdecznie Cię pozdrawiam.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Gdzieś z tyłu głowy trzeba mieć zawsze że ,,wszystko to marność nad marnościami,,
    Wtedy życiowe puzzle z odpowiednim dystansem wpadają we właściwe miejsca.
    ciepłe serdeczności Aniu 🙂
  • annazadroza Maryniu:-) Też bym chciała, żeby jeszcze było przepięknie i normalnie. Trzeba się tego trzymać i tyle. Serdeczności dla Ciebie ogromne:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Dystans do rzeczywistości, zdrowy rozsądek i spokojne podejście do każdej sprawy to marzenie ściętej głowy. Przynajmniej w moim przypadku. Ale próbuję dalej, wszak trening czyni mistrza. Pozdrowienia serdeczne:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl To takie ,,mundre,, moje pisanie 😉 też mi się nie udaje…
  • annazadroza Kasieńko:-) A cóż Ci się znów nie udaje? Za każdym razem coś ciekawego i mądrego powiesz, czekam niecierpliwie na Twoje słowa. Uściski serdeczne:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Kiedyś myślałam, że wybór jest tylko między dobrem a złem, a teraz coraz częściej
    muszę dokonywać wyboru pomiędzy mniejszym a większym złem. Po prostu
    taki punkt w życiu, że nie ma dobrych opcji. Każda ma porządny feler.
    A może bardziej wnikliwie i rygorystycznie widzi się świat sama nie wiem.
    Czekam przeogromnie wiosny może ona wniesie lepsze spojrzenie.
    Wszystkiego dobrego dla Ciebie plus uśmiech :))
  • annazadroza Sana:-) Dziękuję za dobre słowo i serdecznie pozdrawiam:)))
  • annazadroza Kasiu:-) To zupełnie jak w naszej polityce: zawsze wybór między mniejszym a większym złem. Nie wybierasz tego, co byś chciała lecz to, co mniej zła przyniesie. Myślę, że tylko w młodości świat wydaje się czarno – biały, zły – dobry. Potem dostrzega się mnóstwo odcieni szarości, a nawet bieli i czerni, bo one też nie mają jednolitej barwy. Taki przychodzi czas w życiu – teraz też do tego doszłam -że różne sprawy widzi się bardziej wyraźnie, bardziej się przeżywa, bardziej boli… A z drugiej strony, myślę, że to czas nauki, w którym trzeba się nauczyć dystansu do świata i szukać światła we własnym wnętrzu. Serdeczności cały wagon dla Ciebie i iskierka radości, żeby rozdmuchana urosła do rozmiarów ogniska:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dokładnie…podobnie myślę, że w młodości wybór czarno – białe
    wynikał z tego, że nie byłyśmy tak obciążone konsekwencjami.
    To jednak jest ciężki worek kamieni do dźwigania te lata na karku
    a ściślej przeżycia. Ale starajmy się o pogodę ducha, zresztą Tobie
    jej Aniu nie brakuje.
    Uściski i uśmiechy :))) dla Ciebie !
  • annazadroza Kasiu:-) Oj brakuje, żebyś wiedziała jak bardzo. Tylko – mam świadomość, że to nic nie da i , kiedy uświadamiam sobie, że jestem na dnie, ratuję się przywołując
    odpowiednią afirmację, wypełniając nią umysł, żeby na żadne głupoty nie było miejsca. Przynajmniej na chwilę pomaga wydobyć się z „otchłani rozpaczy” – jak mówiła Ania Shirley – i wrócić do świata żywych ludzi. Uśmiechnij się do siebie, wiosna coraz bliżej:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja teraz przez chorowanie a więc przymusowe wyłączenie kompletne
    z życia ( prawie nie stykam się z ludźmi od trzech lat…) popadam
    w dołki a częściej doły. Można taki czas rzeczywiście nazwać otchłanią
    rozpaczy, ale gdzieś jest jakiś impuls który każe się od niej odbijać, jakiś
    moment jest dobrze potem znowu zapadka.
    Tak więc internet mnie ratuje i moja praca na szczęście mogę działać
    w domu.
    Fajnie, że znalazłam Twój blog, bardzo, bardzo się cieszę 🙂 uściski :-)))
  • annazadroza Kasiu:-) Też się cieszę, że się odezwałaś. Dobrze jest czasem sobie pogawędzić o swoich bolączkach. Może łatwiej znosić swoje, gdy się okazuje, że inni mają podobne? Że nie jesteśmy okropne, najgorsze itd. tylko normalne, bo takie właśnie jest to dane nam życie. Raz na górze, raz na dole, śmiech i łzy, miłość i nienawiść… I nauka, żeby starać się w tym wszystkim nie zwariować lecz szukać równowagi.
    Dobrze, że możesz pracować w domu, to duży plus. A ludzie? Myślę sobie, że nie zawsze bezpośredni kontakt jest najważniejszy, taki w realu, no bo ilu ludzi możesz codziennie spotykać? I czy ich wszystkich byś tak wciąż spotykać chciała? Ja miałam bezustanny taki kontakt i dlatego teraz jestem szczęśliwa, że nie muszę. Już nie muszę! Nie mam też czasu na spotkania z przyjaciółkami, głównie przez telefon i internet jesteśmy w kontakcie, ale to jakbyśmy były bok. Tak wypadło, każdy ma swego mola, co go gryzie. Uściski serdeczne, Kasieńko, uśmiechnij się ciepło, póki mrozy nie dotarły;)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Tak, wiesz Aniu trochę to ,,dziwnie,,… ale często wydaje mi się, że kontakt
    wirtualny jest prostszy od ,,face to face,,. Tylko czy to dobrze ? Ja mam
    sutuację przymusową, jednak tęsknię do takiej jaką często opisujesz w swoich
    opowiadaniach. Czyli usiąść spokojnie bez pośpiechu na przeciw, móc spojrzeć
    sobie w oczy i pogadać ,,tak bez zagonienia i szukania komórki,, 😉 Nawet u mnie
    w domu zostało to zarzucone i wydaje mi się, że panowie ( mąż i syn) do tego
    nie tęsknią. Ten wirtualny świat bardzo mi pomaga to jedyny kontakt jaki mam,
    ale jednak tęsknię do ,,starych dobrych czasów,,… gdzie czuło się drżenie, emocję
    w głosie czy wzruszenie w oczach. Dobrego dla Ciebie ! Uściski bardzo mocne ;))
  • krzysztof213 Zeby to tak było nieraz
  • annazadroza Kasiu:-) Tak jak w powieści – było, miałam cudowne przyjaciółki-sąsiadki, naprawdę żyłyśmy jak w rodzinie, zbiórki u każdej po kolei, zakupy, dzieci – tak było. Imprezy klatkowe z okazji imienin, urodzin, rocznic… Ale to minęło i nie wróci więcej. Rozeszłyśmy się po świecie, część za Tęczowy Most się przeniosła… Ale w duszy jesteśmy wciąż razem. I we wspomnieniach. Zostaje telefon, mail, nawet z przyjaciółką M. od stycznia się nie widziałam i dopiero w marcu się spotkamy, bo nie mam kiedy albo nie mam siły. Widocznie taka przyszła pora i tak musi być:)))
  • annazadroza Krzysiu:-) „Jak się nie ma co się lubi – to się lubi co się ma”. I cóż więcej można powiedzieć? Pozdrawiam:)))
  • kasiapur Ja mam dwa ,,stany,, w sobie jeden ,,to tak musi być,, – i nie dyskutuję ,
    drugi…kurcze to jeszcze tyle do zmiany ! Może to powoduje
    że pcham jakoś to życie, jakaś jest iskra która daje siły na dźwiganie
    każdego dnia.
    :))))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 20

Kasia pracowała w ośrodku kultury, a konkretnie w  bibliotece. Kochała książki od zawsze, mama z tatą potrafili jej i Markowi zaszczepić tę miłość, od najmłodszych lat obdarowując dzieci książkami. Dla Kasi nie było wspanialszego prezentu na świecie niż nowa książka. Koleżanki ze szkoły wydawały kieszonkowe na łakocie, potem ciuszki, kosmetyki. Kasia ciułała każdy grosz na upragnione czytadła. Po studiach miała kilka możliwości pracy do wyboru. Bez namysłu zdecydowała się na bibliotekę. Lubiła swoją pracę, między regałami z książkami czuła się jak we własnym  domu. Zresztą  jak się można czuć po dwudziestu siedmiu latach spędzonych  w jednym miejscu?  Niestety, odkąd została kierowniczką większość czasu i energii  musiała zużywać na różne dodatkowe atrakcje zamiast na kontakty z książkami i czytelnikami, ponieważ była to biblioteka zakładowa, a więc podporządkowana szefom firmy. Kierowniczką być nie chciała, nigdy nie czuła potrzeby władzy, chęci rządzenia innymi, chciała po prostu spokojnie pracować. Okazało się jednak, że albo zgodzi się na propozycję, albo nie ma dla niej miejsca. I cóż mogła na to powiedzieć mając dwoje uczących się dzieci i żadnego innego źródła utrzymania? Od tego czasu żyła w bezustannym stresie, bo właśnie wtedy różne osoby zaczęły się interesować biblioteką głównie z chęci pozbycia się jej w celach różnych, między innymi przerobienia pomieszczeń zajmowanych przez książki na knajpę. Albo burdel – ponuro dodawała w myślach.

Bezsilna, bezradna usiadła wśród książek na podłodze.  Po raz pierwszy  pomyślała, że nie chce już tu być. „Tu” w znaczeniu firmy, bałaganu decyzyjnego, bezustannych zmian i pomysłów rodem z kosmosu zmieniających się co chwilę miłościwie panujących przełożonych… Oni zaś zmieniali się i stawali przed sądem często za to, o co oskarżali podwładnych… Kasia chciała tylko jednego: móc normalnie pracować, czyli wykonywać swoje obowiązki polegające na świadczeniu usług dla ludzi. Wszak biblioteka to miejsce, w którym zgromadzone są zasoby ludzkiej myśli w celu udostępniania ich innym. Niestety, ostatnimi czasy, a szczególnie przez ostatni rok, właściwie skupiać się trzeba było głównie na walce o przetrwanie, walce z kolejnymi planami unicestwienia placówki. Miała wrażenie, że niektórzy nie widzą różnicy między  papierem toaletowym  a  zadrukowanym. Przetrzymała kilkumiesięczną inwentaryzację olbrzymiego księgozbioru, kolejna reorganizacja usunęła z firmy nawet słowo „kultura”, zmieniła się znów przynależność  i podległość służbowa. Na dzień dzisiejszy na dobrą sprawę nie wiedziała czy pracuje, nie widziała na oczy nowego zwierzchnika, czy raczej zwierzchniczki – co też napełniało ją obawą, bo wolała pracować z mężczyznami. Zbyt dużo przeszła  przez koleżanki, które stając się jej podwładnymi nie mogły sobie dać rady z własną urażoną ambicją.  Kiedy odeszły z pracy, Kasia odetchnęła, zaczęła spełniać plany i marzenia, miała pomysły na rozwinięcie działalności. Niestety.  Zaczęły się znów przepychanki polityczne, personalne zmiany, reorganizacje biur i od początku to samo.  Rok chodzenia po linie nad przepaścią wykończy każdego, a co dopiero mówić o wrażliwej Kasi,  pozbawionej odporności  na stresy, potrzebującej  do życia spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Akurat tego miała najmniej. Tak więc siedziała na podłodze, patrzyła tępo na pełne regały uświadamiając sobie, że kocha to miejsce, te podarte, zaczytane, nieraz rozsypujące się książki, ale nie ma siły na dalsze życie w takich warunkach. Gdyby już miała prawa emerytalne! Ale – oczywiście z jej szczęściem – musi pracować do sześćdziesiątki a kto wie, czy nie dłużej. Któż to wytrzyma, kto dożyje?  Czyżby obecnym  rządzicielom chodziło o to, by jak najmniej osób doczekało  emerytury? Jaka oszczędność… Coraz czarniejsza  wizja przyszłości przewijała się jej przed oczami. Utrata pracy albo załamanie nerwowe z powodu długotrwałego napięcia,  konieczność opieki nad ojcem i niemożność zapanowania nad nim, Kamil szukający bezskutecznie zatrudnienia, bez środków na opłacenie rachunków, eksmisja na bruk, wreszcie samobójstwo poprzedzone uśpieniem psa i kotki, żeby się nikt nad nimi nie znęcał… Oto obecna rzeczywistość. Kasia pogrążyła się w rozpamiętywaniu stworzonego przez wyobraźnię koszmaru i nie słyszała wołania Mariolki, z którą pracowała od dwóch lat.  Przecież ona nie nadaje się do takiego życia. Nie ma już świata, w którym się urodziła i wychowała, straciły wagę wartości, w jakich wzrosła, przyszło jej się wstydzić polskiego kołtuństwa, ciemnoty i zacofania. To, co mówiła w liceum polonistka o” miernocie i szarzyźnie” stało się rzeczywistością. Tak samo – niestety – opowiadania dziadków o życiu w okresie międzywojennym, o biedzie i nędzy, które ona znała jedynie z literatury, a które teraz wróciły, jakby wstały z grobów, żeby zabrać ze sobą jak najwięcej ofiar…

Poderwała się na dźwięk telefonu. Szukała przez chwilę komórki, zostawionej między półkami. To Mikołaj. Jakie szczęście, że wyrwał ją ze szponów czarnych myśli.

– Cześć kotku – usłyszała kochany głos. – Bardzo jesteś zajęta?

– Dobrze, że zadzwoniłeś, bo już mi się wyć chciało z tego wszystkiego!

– A co się znowu stało?

– Przyszła jakaś baba z facetem i zaczęli wymierzać ściany w bibliotece. Kiedy spytałam o co chodzi, stwierdzili, że mają takie polecenie swoich przełożonych, bo będzie przebudowa pomieszczeń. No to spytałam, czy ich przełożeni rozmawiali w tej sprawie z moimi przełożonymi, ale oni stwierdzili, że ich to nie obchodzi. Myślałam, że mnie nagła krew zaleje. Ciśnienie mi skoczyło chyba powyżej jakiejkolwiek skali.

– Kochanie, przestań się przejmować takimi rzeczami. Przecież nie zlikwidują biblioteki, bo to już ostatnia w firmie i za bardzo ludziom jest potrzebna.

– Chyba zgłupiałeś! – Kasia była wzburzona do granic wytrzymałości. – Co kogo obchodzą ludzie?! Nie zauważyłeś, że zwykły człowiek teraz nikogo nie obchodzi? Po co ma czytać, po co ma się leczyć, po co możnym tego świata ma zawracać cztery litery? Lepiej niech szybko umiera po przejściu na emeryturę, żeby nie trzeba było mu płacić.  . Albo jeszcze lepiej – zanim doczeka tej cholernej emerytury, za którą i tak nie wyżyje. Może mu nawet nie starczyć na sznurek, żeby się powiesić!

– Ojej, widzę, że z tobą całkiem niedobrze.  Przyjadę po ciebie po pracy, poczekaj na mnie, dobrze?

– Poczekam – cicho powiedziała. – Dzięki, że wpadłeś na taki pomysł.

– No co ty, a po co mnie masz?

Ukochany potrafił sprawić, że myśli Kasi zmieniły kierunek. Rozmawiali o planowanym wyjeździe do Szczawnicy.

Jednak po dotarciu do domu znów zaczęła myśleć o problemach. Taką miała już konstrukcją psychiczną, przeżywała w zwielokrotniony sposób każda sprawę. Teraz też  rozmyślała.

Jak ja sobie z tym wszystkim poradzę? Czy to nie za dużo na mnie jedną? Ale z drugiej strony – po co marudzę, co to pomoże? Marudzę, bo tata chory, bo w pracy same problemy, bo kasy brak i dzieciom nie mogę pomóc, bo menopauza i dolegliwości związane z wiekiem….Ale na plus przecież też coś jest: Tosia opiekuje się tatą (jeszcze, bo nie wiadomo ile wytrzyma), Kamil pracuje, na razie na trzy miesiące, ale pracuje, przyzwyczaił się do porannego wstawania, treningami wypełnia czas i odreagowuje stres, uspokoił się już po rozstaniu z dziewczyną. Ciekawe kiedy będzie następna oficjalna, bo cały tłumek zawsze się kręci w pobliżu mego pięknego chłopaka …  Poza tym Łukasz się ożenił i zostanie tatusiem! No i Mikołaj chyba mnie jednak trochę kocha mimo wszystko…

Tosia zadzwoniła, ze ojciec był dziś wyjątkowo trudny w prowadzeniu. W końcu z wielkim wysiłkiem udało jej się opanować sytuację i usnął.

Kasi puściły nerwy i rozryczała się. Kamil wrócił już do domu, przyszedł matkę pocieszyć.

– Czym się denerwujesz ? – spytał spokojnie.

– Że zostanę bez pracy – chlipała.

– Mikołaj cię utrzyma, czym się martwisz – zmrużył oko. – Dużo nie jesz, ciągle mówisz, że się odchudzasz.

– A nasze mieszkanko? Z czego zapłacę czynsz i inne świadczenia? Kocham je, chciałabym  wykupić, żeby było nasze na zawsze…

– Ja zapłacę, pracuję na razie…

– Ale potem?

– Potem też znajdę pracę i też będę pracował. Mamo, nie jestem już małym dzieckiem.

– Mój malutki syneczek – rozchlipała się jeszcze bardziej.

– Mamcia, no i co z tobą? – przytulił Kasię. – Znowu ryczysz?

– Bo przedtem z żalu a teraz z rozczulenia.

Zadzwonił telefon. Kamil odebrał.

– Cześć bracie. Pogadaj z naszą mamą, tylko ty ją rozśmieszasz, przy mnie ciągle ryczy a ja muszę lecieć, bo mam randkę.

13.02.2018

  • kobietawbarwachjesieni Ja lubię zmiany, ale nie wszystkie.Gdy tylko przyjechałam z Warszawy od razu usiadłam do Twojego opowiadania. Pisz, pisz. Uśmiechy przesyłam.
  • annazadroza Maryniu:-) Czyli odpoczywałaś po trudach podróży w towarzystwie moich bohaterów, za co Ci serdecznie dziękuję:)))
  • emma_b jaki ten świat wirtualny malutki! cieszę się, że Marynię spotkałam:)
    tego jeszcze na blogu nie widziałam… to opowiadanie czy powieść?
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja przeczytałam jednym tchem…jakoś fajnie się wchodzi w klimat,
    a te rozmyślania Kasi (mojej imienniczki 😉 też są mi bliskie. Tylko kurcze
    ci faceci tacy idealni, ale to przecież dobrze 😉
    Dobrej nocy Aniu :)))
  • annazadroza Emmo:-) Bo w fajnych miejscach spotkają się fajni ludzie:)
    Powieść. Skąd się wzięła jest we wpisie z 8.XI. 17r. pt. „Zapraszam na Ursynów oraz do Szczawnicy”. Miłego czytania:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzień dobry i miłego dnia:)))
    Gdzie znaleźć idealnych facetów jak nie w powieściach? W realu nie ma ludzi bez wad. I to bez względu na płeć. Ale – oczywiście – my jesteśmy z Wenus, oni tylko z Marsa;)
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie lubię zmian

Samo określenie „polityka historyczna” zgrzyta mi w zębach. Historia już była, to przeszłość, nie zmieni się. Zmienić się może podejście w ocenie przeszłych wydarzeń w miarę poznawania nowych, nieznanych wcześniej faktów. Przypomniałam sobie wpis z 23.X. 17r. – „Co mogę zrobić „, tak w kontekście aktualnych
wydarzeń. Było o karmie narodów, w naszym wypadku najwyraźniej nie przepracowanej, co powoduje wygrzebywanie się z przeszłości, podnoszenie głowy i wychodzenie z grobów potwornych demonów. Jeśli chodzi o politykę pisowego rządu, to szkoda mówić. Już chyba tylko z Morzem Bałtyckim nie jesteśmy skłóceni, ale jedynie do pierwszego sztormu – to nie moje, usłyszałam i uderzyła mnie trafność określenia. To tyle, bo miałam się uczyć być jedynie obserwatorką, zachowując dystans do aktualnych… takich różnych… „mądrych” posunięć.
Z innej beczki. Cud się stał pewnego razu, czyli dziś. Babcia D. przyszła na śniadanie i do tej pory kontakt z nią jest prawie normalny:) Emerytura dotarła wreszcie na konto, psy śpią, Franek też. Obiad z wczoraj mam, ciasta trochę zostało, czyli jest dobrze, wspaniale wręcz i będę mogła trochę popracować na trzecią częścią sagi. Zakupy też zrobione – chociaż z pewnymi przeszkodami. Otóż w Biedronce wszyściutko pozmieniali. Jest nowy wystrój, owszem ładnie i czysto, ale niczego nie można znaleźć, bo towary pozmieniały miejsce, jakby się nocą w chowanego bawiły, nagle znieruchomiały i tak im zostało:)Po sklepie przemieszczał się tłum ludzi poszukujących potrzebnych rzeczy, których nie ma tam, gdzie zawsze były. Osobiście nie mogłam znaleźć jajek, wreszcie się udało, zaś po drodze trafiłam na żurawinę obok proszku do prania. Oj, trzeba się będzie przyzwyczaić do nowych porządków. A ja tak nie lubię zmian.

12.02.2018

  • nie-okrzesana To tak jak ja. Też nie lubię zmian.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Może Babcia D. wyczuła wiosnę i po prostu ,,przebudziła się ;),,
    Na taką zmianę, czyli na wiosnę czekam z utęsknieniem.
    Jestem pewna, że i Ty Aniu również 🙂
    pozdrowienia i miłego WSZYSTKIEGO !
  • urszula97 I ja w sklepach nie cierpię zmian,chodzę jak głupia,
  • irsila Zmiany na lepsze bardzo są oczekiwane,
    babcia zeszła na śniadanie.
    Wyzdrowienie także.
    W sklepach tak robią dla reklamy,
    byś wszystko przejrzał i więcej kupił.:)
  • kotimyszkot Tak, to jest działanie celowe, żeby klienta naciągnąć na towary, których wcześniej nawet nie widział 😉 Ale i ja nie znoszę takich akcji, wszystko do góry nogami, a sklep przestaje się wydawać przytulnym, dobrze znanym miejscem..
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Zmianę mogę zaakceptować tylko wtedy, kiedy wcześniej sama ją przemyślę, przyzwyczaję się itd., a to głupota w dzisiejszych czasach, gdy wszystko się zmienia w niesamowitym tempie. Widać taki ze mnie relikt przeszłości:)
  • annazadroza Kasiu:-) Pewnie, że czekam na wiosnę, ale taką prawdziwą, zieloną i pachnącą.
    Babcia D. pewnie o wiośnie nie myśli,może zaczęły działać nowe leki, bo po raz pierwszy od długiego czasu jest ok. Złudzeń nie mam, że to na dłużej, cieszę się, że choć teraz, przez chwilę. Serdeczności:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Wszyscy tak chodzili:) Na szczęście to „mój” sklep codzienny, z miłą obsługą, która zresztą całą noc pracowała przy tych zmianach, więc panie pomagały szukać razem z klientami. Pamiętały to, co same wykładały, a do reszty – mówiły – też się muszą przyzwyczaić.
  • annazadroza Irsilo:-) Ogólnie – to nie wiadomo czy na lepsze czy nie… Do „dobrej” zmiany złudzeń nie mamy…
    Słowo „wyzdrowienie” już raczej trzeba skreślić w tym przypadku. Dobrze byłoby, gdyby „pogorszenie” w rachubę nie wchodziło…
    A jak kasy na „rozpustę” nie ma, to mogą sobie i 100 razy przekładać z miejsca na miejsce, sprzedaż się nie zwiększy, bo z pustego i Salomon nie naleje.
  • annazadroza Kotimyszkot:-) Do sklepu chodzę z kartką i na nic nie dam się naciągnąć. Ale oczywiście jeśli mi się trafi coś, co i tak mam kupić, tylko kiedyś, to biorę. Np. prezent okazjonalny dla kogoś. Dobrze określiłaś, że przestaje być sklep przytulnym miejscem po takich rewolucjach. Trzeba się go na nowo uczyć.
  • babciabezmohera Też nie przepadam za zmianami, ale czasem – choć rzadko- sama do nich dążę, bo wiem, że są konieczne.
  • annazadroza BBM:-) Czasem są konieczne, to prawda, ale nie lubię zaskakiwania nimi. Wolę się przygotować, przemyśleć, przyzwyczaić do samej myśli o zmianach. Ale moje „wolenie” to jedno, a rzeczywistość – drugie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 19

Adelka wracała od koleżanki mieszkającej na Franciszkańskiej. Niosła w reklamówce serek, dwie bułki i wodę mineralną. Drugą, zaczętą butelkę wody trzymała w ręce. Na ulicy było pusto. Z bocznej ulicy wyszedł jakiś facet w płaszczu. Wyglądał dziwnie. Zbliżył się do Adelki i z lubieżnym wyrazem twarzy uchylił poły płaszcza pokazując swoje wdzięki. Adelka odwróciła głowę z obrzydzeniem. Zboczeniec!  Z przeciwka szedł jakiś mężczyzna.

– Czy mógłby mnie pan odprowadzić do autobusu, bo tam stoi zboczeniec i boję się – zapytała.

Facet nawet na nią nie spojrzał jakby była powietrzem, jakby jej wcale nie było i szedł dalej. Najpierw oniemiała, a potem się wkurzyła. Furia ogarnęła ją od czubka głowy do końca palców rąk i nóg. Tryumfujący zboczeniec zbliżył się ponownie.

– Zabiję cię, ty cholerny zboku – ryknęła i rzuciła w niego butelką.

Trafiła, zasyczał z bólu i przyklęknął.  Z drugą butelką w ręce ruszyła do niego z takim wyrazem wściekłości na twarzy, że porwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Goniła go wymachując butelką aż zniknął. Wtedy głęboko odetchnęła i – zadowolona z odniesionego zwycięstwa – wsiadła do autobusu.

Nazajutrz obudził ją głośny wrzask papug. Najwyraźniej miały odmienne poglądy na ważny dla nich temat. Zaraz potem włączyło się radio ustawione na budzenie. Nie mogła dłużej oszukiwać samej siebie i schować się pod lekką, letnią kołderką kupioną w Leader Price za jedyne dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Nawiasem mówiąc bardzo dobrze się pod nią spało.

Musiała wstać. Usiadła na łóżku i natychmiast została zaatakowana przez jednego dużego potwora i dwa małe, domagające się natychmiastowego głaskania, drapania, klepania, przytulania i jeszcze czegoś smacznego do przekąszenia  na powitanie upalnego lipcowego dnia.

– No dobrze – głośno myślała jeszcze półprzytomna, – co ja mam w planie na dzisiaj? Aha, dziś idę do pracy. Potem się umówiłam z Krysią na jej działce. Tylko gdzie ja mam kartkę na której narysowałam jak do niej trafić?

Kartki nie znalazła. Usiłowała przypomnieć sobie co jej tłumaczyła przyjaciółka. Działka została niedawno nabyta i Adelka miała ją odwiedzić po raz pierwszy.

– Wysiądziesz przy Idzikowskiego, pójdziesz w górę, w stronę Puławskiej i jak dojdziesz do końca po prawej stronie, wejdź do środka. Jakby było zamknięte to krzycz. Wołaj głośno, ja usłyszę. Ale z reguły jest otwarte. Inne są pozamykane, ale nasza jest dla ludzi. Wtedy idź prosto i trafisz na moją, bo jest najładniejsza, to znaczy najbardziej zarośnięta. Po tym poznasz.

Adelka stwierdziła, że jakoś trafi i poszła do pracy. O dziwo, miała nawet sporo pacjentów. Między innymi przyszedł bardzo starszy człowiek prześwietlić wszystkie zęby. Tłumaczyła, że nie ma sprzętu, aby mu zrobić panoramę szczęki. Pacjent kategorycznie oznajmił, że się stąd nie ruszy, bo pielęgniarka kazała mu tu przyjść. Okazało się, że … ma w ogóle tylko jeden ząb! Taką „panoramę” mogła zrobić bez problemu. Śmiała się sama do siebie przez dłuższą chwilę.

Po pracy wpadła do domu wyprowadzić psy, wskoczyła pod prysznic, przebrała się w luźny strój składający się z białych tenisówek, turkusowych spodni i kwiecistej koszulki, i pobiegła do autobusu. Wysiadła zgodnie z instrukcją  przy ulicy Idzikowskiego i poszła – też zgodnie z instrukcją – w górę. Tu już straciła rozeznanie, bo ogródki działkowe rozciągały się po obu stronach ulicy. Do jakiego końca miała dojść? Weszła tam, gdzie było otwarte i szukała Krysi. Chodziła i chodziła, wreszcie zaczęła wołać:

– Krysiu, Krysiu…

– Szuka pani kogoś? – usłyszała obok siebie męski głos.

– A szukam, szukam. Już mi nogi weszły w pewną część ciała i mam dość.

– A kogo konkretnie, jeśli wolno spytać?

Adelka dopiero teraz uważniej spojrzała na rozmówcę. Był mniej więcej w jej wieku. Miał opaloną sympatyczną twarz, siwe włosy i niebieskie, wesołe oczy. Jasne spodnie i niebieska koszula z krótkim rękawem uzupełniały miły obraz.

– Szukam przyjaciółki, Krysi Kowalskiej. Kazała mi pójść do ostatniego ogrodu i wołać, no to wołam i już ochrypłam – zaskrzypiała zrezygnowana.

– To nie jest ostatni ogród, jest jeszcze jeden.

– Ależ tam jest normalny dom mieszkalny!

– Nie, dom jest za ogrodem

– W ogrodzie! Przecież mam oczy, jeszcze widzę! –  była coraz bardziej zdegustowana.

– Mogę panią odprowadzić, już stąd wychodzę – uśmiechnął się do naburmuszonych oczu Adelki. – Idę w stronę Królikarni, to po drodze.

– No dobrze, będę panu zobowiązana – westchnęła.

Patrzył na nią z wyraźną sympatią. Na pierwszy rzut oka tak jakoś różniła się od jego znajomych niewiast. Nie zmieniła wyrazu twarzy kiedy zaczął z nią rozmowę, nie zaczęła się mizdrzyć robiąc z siebie słodką idiotkę Zdawał sobie sprawę ze swego wieku, ale również ze swej męskiej urody i atrakcyjności. Przyzwyczajony był do adoracji ze strony kobiet, które – trzeba przyznać – zepsuły go i rozpuściły, masowo próbując za wszelką cenę zdobyć na własność wolnego, nieźle sytuowanego starszego pana. Patrzył z dystansem na usiłowania rówieśniczek próbujących wyszukanym strojem i nadmiernym makijażem oszukać siebie i otoczenie, i przechytrzyć upływający czas udając czterdziestolatki. Daremnie. Wszak stare porzekadło mówi: nie pomoże żaden róż, kiedy baba stara już… Ta była zupełnie inna. Nie udawała, wyglądała normalnie. Po prostu normalnie. I wcale nie zwróciła na niego specjalnej uwagi. Żadnej uwagi na niego nie zwróciła! A do tego nie był przyzwyczajony! Coś podobnego! Sprawiała wrażenie młodej dziewczyny, która dla żartu ubrała się w skórę babci.

– Pani pozwoli, że się przedstawię: Adam Zawistowski.

– Adelka Sopotnicka – odwzajemniła się  myśląc, że Zawistowski to ładne nazwisko i że zachował się kulturalnie.

– To już tutaj – pokazał bramkę z napisem „Wiosna”. – Sprawdźmy czy otwarta, bo znów będzie pani błądzić – a pomyślał, że powiedziała Adelka, nie Adela, jak dziewczynka.

Bramka była otwarta.

– Już nie mogę być długo poza domem. Psy czekają, nie lubią być same przez tyle godzin.

– Psy? – zainteresował się. – A ile ich pani ma?

– Aktualnie trzy. To znaczy dwa psy i suczkę. I jeszcze dwie papugi – uśmiechnęła się.

– Jakie, jeśli wolno spytać?

– Nierozłączki.

– Ale chodzi mi o psy, bo ja mam bokserkę.

Miał wrażenie, że ta cała Adelka spojrzała na niego życzliwszym okiem. Weszli na działki rozmawiając po krótkim czasie jak starzy znajomi. Odnaleźli ogródek Krysi, po czym Adam pożegnał się ze świadomością, że spotkało go coś bardzo miłego, świat nabrał wyrazistości, barwniejszych kolorów, ptaki melodyjniej śpiewały a słońce jaśniej zaświeciło. Jakby pora zachodu życia oddaliła się bardzo daleko i wróciła młodość… Postanowił, że zdobędzie od Krysi potrzebne informacje na temat Adelki i na pewno nie było to ich pierwsze, a zarazem ostatnie spotkanie. Krysię i jej męża znal na zasadzie działkowych sąsiedzkich znajomości. Właściwie wszyscy działkowicze oraz ich goście znali się w ten sposób. Uśmiechnięty pojechał do domu, gdzie czekała pręgowana Bierka obrażona za zbyt długą nieobecność pana.

– Nie gniewaj się staruszko – tłumaczył się, –  poznałem kogoś, kto i tobie się spodoba.

Bierka do tej pory nie zaakceptowała żadnej kandydatki na potencjalną  bliższą  znajomą swego pana. On zaś ufał intuicji czworonożnej przyjaciółki niejednokrotnie przekonawszy się, że miała rację. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że do końca swoich dni pozostanie jedynie w towarzystwie Bierki lub jej następczyni. W końcu życie samotnego mężczyzny nie jest w dzisiejszych czasach takie złe. Gotować umiał i lubił, a gdyby nawet mu się nie chciało, to przecież w sklepach nabyć można gotowe produkty. Z praniem też żaden problem w dobie pralek automatycznych. Sprzątał sam, nie należał do bałaganiarzy więc w domu miał porządek. Owszem, każdemu potrzebna jest bliska osoba, ale musi to być naprawdę pokrewna dusza, z którą i porozmawiać, i pomilczeć można. Nie chciał zadowalać się byle czym, namiastką uczuć, więc po prostu zrezygnował, odpuścił sobie.  Żył tak jak chciał. Chodził na długie spacery z Bierką, odwiedzał znajomych na działkach. Sam nie lubił grzebać w ziemi. Wolał kontaktować się z przyrodą siedząc w fotelu albo chodząc po lesie z głową skierowaną ku niebu i patrzeć na poruszane wiatrem korony sosen niż wypatrywać grzybów w trawie. Uważał, że życiem człowieka kieruje przeznaczenie, nie ma miejsca na przypadki. Toteż dzisiejsze spotkanie z Adelką uznał za zrządzenie losu. A ponieważ stwierdził, że los i przeznaczenie w tym przypadku swój plan wykonały, on resztę weźmie w swoje ręce i zawrze z Adelką bliższą znajomość. Ostateczną decyzję podejmie oczywiście Bierka, ale tu – był przekonany – suczka będzie po jego, czyli po jej stronie.

9.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No świetnie się te odpowiadania czyta. Dosłownie przeniosłam się
    w te sytuacje czując ich klimat, ciepło… Czekam Aniu na ,,dalej,, 🙂
    bardzo Cię pozdrawiam – trzymaj się :))) !

    p.s
    Jejku ale skąd takiego faceta wytrzasnęłaś ? (o p.Adamie myślę 😉

  • kobietawbarwachjesieni Świetnie piszesz. Lubię czytać Twoje opowiadania.
  • annazadroza Kasiu:-) Ciąg dalszy we wtorek. Dziękuuuję!
    Adama zaś wyciągnęłam z wyobraźni, albo z kosmosu? Takich na świecie nie ma, albo mało sztuk się uchowało;) Ale pomarzyć można, humor się od tego poprawia:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No tak On jest z ,,naszej planety,,… 😉
    Ciepłego wieczoru dla Ciebie 🙂
  • annazadroza Jesienna:-) Kiedy włączam Lapcia i widzę słowa napisane przez Ciebie, robi mi się ciepło na sercu:) Nic tak na mnie nie działa mobilizująco jak pochwała. Dziękuję:)))
  • annazadroza Kasiu, Winicjusz też jest z innej planety:) I Tobie dużo ciepłego, tym bardziej, że na dworze zimno, brr.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Wszystkiego najsłodszego:)))

Wczoraj był przepiękny dzień. Jadąc na rehabilitację z rozkoszą spoglądałam na ulice lekko posypane śniegiem, na pobielone dachy domów, drzewa, krzewy i trawniki. W słońcu i bieli cały świat wydawał się czysty. Tak powinna wyglądać zima. Dziś już zupełnie odmiennie się prezentuje, wokół szaro i brudno. Mokry,
rozjeżdżony, posypany solą śnieg pryska na boki spod kół przejeżdżających aut, brudzi i niszczy buty, powoduje ból psich łapek. Nie można więc iść z psami po chodniku, trzeba szukać bocznych przejść, na których nie ma soli.
Długo wczoraj byłam poza domem, wróciłam późno i tak zmęczona, że nie dałam rady nic sensownego napisać. Zerknęłam tylko na Wasze komentarze i ucieszyłam się, że byłyście. Dziękuję:))) Zabiegi jeszcze tylko jutro. Dobrze, bo dzień będzie mniej napięty, a szkoda, bo chętnie powtarzałabym częściej,
jednak pomagają.
Uprzejmie donoszę, że pożarłam już cztery(!) pączki. Jeśli zjedzona dziś ilość ma przynieść szczęście na cały rok, to czuję się rozgrzeszona:) A pączki kupiłam wracając z zabiegów, w prywatnej cukierni. Przede mną stało w kolejce 5 osób, a za mną…ho ho ho… ustawiło się całe mrowie klientów:) Mam tak od dawna –
wchodzę do pustego sklepu i za chwilę sklep jest pełen. Baaardzo pyszne pączki, muszę przyznać. Nawet babcia D. zjadła pół. Dałam jej do pokoju na talerzyku tę drugą połówkę, kilka faworków i prosiłam, żeby przyszła po więcej. Nie chciała wziąć, ale w końcu wzięła. Może nie wyrzuci.
O poważnych sprawach dziś ani słowa. Dla wszystkich mnóstwa słodkości w ten słodki czwartek:)))

8.02.2018

  • babciabezmohera Takich pączków, jakie robiła moja Teściowa, w żadnej cukierni nie kupię!;((( Ale i tak kupiłam – tradycji musi się stać zadość!;))
  • kotimyszkot Niech Ci szczęście przyniosą (kalorie z czasem znikną 😉 ), słodkie i pachnące 🙂 Ja nie kupuję pączków, jadę ratować rodziców od nadmiaru słodkości. Tata od lat dostaje w ten dzień całą paletę świeżych wypieków prosto z cukierni. A jak wiadomo, co za dużo, to niezdrowo 😉 Pozdrawiam serdecznie..
  • urszula97 Smacznego,a ja takie proste zrobiłam na bazie serka homogenizowanego,
  • annazadroza BBM:-) Takich jak moja Babcia smażyła – też nie ma. I chrust był fantastyczny i róże z chrustu… mniam… ślinka leci na samo wspomnienie. Cóż, tradycja miła i słodka, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, i też smakuje:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kotimyszkot:-) Dziś dyspensa dla wszystkich w kwestii słodyczy:) Oko mi ucieka w stronę patery z pączkami i pewnie ulegnę…Tylko dziś, od jutra ścisła dieta! A Tobie miłego łasuchowania:))) Tyle pączków, no, no, jest w czym wybierać… A z cukrem pudrem czy z lukrem? Za mną lukier od wczoraj chodził:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Dzięki i nawzajem, najsmaczniejszych pączków:))) Serkowe robiłam chwilę wcześniej, zamiast oponek, do których straciłam cierpliwość. Do dziś zniknęły:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No to ja wyłamałam się ze wszystkiego ( wcale nie dobrowolnie 😉 śniegu
    u mnie jak na lekarstwo (centrum), a na poczki jeszcze muszę poczekać.
    Też uwielbiam z lukrem i nie takie ciemne… o rany ale zachcianki mam
    jak dziecko 😉 dzisiaj osładzamy sobie życie, trochę endorfin prawda ?
    ściskam słodko 😉 serdeczności Aniu 🙂
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Niech dotrą do Ciebie jak najprędzej, te pączki. Dziś to takie prawdziwe słodkie szaleństwo. a potem dłuuugo nie spojrzę na żadne słodycze. I zacznę się wreszcie naprawdę odchudzać:)))
  • Gość: [irsila] *.dynamic.chello.pl Sama się dziś wysilałam i swoje usmażyłam.
  • annazadroza Irsilo:-) Ale takie prawdziwe pączki, nie serkowe „niby-pączki” tylko takie babcine? To jesteś wielka! Chrust ( czyli faworki) kiedyś zrobiłam, ale pączków nigdy. Gratulacje:)))
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Serdeczności,a propos pączków, ja kupiłam swoje na stacji Orlen, bo bardzo praktycznie postanowiłam połączyć smaczne z pożytecznym, zdobyłam dodatkowe 1000 punktów. Dzisiaj zjem jeszcze ostatniego.:))
  • annazadroza L.C.:-) A na co za te punkty możesz wymienić?
    Pączków pożarłam w sumie 6! Tak mi się chciało, że nie mogłam się oprzeć, były z lukrem, mniam:))) Przez rok nie powinnam na tyle kalorii spojrzeć, dopiero w następny tłusty czwartek;)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 18a

Kasia zastukała do drzwi Adelki. Przywitał ją oczywiście ogłuszający radosny psi jazgot, po którego opanowaniu przysiadła na krześle. Na chwilę tylko, bo przecież nie miała czasu, musiała nadrobić domowe zaległości powstałe podczas pobytu taty u niej, kiedy Tosia pojechała do domu pozałatwiać swoje sprawy.

– Miałam tatę u siebie.  Był wyjątkowo spokojny, nie kłócił się ze mną tym razem, może to ja miałam w sobie mniej agresji, bo, niestety, łapię się na tym, że mam złe myśli. Jestem złośliwa i paskudna, a przecież nie chcę taka być! Zrobiliśmy obiad, byliśmy na spacerze. Biedny nie pamięta, że oglądał nowe budynki Ursynowa podczas pobytu u mnie, za każdym razem dziwi się, że takie zmiany nastąpiły, a on ich nie widział do tej pory. Jak Tosia wróciła, nie wiedział gdzie ma jechać, po co, gdzie mieszka, skąd się wziął, zaś na Tosię mówi „mama” – żaliła się przyjaciółce.

– Całe szczęście, że ją akceptuje, nie ma znaczenia jako kogo. Gdyby się jej bał albo nie lubił, byłoby gorzej.

– Byłoby całkiem do kitu – westchnęła Kasia.

– Dobrze, że jest sprawny fizycznie, przynajmniej pod tym względem nie wymaga opieki.

– Na pewno tak, ale z drugiej strony właśnie dlatego chwilami jest nie do opanowania. Ma więcej siły niż Tosia i ja razem. Na przykład potrafi odsunąć ją od drzwi i iść nie wiadomo gdzie. Trzeba go gonić, dogonić, a potem przekonać, żeby wrócił do domu. Kiedyś poszedł z Tosią na spacer do parku. W pewnej chwili wstał, podziękował za miłą rozmowę, po czym ruszył i nie chciał jej do domu wpuścić. Kiedy indziej narobił rabanu, że się do niego obca kobieta przyczepiła. Tosia musi nosić ze sobą zaświadczenie od lekarza o jego chorobie, bo on wcale na chorego nie wygląda.

– Naprawdę ci współczuję. Wiem, że nie ma  rady, nikt nie wie tak naprawdę skąd się to choróbsko bierze i po co. Pewne jest tylko, że lepiej nie będzie, a zagrożenie z jego strony zacznie się stawać coraz większe – z troską spojrzała Adelka.

– Kaśka! Przestań się użalać nad sobą – ryknęła Elka pojawiając się niespodziewanie, bo otwieranie drzwi wejściowych zagłuszyło psie szczekanie. – Przecież mówiłam, że zaraz przyjdę – dodała już normalnym głosem po przywitaniu się z psami.

– Nie użalam się, tylko nie mam siły…

– Każda z nas nie ma siły, a jednak wszystko wytrzyma. A co ja miałam z mamą? A ona? – wskazała na Adelkę. – Już zapomniałaś? Teraz przyszła kolej na ciebie i tyle.

– Wiem przecież, ale nie mogę sobie poradzić sama ze sobą. Wszystko mi się poplątało. Życie mi ucieka, ja siedzę tu, Mikołaj tam, a powinniśmy być razem  już zawsze, bo czas się kurczy… Do tego nie mogę spokojnie patrzeć chwilami na wyraz twarzy ojca, siebie nienawidzę w związku z tymi uczuciami jeszcze bardziej.  Nie mogę znieść kiedy się kłóci i staje agresywny. Nie potrafię zapanować nad negatywnymi uczuciami… I mam żal, taki straszny, przejmujący żal do świata, do losu, do siebie…Przez tych kilka dni miałam koszmar, nieprzespane noce, niedobrze mi się robi na samo wspomnienie, tylko  ryczeć mi się chce i ryczę…

– Rycz, rycz – objęła Ela przyjaciółkę. –  Przy nas możesz bez stresu.

– Widziałam przecież twojego tatę dwa dni temu – powiedziała Adelka. – Wygląda znakomicie, żartuje, zachowuje się jakby nigdy nic…

– Prawda? – Kasia otarła łzę z policzka. – Upośledzenie narasta stopniowo, sama pamięć to jeszcze mało. Najpierw zauważyłam, że ma jakieś zaburzenia orientacji w czasie i przestrzeni. Ubierał się w cienką kurtkę kiedy było zimno, nie wiedział jaka jest pora dnia czy roku. Potem zaczęły się urojenia… Zresztą, opowiadałam wam na bieżąco, więc wiecie jak było.

– Wiem, że to trudne – z wahaniem zaczęła Adelka, – ale chyba powinnaś przyzwyczajać się do myśli o bardziej specjalistycznej opiece…

– Przecież byłam z nim w specjalistycznej poradni, przebadali go, dostał leki…

– To teraz, ale masz świadomość, że te leki nie leczą, prawda?  Powstrzymają chorobę na trochę albo i nie.

– Chyba zwariuję, już nie wiem co robić, co myśleć… Może i u mnie się ten ojcowy volksdeutsch już odzywa…Dopóki jeszcze kojarzył, żartował, że w czasie wojny walczył z hitlerowcami, a teraz ma własnego volksdeutscha w głowie.

– Nie zwariujesz, wytrzymasz, tylko pomyśl o słowach Adelki, bo mądrze mówiła – pokiwała głową  Elżbieta.

Kasia wróciła do domu, zabrała się za porządki w szufladzie, żeby oderwać myśli od koszmarów realnego życia. Na podłogę wypadły kartki zapisane jej pismem, mające na celu zapis myśli w ramach odstresowania. Podniosła i czytała.

 

    24.04. No i skończyłam 51 lat. Dopiero co babcia mówiła, że jak była młoda to uważała, iż 50 lat starczy, bo człowiek potem strasznie stary… I co? Babcia dziewięćdziesięciu dwóch lat dożyła, nie ma jej na tym świecie od lat 15,  ja już pół wieku przeskoczyłam. I zdaje mi się, że życie dopiero przede mną…

   Chyba z wiekiem robię się coraz gorsza. Jestem okropnie złośliwa, wszystko mnie wkurza i jestem na siebie za to wściekła. Żal mi taty, ale gdy dwudziesty raz odpowiadam w ciągu krótkiego czasu na to samo pytanie, mam mordercze instynkty. A przecież nie mogę tego pokazać po sobie. Pewnie jednak coś da się wyczuć, bo ojciec wtedy się denerwuje dlaczego nie odpowiadam normalnie, tylko się denerwuję, więc ja się denerwuję, że on się denerwuje, że ja się denerwuję … i tak dalej. Dom wariatów. Chce co chwilę jechać do domu, albo iść. Mówi, że się przejdzie… zobaczyć jak tam jest, bo nie wie… przecież dopiero ma zamieszkać… tam…Gdzie? …No, tam…gdzie był przedtem, zanim był tam, gdzie był teraz…Pyta, czy pójdę z nim do tego mieszkania, to on sobie weźmie skarpetki, do lekarza, żeby mieć czyste. A do jakiego lekarza? Po co ja tam idę? Czekaj… ale ja nie mam pieniędzy… czy tu jest gdzieś w pobliżu bank?  Dziś niedziela. Wszystkie banki zamknięte. ..To jaki mamy dzień? Niedziela? Psiakość, to zamknięte a ja mam tylko sto zł. Jak pójdę do lekarza? Ile  tam trzeba zapłacić?… Nie trzeba, to w ramach funduszu zdrowia…. Pójdziesz ze mną do mojego banku koło domu?…. Nie!!! … Dlaczego?  Wezmę tylko pieniądze na lekarza… Nie potrzeba. A na taksówkę masz … Skąd wiesz?…. Przecież sam mówiłeś. … Ale ja mam tylko 100 zł.,… To dużo pieniędzy!…  Ale ja bym chciał, żebyś ze mną poszła do domu…. Którego?!.. Naszego, tam gdzie wszyscy mieszkamy…. To ty tam mieszkasz. Ja tu. Od 24 lat!… A ja gdzie? Nie wiem, gdzie mieszkam teraz, skąd do ciebie przyjechałem, muszę zobaczyć co ja tam mam, muszę się rozejrzeć dopiero, zorientować…. Masz wszystko co trzeba… Skąd wiesz? Byłaś tam? … Przecież przyjechałeś stamtąd dwa dni temu, Kamil cię przywiózł…

 

   27.04. Nie spałam od piątku, dziś jest środa. Całe noce chodził, myszkował po wszystkich kątach, szperał w kieszeniach, opróżnił wszystkie kieszenie kurtek wiszących w przedpokoju, zaglądał do łazienki – i robił to co zawsze: odkręcał wodę i dopóki ja nie zorientowałam się i nie zakręciłam, płynęła i płynęła. Wyciągał portfel z dokumentami i chował, chodził z nim i co chwilę gdzie indziej chciał go ukryć. Ocknęłam się we właściwym momencie, bo już przyszedł z nim do pokoju i szukał, gdzie ukryć… Schowaj tam, gdzie był bo nie znajdziemy….. Nic…. Włóż z powrotem do kieszeni swojej kurtki, bo zginie…. Dlatego chcę go schować, żeby mi ktoś nie ukradł, bo tu jest blisko drzwi…..Nikt ci nie ukradnie…..Skąd ty możesz to wiedzieć, ktoś wejdzie i ukradnie. Jakiś obcy….Tato! Nikogo tu nie ma obcego! … Pewna jesteś? … Tak! Pewna jestem!… A gdzie oni są? …Kto?!… Ci wszyscy co tu byli… Tu nikogo nie było! Tylko ty, ja i Kamil!… Idź wreszcie spać….Ty śpij a ja – zaczął upychać portfel pod poduszką…. Dobrze, niech ci wypadnie jak będziesz spał i pies ci zeżre. Nie pójdziesz ani do banku, ani do lekarza…. O dziwo, dotarło do niego i zaniósł  do kurtki, włożył do kieszeni.

Inna atrakcja: budzę się, bo ze zmęczenia padłam a on ubrany… Co robisz? Czemu się ubrałeś? (jest 2-ga w nocy)… Bo już się wyspałem. Muszę się ogolić, ale nie wziąłem sobie przyrządów do golenia. Jak ja będę chodził taki zarośnięty?… Teraz się nie chodzi tylko śpi!… A czy ja ci przeszkadzam?…Tato, jest noc… Tak? No to wezmę samochód i pojadę do domu, nie będę ci przeszkadzał… Tato, nie pojedziesz do domu, bo Tosia  pojechała do siebie a ty nie możesz być sam… To pojedź tam ze mną.   Jest noc, idź wreszcie spać! …Jak ci przeszkadzam to idź do siebie… Ale ja jestem u siebie!… To gdzie ja jestem? … Jesteś u mnie… A dlaczego? To gdzie ja mieszkam? Już nic nie wiem… Od 40-tu lat mieszkasz w Warszawie…. Tu?… Tak, tu… A gdzie byłem wcześniej? … Nigdzie! Tu jesteś od 40 lat. … Ale mam mieszkanie w Opolu, albo w Krakowie…. Niczego nie masz! … Jak to nie mam? A co się z tym stało? Muszę zdjąć tabliczkę z drzwi, zapomniałem zdjąć tabliczkę. … Nie ma tam żadnej twojej tabliczki. Mieszkają od dawna inni ludzie… Ci co tu byli? … Gdzie!?… Tu… Tato, idź spać, jutro ci wszystko wyjaśnię…. Na chwilę zamilknie dla złapania oddechu, po czym znów zaczyna to samo. Nie przyjmuje niczego do wiadomości, zaczyna się robić agresywny. 

Koniecznie chciał przez balkon iść na górę zabrać swoje rzeczy…. Nie ma niczego naszego na górze, tam mieszkają sąsiedzi w swoim mieszkaniu… Nieprawda, tam jest mój pokój , ukrywałem się w nim przed Niemcami całą wojnę….

 

   11.05. Wiem, że nie wie gdzie jest i co mówi, nie ma orientacji w czasie i przestrzeni. Powinnam uspokoić się i wspominać same dobre chwile, bo rzeczywiście miałam szczęśliwe dzieciństwo i młodość. a teraz jakby tego nie było, zostaje tylko niechęć, żal, złość, frustracja. Nie mogę, nie potrafię pomóc sobie, nikomu. Choć zdawało mi się, że jestem mądra i znam prawa rządzące kosmosem, zachowuję się jak gówniarz. Obcym potrafię radzić,  sama  sobie pomóc nie umiem.  Czasem  mam ochotę mu coś przykrego powiedzieć – czyż nie jestem stuknięta? Oczywiście niczego nie zrobię, sama się stukam w głowę, nic mi się nie podoba, jestem przemęczona i stąd takie durnoty. A do tego dla Mikołaja nie mam siły i po co mu taka baba? Tak nie powinno być, ja też mam prawo do życia! Myślałam, że kiedy dzieci dorosły trochę pomyślę o sobie, a tu …zaraz zwariuję. Jak sobie z tym wszystkim poradzę? Biegam między Ursynowem, Siekierkami, Pragą, na dodatek cały dzień spędzam w pracy, która nie jest bynajmniej bezstresowa,   odpocząć nie mam kiedy. JUZ NIE MOGĘ!!! NIE MAM SIŁY!!! JESTEM WYKOŃCZONA!!! MAM DOŚĆ!!! NIECH TO SIĘ SKOŃCZY!!

 

   13.05.  Wczoraj byłam u taty. Był taki normalny i kochany. Mam wrażenie, że to ja jestem chora na głowę a nie on. Skąd we mnie tyle złości i goryczy? Jak mogę mieć do niego pretensję o chorobę? Nie pamiętał, że ma córkę. Potem sobie na chwilę przypomniał. Przepraszam go z całego serca, a jutro albo dwa dni później znów będę się wściekać. Wiem, to dla mnie nauka, muszę nauczyć się opanowania, spokojnego podejścia do życia, spraw we mnie i wokół mnie się dziejących. Ale to takie strasznie trudne. Kocham Cię tato.

6.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Nie wiem co napisać… bo tu już wszystko jest. Bardzo mnie wzruszyło
    to ,,opowiadanie,, – nie ma mądrych na to życie, ech…
    ,,przytulańce,, I dobrego Aniu 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Akurat się tak złożyło, że przeżycia bieżące z babcią D. nałożyły się na rozdział w powieści. Widocznie tematu do końca jeszcze nie przerobiłam w tym wcieleniu…
    Jeśli chodzi o dialogi mojej bohaterki z ojcem – są autentyczne. W ramach odreagowania zapisywałam na bieżąco na włączonym stale komputerze, bo łatwo się domyśleć, że akurat ten wątek jest odwzorowaniem realu…
    Pozdrawiam Cię Kasiu baaardzo serdecznie i Ciepłego z Puchatym posyłam moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja się prawie wszystkiego domyślam Aniu. Jesteś dzielna..
    serdeczności i dobrej nocy dla Ciebie.
  • annazadroza Kasiu:-) Nie jestem wcale dzielna, staram się być normalna. Może nie zawsze mi to wychodzi:)
    I Tobie dobrej nocy:)))
  • kobietawbarwachjesieni Przytulam Cię mocno. Pisz dalej, bo pięknie to robisz. Ściskam.
  • annazadroza Maryniu:-) Dziękuję Ci bardzo:) Zawsze umiesz podlać miodem moje serce:)
    „Pasma…” już napisane jakiś czas temu. Teraz czytam po rozdziałku przed publikacją i sama się dziwię… Wracają do mnie chwile i … tęsknota za Tatą. Był wspaniałym człowiekiem, wsparciem i oparciem. Był cudowny:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Z własnego doświadczenia wiem jak bliscy nie mogą pogodzić się z chorobą.
    Ile słów przykrych i ciężkich w moją stronę – jak kamienie…a przecież
    mnie nie zostawił jest ze mną. Ale nie może pogodzić się, czuję że nosi
    obraz mnie, która wszystko ogarniała była, dynamiczna wszystkiemu zaradziła,
    a teraz…
    Piszesz Aniu naprawdę wrażliwie i przejmująco ( dla mnie to najważniejsze)
    serdecznie ściskam i udanego tłustego czwartku ! :))))
  • annazadroza Kasiu:-)Myślę sobie, że bardzo trudno pogodzić się ze zmianą sytuacji i ról oraz, że osoba, która dostawała na tacy musi nagle sama tę tacę wziąć do ręki i przenieść. Niektórzy dopiero wtedy mają okazję poczuć jej ciężar… Różnie potem może być. Albo cisną tacą o ziemię i sobie pójdą, albo niosą choć strasznie narzekają. Może z czasem zrozumieją i odczują, i poniosą ze zrozumieniem, empatią i miłością? Któż może wiedzieć, co się czai za zakrętem?
    Zjedz koniecznie dużo słodkiego, dziś wolno cukier w każdej postaci, nawet wprost z cukierniczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Babcia, pączki i Szczawnica

Udało się babcię D. zawieźć na kontrolną wizytę. Oczywiście nie chciała jechać. Na śniadanie nie przyjdzie, nie wstanie, poleży, bo całą noc nie spała – co było oczywistą nieprawdą, jest to tekst powtarzany każdego ranka. No dobrze, w końcu jakoś wstała i się ubrała. Ale zaraz: nie pojadę, bo mi słabo, nie wiem co się
ze mną dzieje, na pewno coś niedobrego. Tłumaczymy: przecież do lekarza jedziesz, kto ci pomoże jak nie lekarz? Chyba doszła do wniosku, że tym razem jej się nie upiecze i wsiadła do auta. W gabinecie – to z relacji Męża wiem – na pytania odpowiadała, że czuje się świetnie, nie ma depresji ani żadnych problemów ze spaniem, z jedzeniem i piciem oczywiście też nie. Minęła się z powołaniem, aktorką powinna była zostać w zamierzchłej przeszłości. karierę zrobiłaby jak nic:))) Dostała nowy lek, zobaczymy jak zadziała. W każdym razie odetchnęłam, że pojechała.
Podczas gdy moja druga połówka holowała babcię D. po szpitalnym korytarzu, ja usmażyłam naleśniki i zrobiłam do nich nadzienie kurczakowo-pieczarkowe. Miałam w planie oponki serowe wg przepisu Elizy. Zamiast oponek wyszły pączuszki. Wyrabiałam, wyrabiałam i wyrabiałam ciasto, a ono wciąż kleiło mi sie do
rąk, rozwałkować nie dałoby się za nic na świecie. Wreszcie się zeźliłam i zrobiłam pączusie. Ale pyszne:))) Dlaczego oponki nie wyszły? Ano dlatego, że chciałam sobie ułatwić życie i kupiłam ser „pogryziony” w wiaderku, a zamiast tortowej użyłam zwykłej mąki. prawie to samo, ale jak wiadomo „prawie” robi
wielką różnicę.
Z miłych rzeczy (bo o innych mówić nie chcę, a jest ich sporo i to ciężkiego kalibru) przeczytałam na oficjalnej stronie Szczawnicy co następuje: „… ogłoszono laureatów Konkursu o Nagrodę Petera Burian – zmarłego w 2012 r. wielkiego społecznika słowackiego i prekursora transgranicznej współpracy między Polską a
Słowacją. Nagrodę tę za wzorową współpracę otrzymały: Miasto i Gminy Szczawnica oraz nasz słowacki partner Obec Leśnica”. Od razu wyobraźnia podsuwa przecudne górskie szlaki. Cóż wobec urody Pienin znaczy głupie ludzkie gadanie?

5.05.2018

  • nie-okrzesana Uśmiałam się z babci.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Jak dobrze, że się śmiejesz:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A ja tak tęsknię za Tatrami …znam tam każdy kamień, każde drzewo
    pod którym odpoczywałam. Mimo tych wspomnień Tatry już nie te
    co kiedyś – już są ,,rozdeptane,, niestety.
    I znowu pozostają tylko wspomnienia.
    serdeczności i dobrej nocy Aniu 🙂
  • e.urlik Ja tak mam z Sudetami… „Kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”.
    A Pani Babci proszę pogratulować. 😀
  • babciabezmohera Oby kolejne lekarstwa zatrzymały choć trochę chorobę. Wymęczy ona i Babcię i Was wszystkich… Dużo siły i cierpliwości dla Was!
  • annazadroza Kasiu:-) Wiesz, ja tak mam z Tenczynkiem. Tęsknię, ale teraz jest to już inne miejsce. Tęsknię za wsią, której już nie ma, zmieniła się, „uwspółcześniła”, nie ma tam już najbliższych mi osób, tzn. są, lecz spokojnie śpią na cmentarzyku. Przychodzą też do mnie w snach. Wczoraj np. mi się przyśniło, że przyjechałam do Babci domku, otworzyła mi drzwi, a razem z nią była moja chrzestna mama. Ucieszyłam się, że jej pomaga…
    A Pieniny są zamiast Tenczynka i zajęły dużą część mojego serca:)))
  • annazadroza Ewuś:-) Dziękuję w imieniu babci D.:)))
    Masz rację, że to co najdroższe w dzieciństwie, zawsze takie pozostaje. I to są najcenniejsze wspomnienia:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję. Co ma być – będzie. Mimo takiej wiedzy wcale łatwiej nie jest. Ale – może leki pomogą i będzie się lepiej czuła? Nam wtedy też będzie lepiej, więc dziękuję za dobre życzenia:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 18

Kasia obserwowała modrzew rosnący za oknem. Niedawno był malutkim drzewkiem narażonym na zniszczenie głównie  przez sanki zjeżdżające z dziećmi z górki, a teraz stał wysoki, piękny, majestatycznie poruszając miękkimi igłami. Myślała o ojcu. Jego choroba została ostatecznie zdiagnozowana. Wyrok zapadł. Nie ma możliwości odwołania. Nie zdarzy się cud i nie wróci poprzedni stan umysłu. Pewnych części mózgu po prostu nie ma, zniknęły, zdematerializowały się albo je pożarł wirus. Od momentu wzięcia ojca do siebie Kasia analizowała jego dziwne zachowanie. Po przeczytaniu książki na temat  choroby Alzheimera nie miała wątpliwości. Oto  klasyczny, podręcznikowy przypadek. A mimo to jednoznaczna diagnoza lekarska wpędziła ją w stan trudny do określenia. Z jednej strony była to jakby ulga, że nareszcie wiadomo na pewno co to za licho, zaś z drugiej strony ból i żal do losu, że to prawda.  I dlaczego akurat jej ojca to musiało spotkać? I czemu ona zawsze dostaje od życia po głowie? Myślała, że wreszcie ułoży sobie to życie, zazna trochę szczęścia a tu masz! Znowu same problemy.

Rzeczywiście – sytuacje, w jakich Kasię postawiła choroba ojca, były całkowicie nieprzewidywalne. Nigdy nie wiedziała czego może się spodziewać za parę minut.  Starszy pan na pozór zachowywał się zupełnie normalnie, odpowiadał sensownie, uczestniczył w rozmowie wypowiadając się logicznie i na temat, po czym nagle rzucał taki tekst, że nie wiedziała czy się śmiać czy płakać. Traktował ją jak córkę a zaraz potem niespodziewanie zadawał pytanie:

– Ciociu, czy ty ze mnie żartujesz?

I tak ciągle. Albo ją brał za własną żonę, czyli Kasi mamę, albo za siostrę swojej mamy lub babci. Bez ustanku dopytywał się skąd się wziął w tym mieszkaniu. W jego głowie wszystkie mieszkania, w których kiedykolwiek mieszkał,  zlewały się w jedno. Nie wiedział gdzie w danym momencie jest. Udawało mu się na przykład określić porę roku, ale rok był 1968. Za chwilę nie znał ani pory dnia ani roku, myślał, że ma trzydzieści lat.  Czasami udawało mu się – dzięki wrodzonej inteligencji i jeszcze nie zniszczonym partiom mózgu – dobrze ukrywać luki w pamięci poprzez poczucie humoru albo zręczne tłumaczenie okrężną drogą. Dlatego tak długo choroba żyła w nim nierozpoznana i bez przeszkód osiągnęła zaawansowane stadium.  Przed pójściem na badanie do poradni Alzheimera był bardzo niespokojny.

– Po co tam idziemy? Co ja mam powiedzieć? Ale czy ja mam jakiś dokument? Ile potrzebuję pieniędzy? Ile się za to płaci? Nigdzie nie idę! Muszę iść najpierw do banku! Przecież nic mi nie jest. Po co mam tam iść? Kto mnie tam skierował? Gdzie to jest?

Kasia odpowiadała na wszystkie pytania i zaraz było to samo. Znów odpowiadała i znów, i znów, i tak w koło Macieju… Myślała, że zostawi tatę w poradni, wróci do domu i przyjedzie po niego o tej godzinie, o której każą.  Nie zjadła śniadania zajęta przekonywaniem go, że trzeba już iść, karmieniem i ubieraniem. Na miejscu okazało się, że musi być cały czas obecna. Razem było czterech pacjentów z opieką. Zmierzono im ciśnienie, pobrano krew i dostali śniadanie. Kasia poczęstowała się kromką chleba, żeby nie było słychać głośnego marsza granego przez jej kiszki. Potem czekali na wizytę u psychiatry, na EKG i tomografię komputerową głowy. Wyznaczono wizytę u psychologa za miesiąc, za dwa  – końcową wizytę u lekarki prowadzącej, już bez chorego. Wtedy zostaną dobrane leki i trzeba będzie postanowić co dalej. Wrócili do domu.  Kamil czekał z przygotowanym obiadem, Kasia  wyczerpana padła na krzesło.

– Zmęczona jesteś? – zapytał z troską ojciec. – Gdzie się tak zmęczyłaś? Miałaś ciężki dzień w pracy?

Kamil wszedł do pokoju z talerzami.

– Jak ja dawno pana mecenasa nie widziałem – usłyszał.

– Dziadek, zlituj się, to ja, twój wnuk. Nie jestem żadnym mecenasem, Marek jest.

– Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś nim został. Kiedy kończysz szkołę?

– Już dawno skończyłem, teraz szukam pracy.

– A jaki masz zawód?

– Mówiłem ci, że jestem grafikiem komputerowym.

– A może pójdziesz do wojska? Mam przecież kolegów, to ci załatwią pracę.

– Dziadku, twoi koledzy już nie pracują, są na emeryturach.

– Na jakich emeryturach, co ty pleciesz, przecież to młode chłopaki. A ty zawsze chciałeś iść do wojska.

– Ja?! Ja mam awersję do wojska! Jestem pacyfistą!

– Przecież twoja matka wczoraj mówiła, że idziesz do wojska.

– Ja mówiłam coś takiego? – zdumiała się Kasia.

– Nie ty, tylko jego matka – wyraźnie był zniecierpliwiony.

– Ja jestem jego matką!

– Ciociu, ty masz dwie córki, nie rób ze mnie idioty! On jest synem cioci Gieni!

– No tak, zapomniałam – mruknęła Kasia.

– No widzisz? – ucieszył się. – Przecież ci mówię, że to mój syn Marek.

Kasia nie wiedziała co dalej robić. Z przemęczenia  nie była w stanie rozsądnie myśleć. Wtedy z niespodziewaną pomocą przyszła Adelka. Przypomniała sobie, że  jej kuzynka Tosia z Inowrocławia wyraziła chęć zaopiekowania się starszą osobą. Miała  doświadczenie i praktykę, bo zajmowała się swoją ciocią staruszką, a potem mamą do ostatnich chwil jej życia. Była wdową, miała dorosłe dzieci, mogła więc sobie pozwolić na przyjazd do Warszawy na jakiś czas.  Oczywiście zdawały sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Kasia wzięła tydzień urlopu i  pojechali razem do mieszkania ojca.

We dwójkę wysprzątały  wszystkie kąty, powyrzucały masę przedmiotów pochowanych w najprzeróżniejszych miejscach, wyrzuciły worki śmieci.  Pomału ułożyło się nowe życie taty, Tosię uznał za swoją matkę i tak ją nazywał. Kiedy Kasia przyjeżdżała zmienić Tosię, aby mogła wyjść i odetchnąć w spokoju, mówił córce, że właśnie przyjechała jego mama.

Niestety, chociaż ojciec mieszkał z opiekunką we własnym domu, Kasia czuła się w dalszym ciągu zdławiona, osaczona, otoczona przez niewidzialnego wroga. Jakby na szyi zaciskała się pętla i tamowała oddech odcinając dopływ tlenu. Wiedziała, że nie będzie lepiej. Pragnęła tylko, żeby nie było gorzej. Zamiast cieszyć się, że jest w miarę dobrze, martwiła się co będzie za chwilę, kiedy choroba szybciej ruszy do przodu. Bała się, że Tosia nie wytrzyma i odejdzie. Co wtedy? Co się stanie, kiedy Tosi braknie sił i cierpliwości? Ojciec wytwarzał wokół siebie atmosferę niepokoju, wprawiał w drżenie cząsteczki powietrza i wszystko wokół drgało niepokojem. Każdemu człowiekowi przebywającemu dłuższy czas w jego obecności udzielało się owo drganie i zaczynała się trząść wewnątrz każda komórka.

Choroba ojca, niestety, czyniła widoczne postępy. Właściwe już nigdy nie wiedział gdzie jest. Miejsca, czasy, osoby przeplatały się, nakładały na siebie, zlewały ze sobą i już nic nie miało sensu. Teraz Kasi trudno było za tatą nadążyć ponieważ w jednej chwili była ojca córką, swoją matką, siostrą babci, ciotką albo kobietą, która przyszła posprzątać mieszkanie. Obraz z telewizora stawał się rzeczywistością. Oglądając transmisje z sejmu ojciec uważał się za członka komisji i brał udział w obradach. Kiedy indziej krzyczał na Kasię dlaczego zaprosiła do domu tylu obcych ludzi nic mu nie mówiąc i teraz on musi w tej chwili iść do sklepu po zakupy, żeby móc ich poczęstować. Nie dawał sobie niczego wytłumaczyć, szarpał się z córką chcąc natychmiast wyjść. Ileż to razy ona albo Tosia biegły za nim po ulicy w kapciach, ledwo nadążając, bo siły i energii miał za dwóch.

Sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Ani jednej nocy nie przespała gdy ojciec był u niej. Urlopu ubywało  w zastraszającym tempie, znikały kolejne wolne dni przeznaczone nie na odpoczynek lecz na opiekę nad tatą, na pójście z nim do lekarza – co stawało się prawdziwym koszmarem.  Kasia była wiecznie zmęczona, spięta, reagowała gwałtownie na dzwonek telefonu nie wiedząc czy to w pracy czegoś od niej chcą czy ojciec znowu narozrabiał i Tosia dzwoni, że wyjeżdża. Nikogo z rodziny nie słuchał, kłócił się, denerwował w każdej sytuacji, która mu nie odpowiadała. A mało która mu pasowała. Złościł się nawet wtedy, gdy mu tłumaczyła, że Kamil to nie Marek. Albo kiedy prosiła, żeby nie wyjmował wszystkich rzeczy z regału na podłogę bo nie ma jak przejść przez pokój.

– To idź do siebie, nie będę ci przeszkadzał – mówił podniesionym głosem.

– Ależ ja jestem u siebie i to są moje rzeczy – tłumaczyła starając się zachować spokój.

– Tak uważasz? To się mylisz. To przywiozłem z Korei – pokazywał na filiżanki kupione    przez Kasię w Hicie. – Tamto dostałem od kolegi – wskazywał na ślubną zastawę Kasi.

– To naprawdę moje, tato. Dorobek całego mojego życia.

– Jak to twojego? Przywłaszczasz sobie moje rzeczy?

– Przecież nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Ty masz swoje u siebie, to jest moje.

– Gdzie u siebie?

– W twoim mieszkaniu.

– To ja nie jestem w swoim mieszkaniu?

– Nie, jesteś u mnie.

-To znaczy gdzie?

– Na Ursynowie.

– Przecież ty miałaś mieszkanie na Rydla, na Bronowicach.

– Nie ja, to ciotka mieszkała w Krakowie. Ja jestem Kasia, twoja córka.

– Popatrz jak mi się pomyliło – pokręcił głową ze zdziwieniem.

I za chwilę.

– Ciociu, mogę to sobie zabrać? – trzymając w ręce długopis i kartkę. – Chciałem sobie zapisać gdzie ty teraz jesteś. Dasz mi telefon do siebie?

A gdy po chwili weszła do pokoju z talerzem zupy:

– Jak się cieszę, że cię widzę. Odwiedzisz mnie jeszcze kiedyś?

Spoglądał co chwilę na zegarek. Jeszcze niedawno wiedział która godzina, teraz już mu się myliło.

-To kiedy będzie taksówka?

– Za trzy godziny.

Po pięciu minutach.

– Mówiłaś, że już jest taksówka.

– Nie, mówiłam, że za trzy godziny będzie.

– Nieprawda, mówiłaś, że już jest.

– Nie, mówiłam, że za trzy godziny będzie.

Zaczął się przebierać nie patrząc czy ktoś jest w pokoju czy nie.

– Tato, nie przebieraj się jeszcze. Poplamisz ubranie podczas obiadu i w czym pojedziesz? Zostań w dresie.

– Jak to w czym? Przecież mam tu całą szafę ubrań.

– Tu nie.

– Jak nie? A gdzie?

– U siebie.

– Przecież jestem u siebie. To wszystko jest moje.

– Nie, moje. Jesteś u mnie. Do ciebie pojedziemy po obiedzie.

– Ale ja nie jestem głodny. Chcę pojechać teraz.

– Ale nie pojedziesz. Tosia wróci za trzy godziny i my też wtedy pojedziemy.

– To ja muszę pojechać wcześniej, przewietrzyć, zobaczyć jak tam jest.

– Tak samo jak cztery dni temu.

– Skąd wiesz, byłaś tam?

– Ty też byłeś.

– Ja? Gdzie?

– U siebie, w swoim mieszkaniu.

– A gdzie ja teraz mieszkam?

– Od czterdziestu lat w tym samym miejscu…

I tak ciągle…

2.02.2018

 

  • aga-joz Choroby fizyczne, ciała, bywają groźne, bolesne, sprowadzają cierpienie. Choroby umysłu i osobowości bywają jeszcze gorsze, bo i leczyć ich skutecznie się nie da. A dodatkowo choruje cała rodzina. Niestety to wydłużenie życia nie w każdym przypadku wyszło ludzkości na dobre
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Niestety te problemy dotyczą chorób neurologicznych a tak naprawdę
    ta specjalizacja jest w powijakach. Mózg to wielka tajemnica a dochodzi
    jeszcze starość, która dla wszystkich jest wyczerpująca, brakuje sił chorym
    i tym którzy się nimi opiekują – przyznaję to najcięższy czas w życiu.
  • kobietawbarwachjesieni I co ja mogę tu dodać?
  • annazadroza Ago:-) Cierpienie w obu przypadkach jest inne, ale jest. Każde dotyka rodzinę. W przypadku strony tylko fizycznej jest współczucie, próba przyniesienia ulgi w bólu, przeżywanie niemożliwości pomocy w przypadkach najcięższych – lecz zachowuje się kontakt z osobą bliską. W drugim przypadku odczuwa się totalną bezsilność oraz, co najgorsze, brak kontaktu z bliskim, który stał się obcym. I to jest najgorsze do zniesienia.
    Jednak wierzę, że kiedyś znajdzie się sposób leczenia, dlatego dobrze, iż wydłużyło się życie, ponieważ inaczej nie bylibyśmy świadomi istnienia „demonów”, na które trzeba znaleźć lekarstwo. Cenę przychodzi za to płacić ogromną, ale nie ma niczego za darmo.
  • annazadroza Kasiu:-) Tak się układa, najpierw opiekujemy się dziećmi, potem rodzicami. Szkoda, że brakuje czasu na zaopiekowanie się sobą, spełnienie swoich pragnień i zamierzeń kiedyś odkładanych na czas emerytury z nadzieją, że wreszcie wtedy będzie można je realizować. Los rzuca pod nogi kłody czasem nie do pokonania. Podobno co nas nie zabije to nas wzmocni, tylko czas jakoś za bardzo się kurczy i zbyt szybko przemyka obok, nie chce przystanąć, taki skubaniec jeden.
  • annazadroza Jesienna:-) Nic nie dodawaj, tylko się uśmiechnij. Serdeczności:)))
  • Gość: [Szukampracy.pl] 80.50.142.* W kwestii poszukiwania pracy możemy pomóc 🙂 zapraszamy do nas na stronę.
  • annazadroza Gościu:-) Dziękuję za ofertę, pozdrawiam:)

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Koszmar

Koszmarny mieliśmy późny wieczór. Wyszliśmy z psami oboje z mężem, wracając – psy zaczęły się zachowywać jakby chwyciły świeży trop i ciągnęły smycze z wielką siłą. Mimo ciemności zauważyłam poruszający się cień. Mała sarenka. Kręciła się wcale nie uciekając. Dopiero gdy zbliżyliśmy się bardziej, przeszła na drugą stronę ulicy, na pole, na którym zwykle pasła się z mamą. Kiedy przechodziła, zobaczyłam, że utyka. Zniknęła w ciemności. Kiedy doszliśmy do miejsca, w którym była – o zgrozo! – na trawie zobaczyliśmy leżącą jej mamę. Nie żyła! Zadzwoniliśmy do Straży Miejskiej. Okazało się, że już mają zgłoszenie. Ale co z dzieckiem? Niedawno trafiłam na ANIMAL RESCUE POLAND – interwencje. Zaraz po dojściu do domu Mąż zadzwonił. Mogą podjąć kroki w celu odłowienia sarenki, ale muszą mieć na to papiery. Podali telefon do Centrum Zarządzania Kryzysowego, bo tam trzeba dzwonić. No i tak prawie do północy zeszło na dzwonieniu. Zrobiliśmy co się dało. Najchętniej odszukałabym małe, wzięła na ręce i przyniosła do domu. Jak pomyślę, jak się to biedactwo czuje po zimnej, mokrej nocy bez mamy, spędzonej nie wiadomo gdzie, samo samiuteńkie, bezradne w bezlitosnym świecie to łzy same mi płyną.
Na wszelki wypadek podaję telefon, może się przyda Animal Rescue Poland – 22 350 66 91 oraz 792 070 088

1.02.2018

  • fg2002 Zepsułaś mi humor, czuję się jak ta sarenka. – Jeśli ktoś zabił jej Mamę, to jest bandytą.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ręce opadają, nadzieja ucieka – bo serce nie wystarcza…na wszystko
    muszą być PAPIERY to wtedy coś zrobią…Biurokracja zabija 🙁
    Ale Wy jesteście Kochani !
  • babciabezmohera Najtrudniej czuć bezsilność…:(
  • e.urlik Kto zabił mamę? Jakiś bohaterski myśliwy zakończył życie cudnego, bezbronnego stworzenia? Jak pomogą maleństwu ci z kryzysowego?
    Aniu, myśłisz, że będzie możliwe zdobycie informacji jak się to skończyło dla malucha? Może będzie coś optymistycznego.
  • annazadroza Kochani:( Samochód ją zabił. Kierowcy jeżdżą jak wariaci nie zwracając na nic uwagi. Nie wszyscy oczywiście, ale odnośnie niektórych mam wrażenie, że robią sobie wyścigi pod wpływem jakichś dopalaczy. Albo głupota aż tak uderza do głupich łbów. Ileż to razy ostatnimi czasy na przejściach dla pieszych tacy idioci zabijali ludzi?
    Spróbujemy się dowiedzieć, czy podjęto decyzję o odłowieniu sarenki. Wolontariusze z ANIMAL powiedzą, czy dostali takie zadanie. Mam jeszcze nadzieję, ze może drugie stado ją przygarnie, tam jest mama, tata i dziecko. Tylko, mają inne umaszczenie. W każdym razie będziemy się za maluchem rozglądać.
    Dziękuję Wam za zainteresowanie i okazanie serca.
  • urszula97 Papiery nr 1 a potem istota ,ciekawe co dalej z tą sarenką,
  • annazadroza Urszulo:-) Mąż rozmawiał z ANIMAL, byli na miejscu, zanim jeszcze zabita sarna została zabrana. Powiedział, że młode poszło z drugim stadem. Mam nadzieję, że tak się stało.
  • kolewoczy No ja wątpię czy stado ją przygarnie i co ważniejsze, zapewni bezpieczeństwo. Sarny to nie słonie, mają inny instynkt.
  • tessa37 Dziekuje za ten wpis, zanotuje numery telefonow.
    W zeszłym roku byłam w takiej sytuacji i kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Jechaliśmy z Niemiec na wakacje do Polski. Pierwszy raz samochodem, bo zawsze latamy samolotem. Wyjechaliśmy dużo pozniej, niz planowalismy, w pewnym momencie nawigacja posłala nas na skróty, przez jakieś kompletnie boczne drogi, w rejonie, w jakim się kompletnie nie znam. Byliśmy już zmęczeni, dochodziła północ i to cud, że mój mąż w ostatniej chwili zauważyl i ominął leżące na jezdni zwierzę. Zatrzymaliśmy się i cofnęli, okazało się, że to był potrącony lis, część ogona odcięta, leżał na środku ulicy. Dookola żywej duszy, pola, łąki i lasy, jakieś zabudowania w oddali, ciemno i głucho. Mój telefon nie działał (zorientowałam się po przekroczeniu granicy, krótko przed wyjazdem zmieniłam smartfon i operatora). Mój mąż miał swój wyłączony, bo po polsku dopiero się uczy mówić. To był horror. Kompletnie nie wiedzieliśmy co robić. Mąż postanowił zjechać samochodem bardziej na pobocze, żebyśmy nie stanowili zagrożenia, a ja w tym czasie odruchem spontanicznie zdjęłam kurtkę i przewlekłam to biedne zwierzę też na pobocze, bo leżał na samym srodku drogi:( I w tym momencie mi czmychnal w haszcze obrastające rów, biedak bardzo kulal:( Próbowaliśmy kogoś zatrzymać, chyba godzinę tam staliśmy, przejechały ze trzy samochody, nawet się zatrzymały, ale każdy popukal się w głowę, że chcemy pomóc lisowi i odjeżdzali. W końcu my też pojechaliśmy, bo po kilkunastu godzinach drogi byliśmy wykończeni, a skakać po rowach i krzakach w środku nocy też się nie odwazylismy. Na następny dzień próbowałam się dodzwonić do regionalnego nadleśnictwa, ale akurat to było święto, nagralam sie na mailbox, napisałam maila i nigdy nie dostałam odpowiedzi:( Mam tylko nadziehe, ze nawet jesli biedak tego nie przezyl, to był schowany w krzakach, a nie leżał na środku ulicy patrząc z przerażeniem w światła każdego nadjezdzajacego samochodu.
    Przepraszam, że się tak rozpisałam, ale biedak mi się śnił po nocach jeszcze dlugo, a najgorsza była ta niemoc:(
  • annazadroza Kolewoczy:-) Sarny to bez wątpienia nie słonie, u których więzy rodzinne są niesamowicie rozwinięte. Ale może ta bida przyłączywszy się do grupy jakoś nauczy się żyć samodzielnie. Cóż więcej możemy zrobić? Wolontariusze byli, widzieli, wierzę im, bo komu jak nie im. Rozglądamy się w miejscach, w których widzieliśmy małe wcześniej z matką, ale nie widać. Są tylko ślady zostawione przez dziki.
  • annazadroza Tesso:-) Wiem, co musiałaś przeżyć. Do tej pory mam w oczach przejechanego białego psa, choć było to ok. pół wieku temu. Zrobiłaś co mogłaś w danej chwili. Może przeżył, koty żyją przecież bez ogonów utraconych w różnych zdarzeniach, jeśli nie miał dużych obrażeń wewnętrznych. Jeśli nie, to – jak mówisz- odszedł w ukryciu, nie rozjeżdżany przez każdy kolejny przejeżdżający samochód. Straszny jest los zwierząt w świecie, w którym wciąż kurczy się miejsce gdzie mogą żyć bezpiecznie.
    Poszukaj telefonów organizacji, fundacji czy innych stowarzyszeń ratujących zwierzaki na terenie gdzie jesteś, czy przez który przejeżdżasz. Ja też tak zrobię, teraz na to wpadłam. W necie pewnie się znajdzie. Znalazłam namiary miejscowe, ale jak będę jechała do Szczawnicy? Do tej pory na szczęście nie potrzebowałam, lepiej jednak mieć pod ręką, na wszelki wypadek.
    Dziękuję Ci za komentarz. Pozdrawiam Cię baaardzo serdecznie.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jest ciemno

Jest ciemno, właściwie po dobranocce, a ja dopiero włączyłam Lapcia. A i to na chwilę, bo po całym dniu w ruchu dotarłam do domu i wcale nie kończę działań na dziś, lecz idę smażyć nieśmiertelne naleśniki:)

Rano zabiegi, potem awizo na poczcie do odebrania i odstanie w kolejce, następnie Calineczka i teraz powrót. Do tego babcia D. znów od wczoraj się zbuntowała i nie jadła kolacji, dziś śniadania i obiadu też nie. Mam wrażenie, że na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Ręce opadają do samej ziemi.

Dobra wiadomość – dzień coraz dłuższy i słońce dzisiaj świeciło od samego rana. Było przepięknie:)))

31.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Miałam podobny problem, moja mama też ma słuszny wiek i od pewnego
    czasu straciła apetyt. Pogrzebałam w internecie i sprawiliśmy babci
    syropek na apetyt dla seniorów ( nie podam nazwy 😉 ale zaczyna się na A…
    Aniu podziałał ! Wiesz jak się ucieszyłam kiedy usłyszałam mam ochotę na to…
    na tamto…
    Rzeczywiście bardzo tęskno do wiosny i do słoneczka !
    Bardzo ciepło Cię pozdrawiam 🙂
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Oj Aniu, zdaje się, że teraz ja ze swoją radą strzeliłam jak ,,kulą w płot,,
    przepraszam ale wychodzą braki mojej obecności u Ciebie.
    Dobrej nocy
  • annazadroza Kasiu:-) Apetizer senior. Przerabialiśmy, nie pomogło, bo nie chęć jedzenia chodzi, tzn. nie o brak łaknienia, lecz manipulację typu: „nie będę jadła, a wy się martwcie co mi jest”. Jak jest sama – podejrzewam, że po kryjomu przenosi jakieś kąski do siebie i gdzieś chowa. Nic dziwnego, że potem zdarzają się torsje, ale nie przyzna się, do lekarza nie pójdzie. Potem jej przechodzi, przez dzień czy dwa zachowuje się miarę ok, a potem znowu się zaczyna snucie spiskowych teorii i szukanie, szukanie, szukanie… Taki urok życia w towarzystwie demencji:(
    Kasiu, dobranoc i dziękuję:)
  • urszula97 Nie miałam takich problemów z rodzicami ale babcia męża tez jadła aby nikt nie zauważył a wszystkim wmawiała że nie może jeść,takiego czegoś nie bedzie jadła itp.ale u niej to wynikało że zawsze musiała być na piedestale i to była kolejna forma pokazania tego,w sumie nie wiemy jacy my będziemy,
  • annazadroza Urszulo:-) Chwilami mam wrażenie, że chodzi o bezustanne utrzymywanie na sobie naszej uwagi, nie dociera do niej, że jest mnóstwo rzeczy do wykonania, problemów do rozwiązania i nie można się bezustannie tylko na jej osobie skupiać. Może większość ludzi tak ma na starość. Masz rację, nie wiadomo jacy my będziemy.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz