Jeszcze Maud

Od wczoraj przebywam w świecie Maud, tak mnie wzięło. Zdjęłam z półki jej pamiętniki, dwa tomy, które mam pt.- „Krajobraz dzieciństwa” i ” Uwięziona dusza” w przekładzie Ewy Horodyskiej. Biografię pt. „Maud z Wyspy Księcia Edwarda” napisała Mollie Gillen. Jeśli w swoich okolicznych bibliotekach możecie znaleźć te pozycje, to przeczytajcie. Skoro lubiłyście Anię Shirley myślę, że z przyjemnością wrócicie na chwilę do tamtych czasów.
Ponieważ współczesne życie, to nasze „tu i teraz”, trwa niezależnie od wewnętrznych powrotów do przeszłości, uprzejmie donoszę, iż kupiłam w Biedronce pelargonie, bo mi się ich żal zrobiło. Takie bidulki, bez światła dziennego stały, po sześć malutkich roślinek w jednym opakowaniu, więc wzięłam dwa. Na
razie stoją na deszczu, bo właśnie pada. Jutro kupię woreczek świeżej ziemi i psadzę je. A poza tym jutro wizyta u okulisty, przy okazji której zobaczę się z przyjaciółką M., bo to na Ursynowie. Mogłoby nie padać:)

26.04.2018

  • kotimyszkot Też nabyłam taki sześciopak 🙂 Ale nie wiem czy dadzą radę się przyjąć.. takie chudzinki, że byle wiatr mi je z balkonu może zdmuchnąć..
  • annazadroza Myszokocie:-) W zeszłym roku też takie bidulki kupiłam i rosły ładnie, kwitły jakby dziękując za uratowanie:)
  • kolewoczy Daj spokój, ziemia sucha, deszcze jest potrzebny, nawet dla odświeżenia powietrza, którym człowiek oddycha 😉
  • annazadroza Kolewoczy:-) Nie mówię przecież, żeby całkiem nie padało, tylko na moją głowę, kiedy będę na zewnątrz;)
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Fajnie masz… o tym spotkaniu myślę.
    Wiem że brzydko, ale zazdroszczę.
    A roślinki rzeczywiście odwdzięczają się i rosną jak najęte 🙂
  • ciotkaeliza Zawsze jak kupię w biedronce albo w innym z tych sklepów jakąś roślinkę to rośnie piękna, tak w nagrodę za ocalenie życia.
  • annazadroza Kasiu:-) Wcale nie brzydko. Kochana, żebyś wiedziała, komu i czego ja zazdroszczę… Zazdrość jest normalnym ludzkim uczuciem, zawiść – tak, to już patologia, taka chyba jedna z narodowych naszych cech. Tak na zasadzie – jak sąsiadowi lepiej, to nie staram się, żeby mnie było tak samo, tylko, żeby jemu się pogorszyło…
    Kasiu, a z M. się widziałyśmy, Skits poznał jej sunię i było śmiesznie, bo u niej jest „na przechowaniu” kocurek jej syna (ma też swojego), tak więc 3 psy i 2 koty – cyrk po prostu:))) Zwierzaki są cudowne, nie potrzeba telewizora ani innej rozrywki w ich obecności.
    Buziaki Kasieńko:)))
  • annazadroza Elizo:-) Kiedyś kupiłam za jakieś grosze dwie funkie, takie liche bidulki, właściwie zdechłe już – a jak się odwdzięczyły! Rosną, są ogromne, piękne, naprawdę dziękują za ocalenie:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

L. Maud Montgomery

24 kwietnia minęła rocznica śmierci Lucy Maud Montgomery, która zmarła w 1942 roku. Urodziła się 30.XI.1874 roku, była o niecałe pięć miesięcy starsza od mojej prababci Marianny. Równo 12 lat po jej śmierci ja się urodziłam. Mówię o tym dlatego, że uwielbiam ją od chwili przeczytania „Ani z Zielonego
Wzgórza”, miałam wtedy osiem albo dziewięć lat. Mogę powiedzieć, że rosłam i dojrzewałam razem z Anią Shirley, najbardziej lubiłam w danej chwili tę część losów Ani, które pokrywały się z moim wiekiem i doświadczeniami – gdy byłam nastolatką, potem zakochana młodą kobietą, młodą mężatką i
wreszcie mamą. Dopiero wtedy dotarłam do innych książek Maud (nie lubiła swego pierwszego imienia) i byłam nimi zachwycona. Wydano u nas jej opowiadania, które uważam za rewelacyjne, pokazujące niezwykłą zdolność obserwacji otoczenia, ludzi i ludzkich charakterów oraz umiejętność ich pokazania czytelnikowi w niezwykle plastyczny sposób. Przynajmniej ja od razu widzę, mam przed oczami jak żywe wszystkie postaci, sceny uwiecznione przez Maud. Na mojej półce obok powieści i opowiadań stoją jej pamiętniki i jej biografia. Jest mi tak bliska, jakbym znała ją osobiście od zawsze.
Mimo iż utwory Maud są pełne ciepła, uroku, romantyzmu – jej życie do łatwych nie należało. Została sierotą mając zaledwie 21 miesięcy. Matka, Klara Montgomery, zmarła na gruźlicę. Ojciec, Hugh John Montgomery, po śmierci młodej żony oddał córeczkę teściom, sam udał się na zachód Kanady, gdzie założył nową rodzinę. Mieszkała więc na Wyspie Księcia Edwarda w rybackiej wiosce Cavendish. Nie brakowało jej opieki, była najedzona i ubrana, ale brakowało jej miłości, troski i uczucia, czego szczególnie potrzebowało niezwykle wrażliwe dziecko, jakim była. Dziadkowie byli ludźmi o surowych zasadach i nie potrafili zaspokoić emocjonalnych potrzeb wnuczki. Mimo ich sprzeciwu wyjechała na studia i została nauczycielką.
Zaręczyła się z dalekim kuzynem, ale zakochała się w kim innym – zerwała zaręczyny i porzuciła obu adoratorów, ponieważ w 1898 zmarł jej dziadek (urodziła się moja babcia Stefania), wuj chciał z domu pozbyć się swojej matki, czyli babci Maud, by zatrzymać go dla siebie. Wtedy młoda nauczycielka wróciła i opiekowała się babcią do jej śmierci.
W 1903 r. w Cavendish pojawił się nowy pastor Ewan Macdonald. Zaręczyli się po cichu, żeby babka się nie dowiedziała. Wzięli ślub już po jej śmierci w dniu 5.VII.1911 roku. Po ślubie przenieśli się do Ontario, do malej miejscowości Leaskdale. Tu dopiero poznała Maud wszystkie „przyjemności” bycia żoną pastora, która – jak żona Cezara – powinna być poza wszelkimi podejrzeniami. Czyli – rodzina, dom, zachowanie miało być wzorem dla bogobojnej społeczności. Musiała uważać na wszystko co robi i co mówi, udzielać się w kołach dobroczynnych, uczestniczyć w obowiązkowych dla pastorowej podwieczorkach. Było to bardzo męczące, kradnące czas, który wolałaby przeznaczyć na pisanie powieści. Jedyna korzyść z tego wynikająca – to galeria postaci, najprzeróżniejszych z charakteru i wyglądu nadających się do wykorzystania i uwiecznienia w utworach.
W 1912 roku urodziła pierwszego syna, Chestera. Drugi synek, Hugh, urodził się martwy i z tego powodu Maud nie potrafiła sobie dać rady z ogromnym cierpieniem, które uciszyło się dopiero po urodzeniu trzeciego chłopca, Stuarta, w 1915 roku.
Niestety, zaczęły się problemy z mężem, który miał coraz cięższą depresję. Maud pilnowała podawania leków, dodatkowo musiała utrzymać w tajemnicy przed parafianami chorobę męża. Chester sprawiał kłopoty wychowawcze, wziął w sekrecie ślub z dziewczyną, która była z nim w ciąży, małżeństwo szybko się jednak rozpadło. Młodszy syn studiował medycynę i był dumą matki. Jednak gdy dostał powołanie do wojska, a trwała wówczas II wojna światowa, Maud załamała się. Uważała, że nie będzie więcej walczyła z chorobą, bo już nie ma po co żyć. Znaleziono ją martwą w jej pokoju. Po latach Stuart powiedział swojej córce Kate, że Maud popełniła samobójstwo zostawiając list: ” Niech Bóg mi wybaczy i mam nadzieję, że wszyscy inni mi wybaczą, nawet jeśli nie będą w stanie tego zrozumieć. Moja sytuacja jest zbyt trudna do zniesienia i nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Cóż za kres życia, w którym starałam się zawsze robić wszystko najlepiej.”

Mąż zmarł rok później. Spoczywają w Cavendish, na cmentarzu niedaleko rodzinnego domu Maud.

25.04.2018

  • kotimyszkot Czytałam tyle jej książek, „Ania..” towarzyszy mi od czasów nastoletnich i stoi całą serią, nie do ruszenia z regału 🙂 Ale historii samej Maud nie znałam, poznałam dzięki Tobie..
  • urszula97 Też nie znałam tej historii, jesteś Anno też z rodu Józefa,faktycznie,ciężki jej żywot a w serii Ani to tyle w niej ciepła miłości,uwielbiam czytać.
  • mmzd Aneczko kochana – najlepsze, najgorętsze, najserdeczniejsze życzenia urodzinowe przyjmij ! Zdrowia i spokoju, to najważniejsze !
    Za parę dni rozkwitną moje piwonie, – bukiet(fotograficzny) będzie specjalnie dla Ciebie 🙂
    buziak!!!
    Magda
    <*0;ooooo;~~~
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Dramatyczny kres życia Maud pokazuje, ile nie wiemy o człowieku
    nawet najbliższym a bezmiar cierpienia wyraża dopiero jego przerwanie.
    Wtedy pojawia się pytanie jak mogliśmy tego nie zauważyć…kiedy już
    jest za późno.
    Oj ciężko się zrobiło – ale czasami trzeba się pochylić nad problemem.
    uściski Aniu i dobrego !
  • annazadroza Myszokocie:-) To tak jak u mnie, stoją nie do ruszenia:) A na bezludną wyspę zabrałabym ze sobą książki Maud:)
  • annazadroza Urszulo:-) Myślę, że w tym „kąciku” naszym wszystkie jesteśmy z tych, co znają Józefa:) I to jest takie pokrzepiające:)))
  • annazadroza Magduś:-) Dziękuję Ci, skarbie, baaardzo:))) Moje piwonie mają dużo pąków, tylko boję się czy coś ich nie żre, bo jakieś takie lepkie są, jakby polane kleistą cieczą. Co to może być? Szkoda byłoby, gdyby się zmarnowały, bo są wyjątkowo piękne.
  • annazadroza Kasiu:-) Z reguły na zewnątrz widać tylko „wycinek” człowieka, reszta kłębi się w środku. Mogłabym list pozostawiony przez Maud położyć obok siebie, gdybym się zdecydowała… Mam jednak świadomość, że musiałabym się powtórnie męczyć, wolę więc odpracować te swoje wszystkie możliwe lekcje w tym wcieleniu… W następnym od razu zrobię prawo jazdy ;)))
  • babciabezmohera Też myślałam o prawie jazdy w innym wcieleniu. Przeszło mi, bo pomyślałam, że Egzaminator niewątpliwie dałby mi inne pytania i… znowu bym się obcięła! ;(
    A Montgomery też kochałam w dzieciństwie, choć po latach spotkanie z nią przyniosło mi pewien niedosyt.
  • jzadr Dziękuję Aniu za przybliżenie mi Autorki. Nie byłem jej fanem, bo… nie przeczytałem ani strony. Może dlatego, żem facet, a może nie zmieściła się Maud na sporej liście lektur. Teraz chyba za późno 🙂
  • tessa37 Ja tez mialam prababcie Marianne:) I druga-Marcjannn, te pamietam doskonale, bo zyla prawie 100 lat:)
    Co do Ani, chcialam wrocic do lektury po latach, kiedy zaczeli wyswietlac najnowszy serial, ale nie wyrobilam sie ze wzgledu na przeprowadzke, a w ogole mam opory, czy nie bedzie rozczarowania, bo inaczej odbieralo sie te lektury majac 8-9 lat, a na pewno inaczej 40 lat pozniej;)
  • fusilla „Połknęłam” wszystkie ANIE, i baaardzo długo wracałam do nich w ciągu mego życia, aż do chwili wyprowadzki do MBD, gdzie z uwagi na szczupłość miejsca, musiałam pożegnać się ze swoim księgozbiorem.
    Ale zawsze czule o niej myślę, i to nie tylko dlatego, że tak jak Ty, jestem jej imienniczką! :-))))
    Najważniejsze, że klan tych, co „znają Józefa” nie maleje! :-)))))))
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Anula jeśli masz taką ,,rocznicę,,…to ja też przyłączam się do pięknych
    życzeń z głębi serca. Samych dobrych ludzi na Twojej drodze i zdrowia !
    uśmiechy przesyłam i uściski :))
  • annazadroza BBM:-) Maud kocham bezustannie, wiec nie mam niedosytu, bo miłość jest ślepa;) Ale w stosunku do innych ulubionych, no cóż, Winnetou dalej kocham, ale do niego już nie wrócę;)
    A prawo jazdy w następnym wcieleniu zrobię! Na pewno;)))
  • annazadroza Jzadr:-) Witaj, miło Cię widzieć:) Nigdy nie jest za późno na coś nowego. Może właśnie teraz Ci się spodoba. Wielu mężczyzn np. czyta romanse, choć się do tego głośno nie przyznają.
  • irsila Jej książki oczywiście od dzieciństwa znam ,
    swojego Gilberta poznałam,
    Anią na uniwersytecie byłam,
    a i wiele tragedii i depresji w swym życiu doświadczyłam,
    jednak jej życiorysu , do końca nie znałam,
    ale dzięki Tobie jej żywot poznałam.
  • annazadroza Tesso:-) Obydwa imiona mi się podobają i Marianna i Marcjanna:) Dobrze jest pamiętać swoje przodkinie, chciałabym jeszcze móc je zobaczyć na własne oczy, kiedy były młode:) Fajnie by było:)
    Zdecydowanie wolę książkę od filmu, nigdy nie jest, nie może być, zgodny z moim wyobrażeniem. Po latach patrzy się inaczej na ulubioną lekturę, co nie znaczy, że musi ona stracić swój urok. W dzieciństwie pasjonowałam się przeżyciami, przygodami Ani , natomiast teraz delektuję się sposobem, umiejętnością opisywania świata i ludzi przez Maud oraz trafnością spostrzeżeń. A typy ludzkie pozostają niezmienne…
  • annazadroza Fusilko:-) Imienniczko Ty moja:) W dzieciństwie czytywałam „Anię…” na okrągło, na starość – gdy mam chandrę. To jest naprawdę lekarstwo, przynajmniej dla mnie. Na dodatek budzi we mnie chęć do działania gdy jestem całkiem „skapcaniała”, pobudza do życia.
    Jak dobrze, że jeszcze jest nas sporo rozumiejących co znaczy „znać Józefa”:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Dziękuję Ci serdecznie:) Tak się złożyło, że dzięki „przygodzie blogowej” poznałam Was, czyli samych dobrych ludzi i do tego znających Józefa:))) Moc uścisków:)))
  • annazadroza Irsilo:-) Cieszę się, że przybliżyłam trochę postać Maud. Tę postać, która na całym świecie potrafiła zaczarować tysiące ludzi swoimi utworami:)

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Jeden komentarz

„Pasma życia” 39

Elżbieta obrała ziemniaki na obiad, wrzuciła je do zlewu w celu umycia, odkręciła kran i …gucio, zasyczało i tyle. Okazało się, że w całym domu nie ma ani kropli wody. W żadnym garnku, w żadnej butelce a wszystkie krany są suche. Jednym słowem – awaria na całego. Zadzwoniła do Kamila.
– Cześć mały, czy u was jest woda? U mnie wyłączyli.
– Oj nie wiem, cioteczko, widziałem rozkopane podwórko wracając z pracy… Już sprawdzam…jest!
– A mógłbyś mnie poratować? – żałośnie spytała.
– Przyniosę ci w kanisterku, za chwilę.
– Dzięki, życie ratujesz nie tylko mnie, zwierzakom też.
– Nie ma sprawy, zaraz będę.
Rzeczywiście przyniósł, mogła więc Ela napoić zwierzaki, zrobić sobie herbatę oraz ugotować ziemniaki. Na drugi dzień rano woda się pojawiła. Na wszelki wypadek nalała jej we wszystkie możliwe naczynia oraz do wanny. Wyszła na spacer z psami mając nadzieję, że woda już będzie bez przerwy. Niestety, po powrocie zastała znowu suche krany. Ucieszyła się, że nabrała wodę do wanny, miała przynajmniej czym spłukiwać toaletę. Wreszcie późnym wieczorem zabulgotało w rurach i popłynęła z kranów najpierw brunatna ciecz, potem już przezroczysta. Rozległ się dźwięk telefonu. To Kamil.
– Ciotka, ratuj teraz ty. Masz wodę?
Uśmiali się oboje.
– Pójdę sprawdzić… może jeszcze jest. … Jest!
Przyszedł i zabrał do domu własny kanister z Elki wodą. „Jak dobrze mieć sąsiada…”
Pozmywała zaległości kuchenne, włączyła pralkę. Wzięła się za przeglądanie szuflad, postanowiła zrobić trochę porządku i pozbyć się niepotrzebnych już papierów. Była mniej więcej w połowie zaplanowanej pracy gdy wpadł jej w ręce mały albumik ze zdjęciami robionymi w  Szczawnicy. Przecież schowała go po to, żeby do niego nie zaglądać! A teraz sam się pokazał i sam się otworzył pokazując fotkę zrobioną z ręki przez Winicjusza, na której oboje szczerzyli zęby przytulając się policzkami dla zmieszczenia się w kadrze. Usiadła na podłodze oglądając zdjęcia, przenosząc się w świat na nich uwieczniony. Obok jednego była karteczka z napisanymi przez Winicjusza słowami: „dopóki cię nie spotkałem – nie wiedziałem, że jestem samotny”.
A ona, Elżbieta, była tak bardzo przestraszona swoimi uczuciami, reakcją na rozgrywające się wydarzenia, że wolała uciec i zrzucić winę na człowieka, który niespodziewanie stał się jej bardzo bliski. Rosło w niej poczucie krzywdy i jednocześnie agresja. W ten sposób mogła sama przed sobą ukrywać swoje prawdziwe uczucia i wpadać w furię na cudzy rachunek. Teraz zaczęła to wyraźnie widzieć i chwilami robiło jej się wstyd za samą siebie. W związku z powyższym w dalszym ciągu nie zgadzała się na spotkania. To znaczy przed przypadkowymi albo – delikatnie mówiąc – prawie przypadkowymi spotkaniami nie uciekała jak kiedyś, nawet przeciwnie, będąc w okolicy mieszkania Winicjusza rozglądała się dyskretnie czy gdzieś nie zobaczy znajomej sylwetki. Tak samo było podczas robienia zakupów w Hicie.
Miała najwyraźniej obecnie w swoim życiu okres przemyśleń, żyła jakby w dwóch wymiarach. W pierwszym, zewnętrznym, czas płynął według kalendarza, mijał rok za rokiem, toczyły się wydarzenia połączone przyczyną i skutkiem, dzieci „starzały się”, psy i koty też. W drugim, ściśle wewnętrznym, czas zatrzymał się na pewnym majowym weekendzie, którego skutki w realu przejawiały się w upartej niezgodzie na własne szczęście oraz w owych przemyśleniach, wraz z upływem czasu pomalutku zmieniających jej nastawienie.
Wyszła z psicami bardzo późno wieczorem, już około godziny duchów. Gama bawiła się nową piłeczką podrzucając ją i łapiąc, nagle piłka wpadła pod bramę parkingu i zjazdem potoczyła się w dół.
– Choroba jasna, nowa piłka! Co ty myślisz, że mam za dużo pieniędzy do wyrzucania w błoto? Nie mogłaś uważać? I co ja teraz zrobię? Jest za późno, żeby ktoś normalny chodził z kluczem od parkingu. .. O, idzie sąsiad z psem. Przepraszam, czy nie ma pan przypadkiem klucza od parkingu? Piłka Gamie wpadła do środka i nie mam jej jak wydostać.
– Zaraz, chyba mam – poszukał w kieszeni. – O, jest – ucieszył się.
Ela też się ucieszyła. Sąsiad otworzył bramę, Gama wpadła do środka i bezbłędnie odnalazła zabawkę. Podziękowawszy sąsiadowi czym prędzej udała się do domu. Wyjmując telefon z kieszeni zauważyła, ze ma wiadomość od Kasi. Odczytała: „położysz mi jutro farbę?”. Zadzwoniła.
– Jak piszesz to nie śpisz. A mnie się nie chce pisać, wolę ci odpowiedzieć ustnie.
– No więc odpowiedz.
– A po co teraz?
– Mam straszne odrosty, nie mogę tak iść do ludzi.
– Do jakich ludzi? Przecież idziesz do pracy.
– Oprócz niektórych przełożonych tam też zdarzają się ludzie. Ale ogólnie ja się do tego świata nie nadaję. Bo tu i teraz gloryfikuje się cechy, które są dla mnie nie do przyjęcia: plotkarstwo, intrygi, obmawianie, robienie złej opinii innym żeby wywyższyć siebie, jakieś skarżenie, donoszenie, ten wyścig szczurów… to jest wstrętne.
– Zahacza o mobbing…
– Dla mnie liczyło się koleżeństwo, współpraca, lojalność, a tego u młodych nie widać. No, u niektórych, ale akurat z taką „młódką” przyszło mi ostatnio mieć do czynienia. Coś takiego jak nadrzędność celu, coś ważnego dla całego wydziału teraz nie istnieje. Co dopiero mówić o rzeczywistym ocenianiu przez przełożonych, którzy ucha nadstawiają tylko dla jednej strony. O docenianiu pracy czy choćby zainteresowaniu pracownikiem nie ma mowy jeśli nie należy do grupy koleżeńskiej…
– Ktoś ci wyraźnie na odcisk mocniej nadepnął…
– Minęło mi trzydzieści lat pracy i nic. Były medale, dostały osoby pracujące chwilę zaledwie. Były premie, dostałam taką, że wstyd, najniższą jaka mogła być. Wszystko po to, żebym nie wytrzymała i sama odeszła z pracy i przestała bruździć tym, którzy chcą zniszczyć bibliotekę. Gdybym mogła, ani chwili dłużej bym nie została. Mam już dość, kompletnie dość. Nie mogę patrzeć na to dzieło zniszczenia, rozumiesz?
– Teraz rozumem dlaczego nie śpisz. I ciebie też rozumiem, przecież miałam tak samo…Nie pamiętasz, że Larwa moją pracownię zniszczyła, że mnie nie wpuściła do szkoły?
– Dziewczyno, to chodzi o wspaniały księgozbiór gromadzony od 1945 roku, jego zaczątkiem były książki, które przeżyły wojnę i powstanie, a w zbiorach znajdowały się cuda nawet sprzed dwustu lat. A taki kretyn zwany naczelnikiem sobie kpi i mówi :”pani Kasia pewnie broni biblioteki jak niepodległości”…
– Dostaną kiedyś wszyscy dokładnie to, na co zasłużyli. Przecież o tym wiesz. Ty musisz wytrzymać do emerytury i tyle. O niczym więcej nie myśl.
– Ale mi żal, tak mi strasznie żal tego wszystkiego. Jak można spokojnie znieść, że przyszła banda idiotów i niszczy to, co inni budowali przez całe życie i co służyło dosłownie tysiącom ludzi przez dziesięciolecia?
– Pozwól, że zacytuję klasyka: co poradzisz jak nic nie poradzisz? Straciłaś tam zdrowie, masz nerwicę, chore serce i astmę dzięki temu, że całkowicie poświęciłaś się pracy. Więcej już nic nie zrobisz. Weź sobie coś na uspokojenie i śpij. Masz dla kogo żyć.
– Może i masz rację. Nawet na pewno ją masz. Ale co z tego? W każdym razie dzięki ci kochana za dobre słowo.
– Ależ nie ma za co. Idź spać. Jutro wrócimy do tematu.

24.04.2018

  • fusilla Jak się człowiek dowiaduje tego, co się teraz dzieje prawie nagminnie w zespołach pracowniczych, to cieszy się, że jego to ominęło i jest na emeryturze! Ale z drugiej strony, to bierze żal. Żal tych wszystkich, kórzy muszą pracować w takim kołowrocie. Przecież to się chyba nie chce rano wstawać, jak sie o tym pomyśli!?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Fusilko:-) Też już nie muszę i jestem szczęśliwa z tego powodu, bo nie dałabym rady tak funkcjonować. Zal mi młodych, którzy muszą własne życie zawiesić na kołku i wszystkie siły poświęcać pracy. Są w sytuacji bez wyjścia, bo za coś trzeba żyć, dlatego coraz młodsi ludzie mają problemy zdrowotne biorące się ze stresu.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Dwa światy

W niedzielę był Dzień Ziemi. Uczciłam święto pracą w ogródku, przesadzaniem, rozsadzaniem. Mąż skosił trawę, ja wycięłam nożycami resztę z miejsc, w których maszyna nie dała rady – czyli czynności adekwatne do dnia:) Pogoda piękna, sprzyjająca przebywaniu na łonie natury. Można było pomyśleć, że to już lato, bo dzieciaki na rowerach, na rolkach, w koszulkach z krótkimi rękawkami, gwar, śmiechy, nawoływania, rozmowy dorosłych, odgłosy pracujących kosiarek i zapachy świeżo skoszonej trawy oraz potraw z grilla unoszące się w powietrzu.
W tv – w sejmie rodzice i ich niepełnosprawne dzieci – inny świat. Wypełniony bólem fizycznym oraz egzystencjalnym matek dzieci niepełnosprawnych, już pełnoletnich, ale dzieci do końca swego życia, bo niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania, zaprzątających sobą uwagę opiekunów 24 godz. na
dobę. Głównie uwagę matek, bo bardzo często ojcowie nie wytrzymują obciążenia i znikają. Jakoś przeciwnicy aborcji, badań prenatalnych nie spieszą z pomocą, nie widać ich i nie słychać. Zaczepiają ludzi przed metrem, koło szpitali, rodzić każą, ale potem – nie obchodzi nikogo co się dzieje z tymi urodzonymi już chorymi istotami.
Protestem nauczycieli tez się nikt nie przejmie, dalej zęby w uśmiechu będą się szczerzyć, wytrzeszcz oczu będzie pozostawał w sprzeczności z uśmiechem i kłamliwymi zapewnieniami, że nic się złego nie dzieje. Gdyby nauczyciele palili opony i samochody, rozbijali wystawy sklepowe, demolowali okolicę to może ktoś z nimi by się liczył. ale tak?
No i mamy takie dwa światy przez ludzi stworzone. A natura sobie z tego nic nie robi, cieszy się wiosną, kwitnie, świergoli, śpiewa i zajmuje, porasta zielenią każdy kawałek opuszczony przez człowieka.

23.04.2018

  • babciabezmohera Zawsze gdzieś na dnie wyobraźni pozostaje odrobina nadziei, że ten świat jeszcze może być lepszy, że BĘDZIE lepszy! Może chociaż dla przyszłych pokoleń…
  • urszula97 Młodzi mają inny pogląd i receptę na zycie,tyle jej za granicą a pojedzie jeszcze więcej.Dzieci niepełnosprawne?ponoć zapomnieli o nich.Chcą im dać coś z danin najbogatszych,jakże żałosne to,widac nie ma już kasy.
    Tak wiosenka wybuchła,u nas dzisiaj duchota,pogrzmiało,pokropiło a teraz wiatrzycho dominuje.
  • veanka Nie potrafię zrozumieć „fenomenu myślowego” naszych rządzących – musisz urodzić dziecko kalekie za wszelką cenę, a potem Twój problem jak go wychowasz.
    Czyli rodzice takich dzieci „karani” są najpierw przez los, kiedy dowiadują się o niepełnosprawności swego dziecka, a później co dnia, kiedy zostają z tym problemem sami.
    Wiem coś o tym, bo mój wnuczek urodził się jako niepełnosprawny (wiotkość krtani – najpierw był karmiony przez sondę, później przez PEG).
    W naszym przypadku była to niepełnosprawność, która się po ok. roku cofnęła, ale przez ten rok cała rodzina przeszła swoje.
  • annazadroza BBM:-) Myślę, że każde pokolenie ma nadzieję na lepszą przyszłość, inaczej w ogóle nie dałoby się żyć. Nadzieja podtrzymuje człowieka w najgorszych czasach. I jeszcze – „życie polega na nieustannych przemianach”. Przeminą także ci, którzy myślą, że są wieczni i nieśmiertelni, oby jak najszybciej.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Nie dziwię się młodym, że uciekają za granicę i szukają lepszego życia. Może nawet nie tyle lepszego, co normalnego, gdzie jak poeta mówił „prawo – prawo znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Nie zaś jedną wielką patologię, w której dla Rydzyka kolosalne pieniądze są, na nagrody dla kumpli też, a dla chorych dzieci nie ma.
    Dziś trochę chłodniej, wiatr też się zerwał, w nocy była ulewa. Teraz na szczęście świeci słoneczko, choć co trochę go chmury zakrywają.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Veanko:-) Nikt normalny (w miarę) nie jest w stanie zrozumieć. Liczy się tylko zapłodniona komórka, a jak się już urodzi człowiek – to niech sobie radzi sam…
    Wyobrażam sobie, co przeżyłaś Ty i Twoja rodzina przy dziecku. Mój Mały chorował na celiakię, kiedy mało kto o tej chorobie słyszał i zanim postawiono trafną diagnozę, prawie mi umierał na rękach. Potem było zdobywanie żywności bezglutenowej, kiedy jej nie było – nie tak jak teraz, gdy jest w każdym sklepie. Wciąż się bałam, że nie będę miała czym go nakarmić, nie nadawał się do przedszkola, wiecznie łapał infekcje i musiałam chodzić na zwolnienia itp., itd. Co przeżyłam to moje. Ale jest teraz zdrowym, fajnym facetem. Natomiast rodzice będący teraz w sejmie nie mają takiej perspektywy, im nie będzie lepiej, bo ich dzieci nie wyzdrowieją nigdy.
  • krzysztof213 Tak to jest .
    Propanda sukcesu.Jak czytałaś Orwella lub nowy wspaniały świat to wiesz o co chodzi
    Zresztą Unia to nowy Rzym że Rzym upadł i jest koń Trojański w tle
    Tak jak co roku wiosna …
    A tam jak śpiewa Rosiewicz
    youtu.be/OyZMUT-u28U
  • annazadroza Krzysztof:-) W Unii moja jedyna nadzieja, że nas do końca ciemnota z zaściankiem nie zjedzą. Że młodzi, którzy trochę świata zobaczyli i zakosztowali życia w normalnych warunkach jeżdżąc w cywilizowane miejsca – na to nie pozwolą.
    A wiosna drwi sobie z głupich ludzi i robi co chce:)))
  • krzysztof213 Ja tu nie chce z tobą polemizować
    Pewno mieszkamy w dwóch innych światach.
    Nie każdy wróci . Tutaj nawet biznesy ciężko robić nie licząc tych na przekrętach.
    Widziałem Unię europejską i słyszałem ale jak tam żyją ludzie w tym multi kulti też widziałem.Tak to bywa że oni mówią swoje a świat ma masze problemów .
    Ale co to mnie już
    Kto się zainteresować mną czy nawet tobą …
  • annazadroza Krzysztof:-) Oczywiście, że ktoś, kto sobie ułożył życie za granicą, nie będzie wracał do tego naszego grajdołka, bo nie ma po co. Myślałam o tych, którzy tu mieszkają ale jeżdżą i zwiedzają, może coś z doświadczeń innych przeniosą na nasz grunt. No, ale wiadomo, że nie teraz, bo przez beton, nawet żelazobeton – głową się nie da przebić…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 38

Gdyby nie było Kasi żal świeżo położonej farby na włosach pewnie garściami rwałaby te włosy z głowy. Ze złości. Na siebie, na świat, na wszystko. Nie dosyć, że budowa utknęła w martwym punkcie – zresztą „utykała” kilkakrotnie – to facetowi pozajączkowało się w głowie. Zwyczajnie pomyliło mu się kto jest inwestorem, a kto wykonawcą. Po dziesięciu miesiącach opóźnienia powinien dokończyć co zaczął, nie zaś kombinować. Tym bardziej, że naprawdę niewiele już zostało do wykonania zobowiązań należących według umowy do firmy zarządzanej przez pana Budowlańczyka. Nie było to nazwisko, lecz przyjęło się i tak już był nazywany. Przez cały przedłużający się ponad miarę okres budowy bardzo trudno udawało się Budowlańczyka złapać telefonicznie czy osobiście. Na telefony nie odpowiadał, na maile też. Aż tu nagle się zaktywizował odpisując same bzdury na pismo wysłane faksem. Rozpoczęła się ożywiona faksokorespondencja na zasadzie „gadał dziad do obrazu”, bo Budowlańczyk w żadnym piśmie nie ustosunkował się do konkretnego punktu czy paragrafu umowy na realizację inwestycji budowlanej, którą zresztą sam spłodził i podpisał. Obrzucał natomiast Kasię i Mikołaja inwektywami, oskarżał o chęć wyłudzenia pieniędzy, granie na zwłokę, straszył odstąpieniem od umowy ze skutkiem natychmiastowym i powiadomieniem banku, utratą gwarancji na wykonane prace i nie wiadomo czym jeszcze. Chciał w ten sposób wymusić podpisanie aneksu do umowy, w którym z pewnością był zapis o zrzeczeniu się odsetek karnych należących się w przypadku niedotrzymania terminu ukończenia budowy, w zamian za wykończenie segmentu przez jego firmę.

– Kochanie, przecież nie będziemy się wdawać w „pisemną pyskówkę” z tym cwaniaczkiem – stwierdziła Kasia patrząc z lekkim niepokojem na wściekłego męża. – Punkt po punkcie odpowiemy kulturalnie na jego bzdury.

– Ok. Czekaj, wyciągnę umowę i raz jeszcze podamy bałwanowi punkty i paragrafy, żeby sobie dokładnie poczytał.

– Wiesz co? Boję się, że z takim hochsztaplerem sami sobie nie poradzimy. Trzeba będzie zwrócić się do prawnika.

– Do tej pory chyba nikt z osiedla nie wytoczył mu sprawy – zastanowił się Mikołaj. – Tak namącił ludziom w głowach, że władowali własne pieniądze w budowę, jak nasz przyszły sąsiad zza ściany, więc teraz nie mają pola manewru. Słusznie się obawiają, że Budowlańczyk nie odda im kasy jeśli wystąpią przeciw niemu.

– Mężu mój, po raz kolejny muszę stwierdzić, że jesteś absolutnie genialny – zarzuciła Kasia ręce na szyję Mikołaja.

– Wiem o tym – odpowiedział z uśmiechem. – Tylko dlaczego teraz?

– Bo się nie dałeś oszukać ani poprzednio w sprawie mieszkania przy Nowoursynowskiej ani teraz nie wszedłeś w układy z Budowlańczykiem, chociaż cytuję: zachowałeś się nieelegancko i ręce mu opadają, bo niczego nie rozumiesz  z umowy i jego pism – zachichotała.

Niezależnie od cholerycznego właściciela niesolidnej firmy ruszyli z pracami, które zgodnie z odpowiednim punktem umowy – a wbrew bełkotowi Budowlańczyka  – mogli wykonać samodzielnie. Tak więc stanął kominek. Kasia nie mogła powstrzymać okrzyków zachwytu. Bo i było nad czym krzyczeć. Kiszkowaty fragment salonu optycznie się powiększył dzięki narożnej „budowli” mającej u podstawy obmurowane półki, pod które można włożyć na przykład drewno na opał. Na dębowej zaś półeczce nad paleniskiem znalazło się  miejsce na  postawienie drobiazgów i bibelotów.

– Jak dobrze, że nie poszliśmy za modą robiąc kominek w postaci dziury w płaskiej ścianie. Nasz jest cudowny i fantastyczny! Cały pokój taki jest, taki żywy choć niczego więcej tu nie ma, nawet podłogi.

– Od razu widzę miejsce na telewizor. Spójrz Kasiu. Przedtem nigdzie nie pasował, a teraz od razu wiadomo gdzie ma być.

– Tak, na ścianie między kuchnią a przedpokojem, na komódce. Z miejsca, w którym postawimy sofę czy kanapę będzie doskonale widoczny kominek z jednej strony a telewizor z drugiej.

– Czyli obydwa domowe ogniska – uśmiechnął się Mikołaj.

W markecie budowlanym Obi po promocyjnej cenie nabyli panele na całą podłogę na piętrze. Majster pilnował roboty i szybko zostały położone. Wcześniej wykończono strych, który wprawił Kasię w stan euforii. Ponieważ segment był narożny więc i strych okazał się nad podziw duży. Wprawdzie Mikołaj nie mógł stanąć prosto nawet na samym środku ale co z tego? Pod skosami mógł kucać, żeby coś przysunąć albo odsunąć i wystarczyło. Tym sposobem mnóstwo paczek z książkami już udało się umieścić na strychu. Kasia dostała jubileuszówkę za trzydzieści lat pracy. Pieniądze poszły na ratę kredytu oraz kafelki do małej łazienki, mogła więc sobie wyobrażać swoją niebieską łazienkę z dachowym oknem. Najpierw była przeznaczona dla teściowej wraz z przylegającym do niej pokojem. Pani Wacia jednak nie była pokojem zachwycona, wydał jej się zbyt ciemny. Kasia zmieniła wówczas plany i oddała jej pokój, w którym chciała zrobić gabinet. Gabinet zaś powstał tam, gdzie miała być ich sypialnia, czyli w pokoju z dwoma połaciowymi oknami. W ten sposób Kasia z Mikołajem zyskali sypialnię połączoną z własną, prywatną, osobistą łazienką z czego byli ogromnie zadowoleni.

Zaczęło się przewożenie całego dobytku i instalowanie w wymarzonym domku.   .

Przyjeżdżając do nowego domu dziadków Klarcia była zachwycona. Mogła biegać po pustym salonie i krzyczeć ile sił w płucach bez obawy, że zakłóci spokój sąsiadom, ponieważ jeszcze nikt za ścianą nie mieszkał. Skakała po schodach, szalała w całym domu, na antresolce urządziła „domek na drzewie”. Spała razem z dziadkami na podłodze, na ogromnym dmuchanym materacu, co też się jej bardzo podobało.

Kiedyś, niedługo po „odstawieniu” pampersów, bawiła się z dziadkiem i nie reagowała na słowa Kasi wysyłającej ją do łazienki. Oczywiście skończyło się to katastrofą i koniecznością przebierania.

– Psecies są matecki do pseblania.

– Nie ma majteczek, rodzice nie dali.

– Ceba kupić. I pieluski tes.

– Mówiłam, żebyś poszła do łazienki? Czemu nie posłuchałaś? Myślisz, że ci wszystko wolno? – gderała babcia ścierając mokrą plamę z podłogi.

– Mnie sysko wolno, bo ja jestem ukochana cólecka tatusa – oświadczyła butnie. Ale za chwilę już obejmowała łapkami Kasię. – Psyklo mi, pseplasam ce baldzo.

– Nie chce u nas, chce u babcy i dzadza – oświadczyła kiedy rodzice po nią przyjechali. – Tu dopielo jest zycie.

Miała swoje przybory toaletowe. Ogromnie ucieszyła się zobaczywszy swoje zabawki do kąpieli, które pamiętała ze starego mieszkania.

– To moje! Do kopania, moje syskie zabawecki! I gobecka tes?

– Twoje, do kąpania, gąbeczka też, kochanie ty moje najdroższe – Kasia zawsze cieszyła się radością Klarusi.

Kasia otworzyła oczy. Wokół było ciemno, do świtu jeszcze widocznie daleko. Leżała bez ruchu i próbowała zidentyfikować miejsce pobytu. Do niczego znanego nie pasowało, żadnych znajomych odgłosów, okno nie z tej strony… ale jak wygodnie! Mikołaj spał obok.

No to wszystko jasne. Nie tak miała wyglądać pierwsza noc na nowym własnym łóżku we własnym nowym domu, lecz Kasia po prostu padła kiedy mąż brał prysznic. Usnęła twardo jak kamień i obudziła się dopiero teraz. Która może być godzina? Zerknęła na ekranik komórki. Piąta trzydzieści. Co za szczęście, że nie poniedziałek lecz niedziela. Mają przed sobą cały dzień. Przeciągając się z przyjemnością, wróciła myślami do początku weekendu.

W piątek Mikołaj przyjechał po nią zaraz po pracy i pojechali do domku. Kasia rozpaliła ogień w kominku. Wysuszone drewno zajęło się od pierwszej zapałki. Spędzili cudowny wieczór w towarzystwie włoskiego szampana.

W sobotę przyjechało wyczekiwane zamówione łóżko. Kasia zadecydowała, że złożą jego elementy w salonie, po trochu będą wnosić na górę i sami je skręcać. Nie chciała, żeby dostawcy w zabłoconych butach wchodzili po świeżo lakierowanych schodach. Pomysł może i dobry, gorzej z wykonaniem. Części ramy okazały się bardzo ciężkie. Nic dziwnego, w końcu zrobiono je z litego dębowego drewna. Było to jednak zupełnie nic w porównaniu z ciężarem materaca. Nie dosyć, że ogromny, gruby i potwornie ciężki, to nie było go jak uchwycić, żeby wnieść. Na folii, w którą był zawinięty, rzucała się w oczy nalepka informująca, że tego produktu nie wolno zginać.

– I weź to teraz jakoś, człowieku, i wnieś – jęczała Kasia.

– On jest cięższy od ciebie – wystękał Mikołaj.

– Na pewno mniej przyjemny w dotyku – wydyszała Kasia, na co Mikołaj tylko skinął głową na znak zgody, nie mogąc się odezwać.

Kasia trzymała od dołu, Mikołaj od góry i pomału wciągali na kolejny schodek. Po wielu próbach, z ogromnym wysiłkiem przepchnęli olbrzyma na zakręcie schodów. Oboje mieli wrażenie, że kręgosłupy im pękają w kilku miejscach jednocześnie. Kiedy wreszcie udało się go przemieścić ze schodów do sypialni, przez dłuższą chwilę oddychali głęboko stojąc bez ruchu zmęczeni ale szczęśliwi. Ułożyli stelaże na skręconej ramie, na nich materac.

– Jakoś strasznie wysoko – stwierdził Mikołaj. – W sklepie wyglądało inaczej.

– Bo tam była duża przestrzeń a  tu mały pokoik i ściany zaraz obok.

– Ale jakoś wysoko – powtórzył Mikołaj.

– Ale jak dobrze! – Kasia rzuciła się na materac. – O matko, jak wygodnie! Spróbuj. A ja idę pierwsza do łazienki.

20.04.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Szczęście w nieszczęściu

W mądrych książkach piszą, żeby szukać dobrych wiadomości, a nie napawać się złymi, które nas bombardują w ogromnej ilości z każdej strony. Nawet tylko jedna dobra informacja dziennie może być jak kropla drążąca skałę i przebić pancerz jakiegoś zatwardziałego, zapiekłego w skorupie negatywizmu
człowieka i ogólnie, tworzyć więcej dobrego wokół nas.
Taką wiadomością, która mnie wzruszyła – choć jednocześnie wyzwoliła instynkty mordercze w stosunku do sprawcy – była historia pieska. Wpadło biedactwo dwiema łapkami we wnyki zastawione przez kłusowników. Strasznie długo musiał leżeć bez pomocy, jadł śnieg i liście, z łapek zaczęła odpadać skóra i ciało. Znalazł go leśniczy w stanie skrajnego wyczerpania. Zajął się nim weterynarz, który podczas operacji wyjął mu jeszcze trzy kule, czyli został postrzelony. Trzeba było mu amputować dwie łapki. Ludzie wzruszeni losem biedactwa zorganizowali zbiórkę na protezy. Piesek już nauczył się chodzić na swoich nowych łapkach, obdarzył wielką miłością weterynarza, który mu uratował życie. A ponieważ to miłość z wzajemnością, pan doktor postanowił go adoptować. Takie szczęście w nieszczęściu.
Przeczytałam to w „Życiu na gorąco”, które kupiła babcia D. kiedy zdarzyło jej się wyjść do Żabki. Babcia rozwiązuje krzyżówki z szybkością niewiarygodną, nie ma z tym najmniejszego problemu. Jest to zaskakujące, ponieważ krzyżówki są jedynym zajęciem zdolnym ją jeszcze zainteresować. Nawet „Tańca z gwiazdami” już nie ogląda. Siatkówką będąca pasją jej życia – kiedyś grała, nawet ma uprawnienia trenera – też przestała się przejmować. Jeszcze nie tak dawno śledziła wszystkie mecze, teraz jej zobojętniały. Dobrze, że wiosna już jest, więc choć do ogródka na chwilę wyjdzie, posadziła sobie bratki w skrzynce na oknie. Teraz pojechała z Mężem na badanie krwi, nawet nie stawiała tym razem oporu;) Też szczęście w nieszczęściu.

20.04.2018

  • urszula97 Przy opiece starszych ludzi kazda mała rzecz cieszy.
  • mmzd Czy mówisz, Aneczko, o Foreście ? miałam okazję go poznać, jeszcze wtedy <dwułapego>, co kompletnie mu nie przeszkadzało w bieganiu. I pełna podziwu jestem dla Doktorów z przemyskiej „Ady” !!
  • nie-okrzesana Przynajmniej masz jakiś punkt zaczepienia. Podrzucisz krzyżówkę i przez jakiś czas spokój.
  • kasiapur No tak znowu kompletny paradoks ,,mózgowy,,… z jednej strony
    wygląda, że jest ograniczenie a z drugiej łup 😉 ! bystrość i pamięć.
    Ale w sumie to jest fajne, nigdy nie możemy być wszystkiego do końca
    pewni.
    serdeczności uściski dla Ciebie Aniu !
  • kotimyszkot Co jak co, ale za takie bestialstwo sprawcy należą się trzy kulki.. Potworność to za mało powiedziane!
    A co do babci, dobrze, że jest wiosna, wtedy i umysł i siły wewnętrzne odżywają 🙂 Pozdrawiam słonecznie 🙂
  • krzysztof213 Jakoś lubię zwierzęta i wiesz czemu są bardziej wierne niż Ludzie .
    I takie bo nie chcę tu tutaj przeklinać to mi naprawdę robi.
    Czy człowiek to brzmi dumnie jeszcze …
    Ale czy wszystko muszę komentować bo i że starszymi ludźmi miałem też okazję się spotkać
  • annazadroza Urszulo:-) Cieszy, naprawdę cieszy, przynajmniej mnie, kiedy babcia D. jest uśmiechnięta i zadowolona. Bardzo rzadko się zdarza taka sytuacja, to prawda, ale mając świadomość choroby, z której wynikają jej inne zachowania różne różniste – potrafię te lepsze chwile docenić i staram się zapamiętać, aby je przywoływać w innych sytuacjach, gdy trudno wytrzymać…
  • annazadroza Magdo:-) O Foreście:) Jest fotka w gazecie, widać wyraźnie przecudną mordeczkę i smutne oczy, a na drugiej – idzie na spacer:) Magduś, Ty w Przemyślu go widziałaś?
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Masz rację, krzyżówka jest ratunkiem. Mam też wrażenie, że to taki sposób dowartościowania się, przekonania samej siebie, że ” jest dobrze, skoro potrafię rozwiązywać krzyżówki”. I niech tak będzie jak najdłużej.
  • annazadroza Kasiu:-) Kolejny dowód na to, że wciąż mało wiemy o pracy naszego mózgu. Co jakiś czas naukowcy dokonują nowego odkrycia, a i tak natura skrywa niespodzianki. Jest to też nadzieją dla osób cierpiących na różne przypadłości, bo może – na przykład – mózg zmotywowany odpowiednio zmusi ciało do regeneracji? Tylko jeszcze nie wiemy jak go do tego przekonać…
    Słonecznego tygodnia, Kasieńko, wbrew pogodowym prognozom, buziaki:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Najbiedniejsze są te zwierzątka, których nikt nie znajdzie i umierają w potwornych cierpieniach w samotności, przez ludzką podłość i bestialstwo. Chciałoby się, żeby sprawcy odczuli to samo…
    Co do babci – masz rację, to wiosny zasługa, że jest lepiej, bo wyjdzie na trawkę, popatrzy na kwiatki, porusza się trochę, a nie leży na wersalce zamykając się w czterech ścianach pokoju.
    Słoneczka Tobie też, duuużo:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Jeden „Człowiek” brzmi dumnie, inny „człowiek” – wprost przeciwnie.
    Po stosunku do zwierząt i do słabszych poznaję czy to przez duże „C” czy przez małe „c” się pisze konkretną osobę…
    Dobre masz serce, Krzysiu:)))
  • mmzd Tak Aniu, w lecznicy „Ada”. Jesteśmy „jednoprocentowo” zaprzyjaźnieni, i w ubiegłym roku udało mi się ich odwiedzić. To, co robią dla Braci Mniejszych zasługuje na najwyższy podziw.
  • annazadroza Magdo:-) Podziwiam ludzi oddanych całym sercem swemu powołaniu. Czasem oglądam jak w klinikach w Anglii albo w Stanach zajmują się zwierzakami, jakich cudów dokonują weterynarze, żeby ulżyć w cierpieniu i pomóc wrócić do życia. Cieszę się, że i u nas też już są takie miejsca:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Do roboty:)

Dzisiaj pójdę po bratki. Kilka krzaczków tylko potrzebuję, żeby kwitły zanim wyrosną aksamitki, które się same zasiały i już wychodzą z ziemi. Usunęłam z donic gałęzie, które zimą włożyłam, żeby świątecznie było. Oczywiście jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale do niedawna zachowały zielony kolor i tak sobie w tych donicach siedziały. Teraz jednak zżółkły i wyciągnęłam je. Zrobiło się łyso i czym prędzej muszę coś w ich miejsce włożyć. Ponieważ widziałam śliczne bratki, pomyślałam, że się zdecyduję właśnie na te wdzięczne, urocze kwiatuszki.
Rano było trochę chłodno, ale słonecznie. Spotkałyśmy z Szilką przy torach Ciapka, znajomego mojej suni, wraz z jego panią. Psiaki pobawiły się, poskakały, tak więc spacer należy zaliczyć do udanych.
Po przyjściu zrobiłam na śniadanie pastę z białego sera z pokrojoną cebulką i szczypiorkiem. Ser był już trochę twardawy, więc dodałam odrobinę majonezu i zrobił się kremowy:) Ostatnio mam też często ochotę na tosty z powidłami śliwkowymi i nic więcej mi nie trzeba.
Miałam spytać czy wiecie co robić z aloesem? Dostałam od synowej, rośnie, ale już jest za duży, łamią mu się liście i do czego je wykorzystać? Kiedyś Mąż kupował babci D. sok z aloesu na trawienie. Czy to z takiego właśnie? Pojęcia nie mam.
Przed śniadaniem poszłam po zakupy, żeby już potem mieć spokój, bo poza zajęciem się ogródkiem i bratkami, chcę naleśniki – już tradycyjnie – zrobić do zabrania na jutro dla dzieci. Wszak jadę do malutkiej:) Ona ich jeszcze nie je, ale jej siostra bardzo lubi. Mama i tata mówią, że też:) Farsz robią często taki, jakiego wcześniej nie jadłam: jajka na twardo i pieczarki usmażone razem z mielonym indykiem. Dobre to jest:)
No to do roboty idę:) Miłego dnia, słonecznego i bez deszczu:)))

18.04.2018

  • kolewoczy Grube liście aloesu rozetnij wzdłuż na połowy i przyłóż na twarz jako maseczkę. możesz się pobawić i ten miąższ po prostu wybrać łyżeczką i zrobić taką maseczkę, tylko to więcej czasu zajmuje. Wygładza cerę, odżywia 🙂 Podobno odmładza :-))) Musi być dwuletni.
  • urszula97 Taki kaktus ma sporo zastosowań leczniczych,pogrzeb w necie,robi się domowe lekarstwa z miodem ,spirytusem na różne dolegliwości.
    A robiłas naleśniki z farszem takim jak na pierogi ruskie?przy zwijaniu dodaję jeszcze kawałek sera.
  • nie-okrzesana Aloes jest doskonały na otarcia i oparzenia i w ogóle jest cudowny. W końcu możesz wypić z niego sok.
  • bognna A ja mam cudne bratki w skrzynkach na kuchennym oknie. Od razu mi sie przyjemniej gotuje;)
  • babciabezmohera Ja kwiatki do doniczek kupię dopiero po „ogrodnikach”. Na razie wyłażą z ziemi te wieloletnie. Mam nadzieję, że psy dadzą im spokój…
  • fusilla Na moim tarasie już czerwienia się amarantowe Pelargonie „czempiony”, na tarasowych schodach jasnożółte Petunie i fioletowe Heliotropy,a na oknie od strony północnej stoi biało-zielona Bacopa. Tak sobie wczoraj poszalałam!
    Bratki mam tylko jeszcze w dekoracjach poświatecznych przy drzwiach wejściowych.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Dziękuję za porady, mówisz, że odmładza? To na pewno wypróbuję i zacznę robić maseczki. Właściwie powinnam zrobić zdjęcie przed kuracją i po, następnie porównać:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Urszulo:-) Z miodem i spirytusem? To brzmi bardzo ciekawie, poszukam.
    Nie robiłam jeszcze choć słyszałam, że dobre. Wnusia K. lubi ruskie pierogi, to może i takie naleśniki by jej smakowały. Zrobię jak przyjedzie do nas. Tylko kiedy… biedne dziecko ma tyle nauki po tych szkolnych zmianach, że nie wiem jak może sobie radzić, ale radzi.
  • kasiapur Ha ! Czuję ten klimat Twojego domu, te zapachy, odgłosy…po prostu
    ciepło… które przede wszystkim masz w sobie. Dobrze jest u Ciebie Aniu !!!
    przytulańce :)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Już zapisałam, na otarcia i oparzenia, na to bym nie wpadła. Dzięki:) Na oparzenia stosuję krople propolisowe, mam w lodówce, pod ręką, bo w kuchni ciągle się czymś sparzę, albo olej mi pryśnie, a po propolisie nawet bąbel się nie robi.
  • annazadroza Bognna:-) Na kuchennym oknie mam drewnianą skrzynkę, pomalowaną na zielono, przecieraną – kupiłam kiedyś w Obi właśnie dlatego, że taka jak wiejska, z okna chaty wzięta. I też brateczki w niej będą. Pewnie podczas mojego gotowanie nie jeden raz będziesz miała czkawkę:) Jak mi się przypomni, że też masz bratki:)))
  • annazadroza BBM:-) Może dadzą:) Szilka niczego nie niszczy, ale Skituś – jak to facet – nie patrzy gdzie idzie, po czym depcze. Trudno, niech mu będzie, bo jak spojrzy tymi swoimi wielkimi, niewinnymi ślepkami, to niech robi co chce:)))
    Na razie wyłażą piwonie, szafirki, kwitną prymulki i takie, co nie wiem jak się zwą, ale są zimozielone, okrywowe i teraz kwitną na niebiesko, mają małe kwiatuszki.
  • annazadroza Fusilko:-) Toż u Ciebie cały ogród botaniczny:) Pięknie musi wyglądać:)
    Ja się boję trochę, że jeszcze chłody mogą być i z pelargoniami wstrzymam się na razie. Za to bazylia wschodzi w donicach dużych, bo babcia D. powtykała w ziemię 2 lata temu i odtąd rośnie jak głupia. O, a może nalewkę bazyliową zrobić?
  • annazadroza Kasiu:-) Nadzwyczaj miła jesteś, Waćpani, dla mnie;) A zapach będzie jutro waniliowy:) Mam zamiar na obiad zrobić kluski z sera, tylko nie normalne leniwe na stolnicy, bo mi się nie chce, tylko z „pogryzionego” serka sernikowego z wiaderka i kładzione łyżką na wodę. Dobre i szybko się robi bez wysiłku. Ser waniliowy to i zapach taki będzie:)
    Serdeczności, Kasieńko:)))
  • kasiapur Znam 🙂 kiedy mogłam robiłam je, szybkie i smaczne bo takie domowo-
    prawdziwe, ja jeszcze sypałam dużo cynamonu, chociaż czasami coś
    mnie napadało i robiłam na ostro z cebulką i keczupem :)))
    Ale mnie zassało ;)))
  • annazadroza Kasiu:-) Z cebulką to pastę do chleba robię. Na to, żeby kluski – nie wpadłam. I do czego podawałaś takie na ostro, „same ze sobą”?
  • kasiapur Aaa … takie proste robiłam aby szybko. Kroiłam kiełbaskę i obsmażałam
    a potem z tą cebulką na te kluseczki. To takie ,,studenckie,, żarcie ale
    lubię je do tej pory.
    buziaki 🙂
  • annazadroza Kasiu:-) Dzięki za podpowiedź, dobry, prosty przepis, takich mi trzeba:)))
  • krzysztof213 Czytam
    O aloesie nie będę tu pisac choc tak mozna zrobic sok
    A tak ze lubis ksiązki .
    bibliotekarz31.blox.pl/2017/03/O-ksiazkach.html
  • annazadroza Krzysztof:-) Dziękuję, będę zaglądać:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 37

Adelka spędzała z Adamem sporo czasu. Czasem wspólnie gotowali nowa potrawę, szli do kina albo do teatru, często przyjeżdżał z Bierką  i ze wszystkimi psami pokonywali piechotą wiele kilometrów, kiedy indziej znów jechali do znajomych na działkę pod Warszawę albo odwiedzali Krysię na działce przy Idzikowskiego. Sprawiały jej te wyprawy dużą przyjemność. Aż za dużą. Od czasu poznania Alana jeszcze większą. Zauważyła, że z niecierpliwością czeka na dzwonek telefonu, zaś przed spotkaniem z Adamem zwraca większą niż zazwyczaj uwagę na ubiór i staranność makijażu. Z jednej strony było to przyjemne uczucie, z drugiej jednak zaczynało ją denerwować, bo przecież ceniła sobie niezależność emocjonalną, z którą bardzo dobrze jej się żyło aż do tej pory, a która pozwalała obserwować z dystansu sercowe perypetie przyjaciółek oraz bliższych i dalszych znajomych. Miała wrażenie, że „coś” zaczyna ograniczać jej wolność osobistą i wdzierać się do jej świata powodując zamieszanie i zachwianie ustalonego ładu. Raz było jej z tym dobrze, innym razem była wściekła z powodu własnych odczuć. Miała kilku osiedlowych znajomych płci niewątpliwie przeciwnej, z którymi utrzymywała „psie” kontakty, ale nigdy nie była bardzo zaangażowana w owe stosunki, nie rozstrajało jej to, było powierzchowne, nie miało głębszego wpływu na nią samą.

– Wiesz, mam wrażenie, że Adelka stała się jakaś taka drażliwa albo nieobecna. Jakby ja coś gryzło od środka  – pierwsza Elżbieta zauważyła, że coś się dzieje z przyjaciółką i podzieliła się z Kasią swymi obserwacjami.

– Może i racja, ostatnio nie mogłam przyjechać w poniedziałek, żeby ją wygnieść i była wyraźnie zdegustowana – odpowiedziała Kasia.

– No właśnie, bo Adam nie zadzwonił przez cały tydzień. Duma nie pozwoliła jej zadzwonić pierwszej i wyżywała się na mnie wieczorem na spacerach – wyjaśniła Ela.

– Przyganiał kocioł garnkowi – uśmiechnęła się Kasia. – Przypomnij sobie jak ty wyżywałaś się na nas za całe swoje życie i małżeńskie problemy.

– I pewnie jeszcze za moje życie płodowe, co? Ale dzięki – spojrzała Ela ciepło na przyjaciółkę. –Trzymałyście mnie przy życiu i tylko dlatego wszystko przetrzymałam. A zmieniając temat na przyjemniejszy, może pójdziesz jutro ze mną na giełdę?

– Jasne. Przecież wiesz, że gdybym nie poszła, to tak jakby nie było weekendu. Muszę zrobić zakupy na dwa domy oraz, oczywiście, pogrzebać w ciuchach.

– Świetnie, pomożesz mi, bo dostałam od Adelki wyraźne polecenie co mam jej znaleźć.

– Nie może być! Naprawdę? Widzisz, to dowód, że naprawdę przeżywa coś niezwykłego.

– Daj głos jak się obudzisz i pójdziemy razem Teraz muszę już lecieć, cześć.

Po wyjściu Eli Kasia uciszyła Dżemika i choć próbowała zająć myśli własnymi sprawami, królowała w nich Adelka.

Adelka zaś w tym samym czasie rzuciła się na telefon, który głośno zadzwonił wyrywając ją z zamyślenia.

– Adam? – krzyknęła do słuchawki i zbladła usłyszawszy nieznany głos.

– Nie, jestem jego sąsiadem. Adam miał zawał…

– O Boże – zdołała jęknąć.

Świat zawirował jej przed oczami, w ciągu kilku sekund odczuła wokół siebie nagłą potworną, bezdenną pustkę… już raz tak było… dawno temu, kiedy dowiedziała się o Andrzeju porwanym przez lawinę… Nagle zrozumiała jak ważnym elementem jej świata stał się Adam.

– Halo! Proszę pani! Jest pani tam? Jeszcze mi kobieta padnie trupem przy telefonie… Proszę pani!

– Tak, jestem, przepraszam – odezwała się słabym głosem.

– Już wszystko dobrze. Nic mu nie będzie, to był na szczęście lekki zawał. Spokojnie, wyjdzie z tego – człowiek po drugiej stronie słuchawki próbował dodać jej otuchy.

– Na pewno wyjdzie? – zapytała  już żywszym głosem.

– Na pewno. Dał mi numer pani telefonu, żebym zadzwonił z przeprosinami, że się nie odzywał. Nie mógł.

– Bardzo, bardzo panu dziękuję za wiadomość. W którym jest szpitalu? Tak, a sala? Dziękuję jeszcze raz. Tak, tak, dobrze, jestem spokojna. O Boże! A Bierka? Pan się nią zajął? Jakże mam panu dziękować? Przyjadę po nią, dobrze, do widzenia.

Usiadła z westchnieniem. Psy naprzeciw, zaniepokojone, wpatrzone w panią. Nawet Miś nie szczekał tylko cichutko popiskiwał. Reks położył jej na kolanie swą wielką łapę. Pomału kolory zaczęły wracać na pobladłą twarz, głęboko westchnęła wciągając w płuca maksymalną ilość powietrza.

– Dobrze, że jutro nie idę do pracy. Rano odwiedzę Adama i sama wszystko sprawdzę – powiedziała zwierzakom.

W nocy prawie nie spała. Zresztą nie umiałaby rozgraniczyć co było jawą, co snem, co marzeniami sennymi a co logicznymi przemyśleniami całego życia. Rano stanęła na balkonie oświetlona promieniami wschodzącego słońca mając u stóp cały świat, przed sobą widok na odległe lasy, w sercu czuła głęboką pewność, że Bóg zesłał jej Adama aby z nim i z jego przyjaźnią spędziła resztę życia. Nie myślała o małżeństwie ani o wspólnym zamieszkaniu. To niosłoby za sobą zbyt duże komplikacje dla osób przyzwyczajonych do samodzielnego życia. Raczej o związku emocjonalnym, a dokładniej – o zgodzie na ten związek.

17.04.2018

 

  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl W pewnym wieku już bardzo ciężko podjąć decyzję o wspólnym
    życiu nawet jeśli ten KTOŚ jest bardzo bliski. A jednak boimy się samotnych
    dni…nocy… Nikt tak naprawdę nie chce być sam, ale i tak najważniejsze jest zdrowie.
    słoneczności Aniu !
  • annazadroza Kasiu:-) Zdrowie jest najważniejsze, masz rację. Mój Tata mawiał, że jak mamy zdrowie i pieniądze, to z całą resztą sobie poradzimy:)
    Różnie bywa ze związkami wtedy, kiedy dwie osoby są po tzw. przejściach, każda jest ukształtowana, ma swoje przyzwyczajenia, nawyki i nie ma ochoty ich zmieniać całkowicie. Czasem to wymaga wielu wyrzeczeń a czasem jest wręcz niemożliwe. Myślę, że to indywidualna sprawa i jeszcze – na ile ktoś jest skłonny do ustępstw.
    Miłego dnia, Kasieńko:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Niech Wam wiosna szczęście da:)

Przeminął weekend. Ciepły, słoneczny jakby już lato się zaczęło, nie wiosna. Deszczyk padał nocą – czyli sytuacja idealna, tak powinno być:)
W sobotę się leniłam z konieczności, bo ból nie pozwalał mi na żadne szaleństwa fizyczne, mogłam najwyżej szare komórki potrenować. Wzięłam pierwszą z odłożonych do przejrzenia książek. Padło na „Zimowe serca” Belindy Jones. Taki sympatyczny romans, tylko… akcja toczy się w Kanadzie w zimie! A ja zimy mam dość i prawie zmarzłam podczas czytania, musiałam wyjść na słońce:) Myślę, że Ewie by się podobało, że opisuje jej znajome miejsca, bo Montreal i Quebec. Nie zostawię tej powieści dla siebie, puszczę dalej, niech idzie do ludzi.
Rozgrzałam się, gdy wyszliśmy z psami. Przy okazji zobaczyłam ile zostało zrobione nowej drogi i chodnika od poprzedniej soboty. Dopóki nie skończą przebudowy skrzyżowania – mam nadzieję, że ze światłami – będzie wciąż bardzo niebezpiecznie.
Bzy coraz większe mają „kiście” i zakwitną niebawem, dzikie wino wypuszcza listeczki, tulipany już zakwitły, za chwilę wystrzelą kolorem szafirki. Uwielbiam wiosnę najbardziej ze wszystkich pór roku. Życzę Wam wszystkim wiosny w myślach, w duszy, wszędzie:)))

16.04.2018

  • urszula97 Uwielbiam wiosnę za kolory i najwiekszą ilość kwiatów,u mnie szafirki już kwitną,tulipany w pączkach,nie wiem jak teraz gdyż ostatni raz byłam na działce w czwartek,goscie rano odjechali,po południu będzie dyżur z małym a jutro lub pojutrze kolejni będą w rodzinnym domku,myślę około czwartku będzie normalność.
  • annazadroza Urszulo:-) Wiosna poza kolorami niesie radość, nadzieję, nowe życie po prostu. Jesień też ma piękne kolory ale jest w niej smutek przemijania.
    Trochę się zachmurzyło, ale nie pada, psiaki mogą w ogródku siedzieć. Ja do malutkiej w czwartek pojadę, więc do tego czasu chciałabym skończyć ogródkowe porządki, jeśli dam radę, bo mnie jeszcze „łupie w kręgosłupie”:)))
  • nie-okrzesana Wszystkim widzę, udziela się ten, wiosenny nastrój !
  • kotimyszkot Nic dziwnego, kiedy słońce za oknem i ciepło, aż się chce żyć i chłonąć to życie całym sobą :)) Mocy i sił na tę wiosnę życzę 🙂
  • kobietawbarwachjesieni Ja już wystawiłam na taras swoje drzewka i kwiaty. Skorzystałam z tego, że mój wnuk miał trochę czasu, bo to on zawsze je wynosi na powietrze i wnosi do mieszkania przed zimą. Trochę się boję przymrozków majowych, ale mam agrowłókninę i w razie czego będę nią otulała rośliny.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Niech się udziela i rozprzestrzenia dobry humor i dobry nastrój, jak najdalej i jak najszerzej, bo wciąż tego za mało w naszym klimacie:)
  • annazadroza Myszokocie:-) Dzięki:) Masz rację,że żyć się chce kiedy słonce świeci, szczególnie teraz, po zimie. Korzystać trzeba, bo dziś już się schowało za chmury, mokro jest, ale na szczęście ciepło:)
  • annazadroza Marysiu:-) A taras masz równo z ziemią czy wyżej? Bo jak wyżej, to roślinom nie powinny zaszkodzić majowe chłody. Chyba, że – odpukać- sypnie śniegiem, tak też się zdarzało. Skoro jednak jesteś przygotowana do okrycia roślinek – na pewno będzie ok:)))
  • babciabezmohera Dzięki, Aniu! Tobie też pięknej wiosny! Cieszmy się nią wszyscy! :))
  • krzysztof213 Też lubię wiosnę.Choc i szarość dnia też mam .Więc pozdrawiam
  • annazadroza BBM:-) Szkoda tylko, że życie wiosennych kwiatów jest tak krótkie. Już tulipany wczesne przekwitły a deszcz z wiatrem do spółki zdmuchnął białe płatki kwiatów z mirabelki. W pierwszej chwili myślałam, że to śnieg! Na szczęście to tylko zmyłka i Pani Wiosna zapanowała niepodzielnie. Dużo radości:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Podobno jak mamy w duszy – tak postrzegamy świat wokół. Niech więc Ci słoneczko świeci w środku i tę szarość rozjaśnia:)))
  • krzysztof213 Jest tak jak mówisz . Choć chce nieraz inaczej.Taki nieraz jest świat i tak los że nieraz pomimo wiosny tak się potrzega świat.Wiem że to nie fajne

    Ale pozdrawiam serdecznie i abyś miała fajnie

  • annazadroza Krzysiu:-) Dzięki:) Mimo kiepskich chwil – niech Ci wiosna nadzieję i spełnienie pragnień przyniesie. Czasem jakaś drobna rzecz, zdarzenie, potrafi spowodować dużą zmianę. Trzymaj się i nie daj się – jak mawiał mój Tata. Pozdrawiam serdecznie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 36

Zjedli obiad. Mikołaj zmywał w kuchni. Kasia obierała pieczarki siedząc w fotelu, trzymając tackę z obierkami na kolanach. Na ekranie telewizora zmieniały się co chwilę skłócone gadające głowy. Szkoda słuchać. I Kasia nie słuchała, bo myśli uleciały w kierunku Wilanowa i dotarły na Ursynów do miejsca budowy upragnionego mieszkania. Bez zdziwienia zatem przyglądała się budynkom, które ukazały się na ekranie, uważając je za projekcje własnych myśli.

– Czemu mnie nie wołasz? – dotarł do niej głos męża, który wyskoczył z kuchni z mokrymi rękami i stanął przed telewizorem. – Co oni mówią? Przecież to nasze osiedle!

Oprzytomniała i skierowała uwagę na telewizyjny obraz i dźwięk oraz na wygląd, a raczej na zmianę w wyglądzie Mikołaja oraz na jego słowa.

– A to dranie! – wykrzyknął wzburzony. – Teraz rozumiem dlaczego ta kobieta kręciła i nie chciała się konkretnie umówić u notariusza.

– Co takiego? Słucham? – poruszona reakcją męża Kasia wsłuchała się w słowa dziennikarza rozmawiającego z grupką lokatorów budynku widniejącego w tle. – Czy ja dobrze zrozumiałam? To znaczy, że oni wszyscy dali deweloperowi pieniądze bez aktu notarialnego zabezpieczającego ich interesy?

– Dokładnie tak.

– No to mają w plecy. A ty się nie dałeś w to wciągnąć! Mężu mój najdroższy, jesteś genialny – wykrzyknęła z podziwem.

– Miło, że to zauważyłaś – uśmiechnął się do żony. – Ale, kochanie, odłóż nóż, nie zbliżaj się do mnie z tym narzędziem zbrodni…

Kasia odłożyła nóż, tacka z obierkami wylądowała na podłodze, ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi.

– Mikołaj! Gdybyś nie był taki genialny stracilibyśmy wszystkie pieniądze! A ja się na ciebie złościłam, że jeszcze nie podpisałeś umowy.

– Przecież tłumaczyłem ci wielokrotnie, że bez notariusza nie ma w ogóle o czym mówić. Wszyscy ci, którzy tam już mieszkają, zawarli umowy w formie pisemnej lecz nie mają aktów notarialnych.

– No tak – posmutniała Kasia. – Ale co my teraz zrobimy?

– Zaczniemy szukać od nowa. Szkoda, bo ładne to mieszkanko…

– I w idealnym miejscu – dodała ze łzami w oczach.

– Mieszkać można wszędzie – skwitował bez zrozumienia Mikołaj, który nie był emocjonalnie związany z Ursynowem.

– Nieprawda! Ile razy mogę ci tłumaczyć, że nie!

– Uspokój się, poszukamy czegoś po południowej stronie Warszawy. Z pewnością coś znajdziemy. Jutro środa, w gazecie jest dodatek mieszkaniowy, będziesz miała w czym wybierać.

– No dobrze, masz rację. W ten weekend będą targi mieszkaniowe w Pałacu. Pójdziemy, zobaczymy co jest w ofercie.

Żegnała w myślach urocze mieszkanko z oknami wychodzącymi na krzaki bzu od strony Wilanowa i konie za płotem obok knajpy… Spokojniej podeszła do kwestii miejsca przyszłego zamieszkania niż zaraz po ślubie z Mikołajem. W tym – w sumie krótkim – czasie wydarzyło się tak wiele w jej życiu osobistym i zawodowym, i były to sprawy ważniejsze od żalu za mieszkaniem. Powinna się cieszyć, że mąż okazał się mądry i przewidujący. Ze znów załzawionymi oczami spojrzała na swoje ślubne szczęście, tym razem to były łzy rozczulenia i miłości. Przytuliła się, a właściwie wtuliła tak, że całkiem utonęła w objęciach męża, zniknęła, nie było jej poza nim…Czuła ogromną miłość, którą mogłaby określić jako połączenie czułości, zaufania, poczucia bezpieczeństwa, pragnienie bycia zawsze obok, blisko, jak najbliżej…

– Kochanie, jest coś o czym akurat w tym momencie powinienem wspomnieć – pocałował czubek Kasinej głowy patrząc przed siebie w nagłym zamyśleniu.

– Co takiego? – wtulała się jeszcze mocniej oplatając ramionami Mikołaja. – Mam nadzieję, że nic strasznego. Wystarczy mi wrażeń na dziś. Jak mnie jeszcze bardziej zdenerwujesz to nigdy nie obiorę tych pieczarek i nie zrobię obiadu na jutro.

– Nie wiem jak na to spojrzysz – odsunął ją nieco od siebie i poważnie spojrzał w oczy. – Wszystko zależy od twojej decyzji.

– Ale co? Wyduś z siebie,  bo się zaczynam bać.

– Widzisz, moja mama powiedziała, że bardzo żałuje, że już wybraliśmy mieszkanie, bo może… gdybyśmy się zdecydowali na większe… to i dla niej znalazłoby się miejsce..

– Czyli… chciałaby… zamieszkać z nami – ostrożnie sformułowała myśl.

– Nie denerwuj się kochanie…

– Ależ ja się nie denerwuję. No co ty, Mikołaj – wciągnęła głęboko powietrze w płuca.

– Pomyślałem, że może gdzieś blisko, w tym samym bloku albo obok udałoby się kupić drugie, małe mieszkanko dla niej. Wiesz, mama nie jest już najmłodsza, często źle się czuje, ciśnienie ma wysokie, nieraz boi się być sama w domu… – wykorzystał „zapowietrzenie się” Kasi, a teraz ona zrobiła to samo kończąc za niego zdanie.

– I dzwoni po ciebie w środku nocy, żebyś przyjechał i z nią posiedział. Przecież nikt lepiej ode mnie nie wie jak często…A problem widzę zasadniczy.

– Jaki?

– Finansowy skarbie, finansowy. Wiesz co, zrób mi dobrego drinka, a sobie zrób co chcesz. Musimy pomyśleć i policzyć.

Mikołaj odetchnął głęboko, jakby po długim biegu z ciężarem pozbył się wreszcie owego ciężaru i poczuł przyjemną lekkość.

– A na co masz chęć? Jest jeszcze słowacka śliwowica.

– Oczywiście vermouth z tonikiem. Przecież wiesz, że przy tym najlepiej mi się myśli.

Z ulubioną wysoką szklanką w ręce usadowiła się wygodnie na szerokim łóżku przykrytym bordowym sztucznym futerkiem. Stojąca lampa z żółtym kloszem rzucała ciepłe światło. Kasia uspokajała się tu i czuła bezpiecznie. Oparła się o poduszkę i wyciągnęła rękę do męża.

– Chodź, usiądź obok mnie. Ważne sprawy należy omawiać w przyjemnym nastroju, nie uważasz?

Rzeczywiście zrobiło się miło i intymnie. Pieczarki leżały na ławie i traciły nadzieję, że szybko ktoś sobie o nich przypomni, chociaż „polecały się na obiad”… Mieszkańcy malutkiego przytulnego mieszkanka rozważali kwestię przyszłości, całego dalszego życia.

– W żaden sposób nie da się kupić dwóch nowych mieszkań po sprzedaży twojego i mamy. Nie ma takiej możliwości – stwierdziła Kasia.

– Kupno jednego większego mieszkania też wymagać będzie dużego kredytu. A w ogóle nie jestem zwolennikiem mieszkania razem z rodzicami. Wynikają z tego nieporozumienia, rodzą się konflikty i kłótnie w rodzinie. – dodał Mikołaj

– W mieszkaniu tak – zaczęła Kasia tak dobierając słowa, aby jak najlepiej oddać swoje myśli. – Nie wyobrażam sobie życia w jednym mieszkaniu z dorosłą osobą, tym bardziej teraz, po moich doświadczeniach z tatą. Poza tym od kilkudziesięciu lat jestem sama sobie panią i nie zniosę, żeby nagle ktoś zaczął mnie traktować z góry jak dziecko i dyktował mi co mam robić. Nawet przebywanie  z tobą bezustannie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę było dla mnie początkowo nie do wytrzymania.

– Co ty mówisz? – spojrzał zaskoczony Mikołaj. – Co… jak…

– Nie przerywaj, muszę skończyć. Przecież wiesz, że bardzo cię kocham – pogładziła palcem policzek męża. – Moje odczucia nie miały nic wspólnego z miłością. Chciałam być z tobą a jednocześnie nie mogłam być całkiem szczęśliwa bez mojego kochanego mieszkanka na Ursynowie i życia, które sobie ułożyłam. Dopiero teraz jakoś przywykłam, jeszcze nie do końca, ale traktuję bycie tutaj jako coś przejściowego, w oczekiwaniu na prawdziwy dom.

– Myślałem, że jesteś szczęśliwa…

– Przecież jestem! Tylko inaczej wygląda szczęście młodej dziewczyny wchodzącej w dorosłe życie z rodzinnego domu, bez obciążeń, samej, a zupełnie inaczej kobiety dojrzałej, która ma za sobą pół życia na własny rachunek, kobiety po przejściach, żyjącej nie tylko dla siebie, ale dla dzieci. My matki takie już po prostu jesteśmy.

– I za to też cię kocham – pocałował ją w czubek głowy.

– To się bardzo dobrze składa, bo i ja ciebie – odwzajemniła się tym samym. – Ale nie przerywaj, bo stracę wątek.

– Nie lubię przerywać jak zacznę – mrugnął i przytulił żonę, która jednak się wyswobodziła z mężowskiego uścisku ze śmiechem i zaczęła tłumaczyć.

– Widzisz dlaczego nie możemy mieszkać z mamą w jednym mieszkaniu? Miałabym świadomość, że jest za ścianą i w każdej chwili może wejść. Zero intymności i swobody.

– No właśnie, więc…

– …więc jeśli w mieszkaniu nie – weszła mu w słowo, – to w domku jak najbardziej.

– W jakim domku? O czym ty mówisz?

– Przyszło mi to do głowy bardzo dawno temu.  Wyobrażałam sobie nieduży domek, w którym każdy miałby swój kąt, swoją łazienkę i nikt nikomu nie wchodziłby w drogę. Chłopcy byli wtedy mali… Potem się zaczęły problemy z dojrzewaniem, ze szkołą, z tą całą „pierestrojką” w pracy i w kraju, i marzenia odpłynęły w siną dal. W tej chwili wróciły.

– Myślisz o budowie? Nie, to niemożliwe.

– Pewnie, że niemożliwe. Sprawdzaliśmy przecież ceny działek wokół Ursynowa i ceny nie są dla normalnych ludzi.

– Bo się uparłaś na Ursynów jakby nie można było mieszkać gdzie indziej.

– Owszem, uparłam się, bo kocham Ursynów i chcę być blisko i dzieci, i ukochanej dzielnicy. A poza tym dawno temu przyrzekłam sobie, że jeśli kiedykolwiek się przeprowadzę, to tylko bliżej lasu.

– Czy sądzisz, że w domu, powiedzmy, że dałoby się coś znaleźć, da się żyć bez antagonizmów? Nie wierzę, jestem przeciw…

– Poczekaj, mam schowany katalog projektów domów, który dostałam od Mariolki. Przyniosę i pooglądamy. Od czegoś trzeba zacząć.

Wyciągnęła katalog spod sterty czasopism. Oglądali projekty domów wolnostojących dużych i małych. Wszystkie piękne, jak to na obrazku, każdy chciałoby się mieć.

– Skonkretyzujmy czego nam potrzeba. Po obejrzeniu tylu projektów mamy chyba jakieś pojęcie – skwitował Mikołaj. – Ewentualnie oczywiście…

– Oczywiście a nie ewentualnie – sprostowała Kasia. – Konieczne są dwa poziomy. Przynajmniej dwa. Na przykład na dole salon z kuchnią i, powiedzmy, pokój mamy z łazienką, zaś na górze nasza sypialnia z łazienką i jeden pokój wolny, taki garderobo-biblioteko-gabinet. Albo w innym układzie, natomiast koniecznie muszą być dwie łazienki, bo na wspólną się nie zgodzę. Należy nam się sfera intymności. Poza tym jest to bardzo często punkt zapalny stosunków teściowa – synowa.

– Drugi punkt to kuchnia. Dwie gospodynie w jednej kuchni – powątpiewająco pokręcił głową. – To niemożliwe.

– Chyba sobie z tym poradzimy. Twoja mama ciągle mówi, że nie lubi gotować, robi to tylko ze względu na ciebie. Odciążę ją z przyjemnością, bo gotować lubię.

– No, nie wiem…

– Przede wszystkim będzie miejsce, „rozleziemy się”, nie musimy na siebie wpadać tak, jakby to było w mieszkaniu. Aha, ogródek. Musi być kawałek ogródka, wtedy będzie miała zajęcie. Wiesz, że lubi się zajmować kwiatkami. Zamiast siedzieć w czterech ścianach i gapić się w telewizor, pójdzie na powietrze. Od razu będzie zdrowsza. Zobaczysz. Poza tym przyjdzie czas, że trzeba będzie zacząć kontrolować, czy prawidłowo przyjmuje leki, co je, żeby ciągle nie narzekała na żołądek. W tym wieku należy jej już poświęcić więcej uwagi. Gdybym tatę miała wcześniej na oku to może zauważyłabym objawy choroby i jeszcze udałoby się coś poradzić – łza spłynęła po policzku Kasi.

Mikołaj otarł łzę i przytulił żonę.

– Kotku, zrobiłaś wszystko co się dało. Na Alzheimera jeszcze nie wynaleziono lekarstwa.

– Może, ale ja ciągle mam wyrzuty sumienia.

– Niepotrzebnie skarbie, na pewne rzeczy naprawdę nie mamy wpływu.

Przejrzeli tony gazet, dziesiątki albo i setki ofert z rynku pierwotnego i wtórnego. Zjeździli całe miasto – a raczej jego peryferia z każdej strony – w poszukiwaniu inwestycji, która spełniałaby ich oczekiwania i byłaby do uchwycenia pod względem finansowym. Najgoręcej zaczęło bić Kasine serce, kiedy idąc z Dżemikiem na spacer wypatrzyła na Moczydłowskiej budowane segmenty. Mikołaj udał się tam nazajutrz rano lecz niestety, bariera finansowa okazała się nie do pokonania. Jakiś czas potem Mikołaj znalazł w Wawrze segmenty, które odpowiadały wszystkim wymaganiom poza lokalizacją. Kasia niby godziła się na ten wariant ale w głębi duszy błagała los, aby nie musiała tam zamieszkać. No i tak się stało, budowa została przerwana. Później z bliska przyjrzeli się osiedlom w okolicach Nowej Iwicznej, podobały im się lecz zrezygnowali po dokładnym przeliczeniu kosztów związanych z wykończeniem budynku będącego w stanie surowym. Następny wyszukany segment był po prostu idealny i miał olbrzymią zaletę w postaci dużego poddasza do zagospodarowania. Kasia widziała tam całe czterdzieści metrów kwadratowych zapełnione półkami książek, swój kąt do pracy i domową siłownię. Pozostała kwestia kredytu. We wszystkich bankach  okazywało się, że nie mają wymaganej zdolności kredytowej, zaś mama Mikołaja nie wchodziła w rachubę ze względu na wiek. W międzyczasie wyszło na jaw, że nie staliby się właścicielami budynku po wpłaceniu pieniędzy, lecz mieliby jedynie udział w całości. Dopiero po wykupieniu wszystkich segmentów przez indywidualnych właścicieli należałoby dokonać notarialnie podziału na poszczególne części własności.

– Jakoś tak. W każdym razie strasznie to skomplikowane i prawie niemożliwe, żeby się wszyscy porozumieli bez problemów. Wiesz jak to u nas jest, zawsze musimy się kłócić, taki naród – tłumaczyła Kasia Elżbiecie.

– Aaa, to dlatego jesteś taka wściekła. Wyglądasz jakbyś miała pęknąć za chwilę na tysiąc kawałków.

– Też byś tak wyglądała, gdyby upragnione mieszkanko odpłynęło w siną dal.

– Rozumiem, że w dalszym ciągu nie masz chałupy – Elka pokiwała z politowaniem głową.    – I po co ci to było? Nigdzie nie jest tak dobrze jak na naszej wsi.

– Masz absolutną rację poza jednym: wsią już tego nazwać nie można. A tak było kiedyś fajnie…

– Zające biegały wśród chaszczy na metrze, którego jeszcze nie zaczęli kopać… – westchnęły obydwie pogrążając się we wspomnieniach.

Młodzi stażem małżonkowie nie ustawali w poszukiwaniach. Za którymś razem natrafili w Piasecznie na plac budowy, który wyglądał wyjątkowo nieciekawie. Domki były na różnych etapach „rośnięcia”, jedne stały prawie gotowe, inne, ledwo zaczęte, zarastały chwastami. Ogólnie było niechlujnie i brzydko.

– Pewnie każdy sam sobie stawia jak chce – powiedziała Kasia. – Ale przecież nie będziemy budować sami, bo się na tym nie znamy. Idziemy stąd.

Po jakimś czasie wrócili w to samo miejsce. Więcej domków zostało wykończonych i zamieszkałych. Całość wyglądała zdecydowanie sympatyczniej niż poprzednio. Przyjrzeli się bliżej, Mikołaj umówił się z deweloperem, warunki wydały się zachęcające. Podjęli decyzję. Skorzystali z pomocy młodego doradcy finansowego. Wyszukał on bank, który zgodził się na udzielenie kredytu hipotecznego na trzy osoby słusznie rozumując, że emerytura mamy to stały i pewny dochód. Podpisali akt notarialny własności działki, na której stał rozpoczęty segment. Pieniądze mieli wpłacić w ciągu tygodnia. I wtedy… bank wycofał się z kredytowania! Młody doradca w ostatniej chwili znalazł inny bank, który udzielił kredytu, chłopak nawet z własnego konta przesłał pieniądze, żeby zdążyli w terminie uregulować należność za działkę. Szkopuł w tym, że kredyt był we frankach szwajcarskich a oprocentowanie potwornie wysokie. W tym konkretnym momencie  nie mieli jednak innego wyjścia, zostali postawieni pod ścianą. Musieli skorzystać, żeby nie stracić wpłaconej już kwoty i nie płacić kolosalnej kary.

– Nie martw się kochanie – pocieszał Kasię mąż. – Po przelaniu ostatniej transzy na konto dewelopera poszukam innego banku, który przejmie cały kredyt z mniejszym oprocentowaniem. Będzie dobrze, poradzimy sobie.

– Musimy. Mam serdecznie dość takiego tymczasowego życia. Wiesz przecież, że Byk musi stać pewnie na ziemi wszystkimi czterema nogami. Inaczej nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Wytrzymam jeśli będę wiedziała, że to już na pewno moje miejsce.

– Będzie. Teraz nie mamy wyjścia. Po takich przejściach…

– Uff, oby szybko się wzięli za budowę naszego domku. Na razie nie przywoź tu mamy, bo się przestraszy na widok betonu porośniętego zielskiem. A ja już zacznę sobie wyobrażać, jaki będzie po wykończeniu – rozmarzyła się. – Wiesz jaki będzie cudny? Widzę kominek, szczapy płoną na kominku, iskry skaczą i rozbłyskują, drewno roztacza wokół niepowtarzalny zapach…

– Iskry skaczą – wszedł jej w słowo Mikołaj, – jedna właśnie wskoczyła na dywan, po chwili cały dom zamienia się w pochodnię i stąd niepowtarzalny zapach…

– Zdurniałeś? – spojrzała z dezaprobatą i silnym kuksańcem w bok poczęstowała męża. – Jaki dywan? Żadnej szmaty na podłodze. Dosyć mam kurzu. Poza tym będzie ogrzewanie podłogowe więc jedynym sensownym wyjściem są płytki w salonie. Prawda? A więc żadnych pochodni, co najwyżej świece.

– Już wszystko zaplanowałaś? Tak od razu, nie pytając mnie o zdanie?

– Nie, jeszcze nie wszystko. Nie wiem na przykład jaki kolor paneli mi się będzie podobał…bo kafelki w naszej łazience muszą być niebieskie – zerknęła spod oka. – Mikołaj! Kochanie! Naprawdę możemy zacząć myśleć o urządzaniu domu? To nie sen? Jest cudownie…

Reszta słów przeszła w niezrozumiały pomruk pod wpływem poczynań męża.

13.04.2018

  • nie-okrzesana My o mało nie pozabijaliśmy się z powodu niebieskich kafelek w łazience.
  • Gość: [kasiapur] *.toya.net.pl Na szczęście ,,dom w sosnach,, sama wykańczałam wg własnych projektów.
    To był fantastyczny czas dla mnie, bardzo się wtedy zrealizowałam.
    Ale miałam genialnego wykonawcę a to jest pół powodzenia.
    Słyszałam że niektóre małżeństwa nie wykończą domu, za to się rozwiodą 😉
    Ale wierzę że Kasia i Mikołaj dadzą radę i znajdą swoje miejsce na ziemi.
    Odpoczynku i miłego weekendu Aniu :)))
  • kobietawbarwachjesieni Własny dom to najlepsze rozwiązanie. Ja też mieszkam we własnym domu.
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Jak to? Bo miały być czy nie miały? I kto wygrał? Fajne są takie wspomnienia:)
  • annazadroza Kasiu:-) Dobry wykonawca to skarb, naprawdę wiem coś o tym. To znaczy wiem o niedobrym:( Jeśli sama mogłaś sobie projektować i wykańczać swój domek, to miałaś na pewno przyjemność. Skoro malujesz – to wnioskuję, że masz wiele artystycznych zdolności, więc urządzanie domku według własnych pomysłów to wielka radość i spełnienie. Buziaki:)))
  • annazadroza Marysiu:-) Własny na pewno. Gorzej gdy należy do banku, a człowiek drży co miesiąc ze strachu, czy tym razem jeszcze starczy na ratę czy już nie.
    A masz bez i jaśmin w ogródku? Uściski wiosenne dla Ciebie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz