„Pasma życia” 19

Adelka wracała od koleżanki mieszkającej na Franciszkańskiej. Niosła w reklamówce serek, dwie bułki i wodę mineralną. Drugą, zaczętą butelkę wody trzymała w ręce. Na ulicy było pusto. Z bocznej ulicy wyszedł jakiś facet w płaszczu. Wyglądał dziwnie. Zbliżył się do Adelki i z lubieżnym wyrazem twarzy uchylił poły płaszcza pokazując swoje wdzięki. Adelka odwróciła głowę z obrzydzeniem. Zboczeniec!  Z przeciwka szedł jakiś mężczyzna.

– Czy mógłby mnie pan odprowadzić do autobusu, bo tam stoi zboczeniec i boję się – zapytała.

Facet nawet na nią nie spojrzał jakby była powietrzem, jakby jej wcale nie było i szedł dalej. Najpierw oniemiała, a potem się wkurzyła. Furia ogarnęła ją od czubka głowy do końca palców rąk i nóg. Tryumfujący zboczeniec zbliżył się ponownie.

– Zabiję cię, ty cholerny zboku – ryknęła i rzuciła w niego butelką.

Trafiła, zasyczał z bólu i przyklęknął.  Z drugą butelką w ręce ruszyła do niego z takim wyrazem wściekłości na twarzy, że porwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Goniła go wymachując butelką aż zniknął. Wtedy głęboko odetchnęła i – zadowolona z odniesionego zwycięstwa – wsiadła do autobusu.

Nazajutrz obudził ją głośny wrzask papug. Najwyraźniej miały odmienne poglądy na ważny dla nich temat. Zaraz potem włączyło się radio ustawione na budzenie. Nie mogła dłużej oszukiwać samej siebie i schować się pod lekką, letnią kołderką kupioną w Leader Price za jedyne dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Nawiasem mówiąc bardzo dobrze się pod nią spało.

Musiała wstać. Usiadła na łóżku i natychmiast została zaatakowana przez jednego dużego potwora i dwa małe, domagające się natychmiastowego głaskania, drapania, klepania, przytulania i jeszcze czegoś smacznego do przekąszenia  na powitanie upalnego lipcowego dnia.

– No dobrze – głośno myślała jeszcze półprzytomna, – co ja mam w planie na dzisiaj? Aha, dziś idę do pracy. Potem się umówiłam z Krysią na jej działce. Tylko gdzie ja mam kartkę na której narysowałam jak do niej trafić?

Kartki nie znalazła. Usiłowała przypomnieć sobie co jej tłumaczyła przyjaciółka. Działka została niedawno nabyta i Adelka miała ją odwiedzić po raz pierwszy.

– Wysiądziesz przy Idzikowskiego, pójdziesz w górę, w stronę Puławskiej i jak dojdziesz do końca po prawej stronie, wejdź do środka. Jakby było zamknięte to krzycz. Wołaj głośno, ja usłyszę. Ale z reguły jest otwarte. Inne są pozamykane, ale nasza jest dla ludzi. Wtedy idź prosto i trafisz na moją, bo jest najładniejsza, to znaczy najbardziej zarośnięta. Po tym poznasz.

Adelka stwierdziła, że jakoś trafi i poszła do pracy. O dziwo, miała nawet sporo pacjentów. Między innymi przyszedł bardzo starszy człowiek prześwietlić wszystkie zęby. Tłumaczyła, że nie ma sprzętu, aby mu zrobić panoramę szczęki. Pacjent kategorycznie oznajmił, że się stąd nie ruszy, bo pielęgniarka kazała mu tu przyjść. Okazało się, że … ma w ogóle tylko jeden ząb! Taką „panoramę” mogła zrobić bez problemu. Śmiała się sama do siebie przez dłuższą chwilę.

Po pracy wpadła do domu wyprowadzić psy, wskoczyła pod prysznic, przebrała się w luźny strój składający się z białych tenisówek, turkusowych spodni i kwiecistej koszulki, i pobiegła do autobusu. Wysiadła zgodnie z instrukcją  przy ulicy Idzikowskiego i poszła – też zgodnie z instrukcją – w górę. Tu już straciła rozeznanie, bo ogródki działkowe rozciągały się po obu stronach ulicy. Do jakiego końca miała dojść? Weszła tam, gdzie było otwarte i szukała Krysi. Chodziła i chodziła, wreszcie zaczęła wołać:

– Krysiu, Krysiu…

– Szuka pani kogoś? – usłyszała obok siebie męski głos.

– A szukam, szukam. Już mi nogi weszły w pewną część ciała i mam dość.

– A kogo konkretnie, jeśli wolno spytać?

Adelka dopiero teraz uważniej spojrzała na rozmówcę. Był mniej więcej w jej wieku. Miał opaloną sympatyczną twarz, siwe włosy i niebieskie, wesołe oczy. Jasne spodnie i niebieska koszula z krótkim rękawem uzupełniały miły obraz.

– Szukam przyjaciółki, Krysi Kowalskiej. Kazała mi pójść do ostatniego ogrodu i wołać, no to wołam i już ochrypłam – zaskrzypiała zrezygnowana.

– To nie jest ostatni ogród, jest jeszcze jeden.

– Ależ tam jest normalny dom mieszkalny!

– Nie, dom jest za ogrodem

– W ogrodzie! Przecież mam oczy, jeszcze widzę! –  była coraz bardziej zdegustowana.

– Mogę panią odprowadzić, już stąd wychodzę – uśmiechnął się do naburmuszonych oczu Adelki. – Idę w stronę Królikarni, to po drodze.

– No dobrze, będę panu zobowiązana – westchnęła.

Patrzył na nią z wyraźną sympatią. Na pierwszy rzut oka tak jakoś różniła się od jego znajomych niewiast. Nie zmieniła wyrazu twarzy kiedy zaczął z nią rozmowę, nie zaczęła się mizdrzyć robiąc z siebie słodką idiotkę Zdawał sobie sprawę ze swego wieku, ale również ze swej męskiej urody i atrakcyjności. Przyzwyczajony był do adoracji ze strony kobiet, które – trzeba przyznać – zepsuły go i rozpuściły, masowo próbując za wszelką cenę zdobyć na własność wolnego, nieźle sytuowanego starszego pana. Patrzył z dystansem na usiłowania rówieśniczek próbujących wyszukanym strojem i nadmiernym makijażem oszukać siebie i otoczenie, i przechytrzyć upływający czas udając czterdziestolatki. Daremnie. Wszak stare porzekadło mówi: nie pomoże żaden róż, kiedy baba stara już… Ta była zupełnie inna. Nie udawała, wyglądała normalnie. Po prostu normalnie. I wcale nie zwróciła na niego specjalnej uwagi. Żadnej uwagi na niego nie zwróciła! A do tego nie był przyzwyczajony! Coś podobnego! Sprawiała wrażenie młodej dziewczyny, która dla żartu ubrała się w skórę babci.

– Pani pozwoli, że się przedstawię: Adam Zawistowski.

– Adelka Sopotnicka – odwzajemniła się  myśląc, że Zawistowski to ładne nazwisko i że zachował się kulturalnie.

– To już tutaj – pokazał bramkę z napisem „Wiosna”. – Sprawdźmy czy otwarta, bo znów będzie pani błądzić – a pomyślał, że powiedziała Adelka, nie Adela, jak dziewczynka.

Bramka była otwarta.

– Już nie mogę być długo poza domem. Psy czekają, nie lubią być same przez tyle godzin.

– Psy? – zainteresował się. – A ile ich pani ma?

– Aktualnie trzy. To znaczy dwa psy i suczkę. I jeszcze dwie papugi – uśmiechnęła się.

– Jakie, jeśli wolno spytać?

– Nierozłączki.

– Ale chodzi mi o psy, bo ja mam bokserkę.

Miał wrażenie, że ta cała Adelka spojrzała na niego życzliwszym okiem. Weszli na działki rozmawiając po krótkim czasie jak starzy znajomi. Odnaleźli ogródek Krysi, po czym Adam pożegnał się ze świadomością, że spotkało go coś bardzo miłego, świat nabrał wyrazistości, barwniejszych kolorów, ptaki melodyjniej śpiewały a słońce jaśniej zaświeciło. Jakby pora zachodu życia oddaliła się bardzo daleko i wróciła młodość… Postanowił, że zdobędzie od Krysi potrzebne informacje na temat Adelki i na pewno nie było to ich pierwsze, a zarazem ostatnie spotkanie. Krysię i jej męża znal na zasadzie działkowych sąsiedzkich znajomości. Właściwie wszyscy działkowicze oraz ich goście znali się w ten sposób. Uśmiechnięty pojechał do domu, gdzie czekała pręgowana Bierka obrażona za zbyt długą nieobecność pana.

– Nie gniewaj się staruszko – tłumaczył się, –  poznałem kogoś, kto i tobie się spodoba.

Bierka do tej pory nie zaakceptowała żadnej kandydatki na potencjalną  bliższą  znajomą swego pana. On zaś ufał intuicji czworonożnej przyjaciółki niejednokrotnie przekonawszy się, że miała rację. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że do końca swoich dni pozostanie jedynie w towarzystwie Bierki lub jej następczyni. W końcu życie samotnego mężczyzny nie jest w dzisiejszych czasach takie złe. Gotować umiał i lubił, a gdyby nawet mu się nie chciało, to przecież w sklepach nabyć można gotowe produkty. Z praniem też żaden problem w dobie pralek automatycznych. Sprzątał sam, nie należał do bałaganiarzy więc w domu miał porządek. Owszem, każdemu potrzebna jest bliska osoba, ale musi to być naprawdę pokrewna dusza, z którą i porozmawiać, i pomilczeć można. Nie chciał zadowalać się byle czym, namiastką uczuć, więc po prostu zrezygnował, odpuścił sobie.  Żył tak jak chciał. Chodził na długie spacery z Bierką, odwiedzał znajomych na działkach. Sam nie lubił grzebać w ziemi. Wolał kontaktować się z przyrodą siedząc w fotelu albo chodząc po lesie z głową skierowaną ku niebu i patrzeć na poruszane wiatrem korony sosen niż wypatrywać grzybów w trawie. Uważał, że życiem człowieka kieruje przeznaczenie, nie ma miejsca na przypadki. Toteż dzisiejsze spotkanie z Adelką uznał za zrządzenie losu. A ponieważ stwierdził, że los i przeznaczenie w tym przypadku swój plan wykonały, on resztę weźmie w swoje ręce i zawrze z Adelką bliższą znajomość. Ostateczną decyzję podejmie oczywiście Bierka, ale tu – był przekonany – suczka będzie po jego, czyli po jej stronie.

9.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No świetnie się te odpowiadania czyta. Dosłownie przeniosłam się
    w te sytuacje czując ich klimat, ciepło… Czekam Aniu na ,,dalej,, 🙂
    bardzo Cię pozdrawiam – trzymaj się :))) !

    p.s
    Jejku ale skąd takiego faceta wytrzasnęłaś ? (o p.Adamie myślę 😉

  • kobietawbarwachjesieni Świetnie piszesz. Lubię czytać Twoje opowiadania.
  • annazadroza Kasiu:-) Ciąg dalszy we wtorek. Dziękuuuję!
    Adama zaś wyciągnęłam z wyobraźni, albo z kosmosu? Takich na świecie nie ma, albo mało sztuk się uchowało;) Ale pomarzyć można, humor się od tego poprawia:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No tak On jest z ,,naszej planety,,… 😉
    Ciepłego wieczoru dla Ciebie 🙂
  • annazadroza Jesienna:-) Kiedy włączam Lapcia i widzę słowa napisane przez Ciebie, robi mi się ciepło na sercu:) Nic tak na mnie nie działa mobilizująco jak pochwała. Dziękuję:)))
  • annazadroza Kasiu, Winicjusz też jest z innej planety:) I Tobie dużo ciepłego, tym bardziej, że na dworze zimno, brr.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Wszystkiego najsłodszego:)))

Wczoraj był przepiękny dzień. Jadąc na rehabilitację z rozkoszą spoglądałam na ulice lekko posypane śniegiem, na pobielone dachy domów, drzewa, krzewy i trawniki. W słońcu i bieli cały świat wydawał się czysty. Tak powinna wyglądać zima. Dziś już zupełnie odmiennie się prezentuje, wokół szaro i brudno. Mokry,
rozjeżdżony, posypany solą śnieg pryska na boki spod kół przejeżdżających aut, brudzi i niszczy buty, powoduje ból psich łapek. Nie można więc iść z psami po chodniku, trzeba szukać bocznych przejść, na których nie ma soli.
Długo wczoraj byłam poza domem, wróciłam późno i tak zmęczona, że nie dałam rady nic sensownego napisać. Zerknęłam tylko na Wasze komentarze i ucieszyłam się, że byłyście. Dziękuję:))) Zabiegi jeszcze tylko jutro. Dobrze, bo dzień będzie mniej napięty, a szkoda, bo chętnie powtarzałabym częściej,
jednak pomagają.
Uprzejmie donoszę, że pożarłam już cztery(!) pączki. Jeśli zjedzona dziś ilość ma przynieść szczęście na cały rok, to czuję się rozgrzeszona:) A pączki kupiłam wracając z zabiegów, w prywatnej cukierni. Przede mną stało w kolejce 5 osób, a za mną…ho ho ho… ustawiło się całe mrowie klientów:) Mam tak od dawna –
wchodzę do pustego sklepu i za chwilę sklep jest pełen. Baaardzo pyszne pączki, muszę przyznać. Nawet babcia D. zjadła pół. Dałam jej do pokoju na talerzyku tę drugą połówkę, kilka faworków i prosiłam, żeby przyszła po więcej. Nie chciała wziąć, ale w końcu wzięła. Może nie wyrzuci.
O poważnych sprawach dziś ani słowa. Dla wszystkich mnóstwa słodkości w ten słodki czwartek:)))

8.02.2018

  • babciabezmohera Takich pączków, jakie robiła moja Teściowa, w żadnej cukierni nie kupię!;((( Ale i tak kupiłam – tradycji musi się stać zadość!;))
  • kotimyszkot Niech Ci szczęście przyniosą (kalorie z czasem znikną 😉 ), słodkie i pachnące 🙂 Ja nie kupuję pączków, jadę ratować rodziców od nadmiaru słodkości. Tata od lat dostaje w ten dzień całą paletę świeżych wypieków prosto z cukierni. A jak wiadomo, co za dużo, to niezdrowo 😉 Pozdrawiam serdecznie..
  • urszula97 Smacznego,a ja takie proste zrobiłam na bazie serka homogenizowanego,
  • annazadroza BBM:-) Takich jak moja Babcia smażyła – też nie ma. I chrust był fantastyczny i róże z chrustu… mniam… ślinka leci na samo wspomnienie. Cóż, tradycja miła i słodka, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, i też smakuje:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kotimyszkot:-) Dziś dyspensa dla wszystkich w kwestii słodyczy:) Oko mi ucieka w stronę patery z pączkami i pewnie ulegnę…Tylko dziś, od jutra ścisła dieta! A Tobie miłego łasuchowania:))) Tyle pączków, no, no, jest w czym wybierać… A z cukrem pudrem czy z lukrem? Za mną lukier od wczoraj chodził:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Dzięki i nawzajem, najsmaczniejszych pączków:))) Serkowe robiłam chwilę wcześniej, zamiast oponek, do których straciłam cierpliwość. Do dziś zniknęły:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl No to ja wyłamałam się ze wszystkiego ( wcale nie dobrowolnie 😉 śniegu
    u mnie jak na lekarstwo (centrum), a na poczki jeszcze muszę poczekać.
    Też uwielbiam z lukrem i nie takie ciemne… o rany ale zachcianki mam
    jak dziecko 😉 dzisiaj osładzamy sobie życie, trochę endorfin prawda ?
    ściskam słodko 😉 serdeczności Aniu 🙂
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Niech dotrą do Ciebie jak najprędzej, te pączki. Dziś to takie prawdziwe słodkie szaleństwo. a potem dłuuugo nie spojrzę na żadne słodycze. I zacznę się wreszcie naprawdę odchudzać:)))
  • Gość: [irsila] *.dynamic.chello.pl Sama się dziś wysilałam i swoje usmażyłam.
  • annazadroza Irsilo:-) Ale takie prawdziwe pączki, nie serkowe „niby-pączki” tylko takie babcine? To jesteś wielka! Chrust ( czyli faworki) kiedyś zrobiłam, ale pączków nigdy. Gratulacje:)))
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Serdeczności,a propos pączków, ja kupiłam swoje na stacji Orlen, bo bardzo praktycznie postanowiłam połączyć smaczne z pożytecznym, zdobyłam dodatkowe 1000 punktów. Dzisiaj zjem jeszcze ostatniego.:))
  • annazadroza L.C.:-) A na co za te punkty możesz wymienić?
    Pączków pożarłam w sumie 6! Tak mi się chciało, że nie mogłam się oprzeć, były z lukrem, mniam:))) Przez rok nie powinnam na tyle kalorii spojrzeć, dopiero w następny tłusty czwartek;)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 18a

Kasia zastukała do drzwi Adelki. Przywitał ją oczywiście ogłuszający radosny psi jazgot, po którego opanowaniu przysiadła na krześle. Na chwilę tylko, bo przecież nie miała czasu, musiała nadrobić domowe zaległości powstałe podczas pobytu taty u niej, kiedy Tosia pojechała do domu pozałatwiać swoje sprawy.

– Miałam tatę u siebie.  Był wyjątkowo spokojny, nie kłócił się ze mną tym razem, może to ja miałam w sobie mniej agresji, bo, niestety, łapię się na tym, że mam złe myśli. Jestem złośliwa i paskudna, a przecież nie chcę taka być! Zrobiliśmy obiad, byliśmy na spacerze. Biedny nie pamięta, że oglądał nowe budynki Ursynowa podczas pobytu u mnie, za każdym razem dziwi się, że takie zmiany nastąpiły, a on ich nie widział do tej pory. Jak Tosia wróciła, nie wiedział gdzie ma jechać, po co, gdzie mieszka, skąd się wziął, zaś na Tosię mówi „mama” – żaliła się przyjaciółce.

– Całe szczęście, że ją akceptuje, nie ma znaczenia jako kogo. Gdyby się jej bał albo nie lubił, byłoby gorzej.

– Byłoby całkiem do kitu – westchnęła Kasia.

– Dobrze, że jest sprawny fizycznie, przynajmniej pod tym względem nie wymaga opieki.

– Na pewno tak, ale z drugiej strony właśnie dlatego chwilami jest nie do opanowania. Ma więcej siły niż Tosia i ja razem. Na przykład potrafi odsunąć ją od drzwi i iść nie wiadomo gdzie. Trzeba go gonić, dogonić, a potem przekonać, żeby wrócił do domu. Kiedyś poszedł z Tosią na spacer do parku. W pewnej chwili wstał, podziękował za miłą rozmowę, po czym ruszył i nie chciał jej do domu wpuścić. Kiedy indziej narobił rabanu, że się do niego obca kobieta przyczepiła. Tosia musi nosić ze sobą zaświadczenie od lekarza o jego chorobie, bo on wcale na chorego nie wygląda.

– Naprawdę ci współczuję. Wiem, że nie ma  rady, nikt nie wie tak naprawdę skąd się to choróbsko bierze i po co. Pewne jest tylko, że lepiej nie będzie, a zagrożenie z jego strony zacznie się stawać coraz większe – z troską spojrzała Adelka.

– Kaśka! Przestań się użalać nad sobą – ryknęła Elka pojawiając się niespodziewanie, bo otwieranie drzwi wejściowych zagłuszyło psie szczekanie. – Przecież mówiłam, że zaraz przyjdę – dodała już normalnym głosem po przywitaniu się z psami.

– Nie użalam się, tylko nie mam siły…

– Każda z nas nie ma siły, a jednak wszystko wytrzyma. A co ja miałam z mamą? A ona? – wskazała na Adelkę. – Już zapomniałaś? Teraz przyszła kolej na ciebie i tyle.

– Wiem przecież, ale nie mogę sobie poradzić sama ze sobą. Wszystko mi się poplątało. Życie mi ucieka, ja siedzę tu, Mikołaj tam, a powinniśmy być razem  już zawsze, bo czas się kurczy… Do tego nie mogę spokojnie patrzeć chwilami na wyraz twarzy ojca, siebie nienawidzę w związku z tymi uczuciami jeszcze bardziej.  Nie mogę znieść kiedy się kłóci i staje agresywny. Nie potrafię zapanować nad negatywnymi uczuciami… I mam żal, taki straszny, przejmujący żal do świata, do losu, do siebie…Przez tych kilka dni miałam koszmar, nieprzespane noce, niedobrze mi się robi na samo wspomnienie, tylko  ryczeć mi się chce i ryczę…

– Rycz, rycz – objęła Ela przyjaciółkę. –  Przy nas możesz bez stresu.

– Widziałam przecież twojego tatę dwa dni temu – powiedziała Adelka. – Wygląda znakomicie, żartuje, zachowuje się jakby nigdy nic…

– Prawda? – Kasia otarła łzę z policzka. – Upośledzenie narasta stopniowo, sama pamięć to jeszcze mało. Najpierw zauważyłam, że ma jakieś zaburzenia orientacji w czasie i przestrzeni. Ubierał się w cienką kurtkę kiedy było zimno, nie wiedział jaka jest pora dnia czy roku. Potem zaczęły się urojenia… Zresztą, opowiadałam wam na bieżąco, więc wiecie jak było.

– Wiem, że to trudne – z wahaniem zaczęła Adelka, – ale chyba powinnaś przyzwyczajać się do myśli o bardziej specjalistycznej opiece…

– Przecież byłam z nim w specjalistycznej poradni, przebadali go, dostał leki…

– To teraz, ale masz świadomość, że te leki nie leczą, prawda?  Powstrzymają chorobę na trochę albo i nie.

– Chyba zwariuję, już nie wiem co robić, co myśleć… Może i u mnie się ten ojcowy volksdeutsch już odzywa…Dopóki jeszcze kojarzył, żartował, że w czasie wojny walczył z hitlerowcami, a teraz ma własnego volksdeutscha w głowie.

– Nie zwariujesz, wytrzymasz, tylko pomyśl o słowach Adelki, bo mądrze mówiła – pokiwała głową  Elżbieta.

Kasia wróciła do domu, zabrała się za porządki w szufladzie, żeby oderwać myśli od koszmarów realnego życia. Na podłogę wypadły kartki zapisane jej pismem, mające na celu zapis myśli w ramach odstresowania. Podniosła i czytała.

 

    24.04. No i skończyłam 51 lat. Dopiero co babcia mówiła, że jak była młoda to uważała, iż 50 lat starczy, bo człowiek potem strasznie stary… I co? Babcia dziewięćdziesięciu dwóch lat dożyła, nie ma jej na tym świecie od lat 15,  ja już pół wieku przeskoczyłam. I zdaje mi się, że życie dopiero przede mną…

   Chyba z wiekiem robię się coraz gorsza. Jestem okropnie złośliwa, wszystko mnie wkurza i jestem na siebie za to wściekła. Żal mi taty, ale gdy dwudziesty raz odpowiadam w ciągu krótkiego czasu na to samo pytanie, mam mordercze instynkty. A przecież nie mogę tego pokazać po sobie. Pewnie jednak coś da się wyczuć, bo ojciec wtedy się denerwuje dlaczego nie odpowiadam normalnie, tylko się denerwuję, więc ja się denerwuję, że on się denerwuje, że ja się denerwuję … i tak dalej. Dom wariatów. Chce co chwilę jechać do domu, albo iść. Mówi, że się przejdzie… zobaczyć jak tam jest, bo nie wie… przecież dopiero ma zamieszkać… tam…Gdzie? …No, tam…gdzie był przedtem, zanim był tam, gdzie był teraz…Pyta, czy pójdę z nim do tego mieszkania, to on sobie weźmie skarpetki, do lekarza, żeby mieć czyste. A do jakiego lekarza? Po co ja tam idę? Czekaj… ale ja nie mam pieniędzy… czy tu jest gdzieś w pobliżu bank?  Dziś niedziela. Wszystkie banki zamknięte. ..To jaki mamy dzień? Niedziela? Psiakość, to zamknięte a ja mam tylko sto zł. Jak pójdę do lekarza? Ile  tam trzeba zapłacić?… Nie trzeba, to w ramach funduszu zdrowia…. Pójdziesz ze mną do mojego banku koło domu?…. Nie!!! … Dlaczego?  Wezmę tylko pieniądze na lekarza… Nie potrzeba. A na taksówkę masz … Skąd wiesz?…. Przecież sam mówiłeś. … Ale ja mam tylko 100 zł.,… To dużo pieniędzy!…  Ale ja bym chciał, żebyś ze mną poszła do domu…. Którego?!.. Naszego, tam gdzie wszyscy mieszkamy…. To ty tam mieszkasz. Ja tu. Od 24 lat!… A ja gdzie? Nie wiem, gdzie mieszkam teraz, skąd do ciebie przyjechałem, muszę zobaczyć co ja tam mam, muszę się rozejrzeć dopiero, zorientować…. Masz wszystko co trzeba… Skąd wiesz? Byłaś tam? … Przecież przyjechałeś stamtąd dwa dni temu, Kamil cię przywiózł…

 

   27.04. Nie spałam od piątku, dziś jest środa. Całe noce chodził, myszkował po wszystkich kątach, szperał w kieszeniach, opróżnił wszystkie kieszenie kurtek wiszących w przedpokoju, zaglądał do łazienki – i robił to co zawsze: odkręcał wodę i dopóki ja nie zorientowałam się i nie zakręciłam, płynęła i płynęła. Wyciągał portfel z dokumentami i chował, chodził z nim i co chwilę gdzie indziej chciał go ukryć. Ocknęłam się we właściwym momencie, bo już przyszedł z nim do pokoju i szukał, gdzie ukryć… Schowaj tam, gdzie był bo nie znajdziemy….. Nic…. Włóż z powrotem do kieszeni swojej kurtki, bo zginie…. Dlatego chcę go schować, żeby mi ktoś nie ukradł, bo tu jest blisko drzwi…..Nikt ci nie ukradnie…..Skąd ty możesz to wiedzieć, ktoś wejdzie i ukradnie. Jakiś obcy….Tato! Nikogo tu nie ma obcego! … Pewna jesteś? … Tak! Pewna jestem!… A gdzie oni są? …Kto?!… Ci wszyscy co tu byli… Tu nikogo nie było! Tylko ty, ja i Kamil!… Idź wreszcie spać….Ty śpij a ja – zaczął upychać portfel pod poduszką…. Dobrze, niech ci wypadnie jak będziesz spał i pies ci zeżre. Nie pójdziesz ani do banku, ani do lekarza…. O dziwo, dotarło do niego i zaniósł  do kurtki, włożył do kieszeni.

Inna atrakcja: budzę się, bo ze zmęczenia padłam a on ubrany… Co robisz? Czemu się ubrałeś? (jest 2-ga w nocy)… Bo już się wyspałem. Muszę się ogolić, ale nie wziąłem sobie przyrządów do golenia. Jak ja będę chodził taki zarośnięty?… Teraz się nie chodzi tylko śpi!… A czy ja ci przeszkadzam?…Tato, jest noc… Tak? No to wezmę samochód i pojadę do domu, nie będę ci przeszkadzał… Tato, nie pojedziesz do domu, bo Tosia  pojechała do siebie a ty nie możesz być sam… To pojedź tam ze mną.   Jest noc, idź wreszcie spać! …Jak ci przeszkadzam to idź do siebie… Ale ja jestem u siebie!… To gdzie ja jestem? … Jesteś u mnie… A dlaczego? To gdzie ja mieszkam? Już nic nie wiem… Od 40-tu lat mieszkasz w Warszawie…. Tu?… Tak, tu… A gdzie byłem wcześniej? … Nigdzie! Tu jesteś od 40 lat. … Ale mam mieszkanie w Opolu, albo w Krakowie…. Niczego nie masz! … Jak to nie mam? A co się z tym stało? Muszę zdjąć tabliczkę z drzwi, zapomniałem zdjąć tabliczkę. … Nie ma tam żadnej twojej tabliczki. Mieszkają od dawna inni ludzie… Ci co tu byli? … Gdzie!?… Tu… Tato, idź spać, jutro ci wszystko wyjaśnię…. Na chwilę zamilknie dla złapania oddechu, po czym znów zaczyna to samo. Nie przyjmuje niczego do wiadomości, zaczyna się robić agresywny. 

Koniecznie chciał przez balkon iść na górę zabrać swoje rzeczy…. Nie ma niczego naszego na górze, tam mieszkają sąsiedzi w swoim mieszkaniu… Nieprawda, tam jest mój pokój , ukrywałem się w nim przed Niemcami całą wojnę….

 

   11.05. Wiem, że nie wie gdzie jest i co mówi, nie ma orientacji w czasie i przestrzeni. Powinnam uspokoić się i wspominać same dobre chwile, bo rzeczywiście miałam szczęśliwe dzieciństwo i młodość. a teraz jakby tego nie było, zostaje tylko niechęć, żal, złość, frustracja. Nie mogę, nie potrafię pomóc sobie, nikomu. Choć zdawało mi się, że jestem mądra i znam prawa rządzące kosmosem, zachowuję się jak gówniarz. Obcym potrafię radzić,  sama  sobie pomóc nie umiem.  Czasem  mam ochotę mu coś przykrego powiedzieć – czyż nie jestem stuknięta? Oczywiście niczego nie zrobię, sama się stukam w głowę, nic mi się nie podoba, jestem przemęczona i stąd takie durnoty. A do tego dla Mikołaja nie mam siły i po co mu taka baba? Tak nie powinno być, ja też mam prawo do życia! Myślałam, że kiedy dzieci dorosły trochę pomyślę o sobie, a tu …zaraz zwariuję. Jak sobie z tym wszystkim poradzę? Biegam między Ursynowem, Siekierkami, Pragą, na dodatek cały dzień spędzam w pracy, która nie jest bynajmniej bezstresowa,   odpocząć nie mam kiedy. JUZ NIE MOGĘ!!! NIE MAM SIŁY!!! JESTEM WYKOŃCZONA!!! MAM DOŚĆ!!! NIECH TO SIĘ SKOŃCZY!!

 

   13.05.  Wczoraj byłam u taty. Był taki normalny i kochany. Mam wrażenie, że to ja jestem chora na głowę a nie on. Skąd we mnie tyle złości i goryczy? Jak mogę mieć do niego pretensję o chorobę? Nie pamiętał, że ma córkę. Potem sobie na chwilę przypomniał. Przepraszam go z całego serca, a jutro albo dwa dni później znów będę się wściekać. Wiem, to dla mnie nauka, muszę nauczyć się opanowania, spokojnego podejścia do życia, spraw we mnie i wokół mnie się dziejących. Ale to takie strasznie trudne. Kocham Cię tato.

6.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Nie wiem co napisać… bo tu już wszystko jest. Bardzo mnie wzruszyło
    to ,,opowiadanie,, – nie ma mądrych na to życie, ech…
    ,,przytulańce,, I dobrego Aniu 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Akurat się tak złożyło, że przeżycia bieżące z babcią D. nałożyły się na rozdział w powieści. Widocznie tematu do końca jeszcze nie przerobiłam w tym wcieleniu…
    Jeśli chodzi o dialogi mojej bohaterki z ojcem – są autentyczne. W ramach odreagowania zapisywałam na bieżąco na włączonym stale komputerze, bo łatwo się domyśleć, że akurat ten wątek jest odwzorowaniem realu…
    Pozdrawiam Cię Kasiu baaardzo serdecznie i Ciepłego z Puchatym posyłam moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja się prawie wszystkiego domyślam Aniu. Jesteś dzielna..
    serdeczności i dobrej nocy dla Ciebie.
  • annazadroza Kasiu:-) Nie jestem wcale dzielna, staram się być normalna. Może nie zawsze mi to wychodzi:)
    I Tobie dobrej nocy:)))
  • kobietawbarwachjesieni Przytulam Cię mocno. Pisz dalej, bo pięknie to robisz. Ściskam.
  • annazadroza Maryniu:-) Dziękuję Ci bardzo:) Zawsze umiesz podlać miodem moje serce:)
    „Pasma…” już napisane jakiś czas temu. Teraz czytam po rozdziałku przed publikacją i sama się dziwię… Wracają do mnie chwile i … tęsknota za Tatą. Był wspaniałym człowiekiem, wsparciem i oparciem. Był cudowny:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Z własnego doświadczenia wiem jak bliscy nie mogą pogodzić się z chorobą.
    Ile słów przykrych i ciężkich w moją stronę – jak kamienie…a przecież
    mnie nie zostawił jest ze mną. Ale nie może pogodzić się, czuję że nosi
    obraz mnie, która wszystko ogarniała była, dynamiczna wszystkiemu zaradziła,
    a teraz…
    Piszesz Aniu naprawdę wrażliwie i przejmująco ( dla mnie to najważniejsze)
    serdecznie ściskam i udanego tłustego czwartku ! :))))
  • annazadroza Kasiu:-)Myślę sobie, że bardzo trudno pogodzić się ze zmianą sytuacji i ról oraz, że osoba, która dostawała na tacy musi nagle sama tę tacę wziąć do ręki i przenieść. Niektórzy dopiero wtedy mają okazję poczuć jej ciężar… Różnie potem może być. Albo cisną tacą o ziemię i sobie pójdą, albo niosą choć strasznie narzekają. Może z czasem zrozumieją i odczują, i poniosą ze zrozumieniem, empatią i miłością? Któż może wiedzieć, co się czai za zakrętem?
    Zjedz koniecznie dużo słodkiego, dziś wolno cukier w każdej postaci, nawet wprost z cukierniczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Babcia, pączki i Szczawnica

Udało się babcię D. zawieźć na kontrolną wizytę. Oczywiście nie chciała jechać. Na śniadanie nie przyjdzie, nie wstanie, poleży, bo całą noc nie spała – co było oczywistą nieprawdą, jest to tekst powtarzany każdego ranka. No dobrze, w końcu jakoś wstała i się ubrała. Ale zaraz: nie pojadę, bo mi słabo, nie wiem co się
ze mną dzieje, na pewno coś niedobrego. Tłumaczymy: przecież do lekarza jedziesz, kto ci pomoże jak nie lekarz? Chyba doszła do wniosku, że tym razem jej się nie upiecze i wsiadła do auta. W gabinecie – to z relacji Męża wiem – na pytania odpowiadała, że czuje się świetnie, nie ma depresji ani żadnych problemów ze spaniem, z jedzeniem i piciem oczywiście też nie. Minęła się z powołaniem, aktorką powinna była zostać w zamierzchłej przeszłości. karierę zrobiłaby jak nic:))) Dostała nowy lek, zobaczymy jak zadziała. W każdym razie odetchnęłam, że pojechała.
Podczas gdy moja druga połówka holowała babcię D. po szpitalnym korytarzu, ja usmażyłam naleśniki i zrobiłam do nich nadzienie kurczakowo-pieczarkowe. Miałam w planie oponki serowe wg przepisu Elizy. Zamiast oponek wyszły pączuszki. Wyrabiałam, wyrabiałam i wyrabiałam ciasto, a ono wciąż kleiło mi sie do
rąk, rozwałkować nie dałoby się za nic na świecie. Wreszcie się zeźliłam i zrobiłam pączusie. Ale pyszne:))) Dlaczego oponki nie wyszły? Ano dlatego, że chciałam sobie ułatwić życie i kupiłam ser „pogryziony” w wiaderku, a zamiast tortowej użyłam zwykłej mąki. prawie to samo, ale jak wiadomo „prawie” robi
wielką różnicę.
Z miłych rzeczy (bo o innych mówić nie chcę, a jest ich sporo i to ciężkiego kalibru) przeczytałam na oficjalnej stronie Szczawnicy co następuje: „… ogłoszono laureatów Konkursu o Nagrodę Petera Burian – zmarłego w 2012 r. wielkiego społecznika słowackiego i prekursora transgranicznej współpracy między Polską a
Słowacją. Nagrodę tę za wzorową współpracę otrzymały: Miasto i Gminy Szczawnica oraz nasz słowacki partner Obec Leśnica”. Od razu wyobraźnia podsuwa przecudne górskie szlaki. Cóż wobec urody Pienin znaczy głupie ludzkie gadanie?

5.05.2018

  • nie-okrzesana Uśmiałam się z babci.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Jak dobrze, że się śmiejesz:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A ja tak tęsknię za Tatrami …znam tam każdy kamień, każde drzewo
    pod którym odpoczywałam. Mimo tych wspomnień Tatry już nie te
    co kiedyś – już są ,,rozdeptane,, niestety.
    I znowu pozostają tylko wspomnienia.
    serdeczności i dobrej nocy Aniu 🙂
  • e.urlik Ja tak mam z Sudetami… „Kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”.
    A Pani Babci proszę pogratulować. 😀
  • babciabezmohera Oby kolejne lekarstwa zatrzymały choć trochę chorobę. Wymęczy ona i Babcię i Was wszystkich… Dużo siły i cierpliwości dla Was!
  • annazadroza Kasiu:-) Wiesz, ja tak mam z Tenczynkiem. Tęsknię, ale teraz jest to już inne miejsce. Tęsknię za wsią, której już nie ma, zmieniła się, „uwspółcześniła”, nie ma tam już najbliższych mi osób, tzn. są, lecz spokojnie śpią na cmentarzyku. Przychodzą też do mnie w snach. Wczoraj np. mi się przyśniło, że przyjechałam do Babci domku, otworzyła mi drzwi, a razem z nią była moja chrzestna mama. Ucieszyłam się, że jej pomaga…
    A Pieniny są zamiast Tenczynka i zajęły dużą część mojego serca:)))
  • annazadroza Ewuś:-) Dziękuję w imieniu babci D.:)))
    Masz rację, że to co najdroższe w dzieciństwie, zawsze takie pozostaje. I to są najcenniejsze wspomnienia:)))
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję. Co ma być – będzie. Mimo takiej wiedzy wcale łatwiej nie jest. Ale – może leki pomogą i będzie się lepiej czuła? Nam wtedy też będzie lepiej, więc dziękuję za dobre życzenia:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 18

Kasia obserwowała modrzew rosnący za oknem. Niedawno był malutkim drzewkiem narażonym na zniszczenie głównie  przez sanki zjeżdżające z dziećmi z górki, a teraz stał wysoki, piękny, majestatycznie poruszając miękkimi igłami. Myślała o ojcu. Jego choroba została ostatecznie zdiagnozowana. Wyrok zapadł. Nie ma możliwości odwołania. Nie zdarzy się cud i nie wróci poprzedni stan umysłu. Pewnych części mózgu po prostu nie ma, zniknęły, zdematerializowały się albo je pożarł wirus. Od momentu wzięcia ojca do siebie Kasia analizowała jego dziwne zachowanie. Po przeczytaniu książki na temat  choroby Alzheimera nie miała wątpliwości. Oto  klasyczny, podręcznikowy przypadek. A mimo to jednoznaczna diagnoza lekarska wpędziła ją w stan trudny do określenia. Z jednej strony była to jakby ulga, że nareszcie wiadomo na pewno co to za licho, zaś z drugiej strony ból i żal do losu, że to prawda.  I dlaczego akurat jej ojca to musiało spotkać? I czemu ona zawsze dostaje od życia po głowie? Myślała, że wreszcie ułoży sobie to życie, zazna trochę szczęścia a tu masz! Znowu same problemy.

Rzeczywiście – sytuacje, w jakich Kasię postawiła choroba ojca, były całkowicie nieprzewidywalne. Nigdy nie wiedziała czego może się spodziewać za parę minut.  Starszy pan na pozór zachowywał się zupełnie normalnie, odpowiadał sensownie, uczestniczył w rozmowie wypowiadając się logicznie i na temat, po czym nagle rzucał taki tekst, że nie wiedziała czy się śmiać czy płakać. Traktował ją jak córkę a zaraz potem niespodziewanie zadawał pytanie:

– Ciociu, czy ty ze mnie żartujesz?

I tak ciągle. Albo ją brał za własną żonę, czyli Kasi mamę, albo za siostrę swojej mamy lub babci. Bez ustanku dopytywał się skąd się wziął w tym mieszkaniu. W jego głowie wszystkie mieszkania, w których kiedykolwiek mieszkał,  zlewały się w jedno. Nie wiedział gdzie w danym momencie jest. Udawało mu się na przykład określić porę roku, ale rok był 1968. Za chwilę nie znał ani pory dnia ani roku, myślał, że ma trzydzieści lat.  Czasami udawało mu się – dzięki wrodzonej inteligencji i jeszcze nie zniszczonym partiom mózgu – dobrze ukrywać luki w pamięci poprzez poczucie humoru albo zręczne tłumaczenie okrężną drogą. Dlatego tak długo choroba żyła w nim nierozpoznana i bez przeszkód osiągnęła zaawansowane stadium.  Przed pójściem na badanie do poradni Alzheimera był bardzo niespokojny.

– Po co tam idziemy? Co ja mam powiedzieć? Ale czy ja mam jakiś dokument? Ile potrzebuję pieniędzy? Ile się za to płaci? Nigdzie nie idę! Muszę iść najpierw do banku! Przecież nic mi nie jest. Po co mam tam iść? Kto mnie tam skierował? Gdzie to jest?

Kasia odpowiadała na wszystkie pytania i zaraz było to samo. Znów odpowiadała i znów, i znów, i tak w koło Macieju… Myślała, że zostawi tatę w poradni, wróci do domu i przyjedzie po niego o tej godzinie, o której każą.  Nie zjadła śniadania zajęta przekonywaniem go, że trzeba już iść, karmieniem i ubieraniem. Na miejscu okazało się, że musi być cały czas obecna. Razem było czterech pacjentów z opieką. Zmierzono im ciśnienie, pobrano krew i dostali śniadanie. Kasia poczęstowała się kromką chleba, żeby nie było słychać głośnego marsza granego przez jej kiszki. Potem czekali na wizytę u psychiatry, na EKG i tomografię komputerową głowy. Wyznaczono wizytę u psychologa za miesiąc, za dwa  – końcową wizytę u lekarki prowadzącej, już bez chorego. Wtedy zostaną dobrane leki i trzeba będzie postanowić co dalej. Wrócili do domu.  Kamil czekał z przygotowanym obiadem, Kasia  wyczerpana padła na krzesło.

– Zmęczona jesteś? – zapytał z troską ojciec. – Gdzie się tak zmęczyłaś? Miałaś ciężki dzień w pracy?

Kamil wszedł do pokoju z talerzami.

– Jak ja dawno pana mecenasa nie widziałem – usłyszał.

– Dziadek, zlituj się, to ja, twój wnuk. Nie jestem żadnym mecenasem, Marek jest.

– Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś nim został. Kiedy kończysz szkołę?

– Już dawno skończyłem, teraz szukam pracy.

– A jaki masz zawód?

– Mówiłem ci, że jestem grafikiem komputerowym.

– A może pójdziesz do wojska? Mam przecież kolegów, to ci załatwią pracę.

– Dziadku, twoi koledzy już nie pracują, są na emeryturach.

– Na jakich emeryturach, co ty pleciesz, przecież to młode chłopaki. A ty zawsze chciałeś iść do wojska.

– Ja?! Ja mam awersję do wojska! Jestem pacyfistą!

– Przecież twoja matka wczoraj mówiła, że idziesz do wojska.

– Ja mówiłam coś takiego? – zdumiała się Kasia.

– Nie ty, tylko jego matka – wyraźnie był zniecierpliwiony.

– Ja jestem jego matką!

– Ciociu, ty masz dwie córki, nie rób ze mnie idioty! On jest synem cioci Gieni!

– No tak, zapomniałam – mruknęła Kasia.

– No widzisz? – ucieszył się. – Przecież ci mówię, że to mój syn Marek.

Kasia nie wiedziała co dalej robić. Z przemęczenia  nie była w stanie rozsądnie myśleć. Wtedy z niespodziewaną pomocą przyszła Adelka. Przypomniała sobie, że  jej kuzynka Tosia z Inowrocławia wyraziła chęć zaopiekowania się starszą osobą. Miała  doświadczenie i praktykę, bo zajmowała się swoją ciocią staruszką, a potem mamą do ostatnich chwil jej życia. Była wdową, miała dorosłe dzieci, mogła więc sobie pozwolić na przyjazd do Warszawy na jakiś czas.  Oczywiście zdawały sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Kasia wzięła tydzień urlopu i  pojechali razem do mieszkania ojca.

We dwójkę wysprzątały  wszystkie kąty, powyrzucały masę przedmiotów pochowanych w najprzeróżniejszych miejscach, wyrzuciły worki śmieci.  Pomału ułożyło się nowe życie taty, Tosię uznał za swoją matkę i tak ją nazywał. Kiedy Kasia przyjeżdżała zmienić Tosię, aby mogła wyjść i odetchnąć w spokoju, mówił córce, że właśnie przyjechała jego mama.

Niestety, chociaż ojciec mieszkał z opiekunką we własnym domu, Kasia czuła się w dalszym ciągu zdławiona, osaczona, otoczona przez niewidzialnego wroga. Jakby na szyi zaciskała się pętla i tamowała oddech odcinając dopływ tlenu. Wiedziała, że nie będzie lepiej. Pragnęła tylko, żeby nie było gorzej. Zamiast cieszyć się, że jest w miarę dobrze, martwiła się co będzie za chwilę, kiedy choroba szybciej ruszy do przodu. Bała się, że Tosia nie wytrzyma i odejdzie. Co wtedy? Co się stanie, kiedy Tosi braknie sił i cierpliwości? Ojciec wytwarzał wokół siebie atmosferę niepokoju, wprawiał w drżenie cząsteczki powietrza i wszystko wokół drgało niepokojem. Każdemu człowiekowi przebywającemu dłuższy czas w jego obecności udzielało się owo drganie i zaczynała się trząść wewnątrz każda komórka.

Choroba ojca, niestety, czyniła widoczne postępy. Właściwe już nigdy nie wiedział gdzie jest. Miejsca, czasy, osoby przeplatały się, nakładały na siebie, zlewały ze sobą i już nic nie miało sensu. Teraz Kasi trudno było za tatą nadążyć ponieważ w jednej chwili była ojca córką, swoją matką, siostrą babci, ciotką albo kobietą, która przyszła posprzątać mieszkanie. Obraz z telewizora stawał się rzeczywistością. Oglądając transmisje z sejmu ojciec uważał się za członka komisji i brał udział w obradach. Kiedy indziej krzyczał na Kasię dlaczego zaprosiła do domu tylu obcych ludzi nic mu nie mówiąc i teraz on musi w tej chwili iść do sklepu po zakupy, żeby móc ich poczęstować. Nie dawał sobie niczego wytłumaczyć, szarpał się z córką chcąc natychmiast wyjść. Ileż to razy ona albo Tosia biegły za nim po ulicy w kapciach, ledwo nadążając, bo siły i energii miał za dwóch.

Sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Ani jednej nocy nie przespała gdy ojciec był u niej. Urlopu ubywało  w zastraszającym tempie, znikały kolejne wolne dni przeznaczone nie na odpoczynek lecz na opiekę nad tatą, na pójście z nim do lekarza – co stawało się prawdziwym koszmarem.  Kasia była wiecznie zmęczona, spięta, reagowała gwałtownie na dzwonek telefonu nie wiedząc czy to w pracy czegoś od niej chcą czy ojciec znowu narozrabiał i Tosia dzwoni, że wyjeżdża. Nikogo z rodziny nie słuchał, kłócił się, denerwował w każdej sytuacji, która mu nie odpowiadała. A mało która mu pasowała. Złościł się nawet wtedy, gdy mu tłumaczyła, że Kamil to nie Marek. Albo kiedy prosiła, żeby nie wyjmował wszystkich rzeczy z regału na podłogę bo nie ma jak przejść przez pokój.

– To idź do siebie, nie będę ci przeszkadzał – mówił podniesionym głosem.

– Ależ ja jestem u siebie i to są moje rzeczy – tłumaczyła starając się zachować spokój.

– Tak uważasz? To się mylisz. To przywiozłem z Korei – pokazywał na filiżanki kupione    przez Kasię w Hicie. – Tamto dostałem od kolegi – wskazywał na ślubną zastawę Kasi.

– To naprawdę moje, tato. Dorobek całego mojego życia.

– Jak to twojego? Przywłaszczasz sobie moje rzeczy?

– Przecież nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Ty masz swoje u siebie, to jest moje.

– Gdzie u siebie?

– W twoim mieszkaniu.

– To ja nie jestem w swoim mieszkaniu?

– Nie, jesteś u mnie.

-To znaczy gdzie?

– Na Ursynowie.

– Przecież ty miałaś mieszkanie na Rydla, na Bronowicach.

– Nie ja, to ciotka mieszkała w Krakowie. Ja jestem Kasia, twoja córka.

– Popatrz jak mi się pomyliło – pokręcił głową ze zdziwieniem.

I za chwilę.

– Ciociu, mogę to sobie zabrać? – trzymając w ręce długopis i kartkę. – Chciałem sobie zapisać gdzie ty teraz jesteś. Dasz mi telefon do siebie?

A gdy po chwili weszła do pokoju z talerzem zupy:

– Jak się cieszę, że cię widzę. Odwiedzisz mnie jeszcze kiedyś?

Spoglądał co chwilę na zegarek. Jeszcze niedawno wiedział która godzina, teraz już mu się myliło.

-To kiedy będzie taksówka?

– Za trzy godziny.

Po pięciu minutach.

– Mówiłaś, że już jest taksówka.

– Nie, mówiłam, że za trzy godziny będzie.

– Nieprawda, mówiłaś, że już jest.

– Nie, mówiłam, że za trzy godziny będzie.

Zaczął się przebierać nie patrząc czy ktoś jest w pokoju czy nie.

– Tato, nie przebieraj się jeszcze. Poplamisz ubranie podczas obiadu i w czym pojedziesz? Zostań w dresie.

– Jak to w czym? Przecież mam tu całą szafę ubrań.

– Tu nie.

– Jak nie? A gdzie?

– U siebie.

– Przecież jestem u siebie. To wszystko jest moje.

– Nie, moje. Jesteś u mnie. Do ciebie pojedziemy po obiedzie.

– Ale ja nie jestem głodny. Chcę pojechać teraz.

– Ale nie pojedziesz. Tosia wróci za trzy godziny i my też wtedy pojedziemy.

– To ja muszę pojechać wcześniej, przewietrzyć, zobaczyć jak tam jest.

– Tak samo jak cztery dni temu.

– Skąd wiesz, byłaś tam?

– Ty też byłeś.

– Ja? Gdzie?

– U siebie, w swoim mieszkaniu.

– A gdzie ja teraz mieszkam?

– Od czterdziestu lat w tym samym miejscu…

I tak ciągle…

2.02.2018

 

  • aga-joz Choroby fizyczne, ciała, bywają groźne, bolesne, sprowadzają cierpienie. Choroby umysłu i osobowości bywają jeszcze gorsze, bo i leczyć ich skutecznie się nie da. A dodatkowo choruje cała rodzina. Niestety to wydłużenie życia nie w każdym przypadku wyszło ludzkości na dobre
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Niestety te problemy dotyczą chorób neurologicznych a tak naprawdę
    ta specjalizacja jest w powijakach. Mózg to wielka tajemnica a dochodzi
    jeszcze starość, która dla wszystkich jest wyczerpująca, brakuje sił chorym
    i tym którzy się nimi opiekują – przyznaję to najcięższy czas w życiu.
  • kobietawbarwachjesieni I co ja mogę tu dodać?
  • annazadroza Ago:-) Cierpienie w obu przypadkach jest inne, ale jest. Każde dotyka rodzinę. W przypadku strony tylko fizycznej jest współczucie, próba przyniesienia ulgi w bólu, przeżywanie niemożliwości pomocy w przypadkach najcięższych – lecz zachowuje się kontakt z osobą bliską. W drugim przypadku odczuwa się totalną bezsilność oraz, co najgorsze, brak kontaktu z bliskim, który stał się obcym. I to jest najgorsze do zniesienia.
    Jednak wierzę, że kiedyś znajdzie się sposób leczenia, dlatego dobrze, iż wydłużyło się życie, ponieważ inaczej nie bylibyśmy świadomi istnienia „demonów”, na które trzeba znaleźć lekarstwo. Cenę przychodzi za to płacić ogromną, ale nie ma niczego za darmo.
  • annazadroza Kasiu:-) Tak się układa, najpierw opiekujemy się dziećmi, potem rodzicami. Szkoda, że brakuje czasu na zaopiekowanie się sobą, spełnienie swoich pragnień i zamierzeń kiedyś odkładanych na czas emerytury z nadzieją, że wreszcie wtedy będzie można je realizować. Los rzuca pod nogi kłody czasem nie do pokonania. Podobno co nas nie zabije to nas wzmocni, tylko czas jakoś za bardzo się kurczy i zbyt szybko przemyka obok, nie chce przystanąć, taki skubaniec jeden.
  • annazadroza Jesienna:-) Nic nie dodawaj, tylko się uśmiechnij. Serdeczności:)))
  • Gość: [Szukampracy.pl] 80.50.142.* W kwestii poszukiwania pracy możemy pomóc 🙂 zapraszamy do nas na stronę.
  • annazadroza Gościu:-) Dziękuję za ofertę, pozdrawiam:)

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Koszmar

Koszmarny mieliśmy późny wieczór. Wyszliśmy z psami oboje z mężem, wracając – psy zaczęły się zachowywać jakby chwyciły świeży trop i ciągnęły smycze z wielką siłą. Mimo ciemności zauważyłam poruszający się cień. Mała sarenka. Kręciła się wcale nie uciekając. Dopiero gdy zbliżyliśmy się bardziej, przeszła na drugą stronę ulicy, na pole, na którym zwykle pasła się z mamą. Kiedy przechodziła, zobaczyłam, że utyka. Zniknęła w ciemności. Kiedy doszliśmy do miejsca, w którym była – o zgrozo! – na trawie zobaczyliśmy leżącą jej mamę. Nie żyła! Zadzwoniliśmy do Straży Miejskiej. Okazało się, że już mają zgłoszenie. Ale co z dzieckiem? Niedawno trafiłam na ANIMAL RESCUE POLAND – interwencje. Zaraz po dojściu do domu Mąż zadzwonił. Mogą podjąć kroki w celu odłowienia sarenki, ale muszą mieć na to papiery. Podali telefon do Centrum Zarządzania Kryzysowego, bo tam trzeba dzwonić. No i tak prawie do północy zeszło na dzwonieniu. Zrobiliśmy co się dało. Najchętniej odszukałabym małe, wzięła na ręce i przyniosła do domu. Jak pomyślę, jak się to biedactwo czuje po zimnej, mokrej nocy bez mamy, spędzonej nie wiadomo gdzie, samo samiuteńkie, bezradne w bezlitosnym świecie to łzy same mi płyną.
Na wszelki wypadek podaję telefon, może się przyda Animal Rescue Poland – 22 350 66 91 oraz 792 070 088

1.02.2018

  • fg2002 Zepsułaś mi humor, czuję się jak ta sarenka. – Jeśli ktoś zabił jej Mamę, to jest bandytą.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ręce opadają, nadzieja ucieka – bo serce nie wystarcza…na wszystko
    muszą być PAPIERY to wtedy coś zrobią…Biurokracja zabija 🙁
    Ale Wy jesteście Kochani !
  • babciabezmohera Najtrudniej czuć bezsilność…:(
  • e.urlik Kto zabił mamę? Jakiś bohaterski myśliwy zakończył życie cudnego, bezbronnego stworzenia? Jak pomogą maleństwu ci z kryzysowego?
    Aniu, myśłisz, że będzie możliwe zdobycie informacji jak się to skończyło dla malucha? Może będzie coś optymistycznego.
  • annazadroza Kochani:( Samochód ją zabił. Kierowcy jeżdżą jak wariaci nie zwracając na nic uwagi. Nie wszyscy oczywiście, ale odnośnie niektórych mam wrażenie, że robią sobie wyścigi pod wpływem jakichś dopalaczy. Albo głupota aż tak uderza do głupich łbów. Ileż to razy ostatnimi czasy na przejściach dla pieszych tacy idioci zabijali ludzi?
    Spróbujemy się dowiedzieć, czy podjęto decyzję o odłowieniu sarenki. Wolontariusze z ANIMAL powiedzą, czy dostali takie zadanie. Mam jeszcze nadzieję, ze może drugie stado ją przygarnie, tam jest mama, tata i dziecko. Tylko, mają inne umaszczenie. W każdym razie będziemy się za maluchem rozglądać.
    Dziękuję Wam za zainteresowanie i okazanie serca.
  • urszula97 Papiery nr 1 a potem istota ,ciekawe co dalej z tą sarenką,
  • annazadroza Urszulo:-) Mąż rozmawiał z ANIMAL, byli na miejscu, zanim jeszcze zabita sarna została zabrana. Powiedział, że młode poszło z drugim stadem. Mam nadzieję, że tak się stało.
  • kolewoczy No ja wątpię czy stado ją przygarnie i co ważniejsze, zapewni bezpieczeństwo. Sarny to nie słonie, mają inny instynkt.
  • tessa37 Dziekuje za ten wpis, zanotuje numery telefonow.
    W zeszłym roku byłam w takiej sytuacji i kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Jechaliśmy z Niemiec na wakacje do Polski. Pierwszy raz samochodem, bo zawsze latamy samolotem. Wyjechaliśmy dużo pozniej, niz planowalismy, w pewnym momencie nawigacja posłala nas na skróty, przez jakieś kompletnie boczne drogi, w rejonie, w jakim się kompletnie nie znam. Byliśmy już zmęczeni, dochodziła północ i to cud, że mój mąż w ostatniej chwili zauważyl i ominął leżące na jezdni zwierzę. Zatrzymaliśmy się i cofnęli, okazało się, że to był potrącony lis, część ogona odcięta, leżał na środku ulicy. Dookola żywej duszy, pola, łąki i lasy, jakieś zabudowania w oddali, ciemno i głucho. Mój telefon nie działał (zorientowałam się po przekroczeniu granicy, krótko przed wyjazdem zmieniłam smartfon i operatora). Mój mąż miał swój wyłączony, bo po polsku dopiero się uczy mówić. To był horror. Kompletnie nie wiedzieliśmy co robić. Mąż postanowił zjechać samochodem bardziej na pobocze, żebyśmy nie stanowili zagrożenia, a ja w tym czasie odruchem spontanicznie zdjęłam kurtkę i przewlekłam to biedne zwierzę też na pobocze, bo leżał na samym srodku drogi:( I w tym momencie mi czmychnal w haszcze obrastające rów, biedak bardzo kulal:( Próbowaliśmy kogoś zatrzymać, chyba godzinę tam staliśmy, przejechały ze trzy samochody, nawet się zatrzymały, ale każdy popukal się w głowę, że chcemy pomóc lisowi i odjeżdzali. W końcu my też pojechaliśmy, bo po kilkunastu godzinach drogi byliśmy wykończeni, a skakać po rowach i krzakach w środku nocy też się nie odwazylismy. Na następny dzień próbowałam się dodzwonić do regionalnego nadleśnictwa, ale akurat to było święto, nagralam sie na mailbox, napisałam maila i nigdy nie dostałam odpowiedzi:( Mam tylko nadziehe, ze nawet jesli biedak tego nie przezyl, to był schowany w krzakach, a nie leżał na środku ulicy patrząc z przerażeniem w światła każdego nadjezdzajacego samochodu.
    Przepraszam, że się tak rozpisałam, ale biedak mi się śnił po nocach jeszcze dlugo, a najgorsza była ta niemoc:(
  • annazadroza Kolewoczy:-) Sarny to bez wątpienia nie słonie, u których więzy rodzinne są niesamowicie rozwinięte. Ale może ta bida przyłączywszy się do grupy jakoś nauczy się żyć samodzielnie. Cóż więcej możemy zrobić? Wolontariusze byli, widzieli, wierzę im, bo komu jak nie im. Rozglądamy się w miejscach, w których widzieliśmy małe wcześniej z matką, ale nie widać. Są tylko ślady zostawione przez dziki.
  • annazadroza Tesso:-) Wiem, co musiałaś przeżyć. Do tej pory mam w oczach przejechanego białego psa, choć było to ok. pół wieku temu. Zrobiłaś co mogłaś w danej chwili. Może przeżył, koty żyją przecież bez ogonów utraconych w różnych zdarzeniach, jeśli nie miał dużych obrażeń wewnętrznych. Jeśli nie, to – jak mówisz- odszedł w ukryciu, nie rozjeżdżany przez każdy kolejny przejeżdżający samochód. Straszny jest los zwierząt w świecie, w którym wciąż kurczy się miejsce gdzie mogą żyć bezpiecznie.
    Poszukaj telefonów organizacji, fundacji czy innych stowarzyszeń ratujących zwierzaki na terenie gdzie jesteś, czy przez który przejeżdżasz. Ja też tak zrobię, teraz na to wpadłam. W necie pewnie się znajdzie. Znalazłam namiary miejscowe, ale jak będę jechała do Szczawnicy? Do tej pory na szczęście nie potrzebowałam, lepiej jednak mieć pod ręką, na wszelki wypadek.
    Dziękuję Ci za komentarz. Pozdrawiam Cię baaardzo serdecznie.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jest ciemno

Jest ciemno, właściwie po dobranocce, a ja dopiero włączyłam Lapcia. A i to na chwilę, bo po całym dniu w ruchu dotarłam do domu i wcale nie kończę działań na dziś, lecz idę smażyć nieśmiertelne naleśniki:)

Rano zabiegi, potem awizo na poczcie do odebrania i odstanie w kolejce, następnie Calineczka i teraz powrót. Do tego babcia D. znów od wczoraj się zbuntowała i nie jadła kolacji, dziś śniadania i obiadu też nie. Mam wrażenie, że na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Ręce opadają do samej ziemi.

Dobra wiadomość – dzień coraz dłuższy i słońce dzisiaj świeciło od samego rana. Było przepięknie:)))

31.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Miałam podobny problem, moja mama też ma słuszny wiek i od pewnego
    czasu straciła apetyt. Pogrzebałam w internecie i sprawiliśmy babci
    syropek na apetyt dla seniorów ( nie podam nazwy 😉 ale zaczyna się na A…
    Aniu podziałał ! Wiesz jak się ucieszyłam kiedy usłyszałam mam ochotę na to…
    na tamto…
    Rzeczywiście bardzo tęskno do wiosny i do słoneczka !
    Bardzo ciepło Cię pozdrawiam 🙂
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Oj Aniu, zdaje się, że teraz ja ze swoją radą strzeliłam jak ,,kulą w płot,,
    przepraszam ale wychodzą braki mojej obecności u Ciebie.
    Dobrej nocy
  • annazadroza Kasiu:-) Apetizer senior. Przerabialiśmy, nie pomogło, bo nie chęć jedzenia chodzi, tzn. nie o brak łaknienia, lecz manipulację typu: „nie będę jadła, a wy się martwcie co mi jest”. Jak jest sama – podejrzewam, że po kryjomu przenosi jakieś kąski do siebie i gdzieś chowa. Nic dziwnego, że potem zdarzają się torsje, ale nie przyzna się, do lekarza nie pójdzie. Potem jej przechodzi, przez dzień czy dwa zachowuje się miarę ok, a potem znowu się zaczyna snucie spiskowych teorii i szukanie, szukanie, szukanie… Taki urok życia w towarzystwie demencji:(
    Kasiu, dobranoc i dziękuję:)
  • urszula97 Nie miałam takich problemów z rodzicami ale babcia męża tez jadła aby nikt nie zauważył a wszystkim wmawiała że nie może jeść,takiego czegoś nie bedzie jadła itp.ale u niej to wynikało że zawsze musiała być na piedestale i to była kolejna forma pokazania tego,w sumie nie wiemy jacy my będziemy,
  • annazadroza Urszulo:-) Chwilami mam wrażenie, że chodzi o bezustanne utrzymywanie na sobie naszej uwagi, nie dociera do niej, że jest mnóstwo rzeczy do wykonania, problemów do rozwiązania i nie można się bezustannie tylko na jej osobie skupiać. Może większość ludzi tak ma na starość. Masz rację, nie wiadomo jacy my będziemy.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 17

Rozległ się dźwięk domofonu w Kasinym przedpokoju.

– Boże, jak ja was dawno nie widziałam wszystkich razem  –  Kasia próbowała przekrzyczeć  Dżemika, który swoim zwyczajem rozszczekał się z radości. – Rozlazłyście się po świecie i nie można  was było pozbierać do kupy.

–  Sama zaczęłaś – wzruszyła Ela ramionami. – Przecież ty pierwsza pojechałaś do Szczawnicy. Ja tylko ciebie naśladowałam.

– O nie – zaprzeczyła Kasia, – wszystko zaczęło się od Adelki.

– A czego ty chcesz ode mnie? – obruszyła się Adelka. – Patrzcie ją, będzie ze mnie robiła winowajczynię.

– No to może przypomnisz sobie, kto pierwszy nam opowiedział o Szczawnicy? Kto nam kazał wrzucać róże do Dunajca? – zaczepnie spytała Ela.

– Niczego wam nie kazałam…

– Ojej, nie bądźcie takie drobiazgowe. Najważniejsze, że Elka wypoczęła, a psice jakoś z nami wytrzymały i przeżyły – Kasia wyczuła napięcie.

Poprzedniego wieczora Elżbieta powiedziała jej o wizycie u adwokata i wyznaczonym terminie sprawy rozwodowej. Była przestraszona. Bała się reakcji Mirka kiedy dowie się, że naprawdę opowiedziała obcym ludziom o jego postępowaniu. Miała wrażenie, że dygocze w niej ze strachu każdy kawałek ciała, że zaraz zacznie szczękać zębami i połamie je sobie uderzając jednym o drugi. I szczerbata pójdzie do sądu. Nastawiona na obronę reagowała nazbyt emocjonalnie na każdy wyimaginowany atak. Kasia dobrze wiedziała co czuje przyjaciółka i miała się na baczności, nie chciała dopuścić do żadnej niezręcznej sytuacji. Adelka również była poddenerwowana, bo sama świadomość, że ma stanąć przed sądem w charakterze świadka wyprowadzała ją z równowagi.

– No dobrze, skoro Dżemcio już się z wami przywitał, chodźcie do pokoju – Kasia postawiła na stole talerz z szarlotką. – Kawa czy herbata?

– Kawa, herbata – równocześnie odezwały się Elka i Adelka.

– Przecież wiem, tak się tylko pytam, dla przyzwoitości – uśmiechnęła się gospodyni i zniknęła w kuchni wracając po chwili z pełnymi filiżankami.

– No, wreszcie możemy porozmawiać jak ludzie – westchnęła Ela. – A więc sprawa odbędzie się w lipcu. I teraz ja na samą myśl umieram ze strachu.

– Jak to? Ja niczego nie dostałam, żadnego zawiadomienia – zaprotestowała Adelka.

– Bo wezwanie dopiero przyjdzie. Poza tym świadkowie są potrzebni na drugiej rozprawie, teraz możesz spać spokojnie – wyjaśniła Kasia. – Najpierw sąd będzie próbował pogodzić zwaśnione strony i nakłonić do zgody.

– Brrr, okropność. Jak sobie pomyślę, że będą mnie pytać o różne rzeczy i przyjdzie mi odpowiadać  w obecności Mirka…

– Być może to jedyna okazja, żeby Mirek wysłuchał co masz do powiedzenia. A ponieważ musi w sądzie być trzeźwy, może coś zrozumie – zauważyła Adelka.

– Bardzo wątpię. Mam wrażenie, że stracił zdolność normalnego odczuwania. Jedyne co potrafi to oskarżać mnie o całe zło świata, poniżać i wyżywać się na mnie. Mam wrażenie, że on nie ma kontaktu z rzeczywistością nawet gdy jest trzeźwy. Fantazjuje, opowiada ludziom jakieś nierealne historie, zmienia fakty według własnych chorych wizji. Wszystko po to, żeby usprawiedliwić swoje picie i rozgrzeszyć się z niego. Bo nie wiecie, że to ja go zmuszam do picia – machnęła ręką wzburzona. – Ja! Ja go zmuszam!

– To absolutnie normalne w przypadku alkoholików – odezwała się Kasia. – Przecież dobrze o tym wiem. Najwyraźniej doszło już do zerwania więzi między jego światem wewnętrznym a zewnętrznym. Takie zniekształcenia są normalką u wszystkich uzależnionych. Dobrze pamiętam jak Jerzy oszukiwał sam siebie, żył w złudzeniach, które przyjmował za rzeczywistość. Po prostu nastąpiło uszkodzenie zdolności postrzegania i osądu i już nie umie znaleźć granicy między swoimi pobożnymi życzeniami a prawdą.

– Mirek twierdzi, że wcale nie pije, tylko ja wszystko zmyślam, bo przecież jestem głupią k… – pokręciła głową Ela.

– A mnie go żal – włączyła się Adelka. – Nie zrobił mi nigdy nic złego, dla mnie był grzeczny. A może on cierpi i dlatego pije?

– No proszę, ty też mówisz, że to moja wina! – oczy Eli napełniły się łzami.

– Nie bredź! – Adelka się zdenerwowała. – Chodzi mi o to, że świadomość picia i konsekwencji picia u alkoholika powoduje takie cierpienie, że jest zbyt ciężkie do zniesienia  i dlatego pije dalej. To jego obrona przed uświadomieniem sobie uzależnienia. Przecież się do niego nie przyznaje. Tak przeczytałam w internecie.

– Dobra, no to może zmienimy temat – Kasia próbowała rozładować sytuację.  – Niedługo się wyjaśni, czy Mirek ma szansę… Nie, źle mówię, szansę ma każdy. Pytanie, czy z niej skorzysta.

– Ale to już inna bajka, sam będzie musiał wziąć się za siebie  – stwierdziła Adelka. –  A ty wreszcie pozbądź się mentalności niańki.

– Dobrze ci mówić. Ja już jestem wykończona jakby żadnego urlopu nie było. On całymi nocami chodzi po przedpokoju, świeci światło, wymachuje rękami bez ładu i składu. Coś niewyraźnie mamrocze pod nosem, a wyraźniej i głośniej, że mnie zabije, wbije mi nóż jak tylko zasnę, że i tak zdechnę niedługo, więc żebym niczego sobie nie wyobrażała. Gdyby nie psice, pewnie by spełnił groźby już dawno. Jak jest kompletnie zalany, zapomina, że Gama to nie  łagodna stara Rina. Choć pijany jak bela, potrafi bezszelestnie zakraść się do mojego pokoju. Gamcia staje mu na drodze i warczy. Wtedy się budzę – głos Eli się załamał i łzy znowu pokazały w oczach. – A wiecie co mi mały powiedział? Że miał dzieciństwo do bani, bo nie skończyłam tego wcześniej  i on nie ma żadnego dobrego wspomnienia związanego z ojcem…- łzy płynęły ciurkiem po policzkach.

– Ciiicho, uspokój się – przytuliła Kasia przyjaciółkę.

– Masz chustkę i wytrzyj nos – podała Adelka pudełko chusteczek higienicznych. – Przecież nie będę się zadawała z zasmarkańcem… No, nie becz już. I tak cię kocham.

– Kochamy, obie – sprostowała Kasia. – Teraz  zaś, moje drogie przyjaciółki, wróćmy do tematu zasadniczego, czyli do wspomnień ze słonecznych dni. Elcia, uśmiechnij się i powiedz coś o Szczawnicy.

Elcia  uśmiechnęła się na samą myśl o Szczawnicy.

– Wiecie co? Zakochałam się.

– Ooo – dał się słyszeć dwugłos wyrażający zdumienie i radość.

– W Szczawnicy!

– Przecież tam właśnie byłaś – zaśmiała się Kasia. – To chyba jasne, że w Szczawnicy. No, ewentualnie jeszcze mogłaś się zakochać po drodze.

– Na przykład na postoju, na stacji benzynowej, albo w autokarze – podpowiedziała Adelka. – Mówiąc szczerze, nie spodziewałam się, że tak szybko ci pójdzie.

– Powiesz chociaż jak mu na imię? – dopytywała się Kasia.

Elżbieta patrzyła zdumiona to na jedną, to na drugą.

– Czyje imię? Co wy bredzicie? Nie… niemożliwe… co wam do tych głupich głów przychodzi? Zakochałam się w miasteczku, bo jest przecudne, wy durne baby.

– Aaa – tym razem dwugłos obwieszczał rozczarowanie.

– Byłam zmęczona ośmiogodzinną jazdą autokarem, ale kiedy wysiadłam, wciągnęłam powietrze w płuca i rozejrzałam się, już byłam zakochana.

– Nie mówiłam? – Kasia tryumfująco spojrzała na Adelkę.

– To ja mówiłam – sprostowała Adelka.

– Niech ci będzie – uśmiechnięta Kasia skinęła głową. – Obie miałyśmy rację. Powiedz, które trasy zaliczyłaś? Co ci się najbardziej podobało?

Ela z zapałem rozpoczęła opowieść o cudach natury, które widziała, starając  się pomijać osobę Winicjusza. Zająknęła się przy tym kilkakrotnie, co – oczywiście – nie uszło uwagi interlokutorek.

– I co, tak zupełnie sama chodziłaś przez cały czas? – spojrzała podejrzliwie Kasia. – Nikogo nie poznałaś? Sama się włóczyłaś po górach? Nie wierzę ci. Coś ukrywasz.

– O, jaka ciekawa. Może sama, może nie – nagle rozjaśnione oczy Elżbiety ciepło spojrzały na przyjaciółki.

– Uuu – dwugłos wyrażał ciekawość najwyższego stopnia.

– Nie bądź żyła, powiedz coś więcej – prosiła Kasia.

– Skąd jest? Znamy go? – dopytywała się Adelka.

– Adelka, no co ty. Skąd miałybyśmy znać kogoś, kogo poznała na drugim końcu Polski, kiedy nas tam nie było? Nie bądź ciekawska, bo Elka nam niczego nie zdradzi ze strachu, że w sądzie powiemy, że to ona ma faceta i dlatego Mirek pije, i właśnie ona jest winna rozkładu małżeństwa – roześmiała się Kasia.

– Aleś wymyśliła, też coś. Ale właściwie… może i racja. Ja nie potrafię kłamać i zawsze wpadałam ilekroć zełgałam. Dlatego już dawno stwierdziłam, że to mi się po prostu nie opłaca – stwierdziła Adelka.

– Ja tak samo… – zaczęła Kasia.

– Przestaniecie? Zgłupiałyście  zupełnie.

– No nie wiem czy to my… – Kasia  zabrała ze stołu swoją filiżankę. – Wolę odsunąć, bo machniesz łapą i mi rozbijesz.

– No dobrze, pokażę wam zdjęcie ze spływu Dunajcem. Właściwie…  kilka spacerów zaliczyłam z Winicjuszem…

– Cooo? – dwugłos nie wiedział co  wyrażał.

– Z moim Winicjuszem?- starała się uściślić informację Adelka.

– Zaraz, jak to z twoim? – spojrzała badawczo Elżbieta. – Dlaczego tak powiedziałaś?

– No jasne, przecież miał jechać do Szczawnicy – uderzyła się otwartą dłonią w czoło. – Mówił Zenkowi. Pewnie, że to on – przyjrzała się fotografii i wzruszyła ramionami. – Skoro znam faceta sto lat, chyba mogę tak powiedzieć.

– Skąd go znasz tak długo? – zainteresowała się Kasia. – Przecież nie masz nawet siedemdziesiątki…

Elżbieta nie roześmiała się, wręcz przeciwnie, jej twarz wyrażała uczucia … no właśnie, jakie?

– Przecież ty go też znasz – dodała Adelka. – No, z drugiej strony, trudno to nazwać znajomością. Masz prawo nie pamiętać, kto cię dwa razy dźwigał z ziemi jak padłaś przed szpitalem i potem w środku, no, wtedy, kiedy Mirek zmiażdżył ci nogę…

W głowie pobladłej Eli zaczęły w piorunującym tempie przesuwać się obrazy, kojarzyć fakty, na które świadomość do tej pory nie zwracała uwagi… Myślała, ze zna go ze sklepu, z mijania się na ulicy czy w metrze, w końcu mieszkali niedaleko i  – jak się okazało – spotykali się nie jeden raz. Wydawał jej się podobny, tylko nie wiedziała do kogo….

Poczuła się oszukana i zdradzona. Zaufała mu, zwierzała się z myśli i pragnień, rozmawiała jak nigdy dotąd z żadnym mężczyzną, była – tak, musi przyznać – była szczęśliwa! A teraz okazuje się, że oszukał ją, wiedział o niej wszystko i nie zdradził się z tym! A srebrny mercedes? Też już kiedyś przejechał przez jej życie… Gdyby wiedziała, że on wie, nigdy w życiu nie nawiązywałaby z nim żadnych kontaktów, uciekłaby jak najdalej… W jednej chwili zmieniła się w dawną Elżbietę – ofiarę Mirka i całego świata, męczennicę własnej wyobraźni i obaw. Postanowiła, że nigdy w życiu nie spotka się więcej z Winicjuszem. Nie chce go znać!

30.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Pomimo że rozmowa między dziewczynami toczy się w ciężkim temacie
    – fajna jest ta ich przyjacielska bliskość. Rety jak ja dawno tak sobie
    nie pogadałam – jest za czym tęsknić.
    wszystkiego dobrego Aniu !

    urszula97 Cofnęłam się kupę lat do tyłu,może nie do Szczawnicy a do Karpacza,pięknie.

  • annazadroza Urszulo:-) Czasem drobiazg wystarcza, żeby odszukać w pamięci wspomnienia wydarzeń, o których całkiem zapomnieliśmy. A jeśli są miłe, to cieszę się, że wróciły:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Cieszę się, że trafiłaś na te moje dyrdymałki i możemy sobie tu pogadać. Odzywaj się jak najczęściej:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Przynajmniej się dzieci nie potrują

Czytałam właśnie o południowej obwodnicy Warszawy, która zaplanowana była wieki temu, jeszcze zanim zamieszkałam na Ursynowie. Czyli czasy serialu Alternatywy 4 i dokładnie moje tereny, wokół mego bloku. Wtedy można było budować drogi, autostrady i diabli wiedzą co jeszcze, bo były chaszcze, resztki ogrodów i pola, niektóre nawet uprawiane, skaczące zające. Wiem, bo chodziłam z dziećmi na spacery, Mały jeszcze w dużym wózku, Duży obok na własnych nóżkach… oj, łezka się w oku zakręciła…

A teraz – każdy wolny kawałek jest zabudowany, potwornie drogie mieszkania w nowoczesnych budynkach znalazły lokatorów. No i mają oni atrakcje w postaci budowanej obwodnicy pod samymi oknami. Harmider, huk, hałas, wykopy, rozkopy, warczące koparki i inne maszyny niczym potwory, wycięte drzewa. Bardzo przykry widok. Potem ma być ponoć bardzo ładnie, miejsca do uprawiania sportu, zieleń i park, nawet Giełda
Na Dołku – czyli bazarek – ma wrócić na swoje miejsce. Z tego się cieszę, nawet bardzo. Tylko tak sobie myślę, czy nie prościej było budować po kolei a nie znowu od doopy strony? Była zaplanowana trasa, to trzeba było plan zrealizować, a nie najpierw postawić bloki, osiedla i dopiero potem kombinować jak to poskładać do kupy.
Znowu marudzę, a powinnam się cieszyć, bo podobno mają być zainstalowane filtry oczyszczające powietrze ze spalin odprowadzanych z tunelu obwodnicy. Przynajmniej mi się dzieci nie potrują.

30.01.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A my uciekliśmy ,,na stare lata ;),, za miasto po prostu na wieś.
    Za płotem pieją koguty w oddali słychać rżenie koni no i przed
    oknem zielono ( oczywiście nie teraz). Ale przypuszczam, że za
    10 lat i to piękne miejsce wchłonie miasto.
    Kocham spokój, już się chyba wypaliłam 😉
    serdeczności Aniu
  • babciabezmohera Powiadają, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… Może i tak? Chociaż ja swoje miejsce na ziemi bardzo lubię. ;))
  • annazadroza Kasiu:-) My przenieśliśmy się na drugą stronę lasu, do małego osiedla, do domku z ogródkiem, żeby Babcia D. miała spokój i zajęcie, bo lubiła chodzić na działkę. Dzieciaki zostały na Ursynowie. Spokój się skończył. Przy osiedlu był dom w pięknym sadzie, ale -niestety zmarł właściciel. Sad został wycięty, dom pewnie zburzą, rozpoczęła się budowa osiedla segmentów. Kawałek dalej poszerzają ulicę, wycięli wszystkie drzewa, przejść się na da, ziemia rozkopana, błoto okrutne. Tak więc z każdej strony budowa i niedogodności z tym związane. Jest jednak nadzieja, że kiedy się skończą, będzie ładnie, czysto i urosną nowe drzewa. Widzę w okolicy, że natychmiast po zakończeniu różnych inwestycji porządkowany jest teren i „zazieleniany”.
    A koguty też słyszę, kiedy idę z psami na spacer:))) I Ciepłego z Puchatym dla Ciebie!!!
  • annazadroza BBM:-) Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – to moje odczucie. Najbardziej lubię być w domu, a wciąż mam tego bycia niedosyt. Tak bym chciała kilka spokojnych dni, w których nie musiałabym nigdzie iść (poza wyjściem z psami i Biedronką), mieć spokojną głowę i nie myśleć, nie musieć myśleć o różnych takich…
    Też moc Ciepłego z Puchatym dla Ciebie!!!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Tak, to jest smutne, że kiedy nie ma ciągłości pokoleniowej tak wiele
    się zmienia wręcz wywraca do góry nogami, a najlepiej zburzyć.
    Od zawsze fascynowali mnie ludzie którzy chcieli i potrafili remontować
    stare domy przywracać im pamięć i dawać drugie życie. Zresztą ja w ogóle
    lubię z zamiłowania naprawiać ,,stare,,…a te czasy są inne – w pogoni
    za ,,nowym,, tracimy duszę.
    Ale ja nigdzie nie biegnę 😉 i życzę Ci dobrego ciepłego wieczoru !
  • annazadroza Kasiu:-) Mąż mnie poprawił, że to nie domek z ogródkiem, lecz segmencik z kawałkiem ziemi wielkości chusteczki do nosa:) Ale jest:)))
    Kocham stare domy i żal mi bardzo, kiedy umierają.
    Dobrze jest nie biec, w spokoju pokonywać kolejne odległości, we własnym tempie. I dobrze Ci, że nie musisz biegać.
    Dzięki, i Tobie też miłego wieczoru i równie miłego poranka:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu ja bym bardzo chciała biegać, ale mam niesprawną nogę.
    Praktycznie nie wychodzę z domu… To co mnie otacza ten piękny
    świat to tylko z pozycji okna. Biegam i chodzę tylko w snach…
    serdeczności jeszcze raz 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) To bardzo przykre, każde ograniczenie napełnia smutkiem. Szukając jaśniejszej strony życia – masz wyobraźnię i możesz używać jej bez ograniczeń czytając książki i patrząc na zieleń przez okno. Może to głupio brzmi, nie myśl, że chciałam urazić czy coś…
    Mnóstwo Dobrego i Serdecznego:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu w życiu tak nie pomyślałabym – przecież czuję Twój klimat i myśli
    tu na blogu. Poza tym takie sprawy ,,zakrywa,, monitor więc skąd można
    się domyślać ? Czasami to dobrze, a czasami źle, ale chyba wolę
    być bardziej ,,przejrzysta,,…mniej się męczę wtedy – taki paradoks.
    wszystkiego dobrego !
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Milczący przyjaciel

Dziś byłam na rehabilitacji po raz pierwszy. Nie w ogóle, tylko w tym „turnusie”, na szyjny odcinek kręgosłupa. Czekałam od sierpnia i się doczekałam:) Udało mi się nawet zmienić godzinę i od jutra będę skoro świt o siódmej piętnaście w gabinecie, tym sposobem potem do Calineczki zdążę „na służbę”:)))
Wieczorem wyjęłam z zamrażalnika pierogi, więc miałam gotowy obiad, zupa została z wczoraj. Babcia D. wylała swoją porcję do sedesu, bo na pewno gotowałam w garnku aluminiowym i przeszła smakiem. Przysięgam, że takowych garnków nie posiadam, nie posiadałam ani nie zamierzam ich mieć. Jeszcze w
poprzednim stuleciu moja mama wyrzuciła ostatni taki rondelek, gdy przeczytała, że nie należy ich używać ze względów zdrowotnych. Po obiedzie i wyjściu z psami (co za psia pogoda, brr, mokro, wietrzno, choć ciepło, +10 stopni było) usiadłam do Lapcia, miałam zaległości w komentarzach i tak się pogrążyłam w rozmowach z Wami, że dopiero teraz oderwałam się od życia towarzyskiego na blogu. Chciałabym jeszcze przełożyć część książek w inne miejsce, bo kupiliśmy mały regalik specjalnie dla nich. To nie błąd, nie „na nie” tylko „dla nich”, dla przyjaciół. Bo przecież książka to najlepszy milczący przyjaciel człowieka:)))

29.01.2018

  • kolewoczy Kupiłam dzisiaj dwie książki a czytam cztery inne pozaczynane 🙂
  • nie-okrzesana Ja tez kupiłam dwie. I nawet jedną zaczęłam czytać.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Witaj Aniu 🙂 miło i ciepło tu u Ciebie pomimo strasznego wiatru.
    A ja wracam do książek sprzed…( oj dawno to było;) i czytam
    z rzewnym wspomnieniem chwil kiedy miałam je pierwszy
    raz w ręku. Teraz wyczytuję inne myśli inne problemy a książka ta sama…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Też mam pod ręką kilka niezbędnie potrzebnych, zawsze:) Jeśli zaczynam powieść – to muszę ją skończyć, nie ma wyjścia, dlatego teraz mało ich czytam. Zwyczajnie nie mam kiedy, bo padam na nos i odpływam. Teraz mam obok Lapcia „Długowieczność zależy od ciebie” Mariana Pomorskiego i „Sekrety wiecznej młodości” pod red.Edwarda Claflina. Po śmierci Taty milion:))) książek przywiozłam z jego podkreśleniami i notatkami. I czuję się, jakby do mnie mówił zwracając uwagę na istotne fragmenty:)
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Książki dostarczają mi teraz dzieci, mam dwie pełne siatki do przejrzenia. Większość najczęściej idzie dalej, sporadycznie tylko zostawiam coś, z czym trudno się rozstać i do czego mam nadzieję wrócić. Swoich ukochanych, jeszcze z dzieciństwa nawet, mam mnóstwo i nie oddam ich nikomu za skarby świata. Są schowane w pudełkach z Ikea, bo ich stan nieraz nie pozwala na stanie na półce, ale cóż, niech sobie poleżą, aby tylko były:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki:) To prawda, że inaczej odbiera się książki czytane po raz kolejny. W zależności od nastroju, przeżywanych problemów, zmieniających się zainteresowań itd. Ale mam takie, które kocham zawsze i wszędzie, np. L. Maud Montgomery. Kocham ją za wszystko, co napisała. Nowelki, opowiadania są po prostu genialne, pokazują jej niezwykły dar obserwacji ludzi i otoczenia, i zdolność pokazania charakteru różnych osób w kilku słowach. Poza tym ujmuje mnie ciepło, wiara w dobro i piękno emanujące z jej twórczości mimo, iż życie jej nie rozpieszczało.
  • irsila Ostatnio wygrzebałam zakurzone myśli Pascala,
    ale to dość trudne do czytania.
  • annazadroza Irsilo:-) Czasem fajnie jest otworzyć taką książkę na chybił-trafił i zastanowić się nad sensem pierwszego zdania, które wpadnie w oko. Różne ciekawe rzeczy mogą wtedy przyjść do głowy. Pozdrawiam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz