Tak minął piątek

Zapisywałam w piątek 16.III.2018, aby złapać uciekający czas.
Nie spałam od 4-ej bijąc się z różnymi myślami, wreszcie mnie pokonały i wstałam po 5-ej. „Ogarnęłam się” – jak to teraz mówią, Skitula wypuściłam do ogródka, kiedy wrócił -Szilkę ubrałam w szelki (oj, trochę już przyciasne) i wyszłyśmy. Wróciłyśmy o 7-ej. Przysmaki dla psów, kawa dla mnie i włączyłam
Lapcia. Poczta, wiadomości, komentarze, krótka notatka na kartce do wpisu ewentualnie przydatna, wreszcie puszczony na blogu rozdział 28. Wieczorem go wklepałam jako „roboczy”, więc szybko. To znaczy byłoby szybko, gdyby Lapcio szybciej działał, ale on już staruszek i wlecze się niemiłosiernie, kręci i kręci i
kręci i wreszcie ja kręćka dostaję ze złości. No, ale dobrze, skończyłam, już godz. 8.30, czas na śniadanie. Zrobiłam sałatkę na szybko: jajka (3 sztuki) miałam na twardo, otworzyłam puszkę tuńczyka, pokroiłam czerwoną cebulę, ogórki konserwowe, do tego puszka groszku, sól, pieprz, czosnek, trochę majonezu i
gotowe. Babcia D. ” dziś nie spała całą noc” więc nie zejdzie, łaskawie leki połknęła. Zjedliśmy z Mężem sami, usiadłam jeszcze do Lapcia myśląc w międzyczasie co im zrobić na obiad. Już 11-ta, więc odeszłam od klawiatury.
Po zakupy się udałam uświadomiwszy sobie, że w sobotę będą się działy dantejskie sceny (już raz przeżyłam przed świętami zapomniawszy wcześniej kupić jakiś drobiazg), ponieważ w niedzielę sklep nieczynny będzie z powodów wiadomych. Wróciłam ok. 12-ej i zabrałam się za obiad. Najdłużej mi zeszło z krojeniem produktów na surówkę, postanowiłam bowiem wykorzystać wszystkie resztki – sałatę rzymską, pół kapusty pekińskiej, czerwoną cebulę, kawałek pora, ogórki, marchewkę i szczątki cykorii – żeby się nic nie zmarnowało. Wymienione warzywa skropiłam olejem z pestek winogron (ponoć ma dobry wpływ na oczy), octem jabłkowym oraz posypałam solą, pieprzem i czosnkiem granulowanym, bo mi się nie chciało obierać i gnieść świeżego. Zresztą babcia D. czosnku nie lubi, więc by nie jadła. Aha, kiedy byłam w sklepie, zeszła na śniadanie i zjadła nawet trochę tuńczykowej sałatki:)
Do 15-ej zeszło mi przygotowanie pozostałych „elementów” obiadowych oraz zaserwowanie posiłku domownikom. Oczywiście nie odbyło się bez sensacji. Babcia D. przyszła do stołu, ale po chwili zaprezentowała trzęsionkę i stwierdziwszy swoje stałe: „coś się ze mną dzieje” uciekła do pokoju. Nie
reagowała na żadne argumenty, jedynie groźba wezwania lekarza do domu poskutkowała i po pewnym czasie przyszła. Rozpuściłam jej magnez do picia i dostała oxazepam. Pomogło, zjadła obiad.
Potem -krótkie wyjście z psami. Wiatr lodowaty, śnieg i ogólnie – paskudnie się zrobiło, nie ma mowy, żeby dłużej wytrzymać na zewnątrz. Spojrzałam na zegarek – godz. !6.30. Duży przysłał mi śliczne zdjęcie Calineczki. Oczka ma na pół buzi, takie duże:)
Godz. 19.20 – udało mi się przez 3 godziny popracować nad trzecią częścią, hurrra!
Teraz kolacja, leki, z psami Mąż wyszedł na krótko, bo śniegu dużo nasypało. A ja się oddałam przyjemności, bo w piątkowy wieczór „Taniec z Gwiazdami” mnie czeka i nie odpuszczę.
Nie odpuściłam, chociaż głowa mi co chwilę leciała w dół – wytrzymałam. Odpłynęłam natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Więcej nie dałam rady niczego zdziałać. Tak minął piątek.

17.03.2018

  • aga-joz To teraz miłej soboty! U nas bez śniegu, za to piękne słońce i -9. Gdzie ta wiosna? TzG nie obejrzałam, był seans filmowy z moimi chłopakami. Dziś będę miała taniec na żywo
  • annazadroza Ago:-) Własne dziecko w tańcu to widok najpiękniejszy:) Woziłam moich chłopaków na kurs tańca na siłę:) Ale – przynajmniej w dorosłym życiu w razie potrzeby sobie poradzą:)))
  • urszula97 Tak mija piątek,sobota powoli i szybka mija każdy dzien,nie wiem ,może czas przyspieszył?
    Piszesz o swojej Calineczce,ja nie wiem powoli jak karmić malenstwa,myslę że są jakieś mody,moja siostra ma 5 wnuków a jedna z jej córek ma wcześniaki róznicą 6 lat,i zmiana w jedzonku.Chociaż mój 9 letni wnuk był pod opieką lekarki która zajmowała się też moimi dziećmi (pamiętała że mam działkę),stwierdziła że moje przetwory i soki z odrobiną cukru zdrowsze od słoików,toteż robiłam małe przeciery na bazie jabłek z innymi owocami a zamrażarka była pełna warzyw dla małego na zupki.Jest mróz i snieg u nas,ma jeszcze ma dociść mrozem.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl I mnie się podoba ten ,,dziennik piątkowy,,. Taki zapis pokazuje jak
    biegnie czas na pozornie błachych sprawach, bez których życie rodziny
    NIE ISTNIEJE.
    wszystkiego dobrego Aniu !!!
  • babciabezmohera Czas wlecze się tylko wtedy, gdy na coś bardzo czekamy; normalnie śmiga, że trudno dogonić uciekające minuty! ;))
  • kobietawbarwachjesieni Czas teraz już nie biegnie, a pędzi.
  • annazadroza Urszulo:-) Zmienia się sposób karmienia maluszków, co chwilę jakieś nowe wynalazki są wprowadzane, potem się okazuje, że wcale nie są aż takie dobre i w rezultacie nie różnią się od poprzednich metod. Kiedyś na godziny kazali karmić, nie brać na ręce, nie nosić. Jakby tak według podręcznika ściśle chować, to nie wiem co by wyrosło. Jakieś znerwicowane roboty, czy co? A przecież każde maleństwo potrzebuje miłości, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.
    Na 100% Twoje przetwory własnoręcznie zrobione z produktów z działki są lepsze i zdrowsze niż ze sklepu. I na pewno smaczniejsze zupki z własnych zamrożonych warzyw niż z niewiadomego pochodzenia sklepowych. A dzieciaczki zdrowo po nich rosną. Pozdrawiam serdecznie jak babcia babcię:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Zapis obejmuje najgłówniejsze czynności, do tego dołożyć by można takie drobniejsze, ale czas zabierające np. zamiatanie ( nie odkurzanie) domu po naniesieniu piasku przez pieski, ścielenie łóżek, zebranie prania z suszarki itd. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy ile takie drobiazgi pochłaniają minut przechodzących w godziny.
    Tobie też miłego i najlepszego Kasiu:)))
  • annazadroza BBM:-) Najdłużej się ciągnął rok szkolny w oczekiwaniu na wakacje, albo okres bezpośrednio przed urlopem, na który nie można było się doczekać. Ale i wakacje i urlop przelatywały niczym „perszing” i z wielkim żalem trzeba było wracać do codzienności.
  • annazadroza Marysiu:-) Jakby go kto na sto koni wsadził 🙁
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Czyli w normie

Widziałam rano cztery sarny, dwie małe i dwie duże, więc wciąż mam nadzieję, że jedna z nich jest sierotką przygarniętą przez inną rodzinę.
Nie wiem w jaki sposób czas tak szybko może mi uciekać. Chyba zacznę zapisywać w ciągu dnia co i kiedy robię, bo to jest po prostu nie do wytrzymania. Wciąż przecieka mi przez palce i prawie nigdy nie zdążę zrobić tego, co powinnam, co miałam w planie. Może zapisując w jakiś sposób bardziej zapanuję nad nim(czasem)
i zdyscyplinuję samą siebie.
Calineczka przekroczyła 7 kg i ma 2 ząbki:))) Dostaje kozie mleko zamiast tamtych różnych dla niemowląt, których nie chciała. Czasem pije, czasem się obraża, czasem się bawi butelką i smoczkiem. Zupki wcina, im bardziej konkretna smakowo tym lepsza. Wczoraj np. jadła paprykową i jej smakowała. Jak już
nadmieniałam ongiś, inne teraz dzieci karmienie i chowanie niż drzewiej bywało. Gdzie by mi do głowy przyszło dawać tak małemu dziecku paprykę, jak sama jej kiedyś nie jadałam, jedynie w postaci przyprawy używałam. Człowiek się uczy całe życie, a dopóki się uczy – to z nim zupełnie dobrze:)))
Malutka jest bardzo ruchliwa, nie lubi się nudzić, uwielbia skakanie przy muzyce, przewraca się sama na brzuszek, chwytając się szczebelków łóżeczka próbuje się podnosić. Czyli wszystko w normie, zgodnie z rozkładem jazdy dla niemowląt:)))

16.03.2018

  • kobietawbarwachjesieni Ile radości wnosi do życia taki bobas. Buziaki. Marysia.
  • annazadroza Marysiu:-) Całe morze radości, czułości i szczęścia:)))
  • e.urlik Aniaaaaa! Zdjąteczko malutkie choooooociaż!
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Szczęśliwa jesteś Aniu przy Calineczce to aż bije z każdego słowa !
    Tak trzymaj :))) uściski !
  • bognna ” Człowiek się uczy całe życie, a dopóki się uczy – to z nim zupełnie dobrze:))
    Ot co Anno, sama esencja, niczego wiecej dodawac nie trzeba.
  • nie-okrzesana Też tak mam, z tym uciekającym czasem.
  • ciotkaeliza Ja sobie wiele rzeczy zaznaczam,zapisuję a potem zastanawiam się co to za numer, po co zaznaczyłam ten dzień w kalendarzu albo zwyczajnie zgubię ściągę z zapisami, ale co tam i tak najwięcej radości dają Calineczki.
  • annazadroza Ewuś:-) Dalej nie umiem, może kiedyś:)))
  • annazadroza Kasiu:-) No jak by mogło być inaczej, kiedy taka drobineczka uśmiecha się na widok babci? Odwzajemniam uściski:)))
  • annazadroza Bognno:-) Ojejku jejku, dziękuję:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Powiedz, jak go spowolnić choć trochę, skubańca jednego niewdzięcznego?
  • annazadroza Elizo:-) Zapisków i karteluszków mam tyle, że czasem myślę, iż w nich utonę. Jak z nimi zrobię porządek, to potem szukam…
    Rację masz świętą – najwięcej radości dają drobineczki-kruszyneczki-Calineczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 28

Adelka nie lubiła momentu skończenia czytania książki, szczególnie jeśli polubiła bohaterów i przywiązała się do nich. Pragnęłaby dalej uczestniczyć w ich życiu. Nie zapominała o nich od razu, przez czas jakiś żyli jeszcze w jej wyobraźni. Kilka dni, tygodni, czasem wracali po miesiącach.

Odłożyła na bok tak zwane opasłe tomisko, niezwykle pasjonującą lekturę i jeszcze niezupełnie przytomna rozejrzała się wokół. Miś wraz z Perełką spały obok niej, Reks rozciągnął się na całą swą wielkość pod oknem balkonowym, aby mieć dobre pole obserwacji całego towarzystwa, Bierka zaś tak, aby mieć na oku swego pana oraz Adelkę. Na resztę współbraci nie zwracała uwagi. Adam siedział w małym pokoiku. Oprzytomniała całkowicie.

– Co robisz? – spytała szukając wzrokiem pilotów od telewizora i dekodera, nie było ich na miejscu.

– Jem – padła odpowiedź.

– Nie wiesz, gdzie się podziały piloty?

– Są ze mną – usłyszała.

– Co ty mówisz? – zdziwiona podniosła się z fotela i zajrzała do pokoiku.

– Nie lubię jeść w samotności, kiedy jestem z tobą. Ty nie chciałaś, to jem w towarzystwie pilotów – wyjaśnił z łobuzerskim uśmiechem.

Parsknęła śmiechem.

– Przepraszam cię, ale musiałam skończyć książkę. Tak mnie wciągnęła, że nie mogłam się oderwać. Teraz mogę ci ją pożyczyć.

– Akurat przyda mi się na wieczór, skoro taka zajmująca. Jutro o niej porozmawiamy.

– Masz zamiar siedzieć nad nią do rana?

– Skoro taka zajmująca…

Nazajutrz rozmawiali jednak na zupełnie inny temat. Adam nie posiadał się z radości, bowiem zadzwonił do niego wnuk, na stałe mieszkający w Irlandii, z informacją, że przylatuje do Polski. Adam więc o niczym innym nie mógł myśleć, a tym bardziej mówić.

– Nie masz pojęcia, Adelko, jaki to świetny chłopak. Skończył studia, pracuje, chociaż kiedyś mówił, że tylko muzyka się dla niego liczy i nic więcej go  nie obchodzi.

– A czym teraz się interesuje? To znaczy, mam na myśli gdzie pracuje, w jakiej branży.

– Alan jest informatykiem w firmie fonograficznej.

– Wcale więc nie rozstał się z muzyką – skomentowała Adelka. – Na długo przylatuje?

– Na jakieś dwa tygodnie. Z tym, że w Warszawie  będzie cztery dni, potem jedzie na południe.

– To znaczy gdzie?

– Do Krakowa, w sprawach firmy.

– To się zdążysz nim nacieszyć. A jutro masz jeszcze wolne? – spytała z uśmiechem.

– Przecież jest dorosłym facetem, niańki nie potrzebuje – Adam odwzajemnił uśmiech. – Coś konkretnego masz na myśli?

– Mam – zawahała się. – W Wilanowie  jest instalacja rozświetlająca ogród przy pałacu. Bardzo chciałabym zobaczyć w naturze, nie tylko w telewizorze.

– Nie widzę przeciwwskazań. Trzeba tam pojechać po południu. Za dnia nie ma efektu, zapewne dopiero o zmroku oświetlenie sprawia odpowiednie wrażenie.

– Oczywiście, przecież zwiedzać można dopiero po południu. Ojej, jak się cieszę! Przyjedziesz do mnie z Bierką, pójdziemy na długi spacer, żeby psy się wybiegały i spokojnie mogły potem na nas czekać w domu.

Oboje z wielką przyjemnością zwiedzali Królewski Ogród Światła. Niestety, temperatura znacznie spadła i zimno nie pozwalało długo cieszyć się spacerem.

– Adelko, mam propozycję nie do odrzucenia.

– To znaczy?

– Proponuję, abyśmy podjechali do irlandzkiego pubu, rozgrzejemy się i posłuchamy muzyki na żywo.

– Wiesz co? Chętnie. Słyszałam, że tam atmosfera jest wspaniała, dziś gra zespół prosto z Irlandii.

– Coś więcej o kapeli wiesz?

– Nie, skąd. Nie znam się, lubię tylko słuchać, nawet bardzo. Trafiłam na informację w internecie, stąd wiem – rozcierała zmarznięte ręce. – Szkoda, że latem nie ma takiego pokazu światła. Można byłoby dłużej się napawać tym koncertem, tą symfonią świateł…

– Widzę, że już całkiem na muzyczne tory się przestawiłaś – powiedziała Adam otwierając przed Adelką drzwi samochodu.

W pobliżu pubu nie było miejsca, zaparkowali więc nieco dalej. Adelka rozgrzała się w aucie, toteż nie narzekała, że kawałek drogi musieli pokonać pieszo. Przeszli się Królewskim Traktem jeszcze ozdobionym świątecznymi dekoracjami, rozjaśnionym kolorowymi światełkami. Doszli na Miodową. Po drodze Adam opowiadał Adelce o pewnych wydarzeniach ze swego życia. Część już znała, ale niektóre słyszała po raz pierwszy. Słuchała więc całą uwagę skupiając na jego słowach.

– Mówiłem ci już, że moja żona i syn zginęli w wypadku wracając z Anglii, gdzie spędzili trzy miesiące. Żadne z nich nie wiedziało, że Jana spodziewa się dziecka… I się nie dowiedzieli, chyba, że z tamtego świata. Jana była dziewczyną Jarka, Irlandką polskiego pochodzenia, poznali się w Dublinie. Jarek miał zamiar tam zamieszkać, planowali ślub. Żona wracała do domu, on chciał pozamykać swoje sprawy w Polsce i zebrać papiery potrzebne do ślubu i rozpoczęcia nowego rozdziału życia… – zamyślił się. – No i tak to się potoczyło… Jana zadzwoniła do mnie dopiero po urodzeniu Alana. Jestem jej bardzo wdzięczny. Przecież mogła nic mi nie mówić. Nie miałbym o niczym pojęcia, żyłbym w nieświadomości, że tam daleko, na wyspach żyje mój wnuk, syn mojego małego Jareczka, mojego jedynego syna, którego straciłem… Jest do niego bardzo podobny… – odwrócił twarz, żeby ukryć zwilgotniałe oczy.

Adelka czuła ogromne wzruszenie zasłuchana w opowieść zwykle opanowanego, spokojnego mężczyzny. Opowieść nasyconą tak wielką dawką emocji, taką tęsknotą, żarem, miłością, że z trudem go poznawała. Wsunęła mu ręką pod ramię. Poklepał lekko jej dłoń, uśmiechnął się.

– Dziękuję, że słuchasz mojego „wywnętrzania się” bez słowa skargi.

– To ja dziękuję, że mi o tym opowiedziałeś – wiedziała, że odkryła zupełnie dotąd nieznaną twarz swojego towarzysza.

– Wiesz Adelko, – zaczął zmieniając temat gdy dotarli na miejsce – ten pub powstał w 1991 roku i działa do tej pory. Nie narzeka na brak klientów, a grono stałych bywalców wciąż się rozrasta.

Przywitało ich ciepło i miłe wnętrze.

– Czego się napijemy? – spytała siadając przy stoliku.

– Oczywiście piwa, jakżeby inaczej – odpowiedział rozglądając się uważnie.

– Zobacz, dziś gra Alan Band, zaraz chyba zaczną, widzę chłopaków. I dziewczyna jest, pewnie solistka – paplała rozglądając się po wnętrzu. – Może jakąś balladę zaśpiewa? Uwielbiam irlandzkie ballady.

– Tutaj piwo jest podawane z beczki.  Ja dla siebie wezmę Guinnessa, tobie proponuję cider z beczki, Steward Press, tu jest menu, widzisz?

– Zdaję się na ciebie. Nie znam się na piwie. Lubię tylko imbirowe, którym Kaśka częstuje czasami na naszych babskich zbiórkach – odpowiedziała. – O popatrz, tutaj nawet odbywają się stałe imprezy, na urodziny pubu, na Walentynki, na Dzień Świętego Patryka, na Halloween i na Sylwestra. Zaczynają – powiedziała.

Utonęła całą duszą w dźwiękach irlandzkiej muzyki i tonęła tak aż do przerwy, nie myśląc o trunku stojącym na stoliku ani o w ogóle niczym. Poddała się rytmowi i odpłynęła.

– Nie muszę pytać: jak ci się podobało – zagadnął Adam. – Widziałem po twoich oczach, że odpłynęłaś na zieloną wyspę.

– Fantastycznie grali. A ten piękny chłopak, który miał kilka solówek na gitarze to… po prostu brak słów. Geniusz jakiś czy co?

– A chcesz porozmawiać z tym geniuszem ? – Adam miał tak zadowoloną minę, że przywodziła na myśl chłopaka, który cieszy się z dobrze spłatanego psikusa.

– Nie żartuj sobie ze mnie – ofuknęła go Adelka. – To jest niemożliwe. Nie znam angielskiego na tyle, żeby rozmawiać.

– Nie będzie ci potrzebny – uśmiechnięty od ucha do ucha pomachał do gitarzysty. – Hej, Alan, podejdź na chwilę.

Adelka zaniemówiła. Tymczasem piękny Irlandczyk z gębą roześmianą dokładnie tak samo jak Adam zbliżył się do nich.

– Nie myślałem, że naprawdę cię tu zobaczę, dziadku – odezwał się. – Fajnie, że przyszedłeś, przyszliście – poprawił.

– Adelko, przedstawiam ci mego wnuka Alana – powiedział Adam wprost pękając z dumy.

Spędzili razem przerwę, potem jeszcze kolejną. Adelka była zachwycona, zaliczyła wieczór do jednego z najbardziej udanych w swoim życiu. Taksówką wrócili do domu Adelki, przecież psy dość długo były same. Wyszli na spacer, który stał się bardzo przyjemny mimo mrozu, bo przestało wiać, zaś na granatowym niebie pojawiły się gwiazdy i rożek księżyca. Po spacerze Adam z Bierką taksówką pojechali do domu. Adelka zaś długo rozmyślała o zawiłych kolejach ludzkich losów i usnęła uśmiechając się do myśli, jakby to było, gdyby miała takiego wnuka jak Alan.

16.03.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Świetny jest ten świat … czytam i cieszę się, że mogę w nim pobyć.
    Ale to za krótko… dlaczego Aniu tak jest tylko w bajkach ?
    A może to możliwe tylko mnie to ominęło.
    Ściskam cieplutko w ten mrozik :)))
  • annazadroza Kasiu:-) Nie wiem dlaczego, nikt nie wie. Może dlatego, że tak jest gdzieś w innym wymiarze? Ale dobrze, że bajki są, bo można się znaleźć w świecie, jaki chciałoby się wokół siebie mieć. Można uruchomić wyobraźnię, odpocząć, zrelaksować się w tym wymyślonym miejscu, a może potem da się z niego jakąś część przenieść do swego świata?
    U mnie śnieg, mróz, zawieja więc Twoje ciepłe uściski bardzo się przydadzą:) Odwzajemniam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Co z prof. Kulczyńskim?

Pan premier podkreślił zasługi prof. Stanisława Kulczyńskiego jako przyrodnika, Jego rolę w odbudowywaniu nauki polskiej po wojnie. Ja już pisałam, że dla mnie największą Profesora zasługą na świecie jest fakt, iż był twórcą Pienińskiego Parku Narodowego, po którym mogę spacerować będąc w ukochanej Szczawnicy. Jednak IPN ma na temat Profesora inne zdanie, umieścił jego nazwisko na czarnej liście i zabrał mu ulice. W tym moją, ( wpis z 20.11.2017 – „Po co te zmiany”) za co … miotam przekleństwa na wszystkich, którzy o tym zdecydowali, bo nie jestem w stanie się powstrzymać. I nie tylko ja, ale wszyscy mieszkańcy, poza dosłownie kilkoma wyjątkami. Tego się nawet nie da skomentować, jak również ostatnio wypowiedzianych innych słów innych polityków jedynie słusznej opcji…

15.03.2018

  • aga-joz Jestem zupełnie nie zorientowana w obecnej polityce, już od ładnych kilku lat, za dużo w tym obłudy, fałszu, zła. Jeśli chodzi o przeszłość- dziś wydaje się to zero- jedynkowe, w tamtych czasach była o wiele większa skala. Łatwo dziś osądzać, trudniej byłoby żyć w tamtych czasach i dokonywać słusznych wyborów. A nasi szlachetnie rządzący zdają się nie pamiętać, że „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Smutne
  • urszula97 Anno,takich osób jak profesor jest wiele, nie rozumiem,nie wiem dlaczego co niektórych się ściąga z tablic,innych gloryfikuje(czasami nawet nie wiem kto to?),nie mam pojęcia ,tylko nerwy a o kosztach nie wspomnę,dobrze że mieszkam na ulicy Polnej,tej ulicy chyba nic nie grozi.
  • e.urlik Bo to jest na zasadzie „co by tu jeszcze spiepszyć panowie, co by tu jeszcze?” Musimy zachować spokój, żeby nas apopleksja, czyli szlag nie trafił, bo musimy ich przeżyć, choćby nie wiem jak długo żyli 🙂 Fajny cel w życiu? Fajny.
  • babciabezmohera Za to na brak pomników i obecnie słusznych nazw nie będzie można narzekać. A pamiętasz, jak się Dzierżyński pięknie rozpadał?… Do tego chcą doprowadzić?… ;(
  • annazadroza Ago:-) Na głupotę nie ma lekarstwa. Wyobraźmy sobie młodego człowieka, który właśnie skończył nauki pobierać i szuka pracy, żeby się móc utrzymać. Bierze, co jest, bo jeść trzeba. Poznaje dziewczynę, zakłada rodzinę, rodzą się dzieci. Powiedzmy, że jest umysłem ścisłym, rozwija się w tym kierunku, nie obchodzi go polityka. A ta stuka do jego drzwi niespodziewanie. Bo zmieniły się rządy i on został uznany za wroga, bo pracował i żył, starał się wykonywać dobrze obowiązki zawarte w umowie o pracę i święcie wierzył, że pracuje dla dobra społeczeństwa. I jeszcze coś – ci, którzy go osądzili, też żyli i pracowali w tym samym miejscu i czasie, dostawali dyplomy i tytuły… i czy coś z tego można zrozumieć?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Tego nie sposób zrozumieć:( Ulica Polna powinna być bezpieczna chyba, że się trafi jakiś rządziciel uczulony np na polne rośliny i zmieni na Alergiczną…
  • annazadroza Ewciu:-) A masz sposób na długie, zdrowe życie mimo tych „nerw” co to nas bez ustanku żrą? I coby nas szlag najjaśniejszy nie trafił po kolejnych „genialnych” zmianach?
  • annazadroza BBM:-) Masz rację. Ogólnie – pomniki dyktatorów i różnych innych „wielkich” rozsypują się jak oni sami – w pył. Taka historyczna prawidłowość…
  • kobietawbarwachjesieni Naszym rządzącym się wydaje, że mogą robić, co im się podoba i gdzie im się podoba. Ale przyjdzie czas, że zmieni się ekipa rządząca. I pomniki dziś stawiane i ich lokalizacja mogą nie znaleźć uznania i zrozumienia nowej władzy. I co wtedy?
  • emma_b ciekawe czy prokurator Piotrowicz będzie miał kiedyś swoją ulicę…
    oni są tak upierdliwi, że brak słów…
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Maryniu:-) Większości rządzicieli się wydaje, ze 1000 lat rządzić będą. A tu… kiedyś przyjdzie zaskoczenie, bo „nic nie może przecież wiecznie trwać” – jak śpiewała Anna Jantar. A pomniki – im większe, tym bardziej malowniczo będą zmieniać stan skupienia…
  • annazadroza Emmo:-) Rzekłabym, że szczyt upierdliwości, ale bym się pomyliła, bo szczyt oznaczałby górną granicę, a tej w ich przypadku nie ma… Ten pan prokurator twarzą „dobrej ” zmiany … ha ha ha…
  • e.urlik Aniu, Pan Wojciech M. miał receptę na wszystko. Po prostu „róbmy swoje”. Będzie dobrze.
  • annazadroza Ewuś:-) Zgodnie z Twoją receptą, a raczej Wojciecha M. przekazaną przez Ciebie, popracowałam nad sagą i zaczęłam kontrolować czas, no dobrze, próbowałam, tak mi się przynajmniej zdaje;)
  • annazadroza Kochani:-) Sąd zakwestionował idiotyczne zmiany nazw ulic i zmienił decyzje wojewody. Profesor ma szanse odzyskać swoją ulicę:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Córki Graala” Elizabeth Chadwick

Z całego stosu książek czekających na przeczytanie wyciągnęłam przypadkowo powieść historyczną. Odłożyłam dopiero wtedy gdy skończyłam zostawiając wszystkie bieżące sprawy. Teraz już nie lubię się zmuszać do przeczytania książki tylko dlatego, że ją zaczęłam, czasem się męczę do końca, czasem zostawiam, bo oczy trzeba oszczędzać. Tym razem – wciągnęło mnie. Tak lubię – przenieść się całkiem do świata bohaterów. Znalazłam się w trzynastym wieku, w okresie, gdy ustanowiona została papieska inkwizycja w Południowej Francji, ponieważ występowało na tym terenie wiele ruchów religijnych negatywnie nastawionych wobec kościoła katolickiego, co wynikało z nieakceptowania zachowania jego przedstawicieli. Szczególnie silnie rozprzestrzenił się ruch katarów, którego celem był „powrót do źródła” jako przeciwstawienie rozpustnemu życiu księży i zakonników. Prości ludzie zwracali się do katarów jako do źródła czystej wiary, bardziej im odpowiadało ich przykładne, skromne życie, weganizm i brak dóbr materialnych, niż wystawne życie i nieprzebrane bogactwa kleru, nijak się mające do nauk Chrystusa.

Południowa część Francji słynęła jako kraina bogata, arystokracja tamtejsza była liberalna, tolerowała katarów, Żydów i muzułmanów, którzy mogli rozwijać się w lokalnych społecznościach. Nic więc dziwnego, że kościół pragnął zapanować nad ziemiami bogatego Południa i papież Innocenty III zażądał od władców tamtejszych usunięcia katarów z miast i wsi. Ponieważ żądania nie spełniono, rozpoczął krucjatę. Krzyżowcy w potworny sposób wymordowali kilkanaście tysięcy kobiet, mężczyzn, dzieci, także katolików w myśl zasady, że „Bóg rozpozna swoich”. Katarów setkami palono na stosach. I to wszystko dla splądrowania Langwedocji i podobno w imię Boga…
W te wydarzenia wpleciona jest historia strzeżenia tajemnicy i przekazywania nadzwyczajnych zdolności z pokolenia na pokolenie niezwykłym kobietom, których przodkinią jest Maria Magdalena…

14.03.2018

  • babciabezmohera Brzmi interesująco. Ja jednak wolę książki współczesne…
  • annazadroza BBM:-) Generalnie ja już teraz też, chociaż kiedyś kiedyś lubiłam historyczne. Jednak ta konkretna pociągnęła mnie nutką mistycyzmu, tematem umiejętności wykorzystania energii, uzdrawiania. Wątek uczuciowy oczywiście też, lecz podporządkowany jest wyższym celom. Tak ogólnie przychodzi refleksja – dobrze, że już tamte czasy minęły, nie chciałabym się cofnąć w czasie, za żadne skarby świata…
  • aga-joz Okropne, straszne, potworne. To powinno być zakazane. Chodzi mi o pisanie o książkach. Od razu chce mi się taką opisywaną książkę przeczytać, a niestety ich ilość rośnie w postępie geometrycznym. Jeżeli chodzi o temat- też straszne, tym bardziej, że to rzeczywiście się wydarzyło. I na dodatek w imię Boże
  • krzysztof213 Tak to było .Tylko gdzie był BÓG ?
    Chociaż Maria Magdalena to ciekawa historia i to jednak o tym nie wiem czy tam cicho w tej książce ze …?
  • krzysztof213 A tak naprawdę ciekawa historia .
    Właśnie kiedy no nie było Facebook a internetu telefonów komórkowych i prądu
    ..
    Działy się takie rzeczy że hoho
  • annazadroza Ago:-) Mam cały stos do przejrzenia – nawet nie do przeczytania tylko do odłożenia tych, które chcę przeczytać – i zupełnie nie mam kiedy tego zrobić. Skończy się pewnie tym, że jakąś wyjmę na chybił-trafił i znów w weekendową noc połknę w całości, reszta będzie czekać dalej. Zaś stos będzie się zwiększał nieustannie…
  • annazadroza Krzysztofie:-) Na Twoje pytanie nikt nie zna odpowiedzi, choć ludzie je sobie zadają od dwóch tysięcy lat.
    Życie bez telefonów komórkowych, internetu było najnormalniejsze na świecie, przynajmniej dla mnie. Nawet bez normalnego telefonu, święto było kiedy wreszcie budki telefoniczne w osiedlu postawiono. A bez prądu… moja mama lekcje odrabiała przy lampie naftowej, bo linie elektryczne dopiero po wojnie pociągnięto. W sumie nie tak dawno, cóż to znaczy wobec wieczności…
  • krzysztof213 Pocieszyłaś mnie
    Pozdrawiam ciebie serdecznie ze można ze postęp nie zawsze jest dobry czytając ostatnio prasę
  • krzysztof213 I będę pamiętał o książce
    I czytam Krzyż i Młot Fergusona jak lubisz historię
  • annazadroza Krzysiu:-) Myślę, że do każdego odkrycia, zresztą do każdej rzeczy na świecie można mieć różne podejście. Albo się tego czegoś używa z korzyścią dla ludzkości, albo dla jej zniszczenia. Wszystko zależy od człowieka.
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 27

Kasia obudziła się. Choć wokół panowała ciemność i była głucha noc, sen uciekł ostatecznie, oddalił się, odpłynął w niewiadomym kierunku. Leżała z otwartymi oczami nie mogąc ustalić ani czasu ani miejsca, w którym się znajduje. Przed oczami wciąż przewijały się obrazy z bardzo realistycznego snu, który ją obudził: pakowała swoje rzeczy i wyprowadzała się ze swego kochanego mieszkania. Ze łzami rozglądała się wokół  pytała samą siebie co się dzieje? Co ja robię? Po co mi to? Czy mi źle było? Po co mam cokolwiek zmieniać? Nienawidzę zmian! Nie chcę zostawiać domu! To moje, to wszystko moje! Tu jest całe moje dorosłe życie. Jak mogę zostawić własny dom? Tu każdy przedmiot wiąże się z zapamiętaną chwilą w moim życiu. A zwierzaki? One beze mnie a ja bez nich? To niemożliwe! Ja nie chcę! Śpiący obok Mikołaj przewrócił się na drugi bok, objął ją we śnie i przytulił. Zmory się rozwiały, obawy zniknęły. Z wolna wróciła do rzeczywistości, odnalazła czas i miejsce. Odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do siebie. Już za tydzień zostanie żoną Mikołaja. Będzie mogła bezkarnie przytulać się do niego nawet w miejscach publicznych mając do tego formalne prawo. Przestanie się obawiać, że jakakolwiek ponura małpa, zmora z przeszłości rodem nagle pojawi się i zabierze jej tak ciężko wywalczone szczęście. Delikatnie, aby nie obudzić śpiącego, pocałowała rozgrzany snem policzek i wysunęła się z objęć narzeczonego.  Zrobiła sobie kawę i usiadła w fotelu owijając się szlafrokiem. W zeszłym roku w styczniu była plusowa temperatura. Teraz – jak na złość – jest minus dwadzieścia stopni i jeszcze spada. Szkoda. Ale nic to.  Nic im nie może przeszkodzić.  Nawet głupie senne majaki pochodzące z lęków ukrytych w podświadomości nie mają racji bytu.

Ustalili między sobą, że Kasia będzie jeździła w poniedziałki na Ursynów „gnieść” Adelkę tak jak dotychczas, oraz w piątki, żeby Kamilowi coś ugotować, pomóc sprzątnąć, a w sobotę rano iść na giełdę, zrobić zakupy, spotkać się z sąsiadkami, pojechać do Hita dla przyjemności, no i oczywiście pójść z Dżemikiem na długi spacer. Poza tym będą szukać docelowego mieszkania na Ursynowie. Mikołaj był taki kochany, że przystał na jej pomysł. Spojrzała na niego z rozczuleniem. Zrozumiał, a może nie tyle zrozumiał ile zaakceptował fakt, że ona nie chce mieszkać gdzie indziej niż na tej swojej ukochanej wsi, która na jej oczach zmieniła się w miasto. Od pierwszego dnia, kiedy ćwierć wieku temu wysiadła z autobusu i zaczerpnęła powietrza głębokim wdechem, wiedziała, że to jej miejsce na ziemi. Tak, to było naprawdę aż ćwierć wieku temu i tak już zostanie na zawsze. Żadna inna dzielnica nie wchodzi w rachubę. Kiedy uda się znaleźć mieszkanko leżące w granicach ludzkich możliwości finansowych, będzie mogła Dżemika zabierać do siebie i odciążyć syna.   Posłała w przestrzeń uśmiech. W pełni ufała Mikołajowi. Miał w sobie tyle ciepła, czułości, delikatności, że nic więcej się nie liczyło. Boże, przecież nigdy w życiu nikt nie okazał jej tyle miłości! Przy nikim nie czuła się tak dobrze i bezpiecznie. Tylko czy ona nie zawiedzie? Czy Mikołaj nie będzie żałował swojego kroku? Czy ona potrafi okazać mu swoje uczucie? Przekonać, nie, przekonywać codziennie o ogromnej miłości, która wypełnia jej serce? Pełna wątpliwości spojrzała w stronę ukochanego. Nie spał już. Obserwował ją z szeroko otwartymi oczami. Uśmiechnął się, gdy ich spojrzenia się spotkały i wyciągnął ramiona. Szybko znalazła się w łóżku, wtuliła się w niego, wszelkie wątpliwości rozpierzchły się i zniknęły.

Tydzień poprzedzający ślub minął ogromnie szybko. Kasia czuła się zmęczona fizycznie i psychicznie. W pracy był to okres bardzo gorący związany z kolejną reorganizacją uniemożliwiającą wykonywanie normalnej pracy, tworzeniem nowych struktur – albo raczej odtwarzaniem tych, które zostały zniszczone poprzednio, wyrzucaniem z pracy starych pracowników i wszelkimi zmianami jakie w tym kraju następują zawsze po wyborach  Niestety, nie widać tu czegoś takiego jak „dobro publiczne” czy „wyższe dobro”. Liczą się tylko wyznawcy aktualnie rządzącej partii i na tym koniec. Po objęciu władzy zaczyna się wymiana wszystkich i wszystkiego. I jeszcze to ciągłe poczucie zagrożenia…

Nic to, ona, Katarzyna, nie będzie teraz o tym myśleć. Starała się odpędzać od siebie złe myśli i nie zmieniła terminu urlopu mimo obawy, że nie będzie miała do czego wrócić. Swojej tajemnicy strzegła przed wszystkimi, nie zdradziła się ani jednym słowem, nikt – poza jedną jedyną Mariolką – nie wiedział o zmianach zachodzących w jej życiu. Postanowiła, że powie o wszystkim dopiero po fakcie. Musiała więc bardzo pilnować każdego słowa, nieraz przychodziło ugryźć się w język w ostatniej chwili albo zmieniać dalszy ciąg rozpoczętej wypowiedzi. W sekrecie kupowała strój ślubny, co naprawdę nie było sprawą prostą.

– Elcia, błagam cię, chodź ze mną, bo już oczopląsu dostaję. Nigdzie nie ma nic jasnego. Same ciemne brązowe ciuchy. Ładne, ale nie na ślub – skarżyła się przyjaciółce. – Musisz mi pomóc, bo będziesz świadkową.

– Tak? Ja? Miło, że mi powiedziałaś teraz, a nie na dzień przed ślubem.

– Miałam ci powiedzieć, ale ciągle zapominam…

– Pomogę ci, ale pod warunkiem, że ty pomożesz znaleźć coś dla mnie. Jak mam być drugą damą na uroczystości, to też muszę wyglądać jak człowiek.

– Niech ci będzie, ale pomóż, bo oszaleję. Masz teraz więcej czasu niż ja, więc się rozejrzyj.

Przeszły wzdłuż i wszerz Galerię Centrum, Galerię Mokotów, Galerię Ursynów i Land, bazarek na Wałbrzyskiej, Giełdę na Dołku. Bez  rezultatu. Wreszcie „coś” kazało Kasi wyjść z pracy pod jakimś pretekstem i pójść na Plac Zbawiciela. Tam Pod Arkadami znalazła jedną jedyną rzecz nadającą się na tak ważną okazję. Sprzedawczyni była miła i zgodziła się odłożyć kostium.

– Muszę przyjść z siostrą, żeby mnie obejrzała – wyjaśniła

– A boś ty nie siostra?  – powiedziała do Eli. – Po tylu latach to ty i Adelka jak siostry. Co tam będę obcej kobiecie tłumaczyć nasze rodzinne powiązania.

Olbrzymie płatki śniegu wirowały, zasłaniały oczy, siadały na rzęsach, wiatr wpychał je w każdą szczelinę ubrania, pod niedokładnie owinięty szalik czy nie dopięty suwak.  Przyjaciółki z trudem dobrnęły od przystanku do sklepu. Elżbieta dokładnie i krytycznie obejrzała kostium i Kasię, która – mając dość bezowocnych wypraw do sklepów odzieżowych – zdecydowała się na kupno.

– No dobrze – zgodziła się Elka. – Tylko trzeba ci do tego znaleźć kontrastującą bluzkę, najlepiej ciemnozieloną.

– O Boże, znowu mam chodzić po tych wszystkich sklepach? – jęknęła Kasia. – Już nie mam siły. A poza tym kiedy?

– Teraz. Zostawimy tu ciuchy i pójdziemy dalej, a potem wrócimy.

– No dobrze – zgodziła się Kasia bez przekonania. – Czy mogłybyśmy zostawić ten strój, żeby się nie pogniótł i  i nie zmókł? Przejdziemy się po sklepach, może znajdziemy bluzkę – zwróciła się do sprzedawczyni. – Zabierzemy w drodze powrotnej.

Sprzedawczyni uśmiechnęła się z sympatią.

– Widzę, że wersja się zmieniła. Najpierw miały panie udać się na poszukiwanie całkiem nowego stroju, teraz już tylko bluzki.

– Ja już mam dość i jestem zdecydowana. To ona wiecznie marudzi – teatralnym szeptem tłumaczyła Kasia.

– Jest pani w tym kostiumie naprawdę dobrze, wygląda pani bardzo efektownie. Kilka klientek go przymierzało i żadna nie wyglądała w nim równie korzystnie. Musiały zrezygnować.

– Na pewno tu wrócę  – stanowczo oświadczyła Kasia.

Wróciły szybciej niż się spodziewały. Śnieg sypał tworząc na ulicach trudne do przebycia błoto. Zajrzały do kilku okolicznych sklepów zwracając uwagę na bluzki. Nic im nie pasowało. Wreszcie zmarznięte i przemoczone spojrzały na siebie.

– Wracamy? – spytały równocześnie.

– Nie musisz mi tego drugi raz powtarzać – Kasia miała wyprawy serdecznie dość. – Wracamy, jakąś  bluzkę może znajdę na giełdzie. Zresztą wydaje mi się, że mam w szafie taką małą bluzeczkę, akurat pod marynarkę.

– Ja też coś mam. Przymierzysz wszystko co mamy i zobaczymy jak będziesz wyglądać. Coś przecież dobierzemy.

Nareszcie. Jeden problem z głowy. Pozostały do kupienia buty. Oczywiście nigdzie nie było odpowiednich. Jeśli nawet trafiały się jasne – to z modnymi wąskimi, długimi czubkami jak u klowna, czego Kasia szczerze nie znosiła.

– Nie cierpię tego. Brakuje tylko pompona na wygiętym do góry szpicu – narzekała przyszła panna młoda.

Wreszcie znowu „coś” kazało jej iść piechotą przez Puławską. Szła od Woronicza w stronę Rakowieckiej. Wydawało się to bez sensu, bo sklepy otwierano o jedenastej, a do tej godziny brakowało jeszcze czterdziestu pięciu minut. A jednak…  Jeden jedyny sklep rozpoczynał działalność o godzinie dziesiątej. Na półce stała jedna jedyna para kremowych butów w rozmiarze noszonym przez Kasię. Tym sposobem buty trafiły do szafy. Po pracy Mikołaj przyjechał po narzeczoną i wyruszyli na miasto w poszukiwaniu kremowej koszuli dla niego i muszki pasującej do garnituru. W Arkadii trafili na bluzkę dla Kasi, w Galerii Centrum na koszulę z kołnierzykiem specjalnie do muszki. Ileż tego załatwiania! I wszystko Kasia musiała robić po cichu, w tajemnicy, żeby w pracy nikt niczego nie zauważył. Miała niejasne wrażenie, że gdyby się zdradziła ze swoimi planami, z pewnością stałoby się coś złego…

Nareszcie udało się Kasi doczekać urlopu. Pozostało kupienie kolczyków i ozdoby do włosów. Poszły z Elą do hal targowych pod Pałacem Kultury, tam kupiły kwiaty do włosów. Kolczyki z perełek znalazły w sklepie Jablonexu na Marszałkowskiej. To był finisz. Czekały do rana, żeby przymierzyć ubrania i dodatki, i przy dziennym świetle sprawdzić wygląd całości. Orzekły zgodnie, że się udało . Nawet Kasia przyznała, że wygląda zupełnie przyzwoicie. Teraz przyszła kolej na Elżbietę  jako drugą damę. Wybór padł na beżowy garnitur. Bez trudu dobrały do niego bluzkę, w końcu miały w czym wybierać zgromadziwszy chyba z piętnaście różnych w jednym miejscu.

Zima oszalała i pokazywała swoje możliwości. Miejscami temperatura schodziła do minus trzydziestu stopni Celsjusza. Śniegu napadało tyle, że norma opadów za kilka ostatnich bezśniegowych lat została zrealizowana z nawiązką. Kasia obudziła się ze świadomością, że – jak w starej piosence Mieczysława Fogga –  „w kalendarzu jest wciąż taki dzień przeznaczony wyłącznie dla ciebie”, to znaczy dla niej. Mało tego, ów dzień wreszcie nadszedł! Jak ona to przeżyje? Czy na pewno nic się nie stanie? A może Mikołaj w ostatniej chwili stwierdzi, że nie ma chęci wiązać się na zawsze, że woli wolność? Albo ona nie zdąży, bo zepsuje się metro i utknie na kilka godzin pod ziemią? Albo spódnica się rozerwie podczas zakładania, albo…. Dopiero po długiej chwili udało jej się zapanować nad myślami i zaprowadzić we własnej głowie jaki taki porządek.

Nic złego się nie stało i nic nie zakłóciło uroczystości. Obecni byli tylko najbliżsi: mama Mikołaja, Marek z rodziną, chłopcy oraz sąsiadki-przyjaciółki. Taty nie przywieźli ze względu na straszny mróz. Agnieszki z Kruszynką z tego samego powodu również nie było.

Śniegu napadało tyle, że ulice Warszawy stały się puste i prawie nieprzejezdne. Mieli pojechać samochodem do Szczawnicy, jednak wobec psikusa sprawionego przez aurę trzeba było zmienić plany i samochód zostawić w Warszawie. Kupili bilety na poranny ekspres do Krakowa, a stamtąd autokarem dotarli na miejsce, do swojego ukochanego mieszkanka. Zdążyli je urządzić wygodnie wykorzystując Kasine wiklinowe meble, które miała na Ursynowie. Dokupili tylko wersalkę do dużego pokoju i rozkładaną sofę do sypialenki. Aha, jeszcze szafę, która stała się ścianą oddzielając sypialnię od przedpokoju.

Przez okno balkonowe widać było biały świat, albo raczej: świata nie było widać spoza białego puchu wciąż spadającego z nieba. Kasia przytuliła się do męża, który mocno ją objął obiema rękami. Tak sobie stali patrząc na miliony białych gwiazdek za oknem i w tej chwili nie było szczęśliwszej pary chyba na całej kuli ziemskiej.

13.03.2018

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Strasznie mi się ,,błogo,, czytało ten wpis. Ten puszysty śnieg
    ten bajkowy nastrój, chciałoby się przenieść do własnego życia…
    Mam nadzieję że Im będzie dobrze.
    Aniu ściskam ciepło – bardzo bardzo :)))
  • kobietawbarwachjesieni Takie obrazki przywodzą wspomnienia z własnego życia. Świetnie się czytało.
  • annazadroza Kasiu:-) Pewnie, że Im będzie dobrze, jak to w bajkach bywa… Buziaki:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Miło pomyśleć, że podobne chwile były przeżywane w realu. Serdeczności przesyłam:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Rekord!!!

Cieszę się przeogromnie, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pobiła rekord, zebrała 126 373 804,34zł. Ileż się za tym kryje szans na zdrowie i życie dzieciaków, ileż mniej tragedii, bólu, smutku za to więcej radości i nadziei na przyszłość. Tego nie potrafi zapewnić państwo, chociaż do tego jest powołane, bo niewyobrażalne pieniądze idą tam gdzie nie powinny. Myśląc o tym można się załamać, lecz wyniki zbiórki i cel Orkiestry pozwalają na nowo uwierzyć w człowieka, w rodaków naszych. W część na pewno, bo jest i grupa
takich byle jakich „ludzi”, którzy marzą o skoku na tę kasę, o przejęciu środków zbieranych na ratowanie dzieci dla własnych niejasnych, mrocznych celów. Przynajmniej jeszcze tegoroczna zbiórka posłuży chorym maluchom.

12.03.2018

  • veanka Nigdy nie zrozumiem „fenomenu” nagonki na WOŚP.
    Ktoś swoją osobowością i charyzmą porywa miliony ludzi, zbiera pieniądze, wspiera państwową służbę zdrowia zastępując w tym Państwo, i jest za to gnojony.
    Normalny rozum tego nie ogarnia.
  • annazadroza Veanko:-) Normalny rozum może ogarniać normalne zachowania w normalnym państwie. A my jesteśmy jak w domu wariatów, nie wiadomo który wariat z której celi co zrobi za 5 minut, a co za 10.
    Wczoraj już się zaczęło uprzejme donoszenie na sąsiadów… Nic nie poradzę na to, że mam wciąż skojarzenia z przeszłością – zawsze się znajdą tacy, którym się donosić opłaca, z różnych powodów zresztą….A czasem wystarczy sama przyjemność zrobienia komuś na złość.
  • bognna Jestem po prostu z nas dumna!
  • urszula97 Piękna sumka aż serce boli co mają zamiar zrobic,dzięki WOśp żyje mojej siostrzenicy córeczka,inkubatory łonowe zostały zakupione,nie rozumiem tego kraju .
  • emma_b mam wrażenie, że ten rekord ma związek z wyjątkowo silną w tym roku chęcią zagrania pisowi na nosie. a jeśli w przyszłości spróbują w jakiś sposób położyć na pieniądzach WoŚP łapę, gorzko tego pożałują.
  • kotimyszkot Brawo WOŚP! 🙂
  • annazadroza Bognno:-) Ja też, ogromnie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) W najbliższym otoczeniu odczułaś wielkość tego, co robi Orkiestra. Możesz patrzeć na maleństwo, które żyje dzięki nam wszystkim, czyli tym, którzy się przyłączają do zbiórki. I tysiące są takich dzieciaczków z różnymi przypadłościami, których bez sprzętu nie udałoby się utrzymać przy życiu. To jest wspaniałe:))) A tych „dobrych inaczej”, cóż, nigdzie nie brakuje.
  • annazadroza Emmo:-) Też tak myślę. I bardzo dobrze, ze choć w ten sposób większość opowiada się po jasnej stronie Mocy:) O planowanym skoku na kasę nawet Jurek Owsiak mówił, chcą te zebrane pieniądze zagarnąć, albo w ogóle nie dopuścić do zbiórki, tak czytałam.
  • annazadroza Myszokocie:-) Brawo, brawo i brawo!!! :)))
  • babciabezmohera Mam nadzieję, że obecnej władzy nie uda się zaszkodzić misji Jurka Owsiaka. Bardzo by mu się przydał pokojowy Nobel, ale myślę, że i bez niego da sobie radę, mając takie wsparcie wśród wszystkich ludzi / także prorządowych/.
  • annazadroza BBM:-) Też mam taką nadzieję. Jurkowi się należy nie tylko jeden Nobel. Za ratowanie życia oraz za jedyną w świecie możliwość połączenia rodaków szczytną ideą. Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły, ale na taką horrendalną głupotę nie ma lekarstwa. Ani szczepionki.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia”26

W najgorszych chwilach zwątpienia Elżbieta nie przypuszczała, że stanie się jej udziałem życie w świecie rodem z powieści Franza Kafki. Można mieć różne poglądy. Można mieć inne podejście do rozwiązywania problemów. Zgoda. Wszystko jest w porządku jeśli ma się na myśli wyższe dobro, cel nadrzędny. W przypadku szkoły chodzi przecież o dzieci, o młodzież, a konkretnie o zrealizowanie programu dydaktycznego, ponadto przygotowanie młodych do życia i pracy wśród ludzi, ukształtowanie postawy otwartej na dobro, tolerancję i szacunek dla innych. Przy czym inność to i choroba, i poglądy polityczne, i kolor skóry czyli wszystko, co różni nas od reszty świata. Ale ten świat jest nami a my tym światem. Jedynie w taki sposób można rozumieć sens istnienia. Dla Eli było niedopuszczalne podejście typu: tylko ja mam rację, a reszta jest hołotą do wyeliminowania. Nie przypuszczała jednak, że ona sama stanie się ofiarą nieracjonalnych poglądów rodem z ciemnogrodu.  Przez ponad dwadzieścia lat oddawała się pracy z wielkim sercem, wyprostowała drogę życiową wielu dzieciom nawet z patologicznych rodzin, odnajdując w nich zdolności na przykład plastyczne czy organizacyjne, stwarzając tym dzieciakom możliwość nowego spojrzenia na siebie, na środowisko, dając siłę do wyjścia z niego i pójścia do przodu bez obciążeń. Wielką radością były dla niej odwiedziny dorosłych już uczniów. Przychodzili pogawędzić, pochwalić się zdobytym dyplomem, zmianą stanu cywilnego, nowo narodzonym dzieckiem. Często na ulicy zaczepiali ją rodzice dzieci, których była wychowawczynią albo uczyła przez wiele lat pracy, aby porozmawiać czy podziękować. Lubili ją, co dawali odczuć także na zebraniach. Szkoła była tuż obok bloku, w którym mieszkała kiedyś  z rodzicami. Teraz, gdy mieszkanie zajmował Rafał, często po lekcjach szła do syna. Była emocjonalnie związana z tamtą okolicą, z ludźmi, ze szkołą.

Niestety, przyszedł czas gdy Elżbieta stała u drzwi swojej szkoły, do której woźna jej nie wpuściła na polecenie nowej dyrektorki.

Cała afera rozpoczęła się w czasie wakacji. Koleżanka piastująca przez wiele lat stanowisko dyrektora przeszła na emeryturę. Odeszła żegnana z żalem przez grono pedagogiczne, rodziców i dzieci. Dotąd szkoła była przyjaznym miejscem dla uczniów, miejscem, w którym nauczyciele uczyli, pomagali, wspomagali, współpracowali, współtworzyli. Zwalniane stanowisko objąć miała dotychczasowa wicedyrektorka, oddana szkole tak samo jak świeżo upieczona emerytka.  Niestety, w związku z nowymi wiatrami wiejącymi w kraju, niespodziewanie przywieziono w teczce nową dyrektorkę nie licząc się z nikim i z niczym, a już najmniej z dobrem najmłodszego pokolenia.

Do pierwszego starcia między nauczycielką plastyki a nową szefową, ochrzczoną zaraz na wstępie mianem Larwy, doszło już przy robieniu dekoracji na rozpoczęcie roku szkolnego. Larwa próbowała narzucić swój punkt widzenia Elżbiecie. Ona zaś pozwalała sobą rządzić tylko Mirkowi przez długie lata małżeństwa. Poza tym nigdy i nikomu.

– Mnie tłumaczyła jak mam zrobić dekorację! Mnie!– wzburzona opowiadała Kasi. – Sama nie ma żadnego przygotowania nie mówiąc o wykształceniu, a co dopiero o guście! Wystarczy na nią spojrzeć! Ani pojęcia o kolorach, ani podstawowej wiedzy uprawniającej ją do profesjonalnego zabierania głosu w sprawach sztuki. Na dodatek  poleciła umieścić na dekoracji denny cytat, zupełnie nie nadający się na rozpoczęcie nauki w szkole przez siedmioletnie maluchy. „Nie ukrywam, że to cytat z mojej własnej twórczości” oświadczyła ta cholerna  Larwa próbując patrzeć z wyższością na pozostałe osoby, co jej nie wyszło z tego prostego powodu, że jest niższa nawet ode mnie!

Dla Elżbiety rozpoczął się bardzo ciężki, trudny i nerwowy okres. Podpisała nową umowę o pracę na zmienionych warunkach. Larwa niemal wyrwała jej papier z rąk.

– Odbierze ją pani sobie jak pani przyjdzie za tydzień do szkoły – wysyczała.

W międzyczasie Ela złożyła w ZUS-ie druki potrzebne do przyznania emerytury. Teraz cieszyła się, że jako nauczycielka ma prawo do wcześniejszej. Larwa stwierdziła, że Elżbieta musi wycofać złożony dokument, bo wkradł się weń błąd. Ela umówiła się z koleżanką na chwilowe zastępstwo w razie gdyby nie zdążyła z urzędu na lekcję, żeby dzieci nie były w klasie bez opieki. Rano przyszła do szkoły i przeprowadziła zajęcia, zrobiła też odpowiedni wpis do dziennika, pojechała, pozałatwiała sprawy i wróciła na lekcję niedługo po dzwonku.  I co się okazało? Że weszła do klasy bezprawnie, bo żadnej umowy nie było! Larwa wmawiała wszystkim, że umowa nie została podpisana!

– Jakbym miała mało problemów w życiu – powiedziała Elżbieta z goryczą.

– A może to znak sił wyższych, żebyś wreszcie inne życie  zaczęła? – zastanowiła się Kasia. – Zostawiła całą przeszłość za sobą i poszła do przodu? Nie przeskoczysz układów. Widzisz co się wokół dzieje. Olej to.

– O nie, ja tego tak nie zostawię – zaperzyła się Elka. – Nie chcę już tam pracować, ale Larwie nie odpuszczę. Sąd pracy jest już w to zaangażowany i sąd cywilny też. Ponieważ kilka osób skrzywdziła tak samo jak mnie więc postanowiliśmy ją zbiorowo pozwać. I właśnie moja sprawa jest pierwsza, jutro.

– A więc trzymam kciuki. Jutro mam dentystkę po pracy, potem przyjdź, opowiesz jak było.

– Nie zapomnę tego Larwie, nigdy! – ciągnęła wciąż oburzona Elżbieta. – Mnie woźna nie wpuściła do szkoły bo jej Larwa zabroniła, potem zaś nie wpuściła do szkoły rodziców, którzy przyszli na zebranie! Jakaś babcia spytała: dlaczego? Wtedy kazała wezwać policję wrzeszcząc: karierę człowiekowi chcą zniszczyć! Rozumiesz Kaśka? Karierę! Nigdy by mi nie przyszło do głowy w tych kategoriach myśleć o pracy. Zresztą jaką karierę? W podstawówce? To bardziej służba, często niewdzięczna, ale i często też dająca radość i satysfakcję z uratowania jakiegoś dziecka od pójścia złą drogą. Przy tym pieniądze marne więc jaka kariera? W sumie dobrze, że już nie muszę tam chodzić, bo bym nie wytrzymała. Szlag by mnie trafił jak amen w pacierzu!

Nazajutrz po wizycie u dentystki, przemiłej swojej imienniczki pani Kasi, jedynej na świecie, do której się nie bała chodzić, Katarzyna ściągnęła Elkę do siebie.

– No i mów – prawie siłą upchnęła ją na krześle miedzy pudłami ze spakowanymi książkami. – Mam pyszny grzaniec, to nam naleję.

– No cóż – zaczęła wyraźnie zadowolona Ela, – Larwa ma mi oddać niezapłacone pieniądze i wszystkie moje rzeczy, po które mnie nie wpuściła do szkoły. A wiem, że większość zniszczyła, więc będzie miała kłopoty. W sądzie mówiła same kłamstwa, ale sędzia nie dał się nabrać. Aha, jak w przepisowym terminie nie odda mi pieniędzy, to wystąpię z pismem do komornika.

– Widzę, że się rozochociłaś – zaśmiała się Kasia. – Po wygranej sprawie rozwodowej wyraźnie polubiłaś atmosferę sądu i dobrze się czujesz na sali rozpraw…

– Nie bądź wredna, dobrze? – żachnęła się Elżbieta. – Sama mnie całe życie zachęcasz, żebym walczyła o swoje a teraz mnie krytykujesz?

– Zdurniałaś? Ja cię krytykuję? Ależ ja jestem z ciebie dumna! A jeśli chodzi o ścisłość radziłam ci to wszystko olać. Teraz widzę, że to ty miałaś  rację. Gratuluję.

– No dobra, jestem spięta, więc na ciebie huknęłam – uśmiechnęła się Ela. – Nie gniewaj się.

– Na ciebie? A od czego są przyjaciółki? Ileż to razy w nerwach ja na ciebie „hukałam”? Wiesz, to jest coś fantastycznego, ta świadomość, że bez względu na sytuację, nerwy, humory naszego wieku i inne rzeczy, nic nam nie zaszkodzi…

– Chyba, że coś nieświeżego zeżremy – wtrąciła Ela.

– No wiesz, mnie chodzi o przyjaźń a ty…

– A chodzi ci o przeszłość, teraźniejszość czy przyszłość? – spytała Ela z poważną miną.

Kasia uniosła brwi z wyrazem zdziwienia i pytaniem w oczach.

– Teraźniejszość? Co to jest? – ciągnęła Ela. – Chwila, w której myślę już staje się przeszłością. Właściwie nie ma teraźniejszości, jest przeszłość i przyszłość, jedna staje się drugą, nie ma możliwości uchwycenia chwili przejścia…

– Ty chyba zwariowałaś – stwierdziła Kasia patrząc z lekkim niepokojem na przyjaciółkę i nagle uderzyła się ręką w czoło. – Nie, ty nie zwariowałaś, ty po prostu za mało wypiłaś! Musimy temu zaradzić, jeszcze mamy sporo grzańca. No, nalane. Dobrze ci teraz?

– Teraz, znaczy kiedy?

– Kiedy siedzisz przy mnie z winem, albo z książką przy kawie, albo idziesz z psicami na spacer w piękną pogodę – zniecierpliwiła się Kasia.

– Dobrze, nawet bardzo dobrze. Rzekłabym: wręcz wyśmienicie.

– I o to chodzi moja droga, o to chodzi.

9.03.2018

 

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Takiej przyjażni takich rozmów, jak między dziewczynami nigdy
    nie zaznałam i będę do nich tęsknić, ale już chyba za późno dla mnie …
    Natomiast zaznałam takiej ,,larwowej,, wredności
    i jednak odpuściłam.
    Dobrego dnia Aniu ,,przytulańce,, :))
  • annazadroza Kasiu:-) Nic nie trwa wiecznie. Teraz taka rozmowa odbywa się w świecie wirtualnym, tak się porobiło. Z Larwami kilkoma w życiu miałam do czynienia, do tej pory bardzo się staram, by ich nie przeklinać, bo co człowiek wysyła, to wraca. Wypracowałam formułkę „niech dostanie to, na co zasłużyła” – bez precyzowania, bo nie do mnie to należy i nie zostałam powołana do sądzenia.
    Dobrego weekendu, Kasiu i słoneczka:)))
  • marijana2 Ha, jakbym czytała o mojej przyjaciółce. Na jej drodze stanęła podobna larwa, z tym że przyjaciółce do emerytury brakuje jeszcze parę lat. Teraz ratuje się urlopem zdrowotnym. Co będzie dalej – nie wiadomo. Dużo czasu spędziłyśmy rozpracowując zaistniałą sytuację, wypiłyśmy hektolitry herbaty i na razie przyjaciółka zaczęła chodzić na fitness i zapisała się na język francuski, na który zawsze brakowało jej czasu. Serdecznie pozdrawiam 🙂
  • annazadroza Marijano:-) Takich larwowatych typów jest – niestety – sporo, każda z nas się pewnie z nimi zetknęła. Z obserwacji i doświadczenia wiem, że prędzej czy później za swoje postępowanie otrzymują zapłatę, choć dla pozostałych/pokrzywdzonych to trudne chwile do przeżycia. Dobrze, jeśli uda się wykorzystać ten czas, jak zrobiła Twoja przyjaciółka. Mówią, że jeśli zamykają się przed nami jedne drzwi, to otwierają się inne, trzeba je tylko zauważyć. Pozdrawiam:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dziewczyny Kochane:)))

Wczoraj nie mogłam wejść na własny blog, coś się porobiło, nie wiem co, bo się nie znam. W każdym razie pojawiał się napis, że podejrzenie istnieje, iż jestem robotem. Telefonicznie instruowana przez Dużego próbowałam coś robić, ale nic nie wyszło. Wyłączyłam Lapcia z nadzieją, że jak się prześpi, to może
zaskoczy. Na razie zadziałał, nie wiem co to było.
Pogoda niesamowicie się zmieniła, nic dziwnego, że wiele osób skarży się na ból głowy. Z minusowej temperatury, takiej sporo poniżej zera, skoczyła na plus, z czego się bardzo cieszę, bo tęsknię za wiosną. Mam nadzieję, że nie wszystkie roślinki przemarzły podczas tych nagłych ostatnich mrozów. Te najbardziej
niecierpliwe, niestety tak, w tym moje hiacynty. Cóż, spiesz się powoli, albo co nagle to po diable… przysłowia zawsze prawdę przekazują jakąś uniwersalną. Gdyby się nie pospieszyły, to by przeżyły.
Ja się muszę zacząć spieszyć, bo do Calineczki jadę. Mam dla niej rajstopki, teraz już maluchy nie „chodzą” w śpioszkach, tylko w normalnych ubrankach. Cóż, mogą, nie trzeba im co chwilę zmieniać mokrych pieluszek, jak to dawniej było. Często jeszcze dobrze nie skończyłam przebierać, a już trzeba był sięgać po
nową pieluchę. I prać, prać i prać, koszulki i śpioszki też, bo chłopcy jak już działali, to z rozmachem:) I wszystko mokre było w najbliższej okolicy:)
Ale, ale, dziś o dziewczynach powinno być, nie o chłopakach.
Dziewczyny, z okazji naszego dnia życzę Wam wszystkim i sobie też zdrowia, siły, wytrwałości, niezłomności, odwagi, asertywności, kreatywności, pociechy z dzieci i partnerów, jak najmniej kłopotów i trosk, kolorowych snów, spełnienia pragnień i zamierzeń oraz duuużo radości każdego dnia. Najserdeczniejsze uściski i
przytulanki dla Was wszystkich:)))

8.03.2018

  • urszula97 Kobietko ,tego samego życzę od serca.
    Przeraziłaś mnie wpisem o kwiatkach.Ja nie byłam jeszcze na działce ale przy mrozach -15 do -18 bez pierzynki śniegowej mogły zamarznąć niektóre cebulki.
  • babciabezmohera Wszystkiego dobrego Tobie I Twoim Kobietkom! :))
    Nie da się porównać dzisiejszych czasów z tymi z lat mojej młodości. Tamte wymagały siły i odporności wołu! Do tej pory mam dreszcze na wspomnienie przecieranych każdego dnia zupek- brrr! ;(
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl I ja się dołączam do życzeń zdrowia i ciepła najbliższej osoby – każdego
    dnia !
  • kotimyszkot Przepiękne życzenia, niech Ci się też spełniają! Miłego Dnia Kobiet, pełnego kwiatów i uśmiechu! I takich magicznych dni również bez okazji :))
  • veanka Za życzenia dziękuję i życzę wzajemnie:).
    ps. też już mi się tak zdarzało, że nie mogłam wejść na swój blog.
    Wyświetlała mi się ta denerwująca mnie strona „ups, coś się zacięło, przepraszamy, spróbuj jeszcze raz”. Domyślam się, ze to administrator bloxa macza w tym palce, że ciągle coś niby poprawiają, a jest coraz gorzej;(.
  • fusilla Dziękuję!
    Niech nam wszystkim się darzy! Każdego dnia! :-)))))
  • e.urlik Anno, dzięki za życzenia. Tobie i wszystkim dziewczynom, które cię odwiedzają wszystkiego babskiego najlepszego. I pamietajcie, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą!
  • annazadroza Urszulo:-) Mam nadzieję, że Twoim cebulkom udało się przetrwać mrozy. Miłego wieczoru:)))
  • annazadroza BBM:-) Ależ to przecieranie było okropne. Teraz młode mamy biorą blender i gotowe. Albo kupują słoiczki z jedzeniem i pieluch nie gotują, dobrze mają.
    Dziękuję i serdecznie pozdrawiam:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki i Tobie tak samo, ciepła i serdeczności:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Dziękuję i niech Ci się spełnią marzenia:)))
  • annazadroza Veanko:-) Serdeczności mnóstwo i dziękuję:)))
    Niestety często się zdarza, że nie mogę wejść na któryś z odwiedzanych blogów, bo to „ups…”, lecz wczoraj było coś innego, nie wiem co. Na szczęście dziś zniknęło.
  • annazadroza Fusilko:-) Wszystkiego co tylko najlepsze, najcieplejsze i najmilsze, zawsze i wszędzie:)))
  • annazadroza Ewo:-) To mi się podoba – BABSKIEGO NAJLEPSZEGO! I niech każda idzie gdzie chce, czyli wybraną przez siebie drogą, bez narzucania czegokolwiek przez kogokolwiek. Buziaki:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Dworzec Gdański” Teresy Torańskiej

Obejrzałam film Teresy Torańskiej pt „Dworzec Gdański” i się przeraziłam.
Odczułam siłę strachu, ogrom przerażenia, panikę ludzi, którzy przeżyli wojnę, choć zgodnie z planem nazistów mieli zniknąć z powierzchni ziemi. Oraz zdziwienie, szok, dramat młodych ludzi, którzy Polskę uważali za swoją ojczyznę i nagle zostali zmuszeni do opuszczenia swego kraju, pozostawienia domu, przyjaciół, szkoły, całego dotychczasowego życia. Próbowano pozbawić ich godności tak jak pozbawiono ich obywatelstwa. Poczuli się zagrożeni, odczłowieczeni, Bali się, że będzie jak „za hitlera”, bo padały takie same hasła jak wówczas, jakby wojna była wczoraj i dziś powrócił cały koszmar.
Najgorsze, że demony zostały obudzone przez małą grupę działaczy i się rozpełzły…

W związku z tematem, który stał się jak najbardziej żywy i aktualny przez szerzącą się ostatnio – tu wybrać: niewiedzę/głupotę/podłość/ tępotę umysłową/brak ludzkich uczuć, empatii/ wrodzoną podłość i in. – przypomnę, iż poruszałam go już sama będąc poruszoną. We wpisach z 20.IV.2017r. o Pani Steni Cichockiej oraz o książce Tadeusza Pankiewicza ” Apteka pod Orłem”. Słyszę coraz więcej głosów mądrych ludzi mówiących, że dopóki nie przepracujemy, nie przeżyjemy ponownie i nie zadośćuczynimy, dopóki nie rozprawimy się ostatecznie z mrocznymi kartami naszej historii, nie przestaniemy zakłamywać jej jeszcze bardziej igrając z uczuciami tysięcy rodaków – nie będziemy w stanie iść naprzód, będziemy się taplać w brunatno-nacjonalistycznej gnojówce, zaś smród będzie docierał za morza i oceany coraz bardziej. A ja marzę o czystym, świeżym powietrzu, rozchodzącym się z naszego kraju, przed którym inne nacje nie będą się zasłaniać i uciekać jak diabeł przed święconą wodą.

7.03.2018

  • kobietawbarwachjesieni Wyraziłaś te wszystkie uczucia, które i ja noszę w sobie. Pozdrawiam.
  • annazadroza Maryniu:-) Myślę, że wiele osób też tak myśli, ale i wiele inaczej. tak więc mamy błędne koło. Cóż, czekać na rozwój sytuacji pozostaje.
    Pozdrawiam i ściskam najserdeczniej w tym naszym babskim dniu:)))
  • marijana2 Dzień dobry
    Po raz pierwszy tu zajrzałam i pozwolę sobie, dopisać kilka słów. Nawet nie wiesz, jak bardzo z Tobą się zgadzam. Serdecznie pozdrawiam 🙂
  • annazadroza Marijano:-) Witam Cię i zapraszam częściej:) Dzięki, że się odezwałaś, bo w ten sposób wiadomo, że jest wśród nas jedna więcej normalnie myśląca osoba. Pozdrowienia serdeczne dla Ciebie:)))
  • krzysztof213 Hmm że dodam po swojemu .
    Znowu ta historia co się kręci dalej . Bowiem tak wielu rodaków jest już daleko . Polska A a Polska B też wiele się różni.
    Widząc już kierowcę z Ukrainy co nie umie nawet za bardzo po Polsku .
    Nie że mam coś to ludzi z Ukrainy ale nieraz ludzie ludziom zgodowali ten los .
    Wyjechałem i co też widziałem wiele .
    Więc nie wystarczy wieżyc wiadomością i wszystkim
  • annazadroza Krzysztof:-) Oj kręci się, kręci ta nasza historia i co chwilę jakaś grupa ludzi jest krzywdzona przez inną. Jakoś spokoju doczekać się nie możemy. I z wiedzą na różne tematy bywa tak, że nie do końca potrafimy rzecz poznać i zrozumieć, czasem i chęci brak. Samemu kiedy się coś pozna, nie opierając się tylko na informacjach innych, można lepiej zrozumieć. Masz rację. Pozdrawiam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz