„Pasma życia” 40a

Gwizdnęła na psy, które natychmiast przygalopowały z roześmianymi mordkami, minęły ją i pomknęły dalej. Jeżyn było mnóstwo, jagód też. Postanowiła wrócić po południu z odpowiednim naczyniem, bo teraz nie miała do czego zebrać owoców by zanieść je do domu. Jej uwagę zwróciło zajadłe szczekanie. Przywołała towarzystwo, które posłusznie po chwili się zjawiło i usłyszała oddalający się warkot silnika samochodowego. Za krzewami jeżyn zobaczyła wydeptane paprocie i ślady prowadzące w głąb lasu.

Pewnie służba leśna – przemknęło jej przez głowę, ale zaraz zapomniała, były przecież ważniejsze sprawy, zawróciła i poszła w stronę domu.  – Krysiu, mam dla ciebie niespodziankę – zawołała od furtki.

– Ja dla ciebie też – odkrzyknęła Krysia stając na progu. – Mów pierwsza.

– Otóż Adam zapowiedział się na weekend. Nie będziesz miała nic przeciw temu?

– Przecież się umówiłyśmy, że może przyjechać kto chce i na ile chce pod warunkiem, że jest przyzwoitym człowiekiem. A Adam przecież jest? – spojrzała z uśmiechem w oczach odgarniając grzywkę z czoła.

– Pewnie, że jest – odpowiedziała Adelka również się uśmiechając. – A twoja wiadomość?

– Oprócz twojego Adama i mojego Zenka dotrze do nas Winicjusz. Mogłabyś tu jakoś ściągnąć Elkę?

– Ale jak to zrobić? Przecież zwącha pismo nosem i nie da się nabrać.

– Niech wsadzi psice do auta i przywiezie. Nie musisz mówić, że ktoś jeszcze będzie oprócz niej. Zawsze możemy zrobić głupie miny, że niby niespodzianka i nic nie wiedziałyśmy.

– Ale pod jakim pretekstem? Wymyśl coś!

– Mówiłaś, że jakieś ilustracje ma robić dla Teresy. Może tu sobie szkice porobi, tak na łonie natury. Albo fotki i potem je wykorzysta?

– Musiałybyśmy być umierające. Obydwie. Tylko wtedy dałaby się przekonać. I żebyś nie pomyślała, że w trosce o nasze zdrowie, nie łudź się. Tylko ze względu na zwierzaki, nami by się nie przejęła.

– No to… na przykład… zatrułyśmy się. I ona jest niezbędna. W końcu już nie pracuje, jest wolna. Może się poświęcić ratowaniu naszego życia…

– Przecież nasze ma głęboko gdzieś, usiłowałam ci to wytłumaczyć.

– Wszystko jedno czyje, aby się tylko tu przywlokła.

– Będzie się bała jechać sama tak daleko…

– O matko, jak ty marudzisz – zniecierpliwiła się Krysia. – Już kilka razy jeździła poza Warszawę więc na pewno sobie poradzi. A tu prosto trafić. Do Szczytna jest dobra droga a stamtąd to już właściwie rzut beretem.

– Spróbuję. Wątpię jednak w pozytywny rezultat.

Niewiarygodne, ale się udało. Elżbieta obiecała, że przyjedzie wraz z całą baterią leków na zatrucie i obiema psicami oczywiście.

– Widocznie Opatrzność ma jakieś plany w stosunku do tych dwojga. Ja naprawdę nie wiem jak ją przekonałaś – oświadczyła Krysia.

W zaistniałej sytuacji obie postanowiły udać się na jeżynową polankę zaopatrzone w pojemne koszyczki. Powtórzyła się sytuacja z porannego spaceru. Wszystkie psy zgodnie rzuciły się w tę samą stronę co poprzednio, małe z jazgotem, duże w milczeniu. Rozległ się jakiś dziwny hałas, rumor po czym dał się słyszeć warkot silnika odjeżdżającego samochodu. Adelka przywołała psy.

– Co u diabła…- zaklęła Krysia potknąwszy się o kłębowisko jakichś sznurków, żyłek, drutów i innego żelastwa.

– Tego rano nie było – zastanowiła się Adelka. – Dziwne. Przecież leśnicy przed nami by nie uciekali.

– Z pewnością. Nakrzyczeliby na nas, że psy biegają luzem albo i mandat wlepili – dodała Krysia.

– Dziwne – powtórzyła Adelka. – Rano też tak było. Jakby samochód przed psami uciekał czy co?

– Słuchaj, weźmiemy to diabelstwo ze sobą – wskazała Krysia znalezisko. – Zadzwonimy do leśników niech nam powiedzą co to takiego. Ale teraz musimy się zmobilizować, bo nas czeka dużo roboty. Rwij. Wolisz ostrężyny czy jagody?

– Z łaski swojej mogłabyś nazbierać jagód? Kręgosłup mnie boli przy dłuższym schylaniu.

– Niech ci będzie. Tylko się sprężaj. Wiesz co, miałabym stracha gdyby nie te nasze potwory. A i tak mam wrażenie jakby ktoś nam się przyglądał.

– Nie ma obawy. Potwory wyczułyby każdego. Poza tym pokaż mi takiego co zadarłby z Bazylem i Reksem jednocześnie. O małych jazgotach nie wspomnę.

– Fakt. Może się ktoś gapił wcześniej a mnie się ten wzrok do bluzki przyczepił? – zastanowiła się Krysia.

Adelka obejrzała przyjaciółkę ze wszystkich stron i parsknęła śmiechem.

– Nie masz żadnych oczu przyczepionych do bluzki, nie masz na co liczyć.

Z dziwnym znaleziskiem ciągniętym za sobą i zebranymi owocami lasu w koszyczkach wróciły do domu. Znalezisko zostawiły na zewnątrz, blisko budynku, owocami zajęły się w kuchni. Późnym popołudniem ochłodziło się, zerwał się wiatr i przygnał ciemne deszczowe chmury. Rozpadało się. Wszystkie zwierzaki skryły się w domu. Koty w kuchni, w pobliżu ciepłego jeszcze pieca myły sobie pyszczki po smacznym jedzeniu. Małe psy zgodnie wskoczyły na tapczan, oba olbrzymy na dywaniku rozłożyły swoje cielska otwierając od czasu do czasu ślepia by nie tracić kontroli nad rzeczywistością. Obie dwunożne istoty zaaferowane przygotowaniami nie zwracały uwagi na odpoczywające zwierzaki. Drzwi od domku zamknął przeciąg, uchylone okno w kuchni oparło mu się tylko dlatego, iż zostało dobrze zabezpieczone przed zamknięciem w tym celu, żeby koty mogły swobodnie wychodzić na zewnątrz zgodnie z własną wolą i potrzebą. Teraz jednak wola i potrzeba spania przeważyła nad jakimikolwiek pozostałymi z czego skorzystała Adelka  wychylając się na zewnątrz połową ciała.

– Co ty robisz? – zdziwiła się Krysia. – Nie możesz wyjść normalnie przez drzwi?

– Patrzę, bo po drodze łazi facet tam i z powrotem – wyjaśniła Adelka.

– Z psem? – zainteresowała się Krysia.

– Nie, psa nie widzę.

– To po co łazi? Głupi jakiś? Jak głupi to niech łazi dalej. A ty chodź do mnie, musisz potrzymać durszlak nad wiadrem bo sama sobie nie poradzę. Szybciej.

Adelka zapomniała o facecie i jego łażeniu, potem zajęła się przygotowaniem pokoi dla jutrzejszych gości. Późnym popołudniem albo wczesnym wieczorem – jak kto woli – przestało padać. Słońce nie zdążyło już wyjść zza chmur, udawało się w podróż na drugą półkulę. Na tej zaś zrobiło się miło i przyjemnie. Oszałamiająco świeży po deszczu zapach natury, nie skażonej żadnym okolicznym przemysłem z tego prostego powodu iż żadnego nie było, wtargnął do kuchni przez uchylone okno. Krysia i Adelka ocknęły się z odrętwienia, w które popadły jakiś czas temu odpoczywając po męczących przygotowaniach.

– O, jak się ładnie zrobiło – zauważyła Adelka.

– Nawet nie wiadomo kiedy – skinęła głową Krysia. – A może byśmy się napiły po lampce wina? – zaproponowała. – W końcu natyrałyśmy się dzisiaj za wszystkie czasy.

– Czemu nie? Zasłużyłyśmy. Chyba… – zawahała się Adelka.

– Chyba? Na pewno – stanowczo powiedziała Krysia. – Ty siedź a ja przyniosę.

Dobrze im poszła jedna lampka, potem druga. Wino było po prostu pyszne, słodkie, lekkie jak wspomnienie babcinego kompotu z wakacji w podstawówce. Po trzeciej zaczął im się podobać cały świat i okolice. Po kolejnych pogrążyły się w rozpamiętywaniu problemów egzystencjalnych swoich i przyjaciół. Wtem rozległo się energiczne stukanie do drzwi i wszystkie cztery psy wyrwane z głębokiego snu rzuciły się w stronę wyjścia.

– Słyszałaś coś? – spytała Adelka.

– Ja nie, za to one pewnie tak – odpowiedziała Krysia spoglądając na psy. – Musiały coś słyszeć bo po co by wstawały i skakały do drzwi. Dziwne, czemu one się tak radują?

– Co robią?

– No, merdają, potwory. A jazgoty jazgoczą, prawidłowo…

– Ale czemu?

– O wy małpy przebrzydłe, jędze niemożebne – rozległ się niespodziewanie głos Elżbiety zaś jej głowa ukazała się w otwartym oknie kuchennym. – To ja pędzę do was na złamanie karku bo podobno chore i zdechłe, a te uchlane jak… jak… jak nie wiadomo co!

– Kryśka, przecież nie piłyśmy aż tak dużo, żeby mieć zwidy – szepnęła Adelka.

– Ty też to widzisz i słyszysz? – Krysia szeroko otworzyła oczy.

– Ja wam dam zwidy! Otwierajcie drzwi zołzy niemrawe, bo mnie tu szlag na miejscu trafi – piekliła się Elżbieta.

Adelka podniosła się z krzesła i otworzyła drzwi.

– To naprawdę ty? – nie mogła się nadziwić. – Mogę cię uszczypnąć?

– Niby czemu mnie? Sama się uszczypnij – wzruszyła ramionami Elka.

– Ale wtedy nie będę wiedziała czy to na pewno ty tutaj stoisz, bo to ja zawyję – i uszczypnęła zaskoczoną przyjaciółkę.

– Auuu – zawyła Elżbieta. – Nie dosyć, że pijana to jeszcze głupia!

– O, teraz jest dobrze – ucieszyła się Adelka. – Teraz wiem, że ty to ty a nie, że ja to ty albo ty to ja…

Rozcierając rękę Elżbieta weszła do środka obdzielając pieszczotami wszystkie psy i koty, i znaczącym spojrzeniem obrzuciła pustą butelkę po winie oraz dwa kieliszki stojące na stole.

– Co się tak patrzysz? – spytała Krysia. – Czerwone wino jest dobre na serce, nieprawdaż?

– Wszystko jest dobre byle w normie. Ale wy podobno nie na serce zapadłyście lecz na sraczkę, prawdaż?

– Narwałyśmy jagód i nam przeszło – stwierdziła Adelka. – O widzisz, tam jeszcze kilka zostało. Chcesz, to przyniosę…

– A w ogóle jak się tu dostałaś? – Krysi włączyły się szare komórki. – Żadna z nas ci nie otwierała.

Adelka przytomniejszym wzrokiem spojrzała na puste podwórko.

– A gdzie masz auto? Helikopterem przyleciałaś? Coś kręcisz.

– Nie ja kręcę tylko wy, oszustki jedne. Ani domofonu nie odbieracie, ani telefonu. Jak miałam się tu dostać? Przelazłam przez płot.

– Sama? – z powątpiewaniem skrzywiła się Adelka. – A gdzie masz psice?

– Nie sama. Chłop mi pomógł. A psice w aucie na drodze.

– Jaki chłop? – obie momentalnie zaczęły trzeźwo myśleć. – Ten co łazi?

– Moczymordy żałosne – westchnęła z politowaniem. – Przecież nie fruwa. Grzeczny nawet. Podsadził i jeszcze się zatroszczył, żebym się nie skaleczyła, bo wy jakieś żelastwa i druty kolekcjonujecie…

– O matko, Kryśka, słyszysz? Coś mi się tu nie podoba… Miałyśmy dzwonić do leśników i nam jakoś zeszło. Może teraz…

– Teraz to ja wam radzę nic nie robić. Macie promile we krwi. Otwórzcie bramę, żebym mogła wjechać na posesję, bo mi psice auto zaraz rozwalą na kawałki.

– Słuchaj, a jak wyglądał ten łazik, no, chłop? – przypomniała sobie Adelka.

– Jak chłop – wzruszyła ramionami Elka. – Jak Wargacz albo jak Solejuk z  ławeczki w Wilkowyjach …nie wiem, jakoś tak.

– Ale podobni – skrzywiła się Krysia. – Nie mogłabyś dokładniej?

– Co dokładniej?

– Opisać go.

– Skąd mogłam wiedzieć, że mam się przyglądać? Mogłyście powiedzieć.

– Jak? Przecież miałaś przyjechać dopiero jutro a on łaził dzisiaj.

Krysia otworzyła bramę i Elżbieta wjechała na teren Krystianówki. Rozejrzały się dokładnie lecz żadnego łazika nie było widać. Zresztą w ogóle nic nie było widać, bo zmrok zapadł zupełny, chmury nie dawały księżycowi szansy na oświetlenie choćby kawałka terenu. Beta i Gama nareszcie wypuszczone z auta na wolność dzikim pędem wielokrotnie pokonywały przestrzeń wokół domu. Reszta czworonożnego towarzystwa dołączyła się i przez chwilę trwało pełne radości szaleństwo. Potem uśmiechnięte mordy w ilości sześciu sztuk pojawiły się w nikłym świetle sączącym się z kuchennego okna.

– Proponuję, żebyśmy tę waszą kolekcję przesunęły spod drzwi dalej od chałupy. Wylezie któraś w nocy i się na to nadzieje.

– Faktycznie, rację masz. Najlepiej pod sam płot – stwierdziła Krysia.

Tak zrobiły. Ponieważ psy były wyganiane, wysikane i zziajane, wszyscy mieszkańcy domku mogli się udać do środka. Przedtem zapadła ciemność, teraz zapadła cisza. Samochody nocowały w starej oborze przerobionej na garaż. Z domku nie przedostawała się ani jedna smużka światła. Na posesji nie było widać żadnych śladów życia.  Wewnątrz domu toczyło się natomiast bardzo intensywne życie towarzyskie.

– Opowiedzcie wreszcie co z tym żelastwem – zażądała Elżbieta.

Jedna przez drugą opowiadały, rozważając wszystkie możliwe opcje, przyczyny i skutki zaistniałej sytuacji.

– Zróbcie mi jakiegoś drinka – zażądała Elka. – Nie mogę się z wami porozumieć, jesteśmy na innych poziomach…

– Słusznie – skinęła głową Adelka. – Krysiu, idź coś przynieś, żeby nasza przyjaciółka nie pozostawała poniżej naszego poziomu, bo niczego nie wymyślimy.

Elżbieta pokiwała głową z politowaniem.

– Spuścić taką z oka na tydzień i co się z porządnej kobiety zrobiło?

– Elka, a co ty zrobiłaś ze swoim kotem i papugami Adelki? –zainteresowała się Krysia.

– Nic nie zrobiłam. Każde zostało u siebie. Kamil je nakarmi albo Kaśka jak dojedzie. Jakoś się umówią. Zwierzakom na pewno nie stanie się krzywda. Moje chłopaki też o wszystkim wiedzą i zajrzą. I zabiorą Kocia.

– Jak o wszystkim? – próbowała uściślić  Adelka.

– No, że macie sraczkę.

– Przecież nie mamy – zdziwiła się.

– Cicho – spojrzała groźnie Krysia. – Przecież miałyśmy ale dary natury nas uleczyły. Zapomniałaś? Miałaś milczeć jak kijanka.

– O matko, dlaczego jak kijanka? – zainteresowała się Elka otwierając szeroko oczy.

– Przecież kijanka nie wydaje z siebie głosu. Jest niema całkowicie – wyjaśniła Krysia.

– Ale jak się już zmieni w żabę to wydaje – Ela nie była do końca przekonana.

– Ale jak jest kijanką to nie – upierała się Krysia.

– No to od kiedy już nie jest? Jak ma dwie łapki czy cztery? A ogon? Co z ogonem?…

Dyskusja na temat kijanek, żab oraz ich głosu przeciągnęła się do późnej nocy. Wreszcie, szeroko ziewając, postanowiły się udać na zasłużony odpoczynek. Po dokonaniu pospiesznych czynności higienicznych padły zmęczone, każda w swoim łóżku, natychmiast zapadając w sen.

1.05.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Będę czytać

Zaczął się długi weekend. Kiedyś braliśmy z Mężem wolne dni i wyjeżdżaliśmy do Szczawnicy. Jeszcze wcześniej do Wisły, Szczyrku, Szklarskiej. W Krynicy byliśmy już po Szczawnicy i nic mi się nie podobało, bo za Szczawnicą tęskniłam. W tym roku siedzimy w domu, jesteśmy uwiązani, nie ma na to rady, czasem tak bywa, że człowiek nie ma wpływu na pewne sprawy, są całkowicie niezależne od jego woli. Buntowanie się nic nie pomoże, spowoduje utratę siły i zdrowia, trzeba się godzić z tym, czego zmienić nie można. Amen.
Pogoda piękna, bratki na kuchennym oknie wdzięcznie pochylają główki, bez kwitnie jak oszalały i tak samo pachnie. Jeszcze nigdy aż tak bardzo kwieciem nie był obsypany, jakby chciał poprawić humor i zrekompensować różne niedostatki.

Wczoraj wszystkie dzieciaki były:))) Jestem przeszczęśliwa, kiedy mogę ich mieć razem choć przez chwilę. Naprawdę – wciąż jeszcze patrząc na tych przystojnych, dużych facetów nie mogę uwierzyć, że to moje Skarby malutkie, ukochane, które dopiero co nosiłam na rękach i przytulałam. Tak właśnie jak Calineczkę:) Zresztą malutka bardzo przypomina swojego tatę, choć oczywiście jest bardziej kobieca i tym przypomina swoją mamę, a rzęsy ma długie tak, że mogłaby reklamować gabinet
kosmetyczny zajmujący się przedłużaniem rzęs. Poznała mnie, choć w innym miejscu, uśmiechnęła się na mój widok, od razu złapała za włosy. Poza tym szczypie teraz i gryzie, na takim jest etapie:))) W ogóle jest cudowna:))) Oczywiście pozostałe dwie wnuczki też, ale one już duże dziewczyny, zajęte własnymi sprawami, bo taka jest kolej rzeczy.
Powiem co przygotowałam na obiad, żeby się specjalnie nie przemęczyć. Mianowicie gulasz kurczakowy z pieczarkami, buraczki, mizerię, surówkę z sałaty lodowej, papryki czerwonej i żółtej, ogórka, marchewki, czerwonej cebuli i pora z octem jabłkowym, olejem z pestek winogron plus sól, pieprz, czosnek, zioła
prowansalskie.

Co do oleju z pestek winogron – pani okulistka mówi, że bardzo dobrze wpływa na oczy i należy go używać jak najczęściej.

Wersja vege – to kotlety z kaszy jaglanej z pieczarkami, cebulką, tartym ziemniakiem plus przyprawy. Wyszły chyba najlepsze ze wszystkich, jakie do tej pory robiłam. Nawet Mąż je jadł – rzekłabym z zapałem – i na kolację sobie odgrzał! Do tego ziemniaki i kaszę gryczaną ugotowałam, żeby było bardziej urozmaicone.
Na deser tylko sernik. Aha, zapomniałam, że „na zupę” był chłodnik śliwkowy, który ma tę zaletę, że nie trzeba go trzymać na kuchence, może sobie stać na stole i czekać aż goście przyjdą. Grzanki zrobiłam z bułki, na patelni na masełku i w trakcie podgrzewania posypałam cukrem waniliowym.
Skituś nacieszył się swoją rodziną, malutka była zainteresowana pieskami, patrzyła to na czarną Szilkę to na brązowego Skitsa i miałam wrażenie, że dokonuje porównania między nimi, ale wyniki obserwacji zachowała dla siebie:) Dostałam kilka nowych książek, między innymi kolejną część serii „Kwiat paproci” Katarzyny Bereniki Miszczuk, która na pewno zaraz przeczytam i nikt mnie od tego nie odwiedzie. Obiad na dziś mam, mogę więc z czystym sumieniem pozwolić sobie na tę przyjemność.

30.04.2018

  • babciabezmohera Fajnie, że jesteś taką ostoją ciepła rodzinnego. Miło się o tym czyta.
    A odpoczynek zdecydowanie Ci się należy. Miłej lektury! 🙂
  • nie-okrzesana głodna się zrobiłam……
  • kasiapur Aniu kochana jak Ty to robisz ? Tyle w Tobie ciepła… przypuszczam
    że to tak napędza Twoje życie i Twojej rodziny. Pięknie u Was jest !
    Mnie się wszystko rozlazło przez to chorowanie, żal mi straconego czasu.
    ściskam mocno i przytulańce ślę :)))
  • urszula97 Piękne spotkanie rodzinne,my w niedzielę mieliśmy duże spotkanie 35 lat po ślubie -my jako goście,było wesoło.Niestety w poniedziałek byłam na pogrzebie koleżanki z którą kiedyś pracowałąm.Dzisiaj do syna na grila,też będzie miło,ja upiekłam ciasto z owocami a oni resztę,musze nacieszyć sie małą naszą kluseczką.I tak mija dzień za dniem.Miłego wypoczywania i czytania.
  • annazadroza BBM:-) Mnie miło, że Tobie się miło czyta:))) Rzeczywiście się leniłam i powieść całą przeczytałam z wielką przyjemnością:)))
  • annazadroza Nie-okrzesano:-) Jakże Cię mam wspomóc w tym względzie? Posyłam Ci wirtualne smakowitości jakie tylko chcesz, wybieraj:))
  • annazadroza Kasiu:-) Kochana jesteś, ale przesadzasz w ocenie mojej skromnej osoby. Staram się postępować dobrze i robić to co do mnie należy, to prawda, ale uważam, że to wciąż za mało i nie tak jak powinno być. I rezultat mnie nie satysfakcjonuje. Na przykład teraz przeglądałam oferty pracy w prasie i stwierdziłam, że niczego nie potrafię, do niczego się nie nadaję i buuu:((( Do tego wiek nie ten, zdrowie nie takie…. tak więc, Kasieńko, nie wszystko złoto co się świeci:((( Ale i tak ściskam Cię mocno, serdecznie i słonecznie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Tak to się plecie na tym świecie – wesele i śmierć, radość i smutek… Tak już po prostu jest. Cieszmy się więc, póki możemy spotkaniem z rodziną, z bliskimi. A najważniejsze przecież są te malutkie kluseczki-krasnoludki:))) Któż więcej radości może przynieść niż dzieci?
    Słoneczka i bezdeszczowej pogody na te spotkania działkowo-grillowe oraz dobrej zabawy:)))
  • kolewoczy Ja też mam kolejne części serii: jej tytuł „Koszenie trawnika”:-))))
    Pozdrawiam majowo:-)
  • kobietawbarwachjesieni Tak tu u Ciebie cieplutko.
  • e.urlik Aniu, pozdrawiam z krainy deszczowcow. Pierwszy raz od tygodnia jest slonecznie, choc w nocy bylo minus 2. Bardzo mi tu dobrze, gdyby tyle nie padalo, a czasem lalo. Pan Pies ma depresje 🙁 Caluski, PS Internet tylko w bibliotece:( Caluski ogromne
  • annazadroza Kolewoczy:-) Twoja seria bardzo dobrze wpływa na kondycję:) Uważaj na zakwasy;) Poza tym to sama przyjemność, uwielbiam zapach koszonej trawy. U mnie w tej chwili bzy zdominowały okolicę, więc Ci pozdrowienia przesyłam w kolorze liliowym:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Bo Ty sama cieplutka jesteś, więc wokół widzisz to, co masz w sobie:) Buziaki:)))
  • annazadroza Ewciu:-) Fajnie, że się odezwałaś. Dobrze, ze chociaż ten internet jest w bibliotece i możesz czasem skorzystać. Nie powiem, że Ci zazdroszczę deszczu, w żadnym wypadku nie zazdroszczę. Przynajmniej na razie. Bo u nas nareszcie jest ciepło, słonecznie, wszystko kwitnie, pachnie, śpiewa, ćwierka – jak to wiosną.
    Na miejscu Pana Psa też bym miała depresję, gdyby mi lało bez przerwy zamiast świecić słonecznym blaskiem. Nie mogłabyś zamówić lepszej pogody dla niego?
    Czy tam naprawdę tylko pada?
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 40

Adelka umówiła się z Krysią Kowalską na wspólny wyjazd w czasie urlopu.  Zenek, wieloletni małżonek Krysi, miał dużo młodszego kuzyna, kuzyn zaś miał sporą posiadłość w dzikiej głuszy. Dom może nie był zbyt duży ale teren ogromny, do tego las i jezioro w zasięgu ręki.  Kuzyn o imieniu Krystian wyjechał do pracy do Kanady na mniej więcej rok w celu zarobienia środków finansowych na zamierzone inwestycje, prosząc Zenka  by od czasu do czasu kontrolnie zajrzał do tak zwanej Krystianówki, co ten chętnie czynił w towarzystwie zaprzyjaźnionych osób w chwilach wolnych od zajęć służbowych. Adelka mogła zabrać tam całą swoją menażerię. Po namyśle postanowiła papugi zostawić w domu pod opieką Elżbiety. Tak było dla nich bezpieczniej ze względu na dwa koty Krysi, Cynamonkę i Kminka, z którymi Krysia nie chciała się rozstawać. One zaś nie lubiły się rozstawać z Bazylem, ogromnym chartem irlandzkim, który z kolei nie mógł zostać z panem, bo Zenek  – jako ordynator oddany całym sercem pracy i pacjentom – nieraz zapominał wrócić do domu ze szpitala. Obecność Krysi w domu była więc konieczna, ewentualnie istniała konieczność przemieszczania się wspólnie z czworonożnymi domownikami, które bez niej umarłyby z głodu, pragnienia i samotności. A poza tym co to za wyjazd bez zwierzaków? Bez sensu, coś podobnego absolutnie nie wchodziło w rachubę.

W Krystianówce znalazło się dość miejsca dla czterech psów, dwóch kotów oraz spodziewanych i niespodziewanych gości w ilości dowolnej. Nieopodal domu stały zabudowania niegdyś gospodarcze, obecnie puste lecz wyremontowane, mające wkrótce po powrocie właściciela stać się pensjonatem. Krysia i Adelka zajęły dwa pokoje od strony ogrodu. Pokój przy kuchni pozostawał wolny, jak również pozostałe dwa pokoje z oknami wychodzącymi na ogród. Do dyspozycji „polecał się” stryszek, na którym spokojnie dałoby się w razie potrzeby rozłożyć materace dmuchane albo śpiwory.

Koty od razu „rozlazły się” po całym terenie uszczęśliwione całkowitą wolnością. Psy zaraz za nimi wybrały się na zbiorową wycieczkę w celu zaznajomienia się z okolicą.  Mogły to czynić całkowicie bezpiecznie ponieważ całą posiadłość otoczono solidnym ogrodzeniem w postaci metalowej balustrady umocowanej na wysokiej podmurówce z klinkierowej cegły.  Brama wjazdowa oraz furtka były zamykane na klucz i Adelka z Krysią czuły się jak w warowni chronione dodatkowo przez psy, z których Perełka i Miś robiły dużo hałasu, zaś Reks i Bazyl robiły wrażenie. Na każdym bez wyjątku. Szczególnie zdziwiłby się ktoś, kto byłby na tyle bezrozumny, by pojawić się nagle i bez uprzedzenia, na przykład pokonując samowolnie płot. Psy bowiem cały ogrodzony teren uznały za swoją własność.

Za płotem rozciągał się las poprzecinany leśnymi drogami umożliwiającymi służbie leśnej przemieszczanie się wzdłuż i wszerz całego obszaru zajmowanego przez stare i młode drzewa i krzewy, iglaste i liściaste, zmieniające kształt i kolor w zależności od pogody, pory dnia i roku.

Letniczkom żyło się cudownie, powoli i leniwie. Każda spała jak długo chciała albo tak samo nie spała. Krysia zajęła się przygotowaniem posiłków bo lubiła. Adelka chętnie na to przystała, ponieważ gotowanie nie należało do jej ulubionych czynności, za to z przyjemnością zabierała psy na długie spacery. W tym czasie Krysia odpoczywała na leżaku obok srebrnego świerka, albo urzędowała  na obrośniętym winoroślą ganeczku z książką w ręce, przeglądała kolorowe czasopisma lub rozwiązywała krzyżówki. Nie przepadała za długimi spacerami w leśnej głuszy.

Nadszedł piątek. Krysia dała się ponieść swojej kulinarnej pasji. Początkowo nie lada wyzwaniem było rozpalenie ognia w kuchennym piecu i przygotowywanie potraw w taki tradycyjny sposób. Szybko w pełni opanowała tę sztukę, jakby wystarczyło sobie przypomnieć zachowaną gdzieś głęboko – może w genach – ukrytą wiedzę. Adelka ochoczo zostawiła koleżankę w towarzystwie produktów, półproduktów, pięknego zielonego kaflowego pieca kuchennego oraz Cynamonki i Kminka czekających na jakąś pyszną przekąskę i pod pretekstem  nie przeszkadzania Krysi w samorealizacji gwizdnęła na psy. Po chwili cała piątka znalazła się za bramką.

– Chodźcie, potwory, trzeba Krysię zostawić w spokoju, bo jutro przyjedzie Zenek. Niech więc sobie pichci ile chce, ja się wolę usunąć i nie przeszkadzać – powiedziała do czterech strzygących par uszu i czterech par wpatrzonych w nią oczu. – Widzę po waszych mordkach, że jesteście z tego zadowolone.

Rzucała im patyki i piszczące piłeczki. Psiaki biegały pełne radości, znajdując ujście dla przepełniającej je energii. Miś i Perełka ginęły z oczu skryte całkowicie w wysokiej trawie rosnącej na brzegu lasu, za to słychać było je na odległość. Natomiast Reks i Bazyl poruszały się bezgłośnie i bezszelestnie, całkowicie zagłuszane przez jazgotanie mniejszych przedstawicieli własnego gatunku oraz miękkie leśne poszycie, pojawiając się znienacka jak prawdziwi olbrzymi władcy lasu.  W takim towarzystwie Adelka bez obaw pokonywała duże przestrzenie.

Zabrzęczał telefon. Wydobyła aparat z przepastnej kieszeni i uśmiechnęła się. Adam. Jak dobrze, ze już jest wszystko w porządku z jego zdrowiem. Po krótkiej rozmowie postanowiła się udać w stronę polanki, na której podczas poprzednich spacerów zauważyła krzaki jeżyn. Pomyślała, że upiecze ciasto z leśnymi owocami. Widziała w kuchni prodiż, więc powinno się udać. Przecież jeśli okazało się, że nazajutrz przyjedzie nie tylko Zenek ale i Adam z Bierką, to wypadałoby żeby i ona dołączyła się do przygotowań, nie zostawiając wszystkiego na głowie Krysi. W końcu korzysta z gościny i wypadałoby się jakoś zachować.

27.04.2018

  • kasiapur Raaany jak miło i ciepło na duszy – przenieść się w taki świat 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Też bym chciała:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Jeszcze Maud

Od wczoraj przebywam w świecie Maud, tak mnie wzięło. Zdjęłam z półki jej pamiętniki, dwa tomy, które mam pt.- „Krajobraz dzieciństwa” i ” Uwięziona dusza” w przekładzie Ewy Horodyskiej. Biografię pt. „Maud z Wyspy Księcia Edwarda” napisała Mollie Gillen. Jeśli w swoich okolicznych bibliotekach możecie znaleźć te pozycje, to przeczytajcie. Skoro lubiłyście Anię Shirley myślę, że z przyjemnością wrócicie na chwilę do tamtych czasów.
Ponieważ współczesne życie, to nasze „tu i teraz”, trwa niezależnie od wewnętrznych powrotów do przeszłości, uprzejmie donoszę, iż kupiłam w Biedronce pelargonie, bo mi się ich żal zrobiło. Takie bidulki, bez światła dziennego stały, po sześć malutkich roślinek w jednym opakowaniu, więc wzięłam dwa. Na
razie stoją na deszczu, bo właśnie pada. Jutro kupię woreczek świeżej ziemi i psadzę je. A poza tym jutro wizyta u okulisty, przy okazji której zobaczę się z przyjaciółką M., bo to na Ursynowie. Mogłoby nie padać:)

26.04.2018

  • kotimyszkot Też nabyłam taki sześciopak 🙂 Ale nie wiem czy dadzą radę się przyjąć.. takie chudzinki, że byle wiatr mi je z balkonu może zdmuchnąć..
  • annazadroza Myszokocie:-) W zeszłym roku też takie bidulki kupiłam i rosły ładnie, kwitły jakby dziękując za uratowanie:)
  • kolewoczy Daj spokój, ziemia sucha, deszcze jest potrzebny, nawet dla odświeżenia powietrza, którym człowiek oddycha 😉
  • annazadroza Kolewoczy:-) Nie mówię przecież, żeby całkiem nie padało, tylko na moją głowę, kiedy będę na zewnątrz;)
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Fajnie masz… o tym spotkaniu myślę.
    Wiem że brzydko, ale zazdroszczę.
    A roślinki rzeczywiście odwdzięczają się i rosną jak najęte 🙂
  • ciotkaeliza Zawsze jak kupię w biedronce albo w innym z tych sklepów jakąś roślinkę to rośnie piękna, tak w nagrodę za ocalenie życia.
  • annazadroza Kasiu:-) Wcale nie brzydko. Kochana, żebyś wiedziała, komu i czego ja zazdroszczę… Zazdrość jest normalnym ludzkim uczuciem, zawiść – tak, to już patologia, taka chyba jedna z narodowych naszych cech. Tak na zasadzie – jak sąsiadowi lepiej, to nie staram się, żeby mnie było tak samo, tylko, żeby jemu się pogorszyło…
    Kasiu, a z M. się widziałyśmy, Skits poznał jej sunię i było śmiesznie, bo u niej jest „na przechowaniu” kocurek jej syna (ma też swojego), tak więc 3 psy i 2 koty – cyrk po prostu:))) Zwierzaki są cudowne, nie potrzeba telewizora ani innej rozrywki w ich obecności.
    Buziaki Kasieńko:)))
  • annazadroza Elizo:-) Kiedyś kupiłam za jakieś grosze dwie funkie, takie liche bidulki, właściwie zdechłe już – a jak się odwdzięczyły! Rosną, są ogromne, piękne, naprawdę dziękują za ocalenie:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

L. Maud Montgomery

24 kwietnia minęła rocznica śmierci Lucy Maud Montgomery, która zmarła w 1942 roku. Urodziła się 30.XI.1874 roku, była o niecałe pięć miesięcy starsza od mojej prababci Marianny. Równo 12 lat po jej śmierci ja się urodziłam. Mówię o tym dlatego, że uwielbiam ją od chwili przeczytania „Ani z Zielonego
Wzgórza”, miałam wtedy osiem albo dziewięć lat. Mogę powiedzieć, że rosłam i dojrzewałam razem z Anią Shirley, najbardziej lubiłam w danej chwili tę część losów Ani, które pokrywały się z moim wiekiem i doświadczeniami – gdy byłam nastolatką, potem zakochana młodą kobietą, młodą mężatką i
wreszcie mamą. Dopiero wtedy dotarłam do innych książek Maud (nie lubiła swego pierwszego imienia) i byłam nimi zachwycona. Wydano u nas jej opowiadania, które uważam za rewelacyjne, pokazujące niezwykłą zdolność obserwacji otoczenia, ludzi i ludzkich charakterów oraz umiejętność ich pokazania czytelnikowi w niezwykle plastyczny sposób. Przynajmniej ja od razu widzę, mam przed oczami jak żywe wszystkie postaci, sceny uwiecznione przez Maud. Na mojej półce obok powieści i opowiadań stoją jej pamiętniki i jej biografia. Jest mi tak bliska, jakbym znała ją osobiście od zawsze.
Mimo iż utwory Maud są pełne ciepła, uroku, romantyzmu – jej życie do łatwych nie należało. Została sierotą mając zaledwie 21 miesięcy. Matka, Klara Montgomery, zmarła na gruźlicę. Ojciec, Hugh John Montgomery, po śmierci młodej żony oddał córeczkę teściom, sam udał się na zachód Kanady, gdzie założył nową rodzinę. Mieszkała więc na Wyspie Księcia Edwarda w rybackiej wiosce Cavendish. Nie brakowało jej opieki, była najedzona i ubrana, ale brakowało jej miłości, troski i uczucia, czego szczególnie potrzebowało niezwykle wrażliwe dziecko, jakim była. Dziadkowie byli ludźmi o surowych zasadach i nie potrafili zaspokoić emocjonalnych potrzeb wnuczki. Mimo ich sprzeciwu wyjechała na studia i została nauczycielką.
Zaręczyła się z dalekim kuzynem, ale zakochała się w kim innym – zerwała zaręczyny i porzuciła obu adoratorów, ponieważ w 1898 zmarł jej dziadek (urodziła się moja babcia Stefania), wuj chciał z domu pozbyć się swojej matki, czyli babci Maud, by zatrzymać go dla siebie. Wtedy młoda nauczycielka wróciła i opiekowała się babcią do jej śmierci.
W 1903 r. w Cavendish pojawił się nowy pastor Ewan Macdonald. Zaręczyli się po cichu, żeby babka się nie dowiedziała. Wzięli ślub już po jej śmierci w dniu 5.VII.1911 roku. Po ślubie przenieśli się do Ontario, do malej miejscowości Leaskdale. Tu dopiero poznała Maud wszystkie „przyjemności” bycia żoną pastora, która – jak żona Cezara – powinna być poza wszelkimi podejrzeniami. Czyli – rodzina, dom, zachowanie miało być wzorem dla bogobojnej społeczności. Musiała uważać na wszystko co robi i co mówi, udzielać się w kołach dobroczynnych, uczestniczyć w obowiązkowych dla pastorowej podwieczorkach. Było to bardzo męczące, kradnące czas, który wolałaby przeznaczyć na pisanie powieści. Jedyna korzyść z tego wynikająca – to galeria postaci, najprzeróżniejszych z charakteru i wyglądu nadających się do wykorzystania i uwiecznienia w utworach.
W 1912 roku urodziła pierwszego syna, Chestera. Drugi synek, Hugh, urodził się martwy i z tego powodu Maud nie potrafiła sobie dać rady z ogromnym cierpieniem, które uciszyło się dopiero po urodzeniu trzeciego chłopca, Stuarta, w 1915 roku.
Niestety, zaczęły się problemy z mężem, który miał coraz cięższą depresję. Maud pilnowała podawania leków, dodatkowo musiała utrzymać w tajemnicy przed parafianami chorobę męża. Chester sprawiał kłopoty wychowawcze, wziął w sekrecie ślub z dziewczyną, która była z nim w ciąży, małżeństwo szybko się jednak rozpadło. Młodszy syn studiował medycynę i był dumą matki. Jednak gdy dostał powołanie do wojska, a trwała wówczas II wojna światowa, Maud załamała się. Uważała, że nie będzie więcej walczyła z chorobą, bo już nie ma po co żyć. Znaleziono ją martwą w jej pokoju. Po latach Stuart powiedział swojej córce Kate, że Maud popełniła samobójstwo zostawiając list: ” Niech Bóg mi wybaczy i mam nadzieję, że wszyscy inni mi wybaczą, nawet jeśli nie będą w stanie tego zrozumieć. Moja sytuacja jest zbyt trudna do zniesienia i nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Cóż za kres życia, w którym starałam się zawsze robić wszystko najlepiej.”

Mąż zmarł rok później. Spoczywają w Cavendish, na cmentarzu niedaleko rodzinnego domu Maud.

25.04.2018

  • kotimyszkot Czytałam tyle jej książek, „Ania..” towarzyszy mi od czasów nastoletnich i stoi całą serią, nie do ruszenia z regału 🙂 Ale historii samej Maud nie znałam, poznałam dzięki Tobie..
  • urszula97 Też nie znałam tej historii, jesteś Anno też z rodu Józefa,faktycznie,ciężki jej żywot a w serii Ani to tyle w niej ciepła miłości,uwielbiam czytać.
  • mmzd Aneczko kochana – najlepsze, najgorętsze, najserdeczniejsze życzenia urodzinowe przyjmij ! Zdrowia i spokoju, to najważniejsze !
    Za parę dni rozkwitną moje piwonie, – bukiet(fotograficzny) będzie specjalnie dla Ciebie 🙂
    buziak!!!
    Magda
    <*0;ooooo;~~~
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dramatyczny kres życia Maud pokazuje, ile nie wiemy o człowieku
    nawet najbliższym a bezmiar cierpienia wyraża dopiero jego przerwanie.
    Wtedy pojawia się pytanie jak mogliśmy tego nie zauważyć…kiedy już
    jest za późno.
    Oj ciężko się zrobiło – ale czasami trzeba się pochylić nad problemem.
    uściski Aniu i dobrego !
  • annazadroza Myszokocie:-) To tak jak u mnie, stoją nie do ruszenia:) A na bezludną wyspę zabrałabym ze sobą książki Maud:)
  • annazadroza Urszulo:-) Myślę, że w tym „kąciku” naszym wszystkie jesteśmy z tych, co znają Józefa:) I to jest takie pokrzepiające:)))
  • annazadroza Magduś:-) Dziękuję Ci, skarbie, baaardzo:))) Moje piwonie mają dużo pąków, tylko boję się czy coś ich nie żre, bo jakieś takie lepkie są, jakby polane kleistą cieczą. Co to może być? Szkoda byłoby, gdyby się zmarnowały, bo są wyjątkowo piękne.
  • annazadroza Kasiu:-) Z reguły na zewnątrz widać tylko „wycinek” człowieka, reszta kłębi się w środku. Mogłabym list pozostawiony przez Maud położyć obok siebie, gdybym się zdecydowała… Mam jednak świadomość, że musiałabym się powtórnie męczyć, wolę więc odpracować te swoje wszystkie możliwe lekcje w tym wcieleniu… W następnym od razu zrobię prawo jazdy ;)))
  • babciabezmohera Też myślałam o prawie jazdy w innym wcieleniu. Przeszło mi, bo pomyślałam, że Egzaminator niewątpliwie dałby mi inne pytania i… znowu bym się obcięła! ;(
    A Montgomery też kochałam w dzieciństwie, choć po latach spotkanie z nią przyniosło mi pewien niedosyt.
  • jzadr Dziękuję Aniu za przybliżenie mi Autorki. Nie byłem jej fanem, bo… nie przeczytałem ani strony. Może dlatego, żem facet, a może nie zmieściła się Maud na sporej liście lektur. Teraz chyba za późno 🙂
  • tessa37 Ja tez mialam prababcie Marianne:) I druga-Marcjannn, te pamietam doskonale, bo zyla prawie 100 lat:)
    Co do Ani, chcialam wrocic do lektury po latach, kiedy zaczeli wyswietlac najnowszy serial, ale nie wyrobilam sie ze wzgledu na przeprowadzke, a w ogole mam opory, czy nie bedzie rozczarowania, bo inaczej odbieralo sie te lektury majac 8-9 lat, a na pewno inaczej 40 lat pozniej;)
  • fusilla „Połknęłam” wszystkie ANIE, i baaardzo długo wracałam do nich w ciągu mego życia, aż do chwili wyprowadzki do MBD, gdzie z uwagi na szczupłość miejsca, musiałam pożegnać się ze swoim księgozbiorem.
    Ale zawsze czule o niej myślę, i to nie tylko dlatego, że tak jak Ty, jestem jej imienniczką! :-))))
    Najważniejsze, że klan tych, co „znają Józefa” nie maleje! :-)))))))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Anula jeśli masz taką ,,rocznicę,,…to ja też przyłączam się do pięknych
    życzeń z głębi serca. Samych dobrych ludzi na Twojej drodze i zdrowia !
    uśmiechy przesyłam i uściski :))
  • annazadroza BBM:-) Maud kocham bezustannie, wiec nie mam niedosytu, bo miłość jest ślepa;) Ale w stosunku do innych ulubionych, no cóż, Winnetou dalej kocham, ale do niego już nie wrócę;)
    A prawo jazdy w następnym wcieleniu zrobię! Na pewno;)))
  • annazadroza Jzadr:-) Witaj, miło Cię widzieć:) Nigdy nie jest za późno na coś nowego. Może właśnie teraz Ci się spodoba. Wielu mężczyzn np. czyta romanse, choć się do tego głośno nie przyznają.
  • irsila Jej książki oczywiście od dzieciństwa znam ,
    swojego Gilberta poznałam,
    Anią na uniwersytecie byłam,
    a i wiele tragedii i depresji w swym życiu doświadczyłam,
    jednak jej życiorysu , do końca nie znałam,
    ale dzięki Tobie jej żywot poznałam.
  • annazadroza Tesso:-) Obydwa imiona mi się podobają i Marianna i Marcjanna:) Dobrze jest pamiętać swoje przodkinie, chciałabym jeszcze móc je zobaczyć na własne oczy, kiedy były młode:) Fajnie by było:)
    Zdecydowanie wolę książkę od filmu, nigdy nie jest, nie może być, zgodny z moim wyobrażeniem. Po latach patrzy się inaczej na ulubioną lekturę, co nie znaczy, że musi ona stracić swój urok. W dzieciństwie pasjonowałam się przeżyciami, przygodami Ani , natomiast teraz delektuję się sposobem, umiejętnością opisywania świata i ludzi przez Maud oraz trafnością spostrzeżeń. A typy ludzkie pozostają niezmienne…
  • annazadroza Fusilko:-) Imienniczko Ty moja:) W dzieciństwie czytywałam „Anię…” na okrągło, na starość – gdy mam chandrę. To jest naprawdę lekarstwo, przynajmniej dla mnie. Na dodatek budzi we mnie chęć do działania gdy jestem całkiem „skapcaniała”, pobudza do życia.
    Jak dobrze, że jeszcze jest nas sporo rozumiejących co znaczy „znać Józefa”:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dziękuję Ci serdecznie:) Tak się złożyło, że dzięki „przygodzie blogowej” poznałam Was, czyli samych dobrych ludzi i do tego znających Józefa:))) Moc uścisków:)))
  • annazadroza Irsilo:-) Cieszę się, że przybliżyłam trochę postać Maud. Tę postać, która na całym świecie potrafiła zaczarować tysiące ludzi swoimi utworami:)

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Jeden komentarz

„Pasma życia” 39

Elżbieta obrała ziemniaki na obiad, wrzuciła je do zlewu w celu umycia, odkręciła kran i …gucio, zasyczało i tyle. Okazało się, że w całym domu nie ma ani kropli wody. W żadnym garnku, w żadnej butelce a wszystkie krany są suche. Jednym słowem – awaria na całego. Zadzwoniła do Kamila.
– Cześć mały, czy u was jest woda? U mnie wyłączyli.
– Oj nie wiem, cioteczko, widziałem rozkopane podwórko wracając z pracy… Już sprawdzam…jest!
– A mógłbyś mnie poratować? – żałośnie spytała.
– Przyniosę ci w kanisterku, za chwilę.
– Dzięki, życie ratujesz nie tylko mnie, zwierzakom też.
– Nie ma sprawy, zaraz będę.
Rzeczywiście przyniósł, mogła więc Ela napoić zwierzaki, zrobić sobie herbatę oraz ugotować ziemniaki. Na drugi dzień rano woda się pojawiła. Na wszelki wypadek nalała jej we wszystkie możliwe naczynia oraz do wanny. Wyszła na spacer z psami mając nadzieję, że woda już będzie bez przerwy. Niestety, po powrocie zastała znowu suche krany. Ucieszyła się, że nabrała wodę do wanny, miała przynajmniej czym spłukiwać toaletę. Wreszcie późnym wieczorem zabulgotało w rurach i popłynęła z kranów najpierw brunatna ciecz, potem już przezroczysta. Rozległ się dźwięk telefonu. To Kamil.
– Ciotka, ratuj teraz ty. Masz wodę?
Uśmiali się oboje.
– Pójdę sprawdzić… może jeszcze jest. … Jest!
Przyszedł i zabrał do domu własny kanister z Elki wodą. „Jak dobrze mieć sąsiada…”
Pozmywała zaległości kuchenne, włączyła pralkę. Wzięła się za przeglądanie szuflad, postanowiła zrobić trochę porządku i pozbyć się niepotrzebnych już papierów. Była mniej więcej w połowie zaplanowanej pracy gdy wpadł jej w ręce mały albumik ze zdjęciami robionymi w  Szczawnicy. Przecież schowała go po to, żeby do niego nie zaglądać! A teraz sam się pokazał i sam się otworzył pokazując fotkę zrobioną z ręki przez Winicjusza, na której oboje szczerzyli zęby przytulając się policzkami dla zmieszczenia się w kadrze. Usiadła na podłodze oglądając zdjęcia, przenosząc się w świat na nich uwieczniony. Obok jednego była karteczka z napisanymi przez Winicjusza słowami: „dopóki cię nie spotkałem – nie wiedziałem, że jestem samotny”.
A ona, Elżbieta, była tak bardzo przestraszona swoimi uczuciami, reakcją na rozgrywające się wydarzenia, że wolała uciec i zrzucić winę na człowieka, który niespodziewanie stał się jej bardzo bliski. Rosło w niej poczucie krzywdy i jednocześnie agresja. W ten sposób mogła sama przed sobą ukrywać swoje prawdziwe uczucia i wpadać w furię na cudzy rachunek. Teraz zaczęła to wyraźnie widzieć i chwilami robiło jej się wstyd za samą siebie. W związku z powyższym w dalszym ciągu nie zgadzała się na spotkania. To znaczy przed przypadkowymi albo – delikatnie mówiąc – prawie przypadkowymi spotkaniami nie uciekała jak kiedyś, nawet przeciwnie, będąc w okolicy mieszkania Winicjusza rozglądała się dyskretnie czy gdzieś nie zobaczy znajomej sylwetki. Tak samo było podczas robienia zakupów w Hicie.
Miała najwyraźniej obecnie w swoim życiu okres przemyśleń, żyła jakby w dwóch wymiarach. W pierwszym, zewnętrznym, czas płynął według kalendarza, mijał rok za rokiem, toczyły się wydarzenia połączone przyczyną i skutkiem, dzieci „starzały się”, psy i koty też. W drugim, ściśle wewnętrznym, czas zatrzymał się na pewnym majowym weekendzie, którego skutki w realu przejawiały się w upartej niezgodzie na własne szczęście oraz w owych przemyśleniach, wraz z upływem czasu pomalutku zmieniających jej nastawienie.
Wyszła z psicami bardzo późno wieczorem, już około godziny duchów. Gama bawiła się nową piłeczką podrzucając ją i łapiąc, nagle piłka wpadła pod bramę parkingu i zjazdem potoczyła się w dół.
– Choroba jasna, nowa piłka! Co ty myślisz, że mam za dużo pieniędzy do wyrzucania w błoto? Nie mogłaś uważać? I co ja teraz zrobię? Jest za późno, żeby ktoś normalny chodził z kluczem od parkingu. .. O, idzie sąsiad z psem. Przepraszam, czy nie ma pan przypadkiem klucza od parkingu? Piłka Gamie wpadła do środka i nie mam jej jak wydostać.
– Zaraz, chyba mam – poszukał w kieszeni. – O, jest – ucieszył się.
Ela też się ucieszyła. Sąsiad otworzył bramę, Gama wpadła do środka i bezbłędnie odnalazła zabawkę. Podziękowawszy sąsiadowi czym prędzej udała się do domu. Wyjmując telefon z kieszeni zauważyła, ze ma wiadomość od Kasi. Odczytała: „położysz mi jutro farbę?”. Zadzwoniła.
– Jak piszesz to nie śpisz. A mnie się nie chce pisać, wolę ci odpowiedzieć ustnie.
– No więc odpowiedz.
– A po co teraz?
– Mam straszne odrosty, nie mogę tak iść do ludzi.
– Do jakich ludzi? Przecież idziesz do pracy.
– Oprócz niektórych przełożonych tam też zdarzają się ludzie. Ale ogólnie ja się do tego świata nie nadaję. Bo tu i teraz gloryfikuje się cechy, które są dla mnie nie do przyjęcia: plotkarstwo, intrygi, obmawianie, robienie złej opinii innym żeby wywyższyć siebie, jakieś skarżenie, donoszenie, ten wyścig szczurów… to jest wstrętne.
– Zahacza o mobbing…
– Dla mnie liczyło się koleżeństwo, współpraca, lojalność, a tego u młodych nie widać. No, u niektórych, ale akurat z taką „młódką” przyszło mi ostatnio mieć do czynienia. Coś takiego jak nadrzędność celu, coś ważnego dla całego wydziału teraz nie istnieje. Co dopiero mówić o rzeczywistym ocenianiu przez przełożonych, którzy ucha nadstawiają tylko dla jednej strony. O docenianiu pracy czy choćby zainteresowaniu pracownikiem nie ma mowy jeśli nie należy do grupy koleżeńskiej…
– Ktoś ci wyraźnie na odcisk mocniej nadepnął…
– Minęło mi trzydzieści lat pracy i nic. Były medale, dostały osoby pracujące chwilę zaledwie. Były premie, dostałam taką, że wstyd, najniższą jaka mogła być. Wszystko po to, żebym nie wytrzymała i sama odeszła z pracy i przestała bruździć tym, którzy chcą zniszczyć bibliotekę. Gdybym mogła, ani chwili dłużej bym nie została. Mam już dość, kompletnie dość. Nie mogę patrzeć na to dzieło zniszczenia, rozumiesz?
– Teraz rozumem dlaczego nie śpisz. I ciebie też rozumiem, przecież miałam tak samo…Nie pamiętasz, że Larwa moją pracownię zniszczyła, że mnie nie wpuściła do szkoły?
– Dziewczyno, to chodzi o wspaniały księgozbiór gromadzony od 1945 roku, jego zaczątkiem były książki, które przeżyły wojnę i powstanie, a w zbiorach znajdowały się cuda nawet sprzed dwustu lat. A taki kretyn zwany naczelnikiem sobie kpi i mówi :”pani Kasia pewnie broni biblioteki jak niepodległości”…
– Dostaną kiedyś wszyscy dokładnie to, na co zasłużyli. Przecież o tym wiesz. Ty musisz wytrzymać do emerytury i tyle. O niczym więcej nie myśl.
– Ale mi żal, tak mi strasznie żal tego wszystkiego. Jak można spokojnie znieść, że przyszła banda idiotów i niszczy to, co inni budowali przez całe życie i co służyło dosłownie tysiącom ludzi przez dziesięciolecia?
– Pozwól, że zacytuję klasyka: co poradzisz jak nic nie poradzisz? Straciłaś tam zdrowie, masz nerwicę, chore serce i astmę dzięki temu, że całkowicie poświęciłaś się pracy. Więcej już nic nie zrobisz. Weź sobie coś na uspokojenie i śpij. Masz dla kogo żyć.
– Może i masz rację. Nawet na pewno ją masz. Ale co z tego? W każdym razie dzięki ci kochana za dobre słowo.
– Ależ nie ma za co. Idź spać. Jutro wrócimy do tematu.

24.04.2018

  • fusilla Jak się człowiek dowiaduje tego, co się teraz dzieje prawie nagminnie w zespołach pracowniczych, to cieszy się, że jego to ominęło i jest na emeryturze! Ale z drugiej strony, to bierze żal. Żal tych wszystkich, kórzy muszą pracować w takim kołowrocie. Przecież to się chyba nie chce rano wstawać, jak sie o tym pomyśli!?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Fusilko:-) Też już nie muszę i jestem szczęśliwa z tego powodu, bo nie dałabym rady tak funkcjonować. Zal mi młodych, którzy muszą własne życie zawiesić na kołku i wszystkie siły poświęcać pracy. Są w sytuacji bez wyjścia, bo za coś trzeba żyć, dlatego coraz młodsi ludzie mają problemy zdrowotne biorące się ze stresu.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dwa światy

W niedzielę był Dzień Ziemi. Uczciłam święto pracą w ogródku, przesadzaniem, rozsadzaniem. Mąż skosił trawę, ja wycięłam nożycami resztę z miejsc, w których maszyna nie dała rady – czyli czynności adekwatne do dnia:) Pogoda piękna, sprzyjająca przebywaniu na łonie natury. Można było pomyśleć, że to już lato, bo dzieciaki na rowerach, na rolkach, w koszulkach z krótkimi rękawkami, gwar, śmiechy, nawoływania, rozmowy dorosłych, odgłosy pracujących kosiarek i zapachy świeżo skoszonej trawy oraz potraw z grilla unoszące się w powietrzu.
W tv – w sejmie rodzice i ich niepełnosprawne dzieci – inny świat. Wypełniony bólem fizycznym oraz egzystencjalnym matek dzieci niepełnosprawnych, już pełnoletnich, ale dzieci do końca swego życia, bo niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania, zaprzątających sobą uwagę opiekunów 24 godz. na
dobę. Głównie uwagę matek, bo bardzo często ojcowie nie wytrzymują obciążenia i znikają. Jakoś przeciwnicy aborcji, badań prenatalnych nie spieszą z pomocą, nie widać ich i nie słychać. Zaczepiają ludzi przed metrem, koło szpitali, rodzić każą, ale potem – nie obchodzi nikogo co się dzieje z tymi urodzonymi już chorymi istotami.
Protestem nauczycieli tez się nikt nie przejmie, dalej zęby w uśmiechu będą się szczerzyć, wytrzeszcz oczu będzie pozostawał w sprzeczności z uśmiechem i kłamliwymi zapewnieniami, że nic się złego nie dzieje. Gdyby nauczyciele palili opony i samochody, rozbijali wystawy sklepowe, demolowali okolicę to może ktoś z nimi by się liczył. ale tak?
No i mamy takie dwa światy przez ludzi stworzone. A natura sobie z tego nic nie robi, cieszy się wiosną, kwitnie, świergoli, śpiewa i zajmuje, porasta zielenią każdy kawałek opuszczony przez człowieka.

23.04.2018

  • babciabezmohera Zawsze gdzieś na dnie wyobraźni pozostaje odrobina nadziei, że ten świat jeszcze może być lepszy, że BĘDZIE lepszy! Może chociaż dla przyszłych pokoleń…
  • urszula97 Młodzi mają inny pogląd i receptę na zycie,tyle jej za granicą a pojedzie jeszcze więcej.Dzieci niepełnosprawne?ponoć zapomnieli o nich.Chcą im dać coś z danin najbogatszych,jakże żałosne to,widac nie ma już kasy.
    Tak wiosenka wybuchła,u nas dzisiaj duchota,pogrzmiało,pokropiło a teraz wiatrzycho dominuje.
  • veanka Nie potrafię zrozumieć „fenomenu myślowego” naszych rządzących – musisz urodzić dziecko kalekie za wszelką cenę, a potem Twój problem jak go wychowasz.
    Czyli rodzice takich dzieci „karani” są najpierw przez los, kiedy dowiadują się o niepełnosprawności swego dziecka, a później co dnia, kiedy zostają z tym problemem sami.
    Wiem coś o tym, bo mój wnuczek urodził się jako niepełnosprawny (wiotkość krtani – najpierw był karmiony przez sondę, później przez PEG).
    W naszym przypadku była to niepełnosprawność, która się po ok. roku cofnęła, ale przez ten rok cała rodzina przeszła swoje.
  • annazadroza BBM:-) Myślę, że każde pokolenie ma nadzieję na lepszą przyszłość, inaczej w ogóle nie dałoby się żyć. Nadzieja podtrzymuje człowieka w najgorszych czasach. I jeszcze – „życie polega na nieustannych przemianach”. Przeminą także ci, którzy myślą, że są wieczni i nieśmiertelni, oby jak najszybciej.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Nie dziwię się młodym, że uciekają za granicę i szukają lepszego życia. Może nawet nie tyle lepszego, co normalnego, gdzie jak poeta mówił „prawo – prawo znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Nie zaś jedną wielką patologię, w której dla Rydzyka kolosalne pieniądze są, na nagrody dla kumpli też, a dla chorych dzieci nie ma.
    Dziś trochę chłodniej, wiatr też się zerwał, w nocy była ulewa. Teraz na szczęście świeci słoneczko, choć co trochę go chmury zakrywają.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Veanko:-) Nikt normalny (w miarę) nie jest w stanie zrozumieć. Liczy się tylko zapłodniona komórka, a jak się już urodzi człowiek – to niech sobie radzi sam…
    Wyobrażam sobie, co przeżyłaś Ty i Twoja rodzina przy dziecku. Mój Mały chorował na celiakię, kiedy mało kto o tej chorobie słyszał i zanim postawiono trafną diagnozę, prawie mi umierał na rękach. Potem było zdobywanie żywności bezglutenowej, kiedy jej nie było – nie tak jak teraz, gdy jest w każdym sklepie. Wciąż się bałam, że nie będę miała czym go nakarmić, nie nadawał się do przedszkola, wiecznie łapał infekcje i musiałam chodzić na zwolnienia itp., itd. Co przeżyłam to moje. Ale jest teraz zdrowym, fajnym facetem. Natomiast rodzice będący teraz w sejmie nie mają takiej perspektywy, im nie będzie lepiej, bo ich dzieci nie wyzdrowieją nigdy.
  • krzysztof213 Tak to jest .
    Propanda sukcesu.Jak czytałaś Orwella lub nowy wspaniały świat to wiesz o co chodzi
    Zresztą Unia to nowy Rzym że Rzym upadł i jest koń Trojański w tle
    Tak jak co roku wiosna …
    A tam jak śpiewa Rosiewicz
    youtu.be/OyZMUT-u28U
  • annazadroza Krzysztof:-) W Unii moja jedyna nadzieja, że nas do końca ciemnota z zaściankiem nie zjedzą. Że młodzi, którzy trochę świata zobaczyli i zakosztowali życia w normalnych warunkach jeżdżąc w cywilizowane miejsca – na to nie pozwolą.
    A wiosna drwi sobie z głupich ludzi i robi co chce:)))
  • krzysztof213 Ja tu nie chce z tobą polemizować
    Pewno mieszkamy w dwóch innych światach.
    Nie każdy wróci . Tutaj nawet biznesy ciężko robić nie licząc tych na przekrętach.
    Widziałem Unię europejską i słyszałem ale jak tam żyją ludzie w tym multi kulti też widziałem.Tak to bywa że oni mówią swoje a świat ma masze problemów .
    Ale co to mnie już
    Kto się zainteresować mną czy nawet tobą …
  • annazadroza Krzysztof:-) Oczywiście, że ktoś, kto sobie ułożył życie za granicą, nie będzie wracał do tego naszego grajdołka, bo nie ma po co. Myślałam o tych, którzy tu mieszkają ale jeżdżą i zwiedzają, może coś z doświadczeń innych przeniosą na nasz grunt. No, ale wiadomo, że nie teraz, bo przez beton, nawet żelazobeton – głową się nie da przebić…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 38

Gdyby nie było Kasi żal świeżo położonej farby na włosach pewnie garściami rwałaby te włosy z głowy. Ze złości. Na siebie, na świat, na wszystko. Nie dosyć, że budowa utknęła w martwym punkcie – zresztą „utykała” kilkakrotnie – to facetowi pozajączkowało się w głowie. Zwyczajnie pomyliło mu się kto jest inwestorem, a kto wykonawcą. Po dziesięciu miesiącach opóźnienia powinien dokończyć co zaczął, nie zaś kombinować. Tym bardziej, że naprawdę niewiele już zostało do wykonania zobowiązań należących według umowy do firmy zarządzanej przez pana Budowlańczyka. Nie było to nazwisko, lecz przyjęło się i tak już był nazywany. Przez cały przedłużający się ponad miarę okres budowy bardzo trudno udawało się Budowlańczyka złapać telefonicznie czy osobiście. Na telefony nie odpowiadał, na maile też. Aż tu nagle się zaktywizował odpisując same bzdury na pismo wysłane faksem. Rozpoczęła się ożywiona faksokorespondencja na zasadzie „gadał dziad do obrazu”, bo Budowlańczyk w żadnym piśmie nie ustosunkował się do konkretnego punktu czy paragrafu umowy na realizację inwestycji budowlanej, którą zresztą sam spłodził i podpisał. Obrzucał natomiast Kasię i Mikołaja inwektywami, oskarżał o chęć wyłudzenia pieniędzy, granie na zwłokę, straszył odstąpieniem od umowy ze skutkiem natychmiastowym i powiadomieniem banku, utratą gwarancji na wykonane prace i nie wiadomo czym jeszcze. Chciał w ten sposób wymusić podpisanie aneksu do umowy, w którym z pewnością był zapis o zrzeczeniu się odsetek karnych należących się w przypadku niedotrzymania terminu ukończenia budowy, w zamian za wykończenie segmentu przez jego firmę.

– Kochanie, przecież nie będziemy się wdawać w „pisemną pyskówkę” z tym cwaniaczkiem – stwierdziła Kasia patrząc z lekkim niepokojem na wściekłego męża. – Punkt po punkcie odpowiemy kulturalnie na jego bzdury.

– Ok. Czekaj, wyciągnę umowę i raz jeszcze podamy bałwanowi punkty i paragrafy, żeby sobie dokładnie poczytał.

– Wiesz co? Boję się, że z takim hochsztaplerem sami sobie nie poradzimy. Trzeba będzie zwrócić się do prawnika.

– Do tej pory chyba nikt z osiedla nie wytoczył mu sprawy – zastanowił się Mikołaj. – Tak namącił ludziom w głowach, że władowali własne pieniądze w budowę, jak nasz przyszły sąsiad zza ściany, więc teraz nie mają pola manewru. Słusznie się obawiają, że Budowlańczyk nie odda im kasy jeśli wystąpią przeciw niemu.

– Mężu mój, po raz kolejny muszę stwierdzić, że jesteś absolutnie genialny – zarzuciła Kasia ręce na szyję Mikołaja.

– Wiem o tym – odpowiedział z uśmiechem. – Tylko dlaczego teraz?

– Bo się nie dałeś oszukać ani poprzednio w sprawie mieszkania przy Nowoursynowskiej ani teraz nie wszedłeś w układy z Budowlańczykiem, chociaż cytuję: zachowałeś się nieelegancko i ręce mu opadają, bo niczego nie rozumiesz  z umowy i jego pism – zachichotała.

Niezależnie od cholerycznego właściciela niesolidnej firmy ruszyli z pracami, które zgodnie z odpowiednim punktem umowy – a wbrew bełkotowi Budowlańczyka  – mogli wykonać samodzielnie. Tak więc stanął kominek. Kasia nie mogła powstrzymać okrzyków zachwytu. Bo i było nad czym krzyczeć. Kiszkowaty fragment salonu optycznie się powiększył dzięki narożnej „budowli” mającej u podstawy obmurowane półki, pod które można włożyć na przykład drewno na opał. Na dębowej zaś półeczce nad paleniskiem znalazło się  miejsce na  postawienie drobiazgów i bibelotów.

– Jak dobrze, że nie poszliśmy za modą robiąc kominek w postaci dziury w płaskiej ścianie. Nasz jest cudowny i fantastyczny! Cały pokój taki jest, taki żywy choć niczego więcej tu nie ma, nawet podłogi.

– Od razu widzę miejsce na telewizor. Spójrz Kasiu. Przedtem nigdzie nie pasował, a teraz od razu wiadomo gdzie ma być.

– Tak, na ścianie między kuchnią a przedpokojem, na komódce. Z miejsca, w którym postawimy sofę czy kanapę będzie doskonale widoczny kominek z jednej strony a telewizor z drugiej.

– Czyli obydwa domowe ogniska – uśmiechnął się Mikołaj.

W markecie budowlanym Obi po promocyjnej cenie nabyli panele na całą podłogę na piętrze. Majster pilnował roboty i szybko zostały położone. Wcześniej wykończono strych, który wprawił Kasię w stan euforii. Ponieważ segment był narożny więc i strych okazał się nad podziw duży. Wprawdzie Mikołaj nie mógł stanąć prosto nawet na samym środku ale co z tego? Pod skosami mógł kucać, żeby coś przysunąć albo odsunąć i wystarczyło. Tym sposobem mnóstwo paczek z książkami już udało się umieścić na strychu. Kasia dostała jubileuszówkę za trzydzieści lat pracy. Pieniądze poszły na ratę kredytu oraz kafelki do małej łazienki, mogła więc sobie wyobrażać swoją niebieską łazienkę z dachowym oknem. Najpierw była przeznaczona dla teściowej wraz z przylegającym do niej pokojem. Pani Wacia jednak nie była pokojem zachwycona, wydał jej się zbyt ciemny. Kasia zmieniła wówczas plany i oddała jej pokój, w którym chciała zrobić gabinet. Gabinet zaś powstał tam, gdzie miała być ich sypialnia, czyli w pokoju z dwoma połaciowymi oknami. W ten sposób Kasia z Mikołajem zyskali sypialnię połączoną z własną, prywatną, osobistą łazienką z czego byli ogromnie zadowoleni.

Zaczęło się przewożenie całego dobytku i instalowanie w wymarzonym domku.   .

Przyjeżdżając do nowego domu dziadków Klarcia była zachwycona. Mogła biegać po pustym salonie i krzyczeć ile sił w płucach bez obawy, że zakłóci spokój sąsiadom, ponieważ jeszcze nikt za ścianą nie mieszkał. Skakała po schodach, szalała w całym domu, na antresolce urządziła „domek na drzewie”. Spała razem z dziadkami na podłodze, na ogromnym dmuchanym materacu, co też się jej bardzo podobało.

Kiedyś, niedługo po „odstawieniu” pampersów, bawiła się z dziadkiem i nie reagowała na słowa Kasi wysyłającej ją do łazienki. Oczywiście skończyło się to katastrofą i koniecznością przebierania.

– Psecies są matecki do pseblania.

– Nie ma majteczek, rodzice nie dali.

– Ceba kupić. I pieluski tes.

– Mówiłam, żebyś poszła do łazienki? Czemu nie posłuchałaś? Myślisz, że ci wszystko wolno? – gderała babcia ścierając mokrą plamę z podłogi.

– Mnie sysko wolno, bo ja jestem ukochana cólecka tatusa – oświadczyła butnie. Ale za chwilę już obejmowała łapkami Kasię. – Psyklo mi, pseplasam ce baldzo.

– Nie chce u nas, chce u babcy i dzadza – oświadczyła kiedy rodzice po nią przyjechali. – Tu dopielo jest zycie.

Miała swoje przybory toaletowe. Ogromnie ucieszyła się zobaczywszy swoje zabawki do kąpieli, które pamiętała ze starego mieszkania.

– To moje! Do kopania, moje syskie zabawecki! I gobecka tes?

– Twoje, do kąpania, gąbeczka też, kochanie ty moje najdroższe – Kasia zawsze cieszyła się radością Klarusi.

Kasia otworzyła oczy. Wokół było ciemno, do świtu jeszcze widocznie daleko. Leżała bez ruchu i próbowała zidentyfikować miejsce pobytu. Do niczego znanego nie pasowało, żadnych znajomych odgłosów, okno nie z tej strony… ale jak wygodnie! Mikołaj spał obok.

No to wszystko jasne. Nie tak miała wyglądać pierwsza noc na nowym własnym łóżku we własnym nowym domu, lecz Kasia po prostu padła kiedy mąż brał prysznic. Usnęła twardo jak kamień i obudziła się dopiero teraz. Która może być godzina? Zerknęła na ekranik komórki. Piąta trzydzieści. Co za szczęście, że nie poniedziałek lecz niedziela. Mają przed sobą cały dzień. Przeciągając się z przyjemnością, wróciła myślami do początku weekendu.

W piątek Mikołaj przyjechał po nią zaraz po pracy i pojechali do domku. Kasia rozpaliła ogień w kominku. Wysuszone drewno zajęło się od pierwszej zapałki. Spędzili cudowny wieczór w towarzystwie włoskiego szampana.

W sobotę przyjechało wyczekiwane zamówione łóżko. Kasia zadecydowała, że złożą jego elementy w salonie, po trochu będą wnosić na górę i sami je skręcać. Nie chciała, żeby dostawcy w zabłoconych butach wchodzili po świeżo lakierowanych schodach. Pomysł może i dobry, gorzej z wykonaniem. Części ramy okazały się bardzo ciężkie. Nic dziwnego, w końcu zrobiono je z litego dębowego drewna. Było to jednak zupełnie nic w porównaniu z ciężarem materaca. Nie dosyć, że ogromny, gruby i potwornie ciężki, to nie było go jak uchwycić, żeby wnieść. Na folii, w którą był zawinięty, rzucała się w oczy nalepka informująca, że tego produktu nie wolno zginać.

– I weź to teraz jakoś, człowieku, i wnieś – jęczała Kasia.

– On jest cięższy od ciebie – wystękał Mikołaj.

– Na pewno mniej przyjemny w dotyku – wydyszała Kasia, na co Mikołaj tylko skinął głową na znak zgody, nie mogąc się odezwać.

Kasia trzymała od dołu, Mikołaj od góry i pomału wciągali na kolejny schodek. Po wielu próbach, z ogromnym wysiłkiem przepchnęli olbrzyma na zakręcie schodów. Oboje mieli wrażenie, że kręgosłupy im pękają w kilku miejscach jednocześnie. Kiedy wreszcie udało się go przemieścić ze schodów do sypialni, przez dłuższą chwilę oddychali głęboko stojąc bez ruchu zmęczeni ale szczęśliwi. Ułożyli stelaże na skręconej ramie, na nich materac.

– Jakoś strasznie wysoko – stwierdził Mikołaj. – W sklepie wyglądało inaczej.

– Bo tam była duża przestrzeń a  tu mały pokoik i ściany zaraz obok.

– Ale jakoś wysoko – powtórzył Mikołaj.

– Ale jak dobrze! – Kasia rzuciła się na materac. – O matko, jak wygodnie! Spróbuj. A ja idę pierwsza do łazienki.

20.04.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Szczęście w nieszczęściu

W mądrych książkach piszą, żeby szukać dobrych wiadomości, a nie napawać się złymi, które nas bombardują w ogromnej ilości z każdej strony. Nawet tylko jedna dobra informacja dziennie może być jak kropla drążąca skałę i przebić pancerz jakiegoś zatwardziałego, zapiekłego w skorupie negatywizmu
człowieka i ogólnie, tworzyć więcej dobrego wokół nas.
Taką wiadomością, która mnie wzruszyła – choć jednocześnie wyzwoliła instynkty mordercze w stosunku do sprawcy – była historia pieska. Wpadło biedactwo dwiema łapkami we wnyki zastawione przez kłusowników. Strasznie długo musiał leżeć bez pomocy, jadł śnieg i liście, z łapek zaczęła odpadać skóra i ciało. Znalazł go leśniczy w stanie skrajnego wyczerpania. Zajął się nim weterynarz, który podczas operacji wyjął mu jeszcze trzy kule, czyli został postrzelony. Trzeba było mu amputować dwie łapki. Ludzie wzruszeni losem biedactwa zorganizowali zbiórkę na protezy. Piesek już nauczył się chodzić na swoich nowych łapkach, obdarzył wielką miłością weterynarza, który mu uratował życie. A ponieważ to miłość z wzajemnością, pan doktor postanowił go adoptować. Takie szczęście w nieszczęściu.
Przeczytałam to w „Życiu na gorąco”, które kupiła babcia D. kiedy zdarzyło jej się wyjść do Żabki. Babcia rozwiązuje krzyżówki z szybkością niewiarygodną, nie ma z tym najmniejszego problemu. Jest to zaskakujące, ponieważ krzyżówki są jedynym zajęciem zdolnym ją jeszcze zainteresować. Nawet „Tańca z gwiazdami” już nie ogląda. Siatkówką będąca pasją jej życia – kiedyś grała, nawet ma uprawnienia trenera – też przestała się przejmować. Jeszcze nie tak dawno śledziła wszystkie mecze, teraz jej zobojętniały. Dobrze, że wiosna już jest, więc choć do ogródka na chwilę wyjdzie, posadziła sobie bratki w skrzynce na oknie. Teraz pojechała z Mężem na badanie krwi, nawet nie stawiała tym razem oporu;) Też szczęście w nieszczęściu.

20.04.2018

  • urszula97 Przy opiece starszych ludzi kazda mała rzecz cieszy.
  • mmzd Czy mówisz, Aneczko, o Foreście ? miałam okazję go poznać, jeszcze wtedy <dwułapego>, co kompletnie mu nie przeszkadzało w bieganiu. I pełna podziwu jestem dla Doktorów z przemyskiej „Ady” !!
  • nie-okrzesana Przynajmniej masz jakiś punkt zaczepienia. Podrzucisz krzyżówkę i przez jakiś czas spokój.
  • kasiapur No tak znowu kompletny paradoks ,,mózgowy,,… z jednej strony
    wygląda, że jest ograniczenie a z drugiej łup 😉 ! bystrość i pamięć.
    Ale w sumie to jest fajne, nigdy nie możemy być wszystkiego do końca
    pewni.
    serdeczności uściski dla Ciebie Aniu !
  • kotimyszkot Co jak co, ale za takie bestialstwo sprawcy należą się trzy kulki.. Potworność to za mało powiedziane!
    A co do babci, dobrze, że jest wiosna, wtedy i umysł i siły wewnętrzne odżywają 🙂 Pozdrawiam słonecznie 🙂
  • krzysztof213 Jakoś lubię zwierzęta i wiesz czemu są bardziej wierne niż Ludzie .
    I takie bo nie chcę tu tutaj przeklinać to mi naprawdę robi.
    Czy człowiek to brzmi dumnie jeszcze …
    Ale czy wszystko muszę komentować bo i że starszymi ludźmi miałem też okazję się spotkać
  • annazadroza Urszulo:-) Cieszy, naprawdę cieszy, przynajmniej mnie, kiedy babcia D. jest uśmiechnięta i zadowolona. Bardzo rzadko się zdarza taka sytuacja, to prawda, ale mając świadomość choroby, z której wynikają jej inne zachowania różne różniste – potrafię te lepsze chwile docenić i staram się zapamiętać, aby je przywoływać w innych sytuacjach, gdy trudno wytrzymać…
  • annazadroza Magdo:-) O Foreście:) Jest fotka w gazecie, widać wyraźnie przecudną mordeczkę i smutne oczy, a na drugiej – idzie na spacer:) Magduś, Ty w Przemyślu go widziałaś?
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Masz rację, krzyżówka jest ratunkiem. Mam też wrażenie, że to taki sposób dowartościowania się, przekonania samej siebie, że ” jest dobrze, skoro potrafię rozwiązywać krzyżówki”. I niech tak będzie jak najdłużej.
  • annazadroza Kasiu:-) Kolejny dowód na to, że wciąż mało wiemy o pracy naszego mózgu. Co jakiś czas naukowcy dokonują nowego odkrycia, a i tak natura skrywa niespodzianki. Jest to też nadzieją dla osób cierpiących na różne przypadłości, bo może – na przykład – mózg zmotywowany odpowiednio zmusi ciało do regeneracji? Tylko jeszcze nie wiemy jak go do tego przekonać…
    Słonecznego tygodnia, Kasieńko, wbrew pogodowym prognozom, buziaki:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Najbiedniejsze są te zwierzątka, których nikt nie znajdzie i umierają w potwornych cierpieniach w samotności, przez ludzką podłość i bestialstwo. Chciałoby się, żeby sprawcy odczuli to samo…
    Co do babci – masz rację, to wiosny zasługa, że jest lepiej, bo wyjdzie na trawkę, popatrzy na kwiatki, porusza się trochę, a nie leży na wersalce zamykając się w czterech ścianach pokoju.
    Słoneczka Tobie też, duuużo:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Jeden „Człowiek” brzmi dumnie, inny „człowiek” – wprost przeciwnie.
    Po stosunku do zwierząt i do słabszych poznaję czy to przez duże „C” czy przez małe „c” się pisze konkretną osobę…
    Dobre masz serce, Krzysiu:)))
  • mmzd Tak Aniu, w lecznicy „Ada”. Jesteśmy „jednoprocentowo” zaprzyjaźnieni, i w ubiegłym roku udało mi się ich odwiedzić. To, co robią dla Braci Mniejszych zasługuje na najwyższy podziw.
  • annazadroza Magdo:-) Podziwiam ludzi oddanych całym sercem swemu powołaniu. Czasem oglądam jak w klinikach w Anglii albo w Stanach zajmują się zwierzakami, jakich cudów dokonują weterynarze, żeby ulżyć w cierpieniu i pomóc wrócić do życia. Cieszę się, że i u nas też już są takie miejsca:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Do roboty:)

Dzisiaj pójdę po bratki. Kilka krzaczków tylko potrzebuję, żeby kwitły zanim wyrosną aksamitki, które się same zasiały i już wychodzą z ziemi. Usunęłam z donic gałęzie, które zimą włożyłam, żeby świątecznie było. Oczywiście jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale do niedawna zachowały zielony kolor i tak sobie w tych donicach siedziały. Teraz jednak zżółkły i wyciągnęłam je. Zrobiło się łyso i czym prędzej muszę coś w ich miejsce włożyć. Ponieważ widziałam śliczne bratki, pomyślałam, że się zdecyduję właśnie na te wdzięczne, urocze kwiatuszki.
Rano było trochę chłodno, ale słonecznie. Spotkałyśmy z Szilką przy torach Ciapka, znajomego mojej suni, wraz z jego panią. Psiaki pobawiły się, poskakały, tak więc spacer należy zaliczyć do udanych.
Po przyjściu zrobiłam na śniadanie pastę z białego sera z pokrojoną cebulką i szczypiorkiem. Ser był już trochę twardawy, więc dodałam odrobinę majonezu i zrobił się kremowy:) Ostatnio mam też często ochotę na tosty z powidłami śliwkowymi i nic więcej mi nie trzeba.
Miałam spytać czy wiecie co robić z aloesem? Dostałam od synowej, rośnie, ale już jest za duży, łamią mu się liście i do czego je wykorzystać? Kiedyś Mąż kupował babci D. sok z aloesu na trawienie. Czy to z takiego właśnie? Pojęcia nie mam.
Przed śniadaniem poszłam po zakupy, żeby już potem mieć spokój, bo poza zajęciem się ogródkiem i bratkami, chcę naleśniki – już tradycyjnie – zrobić do zabrania na jutro dla dzieci. Wszak jadę do malutkiej:) Ona ich jeszcze nie je, ale jej siostra bardzo lubi. Mama i tata mówią, że też:) Farsz robią często taki, jakiego wcześniej nie jadłam: jajka na twardo i pieczarki usmażone razem z mielonym indykiem. Dobre to jest:)
No to do roboty idę:) Miłego dnia, słonecznego i bez deszczu:)))

18.04.2018

  • kolewoczy Grube liście aloesu rozetnij wzdłuż na połowy i przyłóż na twarz jako maseczkę. możesz się pobawić i ten miąższ po prostu wybrać łyżeczką i zrobić taką maseczkę, tylko to więcej czasu zajmuje. Wygładza cerę, odżywia 🙂 Podobno odmładza :-))) Musi być dwuletni.
  • urszula97 Taki kaktus ma sporo zastosowań leczniczych,pogrzeb w necie,robi się domowe lekarstwa z miodem ,spirytusem na różne dolegliwości.
    A robiłas naleśniki z farszem takim jak na pierogi ruskie?przy zwijaniu dodaję jeszcze kawałek sera.
  • nie-okrzesana Aloes jest doskonały na otarcia i oparzenia i w ogóle jest cudowny. W końcu możesz wypić z niego sok.
  • bognna A ja mam cudne bratki w skrzynkach na kuchennym oknie. Od razu mi sie przyjemniej gotuje;)
  • babciabezmohera Ja kwiatki do doniczek kupię dopiero po „ogrodnikach”. Na razie wyłażą z ziemi te wieloletnie. Mam nadzieję, że psy dadzą im spokój…
  • fusilla Na moim tarasie już czerwienia się amarantowe Pelargonie „czempiony”, na tarasowych schodach jasnożółte Petunie i fioletowe Heliotropy,a na oknie od strony północnej stoi biało-zielona Bacopa. Tak sobie wczoraj poszalałam!
    Bratki mam tylko jeszcze w dekoracjach poświatecznych przy drzwiach wejściowych.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Dziękuję za porady, mówisz, że odmładza? To na pewno wypróbuję i zacznę robić maseczki. Właściwie powinnam zrobić zdjęcie przed kuracją i po, następnie porównać:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Z miodem i spirytusem? To brzmi bardzo ciekawie, poszukam.
    Nie robiłam jeszcze choć słyszałam, że dobre. Wnusia K. lubi ruskie pierogi, to może i takie naleśniki by jej smakowały. Zrobię jak przyjedzie do nas. Tylko kiedy… biedne dziecko ma tyle nauki po tych szkolnych zmianach, że nie wiem jak może sobie radzić, ale radzi.
  • kasiapur Ha ! Czuję ten klimat Twojego domu, te zapachy, odgłosy…po prostu
    ciepło… które przede wszystkim masz w sobie. Dobrze jest u Ciebie Aniu !!!
    przytulańce :)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Już zapisałam, na otarcia i oparzenia, na to bym nie wpadła. Dzięki:) Na oparzenia stosuję krople propolisowe, mam w lodówce, pod ręką, bo w kuchni ciągle się czymś sparzę, albo olej mi pryśnie, a po propolisie nawet bąbel się nie robi.
  • annazadroza Bognna:-) Na kuchennym oknie mam drewnianą skrzynkę, pomalowaną na zielono, przecieraną – kupiłam kiedyś w Obi właśnie dlatego, że taka jak wiejska, z okna chaty wzięta. I też brateczki w niej będą. Pewnie podczas mojego gotowanie nie jeden raz będziesz miała czkawkę:) Jak mi się przypomni, że też masz bratki:)))
  • annazadroza BBM:-) Może dadzą:) Szilka niczego nie niszczy, ale Skituś – jak to facet – nie patrzy gdzie idzie, po czym depcze. Trudno, niech mu będzie, bo jak spojrzy tymi swoimi wielkimi, niewinnymi ślepkami, to niech robi co chce:)))
    Na razie wyłażą piwonie, szafirki, kwitną prymulki i takie, co nie wiem jak się zwą, ale są zimozielone, okrywowe i teraz kwitną na niebiesko, mają małe kwiatuszki.
  • annazadroza Fusilko:-) Toż u Ciebie cały ogród botaniczny:) Pięknie musi wyglądać:)
    Ja się boję trochę, że jeszcze chłody mogą być i z pelargoniami wstrzymam się na razie. Za to bazylia wschodzi w donicach dużych, bo babcia D. powtykała w ziemię 2 lata temu i odtąd rośnie jak głupia. O, a może nalewkę bazyliową zrobić?
  • annazadroza Kasiu:-) Nadzwyczaj miła jesteś, Waćpani, dla mnie;) A zapach będzie jutro waniliowy:) Mam zamiar na obiad zrobić kluski z sera, tylko nie normalne leniwe na stolnicy, bo mi się nie chce, tylko z „pogryzionego” serka sernikowego z wiaderka i kładzione łyżką na wodę. Dobre i szybko się robi bez wysiłku. Ser waniliowy to i zapach taki będzie:)
    Serdeczności, Kasieńko:)))
  • kasiapur Znam 🙂 kiedy mogłam robiłam je, szybkie i smaczne bo takie domowo-
    prawdziwe, ja jeszcze sypałam dużo cynamonu, chociaż czasami coś
    mnie napadało i robiłam na ostro z cebulką i keczupem :)))
    Ale mnie zassało ;)))
  • annazadroza Kasiu:-) Z cebulką to pastę do chleba robię. Na to, żeby kluski – nie wpadłam. I do czego podawałaś takie na ostro, „same ze sobą”?
  • kasiapur Aaa … takie proste robiłam aby szybko. Kroiłam kiełbaskę i obsmażałam
    a potem z tą cebulką na te kluseczki. To takie ,,studenckie,, żarcie ale
    lubię je do tej pory.
    buziaki 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki za podpowiedź, dobry, prosty przepis, takich mi trzeba:)))
  • krzysztof213 Czytam
    O aloesie nie będę tu pisac choc tak mozna zrobic sok
    A tak ze lubis ksiązki .
    bibliotekarz31.blox.pl/2017/03/O-ksiazkach.html
  • annazadroza Krzysztof:-) Dziękuję, będę zaglądać:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz