„Pasma życia” 25

Kasia nie mogła się doczekać kiedy zostanie babcią. Perspektywa pojawienia się w rodzinie maleńkiej istotki wprawiła ją w ogromną radość, nie do porównania z żadną inną. Obudziły się w niej macierzyńskie uczucia uśpione wcale nie tak dawno. Chciała mieć dziecko z Mikołajem. Uświadomiwszy sobie, że prababcia i siostry babci rodziły najmłodsze swoje dzieci po czterdziestce stwierdziła, że jeszcze zdąży. Mikołaj wtedy nie dał się przekonać, a jej nie udało się osiągnąć celu bez względu na jego zdanie na ten temat. W sumie – przekonała się, że los wie jak kierować sprawami nie zważając na nasze chęci czy niechęci, bo widocznie ma całościowy ogląd sytuacji. Jakże dałaby sobie radę z małym dzieckiem, chłopcami, ewentualnymi wnukami, ojcem z Alzheimerem oraz pracą? A przy tym jeszcze musiałaby znaleźć siłę i czas na bycie partnerką dla Mikołaja. To byłoby po prostu nieosiągalne, poza granicą ludzkich możliwości. Zająwszy się małym dzieckiem zużyłaby wszystkie siły i nie starczyłoby ich na nic innego. No i coś jeszcze, za chwilę dziecko poszłoby do szkoły i tu powtórzyłby się koszmar z przeszłości: odrabianie lekcji, wywiadówki… Nie,  stanowczo za dużo. Los dobrze wiedział czego jej zaoszczędził. Teraz na zebrania będą chodzić Agnieszka z Łukaszem. No, nie tak zaraz, za sześć lat. Niech się najpierw Kruszynka urodzi.

Agnieszka wróciła od lekarza. Termin porodu został wyliczony na koniec sierpnia, a tymczasem sierpień się skończył. Wszystko było w porządku, tak wychodziło na zdjęciach i ten fakt potwierdzały wyniki badań, ale maleństwu wcale się nie spieszyło na ten świat. Kasia nie do końca wierzyła, że dziewczynka. Może jednak chłopczyk? Na USG niczego nie mogła się dopatrzeć, widziała same plamy i tyle.

– Różne cuda się zdarzają. Jak się urodzi i sama zobaczę, że nie chłopak to uwierzę, że dziewczynka – mówiła nie mogąc się doczekać maleństwa, które będzie mogła wziąć w ramiona i przytulić.

Myślała o słodkiej dziewczynce, którą będzie ubierać w śliczne sukieneczki, czesać miękkie włoski…Wracały wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa, gdy sama była dziewczynką z warkoczykami… Tęskniła za dzieckiem, za maleńkim ciałkiem, które można zamknąć w objęciach i nosić przytulone, za maleńkimi rączkami potrafiącymi nadzwyczaj mocno uchwycić… Jednym słowem przyszła najwyższa pora na dziecko w rodzinie.

Wyznaczono wreszcie dzień wywołania porodu. Dziecko było duże i mogło mieć kłopoty mimo, iż matka młoda, zdrowa i wysportowana. A nawet właśnie z tego powodu. Tak silne mięśnie jak miała Agnieszka nie były pomocą, ale wręcz przeszkodą w szybkiej akcji porodowej. Męczyła się dziewczyna okrutnie. Nie było to bezpieczne ani dla niej ani dla dziecka.  Łukasz dzielnie wspierał żonę, lecz ponieważ cierpienie przedłużało się ponad miarę,  zapłacił za znieczulenie. W wyniku podanych środków twarde mięśnie zwiotczały i nowa mieszkanka planety Ziemia głośno oznajmiła o swoim przybyciu.

Kasia z bijącym sercem czekała za drzwiami sali porodowej. Usłyszawszy głos dziecka nie mogła się powstrzymać. Musiała zerknąć na Kruszynkę, która stała się w jednej chwili najważniejsza na całym świecie, która jest przedłużeniem jej życia. Bez niej, Katarzyny, nie byłoby na świecie tej konkretnej istoty, tego maleńkiego ludzika, który odziedziczył także jej, Kasi, geny i przekaże je dalej…

Maleństwo w pierwszej chwili wydało jej się podobne do Łukasza. I było oczywiście najpiękniejsze na świecie i miało wyjątkowo mądre spojrzenie. W ogóle całe było wyjątkowe i doskonałe, co potwierdziła Renata, matka Agnieszki.

– Dopiero teraz udało mi się wyrwać z pracy – tłumaczyła Kasi. – Jaka ona piękna! Jak mądrze patrzy! Jaka cudowna!

Od tej chwili maleńka królewna Klara, zwana potocznie Kruszynką, zawładnęła sercami swoich najbliższych, którym się „objawiła” w momencie urodzin. Była niezwykle spokojnym, pogodnym dzieckiem. Rozwijała się wspaniale zaś rodzice pozostawali w stanie nieustannego zachwycenia pierworodną latoroślą.

6.03.2018

  • aga-joz Aż się nie mogę doczekać, kiedy sama zostanę babcią. Od znajomych wiem, że to zupełnie inne uczucia, niż te dotyczące własnych dzieci
  • urszula97 Dokładnie,jest to inna miłośc,cierpliwość i jakaś niewytłumaczona siła której brak przy swoich dzieciach a ma się ją przy wnukach.
  • annazadroza Ago:-) To naprawdę jest niesamowite uczucie:) Mnie się odnowiło przez Calineczkę, bo będąc z nią przeżywam powrót uczuć macierzyńskich, w zwiększonej ilości, w tej konkretnej chwili jestem tylko dla niej, inne myśli odchodzą na bok. Miłość jest tak ogromna, że niewyobrażalna wręcz. Ale jak pracowałam, nie miałam tyle czasu dla starszych dziewczynek. Teraz dla malutkiej mam.
    Życzę Ci takich uczuć, tylko w odpowiednim czasie, kiedy będziesz mogła je bez przeszkód przeżywać. Moocno Cię ściskam:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Przy swoich dzieciach było mnóstwo codziennych obowiązków, które wykańczały siły fizyczne i na radość z bycia z dzieckiem już ich czasem nie wystarczało. Przy wnukach jest inaczej. Obowiązki spadają na rodziców, a nam, babciom, pozostaje sama przyjemność. Serdeczności dla babci Uli:)
  • kobietawbarwachjesieni A moje wnuki to już dorośli ludzie. Już prawnuki rosną i lubią do nas przyjeżdżać. Najmłodsze prawnusieńki mieszkają blisko nas, ale na razie wolą być jeszcze z rodzicami i z dziadkami. Do nas wpadają bawić się z kotem. Pozdrawiam.
  • annazadroza Maryniu:-) I do końca życia będą pamiętały zabawy z kotem. Mam wciąż przed oczyma siebie z wózeczkiem dla lalek, takim wiklinowym, który miałam u Babci i woziłam w nim króliki i kurczaki, bo wszystkie chodziły za mną „jak za panią matką”, godzinami siedziałam ze zwierzakami, nie potrzebowałam innego towarzystwa.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Sms od Biedronki

Biedronka sms-em zaprosiła mnie na zakupy w niedzielę. To była ostatnia normalna handlowa niedziela. Potem będzie chaos i zabranie ludziom możliwości dokonywania zakupów tak jak do tej pory. Współczuję tym pracownikom sklepów, którzy teraz o północy będę się musieli stawiać w miejscu pracy. Z wielu stron słychać, że to kolejne ograniczenie wolności. Tak sobie myślę, że ludzie włączą szare komórki i będzie „jak za niemca” albo za zaborów – rozpocznie się kombinowanie jak wygrać z państwem, które nie do końca jest uznawane za swoje. Od pewnego czasu często słychać: to mój kraj, moja Ojczyzna, ale nie moje państwo. A skoro tak, to trzeba z administracją grać w chowanego, aby wyjść na swoje. Wcale mnie to nie cieszy. Wracają opowiadania o wojnie… I tu się zatrzymałam. Jeśli przeczytałby moje nie napisane, zatrzymane słowa ktoś mający poglądy niekoniecznie zbieżne z moimi, uznałby, że „podpadam” pod zamrożoną rzekomo ustawę… Stanęłabym – hipotetycznie – przed sądem, a tam też już nowi pracownicy po zmianach kadrowych i właściwi ludzie na właściwym miejscu… I po co mi to, takiej szarej kobiecie, co do jedynej słusznej partii nie należy? Taki tam… tok myślenia jak z kosmosu… Przecież w demokratycznym państwie takie rzeczy się nie zdarzają…

Niedziela była wyjątkowo ładna, po ostatnich mrozach aż wierzyć się nie chciało, że może być lepiej. A tu niespodzianka – łagodniejsza aura pozwoliła wyjść z domu i cieszyć się słońcem. Trochę śniegu jeszcze pozostało, skrzył się i migotał, krajobraz jak z dawnych lat. Przypomniało mi się, jak będąc małą
dziewczynką jeździłam na sankach wożona przez Dziadka, oczywiście w Tenczynku, bo najpiękniejsze chwile z dzieciństwa kojarzą się z domkiem Babci i Dziadka.

5,03.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Kiedyś usłyszałam takie zdanie ,, kiedy umierają – odchodzą Dziadkowie odchodzi
    też dzieciństwo,, a tak chciałoby się je przedłużyć…
    Też pamiętam taki wieczór ,,skrzący śnieg, ja na sankach opatulona -cieplutko, cisza bo wieczór i dziadek ciągnie mnie na tych saneczkach i to jak szybciutko… Boże jak wtedy
    było dobrze. Patrz Aniu nawet takie wspomnienie mamy podobne.
    A tymi zakupami się nie przejmuj – jakoś się ułoży 🙂
    ściskam i pozdrawiam bardzo :)))
  • annazadroza Kasiu:-) Samymi zakupami się nie przejmuję, ja już nie muszę gnać do pracy, do przedszkola po dzieci albo do szkoły, poradzę sobie. Tylko takie ogólne przemyślenia w związku ze związkiem mi się nasunęły. Ale masz rację, odgonić te myśli i do przodu.
    Wspomnienia o Dziadkach są cudowne, bo z tego okresu, kiedy jeszcze nas nie obchodziło nic poza najprostszymi potrzebami, z niczego więcej nie zdawałyśmy sobie sprawy. Aby było ciepło, syto, wygodnie i bezpiecznie. Wychodzi, że to podstawa szczęścia:)))
  • kobietawbarwachjesieni Ja żadnego swojego dziadka nie znałam. Miałam babcie. Jedna z nami mieszkała i opowiadała nam – dzieciom – bajki.
    Jeśli chodzi o niedziele, to szlag mnie trafia nie dlatego, że nie będę mogła do sklepów polecieć, ale dlatego, że nie lubię jak ktoś odgórnie organizuje mi życie, bez pytania, czy tego sobie życzę. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Maryniu:-) Drugiego Dziadka nie miałam okazji poznać, zginął w lipcu 1944 pod Birczą.
    W kwestii niedziel – właśnie o to chodzi, że ktoś próbuje ustawiać cudze życie według własnego (chorego) widzimisię i to w każdej dziedzinie. Jakby takie wielkie macki rozprzestrzeniały się coraz dalej, coraz szerzej i odcinały dopływ powietrza…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 24

Adelka dogoniła Elżbietę na psiej górce.

– Szykujesz się na spotkanie u Teresy? – spytała.

– Bardzo bym chciała ze wszystkimi się spotkać, niestety, chyba akurat w tę sobotę nie będę mogła… – zaczęła zapytana.

– Nie wysilaj się, nie musisz kręcić. Winicjusza i tak nie będzie, bo gdzieś wyjechał, słyszałam jak rozmawiał z Zenkiem – wyjaśniła Adelka.

– Aaahaa… – w głosie Elżbiety zabrzmiały jednocześnie i ulga i rozczarowanie. – Zobaczę, może uda mi się zmienić plany…

Zmieniła.

–  Jak się cieszę, że jednak ci się udało znaleźć wolną chwilę – przywitał ją Jurand.

– A żebyś wiedział jak ja się cieszę – odpowiedziała szczerze uradowana.

Naprawdę bardzo chciała się spotkać z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, a dokładniej widzianymi, lecz zawsze w biegu, gdzieś w przelocie, gdzie można zamienić najwyżej kilka słów i pędzić dalej do swoich spraw. Podchodzili do niej wszyscy po kolei, albo i bez kolejki, witając się z nią jakby była jakąś arcyważną personą. Nie było w tym nic dziwnego, bo „mafia” tak właśnie traktowała przyjaciół. Wiedząc, że Winicjusza nie będzie, rozluźniła się, żartowała, wspominała, z wielką przyjemnością spędzała czas w miłym towarzystwie. Pod koniec imprezy kątem oka dostrzegła za sobą jakiś ruch. Wszedł Winicjusz. Przecież miało go nie być! Jak na swoje lata był naprawdę atrakcyjnym mężczyzną. Musiała to przyznać. Nie tylko przystojnym ale właśnie atrakcyjnym. „Przystojność” to zewnętrzność, rysy twarzy, kształt szczęki, kolor oczu, włosy. „Atrakcyjność” zaś to coś nieuchwytnego, co każe się przyglądać, zerkać  na niego spod oka, co przyciąga uwagę i sprawia, że chce się poczuć zapach jego wody po goleniu… Elka, co ty bredzisz?! Sama siebie w duchu przywołała do porządku. Zdrętwiała na moment, ręce i nogi odmówiły jej posłuszeństwa, musiała się oprzeć.  W porę jednak przypomniała sobie, że nie jest nastolatką, a kobiecie w jej wieku wypadałoby się opanować… Udało jej się tego dokonać i była pewna, że nikt nie zauważył chwilowej słabości.

Spóźniony gość po przywitaniu się ze wszystkimi pozostałymi gośćmi stanął koło Elżbiety. Mijające lata przyniosły jego rysom wyrazistość, srebrne nitki przetykające czarne włosy czyniły go jeszcze bardziej interesującym. Pod koszulą rysowały się silne mięśnie. Nie na darmo dwa razy w tygodniu spędzał trochę czasu w siłowni oraz jedno popołudnie na macie przypominając sobie młode lata, kiedy karate było jego pasją. Oczywiście wtedy, kiedy nie wyjeżdżał w tak zwanych interesach. Wrócił do ćwiczeń, gdy stwierdził pewnego dnia, że zbyt szybko dopada go zadyszka, a „mięsień piwny” zaczyna w postaci wałka zbierać się nad paskiem spodni.

– Witaj Elżuniu – powiedział. – Jak dobrze cię widzieć po tak długim czasie.

– Nie przesadzaj, przecież się widzieliśmy…

– Sama wiesz, że na ulicy albo w sklepie to żadne widzenie się.

– Uwierz mi, że tak jest najlepiej

– Dla kogo?

– Dla mnie, dla ciebie – spojrzała z wymuszonym uśmiechem kryjąc w głębi duszy to, co naprawdę czuła.

Uważała, że powinna go unikać i zamierzała się tego trzymać. Starała się być spokojna mimo chwilowych mroczków przed oczami, galopującego tętna i młoteczków nierównomiernie walących w jej głowie. Ze wszystkich sił usiłowała zachować kamienną twarz… Jego garnitur był absolutnie nienaganny, fryzura również, zapach wody toaletowej przywołał wspomnienie chwili, kiedy słuchali muzyki i rozmawiali pijąc czerwone wino…

Winicjusz zaś czuł wokół niej mur nie dający się pokonać, którym szczelnie się otoczyła. To znaczy owa szczelność zdawała się być o wiele mniejsza niż dawniej… Kiedyś uda mu się ten mur przekroczyć. Na pewno. On i Maria darzyli się zaufaniem… Potem była przerwa na ból, przeżycie straty po jej śmierci, pogodzenie się, oraz na różne takie „nic poważnego”. A teraz? Teraz chciał mieć zaufanie Elżbiety. Jak ją zdoła przekonać, że może mu zaufać? Miał pewność, że chciałby spędzić resztę życia właśnie z nią, przy niej, budzić się obok, opowiadać, spierać się, przytulać, trzymać za rękę… Wiedział, że musi zapracować i poczekać na uczucie i na jej zaufanie. Ale ma czas, nie spieszy mu się nigdzie bo wie, że warto.

Coś do niej mówił, nie rozumiała ani słowa choć dźwięczał w jej uszach męski głos. Spróbowała się maksymalnie skoncentrować na zrozumieniu słów.

– Byłem wolny i niezależny. Córka dawała mi poczucie sensu istnienia. Wiesz, że uwielbiam Marysię. Dorosła, ma swoje życie. Teraz czuję, że chciałbym mieć do kogo wracać z podróży i przywozić pamiątkowe drobiazgi, żeby ktoś się cieszył, że wracam do domu, że jestem. Tym kimś jesteś ty, Elżuniu.

To usłyszała. To chciała usłyszeć. Ale przecież postanowiła być sama…

– Gdybyś przygarnął psa ze schroniska, to zawsze by się cieszył z twojego powrotu… Przepraszam cię, ale muszę…

Uciekła. Zwyczajnie, tchórzliwie uciekła…Nie pamiętała jak dotarła do domu, na pewno  wyszła z psicami, bo smycze były mokre od deszczu lecz tego też nie pamiętała. Ani jak się znalazła w łóżku, w którym przeleżała do rana w stanie półświadomości, częściowo we śnie, częściowo na jawie. Rano nie wiedziała nic poza tym, że głowa jej pęknie na milion kawałków jeśli nie weźmie czegoś przeciwbólowego. Po pewnym czasie od połknięcia tabletki zaparzyła sobie kawę. Przepełniała ją niechęć do całego świata i do siebie. Pomyślała, że kolejny raz zrobiła z siebie idiotkę. A przecież miała być spokojna, chłodna, nieprzystępna i dojrzała… Ale właściwie… dlaczego taka miała być? Kazał jej ktoś? Bo się boi nowego życia? Boi się powtórnego skrzywdzenia? Głupia, przecież nikt jej więcej nie skrzywdzi, bo ona sobie na to nie pozwoli, jest silną kobietą! Do tego jest człowiekiem, nie robotem i ma prawo do uczuć! Czy znów ma wpaść w psychiczny dołek i wszystko widzieć w czarnych barwach? A właśnie, że nie!

Jednak cały dzień miała do bani. Nie zrobiła niczego konkretnego, snuła się po domu, poszła na długi spacer z psicami  i wylądowała za lasem w Julianowie. Wróciła zmęczona ale nie uspokojona. Jak to Kaśka powiedziała? Nie jego winą są twoje wymysły, jakoś tak. Może i coś w tym jest, może ona, Elżbieta, naprawdę przesadza? Z perspektywy czasu inaczej każda rzecz wygląda, można spojrzeć bardziej obiektywnie, znaleźć aspekty, których nie widać kiedy się jest we wnętrzu sprawy, w samym środku, poddanym przede wszystkim emocjom, one zaś potrafią zgasić każdą cząstkę zdrowego rozsądku.

Kolejna  noc wcale nie była lepsza. Przewracała się z boku na bok nie mogąc usnąć mimo zmęczenia. A przecież powinna być spokojna, bo Mirek wyjechał na dłużej, o czym dowiedziała się od Rafała. Robert nocował z grupą przyjaciół pod Warszawą. Była ciepła noc. Elżbieta wyszła na balkon i z wysokości patrzyła na ukochaną dzielnicę. Kiedyś była uśpiona o tej porze. Teraz Aleją KEN szły grupki ludzi, pary trzymające się za ręce albo objęte w pół i przytulone. Na ławeczkach siedzieli faceci z puszkami piwa albo nie zawsze młodzi całujący się zakochani, nie zważający na nic co się wokół  nich dzieje. Kiedyś, dawno temu, gdy Teresa dla odreagowania problemów chodziła nocą po osiedlu ze swoim psem, olbrzymim Maksem, między blokami nie było żywego ducha, jedynie w chaszczach na metrze, które dopiero miało w przyszłości zostać zbudowane, przemykały zające. Teraz, gdy Hit czyli hipermarket Tesco był otwarty „na okrągło”, ulice też żyły całą dobę. Szczególnie w noce bezdeszczowe i ciepłe.

Elżbieta przeniosła fotel na balkon i usiadła. Kot natychmiast usadowił się na jej kolanach, psice położyły się obok. Patrząc w rozgwieżdżone niebo od czasu do czasu przecinane światłami lecącego w stronę Okęcia samolotu, cofnęła się w czasie o lata i niczym na taśmie filmowej oglądała wydarzenia z życia swojego i „osiedlowego” na przestrzeni ponad ćwierć wieku. Zapewne spotkanie spowodowało ów nastrój… Znów przyszła na myśl Teresa i jej przyjaciółka Dorota, która mieszkała pod Elką. Każda przeżyła ciężkie chwile. Teresa podobnie jak Kaśka, bo jej mąż związał się z sąsiadką udającą przyjaciółkę dopóty, dopóki nie zniszczyła jej małżeństwa. Potem los postawił Juranda na drodze Teresy rekompensując przeżytą tragedię i dał jej szansę na drugie życie, drugie szczęście tym razem prawdziwe i pewnie na zawsze. Spotykały się czasem w soboty na giełdzie, bo wszyscy się na giełdzie spotykają. Mieszkała niedaleko, w pierwszych domkach wybudowanych na Rosoła. Dorota też sobie ułożyła życie i wyprowadziła się do nowego mieszkania na Kabatach i też się spotykały w soboty na giełdzie. Nawet Aldona zwana Doniczką, która przez pewien czas mieszkała w Teresy mieszkaniu z córkami bliźniaczkami, po różnych perypetiach rozpoczęła życie od nowa. Marianna, sąsiadka Majki, tak samo.  Właściwie – patrząc po kolei w okna sąsiadów – mogła Ela stwierdzić, że bardzo nieliczni pozostali w związkach, w których byli przed dwudziestu laty.  Albo rozdzieliła ich zdrada i nienawiść, albo śmierć. Ta ostatnia, niestety, dość częstym zaczęła być gościem.

Wprowadzali się tu wszyscy jako młodzi, pełni entuzjazmu i nadziei ludzie rozpoczynający dorosłe, samodzielne życie. Z czasem przyszło im dostosowywać się do zupełnie nowych realiów, uczyć się funkcjonować w rzeczywistości stanowiącej często zaprzeczenie wartości wpajanych od dzieciństwa. Nie wszyscy potrafili się odnaleźć w takim świecie, przestawić o trzysta sześćdziesiąt stopni i w wyścigu szczurów przegrywali z młodymi, bezwzględnymi, bez skrupułów, bez sumienia, ale za to „prawidłowo” myślącymi. Dlatego karetki pogotowia coraz częściej zabierały pięćdziesięciolatków, niektórym nie udawało się doczekać pomocy i odchodzili ze świata. Ze świata, na który przyszli niedługo po wojnie, który ich rodzice odbudowywali z ruin i zgliszczy wbrew innym, niszczącym to, co odbudowano. A potem tym co niszczyli stawiano pomniki a tym, co odbudowywali zakładano teczki. Przeżyli kryzys, puste półki, potem zmianę ustroju i co? Opowiadania dziadków o przedwojennej biedzie wróciły jako real. I wracają  w trumnach młodzi chłopcy wysyłani na wojny poza granicami, zaś terroryści, którzy w ogóle nie wiedzieli, że istnieje taki kraj jak Polska, szukają miejsca w które trafić. Wyszli z kraju Rosjanie, a zaraz wejdą Amerykanie, którym na siłę wchodzimy w cztery litery, skłócając się ze wszystkimi sąsiadami. Jesteśmy chyba jedyną nacją świata nie będącą się w stanie niczego nauczyć i mającą w genach zapisane samozniszczenie. Mikołaj Rej dawno powiedział, że „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”. Czy tak musi być zawsze? Może wejście do Unii jest wreszcie szansą na normalność?

Pod balkonem w ogródku rozegrała się jakaś kocia walka. Wrzask, miauczenie i zwycięzca pozostał w ogródku. Intruz uciekł, w krzakach wylizywał swoje futerko. Kocio zjeżył się na kolanach Eli obudzony ze snu,  psice spojrzały na siebie i znów zapadły w drzemkę. To kocia wojna, nie psia, ich nie dotyczy. Ela pogłaskała Kocia, uspokoiła. Znów się ułożył, przytulił i zasnął. Incydent wyrwał ją z niemiłych rozmyślań. I dobrze. Po co ma rozważać takie sprawy. Szkoda nerwów. „Co poradzisz jak nic nie poradzisz?”. Trzeba się nauczyć żyć w takiej sytuacji jaka jest. Pracę spróbować znaleźć, żeby móc do emerytury dołożyć parę groszy. Myśleć pozytywnie o mieszkaniu, jakoś musi się wszystko ułożyć…A Winicjusz?… Westchnęła. Może i zachowała się jak idiotka. Nawet na pewno. Z jego strony nie było fałszu. To były najprawdziwsze reakcje, pewnych rzeczy nie można udawać…Dlaczego ona musi być taka durna i uparta?

2.03.2018

  • kobietawbarwachjesieni Czytałam jednym tchem i leciałam do przodu. Trochę jestem rozczarowana zakończeniem. Nie pozwól, żeby takie uczucie się zmarnowało przez brak zdecydowania u bohaterki.
  • annazadroza Maryniu:-) Wszystko się dobrze skończy, jakże by inaczej? Tylko musi trochę czasu upłynąć, inaczej – cała historia zmieściłaby się na jednej stronie. A co to za przyjemność tak pisać i czytać;)
    Nie masz pojęcia jaką mi sprawiasz radość swoim czytaniem i komentarzem. Uściski baaardzo serdeczne posyłam:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A mnie ciekawi czy Winicjusz jest naprawdę taki nieskazitelny ?
    Do jego opisu brakuje mi jeszcze, że ma piękny głęboki głos.
    Jejku gdzie się taki uchował ?
    serdeczności :)))
  • annazadroza Kasiu:-) Tylko w bajce może się taki rycerz-królewicz uchować. Chociaż – w tym wieku to już może nie królewicz tylko król? O idealnych ludziach/sytuacjach dobrze czytać/marzyć. Myślę, że lepiej niż napawać się scenami okrutnymi, ociekającymi krwią. Przynajmniej ja wolę. Te drugie są w każdym programie informacyjnym w tv, do tego realne, nie reżyserowane i wystarczy.
    Aha, no przecież, Winicjusz głos musi mieć piękny, wyobrażasz sobie amanta z piskliwym:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Szkoda gadać

Jakże mieć dystans do spraw bieżących, kiedy co chwilę człowieka bombardują doniesienia o kolejnych „cudach” w kraju nad Wisłą. A to znowu limuzyna okazała się nie być helikopterem i nie przeleciała na korkiem ulicznym. Pomyślała pewnie zatem, że torowiskiem przemknie zostawiając szaraczków z boku,
co jej się nie udało. Ciekawe swoją drogą, że od 4 lat stoją te separatory i nikt na nie nie najechał do tej pory. A to pan jeden, taki co płaszczyk z czerwoną wypustką – słyszałam, że wprost z Mediolanu przysłany/przywieziony – nosi narzeka, że do pierwszego mu nie starcza, taki biedaczek ubogi. Zrozumiałam
teraz, że to z braku siły w kręgosłupie siedział z niepewnością w oczach, kiedy z niechęcią latem zagłosował na ustawy, co to się nie podobały spacerowiczom… Proponowałabym mu wyżyć za 1700 zł. na rękę i, żeby mu to na czynsz, prąd, gaz i leki starczyło. O jedzeniu nie wspomnę, bo to wydatek zbyteczny, po co
kupować, latem pokrzywę spod płotu można zerwać, albo mlecza trochę z trawnika, na jabłka do sąsiada pójść, ktoś tam jeszcze o szczawiu mówił… Po co narzekać? A to znowu „obatel” rozbawić do łez potrafi, bo teściowi stopień generalski chcą odebrać, jego kumple zresztą, znaczy „obatela”. I on mówi, że teść
przyzwoitym człowiekiem jest i nie powinien być traktowany jak inni. A tysiące ludzi pracujących z narażeniem życia po 90- tym roku, zweryfikowanych pozytywnie, z umową na określonych warunkach podpisaną z nowym państwem (które ją teraz złamało) i też będących przyzwoitymi ludźmi – można? Można traktować tak samo jak zbrodniarzy tych, którzy rodaków przed bandytami bronili i zabierać wypracowaną emeryturę? A wieńce składać tym, co z hitlerowcami współpracowali można? A zabierać ulice tym co z hitlerowcami walczyli można? A zmieniać fakty według własnego widzimisię można? Można, okazuje się, wszystko można, bo jak ktoś o określonym poziomie dorwie się do władzy, to uważa, że mu wszystko wolno, bo to jego prywatny folwark jest. A już w dawnej Polszcze padły słowa – ” U Fortuny to snadnie, że kto stoi, upadnie. A któren był dopiero u niej pod stopami, patrzajcie go po chwili, on już gardzi nami”. Albo mistrz Jan albo Mikołaj to napisał, z pamięci przytoczyłam, więc nieścisłości być mogą, lecz jakaż prawda w tych słowach jest zawarta.
A moja babcia Stefa mówiła : oj biada, biada, kiedy pan z dziada… Szkoda gadać…

28.02.2018

  • Gość: [40cztery] *.centertel.pl Nieopatrznie z osobistego blog stał się polityczny. Jeszcze chwila i o seks zacznie zatrącać 🙂
  • kobietawbarwachjesieni Doskonale rozumiem, co czujesz, patrząc na to, co się u nas dzieje. Ja po przeczytaniu dzisiaj kilku artykułów z Newsweeka i Polityki wpadłam w mentalny dół pełen niepokoju. Myśl goni myśl. A każda ciemna, jak chmura burzowa.
  • babciabezmohera Nie da się nie zahaczyć o politykę, bo wszystko teraz polityką się stało- złą polityką!:(
  • e.urlik Aniu, przetrwamy.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dzisiaj na własne uszy słyszałam wypowiedź w ( radio Plus) p. Sławomira
    Neumanna z PO, że wypicie w przerwie pracy szklanki piwa czy kieliszka
    wina nie powinno być problemem… Co będzie gdy …. nie chcę kończyć.
    wszystkiego dobrego Aniu 🙂
  • annazadroza 40cztery:-) Nieopatrznie – znaczy tyle, co: nieostrożnie, nieoględnie, nierozważnie, niebacznie, lekkomyślnie. Jeśli masz na myśli ewentualne konsekwencje „dobrej” zmiany w stosunku do osób mających inny ogląd rzeczywistości niż ona, znaczy zmiana – to trafnie go użyłeś. Zaś „osobisty” zawiera w sobie wszystko, co człowiek w sobie ma, w tym i poglądy na różne różniste sprawy:) I o seks też może „zatrącać”, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Aktualnie jej nie ma:)
    Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Burzowa i gradowa chmura… Największym smutkiem napawa brak ogólnego, szerszego spojrzenia na świat, zrozumienia konieczności rozwoju, co dotyczy dużej części – nie wiem jak nazwać, bo społeczeństwo to nie jest – populacji w kraju? Zostało tylko takie …jakby taplanie się w gnojówce na własnym zaśmieconym podwórku umieszczonym w środku np. Nowego Jorku albo Paryża…
  • annazadroza BBM:-) Nie da się, już teraz wszystko się kojarzy. Nawet to, co jeszcze niedawno nigdy w życiu by się nie kojarzyło, a to już zakrawa na jawną kpinę z każdego „szarego człowieka”. Całopalna ofiara już jedna była, daremna – tak mi się przypomniał Szary Człowiek…
  • annazadroza Ewuś:-) Tylko na emigracji wewnętrznej albo zewnętrznej…
  • annazadroza Kasiu:-) Ktoś użył terminu Ukryta Alternatywa – na określenie czegoś, co dopiero się „zbierze do kupy”, skonkretyzuje i wygra ze złem, bo na razie jest tylko w duszach przyzwoitych ludzi. Pozostaje wierzyć, że wciąż „…ludzi dobrej woli jest więcej…” i czekać na ciąg dalszy.
  • babciabezmohera Nie daremna. Pozostał w myślach normalnych ludzi. Ziarno zostało zasiane a to już bardzo dużo.
  • tessa37 Nic , tylko film krecic: Wszystkie limuzyny prezydenta;) (Powinno być prezydęta w sumie;)
  • annazadroza BBM:-) Wydaje mi się, że bardziej zapadły w ludzi słowa o braku pieniędzy do pierwszego wypowiedziane przez „biednego” ministra, albo premie przyznawane samym sobie, w wysokości rocznego dochodu niejednego emeryta. Do tego „zabawa” zmarłymi, co przekracza już jakiekolwiek granice. Nóż się w kieszeni otwiera , a niektórym oczy, kiedy byle jakie pomiotło – przepraszam za wyrażenie – obraża żołnierzy, którzy szlak bojowy przeszli, a gloryfikuje bandytów mordujących w okrutny sposób kobiety, dzieci, starców i kogo się dało.
  • annazadroza Tesso:-) Za własne pieniądze to sobie co tydzień mogą kasować jedną limuzynę. Ale za nasze? Łatwo się cudzym dysponuje, szczególnie, gdy się nie ma udziału w ich wypracowaniu. Miliony w tak krótkim czasie przez mon wydane nie wiadomo na co, albo kolejne miliony dla biznesmena w sukience. A takich jest całe mrowie… I taki prezydęt jaki sóweren;) co jego wybierał…
    Dochód z filmu Twojego pomysłu przeznaczyć można na fundację jaką, bo szlag szarego człowieka trafia, jak na chore dzieci, na ratowanie ich życia zbiórki ludzie robią, bo państwo ma je w doopie. Albo na Orkiestrę zamachy nieustannie czyni i planuje jak uniemożliwić granie – bo to też jest dla ratowania zdrowia i życia, dzieci głównie. A priorytety są inne…

Dodaj komentarz

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Moja Pierwsza Rocznica:)))

Rok temu odważyłam się napisać pierwsze słowa na blogu. Nie przypuszczałam, że znajdę tu nowy świat, odskocznię od realu, a jednocześnie możliwość wyrzucenia z siebie własnych frustracji – bo akurat czas taki nastąpił, że ich narosło co niemiara z przyczyn zewnętrznych i niezależnych ode mnie, i od wielu innych też. W ogóle nic nie przypuszczałam, nie wiedziałam co mnie czeka, nie myślałam, że znajdę okazję i chęć do podzielenia się kawałkami życia tak dobrymi jak i złymi, ale tak się stało. Poznałam w tym wirtualnym świecie fajnych ludzi, do których życia mogę „zapuścić żurawia” poprzez blogi. Chciałabym sięgnąć wstecz, ale na razie brak mi na to czasu, kiedyś nadrobię. Na razie staram się być na bieżąco.

Głównie miałam na celu pozbieranie moich „dyrdymałek” różnych w jednym miejscu, aby nie umarły wraz ze mną. Nie przypuszczałam, że tak ogromna radość stanie się moim udziałem, bowiem kilku z Was się podobają, dają chwilę relaksu, a po to przecież powstały (poza potrzebą moją wewnętrzną).
Dziewczyny, myślę o Was każdego dnia. Założyłam sobie, że codziennie będzie nowy wpis w ramach ćwiczeń samodyscypliny. Oprócz weekendów, choć czasem i wtedy zdarza mi się coś wrzucić. Kiedy już wejdę na bloxa – sprawdzam co u Was nowego. W ciągu dnia, kiedy Lapcio jest wyłączony, też o Was myślę, stałyście się cząstką mojego życia poprzez codzienną w nim obecność.

Aha, do Chłopaków to się też odnosi, bo kilku tu zagląda:)
A więc Dziewczyny i Chłopaki- bardzo dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście, że wpadacie tutaj inspirując i motywując tym samym moje szare komórki do pracy i do rozwoju, one zaś nie mając pretekstu do lenistwa – nie mogą (póki co) zanikać.
Pozdrawiam wszystkich baaardzo serdecznie i zapraszam o dalszych odwiedzin. I życzenia jak zawsze dla Bliskich – NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!!!

27.02.2018

  • aga-joz Fajnie, że jesteś. Miło świętować takie rocznice, oby ich było jak najwięcej. Blogowanie jest dobrą terapią na wiele smutków
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Ja u Ciebie Aniu dopiero co ,,przycupnęłam,, ale nie myślałam, że
    jest tak fajnie w tej ,,wirtualno – towarzyskiej chmurze,,. W moim
    przypadku to bardzo wiele… I tak naprawdę, to czuję tu szczere
    uczucia; smutek, radość , tęsknotę są też marzenia… a więc
    chmura jest bardzo namacalna 😉
    uściski serdeczne ! i jak najwięcej słońca :))
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Gratuluję rocznicy,dobrze się czyta Twoje teksty.
  • kobietawbarwachjesieni Cieszę się, że mogę Cię odwiedzać.
  • fusilla Witam ponownie „Pierwszaka”! Mam nadzieję, że już się na dobre rozgościłaś na blogowisku. Mnie niedługo 13 tka skoczy. A wydawałoby się, że to tak niedawno było. To jakby drugie zycie. Czasami nawet fajniejsze od tego realnego. Bo real potrafi przytłoczyc, a tu generalnie większość to „dobre dusze”!
    A tak na marginesie! Czytam Cię cały czas, tyle tylko, że sama mam jakąś blokadę. Ale to minie!
    Macham srdecznie
  • kolewoczy Hmm, ja nawet nie pamiętam, kiedy założyłam blog.. . ooo, już wiem! Nieważne. Nie, no… kolejna rocznica dochodzi do obchodzenia?
  • nie-okrzesana Ja zawsze zaczynam od PASM.
    Kolejnych udanych rocznic życzę.
  • kotimyszkot Gratulacje! 🙂 Każdą radosną rocznicę trzeba doceniać :)) Wielu dobrych lat pisania życzę!
  • bognna Ot, smarkula;))))))
  • babciabezmohera Szczere gratulacje! Oby następne lata były dla Ciebie równie przyjemne i twórcze, obyś wciąż zyskiwała nowych a wdzięcznych czytelników a blogowanie dawało Ci radość i satysfakcję! :))
  • mmzd Puchate, Ciepłe i Serdeczne !!!! – gratuluję rocznicy i niecierpliwie wyczekuję kolejnych wpisów 🙂
    <*0;ooooo;~~
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Super za trafną decyzję. Pisz dalej. Całuski. Zaskakuje mnie coraz większa ilość odwiedzin. Pozdrawiam wszystkich.
  • karolinagurazda To pocieszające, że słowo pisane może przynieść tyle dobrych emocji 🙂
    Niech MOC będzie z Tobą 😀
  • urszula97 Gratuluję,fajny blog,życzę kolejnych lat blogowania,cudownego pisania,pozdrawiam.
  • annazadroza Ago:-) Dziękuję. Naprawdę blogowanie jest formą terapii. Uczy skoncentrowania się, przekazania „w krótkich słowach mego listu” tego, co mamy do powiedzenia, pozwala na spotkanie świetnych ludzi. Fajnie jest:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Niezmiernie mi miło, że akurat u mnie przycupnęłaś, bo to znaczy, że Ci tu dobrze. „Namacaj” tę chmurę jak najwięcej:)))
  • annazadroza Obserwator:-) Miło, że przedstawiciel męskiego rodu się odezwał. Dziękuję:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Ja też się cieszę i dziękuję za wszystkie Twoje słowa:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Rozgościłam się i jest mi z tym baaardzo dobrze. Między Anką dzisiejszą a Anką sprzed roku jest ogromna różnica. Myślę, że przede wszystkim poczułam się pewniej, taka dowartościowana i uszczęśliwiona, że jednak komuś się te moje dyrdymałki podobają. Tak, to jakby drugie życie, równoległe, pełne wolności, bo nic nie muszę, chyba, że sama siebie zmuszę i przełamując bezwład odniosę zwycięstwo nad moim drugim ja. Które się wiecznie spiera z pierwszym:)
    13 lat! Tyle ma moja Wnusia K,:) I masz rację w kwestii dobrych duszyczek.
    Dziękuję, że czytasz:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jeśli miła rocznica to czemu nie obchodzić? Dobrego nigdy dosyć:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) …gdyby radość miała skrzydła to fruwałabym jak gołębica… Dzięki:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Dziękuję baaardzo, oby się spełniły Twoje życzenia:)))
  • annazadroza Bognno:-) Nie myślałam, że jeszcze ktoś tak do mnie powie;-) To czysta radość:)))
  • annazadroza BBM:-) Oby się spełniło wszystko co do słowa, wszystkie Twoje życzenia. Dziękuję:)))
  • annazadroza Magduś:-) Dziękuję i za gratulacje i za czekanie na czytanie:)))
  • annazadroza L.C.:-) Fajnie, że jesteś zaskoczona:) Cieszę się z tego:)))
  • annazadroza Karolino:-) Dziękuję baaardzo za tak dobre słowa. I ważne:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Niech się spełni, dziękuję:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 23

Orzeczenie rozwodu z winy męża z całą pewnością pomogło Elżbiecie w dochodzeniu do równowagi po przeżytych stresowych sytuacjach. Niemniej przebywanie z nim pod jednym dachem było w dalszym ciągu koszmarem. Trochę lepiej układało się tylko bezpośrednio przed rozprawą, kiedy Mirek miał nadzieję, że udobrucha żonę, zniechęci ją do opowiadania w sądzie ze szczegółami o jego zachowaniu i tym sposobem odzyska nad nią władzę. Po wyroku stał się taki sam jak przedtem.

Zamyślona Elżbieta weszła do mieszkania nie zwracając uwagi na dziwne zachowanie psów. Zamknęła drzwi wejściowe odsuwając nogą  Betę aby uchronić jej ogonek przed przycięciem. Schowała klucze do kieszeni, odwróciła się i znieruchomiała, zastopowana równocześnie głuchym pomrukiem Gamy i niesamowitym – rodem z horroru – obrazem, który przykuł jej wzrok.

Cała podłoga w przedpokoju była zalana czymś ciemnym. Boże, przecież to krew! Poczuła się dziwnie nieswojo. Rozejrzała się szukając kota. Odetchnęła z ulgą widząc go żywego, wciśniętego w róg szafki w przedpokoju. Zazwyczaj witał ją przy drzwiach, tym razem nie ruszył się z ukrycia. Obok drzwi do kuchni stał Mirek. Właściwie trudno to nazwać staniem, raczej chwiał się na nogach, zakrwawiony od głowy do stóp. Zrobił trzy kroki w jej stronę. Cofnęła się przerażona, bo wyglądał potwornie. Gdzie stanął, zostawała plama krwi na podłodze. W każdym miejscu, w którym oparł się o ścianę, widniały krwawe ślady.

– Co ci się stało? – wydusiła wreszcie.

Mimo wszystko nie mogła go zostawić samego i wyjść, chociaż najchętniej tak właśnie by zrobiła… Wycofać się i wrócić za jakiś czas…kiedyś…potem…żeby go już nie było… Dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Brr, co za myśli.

– Co ci się stało? – powtórzyła.

– Mam zawał – wybełkotał. – Dzwoń po pogotowie.

– Zawał? I krew ci leci z powodu zawału? – mruknęła krzywiąc się z obrzydzenia, bo doleciał do niej bardzo dobrze znany, znienawidzony smród lekko przetrawionego alkoholu.

Ze zdenerwowania nie mogła sobie przypomnieć jak się dzwoni na pogotowie. Wcisnęła numer Rafała.

– Synku, przyjedź. Coś się stało ojcu, stoi cały we krwi i bełkocze.

– Dzwoń na pogotowie, ja przyjadę najszybciej jak mi się uda – odpowiedział.

– Ale nie wiem jak. Nie mogę sobie przypomnieć numeru pogotowia – ręce jej się tak trzęsły, że słuchawka uderzała ją raz po raz w ucho powodując głuchy pogłos gdzieś w mózgu.

– 112 albo 999 – tyle dosłyszała.

Nie mogła trafić palcem na odpowiedni klawisz. Po kilku nieudanych próbach zdołała wystukać numer i opanować szczękanie zębami gdy usłyszała w słuchawce głos i próbowała temu głosowi wytłumaczyć zawiłość sytuacji.

– Mówi, że ma zawał i jest cały zakrwawiony… Nie wiem co się stało… Mówię co widzę… Nie, nie było mnie w domu… Przecież mówię, że nie wiem co się stało…Nikim dla mnie jest… Był ale nie jest… Nie wiem, bo z nim nie rozmawiam… Może mówić, stoi i bełkocze…

Podała mu słuchawkę i uciekła do swojego pokoju chwytając na ręce kota. Psy poszły za nią i położyły się obok wersalki. Jedynie po oczach, których nie spuszczały z pani wodząc za nią wzrokiem było widać, że żyją, bo poza tym nie drgnął nawet koniuszek ogona. Elżbieta otworzyła szeroko drzwi balkonowe i kilkakrotnie głęboko wciągnęła powietrze. Uspokoiła się nieco i przestało jej się kręcić w głowie. Nie umiała określić po jakim czasie przyjechało pogotowie, w każdym razie równocześnie z Rafałem. Stała pod oknem dopóki się nie uciszyło. Zabrali Mirka do szpitala, a Rafał pojechał za nimi. Trzasnęły drzwi windy. Odczekała jeszcze chwilę i dopiero wtedy wyszła z pokoju zamykając w nim psy. Ostrożnie stąpając między plamami krwi weszła do kuchni. Na stole leżał młotek i rozbita butelka. Kawałki szkła trzeszczały jej pod stopami.

Całe szczęście,  że zamknęłam psice w pokoju – mruknęła do siebie. Co on tu robił? Może chciał mnie zadźgać rozbitą butelką? Nieraz groził, że mnie załatwi. Tymczasem sam się załatwił…

Wyglądało na to, że kawałek butelki odskoczył pod wpływem uderzenia młotkiem i trafił w żyłę przecinając ją, stąd tyle krwi. Nie ruszyła niczego. Cofnęła się, aby wejść do łazienki. Włączyła światło i zrobiło jej się słabo. Umywalka była ubrudzona krwią, przesiąknięte nią ręczniki leżały na podłodze, a w wannie pełno czerwonobrunatnych plam i skrzepów tworzyło potworny obraz jednoznacznie przywodzący na myśl morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Ostatkiem sił wycofała się szukając możliwości oparcia się o coś, co nie byłoby poplamione krwią. Miała wrażenie, że padnie na podłogę, bo nie zdoła dłużej się utrzymać na drżących nogach. Zaczęła znowu szczękać zębami i ugryzła się boleśnie w język, kiedy podskoczyła w górę usłyszawszy mocne pukanie do drzwi.

A więc to jeszcze nie koniec atrakcji na dziś, pomyślała.

– Dobrze, że pani niczego nie ruszała – stwierdzili dwaj młodzi policjanci.

Zrobili co do nich należało i spisali relację Elżbiety.

Musiała się przemóc i sprzątnąć cały ten bałagan. Nie miała innego wyjścia, nikt tego za nią nie zrobi. Nikt niczego za nią nie robił. A już on…nigdy. Dlaczego znowu musi po nim sprzątać? Długo jeszcze będzie się tak męczyła? Po co wróciła do domu akurat teraz? Przecież mogłaby dopiero za kilka godzin… Czemu nic jej nie podpowiedziało, żeby jeszcze nie wracała, żeby trochę poczekała i może byłaby wreszcie wolna… Rozejrzała się po zrujnowanym mieszkaniu… Odnowiłaby je wreszcie nie martwiąc się, że były mąż znów je zdemoluje… Zatrzymała wzrok na poruszających się cieniach za szybą drzwi swojego pokoju. Tak, to one są winne, że musiała wrócić do domu. Co za paradoks, psice uratowały mu życie! Tylko po co?… Brr, znów to samo, nie powinno jej coś takiego przyjść do głowy…Ale przyszło… Jedyna pociecha, że Mirek pobędzie trochę w szpitalu.

– No i bardzo dobrze, masz przynajmniej tydzień spokoju – powiedziała Kasia wysłuchawszy następnego dnia relację Eli z przebiegu wydarzenia. – Przecież powinni go trochę potrzymać w szpitalu.

– Żebyś wiedziała – przytaknęła Elka. – Tak mi dobrze jak nie wiem co. Niedobrze to mi się tylko robi na myśl, że on zaraz wróci.

– A może nie wróci? – z nadzieją w głosie podpowiedziała Kasia. – Może go sobie jakaś weźmie?

– Jeszcze bym dopłaciła, ale nie mam złudzeń. Już teraz żadna go nie zechce. Jest po prostu straszny.

– Fakt – przyznała Kasia. – Że też musiałaś akurat wrócić do domu.  A nie miałaś chęci po cichu czmychnąć  i udawać, że cię tam nie było?

– Nawet mi to przeszło przez myśl, ale po pierwsze: pomyślałam o zwierzakach. A po drugie: do końca życia miałabym wyrzuty sumienia. Mimo wszystko.

– Tak źle i tak niedobrze – skwitowała Kasia. – Wszystko się rozbija o ten cholerny brak pieniędzy. Kupiłabyś sobie nowe mieszkanie i poczekała, aż on sam zwolni stare…

– No tak. Ale nie mam kasy i nie zanosi się na to, żeby mi z nieba spadła. Nawet w lotka przestałam grać odkąd podnieśli ceny

– Ja też – skinęła głową Kasia.

– Właśnie. A wracając do sprawy to czuję się naprawdę w sytuacji bez wyjścia. Takiej nienawiści, którą zieje Mirek nie da się wytrzymać. Żadnej możliwości ucieczki, żadnej odskoczni..

– A propos odskocznia – weszła Eli w słowo przyjaciółka. – Spotkałam w Hicie Teresę z Jurandem.

– Nic dziwnego, wszyscy z naszej wsi spotykają się w Hicie albo w Leclercu, albo w sobotę i niedzielę na giełdzie.

– Pytali o ciebie. Zapraszają na grilla. Teresa wymyśliła, że zbierze całą naszą starą „mafię” . Marianna będzie, Majka, jako siostra, oczywiście też, chociaż od śmierci Grzegorza nigdzie nie chce bywać. Dalej – Doniczka i Dorota z przyległościami…

– O rety, jakbym się w czasie cofnęła. O ile? Boże, ile lat? – zaczęła liczyć i liczyć – Nie, to niemożliwe…

– Pewnie, ludzie tak długo nie żyją –  parsknęła śmiechem Kasia

27.02.2018

  • e.urlik Nooo, ten opis miejsca zbrodni… jakbym tam była. Myślę, że powinnaś iść w tę stronę.
  • kobietawbarwachjesieni Jestem pod wrażeniem opisanych scen.
  • fusilla Ło matko pojedyncza!!!!!!
  • annazadroza Ewciu:-) Czy Ty mnie do zbrodni namawiasz? Tylko od kogo musiałabym zacząć? No i czy warto? Utłuczesz bydlaka jakiegoś cholernego a odpowiadać będziesz jak za człowieka. I po co? Taki „ktoś” sam się na własnych odchodach przejedzie… Nie pójdę w tę stronę;)
    A kryminałów nie lubię, raz miałam w życiu taki „fragment”, w szkole jeszcze. Leżałam chora i przeczytałam ich nie wiem ile, jeden za drugim. Moja siostra lubiła i miała strasznie dużo. I takie cienkie zeszyty „Ewa wzywa 07” też tam były:)
  • annazadroza Maryniu:-) Wrażenie wrażeniem, ale się nie przejęłaś za bardzo, mam nadzieję? Serdeczności:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Jak dobrze, że jesteś!!! Moc serdeczności i jeszcze więcej Ciepłego z Puchatym bo mrozy okrutne. Nie daj się zamrozić:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 17

Punktualnie o godzinie czwartej rano na balkon przyleciała para gołębi. Pan gołąb emablował panią gołębicę  zrazu cicho i delikatnie, potem coraz głośniej i natarczywiej. Wreszcie tupanie i gardłowe gruchanie obudziło Aldonę. Przy zamkniętych balkonowych drzwiach siedziała Bibi nieprzytomna wręcz z wrażenia. Wpatrzona w ptaki nie zwracające na nią żadnej uwagi, uderzała ogonem o podłogę niczym tygrys szykujący się do skoku na upatrzoną ofiarę. Dolna szczęka szybko podnosiła się i opadała, z gardła wydobywały się dźwięki przypominające „gulgotanie” skrzyżowane z  głuchym pomrukiem wielkiego kota. Krew drapieżnych, krwiożerczych przodków odezwała się w malutkiej, słodkiej Bibi.

Aldona przyglądała się zachowaniu pupilki. Pierwszy raz widziała atak tygrysa z bliska i na własne oczy. „Tygrys” rzucił się na szybę, rozpłaszczył się na niej i, niepomiernie zdziwiony, zjechał w dół. Gołębie spojrzały na małą kotkę z wielce głupim wyrazem mordki i – nie spiesząc się – odfrunęły na chodnik, gdzie pan gołąb znów zaczął uwodzić swoją wybrankę.

Rozbawiona Aldona wstała, wzięła Bibi na ręce aby pocieszyć kruszynkę po nieudanym polowaniu, podsunęła dobre jedzenie, po czym szeroko otworzyła drzwi na balkon. Świeży powiew wpadł do pokoju, przywitał się z kwiatami wprawiając ich listeczki w leciutkie drżenie, z pewnością dał kotce prztyczka w nos i połaskotał, bo głośno kichnęła. Potem przeciągnęła się, przytuliła główkę do swej opiekunki i przymknęła ślepki. Opiekunka zaś poczuła się rozbudzona i wypoczęta. Sięgnęła po książkę leżącą obok łóżka i pogrążyła  się w lekturze.

Bohater powieści wydał jej się podobny do Sergiusza. Uświadamiając sobie skojarzenie pomyślała, że tęskni za nim, że stał się cząstką jej życia nawet gdy nie ma go obok, że może niebawem wróci… Wyobraziła sobie scenę powitania…

O siódmej do pokoju zajrzała Halinka.

– Nie śpisz mamusiu? – spytała wpychając się pod koc.

– Nie śpię. Gołębie mnie obudziły. A dlaczego ty już wstałaś? Możesz dzisiaj poleniuchować ile tylko zechcesz.

– Dlaczego budzę się wcześnie kiedy nie idę do szkoły? A kiedy muszę rano wstać, to się nie mogę obudzić i tylko bym spała i spała?

– To zupełnie normalne, ze mną jest tak samo i prawdopodobnie z większością ludzi również.

– Mamusiu, myśmy ci zapomniały powiedzieć, że teraz Alina ma na imię Inka a ja Linka. Będziesz tak do nas mówić? – spytała zaglądając matce w oczy.

– Dlaczego nie? – uśmiechnęła się całując włosy córeczki. – Musisz mi napisać na kartce, przypnę na lodówce, żeby mi się nie myliło. Ostatnio byłyście Pixi i Dixi.

– Ach, to była dziecinada – wydęła wargi dziesięcioletnia osoba. – Teraz to już na poważnie, na zawsze.

– No cóż, panno Inko – zaczęła Aldona.

– Nie Inko tylko Linko – sprostowała Halinka.

– No cóż, panno Linko – poprawiła błąd matka „panny”. – Nie pozostaje nam nic innego niż pomyśleć o śniadaniu.

– A mogę u ciebie jeszcze trochę poleżeć?

– Możesz, Stokrotko Linko, możesz. Pośpij sobie jeszcze, tylko mnie stąd wypuść, bo ja już muszę wstać.

Wzięła prysznic, umyła włosy i okręciła głowę ręcznikiem. Poszła do kuchni przygotować posiłek. Zrobiła kanapki z drobiowa wędliną, jajkiem i pomidorami. Już dawno stwierdziła, że wędlina kupowana w plasterkach cieniutko pokrojonych przez sklepową maszynę jest o wiele wydajniejsza niż pozornie tańsza kiełbasa. Można było zrobić nieskończoną (prawie) ilość kanapek z małą ilością takiej wędliny i Stokrotki jadły nie wybrzydzając, natomiast wszystko inne było niedobre, niesmaczne, obrzydliwe i nie do zjedzenia. Aldona nawet nie gniewała się na córki za wybrzydzanie. Doskonale pamiętała, że zachowywała się tak samo.

– Głodu na ciebie trzeba – mówił jej dziadek gdy stroiła fochy przy jedzeniu.

I miał rację. Od czasu stanu wojennego, gdy miała jedynie chleb ze smalcem, bo masło i żółty ser, który czasem udało się zdobyć, były dla dzieci, przestała wybrzydzać.

Spakowała jedzenie i picie na wycieczkę. Czytając czekała aż dziewczynki wstaną. Po śniadaniu wsiadły na rowery i pojechały do Powsina. Z Cynamonowej skręciły w Płaskowickiej, potem Rosoła i jechały prosto mijając Natolin. Potem drogą wiodącą przez wieś dojechały do lasu i dotarłszy na jego drugi koniec znalazły się w parku w Powsinie.

Najwięcej czasu spędziły na basenie. Aldona przy okazji – nie mając absolutnie takiego planu – opaliła się na Indianina. Żeby było śmieszniej, spotkały sąsiadów mieszkających na pierwszym piętrze, nad nimi, Stenię i Ziutka z dwoma synkami. Dzieci grały w piłkę z Ziutkiem, obie mamy pytlowały zawzięcie, jakby się nie widziały od lat a nie od poprzedniego wieczora.

Drogę powrotną Aldona chciała nieco urozmaicić. Postanowiła lasem dojechać do Puławskiej i wrócić do domu od strony Wyścigów. Dla wytrawnych rowerzystek nie jest to wcale trudna trasa. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie zachciało jej się wyjechać z lasu i skręcić na skróty. W rezultacie wylądowały w Piasecznie przy Polkolorze. Nie da się ukryć, że droga z Piaseczna na Ursynów trochę dała im się we znaki.

Z  drżącymi nogami weszła Aldona do mieszkania. Dziewczynki o wiele lepiej zniosły niespodziewane przedłużenie i utrudnienie wycieczki, ona zaś padła na fotel.

– Róbcie co chcecie, ja się stąd  nie ruszam przynajmniej przez pół godziny – oświadczyła.

Niedługo potem rozległ się dzwonek domofonu i … ruszyła się jakby jeszcze nigdy w życiu nie czuła zmęczenia, jakby w ogóle nie wiedziała co to znaczy, bo usłyszała wołanie dziewczynek.

– Mamusiu, wujek Sergiusz przyjechał!

Czekała na niego cała w rumieńcach, z mocno bijącym sercem, szczęśliwa, lekka jakby jej nagle wyrosły skrzydła u ramion. Podała mu drżącą dłoń, którą ucałował i nie wypuszczał ze swojej.

– Wujku, a gdzie jest Monika?

– Dlaczego nie przywiozłeś ze sobą Biedronki? –  pytały dziewczynki.

– Bo babcia i prababcia chciały ją jeszcze mieć u siebie, żeby się nacieszyć. Niedługo się zobaczycie, ponieważ pojedziemy razem do Tenczynka, do domku wujka Juranda.

– Hurra! – wrzasnęła Inka.

– Przecież mamusia już nam o tym mówiła – spojrzała Linka na siostrę. – Nie myśl wujku, że ja się nie cieszę, ja tylko zwracam uwagę na moją siostrę… A cieszę się strasznie, okropnie!

Obie rzuciły się wujkowi na szyję a potem odtańczyły taniec radości wokół pokoju wydając przy tym dzikie okrzyki.

– I to mają być dziewczynki – jęknęła Aldona wciągnięta przez córki do pokoju i siłą zmuszona do pląsów przypominających taniec świętego Wita. – One się zachowują gorzej niż dziesięciu chłopaków.

– Wcale nieprawda – wołała Inka między jednym skokiem a drugim. – Oni się nawet nie potrafią porządnie bawić.

– Mówią o UFO albo o innych kosmitach, tego się nie da słuchać.

– Albo o karate i kung-fu.

– I ciągle się tłuką i gonią.

Sergiusz śmiał się z Aldony bezskutecznie próbującej uwolnić się z rączek ukochanych pociech.

– Śmiejesz się ze mnie? O nie, co to, to nie! Stokrotki, brać go! Szybko!

Rozbawione dziewczynki rzuciły się na jedynego mężczyznę w damskim towarzystwie i chociaż się opierał, wciągnęły go do pokoju przy pomocy matki.

– Skoro na mnie napadłaś, musisz za karę ze mną zatańczyć – powiedział.

Porwał matkę w ramiona a córki włączyły magnetofon i we dwójkę zatańczyły lambadę  zaśmiewając się z Sergiusza, który próbował je naśladować.

Bibi była zdegustowana takim zachowaniem. W pewnym momencie głośno fuknęła, miauknęła, zeskoczyła z parapetu na którym do tej pory się wygrzewała i pomaszerowała do ogródka ze sztywno wyprostowanym ogonem.

– Wystraszyłeś mi kota – Aldona usiłowała przekrzyczeć muzykę i piski Stokrotek.

– A skąd, nie ja! Tylko te dzikuski.

– „ Myśmy z plemienia Nocna Koszula” – śpiewały dzikuski przewracając oczami i robiąc „wojenne” miny.

Aldona padła na fotel.

– Idźcie sobie włączyć jakiś film, na półce są dwie nowe kasety z komediami. Ja muszę odsapnąć.

Sergiusz usiadł obok. Opowiadał gdzie był, co załatwił, co widział i kogo spotkał. Potem obejrzał kuchnię i Aldona nie posiadała się z radości na widok podziwu malującego się na jego twarzy. Oczywiście od razu poprawił półeczkę, która jego zdaniem troszkę krzywo wisiała, wyrównał firankę, postawił taborecik równolegle do ściany, bo tworzył z nią kąt ostry. Wymierzył przedpokój, obliczył ile trzeba będzie zużyć drewna na obicie szaf i ścian. Sporo miał w piwnicy, trochę obiecał Bronek, któremu zostały po remoncie mieszkania listwy boazeryjne. Po kolacji, późnym wieczorem pożegnał się i pojechał do siebie. Dopiero wtedy przypomniało się Aldonie, że miała dzwonić do Teresy. Na szczęście Marcin był w domu, mogła więc skorzystać z telefonu nie szukając po całym osiedlu czynnego automatu.

– Dopiero wróciliśmy, dosłownie w tym momencie weszłam do domu – mówiła Teresa. – Wyobraź sobie, że złapaliśmy gumę i dlatego tak długo nas nie było. W Cięciwie wszystko przygotowane na przyjazd Stokrotek. Będą spały w moim pokoiku. Możesz je zawieźć w każdej chwili.

– Może we wtorek? Jutro zrobiłabym porządne zakupy. Nie pojadą przecież z pustymi rękami. Zresztą, Tereniu, ja naprawdę nie wiem jak ci się za wszystko odwdzięczę.

– Aż mnie ręka świerzbi, żeby ci dać w ten durny, ryży łeb! Masz szczęście, że cię nie dosięgnę.

– Że durny, to się mogę ewentualnie, po pewnej dyskusji, zgodzić. Ale dlaczego ryży? – uśmiechnęła się Aldona do słuchawki.

– Żeby było trudniej zgadnąć, że o ciebie chodzi. A kupować niczego nie musisz, teraz już można wszystko można dostać w Pustelniku albo w drodze przez Dębe. Już jest inaczej niż w zeszłym roku. Zresztą wpadnij jutro do mnie, pogadamy. Albo ja do ciebie wpadnę, zobaczymy jeszcze.

– Wpadnij, wpadnij. Sergiusz powiedział, że jutro zacznie robić przedpokój.

– W takim razie na pewno przyjdę. I…Doniczko,  ogromnie się cieszę.

– Ja na pewno bardziej. To do jutra, cześć.

– Jeśli potrzebujesz pomocnika, to śmiało stukaj po mnie – zaoferował się Marcin, który intensywnie szukał czegoś w kuchennych szafkach. – Nie masz przypadkiem za dużo chleba ? -wreszcie zapytał żałosnym głosem.

– Powinnam zwyczajnie dać ci w łeb, jak mnie przed chwilą chciała dać Teresa – odpowiedziała Aldona. – Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej?

– Bo myślałem, że mam jeszcze paczkę makaronu, ale mi się tylko zdawało.

– Chodź do mnie, mam przecież całą furę jedzenia bo dzieci wróciły do domu. A jeżeli jeszcze raz nie powiesz, że czegoś potrzebujesz, to cię kotem poszczuję. Pamiętaj!

Wśród mieszkańców „najbardziej zintegrowanej klatki schodowej na Ursynowie”, których Aldona znała a do których grona teraz sama należała, nie było sytuacji, żeby ktoś komuś nie pomógł. Żyli jak w rodzinie. Świętowali razem imieniny, urodziny, Nowy Rok, różne rocznice, miedzy innymi dziesiątą rocznicę zamieszkania w bloku. Dzieci bawiły się wspólnie, dzięki czemu nie włóczyły się w poszukiwaniu towarzystwa, miały własne.

W bloku, w którym Aldona do tej pory wynajmowała mieszkanie, ludzie omijali się z daleka patrząc na siebie wilkiem. Sąsiedzkie stosunki ograniczały się do „dzień dobry” i jeszcze czasem ”ładna pogoda” – a to był już duży stopień zażyłości. Tutaj był inny świat. Tutaj sąsiedzi byli bliskimi sobie ludźmi, dzielili się radością i troską, szczęściem i tragedią, pomagali sobie w każdej sytuacji, życzliwi i serdeczni.

4.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 31 komentarzy

Bo historia lubi się powtarzać

Jakkolwiek człowiek chciałby się ochronić – nie da się. Polityka wciska się wszędzie, wchodzi i skrzeczy. Nie tylko głosem z drabinki (nawiasem mówiąc wyjątkowo niemedialny ten głos). Cała rzeczywistość skrzeczy i zgrzyta, taki zgrzyt żelaza po szkle… Brr… Na przykład tacy policjanci, młodzi przeważnie jak nie wiekiem to stażem, (bo inni musieli odejść) wynoszący pana Frasyniuka, albo ciągnący ludzi pod Wawelem ( i dlaczego pod Wawelem, skoro to miejsce być powinno tylko dla ludzi wielkich zarezerwowane), no więc czy oni zdają sobie sprawę, że zostaną pozbawieni emerytur za wykonywanie wszystkiego co mają w zakresie obowiązków na zajmowanym stanowisku? Dlaczego? Bo historia lubi się powtarzać.
Włos się jeży na głowie po uświadomieniu sobie faktów, które na co dzień staramy się od siebie odsuwać, by móc spokojnie żyć, w miarę przynajmniej, jeśli kto może. Pierwszy fakt to nasilający się szowinizm narodowy nie mający nic wspólnego z patriotyzmem, wręcz przeciwnie. Drugi to głoszenie programu społecznego skierowanego do biednych, wykluczonych, odrzuconych (przynajmniej w początkowej fazie). Trzeci
zaś to wodzowska organizacja całej struktury czy też partii rządzącej czy dążącej do władzy całkowitej, taki cesarz cesarzy, król królów, boss wszystkich bossów, prezes wszystkich prezesów itd. No i czyż może nie kojarzyć się z konkretnymi historycznymi wydarzeniami? Do tego włączył mi się obraz z Dnia Dziecka w Sejmie – młodziutki, śliczny jasnowłosy chłopczyk – chyba o braku dostępu do broni mówił m. in., nie pamiętam dokładnie, który cherubinek miał jaki tekst, pamiętam za to, że nienawiść lała się strumieniem z usteczek… Jakby brunatna fala zaczynała porywać ze sobą… Dlaczego? Bo historia lubi się powtarzać.
W TV co chwilę reklama środków na potencję dla mężczyzn. A dla kobiet? Zakaz tabletki „dzień po”. Zakazane już są inne środki ratunku przed skutkami zaistniałymi z powodu niewyżytych facetów dowartościowujących się niebieskimi tabletkami. Do kupienia bez recepty, bez konsekwencji, bo konsekwencje ponoszą kobiety. Tadeusz Żeleński- Boy o piekle kobiet pisał dawno, dawno temu a znów jest aktualne jego pisanie. Bo historia lubi się powtarzać.
Boże, Ty widzisz i nie grzmisz! Ileż jeszcze głupoty bezdennej ześlesz na ten naród? Słucham? Dopóki nie zmądrzeje? Ale jak ma zmądrzeć skoro mu rozum odebrałeś? Że co? Że tylko części? Tak, owszem, mówi się, że jak chcesz ukarać to rozum odbierasz. Ale przecież jest na odwrót! Karzesz tych, którym chociaż resztka rozumu została, wszakże tamci nie wiedzą, że są bezrozumni i zło czynią, bo rozumu im brak! Co tam rozum, zwykłej przyzwoitości im brak i empatii do drugiej żywej istoty. To jakby przedstawiciele ciemnej strony byli… Wiem, to są Obcy! Podobno odwiedzali Ziemię wielokrotnie… Może i tym razem? Bo historia lubi się powtarzać.

12.06.2017

  • Gość: [raf] *.dynamic.chello.pl Blog wyraźnie ewoluuje, tak trzymać
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Chwilami trudno trzymać nerwy na wodzy. Ale poza tym… życie jest piękne bez względu na wszystko. I krótkie, pamiętajmy o tym. Dzięki, że wpadłeś:)
  • Gość: [Lg] *.dynamic.gprs.plus.pl Dobrze poczytać,jak myśli bratnia dusza.
  • annazadroza Dzięki:) Tak myślę sobie, że dużo jest myślących podobnie. Lżej oddychać:)

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Poniedziałek

Przemknął weekend. Jak zwykle zbyt szybko. Naprawdę chciałam przemyć okna od zewnątrz, bo mnie denerwują jak słońce przyświeci, ale się nie dało. Zimno okrutnie było. Teraz też jest zimno. Mówiłyśmy niedawno o wiośnie, a tutaj aura spłatała figla i wróciła mroźna zima. Psom marzną łapki, więc tylko
wyskakujemy szybko na łąkę i biegiem do domu.
W związku z tym, że spacer krótki, w sobotę ogarnęłam jedno pomieszczenie w domu i przy okazji wpadłam na pomysł wykorzystania tego, co się normalnie wyrzuca. Otóż małe woreczki foliowe, takie w które się w sklepie pakuje np pieczywo, słodycze na wagę czy włoszczyznę – powtykałam w pudełka po chusteczkach higienicznych. Dzięki temu nie wypadają z szufladki przy każdym jej wysunięciu, tylko sobie grzecznie stoją czekając na użycie. Drugi pomysł to pocięcie zużytych podkolanówek (ale nie podartych u góry). Ponieważ wciąż mi brakuje gumek recepturek, a w domu są często potrzebne, świetnie je zastąpią. Ściągacze zaś mogą udawać frotki do włosów i dobrze im to wychodzi:) Aha, mam do pocięcia na dawno zaczęty chodniczek koszulę Dużego i dwie moje bluzki, mam też obrus przyjaciółki M. pocięty przez nią samą osobiście.
Dziś babcia D. ma wizytę u neurologa. Nie wiem jak się rozwinie sytuacja, bo wczoraj oświadczyła, że nigdzie nie pojedzie. Obraziła się tym razem za to, że Mąż namawiał ją na spacer, bo było piękne słońce i chcieliśmy ją choć na chwilę zabrać na powietrze. Najpierw było: nie chce mi się. Potem, że ją bolą nogi, a potem furia, że się dopytuje czemu ona nie chce pójść i obraza na cały świat. Takie to z nią życie urozmaicone i nie wiadomo, co się za chwilę zdarzy.

26.02.2018

  • urszula97 Nie sama myslisz o oknach,godz.13 a u nas -8, chcemy jeden pokój pomalować i chyba będzie tylko okno od zewnątrz umyte bo przy takich mrozach bez szans.A babcia,nic nie poradzisz,mąż jest po peknietym tętniaku w mózgu i od czasu do czasu tez ma zawirowania,ech,ciężko momentami.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Mnie też tak umykają tygodnie, czyżby za mało się działo ? W moim
    przypadku chyba to główny powód. Czekam więc wiosny, może
    w słońcu więcej zobaczę ? Piszę tak enigmatycznie Aniu, bo takie
    coś ostatnio życie mam.
    A co do konkretów, to stare tshirty są dla mnie na wagę złota – wycieram
    nimi pędzle z farby 🙂 I nie zostawiają na nich włókien.
    ściskam mooocno, buziaki
  • nie-okrzesana Może ten mróz przystopuje nieco grypę.
  • veanka Dobrze, ze ten mróz przyszedł pod koniec lutego a na przykład na początku stycznia.
    Bo w marcu (przynajmniej w jego drugiej połowie) już jakichś większych, trzaskających mrozów raczej nie będzie.
    Więc trochę cierpliwości, chociaż o tę cierpliwość jakoś u mnie obecnie trudno…
    Mamy zaprzyjaźnionego 91 letniego sąsiada, fizycznie trzyma się doskonale, za to psychicznie … cóż, wiek robi swoje.
    Ślubny w wielkim trudem wystał mu numerek do lekarza, sąsiad na wizytę poszedł, ale z niej nie skorzystał, bo … było trochę ludzi i trzeba było z pól godziny poczekać.
    To najświeższy kwiatek z wielkiej kolekcji jego zachowań.
    Ręce opadają, ale cóż, każdy wiek ma swoje prawa…
  • annazadroza Uszulo:-) Udało się i babcia D. pojechała do lekarki. Uff.
    Co do okien, nie ma rady, trzeba czekać do wiosny. A malować teraz chcesz? Można przy takiej temperaturze? Myślałam, że trzeba cały czas wietrzyć dopóki farba nie wyschnie. No i mąż nie powinien się przemęczać po takiej chorobie. Popatrz, że zawsze człowiek ma pod górkę, jak się jedno poprawi, to się drugie popsuje. A kobieta wszystko wytrzyma. Pozdrowienia :)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Jakie pędzle? Malujesz ścianę czy obrazy?
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) I kleszcze. Muszę nowe obroże sprawić, na cały sezon psy zabezpieczyć.
    Grypa na razie nas ominęła, infekcję Mąż pokonał, więc chwilowo jest OK.
  • annazadroza Veanko:-) Chciałoby się starszemu człowiekowi pomóc, a on na to nie pozwala. Najczęściej już nie rozumie, np., że zdobycie numerka to nie jest łatwa sprawa, że trzeba poświęcić swój czas i nieraz siły. Tak jak babcia D. nie rozumie, że jak nie będzie jeść, to za chwilę nie będzie wiedziała jak się nazywa – tłumaczyła jej lekarka, ona głową kiwała i tyle.
    W marcu już dłuższy dzień, kiedyś na Dzień Kobiet zakładało się pantofle, pierwszy raz po zimie. Może za tydzień już mróz odpuści – czego Tobie i sobie życzę:))) I jeszcze tej cierpliwości więcej:)
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl To drugie 🙂
    Co do kleszczy…to naprawdę nie ma w tym przesady potrafi ten maleńki
    pajęczak zabrać człowiekowi zdrowie a potem i życie…mówię to
    z własnego doświadczenia
    uściski :))
  • kotimyszkot Ponoć trochę ma odpuścić, już od następnego poniedziałku 🙂
    A słowa, że na starość się dziecinnieje, faktycznie czasem stają się prawdziwe. Role się odwracają i to dziadków trzeba, jak dzieci pilnować. Powodzenia i duużo cierpliwości 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) To Ty artystka jesteś!!! No i rozwiązana zagadka Twojej wrażliwości:))) Tak to już jest z artystami… Buziaki najserdeczniejsze!!!
    Co do kleszcza – to franca cholerna jest. Czyżbyś z nim zawarła bliższy kontakt? Strasznie trudno się po tym „spotkaniu” pozbierać.
  • annazadroza Myszokocie:-) Mówili w telewizorze, że już weekend ma być cieplejszy.
    Starsze osoby są sto razy gorsze do upilnowania niż dzieci, no i silniejsze. Nie odciągniesz od czegoś, na ręce też nie weźmiesz, nie wytłumaczysz, bo taki człowiek uważa, że wie lepiej albo do niego już nie dociera co mówisz itd. Właściwie się powinno modlitwę odmawiać z prośbą o sprawność fizyczną i umysłową do ostatniej chwili… I jeszcze o trafienie od razu na miejsce przeznaczenia bez konieczności błądzenia po labiryntach zaświatów.. O matko, na jaki temat zeszłam.
    A kysz! Dziś był piękny, słoneczny dzień, choć bardzo mroźny. Pozdrawiam serdecznie:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu dwanaście lat temu mnie ugryzł a od trzech lat jestem kompletnie
    niepozbierana i prawie nie chodzę. Tak mi życie zwłatwił no i złe
    leczenie…lekarze nie potrafią tego leczyć zbyt jeszcze mało wiedzą.
  • annazadroza Kasiu:-) Strasznie to przykre, że takie małe „coś” może człowiekowi całe życie zniszczyć. Różnych lekarzy pytałaś o radę? Może jeszcze alternatywne metody leczenia wykorzystać? Pamiętam, że gdzieś czytałam o niekonwencjonalnych sposobach zwalczania pokleszczowych „pozostałości”, tylko nie pamiętam gdzie. Zwrócę teraz na to uwagę.
    Uściski serdeczne Kasieńko:)))
  • kasiapur Aniu przeszłam wszelkiego rodzaju leczenie; medycyny akademickiej
    i niekonwencjonalnej. Ale pewne zniszczenia mogą być nieodwracalne.
    Mogą ale nie muszą… dlatego mam rehabilitację, ale praktycznie
    uczę się chodzić, sił mi często brakuje – wszelkich.
    pozdrawiam Cię serdecznie Anula 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Przykre to strasznie. Ale dobrze, że się nie poddajesz. Walcz ze słabością, kochana, walcz, bo nieoczekiwanie dobre rezultaty czasem się pojawiają i życzę Ci, żeby tak się stało w Twoim przypadku.
    A wiesz, nigdy nie wiadomo co człowieka czeka za zakrętem, nawet najzdrowszy może nie wrócić do domu, bo spotka na drodze np. pijanego idiotę czy naćpanego kretyna, albo sfrustrowanego rasistę, ksenofoba lub innego psychopatę.
    Trzymaj się Kasieńko, a ja trzymam za Ciebie kciuki.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 22a

U Kasi zadzwonił telefon. .

– Położysz mi farbę? – usłyszała głos Elki.

– To przychodź szybko, mam jeszcze na dziś masę roboty – odpowiedziała Kasia wstawiając od razu czajnik z wodą na gaz.

Po chwili zjawiła się Elżbieta z farbą do włosów i lodami.

– Byłam w sklepie i pomyślałam, że jest sobota i coś od świata nam się należy. Po lodach  będziemy mieć  słodsze życie.

– Aha, a potem w żadne spodnie się nie zmieszczę.

– Przecież Adelka mówiła, że lody odchudzają.

– Tak, na pewno – spojrzała na Elkę jak na wariatkę.

– Nie patrz tak na mnie – Ela wzruszyła ramionami. – Nie pamiętasz? Mówiła, że organizm musi włożyć dużo wysiłku w ogrzanie zimnych kalorii, w związku z tym się nie tyje. A mnie się taka teoria podoba.

– No dobrze, zgodnie z teorią zimnych kalorii będę się obżerać lodami, a potem kto mi kupi nowe ciuchy? Sama nie kupię, nie mam za co. Wiesz, że ledwo starczy na opłaty i bilet miesięczny.

– Wiem przecież dobrze, mam tak samo. Często jak zapłacę pozostałe rachunki to nie mam na czynsz.

– Dokładnie. Całe życie tak kombinuję. Zapłacę za jedno, potem resztę tu dopłacę, tu nie dopłacę i tak w kółko. Łukasz się wczoraj pytał jak ja sobie zawsze dawałam radę. Teraz jako gospodarz sam liczy na wszystkie strony i ciągle mu mało. Wreszcie docenił moje zdolności. Przecież nie wie, że nieraz byłam głodna, bo nie mogłam już patrzeć na chleb z margaryną i wolałam nie zjeść. Dla nich zawsze było masło i coś jeszcze. Nikomu się nie przyznawałam, że jest aż tak źle dopóki nie wyszłam z dołka. Teraz mogę o tym mówić spokojnie.

– Czemu ojcu nie powiedziałaś, nie poprosiłaś o pomoc?

– Bo by mi przez gardło nie przeszło. Nie potrafię prosić dla siebie, a dla dzieci miałam. To sprzedałam sweter zrobiony na drutach, to w pracy wpadło jakieś wyrównanie albo premia i do przodu. A teraz będę miała wnuczkę i to jest najważniejsze na świecie.

– Powiedz,  czy twój tata cieszy się, że będzie pradziadkiem?

– Zawsze lubił dzieci więc się cieszy, że rodzina się powiększa. Ale tylko w momencie kiedy o tym mówię. Jak skończę to już nie pamięta… Nie ruszaj się, bo ci farby do ucha naładuję…

– A tam, w ośrodku, jak się zachowuje? Wie gdzie jest?

– Nie, nie wie. Głównie myśli, że w pracy albo na kursie, albo na ćwiczeniach. Oczywiście za każdym razem chce wracać do domu, ale kiedy go przywozimy to wcale nie poznaje, że to jego mieszkanie. Nie wie gdzie jest. Myśli, że u ciotki albo w hotelu.

– Wiesz co Kasiula? Myślę, że tak jest dobrze. Ma opiekę i żyje, żyje taką pełnią życia na jaką pozwala konkretne stadium choroby w którym się znajduje.

– Rozumiem co masz na myśli – Kasia skinęła potakująco głową. – Wiesz jak bardzo przeżywałam zawiezienie taty do ośrodka. Miałam wyrzuty sumienia, zresztą wciąż je mam. Tłumaczyłam sobie, że to tylko na miesiąc, dopóki Tosia jest na urlopie, bo nie ma innej możliwości zapewnienia mu stałej opieki, potem go zabierzemy z powrotem po wakacjach. Wakacje miał w naprawdę ładnym miejscu. A teraz, tak jak powiedziałaś, żyje. Owszem, złości się, chce jechać do siebie, obraża się na mnie. Jednocześnie jednak prowadzi odprawy i wygłasza wykłady dla pozostałych chorych, którzy i tak go nie słuchają i niczego nie rozumieją, ale on o tym nie wie. Z szefem ośrodka rozmawia na tematy polityczne i zawodowe, raz go bierze za kolegę z kursu raz za swego przyjaciela.

– I tak jest dobrze, nie becz.

– Elu, kiedy po miesiącu pobytu przywieźliśmy go do domu, wcale nie wiedział gdzie jest. Od razu szukaliśmy z Markiem kluczy, które gdzieś schował. Przez dwa dni i dwie noce nie spał, chodził, pełnił dyżury, robił notatki przygotowując się do wykładów. Nie położył się nawet na chwilę, nogi mu popuchły w kostkach do tego stopnia, że skóra popękała…

– Biedny – wtrąciła Ela.

– Tak, bardzo. Ale kiedy mi powiedział, że miał przy sobie kordzik do obrony, ponieważ bał się, że ktoś chce mu wydrzeć tajemnicę państwową i porwać go w tym celu, to zrobiło mi się słabo. Przecież mógł zranić Tosię myśląc, że to porywacz!

– O Boże – jęknęła Elka.

– Potem któregoś dnia zadzwoniłam, a tata stwierdził, że Tosia jest jakaś sztywna. Nie odbierała komórki i pomyślałam, że ją zamordował.

– Sama bym trupem padła z przerażenia – zimny dreszcz przeszył Elżbietę.

– Telefon się popsuł, słychać tylko było: „linia abonencka uszkodzona” i już w ogóle wpadłam w panikę. Wreszcie Tosia odebrała komórkę i powiedziała, że jej szczęka zesztywniała od odpowiadania na pytania: skąd się tu wziął, czyje to mieszkanie, skąd tu przyjechał, gdzie był itp., itd. Nie uwierzył w żadną odpowiedź i powiedział, żeby z niego nie robiła wariata. A w nocy uciekł jej w piżamie z mieszkania, szukając łazienki.

– Tego po prostu nie można wytrzymać na dłuższą metę.

– Właśnie. Okropnie się przestraszyłam i doszłam do wniosku, że zaczyna być po prostu niebezpieczny dla otoczenia, bo wciąż ma siłę niedźwiedzia.

– No tak, nie wiadomo kogo widzi w danym momencie, co mu się zwiduje, w jakiej sytuacji uczestniczy i jaka będzie jego reakcja.

– Zobacz jaka życiowa paranoja. Człowiek się uczy przez dziesiątki lat, zdobywa wiedzę, jest specjalistą w swojej dziedzinie na skalę europejską i nagle to wszystko okazuje się być niewarte funta kłaków, znika, nie ma znaczenia, jest nieważne, bo tego po prostu już nie ma!

– Co w takim razie jest ważne?

– Wydawało mi się, że już to przegryzłam w sobie, przetrawiłam, pogodziłam się. Figa. Zdałam sobie sprawę, że takie samo niebezpieczeństwo wisi nade mną i nad Markiem. Myślę, że muszę absolutnie wszystko uporządkować w swoim życiu mając pełną świadomość, dać dzieciom wskazówki na przyszłość i żyć na bieżąco póki jest mi to przeznaczone.

– To brzmi jak testament – wzdrygnęła się Elka. – A co Mikołaj na to?

– Nie wiem.

Mikołaj w odpowiedzi na rozterki Kasi miał przygotowaną niespodziankę. Zaproponował kilkudniowy wypad do Szczawnicy, żeby mogła nieco odpocząć od wszystkiego: pracy, ojca i innych zobowiązań.

W Szczawnicy byli już kilkakrotnie. Zwiedzili też Wisłę, Szczyrk, Rabkę i Szklarską Porębę podczas kolejnych tygodniowych wypadów, bo na dłużej trudno było się wyrwać codziennemu życiu. Wszędzie było pięknie, miło i sympatycznie, lecz to Szczawnica stała się obiektem Kasinej miłości od pierwszego wejrzenia. I już nigdzie więcej nie chciało jej się jechać, nigdzie nie czuła się tak dobrze i nigdzie nie relaksowała się tak jak w tym cudnym pienińskim miasteczku.

Podczas kolejnego pobytu zamieszkali nie w pensjonacie lecz w wynajętym na ten czas  małym mieszkanku na poddaszu. Zachwycili się tym sposobem odpoczynku, doszli oboje do wniosku, że cudownie byłoby mieć tutaj stałe lokum, własne, osobiste, niezależne od nikogo i niczego. Rozwiesili ogłoszenia o chęci kupna, przejrzeli oferty biura nieruchomości, trafili też do spółdzielni mieszkaniowej i tam się dowiedzieli, że realizowana jest nadbudówka w bloku na Osiedlu. Z tą informacją wrócili do Warszawy. Po tygodniu Kasia nie wytrzymała. Tak bardzo tęskniła za Szczawnicą, że zadzwoniła do spółdzielni i poprosiła o zarezerwowanie środkowego mieszkania. Składać się miało z małego pokoiku, który od razu przeznaczyła na sypialnię, dużego z aneksem kuchennym i wyjściem na balkon z przepięknym widokiem, oraz maleńką łazienką. Dopiero potem zawiadomiła Mikołaja, że koniecznie natychmiast trzeba faksem wysłać prośbę o rezerwację. Zrobił to najszybciej jak się dało. W pierwszym możliwym terminie wzięła dwa dni urlopu i pojechali załatwiać formalności, wcześniej uzyskując kredyt na zakup mieszkania. Z pracownikiem spółdzielni poszli obejrzeć trzy wolne lokale, żeby wybrać optymalny dla siebie wariant. Kasi najbardziej podobało się dwupokojowe, z prawdziwą kuchnią, o metrażu tożsamym z wielkością jej mieszkania na Ursynowie. Niestety, okazało się być poza zasięgiem ze względów finansowych. Trzecie było bardzo maleńkie: jeden pokój z łazienką. Mikołaj chciał właśnie to, lecz Kasia wyraziła zdecydowany sprzeciw, przekonała ukochanego, że jest zbyt małe i w końcu zdecydowali się na środkowe, które Kasia wybrała na wstępie. Stali się posiadaczami mieszkania na Osiedlu XX-lecia i Kasia poczuła się absolutnie szczęśliwa z tego powodu. Mikołajowi też gęba się uśmiechała na samą myśl o cudnym miasteczku, które stało się dla nich odskocznią od wszystkich życiowych problemów.

23.02.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Też mam takie miejsce, ale na razie tylko w marzeniach i raczej już
    tak pozostanie. Jakoś tak się porobiło, że świat marzeń jest bardzo
    obszerny a rzeczywistość ciasna…
    Wszystkiego dobrego Aniu -uściski :)))
  • kobietawbarwachjesieni Aniu!
    Jak zwykle nie mogłam się oderwać, aż skończyłam czytać. Czekam na następne opowiadanie. Buziaki.
  • annazadroza Kasiu:-) Świat się zmienia i życie wokół nas też niezależnie od naszej woli, niestety. Jeśli ktoś potrafi marzyć i ma wyobraźnię, która mu pozwala przenieść się w ten świat marzeń – to jest bogaczem. Buziaki:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Dziękuję, kochana:) Jutro następny odcinek, zapraszam i mooocno Cię przytulam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz