Dziecko też człowiek

Bardzo mi smakowała wczorajsza fasolka, właśnie ją zjadłam po powrocie od Calineczki.
Nasze maleństwo to bardzo charakterna kobietka jest:) Teraz postanowiła nie pić mleka z butelki. Wypluwa, zamyka buzię, głośno daje do zrozumienia, że nie ma ochoty i już. Ewentualnie trzyma smoczek, miętoli go dziąsełkami i się śmieje. Prośby, groźby – że nie urośnie, będzie ją bolał brzuszek itd. nie robią na niej żadnego wrażenia z prostego powodu: ma 5 miesięcy, więc trudno, żeby rozumiała ich sens. Cóż, jej tatuś też był niejadkiem, więc porzekadło o jabłku niedaleko padającym od jabłoni znajduje w tym przypadku swoje potwierdzenie:) Ponieważ wygląda jak przysłowiowy pączek w maśle, rozwija się prawidłowo, jest uśmiechnięta i radosna – myślę, że nie ma powodu do niepokoju. Pić też nie chce w większych ilościach, ale np. dziś podawałam jej butelkę z zaskoczenia podczas zabawy, wtedy wypijała kilka łyków wody. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że uczone teorie na temat tego co dzieci powinny, a czego nie – należy
rozpatrywać indywidualnie, każde dziecko jest inne i inaczej reaguje, ma inne potrzeby. W końcu dziecko to też człowiek, tylko malutki i uzależniony całkowicie od nie zawsze mądrych i dobrych dorosłych. Bo… jacy oni są, ci podobno dorośli, widać w doniesieniach medialnych, z których dowiadujemy się o coraz nowych aktach przemocy psychicznej i fizycznej, często (niestety) kończącej się śmiercią dziecka. Nie ma dnia bez takich koszmarnych informacji.
Nie chce mi się rozwijać tematu, bo zaraz nasuwają się tematy pokrewne np. o prawie do aborcji i o in vitro, o rodzeniu się dzieci tam, gdzie ich nikt nie chce. Albo o tym, że dzieci rodzą dzieci przeszkadzające im w zabawie, imprezach, a więc trzeba się ich pozbyć. Albo o dostępie do tabletek na męską potencję i o braku dostępu do tabletek dzień po. Bo przecież wiadomo jakie jest podejście do kobiet w tym państwie. Aż się prosi wymienić od razu jednym tchem kilka nazwisk… Ale nie chcę. Miał być dystans, a babranie się w nieczystościach niczego dobrego ze sobą nie niesie.

22.02.2018

  • nie-okrzesana Ja też odstawiłam mleko w wieku 5 miesięcy. Do dziś. Wprawdzie rodzice robili próby zmuszenia mnie do szklanki mleka dziennie. Dziś okazało się, że organizm był mądry mam alergię na białko mleka. Tylko kto w tamtych czasach tym się przejmował.
  • annazadroza No proszę, okazało się, że miałaś rację. Powiem synowej, może jakieś badania trzeba będzie zrobić. Dzięki:)))
  • kotimyszkot Nie trzeba badań, dziecko wie, co lubi 🙂 Mój jadł kaszki na mleku do 2 roku życia, potem zrobił ble i koniec, na szczęście zostały wszystkie kasze do obiadu więc już tych na mleku mu nie wciskam 😉 Zresztą żeby to obecne mleko było zdrowe i wartościowe, to można by walczyć.. a tak lepiej dać później jogurt naturalny z dodatkiem pokrojonych owoców i chętnie zje.
  • urszula97 Tak każde dziecko jest inne i czegoś innego się domaga,na 3-miesięczny Oluś to za przeproszeniem na razie żarłoczek,potrafi 5 razy w nocy domagać się jedzenia,po takiej nocy dziewczyna chodzi półprzytomna,wczoraj pierwszy raz dostał butlę z mlekiem,może mleka z piersi za mało?a może taki apetyt ma bo rośnie jak na drożdżach,a słodziak taki jak każde wnuczątko babci.
  • babciabezmohera Był czas, gdy dzieci pielęgnowało się pod książkowe dyktando, potem przyszedł czas na 100% naturalności i intuicji a ja myślę, że złoty środek najlepszy, bo książkowa wiedza też się młodej mamie przydaje. 😉
  • veanka Ja myślę, że mama, która obserwuje dziecko, bo jest z dzieckiem 24h na dobę intuicyjnie wyczuje kiedy trzeba niektóre „zasady” dziecku odpuścić.
    Poza tym to, ze dziecko nie chce czegoś jeść/pić to raczej nie jest jego widzimisię, coś po prostu przestało mu smakować. Zawsze można ten nie lubiany „produkt” zastąpić czym innym o podobnym składzie i wartości odżywczej.
  • annazadroza Myszokocie:-) Jogurcik z owocami już chętnie je, chodzi o picie mleka i w ogóle o picie, bo mało pije, taki cudaczek malutki. Chociaż, z drugiej strony, może jej wystarcza? Jest radosna, zadowolona, raczej nie zachowuje się jakby coś jej dolegało. Dziąsełka tylko ewidentnie swędzą, ale to inna sprawa.
  • annazadroza Urszulo:-) Jeśli Twój słodziaczek dostanie w nocy butlę, to może młoda mama trochę odetchnie. Pewnie już niedługo sam sobie ustawi godzinę nocną karmienia, albo w ogóle z niej zrezygnuje. Mój Mały tak zrobił. Malutka też coraz lepiej nocki przesypia, tylko ta zbyt mała ilość przyjmowanych płynów jest powodem troski.
  • annazadroza BBM:-) Dużego też wg podręcznika starałam się traktować. Teraz uważam, że bez sensu trzymać się ściśle schematu, bo każde dziecko ma indywidualne potrzeby, nie jest robotem z linii produkcyjnej. Przy Małym już postępowałam inaczej. Zresztą musiałam, bo był chorym dzieckiem. Jak piszesz, najlepszy jest złoty środek – czyli wiedza plus szare komórki:)))
  • annazadroza Veanko:-) Masz rację, oczywiście. Jest jedno „ale” – młoda mama zamknięta z dzieckiem w domu już prawie pół roku (a z charakteru nie jest „kobietą domową” jak np. ja), mająca do tego 12-latkę i koszmarne odrabianie z nią lekcji po „dobrych: zmianach w edukacji, do tego wszystkie normalne codzienne domowe sprawy i coś tam przez komputer pracowego robiąca -może być znerwicowana. W związku z tym i na humorki Małej może nadmiernie reagować. Dlatego jeżdżę, żeby troszkę odciążyć. No i z pobudek czysto egoistycznych;) – żeby wyprzytulać szkrabiątko, nacieszyć się nią. Zaraz będę smażyć naleśniki, bo znów mam zamówienie na jutro:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Fasolka

Dziś nic konkretnego, trochę codziennych dyrdymałek:)
Znowu słońce, wiosną na dworze/na polu pachnie w ciągu dnia, a specjaliści od pogody straszą mrozami. Nie chcę!!! Tęsknię do wiosny, zwierzaki chyba też. Skituś wciąż chce wychodzić do ogródka, każe sobie otwierać drapiąc w szybę, po czym szybko wraca, bo mu kuper marznie. Po chwili znów to samo. Szilka
jest mądrzejsza, bo raz wyszła, stwierdziła, że jeszcze nie pora leżeć na trawie i nawet się nie podnosi. Jeśli któryś „ludź” z nimi idzie, to co innego. Piłeczkę porzuca albo patyk i jest wesoło. Tylko czemu „te ludzie” tak się szybko męczą i bawić im się długo nie chce – tego psiaki pojąć nie mogą. Mówiąc szczerze – ja też. Zupełnie, nic a nic nie podoba mi się to co widzę w lustrze. To nie ja! Trochę moja mama, trochę siostra, ale nie ja! Mogłabym to potraktować jako dowód na istnienie duszy, która wciąż jest młoda, a powłoka fizyczna – niestety – podlega przemianom;) Szczególnie na skórze widać przyciąganie ziemskie;)))
Z innej beczki. Ugotowałam fasolkę, właściwie dwa rodzaje/odmiany. Jedna to jaś, druga o czarnych, niedużych fasolkach. Namoczyłam wieczorem, rano ugotowałam i poleciałam do Biedronki po pieczarki. Pokroiłam je w duże kawałki i podsmażyłam, sporo cebuli też, ale każde osobno. Potem wrzuciłam do fasolki, doprawiłam solą, pieprzem i jeszcze się wszystko razem „gryzło” przez jakiś czas na małym ogniu. Dorzuciłam tez kostkę grzybową, choć to niezdrowe, ale cóż, smaczne. Drugi raz taką potrawę zrobiłam. Za pierwszym razem przyszedł mi taki pomysł do głowy gdy namoczyłam dwa opakowania fasoli i pomyślałam, że za dużo będzie na jedną fasolkę po bretońsku. Część więc przyrządziłam „po innemu”. Jeszcze się gryzie, ale już spróbowałam. Dooobra:)))

21.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Raaany aż mi zapachniało, chyba też tak zrobię 🙂
    uściski i uśmiechy ( jest u Ciebie klimat Aniu – bardzo go lubię )
  • emma_b też mnie to straszenie syberyjskimi mrozami nie kręci. fasolka pyszna, ale mój organizm niestety nie toleruje.
    ps. widzę, że wszystkim tę cholerną reklamę zaserwowali, to chyba na pożegnanie:)
  • aga-joz U mnie dziś gotowanie gołąbków na jutro. Jeść uwielbiam, gotować znacznie mniej, a fasolka chodzi za mną od prawie miesiąca, chyba w końcu się zabiorę.
    I jeszcze cytat z ostatnio przeczytanych książek; „Jakie to dziwne, że na zewnątrz człowiek ma stare opakowanie, a w środku jest tą samą uśmiechniętą młodą kobietą. Dziwne i trochę niesprawiedliwe”. Ale przecież to co wewnątrz jest ważniejsze, opakowanie znacznie mniej…
  • nie-okrzesana Tak. Fasolka to typowo zimowe danie. Dzięki za przypomnienie, też zrobię wkrótce.
  • urszula97 Świetny pomysł, musze koniecznie wypróbować,takiej wersji nie robiłam,
  • babciabezmohera Popatrz, popatrz! U mnie też fasolka. Po bretońsku. A pieczarki akurat ostatnio kupiłam, to może spróbuję „po nowemu”?
  • e.urlik Mój pies marki Quattro też wyłazi, zaraz wraca, w domu mu za gorąco, więc znowu chce wyjść… Eh, jak dzieci, jak dzieci… O, właśnie łapką puka.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Zwierzaki czują wiosnę jak nic. U mnie w ogrodzie przebiły się małe
    1 cm kiełki (listki) tulipanów i krokusów – dzisiaj odkryłam !
    Ile to dodaje sił w końcu namacalny dowód – już prawie wiosna !
  • krzysztof213 Ze pozdrowię
    Hmm dużo ziół lubi takie danie .
    Hmm i dziwna trochę kombinacja
  • kobietawbarwachjesieni Zainteresowałaś mnie swoim pomysłem na fasolkę z pieczarkami. pozdrawiam.
  • annazadroza Kasiu:-) Naprawdę pachnie. I to jak apetycznie:)
    Kochana, ogromnie się cieszę, że się tu dobrze czujesz. Od razu i mnie się robi lepiej na serduchu, wpadaj jak najczęściej:)))
  • annazadroza Emmo:-) Nie życzę sobie żadnych pożegnań, ja dopiero zaczęłam, za chwilę będzie rocznica mojego pobytu na bloxie. Duży powiedział, że blox się dobrze trzyma, więc ja się trzymam jego słów. Co do reklam, to są wkurzające, wyskakują jak diabeł z pudełka.
    Podobno jak się zje po fasolce zmielony kminek z majerankiem, tak na łyżeczce i popije wodą, to nie drażni przewodu pokarmowego.
  • annazadroza Ago:-) Cytat genialny. Co do wnętrza – życzyłabym sobie do zawartości nowe opakowanie, fajnie by było;)
    Gołąbki lubię bardzo, ale roboty od groma i za moment śladu po nich nie ma;( Kiedyś się zmobilizuję, na pewno;) Ostatnio kapuśniak robiłam, rozgotowałam w nim trochę kaszy jaglanej i mannę, jako zagęstnik. Chciałam, żeby bardziej pożywne było. No i się udało, bo babcia D. zjadła i kaszy nie zauważyła:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Zimowe, dobre i proste danie. Namoczyć fasolkę, a dalej to już samo leci. I zamrozić można jak się za dużo zrobi, potem jak znalazł:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Tak mi się „samo wymyśliło” i się sprawdziło. Nawet babcia D. zjadła wczoraj, kiedy zestawiłam garnek z kuchenki i przyszła po dokładkę. To cud prawdziwy:)))
  • annazadroza BBM:-) Po bretońsku była niedawno. Chciałam wykorzystać czarną fasolkę ale nie bardzo wiedziałam jak. Pomieszałam więc czarną z białą i się udało. Z tymi pieczarkami to dla odmiany, żeby coś innego było. Wypróbuj, ciekawa jestem Twojego zdania. Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Ewo:-) Jak Skitek, zupełnie tak samo:)
  • annazadroza Krzysztof:-) Dzięki za pozdrowienia i nawzajem:)))
    Kombinacja może dziwna, ale smaczna. Pieczarki z cebulką zawsze są dobre, dodawać do nich można przeróżne rzeczy i z reguły coś ciekawego wyjdzie. Dużej ilości ziół trochę się bałam, poza solą i pieprzem dałam czosnek granulowany, teraz mi się przypomniało.
  • annazadroza Maryniu:-) Może zainteresowanie przekujesz w czyn;) Serdeczności:)))
  • annazadroza Kasiu:-) A nie zmarzły Ci roślinki? U mnie hiacynt za wcześnie łepek wychylił i zamarzł na śmierć. Szkoda mi tych roślinek, bo mróz bez śniegu jest dla nich niebezpieczny.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dzisiaj Aniu jak tylko zostały zobaczone przykryliśmy gałązkami i starym
    igliwiem, tutaj pod sosnami jest cieplej one tworzą taką pierzynę
    od góry. Zobaczymy co później, ale tyle radości mam z tych zielonych
    kiełków :))) aż się z siebie śmieję, choroba chyba się zestarzałam ;))
    – ale odkrycie 😉
  • bognna Kolekcjonuje przerozne przepsiy z roznych krajow:) Mam calkiem, calkiem spora kolekcje.Z czym te fasolke sie podaje?
  • veanka Fasolę mogę jeść codziennie i pod każdą postacią;).
  • annazadroza Kasiu:-) Jakie „zestarzałam”, jeśli potrafisz się cieszyć zielonymi kiełkami wychodzącymi z ziemi, to znaczy, że masz młodość w duszy:))) Dobrze, że zdążyliście przykryć roślinki. U nas śniegu napadało, więc tym śniegiem mąż przysypał całą grządkę. Może pomogło, bo mróz okrutny.
  • annazadroza Bognna:-) Ja zjadłam samą, reszta domowników z chlebem. Nawet zimna mi smakowała.
  • annazadroza Veanko:-) Z fasolki robiłam też smarowidełko do chleba. Rozgniotłam -ugotowaną albo z puszki – widelcem, dodałam śliwki suszone pokrojone, usmażoną cebulkę, sól, pieprz, majeranek. Też dobra:)
  • bognna OK. Dziekuje i sprobuje:)
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 22

Kasi zdawało się, że dopiero przymknęła oczy, a już ojciec stał jej nad głową kompletnie ubrany, podniósł żaluzję i wyglądał przez okno.

– O, zobacz, tego wróbelka już tu widziałem kilka razy – wskazał na szarą kulkę siedzącą na balustradzie balkonu. – Karmię je od kilku miesięcy i odganiam gołębie,one tym małym jeść nie dają. Gołębiom rzucam chleb  na podwórko z drugiego balkonu.

– Tato, teraz jesteś u mnie na Ursynowie, ja nie mam dwóch balkonów.

– Tak? – rozejrzał się zdziwiony. – No popatrz, a ja myślałem, że jestem u siebie.

– Jeśli jesteś u mnie to jakby u siebie, przecież jestem twoją córką – uśmiechnęła się do ojca.

– A jak się wyspałaś, córciu?

– Jako tako tatusiu.

Cóż miała odpowiedzieć? Że ani jednej nocy nie przespała odkąd ojciec był u niej? Musiała przecież przez cały czas mieć go na oku. Zawsze już tak było. Owszem, usypiał wieczorem, ale wkrótce się budził i chodził po mieszkaniu. Odkręcanie wody było normalką, próba wyjścia na zewnątrz także. Co chwilę sprawdzał czy drzwi wejściowe są zamknięte, wyciągał tysiąc razy portfel z marynarki i przeglądał jego zawartość. Zobaczył mrugające światełko w panelu za biurkiem i zaczął odsuwać meble, żeby się do niego dostać. Kiedy zmęczenie Kasię zmogło i przysypiała na chwilę, budził ją głos ojca dzwoniącego do znajomych z propozycją spotkania, bo przecież dawno się nie widzieli. Chwilami nie rozróżniał kiedy noc, kiedy dzień, nie wiedział jaka jest pora roku choć wyglądał przez okno, patrzył w telewizor i nie wiedział o czym mówią. Najgorsze było bezustanne zadawanie pytań, tych samych, w kółko tych samych, bez przerwy…

Tosia chciała wyjechać do domu, w końcu przecież należał jej się urlop. Nie było innego sposobu niż znalezienie ojcu na miesiąc jakiegoś bezpiecznego, sympatycznego miejsca z dobrą opieką.  Kasia ściągnęła informacje z internetu, także z książki telefonicznej wzięła kilka numerów. Dzwoniła, pytała  – nie podobał jej się albo głos osoby udzielającej informacji, albo ton wypowiedzi, albo sama informacja. Coraz czarniejsze myśli wypełniały jej głowę. Co ona zrobi? Nie ma tyle urlopu, żeby zapewnić ojcu opiekę. Wykorzystała już ponad połowę na chodzenie z nim do lekarza, na zajmowanie się nim podczas nieobecności Tosi. Marek mówił, że nie ma czasu, bo praca i dzieci i tyle. Kasia musiała, nie miała wyjścia i czuła potworne zmęczenie jak wtedy, kiedy chłopcy byli mali i została z nimi sama. Tylko… wówczas miała o dwadzieścia lat mniej. Wystarczała piętnastominutowa drzemka, żeby mogła dalej sprawnie funkcjonować. Teraz – niestety – bolały stawy i kręgosłup, odzywało się serce wołając o odpoczynek i zwolnienie tempa. A jakże zwolnić tempo, kiedy w pracy niepewność co do dalszych losów, Mikołaj ma własne pracowe przeżycia, a przecież i jego też pragnęłaby wysłuchać i wesprzeć. Łukasz z Agnieszką myślą o malutkiej istotce mającej niebawem pojawić się w rodzinie i zaczynają zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności oraz kosztów. Im też chciałaby poświęcić trochę czasu, a potem – oczywiście – wnuczce. No i jeszcze w tym wszystkim ojciec, którego nie można  zostawić na chwilę samego, żeby wyjść do sklepu. Ledwo z psem wyskakiwała na trawnik przykazując tacie, żeby stał w oknie i do nich machał.

Pomogła Kasi Mariolka, która kiedyś pracowała w domu opieki z oddziałem dla chorych na Alzheimera. Odnowiła kontakt i podała koleżance namiar. Kasia zadzwoniła bez przekonania, lecz mile zdziwiona wysłuchała informacji udzielanej przez osobę – sądząc po głosie – młodą, ale mówiącą o chorych ze znajomością problemu oraz, co ważniejsze, ciepło. Zadawała pytania, na które uzyskiwała zadawalające odpowiedzi. Dzwoniła kilkakrotnie i umówiła się z szefem na spotkanie, na które pojechali razem z Markiem.

Dom stał na dużym ogrodzonym terenie. Kasia pomyślała, że marzyła o takim kiedyś, gdy dzieci były małe, żeby mogły rosnąć i wychowywać się w odpowiednich warunkach. Obok sporej budy na bardzo długim łańcuchu machał puszystą kitą duży biały pies przypominający owczarka podhalańskiego. Kasia zauważyła, że ma wiaderko z wodą do picia, w budzie miskę z suchą karmą, zaś wokół kilka zabawek. Złapał czerwoną piłeczkę i podrzucał jak Dżemcio kiedy zapraszał do zabawy. W drugim końcu ogrodu pasła się koza. Miała brązową sierść,  czarną „twarz”, czarny pas na całym grzbiecie i czarny, krótki śmieszny ogonek. Na głowie sterczały różki. Była śliczna. Chętnie podeszła się przywitać i nadstawiała kark do głaskania.

Do domu weszli po schodkach przez małą werandę wykończoną białą kamienną balustradą. W środku zwracał natychmiast uwagę olbrzymi salon, czy jak tam nazwać można owo pomieszczenie, przez które przechodziło się na drugą werandę po przeciwnej stronie domu, ocienioną dużym dachem krytym słomą, co sprawiało, że wcale nie czuło się upału lecz miły chłód.

Na widok pensjonariuszy siedzących w salonie i na werandzie Kasi ścisnęło się serce. Starała się nie zwracać uwagi na wpatrzone w nią oczy. Ledwo wydusiła „dzień dobry” i przeszli do pokoju na piętrze. Z okna był uroczy widok na spokojną taflę wody za płotem oraz rosnące wokół sosny i akacje.

Okazało się, że w sierpniu znajdzie się dla ojca miejsce. Omówiono szczegóły. Potem przy każdej okazji Kasia tłumaczyła tacie, że pojedzie do sanatorium na turnus rehabilitacyjny.

– Córciu, ja bym nigdzie nie chciał jechać. Najlepiej się czuję w domu – odpowiadał.

– Tato, wiesz przecież, że nie możesz być sam.

To akurat zapamiętał, lecz przyjmował do wiadomości, że ze względu na chore serce. W końcu przeszedł cztery zawały. Innego powodu do siebie nie dopuszczał.

– No to ja sobie posiedzę w domu, poczekam aż przyjdziesz.

– Tatusiu, ja muszę chodzić do pracy, nie mam wyjścia. Kamil też, podpisał umowę na trzy miesiące – tłumaczyła. – Tam gdzie pojedziesz jest pięknie, będziesz miał opiekę, świeże powietrze, odpoczniesz.

– Ale ja wcale nie jestem zmęczony. Poza tym najlepiej mi w domu.

– Tatusiu, miesiąc szybko minie, zobaczysz. Zresztą pokażę ci zdjęcia tego ośrodka jak przyjedziesz do mnie. Na monitorze będzie dobrze widać. Wpadnę po ciebie w piątek po pracy ponieważ Tosia musi jechać do domu pozałatwiać swoje sprawy.

Oczywiście po chwili niczego nie pamiętał. Przywiozła go do siebie i pokazała zdjęcia.

– Ładny dom – przyznał.

-Tam właśnie pojedziesz  na wczasy.

– Ale ja się nigdzie nie wybieram – stwierdził.

Kasia nie dawała za wygraną, tłumaczyła, prosiła, przekonywała.

– Porozmawiamy później – kwitował, albo: – zobaczymy.

Wreszcie nadszedł dzień zawiezienia ojca do ośrodka. Kasia od tygodnia nie mogła spać, przeżywała koszmary na jawie i we śnie. Rozmyślała co będzie jeśli ojciec nie wsiądzie do samochodu, nie będzie chciał zostać. We śnie widziała go biegnącego za autem z wyciągniętymi rękami…

– Nigdzie nie jadę – oświadczył.

– Tato posłuchaj – rozpoczęła Kasia przemowę. – Tysiąc razy ci mówiłam, że Tosia idzie na urlop i wyjeżdża do sanatorium. Opłaciła pobyt, musi jechać. Marek nie ma urlopu, ja już zresztą też, a ty musisz być pod stałą opieką, lekarz nie pozwolił ci być samemu. Odpoczniesz od nas, my też odpoczniemy. Tato, ja jestem tak potwornie zmęczona i już nie mam siły – zarzuciła mu ręce na szyję i położyła głowę na ramieniu.

Przytulił córkę i poklepał po plecach.

– No i co ja mam zrobić córciu? Muszę się zgodzić – powiedział.

– To tylko miesiąc – uspokajała. – Szybko zleci, zobaczysz. Marek będzie do ciebie wpadał w tygodniu, ja w weekend.

Ciężka to była chwila dla Kasi. Trzęsła się cała w środku. Tylko dzięki tabletkom uspokajającym, które przyjmowała od kilku dni, na zewnątrz  nie było widać dygotu. A i tak trzymała się resztką sił. Udało się, bo na pierwszy rzut oka wyglądała jak uosobienie spokoju i radości.

Przyjechali, wysiedli, załatwili formalności i … ojciec chciał wracać. Znów tłumaczenie od początku i tak w kółko… Pojawiły się opiekunka z pielęgniarką, młode, ładne dziewczyny. Zajęły uwagę taty na tyle, że udało się odjechać.

– Synku, ja się tak okropnie czuję – mówiła Kamilowi ze łzami w oczach gdy wieczorem usiedli przy kuchennym stole. – Wiem, że to dla jego bezpieczeństwa, że nie ma innego wyjścia, że tylko na miesiąc, ale mimo wszystko mam moralnego kaca.

– Nie przesadzaj mamo – odpowiedział Kamil. – Dziadek i tak nic nie pamięta. Nawet jak jest w swoim domu to chce iść do siebie. Nie możemy mu w inny sposób zapewnić opieki pod nieobecność Tosi.

Zadzwonił telefon.

– Wiesz, mam cały czas wrażenie, że pozbyliśmy się ojca i gryzą mnie wyrzuty sumienia – odezwał się Marek.

– Ja mam takie same odczucia – westchnęła Kasia. – Ale to przecież tylko miesiąc. On jest jakby na wakacjach. Dzieciom też nie zawsze podoba się wyjazd na kolonie, ale nie ma rady – tu powtórzyła argumenty Kamila.

Marek wyraźnie potrzebował wsparcia siostry.

– Pojadę do niego pojutrze w ciągu dnia i sprawdzę jak ich tam traktują.

Kasia z Mikołajem pojechali do taty w niedzielę. Przez cały tydzień panowały prawie czterdziestostopniowe upały. W mieście ciężko się oddychało rozgrzanym powietrzem. A u taty było miło i świeżo.

– Witaj córciu – przywitał córkę, poznał ją. – Ale niespodzianka. Ja się wybierałem do domu a to wy przyjechaliście do mnie i muszę zostać.

– Cześć tato. Przywieźliśmy trochę rzeczy, żeby ci niczego nie brakowało.

Wyglądał dobrze, jak zresztą zawsze. Fizycznie trzymał się świetnie, nikt nie powiedziałby na pierwszy rzut oka, że ma zdrowotne problemy. Ożywił się na widok gości, z Mikołajem rozmawiał na swoje zawodowe tematy, wspominał pracę – ten rozdział życia dobrze pamiętał. Głos stawał się prawie normalny, jak przed chorobą, mówił sensownie, umykały mu jedynie nazwiska osób występujących w opowiadaniu, ale to przecież zdarza się nagminnie wszystkim. Przyjął do wiadomości, że jest w sanatorium. Podobało mu się miejsce i obsługa. Stwierdził nawet, że kiedy on wyjedzie po skończonym turnusie, Marek mógłby z dziećmi przyjechać na jego miejsce.

Miesiąc szybko minął, Tosia wróciła z urlopu, Kasia z Markiem przywieźli tatę do domu. Niestety, było coraz gorzej. Podjęli decyzję o odwiezieniu taty do ośrodka. Tak było bezpieczniej. Mimo wszystko Kasia czuła się podle i nie mogła sobie znaleźć miejsca.

20.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Kropka w kropkę, słowo po słowie przechodziliśmy to samo tylko
    rodzinna zależność była inna, bo chodziło o mojego teścia.
    Aż dziwne że uczucia, myśli a więc i wypowiadane zdania są prawie
    identyczne. Ta powtarzalność aż zastanawia…
    U mnie takie piękne słońce.
    Życzę Ci słonecznych myśli Aniu i uściski 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki:) Tobie też duuużo słoneczka i na zewnątrz i w duszy:) U nas dziś było i pięknie świeciło.
    Może zbieżność myśli i odczuć przypomina, że ludzie mają ze sobą wiele wspólnego, tylko niektórzy się pogubili? Mnie przyszło po raz drugi zmierzyć się ze światem paranoi istniejącym w umyśle opanowanym przez okropne choróbsko. Widocznie nie odpracowałam lekcji do końca i tak musi być. Może mam się nauczyć cieszyć życiem pomimo wszystko? Serdeczności moc:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A ja mam Aniu wrażenie, że tu nie chodzi o nieodpracowaną lekcję, tylko
    pewni ludzie dźwigają więcej, bo inni tyle by nie ponieśli. Więc niektórzy
    muszą być takimi ,,siłaczami,, ponad własne siły i….są .
    serdeczności i dobrej nocki 🙂
  • kobietawbarwachjesieni I co tu powiedzieć. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Kasiu:-) Podobno dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Chwilami w to wątpię, ale kiedy myślami cofnę się w przeszłość, widzę wyraźnie, że to prawda. Coś, co w teraźniejszości wydaje się niemożliwe, staje się z perspektywy czasu drobiazgiem. Może dlatego, że idziemy dalej. I tak jak w szkole – co na początku podstawówki było zmorą największą (dla mnie matematyka), w klasie maturalnej stawało się drobnostką.
    Dodam, że po maturze zeszyty do matmy zostały spalone, żeby więcej na nie nawet nie spojrzeć:) Uściski serdeczne:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Ja Ciebie też, mooocno baaardzo:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Sarenka

Rano wypuściłam Skitusia do ogródka, a wyszłam tylko z Szilką. Z dwójką sama nie dam rady, bo mi druga ręka do trzymania kijka w charakterze trzeciej nogi potrzebna. On nie ma nic przeciw takiemu traktowaniu od czasu do czasu, bo szybciutko może wrócić na kocyk i spać dalej:) Otworzył oczy szeroko nawet nie wtedy, kiedy wróciłyśmy, ale dopiero usłyszawszy odgłos otwierania porannego przysmaku dostawanego na dzień dobry. No więc poszłyśmy z Szilcią wzdłuż pola i… zobaczyłam sarny! Takie same, jak tamta zabita przez samochód, z jasnymi kuperkami widocznymi z daleka. Dwie duże i dwie małe. Mam nadzieję, że jedna z małych jest ową sierotką „powypadkową”. Wolontariusze, którzy byli na miejscu jeszcze przed zabraniem ofiary wypadku mówili, że mała poszła ze stadem. Chcę wierzyć, że właśnie ją widziałam.

19.02.2018

  • tessa37 Tez mam taka nadzieje:)
  • annazadroza Tesso:-) Z reguły chodzą trójkami, zaobserwowałam kilka razy, mama, tata i dziecko. Skoro jest dwoje dzieci, to jedno może być przygarnięte. Po prostu za nimi poszło i nie zostało odgonione. Oby:)))
  • mmzd Sądzę, że z przyjęciem do stada nie było problemu – sarny na zimę zawsze łączą się w większe grupy.
  • Gość: [kotimyszkot] *.dynamic.mm.pl Trzeba wierzyć, że tak jest..
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Może głupio zabrzmi ale bardziej ,,ludzkie,, te sarenki niż …
    One się naprawdę przygarniają – to u nich częste.
    Pięknie tam masz Aniu 🙂 muszą być ładne tereny, że przyłażą takie
    zwierzaki.
  • e.urlik Białe tyłki to cudowne stworzenia. Biegają jak leśne duchy, czasem widzę je przez okno, tuż koło domu, kiedy ich śliczne pyszczki skubią oziminę. Niedługo samce zaczną się tłuc, będą szczekać i ryczeć… Piękności
  • urszula97 Mam też nadzieję że maleństwo zostało przygarnięte.
  • annazadroza Magduś:-) Jak dobrze, że to powiedziałaś. Od razu lżej na sercu. Teraz, po południu, oboje z Mężem je widzieliśmy, więc zwidów rano nie miałam:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Po słowach Magdy to już nie wiara, a prawie pewność:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Nie głupio wcale, od dawna uważam, że zwierzaki są bardziej ludzkie od wielu ludzi.
    Pięknie to pewnie było kiedyś. Teraz powycinane drzewa, ziemia sprzedawana deweloperom pod budowę osiedli, ruchliwe ulice. Biedne zwierzaki nie wiedzą, że szlaki, którymi od wieków przechodziły, są dla nich teraz drogą ku śmierci, bo przechodzą przez ulicę, którą jeżdżą ludzie autami jak wariaci. Na swoje nieszczęście przyzwyczaiły się do hałasu i pasą się niedaleko jezdni.
    Narzekam tylko, ale chwilami jeszcze jest ładnie, szczególnie rano w weekend, gdy na chwilę powracają cisza i spokój:)))
  • annazadroza Ewciu:-) U Ciebie są bezpieczne, nikt ich autem nie zabije, więc są naprawdę szczęśliwe:)))
  • annazadroza Urszulo:-) To już chyba pewnik, oby uciekały wszystkie jak najdalej od ulicy, żeby mogły jak najdłużej cieszyć się życiem:)))
  • kobietawbarwachjesieni Zwierzęta pomagają sobie. Pan Grabowski kiedyś pisał, że jego suczka zaopiekowała się szczeniaczkami.
  • babciabezmohera Wygląda na to, że znalazła rodzinę zastępczą.
  • annazadroza Maryniu:-) Masz rację. Oglądałam programy o zwierzętach, o ich związkach, uczuciach, przyjaźniach międzygatunkowych, które nie miały prawa istnieć – a były udokumentowanym faktem.
  • annazadroza BBM:-) Powód do radości, prawda? Ulga, że pomimo wszystko – coś dobrego się zdarzyło:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

MIAUUU:)))

Ponieważ dzisiaj jest DZIEŃ KOTA – wszystkim kotom, kotkom, kotulkom, kiciom i jak kto nazywa swojego przytulaczka – życzę domu, pełnej miski, miękkiej poduszeczki do spania i duuużo miłości!!! Tego samego opiekunom sierściuszków:))) Jak widać mamy wiele wspólnego: mieszkamy we wspólnym domu, kotuś
częstuje się czasem jedzeniem z naszej miski, w nocy układa się na naszej poduszce i łaskawie przyjmuje nasze pieszczotki.
Tak więc KOTOM i wszystkim DOBRYM LUDZIOM najlepsze życzenia, MIAUUU 🙂

17.02.2018

  • karolinagurazda Wszystkiego przytulnego 😉 Miau.
  • annazadroza Karolino:-) Dzięki, Tobie również, wszystkiego dobrego i puchatego:)))
  • mmzd No to miaaauuuu 🙂
  • Gość: [urszula97] *.static.ip.netia.com.pl Wszystkiego dobrego,nasz śpi.
  • babciabezmohera Dołączam do kocich życzeń! :))
  • kotimyszkot My świętujemy z kotem teściowej, ale też się liczy 🙂 W domu natomiast za kota robi Mąż 😉 Wszystkiego kociego!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Nie wiedziałam że jest taki Dzień.
    To fajnie. Oby wszystkim ,,dachowcom,, też się dobrze żyło… 🙂
    ściskam serdecznie na niedzielę 🙂
  • veanka Za piękne życzenia dziękują Vicia i Felek rozrabiaka;).
    I powtarzam po poprzednim komentarzu – żeby wszystkim kotom w tym również dachowcom dobrze się żyło.
  • kobietawbarwachjesieni Niech wszystkie koty mają pełną miseczkę jedzenia, wodę do picia i dobrego człowieka, który pogłaszcze i przytuli. Miauuu!
  • annazadroza Magduś:-) I miauuu i hauuu i wszystkiego najlepszego:)))
  • annazadroza Urszulo:-) A więc miłych snów dla pana Kota, dla opiekunów też:)))
  • annazadroza BBM:-) Dzięki w imieniu kotów, wszystkich dziś napotkanych:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Mój Mąż też taki kotowaty:) A Franuś na przychodne, bo nas sam wybrał i adoptował jako rodzinę zastępczą. Puchatego i miłego:)))
  • annazadroza Kasiu:-) jest taki dzień, byłoby fajnie, gdyby każdy kot mógł się najeść do syta i ogrzać. Miłego dnia:)))
  • annazadroza Veanko:-) Przytulanki i mizianie dla Vici i Felka:) Pozdrowienia od Franka, od Szilki i Skitusia też, bo moje psy kochają koty:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Tego właśnie pragnę dla wszystkich stworzeń zależnych od ludzi, nic więcej. Serdeczności dla Ciebie:-))))
  • tessa37 spoznione podziekowania i zyczenia-nawzajem od moich dwoch rudych urwisow:)
  • annazadroza Tesso:-) Dla Ciebie i urwisów wielkie podziękowania i miauuu:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 21

Lipiec był upalny. Taki prawdziwy upał jest cudowny w czasie wakacji poza miastem, w murach raczej trudno się go znosi. Ale trzeba, kiedy się jest kobietą pracującą – nie ma na to rady. Kasia wlała mineralną wodę do szklanki, wrzuciła kostki lodu, dodała plasterek cytryny i podała Adelce. Drugą zatrzymała dla siebie, trzecia czekała na Elkę.

– Wiecie co chciałam wam powiedzieć? – wyrzuciła z siebie zdyszana Elżbieta po wejściu do mieszkania Kasi nie zwracając uwagi na witające ją psy, usiłując przekrzyczeć ich szczekanie. Czworonogi nie przyzwyczajone do podobnego traktowania przez ciotkę przyglądały jej się ze zdziwieniem milknąc po kolei. W nagłej ciszy głos Eli zabrzmiał donośnie.

– No więc wiecie co chciałam powiedzieć?

– A niby skąd? Jasnowidzem nie jestem – wzruszyła ramionami Adelka.

– A w ogóle to musisz się tak drzeć? Psy ogłuchną. – dodała Kasia.

Elżbieta spojrzała na przyjaciółki jakby je zobaczyła po raz pierwszy w życiu albo jak na stwory z innej planety.

– No, skoro sobie ze mnie żarty stroicie to wam nie powiem.

– Ależ powiesz, powiesz – Kasia chwyciła ją za rękę i wciągnęła do pokoju. – Tylko najpierw usiądziesz jak człowiek i zaczniesz opowiadać wszystko po kolei.

– Jak: wszystko?

– No, po kolei.

– Ale co?

– A po co tu przyszłaś?

– Żeby powiedzieć, że Mirek się do mnie odezwał.

– No to mów.

– No to powiedziałam.

– Co?

– Że Mirek się do mnie odezwał.

– Jak to: się odezwał?

– Zwyczajnie.

– Nie wiem co to znaczy w jego wykonaniu zwyczajnie. Możesz jaśniej?

– Że jeśli sobie wyobrażam, że on będzie w sądzie prał publicznie moje brudy, to się grubo mylę.

– Co? On? Twoje?

– No właśnie.

– I to jest zwyczajne odezwanie się?

– Zwrócił się bezpośrednio do mnie. Do tej pory od kilku lat jak czegoś chciał, to albo mówił ogólnie albo do chłopców tak, żebym ja słyszała. Bezpośrednio to mnie tylko wyzywał i mówił co mi zrobi…

– I co, ty się z tego cieszysz? Może jeszcze rzuciłaś mu się z radości na szyję, bo cię wreszcie zauważył? – dla Adelki reakcja Elżbiety była co najmniej dziwna.

– Nie, ale…

– Cicho bądźcie – huknęła Kasia. – To jest ważny sygnał. Dostał pewnie wezwanie z sądu i zaczął myśleć.

– Właśnie. Przecież mówię.

– Na razie nie mówisz tylko coś bełkoczesz i musimy się same domyślać o co chodzi – skwitowała Kasia.

– No to kiedy będzie rozprawa? – Adelka poczuła ukłucie gdzieś w okolicach żołądka.

– Zobacz, tu jest napisane – pokazała wezwanie.

– I bardzo dobrze. Nareszcie – orzekła Kasia przyjrzawszy się kartce.

– Boję się – przyznała Ela.

– Czego? – uśmiechnęła się Kasia jako doświadczona rozwódka. – Bać mogłaś się przedtem, teraz nie musisz. On już ci nic nie zrobi. Teraz sam zacznie się bać, że ty się nie boisz. Nagle do niego dotarło, że inni ludzie wiedzą co robi, że nie może się już bezkarnie nad tobą znęcać w czterech ścianach, bo jego zachowanie przestało być tajemnicą. Przerwanie milczenia jest pierwszym krokiem do wolności. O jak ja to mądrze powiedziałam – zdziwiła się.

– Tylko nie wpadnij w samouwielbienie – ściągnęła ją Adelka z wyżyn filozofii na ziemski padół. – Lepiej sobie przypomnij o co ciebie pytali i czego od ciebie chcieli na pierwszej sprawie. Trzeba Elkę odpowiednio przygotować. Gotowa jeszcze powiedzieć, że skoro po latach odezwał się do niej, to ona mu wszystko daruje i kocha go dalej.

– No nie, to już przesada – skrzywiła się Elżbieta. – Jesteście po prostu paskudne małpy.

– My? – niewinnie spojrzała Kasia. – Przecież my musimy myśleć za ciebie skoro sama nie potrafisz. Prawda Adelciu?

– Święta prawda – skinęła głową zapytana. – Ona zupełnie nie potrafi myśleć. W przeciwnym wypadku odpowiedziałaby na któryś kolejny telefon pewnego przystojnego pana zanim on z rozpaczy zrobi sobie krzywdę.

– Wreszcie kultura i dobre wychowanie tego wymagają, ale ona widocznie tak przesiąkła manierami Mirka, że ona z tym jest na bakier – dodała Kasia.

– Jaką krzywdę, co wy bredzicie?

– Nie wiem jaką, ale pewnie taką jaka wynika z nadużywania telefonu komórkowego – wyjaśniła Adelka. – Sama słyszałam wczoraj ile razy nagrywał ci się na pocztę głosową. Wiesz co? Ty chyba głupia jesteś.

– Chyba. Mirek mi to od lat powtarza.

– Nie wytrzymam, zaraz ją czymś zdzielę… A Mirka widziałam niedawno, stał przed klatką, chwiał się i wzrokiem szukał rozumu.

– Spokój baby! O matko, jak ja was kocham! Co ja bym bez was zrobiła? – objęła przyjaciółki Kasia.

– A tobie co znowu? Czy was obie pogięło? – Ela wreszcie parsknęła śmiechem i po chwili wszystkie trzy zaśmiewały się do łez.

– No dobrze, to teraz poważnie – Kasia spojrzała Eli w oczy. – Musisz być przygotowana na pytania o bardzo intymne sfery życia małżeńskiego.

– Ja już nie pamiętam co to znaczy – przerwała Elka. – I co powiem?

– Tylko prawdę. Nie ukrywaj niczego bo potem ci się pomiesza i pomyślą, że kręcisz. Odpowiadaj szczerze, nie musisz Mirka oczerniać, wystarczy, że podasz fakty z odrobiną własnej interpretacji. Czyli po prostu mów co czułaś kiedy się zdarzyło to czy tamto…

– Ty jesteś w porządku – dodała Adelka. – Zajmowałaś się dziećmi, ich wykształceniem, jedzeniem i odzieniem co jego nie interesowało. Zupełnie! Na dodatek nie zdradzałaś go. On zaś wprost przeciwnie.

– A ty mnie teraz chcesz namówić do zdrady? Przed rozwodem? – wtrąciła Ela.

– Kulturalna rozmowa przez telefon to nie zdrada – odpowiedziała Adelka.

– Adelciu, rozmowa nie, ale skąd możesz wiedzieć co jej chodzi po głowie? – uśmiechnęła się Kasia.

– Znowu bredzicie. A ja nie chcę mieć niczego na sumieniu, muszę wszystko sobie poukładać na nowo. Jeśli coś ma się stać to się stanie – powiedziała w zamyśleniu Elżbieta.

Nadszedł wreszcie dzień rozprawy. Pani sędzia próbowała, zgodnie z obowiązkiem, pojednać małżonków.

– Proszę spojrzeć jaką ma pan piękną żonę – powiedziała do Mirka.

Elżbiecie serce przestało bić na moment ze strachu, że nie dadzą jej rozwodu. Wyglądała istotnie niezwykle korzystnie w kremowej bluzce i szarozielonym kostiumie, z włosami na tyle długimi, iż dały się upiąć w elegancki koczek. Poprzedniego dnia Kasia położyła jej farbę więc kolor był świeży, dodający twarzy blasku. Ogromne oczy Elżbiety po nieprzespanej ze zdenerwowania nocy stały się jeszcze większe. Właściwie to wychodziły przed Elkę, wysuwały się na pierwszy plan te Elcyne oczy przepełnione uczuciem. Zwężały się z bólu gdy ich właścicielka odpowiadała na intymne pytania sędzi, rozbłyskiwały miłością na wzmiankę o dzieciach, a rozszerzały się strachem albo spoglądały z wyraźnym obrzydzeniem w stronę Mirka podczas wypowiadanych przez męża kłamstw. Tak naprawdę na rozprawę mogły przyjść same oczy, usta nie były potrzebne. Pani sędzia po latach praktyki potrafiła odróżnić prawdę od fałszu i wyrobiła sobie szybko własne zdanie na temat opowiadań Mirka jakim to jest wzorowym mężem i ojcem.

Termin drugiej sprawy wyznaczono wyjątkowo szybko. Poza Adelką i Kasią Elżbieta zgłosiła na świadka koleżankę męża z pracy, która znała mnóstwo szczegółów z jego życia. Tego się nie spodziewał. Zobaczywszy ją na korytarzu ponurego budynku sądu najwyraźniej stracił pewność siebie. Wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie. Świadków wezwano na salę rozpraw tylko po to, by oznajmić, iż pozwany zgadza się na rozwód z własnej winy.

Było po wszystkim. Małżeństwo zawarte dawno, dawno temu przestało istnieć. Faktycznie i na papierze. Tylko… co będzie jutro? Jak będzie wyglądało życie z konieczności pod jednym dachem? Elżbieta nadrabiała miną. Z jednej strony była zadowolona  z wyroku, nie wyobrażała sobie, że mógłby być inny. Z drugiej jednak – czuła się jak bezdomny pies, jak przedmiot wyrzucony na śmietnik, zużyty, nikomu niepotrzebny. Cóż, przyjdzie jej od początku układać życie, zaczynać wszystko od nowa. Pomyślała, że nie chce się z nikim więcej wiązać, pozostanie w samotności będzie prostszym i lepszym sposobem na życie. Ma przecież chłopców, musi coś zrobić aby odnaleźli drogę do siebie, aby wreszcie zaprzyjaźnili się jak prawdziwi bracia. Wprawdzie nieraz jej się pojawiają przed oczami obrazy z majowych wypraw pienińskimi szlakami ale, cóż, zwalczy w sobie wszystkie głupie myśli i koniec.

Nie było to wcale takie proste jak sobie wmawiała. W najmniej odpowiednim momencie przypominały jej się słowa Winicjusza, jak choćby wypowiedziane wtedy, gdy natknęła się na niego niespodziewanie i na jego słowa odpowiedziała zarzutem, że ją oszukał, ukrył fakt, iż tyle wie o jej życiu, a ona nie może być z kimś, kto ją oszukał.

– Ja cię nie oszukałem – odpowiedział wtedy. – Zaczęło mi na tobie cholernie zależeć. Chciałem, żebyś mnie poznała i polubiła. Mnie jako człowieka. Nie ukrywałem niczego przed tobą celowo. Tak wyszło przypadkiem, rozumiesz? Problem tkwi w tobie, w twoim podejściu do świata. Nauczyłaś się być ofiarą, cierpiętnicą i nie chcesz wrócić do normalności, w której bierzesz odpowiedzialność za siebie i swoje życie. I w której przestajesz wszystkie winy zrzucać na męża. Bo wbrew rozsądkowi jest ci z tym wygodnie. On jest sukinsynem – ty ofiarą. Jest ci z tym dobrze bo możesz do woli cierpieć, a świat powinien ci współczuć…

Bardzo wtedy przeżyła jego słowa, obraziła się… no właśnie, obraziła się jak mała dziewczynka.  Teraz wie, że miał rację. I teraz bierze odpowiedzialność za siebie. Od teraz  nie ma już męża, formalnie.

16.02.2018

  • kobietawbarwachjesieni Czekam na następne opowiadanie. Buziaki.
  • annazadroza Maryniu:-) Ogromnie się cieszę, że czekasz:))) Następny rozdział we wtorek, pozdrawiam serdecznie:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl O, właśnie ,,rozwód,, jest wg. mnie wyborem ,,mniejszego zła,,…
    Na szczęście nie jest to moje doświadczenie.
    Dobrej słonecznej niedzieli dla Ciebie Aniu :)))
  • annazadroza Kasiu:-) W niektórych przypadkach rozwód jest najlepszym wyjściem z sytuacji dla dręczonej strony, najczęściej kobiety i dzieci.
    I Tobie dużo słoneczka:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Jednak żal

Wróciłam do domu, a do nas podobno wraca zima. Jej prawo:) W kalendarzu stoi jak wół, że jest. A ona jakaś taka niezdecydowana w tym roku i sama nie wie, czy jest, czy nie. Tak: i chciałabym i boję się:) Osobiście wolałabym, póki co, tak odrobinkę mrozu, żeby cały teren zryty przez dziki stwardniał, aby dało się przejść. Jak ziemia rozmarznie – zrobi się bagno i ze spacerów nici. Biednym psiakom odpadnie miejsce do chodzenia, bo tylko tamtędy można dojść do takiego niby-lasku, gdzie mogą sobie swobodnie pohasać. Oby nie zaczęto wycinki tej oazy zieleni. Mam (nie)szczęście do widoku wycinanych drzew. Jak już mówiłam – powycinano mnóstwo dorodnych drzew w celu poszerzenia jezdni i przebudowy skrzyżowania. Kawałek dalej będzie rondo, więc rosnące do tej pory sosny widziałam dziś leżące na ziemi. Tuż obok mojego osiedla zburzono stary, ładny dom i wycięto duży sad po śmierci właściciela i teraz buduje się tam osiedle segmentów. Jadąc do dzieci mijam mnóstwo drzew wyciętych z powodu budowy południowej obwodnicy Warszawy. Serce boli, bo kiedy się na Ursynów wprowadzałam, nie było żadnej zieleni, jak to na świeżym placu budowy i te wszystkie pozbawione życia drzewa wyrosły przy mnie. Wiem, że pewne posunięcia są konieczne, że po ukończeniu inwestycji zostaną posadzone nowe rośliny, ale jednak mi żal.

15.02.2018

  • ninelnsg5 Nikt nie lubi zmiany mikro-krajobrazu,
    jeżeli dzieje się to bez jego wpływu
    – szkoda każdego drzewa…
  • annazadroza Ninelnsg5:-) Witaj:) Szkoda każdego, to okrutnie przykry widok jest – leżące stosy pozbawionych życia drzew, zdrowych i pięknych…
  • Gość: [nie-okrzesana] *.dynamic-zab-03.vectranet.pl Zawsze żal mi każdego drzewa. To jak okaleczanie mojej duszy.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Tak właśnie się czuję. A kiedy w czasie poprzedniej wiosny widziałam pąki na ściętych zimą drzewach, jakby za wszelką cenę pokazywały, że jeszcze żyją – to się popłakałam.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Kochaj bliźniego…

Kochane Walentynki!!! Wszystkie, które do mnie zaglądacie!!! Szczęścia, radości, miłości i duuużo słodkości!!!.
Owszem, jest dziś środa popielcowa, ale może to znak, że mamy nauczyć się łączyć ze sobą różne elementy życia? Że we wszystkim liczy się umiar? Jak mówiła Michałowa z „Rancza” – w piciu trzeba mieć umiar, ale w nie-piciu też. Może tu właśnie jest pies pogrzebany – w braku umiaru. Może nie trzeba za wszelką cenę forsować swoich racji, lecz wysłuchać drugiej strony i przemyśleć jej zdanie? Może nie trzeba go przyjmować w całości lecz uszanować? Nie wylewać od razu fali nienawiści na myślących inaczej, szukać na nich haków, stawiać przed sądami za trzymanie róży w ręku, skłócać się z całym światem? Może posypując głowę popiołem w kościołach przyjąć do wiadomości, że każdy z nas się w proch obróci, bez względu na to, do którego z plemion należy? Życie jest krótkie, po co je marnować na nienawiść do bliźniego, łamiąc tym samym przykazanie? A może należy zacząć kochać samych siebie, żeby móc sympatią obdarzać innych, lub chociaż ich tolerować? Może problem tkwi w nienawiści do siebie? „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Jak się to ma do rzeczywistości?

14.02.2018

  • kotimyszkot Dobrze prawisz. Fajnie by było, gdyby wszyscy się do powyższego stosowali, jednak w owej rzeczywistości różnie bywa.. Szacunku, miłości i szczęścia dla Ciebie w ten zwyczajny-niezwyczajny dzień 🙂
  • babciabezmohera No święte słowa! Nic dodać, nic ująć. Tyle że tych chętnych do posypywania głów popiołem jakby ciut przymało…
    Dobrze, że mamy siebie na blogach, że z własnej życzliwości możemy czerpać siłę na następne dni. Dobrego Tobie,Walentynko! Najlepszego!:))
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Wsz /ystkim walentynkowym ludziom dużo radości w dniu dzisiejszym, a tym którzy uznają wyłącznie inne tradycje / chrześcijańskie / więcej luzu a przede wszystkim tolerancji.
  • fusilla Amen!
    :-))))) Dla Wszystkich Walentynek!
  • e.urlik No właśnie o tym mówię! 😀
  • urszula97 Piękny wpis i bardzo wymowny,
  • annazadroza Kotimyszkot:-) Mimo tej rzeczywistości Tobie też wszystkiego co najlepsze i spokoju:)))
  • annazadroza BBM:-) Oj dobrze, dobrze:) W życiu bym nie pomyślała, że blogowe życie może być tak miłe, motywujące i wspierające. Serdeczności:)))
  • annazadroza Obserwator:-) Tolerancja – to coś, czego nam coraz bardziej ubywa w przestrzeni…
  • annazadroza Fusilko;-) Jak dobrze, że jesteś. Dla Ciebie też :)))) – i co tylko najlepsze się trafi:)))
  • annazadroza Ewo:-) Jak miło się robi, kiedy ludzie się rozumieją:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Walentynkowe uśmiechy i życzenia dla Ciebie:)))
  • annazadroza Kochani! Wszystkim Wam za komentarze DZIĘKUJE!!! I za życzenia, bo się wymądrzałam, ale nie podziękowałam. No to DZIĘKUJĘ:)))
  • Gość: [Sana] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Pięknie przeszłaś z walentynek i Popielca do bardzo ważnej rzeczy w życiu 🙂
  • kobietawbarwachjesieni Nie mogę wstawić piosenki, dlatego podaję tylko tytuł: Tilt – Jeszcze będzie przepięknie.
    Serdecznie Cię pozdrawiam.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Gdzieś z tyłu głowy trzeba mieć zawsze że ,,wszystko to marność nad marnościami,,
    Wtedy życiowe puzzle z odpowiednim dystansem wpadają we właściwe miejsca.
    ciepłe serdeczności Aniu 🙂
  • annazadroza Maryniu:-) Też bym chciała, żeby jeszcze było przepięknie i normalnie. Trzeba się tego trzymać i tyle. Serdeczności dla Ciebie ogromne:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Dystans do rzeczywistości, zdrowy rozsądek i spokojne podejście do każdej sprawy to marzenie ściętej głowy. Przynajmniej w moim przypadku. Ale próbuję dalej, wszak trening czyni mistrza. Pozdrowienia serdeczne:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl To takie ,,mundre,, moje pisanie 😉 też mi się nie udaje…
  • annazadroza Kasieńko:-) A cóż Ci się znów nie udaje? Za każdym razem coś ciekawego i mądrego powiesz, czekam niecierpliwie na Twoje słowa. Uściski serdeczne:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Kiedyś myślałam, że wybór jest tylko między dobrem a złem, a teraz coraz częściej
    muszę dokonywać wyboru pomiędzy mniejszym a większym złem. Po prostu
    taki punkt w życiu, że nie ma dobrych opcji. Każda ma porządny feler.
    A może bardziej wnikliwie i rygorystycznie widzi się świat sama nie wiem.
    Czekam przeogromnie wiosny może ona wniesie lepsze spojrzenie.
    Wszystkiego dobrego dla Ciebie plus uśmiech :))
  • annazadroza Sana:-) Dziękuję za dobre słowo i serdecznie pozdrawiam:)))
  • annazadroza Kasiu:-) To zupełnie jak w naszej polityce: zawsze wybór między mniejszym a większym złem. Nie wybierasz tego, co byś chciała lecz to, co mniej zła przyniesie. Myślę, że tylko w młodości świat wydaje się czarno – biały, zły – dobry. Potem dostrzega się mnóstwo odcieni szarości, a nawet bieli i czerni, bo one też nie mają jednolitej barwy. Taki przychodzi czas w życiu – teraz też do tego doszłam -że różne sprawy widzi się bardziej wyraźnie, bardziej się przeżywa, bardziej boli… A z drugiej strony, myślę, że to czas nauki, w którym trzeba się nauczyć dystansu do świata i szukać światła we własnym wnętrzu. Serdeczności cały wagon dla Ciebie i iskierka radości, żeby rozdmuchana urosła do rozmiarów ogniska:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dokładnie…podobnie myślę, że w młodości wybór czarno – białe
    wynikał z tego, że nie byłyśmy tak obciążone konsekwencjami.
    To jednak jest ciężki worek kamieni do dźwigania te lata na karku
    a ściślej przeżycia. Ale starajmy się o pogodę ducha, zresztą Tobie
    jej Aniu nie brakuje.
    Uściski i uśmiechy :))) dla Ciebie !
  • annazadroza Kasiu:-) Oj brakuje, żebyś wiedziała jak bardzo. Tylko – mam świadomość, że to nic nie da i , kiedy uświadamiam sobie, że jestem na dnie, ratuję się przywołując
    odpowiednią afirmację, wypełniając nią umysł, żeby na żadne głupoty nie było miejsca. Przynajmniej na chwilę pomaga wydobyć się z „otchłani rozpaczy” – jak mówiła Ania Shirley – i wrócić do świata żywych ludzi. Uśmiechnij się do siebie, wiosna coraz bliżej:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja teraz przez chorowanie a więc przymusowe wyłączenie kompletne
    z życia ( prawie nie stykam się z ludźmi od trzech lat…) popadam
    w dołki a częściej doły. Można taki czas rzeczywiście nazwać otchłanią
    rozpaczy, ale gdzieś jest jakiś impuls który każe się od niej odbijać, jakiś
    moment jest dobrze potem znowu zapadka.
    Tak więc internet mnie ratuje i moja praca na szczęście mogę działać
    w domu.
    Fajnie, że znalazłam Twój blog, bardzo, bardzo się cieszę 🙂 uściski :-)))
  • annazadroza Kasiu:-) Też się cieszę, że się odezwałaś. Dobrze jest czasem sobie pogawędzić o swoich bolączkach. Może łatwiej znosić swoje, gdy się okazuje, że inni mają podobne? Że nie jesteśmy okropne, najgorsze itd. tylko normalne, bo takie właśnie jest to dane nam życie. Raz na górze, raz na dole, śmiech i łzy, miłość i nienawiść… I nauka, żeby starać się w tym wszystkim nie zwariować lecz szukać równowagi.
    Dobrze, że możesz pracować w domu, to duży plus. A ludzie? Myślę sobie, że nie zawsze bezpośredni kontakt jest najważniejszy, taki w realu, no bo ilu ludzi możesz codziennie spotykać? I czy ich wszystkich byś tak wciąż spotykać chciała? Ja miałam bezustanny taki kontakt i dlatego teraz jestem szczęśliwa, że nie muszę. Już nie muszę! Nie mam też czasu na spotkania z przyjaciółkami, głównie przez telefon i internet jesteśmy w kontakcie, ale to jakbyśmy były bok. Tak wypadło, każdy ma swego mola, co go gryzie. Uściski serdeczne, Kasieńko, uśmiechnij się ciepło, póki mrozy nie dotarły;)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Tak, wiesz Aniu trochę to ,,dziwnie,,… ale często wydaje mi się, że kontakt
    wirtualny jest prostszy od ,,face to face,,. Tylko czy to dobrze ? Ja mam
    sutuację przymusową, jednak tęsknię do takiej jaką często opisujesz w swoich
    opowiadaniach. Czyli usiąść spokojnie bez pośpiechu na przeciw, móc spojrzeć
    sobie w oczy i pogadać ,,tak bez zagonienia i szukania komórki,, 😉 Nawet u mnie
    w domu zostało to zarzucone i wydaje mi się, że panowie ( mąż i syn) do tego
    nie tęsknią. Ten wirtualny świat bardzo mi pomaga to jedyny kontakt jaki mam,
    ale jednak tęsknię do ,,starych dobrych czasów,,… gdzie czuło się drżenie, emocję
    w głosie czy wzruszenie w oczach. Dobrego dla Ciebie ! Uściski bardzo mocne ;))
  • krzysztof213 Zeby to tak było nieraz
  • annazadroza Kasiu:-) Tak jak w powieści – było, miałam cudowne przyjaciółki-sąsiadki, naprawdę żyłyśmy jak w rodzinie, zbiórki u każdej po kolei, zakupy, dzieci – tak było. Imprezy klatkowe z okazji imienin, urodzin, rocznic… Ale to minęło i nie wróci więcej. Rozeszłyśmy się po świecie, część za Tęczowy Most się przeniosła… Ale w duszy jesteśmy wciąż razem. I we wspomnieniach. Zostaje telefon, mail, nawet z przyjaciółką M. od stycznia się nie widziałam i dopiero w marcu się spotkamy, bo nie mam kiedy albo nie mam siły. Widocznie taka przyszła pora i tak musi być:)))
  • annazadroza Krzysiu:-) „Jak się nie ma co się lubi – to się lubi co się ma”. I cóż więcej można powiedzieć? Pozdrawiam:)))
  • kasiapur Ja mam dwa ,,stany,, w sobie jeden ,,to tak musi być,, – i nie dyskutuję ,
    drugi…kurcze to jeszcze tyle do zmiany ! Może to powoduje
    że pcham jakoś to życie, jakaś jest iskra która daje siły na dźwiganie
    każdego dnia.
    :))))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 20

Kasia pracowała w ośrodku kultury, a konkretnie w  bibliotece. Kochała książki od zawsze, mama z tatą potrafili jej i Markowi zaszczepić tę miłość, od najmłodszych lat obdarowując dzieci książkami. Dla Kasi nie było wspanialszego prezentu na świecie niż nowa książka. Koleżanki ze szkoły wydawały kieszonkowe na łakocie, potem ciuszki, kosmetyki. Kasia ciułała każdy grosz na upragnione czytadła. Po studiach miała kilka możliwości pracy do wyboru. Bez namysłu zdecydowała się na bibliotekę. Lubiła swoją pracę, między regałami z książkami czuła się jak we własnym  domu. Zresztą  jak się można czuć po dwudziestu siedmiu latach spędzonych  w jednym miejscu?  Niestety, odkąd została kierowniczką większość czasu i energii  musiała zużywać na różne dodatkowe atrakcje zamiast na kontakty z książkami i czytelnikami, ponieważ była to biblioteka zakładowa, a więc podporządkowana szefom firmy. Kierowniczką być nie chciała, nigdy nie czuła potrzeby władzy, chęci rządzenia innymi, chciała po prostu spokojnie pracować. Okazało się jednak, że albo zgodzi się na propozycję, albo nie ma dla niej miejsca. I cóż mogła na to powiedzieć mając dwoje uczących się dzieci i żadnego innego źródła utrzymania? Od tego czasu żyła w bezustannym stresie, bo właśnie wtedy różne osoby zaczęły się interesować biblioteką głównie z chęci pozbycia się jej w celach różnych, między innymi przerobienia pomieszczeń zajmowanych przez książki na knajpę. Albo burdel – ponuro dodawała w myślach.

Bezsilna, bezradna usiadła wśród książek na podłodze.  Po raz pierwszy  pomyślała, że nie chce już tu być. „Tu” w znaczeniu firmy, bałaganu decyzyjnego, bezustannych zmian i pomysłów rodem z kosmosu zmieniających się co chwilę miłościwie panujących przełożonych… Oni zaś zmieniali się i stawali przed sądem często za to, o co oskarżali podwładnych… Kasia chciała tylko jednego: móc normalnie pracować, czyli wykonywać swoje obowiązki polegające na świadczeniu usług dla ludzi. Wszak biblioteka to miejsce, w którym zgromadzone są zasoby ludzkiej myśli w celu udostępniania ich innym. Niestety, ostatnimi czasy, a szczególnie przez ostatni rok, właściwie skupiać się trzeba było głównie na walce o przetrwanie, walce z kolejnymi planami unicestwienia placówki. Miała wrażenie, że niektórzy nie widzą różnicy między  papierem toaletowym  a  zadrukowanym. Przetrzymała kilkumiesięczną inwentaryzację olbrzymiego księgozbioru, kolejna reorganizacja usunęła z firmy nawet słowo „kultura”, zmieniła się znów przynależność  i podległość służbowa. Na dzień dzisiejszy na dobrą sprawę nie wiedziała czy pracuje, nie widziała na oczy nowego zwierzchnika, czy raczej zwierzchniczki – co też napełniało ją obawą, bo wolała pracować z mężczyznami. Zbyt dużo przeszła  przez koleżanki, które stając się jej podwładnymi nie mogły sobie dać rady z własną urażoną ambicją.  Kiedy odeszły z pracy, Kasia odetchnęła, zaczęła spełniać plany i marzenia, miała pomysły na rozwinięcie działalności. Niestety.  Zaczęły się znów przepychanki polityczne, personalne zmiany, reorganizacje biur i od początku to samo.  Rok chodzenia po linie nad przepaścią wykończy każdego, a co dopiero mówić o wrażliwej Kasi,  pozbawionej odporności  na stresy, potrzebującej  do życia spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Akurat tego miała najmniej. Tak więc siedziała na podłodze, patrzyła tępo na pełne regały uświadamiając sobie, że kocha to miejsce, te podarte, zaczytane, nieraz rozsypujące się książki, ale nie ma siły na dalsze życie w takich warunkach. Gdyby już miała prawa emerytalne! Ale – oczywiście z jej szczęściem – musi pracować do sześćdziesiątki a kto wie, czy nie dłużej. Któż to wytrzyma, kto dożyje?  Czyżby obecnym  rządzicielom chodziło o to, by jak najmniej osób doczekało  emerytury? Jaka oszczędność… Coraz czarniejsza  wizja przyszłości przewijała się jej przed oczami. Utrata pracy albo załamanie nerwowe z powodu długotrwałego napięcia,  konieczność opieki nad ojcem i niemożność zapanowania nad nim, Kamil szukający bezskutecznie zatrudnienia, bez środków na opłacenie rachunków, eksmisja na bruk, wreszcie samobójstwo poprzedzone uśpieniem psa i kotki, żeby się nikt nad nimi nie znęcał… Oto obecna rzeczywistość. Kasia pogrążyła się w rozpamiętywaniu stworzonego przez wyobraźnię koszmaru i nie słyszała wołania Mariolki, z którą pracowała od dwóch lat.  Przecież ona nie nadaje się do takiego życia. Nie ma już świata, w którym się urodziła i wychowała, straciły wagę wartości, w jakich wzrosła, przyszło jej się wstydzić polskiego kołtuństwa, ciemnoty i zacofania. To, co mówiła w liceum polonistka o” miernocie i szarzyźnie” stało się rzeczywistością. Tak samo – niestety – opowiadania dziadków o życiu w okresie międzywojennym, o biedzie i nędzy, które ona znała jedynie z literatury, a które teraz wróciły, jakby wstały z grobów, żeby zabrać ze sobą jak najwięcej ofiar…

Poderwała się na dźwięk telefonu. Szukała przez chwilę komórki, zostawionej między półkami. To Mikołaj. Jakie szczęście, że wyrwał ją ze szponów czarnych myśli.

– Cześć kotku – usłyszała kochany głos. – Bardzo jesteś zajęta?

– Dobrze, że zadzwoniłeś, bo już mi się wyć chciało z tego wszystkiego!

– A co się znowu stało?

– Przyszła jakaś baba z facetem i zaczęli wymierzać ściany w bibliotece. Kiedy spytałam o co chodzi, stwierdzili, że mają takie polecenie swoich przełożonych, bo będzie przebudowa pomieszczeń. No to spytałam, czy ich przełożeni rozmawiali w tej sprawie z moimi przełożonymi, ale oni stwierdzili, że ich to nie obchodzi. Myślałam, że mnie nagła krew zaleje. Ciśnienie mi skoczyło chyba powyżej jakiejkolwiek skali.

– Kochanie, przestań się przejmować takimi rzeczami. Przecież nie zlikwidują biblioteki, bo to już ostatnia w firmie i za bardzo ludziom jest potrzebna.

– Chyba zgłupiałeś! – Kasia była wzburzona do granic wytrzymałości. – Co kogo obchodzą ludzie?! Nie zauważyłeś, że zwykły człowiek teraz nikogo nie obchodzi? Po co ma czytać, po co ma się leczyć, po co możnym tego świata ma zawracać cztery litery? Lepiej niech szybko umiera po przejściu na emeryturę, żeby nie trzeba było mu płacić.  . Albo jeszcze lepiej – zanim doczeka tej cholernej emerytury, za którą i tak nie wyżyje. Może mu nawet nie starczyć na sznurek, żeby się powiesić!

– Ojej, widzę, że z tobą całkiem niedobrze.  Przyjadę po ciebie po pracy, poczekaj na mnie, dobrze?

– Poczekam – cicho powiedziała. – Dzięki, że wpadłeś na taki pomysł.

– No co ty, a po co mnie masz?

Ukochany potrafił sprawić, że myśli Kasi zmieniły kierunek. Rozmawiali o planowanym wyjeździe do Szczawnicy.

Jednak po dotarciu do domu znów zaczęła myśleć o problemach. Taką miała już konstrukcją psychiczną, przeżywała w zwielokrotniony sposób każda sprawę. Teraz też  rozmyślała.

Jak ja sobie z tym wszystkim poradzę? Czy to nie za dużo na mnie jedną? Ale z drugiej strony – po co marudzę, co to pomoże? Marudzę, bo tata chory, bo w pracy same problemy, bo kasy brak i dzieciom nie mogę pomóc, bo menopauza i dolegliwości związane z wiekiem….Ale na plus przecież też coś jest: Tosia opiekuje się tatą (jeszcze, bo nie wiadomo ile wytrzyma), Kamil pracuje, na razie na trzy miesiące, ale pracuje, przyzwyczaił się do porannego wstawania, treningami wypełnia czas i odreagowuje stres, uspokoił się już po rozstaniu z dziewczyną. Ciekawe kiedy będzie następna oficjalna, bo cały tłumek zawsze się kręci w pobliżu mego pięknego chłopaka …  Poza tym Łukasz się ożenił i zostanie tatusiem! No i Mikołaj chyba mnie jednak trochę kocha mimo wszystko…

Tosia zadzwoniła, ze ojciec był dziś wyjątkowo trudny w prowadzeniu. W końcu z wielkim wysiłkiem udało jej się opanować sytuację i usnął.

Kasi puściły nerwy i rozryczała się. Kamil wrócił już do domu, przyszedł matkę pocieszyć.

– Czym się denerwujesz ? – spytał spokojnie.

– Że zostanę bez pracy – chlipała.

– Mikołaj cię utrzyma, czym się martwisz – zmrużył oko. – Dużo nie jesz, ciągle mówisz, że się odchudzasz.

– A nasze mieszkanko? Z czego zapłacę czynsz i inne świadczenia? Kocham je, chciałabym  wykupić, żeby było nasze na zawsze…

– Ja zapłacę, pracuję na razie…

– Ale potem?

– Potem też znajdę pracę i też będę pracował. Mamo, nie jestem już małym dzieckiem.

– Mój malutki syneczek – rozchlipała się jeszcze bardziej.

– Mamcia, no i co z tobą? – przytulił Kasię. – Znowu ryczysz?

– Bo przedtem z żalu a teraz z rozczulenia.

Zadzwonił telefon. Kamil odebrał.

– Cześć bracie. Pogadaj z naszą mamą, tylko ty ją rozśmieszasz, przy mnie ciągle ryczy a ja muszę lecieć, bo mam randkę.

13.02.2018

  • kobietawbarwachjesieni Ja lubię zmiany, ale nie wszystkie.Gdy tylko przyjechałam z Warszawy od razu usiadłam do Twojego opowiadania. Pisz, pisz. Uśmiechy przesyłam.
  • annazadroza Maryniu:-) Czyli odpoczywałaś po trudach podróży w towarzystwie moich bohaterów, za co Ci serdecznie dziękuję:)))
  • emma_b jaki ten świat wirtualny malutki! cieszę się, że Marynię spotkałam:)
    tego jeszcze na blogu nie widziałam… to opowiadanie czy powieść?
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja przeczytałam jednym tchem…jakoś fajnie się wchodzi w klimat,
    a te rozmyślania Kasi (mojej imienniczki 😉 też są mi bliskie. Tylko kurcze
    ci faceci tacy idealni, ale to przecież dobrze 😉
    Dobrej nocy Aniu :)))
  • annazadroza Emmo:-) Bo w fajnych miejscach spotkają się fajni ludzie:)
    Powieść. Skąd się wzięła jest we wpisie z 8.XI. 17r. pt. „Zapraszam na Ursynów oraz do Szczawnicy”. Miłego czytania:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzień dobry i miłego dnia:)))
    Gdzie znaleźć idealnych facetów jak nie w powieściach? W realu nie ma ludzi bez wad. I to bez względu na płeć. Ale – oczywiście – my jesteśmy z Wenus, oni tylko z Marsa;)
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie lubię zmian

Samo określenie „polityka historyczna” zgrzyta mi w zębach. Historia już była, to przeszłość, nie zmieni się. Zmienić się może podejście w ocenie przeszłych wydarzeń w miarę poznawania nowych, nieznanych wcześniej faktów. Przypomniałam sobie wpis z 23.X. 17r. – „Co mogę zrobić „, tak w kontekście aktualnych
wydarzeń. Było o karmie narodów, w naszym wypadku najwyraźniej nie przepracowanej, co powoduje wygrzebywanie się z przeszłości, podnoszenie głowy i wychodzenie z grobów potwornych demonów. Jeśli chodzi o politykę pisowego rządu, to szkoda mówić. Już chyba tylko z Morzem Bałtyckim nie jesteśmy skłóceni, ale jedynie do pierwszego sztormu – to nie moje, usłyszałam i uderzyła mnie trafność określenia. To tyle, bo miałam się uczyć być jedynie obserwatorką, zachowując dystans do aktualnych… takich różnych… „mądrych” posunięć.
Z innej beczki. Cud się stał pewnego razu, czyli dziś. Babcia D. przyszła na śniadanie i do tej pory kontakt z nią jest prawie normalny:) Emerytura dotarła wreszcie na konto, psy śpią, Franek też. Obiad z wczoraj mam, ciasta trochę zostało, czyli jest dobrze, wspaniale wręcz i będę mogła trochę popracować na trzecią częścią sagi. Zakupy też zrobione – chociaż z pewnymi przeszkodami. Otóż w Biedronce wszyściutko pozmieniali. Jest nowy wystrój, owszem ładnie i czysto, ale niczego nie można znaleźć, bo towary pozmieniały miejsce, jakby się nocą w chowanego bawiły, nagle znieruchomiały i tak im zostało:)Po sklepie przemieszczał się tłum ludzi poszukujących potrzebnych rzeczy, których nie ma tam, gdzie zawsze były. Osobiście nie mogłam znaleźć jajek, wreszcie się udało, zaś po drodze trafiłam na żurawinę obok proszku do prania. Oj, trzeba się będzie przyzwyczaić do nowych porządków. A ja tak nie lubię zmian.

12.02.2018

  • nie-okrzesana To tak jak ja. Też nie lubię zmian.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Może Babcia D. wyczuła wiosnę i po prostu ,,przebudziła się ;),,
    Na taką zmianę, czyli na wiosnę czekam z utęsknieniem.
    Jestem pewna, że i Ty Aniu również 🙂
    pozdrowienia i miłego WSZYSTKIEGO !
  • urszula97 I ja w sklepach nie cierpię zmian,chodzę jak głupia,
  • irsila Zmiany na lepsze bardzo są oczekiwane,
    babcia zeszła na śniadanie.
    Wyzdrowienie także.
    W sklepach tak robią dla reklamy,
    byś wszystko przejrzał i więcej kupił.:)
  • kotimyszkot Tak, to jest działanie celowe, żeby klienta naciągnąć na towary, których wcześniej nawet nie widział 😉 Ale i ja nie znoszę takich akcji, wszystko do góry nogami, a sklep przestaje się wydawać przytulnym, dobrze znanym miejscem..
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Zmianę mogę zaakceptować tylko wtedy, kiedy wcześniej sama ją przemyślę, przyzwyczaję się itd., a to głupota w dzisiejszych czasach, gdy wszystko się zmienia w niesamowitym tempie. Widać taki ze mnie relikt przeszłości:)
  • annazadroza Kasiu:-) Pewnie, że czekam na wiosnę, ale taką prawdziwą, zieloną i pachnącą.
    Babcia D. pewnie o wiośnie nie myśli,może zaczęły działać nowe leki, bo po raz pierwszy od długiego czasu jest ok. Złudzeń nie mam, że to na dłużej, cieszę się, że choć teraz, przez chwilę. Serdeczności:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Wszyscy tak chodzili:) Na szczęście to „mój” sklep codzienny, z miłą obsługą, która zresztą całą noc pracowała przy tych zmianach, więc panie pomagały szukać razem z klientami. Pamiętały to, co same wykładały, a do reszty – mówiły – też się muszą przyzwyczaić.
  • annazadroza Irsilo:-) Ogólnie – to nie wiadomo czy na lepsze czy nie… Do „dobrej” zmiany złudzeń nie mamy…
    Słowo „wyzdrowienie” już raczej trzeba skreślić w tym przypadku. Dobrze byłoby, gdyby „pogorszenie” w rachubę nie wchodziło…
    A jak kasy na „rozpustę” nie ma, to mogą sobie i 100 razy przekładać z miejsca na miejsce, sprzedaż się nie zwiększy, bo z pustego i Salomon nie naleje.
  • annazadroza Kotimyszkot:-) Do sklepu chodzę z kartką i na nic nie dam się naciągnąć. Ale oczywiście jeśli mi się trafi coś, co i tak mam kupić, tylko kiedyś, to biorę. Np. prezent okazjonalny dla kogoś. Dobrze określiłaś, że przestaje być sklep przytulnym miejscem po takich rewolucjach. Trzeba się go na nowo uczyć.
  • babciabezmohera Też nie przepadam za zmianami, ale czasem – choć rzadko- sama do nich dążę, bo wiem, że są konieczne.
  • annazadroza BBM:-) Czasem są konieczne, to prawda, ale nie lubię zaskakiwania nimi. Wolę się przygotować, przemyśleć, przyzwyczaić do samej myśli o zmianach. Ale moje „wolenie” to jedno, a rzeczywistość – drugie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz