„Pasma życia” 40e

Po dużej ilości emocjonujących wrażeń należało odreagować i odpocząć. Wszakże dla odpoczynku zjechało do Krystianówki całe towarzystwo. Zenek z zadowoleniem zauważył, że Adam z Winicjuszem nie próżnowali w czasie gdy on z „dziewczynami” przebywał poza domem. Zebrane w stos gałęzie leżały w pobliżu miejsca przeznaczonego na palenie ogniska, kociołek wypełniony ziemniakami, cebulą i kiełbasą czekał na zawieszenie go nad ogniem w celu upieczenia zawartości. Na drewnianym stole stały dzbanki z sokiem pomarańczowym oraz kompotem, zaś obok nich bateria butelek zawierających przeróżne trunki. Niektóre zostały napoczęte a panowie tryskali humorem. Psy również sprawiały wrażenie szczęśliwych wyjątkowo, ponieważ w trakcie przygotowywania „pieczonek” zostały hojnie obdarowane smakołykami. Przezornie nie odstępowały swych dobroczyńców mając nadzieję na ciąg dalszy poczęstunku i bezczelnie zlekceważyły codzienną swą psią karmę.

Na rozpoczęcie miłego wieczoru każdy dostał szklaneczkę z ulubionym napitkiem. Elżbieta opróżniła swoją bez ociągania. Usiadła ze szkicownikiem na ławeczce przyglądając się dwu i czworonożnym obecnym istotom krzątającym się wokół. Każdy coś robił, ona jedna usiłowała tkwić w bezruchu co jej się w sposób oczywisty nie udawało. Miała wrażenie, że próbując patrzeć na wszystkich jednocześnie, dostaje oczopląsu a zeza to już na pewno.

– Hej! – krzyknęła wreszcie zniesmaczona. – Moglibyście na chwilę znieruchomieć?

Dwunożne istoty zastygły, każda w zadziwiającej pozycji.

– Tak dobrze? – spytała Krysia stojąc na jednej nodze, druga zawisła w powietrzu, nad głową powiewała długa gałąź trzymana w obu rękach.

– A ja? – dopytywał się Adam uchwycony zupełnie prozaicznie z butelką w jednej ręce i szklaneczką w drugiej.

Zenek kucał przy gałęziach w ogniskowym kręgu próbując je rozpalić.

– Elu, czy ja mogę rozpalać ogień czy mam się całkiem nie ruszać? – krzyknął. – Bo jak długo to mi kolana ścierpną.

Winicjusz wyszedł z szopy i zastygł zdumiony zobaczywszy znieruchomiałych przyjaciół.

– Co wam się wszystkim stało… – zaczął mówić i przestał, bo kątem oka dojrzał, że Elka szkicuje z zagadkowym półuśmieszkiem na twarzy.

Z domu wyszła Adelka z dwoma talerzami pełnymi pokrojonego ciasta jagodowego i jeżynowego. Coś dziwnego rzuciło jej się w oczy, więc przystanęła jeszcze nie wiedząc o co chodzi. Dotarło do niej po chwili, rzut oka na Elkę wystarczył, by pojęła w czym rzecz. Nie popukała się w czoło jedynie dlatego, że miała zajęte obie ręce. Mogła tylko mówić, czego nie omieszkała uczynić.

-Zidiocieliście wszyscy ze szczętem?  W co się bawicie? „Słup soli niemowa” czy jakoś tak się to nazywa, bawiłam się tak w podstawówce…

– Nie skrzecz, oni mi pozują – wyjaśniła zadowolona Elka. – Najpierw się wszyscy kręcili bez sensu a teraz przynajmniej sensownie znieruchomieli.

– I co, będziesz ich tak do północy trzymać? Kiedy się ziemniaki zdążą upiec? Nie prościej byłoby im zrobić zdjęcie i w domu sobie przenieść na papier w wolnej chwili?

– Cicho, rozpraszasz mnie – mruknęła Elka. – I zejdź mi z oczu, bo zasłaniasz widok.

– A idźże sobie, nie będę nadkładać drogi i chodzić w kółko dla twojej przyjemności. Ciężko mam, niosę coś przecież, nie widzisz?

– Nic nie widzę boś mi wlazła przed oczy i świat przesłaniasz – przymrużyła oko Elka. – No jakby nie patrzeć to nie widać…

Winicjusz roześmiał się głośno słysząc ową wymianę zdań. Nie dośmiał się do końca, bo klapnął na siedzenie z nagła i niespodziewanie podcięty przez Gamę, która rzuciła się w pościg za Betą. Ta zaś wykorzystując bezruch ludzi bezczelnie zwędziła kiełbasę nabitą na patyk, jedną z kilku przygotowanych do upieczenia nad ogniskiem w celu umilenia oczekiwania na danie główne, czyli ziemniaki upieczone w kociołku. Za Betą rzuciła się też Perełka i Bierka, za nimi Miś. Po czym zastanowił się, zawrócił i ukradł dla siebie drugą kiełbasę z patykiem. Ciągnąc patyk wpadł na jedyną nogę Krysi znajdującą oparcie na ziemi ponieważ druga aktualnie przebywała w powietrzu w postaci zastygniętej i pozbawił ją tego oparcia, zanim zdążyła tę drugą ze stanu zastygnięcia wyprowadzić. Wobec powyższego jedynym Krysinym punktem zaczepienia stała się trzymana w rękach gałąź. Ponieważ zaś gałąź nie miała się o co zaczepić musiała się o coś oprzeć i wykorzystała w tym celu głowę i plecy Zenka, który usiadł na trawie z wyrazem niebotycznego zaskoczenia na obliczu.

– Kochanie, a cóżem ci ja zawinił, żebyś mnie kijami okładała? – wybełkotał do swej upadłej małżonki.

Adam stał w dalszym ciągu znieruchomiały, z zachwytem wpatrzony w rozgrywające się przed nim sceny. Elżbieta poczuła się rozproszona ostatecznie.

Winicjusz, który upadł jako pierwszy, zwijał się ze śmiechu, łzy mu płynęły po twarzy i nie mógł się opanować mimo gniewnych spojrzeń rzucanych przez Krysię w jego stronę. Zenek spojrzał na przyjaciela, na siebie, a widząc żonę w jednym kawałku i bez widocznego uszczerbku na ciele, zawtórował mu rycząc niczym bawół. Krysia najpierw chciała się obrazić, wykonawszy jednak szybką pracę umysłową doszła do wniosku, że żaden człowiek tu nie zawinił a zwierzakom wolno… Widząc skręcających się ze śmiechu facetów – bo i Adam wreszcie ocknął się z odrętwienia i rżał jak stara szkapa – zaraziła się śmiechem. Dołączyła do nich Adelka i na samym końcu rozproszona Elka. Psy pozazdrościły ludziom tak świetnej zabawy i włączyły się wszystkie bez wyjątku próbując wycałować swoich ukochanych opiekunów zachowujących się, mówiąc delikatnie, niecodziennie.

– Ja nie wytrzymam z tymi wariatami – jęczała Adelka. – Wszystko przez Elkę. Ty, Elka, idź ty natychmiast nad jezioro i przestań przeszkadzać. Winicjusz, masz za nią iść, żeby się gdzieś durna baba nie utopiła. I zabierzcie ze sobą psy – zarządziła.

Rozproszona ostatecznie Elżbieta doszła do wniosku, że nie chce jej się słuchać gderania Adelki i że wszyscy przyjaciele zapadli na zaćmienie umysłowe albo inną pomroczność jasną. Mając jednak świadomość, że jest to stan przejściowy, nie przejęła się zbytnio ich dolegliwościami. Wstała z ławeczki, gwizdnęła na psy i ruszyła w stronę jeziora. Winicjusz wśród wybuchów śmiechu pozbierał się z trawy i ruszył za Elką.

Psy biegły z wyraźnie uśmiechniętymi mordami. Elżbieta – upodobniona do nich z wyrazu twarzy, co z pewnością było między innymi skutkiem zawartości opróżnionej szklaneczki – podążała za nimi lekkim krokiem. Dotarłszy do drewnianego pomostu wchodzącego w jezioro, oczywiście sporo ponad powierzchnią wody,  usiadła na jednej z trzech ławeczek. Czuła się dobrze, wyjątkowo dobrze, lekka i rozluźniona zupełnie jak dawno temu w czasie pamiętnego pobytu w Szczawnicy… Wspomnienia wróciły, przemyślenia różne również się pojawiły w bardziej uporządkowanej formie niż do tej pory. Niestety, obiecujące czynności umysłowe uległy zakłóceniu, ponieważ osobiście pojawiła się bezpośrednia przyczyna wszelkich zawirowań jej wewnętrznego życia skrzętnie ukrywanych przed światem. Tak jej się przynajmniej wydawało.  Faktycznie przyjaciele z zainteresowaniem obserwowali rozwój wydarzeń robiąc zakłady kto pierwszy skapituluje: czy Elka zmięknie czy Winicjusz się znudzi rolą. Im obojgu zaś było całkowicie obojętne zdanie osób trzecich na temat ich stosunków dwustronnych. Paradoksalnie, właśnie dlatego, że nie byli razem, stanowili dla siebie nawzajem siłę napędową. Oczywiście długo sobie tego nie uświadamiali. To znaczy Elka do tej pory z pewnością, Winicjusz zaś od jakiegoś czasu zdawał sobie sprawę z owego faktu.

– Elżuniu, czy mogę usiąść obok ciebie czy wygonisz mnie na sąsiednią ławkę – spytała bezpośrednia przyczyna Elcynych rozterek.

– A idź gdzie chcesz – odpowiedziała nie patrząc na niego.

– Właśnie jestem w tym miejscu – powiedział ciepło.

Jej też się ciepło zrobiło. Na sercu i nie tylko…

– Siadaj, dzisiaj mam dzień dobroci. Należy ci się za to, że tak pięknie usiadłeś na ziemi – parsknęła śmiechem mając przed oczyma rozgrywającą się niedawno scenę.

Wieczór był przepiękny. Wesoło świeciło całe pół księżyca, odbijając się w jeziorze udawało, że jest całym księżycem. Czasem zakrywała go chmurka i wtedy zapadały egipskie ciemności, z przybrzeżnych szuwarów dochodziły szumy, pluski, szelesty i jakieś inne dziwne odgłosy. Gdyby Elka znalazła się tu sama, pewnie zdrętwiałaby ze strachu w bezruchu albo uciekła z dzikim wrzaskiem. Teraz jednak nie obawiała się niczego… przy takich psach…

Winicjusz usiadł. Pogrążyli się w pogawędce jakby Ela zapomniała o wszystkich swoich żalach i pretensjach do całego świata ześrodkowanych w ataku na tego jednego mężczyznę, bogu zresztą ducha winnego. Był świetnym kompanem, przypomniała sobie ten fakt z całą wyrazistością. Unikał kłopotliwych dla niej tematów. Poczuła się odprężona i uspokojona słuchając jak ciekawie i z poczuciem humoru opowiadał o swych podróżach.

15.05.2018

  • urszula97 Zaczyna mnie wciągać ta książka,super.
  • annazadroza Urszulo:-) Nawet nie wiesz jak się cieszę!!! Dziękuję:)))
  • kobietawbarwachjesieni Jest już Winicjusz i Elka. Ciekawe, co będzie dalej?
  • annazadroza Marysiu:-) A życie toczy się dalej… teraz czas na Kasię… Elka z Winicjuszem się”przegryzają”, tzn. Elka „przegryza” samą siebie i swoje wnętrze…;)))

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Drukarka też jest kobietą:)

Nie pochwaliłam się jeszcze, że na urodziny dostałam od dzieci drukarkę:))) Nie mogły mi sprawić większej radości i przyjemności. Nareszcie moje dyrdymałki będę miała czarno na białym wydrukowane, nie tylko fruwające gdzieś w kosmosie albo na chmurach.
Calineczka jest cudowna, wspaniała, obłędnie cudna i oczywiście genialna, bo jakże mogło by inaczej być?:))) Zmieniła się znowu, bo zmienia się z dnia na dzień, nie tylko z tygodnia na tydzień:) Już nigdy człowiek nie podlega tak ogromnym przeobrażeniom i nie zdobywa aż tak olbrzymiej ilości wiedzy,
doświadczeń i umiejętności jak w pierwszym roku życia. Weźmy na przykład jedzenie. Noworodek musi mieć odruch ssania, żeby przeżyć. Jak ma – to zaczyna od mleka matki, potem różnych innych mlecznych potraw pomału próbuje, następnie inne smaki poznaje stopniowo, wciąż karmiony przez opiekunów. Aż wreszcie przychodzi moment, w którym zaczyna rozróżniać smaki, jedne mu pasują, inne nie i pluje na odległość;), odwraca główkę, nie daje sobie wcisnąć;))) Kolejny etap to sięganie rączką po łyżeczkę, po coś co dostaje do chrupania, gryzienia, „glimania” i ładuje sobie do buźki brudząc siebie i wszystko dookoła, ciesząc się z tego, co robi, ucząc się samodzielności, wywołując uśmiech i rozczulenie u kochających rodziców czy dziadków.
Poza malutką ( już nie taką malutką) zajmowałam się ogródkiem, wyprowadzaniem na spacer Męża i psów, co zakończyło się sukcesem, bowiem Mąż dał się namówić na wczesnoporanny daleki spacer. I to dwa razy! Nabrał po tym takiego wigoru, że zrobił porządek z dzikim winem pnącym się po ścianie budynku, które zaczęło się stawać coraz bardziej dzikie i nieuporządkowane. Pozostało jeszcze przycięcie czubków iglaków, bo wybujały ciut za bardzo i sąsiedzi zaczynają się martwić, że będą mieli zbyt ciemno. Z sąsiadami trzeba dobrze żyć, w końcu jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie…
Sercem jestem z rodzinami w sejmie, przeciw kłótniom i podziałom, bez czego jednak chyba istnieć nie potrafimy. Różnice mogą być siłą napędową, lecz trzeba starać się pojąć i zrozumieć to, co jest od nas inne. Jak nie ma dobrej woli – nic z tego nie wyjdzie. Nie podobają mi się podziały wewnątrz drugiego sortu, który skrzyknąć się powinien i … kupą mości panowie! A może … panie? No może, w końcu wolność jest kobietą i sprawiedliwość i demokracja, i Polska też jest kobietą!!!

14.05.2018

  • kasiapur Też lubię Cię czytać Aniu. To co podpatrzysz, zauważysz, okrasisz humorem.
    Serdeczności i dalej takiej pogody ducha jaką masz :)))
    Uściskuję !
  • fusilla Na milion procen zgadzam się z ostatnim spostrzeżeniem! :-)))
    Ja dopiero zaległam po skoszeniu trawnika i pasa trawy od ulicy. Jak trochę poleniuchuję, wsiadam na rower zobaczyć, czy jeszcze gdzieś zostaly kwiaty mniszka do zebrania!
    Pozdrawiam!
  • kotimyszkot I jak to w Seksmisji zakrzyknięto – Kopernik też była kobietą! ;))
    A dzieciaczki rosną tak szybko, więc warto uwieczniać te zmiany i ich nowe umiejętności. Piszę mojemu synkowi pamiętnik, wklejam wiersze, których się uczy w przedszkolu, wieści o każdym odwiedzonym mieście, o pierwszych słowach. Dziś np mój 3,5 latek zapisał tam po raz pierwszy, samodzielnie, słowo Mama i Tata 🙂 Kiedyś będzie miał piękną pamiątkę..
  • kolewoczy I wszystko się toczy utartym torem jak przez setki, tysiące lat dotąd 😉 Mnie się wydaje, że my tu niczego nowego nie odkrywamy, żyjemy w trybach kręcących się odwiecznie tak samo: narodziny, dzieciństwo, dorastanie, dojrzałość i śmierć. Popatrz na kwiaty: jak szybko przekwitają!
  • annazadroza Kasiu:-) Dziękuję Ci za dobre słowo:))) Pogody ducha życzę jak najwięcej Tobie, sobie i każdemu, bo to towar deficytowy. Uśmiechu i radości Kasieńko, na przekór wszystkiemu:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Robotna z Ciebie niewiasta:))) Co zrobisz z mniszka? Nalewkę może? Czy syrop z miodem? Albo co innego?
    Przytulańce serdeczne:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Świetny pomysł masz z tym pamiętnikiem. Wspaniałą pamiątką będzie na zawsze i do przekazania potem własnym dzieciom, taka historia rodziny. Gratuluję pomysłu, fantastyczny:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Masz rację, niczego nie zmienimy, nie ma takiej możliwości. A na kwiaty patrzę i mi żal, że tak szybko schną, a w tym roku chyba jeszcze szybciej. Może to tylko mnie tak szybko czas umyka, naprawdę za szybko, nie mogę za nim nadążyć.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 40d

Elżbieta pozostała na ławeczce. Zidentyfikowała w sobie jakieś dziwne uczucia, których dotychczas nie było. No dobrze, może były lecz ich nie dopuszczała do głosu. Przez lata. Jak się tylko jakieś wychyliło – to w łeb. A teraz – czy na skutek upływu czasu, co podobno pozwala lepiej odnaleźć się w rzeczywistości, czy też na skutek słów Krysi bardzo konkretnych i dobitnie określających jej aktualny stan umysłu, czy w ogóle na skutek fazy księżyca albo burz magnetycznych na słońcu – jakoś Elka życzliwiej odniosła się do owych dziwadeł wyłaniających się skądś, nie wiadomo skąd, może z podświadomości. Siedziała sobie na ławeczce z pustą szklanką w ręce nie reagując na wołania reszty towarzystwa spożywającego śniadanie na ganeczku.

– Dajcie jej trochę czasu, niech sobie w spokoju posiedzi – usłyszała głos Krysi.

No właśnie, dajcie mi spokój, niech sobie posiedzę – pomyślała. I pomyśleć muszę, jakoś się ogarnąć, pozbierać. Odjechać nie mam jak. Nie ukradnę auta chłopakom. Aż takiego świra to ja nie mam. No i psice są takie szczęśliwe. Należy im się odrobina radości choćby dlatego, że mnie ratowały przez tyle lat z różnych tarapatów. Gdyby nie one to bym sobie chyba coś zrobiła. Nawet na pewno. One mnie trzymały przy życiu, kochane suczki.

Kochane suczki, jakby wyczuwając myśli swojej pani, przybiegły zziajane, z uśmiechniętymi mordkami i „rąbnęły” się u jej stóp. Potem nadciągnęła cała reszta. Ela wyglądała wśród nich niczym „tańcząca z psami” starając się rozdzielić pieszczoty równo pomiędzy wszystkie czworonogi.

Taki właśnie obrazek zobaczył Winicjusz podjechawszy po cichu pod bramę. Po cichu dlatego, że już jakiś czas temu wymienił starego srebrnego mercedesa na grafitową Toyotę RAV4. Elka zapatrzyła się na samochód. Właśnie taki model podobał jej się najbardziej: z kołem zapasowym z tyłu, z metalowymi progami po bokach, z ramą z przodu. Takie cudne  auto z duszą. Na dodatek ów konkretny egzemplarz poruszał się prawie bezszelestnie. Dziwne, nowe, wydobywające się z Elcynej głębi uczucia nieśmiało powiedziały, że fajnie byłoby przejechać się taką terenówką po leśnych ostępach. Tu zapaliło jej się czerwone światełko. Najpierw nie wiedziała czemu ale rozum, który od rana jakby zaczął wracać na swoje miejsce po bardzo długiej – najwyraźniej – obecności w jakiejś innej galaktyce, wysłał sygnał: kłusownicy! Pomyślała, że takim wozem można ich gonić, nie uciekną.

Ponieważ bramę zamknięto jedynie na zasuwę, Winicjusz otworzył i cicho wjechał na teren Krystianówki nie angażując tym samym nikogo z obecnych. Zareagowały za to psy pędząc w stronę nowoprzybyłego całą sforą. Witały się z nim wyrażając ogromną radość ujadaniem  aż echo się niosło na okolicę. Uśmiechnięte mordy, merdające ogony, podskakujące maluchy i kręcące się zawzięcie w kółko potwory stanowiły obraz, na który Elżbieta patrzyła z przyjemnością. Podobnie jak on na poprzedni. Starając się ze śmiechem uniknąć skutków tak wielkich dowodów sympatii czworonogów, zamknął bramę i skierował się ku domowi, a raczej ku ławeczce przed domem, na której siedziała Elżbieta przyglądając mu się. Miał wrażenie, że zaraz się zerwie, powie, że nie chce z nim rozmawiać, nie ma czasu i zniknie. Nic takiego się jednak nie stało. Coraz bardziej zdziwiony i jednocześnie lekko zaniepokojony zwolnił i zatrzymał się kilka kroków przed nią. Nie spuszczała z niego wzroku, cień uśmiechu błąkał jej się po twarzy aż wreszcie przestał się błąkać i „wypełzł na usta”. Zaraz potem parsknęła śmiechem.

– Coś się stało? – spojrzał na nią, następnie na siebie, zwracając uwagę na koszulę w białogranatową kratkę i na jasne dżinsy, sprawdzając czy psy nie ubrudziły ich podczas przywitania w związku z czym wyglądałby śmiesznie.

– „Trędowata” mi się przypomniała, kiedy „zmysły wypełzły mu na usta” czy jakoś tak…

– Czy sugerujesz, że mnie coś skądś wypełzło?

– Ależ skądże, miałam na myśli, że z mroków mojej duszy wypełzł uśmiech… bo tak ogólnie… jakby jaśniej się zrobiło…

– Słońce wzeszło – powiedział tak jakoś niepewnie czym spowodował jeszcze szerszy uśmiech Eli.

– Już parę godzin temu – zauważyła. – Usiądź na ławeczce.

– Pewna jesteś? Chyba się ciebie zaczynam bać…

Spojrzała spod oka.

– Tak? Niby czemu?

– Bo jestem przyzwyczajony, że się na mnie złościsz, fukasz jak wściekła kotka albo uciekasz przede mną i to jest normalne. A tu proszę jaka niespodzianka. Stało się coś? – powtórzył pytanie.

– Tak, włamanie było w nocy – odrzekła zmieniając temat.

Niczego więcej nie zdążyła dopowiedzieć.

Po drugiej stronie domu cała czwórka najwyraźniej zakończyła śniadanie ponieważ rozległ się brzęk zbieranych ze stołu naczyń i głowa Krysi pojawiła się w kuchennym oknie.  Elka zerwała się z ławeczki, po czym bez słowa poszła do swojego pokoju.

– O, dotarłeś po cichu – zdziwiła się. – Co tak siedzisz? Ona ci coś zrobiła?  Czemu nie przyszedłeś czegoś przekąsić?

– Nie, nic mi nie zrobiła. Jak widać, uciekła. Normalka. A zostało jeszcze coś na ząb? Chętnie skorzystam, tylko najpierw przyniosę z auta zapasy. Nie myśl, że przyjechałem z pustymi rękami.

Obok Krysi pojawiła się Adelka, zza domu wyszli Zenek z Adamem. Przywitali się, po czym zaintrygowani słowami Winicjusza udali  się razem do samochodu. Obejrzeli dokładnie zawartość jednej z toreb. Zenek ostrożnie przejął ciężar i ruszył w stronę domu z wyrazem błogości na twarzy. Za nim podążyli pozostali panowie, każdy z bagażem w ręce. Niesiona przez Zenka, cenna niewątpliwie, zawartość kryła się w eleganckiej torbie z logo firmy Winicjusza. Domysł Krysia wysnuła trafny – iż muszą się w niej znajdować wyszukane trunki, które z pewnością uświetnią planowaną na wieczór biesiadę przy ognisku.

Winicjusz nałożył sobie na talerz słuszną porcję śniadaniowych smakołyków. Pałaszował aż mu się uszy trzęsły słuchając równocześnie relacji z wydarzeń poprzedniej nocy, które uniemożliwiły relaksujący wypoczynek przebywającym tu paniom.

– Tego nie można tak zostawić – stwierdził Zenek. – Po pierwsze ze względu na bezpieczeństwo dziewczyn. Po drugie zaś czuję się odpowiedzialny za Krystianówkę skoro podjąłem się doglądania dobytku.

– Mnie chodzi przede wszystkim o znęcanie się nad zwierzakami przez takich… takich… zwyrodnialców – krzyknęła Adelka wzburzona na samą myśl.

– Niestety, na wsiach zwierzęta ciągle jeszcze traktowane są jak przedmioty, nie jak żywe istoty, które odczuwają i przeżywają jak ludzie ból, strach i miłość – ze łzami w oczach dodała Krysia.

– Zadzwonię zaraz na policję – Zenek przytulił żonę. – Albo może lepiej pojadę z dziewczynami, żeby od razu wszystko same opowiedziały. Chłopaki zostaną na posterunku z tą całą czworonożną menażerią i zajmą się odpoczywaniem. A jak skończą to się wezmą za przygotowania do ogniska. Może być?

-Tak jest panie ordynatorze – zgodnie odpowiedzieli „chłopcy”.

Zenek w towarzystwie trzech „dziewczyn” albo odwrotnie, „dziewczyny” w towarzystwie Zenka, po dotarciu na posterunek policji w pobliskim miasteczku rozpoczęły składanie zeznań. Powiedziały co widziały, czego nie widziały, czego mogły się domyślać, co im się wydawało, co ewentualnie należałoby wziąć pod uwagę w pierwszej kolejności a co nieco później. W tej materii nie miały jednoznacznego stanowiska i próbowały je wypracować wszystkie jednocześnie prezentując swoje zdanie na temat. Zupełnie skołowany młody posterunkowy w pewnym momencie bezradnie opuścił ręce i błagalnie spojrzał na Zenka szukając u niego ratunku.

– Poczekajcie dziewczyny, nie mówcie wszystkie równocześnie. Pan posterunkowy nie ma jak zapisać… Może nich Ela zacznie.

– Ale ja przyjechałam ostatnia! Pierwsza była Adelka…

– Gdzie ja byłam pierwsza? – zdziwiła się wywołana.

– W lesie.

– Aa, no byłam.

– Więc może zacznijmy od tego pierwszego razu –  posterunkowy uczepił się nadziei na pozytywny rozwój zdarzeń i spojrzał na Krysię.

– Ale to było bardzo, bardzo dawno, prawda kochanie? – zajrzała Krysia mężowi w oczy po czym parsknęła śmiechem.

Adelka i Elżbieta próbowały utrzymać powagę widząc coraz bardziej czerwoną twarz chłopaka w mundurze. Nie udało się im i po chwili posterunek rozbrzmiewał salwami śmiechu.  Pierwszy opanował się Zenek, wszak w pracy musiał się wykazywać samodyscypliną i opanowaniem, od tego niejednokrotnie zależało ludzkie życie. Tutaj więc również stanął na wysokości zadania i wybawił z kłopotu młodziutkiego policjanta. Pomocny okazał się drugi policjant, który wrócił z patrolu w towarzystwie kolegi w zielonym mundurze leśnika.

Już zupełnie spokojnie i rzeczowo „dziewczyny” opisały całą sytuację, przedstawiły przebieg wydarzeń oraz swoje spostrzeżenia, wnioski i domysły. Leśnik przysłuchiwał się ich słowom z zainteresowaniem tym większym, że od pewnego czasu kłusownicy poczynali sobie w okolicy coraz śmielej nie licząc się z nikim i niczym.

Wracali do Krystianówki leśnym duktem wskazanym przez leśnika. Terenowe Suzuki Zenka bez trudu dawało sobie radę, z konieczności jechali jednak powoli i pewnie dlatego Krysia coś dostrzegła.

– Coś kolorowego mignęło, tam, za krzakami!

– Gdzie? – zainteresował się Elka.

– Zenek, stój! Tam chyba ktoś leży – krzyknęła Krysia.

Samochód się zatrzymał. Krysia pobiegła pierwsza, pozostali starali się jej dotrzymać kroku. Wśród krzaków leżał przestraszony mały chłopczyk i patrzył na nią ogromnymi oczami. Wyglądał jakby strach nie pozwolił mu się ruszyć ani odezwać.

– Skarbie, co ty tu robisz sam w lesie? – spytała pochylając się nad malcem.

Nie odpowiedział, skulił się tylko bardziej. Widać było, że najchętniej zwiałby gdzie pieprz rośnie lecz jakaś tajemnicza siła nie pozwalała mu się ruszyć z miejsca.

– No hej, nie bój się – przykucnęła przy dziecku Ela i wyciągnęła rękę w jego stronę.

Szarpnął się do tyłu lecz nie odsunął się ani o kawałek. Widocznie tajemnicza siła miała wielką moc.

– Naprawdę nie masz się czego bać – dodała Adelka. – Skąd się wziąłeś sam w środku lasu? Gdzie rodzice? Zgubiłeś się?

Zenek rozejrzał się wokół. Przyjrzał się chłopcu i zauważył, że wciąż tkwi w jednej pozycji z nienaturalnie podkurczoną nóżką.

– Coś ci się stało? – spytał. – Boli cię coś? Nie bój się, chcemy ci pomóc. Jak masz na imię?

– Jasiek – odpowiedział malec.

Wyraz nieufności powoli znikał z twarzyczki dziecka.

– Pokaż kolego, jestem lekarzem a tamte panie są pielęgniarkami.  Widzisz jakie masz szczęście? Zaraz obejrzę, zaraz. O rany, co to?

Ubranko chłopca a dokładniej: dolna część bluzy, rękaw i tył spodenek  tkwiły w stalowych szczękach pułapki…

– Dziecko – jęknął Zenek, – gdyby cię złapało kawałek dalej…  ale nic, już wszystko dobrze, zaraz cię uwolnię…

– Przecież mógłby tu umrzeć gdyby go to diabelstwo pokaleczyło – wzdrygnęła się Ela.  – Wykrwawiłby się na śmierć.

– Ależ miał szczęście – przyznała Adelka. – Nawet go nie drasnęło.

– Dzwonię na policję – oświadczyła Krysia. – Zenuś, daj mi swoją komórkę bo masz numer wklepany.

W oczekiwaniu na policjanta nawiązali kontakt z Jaśkiem, który – gdy odtajał, uspokoił się i strach ustąpił miejsca ciekawości – okazał się bystrym, rozmownym chłopcem. Skąd się wziął sam w lesie?

– Otóż powiedział nam – relacjonowała Adelka po powrocie do Krystianówki, – że poszedł do lasu szukać swojego szczeniaczka. Bardzo chciał mieć psa i dostał wreszcie od sąsiada, któremu się suka oszczeniła…

– Nie suka tylko psica – sprostowała Ela.

– Niech będzie – zgodziła się Adelka. – Przyszedł ojciec Jaśka, z którym pani Monika, czyli jego matka szczęśliwie się rozwiodła, bo to drań, pijak oraz damski i dziecięcy bokser. Chciał pieniędzy, a kiedy go matka z babcią pogoniły, zabrał szczeniaka i powiedział, że go przywiąże w lesie, żeby go wilki zjadły.

– O sukinsyn – wyrwało się Adamowi.

– A żebyście widzieli w jakich warunkach mieszka ta rodzina! Tragedia po prostu. Jasiek ma jeszcze pięcioro rodzeństwa i ta jego mama ze wszystkimi dzieciakami, tak jak stała, bez niczego więcej, uciekła od tego bandyty do swojej matki staruszki. A jej chatka to jak z dziewiętnastego wieku: maleńka, bez łazienki, właściwie tylko kuchnia, duży pokój i jakaś przybudówka gospodarcza. Dach ze starości przecieka, grzybem śmierdzi, jednym słowem horror. A teraz jeszcze straszą panią Monikę, tę biedną matkę, że jej dzieci odbiorą bo warunki niedobre. A jak ją chłop bił i dzieci też to były dobre? Super warunki, no nie?

– Paranoja normalnie! Matce dzieci chcą zabrać a drań został bezkarny sam w domu. Alimentów nie płaci bo oficjalnie nie ma z czego, chociaż podobno trudni się kłusownictwem właśnie i nieźle sobie radzi, bo dziczyznę do knajp nielegalnie dostarcza. – dodała Krysia.

– Brr, ohyda. Takie bydlę potrafi przywiązać psa do drzewa, żeby skonał w męczarniach. Też bym mu tak samo zrobiła – wtrąciła Elka.

– Jasiek poszedł szukać szczeniaczka i sam wpadł w pułapkę – ciągnęła Adelka. – Miał niebywałe szczęście, że nic mu się nie stało. A piesek w międzyczasie wrócił na podwórko. Leśnik mówił, że tu dobrzy ludzie mieszkają, chcą pomóc tym kobietom chociaż dach wyremontować i kawałek pokoju, żeby dzieci nie zabrali.

– Zaraz, zaraz, a może zgłosić tę rodzinę do programu? – zastanowił się Winicjusz.

– Jakiego? – zapytał Zenek.

– Oo, tak, to jest pomysł – ożywiła się Elżbieta, która uwielbiała oglądać „Nasz nowy dom” na Polsacie. – Może akurat będą mieli szczęście.

– Już wiem o co chodzi. Nie mam czasu oglądać, ale Krysia mi czasem opowiada. Trzeba tak zrobić. Może się uda? – klasnął Zenek w ręce i zwrócił się do Winicjusza. – Jednak masz głowę nie tylko po to, żeby na niej czapkę nosić.

Winicjusz skłonił się z gracją w stronę kolegi przyjmując pochwałę z doskonałą powagą, zerkając dyskretnie na uśmiechającą się Elżbietę.

– Mnie nurtuje jednak myśl – odezwała się Adelka – dlaczego, u licha, wsadzili te szczęki w krzaki przy drodze.

– Przecież to nie droga, tylko taki leśny dukt. Z rzadka ktoś tu się zjawia, chyba leśnicy – zaczęła Krysia.

– No właśnie. Trzeba być idiotą, żeby im pod samym nosem paści zakładać.

– A nie wiesz Adelciu, że najciemniej pod latarnią? – skwitowała Krysia.

11.05.2015

  • kobietawbarwachjesieni Bardzo ciekawie rozwija się akcja. Jestem ciekawa, co będzie dalej. Ściskam Cię mocno.
  • annazadroza Marysiu:-) Cieszę się, że Ci się dobrze czyta:) Taka to dla mnie przyjemność, że słów brak:) Baaardzo serdecznie Cię przytulam:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Smutna refleksja

9 maja obchodzono Dzień Zwycięstwa. W ramach pisania nowej historii już się go nie obchodzi. Mam wrażenie, że w grobach przewracają się ofiary przeokrutnych zmagań nie mogąc patrzeć jak pycha, małostkowość, zadufanie biorą górę nad prawdą, nie mogą pogodzić się z zaistniałą sytuacją. A prawda była taka, że każdy normalny człowiek starał się walczyć z hitlerowskim najeźdźcą w taki sposób, w jaki się dało. W zależności od tego jakie ugrupowanie działało na danym terenie, do takiego przystawał, bo cel był jeden i wspólny. Dopóki politycy nie namieszali, napuszczając jednych na drugich, dzieląc, skłócając – co i aktualnie możemy odczuwać na własnej skórze. Wielka szkoda, że przez to zaprzepaszczany jest wielokrotnie dorobek poprzednich pokoleń. I tak wciąż od nowa musimy się odbudowywać, i wciąż. i wciąż…
A mnie się wciąż… marzy, że pewnego dnia przestaniemy się na siebie boczyć, spodziewać się najgorszego od kogoś idącego z przeciwka, bać się, że każde słowo wypowiedziane w pracy w chwili szczerości dotrze natychmiast krętymi drogami do niepowołanych uszu. Marzy mi się, że człowiek człowiekowi człowiekiem się okaże…
Tymczasem tyle już dni trwa protest w sejmie. Przeciwko traktowaniu niepełnosprawnych osób jako trzeciego albo i czwartego sortu, bo drugim są wszyscy mający poglądy odmienne od „dobrej” zmiany. Pomyślałam teraz o zmarłym w marcu Stephenie Hawkingu, w końcu był osobą niepełnosprawną. Wykryto u niego stwardnienie zanikowe boczne – nieuleczalną chorobę neurologiczną – kiedy miał 22 lata. Dawano mu 2 lata życia, a zmarł mając ich 76. Zrobił niezwykłą karierę naukową jako fizyk i matematyk, jego książki okazały się światowymi bestselerami, najbardziej znana „Krótka historia czasu” osiągnęła milionowe nakłady przetłumaczona na 40 języków. Jest symbolem zwycięstwa umysłu nad ułomnością ciała fizycznego. Gdyby urodził się w naszym kraju – nie osiągnąłby wiele, śmiem sądzić, że sprawdziłaby się przepowiednia lekarzy co do długości życia… Smutna refleksja.

10.05.2018

  • babciabezmohera Smutna refleksja, bo i życie osób z niepełnosprawnościami jest u nas ogromnie trudne i poza zmaganiem się z własnymi kłopotami zdrowotnymi i materialnymi trzeba jeszcze mieć skórę słonia w stykaniu się z państwową znieczulicą. Przygnębiające!:(((
  • veanka Zawsze wydawało mi się, ze historia, to prosta sprawa, ot, fakty i wszystko.
    I tak jest, dopóki nie wmieszają się do tego politycy.
    17 stycznia też już się nie wspomina, ze to jest data wyzwolenia Warszawy.
    Ponoć nie było to wyzwolenia miasta, tylko morza ruin pozbawionych mieszkańców, więc nie ma co świętować…
    A niepełnosprawnym odmówić pomocy to łatwe, górnikom by nie odmówili.
  • annazadroza BBM:-) Bardzo trudne pod każdym względem, a o materialnym – szkoda mówić. Każda rehabilitacja niesie ze sobą ogromne koszty i musi być powtarzalna, żeby była choć trochę skuteczna. A taki …. powie, że nie można tym ludziom pieniędzy dać do ręki…. Nóż się w kieszeni otwiera…
  • annazadroza Veanko:-) 17 stycznia też się nie obchodzi, bo to „niewłaściwe” wyzwolenie było… Jakiś czas temu klub emerytów zorganizował uroczystość z okazji wyzwolenia i rozesłał zaproszenia do pracowników (jeszcze pracowałam), dotarły do nas dzień po… Szkoda gadać…
  • e.urlik Porównuję sytuację osób niepełnosprawnych w Polsce i w UK, gdzie pracowałam kilka lat. I nie ma porównania. A ci w UK jeszcze narzekają. A moja Mama od 4 lat na wózku, bez możliwości wyjścia z domu samodzielnie i jakoś nie narzeka, bo to i tak niczego nie zmieni. Aniu całuski wielkie
  • kasiapur Niestety w oparciu nie tylko o swoje doświadczenie stwierdzam
    że diagnozy medyczne niejednokrotnie wygłaszane przez lekarzy
    niczym wyrok, wcale nie mają przełożenia na ŻYCIE. Ono toczy
    się swoją tajemnicą…
    Aniu uściski serdeczne 🙂
  • annazadroza Ewciu:-) Fajnie, że możesz się odzywać:) Osoby mające dzieci niepełnosprawne przenoszą się np. do Niemieć, jeśli oczywiście mają taką możliwość, to są jednostkowe przypadki. A tutaj? Słuchałam przed chwilą słów Adriana, który z mamą jest sejmie, słów skierowanych do pani Rafalskiej, przyznam, że gula w gardle mi stanęła…
  • annazadroza Kasiu:-) Tak, życie przynosi prawdziwe niespodzianki i potrafi zaskoczyć. Chciałoby się, żeby zawsze na plus…
    Serdeczności:)))
  • krzysztof213 Miło mi że są tacy ludzie w tej całej polskiej znieczulicy
    Pozdrawiam serdecznie
  • annazadroza Krzysiu:-) Serdeczności dla Ciebie całe mnóóóstwo:)))
  • krzysztof213 O dziękuje bardzo przyda.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Kupa radości

Zobaczyłam w tv wywróconą cysternę na szosie, zmroziło mnie na myśl o ładunku, który mógł spowodować pożar lub skażenie terenu. Nie dowierzałam własnym uszom kiedy usłyszałam, że to czekolada:) Niesamowite! Nic na to nie poradzę, że nie mogłam zachować powagi i parsknęłam śmiechem. Bo to jak scena z komedii – chociaż prawdziwy problem kierowcy oraz służb z uprzątnięciem zablokowanej drogi. Od razu głupie pomysły przychodzą do głowy np. zaprosić chętnych łasuchów z okolicy, obowiązkowo każdy z własną łyżką oraz pojemnikiem na czekoladę…
Tak mi się skojarzyło, że kiedyś jechaliśmy z Mężem do malutkiej i na Puławskiej minęła nas cysterna-szambiarka z wielkim napisem KUPA RADOŚCI. Powitaliśmy ją wybuchem śmiechu i faktycznie jest kupa radości zawsze, kiedy nam się przypomni:)))
Jutro do Calineczki pojadę, stęskniłam się za szkrabem okrutnie, jak ją wezmę na ręce i przytulę, też będzie kupa radości:)))

9.05.2018

  • ciotkaeliza Byłam świadkiem jak w poślizg wpadła ciężarówka przewożąca świnie, kilkanaście wypadło, też było wesoło.
  • babciabezmohera Faktycznie, na oko wesolutko, ale ile potem się trzeba napracować, żeby to sprzątnąć!
    No i szczęśliwie, że skończyło się tylko na złamanej ręce kierowcy.
  • annazadroza Elizo:-) Biedne stworzenia:(
  • annazadroza BBM:-) Już wiedziałam, że kierowca zbytnio nie ucierpiał kiedy się śmiałam. Ale współczuję sprzątającym.
  • kolewoczy Nie, co wy, do sprzątania też są odpowiednie narzędzia i metody, przecież nie będą tego zbierać ścierkami 😉 A czekolady szkoda! Ile by z tego tabliczek było!
  • kotimyszkot Widziałam cysternę ratującą od przymusowej suszy z napisem „Wóda do picia” 😉
    Ale „kupa radości” równie pocieszna! 🙂
  • Gość: [raf] *.itsa.net.pl aszdziennik.pl/123149,wypadek-cysterny-z-czekolada-na-a2-szkody-usunie-300-tys-ochotnikow
    😉
  • annazadroza Kolewoczy:-) Szkoda czekolady, oj szkoda:( Tym bardziej, że to była mleczna czekolada. Jeszcze orzechów dosypać…mniam, mniam:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) A wiesz jaki byłby kac po cysternie „wódy do picia”? Aż strach pomyśleć, cała rzeka wody byłaby potrzebna;)))
  • annazadroza Raf:-) Ach jaki żal, że nie udało się załapać na tę „czekolawę” ;)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 40c

Do rana rzeczywiście nic się nie wydarzyło. Przyjaciółki zasnęły snem sprawiedliwych dopiero wtedy, kiedy słońce zechciało łaskawym okiem rzucić na Krystianówkę. Nic więc dziwnego, że nagle obudzone hałasem spowodowanym rykiem klaksonów samochodowych połączonym z psim jazgotem, czuły się zupełnie nieprzygotowane na przyjęcie gości.

– Rany boskie, jak ja wyglądam – złapała się za głowę Adelka. – Kryśka, błagam cię, idź otworzyć bramę, bo ja idę do łazienki. Przecież muszę się jakoś upodobnić do ludzi…

– Dlaczego niby ja?

– Młodsza jesteś. Poza tym w takim stanie mąż widział cię już sto lat wcześniej, to się nie zdziwi, a mnie nie wypada tak się pokazać…

– Niby w jakim stanie? – zaperzyła się Krysia. – Co miałaś na myśli?

– Nic, nic, tak mi się powiedziało…

– Mogłabyś, mimo wszystko, sprecyzować o co ci chodziło? – nie ustępowała Krysia.

Dołączyła do nich ziewająca Elka, której nie obudził hałas dochodzący z zewnątrz lecz dopiero wymiana zdań przyjaciółek.

– Ooo, to niech ona idzie otworzyć, wygląda najlepiej – zaproponowała Krysia szukając dzwoniącej komórki, wreszcie znalazła i odebrała. – Tak kochanie? Żyjemy, tylko dopiero się obudziłyśmy, miałyśmy nocne atrakcje… Już otwieram… – pokazała Adelce język i wykonała ręką gest ucinania Adelcynej głowy.

– Ona nie może, bo jej jeszcze nie ma, dopiero przyjedzie – krzyknęła za Krysią Adelka.

– Jak ona? – zainteresowała się Elżbieta.

– Nie ona tylko ty – usłyszała wyjaśnienie najwyraźniej mało satysfakcjonujące. – Przecież miałaś przyjechać później, to cię jeszcze nie ma, prawda?

– Ale przecież jestem! Tutaj! Tu stoję, widzisz mnie? Halo, Adelka, tu ziemia!

– A idźże wreszcie się ubierz jak człowiek i nie machaj mi tu przed oczami – wypchnęła Elkę na tył domu i kazała natychmiast iść do łazienki.

Umysł Adelki bardzo intensywnie pracował nad zagadnieniem co zrobić, żeby Elka – zobaczywszy Winicjusza – po prostu nie wsiadła do auta i nie odjechała. Najpierw pomyślała, żeby przebić oponę. Zrezygnowała z pomysłu analizując konsekwencje wkurzenia się Elżbiety po stwierdzeniu owego faktu oraz potwierdzonej teorii spiskowej, za którą obwini bogu ducha winnego Winicjusza i do końca świata się do niego nie odezwie. A przecież chodzi o coś zupełnie odwrotnego. Następnie wzięła pod uwagę zabranie jakimś podstępem i schowanie kluczyka od stacyjki, co odrzuciła uświadomiwszy sobie, że przezorna Elka zawsze ma przy sobie zapasowy. Mogła ewentualnie zatkać rurę wydechową jak Janek Kos w „Pancernych”, tylko żaden pies nie będzie naśladował Szarika, nie wiadomo czy oglądały akurat ten odcinek serialu…

Tymczasem Krysia otworzyła bramę przez którą wjechały dwa samochody. Z pierwszego wyskoczyła pręgowana bokserka. Na widok całej sfory psów pędzącej w jej kierunku czym prędzej się cofnęła i jednym skokiem znalazła się z powrotem w bezpiecznym wnętrzu własnego auta.  Dopiero po interwencji Krysi i Adama psy się uspokoiły, znały się wszak od dawna. Ze wszystkimi poza Bazylem Bierka spotykała się już wielokrotnie.  Prezentacja dokonała się sama gdy Bazyl wsadził swój ogromny łeb do samochodu. Bierka warknęła, olbrzym wycofał się, usiadł i zaskomlił jak mały szczeniaczek. Ośmielona suczka, zachęcona dodatkowo przez pana, wyszła z auta nieco się ociągając, coś w rodzaju „ i chciałabym i boję się”. Po wzajemnym badawczym obwąchaniu wyraziła chęć zabawy i dołączyła do pogoni za Misiem, który pierwszy złapał patyk rzucony przez Zenka.

– No, to z tej strony mamy chyba spokój – westchnęła Krysia śledząc wzrokiem psią gonitwę.

– A z innej strony nie? – zaciekawił się Zenek. – Przecież tu jest raj i oaza spokoju.

– Generalnie tak, ale ostatnio, co tu się porobiło! W nocy miałyśmy włamanie. Usnęłyśmy dopiero nad ranem i dlatego nie mogłeś mnie dobudzić.

– Nie może być! Ukradli coś? – zaniepokoił się Adam. – Nic wam się nie stało?

– Gdzie? Przy takim towarzystwie? – wskazała na bawiące się psy. – To niemożliwe. Dopadły włamywacza aż zgubił nogawkę od spodni – zaśmiała się na wspomnienie wyrazu twarzy Elżbiety wyciągającej Gamie zdobycz z pyska.

– O, są psice Elki – zauważył Zenek. – To ona też tutaj jest?

Zbliżyli się do domu i stanęli nieopodal okna rozmawiając.

– Tak, przyjechała wczoraj.

– Że też dała się przekonać – Adam pokręcił z podziwem głową. – Która z was ma takie zdolności dyplomatyczne?

– Adelka, oczywiście, że Adelka – odpowiedziała szybko Krysia. – A poza tym to zasługa samej Elki. Ona ma nadzwyczaj dobre serce i zechciała pomóc chorym koleżankom.

– To wy chore byłyście? – zaniepokoił się Zenek. – Nic nie mówiłaś.

– Oj tam, oj tam… – Krysia machnęła ręką i zamilkła dostrzegłszy jakiś cień w oknie przy którym stali.

– No, no, no – pokręcił głową Adam wyrażając ogromne zdziwienie. – I przyjechała wiedząc, że Winicjusz tu będzie?

Krysi przez myśl przeleciało, że on tak cały czas będzie tylko głową kręcił, gaduła niepotrzebny, że też te chłopy wyczucia nie mają…

– Ciii, – próbowała dać do zrozumienia, żeby zaniechali tematu.

– Co, nie wiedziała? – zaśmiał się Zenek. – No to nie chciałbym być w waszej skórze.

– Cicho – syknęła Krysia rzucając jednym wściekłym okiem na męża, drugim na Adama. – Cholera jasna, musicie tyle gadać? Chcecie wszystko zepsuć?

Trzasnęło zamknięte z impetem okno. Cud boski, że szyba nie wyleciała.  Po chwili trzasnęły drzwi aż się ściany zatrzęsły. Obok stojącej trójki jak burza przemknęła Elżbieta.

– Małpy – rzuciła w stronę Krysi, pomknęła do szopy i wsiadła do samochodu. Włożyła kluczyk do stacyjki, przekręciła. Rozległo się wrr, wrr i koniec. Próbowała kilkakrotnie. Bez skutku. Chciała najpierw auto z szopy wyprowadzić, potem zapakować torbę, obie psice i odjechać z podniesioną głową. Z domu wybiegła zniesmaczona Adelka.

– A jedź durna babo, jedź, już cię tam w lesie kłusownicy zdybią. Zapłacisz za te podarte gacie, zobaczysz – krzyknęła i stanęła obok zaskoczonej trójki wpatrującej się z napięciem w poczynania furii o imieniu Elżbieta.

– Co tak stoicie? Może by mi który pomógł uruchomić to pudło – fuknęła do mężczyzn. – A wy jesteście wstrętne cholery – dodała wskazując na kobiety. – Całkiem oszukałyście mnie…

– O przepraszam – oburzyła się Adelka. – Nie całkiem tylko trochę.

– I w dobrym celu – dodała Krysia. – Bo przez ile lat można z siebie robić kompletną kretynkę? – huknęła tracąc panowanie co z pewnością miało związek ze stresującymi wydarzeniami ostatniej nocy.

Mężczyźni nie słyszeli uroczej wymiany zdań próbując bez rezultatu uruchomić samochód.

– Moja droga, gdybyś wczoraj wyłączyła światła, to akumulator by ci się nie rozładował – wyszedł z szopy Adam wycierając ręce w chusteczkę. – Nic nie poradzę, nie mam kabla, żeby ci podładować. Zenek, a ty masz?

– Nie, nie mam.

Adelka uśmiechnęła się nie tylko w duchu ale całą gębą. Oto los załatwił sprawę bez jej udziału. Nie musiała przebijać opony, podkradać kluczyka, zatykać rury. Auto nie ruszy, nie pojedzie, Elka nie ucieknie. Chyba, że piechotą. Gdyby nie psice, mogłaby piechotą a potem, już w cywilizacji, jak wyjdzie z głuszy, stopa złapać. Albo iść tydzień. A teraz nie pójdzie, musi zostać.

Elżbieta spojrzała na Adelkę spode łba, z wyraźną niechęcią.

– Czego się szczerzysz? Z cudzego nieszczęścia się cieszysz?

– Jakiego nieszczęścia? To szczęście niebotyczne. Widzisz, auto zepsułaś, nie pojedziesz, musisz zostać. To zrządzenie losu.

Elcyna furia opadła pociągając za sobą Elkę tak, że ze spuszczoną głową usiadła na ławeczce pod oknem. Rozum chyba rozpoczął powrót z długotrwałej wycieczki, którą sobie najwyraźniej zafundował…

– Przepraszam dziewczyny, chyba macie rację, jestem kompletną idiotką…

Adelka wstrzymała oddech pełna oczekiwania wpatrzona w przyjaciółkę.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę – mruknęła Krysia.

– … bo mam takie przyjaciółki jak wy a gderam – ciągnęła.

Adelka wypuściła powietrze, Krysia potakująco kiwnęła głową na znak, że się całkowicie zgadza z tym, co usłyszała.

– Czekaj tu, przyniosę ci dobrej herbaty – powiedziała rozbrojona Adelka. – Od razu poczujesz się lepiej. A w ogóle to powinniśmy zjeść śniadanie, no nie?

– Oj chętnie, chętnie, już mi kiszki marsza grają – ucieszył się Zenek.

– No dobrze, to chłopaki niech wniosą swoje klamoty do środka a my przygotujemy śniadanie – zarządziła Krysia. – Myślę, że najlepiej będzie na ganeczku, z drugiej strony domu.

Elżbieta pozostała na ławeczce w pozycji siedzącej, trzymając w ręce szklankę przyniesioną przez Adelkę.

– Wypij do końca tę herbatę. Miodem posłodziłam…nie rozmieszałaś… jest jeszcze na dnie – Adelka usiadła obok .– Ty wiesz ile taka jedna pszczółka musi się nalatać, nauwijać, napracować, żeby miodku tyle zrobić? A ty chcesz to zmarnować!

– Już przestań tyle gadać. Piję przecież, już, rozmieszałam. Zadowolona?

– Teraz tak – uśmiechnęła się Adelka. – Rozejrzyj się, zobacz jak tu ładnie, jakie szczęśliwe są twoje psice. Widzisz jak się bawią, jak im się mordy uśmiechają?

Ela rozejrzała się zgodnie z sugestią przyjaciółki.

– Tak, chyba masz rację. Przepraszam, że zrobiłam cyrk i popsułam wam poranek.

– Nie popsułaś tylko dostarczyłaś dodatkowych atrakcji co z pewnością wpłynie dodatnio na tak ciekawie rozpoczęty dzień – przymrużyła oko patrząc z zadowoleniem jak Elka opróżnia szklankę do dna. – Idę na drugą stronę, jak już dasz radę to przyjdź.

8.05.2018

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Prawdziwe bohaterstwo

Przy pogodzie tak pięknej jaką mieliśmy w weekend nie ma czasu na zasiadanie przy komputerze. Kusi człowieka przez cały czas, by jak najwięcej przebywać na zewnątrz, na świeżym powietrzu, napawać się pięknem natury tak ulotnym, tak bardzo szybko przemijającym, zmieniającym nieustannie swój wygląd. Moje bzy najświetniejszy okres mają już za sobą, jaka szkoda, że tak prędko. Jeszcze wypełniają swoim zapachem całą okolicę, ale już maleńkie kwiatuszki składające się na wielką kwiatową kiść zaczynają brązowieć. Rozkwitł za to mały bez, krzak który kupiłam jako ” bez turecki”, niski ale rozrósł się na boki i teraz on będzie pysznił się się urodą. Brateczki rosną, pelargonie też się przyjęły, trawnik skoszony. Płotki drewniane rozwalone dokładnie przez Skitusia, który bezustannie czegoś za nimi szuka, ale nie przeszkadza mi to wcale, bo widać, że jest szczęśliwy. Zacznę przynosić ze spacerów kamienie, której to czynności zaprzestałam z lenistwa i wygody, będzie więc kontynuacja pierwotnego planu oddzielenia trawniczka od grządki z kwiatkami. Z ciekawostek przyrodniczych – rano łapałam Szilkę podczas spaceru, bo dostrzegłam dwa zające tak sobą zajęte, że na nas uwagi nie zwracały. Szczęśliwie sunia ich nie zdążyła zauważyć zanim jej nie przypięłam do smyczy. Potem cztery goniące się wiewiórki obserwowałyśmy z rozbawieniem, bo trudno zachować powagę patrząc na dokazujące śliczne stworzonka.
Po powrocie do domu spojrzałam w tv i do tej pory mam przed oczami prof. Izdebskiego i jego córkę Magdę, osobę niepełnosprawną fizycznie w sposób niewyobrażalny
dla zdrowych ludzi, ale umysłowo rozwiniętą niezwykle. Tragedia umysłu zamkniętego w więzieniu ułomnego ciała osoby, która nie mówi i nie może nawet w ten sposób porozumieć się z obcym otoczeniem. Rozumieją ją tylko najbliżsi i mogą tłumaczyć jej zachowanie. W tym stanie zdała maturę, jest na bieżąco z aktualnymi sprawami, z protestem w Sejmie – dlatego właśnie pan profesor z Magdą przybył do studia, aby wesprzeć protestujące rodziny, unaocznić koszty, problemy codzienne związane z nieszczęściem, które tych ludzi dotknęło. Z mojej strony wyrazy największego szacunku, bowiem podjęcie się opieki, oddanie całego swojego życia niepełnosprawnemu dziecku, codzienne zmaganie się nie tylko z chorobą ale i z kłodami rzucanymi pod nogi – to prawdziwe bohaterstwo.

7.05.2018

  • bognna Od zawsze powtarzam, ze opiekunowie ludzi ciezko chorych, niesprawnych czy umierajacych to sa PRAWDZIWI bohaterowie naszych czasow. Niestety, uporczywie i powszechnie promuje sie inne, czesto pozalowania godne, „wzorce”.
  • kotimyszkot Tak, to jest niewyobrażalne poświęcenie, odwaga i stawianie czoła przeciwnościom losu .. a los doświadcza wtedy i osobę chorą i tą, która się nią opiekuje. Szacunek i podziw, choć one tu nie wystarczą, bo potrzebna jest wtedy pomoc z każdej możliwej strony..
  • babciabezmohera Na co dzień nie zawsze pamiętamy o ludzkich dramatach, dopiero sytuacje ekstremalne pokazują wagę i skalę problemu.
    Niezwykli ludzie, bohaterowie dnia codziennego…
  • urszula97 Poświęcenie,bohaterstwo,wielki szacun,słowa i tak nie zastąpią ich czynów,siła,wiara że może bedzie ciut lepiej,powinni mieć emerytury,i opiekujący się i opiekowani,nie te najniższe,co ja tu będę pisać,sami wiecie co powinno być a nie jest.
  • kasiapur Od trzech lat jestem bardzo blisko z osobą przykutą do łóżka.
    Jest młodziutka bo co to jest 36 lat… szalenie wrażliwa, inteligentna
    zna trzy języki…ale niestety taki ciężar choroby przeogromny- prawie
    nie do uniesienia. I wiem, jak ciężko jest Jej i jej Rodzicom. Jak walczą
    o każdy 1%, bo potrzeby takiego chorego są nie do opisania.
    Tak… Ci chorzy i ich Rodzice, opiekunowie są BOHATERAMI.
    Aniu jak zawsze uściskuję mocno 🙂
  • veanka Opieka nad niepełnosprawnym to zazwyczaj jest dyżur 24 godziny na dobę.
    Wiem coś o tym, bo „przerabiałam” to w najbliższej rodzinie.
    Z tym, ze w tym przypadku było wiadomo, ze wszystko minie, kiedy dziecko się spionizuje, czyli po ok. roku.
    Tak też się stało, ale w większości przypadków jest tak, ze te „całodobowe dyżury” są do końca życie – albo opiekuna, albo podopiecznego.
    Pytanie, „kto się zajmie moim niepełnosprawnym dzieckiem, jak mnie zabraknie?” spędza sen z oczu rodziców równie mocno, jak inne trudności i niedogodności.
    A najgorsze jest to, ze nikt tej grupy społecznej nie chce wysłuchać i nikt się z nimi nie liczy, bo jako wyborcy nie są grupą liczną i silną.
  • krzysztof213 Lubię panią czytać…
  • annazadroza Bognno:-) Co do tych innych, promowanych „wzorców” zgadzam się całkowicie.
    W XXI wieku powinniśmy być na takim etapie rozwoju, że opieka nad chorymi, pokrzywdzonymi osobami winna być być czymś absolutnie normalnym, tak jak dostarczenie im wszelkich potrzebnych środków, żeby ulżyć rodzinom w opiece. Niepojęte jest nie tylko to, że o własną godność muszą się upominać, ale słowa „wielkich” – żeby protestujących wynieść, poszukać na nich paragrafu…
  • annazadroza Myszokocie:-) Nie jeden raz zastanawiam się gdzie jest państwo, które pomoc powinno zapewniać, kiedy są organizowane społeczne akcje zbierania środków w celu np. ratowania życia dziecka poprzez operację za granicą. Jak może jakiś anonimowy urzędnik wydawać wyrok śmierci na dziecko poprzez odmowę świadczenia, bo się nie należy, bo procedury nie pozwalają itp., itd. A dla np. Rydzyka są pieniądze i dla innych też…
  • annazadroza BBM:-) Myślę, że dopiero po zetknięciu się bezpośrednio z problemem potrafimy go odczuć i zrozumieć u innych, pozbyć się obojętności, nie uciekać, nawet nie odwracać wzroku podczas przypadkowego spotkania, lecz spojrzeć z życzliwością i sympatią…
  • annazadroza Urszulo:-) Masz rację, powinni mieć zapewnioną normalną, godną egzystencję. Boję się, że coraz więcej będzie rodzących się chorych dzieci – z różnych względów- a coraz mniej osób mogących się nimi opiekować. Czarno to widzę…
  • annazadroza Kasiu:-) Taka młoda osoba i takie nieszczęście. Tak wiele wokół podobnych sytuacji… A jeden z drugim powie, że się lansują na nieszczęściu dzieci… Kazałabym się takiemu opiekować choć jeden calutki dzień, robić tylko to, co konieczne każdego dnia, bez dodatkowych „atrakcji”. Ręczę, że wielu mądrzących się nie udźwignęło by takiego ciężaru nawet przez ten jeden dzień.
    Odściskuję najserdeczniej:)
  • annazadroza Veanko:-) Inaczej jest opiekować się małym dzieckiem, łatwiej i podnieść, przenieść, nakarmić itd. Inaczej rosnącym i dorosłym, kiedy kręgosłupy matek nie wytrzymują takiego ciężaru, całodobowej opieki, braku snu, kiedy odporność fizyczna i psychiczna wreszcie wysiada… koszmar nie do wyobrażenia… I ciągły strach – co będzie gdy mnie zabraknie…
    Nikt się z nimi nie liczy, obiecywać można gruszki na wierzbie licząc, że ciemny lud wszystko kupi, a dawać tym, którzy przyniosą głosy i większość …

    Całe szczęście, że u Ciebie było wiadomo od początku, że sprawa jest czasowa i będzie dobrze.

  • annazadroza Krzysztof:-) Ja Ci baaardzo dziękuję:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Święto Strażaków:)))

Dzisiaj Dzień Strażaka. To formacja najbliższa memu sercu, wśród granatowych mundurów przebywałam od urodzenia i po prostu kocham strażaków!!!
W DNIU ICH ŚWIĘTA ŻYCZĘ, ABY SZCZĘŚLIWIE WRACALI Z KAŻDEJ AKCJI DO DOMÓW, ABY LUDZIE MĄDRZELI I ONI W ZWIĄZKU Z TYM MIELI MNIEJ WYJAZDÓW, ABY W ŻYCIU PRYWATNYM PRZEŻYWALI SAME SZCZĘŚLIWE CHWILE I ABY ŚWIĘTY FLORIAN CZUWAŁ NAD KAŻDYM BEZ WYJĄTKU ZAWSZE I WSZĘDZIE, NIEUSTANNIE I NIESTRUDZENIE PRZEZ 24 h NA DOBĘ:)))

4.05.2018

  • urszula97 I ja również dołączam się Anno do tych życzeń,to trudna i ciężka praca,to forma powołania,
  • babciabezmohera Przyłączam się do życzeń.Wspaniali ludzie!
  • krzysztof213 Też nie mam nic to nich ile ja bywam w okolicy straży pożarnej .
    A dzięki bardzo za komentarz.
  • krzysztof213 Zresztą wczoraj w Swarzewie też święto strażaków w kościele właśnie w Swarzewie .
    I jak kiedyś będziesz to poleczam kościół w Swarzewie . Chyba że nie chodzisz tam to też szanuję to .
  • annazadroza Urszulo:-) Są to ludzie, którzy żyją w bezustannej gotowości do niesienia pomocy, narażający własne życie dla innych, wychowałam się wśród nich i nigdy nie przestanie mi serce mocniej bić na widok strażackiego munduru:)))
  • annazadroza BBM:-) Za te słowa Cię ściskam najserdeczniej:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Jeśli kiedyś będę, nie omieszkam zajrzeć:) Lubię zwiedzać piękne i dobre miejsca, skoro polecasz – pewnie takie jest. Ja z kolei Ci polecę dwa kościoły, które są w dawnych łemkowskich cerkwiach, w Szlachtowej i w Jaworkach koło Szczawnicy. Odczułam tam niesamowitą energię, naprawdę:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 40b

W tym czasie na zewnątrz zaczął się jakiś ruch mimo kompletnego braku wiatru. Najpierw zaszeleścił krzak po drugiej stronie drogi, potem jakiś skulony cień przemknął do furtki, przez chwilę się z nią mocował po czym porzucił zamiar przedostania się tą drogą do środka. Spróbował jeszcze otworzyć bramę ale też mu się nie udało. Rozejrzawszy się czy przypadkiem nie ma świadka jego poczynań, wspiął się na ogrodzenie i znalazł się po drugiej stronie wypatrując w ciemności „znaleziska” pod domem. Gdyby ktoś go obserwował domyśliłby się bez trudu co jest obiektem jego zainteresowania. I po chwili dowiedziałby się, że nie wziął pod uwagę aktywności kobiet związanej ze zmianą miejsca pobytu owego „znaleziska”.

Rozległ się rumor, krzyk i przekleństwa w ilości zaiste imponującej. Ciemny cień usiłował się wyswobodzić z pułapki, która miała się stać jego łupem. Mieszkańcy domku nie pozostali obojętni na nocne atrakcje. To znaczy nie wszyscy. Czworonożni. Rzucili się z ujadaniem w stronę drzwi co obudziło najbliżej się znajdującą Krysię. Pomyślała, ze psy domagają się wyjścia na zewnątrz z powodu zbyt obfitej kolacji. Szeroko ziewając otworzyła drzwi i bezmyślnie patrzyła przed siebie. Małe jazgoty zasilone przez Betę rzuciły się w stronę cienia szamoczącego się przy ogrodzeniu. Kilkoma susami wyprzedziły je potwory wsparte siłami Gamy. Ze zduszonym okrzykiem przerażenia, którego i tak nikt nie słyszał, w ostatniej chwili cień wskoczył na murek i nadludzkim wysiłkiem znalazł się za płotem. Podniósłszy się z ziemi i stanąwszy na własnych nogach, zobaczył dokładnie na wysokości swojej twarzy dwie olbrzymie mordy pełne kłów i wściekłego warkotu. .. tyle, że po drugiej stronie ogrodzenia. Zobaczył też brak fragmentu nogawki, który to fragment garderoby trzymał w zębach trzeci potwór. Na małe jazgoty nie zwracał uwagi, miał jednak wrażenie, że jest ich co najmniej dwadzieścia.

– Ratunku! Złodzieje! – do Krysi dotarł sens widowiska rozgrywającego się przed jej oczami.

Pojawiły się nieprzytomne pozostałe mieszkanki domku, po czym oprzytomniawszy w trybie natychmiastowym, pędem rzuciły się w kierunku miejsca zdarzenia. Ledwo udało się powstrzymać rozochocone olbrzymy od próby pokonania ogrodzenia. Gama zadowolona z zabawy i dumna z siebie, przyniosła pani swoje trofeum. Elżbieta w milczeniu patrzyła na zdobycz trzymaną w pysku przez swoją psicę. W miarę przyzwyczajania się wzroku do ciemności, uczucie przerażenia znikało z jej twarzy i wreszcie pojawił się wyraz ulgi.

– Uff – sapnęła wydychając z siebie resztki stresu. – To tylko kawałek szmaty.

– Ta szmata stanowiła część garderoby tego co łazi. Chyba – zawahała się Krysia.

– Na pewno. Nawet wiem, którą część ciała zakrywała – parsknęła Adelka. – Chyba nie chciałabyś mieć do czynienia z tą częścią.

– Na pewno. Z żadną częścią – z obrzydzeniem skrzywiła się Krysia.

– No dobra, ustaliłyście właściciela tego przedmiotu – Elka trzymała corpus delicti w dwóch palcach przez chusteczkę higieniczną wyjętą z kieszonki piżamy. – Teraz powiedzcie czego tu szukał i kto to konkretnie był.

– Kto, to ja nie wiem. Pewnie jakiś tutejszy. Przecież obcy by nie przyjeżdżał tu z daleka, bo i po co?

– Właśnie, po co?

– Głupie jesteście? Przecież ewidentnie był zainteresowany waszym żelastwem – oświadczyła Elżbieta zdegustowana niedomyślnością towarzyszek.

– Skąd wiesz? – zaciekawiły się obie naraz.

– Rzeczywiście wam na rozum padło albo jesteście pijane.

– To też – niewinnie uśmiechnęła się Krysia.

Adelka szturchnęła ją w bok.

– Już nie, tylko nadmiar możliwości ciśnie nam się na usta blokując wyrażanie się.

Elka z politowaniem pokręciła głową.

– Z wami naprawdę jest niedobrze. Co wy robiłyście od chwili opuszczenia cywilizacji i zaszycia się w głuszy, że wam tak rozum odjęło? I to obu jednocześnie?

– Cicho, słyszycie? – Krysia odwróciła uwagę Elki unikając tym samym odpowiedzi na kłopotliwe pytanie.

– Co? – jednocześnie odezwały się pozostałe niewiasty.

W oddali rozległ się przytłumiony warkot silnika samochodowego do którego dołączył się głuchy pomruk czworonożnych bestii dobiegający spod ogrodzenia. Maluchy nie zawracały sobie nim głowy zajęte obwąchiwaniem miejsca, w którym urywał się ślad obcego.

– Mnie się wydaje, że to była zorganizowana akcja… – zaczęła Krysia.

– Chyba się za dużo filmów sensacyjnych naoglądałaś – prychnęła Elka lecz po chwili spojrzała na Krysię z błyskiem zrozumienia w oku.

– …zorganizowana akcja w celu odebrania naszego trofeum – ciągnęła niezrażona Krysia.

– Myślisz, że to zbieracze złomu? – zastanowiła się Adelka.

– No nie, – spojrzała Elka z politowaniem, – kobieto, zacznij myśleć. Krysia już ruszyła rozumem, ja też. Jaki złom? W lesie? Skąd by się wziął? Sam przyszedł? A w jakim celu?

– Zaraz, zaraz – Adelka przytomniejącym spojrzeniem omiotła otoczenie. – Las. Jest las, no nie? Najpierw tego czegoś w lesie nie było, ja byłam i wiem, że nie było. Potem się znalazło. Zabrałyśmy i teraz nam chce to ktoś zabrać. I to w nocy, po ciemku…

– A kiedy miał zabrać? Za dnia? Puknij się w głowę – popukała się Elka palcem w czoło.  – Żeby go ktoś zobaczył?

– Przecież to nie tylko złodziej ale na pewno kłusownik – ze zgrozą i świętym oburzeniem stwierdziła Krysia.

– O bydlę cholerne – z mordem w głosie Adelka wlazła na ceglany murek i trzymając się metalowej balustrady próbowała wzrokiem przebić ciemność. – O bydlę cholerne – powtórzyła głośniej.

– Nie wysilaj się. Przecież słyszałaś warkot samochodu. To znaczy, że odjechał – zauważyła Elżbieta.

– To znaczy, że nie działa w pojedynkę, tylko musi ich być więcej – wydedukowała Krysia.

– Cała banda cholernych kłusowników, którzy znęcają się nad bezbronnymi zwierzątkami – krzyknęła Adelka. – Nogi z dupy takim powyrywać!

– Adelciu, ja cię nie poznaję – parsknęła Elka. – Jak ty się wyrażasz?

– Stosownie do sytuacji – oświadczyła z godnością zapytana. – I tak jeszcze zbyt delikatnie.

– Dobra, dziewczyny, chodźmy do środka. Już dzisiejszej nocy nic się więcej nie zdarzy. Możemy się spokojnie przespać – orzekła Elżbieta.

– A jeśli oni myślą tak samo jak ty? – zastanowiła się Krysia. – To co?

– To zostawimy uchylone drzwi a przy drzwiach będą spały potwory. Pokaż mi takiego kto po raz drugi z nimi zadrze straciwszy część garderoby przy pierwszym spotkaniu.

– Wiesz co? Chyba masz rację – zgodziła się Adelka. – W razie czego małe podniosą jazgot jak nie wiadomo co.

– No to wracamy. Nie wiem czy usnę po tych wszystkich przeżyciach – Krysia odwróciła się i podążyła w stronę domu.

– Uśniesz, uśniesz. A rano faktycznie trzeba porozmawiać z leśnikami albo policją – podsumowała Adelka.

– Chyba trzeba zgłosić włamanie – zastanowiła się Krysia. – Może powinnam zadzwonić do Krystiana?

– Daj chłopakowi spokój. Przecież nic się nie stało. A zresztą, same sobie poradzimy i zrobimy porządek – kategorycznie stwierdziła Elżbieta.

– I to mi się podoba – zaśmiała się Adelka. – Nareszcie się coś ciekawego dzieje.

4.05.2018

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Szerokiej drogi

Lenistwo moje poczuło się dowartościowane, ponieważ nie tylko „Przesilenie” K.B.Miszczuk przeczytałam, ale jeszcze „Apartament w Paryżu” autorstwa Michelle Gable. Jedno od drugiego oddalone o lata świetlne, ale widocznie było potrzebne takie zróżnicowanie, bo humor mi się poprawił:)
Teraz koniec czytania (na chwilę tylko przecież) i coś pożytecznego należałoby wykonać. Spacer popołudniowy z psami zaliczony, do Lapcia na chwilę usiadłam. Poza tym myślę czy upiec murzynka czy zrobić blok kakaowy. Mały mi powiedział, że kakao nie powinno być gotowane ani pieczone, bo traci
swoje wartości. No więc chyba je trzeba mieszać z wystudzoną już masą, żeby całość nie stała się jedynie pustymi kaloriami.Tylko czy się rozmiesza? Muszę spróbować. Całe życie człowiek się uczy a i tak jest głupi… .
Duchota jakaś się zrobiła choć słońca nie widać, na termometrze 22 st., więc niby nie tak dużo, lecz czuję się jak przed burzą. Nie patrzyłam wczoraj w tv na prognozę pogody. Mając świadomość, że nie ma mojego serialu, nie zasiadłam przed ekranem i było mi dużo lepiej na duszy, gdy odłączyłam się na trochę od bieżących wiadomości. Ale tylko na trochę, na dłużej się nie da…
Druk na 1% wysłałam pocztą, nawet razy trzy 1%, bo i Męża i babci D. też wypełniłam druk PIT-OP, przynajmniej te grosze nie pójdą na zmarnowanie tylko na pożytek się obrócą.

Ponieważ zaczęła się majówka, czyli długi majowy weekend, życzę każdemu, kto wyjeżdża, żeby wrócił cały i zdrowy. Przeraża ogromna liczba nietrzeźwych kierowców na drogach, głupota i kompletny brak wyobraźni. Tak więc szerokiej drogi i szczęśliwego powrotu do domu:)))

2.05.2018

  • krzysztof213 Wódka mówią jest dla ludzi ze nieraz wódka opętania .
    E tam majówka Ludzie szaleją w nią .
    Ale dobrze że taki masz stan książki ok lubię bardzo
    Że jak piszę to nad morzem wiele ludzi as się chce się schować
  • nie-okrzesana W moim mieście, pod moja pracą też dziś była masakra. Korek 5 km.
  • kasiapur Czasami myślę że to moje nieruszanie się z domu ma swoje zalety 😉
    Wszystkiego dobrego Anula ! uściski i uśmiechy dla Ciebie
  • urszula97 Tak,szerokiej drogi wszystkim.Wielki weekend a my siedzimy,ta duchota ,zwiastuny burzy,siedzimy bo strach wyjść na działkę, no i mecze piłkarskie -to slubny,ja zaś z przyjemnością walczę z robótkowymi Ufokami,1-maja byliśmy na grilu u syna,dzisiaj znów taka temperatura pod burzę,niby się dzieje na mieście ale bardziej pod młodych,ja się nie nudzę i miło spędzam czas ,pozdrawiam.
  • annazadroza Krzysztof:-) Widziałam w tv, że mnóstwo ludzi przyjechało nad morze. Ale to chyba dobrze, co? Osoby wynajmujące kwatery przynajmniej zarobią, jak również wszyscy inni, którzy żyją z turystów.
    Wódka, ogólnie alkohol – też jest dla ludzi, ale w normie, jak zresztą wszystko. Umiar zachować we wszystkim to wielka sztuka, ale jakże potrzebna. I w życiu nie siadać za kierownicę!!!
    Miłej majówki i odpoczynku Ci życzę, nawet jeśli miałbyś się schować przed przyjezdnymi:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Widziałam relację z Zakopanego, toż to koszmar do potęgi n-tej! Przez 5 godz. stać po bilet do kolejki linowej? A wszędzie „ludź ludziowi” po głowie chodzi, taki tłok. No, ale co kto lubi. Jak byłam młodziutka też lubiłam takie klimaty, gust zmienia się w miarę upływu czasu:)
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Nie chciałoby mi się jechać w takim tłoku, gdybym nie musiała. Teraz już nie muszę, nie jestem związana terminem urlopu. Inna sprawa, że w ogóle nie mogę, bo tzw. okoliczności zewnętrzne trzymają w miejscu i nie puszczają… „Cóż poradzisz jak nic nie poradzisz”…
    Serdeczności Kasieńko majowe, bo to najpiękniejsza pora jaka może być. Buziaki:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Fajnie, że miło spędzasz czas:) U nas burzy nie było, choć straszyło. Na upał nie narzekam, bo lubię ciepło i cieszę się, że tak jest. Mam kupione 3 worki ziemi, więc mogę poprzesadzać kwiatki, podsypać gdzie trzeba i ogólnie pobawić się w ogrodniczkę. A bratki w tym roku mam takie cudne, że napatrzeć się nie mogę.
    Na żadne imprezy do miasta nie chce mi się iść, wolę spędzić czas koło domu. Pozdrawiam serdecznie:)))
  • babciabezmohera Z takim szeregiem wolnych dni zawsze mi się wiąże pewien niepokój… Dobrze, że już blisko końca. Może to nieładnie z mojej strony, bo wielu ludzi bardzo się cieszy z takiego odpoczynku, ale…;(
  • emma_b przypomniał mi się taki blok (chyba w stanie wojennym wylansowany), ale mi apetytu narobiłaś:)
  • annazadroza BBM:-) Myślę,że wszyscy korzystający z wolnych dni są tak zadowoleni z możliwości odpoczynku, że nie przejmą się Twoim zdaniem:) Więc i Ty się nie przejmuj. A swoją drogą już piątek i zleciał tydzień nie wiadomo kiedy, a na urlopie pędzi czas jeszcze szybciej. Pogoda trafiła się wyjątkowo piękna na tę majówkę, jakby lato już było. Korzystaj z uroków wiosny póki trwa, pozdrawiam serdecznie:)))
  • annazadroza Emmo:-) Moja mama robiła taki blok sto lat temu, jak jeszcze stan wojenny nikomu się nawet nie przyśnił… Byłam w podstawówce i się nim zajadałam. Przepis chyba w „Przyjaciółce” albo „Kobiecie” znalazła i od tej pory wszedł na stałe do spisu domowych łakoci. Mnie się przypomniał, kiedy Mężowi zachciało się czekolady a w domu nie było. Miałam natomiast mleko w proszku. Dodaję też rodzynki, żurawinę, skórkę pomarańczową nie same herbatniki jak kiedyś. Naprawdę pycha:)))
  • kolewoczy Ja to czasami nie rozumiem – gdzie ci ludzie tak jeżdżą??? Mnie się nawet od sklepu na wsi nie chce rowerem podjechać 😉
  • kolewoczy Ja to czasami nie rozumiem – gdzie ci ludzie tak jeżdżą??? Mnie się nawet od sklepu na wsi nie chce rowerem podjechać 😉
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz