Bo historia lubi się powtarzać

Jakkolwiek człowiek chciałby się ochronić – nie da się. Polityka wciska się wszędzie, wchodzi i skrzeczy. Nie tylko głosem z drabinki (nawiasem mówiąc wyjątkowo niemedialny ten głos). Cała rzeczywistość skrzeczy i zgrzyta, taki zgrzyt żelaza po szkle… Brr… Na przykład tacy policjanci, młodzi przeważnie jak nie wiekiem to stażem, (bo inni musieli odejść) wynoszący pana Frasyniuka, albo ciągnący ludzi pod Wawelem ( i dlaczego pod Wawelem, skoro to miejsce być powinno tylko dla ludzi wielkich zarezerwowane), no więc czy oni zdają sobie sprawę, że zostaną pozbawieni emerytur za wykonywanie wszystkiego co mają w zakresie obowiązków na zajmowanym stanowisku? Dlaczego? Bo historia lubi się powtarzać.
Włos się jeży na głowie po uświadomieniu sobie faktów, które na co dzień staramy się od siebie odsuwać, by móc spokojnie żyć, w miarę przynajmniej, jeśli kto może. Pierwszy fakt to nasilający się szowinizm narodowy nie mający nic wspólnego z patriotyzmem, wręcz przeciwnie. Drugi to głoszenie programu społecznego skierowanego do biednych, wykluczonych, odrzuconych (przynajmniej w początkowej fazie). Trzeci
zaś to wodzowska organizacja całej struktury czy też partii rządzącej czy dążącej do władzy całkowitej, taki cesarz cesarzy, król królów, boss wszystkich bossów, prezes wszystkich prezesów itd. No i czyż może nie kojarzyć się z konkretnymi historycznymi wydarzeniami? Do tego włączył mi się obraz z Dnia Dziecka w Sejmie – młodziutki, śliczny jasnowłosy chłopczyk – chyba o braku dostępu do broni mówił m. in., nie pamiętam dokładnie, który cherubinek miał jaki tekst, pamiętam za to, że nienawiść lała się strumieniem z usteczek… Jakby brunatna fala zaczynała porywać ze sobą… Dlaczego? Bo historia lubi się powtarzać.
W TV co chwilę reklama środków na potencję dla mężczyzn. A dla kobiet? Zakaz tabletki „dzień po”. Zakazane już są inne środki ratunku przed skutkami zaistniałymi z powodu niewyżytych facetów dowartościowujących się niebieskimi tabletkami. Do kupienia bez recepty, bez konsekwencji, bo konsekwencje ponoszą kobiety. Tadeusz Żeleński- Boy o piekle kobiet pisał dawno, dawno temu a znów jest aktualne jego pisanie. Bo historia lubi się powtarzać.
Boże, Ty widzisz i nie grzmisz! Ileż jeszcze głupoty bezdennej ześlesz na ten naród? Słucham? Dopóki nie zmądrzeje? Ale jak ma zmądrzeć skoro mu rozum odebrałeś? Że co? Że tylko części? Tak, owszem, mówi się, że jak chcesz ukarać to rozum odbierasz. Ale przecież jest na odwrót! Karzesz tych, którym chociaż resztka rozumu została, wszakże tamci nie wiedzą, że są bezrozumni i zło czynią, bo rozumu im brak! Co tam rozum, zwykłej przyzwoitości im brak i empatii do drugiej żywej istoty. To jakby przedstawiciele ciemnej strony byli… Wiem, to są Obcy! Podobno odwiedzali Ziemię wielokrotnie… Może i tym razem? Bo historia lubi się powtarzać.

12.06.2017

  • Gość: [raf] *.dynamic.chello.pl Blog wyraźnie ewoluuje, tak trzymać
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Chwilami trudno trzymać nerwy na wodzy. Ale poza tym… życie jest piękne bez względu na wszystko. I krótkie, pamiętajmy o tym. Dzięki, że wpadłeś:)
  • Gość: [Lg] *.dynamic.gprs.plus.pl Dobrze poczytać,jak myśli bratnia dusza.
  • annazadroza Dzięki:) Tak myślę sobie, że dużo jest myślących podobnie. Lżej oddychać:)

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Poniedziałek

Przemknął weekend. Jak zwykle zbyt szybko. Naprawdę chciałam przemyć okna od zewnątrz, bo mnie denerwują jak słońce przyświeci, ale się nie dało. Zimno okrutnie było. Teraz też jest zimno. Mówiłyśmy niedawno o wiośnie, a tutaj aura spłatała figla i wróciła mroźna zima. Psom marzną łapki, więc tylko
wyskakujemy szybko na łąkę i biegiem do domu.
W związku z tym, że spacer krótki, w sobotę ogarnęłam jedno pomieszczenie w domu i przy okazji wpadłam na pomysł wykorzystania tego, co się normalnie wyrzuca. Otóż małe woreczki foliowe, takie w które się w sklepie pakuje np pieczywo, słodycze na wagę czy włoszczyznę – powtykałam w pudełka po chusteczkach higienicznych. Dzięki temu nie wypadają z szufladki przy każdym jej wysunięciu, tylko sobie grzecznie stoją czekając na użycie. Drugi pomysł to pocięcie zużytych podkolanówek (ale nie podartych u góry). Ponieważ wciąż mi brakuje gumek recepturek, a w domu są często potrzebne, świetnie je zastąpią. Ściągacze zaś mogą udawać frotki do włosów i dobrze im to wychodzi:) Aha, mam do pocięcia na dawno zaczęty chodniczek koszulę Dużego i dwie moje bluzki, mam też obrus przyjaciółki M. pocięty przez nią samą osobiście.
Dziś babcia D. ma wizytę u neurologa. Nie wiem jak się rozwinie sytuacja, bo wczoraj oświadczyła, że nigdzie nie pojedzie. Obraziła się tym razem za to, że Mąż namawiał ją na spacer, bo było piękne słońce i chcieliśmy ją choć na chwilę zabrać na powietrze. Najpierw było: nie chce mi się. Potem, że ją bolą nogi, a potem furia, że się dopytuje czemu ona nie chce pójść i obraza na cały świat. Takie to z nią życie urozmaicone i nie wiadomo, co się za chwilę zdarzy.

26.02.2018

  • urszula97 Nie sama myslisz o oknach,godz.13 a u nas -8, chcemy jeden pokój pomalować i chyba będzie tylko okno od zewnątrz umyte bo przy takich mrozach bez szans.A babcia,nic nie poradzisz,mąż jest po peknietym tętniaku w mózgu i od czasu do czasu tez ma zawirowania,ech,ciężko momentami.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Mnie też tak umykają tygodnie, czyżby za mało się działo ? W moim
    przypadku chyba to główny powód. Czekam więc wiosny, może
    w słońcu więcej zobaczę ? Piszę tak enigmatycznie Aniu, bo takie
    coś ostatnio życie mam.
    A co do konkretów, to stare tshirty są dla mnie na wagę złota – wycieram
    nimi pędzle z farby 🙂 I nie zostawiają na nich włókien.
    ściskam mooocno, buziaki
  • nie-okrzesana Może ten mróz przystopuje nieco grypę.
  • veanka Dobrze, ze ten mróz przyszedł pod koniec lutego a na przykład na początku stycznia.
    Bo w marcu (przynajmniej w jego drugiej połowie) już jakichś większych, trzaskających mrozów raczej nie będzie.
    Więc trochę cierpliwości, chociaż o tę cierpliwość jakoś u mnie obecnie trudno…
    Mamy zaprzyjaźnionego 91 letniego sąsiada, fizycznie trzyma się doskonale, za to psychicznie … cóż, wiek robi swoje.
    Ślubny w wielkim trudem wystał mu numerek do lekarza, sąsiad na wizytę poszedł, ale z niej nie skorzystał, bo … było trochę ludzi i trzeba było z pól godziny poczekać.
    To najświeższy kwiatek z wielkiej kolekcji jego zachowań.
    Ręce opadają, ale cóż, każdy wiek ma swoje prawa…
  • annazadroza Uszulo:-) Udało się i babcia D. pojechała do lekarki. Uff.
    Co do okien, nie ma rady, trzeba czekać do wiosny. A malować teraz chcesz? Można przy takiej temperaturze? Myślałam, że trzeba cały czas wietrzyć dopóki farba nie wyschnie. No i mąż nie powinien się przemęczać po takiej chorobie. Popatrz, że zawsze człowiek ma pod górkę, jak się jedno poprawi, to się drugie popsuje. A kobieta wszystko wytrzyma. Pozdrowienia :)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Jakie pędzle? Malujesz ścianę czy obrazy?
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) I kleszcze. Muszę nowe obroże sprawić, na cały sezon psy zabezpieczyć.
    Grypa na razie nas ominęła, infekcję Mąż pokonał, więc chwilowo jest OK.
  • annazadroza Veanko:-) Chciałoby się starszemu człowiekowi pomóc, a on na to nie pozwala. Najczęściej już nie rozumie, np., że zdobycie numerka to nie jest łatwa sprawa, że trzeba poświęcić swój czas i nieraz siły. Tak jak babcia D. nie rozumie, że jak nie będzie jeść, to za chwilę nie będzie wiedziała jak się nazywa – tłumaczyła jej lekarka, ona głową kiwała i tyle.
    W marcu już dłuższy dzień, kiedyś na Dzień Kobiet zakładało się pantofle, pierwszy raz po zimie. Może za tydzień już mróz odpuści – czego Tobie i sobie życzę:))) I jeszcze tej cierpliwości więcej:)
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl To drugie 🙂
    Co do kleszczy…to naprawdę nie ma w tym przesady potrafi ten maleńki
    pajęczak zabrać człowiekowi zdrowie a potem i życie…mówię to
    z własnego doświadczenia
    uściski :))
  • kotimyszkot Ponoć trochę ma odpuścić, już od następnego poniedziałku 🙂
    A słowa, że na starość się dziecinnieje, faktycznie czasem stają się prawdziwe. Role się odwracają i to dziadków trzeba, jak dzieci pilnować. Powodzenia i duużo cierpliwości 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) To Ty artystka jesteś!!! No i rozwiązana zagadka Twojej wrażliwości:))) Tak to już jest z artystami… Buziaki najserdeczniejsze!!!
    Co do kleszcza – to franca cholerna jest. Czyżbyś z nim zawarła bliższy kontakt? Strasznie trudno się po tym „spotkaniu” pozbierać.
  • annazadroza Myszokocie:-) Mówili w telewizorze, że już weekend ma być cieplejszy.
    Starsze osoby są sto razy gorsze do upilnowania niż dzieci, no i silniejsze. Nie odciągniesz od czegoś, na ręce też nie weźmiesz, nie wytłumaczysz, bo taki człowiek uważa, że wie lepiej albo do niego już nie dociera co mówisz itd. Właściwie się powinno modlitwę odmawiać z prośbą o sprawność fizyczną i umysłową do ostatniej chwili… I jeszcze o trafienie od razu na miejsce przeznaczenia bez konieczności błądzenia po labiryntach zaświatów.. O matko, na jaki temat zeszłam.
    A kysz! Dziś był piękny, słoneczny dzień, choć bardzo mroźny. Pozdrawiam serdecznie:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu dwanaście lat temu mnie ugryzł a od trzech lat jestem kompletnie
    niepozbierana i prawie nie chodzę. Tak mi życie zwłatwił no i złe
    leczenie…lekarze nie potrafią tego leczyć zbyt jeszcze mało wiedzą.
  • annazadroza Kasiu:-) Strasznie to przykre, że takie małe „coś” może człowiekowi całe życie zniszczyć. Różnych lekarzy pytałaś o radę? Może jeszcze alternatywne metody leczenia wykorzystać? Pamiętam, że gdzieś czytałam o niekonwencjonalnych sposobach zwalczania pokleszczowych „pozostałości”, tylko nie pamiętam gdzie. Zwrócę teraz na to uwagę.
    Uściski serdeczne Kasieńko:)))
  • kasiapur Aniu przeszłam wszelkiego rodzaju leczenie; medycyny akademickiej
    i niekonwencjonalnej. Ale pewne zniszczenia mogą być nieodwracalne.
    Mogą ale nie muszą… dlatego mam rehabilitację, ale praktycznie
    uczę się chodzić, sił mi często brakuje – wszelkich.
    pozdrawiam Cię serdecznie Anula 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Przykre to strasznie. Ale dobrze, że się nie poddajesz. Walcz ze słabością, kochana, walcz, bo nieoczekiwanie dobre rezultaty czasem się pojawiają i życzę Ci, żeby tak się stało w Twoim przypadku.
    A wiesz, nigdy nie wiadomo co człowieka czeka za zakrętem, nawet najzdrowszy może nie wrócić do domu, bo spotka na drodze np. pijanego idiotę czy naćpanego kretyna, albo sfrustrowanego rasistę, ksenofoba lub innego psychopatę.
    Trzymaj się Kasieńko, a ja trzymam za Ciebie kciuki.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 22a

U Kasi zadzwonił telefon. .

– Położysz mi farbę? – usłyszała głos Elki.

– To przychodź szybko, mam jeszcze na dziś masę roboty – odpowiedziała Kasia wstawiając od razu czajnik z wodą na gaz.

Po chwili zjawiła się Elżbieta z farbą do włosów i lodami.

– Byłam w sklepie i pomyślałam, że jest sobota i coś od świata nam się należy. Po lodach  będziemy mieć  słodsze życie.

– Aha, a potem w żadne spodnie się nie zmieszczę.

– Przecież Adelka mówiła, że lody odchudzają.

– Tak, na pewno – spojrzała na Elkę jak na wariatkę.

– Nie patrz tak na mnie – Ela wzruszyła ramionami. – Nie pamiętasz? Mówiła, że organizm musi włożyć dużo wysiłku w ogrzanie zimnych kalorii, w związku z tym się nie tyje. A mnie się taka teoria podoba.

– No dobrze, zgodnie z teorią zimnych kalorii będę się obżerać lodami, a potem kto mi kupi nowe ciuchy? Sama nie kupię, nie mam za co. Wiesz, że ledwo starczy na opłaty i bilet miesięczny.

– Wiem przecież dobrze, mam tak samo. Często jak zapłacę pozostałe rachunki to nie mam na czynsz.

– Dokładnie. Całe życie tak kombinuję. Zapłacę za jedno, potem resztę tu dopłacę, tu nie dopłacę i tak w kółko. Łukasz się wczoraj pytał jak ja sobie zawsze dawałam radę. Teraz jako gospodarz sam liczy na wszystkie strony i ciągle mu mało. Wreszcie docenił moje zdolności. Przecież nie wie, że nieraz byłam głodna, bo nie mogłam już patrzeć na chleb z margaryną i wolałam nie zjeść. Dla nich zawsze było masło i coś jeszcze. Nikomu się nie przyznawałam, że jest aż tak źle dopóki nie wyszłam z dołka. Teraz mogę o tym mówić spokojnie.

– Czemu ojcu nie powiedziałaś, nie poprosiłaś o pomoc?

– Bo by mi przez gardło nie przeszło. Nie potrafię prosić dla siebie, a dla dzieci miałam. To sprzedałam sweter zrobiony na drutach, to w pracy wpadło jakieś wyrównanie albo premia i do przodu. A teraz będę miała wnuczkę i to jest najważniejsze na świecie.

– Powiedz,  czy twój tata cieszy się, że będzie pradziadkiem?

– Zawsze lubił dzieci więc się cieszy, że rodzina się powiększa. Ale tylko w momencie kiedy o tym mówię. Jak skończę to już nie pamięta… Nie ruszaj się, bo ci farby do ucha naładuję…

– A tam, w ośrodku, jak się zachowuje? Wie gdzie jest?

– Nie, nie wie. Głównie myśli, że w pracy albo na kursie, albo na ćwiczeniach. Oczywiście za każdym razem chce wracać do domu, ale kiedy go przywozimy to wcale nie poznaje, że to jego mieszkanie. Nie wie gdzie jest. Myśli, że u ciotki albo w hotelu.

– Wiesz co Kasiula? Myślę, że tak jest dobrze. Ma opiekę i żyje, żyje taką pełnią życia na jaką pozwala konkretne stadium choroby w którym się znajduje.

– Rozumiem co masz na myśli – Kasia skinęła potakująco głową. – Wiesz jak bardzo przeżywałam zawiezienie taty do ośrodka. Miałam wyrzuty sumienia, zresztą wciąż je mam. Tłumaczyłam sobie, że to tylko na miesiąc, dopóki Tosia jest na urlopie, bo nie ma innej możliwości zapewnienia mu stałej opieki, potem go zabierzemy z powrotem po wakacjach. Wakacje miał w naprawdę ładnym miejscu. A teraz, tak jak powiedziałaś, żyje. Owszem, złości się, chce jechać do siebie, obraża się na mnie. Jednocześnie jednak prowadzi odprawy i wygłasza wykłady dla pozostałych chorych, którzy i tak go nie słuchają i niczego nie rozumieją, ale on o tym nie wie. Z szefem ośrodka rozmawia na tematy polityczne i zawodowe, raz go bierze za kolegę z kursu raz za swego przyjaciela.

– I tak jest dobrze, nie becz.

– Elu, kiedy po miesiącu pobytu przywieźliśmy go do domu, wcale nie wiedział gdzie jest. Od razu szukaliśmy z Markiem kluczy, które gdzieś schował. Przez dwa dni i dwie noce nie spał, chodził, pełnił dyżury, robił notatki przygotowując się do wykładów. Nie położył się nawet na chwilę, nogi mu popuchły w kostkach do tego stopnia, że skóra popękała…

– Biedny – wtrąciła Ela.

– Tak, bardzo. Ale kiedy mi powiedział, że miał przy sobie kordzik do obrony, ponieważ bał się, że ktoś chce mu wydrzeć tajemnicę państwową i porwać go w tym celu, to zrobiło mi się słabo. Przecież mógł zranić Tosię myśląc, że to porywacz!

– O Boże – jęknęła Elka.

– Potem któregoś dnia zadzwoniłam, a tata stwierdził, że Tosia jest jakaś sztywna. Nie odbierała komórki i pomyślałam, że ją zamordował.

– Sama bym trupem padła z przerażenia – zimny dreszcz przeszył Elżbietę.

– Telefon się popsuł, słychać tylko było: „linia abonencka uszkodzona” i już w ogóle wpadłam w panikę. Wreszcie Tosia odebrała komórkę i powiedziała, że jej szczęka zesztywniała od odpowiadania na pytania: skąd się tu wziął, czyje to mieszkanie, skąd tu przyjechał, gdzie był itp., itd. Nie uwierzył w żadną odpowiedź i powiedział, żeby z niego nie robiła wariata. A w nocy uciekł jej w piżamie z mieszkania, szukając łazienki.

– Tego po prostu nie można wytrzymać na dłuższą metę.

– Właśnie. Okropnie się przestraszyłam i doszłam do wniosku, że zaczyna być po prostu niebezpieczny dla otoczenia, bo wciąż ma siłę niedźwiedzia.

– No tak, nie wiadomo kogo widzi w danym momencie, co mu się zwiduje, w jakiej sytuacji uczestniczy i jaka będzie jego reakcja.

– Zobacz jaka życiowa paranoja. Człowiek się uczy przez dziesiątki lat, zdobywa wiedzę, jest specjalistą w swojej dziedzinie na skalę europejską i nagle to wszystko okazuje się być niewarte funta kłaków, znika, nie ma znaczenia, jest nieważne, bo tego po prostu już nie ma!

– Co w takim razie jest ważne?

– Wydawało mi się, że już to przegryzłam w sobie, przetrawiłam, pogodziłam się. Figa. Zdałam sobie sprawę, że takie samo niebezpieczeństwo wisi nade mną i nad Markiem. Myślę, że muszę absolutnie wszystko uporządkować w swoim życiu mając pełną świadomość, dać dzieciom wskazówki na przyszłość i żyć na bieżąco póki jest mi to przeznaczone.

– To brzmi jak testament – wzdrygnęła się Elka. – A co Mikołaj na to?

– Nie wiem.

Mikołaj w odpowiedzi na rozterki Kasi miał przygotowaną niespodziankę. Zaproponował kilkudniowy wypad do Szczawnicy, żeby mogła nieco odpocząć od wszystkiego: pracy, ojca i innych zobowiązań.

W Szczawnicy byli już kilkakrotnie. Zwiedzili też Wisłę, Szczyrk, Rabkę i Szklarską Porębę podczas kolejnych tygodniowych wypadów, bo na dłużej trudno było się wyrwać codziennemu życiu. Wszędzie było pięknie, miło i sympatycznie, lecz to Szczawnica stała się obiektem Kasinej miłości od pierwszego wejrzenia. I już nigdzie więcej nie chciało jej się jechać, nigdzie nie czuła się tak dobrze i nigdzie nie relaksowała się tak jak w tym cudnym pienińskim miasteczku.

Podczas kolejnego pobytu zamieszkali nie w pensjonacie lecz w wynajętym na ten czas  małym mieszkanku na poddaszu. Zachwycili się tym sposobem odpoczynku, doszli oboje do wniosku, że cudownie byłoby mieć tutaj stałe lokum, własne, osobiste, niezależne od nikogo i niczego. Rozwiesili ogłoszenia o chęci kupna, przejrzeli oferty biura nieruchomości, trafili też do spółdzielni mieszkaniowej i tam się dowiedzieli, że realizowana jest nadbudówka w bloku na Osiedlu. Z tą informacją wrócili do Warszawy. Po tygodniu Kasia nie wytrzymała. Tak bardzo tęskniła za Szczawnicą, że zadzwoniła do spółdzielni i poprosiła o zarezerwowanie środkowego mieszkania. Składać się miało z małego pokoiku, który od razu przeznaczyła na sypialnię, dużego z aneksem kuchennym i wyjściem na balkon z przepięknym widokiem, oraz maleńką łazienką. Dopiero potem zawiadomiła Mikołaja, że koniecznie natychmiast trzeba faksem wysłać prośbę o rezerwację. Zrobił to najszybciej jak się dało. W pierwszym możliwym terminie wzięła dwa dni urlopu i pojechali załatwiać formalności, wcześniej uzyskując kredyt na zakup mieszkania. Z pracownikiem spółdzielni poszli obejrzeć trzy wolne lokale, żeby wybrać optymalny dla siebie wariant. Kasi najbardziej podobało się dwupokojowe, z prawdziwą kuchnią, o metrażu tożsamym z wielkością jej mieszkania na Ursynowie. Niestety, okazało się być poza zasięgiem ze względów finansowych. Trzecie było bardzo maleńkie: jeden pokój z łazienką. Mikołaj chciał właśnie to, lecz Kasia wyraziła zdecydowany sprzeciw, przekonała ukochanego, że jest zbyt małe i w końcu zdecydowali się na środkowe, które Kasia wybrała na wstępie. Stali się posiadaczami mieszkania na Osiedlu XX-lecia i Kasia poczuła się absolutnie szczęśliwa z tego powodu. Mikołajowi też gęba się uśmiechała na samą myśl o cudnym miasteczku, które stało się dla nich odskocznią od wszystkich życiowych problemów.

23.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Też mam takie miejsce, ale na razie tylko w marzeniach i raczej już
    tak pozostanie. Jakoś tak się porobiło, że świat marzeń jest bardzo
    obszerny a rzeczywistość ciasna…
    Wszystkiego dobrego Aniu -uściski :)))
  • kobietawbarwachjesieni Aniu!
    Jak zwykle nie mogłam się oderwać, aż skończyłam czytać. Czekam na następne opowiadanie. Buziaki.
  • annazadroza Kasiu:-) Świat się zmienia i życie wokół nas też niezależnie od naszej woli, niestety. Jeśli ktoś potrafi marzyć i ma wyobraźnię, która mu pozwala przenieść się w ten świat marzeń – to jest bogaczem. Buziaki:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Dziękuję, kochana:) Jutro następny odcinek, zapraszam i mooocno Cię przytulam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dziecko też człowiek

Bardzo mi smakowała wczorajsza fasolka, właśnie ją zjadłam po powrocie od Calineczki.
Nasze maleństwo to bardzo charakterna kobietka jest:) Teraz postanowiła nie pić mleka z butelki. Wypluwa, zamyka buzię, głośno daje do zrozumienia, że nie ma ochoty i już. Ewentualnie trzyma smoczek, miętoli go dziąsełkami i się śmieje. Prośby, groźby – że nie urośnie, będzie ją bolał brzuszek itd. nie robią na niej żadnego wrażenia z prostego powodu: ma 5 miesięcy, więc trudno, żeby rozumiała ich sens. Cóż, jej tatuś też był niejadkiem, więc porzekadło o jabłku niedaleko padającym od jabłoni znajduje w tym przypadku swoje potwierdzenie:) Ponieważ wygląda jak przysłowiowy pączek w maśle, rozwija się prawidłowo, jest uśmiechnięta i radosna – myślę, że nie ma powodu do niepokoju. Pić też nie chce w większych ilościach, ale np. dziś podawałam jej butelkę z zaskoczenia podczas zabawy, wtedy wypijała kilka łyków wody. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że uczone teorie na temat tego co dzieci powinny, a czego nie – należy
rozpatrywać indywidualnie, każde dziecko jest inne i inaczej reaguje, ma inne potrzeby. W końcu dziecko to też człowiek, tylko malutki i uzależniony całkowicie od nie zawsze mądrych i dobrych dorosłych. Bo… jacy oni są, ci podobno dorośli, widać w doniesieniach medialnych, z których dowiadujemy się o coraz nowych aktach przemocy psychicznej i fizycznej, często (niestety) kończącej się śmiercią dziecka. Nie ma dnia bez takich koszmarnych informacji.
Nie chce mi się rozwijać tematu, bo zaraz nasuwają się tematy pokrewne np. o prawie do aborcji i o in vitro, o rodzeniu się dzieci tam, gdzie ich nikt nie chce. Albo o tym, że dzieci rodzą dzieci przeszkadzające im w zabawie, imprezach, a więc trzeba się ich pozbyć. Albo o dostępie do tabletek na męską potencję i o braku dostępu do tabletek dzień po. Bo przecież wiadomo jakie jest podejście do kobiet w tym państwie. Aż się prosi wymienić od razu jednym tchem kilka nazwisk… Ale nie chcę. Miał być dystans, a babranie się w nieczystościach niczego dobrego ze sobą nie niesie.

22.02.2018

  • nie-okrzesana Ja też odstawiłam mleko w wieku 5 miesięcy. Do dziś. Wprawdzie rodzice robili próby zmuszenia mnie do szklanki mleka dziennie. Dziś okazało się, że organizm był mądry mam alergię na białko mleka. Tylko kto w tamtych czasach tym się przejmował.
  • annazadroza No proszę, okazało się, że miałaś rację. Powiem synowej, może jakieś badania trzeba będzie zrobić. Dzięki:)))
  • kotimyszkot Nie trzeba badań, dziecko wie, co lubi 🙂 Mój jadł kaszki na mleku do 2 roku życia, potem zrobił ble i koniec, na szczęście zostały wszystkie kasze do obiadu więc już tych na mleku mu nie wciskam 😉 Zresztą żeby to obecne mleko było zdrowe i wartościowe, to można by walczyć.. a tak lepiej dać później jogurt naturalny z dodatkiem pokrojonych owoców i chętnie zje.
  • urszula97 Tak każde dziecko jest inne i czegoś innego się domaga,na 3-miesięczny Oluś to za przeproszeniem na razie żarłoczek,potrafi 5 razy w nocy domagać się jedzenia,po takiej nocy dziewczyna chodzi półprzytomna,wczoraj pierwszy raz dostał butlę z mlekiem,może mleka z piersi za mało?a może taki apetyt ma bo rośnie jak na drożdżach,a słodziak taki jak każde wnuczątko babci.
  • babciabezmohera Był czas, gdy dzieci pielęgnowało się pod książkowe dyktando, potem przyszedł czas na 100% naturalności i intuicji a ja myślę, że złoty środek najlepszy, bo książkowa wiedza też się młodej mamie przydaje. 😉
  • veanka Ja myślę, że mama, która obserwuje dziecko, bo jest z dzieckiem 24h na dobę intuicyjnie wyczuje kiedy trzeba niektóre „zasady” dziecku odpuścić.
    Poza tym to, ze dziecko nie chce czegoś jeść/pić to raczej nie jest jego widzimisię, coś po prostu przestało mu smakować. Zawsze można ten nie lubiany „produkt” zastąpić czym innym o podobnym składzie i wartości odżywczej.
  • annazadroza Myszokocie:-) Jogurcik z owocami już chętnie je, chodzi o picie mleka i w ogóle o picie, bo mało pije, taki cudaczek malutki. Chociaż, z drugiej strony, może jej wystarcza? Jest radosna, zadowolona, raczej nie zachowuje się jakby coś jej dolegało. Dziąsełka tylko ewidentnie swędzą, ale to inna sprawa.
  • annazadroza Urszulo:-) Jeśli Twój słodziaczek dostanie w nocy butlę, to może młoda mama trochę odetchnie. Pewnie już niedługo sam sobie ustawi godzinę nocną karmienia, albo w ogóle z niej zrezygnuje. Mój Mały tak zrobił. Malutka też coraz lepiej nocki przesypia, tylko ta zbyt mała ilość przyjmowanych płynów jest powodem troski.
  • annazadroza BBM:-) Dużego też wg podręcznika starałam się traktować. Teraz uważam, że bez sensu trzymać się ściśle schematu, bo każde dziecko ma indywidualne potrzeby, nie jest robotem z linii produkcyjnej. Przy Małym już postępowałam inaczej. Zresztą musiałam, bo był chorym dzieckiem. Jak piszesz, najlepszy jest złoty środek – czyli wiedza plus szare komórki:)))
  • annazadroza Veanko:-) Masz rację, oczywiście. Jest jedno „ale” – młoda mama zamknięta z dzieckiem w domu już prawie pół roku (a z charakteru nie jest „kobietą domową” jak np. ja), mająca do tego 12-latkę i koszmarne odrabianie z nią lekcji po „dobrych: zmianach w edukacji, do tego wszystkie normalne codzienne domowe sprawy i coś tam przez komputer pracowego robiąca -może być znerwicowana. W związku z tym i na humorki Małej może nadmiernie reagować. Dlatego jeżdżę, żeby troszkę odciążyć. No i z pobudek czysto egoistycznych;) – żeby wyprzytulać szkrabiątko, nacieszyć się nią. Zaraz będę smażyć naleśniki, bo znów mam zamówienie na jutro:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Fasolka

Dziś nic konkretnego, trochę codziennych dyrdymałek:)
Znowu słońce, wiosną na dworze/na polu pachnie w ciągu dnia, a specjaliści od pogody straszą mrozami. Nie chcę!!! Tęsknię do wiosny, zwierzaki chyba też. Skituś wciąż chce wychodzić do ogródka, każe sobie otwierać drapiąc w szybę, po czym szybko wraca, bo mu kuper marznie. Po chwili znów to samo. Szilka
jest mądrzejsza, bo raz wyszła, stwierdziła, że jeszcze nie pora leżeć na trawie i nawet się nie podnosi. Jeśli któryś „ludź” z nimi idzie, to co innego. Piłeczkę porzuca albo patyk i jest wesoło. Tylko czemu „te ludzie” tak się szybko męczą i bawić im się długo nie chce – tego psiaki pojąć nie mogą. Mówiąc szczerze – ja też. Zupełnie, nic a nic nie podoba mi się to co widzę w lustrze. To nie ja! Trochę moja mama, trochę siostra, ale nie ja! Mogłabym to potraktować jako dowód na istnienie duszy, która wciąż jest młoda, a powłoka fizyczna – niestety – podlega przemianom;) Szczególnie na skórze widać przyciąganie ziemskie;)))
Z innej beczki. Ugotowałam fasolkę, właściwie dwa rodzaje/odmiany. Jedna to jaś, druga o czarnych, niedużych fasolkach. Namoczyłam wieczorem, rano ugotowałam i poleciałam do Biedronki po pieczarki. Pokroiłam je w duże kawałki i podsmażyłam, sporo cebuli też, ale każde osobno. Potem wrzuciłam do fasolki, doprawiłam solą, pieprzem i jeszcze się wszystko razem „gryzło” przez jakiś czas na małym ogniu. Dorzuciłam tez kostkę grzybową, choć to niezdrowe, ale cóż, smaczne. Drugi raz taką potrawę zrobiłam. Za pierwszym razem przyszedł mi taki pomysł do głowy gdy namoczyłam dwa opakowania fasoli i pomyślałam, że za dużo będzie na jedną fasolkę po bretońsku. Część więc przyrządziłam „po innemu”. Jeszcze się gryzie, ale już spróbowałam. Dooobra:)))

21.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Raaany aż mi zapachniało, chyba też tak zrobię 🙂
    uściski i uśmiechy ( jest u Ciebie klimat Aniu – bardzo go lubię )
  • emma_b też mnie to straszenie syberyjskimi mrozami nie kręci. fasolka pyszna, ale mój organizm niestety nie toleruje.
    ps. widzę, że wszystkim tę cholerną reklamę zaserwowali, to chyba na pożegnanie:)
  • aga-joz U mnie dziś gotowanie gołąbków na jutro. Jeść uwielbiam, gotować znacznie mniej, a fasolka chodzi za mną od prawie miesiąca, chyba w końcu się zabiorę.
    I jeszcze cytat z ostatnio przeczytanych książek; „Jakie to dziwne, że na zewnątrz człowiek ma stare opakowanie, a w środku jest tą samą uśmiechniętą młodą kobietą. Dziwne i trochę niesprawiedliwe”. Ale przecież to co wewnątrz jest ważniejsze, opakowanie znacznie mniej…
  • nie-okrzesana Tak. Fasolka to typowo zimowe danie. Dzięki za przypomnienie, też zrobię wkrótce.
  • urszula97 Świetny pomysł, musze koniecznie wypróbować,takiej wersji nie robiłam,
  • babciabezmohera Popatrz, popatrz! U mnie też fasolka. Po bretońsku. A pieczarki akurat ostatnio kupiłam, to może spróbuję „po nowemu”?
  • e.urlik Mój pies marki Quattro też wyłazi, zaraz wraca, w domu mu za gorąco, więc znowu chce wyjść… Eh, jak dzieci, jak dzieci… O, właśnie łapką puka.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Zwierzaki czują wiosnę jak nic. U mnie w ogrodzie przebiły się małe
    1 cm kiełki (listki) tulipanów i krokusów – dzisiaj odkryłam !
    Ile to dodaje sił w końcu namacalny dowód – już prawie wiosna !
  • krzysztof213 Ze pozdrowię
    Hmm dużo ziół lubi takie danie .
    Hmm i dziwna trochę kombinacja
  • kobietawbarwachjesieni Zainteresowałaś mnie swoim pomysłem na fasolkę z pieczarkami. pozdrawiam.
  • annazadroza Kasiu:-) Naprawdę pachnie. I to jak apetycznie:)
    Kochana, ogromnie się cieszę, że się tu dobrze czujesz. Od razu i mnie się robi lepiej na serduchu, wpadaj jak najczęściej:)))
  • annazadroza Emmo:-) Nie życzę sobie żadnych pożegnań, ja dopiero zaczęłam, za chwilę będzie rocznica mojego pobytu na bloxie. Duży powiedział, że blox się dobrze trzyma, więc ja się trzymam jego słów. Co do reklam, to są wkurzające, wyskakują jak diabeł z pudełka.
    Podobno jak się zje po fasolce zmielony kminek z majerankiem, tak na łyżeczce i popije wodą, to nie drażni przewodu pokarmowego.
  • annazadroza Ago:-) Cytat genialny. Co do wnętrza – życzyłabym sobie do zawartości nowe opakowanie, fajnie by było;)
    Gołąbki lubię bardzo, ale roboty od groma i za moment śladu po nich nie ma;( Kiedyś się zmobilizuję, na pewno;) Ostatnio kapuśniak robiłam, rozgotowałam w nim trochę kaszy jaglanej i mannę, jako zagęstnik. Chciałam, żeby bardziej pożywne było. No i się udało, bo babcia D. zjadła i kaszy nie zauważyła:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Zimowe, dobre i proste danie. Namoczyć fasolkę, a dalej to już samo leci. I zamrozić można jak się za dużo zrobi, potem jak znalazł:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Tak mi się „samo wymyśliło” i się sprawdziło. Nawet babcia D. zjadła wczoraj, kiedy zestawiłam garnek z kuchenki i przyszła po dokładkę. To cud prawdziwy:)))
  • annazadroza BBM:-) Po bretońsku była niedawno. Chciałam wykorzystać czarną fasolkę ale nie bardzo wiedziałam jak. Pomieszałam więc czarną z białą i się udało. Z tymi pieczarkami to dla odmiany, żeby coś innego było. Wypróbuj, ciekawa jestem Twojego zdania. Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Ewo:-) Jak Skitek, zupełnie tak samo:)
  • annazadroza Krzysztof:-) Dzięki za pozdrowienia i nawzajem:)))
    Kombinacja może dziwna, ale smaczna. Pieczarki z cebulką zawsze są dobre, dodawać do nich można przeróżne rzeczy i z reguły coś ciekawego wyjdzie. Dużej ilości ziół trochę się bałam, poza solą i pieprzem dałam czosnek granulowany, teraz mi się przypomniało.
  • annazadroza Maryniu:-) Może zainteresowanie przekujesz w czyn;) Serdeczności:)))
  • annazadroza Kasiu:-) A nie zmarzły Ci roślinki? U mnie hiacynt za wcześnie łepek wychylił i zamarzł na śmierć. Szkoda mi tych roślinek, bo mróz bez śniegu jest dla nich niebezpieczny.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dzisiaj Aniu jak tylko zostały zobaczone przykryliśmy gałązkami i starym
    igliwiem, tutaj pod sosnami jest cieplej one tworzą taką pierzynę
    od góry. Zobaczymy co później, ale tyle radości mam z tych zielonych
    kiełków :))) aż się z siebie śmieję, choroba chyba się zestarzałam ;))
    – ale odkrycie 😉
  • bognna Kolekcjonuje przerozne przepsiy z roznych krajow:) Mam calkiem, calkiem spora kolekcje.Z czym te fasolke sie podaje?
  • veanka Fasolę mogę jeść codziennie i pod każdą postacią;).
  • annazadroza Kasiu:-) Jakie „zestarzałam”, jeśli potrafisz się cieszyć zielonymi kiełkami wychodzącymi z ziemi, to znaczy, że masz młodość w duszy:))) Dobrze, że zdążyliście przykryć roślinki. U nas śniegu napadało, więc tym śniegiem mąż przysypał całą grządkę. Może pomogło, bo mróz okrutny.
  • annazadroza Bognna:-) Ja zjadłam samą, reszta domowników z chlebem. Nawet zimna mi smakowała.
  • annazadroza Veanko:-) Z fasolki robiłam też smarowidełko do chleba. Rozgniotłam -ugotowaną albo z puszki – widelcem, dodałam śliwki suszone pokrojone, usmażoną cebulkę, sól, pieprz, majeranek. Też dobra:)
  • bognna OK. Dziekuje i sprobuje:)
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 22

Kasi zdawało się, że dopiero przymknęła oczy, a już ojciec stał jej nad głową kompletnie ubrany, podniósł żaluzję i wyglądał przez okno.

– O, zobacz, tego wróbelka już tu widziałem kilka razy – wskazał na szarą kulkę siedzącą na balustradzie balkonu. – Karmię je od kilku miesięcy i odganiam gołębie,one tym małym jeść nie dają. Gołębiom rzucam chleb  na podwórko z drugiego balkonu.

– Tato, teraz jesteś u mnie na Ursynowie, ja nie mam dwóch balkonów.

– Tak? – rozejrzał się zdziwiony. – No popatrz, a ja myślałem, że jestem u siebie.

– Jeśli jesteś u mnie to jakby u siebie, przecież jestem twoją córką – uśmiechnęła się do ojca.

– A jak się wyspałaś, córciu?

– Jako tako tatusiu.

Cóż miała odpowiedzieć? Że ani jednej nocy nie przespała odkąd ojciec był u niej? Musiała przecież przez cały czas mieć go na oku. Zawsze już tak było. Owszem, usypiał wieczorem, ale wkrótce się budził i chodził po mieszkaniu. Odkręcanie wody było normalką, próba wyjścia na zewnątrz także. Co chwilę sprawdzał czy drzwi wejściowe są zamknięte, wyciągał tysiąc razy portfel z marynarki i przeglądał jego zawartość. Zobaczył mrugające światełko w panelu za biurkiem i zaczął odsuwać meble, żeby się do niego dostać. Kiedy zmęczenie Kasię zmogło i przysypiała na chwilę, budził ją głos ojca dzwoniącego do znajomych z propozycją spotkania, bo przecież dawno się nie widzieli. Chwilami nie rozróżniał kiedy noc, kiedy dzień, nie wiedział jaka jest pora roku choć wyglądał przez okno, patrzył w telewizor i nie wiedział o czym mówią. Najgorsze było bezustanne zadawanie pytań, tych samych, w kółko tych samych, bez przerwy…

Tosia chciała wyjechać do domu, w końcu przecież należał jej się urlop. Nie było innego sposobu niż znalezienie ojcu na miesiąc jakiegoś bezpiecznego, sympatycznego miejsca z dobrą opieką.  Kasia ściągnęła informacje z internetu, także z książki telefonicznej wzięła kilka numerów. Dzwoniła, pytała  – nie podobał jej się albo głos osoby udzielającej informacji, albo ton wypowiedzi, albo sama informacja. Coraz czarniejsze myśli wypełniały jej głowę. Co ona zrobi? Nie ma tyle urlopu, żeby zapewnić ojcu opiekę. Wykorzystała już ponad połowę na chodzenie z nim do lekarza, na zajmowanie się nim podczas nieobecności Tosi. Marek mówił, że nie ma czasu, bo praca i dzieci i tyle. Kasia musiała, nie miała wyjścia i czuła potworne zmęczenie jak wtedy, kiedy chłopcy byli mali i została z nimi sama. Tylko… wówczas miała o dwadzieścia lat mniej. Wystarczała piętnastominutowa drzemka, żeby mogła dalej sprawnie funkcjonować. Teraz – niestety – bolały stawy i kręgosłup, odzywało się serce wołając o odpoczynek i zwolnienie tempa. A jakże zwolnić tempo, kiedy w pracy niepewność co do dalszych losów, Mikołaj ma własne pracowe przeżycia, a przecież i jego też pragnęłaby wysłuchać i wesprzeć. Łukasz z Agnieszką myślą o malutkiej istotce mającej niebawem pojawić się w rodzinie i zaczynają zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności oraz kosztów. Im też chciałaby poświęcić trochę czasu, a potem – oczywiście – wnuczce. No i jeszcze w tym wszystkim ojciec, którego nie można  zostawić na chwilę samego, żeby wyjść do sklepu. Ledwo z psem wyskakiwała na trawnik przykazując tacie, żeby stał w oknie i do nich machał.

Pomogła Kasi Mariolka, która kiedyś pracowała w domu opieki z oddziałem dla chorych na Alzheimera. Odnowiła kontakt i podała koleżance namiar. Kasia zadzwoniła bez przekonania, lecz mile zdziwiona wysłuchała informacji udzielanej przez osobę – sądząc po głosie – młodą, ale mówiącą o chorych ze znajomością problemu oraz, co ważniejsze, ciepło. Zadawała pytania, na które uzyskiwała zadawalające odpowiedzi. Dzwoniła kilkakrotnie i umówiła się z szefem na spotkanie, na które pojechali razem z Markiem.

Dom stał na dużym ogrodzonym terenie. Kasia pomyślała, że marzyła o takim kiedyś, gdy dzieci były małe, żeby mogły rosnąć i wychowywać się w odpowiednich warunkach. Obok sporej budy na bardzo długim łańcuchu machał puszystą kitą duży biały pies przypominający owczarka podhalańskiego. Kasia zauważyła, że ma wiaderko z wodą do picia, w budzie miskę z suchą karmą, zaś wokół kilka zabawek. Złapał czerwoną piłeczkę i podrzucał jak Dżemcio kiedy zapraszał do zabawy. W drugim końcu ogrodu pasła się koza. Miała brązową sierść,  czarną „twarz”, czarny pas na całym grzbiecie i czarny, krótki śmieszny ogonek. Na głowie sterczały różki. Była śliczna. Chętnie podeszła się przywitać i nadstawiała kark do głaskania.

Do domu weszli po schodkach przez małą werandę wykończoną białą kamienną balustradą. W środku zwracał natychmiast uwagę olbrzymi salon, czy jak tam nazwać można owo pomieszczenie, przez które przechodziło się na drugą werandę po przeciwnej stronie domu, ocienioną dużym dachem krytym słomą, co sprawiało, że wcale nie czuło się upału lecz miły chłód.

Na widok pensjonariuszy siedzących w salonie i na werandzie Kasi ścisnęło się serce. Starała się nie zwracać uwagi na wpatrzone w nią oczy. Ledwo wydusiła „dzień dobry” i przeszli do pokoju na piętrze. Z okna był uroczy widok na spokojną taflę wody za płotem oraz rosnące wokół sosny i akacje.

Okazało się, że w sierpniu znajdzie się dla ojca miejsce. Omówiono szczegóły. Potem przy każdej okazji Kasia tłumaczyła tacie, że pojedzie do sanatorium na turnus rehabilitacyjny.

– Córciu, ja bym nigdzie nie chciał jechać. Najlepiej się czuję w domu – odpowiadał.

– Tato, wiesz przecież, że nie możesz być sam.

To akurat zapamiętał, lecz przyjmował do wiadomości, że ze względu na chore serce. W końcu przeszedł cztery zawały. Innego powodu do siebie nie dopuszczał.

– No to ja sobie posiedzę w domu, poczekam aż przyjdziesz.

– Tatusiu, ja muszę chodzić do pracy, nie mam wyjścia. Kamil też, podpisał umowę na trzy miesiące – tłumaczyła. – Tam gdzie pojedziesz jest pięknie, będziesz miał opiekę, świeże powietrze, odpoczniesz.

– Ale ja wcale nie jestem zmęczony. Poza tym najlepiej mi w domu.

– Tatusiu, miesiąc szybko minie, zobaczysz. Zresztą pokażę ci zdjęcia tego ośrodka jak przyjedziesz do mnie. Na monitorze będzie dobrze widać. Wpadnę po ciebie w piątek po pracy ponieważ Tosia musi jechać do domu pozałatwiać swoje sprawy.

Oczywiście po chwili niczego nie pamiętał. Przywiozła go do siebie i pokazała zdjęcia.

– Ładny dom – przyznał.

-Tam właśnie pojedziesz  na wczasy.

– Ale ja się nigdzie nie wybieram – stwierdził.

Kasia nie dawała za wygraną, tłumaczyła, prosiła, przekonywała.

– Porozmawiamy później – kwitował, albo: – zobaczymy.

Wreszcie nadszedł dzień zawiezienia ojca do ośrodka. Kasia od tygodnia nie mogła spać, przeżywała koszmary na jawie i we śnie. Rozmyślała co będzie jeśli ojciec nie wsiądzie do samochodu, nie będzie chciał zostać. We śnie widziała go biegnącego za autem z wyciągniętymi rękami…

– Nigdzie nie jadę – oświadczył.

– Tato posłuchaj – rozpoczęła Kasia przemowę. – Tysiąc razy ci mówiłam, że Tosia idzie na urlop i wyjeżdża do sanatorium. Opłaciła pobyt, musi jechać. Marek nie ma urlopu, ja już zresztą też, a ty musisz być pod stałą opieką, lekarz nie pozwolił ci być samemu. Odpoczniesz od nas, my też odpoczniemy. Tato, ja jestem tak potwornie zmęczona i już nie mam siły – zarzuciła mu ręce na szyję i położyła głowę na ramieniu.

Przytulił córkę i poklepał po plecach.

– No i co ja mam zrobić córciu? Muszę się zgodzić – powiedział.

– To tylko miesiąc – uspokajała. – Szybko zleci, zobaczysz. Marek będzie do ciebie wpadał w tygodniu, ja w weekend.

Ciężka to była chwila dla Kasi. Trzęsła się cała w środku. Tylko dzięki tabletkom uspokajającym, które przyjmowała od kilku dni, na zewnątrz  nie było widać dygotu. A i tak trzymała się resztką sił. Udało się, bo na pierwszy rzut oka wyglądała jak uosobienie spokoju i radości.

Przyjechali, wysiedli, załatwili formalności i … ojciec chciał wracać. Znów tłumaczenie od początku i tak w kółko… Pojawiły się opiekunka z pielęgniarką, młode, ładne dziewczyny. Zajęły uwagę taty na tyle, że udało się odjechać.

– Synku, ja się tak okropnie czuję – mówiła Kamilowi ze łzami w oczach gdy wieczorem usiedli przy kuchennym stole. – Wiem, że to dla jego bezpieczeństwa, że nie ma innego wyjścia, że tylko na miesiąc, ale mimo wszystko mam moralnego kaca.

– Nie przesadzaj mamo – odpowiedział Kamil. – Dziadek i tak nic nie pamięta. Nawet jak jest w swoim domu to chce iść do siebie. Nie możemy mu w inny sposób zapewnić opieki pod nieobecność Tosi.

Zadzwonił telefon.

– Wiesz, mam cały czas wrażenie, że pozbyliśmy się ojca i gryzą mnie wyrzuty sumienia – odezwał się Marek.

– Ja mam takie same odczucia – westchnęła Kasia. – Ale to przecież tylko miesiąc. On jest jakby na wakacjach. Dzieciom też nie zawsze podoba się wyjazd na kolonie, ale nie ma rady – tu powtórzyła argumenty Kamila.

Marek wyraźnie potrzebował wsparcia siostry.

– Pojadę do niego pojutrze w ciągu dnia i sprawdzę jak ich tam traktują.

Kasia z Mikołajem pojechali do taty w niedzielę. Przez cały tydzień panowały prawie czterdziestostopniowe upały. W mieście ciężko się oddychało rozgrzanym powietrzem. A u taty było miło i świeżo.

– Witaj córciu – przywitał córkę, poznał ją. – Ale niespodzianka. Ja się wybierałem do domu a to wy przyjechaliście do mnie i muszę zostać.

– Cześć tato. Przywieźliśmy trochę rzeczy, żeby ci niczego nie brakowało.

Wyglądał dobrze, jak zresztą zawsze. Fizycznie trzymał się świetnie, nikt nie powiedziałby na pierwszy rzut oka, że ma zdrowotne problemy. Ożywił się na widok gości, z Mikołajem rozmawiał na swoje zawodowe tematy, wspominał pracę – ten rozdział życia dobrze pamiętał. Głos stawał się prawie normalny, jak przed chorobą, mówił sensownie, umykały mu jedynie nazwiska osób występujących w opowiadaniu, ale to przecież zdarza się nagminnie wszystkim. Przyjął do wiadomości, że jest w sanatorium. Podobało mu się miejsce i obsługa. Stwierdził nawet, że kiedy on wyjedzie po skończonym turnusie, Marek mógłby z dziećmi przyjechać na jego miejsce.

Miesiąc szybko minął, Tosia wróciła z urlopu, Kasia z Markiem przywieźli tatę do domu. Niestety, było coraz gorzej. Podjęli decyzję o odwiezieniu taty do ośrodka. Tak było bezpieczniej. Mimo wszystko Kasia czuła się podle i nie mogła sobie znaleźć miejsca.

20.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Kropka w kropkę, słowo po słowie przechodziliśmy to samo tylko
    rodzinna zależność była inna, bo chodziło o mojego teścia.
    Aż dziwne że uczucia, myśli a więc i wypowiadane zdania są prawie
    identyczne. Ta powtarzalność aż zastanawia…
    U mnie takie piękne słońce.
    Życzę Ci słonecznych myśli Aniu i uściski 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki:) Tobie też duuużo słoneczka i na zewnątrz i w duszy:) U nas dziś było i pięknie świeciło.
    Może zbieżność myśli i odczuć przypomina, że ludzie mają ze sobą wiele wspólnego, tylko niektórzy się pogubili? Mnie przyszło po raz drugi zmierzyć się ze światem paranoi istniejącym w umyśle opanowanym przez okropne choróbsko. Widocznie nie odpracowałam lekcji do końca i tak musi być. Może mam się nauczyć cieszyć życiem pomimo wszystko? Serdeczności moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A ja mam Aniu wrażenie, że tu nie chodzi o nieodpracowaną lekcję, tylko
    pewni ludzie dźwigają więcej, bo inni tyle by nie ponieśli. Więc niektórzy
    muszą być takimi ,,siłaczami,, ponad własne siły i….są .
    serdeczności i dobrej nocki 🙂
  • kobietawbarwachjesieni I co tu powiedzieć. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Kasiu:-) Podobno dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Chwilami w to wątpię, ale kiedy myślami cofnę się w przeszłość, widzę wyraźnie, że to prawda. Coś, co w teraźniejszości wydaje się niemożliwe, staje się z perspektywy czasu drobiazgiem. Może dlatego, że idziemy dalej. I tak jak w szkole – co na początku podstawówki było zmorą największą (dla mnie matematyka), w klasie maturalnej stawało się drobnostką.
    Dodam, że po maturze zeszyty do matmy zostały spalone, żeby więcej na nie nawet nie spojrzeć:) Uściski serdeczne:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Ja Ciebie też, mooocno baaardzo:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Sarenka

Rano wypuściłam Skitusia do ogródka, a wyszłam tylko z Szilką. Z dwójką sama nie dam rady, bo mi druga ręka do trzymania kijka w charakterze trzeciej nogi potrzebna. On nie ma nic przeciw takiemu traktowaniu od czasu do czasu, bo szybciutko może wrócić na kocyk i spać dalej:) Otworzył oczy szeroko nawet nie wtedy, kiedy wróciłyśmy, ale dopiero usłyszawszy odgłos otwierania porannego przysmaku dostawanego na dzień dobry. No więc poszłyśmy z Szilcią wzdłuż pola i… zobaczyłam sarny! Takie same, jak tamta zabita przez samochód, z jasnymi kuperkami widocznymi z daleka. Dwie duże i dwie małe. Mam nadzieję, że jedna z małych jest ową sierotką „powypadkową”. Wolontariusze, którzy byli na miejscu jeszcze przed zabraniem ofiary wypadku mówili, że mała poszła ze stadem. Chcę wierzyć, że właśnie ją widziałam.

19.02.2018

  • tessa37 Tez mam taka nadzieje:)
  • annazadroza Tesso:-) Z reguły chodzą trójkami, zaobserwowałam kilka razy, mama, tata i dziecko. Skoro jest dwoje dzieci, to jedno może być przygarnięte. Po prostu za nimi poszło i nie zostało odgonione. Oby:)))
  • mmzd Sądzę, że z przyjęciem do stada nie było problemu – sarny na zimę zawsze łączą się w większe grupy.
  • Gość: [kotimyszkot] *.dynamic.mm.pl Trzeba wierzyć, że tak jest..
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Może głupio zabrzmi ale bardziej ,,ludzkie,, te sarenki niż …
    One się naprawdę przygarniają – to u nich częste.
    Pięknie tam masz Aniu 🙂 muszą być ładne tereny, że przyłażą takie
    zwierzaki.
  • e.urlik Białe tyłki to cudowne stworzenia. Biegają jak leśne duchy, czasem widzę je przez okno, tuż koło domu, kiedy ich śliczne pyszczki skubią oziminę. Niedługo samce zaczną się tłuc, będą szczekać i ryczeć… Piękności
  • urszula97 Mam też nadzieję że maleństwo zostało przygarnięte.
  • annazadroza Magduś:-) Jak dobrze, że to powiedziałaś. Od razu lżej na sercu. Teraz, po południu, oboje z Mężem je widzieliśmy, więc zwidów rano nie miałam:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Po słowach Magdy to już nie wiara, a prawie pewność:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Nie głupio wcale, od dawna uważam, że zwierzaki są bardziej ludzkie od wielu ludzi.
    Pięknie to pewnie było kiedyś. Teraz powycinane drzewa, ziemia sprzedawana deweloperom pod budowę osiedli, ruchliwe ulice. Biedne zwierzaki nie wiedzą, że szlaki, którymi od wieków przechodziły, są dla nich teraz drogą ku śmierci, bo przechodzą przez ulicę, którą jeżdżą ludzie autami jak wariaci. Na swoje nieszczęście przyzwyczaiły się do hałasu i pasą się niedaleko jezdni.
    Narzekam tylko, ale chwilami jeszcze jest ładnie, szczególnie rano w weekend, gdy na chwilę powracają cisza i spokój:)))
  • annazadroza Ewciu:-) U Ciebie są bezpieczne, nikt ich autem nie zabije, więc są naprawdę szczęśliwe:)))
  • annazadroza Urszulo:-) To już chyba pewnik, oby uciekały wszystkie jak najdalej od ulicy, żeby mogły jak najdłużej cieszyć się życiem:)))
  • kobietawbarwachjesieni Zwierzęta pomagają sobie. Pan Grabowski kiedyś pisał, że jego suczka zaopiekowała się szczeniaczkami.
  • babciabezmohera Wygląda na to, że znalazła rodzinę zastępczą.
  • annazadroza Maryniu:-) Masz rację. Oglądałam programy o zwierzętach, o ich związkach, uczuciach, przyjaźniach międzygatunkowych, które nie miały prawa istnieć – a były udokumentowanym faktem.
  • annazadroza BBM:-) Powód do radości, prawda? Ulga, że pomimo wszystko – coś dobrego się zdarzyło:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

MIAUUU:)))

Ponieważ dzisiaj jest DZIEŃ KOTA – wszystkim kotom, kotkom, kotulkom, kiciom i jak kto nazywa swojego przytulaczka – życzę domu, pełnej miski, miękkiej poduszeczki do spania i duuużo miłości!!! Tego samego opiekunom sierściuszków:))) Jak widać mamy wiele wspólnego: mieszkamy we wspólnym domu, kotuś
częstuje się czasem jedzeniem z naszej miski, w nocy układa się na naszej poduszce i łaskawie przyjmuje nasze pieszczotki.
Tak więc KOTOM i wszystkim DOBRYM LUDZIOM najlepsze życzenia, MIAUUU 🙂

17.02.2018

  • karolinagurazda Wszystkiego przytulnego 😉 Miau.
  • annazadroza Karolino:-) Dzięki, Tobie również, wszystkiego dobrego i puchatego:)))
  • mmzd No to miaaauuuu 🙂
  • Gość: [urszula97] *.static.ip.netia.com.pl Wszystkiego dobrego,nasz śpi.
  • babciabezmohera Dołączam do kocich życzeń! :))
  • kotimyszkot My świętujemy z kotem teściowej, ale też się liczy 🙂 W domu natomiast za kota robi Mąż 😉 Wszystkiego kociego!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Nie wiedziałam że jest taki Dzień.
    To fajnie. Oby wszystkim ,,dachowcom,, też się dobrze żyło… 🙂
    ściskam serdecznie na niedzielę 🙂
  • veanka Za piękne życzenia dziękują Vicia i Felek rozrabiaka;).
    I powtarzam po poprzednim komentarzu – żeby wszystkim kotom w tym również dachowcom dobrze się żyło.
  • kobietawbarwachjesieni Niech wszystkie koty mają pełną miseczkę jedzenia, wodę do picia i dobrego człowieka, który pogłaszcze i przytuli. Miauuu!
  • annazadroza Magduś:-) I miauuu i hauuu i wszystkiego najlepszego:)))
  • annazadroza Urszulo:-) A więc miłych snów dla pana Kota, dla opiekunów też:)))
  • annazadroza BBM:-) Dzięki w imieniu kotów, wszystkich dziś napotkanych:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Mój Mąż też taki kotowaty:) A Franuś na przychodne, bo nas sam wybrał i adoptował jako rodzinę zastępczą. Puchatego i miłego:)))
  • annazadroza Kasiu:-) jest taki dzień, byłoby fajnie, gdyby każdy kot mógł się najeść do syta i ogrzać. Miłego dnia:)))
  • annazadroza Veanko:-) Przytulanki i mizianie dla Vici i Felka:) Pozdrowienia od Franka, od Szilki i Skitusia też, bo moje psy kochają koty:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Tego właśnie pragnę dla wszystkich stworzeń zależnych od ludzi, nic więcej. Serdeczności dla Ciebie:-))))
  • tessa37 spoznione podziekowania i zyczenia-nawzajem od moich dwoch rudych urwisow:)
  • annazadroza Tesso:-) Dla Ciebie i urwisów wielkie podziękowania i miauuu:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 21

Lipiec był upalny. Taki prawdziwy upał jest cudowny w czasie wakacji poza miastem, w murach raczej trudno się go znosi. Ale trzeba, kiedy się jest kobietą pracującą – nie ma na to rady. Kasia wlała mineralną wodę do szklanki, wrzuciła kostki lodu, dodała plasterek cytryny i podała Adelce. Drugą zatrzymała dla siebie, trzecia czekała na Elkę.

– Wiecie co chciałam wam powiedzieć? – wyrzuciła z siebie zdyszana Elżbieta po wejściu do mieszkania Kasi nie zwracając uwagi na witające ją psy, usiłując przekrzyczeć ich szczekanie. Czworonogi nie przyzwyczajone do podobnego traktowania przez ciotkę przyglądały jej się ze zdziwieniem milknąc po kolei. W nagłej ciszy głos Eli zabrzmiał donośnie.

– No więc wiecie co chciałam powiedzieć?

– A niby skąd? Jasnowidzem nie jestem – wzruszyła ramionami Adelka.

– A w ogóle to musisz się tak drzeć? Psy ogłuchną. – dodała Kasia.

Elżbieta spojrzała na przyjaciółki jakby je zobaczyła po raz pierwszy w życiu albo jak na stwory z innej planety.

– No, skoro sobie ze mnie żarty stroicie to wam nie powiem.

– Ależ powiesz, powiesz – Kasia chwyciła ją za rękę i wciągnęła do pokoju. – Tylko najpierw usiądziesz jak człowiek i zaczniesz opowiadać wszystko po kolei.

– Jak: wszystko?

– No, po kolei.

– Ale co?

– A po co tu przyszłaś?

– Żeby powiedzieć, że Mirek się do mnie odezwał.

– No to mów.

– No to powiedziałam.

– Co?

– Że Mirek się do mnie odezwał.

– Jak to: się odezwał?

– Zwyczajnie.

– Nie wiem co to znaczy w jego wykonaniu zwyczajnie. Możesz jaśniej?

– Że jeśli sobie wyobrażam, że on będzie w sądzie prał publicznie moje brudy, to się grubo mylę.

– Co? On? Twoje?

– No właśnie.

– I to jest zwyczajne odezwanie się?

– Zwrócił się bezpośrednio do mnie. Do tej pory od kilku lat jak czegoś chciał, to albo mówił ogólnie albo do chłopców tak, żebym ja słyszała. Bezpośrednio to mnie tylko wyzywał i mówił co mi zrobi…

– I co, ty się z tego cieszysz? Może jeszcze rzuciłaś mu się z radości na szyję, bo cię wreszcie zauważył? – dla Adelki reakcja Elżbiety była co najmniej dziwna.

– Nie, ale…

– Cicho bądźcie – huknęła Kasia. – To jest ważny sygnał. Dostał pewnie wezwanie z sądu i zaczął myśleć.

– Właśnie. Przecież mówię.

– Na razie nie mówisz tylko coś bełkoczesz i musimy się same domyślać o co chodzi – skwitowała Kasia.

– No to kiedy będzie rozprawa? – Adelka poczuła ukłucie gdzieś w okolicach żołądka.

– Zobacz, tu jest napisane – pokazała wezwanie.

– I bardzo dobrze. Nareszcie – orzekła Kasia przyjrzawszy się kartce.

– Boję się – przyznała Ela.

– Czego? – uśmiechnęła się Kasia jako doświadczona rozwódka. – Bać mogłaś się przedtem, teraz nie musisz. On już ci nic nie zrobi. Teraz sam zacznie się bać, że ty się nie boisz. Nagle do niego dotarło, że inni ludzie wiedzą co robi, że nie może się już bezkarnie nad tobą znęcać w czterech ścianach, bo jego zachowanie przestało być tajemnicą. Przerwanie milczenia jest pierwszym krokiem do wolności. O jak ja to mądrze powiedziałam – zdziwiła się.

– Tylko nie wpadnij w samouwielbienie – ściągnęła ją Adelka z wyżyn filozofii na ziemski padół. – Lepiej sobie przypomnij o co ciebie pytali i czego od ciebie chcieli na pierwszej sprawie. Trzeba Elkę odpowiednio przygotować. Gotowa jeszcze powiedzieć, że skoro po latach odezwał się do niej, to ona mu wszystko daruje i kocha go dalej.

– No nie, to już przesada – skrzywiła się Elżbieta. – Jesteście po prostu paskudne małpy.

– My? – niewinnie spojrzała Kasia. – Przecież my musimy myśleć za ciebie skoro sama nie potrafisz. Prawda Adelciu?

– Święta prawda – skinęła głową zapytana. – Ona zupełnie nie potrafi myśleć. W przeciwnym wypadku odpowiedziałaby na któryś kolejny telefon pewnego przystojnego pana zanim on z rozpaczy zrobi sobie krzywdę.

– Wreszcie kultura i dobre wychowanie tego wymagają, ale ona widocznie tak przesiąkła manierami Mirka, że ona z tym jest na bakier – dodała Kasia.

– Jaką krzywdę, co wy bredzicie?

– Nie wiem jaką, ale pewnie taką jaka wynika z nadużywania telefonu komórkowego – wyjaśniła Adelka. – Sama słyszałam wczoraj ile razy nagrywał ci się na pocztę głosową. Wiesz co? Ty chyba głupia jesteś.

– Chyba. Mirek mi to od lat powtarza.

– Nie wytrzymam, zaraz ją czymś zdzielę… A Mirka widziałam niedawno, stał przed klatką, chwiał się i wzrokiem szukał rozumu.

– Spokój baby! O matko, jak ja was kocham! Co ja bym bez was zrobiła? – objęła przyjaciółki Kasia.

– A tobie co znowu? Czy was obie pogięło? – Ela wreszcie parsknęła śmiechem i po chwili wszystkie trzy zaśmiewały się do łez.

– No dobrze, to teraz poważnie – Kasia spojrzała Eli w oczy. – Musisz być przygotowana na pytania o bardzo intymne sfery życia małżeńskiego.

– Ja już nie pamiętam co to znaczy – przerwała Elka. – I co powiem?

– Tylko prawdę. Nie ukrywaj niczego bo potem ci się pomiesza i pomyślą, że kręcisz. Odpowiadaj szczerze, nie musisz Mirka oczerniać, wystarczy, że podasz fakty z odrobiną własnej interpretacji. Czyli po prostu mów co czułaś kiedy się zdarzyło to czy tamto…

– Ty jesteś w porządku – dodała Adelka. – Zajmowałaś się dziećmi, ich wykształceniem, jedzeniem i odzieniem co jego nie interesowało. Zupełnie! Na dodatek nie zdradzałaś go. On zaś wprost przeciwnie.

– A ty mnie teraz chcesz namówić do zdrady? Przed rozwodem? – wtrąciła Ela.

– Kulturalna rozmowa przez telefon to nie zdrada – odpowiedziała Adelka.

– Adelciu, rozmowa nie, ale skąd możesz wiedzieć co jej chodzi po głowie? – uśmiechnęła się Kasia.

– Znowu bredzicie. A ja nie chcę mieć niczego na sumieniu, muszę wszystko sobie poukładać na nowo. Jeśli coś ma się stać to się stanie – powiedziała w zamyśleniu Elżbieta.

Nadszedł wreszcie dzień rozprawy. Pani sędzia próbowała, zgodnie z obowiązkiem, pojednać małżonków.

– Proszę spojrzeć jaką ma pan piękną żonę – powiedziała do Mirka.

Elżbiecie serce przestało bić na moment ze strachu, że nie dadzą jej rozwodu. Wyglądała istotnie niezwykle korzystnie w kremowej bluzce i szarozielonym kostiumie, z włosami na tyle długimi, iż dały się upiąć w elegancki koczek. Poprzedniego dnia Kasia położyła jej farbę więc kolor był świeży, dodający twarzy blasku. Ogromne oczy Elżbiety po nieprzespanej ze zdenerwowania nocy stały się jeszcze większe. Właściwie to wychodziły przed Elkę, wysuwały się na pierwszy plan te Elcyne oczy przepełnione uczuciem. Zwężały się z bólu gdy ich właścicielka odpowiadała na intymne pytania sędzi, rozbłyskiwały miłością na wzmiankę o dzieciach, a rozszerzały się strachem albo spoglądały z wyraźnym obrzydzeniem w stronę Mirka podczas wypowiadanych przez męża kłamstw. Tak naprawdę na rozprawę mogły przyjść same oczy, usta nie były potrzebne. Pani sędzia po latach praktyki potrafiła odróżnić prawdę od fałszu i wyrobiła sobie szybko własne zdanie na temat opowiadań Mirka jakim to jest wzorowym mężem i ojcem.

Termin drugiej sprawy wyznaczono wyjątkowo szybko. Poza Adelką i Kasią Elżbieta zgłosiła na świadka koleżankę męża z pracy, która znała mnóstwo szczegółów z jego życia. Tego się nie spodziewał. Zobaczywszy ją na korytarzu ponurego budynku sądu najwyraźniej stracił pewność siebie. Wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie. Świadków wezwano na salę rozpraw tylko po to, by oznajmić, iż pozwany zgadza się na rozwód z własnej winy.

Było po wszystkim. Małżeństwo zawarte dawno, dawno temu przestało istnieć. Faktycznie i na papierze. Tylko… co będzie jutro? Jak będzie wyglądało życie z konieczności pod jednym dachem? Elżbieta nadrabiała miną. Z jednej strony była zadowolona  z wyroku, nie wyobrażała sobie, że mógłby być inny. Z drugiej jednak – czuła się jak bezdomny pies, jak przedmiot wyrzucony na śmietnik, zużyty, nikomu niepotrzebny. Cóż, przyjdzie jej od początku układać życie, zaczynać wszystko od nowa. Pomyślała, że nie chce się z nikim więcej wiązać, pozostanie w samotności będzie prostszym i lepszym sposobem na życie. Ma przecież chłopców, musi coś zrobić aby odnaleźli drogę do siebie, aby wreszcie zaprzyjaźnili się jak prawdziwi bracia. Wprawdzie nieraz jej się pojawiają przed oczami obrazy z majowych wypraw pienińskimi szlakami ale, cóż, zwalczy w sobie wszystkie głupie myśli i koniec.

Nie było to wcale takie proste jak sobie wmawiała. W najmniej odpowiednim momencie przypominały jej się słowa Winicjusza, jak choćby wypowiedziane wtedy, gdy natknęła się na niego niespodziewanie i na jego słowa odpowiedziała zarzutem, że ją oszukał, ukrył fakt, iż tyle wie o jej życiu, a ona nie może być z kimś, kto ją oszukał.

– Ja cię nie oszukałem – odpowiedział wtedy. – Zaczęło mi na tobie cholernie zależeć. Chciałem, żebyś mnie poznała i polubiła. Mnie jako człowieka. Nie ukrywałem niczego przed tobą celowo. Tak wyszło przypadkiem, rozumiesz? Problem tkwi w tobie, w twoim podejściu do świata. Nauczyłaś się być ofiarą, cierpiętnicą i nie chcesz wrócić do normalności, w której bierzesz odpowiedzialność za siebie i swoje życie. I w której przestajesz wszystkie winy zrzucać na męża. Bo wbrew rozsądkowi jest ci z tym wygodnie. On jest sukinsynem – ty ofiarą. Jest ci z tym dobrze bo możesz do woli cierpieć, a świat powinien ci współczuć…

Bardzo wtedy przeżyła jego słowa, obraziła się… no właśnie, obraziła się jak mała dziewczynka.  Teraz wie, że miał rację. I teraz bierze odpowiedzialność za siebie. Od teraz  nie ma już męża, formalnie.

16.02.2018

  • kobietawbarwachjesieni Czekam na następne opowiadanie. Buziaki.
  • annazadroza Maryniu:-) Ogromnie się cieszę, że czekasz:))) Następny rozdział we wtorek, pozdrawiam serdecznie:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl O, właśnie ,,rozwód,, jest wg. mnie wyborem ,,mniejszego zła,,…
    Na szczęście nie jest to moje doświadczenie.
    Dobrej słonecznej niedzieli dla Ciebie Aniu :)))
  • annazadroza Kasiu:-) W niektórych przypadkach rozwód jest najlepszym wyjściem z sytuacji dla dręczonej strony, najczęściej kobiety i dzieci.
    I Tobie dużo słoneczka:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Jednak żal

Wróciłam do domu, a do nas podobno wraca zima. Jej prawo:) W kalendarzu stoi jak wół, że jest. A ona jakaś taka niezdecydowana w tym roku i sama nie wie, czy jest, czy nie. Tak: i chciałabym i boję się:) Osobiście wolałabym, póki co, tak odrobinkę mrozu, żeby cały teren zryty przez dziki stwardniał, aby dało się przejść. Jak ziemia rozmarznie – zrobi się bagno i ze spacerów nici. Biednym psiakom odpadnie miejsce do chodzenia, bo tylko tamtędy można dojść do takiego niby-lasku, gdzie mogą sobie swobodnie pohasać. Oby nie zaczęto wycinki tej oazy zieleni. Mam (nie)szczęście do widoku wycinanych drzew. Jak już mówiłam – powycinano mnóstwo dorodnych drzew w celu poszerzenia jezdni i przebudowy skrzyżowania. Kawałek dalej będzie rondo, więc rosnące do tej pory sosny widziałam dziś leżące na ziemi. Tuż obok mojego osiedla zburzono stary, ładny dom i wycięto duży sad po śmierci właściciela i teraz buduje się tam osiedle segmentów. Jadąc do dzieci mijam mnóstwo drzew wyciętych z powodu budowy południowej obwodnicy Warszawy. Serce boli, bo kiedy się na Ursynów wprowadzałam, nie było żadnej zieleni, jak to na świeżym placu budowy i te wszystkie pozbawione życia drzewa wyrosły przy mnie. Wiem, że pewne posunięcia są konieczne, że po ukończeniu inwestycji zostaną posadzone nowe rośliny, ale jednak mi żal.

15.02.2018

  • ninelnsg5 Nikt nie lubi zmiany mikro-krajobrazu,
    jeżeli dzieje się to bez jego wpływu
    – szkoda każdego drzewa…
  • annazadroza Ninelnsg5:-) Witaj:) Szkoda każdego, to okrutnie przykry widok jest – leżące stosy pozbawionych życia drzew, zdrowych i pięknych…
  • Gość: [nie-okrzesana] *.dynamic-zab-03.vectranet.pl Zawsze żal mi każdego drzewa. To jak okaleczanie mojej duszy.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Tak właśnie się czuję. A kiedy w czasie poprzedniej wiosny widziałam pąki na ściętych zimą drzewach, jakby za wszelką cenę pokazywały, że jeszcze żyją – to się popłakałam.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz