„Pasma życia” 32

Elżbieta przeszła w stan nieczynny, a następnie na wcześniejszą emeryturę. Była wolna. Niby fajnie ale… Gdyby odeszła z pracy z własnej, nieprzymuszonej woli i w normalnych okolicznościach, nie byłoby jej przykro. W tej jednak sytuacji czuła żal, rozczarowanie, tęskniła za stworzoną przez siebie pracownią plastyczną zniszczoną przez Larwę i za dzieciakami, do których się zawsze przywiązywała. Zabrakło jej motywacji jaką była konieczność codziennego  zadbania o siebie przed pójściem do pracy. Tam musiała przestać myśleć o swoich problemach,  zajmowała się wychowankami, pracownią i wdrażaniem własnego autorskiego programu nauczania przedmiotu,  wypracowanego na podstawie wielu lat doświadczenia. Czuła się źle tym bardziej, że Mirek przesiadywał w domu zamiast iść do pracy i zorientowała się, że ma kłopoty wynikające z nadużywania alkoholu. Został zawieszony a potem zmuszony do przejścia na emeryturę. Tak więc koszmar przebywania z byłym mężem pod jednym dachem wzrastał i wzrastała jej frustracja.

Myślała o znalezieniu jakiegoś zajęcia. Przeglądała ogłoszenia w gazetach, na próżno. Stwierdziła, że nic nie potrafi, do niczego się nie nadaje, niczego nie znajdzie, bo dla niej żadnych ofert pracy po prostu nie ma.

Któregoś dnia zastukała do drzwi Adelka. Ela odłożyła czytaną książkę z grymasem niechęci na twarzy.

– Głupie dialogi – stwierdziła. – Super pracę jej znalazła, akurat. Może w Stanach tak, ale na pewno nie u nas. Jakbym miała dwadzieścia lat życia i przynajmniej piętnaście praktyki w zawodzie to co innego.

– Coś musisz ze sobą zrobić – powiedziała Adelka stanowczo. – Może polityka?

– Chyba się z głupim na rozum pomieniałaś. Mam telewizor. Włączę i oglądam kabaret na jednym programie, kryminał na innym, horror na kolejnym i nie mam ochoty oglądać tego jednocześnie i bezpośrednio. Wolę z daleka i na ekranie, bo mogę zmienić kanał albo w ogóle wyłączyć.

– W takim razie… może poszłybyśmy na Uniwersytet tak zwanego trzeciego wieku? – zaproponowała Adelka. – Postanowiłam zrezygnować z kawałka etatu, zostawię sobie tylko jedną czwartą, w końcu już jestem na emeryturze i nic nie muszę. Mogłybyśmy się zapisać na przykład na gimnastykę albo hiszpański. Zawsze mi się ten język podobał, mogłabym się go trochę pouczyć.

– Właściwie… czemu nie? – zastanowiła się Elżbieta. – Trudno mi spędzać cały dzień w domu kiedy wiem, że on jest za ścianą i obmyśla czym by mi znów dokuczyć albo jak mnie najszybciej zgładzić z tego świata. Wychodzę z psicami na długie spacery ale to za mało. W domu przez cały czas jestem w nerwach, muszę mieć oczy dookoła głowy, boję się, że mnie nagle  zaatakuje.

– Tym bardziej powinnaś częściej wychodzić. Może się jeszcze na tańce zapiszemy?

Ela przemyślała propozycję i obie rozpoczęły nowy etap życia jako „studentki” Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Zapisały się na basen, gimnastykę, tańce i hiszpański.

Z przyjemnością chodziły na zajęcia, rozruszały się, kondycja im się poprawiła a co za tym idzie – zdrowie też. Elżbieta orzekła, że dzięki zwiększonej dozie ruchu lepiej zaczęło jej się myśleć. Zaczęła więc myśleć bardzo intensywnie nad sposobem uwolnienia się od obecności byłego męża w domu. Myślała, myślała i wymyśliła. Najpierw musiała przeprowadzić kilka poważnych rozmów z Rafałem i przekonać go do swojego pomysłu. Następnym krokiem, dla niej najtrudniejszym, było zmuszenie samej siebie do odezwania się do Mirka, heroiczne przełamanie swoich lęków w celu osiągnięcia najważniejszego, upragnionego celu. Przełamała się. Nadludzkim wysiłkiem opanowała emocje i zaproponowała byłemu mężowi, aby przeprowadził się do mieszkania po jej mamie, w którym aktualnie mieszkał Rafał. Chłopak zgodził się przenieść do matki na czas oczekiwania na swoje własne mieszkanie. Robert się już jakiś czas temu wyprowadził i wspólnie z dziewczyną wynajmowali kawalerkę. Ponieważ wiadomo, że każdy sądzi według siebie, Mirek długo zastanawiał się jaki podstęp ma Elżbieta w zanadrzu. Ona zaś miała tylko jedno jedyne pragnienie: uwolnić się od prześladowcy. Zgodził się wreszcie, ale podpisali umowę, że wyprowadzi się z ursynowskiego mieszkania pod warunkiem, że do końca życia będzie miał zapewnione lokum w mieszkaniu byłej teściowej.

Pomału zaczynała Ela patrzeć na świat z lekkim uśmiechem na ustach i nadzieją na lepsze życie. Bardzo często, chwilami wręcz obsesyjnie, pojawiały się myśli o Winicjuszu. Kiedyś  na przykład ni stąd ni zowąd przypomniały jej się wypowiedziane przez niego słowa.

– Jesteś tajemnicza jak Dunajec. Głęboko kryje się coś, co ucieka przed ludźmi. Chwilami wydaje się, że widać dno a chwilami głębia staje się nieprzenikniona jak ty, Elżuniu. Kiedy idziemy razem i rozmawiamy to śmiejesz się i żartujesz, nagle milkniesz, uciekasz w głąb siebie, zapadasz się w toń jakby cię nie było.

Szli w milczeniu. Po dojściu do następnego zakrętu wyprzedził ją o krok, wziął za rękę i spojrzał prosto w oczy.

– Elżuniu, jesteś wspaniałą kobietą – powiedział.

– Szkoda, że ci nie wierzę – pomyślała, głośno zaś odrzekła – oj tam, oj tam, nie pleć.

Wyrwała mu rękę i pobiegła przed siebie. Od razu ją dogonił i do końca dnia rozmawiali już tylko o urokach górskich tras turystycznych.

30.03.2018

  • kobietawbarwachjesieni Oj! Jakie to życie jest skomplikowane. Widać to nawet w różnych powieściach i opowiadaniach, a co dopiero mówić o rzeczywistości.
  • annazadroza Marysiu:-) Życie potrafi przynieść takie niespodzianki, że najlepszy scenarzysta nie wymyśli nic podobnego. Oby ze szczęśliwym zakończeniem:)
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Od kuchni

Jajka w cebuli ugotowane, buraki też, sałatka jarzynowa siedzi w słoikach, bo tylko tak się mieści w lodówce. Wywar po warzywach sałatkowych na zupę jest, śledzie jeszcze są:) Jutro wyjmę z zamrażalnika produkty, żeby się nadały do dalszej obróbki. Mam w planie kotlety jaglano-pieczarkowe oraz ryżowo-jajeczne i myślę, że z dodatkiem pora lekko podduszonego. Cóż poradzę, że lubię gotować:) Lubię, jak mi w garnkach bulgocze i apetyczne zapachy rozchodzą się po całym domu:)
W niedzielę przyjdą Małe, więc dla nich jarskie żarełko być musi. A w poniedziałek Duże przyjdą z Calineczką:) Ona jeszcze w tym roku kosztować moich potraw nie będzie, ale dla pozostałych zrobię kurczakowe kotlety mielone i indyka z morelami. Takie świąteczne potrawy sobie zaplanowałam. Żurek
oczywiście też będzie i jeszcze murzynka upiekę dla Małego oraz sernik. No i buraczki takie jak Mama robiła, z dużą ilością śmietany i usmażoną cebulką. Pycha.
A teraz odchodzę od kuchni do innych zajęć:) Psy po spacerze, nakarmione, wzięły się za ogryzanie przysmaku.

29.03.2018

  • kotimyszkot Tak smakowity wpis, że zgłodniałam!
    Miłych przygotowań i Wesołych Świąt wśród najbliższych :))
  • kolewoczy Upiekłam chleb z ziaren i to całe moje świąteczne kucharzenie 🙂
  • annazadroza Myszokocie:-)Dzięki:) Samych pyszności i dobrych Świąt Tobie i Rodzince:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jak to zrobiłaś? Zdradzisz przepis? Szukam sprawdzonych, bo rezultat często różni się od oczekiwanego:)
  • babciabezmohera Dobrych, spokojnych Świąt, Aniu! Tobie, Rodzince, zwierzakom. :))
  • urszula97 Ale pyszności ,u mnie sernik,babki i ciasto szpinakowe(pierwszy raz),jutro będę przekładac,jutro też sałatkę zrobie,jajka ufarbowane w cebuli,śledzie dzisiaj założe, przyjemnej pracy,
  • annazadroza BBM:-) Dwunogi i czworonogi dziękują serdecznie i mooocno świątecznie przytulają życząc WESOŁYCH ŚWIĄT :)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Aniu zdrowych, spokojnych i błogosławionych Świąt Wielkiejnocy.
    Rodzinnej radości bo widzę, że zanosi się przepięknie !
    Ściskam i przytulam świątecznie
  • annazadroza Urszulo:-) Dzięki:) Jakie ciasto szpinakowe? Jestem zainteresowana, nawet bardzo:) Przypomnę się po Świętach:)
  • annazadroza Kasiu:-) Właśnie o Tobie myślałam, słowo!
    Tobie serdeczności świątecznych cały wielkanocny koszyk posyłam, żebyś znalazła w nim co tylko zechcesz i wybrała dla siebie wszystko, na co masz ochotę. I niech Ci się spełni:) Przytulanki z serca płynące, Kasieńko:)))

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

…się ucieszyłam:)

Nie dałam rady wcześniej usiąść do Lapcia, teraz już ledwo żyję, więc w skrócie. Podjechałam do Piaseczna lokalnym autobusem i się okazało, że bilet ulgowy kosztuje 2,50 czyli podrożał o 50 gr. Na szczęście miałam drobne w kieszeni, bo głupio byłoby zdejmować plecak, szukać portfela, który zawsze się gdzieś głęboko chowa, kiedy jest natychmiast potrzebny. Już widzę jak szukam, kierowca się niecierpliwi, pasażerowie zaczynają utyskiwać, rzucać różne uwagi… Na szczęście do tego nie doszło:) Załatwiłam co miałam do załatwienia i wróciłam na przystanek. Autobus miał być dopiero za pół godziny. Stwierdziłam, że
czekać nie będę i ruszyłam na piechotę. Szłam równo pół godziny, czyli zaoszczędziłam tyle czasu, którego wiecznie brak. Półgodzinny szybki marsz dla zdrowia mi się trafił.
Powrót do domu zawsze jest przyjemny, ale od czasu, kiedy witają mnie w drzwiach dwie mordki i dwa merdające z radości ogonki – jeszcze przyjemniejszy.
Potem na szybko obiad oraz inne czynności domowe, między innymi śledziki przygotowałam. Nic specjalnego, pokroiłam je, włożyłam do słoika przesypując skrojoną w kostkę cebulką, dodając ziele angielskie i listki laurowe. Zalałam olejem z dodatkiem octu. Muszą się „przegryźć” i dopiero wtedy są smaczne.
Dlaczego o nich mówię? Bo ledwo włożyłam słoik do lodówki, babcia D. przyszła zjeść kolację. Hurra! Nareszcie coś zje! Nie patrzyłam co sobie nakłada, zajęta byłam czym innym. Po chwili wróciła z talerzem i powiedziała, że nie lubi śledzi, ale jakoś jej się zachciało jak zobaczyła słoik i … takich pysznych to dawno
nie jadła. Nic nie powiedziałam poza tym, że się cieszę, że jej smakowały. Naprawdę się ucieszyłam:)

28.03.2018

  • emma_b jak najsłuszniej nic nie powiedziałaś. po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy:)
  • tessa37 Emma, przypomniałaś mi piosenkę nieodzalowanego Mistrza:)
  • kotimyszkot Że też śledzie mogą przynieść tyle radości 🙂
  • veanka Gdyby te śledzie, które tak babci smakowały zestawić z tym, co jest aktualnie za oknem, to wyszłoby, ze zbliża się Wigilia;))).
    Za oknami bowiem (za Twoimi zapewne też;) gości regularna zima … ale do anomalii pogodowych „czas był przywyknąć”;).
  • e.urlik Eh, śledzie, też bym wyżarła, gdybym miała w lodówce. Ale przez najbliższe dni nic z tego, bo kolejka była taka, że stałabym do soboty 🙁
  • nie-okrzesana Śledzie musiały być extra, skoro nawet babcia D. potwierdza.
  • mmzd Bo śledź przecie – znów śladem Mistrza – to metafizyczne danie 🙂
    Uwielbiam !!!! – na samą myśl ślinianki zaczęły działać 😉
  • annazadroza Emmo:-) Dokładnie tak pomyślałam:)))
  • annazadroza Tesso:-) Teksty Mistrza przypominają się „na okrągło” wielu osobom. Weszły do naszego życia na zawsze:)
  • annazadroza Myszokocie:-) I to zwykłe śledzie w oleju, nawet nie ucho od śledzia:)
  • annazadroza Veanko:-) Rano była normalna zima z gęstym śniegiem. Nie powiem, żebym była zachwycona, pod nosem rzuciłam tym i owym… Boć to właśnie nie Wigilia. Teraz jest za to chlapa, pada deszcz, sama nie wiem co lepsze. Chyba nie trzeba się na nic nastawiać, bo jaka aura nam się trafi – taką trzeba akceptować, choć wcale jeszcze nie przywykłam do pogodowych anomalii, pewnie z powodu ciągłego braku czasu;)))
  • annazadroza Ewo:-) Kolejka po śledzie?!
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Nie mam pojęcia, jeszcze nie odważyłam się spróbować, muszą się „przegryźć” – jak zdążą:) Chyba dokupię jutro ze dwie tacki i zrobię:)))
  • annazadroza Magdo:-) Jakie lubisz najbardziej? Kiedyś Babcia robiła takie w śmietanie i były pyszne, ale nie mam przepisu. Zresztą – wszystkie smaki z dzieciństwa są po latach nie do podrobienia. Druga Babcia – m.in. oczywiście – piekła taki biszkopt, jakiego nikt na świecie nie potrafi, ja też, choć mam przepis.
  • mmzd W śmietanie, z cebulą i jabłkiem, ale jabłko koniecznie czerwone i ze skórką, takie cieniuchne ćwierćplasterki, aaa, znowu ślinianki działają.
    I jeszcze mam taki patent, że jednego śledzika rozcieram na puch, łączę ze śmietaną, zostawiam na pare godzin do przegryzienia, i dopiero zalewam pozostałe.
    ( Oczywiście jak mam dostęp do śledzi, co w tym „dzikim kraju” raczej się nie zdarza ;)). )
  • annazadroza Madguś:-) Śledziki wymoczone, słone czy z octu, czy z oleju? Poproszę o dokładniejsze wskazówki, bo mi ochoty narobiłaś. Potem je kroisz czy w całości zalewasz tym roztartym ze śmietaną? Jabłka też zalane?
    Wybacz dociekliwość, ale chciałabym dobrze je zrobić. Buziaki:)))
  • mmzd Z octu, moczone w mleku( można też w maślance, nawet smaczniejsze są), potem muszą dobrze ocieknąć na sicie. Kroję na kawałki takie na „jeden gryz”, czyli nie za małe … łomatkooo, znowu się ślinię !!!
    Jabłka też zalane, ale tak żeby było widać te czerwone skórki – ładnie to wygląda 🙂
    <*0;ooooo;~~
  • hanula1950 Brawo dla babci !
    Radosnych Świąt !
  • fusilla Ło matko pojedyncza, jak ja nie lubię śledzi! Od dzieciństwa wczesnego, gdy co piatek na obiad do pysznych, goracych ziemniaków Tato dodawał śledzie w śmietanie z dużą ilością cebuli!!!! A cebuli do dzisiaj nie trawię, po wczesnodziecięcym kokluszu, który Mamusia leczyła własnie cebulowym sokiem! ;-(((((
  • annazadroza Magduś:-) Na pewno zrobię, zaraz sobie wpiszę w kajet, na wieczną rzeczy pamiątkę, to nie zgubię przepisu. Będzie się nazywał : śledziki Magdy 🙂
  • annazadroza Hanulu:-) Dziękuję w imieniu babci:) Tobie również radosnych, żeby zawsze w koło było wesoło:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Oj, to biedna jesteś:( Ani śledzika, ani cebulki:( A to takie dobre. Rozumiem Cię jednak, bo ja się w dzieciństwie „przeżarłam” chałwą i do tej pory jej nie znoszę. Kiedyś wypiłam za dużo likieru bananowego, że za dużo poczułam dopiero, kiedy chciałam wstać… Przez kilka lat robiło mi się niedobrze, gdy poczułam zapach bananów…
  • e.urlik Oh, nie tylko po śledzie, ale po całą resztę biednych zwłok też. Kupię po świętach :-/
  • annazadroza Ewciu:-) Jak to, znowu kolejki? Puste półki w necie pokazali na skutek „zakazu na niedzielę”, czyli „komuno wróć” – a ona mówi: wracam;( Za chwilę babcia-meliniarka znów będzie alkohol sprzedawała spod fartucha. U nas mieszkała nad przedszkolem, chłopy z całego osiedla tam zachodzili po „towar”…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 31

Kasia ni stąd ni zowąd znalazła się w katedrze św. Floriana. Odbywało się właśnie nabożeństwo żałobne. Wokół było granatowo od strażackich galowych mundurów. Widocznie chowają kogoś ważnego – pomyślała. Wtedy zauważyła, że jest ubrana na czarno. Ktoś chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę trumny. Najpierw się przelękła, potem odetchnęła poznając, że to Łukasz ją podtrzymuje. Kamil wziął ją pod drugie ramię.

– Nie odchodź, bo nam znowu zginiesz. Przecież po uroczystościach jedziemy razem – szepnął.

– Po co? – szeptem spytała nic jeszcze nie rozumiejąc.

Wreszcie zrozumiała zobaczywszy przed sobą tatę zdrowego, młodego, uśmiechniętego, takiego sprzed choroby.

– Widzisz, przechytrzyłem Alzheimera – powiedział puszczając oko do córki. – Został tam – wskazał dłonią trumnę.

Zorientowała się, że nikt poza nią ojca nie widzi. Łzy popłynęły strumieniem.

– Nie płacz – powiedział tata. – Już po wszystkim. Jestem wreszcie wolny i wy też.  Wiem, że okropnie wam ostatnio utrudniałem życie i przeszkadzałem. Przepraszam, ale to nie z mojej winy. Odpracowałem swoje i mogę iść dalej. Pamiętaj córciu: ważne jest tylko to co zabieramy ze sobą na drugą stronę. Zawsze będę blisko was, będę pomagał i strzegł jak zawsze.

Postać taty zaczęła rozpływać się aż zniknęła. Głos jeszcze dźwięczał, oddalał się coraz bardziej, popłynął gdzieś w górę, pod sklepienie  katedry aż zniknął.

Kasia usiadła na wersalce zalana łzami. Wiedziała, że to nie był zwykły sen. Wyraźnie miała przed oczami – jak wydrukowane – zdanie: ważne jest tylko to co zabieramy ze sobą na drugą stronę.

Nie była pewna czy ona sama żyje i gdzie jest. Po dłuższej chwili dopiero poczuła, że jeszcze jest na tym świecie.

W pracy odebrała telefon z ośrodka z informacją, że tatę zawieźli do szpitala, bo najprawdopodobniej dostał wylewu. Natychmiast zaalarmowała Mikołaja i Marka. Pojechali do szpitala.

Tata przeszedł na Drugą Stronę Tęczy.

  Może teraz, z innej perspektywy wiesz Tato, że nie miałam złej woli, złej intencji tylko brak siły? Nie mogłam się pogodzić z tym, że już nie mam oparcia, że jestem sama na siebie zdana, a nie byłam tego w dzieciństwie nauczona? I tak wszystko robiłam sama, ale gdzieś tam , w tyle, zawsze byłeś Ty. I potem stałeś się nagle zupełnie inny, nie byłeś sobą, zamęczałeś mnie moim poczuciem winy za to, że nie wyrabiam w kontakcie z Alzheimerem i swoimi na niego reakcjami… Wybacz mi, proszę, teraz widzisz wszystko, mam taką nadzieję. Pamiętasz, kiedyś miałeś widzenie. Widziałeś siebie leżącego bez życia i patrzyłeś na siebie z góry, a potem usłyszałeś głos: to nie ty, to tylko twoje ciało… Czy teraz też tak było? Twoje biedne ciało było tak udręczone cewnikowaniem, wylewem, krwotokiem. Czy wyszła po Ciebie mama, czy babcia Karolina, a może babcia Frania? Obiecywałeś, że powiesz jak tam jest… Wybacz wszystko co zrobiłam nie tak. Chciałabym naprawić, ale nie mam jak. Nie wiem jak. Kocham Cię Tatusiu.

 27.03.2018

© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

Ładnie było

W sobotę babcia D. jadła normalne posiłki, dała się wyciągnąć na spacer pierwszy raz w tym roku. Przeszła nawet spory kawałek, dałam jej po drodze mój kijek, żeby jej było lżej, bo drugiego nie chciała zabrać dla siebie. Dopiero gdy poczuła, że ją bolą nogi, a pewnie i kręgosłup, to się zdecydowała wesprzeć. Po
spacerze posiedziała z nami przy stole, zupełnie jakby nigdy nic złego się nie działo. Zaczęłam mieć cień nadziei i dużo ciepłych myśli…ale… już dziś wróciło wszystko do normy, niestety. Wstać jej się nie chce, jeść nie chce, znów obrażona i nie wiem co jeszcze za chwilę się może wydarzyć.
W niedzielę odwiedziliśmy cmentarz w Wilanowie, sprzątnęłam i stroik świeży położyłam, zapaliłam świeczki, pogadałam z siostrą…
Dziś nie miałam kiedy usiąść na dłużej przy Lapciu, rano tylko zajrzałam na bloga na chwlę. Teraz czuję zmęczenie, więc posiedzieć chwilkę muszę, a zatem jest okazja do „skrobnięcia” kilku słów. Politykę odkładam na bok, nadmienię jedynie, że całym sercem w piątek byłam z dzielnymi dziewczynami, których tłumy wielkie widać było na ulicach. Ale o tym potem, kiedy czasu będzie więcej na tekst.
Rozpoczął się przedświąteczny tydzień wypełniony przygotowaniami. Stroną materialną owych się zajmując doszłam do wniosku, że mniej przygotuję potraw niż zazwyczaj, bo mniej trzeba jeść dla zdrowia i do lodówki się nie mieści wszystko co powinno. Poza tym zrobiło się ciepło i na balkonie nie bardzo da się
przechowywać produkty.
Odnośnie pogody – naprawdę było prześlicznie, słonecznie i ciepło przez cały weekend. Dziś rano szron leżał na trawie, ale chłód rekompensował prześliczny wschód słońca, który oglądałam idąc z Szilunią. Jako skowronek nie mam problemu ze zmianą czasu. Mam za to problem z tym nieustannym czasu uciekaniem zbyt szybkim.

26.03.2018

  • kolewoczy No dzień wydłużyli, to czasu więcej powinno być 😉
  • bognna Ja jako sowa mam OGROMNY problem ze zmiana czasu:(
    Niestety.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Choćby dzień nie wiem jak wydłużali, nic nie pomoże, zawsze czasu brakuje;)
  • annazadroza Bognna:-) Oj, to współczuję. Zazdroszczę sowom, że mogą siedzieć w nocy, bo za nic na świecie nie dam rady:( W każdej sytuacji usnę, na stojąco, na siedząco. Ile przyjemności mnie przez to omija:(
  • veanka Z dnia na dzień piękniej jest i wiosna wygląda z każdego kąta.
    Ale gdzieś w necie mi mignęło, ze święta mają być zimne;(.
    Zasypiam i wstaję tak jak w czasie zimowym, ale akurat w tym tygodniu nie bardzo mogę sobie na to pozwolić, bo … mam tylko dwie ręce a pracy przed świętami jest na cztery osoby;).
  • kotimyszkot Dobrze, że wydłużyli ale nie inaczej – ciągle czasu za mało!
    Ja to chyba sowo-skowronek jestem, są dni że mogę siedzieć długo w noc, a potem wstać o 7.. a są takie, że padam wczesnym wieczorem i zebrać się rano nie mogę. Takie 2w1 😉 Pozdrawiam..
  • urszula97 Chociaż na emeryturze to ta zmiana mi przeszkadza,taka trochę otumaniona,do pracy wstawałam na 5 ,to była masakra,teraz jak bym mogła pospać to kotka mnie budzi i gryzie po paluch nóg czy rąk,tylko mnie ,męża to nie rusza a nic jej nie zrobiłam.
  • e.urlik Ania! Słusznie! Mniej znaczy więcej (hihihi, kto to wymyślił), więc nadmiar potraw jest większym problemem niż ilość w sam raz. Ja co roku robię mniej i mniej i nikt nie narzeka :-0
  • nie-okrzesana Miejmy nadzieję, że poprawa pogody choć trochę poprawi nastrój babci D.
  • annazadroza Veanko:-) Cztery ręce i dwie pary oczu bardzo by mi się przydały osobiście, że tak się wyrażę:)
    Chłodniej nieco, ale właściwie teraz mnie to nie martwi, bo na balkon bigos wystawiłam, jajka i inne produkty podczas świąt dadzą się przechować, jako że w lodówce miejsca brak. Ale po świętach życzę Tobie i sobie pięknej, ciepłej wiosny:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Oj, kochana, jakże bym chciała, żeby wydłużyli tak jak Ty byś chciała:)
    Cóż, dawniej mnie również się zdarzało zarywać noce, potem krótka drzemka i znów na chodzie. Ale to dawno było… Też pozdrawiam:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Na 5-tą rano do pracy – toż to katorga i w tym przypadku zmiana czasu na pewno była koszmarem. Ale teraz – to możesz się przewrócić na drugi bok ze świadomością, że nie musisz wstawać. Koteczka Cię podgryza z miłości i żebyś – leżąc w cieplutkim łóżeczku – mogła sobie myśleć jak Ci jest dobrze:)))
  • annazadroza Ewuniu:-) Cieszę się, że mnie rozumiesz i dzięki za wsparcie:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Ostatnio z synową rozmawiałyśmy, że pogoda ma wpływ na babcię D. Ma na każdego, lecz zaczęłam obserwować i faktycznie zauważyłam wyraźny związek jej nastroju z wahaniami ciśnienia. Kiedyś oglądałam program o wpływie, jaki ma wiatr halny na zachowanie ludzi, niesamowite jak niektóre jednostki reagują, nawet do samobójstw dochodzi. Dawniej, gdy wiał bardzo silny wiatr, ludzie mówili, że się ktoś powiesił. Może i coś w tym jest?
  • tessa37 Ja jako sowa, jak Bognna, raz zawsze cierpię i czekam., kiedy to kretymstwo zniosą. W tym roku wyjątkowo dobrze znioslam, bo wyjazdowo, w Bonn i pogoda przepiękna, w sobotę po zwiedzaniu, jedzeniu, winku i metaxie wpadliśmy wczesnie, więc przeszło ulgowo:)
    A jak tam sarenki? Nadal wierzę, że ta druga młoda, to ta sierotka jest…
  • tessa37 A co do pogody, to wiele osób tak ma, ja też, jak tylko slonecznie (niezależnie od temperatury), to od razu mi lepiej…

Dodaj komentarz

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pasma życia” 30

Elżbieta stała przy oknie i patrzyła na uśpiony Ursynów. Czuła się jakby była jedyną nie śpiącą istotą na świecie. W oknach przeważnie światła już pogasły, gdzieniegdzie migotał blask od ekranu telewizora w tę cichą i ciemną noc. Latarnie owszem, świeciły, ich światła odbijały się w kałużach, ale z powodu deszczu i silnego wiatru Aleja KEN świeciła nie tylko światłami lecz przede wszystkim pustkami. Nikt normalny bez ważnej przyczyny nie wychylał nosa z domu. Z góry zobaczyła światło zapalające się w oknie Kasinego pokoju. Po chwili uchyliły się drzwi balkonowe i do ogródka wyskoczył Dżemik.

Widocznie kłopoty żołądkowe, pomyślała Ela. Skoro przyjaciółka i tak nie spała, bez skrupułów sięgnęła po telefon.

– Czy ty zgłupiałaś? Spać nie możesz? – ofuknęła ją Kasia.

– Właśnie nie mogę i widzę, że ty też…

– Ależ ja mogę, tylko mnie Dżemcio obudził i zaraz będę spać dalej.

– To jesteś szczęśliwa.

– Byłam – ziewnęła, – teraz mnie rozbudziłaś. Co cię dręczy o tej porze kobieto, że porządnym ludziom spać nie dajesz?

– Bo wiesz…tak sobie myślę, że nie potrafię żyć sama dla siebie. Dotąd wszystko robiłam dla kogoś. Kiedyś dla męża… teraz, wiadomo, najpierw liczą się dzieci, ich potrzeby, obowiązki,  zaś ja na samym końcu. Wygrywa myśl, że ja nie mam prawa wymagać czegoś dla siebie. Nawet jeśli coś dostaję od kogoś, to czuję się głupio, jestem skrępowana, zażenowana, wreszcie nawet zła, bo mi się wydaje, że to z litości.  I tak nakręcam sama siebie.

– Elka, jak zaczęłaś to zauważać, znaczy: rozwijasz się… No co? Tak piszą w poradnikach. Najwyraźniej zrobiłaś wielki krok na nowej drodze życia…

– Jakiej…

– Cicho! Jak mnie rozbudziłaś to teraz słuchaj – ziewnęła Kasia. – Zrobiłaś krok na drodze ku zmianom i nowemu życiu, tak to się mówi. Może wreszcie powinnaś przestać się ukrywać przed niektórymi ludźmi i się z nimi spotkać. W końcu już tak dawno odzyskałaś niepodległość, że możesz…

– Co zrobiłam?

– O matko, rozwiodłaś się kobieto, jesteś wolna, dzika, niepodległa…

– Głupia, ty znowu swoje…

– Bo mam rację. A teraz daj mi spać, błagam cię, jutro pogadamy. I tak cię kocham, pa.

Ziewająca Kasia odłożyła telefon i zgasiła światło. Dżemcio wrócił z ogródka. Elżbieta została sama ze swoimi myślami, które wbrew jej woli krążyły wokół Winicjusza i przesuwały przed oczami obrazy wspomnień ze spacerów pienińskich… Dlaczego one uważają, że Winicjusz nie zrobił niczego złego zatajając przede mną prawdę? To mnie mają za złe, że nie chcę się z nim spotykać, małpy jedne…Ale fakt, strasznie dużo czasu już upłynęło…

„Wiesz co? Nigdy nie będziesz szczęśliwa, bo szczęście to wartość, którą można odnaleźć tylko w sobie, na zewnątrz jej nie ma. A jeśli nie możesz jej odnaleźć to przyczyna tkwi w tobie”. Tak jej powiedział po sławetnym grillu u Teresy, kiedy na siebie wpadli w Hicie i próbował namówić ją na spotkanie o bardziej intymnym charakterze. Ale nie był zły ani obrażony, oczy mu błyszczały jak woda w Dunajcu… Nie, nie będzie o tym myśleć. Nie czas na sentymenty i urojenia. Trzeba się po raz kolejny zmierzyć z rzeczywistością. Teraz – to ona musi znaleźć jakiś sposób, żeby uwolnić się od potwora, z którym mieszka. Chwilowo go nie ma więc może oddychać pełną piersią. Wkrótce jednak wróci i znów zacznie ją dręczyć.

Zaparzyła sobie herbatkę z podwójnej melisy na uspokojenie  i wreszcie usnęła ukołysana kocim mruczeniem. Przyśnił jej się towarzysz pienińskich wycieczek… Gwałtownie wyrwana ze snu dzwonkiem telefonu usiadła na łóżku. Objęła kolana ramionami, oparła na nich brodę. Telefon dzwonił i dzwonił. Drżała na całym ciele, jej dusza jeszcze przebywała w krainie snów… Nie czuła się na siłach rozmawiać z kimkolwiek. Telefon wreszcie przestał dzwonić. Znudziło mu się albo się zmęczył, pomyślała. Po dłuższej chwili oprzytomniała. Zerknęła na zegarek. O rany, jak późno! Niemożliwe! A psice jej nie obudziły? No tak, nie spała prawie do rana i dlatego jest nieprzytomna. A psice są mądre i dobrze wiedzą, że jak pani śpi to nie należy jej budzić bez istotnej przyczyny. Co innego, gdy już usiądzie albo otworzy oczy, wtedy można domagać się paninej uwagi, żarełka, spaceru i pieszczot. Podniosła się i zerknęła kto dzwonił. Kaśka. Wzięła do ręki pilot od telewizora leżący obok telefonu, wcisnęła domowy numer Kasi i zdziwiła się nie słysząc sygnału. Popsuł jej się aparat, czy co? Za drugim razem powtórzyła dokładnie to samo i dopiero wtedy zorientowała się co robi. Odłożyła pilot  a wzięła telefon.

– Coś chciałaś? – spytała usłyszawszy głos przyjaciółki.

– Obudzić cię, żebyś poszła ze mną na giełdę. Dawno nie byłam, mam straszna ochotę pogrzebać w szmatach – odpowiedziała Kasia.

– Niech ci będzie, możemy się zrelaksować przy sobocie. Byłaś już z psem?

– Pewnie, przecież dawno wstałam.

– Ja dopiero pójdę. Umówmy się przy kamieniu za godzinę. Może być?

– Zgoda.

Poszły w stronę giełdy.

– Jesteś zakutą, beznadziejnie zakutą pałą – zaczęła z grubej rury Kasia. – Zdecyduj się wreszcie co naprawdę czujesz.

– Niby względem czego?… Sama jesteś zakuta pała!

– Nie czego tylko kogo. Nie udawaj, że nie wiesz, iż chodzi mi o Winicjusza.

– Aa, o to chodzi…Tak naprawdę… sama nie wiem…- przyznała niechętnie.

– No, nareszcie – w głosie Kasi zabrzmiał nieskrywany tryumf.

– Co: nareszcie?

– Nareszcie się przyznałaś, a to już połowa sukcesu.

– Do czego się przyznałam? – zdumiona Ela przystanęła na chodniku.

– Że nie wiesz.

– Głupia, wielki mi sukces – ruszyła do przodu tak gwałtownie, że Kasia potknęła się o Elki wózek na zakupy, który nagle znalazł się przed jej  nogami.

– Chciałaś mnie unieszkodliwić – stwierdziła z pretensją w głosie. – Nic ci to  nie pomoże, nie umkniesz przede mną. Teraz porozmawiamy o plusach twojej historii pewnej znajomości.

– Co za plusy? Jakie plusy? Nie ma ich. Niepotrzebnie uruchomiłam wyobraźnię, pozwoliłam się rozhuśtać emocjom i teraz mam problem

– Oj, masz problem, faktycznie.

– Przecież mówię, że mam. Muszę uspokoić się, wrócić do stanu równowagi i żyć normalnie dalej.

– Jak? Bez niego?

– Nie wiem…

– Przyznaj się dziewczyno sama przed sobą, że ci na nim zależy, że przed „erą Winicjusza” twoje życie było puste i beznadziejne, bo lizałaś rany po tym fatalnym małżeństwie i leczyłaś  zbolałą duszę…

– A skąd wiesz – przerwała przyjaciółce – czy moja dusza nadal nie jest zbolała? I co, mam jej jeszcze dokładać nowych boleści?

– Ty durna babo – pieszczotliwie rzekła Kasia. – Ty durna babo, przejrzyj wreszcie na oczy. Od powrotu ze Szczawnicy wyglądasz inaczej, myślisz inaczej i bez względu na bzdury jakie pleciesz, przypominasz nie martwą kukłę, ale kobietę z krwi i kości. Przynajmniej trochę…- zdążyła się nieco odsunąć od przyjaciółki, zatem otrzymany kuksaniec stracił zamierzony impet.

Ze śmiechem zrobiły zakupy dla domu, bo obowiązek na pierwszym miejscu i dopiero wtedy weszły do szmateksu.

– Należy nam się trochę przyjemności – oświadczyła Kasia radośnie i ruszyła na polowanie. Ela skierowała się w stronę przeciwną. Wśród wiszącej garderoby wyszukała ładną sukienkę. Zdjęła kurtkę, kamizelkę i założyła sukienkę na spodnie. Obejrzała się dokładnie w lustrze, oględziny wypadły pomyślnie. Wyszperała jeszcze kilka innych fajnych ciuchów, włożyła wszystkie do reklamówki, zważyła i zapłaciła. Kasia też coś wybrała dla siebie, obie zadowolone skierowały się do wyjścia. Już w drzwiach Ela poczuła, że coś jej wystaje spod kurtki.

– Co to? – zdziwiła się. – O matko! Sukienka! Czy ty nie widzisz, że wychodzę w obcej sukience? – spojrzała z pretensją na przyjaciółkę.

Wróciła, zdjęła ciuch, zważyła, zapłaciła.

– Czegoś mi brakuje, jakoś mi łyso – zastanowiła się. – Rany koguta, gdzie moja kamizelka?

Kasia rozejrzała się bezradnie. Zatrzymała wzrok na dużej reklamówce, w której były zakupy Elżbiety. Wystawał stamtąd fragment Elcynej kamizelki.

– No nie wytrzymam – parsknęła śmiechem. – Zapłaciłaś za własną kamizelkę.

– Zgłupiałam dzisiaj czy co? Rano próbowałam do ciebie zadzwonić pilotem od telewizora – jęknęła Ela.

– I co? Nie dało się? – zwijała się Kasia ze śmiechu. – Nie martw się. Ja ostatnio liczyłam na kalkulatorze i pisałam cyfry na kartce, wreszcie patrząc na wypisane cyferki wciskałam kilkakrotnie przycisk kalkulatora dziwiąc się, że nie znikają.

W doskonałych humorach wróciły do domów. Kasia wzięła się za pranie i sprzątanie, żeby synkowi nieco poprawić warunki życia bez mamy. Elżbieta za gotowanie obiadu ponieważ umówiła się ze swoimi chłopcami, że po południu obaj do niej przyjdą. Próbowała przy każdej okazji budować między nimi braterskie porozumienie. Wieczorem zaś miały spotkać  się u Kasi na babskie pogaduchy.

– Jestem zmęczona pracą – powiedziała Kasia. – To znaczy nie samym wykonywaniem czynności, co ciągle powtarzam, ale stosunkami miedzy ludźmi. No wiecie, ogólną sytuacją…

– Tak – wtrąciła Adelka. – Ogólna sytuacja przekłada się na szczególną i szczególniejszą…

– Niby cię rozumiem, ale mogłabyś sprecyzować co masz na myśli? – spytała Ela.

– Jasne – zgodziła się Adelka. – Ja mogę obserwować rzeczywistość z większym dystansem. Jestem na szczęście na emeryturze, pracuję bo chcę, a nie muszę i na dodatek mam gdzie. Jestem więc w komfortowej sytuacji w przeciwieństwie do was, dlatego moje obserwacje są mniej naładowane emocjami niż wasze. A chodziło mi o to, że ogólna sytuacja w kraju wpływa na wszystkie grupy ludzkie, jakbyś nie dzieliła, czy pod kątem zawodowym czy społecznym, po czym dochodzi do poszczególnych osób.

– Aleś się natrudziła – skrzywiła się Elka. – Myślałaś, myślałaś aż wymyśliłaś.

– Chciałaś to ci powiedziałam – obruszyła się Adelka. – Może nie mam racji?

– Ależ masz, oczywiście, że masz – zgodziła się Ela. – Tylko myślałam, że się odniesiesz do zmęczenia i sytuacji Kasi.

– Wybacz moja droga, ale ja nie odpowiadam za to co ty myślisz, że ja myślę i to jeszcze odnośnie Kaśki.

– Czy mogłybyście się przestać odnosić do mnie? Nie dacie mi skończyć wypowiedzi tylko się mnie czepiacie.

– My? – zgodnie zamrugały rzęsami. – A w życiu.

– My się nie czepiamy – wyjaśniła Ela, – tylko się o ciebie troszczymy.

– No właśnie, troszczymy się o ciebie – dodała Adelka, – bo chcemy, żebyś była bardzo szczęśliwa w nowym małżeństwie.

– Przecież jestem. Bardzo. Problemy dotyczą całkiem innej sfery.

– No dobrze, to już nie będziemy ci przerywać. Prawdaż Adelciu?

– Nie, nie będziemy, tylko nalej najpierw tego dobrego miodu i możesz mówić choćby do rana, nieprawdaż Elciu?

Kasia posłusznie wzięła dzbanek i nalała.

– Ktoś trafnie określił, że teraz mamy złote czasy paranoi – podsumowała.

23.03.2018

  • nie-okrzesana Dobre przyjaciółki to naprawdę skarb.
  • kobietawbarwachjesieni A ja się już zastanawiam, co będzie dalej. Pojawi się w końcu ten Winicjusz z błyszczącymi oczami, czy nie?
  • krzysztof213 Będzie książka hmm
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Barwne te postaci, fajne dialogi i miło poczytać o udanej przyjaźni.
    Dobre uczucia tutaj rządzą…
    Miłego weekendu Aniu :)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Jasne, przyjaciółki to skarb, masz absolutną rację:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Pojawi się, pojawi, przecież musi. Co by to była za bajka gdyby się nie pojawił:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) To jest powieść, w odcinkach prezentowana:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Złego wokół dużo, więc chociaż w bajkach niech będzie dobrze, żeby podczas czytania złapać oddech na dalsze życie w realu.
    Dobrego tygodnia, dziś poniedziałek, niech się dobrze zacznie, Kasieńko:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dobranoc:)))

Obiecałam sobie, że poza weekendami pisać będę codziennie. Muszę dotrzymać, ponieważ jeżeli raz sobie odpuszczę, zrobi się takich wyjątków więcej i co z samodyscypliną, którą mam ćwiczyć? No właśnie, więc ćwiczę:)))
Byłam u Calineczki, jest coś niesamowitego w fakcie, że taki malutki szkrab zmienia się nie tylko codziennie, ale dosłownie zdarzają się skoki rozwojowe jeszcze szybsze. Na przykład idzie spać i budzi się już inna, z nową umiejętnością, jakby we śnie otrzymała instrukcję:))) Skończyła pół roczku, jest bardzo
pogodna, odkrywa świat, dziś np. uśmiechała się całą buzią na widok „dzidzi” w lustrze, próbowała rączką dostać do rączki swego odbicia, a widok rozradowanej buźki z dwoma ząbkami na dole – bezcenny!
Co poza tym? Babcia D. wczoraj wyszła z domu, po raz pierwszy chyba od 2 miesięcy (nie licząc wizyt u lekarzy) i poszła sobie kupić gazetę. Na śniadanie zjadła dwie parówki! Cud prawdziwy i z tego można się cieszyć.

A drugie poza tym – jestem zmęczona i idę spać. Dobranoc:)))

22.03.2018

  • kotimyszkot Miło poczytać dobre wieści 🙂 Dobranocki!
  • annazadroza Myszokocie:-) Dzięki:) Pozdrowienia najserdeczniejsze:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Podziwiam Cię Aniu z tym postanowieniem i realizacją codziennego
    pisania. Trzeba jednak mieć DAR żeby codzienne sprawy ubrać w słowa.
    Przez to moje ,,skurczone życie,, rozmyślałam o założeniu bloga
    ale mam taki marazm życiowy i myślowy że nie dam rady. A może
    mam jakieś blokady ? Sama nie wiem.
    serdecznie pozdrawiam + uśmiechy
  • annazadroza Kasiu:-) Może przyszła pora, żeby się przełamać? Ja rok temu tez się bałam, ale się odważyłam i naprawdę jestem zadowolona, że zdobyłam się na odwagę. To jakby drugie życie, nowe znajomości – takie fajne miejsce, „kącik” do którego zaglądają dobre duszyczki. Motywuje też wtedy, kiedy się okrooopnie nie chce. Przytulanki Kasieńko:)))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl A ja jednak mam wrażenie że to wszystko ( w sensie komentarzy ) jest tylko
    do pewnego momentu…zażyłości. Ja szukam czegoś bardziej osobistego.
    Tutaj trudno mi to szerzej określić, ale chyba mnie rozumiesz.
  • urszula97 Miło się czyta takie wieści,maluszki zaskakują,nasz podjął próbe przewracania się na brzuch,robi to już ale jeszcze nie wie co tą ręką zrobić którą tułowiem sobie przywala,
  • annazadroza Kasiu:-) Może jest taki pierwszy moment przełamania blokad, który pozwoli potem pójść dalej? Gdybyś zdecydowała się na pisanie na własnym blogu udałoby Ci się je pokonać?
    Tak pięknie powiedziałaś o moim pisaniu, że ciepło mi się na sercu zrobiło, dziękuję Ci:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Maluszki są najcudniejsze na świecie:) Moja malutka też do niedawna nie radziła sobie z rączką, ale już umie ją sobie spod brzuszka wyjąć. Szybko się uczą:)))
 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Bez jaj?

Wiatr lodowaty jak na Antarktydzie. Pewnie, że przesadzam, ale okropnie nie lubię zimna. Śniegu też nie lubię, bo jak można go lubić 21 dnia marca? Powinno być cieplutko, wiosennie, słonecznie. Znowu przesadzam, słonecznie jest. Tylko czemu ten wiatr wpycha mi powietrze do płuc, że oddychać trudno? Marudzę, bo jakaś niepozbierana dzisiaj jestem. Głowa mnie pobolewa, leń jakiś mnie ogarnął, wczoraj po powrocie od malutkiej ani ręką ani nogą ruszyć mi się nie chciało. Może mój organizm sugeruje, że wiosna bliżej niż nam się zdaje i odbiera od niej sygnały? Tata był wrażliwy na wszelkie zmiany w aurze i mawiał, że
zanim barometr pokaże tę zmianę – on już wie, że nastąpi, bo ją czuje. Jeśli mój paskudny humor miałby oznaczać nadejście wiosny, to już niech i tak będzie, oby wreszcie dotarła do nas.
Poszłam po zakupy, bo była taka konieczność. A tu świąteczny nastrój, dekoracje, słodycze, cuda-niewidy. Trochę się rozruszałam, ale nie fizycznie, o nie, to tylko szare komórki mi podpowiedziały, żeby kupić pieczarki. Znaczy – zadziałały, skojarzyły te komórki, że kilkakrotnie przed Wielkanocą były problemy z
pieczarkami i – zaskoczyły. Bo przecież jajka z pieczarkami być muszą, bez tego święta się nie liczą. Poza tym to są przecież jajkowe święta, więc jak to by mogło być, bez jaj? Inne smaki faszerowanych jajek przegrywają, pieczarki mają bezapelacyjnie pierwsze miejsce. Zmobilizowałam się na tyle, że przerobiłam trzy
opakowania grzybków, pokroiłam na drobniutko i się smażą. Jak odparują pójdą do zamrażalnika i będą czekać. A ja będę miała jedną czasochłonną rzecz z głowy.
I dalej mi się nic nie chce… O matko, jeszcze naleśniki dla młodych! Przecież obiecałam!

21.03.2018

  • aga-joz Faktycznie, pieczarki- trzeba dodać do listy zakupów.
    Ja nie kroję ich, tylko ścieram na tarce, na tych grubszych oczkach, jak dla mnie szybciej- bo jestem na ogół kuchennym leniem
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Fajnie się czyta. Nie wiem czy lubisz awokado, ostatnio zrobiłam pastę ucieramy awokado z czosnkiem, oliwą z oliwek i solą, smaujemy nią chlebek pod wędliny, serek lub samą, ja lubię.
  • kasiapur Oj, ja też ledwo ciągnę …Byle do kwietnia, mam nadzieję że jakoś
    przybędzie nam sił.
    Trzymaj się Aniu 🙂
  • kobietawbarwachjesieni Nie przepadam za gotowaniem. Jak już koniecznie trzeba, to się jakoś mobilizuję, ale za gotowanie biorę się bez zapału, można powiedzieć, że z konieczności, bo wiem, że nikt inny za nie się nie weźmie.
  • kolewoczy Wczoraj bałwana lepiłam 😉 A dzisiaj śniło mi się, że do południa śnieg całkiem się roztopi!! trzeba wziąć kalosze 😉
    Wiem, że to nieprawdopodobne, ale odkąd 30 lat temu dostałam zatrucia po pieczarkach, nie jem ich. Dla mnie to nie grzyby.
  • urszula97 Akurat mocno świeci słońce,śnieg zniknął, wczoraj był taki wiatr,dzisiaj spokojnie,może to już nadchodzi,powolutku codziennie coś robię oby się nie przemęczyć,teraz medytuję czy umyć okno balkonowe ,czy pastować meble,pozdrawiam.
  • e.urlik Nie mogę o pieczarkach teraz pomyśleć, bo dwa dni temu piec się zepsuł (jakaś epidemia chyba), w domu coraz zimniej, trzeba napalić w kozie a ja siły nie mam, zupełnie jak ty, Aniu. Dziś ma przyjść magik i może nie będę musiała w kocu chodzić. Eh, wiosna, zawsze coś.
  • annazadroza Ago:-) Na tarce ścieram pieczarki wtedy, kiedy używam ich do kotletów, albo do pasztetu, albo do farszu naleśnikowego. Do jajek faszerowanych kroję drobno i to jest bardzo wkurzająca czynność. Ale wyjścia nie ma, chłopcy od małego uwielbiali je w takiej właśnie postaci i chcieli, żebym „zrobiła 1000 jajek”. Tysiąca się nie doczekali, lecz wystarczająca ilość być musi:)))
  • annazadroza Legendarna:-) Jak miło, że jesteś:) Pomysł na pastę kupuję. Jutro po zakupy pójdę, to awokado wrzucę do koszyka. Kiedyś mi smakowało w takiej postaci, że smarowałam nim chleb, na to pomidor w plasterku i zioła prowansalskie. Od dawna już nie używałam, dzięki za przypomnienie, wszak awokado to samo zdrowie:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Ja kwietniowe dziecię, więc z niecierpliwością czekam na napływ sił witalnych. Też się trzymaj Kasieńko:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Marysiu:-) Może bez zapału, ale jestem święcie przekonana, że robisz to po mistrzowsku i dzieci i wnuki uwielbiają Twoją kuchnię:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Pieczarkami się zatrułaś? Nieprawdopodobne. Może to jakieś oszukane, zbierane na polu były, może po nawozach sztucznych? Współczuję, a jajka z pieczarkami takie dobre;)
    A jak bałwanek? Jest jeszcze czy się rozpłynął? U mnie cieplej, słońce było lecz zimny wiatr dalej wiał. Kalosze na razie nie są potrzebne ani we śnie ani na jawie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Okna brudne, lecz wiatr zimny i boję się przeziębić, żeby malutkiej nie zanieść jakiegoś choróbska. Czekam z utęsknieniem, żeby się cieplej zrobiło i żebym je wreszcie mogła umyć, bo już patrzeć na nie nie mogę. Jutro usiądę i zrobię plan działania i menu, to lubię:))) Najlepiej – jak Ty – pomału wszystko sobie robić, żeby nie zostawić na ostatnią chwile zbyt wiele do zrobienia. Pozdrawiam również:)))
  • annazadroza Ewo:-) No to ja Ci współczuję, bo wiem co znaczy zimny grzejnik. Chociaż – na szczęście – tylko jeden odmówił współpracy i teraz go już wymieniać nie będziemy, zima się zaraz skończy, właściwie już po niej, grzejemy na razie dmuchawą i wystarcza. Ale Tobie życzę szybkiej wymiany zepsutego pieca i niech Ci ciepło będzie oraz błogo:)))
  • kotimyszkot Jeszcze nie próbowałam z pieczarkami.. hm było z tuńczykiem, ze szczypiorkiem, może pora na nowości.. Na razie zbieram łuski cebulowe do barwienia jajek – i tyle w temacie przygotowań przedświątecznych 😉 Pozdrawiam ciepło 🙂
  • annazadroza Myszokocie:-) Spróbuj, są przepyszne. Tylko nie z utartymi lecz pokrojonymi pieczarkami, mają lepszy smak i konsystencję. Znaczy – farsz ma. Aha, robię najprościej – obieram jajka na twardo, kroję na pół, żółtka ucieram/mieszam z usmażonymi pieczarkami+pieprz+sól+odrobina majonezu i gotowe. Są inne skomplikowane bardziej sposoby, wypełnianie skorupek, smażenie – ale to już nie dla mnie.
    Cebulę już mam, zawsze barwię w łuskach i wychodzą niepowtarzalne, każde jajko inne w zależności od tego, jak łuska je oblepiła podczas gotowania. W dzieciństwie wydrapywaliśmy wzory na zabarwionychskorupkach ostrym szpikulcem, była zabawa przy tym:)))
  • krzysztof213 Bez jaj .
    Ja lubię zimę ale taką prawdziwą i książki są ok tylko trzeba myślę mieć czas i chęci na nie.zwiedzając czas i świat .
    Pieczarki lubię można zrobić farsz na zapiekanki lub zrobić z sosem
  • annazadroza Krzysiu:-) Jaja z pieczarkami są naprawdę pyszne:) A jaki sos robisz do pieczarek? Ja duszę je z cebulką i dodaję śmietanę.
    Zima za oknem i książka w ręce – to jest bardzo dobre połączenie, byle nie trzeba było wychodzić na zewnątrz, brr. A teraz czas na wiosnę:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 29

Kasia w środku nocy zerwała się na dźwięk swojej komórki oznajmiającej o odebranym esemesie. Nieprzytomna, usiłowała ją wyłączyć, żeby Era znów nie obudziła Mikołaja. Operator miał dziwny zwyczaj przysyłania o nieludzkich porach esemsów z różnymi  informacjami. Odwróciła się sprawdzić czy mąż śpi, a jego nie ma! Chwila paniki i … błysk zrozumienia. Przecież ona jest na Ursynowie, a sms przysłał Kamil, że wróci rano, bo jest na koncercie.

Promienie słońca obudziły Kasię na dobre kilka minut po szóstej. Otworzyła oczy zupełnie przytomna. Poczuła przyjemną miękkość Kicinego futerka ponieważ pełna szczęścia Kicia spała przytulona do paninego policzka. Dżemik pochrapywał tuż obok wersalki. W nocy kilkakrotnie sprawdzał czy pani na pewno jest, czy gdzieś nie zniknęła. Tęsknił bardzo i czekał chwili, gdy znów wyczuje ją stojącą za drzwiami na korytarzu. Nieruchomiał wtedy, stał patrząc i węsząc z niedowierzaniem, i dopiero kiedy upewniał się, że to naprawdę jego pani, rozpoczynał szaleńczy taniec radości.

Kasia nie ruszała się, żeby nie wyrwać Dżemusia ze snu. Niech sobie bidulek pośpi ze świadomością, że jestem przy nim, pomyślała sięgając ręką do czarnego futerka. Z rozkoszą wtuliła policzek we własną poduszkę we własnym domu. To był problem, jej problem, którego wcześniej nie wzięła pod uwagę. Tęskniła za domem. Potwornie, okropnie, strasznie, beznadziejnie. Przez pierwsze tygodnie płakała z tęsknoty. Znienawidziła wszystkie dzielnice Warszawy, które nie były Ursynowem. Najpierw pomyślała, że zwariuje, nie wytrzyma. Nie wytrzyma z dala od domu i nie wytrzyma z dala od Mikołaja. Sytuacja bez wyjścia. Ryczała jak bóbr zamykając się w maleńkiej łazience męża. Mieli w planie kupno większego mieszkania i Kasia wiedziała, że musi być na Ursynowie. Ze względu na astronomiczne ceny mogłoby mieć metraż tylko niewiele różniący się od obecnego Mikołajowego. Trudno. Za to będzie u siebie, koło domu. Może komuś wydawać się to nienormalne lecz na uczucia nie ma rady. Ona, Katarzyna, nie potrafi żyć gdzie indziej, w każdym innym miejscu będzie nieszczęśliwa. Nie mogły w tej materii pomóc niczyje rozsądne, logiczne wywody. Na razie musiało pozostać jak jest dopóki nie znajdą tego, co ma być na zawsze. Nie umiała myśleć: u nas. Myślała: u mnie, u Mikołaja. Dopiero przyszłość miała przynieść: u nas. Wtedy, kiedy będzie prawdziwy dom, prawdziwe życie, blisko chłopców i przyjaciółek, na swoim terenie łowieckim – jak to określała – rozciągającym się od ulicy Indhiry Gandhi  do linii Lasu Kabackiego. Teraz uczyła się  nowego życia, życia z drugą osobą obok siebie. Bliską, kochaną ale dorosłą, mającą swoje doświadczenia i przyzwyczajenia. Nawiasem mówiąc było to – chwilami – trudne.

Słońce zapraszało do opuszczenia łóżka i wyjścia na zewnątrz. Kasia z miłością rozglądała się po swoim ukochanym pokoju, który urządzała pod własnym kątem myśląc, że dzieci kiedyś dom opuszczą i ona w nim zostanie sama. A tu los jej spłatał niespodziewanego figla. A może to nie figiel ale nagroda za lata gehenny przy boku Jerzego, za męki przeżywane samotnie na wywiadówkach w szkole najpierw u Łukasza, potem u Kamila.? Oj, dali jej popalić, dali. Cud, że nie oszalała. Właśnie, nie oszalała, żeby leżeć w łóżku i marnować czas, szkoda życia. Trzeba wykorzystać ładną pogodę i przelecieć się z Dżemusiem do Hita piechotą, sprawdzić co się zmieniło w podczas zimy.

Wstała, Dżemik wodził za nią oczami zaniepokojony czy pani nie zniknie.

– Zaraz pójdziemy na długi spacer, mój ty skarbie kochany – uspakajała ulubieńca. – Naprawdę zaraz pójdziemy na spacer.

Zrozumiał, oczywiście, jak na mądrego psa przystało. Kasia szybko wskoczyła pod prysznic stawiając uprzednio czajnik z wodą na małym gazie. Po kilkunastu minutach z kubkiem pachnącej kawy w ręce stała patrząc przez okno na miejsce budowy osiedla Pod Brzozami na KEN-ie, rozpoczętej niedawno i szybko zmieniającej wygląd alei. Pomyślała, że tutaj chętnie by zamieszkała, nie przeszkadzałby jej ruch na jezdni. Można się jedynie obawiać trasy szybkiego ruchu, którą straszą od trzydziestu lat, a która ma przebiegać przez teren giełdy Na Dołku. Dżemik usiadł u stóp pani i wydawał rozmaite dźwięki – a miał ich niemały repertuar – ponaglając i przypominając o swojej obecności.

– Już idziemy. Widzisz, ubieram się – tłumaczyła Kasia. – Popatrz, mam buty na nogach. Klucze, gdzie są klucze? O, już są. Widzisz? Jeszcze smycz, chodź.

Dżemuś tańczył z radości pod drzwiami.

– Cicho bądź, nie budź Kamila, niech sobie pośpi, przecież dopiero wrócił – uciszała kudłatego pupilka

Cieszyła się, że śnieg wreszcie stopniał, zrobiło się ciepło i mogła iść daleko, aż pod las. Bardzo jej brakowało spacerów. W ogóle brakowało jej teraz ruchu. Przedtem robiła około dziesięciu kilometrów z Dżemikiem, nie jadała obiadu składającego się z dwóch dań. Cóż, zmiana trybu życia nie mogła pozostać bez następstw. Do Mikołajowego mieszkania wjeżdżała windą, mąż zawoził ją do pracy samochodem, na dodatek musiała jeść obiad i jeszcze kanapki w pracy, które troskliwy Mikołaj robił jej co rano. Stwierdziła, że waga ciała zwiększyła się niepokojąco i postanowiła położyć temu kres. Koniec, nie może pozwolić sobie na to, by stać się paskudną, grubą starą babą! I do tego zrzędzącą. Za nic na świecie! Mikołaj co prawda nie zauważył, żeby zrzędziła, jej się natomiast zdawało, że narzeka bezustannie, a Mikołajowi jest przykro z tego powodu. A była to tylko tęsknota za domem i za Ursynowem. Tak minęły trzy miesiące od ślubu. Pomału zaczęła przyzwyczajać się do nowej sytuacji, poukładała sobie tygodniowe czynności i rzeczy w szafie. Postanowiła czas wykorzystywać do maksimum, nie marnować ani chwili tak, żeby i na Ursynowie i u Mikołaja w mieszkanku wszystko było dopilnowane, zorganizowane, posprzątane, żeby wiedziała co i gdzie się znajduje. Niezupełnie udawało się dotrzymać postanowień. Nieraz myliło jej się, które ciuchy gdzie przewiozła, na przykład szukała dżinsów na Ursynowie, żeby je ubrać a one już były na Siekierkach i tak z wieloma rzeczami. Traciła cierpliwość coraz bardziej, do tego irytowała ją ciasnota i kompletny brak przestrzeni. Uświadomiła sobie, że tak będzie dopóki nie znajdzie odpowiedniego mieszkania. Zaczęła przeglądać wszystkie możliwe oferty sprzedaży lokali na internetowych stronach biur nieruchomości,  zarówno z rynku pierwotnego jak i wtórnego. Pomyślała, że ludzie kompletnie powariowali żądając za stare mieszkania w blokach z wielkiej płyty takiej samej ceny jak za nowe, budowane z cegły. Cóż, ceny tak czy owak były horrendalne, nie na możliwości zwykłych ludzi. Musiała pogodzić się z faktem, że szybko swojej sytuacji mieszkaniowej nie zmieni. Szukała jednak bezustannie mając świadomość, że dopiero w nowym miejscu zacznie normalnie funkcjonować. W końcu zdarzają się cuda na świecie, dlaczego nie miałby się jej zdarzyć? Gdyby tak wygrana w lotka… Pomarzyć dobra rzecz, problem rozwiązałby się natychmiast. Był czas, że marzyła o własnym domku z ogródkiem, nawet trafiła na idealny projekt, sprawdzała ceny działek…i równie dobrze mogłaby chcieć działki na księżycu. A gdyby nawet się udało nabyć kawałek ziemi, musiałaby mieszkać w szałasie z gałęzi albo siedzieć w kucki pod parasolem…

Idąc z Dżemusiem nie mogła sobie pozwolić na dłuższe, absorbujące uwagę rozważania. Musiała mieć oczy szeroko otwarte, żeby Dżemik kogoś nie skubnął albo sam nie został zaatakowany. Rozejrzała się więc gdzie bezmyślnie doszła i zauważyła rzecz ciekawą. Otóż przy Nowoursynowskiej była budowa rozpoczęta dawno, dawno temu lecz sprawiająca wrażenie martwej, bo nic się tam nie działo. Do tej pory. Teraz spostrzegła jakiś ruch. Wyraźnie komuś zaczęło zależeć na dokończeniu inwestycji. Przyjrzała się uważnie budynkom. Wyobraźnia podsunęła jej obraz małego mieszkania z oknem sypialni wychodzącym na cichą, małą uliczkę od strony Wilanowa, na konie galopujące za ogrodzeniem, bo tam właśnie były stajnie. Tu mogłaby zamieszkać na zawsze.

Mikołaj realistycznie podchodzący do życia nie był przyzwyczajony do funkcjonowania w stanie euforii, a w takim znalazła się Kasia. Próbował jej wytłumaczyć, że niestety, środków na mieszkanie nie da się zgromadzić natychmiast i pewnie w ogóle, bo ceny… Nie przyjmowała do wiadomości niczego, co byłoby sprzeczne z jej marzeniem. Zaraziła wreszcie męża entuzjazmem do tego stopnia, że umówił się na spotkanie z agentką i poszedł obejrzeć mieszkanie. Wrócił z mieszanymi uczuciami. Mieszkanie mu się podobało, ale poza ceną coś jeszcze go niepokoiło. Miał wrażenie, że kobieta jakoś kręciła, na temat notariusza nie chciała rozmawiać, jakby przypadkiem kilkakrotnie zmieniła temat.

Kasia nie przestawała marzyć. Tylko w ten sposób wytrzymywała bezustanne przemieszczanie się po całej Warszawie. Czekała z utęsknieniem na zapuszczenie korzeni w nowym miejscu.

20.03.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

PIT-OP

Wydrukowała mi synowa PIT-OP, żeby można było 1% przekazać na wybrany cel. Dobrze, że uproszczono tę procedurę dla emerytów, bo o wiele łatwiej będzie zrobić dobry uczynek. Przedtem musiałam Dużego prosić, żeby całego PIT-a za mnie rozliczał, teraz wystarczy druczek nieskomplikowany samemu wypełnić.
Ten 1% to niby grosze – mógłby ktoś powiedzieć – ale każdy grosz do grosza i wspomóc można. Wspomagam oczywiście zwierzęta pokrzywdzone przez ludzi.
Mam wypisane trzy organizacje, podam tutaj, bo może ktoś skorzysta.

KRS 0000464918 / cel szczegółowy „Przystań Ocalenie”- Ćwiklice
KRS 0000135274 / cel szczegółowy „Korabiewice”
KRS 0000217180 / cel szczegółowy „Duch Leona”

Do Centaurusa wysyłam sms-y kiedy mam na to środki w komórce. Tyle mogę zrobić, więcej nie dam rady poza dobrą myślą i dobrymi życzeniami wysyłanymi do wszystkich, którzy mają w sobie empatię.

19.03.2018

  • veanka U nas też 1% idzie na ten cel, czyli na schronisko dla bezdomnych zwierząt w Celestynowie.
    Kiedyś, co jakiś czas jeździłam tam z darami, ale bardzo mnie to dołowało i teraz mam zlecenie, że co miesiąc (dopóki mnie na to będzie stać) określona kwota jest na konto schroniska przesyłana.
  • annazadroza Veanko:-) Jechać nie dałabym rady, zapłakałabym się na śmierć nie mogąc wszystkich biedaków zabrać do siebie, taka głupia jestem. Mały ze swoją połowicą zawożą zebrane rzeczy, ona też bierze udział w warsztatach Fundacji „Duch Leona” Sylwii Najsztub.
    Do Celestynowa kiedyś też co miesiąc wysyłałam datek, dopóki mogłam. Teraz sporadycznie wspieram w miarę możności.
  • e.urlik Aniu i inne dziewczyny, jesteście wielkie, jesteście kochane, jesteście wspaniałe! Nikt tak nie potrzebuje pomocy jak te biedaki najkochańsze. Mój facet wysyłał na hospicjm, ale ubłagałam, żeby oddawał zwierzakom. (ja nie pracuje tutaj, więc nie płacę podatków). Byłoby super byś strasznie bogatym i wspomagać wszystkie stworzenia duże i małe, od słoni po żaby i jeszcze Amazonię. A na pewno stworzyć obóz koncentracyjny dla kłusowników, myśliwych, katów zwierząt, nieludzkich hodowców i wszystkich tych zwyrodnialców.
  • babciabezmohera ŻADNYCH obozów koncentracyjnych! ŻADNYCH!!! i NIGDY!!!
  • annazadroza Ewuś:-) Tych zwyrodnialców to bym chciała jakimiś czarami zmienić w dobrych ludzi, żeby odczuli całe zło jakie zrobili. I czuliby wtedy nieodparte pragnienie naprawienia krzywd.
  • annazadroza BBM:-) ŻADNYCH!!! NIGDY!!! NIGDY!!! NIGDY!!!
  • e.urlik Dzisiaj umarł ostatni samiec nosorożca białego. Ostatni. Ziemia straciła kolejny, piękny gatunek.
  • irsila Sorry gregory,
    ale ja długich tekstów nie czytam,
    ani nie komentuję.
    Jedynie tylko tym komentarzem się odwzajemniam,
    że w moim ogródku z racji pisania mego bloga
    manunatura.blox.pl/html
    coś tam skomentowałaś.
  • irsila U mnie małż wypełnia pit i nic nikomu nie przekazał,
    bo zapomniałam powiedzieć.
    Dla psów ciężkie czasy u nas nastały,
    coraz więcej tabliczek: zakaz wyprowadzania psów.
    Drugi rok nie mam psa, odeszła po 13 latach na raka.
  • annazadroza Ewo:-) Smutna wiadomość. Dlaczego człowiek musi niszczyć życie wokół siebie? Tak samo inne gatunki jak i własny gatunek, niczego nie potrafi uszanować, zarzuca świat tonami śmieci i dusi złą energią nienawiści.
    Pocieszające – w minimalnym stopniu – to budząca się świadomość wśród ludzi, że trzeba zadbać o naszą Matkę-Planetę, zaopiekować się bezbronnymi istotami, zwierzętami krzywdzonymi przez podłe dwunożne istoty… mimo, iż w dalszym ciągu są takie krwiożercze szyszki albo inne klechy np. duszące rysia pod ochroną…
  • annazadroza Irsilo:-) Przykro, że Twoja sunia odeszła, ale masz świadomość, że miała dom, nie była głodna i nie musiała się tułać po lasach albo spać na betonie w klatce metr na metr.
    Chwała Ci za to.
    Zaglądam do Twojego ogródka, życzę wiosny i pięknych kwiatów. Pozdrawiam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz