Bez jaj?

Wiatr lodowaty jak na Antarktydzie. Pewnie, że przesadzam, ale okropnie nie lubię zimna. Śniegu też nie lubię, bo jak można go lubić 21 dnia marca? Powinno być cieplutko, wiosennie, słonecznie. Znowu przesadzam, słonecznie jest. Tylko czemu ten wiatr wpycha mi powietrze do płuc, że oddychać trudno? Marudzę, bo jakaś niepozbierana dzisiaj jestem. Głowa mnie pobolewa, leń jakiś mnie ogarnął, wczoraj po powrocie od malutkiej ani ręką ani nogą ruszyć mi się nie chciało. Może mój organizm sugeruje, że wiosna bliżej niż nam się zdaje i odbiera od niej sygnały? Tata był wrażliwy na wszelkie zmiany w aurze i mawiał, że
zanim barometr pokaże tę zmianę – on już wie, że nastąpi, bo ją czuje. Jeśli mój paskudny humor miałby oznaczać nadejście wiosny, to już niech i tak będzie, oby wreszcie dotarła do nas.
Poszłam po zakupy, bo była taka konieczność. A tu świąteczny nastrój, dekoracje, słodycze, cuda-niewidy. Trochę się rozruszałam, ale nie fizycznie, o nie, to tylko szare komórki mi podpowiedziały, żeby kupić pieczarki. Znaczy – zadziałały, skojarzyły te komórki, że kilkakrotnie przed Wielkanocą były problemy z
pieczarkami i – zaskoczyły. Bo przecież jajka z pieczarkami być muszą, bez tego święta się nie liczą. Poza tym to są przecież jajkowe święta, więc jak to by mogło być, bez jaj? Inne smaki faszerowanych jajek przegrywają, pieczarki mają bezapelacyjnie pierwsze miejsce. Zmobilizowałam się na tyle, że przerobiłam trzy
opakowania grzybków, pokroiłam na drobniutko i się smażą. Jak odparują pójdą do zamrażalnika i będą czekać. A ja będę miała jedną czasochłonną rzecz z głowy.
I dalej mi się nic nie chce… O matko, jeszcze naleśniki dla młodych! Przecież obiecałam!

21.03.2018

  • aga-joz Faktycznie, pieczarki- trzeba dodać do listy zakupów.
    Ja nie kroję ich, tylko ścieram na tarce, na tych grubszych oczkach, jak dla mnie szybciej- bo jestem na ogół kuchennym leniem
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Fajnie się czyta. Nie wiem czy lubisz awokado, ostatnio zrobiłam pastę ucieramy awokado z czosnkiem, oliwą z oliwek i solą, smaujemy nią chlebek pod wędliny, serek lub samą, ja lubię.
  • kasiapur Oj, ja też ledwo ciągnę …Byle do kwietnia, mam nadzieję że jakoś
    przybędzie nam sił.
    Trzymaj się Aniu 🙂
  • kobietawbarwachjesieni Nie przepadam za gotowaniem. Jak już koniecznie trzeba, to się jakoś mobilizuję, ale za gotowanie biorę się bez zapału, można powiedzieć, że z konieczności, bo wiem, że nikt inny za nie się nie weźmie.
  • kolewoczy Wczoraj bałwana lepiłam 😉 A dzisiaj śniło mi się, że do południa śnieg całkiem się roztopi!! trzeba wziąć kalosze 😉
    Wiem, że to nieprawdopodobne, ale odkąd 30 lat temu dostałam zatrucia po pieczarkach, nie jem ich. Dla mnie to nie grzyby.
  • urszula97 Akurat mocno świeci słońce,śnieg zniknął, wczoraj był taki wiatr,dzisiaj spokojnie,może to już nadchodzi,powolutku codziennie coś robię oby się nie przemęczyć,teraz medytuję czy umyć okno balkonowe ,czy pastować meble,pozdrawiam.
  • e.urlik Nie mogę o pieczarkach teraz pomyśleć, bo dwa dni temu piec się zepsuł (jakaś epidemia chyba), w domu coraz zimniej, trzeba napalić w kozie a ja siły nie mam, zupełnie jak ty, Aniu. Dziś ma przyjść magik i może nie będę musiała w kocu chodzić. Eh, wiosna, zawsze coś.
  • annazadroza Ago:-) Na tarce ścieram pieczarki wtedy, kiedy używam ich do kotletów, albo do pasztetu, albo do farszu naleśnikowego. Do jajek faszerowanych kroję drobno i to jest bardzo wkurzająca czynność. Ale wyjścia nie ma, chłopcy od małego uwielbiali je w takiej właśnie postaci i chcieli, żebym „zrobiła 1000 jajek”. Tysiąca się nie doczekali, lecz wystarczająca ilość być musi:)))
  • annazadroza Legendarna:-) Jak miło, że jesteś:) Pomysł na pastę kupuję. Jutro po zakupy pójdę, to awokado wrzucę do koszyka. Kiedyś mi smakowało w takiej postaci, że smarowałam nim chleb, na to pomidor w plasterku i zioła prowansalskie. Od dawna już nie używałam, dzięki za przypomnienie, wszak awokado to samo zdrowie:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Ja kwietniowe dziecię, więc z niecierpliwością czekam na napływ sił witalnych. Też się trzymaj Kasieńko:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Marysiu:-) Może bez zapału, ale jestem święcie przekonana, że robisz to po mistrzowsku i dzieci i wnuki uwielbiają Twoją kuchnię:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Pieczarkami się zatrułaś? Nieprawdopodobne. Może to jakieś oszukane, zbierane na polu były, może po nawozach sztucznych? Współczuję, a jajka z pieczarkami takie dobre;)
    A jak bałwanek? Jest jeszcze czy się rozpłynął? U mnie cieplej, słońce było lecz zimny wiatr dalej wiał. Kalosze na razie nie są potrzebne ani we śnie ani na jawie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Okna brudne, lecz wiatr zimny i boję się przeziębić, żeby malutkiej nie zanieść jakiegoś choróbska. Czekam z utęsknieniem, żeby się cieplej zrobiło i żebym je wreszcie mogła umyć, bo już patrzeć na nie nie mogę. Jutro usiądę i zrobię plan działania i menu, to lubię:))) Najlepiej – jak Ty – pomału wszystko sobie robić, żeby nie zostawić na ostatnią chwile zbyt wiele do zrobienia. Pozdrawiam również:)))
  • annazadroza Ewo:-) No to ja Ci współczuję, bo wiem co znaczy zimny grzejnik. Chociaż – na szczęście – tylko jeden odmówił współpracy i teraz go już wymieniać nie będziemy, zima się zaraz skończy, właściwie już po niej, grzejemy na razie dmuchawą i wystarcza. Ale Tobie życzę szybkiej wymiany zepsutego pieca i niech Ci ciepło będzie oraz błogo:)))
  • kotimyszkot Jeszcze nie próbowałam z pieczarkami.. hm było z tuńczykiem, ze szczypiorkiem, może pora na nowości.. Na razie zbieram łuski cebulowe do barwienia jajek – i tyle w temacie przygotowań przedświątecznych 😉 Pozdrawiam ciepło 🙂
  • annazadroza Myszokocie:-) Spróbuj, są przepyszne. Tylko nie z utartymi lecz pokrojonymi pieczarkami, mają lepszy smak i konsystencję. Znaczy – farsz ma. Aha, robię najprościej – obieram jajka na twardo, kroję na pół, żółtka ucieram/mieszam z usmażonymi pieczarkami+pieprz+sól+odrobina majonezu i gotowe. Są inne skomplikowane bardziej sposoby, wypełnianie skorupek, smażenie – ale to już nie dla mnie.
    Cebulę już mam, zawsze barwię w łuskach i wychodzą niepowtarzalne, każde jajko inne w zależności od tego, jak łuska je oblepiła podczas gotowania. W dzieciństwie wydrapywaliśmy wzory na zabarwionychskorupkach ostrym szpikulcem, była zabawa przy tym:)))
  • krzysztof213 Bez jaj .
    Ja lubię zimę ale taką prawdziwą i książki są ok tylko trzeba myślę mieć czas i chęci na nie.zwiedzając czas i świat .
    Pieczarki lubię można zrobić farsz na zapiekanki lub zrobić z sosem
  • annazadroza Krzysiu:-) Jaja z pieczarkami są naprawdę pyszne:) A jaki sos robisz do pieczarek? Ja duszę je z cebulką i dodaję śmietanę.
    Zima za oknem i książka w ręce – to jest bardzo dobre połączenie, byle nie trzeba było wychodzić na zewnątrz, brr. A teraz czas na wiosnę:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 29

Kasia w środku nocy zerwała się na dźwięk swojej komórki oznajmiającej o odebranym esemesie. Nieprzytomna, usiłowała ją wyłączyć, żeby Era znów nie obudziła Mikołaja. Operator miał dziwny zwyczaj przysyłania o nieludzkich porach esemsów z różnymi  informacjami. Odwróciła się sprawdzić czy mąż śpi, a jego nie ma! Chwila paniki i … błysk zrozumienia. Przecież ona jest na Ursynowie, a sms przysłał Kamil, że wróci rano, bo jest na koncercie.

Promienie słońca obudziły Kasię na dobre kilka minut po szóstej. Otworzyła oczy zupełnie przytomna. Poczuła przyjemną miękkość Kicinego futerka ponieważ pełna szczęścia Kicia spała przytulona do paninego policzka. Dżemik pochrapywał tuż obok wersalki. W nocy kilkakrotnie sprawdzał czy pani na pewno jest, czy gdzieś nie zniknęła. Tęsknił bardzo i czekał chwili, gdy znów wyczuje ją stojącą za drzwiami na korytarzu. Nieruchomiał wtedy, stał patrząc i węsząc z niedowierzaniem, i dopiero kiedy upewniał się, że to naprawdę jego pani, rozpoczynał szaleńczy taniec radości.

Kasia nie ruszała się, żeby nie wyrwać Dżemusia ze snu. Niech sobie bidulek pośpi ze świadomością, że jestem przy nim, pomyślała sięgając ręką do czarnego futerka. Z rozkoszą wtuliła policzek we własną poduszkę we własnym domu. To był problem, jej problem, którego wcześniej nie wzięła pod uwagę. Tęskniła za domem. Potwornie, okropnie, strasznie, beznadziejnie. Przez pierwsze tygodnie płakała z tęsknoty. Znienawidziła wszystkie dzielnice Warszawy, które nie były Ursynowem. Najpierw pomyślała, że zwariuje, nie wytrzyma. Nie wytrzyma z dala od domu i nie wytrzyma z dala od Mikołaja. Sytuacja bez wyjścia. Ryczała jak bóbr zamykając się w maleńkiej łazience męża. Mieli w planie kupno większego mieszkania i Kasia wiedziała, że musi być na Ursynowie. Ze względu na astronomiczne ceny mogłoby mieć metraż tylko niewiele różniący się od obecnego Mikołajowego. Trudno. Za to będzie u siebie, koło domu. Może komuś wydawać się to nienormalne lecz na uczucia nie ma rady. Ona, Katarzyna, nie potrafi żyć gdzie indziej, w każdym innym miejscu będzie nieszczęśliwa. Nie mogły w tej materii pomóc niczyje rozsądne, logiczne wywody. Na razie musiało pozostać jak jest dopóki nie znajdą tego, co ma być na zawsze. Nie umiała myśleć: u nas. Myślała: u mnie, u Mikołaja. Dopiero przyszłość miała przynieść: u nas. Wtedy, kiedy będzie prawdziwy dom, prawdziwe życie, blisko chłopców i przyjaciółek, na swoim terenie łowieckim – jak to określała – rozciągającym się od ulicy Indhiry Gandhi  do linii Lasu Kabackiego. Teraz uczyła się  nowego życia, życia z drugą osobą obok siebie. Bliską, kochaną ale dorosłą, mającą swoje doświadczenia i przyzwyczajenia. Nawiasem mówiąc było to – chwilami – trudne.

Słońce zapraszało do opuszczenia łóżka i wyjścia na zewnątrz. Kasia z miłością rozglądała się po swoim ukochanym pokoju, który urządzała pod własnym kątem myśląc, że dzieci kiedyś dom opuszczą i ona w nim zostanie sama. A tu los jej spłatał niespodziewanego figla. A może to nie figiel ale nagroda za lata gehenny przy boku Jerzego, za męki przeżywane samotnie na wywiadówkach w szkole najpierw u Łukasza, potem u Kamila.? Oj, dali jej popalić, dali. Cud, że nie oszalała. Właśnie, nie oszalała, żeby leżeć w łóżku i marnować czas, szkoda życia. Trzeba wykorzystać ładną pogodę i przelecieć się z Dżemusiem do Hita piechotą, sprawdzić co się zmieniło w podczas zimy.

Wstała, Dżemik wodził za nią oczami zaniepokojony czy pani nie zniknie.

– Zaraz pójdziemy na długi spacer, mój ty skarbie kochany – uspakajała ulubieńca. – Naprawdę zaraz pójdziemy na spacer.

Zrozumiał, oczywiście, jak na mądrego psa przystało. Kasia szybko wskoczyła pod prysznic stawiając uprzednio czajnik z wodą na małym gazie. Po kilkunastu minutach z kubkiem pachnącej kawy w ręce stała patrząc przez okno na miejsce budowy osiedla Pod Brzozami na KEN-ie, rozpoczętej niedawno i szybko zmieniającej wygląd alei. Pomyślała, że tutaj chętnie by zamieszkała, nie przeszkadzałby jej ruch na jezdni. Można się jedynie obawiać trasy szybkiego ruchu, którą straszą od trzydziestu lat, a która ma przebiegać przez teren giełdy Na Dołku. Dżemik usiadł u stóp pani i wydawał rozmaite dźwięki – a miał ich niemały repertuar – ponaglając i przypominając o swojej obecności.

– Już idziemy. Widzisz, ubieram się – tłumaczyła Kasia. – Popatrz, mam buty na nogach. Klucze, gdzie są klucze? O, już są. Widzisz? Jeszcze smycz, chodź.

Dżemuś tańczył z radości pod drzwiami.

– Cicho bądź, nie budź Kamila, niech sobie pośpi, przecież dopiero wrócił – uciszała kudłatego pupilka

Cieszyła się, że śnieg wreszcie stopniał, zrobiło się ciepło i mogła iść daleko, aż pod las. Bardzo jej brakowało spacerów. W ogóle brakowało jej teraz ruchu. Przedtem robiła około dziesięciu kilometrów z Dżemikiem, nie jadała obiadu składającego się z dwóch dań. Cóż, zmiana trybu życia nie mogła pozostać bez następstw. Do Mikołajowego mieszkania wjeżdżała windą, mąż zawoził ją do pracy samochodem, na dodatek musiała jeść obiad i jeszcze kanapki w pracy, które troskliwy Mikołaj robił jej co rano. Stwierdziła, że waga ciała zwiększyła się niepokojąco i postanowiła położyć temu kres. Koniec, nie może pozwolić sobie na to, by stać się paskudną, grubą starą babą! I do tego zrzędzącą. Za nic na świecie! Mikołaj co prawda nie zauważył, żeby zrzędziła, jej się natomiast zdawało, że narzeka bezustannie, a Mikołajowi jest przykro z tego powodu. A była to tylko tęsknota za domem i za Ursynowem. Tak minęły trzy miesiące od ślubu. Pomału zaczęła przyzwyczajać się do nowej sytuacji, poukładała sobie tygodniowe czynności i rzeczy w szafie. Postanowiła czas wykorzystywać do maksimum, nie marnować ani chwili tak, żeby i na Ursynowie i u Mikołaja w mieszkanku wszystko było dopilnowane, zorganizowane, posprzątane, żeby wiedziała co i gdzie się znajduje. Niezupełnie udawało się dotrzymać postanowień. Nieraz myliło jej się, które ciuchy gdzie przewiozła, na przykład szukała dżinsów na Ursynowie, żeby je ubrać a one już były na Siekierkach i tak z wieloma rzeczami. Traciła cierpliwość coraz bardziej, do tego irytowała ją ciasnota i kompletny brak przestrzeni. Uświadomiła sobie, że tak będzie dopóki nie znajdzie odpowiedniego mieszkania. Zaczęła przeglądać wszystkie możliwe oferty sprzedaży lokali na internetowych stronach biur nieruchomości,  zarówno z rynku pierwotnego jak i wtórnego. Pomyślała, że ludzie kompletnie powariowali żądając za stare mieszkania w blokach z wielkiej płyty takiej samej ceny jak za nowe, budowane z cegły. Cóż, ceny tak czy owak były horrendalne, nie na możliwości zwykłych ludzi. Musiała pogodzić się z faktem, że szybko swojej sytuacji mieszkaniowej nie zmieni. Szukała jednak bezustannie mając świadomość, że dopiero w nowym miejscu zacznie normalnie funkcjonować. W końcu zdarzają się cuda na świecie, dlaczego nie miałby się jej zdarzyć? Gdyby tak wygrana w lotka… Pomarzyć dobra rzecz, problem rozwiązałby się natychmiast. Był czas, że marzyła o własnym domku z ogródkiem, nawet trafiła na idealny projekt, sprawdzała ceny działek…i równie dobrze mogłaby chcieć działki na księżycu. A gdyby nawet się udało nabyć kawałek ziemi, musiałaby mieszkać w szałasie z gałęzi albo siedzieć w kucki pod parasolem…

Idąc z Dżemusiem nie mogła sobie pozwolić na dłuższe, absorbujące uwagę rozważania. Musiała mieć oczy szeroko otwarte, żeby Dżemik kogoś nie skubnął albo sam nie został zaatakowany. Rozejrzała się więc gdzie bezmyślnie doszła i zauważyła rzecz ciekawą. Otóż przy Nowoursynowskiej była budowa rozpoczęta dawno, dawno temu lecz sprawiająca wrażenie martwej, bo nic się tam nie działo. Do tej pory. Teraz spostrzegła jakiś ruch. Wyraźnie komuś zaczęło zależeć na dokończeniu inwestycji. Przyjrzała się uważnie budynkom. Wyobraźnia podsunęła jej obraz małego mieszkania z oknem sypialni wychodzącym na cichą, małą uliczkę od strony Wilanowa, na konie galopujące za ogrodzeniem, bo tam właśnie były stajnie. Tu mogłaby zamieszkać na zawsze.

Mikołaj realistycznie podchodzący do życia nie był przyzwyczajony do funkcjonowania w stanie euforii, a w takim znalazła się Kasia. Próbował jej wytłumaczyć, że niestety, środków na mieszkanie nie da się zgromadzić natychmiast i pewnie w ogóle, bo ceny… Nie przyjmowała do wiadomości niczego, co byłoby sprzeczne z jej marzeniem. Zaraziła wreszcie męża entuzjazmem do tego stopnia, że umówił się na spotkanie z agentką i poszedł obejrzeć mieszkanie. Wrócił z mieszanymi uczuciami. Mieszkanie mu się podobało, ale poza ceną coś jeszcze go niepokoiło. Miał wrażenie, że kobieta jakoś kręciła, na temat notariusza nie chciała rozmawiać, jakby przypadkiem kilkakrotnie zmieniła temat.

Kasia nie przestawała marzyć. Tylko w ten sposób wytrzymywała bezustanne przemieszczanie się po całej Warszawie. Czekała z utęsknieniem na zapuszczenie korzeni w nowym miejscu.

20.03.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

PIT-OP

Wydrukowała mi synowa PIT-OP, żeby można było 1% przekazać na wybrany cel. Dobrze, że uproszczono tę procedurę dla emerytów, bo o wiele łatwiej będzie zrobić dobry uczynek. Przedtem musiałam Dużego prosić, żeby całego PIT-a za mnie rozliczał, teraz wystarczy druczek nieskomplikowany samemu wypełnić.
Ten 1% to niby grosze – mógłby ktoś powiedzieć – ale każdy grosz do grosza i wspomóc można. Wspomagam oczywiście zwierzęta pokrzywdzone przez ludzi.
Mam wypisane trzy organizacje, podam tutaj, bo może ktoś skorzysta.

KRS 0000464918 / cel szczegółowy „Przystań Ocalenie”- Ćwiklice
KRS 0000135274 / cel szczegółowy „Korabiewice”
KRS 0000217180 / cel szczegółowy „Duch Leona”

Do Centaurusa wysyłam sms-y kiedy mam na to środki w komórce. Tyle mogę zrobić, więcej nie dam rady poza dobrą myślą i dobrymi życzeniami wysyłanymi do wszystkich, którzy mają w sobie empatię.

19.03.2018

  • veanka U nas też 1% idzie na ten cel, czyli na schronisko dla bezdomnych zwierząt w Celestynowie.
    Kiedyś, co jakiś czas jeździłam tam z darami, ale bardzo mnie to dołowało i teraz mam zlecenie, że co miesiąc (dopóki mnie na to będzie stać) określona kwota jest na konto schroniska przesyłana.
  • annazadroza Veanko:-) Jechać nie dałabym rady, zapłakałabym się na śmierć nie mogąc wszystkich biedaków zabrać do siebie, taka głupia jestem. Mały ze swoją połowicą zawożą zebrane rzeczy, ona też bierze udział w warsztatach Fundacji „Duch Leona” Sylwii Najsztub.
    Do Celestynowa kiedyś też co miesiąc wysyłałam datek, dopóki mogłam. Teraz sporadycznie wspieram w miarę możności.
  • e.urlik Aniu i inne dziewczyny, jesteście wielkie, jesteście kochane, jesteście wspaniałe! Nikt tak nie potrzebuje pomocy jak te biedaki najkochańsze. Mój facet wysyłał na hospicjm, ale ubłagałam, żeby oddawał zwierzakom. (ja nie pracuje tutaj, więc nie płacę podatków). Byłoby super byś strasznie bogatym i wspomagać wszystkie stworzenia duże i małe, od słoni po żaby i jeszcze Amazonię. A na pewno stworzyć obóz koncentracyjny dla kłusowników, myśliwych, katów zwierząt, nieludzkich hodowców i wszystkich tych zwyrodnialców.
  • babciabezmohera ŻADNYCH obozów koncentracyjnych! ŻADNYCH!!! i NIGDY!!!
  • annazadroza Ewuś:-) Tych zwyrodnialców to bym chciała jakimiś czarami zmienić w dobrych ludzi, żeby odczuli całe zło jakie zrobili. I czuliby wtedy nieodparte pragnienie naprawienia krzywd.
  • annazadroza BBM:-) ŻADNYCH!!! NIGDY!!! NIGDY!!! NIGDY!!!
  • e.urlik Dzisiaj umarł ostatni samiec nosorożca białego. Ostatni. Ziemia straciła kolejny, piękny gatunek.
  • irsila Sorry gregory,
    ale ja długich tekstów nie czytam,
    ani nie komentuję.
    Jedynie tylko tym komentarzem się odwzajemniam,
    że w moim ogródku z racji pisania mego bloga
    manunatura.blox.pl/html
    coś tam skomentowałaś.
  • irsila U mnie małż wypełnia pit i nic nikomu nie przekazał,
    bo zapomniałam powiedzieć.
    Dla psów ciężkie czasy u nas nastały,
    coraz więcej tabliczek: zakaz wyprowadzania psów.
    Drugi rok nie mam psa, odeszła po 13 latach na raka.
  • annazadroza Ewo:-) Smutna wiadomość. Dlaczego człowiek musi niszczyć życie wokół siebie? Tak samo inne gatunki jak i własny gatunek, niczego nie potrafi uszanować, zarzuca świat tonami śmieci i dusi złą energią nienawiści.
    Pocieszające – w minimalnym stopniu – to budząca się świadomość wśród ludzi, że trzeba zadbać o naszą Matkę-Planetę, zaopiekować się bezbronnymi istotami, zwierzętami krzywdzonymi przez podłe dwunożne istoty… mimo, iż w dalszym ciągu są takie krwiożercze szyszki albo inne klechy np. duszące rysia pod ochroną…
  • annazadroza Irsilo:-) Przykro, że Twoja sunia odeszła, ale masz świadomość, że miała dom, nie była głodna i nie musiała się tułać po lasach albo spać na betonie w klatce metr na metr.
    Chwała Ci za to.
    Zaglądam do Twojego ogródka, życzę wiosny i pięknych kwiatów. Pozdrawiam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Tak minął piątek

Zapisywałam w piątek 16.III.2018, aby złapać uciekający czas.
Nie spałam od 4-ej bijąc się z różnymi myślami, wreszcie mnie pokonały i wstałam po 5-ej. „Ogarnęłam się” – jak to teraz mówią, Skitula wypuściłam do ogródka, kiedy wrócił -Szilkę ubrałam w szelki (oj, trochę już przyciasne) i wyszłyśmy. Wróciłyśmy o 7-ej. Przysmaki dla psów, kawa dla mnie i włączyłam
Lapcia. Poczta, wiadomości, komentarze, krótka notatka na kartce do wpisu ewentualnie przydatna, wreszcie puszczony na blogu rozdział 28. Wieczorem go wklepałam jako „roboczy”, więc szybko. To znaczy byłoby szybko, gdyby Lapcio szybciej działał, ale on już staruszek i wlecze się niemiłosiernie, kręci i kręci i
kręci i wreszcie ja kręćka dostaję ze złości. No, ale dobrze, skończyłam, już godz. 8.30, czas na śniadanie. Zrobiłam sałatkę na szybko: jajka (3 sztuki) miałam na twardo, otworzyłam puszkę tuńczyka, pokroiłam czerwoną cebulę, ogórki konserwowe, do tego puszka groszku, sól, pieprz, czosnek, trochę majonezu i
gotowe. Babcia D. ” dziś nie spała całą noc” więc nie zejdzie, łaskawie leki połknęła. Zjedliśmy z Mężem sami, usiadłam jeszcze do Lapcia myśląc w międzyczasie co im zrobić na obiad. Już 11-ta, więc odeszłam od klawiatury.
Po zakupy się udałam uświadomiwszy sobie, że w sobotę będą się działy dantejskie sceny (już raz przeżyłam przed świętami zapomniawszy wcześniej kupić jakiś drobiazg), ponieważ w niedzielę sklep nieczynny będzie z powodów wiadomych. Wróciłam ok. 12-ej i zabrałam się za obiad. Najdłużej mi zeszło z krojeniem produktów na surówkę, postanowiłam bowiem wykorzystać wszystkie resztki – sałatę rzymską, pół kapusty pekińskiej, czerwoną cebulę, kawałek pora, ogórki, marchewkę i szczątki cykorii – żeby się nic nie zmarnowało. Wymienione warzywa skropiłam olejem z pestek winogron (ponoć ma dobry wpływ na oczy), octem jabłkowym oraz posypałam solą, pieprzem i czosnkiem granulowanym, bo mi się nie chciało obierać i gnieść świeżego. Zresztą babcia D. czosnku nie lubi, więc by nie jadła. Aha, kiedy byłam w sklepie, zeszła na śniadanie i zjadła nawet trochę tuńczykowej sałatki:)
Do 15-ej zeszło mi przygotowanie pozostałych „elementów” obiadowych oraz zaserwowanie posiłku domownikom. Oczywiście nie odbyło się bez sensacji. Babcia D. przyszła do stołu, ale po chwili zaprezentowała trzęsionkę i stwierdziwszy swoje stałe: „coś się ze mną dzieje” uciekła do pokoju. Nie
reagowała na żadne argumenty, jedynie groźba wezwania lekarza do domu poskutkowała i po pewnym czasie przyszła. Rozpuściłam jej magnez do picia i dostała oxazepam. Pomogło, zjadła obiad.
Potem -krótkie wyjście z psami. Wiatr lodowaty, śnieg i ogólnie – paskudnie się zrobiło, nie ma mowy, żeby dłużej wytrzymać na zewnątrz. Spojrzałam na zegarek – godz. !6.30. Duży przysłał mi śliczne zdjęcie Calineczki. Oczka ma na pół buzi, takie duże:)
Godz. 19.20 – udało mi się przez 3 godziny popracować nad trzecią częścią, hurrra!
Teraz kolacja, leki, z psami Mąż wyszedł na krótko, bo śniegu dużo nasypało. A ja się oddałam przyjemności, bo w piątkowy wieczór „Taniec z Gwiazdami” mnie czeka i nie odpuszczę.
Nie odpuściłam, chociaż głowa mi co chwilę leciała w dół – wytrzymałam. Odpłynęłam natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Więcej nie dałam rady niczego zdziałać. Tak minął piątek.

17.03.2018

  • aga-joz To teraz miłej soboty! U nas bez śniegu, za to piękne słońce i -9. Gdzie ta wiosna? TzG nie obejrzałam, był seans filmowy z moimi chłopakami. Dziś będę miała taniec na żywo
  • annazadroza Ago:-) Własne dziecko w tańcu to widok najpiękniejszy:) Woziłam moich chłopaków na kurs tańca na siłę:) Ale – przynajmniej w dorosłym życiu w razie potrzeby sobie poradzą:)))
  • urszula97 Tak mija piątek,sobota powoli i szybka mija każdy dzien,nie wiem ,może czas przyspieszył?
    Piszesz o swojej Calineczce,ja nie wiem powoli jak karmić malenstwa,myslę że są jakieś mody,moja siostra ma 5 wnuków a jedna z jej córek ma wcześniaki róznicą 6 lat,i zmiana w jedzonku.Chociaż mój 9 letni wnuk był pod opieką lekarki która zajmowała się też moimi dziećmi (pamiętała że mam działkę),stwierdziła że moje przetwory i soki z odrobiną cukru zdrowsze od słoików,toteż robiłam małe przeciery na bazie jabłek z innymi owocami a zamrażarka była pełna warzyw dla małego na zupki.Jest mróz i snieg u nas,ma jeszcze ma dociść mrozem.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl I mnie się podoba ten ,,dziennik piątkowy,,. Taki zapis pokazuje jak
    biegnie czas na pozornie błachych sprawach, bez których życie rodziny
    NIE ISTNIEJE.
    wszystkiego dobrego Aniu !!!
  • babciabezmohera Czas wlecze się tylko wtedy, gdy na coś bardzo czekamy; normalnie śmiga, że trudno dogonić uciekające minuty! ;))
  • kobietawbarwachjesieni Czas teraz już nie biegnie, a pędzi.
  • annazadroza Urszulo:-) Zmienia się sposób karmienia maluszków, co chwilę jakieś nowe wynalazki są wprowadzane, potem się okazuje, że wcale nie są aż takie dobre i w rezultacie nie różnią się od poprzednich metod. Kiedyś na godziny kazali karmić, nie brać na ręce, nie nosić. Jakby tak według podręcznika ściśle chować, to nie wiem co by wyrosło. Jakieś znerwicowane roboty, czy co? A przecież każde maleństwo potrzebuje miłości, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.
    Na 100% Twoje przetwory własnoręcznie zrobione z produktów z działki są lepsze i zdrowsze niż ze sklepu. I na pewno smaczniejsze zupki z własnych zamrożonych warzyw niż z niewiadomego pochodzenia sklepowych. A dzieciaczki zdrowo po nich rosną. Pozdrawiam serdecznie jak babcia babcię:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Zapis obejmuje najgłówniejsze czynności, do tego dołożyć by można takie drobniejsze, ale czas zabierające np. zamiatanie ( nie odkurzanie) domu po naniesieniu piasku przez pieski, ścielenie łóżek, zebranie prania z suszarki itd. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy ile takie drobiazgi pochłaniają minut przechodzących w godziny.
    Tobie też miłego i najlepszego Kasiu:)))
  • annazadroza BBM:-) Najdłużej się ciągnął rok szkolny w oczekiwaniu na wakacje, albo okres bezpośrednio przed urlopem, na który nie można było się doczekać. Ale i wakacje i urlop przelatywały niczym „perszing” i z wielkim żalem trzeba było wracać do codzienności.
  • annazadroza Marysiu:-) Jakby go kto na sto koni wsadził 🙁
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Czyli w normie

Widziałam rano cztery sarny, dwie małe i dwie duże, więc wciąż mam nadzieję, że jedna z nich jest sierotką przygarniętą przez inną rodzinę.
Nie wiem w jaki sposób czas tak szybko może mi uciekać. Chyba zacznę zapisywać w ciągu dnia co i kiedy robię, bo to jest po prostu nie do wytrzymania. Wciąż przecieka mi przez palce i prawie nigdy nie zdążę zrobić tego, co powinnam, co miałam w planie. Może zapisując w jakiś sposób bardziej zapanuję nad nim(czasem)
i zdyscyplinuję samą siebie.
Calineczka przekroczyła 7 kg i ma 2 ząbki:))) Dostaje kozie mleko zamiast tamtych różnych dla niemowląt, których nie chciała. Czasem pije, czasem się obraża, czasem się bawi butelką i smoczkiem. Zupki wcina, im bardziej konkretna smakowo tym lepsza. Wczoraj np. jadła paprykową i jej smakowała. Jak już
nadmieniałam ongiś, inne teraz dzieci karmienie i chowanie niż drzewiej bywało. Gdzie by mi do głowy przyszło dawać tak małemu dziecku paprykę, jak sama jej kiedyś nie jadałam, jedynie w postaci przyprawy używałam. Człowiek się uczy całe życie, a dopóki się uczy – to z nim zupełnie dobrze:)))
Malutka jest bardzo ruchliwa, nie lubi się nudzić, uwielbia skakanie przy muzyce, przewraca się sama na brzuszek, chwytając się szczebelków łóżeczka próbuje się podnosić. Czyli wszystko w normie, zgodnie z rozkładem jazdy dla niemowląt:)))

16.03.2018

  • kobietawbarwachjesieni Ile radości wnosi do życia taki bobas. Buziaki. Marysia.
  • annazadroza Marysiu:-) Całe morze radości, czułości i szczęścia:)))
  • e.urlik Aniaaaaa! Zdjąteczko malutkie choooooociaż!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Szczęśliwa jesteś Aniu przy Calineczce to aż bije z każdego słowa !
    Tak trzymaj :))) uściski !
  • bognna ” Człowiek się uczy całe życie, a dopóki się uczy – to z nim zupełnie dobrze:))
    Ot co Anno, sama esencja, niczego wiecej dodawac nie trzeba.
  • nie-okrzesana Też tak mam, z tym uciekającym czasem.
  • ciotkaeliza Ja sobie wiele rzeczy zaznaczam,zapisuję a potem zastanawiam się co to za numer, po co zaznaczyłam ten dzień w kalendarzu albo zwyczajnie zgubię ściągę z zapisami, ale co tam i tak najwięcej radości dają Calineczki.
  • annazadroza Ewuś:-) Dalej nie umiem, może kiedyś:)))
  • annazadroza Kasiu:-) No jak by mogło być inaczej, kiedy taka drobineczka uśmiecha się na widok babci? Odwzajemniam uściski:)))
  • annazadroza Bognno:-) Ojejku jejku, dziękuję:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Powiedz, jak go spowolnić choć trochę, skubańca jednego niewdzięcznego?
  • annazadroza Elizo:-) Zapisków i karteluszków mam tyle, że czasem myślę, iż w nich utonę. Jak z nimi zrobię porządek, to potem szukam…
    Rację masz świętą – najwięcej radości dają drobineczki-kruszyneczki-Calineczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 28

Adelka nie lubiła momentu skończenia czytania książki, szczególnie jeśli polubiła bohaterów i przywiązała się do nich. Pragnęłaby dalej uczestniczyć w ich życiu. Nie zapominała o nich od razu, przez czas jakiś żyli jeszcze w jej wyobraźni. Kilka dni, tygodni, czasem wracali po miesiącach.

Odłożyła na bok tak zwane opasłe tomisko, niezwykle pasjonującą lekturę i jeszcze niezupełnie przytomna rozejrzała się wokół. Miś wraz z Perełką spały obok niej, Reks rozciągnął się na całą swą wielkość pod oknem balkonowym, aby mieć dobre pole obserwacji całego towarzystwa, Bierka zaś tak, aby mieć na oku swego pana oraz Adelkę. Na resztę współbraci nie zwracała uwagi. Adam siedział w małym pokoiku. Oprzytomniała całkowicie.

– Co robisz? – spytała szukając wzrokiem pilotów od telewizora i dekodera, nie było ich na miejscu.

– Jem – padła odpowiedź.

– Nie wiesz, gdzie się podziały piloty?

– Są ze mną – usłyszała.

– Co ty mówisz? – zdziwiona podniosła się z fotela i zajrzała do pokoiku.

– Nie lubię jeść w samotności, kiedy jestem z tobą. Ty nie chciałaś, to jem w towarzystwie pilotów – wyjaśnił z łobuzerskim uśmiechem.

Parsknęła śmiechem.

– Przepraszam cię, ale musiałam skończyć książkę. Tak mnie wciągnęła, że nie mogłam się oderwać. Teraz mogę ci ją pożyczyć.

– Akurat przyda mi się na wieczór, skoro taka zajmująca. Jutro o niej porozmawiamy.

– Masz zamiar siedzieć nad nią do rana?

– Skoro taka zajmująca…

Nazajutrz rozmawiali jednak na zupełnie inny temat. Adam nie posiadał się z radości, bowiem zadzwonił do niego wnuk, na stałe mieszkający w Irlandii, z informacją, że przylatuje do Polski. Adam więc o niczym innym nie mógł myśleć, a tym bardziej mówić.

– Nie masz pojęcia, Adelko, jaki to świetny chłopak. Skończył studia, pracuje, chociaż kiedyś mówił, że tylko muzyka się dla niego liczy i nic więcej go  nie obchodzi.

– A czym teraz się interesuje? To znaczy, mam na myśli gdzie pracuje, w jakiej branży.

– Alan jest informatykiem w firmie fonograficznej.

– Wcale więc nie rozstał się z muzyką – skomentowała Adelka. – Na długo przylatuje?

– Na jakieś dwa tygodnie. Z tym, że w Warszawie  będzie cztery dni, potem jedzie na południe.

– To znaczy gdzie?

– Do Krakowa, w sprawach firmy.

– To się zdążysz nim nacieszyć. A jutro masz jeszcze wolne? – spytała z uśmiechem.

– Przecież jest dorosłym facetem, niańki nie potrzebuje – Adam odwzajemnił uśmiech. – Coś konkretnego masz na myśli?

– Mam – zawahała się. – W Wilanowie  jest instalacja rozświetlająca ogród przy pałacu. Bardzo chciałabym zobaczyć w naturze, nie tylko w telewizorze.

– Nie widzę przeciwwskazań. Trzeba tam pojechać po południu. Za dnia nie ma efektu, zapewne dopiero o zmroku oświetlenie sprawia odpowiednie wrażenie.

– Oczywiście, przecież zwiedzać można dopiero po południu. Ojej, jak się cieszę! Przyjedziesz do mnie z Bierką, pójdziemy na długi spacer, żeby psy się wybiegały i spokojnie mogły potem na nas czekać w domu.

Oboje z wielką przyjemnością zwiedzali Królewski Ogród Światła. Niestety, temperatura znacznie spadła i zimno nie pozwalało długo cieszyć się spacerem.

– Adelko, mam propozycję nie do odrzucenia.

– To znaczy?

– Proponuję, abyśmy podjechali do irlandzkiego pubu, rozgrzejemy się i posłuchamy muzyki na żywo.

– Wiesz co? Chętnie. Słyszałam, że tam atmosfera jest wspaniała, dziś gra zespół prosto z Irlandii.

– Coś więcej o kapeli wiesz?

– Nie, skąd. Nie znam się, lubię tylko słuchać, nawet bardzo. Trafiłam na informację w internecie, stąd wiem – rozcierała zmarznięte ręce. – Szkoda, że latem nie ma takiego pokazu światła. Można byłoby dłużej się napawać tym koncertem, tą symfonią świateł…

– Widzę, że już całkiem na muzyczne tory się przestawiłaś – powiedziała Adam otwierając przed Adelką drzwi samochodu.

W pobliżu pubu nie było miejsca, zaparkowali więc nieco dalej. Adelka rozgrzała się w aucie, toteż nie narzekała, że kawałek drogi musieli pokonać pieszo. Przeszli się Królewskim Traktem jeszcze ozdobionym świątecznymi dekoracjami, rozjaśnionym kolorowymi światełkami. Doszli na Miodową. Po drodze Adam opowiadał Adelce o pewnych wydarzeniach ze swego życia. Część już znała, ale niektóre słyszała po raz pierwszy. Słuchała więc całą uwagę skupiając na jego słowach.

– Mówiłem ci już, że moja żona i syn zginęli w wypadku wracając z Anglii, gdzie spędzili trzy miesiące. Żadne z nich nie wiedziało, że Jana spodziewa się dziecka… I się nie dowiedzieli, chyba, że z tamtego świata. Jana była dziewczyną Jarka, Irlandką polskiego pochodzenia, poznali się w Dublinie. Jarek miał zamiar tam zamieszkać, planowali ślub. Żona wracała do domu, on chciał pozamykać swoje sprawy w Polsce i zebrać papiery potrzebne do ślubu i rozpoczęcia nowego rozdziału życia… – zamyślił się. – No i tak to się potoczyło… Jana zadzwoniła do mnie dopiero po urodzeniu Alana. Jestem jej bardzo wdzięczny. Przecież mogła nic mi nie mówić. Nie miałbym o niczym pojęcia, żyłbym w nieświadomości, że tam daleko, na wyspach żyje mój wnuk, syn mojego małego Jareczka, mojego jedynego syna, którego straciłem… Jest do niego bardzo podobny… – odwrócił twarz, żeby ukryć zwilgotniałe oczy.

Adelka czuła ogromne wzruszenie zasłuchana w opowieść zwykle opanowanego, spokojnego mężczyzny. Opowieść nasyconą tak wielką dawką emocji, taką tęsknotą, żarem, miłością, że z trudem go poznawała. Wsunęła mu ręką pod ramię. Poklepał lekko jej dłoń, uśmiechnął się.

– Dziękuję, że słuchasz mojego „wywnętrzania się” bez słowa skargi.

– To ja dziękuję, że mi o tym opowiedziałeś – wiedziała, że odkryła zupełnie dotąd nieznaną twarz swojego towarzysza.

– Wiesz Adelko, – zaczął zmieniając temat gdy dotarli na miejsce – ten pub powstał w 1991 roku i działa do tej pory. Nie narzeka na brak klientów, a grono stałych bywalców wciąż się rozrasta.

Przywitało ich ciepło i miłe wnętrze.

– Czego się napijemy? – spytała siadając przy stoliku.

– Oczywiście piwa, jakżeby inaczej – odpowiedział rozglądając się uważnie.

– Zobacz, dziś gra Alan Band, zaraz chyba zaczną, widzę chłopaków. I dziewczyna jest, pewnie solistka – paplała rozglądając się po wnętrzu. – Może jakąś balladę zaśpiewa? Uwielbiam irlandzkie ballady.

– Tutaj piwo jest podawane z beczki.  Ja dla siebie wezmę Guinnessa, tobie proponuję cider z beczki, Steward Press, tu jest menu, widzisz?

– Zdaję się na ciebie. Nie znam się na piwie. Lubię tylko imbirowe, którym Kaśka częstuje czasami na naszych babskich zbiórkach – odpowiedziała. – O popatrz, tutaj nawet odbywają się stałe imprezy, na urodziny pubu, na Walentynki, na Dzień Świętego Patryka, na Halloween i na Sylwestra. Zaczynają – powiedziała.

Utonęła całą duszą w dźwiękach irlandzkiej muzyki i tonęła tak aż do przerwy, nie myśląc o trunku stojącym na stoliku ani o w ogóle niczym. Poddała się rytmowi i odpłynęła.

– Nie muszę pytać: jak ci się podobało – zagadnął Adam. – Widziałem po twoich oczach, że odpłynęłaś na zieloną wyspę.

– Fantastycznie grali. A ten piękny chłopak, który miał kilka solówek na gitarze to… po prostu brak słów. Geniusz jakiś czy co?

– A chcesz porozmawiać z tym geniuszem ? – Adam miał tak zadowoloną minę, że przywodziła na myśl chłopaka, który cieszy się z dobrze spłatanego psikusa.

– Nie żartuj sobie ze mnie – ofuknęła go Adelka. – To jest niemożliwe. Nie znam angielskiego na tyle, żeby rozmawiać.

– Nie będzie ci potrzebny – uśmiechnięty od ucha do ucha pomachał do gitarzysty. – Hej, Alan, podejdź na chwilę.

Adelka zaniemówiła. Tymczasem piękny Irlandczyk z gębą roześmianą dokładnie tak samo jak Adam zbliżył się do nich.

– Nie myślałem, że naprawdę cię tu zobaczę, dziadku – odezwał się. – Fajnie, że przyszedłeś, przyszliście – poprawił.

– Adelko, przedstawiam ci mego wnuka Alana – powiedział Adam wprost pękając z dumy.

Spędzili razem przerwę, potem jeszcze kolejną. Adelka była zachwycona, zaliczyła wieczór do jednego z najbardziej udanych w swoim życiu. Taksówką wrócili do domu Adelki, przecież psy dość długo były same. Wyszli na spacer, który stał się bardzo przyjemny mimo mrozu, bo przestało wiać, zaś na granatowym niebie pojawiły się gwiazdy i rożek księżyca. Po spacerze Adam z Bierką taksówką pojechali do domu. Adelka zaś długo rozmyślała o zawiłych kolejach ludzkich losów i usnęła uśmiechając się do myśli, jakby to było, gdyby miała takiego wnuka jak Alan.

16.03.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Świetny jest ten świat … czytam i cieszę się, że mogę w nim pobyć.
    Ale to za krótko… dlaczego Aniu tak jest tylko w bajkach ?
    A może to możliwe tylko mnie to ominęło.
    Ściskam cieplutko w ten mrozik :)))
  • annazadroza Kasiu:-) Nie wiem dlaczego, nikt nie wie. Może dlatego, że tak jest gdzieś w innym wymiarze? Ale dobrze, że bajki są, bo można się znaleźć w świecie, jaki chciałoby się wokół siebie mieć. Można uruchomić wyobraźnię, odpocząć, zrelaksować się w tym wymyślonym miejscu, a może potem da się z niego jakąś część przenieść do swego świata?
    U mnie śnieg, mróz, zawieja więc Twoje ciepłe uściski bardzo się przydadzą:) Odwzajemniam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Co z prof. Kulczyńskim?

Pan premier podkreślił zasługi prof. Stanisława Kulczyńskiego jako przyrodnika, Jego rolę w odbudowywaniu nauki polskiej po wojnie. Ja już pisałam, że dla mnie największą Profesora zasługą na świecie jest fakt, iż był twórcą Pienińskiego Parku Narodowego, po którym mogę spacerować będąc w ukochanej Szczawnicy. Jednak IPN ma na temat Profesora inne zdanie, umieścił jego nazwisko na czarnej liście i zabrał mu ulice. W tym moją, ( wpis z 20.11.2017 – „Po co te zmiany”) za co … miotam przekleństwa na wszystkich, którzy o tym zdecydowali, bo nie jestem w stanie się powstrzymać. I nie tylko ja, ale wszyscy mieszkańcy, poza dosłownie kilkoma wyjątkami. Tego się nawet nie da skomentować, jak również ostatnio wypowiedzianych innych słów innych polityków jedynie słusznej opcji…

15.03.2018

  • aga-joz Jestem zupełnie nie zorientowana w obecnej polityce, już od ładnych kilku lat, za dużo w tym obłudy, fałszu, zła. Jeśli chodzi o przeszłość- dziś wydaje się to zero- jedynkowe, w tamtych czasach była o wiele większa skala. Łatwo dziś osądzać, trudniej byłoby żyć w tamtych czasach i dokonywać słusznych wyborów. A nasi szlachetnie rządzący zdają się nie pamiętać, że „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Smutne
  • urszula97 Anno,takich osób jak profesor jest wiele, nie rozumiem,nie wiem dlaczego co niektórych się ściąga z tablic,innych gloryfikuje(czasami nawet nie wiem kto to?),nie mam pojęcia ,tylko nerwy a o kosztach nie wspomnę,dobrze że mieszkam na ulicy Polnej,tej ulicy chyba nic nie grozi.
  • e.urlik Bo to jest na zasadzie „co by tu jeszcze spiepszyć panowie, co by tu jeszcze?” Musimy zachować spokój, żeby nas apopleksja, czyli szlag nie trafił, bo musimy ich przeżyć, choćby nie wiem jak długo żyli 🙂 Fajny cel w życiu? Fajny.
  • babciabezmohera Za to na brak pomników i obecnie słusznych nazw nie będzie można narzekać. A pamiętasz, jak się Dzierżyński pięknie rozpadał?… Do tego chcą doprowadzić?… ;(
  • annazadroza Ago:-) Na głupotę nie ma lekarstwa. Wyobraźmy sobie młodego człowieka, który właśnie skończył nauki pobierać i szuka pracy, żeby się móc utrzymać. Bierze, co jest, bo jeść trzeba. Poznaje dziewczynę, zakłada rodzinę, rodzą się dzieci. Powiedzmy, że jest umysłem ścisłym, rozwija się w tym kierunku, nie obchodzi go polityka. A ta stuka do jego drzwi niespodziewanie. Bo zmieniły się rządy i on został uznany za wroga, bo pracował i żył, starał się wykonywać dobrze obowiązki zawarte w umowie o pracę i święcie wierzył, że pracuje dla dobra społeczeństwa. I jeszcze coś – ci, którzy go osądzili, też żyli i pracowali w tym samym miejscu i czasie, dostawali dyplomy i tytuły… i czy coś z tego można zrozumieć?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Tego nie sposób zrozumieć:( Ulica Polna powinna być bezpieczna chyba, że się trafi jakiś rządziciel uczulony np na polne rośliny i zmieni na Alergiczną…
  • annazadroza Ewciu:-) A masz sposób na długie, zdrowe życie mimo tych „nerw” co to nas bez ustanku żrą? I coby nas szlag najjaśniejszy nie trafił po kolejnych „genialnych” zmianach?
  • annazadroza BBM:-) Masz rację. Ogólnie – pomniki dyktatorów i różnych innych „wielkich” rozsypują się jak oni sami – w pył. Taka historyczna prawidłowość…
  • kobietawbarwachjesieni Naszym rządzącym się wydaje, że mogą robić, co im się podoba i gdzie im się podoba. Ale przyjdzie czas, że zmieni się ekipa rządząca. I pomniki dziś stawiane i ich lokalizacja mogą nie znaleźć uznania i zrozumienia nowej władzy. I co wtedy?
  • emma_b ciekawe czy prokurator Piotrowicz będzie miał kiedyś swoją ulicę…
    oni są tak upierdliwi, że brak słów…
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Maryniu:-) Większości rządzicieli się wydaje, ze 1000 lat rządzić będą. A tu… kiedyś przyjdzie zaskoczenie, bo „nic nie może przecież wiecznie trwać” – jak śpiewała Anna Jantar. A pomniki – im większe, tym bardziej malowniczo będą zmieniać stan skupienia…
  • annazadroza Emmo:-) Rzekłabym, że szczyt upierdliwości, ale bym się pomyliła, bo szczyt oznaczałby górną granicę, a tej w ich przypadku nie ma… Ten pan prokurator twarzą „dobrej ” zmiany … ha ha ha…
  • e.urlik Aniu, Pan Wojciech M. miał receptę na wszystko. Po prostu „róbmy swoje”. Będzie dobrze.
  • annazadroza Ewuś:-) Zgodnie z Twoją receptą, a raczej Wojciecha M. przekazaną przez Ciebie, popracowałam nad sagą i zaczęłam kontrolować czas, no dobrze, próbowałam, tak mi się przynajmniej zdaje;)
  • annazadroza Kochani:-) Sąd zakwestionował idiotyczne zmiany nazw ulic i zmienił decyzje wojewody. Profesor ma szanse odzyskać swoją ulicę:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Córki Graala” Elizabeth Chadwick

Z całego stosu książek czekających na przeczytanie wyciągnęłam przypadkowo powieść historyczną. Odłożyłam dopiero wtedy gdy skończyłam zostawiając wszystkie bieżące sprawy. Teraz już nie lubię się zmuszać do przeczytania książki tylko dlatego, że ją zaczęłam, czasem się męczę do końca, czasem zostawiam, bo oczy trzeba oszczędzać. Tym razem – wciągnęło mnie. Tak lubię – przenieść się całkiem do świata bohaterów. Znalazłam się w trzynastym wieku, w okresie, gdy ustanowiona została papieska inkwizycja w Południowej Francji, ponieważ występowało na tym terenie wiele ruchów religijnych negatywnie nastawionych wobec kościoła katolickiego, co wynikało z nieakceptowania zachowania jego przedstawicieli. Szczególnie silnie rozprzestrzenił się ruch katarów, którego celem był „powrót do źródła” jako przeciwstawienie rozpustnemu życiu księży i zakonników. Prości ludzie zwracali się do katarów jako do źródła czystej wiary, bardziej im odpowiadało ich przykładne, skromne życie, weganizm i brak dóbr materialnych, niż wystawne życie i nieprzebrane bogactwa kleru, nijak się mające do nauk Chrystusa.

Południowa część Francji słynęła jako kraina bogata, arystokracja tamtejsza była liberalna, tolerowała katarów, Żydów i muzułmanów, którzy mogli rozwijać się w lokalnych społecznościach. Nic więc dziwnego, że kościół pragnął zapanować nad ziemiami bogatego Południa i papież Innocenty III zażądał od władców tamtejszych usunięcia katarów z miast i wsi. Ponieważ żądania nie spełniono, rozpoczął krucjatę. Krzyżowcy w potworny sposób wymordowali kilkanaście tysięcy kobiet, mężczyzn, dzieci, także katolików w myśl zasady, że „Bóg rozpozna swoich”. Katarów setkami palono na stosach. I to wszystko dla splądrowania Langwedocji i podobno w imię Boga…
W te wydarzenia wpleciona jest historia strzeżenia tajemnicy i przekazywania nadzwyczajnych zdolności z pokolenia na pokolenie niezwykłym kobietom, których przodkinią jest Maria Magdalena…

14.03.2018

  • babciabezmohera Brzmi interesująco. Ja jednak wolę książki współczesne…
  • annazadroza BBM:-) Generalnie ja już teraz też, chociaż kiedyś kiedyś lubiłam historyczne. Jednak ta konkretna pociągnęła mnie nutką mistycyzmu, tematem umiejętności wykorzystania energii, uzdrawiania. Wątek uczuciowy oczywiście też, lecz podporządkowany jest wyższym celom. Tak ogólnie przychodzi refleksja – dobrze, że już tamte czasy minęły, nie chciałabym się cofnąć w czasie, za żadne skarby świata…
  • aga-joz Okropne, straszne, potworne. To powinno być zakazane. Chodzi mi o pisanie o książkach. Od razu chce mi się taką opisywaną książkę przeczytać, a niestety ich ilość rośnie w postępie geometrycznym. Jeżeli chodzi o temat- też straszne, tym bardziej, że to rzeczywiście się wydarzyło. I na dodatek w imię Boże
  • krzysztof213 Tak to było .Tylko gdzie był BÓG ?
    Chociaż Maria Magdalena to ciekawa historia i to jednak o tym nie wiem czy tam cicho w tej książce ze …?
  • krzysztof213 A tak naprawdę ciekawa historia .
    Właśnie kiedy no nie było Facebook a internetu telefonów komórkowych i prądu
    ..
    Działy się takie rzeczy że hoho
  • annazadroza Ago:-) Mam cały stos do przejrzenia – nawet nie do przeczytania tylko do odłożenia tych, które chcę przeczytać – i zupełnie nie mam kiedy tego zrobić. Skończy się pewnie tym, że jakąś wyjmę na chybił-trafił i znów w weekendową noc połknę w całości, reszta będzie czekać dalej. Zaś stos będzie się zwiększał nieustannie…
  • annazadroza Krzysztofie:-) Na Twoje pytanie nikt nie zna odpowiedzi, choć ludzie je sobie zadają od dwóch tysięcy lat.
    Życie bez telefonów komórkowych, internetu było najnormalniejsze na świecie, przynajmniej dla mnie. Nawet bez normalnego telefonu, święto było kiedy wreszcie budki telefoniczne w osiedlu postawiono. A bez prądu… moja mama lekcje odrabiała przy lampie naftowej, bo linie elektryczne dopiero po wojnie pociągnięto. W sumie nie tak dawno, cóż to znaczy wobec wieczności…
  • krzysztof213 Pocieszyłaś mnie
    Pozdrawiam ciebie serdecznie ze można ze postęp nie zawsze jest dobry czytając ostatnio prasę
  • krzysztof213 I będę pamiętał o książce
    I czytam Krzyż i Młot Fergusona jak lubisz historię
  • annazadroza Krzysiu:-) Myślę, że do każdego odkrycia, zresztą do każdej rzeczy na świecie można mieć różne podejście. Albo się tego czegoś używa z korzyścią dla ludzkości, albo dla jej zniszczenia. Wszystko zależy od człowieka.
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 27

Kasia obudziła się. Choć wokół panowała ciemność i była głucha noc, sen uciekł ostatecznie, oddalił się, odpłynął w niewiadomym kierunku. Leżała z otwartymi oczami nie mogąc ustalić ani czasu ani miejsca, w którym się znajduje. Przed oczami wciąż przewijały się obrazy z bardzo realistycznego snu, który ją obudził: pakowała swoje rzeczy i wyprowadzała się ze swego kochanego mieszkania. Ze łzami rozglądała się wokół  pytała samą siebie co się dzieje? Co ja robię? Po co mi to? Czy mi źle było? Po co mam cokolwiek zmieniać? Nienawidzę zmian! Nie chcę zostawiać domu! To moje, to wszystko moje! Tu jest całe moje dorosłe życie. Jak mogę zostawić własny dom? Tu każdy przedmiot wiąże się z zapamiętaną chwilą w moim życiu. A zwierzaki? One beze mnie a ja bez nich? To niemożliwe! Ja nie chcę! Śpiący obok Mikołaj przewrócił się na drugi bok, objął ją we śnie i przytulił. Zmory się rozwiały, obawy zniknęły. Z wolna wróciła do rzeczywistości, odnalazła czas i miejsce. Odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do siebie. Już za tydzień zostanie żoną Mikołaja. Będzie mogła bezkarnie przytulać się do niego nawet w miejscach publicznych mając do tego formalne prawo. Przestanie się obawiać, że jakakolwiek ponura małpa, zmora z przeszłości rodem nagle pojawi się i zabierze jej tak ciężko wywalczone szczęście. Delikatnie, aby nie obudzić śpiącego, pocałowała rozgrzany snem policzek i wysunęła się z objęć narzeczonego.  Zrobiła sobie kawę i usiadła w fotelu owijając się szlafrokiem. W zeszłym roku w styczniu była plusowa temperatura. Teraz – jak na złość – jest minus dwadzieścia stopni i jeszcze spada. Szkoda. Ale nic to.  Nic im nie może przeszkodzić.  Nawet głupie senne majaki pochodzące z lęków ukrytych w podświadomości nie mają racji bytu.

Ustalili między sobą, że Kasia będzie jeździła w poniedziałki na Ursynów „gnieść” Adelkę tak jak dotychczas, oraz w piątki, żeby Kamilowi coś ugotować, pomóc sprzątnąć, a w sobotę rano iść na giełdę, zrobić zakupy, spotkać się z sąsiadkami, pojechać do Hita dla przyjemności, no i oczywiście pójść z Dżemikiem na długi spacer. Poza tym będą szukać docelowego mieszkania na Ursynowie. Mikołaj był taki kochany, że przystał na jej pomysł. Spojrzała na niego z rozczuleniem. Zrozumiał, a może nie tyle zrozumiał ile zaakceptował fakt, że ona nie chce mieszkać gdzie indziej niż na tej swojej ukochanej wsi, która na jej oczach zmieniła się w miasto. Od pierwszego dnia, kiedy ćwierć wieku temu wysiadła z autobusu i zaczerpnęła powietrza głębokim wdechem, wiedziała, że to jej miejsce na ziemi. Tak, to było naprawdę aż ćwierć wieku temu i tak już zostanie na zawsze. Żadna inna dzielnica nie wchodzi w rachubę. Kiedy uda się znaleźć mieszkanko leżące w granicach ludzkich możliwości finansowych, będzie mogła Dżemika zabierać do siebie i odciążyć syna.   Posłała w przestrzeń uśmiech. W pełni ufała Mikołajowi. Miał w sobie tyle ciepła, czułości, delikatności, że nic więcej się nie liczyło. Boże, przecież nigdy w życiu nikt nie okazał jej tyle miłości! Przy nikim nie czuła się tak dobrze i bezpiecznie. Tylko czy ona nie zawiedzie? Czy Mikołaj nie będzie żałował swojego kroku? Czy ona potrafi okazać mu swoje uczucie? Przekonać, nie, przekonywać codziennie o ogromnej miłości, która wypełnia jej serce? Pełna wątpliwości spojrzała w stronę ukochanego. Nie spał już. Obserwował ją z szeroko otwartymi oczami. Uśmiechnął się, gdy ich spojrzenia się spotkały i wyciągnął ramiona. Szybko znalazła się w łóżku, wtuliła się w niego, wszelkie wątpliwości rozpierzchły się i zniknęły.

Tydzień poprzedzający ślub minął ogromnie szybko. Kasia czuła się zmęczona fizycznie i psychicznie. W pracy był to okres bardzo gorący związany z kolejną reorganizacją uniemożliwiającą wykonywanie normalnej pracy, tworzeniem nowych struktur – albo raczej odtwarzaniem tych, które zostały zniszczone poprzednio, wyrzucaniem z pracy starych pracowników i wszelkimi zmianami jakie w tym kraju następują zawsze po wyborach  Niestety, nie widać tu czegoś takiego jak „dobro publiczne” czy „wyższe dobro”. Liczą się tylko wyznawcy aktualnie rządzącej partii i na tym koniec. Po objęciu władzy zaczyna się wymiana wszystkich i wszystkiego. I jeszcze to ciągłe poczucie zagrożenia…

Nic to, ona, Katarzyna, nie będzie teraz o tym myśleć. Starała się odpędzać od siebie złe myśli i nie zmieniła terminu urlopu mimo obawy, że nie będzie miała do czego wrócić. Swojej tajemnicy strzegła przed wszystkimi, nie zdradziła się ani jednym słowem, nikt – poza jedną jedyną Mariolką – nie wiedział o zmianach zachodzących w jej życiu. Postanowiła, że powie o wszystkim dopiero po fakcie. Musiała więc bardzo pilnować każdego słowa, nieraz przychodziło ugryźć się w język w ostatniej chwili albo zmieniać dalszy ciąg rozpoczętej wypowiedzi. W sekrecie kupowała strój ślubny, co naprawdę nie było sprawą prostą.

– Elcia, błagam cię, chodź ze mną, bo już oczopląsu dostaję. Nigdzie nie ma nic jasnego. Same ciemne brązowe ciuchy. Ładne, ale nie na ślub – skarżyła się przyjaciółce. – Musisz mi pomóc, bo będziesz świadkową.

– Tak? Ja? Miło, że mi powiedziałaś teraz, a nie na dzień przed ślubem.

– Miałam ci powiedzieć, ale ciągle zapominam…

– Pomogę ci, ale pod warunkiem, że ty pomożesz znaleźć coś dla mnie. Jak mam być drugą damą na uroczystości, to też muszę wyglądać jak człowiek.

– Niech ci będzie, ale pomóż, bo oszaleję. Masz teraz więcej czasu niż ja, więc się rozejrzyj.

Przeszły wzdłuż i wszerz Galerię Centrum, Galerię Mokotów, Galerię Ursynów i Land, bazarek na Wałbrzyskiej, Giełdę na Dołku. Bez  rezultatu. Wreszcie „coś” kazało Kasi wyjść z pracy pod jakimś pretekstem i pójść na Plac Zbawiciela. Tam Pod Arkadami znalazła jedną jedyną rzecz nadającą się na tak ważną okazję. Sprzedawczyni była miła i zgodziła się odłożyć kostium.

– Muszę przyjść z siostrą, żeby mnie obejrzała – wyjaśniła

– A boś ty nie siostra?  – powiedziała do Eli. – Po tylu latach to ty i Adelka jak siostry. Co tam będę obcej kobiecie tłumaczyć nasze rodzinne powiązania.

Olbrzymie płatki śniegu wirowały, zasłaniały oczy, siadały na rzęsach, wiatr wpychał je w każdą szczelinę ubrania, pod niedokładnie owinięty szalik czy nie dopięty suwak.  Przyjaciółki z trudem dobrnęły od przystanku do sklepu. Elżbieta dokładnie i krytycznie obejrzała kostium i Kasię, która – mając dość bezowocnych wypraw do sklepów odzieżowych – zdecydowała się na kupno.

– No dobrze – zgodziła się Elka. – Tylko trzeba ci do tego znaleźć kontrastującą bluzkę, najlepiej ciemnozieloną.

– O Boże, znowu mam chodzić po tych wszystkich sklepach? – jęknęła Kasia. – Już nie mam siły. A poza tym kiedy?

– Teraz. Zostawimy tu ciuchy i pójdziemy dalej, a potem wrócimy.

– No dobrze – zgodziła się Kasia bez przekonania. – Czy mogłybyśmy zostawić ten strój, żeby się nie pogniótł i  i nie zmókł? Przejdziemy się po sklepach, może znajdziemy bluzkę – zwróciła się do sprzedawczyni. – Zabierzemy w drodze powrotnej.

Sprzedawczyni uśmiechnęła się z sympatią.

– Widzę, że wersja się zmieniła. Najpierw miały panie udać się na poszukiwanie całkiem nowego stroju, teraz już tylko bluzki.

– Ja już mam dość i jestem zdecydowana. To ona wiecznie marudzi – teatralnym szeptem tłumaczyła Kasia.

– Jest pani w tym kostiumie naprawdę dobrze, wygląda pani bardzo efektownie. Kilka klientek go przymierzało i żadna nie wyglądała w nim równie korzystnie. Musiały zrezygnować.

– Na pewno tu wrócę  – stanowczo oświadczyła Kasia.

Wróciły szybciej niż się spodziewały. Śnieg sypał tworząc na ulicach trudne do przebycia błoto. Zajrzały do kilku okolicznych sklepów zwracając uwagę na bluzki. Nic im nie pasowało. Wreszcie zmarznięte i przemoczone spojrzały na siebie.

– Wracamy? – spytały równocześnie.

– Nie musisz mi tego drugi raz powtarzać – Kasia miała wyprawy serdecznie dość. – Wracamy, jakąś  bluzkę może znajdę na giełdzie. Zresztą wydaje mi się, że mam w szafie taką małą bluzeczkę, akurat pod marynarkę.

– Ja też coś mam. Przymierzysz wszystko co mamy i zobaczymy jak będziesz wyglądać. Coś przecież dobierzemy.

Nareszcie. Jeden problem z głowy. Pozostały do kupienia buty. Oczywiście nigdzie nie było odpowiednich. Jeśli nawet trafiały się jasne – to z modnymi wąskimi, długimi czubkami jak u klowna, czego Kasia szczerze nie znosiła.

– Nie cierpię tego. Brakuje tylko pompona na wygiętym do góry szpicu – narzekała przyszła panna młoda.

Wreszcie znowu „coś” kazało jej iść piechotą przez Puławską. Szła od Woronicza w stronę Rakowieckiej. Wydawało się to bez sensu, bo sklepy otwierano o jedenastej, a do tej godziny brakowało jeszcze czterdziestu pięciu minut. A jednak…  Jeden jedyny sklep rozpoczynał działalność o godzinie dziesiątej. Na półce stała jedna jedyna para kremowych butów w rozmiarze noszonym przez Kasię. Tym sposobem buty trafiły do szafy. Po pracy Mikołaj przyjechał po narzeczoną i wyruszyli na miasto w poszukiwaniu kremowej koszuli dla niego i muszki pasującej do garnituru. W Arkadii trafili na bluzkę dla Kasi, w Galerii Centrum na koszulę z kołnierzykiem specjalnie do muszki. Ileż tego załatwiania! I wszystko Kasia musiała robić po cichu, w tajemnicy, żeby w pracy nikt niczego nie zauważył. Miała niejasne wrażenie, że gdyby się zdradziła ze swoimi planami, z pewnością stałoby się coś złego…

Nareszcie udało się Kasi doczekać urlopu. Pozostało kupienie kolczyków i ozdoby do włosów. Poszły z Elą do hal targowych pod Pałacem Kultury, tam kupiły kwiaty do włosów. Kolczyki z perełek znalazły w sklepie Jablonexu na Marszałkowskiej. To był finisz. Czekały do rana, żeby przymierzyć ubrania i dodatki, i przy dziennym świetle sprawdzić wygląd całości. Orzekły zgodnie, że się udało . Nawet Kasia przyznała, że wygląda zupełnie przyzwoicie. Teraz przyszła kolej na Elżbietę  jako drugą damę. Wybór padł na beżowy garnitur. Bez trudu dobrały do niego bluzkę, w końcu miały w czym wybierać zgromadziwszy chyba z piętnaście różnych w jednym miejscu.

Zima oszalała i pokazywała swoje możliwości. Miejscami temperatura schodziła do minus trzydziestu stopni Celsjusza. Śniegu napadało tyle, że norma opadów za kilka ostatnich bezśniegowych lat została zrealizowana z nawiązką. Kasia obudziła się ze świadomością, że – jak w starej piosence Mieczysława Fogga –  „w kalendarzu jest wciąż taki dzień przeznaczony wyłącznie dla ciebie”, to znaczy dla niej. Mało tego, ów dzień wreszcie nadszedł! Jak ona to przeżyje? Czy na pewno nic się nie stanie? A może Mikołaj w ostatniej chwili stwierdzi, że nie ma chęci wiązać się na zawsze, że woli wolność? Albo ona nie zdąży, bo zepsuje się metro i utknie na kilka godzin pod ziemią? Albo spódnica się rozerwie podczas zakładania, albo…. Dopiero po długiej chwili udało jej się zapanować nad myślami i zaprowadzić we własnej głowie jaki taki porządek.

Nic złego się nie stało i nic nie zakłóciło uroczystości. Obecni byli tylko najbliżsi: mama Mikołaja, Marek z rodziną, chłopcy oraz sąsiadki-przyjaciółki. Taty nie przywieźli ze względu na straszny mróz. Agnieszki z Kruszynką z tego samego powodu również nie było.

Śniegu napadało tyle, że ulice Warszawy stały się puste i prawie nieprzejezdne. Mieli pojechać samochodem do Szczawnicy, jednak wobec psikusa sprawionego przez aurę trzeba było zmienić plany i samochód zostawić w Warszawie. Kupili bilety na poranny ekspres do Krakowa, a stamtąd autokarem dotarli na miejsce, do swojego ukochanego mieszkanka. Zdążyli je urządzić wygodnie wykorzystując Kasine wiklinowe meble, które miała na Ursynowie. Dokupili tylko wersalkę do dużego pokoju i rozkładaną sofę do sypialenki. Aha, jeszcze szafę, która stała się ścianą oddzielając sypialnię od przedpokoju.

Przez okno balkonowe widać było biały świat, albo raczej: świata nie było widać spoza białego puchu wciąż spadającego z nieba. Kasia przytuliła się do męża, który mocno ją objął obiema rękami. Tak sobie stali patrząc na miliony białych gwiazdek za oknem i w tej chwili nie było szczęśliwszej pary chyba na całej kuli ziemskiej.

13.03.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Strasznie mi się ,,błogo,, czytało ten wpis. Ten puszysty śnieg
    ten bajkowy nastrój, chciałoby się przenieść do własnego życia…
    Mam nadzieję że Im będzie dobrze.
    Aniu ściskam ciepło – bardzo bardzo :)))
  • kobietawbarwachjesieni Takie obrazki przywodzą wspomnienia z własnego życia. Świetnie się czytało.
  • annazadroza Kasiu:-) Pewnie, że Im będzie dobrze, jak to w bajkach bywa… Buziaki:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Miło pomyśleć, że podobne chwile były przeżywane w realu. Serdeczności przesyłam:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Rekord!!!

Cieszę się przeogromnie, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pobiła rekord, zebrała 126 373 804,34zł. Ileż się za tym kryje szans na zdrowie i życie dzieciaków, ileż mniej tragedii, bólu, smutku za to więcej radości i nadziei na przyszłość. Tego nie potrafi zapewnić państwo, chociaż do tego jest powołane, bo niewyobrażalne pieniądze idą tam gdzie nie powinny. Myśląc o tym można się załamać, lecz wyniki zbiórki i cel Orkiestry pozwalają na nowo uwierzyć w człowieka, w rodaków naszych. W część na pewno, bo jest i grupa
takich byle jakich „ludzi”, którzy marzą o skoku na tę kasę, o przejęciu środków zbieranych na ratowanie dzieci dla własnych niejasnych, mrocznych celów. Przynajmniej jeszcze tegoroczna zbiórka posłuży chorym maluchom.

12.03.2018

  • veanka Nigdy nie zrozumiem „fenomenu” nagonki na WOŚP.
    Ktoś swoją osobowością i charyzmą porywa miliony ludzi, zbiera pieniądze, wspiera państwową służbę zdrowia zastępując w tym Państwo, i jest za to gnojony.
    Normalny rozum tego nie ogarnia.
  • annazadroza Veanko:-) Normalny rozum może ogarniać normalne zachowania w normalnym państwie. A my jesteśmy jak w domu wariatów, nie wiadomo który wariat z której celi co zrobi za 5 minut, a co za 10.
    Wczoraj już się zaczęło uprzejme donoszenie na sąsiadów… Nic nie poradzę na to, że mam wciąż skojarzenia z przeszłością – zawsze się znajdą tacy, którym się donosić opłaca, z różnych powodów zresztą….A czasem wystarczy sama przyjemność zrobienia komuś na złość.
  • bognna Jestem po prostu z nas dumna!
  • urszula97 Piękna sumka aż serce boli co mają zamiar zrobic,dzięki WOśp żyje mojej siostrzenicy córeczka,inkubatory łonowe zostały zakupione,nie rozumiem tego kraju .
  • emma_b mam wrażenie, że ten rekord ma związek z wyjątkowo silną w tym roku chęcią zagrania pisowi na nosie. a jeśli w przyszłości spróbują w jakiś sposób położyć na pieniądzach WoŚP łapę, gorzko tego pożałują.
  • kotimyszkot Brawo WOŚP! 🙂
  • annazadroza Bognno:-) Ja też, ogromnie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) W najbliższym otoczeniu odczułaś wielkość tego, co robi Orkiestra. Możesz patrzeć na maleństwo, które żyje dzięki nam wszystkim, czyli tym, którzy się przyłączają do zbiórki. I tysiące są takich dzieciaczków z różnymi przypadłościami, których bez sprzętu nie udałoby się utrzymać przy życiu. To jest wspaniałe:))) A tych „dobrych inaczej”, cóż, nigdzie nie brakuje.
  • annazadroza Emmo:-) Też tak myślę. I bardzo dobrze, ze choć w ten sposób większość opowiada się po jasnej stronie Mocy:) O planowanym skoku na kasę nawet Jurek Owsiak mówił, chcą te zebrane pieniądze zagarnąć, albo w ogóle nie dopuścić do zbiórki, tak czytałam.
  • annazadroza Myszokocie:-) Brawo, brawo i brawo!!! :)))
  • babciabezmohera Mam nadzieję, że obecnej władzy nie uda się zaszkodzić misji Jurka Owsiaka. Bardzo by mu się przydał pokojowy Nobel, ale myślę, że i bez niego da sobie radę, mając takie wsparcie wśród wszystkich ludzi / także prorządowych/.
  • annazadroza BBM:-) Też mam taką nadzieję. Jurkowi się należy nie tylko jeden Nobel. Za ratowanie życia oraz za jedyną w świecie możliwość połączenia rodaków szczytną ideą. Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły, ale na taką horrendalną głupotę nie ma lekarstwa. Ani szczepionki.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz