Sen

Nie było dotąd wpisu ponieważ dopiero dotarłam do domu. Rano szybki spacer z psami, bo śnieg, plucha, ślisko i niemiło. Potem zakupy i jazda do Calineczki. Dzięki malutkiej udało mi się zgubić trochę wagi, co jest niezmiernie radosną informacją. W końcu taki „hantelek” już ponad 4-kilowy podnoszony i noszony
swoje znaczenie ma:))) Potem Duży odwiózł mnie do domu, ale najpierw spędziliśmy w warsztacie trochę czasu w oczekiwaniu na zmianę opon na zimowe. I tak minął dzień. Jeszcze tabletki dla psów na odrobaczenie, bo trzeba dbać o te poczciwe mordusie i wreszcie usiadłam do Lapcia.
Miałam dziś niesamowicie realistyczny sen. Śnił mi się Tenczynek. Byłam u Babci w domu, nie widziałam nikogo, ale miałam świadomość obecności Babci, Mamy i Taty. Drzwi między gankiem a sienią były zamknięte, po coś wyszłam na ganek i po otwarciu drzwi zobaczyłam głowę jakiegoś mężczyzny
zaglądającego przez okno. Wyjrzałam i zobaczyłam otwartą bramę i mnóstwo obcych ludzi w babcinym ogródku. Wyskoczyłam z ganku na schody (wys, ok. pietra) i spytałam co tu robią. Wszyscy byli zaskoczeni, bo myśleli, że tu nikogo nie ma. Zaczęłam wszystkich wypraszać, potem wyganiać i straszliwie się
zmęczyłam. Wreszcie udało mi się zamknąć bramę, a na trawniku leżał garnuszek, taki półlitrowy, emaliowany, z uchem. Podobny miałam, kiedy byłam mała i mieszkałam u Babci, tylko tamten był w niebieskie pionowe paski, a ten – w kwiatki, też niebieskie i bardzo delikatnie namalowane. Po obudzeniu (przez
stukające w podłogę pazurki Szilki) nie mogłam przez chwilę do siebie dojść, zdawało mi się, że wciąż jestem w Tenczynku.
Ot, taki sen mi się przyśnił. Może dlatego, że czytałam o partyzantach w tenczyńskich lasach, może dlatego, że dziś Taty imieniny.

30.11.2017

  • nie-okrzesana Ja przez ten śnieg, też nie potrafię się zorganizować. Niby za oknem, a taki duży wpływ wywiera na moje życie. Niechby był już maj…
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Chociaż marzec…
  • kolewoczy Bardzo fajny w sumie sen, trochę taki wspomnieniowy. Od czasu do czasu każdy potrzebuje wspomnień, nawet jeśli tylko we śnie 🙂
  • annazadroza kolewoczy:-) Zmęczyło mnie wyganianie obcych ludzi z babcinego ogródka, to było nieprzyjemne. Ale w końcu się udało:)
  • babciabezmohera Czasem wracają do nas w snach okruchy przeżytego życia…
  • kolewoczy Czasem „szkodniki” trzeba przepędzić. No jak oni mogli wleźć do babcinego ogródka??! Niewychowani czy co? 😉
  • irsila Ślisko jest.
    Ja już ponad rok bez wyprowadzania psa.
    Sił bym już nie miała na psiacery.
  • annazadroza BBM:-) Czasem tak na bieżąco coś się śni, a czasem nie wiadomo skąd wychodzą senne mary…
  • annazadroza kolewoczy:-) Prawda? Szczyt bezczelności, tak się bez pozwolenia wpychać się do babcinego ogródka i jeszcze bramę na całą szerokość otwierać;-)
  • annazadroza irsila:-) Ślisko, chodzę z kijkiem albo z długim parasolem pełniącym funkcję laski, żeby się nie pośliznąć, bo odkąd kolano mi się zbuntowało, chwilami równowagi brak.
    Nie tęsknisz choćby za maleńkim kundelkiem, który w domu się przytuli, długich spacerów nie potrzebuje, po ogródeczku pobiega? Mnie bardzo brakowało psa w czasie kiedy Buciek już odszedł do psiego raju a Szilki jeszcze nie miałam.
  • irsila Nie tęsknię za żadnym żywym zwierzakiem,
    w domu mam dwa ludzkie, chore zwierzaki,
    wymagające opieki i oporządzania i chwatit.
  • annazadroza irsila:-) W tej sytuacji rozumiem Cię. Życzę Ci siły i cierpliwości, bo to niezbędne. Pozdrawiam:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Kwiaty

Kiedyś miałam masę kwiatów, wszystkie miałyśmy – w pracy i w sąsiedztwie. To był dosłownie szał na kwiaty, liście nabłyszczałyśmy specjalnym lakierem, wymieniałyśmy się nowinkami, kwietniki wolnostojące zajmowały pół pokoju… Ale dawno to było. Teraz umowa jest taka: albo rośniesz, albo zmykasz. W związku z tym mam wisząco-pnące, które same rosną, czasem oberwę zżółknięty liść, poza tym tzw. szable zielone i jeszcze fikusa beniaminka „dostanego” jako bonsai, ale się nad nim nie znęcałam, więc się odwdzięcza i rośnie nad podziw. Paprotki babci D. wszystkie się zmarnowały, niestety. Może przeprowadzka im nie posłużyła. Nie każdy lubi zmiany miejsca pobytu. Osobiście nie lubię, wolę być u siebie – czyli albo w domku, albo w Szczawnicy. Nie mam najmniejszej ochoty przebywać w jakimś hotelu czy domu wczasowym – choćby w najlepszych warunkach. Tak to się potrzeby i zachcianki człowiekowi zmieniają z czasem.
W sprawie kwiatków chciałam komentarz do BBM wstawić, ale się nie udało, być może to wina Lapcia, bo wiekowy już egzemplarz.

29.11.2017

  • kolewoczy Też wolę te najmniej wymagające. A i tak zdarza mi się im podpaść, gdy za długo nie podlewam. Na kwiatki to trzeba mieć czas.
  • nie-okrzesana Kwiaty z jakiegoś powodu nie lubią mojego mieszkania. Dbam, przesadzam, dogadzam.
    W tamtym tygodniu powiedziałam im -dość. Chcecie żyć? Wykażcie inicjatywę.
  • babciabezmohera A paprotki to chyba wyjątkowo humorzaste kwiaty…;(
  • irsila Paprocie to kwiaty, które byle gdzie nie urosną,
    jeśli beton lub cieki wodne to umierają.
    U mnie dobrze się im rośnie, mam ogromne rozłożyste,
    jeszcze mam hoje, anginkę i aloes.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Czas, cierpliwość i spokojną głowę. Jeśli masz na tej głowie za dużo obowiązków to przeżyją tylko najsilniejsze rośliny 🙂
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Dokładnie takie ultimatum dałam moim i przestałam się przejmować. Odtąd rosną same, nawet jak zapomnę to sobie radzą. Podlewam raz na tydzień i się przyzwyczaiły. Może przedtem miały zbyt mokro, po prostu przedobrzyłam.
  • annazadroza BBM:-) Piękne, potrzebne, ale nie wszędzie im pasuje. Szkoda, ale cóż, wybór należy do nich: albo chcą rosnąć albo humory pokazują;-(
  • annazadroza irsila:-) Miałam kiedyś przepiękną hoję, kwitła jak szalona i pachniała nieziemsko. Po przeniesieniu na stare mieszkanie babci D. – niestety, padła trupem. A paprocie rosły. Mam też aloes, dzieci przywiozły i latem stał na zewnątrz. Nie mam pojęcia jak się nim teraz opiekować, zdążyłam go zabrać przed dzisiejszymi opadami śniegu.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 7

Czas płynął, jak to zwykle robił. Raz szybko, niepostrzeżenie, raz pędził jak szalony nie dając odetchnąć i zastanowić się nad niczym.

– Ciekawe, że najszybciej płynie, kiedy człowiek śpi. Za tym  na pewno kryje się jakieś oszustwo – powiedziała Adelka do psów i papug. – Przecież tak nie może być.  Położyłam się na pięć minut, a minęło nie wiem ile godzin, bo mi zegarek stanął. Jest zupełnie ciemno, spać mi się dalej chce. Przecież z wami muszę wyjść na spacer i nakarmić was. Dobrze, że mam żarełko z wczoraj – zwierzaki słuchały uważnie wywodów pani przyzwyczajone do jej długich nieraz wypowiedzi ożywiając się przy słowie „spacer”.

– Nie lubię kiedy jest tak ciemno i wieje wiatr – ciągnęła dalej, – który na parterze może wydawać się takim sobie niewinnym wiaterkiem, zaś na ostatnim piętrze betonowego budynku zamienia się w huragan. Nie dosyć, że jęczy, wyje, usiłuje wcisnąć do środka trzeszczące szyby, to jeszcze, zupełnie nieproszony, wpycha się do mieszkania przez sobie tylko wiadome szpary i szczeliny, i wypędza z domu nędzne resztki ciepła płynącego od ledwo letnich dwóch pierwszych żeberek znowu zapowietrzonego kaloryfera. A przecież miałam iść do spółdzielni i usnęłam! O matko, ale się nagadałam. I to jak mądrze – spojrzała na zwierzaki, które nie wyraziły sprzeciwu, miały widocznie takie samo zdanie na temat paninych wypowiedzi.

Włączyła olejowy piecyk, zapaliła gaz w piekarniku, boczne lampki w kuchni i pokojach dały miłe światło. Zrobiło się przytulnie. Na nocnej szafce leżała książka. To było  „Imię róży” Umberto Eco. Adelka od dwóch dni nie mogła się jakoś zabrać za jej czytanie. Postanowiła, że wieczorem na pewno do niej zajrzy.  Wtedy przypomniała sobie, że przecież wykupiła lekarstwa dla Kasi i obiecała je przynieść. Cóż, musiała się podnieść z fotela,  pokonać lenistwo, ubrać się i wyjść na dwór.  Brr, okropność, ale czegóż człowiek nie robi dla przyjaciół?

Drzwi otworzył Kamil.

– Dobrze ciociu, że przyszłaś, bo mamie to powtórne przeziębienie chyba się na głowę rzuciło – poinformował Adelkę.

– Czemu oczerniasz matkę przed ludźmi  – wychrypiała zakatarzona Kasia wychodząc z pokoju z zaczerwienionymi, zapuchniętymi oczami. – A ty nie patrz na mnie. Odwróć się! Słyszysz czy nie? – huknęła  na przyjaciółkę.

– A nie mówiłem? – Kamil wymownie stuknął się w czoło. – Chociaż gorączki nie ma… – przezornie wycofał się do pokoiku.

– Dlaczego? – zdziwiła się Adelka. – Czy sądzisz, że nigdy nie widziałam przeziębionego człowieka?

– Ale nie przed samą śmiercią – odparła kichając. – Nie chcę, żebyś mnie taką zapamiętała na zawsze – dokończyła ponuro.

– O…o… ojej! Coś tu narobiła? – wyjąkała Adelka wpadając  wprost na stosy książek poukładanych w pokoju  na podłodze. To znaczy były poukładane, dopóki nie wylądowała wśród nich i to  bez zachowania ciszy mimo późnej pory.

– Kto narobił? Ja? Ja przez cały dzień robię porządek z książkami, układam, segreguję, nawet myśleć chwilami przy tym muszę chociaż katar mi zalewa oczy, a ty co? W jednej chwili zniszczyłaś wszystko co zrobiłam!

– Nie złość się Kasiu – Adelka rozcierała potłuczoną tylną cześć ciała. – A w ogóle, po co położyłaś w drzwiach pokoju balkonową skrzynkę na kwiaty w środku zimy? Nie zauważyłam jej  i oto skutki.

– Po co położyłam? Żeby do niej wkładać…  aaa…psik.. harlekiny.

– O rety! Co wkładać? – nie zrozumiała Adelka.

Kasia, patrząc z góry na przyjaciółkę znowu kichnęła.

– O ogrodach miłości nigdy nie słyszałaś?

– Ogrody w skrzynkach? W zimie?!

Adelka była pewna, że choroba Kasi ma jakiś nietypowy przebieg i faktycznie pomieszała jej w głowie. Dopiero gdy pokręciła własną głową pełną troski o stan umysłu przyjaciółki, zamigotały jej w oczach kolory: biały, różowy, niebieski, fioletowy, czerwony… Doznała olśnienia. Uradowana odkryciem zawołała:

– Już wiem! Zrozumiałam!  I ty to czytasz? Nie szkoda ci czasu na takie bzdury? Kiedyś z nudów przejrzałam dwa i stwierdziłam, że są beznadziejne.

Kasia zaczęła układać książki według kolorów okładek. Adelka jej skwapliwie pomagała. Zauważyła przy okazji kilka powieści Jadwigi Courths – Mahler.

– Zaraz mi pewnie zaczniesz tłumaczyć, że osoba na jakim takim poziomie, o pewnej dozie inteligencji nie bierze do rąk takiej szmiry, bo nie wypada, nie pasuje, bo wstyd, bo co ludzie powiedzą…

– Mniej więcej – zdołała wtrącić Adelka korzystając z kolejnego ataku kichania rozmówczyni.

– A ja to chrzanię i mam gdzieś – groźnie spojrzała Kasia załzawionym okiem. – Kiedy byłam młoda, ambitna i bez życiowych obowiązków, mogłam się do woli nurzać w ambitnej literaturze, nie przyznawać się, że pod poduszką trzymam Rodziewiczównę, natomiast rozprawiać o Przybyszewskim czy studiować ” Ulissesa” z jego strumieniem świadomości. Pomyśl, wtedy było wokół mnie spokojnie i bezpiecznie, nie bałam się wracać z biblioteki na Koszykowej po godzinie dwudziestej drugiej, bo do tej godziny funkcjonowała. Nie znałam nikogo, kto byłby bez pracy i nie miał co do garnka włożyć. Do śmietnika wchodził tylko śmietnikowy dziad po butelki na wódkę. A teraz co widzisz? Normalnych ludzi. Wczoraj widziałam normalną kobietę z normalnym dzieckiem. Szukali czegoś, co mogłoby się im przydać.  Dziecko ucieszyło się ze starego podartego plecaka. Wyobrażasz sobie? Teraz to jest normalne! A ja nie mogę tego znieść, zawsze po takich obrazkach ryczę jak głupia. A kiedyś znałam to jedynie z literatury, filmów i opowiadań dziadków o pierwszej wojnie i okresie międzywojennym. A ty mi każesz czytać sztukę dla sztuki i zastanawiać się nad zbawieniem ludzkości.

– Ja ci nic nie każę – odezwała się Adelka korzystając z kolejnej przerwy, spowodowanej koniecznością  oczyszczenia zakatarzonego nosa Katarzyny.

– Cicho, nie przerywaj – fuknęła właścicielka kataru. – Nabawiłam się nerwicy przez długotrwały stres emocjonalny i moralny.  Wyczytałam to u Jacka Santorskiego, jak widzisz nie same bzdety czytam. Właściwie to mam ostatni okres nerwicy:  wyczerpanie, po nim czeka mnie już tylko rozstanie z tym światem. Pomyśl, bez przerwy się boję. Boję się, że stracę pracę, już raz to przeżyłam. Z czego się utrzymamy? Kamil szuka bezskutecznie czegoś sensownego. Co miesiąc ledwo wiążę koniec z końcem, jak zapłacę za jedno, to drugi rachunek musi poczekać. Do tego dochodzi lęk o ojca, bo nie wiem co się z nim dzieje i jak mam złemu zaradzić. A poczucie krzywdy i cała masa przeżyć z przeszłości, dobrze wiesz jakich, w związku z tym, że kiedyś ojca moich dzieci, mego własnego męża wzięła pod pantofel obca baba? A decyzja wzięcia życia we własne ręce bez oglądania się na zdrajcę?  A strach, że Mikołajowi odbije i znajdzie sobie młodszą? Do tego dochodzi masa obowiązków w pracy, w domu, którym powinnam podołać. Ostatnio dręczy mnie obsesyjny lęk przed śmiercią, bo  jeszcze chłopcom jestem potrzebna, Kamil nie jest całkiem samodzielny, nie ma się z czego utrzymać. Łukasz dopiero co się ożenił, chciałabym doczekać wnuków i nacieszyć się nimi.  Koszmar, ogólnie rzecz biorąc, to za mało powiedziane. W tej sytuacji jedyną możliwością chwilowego oderwania się od makabrycznej rzeczywistości jest takie czytadełko, zwykły „harlekin”. Tam białe to białe, czarne to czarne, ona piękna, on nieziemsko przystojny, na dodatek uczciwy i jeszcze bogaty, czego ze świecą szukać. Kochają się, pokonują różne przeszkody, by wreszcie w szczęściu i radości żyć razem  do grobowej deski.

– Mogę coś powiedzieć?

– Teraz nie. Jestem w transie. To takie cudne…

– Trans?

– Głupia. Mówcie sobie wszyscy co chcecie, nie obchodzi mnie niczyje zdanie! Te, jak mówisz, szmiry pozwalają mi na chwilę relaksu i odprężenia, przedłużają życie. Gdybym  była młoda, zdrowa spokojna i bezpieczna, pewnie wróciłabym do rzeczy poważniejszych. Teraz nie jestem w stanie. Kiedy zamknę taką książeczkę lata mi po głowie myśl…

– Zgłupiała całkiem  – mruknęła Adelka.

– … a może nie jest tak źle, może dam sobie radę, może jeszcze i mnie życie się ułoży? – nagle zachrypiała: – coś ty powiedziała? Ja zgłupiałam?! To uważasz, że mam pusto w głowie, że jestem beznadziejnie głupia?

– Czyli czytasz ku pokrzepieniu serca – zdołała się wreszcie odezwać Adelka ignorując ostatnie pytanie.  – O, Elka, a ty skąd się tutaj wzięłaś?

– Pukam i pukam a wy nic,  Kamil wyszedł z Dżemikiem to nie ma kto szczekać, a Kaśka  się na ciebie wydziera więc nic dziwnego, że nie słyszałaś mojego pukania. Czego ona od ciebie chce? A mówiła, że chora i umrze. Co jej zrobiłaś, że nabrała siły?

– Wlazłam jej do ogrodów – bąknęła Adelka.

– Słucham?

– Z czerwonymi serduszkami…

– Aha. O, masz nową Mahlerową – ucieszyła się Ela, –  tej nie znam. Pożyczysz?

– Jasne – kichnęła Kasia.

– Ty też to czytasz? – spojrzała na nią Adelka.

– A ty nie? – zdziwiła się. – Myślałam, że czytasz wszystko.

– Chyba zacznę – bąknęła pod nosem Adelka.

– No więc, ja czytam głównie w autobusie w drodze do pracy – powiedziała Ela. – Bardzo długo jadę, więc nie marnuję czasu. A poza tym wiecie jak to frajda? Ludzie się pchają, kłócą, rzucają w siebie tonami nienawiści i jadu. Od tego nawet mamut mógłby paść trupem. A ja mam to wszystko głęboko, tam gdzie słońce nie dochodzi. Czytam sobie i przenoszę się w inny świat. Tam wszyscy są eleganccy, nikt nie klnie, nie rzuca mięsem, nie politykuje, nie mówi co on by zrobił z tym czy z tamtym jakby go dorwał. Mogę przerwać czytanie w każdej chwili, odłożyć książkę, bo i tak wiem co będzie dalej. Kiedyś tak czytałam kryminały, teraz ich znieść nie mogę, za smutne. A w ogóle to wiecie co? Każdą powieść zaczynam od ostatniej strony. Najpierw patrzę jak się kończy. Jeśli źle – odkładam, dziękuję, nie używam, obejdę się. Życie stało się tak trudne, ciężkie, pozbawione radości, że nie mam siły czytać nic takiego. Może kiedyś mi się zmieni, nie wiem, czas pokaże. Teraz tak mam,  właśnie tak.

Elżbieta z Adelką pomogły zakichanej Kasi skończyć porządkowanie książek zapewniając przy okazji, że nie ma po co się tak bardzo spieszyć z umieraniem, skoro ma koło siebie takie skarby jak one.

– Wiem dziewczyny moje kochane, że mogę na was liczyć, że… w ogóle…jesteście cudowne – kichała Kasia

Po powrocie do domu i wieczornych ablucjach Adelka ułożyła się wygodnie w łóżku, owinęła dodatkowo pledem, żeby nie zmarznąć i wzięła do ręki książkę z nocnej szafki.

– Wiecie co? – zwróciła się do zwierzaków. – Ja chyba jestem w najlepszej sytuacji. Nie muszę się martwić o pracę, bo jestem na emeryturze, nie zawracam sobie głowy sprawami sercowymi, bo nigdy mnie to specjalnie nie rajcowało, jak to teraz mówią, o dzieci nie kłopoczę się, bo ich nie mam. Czasami jest mi smutno z tego powodu, ale akurat w tej chwili się cieszę. Jestem zdrowa, mam was, moje kochane potwory i zawsze jakieś będę miała, mam przyjaciół. I nie muszę czytać harlequinów.  Jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

28.11.2017

  • kobietawbarwachjesieni Jesteśmy szczęśliwymi ludźmi, bo widzimy, słyszymy, żyjemy.
  • annazadroza Jesiennadziewczyno:-) Masz rację, widzieć przepiękny świat i słyszeć szum drzew, śpiew ptaków – to szczęście. I jeszcze – mieć wokół życzliwe duszyczki:)))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Słoneczka jak najwięcej

Chciałam koleżankom wpisać komentarze, ale coś dziwnego się robi i nie mogłam. Poczekam, może się uda potem.
Moje drogie prywatne koleżanki wysyłają mi sms-y, bo nie mogą się odważyć pisać na blogu. Dziewczyny, piszcie, nie bójcie się! Na początku też się bałam, tym bardziej, że do osób całkiem nieznanych mi osobiście przecież, nie wiedziałam jak się odezwać, że może się obrażą, może coś powiem głupiego, albo nie tak jak powinnam itp., itd. Potem mi się samo pomyślało, że skoro jesteśmy razem na bloxie to jakbyśmy w jednej klasie czy grupie wszyscy byli i od tego czasu nie mam żadnych oporów. Mało tego, czuję się jak w gronie przyjaciół, choć to dopiero 9 miesięcy mojego bycia tutaj 🙂 Tak więc piszcie, bo wielką frajdą jest czytać wieści od znajomych:))) I mieć świadomość, że czytają:)
Dziś minusowa temperatura przywitała nas, z samego rana było minus jeden. Szron na trawnikach, ostre powietrze, świeże i przyjemne bardzo, bo bez wiatru. Dobrze, że w ogródku uprzątnęliśmy w sobotę resztę liści i uschniętych roślin, pozbieraliśmy krzesła – jednym słowem – sezon zamknięty. Teraz oby do wiosny.

Nie lubię poniedziałku – szczególnie, że trzecia wyprawa do przychodni czeka, ale cóż, bierzmy byka za rogi i do przodu. Słoneczko świeci i życzę Wam wszystkim tego słoneczka jak najwięcej:)))

27.11.2017

  • nie-okrzesana Czasem, się nie pisze gdy nie ma się po prostu nic do powiedzenia. Czasem piszę a potem kasuję bo leci banałem.
  • babciabezmohera Rozumiem Twoją radość, bo dla mnie blogowanie też jest ważne a piszę już ładnych parę lat. To droga do nowych znajomości, czasem przyjaźni…
    I nie jest istotne, czy piszę banały . Piszę, bo mam taką potrzebę- i tyle.
    A sezonu jeszcze nie zamknęłam, bo wciąż trzeba podmiatać opadające liście / tak jakby nie mogły się zdecydować w jednym czasie…;( /.
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Z komentarzami tez tak mam, czasem napiszę i skasuję a czasem samo znika i nie da się wysłać, wtedy uważam, że widocznie głupie było. Natomiast usiłuję ośmielić moje koleżanki z realu, żeby się nie bały odezwać, choćby uśmieszek na początek puścić. Kochane są dziewczyny, ale piszą tylko smsy na komórkę, albo dzwonią. Dobrze wiem, że czasem trudno zrobić pierwszy krok.
  • annazadroza BBM:-) Bycie tutaj, w sensie na blogu, sprawia mi naprawdę dużo radości, nie przypuszczałabym wcześniej, że aż tak dużo. Poznawanie myśli, przeżyć ludzkich poprzez czytanie bezpośrednio „u źródła” wzbogaca mnie samą, daje rady, wskazówki, poczucie wspólnoty m.in. poglądów. A możliwość wypuszczenia z szuflady moich bohaterek – bezcenna:))) Zaś świadomość, że przynajmniej kilku osobom się podoba spotkanie z nimi – jeszcze bardziej:))) Dziękuję i pozdrawiam serdecznie:)))
  • kolewoczy Moi znajomi z realu nie wiedzą o blogu. To jednak inna forma kontaktu. Nie chcę, by się mieszały. Nie lubię, gdy na blogu robi się kółko przyjacielskie wspólnie pojące herbatkę, tworzy się krąg zamknięty i nie jest to już blog dla wszystkich, także dla osób postronnych. Obserwuję to na kilku blogach, że w tym kierunku to zmierza.
  • Gość: [ciotkaeliza] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Ja na blogu może niezbyt regularnie, ale lubię być. Z tym ,,uciekaniem,, tekstu ja mam podobnie co jakiś czas mnie wyloguje i już, teraz opanowałam sposób taki że jak napiszę kilka zdań to klikam w ,,zapis roboczy,, i piszę dalej, a jak się wpisuje TAGI to trzeba po wpisaniu poczekać jak sam tekst wyskoczy i zaznaczyć. Ale się tu wymądrzam, jeszcze ktoś pomyśli że się znam na tym.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jeśli komuś potrzebne „kółko herbaciane” to czemu nie ma go mieć? Mój blog nie jest anonimowy, jak na wstępie mówiłam – chciałam tylko, żeby moje „dyrdymałki” nie umarły wraz ze mną, ale niespodziewanie odkryłam jaką radość i przyjemność sprawia mi kontakt z innymi w tej właśnie formie, nie tylko pisanie ale i czytanie. Nie opowiadam wszem i wobec, że piszę, wiedzą tylko bliscy znajomi. Ale się nie kryję, jeśli ktoś chce, to znajdzie. Lubię tu być:)))
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Pewnie, że się znasz. Ja nie potrafię nawet kategorii nowej utworzyć, bo Duży nie ma kiedy pokazać mi jak to się robi. Więc „Pasma…” lecą na razie bez przydziału. Kiedyś uzupełnię. A żeby tekst nie znikał, znalazłam taki sposób, że piszę w notatniku, a potem przenoszę skopiowane. Tym sposobem nawet kilkakrotne znikanie nie kasuje mi tekstu, bo jest do ponownego skopiowania. Czasu tylko więcej zajmuje, ale cóż, coś za coś:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

I znowu…

I znowu łańcuch światła w obronie sądów… I znowu jedno słowo oznacza zupełnie co innego dla każdego z dwóch plemion zamieszkujących mój kraj… I znowu światło przeciwko ciemności… I znowu wyraz desperacji zatroskanych obywateli, którzy przychodzą sami, nikt ich autokarami za pieniądze nie przywozi… I wielki żal, że wrócił Adrian, choć miał niepowtarzalną szansę zatarcia poprzednich win… Przepadło… „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś…”

25.11.2017

  • e.urlik Totalnie się z tobą zgadzam. Mam nadzieję, że czytałaś mój wpis z 19.11., bo to moja odpowiedź na sytuację. I nie wiesz, jak się cieszę, że są tacy ludzie jak ty, którzy nie dali się omamić i którzy nie boją się protestować i rozumieją, czym jest demokracja i jak jest, kiedy jej nie ma. Mój (już były od tygodnia) weterynarz powiedział mi, że od 2 lat czuje się NARESZCIE dumny, że jest Polakiem. A ja od 2 lat wstydzę się, że jestem Polką. Dobrze, że jestem też nie-Polką.
    A z innej beczki: twoje pochwały mnie inspirują bardzo, ale szczególnych zdolności nie posiadam i proszę mnie o to nie posądzać. I jak się tak już wścieknę za niezasłużone pochwały, to ci jakąś łychę w niebieskie róże zrobię. Powiedz tylko, czy masz jakiś pomysł na jej dostarczenie? Całuski – Ewa
  • babciabezmohera Powiem Ci, że tłumy pod Pałacem znowu obudziły nadzieję…
  • annazadroza Ewo:-) Taki „dumny” weterynarz ma łuski na oczach, nigdy mu nie opadną, bo przyrosły. Niestety, to zaraźliwe i zaraza się rozprzestrzenia – wg. sondaży…
    Czytałam. Zgadzam się, ale ja nie umiałabym żyć gdzie indziej, tak mam, że najdłużej 2 tyg. wytrzymywałam poza krajem, taka skaza genetyczna widać. Pozostaje mi czekanie i nadzieja. „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki” – mówiło się kiedyś. Teraz wypadałoby dodać ciąg dalszy np.- dobre zmiany przetrzymamy,wszak praktyki dużo mamy…Innego pomysłu na razie nie mam.
    Masz zdolności i już :))) Nie zawracaj sobie mną głowy, ale twórz i pokazuj, bo radocha oglądać. Serdeczności mnóstwo:)))
  • annazadroza BBM:-) Tylko kiedy nadzieja może przybrać bardziej realną postać? Za 50 lat? Tłumy są traktowane pogardliwie, bo to przecież nie jest rasa panów lecz gorszy sort…
  • e.urlik Jak mam się tobą nie przejmować, skoro (nie obraź się, bo możesz myśleć inaczej) ty moja bratnia (siostrzyczkowa) dusza jesteś.
  • annazadroza Ewo:-) Siostrzyczkowa duszyczko:))) „Miło szaleć, kiedy czas po temu” więc szalej z pięknymi rzeczami i pokazuj, czyniąc świat piękniejszym:)
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 6

Niezwykle ciężką noc miała Elżbieta za sobą. Piątkowy wieczór przynosił zazwyczaj ulgę, zwolnienie tempa wraz z miłą perspektywą dwóch wolnych od pracy dni. Tym razem było inaczej. Zmęczenie wzięło górę i padła na wersalkę chcąc zdrzemnąć się pół godziny, lecz nie była w stanie podnieść się nawet po północy i spała dalej.  Niestety, sen nie przyniósł odpoczynku,  dręczyły ją koszmary. Przeżywała raz jeszcze chorobę matki, wspomnienia przeplatały się z obrazami, na których Mirek płynął łupiną orzecha do Szwecji, gdzie czekała na niego Sara. Potem nagle znalazła się przy grobie matki, a zza pomnika wyskoczyła Sara w czarnej woalce i białej ślubnej sukni. Elżbieta rzuciła się do ucieczki, a kochanka męża biegła za nią strzelając z procy zakrzywionymi gwoździami, które boleśnie ją raniły.  Wreszcie wpadła do rozkopanego grobu, w którym siedział Mirek z butelką wódki w ręce i bełkotał. Brr, co za horror.

Rano Robert oświadczył, że potrzebuje pieniędzy na bilet miesięczny i szkołę.

– Nie mam. Idź do ojca – powiedziała.

– Po co? On też powie, że nie ma. Zresztą nigdy nie macie – wzruszył ramionami.

– Robert, ja naprawdę w tej chwili nie mam. Muszę kupić coś do jedzenia na dwa dni, zrobić jakiś obiad, Rafał przyjdzie po południu.

– I dla niego będziesz miała, co? I jeszcze mu dasz wałówę do domu…

– Przecież nie ma pracy, szuka, więc co, ma umrzeć z głodu? Za co się utrzyma?

– To po co chciał mieszkać sam? Jakbyś wynajęła babci mieszkanie, to przynajmniej byłaby kasa.

– I w dalszym ciągu bezustannie kłócilibyście się? Czy nie lepiej układa się między wami  teraz, gdy twój brat jest daleko?  Gdy codziennie nie wchodzicie sobie w drogę?

– On zawsze miał lepiej – burknął.

– A on mówi to samo o tobie – westchnęła Elżbieta. – Jak mam was wreszcie pogodzić? Jak wam wytłumaczyć, że jesteście dla mnie obaj tak samo ważni? Najważniejsi na całym świecie!

Robert spojrzał na matkę spod oka.

– Muszę lecieć – mruknął.

Trzasnął drzwiami i tyle go widziała. Łzy popłynęły po policzkach.  Zresztą  teraz płakała z byle powodu. Nie mogła nad sobą zapanować. Co miała zrobić? Jak postępować, żeby  chłopcy wreszcie zrozumieli, że są braćmi, że na resztę życia są zdani na siebie, powinni być sobie wzajemnym wsparciem i pomocą? Co będzie jeśli jej się to nie uda?

Ela pracowała kiedyś w domu kultury prowadząc zajęcia plastyczne dla dzieci.  Sprawiało jej to przyjemność i satysfakcję. Chłopcy podrośli, potrzeby finansowe rodziny wzrosły, więc dołożyła kilka godzin zajęć plastycznych w szkole a następnie cały etat. Później łapała każdą okazję zarobienia dodatkowych pieniędzy, biorąc udział w akcjach typu zima czy lato w mieście  lub  jakichkolwiek innych dających możliwość  zdobycia kilku złotych. Robert i Rafał, ucząc się jeszcze w szkole podstawowej, jeździli  w czasie wakacji i ferii na obozy sportowe w towarzystwie dzieci wspólnych  znajomych Eli i Mirka  z okresu narzeczeństwa. Potem, gdy w miarę dorastania  dzieci zwiększała się ilość problemów, Mirek umył ręce, przestał synów zabierać ze sobą na zgrupowania, bo i po co mu był taki kłopot?

Elżbieta chciała chłopcom wynagrodzić brak zainteresowania ze strony ojca, więc rozpuściła ich – z czego dopiero po latach jasno zdała sobie sprawę i miała do siebie pretensję. Tak, musiała się do tego przyznać. Rafał chciał nosić tylko markowe ciuchy i uważał, że wszystko mu się należy, do matki zaś miał bezustanne pretensje o brak czegoś. Nie prosił ale żądał. Ojciec mówił, że nie ma – i na tym koniec. Reszta go nie obchodziła.  Ona – musiała zdobyć fundusze na jedzenie, na ubranie, na szkolne potrzeby. Pomagała jej mama, dopóki dopisywało zdrowie. Niestety, doznała wylewu i nie mogła dalej mieszkać sama. Elżbieta musiała zabrać matkę do siebie. Opiekowała się nią przez dwa lata.  W domu zrobiło się wtedy piekło. Mirek stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia, chłopcy wręcz tryskali do siebie nienawiścią zmuszeni do przebywania w jednym pokoju. Mama – unieruchomiona w łóżku, najczęściej nie zdająca sobie już sprawy gdzie jest i co robi, odmawiała jedzenia, kazała zamykać okno chociaż było zamknięte albo chciała przez nie wychodzić, co na szczęście nie udawało się, ponieważ bez pomocy się nie poruszała. Potrafiła jednak zatrzymywać na sobie uwagę córki na przykład domagając się zmiany pampersa akurat wtedy, gdy Ela musiała wychodzić do pracy. Kończyło się myciem i przebieraniem choć kilka chwil wcześniej sadzała staruszkę na basen. Od  dźwigania mamy bolał ją kręgosłup, często nie mogła sobie poradzić z przezwyciężeniem ciężaru ciała stosującego opór bezwładu.

Chłopcy chodzili własnymi ścieżkami. Uciekali z domu kiedy tylko mogli. Rafał  pojechał na rok do Stanów. Dobrze mu zrobił kubeł zimnej wody wylany na głowę, sprowadził  na ziemię chłopaka, do którego dotarło, że nie jest pępkiem świata  i nikt nie będzie się nad nim użalał, jeśli sam nie weźmie się w garść i nie dostosuje do zasad obowiązujących w świecie istniejącym na zewnątrz niego. Wreszcie – z dala od matki – zaczął dojrzewać.

Robert tymczasem zdał maturę i Ela odetchnęła. Nie było łatwo zmusić do chodzenia do szkoły indywidualistę nie znoszącego podporządkowywania się regułom grupy. Ale udało się. Teraz uczył się w pomaturalnym studium, tym samym, które ukończył młodszy syn Kasi, Kamil. Miała nadzieję, że chłopak pomału zacznie mądrzeć i przestanie patrzeć na świat jak na zbiór  krwiożerczych istot czekających na jego zgubę, a na ludzi – nie pod kątem ich materialnego bogactwa lecz prawdziwej wartości wypływającej z głębi duszy.

Kasia ciągle powtarzała, że dziecko od samego początku należy traktować jak człowieka. Elżbieta dobrze pamiętała jak niektóre sąsiadki krytykowały ją za to, że pozwalała Kamilowi decydować o najprzeróżniejszych sprawach, kiedy był jeszcze mały. Wręcz oburzały się, że zwyczajnie nie rozkazywała i nie rozliczała z wykonania wydanych rozkazów, ale pytała go o zdanie.

– Elu – tłumaczyła jej wtedy przyjaciółka – muszę wysilać całą inteligencję, żeby go przechytrzyć i żeby wyszło na moje. A temu uparciuchowi muszę dać przynajmniej dwie możliwości do wyboru, pokazać konsekwencje każdej z nich i pozwolić mu wybrać. Wtedy sam podejmuje decyzję i jednocześnie bierze odpowiedzialność za to co robi. Aha, jeszcze coś. Od nich i od siebie wymagam tego samego. Jeśli potępiam jakąś cechę to i u dzieci i u dorosłych, co się nie wszystkim podoba.

W przypadku synów Kasi metoda okazała się skuteczna. Wyrośli na świetnych facetów, na których matka mogła liczyć zawsze i w każdej sytuacji. Mieli zasady wewnętrzne, swoje własne, nie wyuczone, nie na pokaz, byli „czyści od środka”. Nie domagali się, nie uważali, że im się wszystko należy ale sami dzielili się tym, co mieli, z bardziej potrzebującymi. Byli po prostu niesamowici – jak twierdziła Adelka.

– Pamiętasz, – wspominała Kasia, – nigdy nie mówiłam, że im czegoś nie kupię, kiedy chcieli, jak to dzieciaki. Przeciwnie, mówiłam, że kupię jak tylko będę miała za co. Wiesz przecież, że nigdy nie miałam pieniędzy wystarczających do pierwszego, cały czas musiałam dorabiać dziergając swetry, coś wymyślać,  pożyczać, jednym słowem kombinować, żeby przeżyć i nakarmić chłopców.

– Ale przetrwałaś i udało ci się – zauważyła Ela.

-Tylko dzięki temu – uśmiechnęła się Kasia, – że nie miałam w domu wrogich elementów, które torpedowały moje wysiłki wychowania chłopaków na ludzi.

– No właśnie – pokiwała Ela smutno głową. – U mnie zawsze Mirek pozwalał na to, czego ja zabraniałam i na odwrót: jeśli ja zgadzałam się na coś, on miał przeciwne zdanie i nie omieszkał głośno go wyrażać robiąc dzieciom mętlik w głowach.

– I tu jest pies pogrzebany – oświadczyła Kasia. – Nauczyli się wykorzystywać waszą wojnę domową do własnych celów.

– Chwilami sama nie wiem co jest prawdą, kto ma rację, gubię się w domysłach, może to naprawdę moja wina? Mam wrażenie, że wszyscy trzej teraz są przeciwko mnie. Staram się nie mówić co mi się nie podoba. Boję się. Każde moje słowo to awantura. Mirek mi powiedział: ” wyprowadź się, bo nikt cię tu nie chce albo zdechnij”.

– A to bydlak… – skrzywiła się z obrzydzeniem Adelka.

– Bydlak? On tak do mnie mówi normalnie, ” ty bydlaku nie jesteś człowiekiem” albo ” zamknij ryj ty bydlaku”. Już się przyzwyczaiłam, nie robi to na mnie wrażenia. Gorzej, że dzieci się też przyzwyczaiły do tego, że ubliża mi przy każdej okazji, właściwie zawsze, kiedy się do mnie odzywa.  Nawet kiedy zdałam egzamin na prawo jazdy nawyzywał mnie od najgorszych i wysyczał z wściekłością: „Po co ci to? I tak nie dostaniesz samochodu”. Od tego czasu wyjeżdżając na dłużej zostawia auto przed firmą. A ponieważ nie mówi gdzie, kiedy i na ile jedzie, więc praktycznie nie mam możliwości korzystania z pojazdu.

– To bezprawie – stwierdziła Kasia. – Przecież  auto należy do was obojga. Jakby nie patrzeć na wasze małżeńskie stosunki, samochód nabyty w trakcie trwania małżeństwa jest własnością wspólną.

– On uważa, że jego. Nawet gdy czasem mam okazję z niego skorzystać, każe mi płacić za benzynę.

– Cooo? – jednocześnie  wykrzyknęły przyjaciółki. – Chyba tego nie robisz?

– Tego się nie doczeka – twardo oświadczyła Ela. – Na utrzymanie nie daje, swoje zapasy trzyma schowane w pokoju, ale z lodówki wyżera co się da. Żeby choć na tym poprzestał. Zniszczy czego nie zje, nabrudzi i oczywiście palcem nie ruszy, żeby cokolwiek po sobie sprzątnąć. W zeszłym tygodniu wrócił przed północą, długo majstrował kluczem  w zamku, walił i kopał w drzwi, wreszcie jakoś je otworzył. Po chwili wtoczył się do kuchni, rzucał naczyniami, potłukł szklanki i talerze, wszędzie było szkło i kawałki ceramiki. Potem przez dziurę po szybie, którą wcześniej rozbił w drzwiach od mojego pokoju, wpryskał dwa lakiery do włosów a one były potrzebne Rafałowi jako utwardzacz do pracy, nad którą siedział od kilku dni. Czekałam aż się uspokoi i uśnie, żeby sprawdzić, czy nie zostawił włączonego gazu. O mało się nie udusiłam tym lakierem… Długo czekałam zanim  mogłam wejść do kuchni. I wiecie co jeszcze zrobił? Nalał wody do wszystkich czterech szuflad w szafce!

– Nie do uwierzenia – pokręciła Adelka głową. – Po co to zrobił?

– Bo wóda odbiera  rozum, ot co – wyjaśniła Kasia. – Ale wiesz co? Jeśli chodzi o dzieci, to twoi chłopcy nie są głupi, wprost przeciwnie. A ja jestem święcie przekonana, że teraz zaczynają  już dostrzegać jaka jest prawda. Zaczynają doceniać i rozumieć co ty dla nich zrobiłaś i robisz cały czas, a co ojciec. Przy czym nie chodzi mi o dyskredytację  Mirka, broń Boże, lecz o zrozumienie wagi twojego postępowania. Widzą i rozumieją coraz więcej. To naprawdę jest ważne.

– Chwilami mam taką nadzieję – w zadumie powiedziała Ela. – Ale chwilami po prostu brakuje mi siły, kiedy widzę, jak wszystkie moje wysiłki idą na marne, kiedy Rafał wyzywa Roberta, a Mirek sprawia wrażenie bardzo z tego zadowolonego.

– Fakt, to jest wredne – przytaknęła Kasia. – Przecież, do licha, obaj są jego synami. Jak na ironię podobnymi do niego tak, że nie może się wyprzeć choćby bardzo chciał. Więc nie mogę tego faceta zrozumieć.

– Dzielił ich od urodzenia. A teściowa się do tego dołożyła. Pamiętam jak powiedziała małemu Rafałkowi, że mama już nigdy nie będzie kochała go tak jak przedtem, bo ma drugie dziecko – Elżbieta wytarła łzę płynącą po policzku.

– Przepraszam cię bardzo, ale to głupia krowa – Kasia  była święcie oburzona. – Jak można dziecku opowiadać takie idiotyzmy?

– Ależ nie przepraszaj. – Ela pokręciła głową. – Rezultat był natychmiastowy. Rafał znienawidził Roberta a Mirek podtrzymywał w nim to uczucie z jakąś sadystyczną przyjemnością.

Adelce się przypomniało jak niedługo  po urodzeniu Roberta wracały razem z bazarku. Mały Rafałek szedł z nimi. Ela była po cesarskim cięciu, nie wolno jej było jeszcze niczego dźwigać.

– Szła z niedawno rozchlastanym brzuchem – mówiła Adelka, – a Rafałek  stanął w miejscu i wrzeszczał, że chce do mamy na rączki, bo go nóżki bolą i nie może iść. Ja go wzięłam, przyniosłam i postawiłam obok Elki. I wiesz co ta mała cholera zrobiła? – zwróciła się do Kasi oburzona jeszcze teraz na samo wspomnienie. – Uciekł na to samo miejsce i dalej wrzeszczał. A ta głupia baba wróciła i wzięła go ryzykując, że dostanie krwotoku.

– Rzeczywiście głupia – stwierdziła Kasia.

– Bo chciałam, żeby wiedział, że go kocham tak samo jak wtedy, kiedy nie było jeszcze Roberta.

– A on to miał gdzieś. Dzieci są bardzo egoistyczne.  Przekonał się, że wrzaskiem wymusi na tobie wszystko, co mu się zamarzy.- pokiwała głową Kasia. – Zresztą rzeczywiście był wkurzający jako dziecko. Ale teraz jest zupełnie inny. Jest naprawdę fajnym facetem.

– Jeszcze będziesz z niego dumna – dodała Adelka.

– Już jestem – uśmiechnęła się Ela. – Zdobywa międzynarodowe nagrody i wyróżnienia za swoje prace. Ostatnio na wystawie w Niemczech za srebrne wyroby użytku codziennego.

– Widzisz, masz artystę, który zdolności przecież po tobie odziedziczył. – cieszyła się Adelka. – Będzie dobrze..

– Pewnie, że będzie. Właściwie już jest – Kasia nagle zaśmiała się. – Nigdy nie wiadomo kiedy człowiek zacznie dojrzewać. Ja u siebie pierwsze przebłyski dojrzewania zauważyłam po trzydziestce i wcale nie powiem, że proces jest zakończony…

– Myślę, że nie. I nie wiadomo czy w ogóle do tego dojdzie – parsknęła Adelka przezornie odsuwając się od przyjaciółki.

– Ale dzieciom dałam się rozwijać – broniła się Kasia ze śmiechem. – Nie możecie mi wmawiać, że jest inaczej.

– Nie mamy zamiaru, prawda? – spojrzała Ela na Adelkę.

– Nie, absolutnie nie – zgodziła się Adelka.

– Tak ogólnie, to myślę, że musimy odpracować swoje, albo, jakby tu powiedzieć, zapracować, żeby potem mogło nas spotkać coś dobrego – podsumowała Kasia.

– Tak? To niby do kiedy mam się męczyć twoim zdaniem? – spytała Ela.

– A skąd mam wiedzieć ile narozrabiałaś i kiedy to odpracujesz? – wzruszyła ramionami Kasia.

24.11.2017

  • Gość: [kobietawbarwachjesieni] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Lubię czytać to, co piszesz.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Jesiennadziewczyno:-) Nawet sobie nie wyobrażasz jak jest mi miło. Dziękuję:)))

 

Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Padam na twarz

Po powrocie z przychodni jestem zmęczona do nieprzytomności, z tego też powodu nie pojechałam do Calineczki, chociaż jest czwartek. Drugim powodem była myśl, że po wizycie w szpitalu, w skupisku bakterii i wirusów, mogłabym coś przywlec do dziecka. Całkiem bez sensu. Jutro pojadę, mam zamówienie na naleśniki, więc zrobię.
Słyszę w tej chwili wypowiedzi naszych, niestety, polityków i stwierdzam, że poziom kłamstwa i obłudy zawartych w ich wypowiedziach przekracza wysokość Himalajów. Tak na zasadzie, że jak złapiesz złodzieja za rękę, on cię przekonuje, że to nie jego ręka lecz twoja. I wszystkim świadkom zdarzenia wmawia to samo, obrażając ich i szkalując w najgorszy sposób, jeśli mu nie wierzą i mówią, co widzą naprawdę. Wyłączyłam telewizor, tego się nie da wytrzymać.
W sobotę ma być ładnie, więc koniecznie muszę skończyć wszelkie prace na zewnątrz, bo to najostatniejszy dzwonek. Przyciąć uschnięte liście i gałązki, zgrabić resztki liści, spróbować ocalić pelargonie, aloes wnieść do domu, bo jeszcze jest na tarasie. Aha, i donicę z burakami przesunąć, żeby bliżej drzwi na taras stała, dopóki nie zużyję zawartości.
To tyle, bo padam na twarz, ale i tak pozdrawiam wszystkich serdecznie:)))

23.11.2017

  • babciabezmohera Miłego weekendowego odpoczynku! 🙂
  • annazadroza BBM:-) Dziękuję i nawzajem, kochana, ciepła i słoneczka przede wszystkim. Pozdrawiam serdecznie:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

W piekle nie trzeba pilnować kotła…

Czekam w każdą niedzielę na polsatowski „Nasz nowy dom”, oglądam ze wzruszeniem, z radością. Cieszę się, że są dobrzy ludzie, którzy oferują pomoc potrzebującym. Po ostatnim odcinku, rzecz się działa w Szczytnie, po raz pierwszy przeżyłam szok. Mało tego, że nikt z sąsiadów nie chciał pomóc, co się zdarzyło po raz pierwszy, to ktoś zniszczył elewację odnowionego budynku, rzuca kamieniami w okna i fala hejtu wylewa się na rodzinę. Czy to nie przykład na tę naszą słynną już bezinteresowną zawiść, podłość, zazdrość? Takie umiłowanie niszczenie dla samego niszczenia, jak ktoś coś ma – to mu zniszczyć, żeby nie miał. Komuś się coś udało – zepsuć, żeby się nie cieszył sukcesem, żeby nie był lepszy w niczym, pod żadnym względem. Zamiast równać w górę, chcieć coś osiągnąć, pomóc sobie w tym wzajemnie, żeby było lepiej – to ściągnąć w dół, jak w dowcipie, że w piekle nie trzeba pilnować kotła z Polakami…
Takie to przykre :(((

22.11.2017

  • babciabezmohera No, cóż… dowcipy nie powstają przez przypadek. Jakieś ziarno prawdy w nich jest. A że aspołeczne zachowania są wzmacniane i nagradzane, to zło nam się pleni w zastraszającym tempie. Przykre to bardzo, to prawda. 🙁
  • annazadroza BBM:-) W Sejmie mamy ciąg dalszy, zło rozciąga swoje macki coraz dalej, rozpełza się wszędzie… Kto to zatrzyma?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 5

Kasia wracała od ojca. Śnieg przestał sypać, ustał wiatr dokuczliwie wciskający się za kołnierz płaszcza, było cicho i pięknie. Cała brzydota świata zniknęła pod białym puchem. Fantastyczne wrażenie robiły wieże kościoła, nie, już teraz katedry, św. Floriana na tle rozgwieżdżonego nieba. Widok ten zawsze przypominał jej sceny z filmu „Kopernik” z Andrzejem Kopiczyńskim w roli tytułowej. Oglądała film kilka razy, przemawiał do wyobraźni wspaniałym oddaniem nastroju średniowiecza, którym wówczas była zafascynowana.

Tramwaj szybko przyjechał, przestała wspominać szkolne lata spędzone w domu rodziców. Wsiadła do wagonu pamiętając o  naciśnięciu „gorącego guzika” w celu otwarcia drzwi. Poprzednio o nim nie wiedziała i tramwaj odjechał zanim zorientowała się o co chodzi. Bardzo brzydkich słów użyła mówiąc półgłosem do siebie…

Metro przyjechało  minutę po zejściu Kasi w dół, na peron. Wyjęła książkę i zagłębiła się w lekturze. Obecnie mało chwil mogła poświęcić czytaniu.

W pewnym momencie uświadomiła sobie, że pociąg nie jedzie. Rozejrzała się. Świateł stacji nie widać, ciemno w tunelu, Brr…Spojrzała na zegarek: była godzina dwudziesta trzydzieści. Czytała dalej. Kiedy znów zerknęła, wskazówki przesunęły się o dwadzieścia minut. Najpierw zaklęła w myślach, chciała wcześniej być w domu. Potem poczuła się trochę nieswojo. Kiedyś, dawniej, nie bałaby się, ale teraz w dobie terroryzmu i ogólnego zagrożenia czuła się dziwnie pod ziemią, w tunelu, w pociągu, z którego nie można teraz wysiąść i uciec…

– Niechby pomalutku, ale jechał, niechby już ruszył – powtarzała w duchu.

Wreszcie pociąg drgnął i wolniutko podjechał do stacji Politechnika. Przez głośnik zachrypnięty głos powiedział, że z powodu awarii metro chwilowo dalej nie pojedzie.

– Dobrze, że wreszcie powiedzieli – mruknęła  i nie wysiadła, bo nie byłoby w tym żadnego sensu. Wychodzić na śnieg, czekać nie wiadomo ile czasu na autobus, marznąć. O nie, lepiej spokojnie zaczekać i poczytać. Tak zrobiła i miała rację, po dziesięciu minutach pociąg ruszył. Zamiast wcześniej, dojechała do domu później niż zwykle.

Kamil poszedł na trening, potem na randkę. Dżemik siedział pod drzwiami i płakał, że go samego zostawili o tej porze. Przyzwyczaił się, że zostaje w dzień, kiedy pani idzie do pracy – ale teraz? Był oburzony. Nie gniewał się jednak długo i łaskawie pozwolił się wziąć na spacer. Nie pożałował, bo  przy  parkingu spotkali ciocię Elę z Gamą i Betą.

– Coraz trudniej  cię zastać w domu – powiedziała Elżbieta.

– Wiesz, cały czas jestem w biegu. Odkąd mój brat z rodziną wyprowadził się od taty, jeżdżę tam co drugi dzień albo czasem i częściej. Nieraz tata dzwoni, że koniecznie musi się ze mną  zobaczyć, bo ma jakąś sprawę. Nie wystarczy mu, że będę następnego dnia. Muszę jechać. Czuję, że mnie potrzebuje, że coś jest nie tak. Nigdy nie skarżył się, nie mówił o złym samopoczuciu choć jest przecież po czterech zawałach. Martwię się o niego. Staram się doprowadzić mu mieszkanie do porządku, sprzątam, gotuję, po czym wylewam ugotowane zupy, bo on tego wcale nie je, narzeka na problemy z jedzeniem.

– Jak to?

– Mam wrażenie, że nie może się odnaleźć w nowej sytuacji. Został sam w dużym mieszkaniu, najwyraźniej nie czuje się dobrze jedynie we własnym towarzystwie – Kasia była wyraźnie zmartwiona.

– Mówiłaś, że chciał zostać sam.

–  Marek tak mówił. Ojciec prawie ich wyganiał z domu. Twierdził, że czeka,  kiedy się wreszcie wyprowadzą do siebie bo on ma swoje plany. A przecież wiedział, że Marek z Małgosią  jeszcze nie urządzili nowego mieszkania – Kasia z wyrazem wielkiego zatroskania spojrzała na przyjaciółkę. – Nigdy się tak nie zachowywał.

– Może  miał plany związane z jakąś miłą panią? – uśmiechnęła się Ela.

– Też tak myślałam. Chciałabym, aby tak było. Oczekiwałam, że weźmie się za siebie, za mieszkanie, zacznie pisać pamiętniki. Taki był jego pomysł na emeryturę. Mając wreszcie spokój i czas mógłby zrealizować wcześniejsze plany.

– No właśnie, a co on na to? – spytała Ela.

– Nic. Mówi, że kiedyś, potem, jak się już urządzi w mieszkaniu. Zupełnie jakby znalazł się nagle w nowym miejscu. Czasem ma taki dziwny wyraz twarzy, że go zupełnie nie poznaję.

Rzeczywiście, zachowanie taty coraz bardziej niepokoiło Kasię. Dzwonił wcześnie rano, zanim zdążyła wyjść do pracy i dziwił się, że dziś pracuje. Zaczęły mu się mylić dni. Tłumaczyła sobie, że to  nic strasznego, bo człowiek na emeryturze – jak na urlopie – nie musi liczyć czasu .Kiedy pytała  dlaczego nie zjadł obiadu przygotowanego poprzedniego dnia, odpowiadał, że nie zaglądał do lodówki. Martwił się, że od pewnego czasu nie może jeść. Kasia też się martwiła, dopóki  nie zauważyła, że ojciec zjada wszystko, co ma na talerzu. A potem rzecz się wyjaśniła.

W wolny dzień przyjechała do taty wcześniej niż wtedy, kiedy pędziła do niego  po pracy. Zadowolony powiedział:

– Dzisiaj ja cię zapraszam na obiad. Odkryłem nową knajpkę. Chodzę tam coś zjeść w porze obiadowej.

– Dobrze – zgodziła się chętnie.  – Zaprowadź mnie tam.

Poszli w stronę nowego centrum handlowego na Dworcu Wileńskim. Wreszcie przestało tu wyglądać jak w slumsach. Ruch był duży, kolory, światła, ludzie, dekoracje jeszcze świąteczne – jednym słowem zgiełk wielkiego miasta. Usiedli przy stoliku wskazanym przez ojca.

– Tu siadam zazwyczaj, kiedy przychodzę coś zjeść – powiedział rozglądając się za kelnerką.

– Witam pana ponownie – uśmiechnęła się ładna dziewczyna podchodząc z kartą dań.

– Jak to ponownie? –  zdziwił się.

– No, przecież dzisiaj drugi raz pana goszczę w moim rewirze – odpowiedziała kelnerka. – Trudno pana nie pamiętać.

– To miłe – uśmiechnął się,  po czym rozejrzał się i ciszej dodał:- niemożliwe. Ja tu dzisiaj byłem? Nie pamiętam, ona zmyśla.

– Ojej, nic się nie stało – zbagatelizowała Kasia sytuację. – Wybierzmy coś dobrego, bo umieram z głodu.

Ojciec zaproponował potrawę. Kelnerka po chwili przyniosła frytki,  filet z kurczaka i surówkę. Porcje były olbrzymie. Nawet Kasia, uwielbiająca dobre jedzenie, nie dała rady pochłonąć wszystkiego. Oczy jadłyby jeszcze lecz pojemność żołądka  nie pozwoliła  na przełknięcie ani kawałka więcej.  Ojciec pogrzebał widelcem w talerzu, skubnął nieco fileta, przełknął kilka  frytek i odstawił talerz.

– Widzisz? – powiedział ze smutkiem. – Pewnie się już kończę, w ogóle nie mogę jeść.

– Tato, jeśli już zjadłeś jedną taką porcję, nic dziwnego, że druga nie chce ci się zmieścić.

– Skąd wiesz, że już jadłem? – spytał zdziwiony.- Czasem tu przychodzę, ale dzisiaj nie byłem. Poproszę rachunek – skinął na kelnerkę.

– Przecież kelnerka mówiła, że dziś już tu byłeś – odpowiedziała cicho. – Czy tata często przychodzi? – głośno spytała, kiedy dziewczyna podeszła z rachunkiem.

– Nawet kilka razy dziennie, sam albo z wnukiem – odpowiedziała.

– Tak, mały bardzo lubi przychodzić na pizzę – ucieszył się ojciec.

Wyjął portfel i zanim Kasia zdążyła zareagować, dał kelnerce banknot dwustuzłotowy dziękując za resztę.

– Który mały? – zapytała Kasia tłumiąc westchnienie.

– No, …. Marka – odpowiedział po namyśle. – Czasem go odbieram ze szkoły. Ojej – wyraz paniki pojawił się na jego twarzy. – Czy ja nie miałem go dziś odebrać? Tylko  którego? – wyraźnie było widać, że coś próbuje sobie przypomnieć.

– Dziś? Nie, dziś wolny dzień, tato, dzieci  nie mają lekcji  – odpowiedziała. – Jak to którego? Dużego, przecież mały ma dopiero trzy latka, jeszcze do szkoły nie chodzi.

– Pewna jesteś? – był bardzo zdenerwowany.

– Oczywiście, przecież nie mogłabym być u ciebie o tej porze w normalny dzień, musiałabym być w pracy. To oczywiste.

– Ale, że nie chodzi do szkoły? Zdawało mi się, że obaj chodzą.

– Skąd? Może ci się z moimi pomyliło? Tylko, że moi już przestali chodzić.

– No nie wiem – ruszył przed siebie  nie do końca przekonany.

– Wiesz co tato?  Częściowo masz rację,  Łukasz przecież jeszcze studiuje – wzięła ojca pod rękę. – Punkt dla ciebie.

– A widzisz? – ucieszył się .

Kiedy doszli do domu, szukał kluczy we wszystkich  kieszeniach i długo nie mógł znaleźć. Korzystając z sytuacji starała się ojcu  wytłumaczyć, że ktoś – oprócz niego – powinien mieć klucze, ona albo Marek, wszystko jedno kto. Dla bezpieczeństwa, z żadnego innego powodu. Udawał, że nie słyszy. Wreszcie znalazł zgubę .

– Przecież są, więc nie potrzeba, złego diabli nie wezmą, nic mi się nie stanie – uspokajał córkę, nie przyjmował żadnych argumentów.

Kasia zaś coraz częściej  miewała problem z dostaniem się do mieszkania taty. Któregoś dnia  przyjechała  jak zwykle po pracy. Dzwoniła dzwonkiem do drzwi, telefonem  – nic. Komórkę miał wyłączoną. Najadła się wtedy mnóstwo strachu. Nagle zobaczyła go idącego z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

– Jak miło cię, córeczko, widzieć. Mogłaś mnie uprzedzić,  że przyjedziesz, kupiłbym coś do jedzenia, bo nie wiem, czy mam coś w domu. Ale zaraz pójdę do sklepu…

– Tato! – krzyknęła, aż się ludzie obejrzeli na ulicy. – Przecież tuż przed wyjściem z pracy dzwoniłam! Mówiłam, że jadę do ciebie!  Powiedziałeś, że będziesz czekał i nigdzie nie wyjdziesz! Myślałam, że coś ci się stało. Przestraszyłeś mnie! – trzęsła się ze zdenerwowania.

– Niemożliwe, dzisiaj? – ostatnio wszystkiemu się dziwił.

– Godzinę temu!  Dojechałam wyjątkowo szybko, tylko nie wiem po co, skoro stoję jak palant pod drzwiami, tracę czas i nerwy!  – poniosło ją i od razu była na siebie wściekła, ale ile można wytrzymać?  Prawie zrezygnowała z własnego życia, jeździła tutaj, robiła co mogła, żeby ojcu pomóc i była już koszmarnie zmęczona.

– Wybacz staremu ojcu – uścisnął córkę. – Nie miałem w domu nic do jedzenia i poszedłem  do sklepu…

– Tato! – przełknęła głośno ślinę. – Po pierwsze masz pełną lodówkę. A po drugie, jeśli byłeś w sklepie, gdzie masz zakupy?

– Racja – spojrzał na swoje puste ręce. – Pewnie zapomniałem. Ale nie myśl o tym. Chodź, mam do ciebie sprawę.

Weszli do domu. Starannie zamknął drzwi na wszystkie zamki i na łańcuch.

– Tato, po co to robisz?

– Żeby nikt znienacka nie wszedł do mieszkania – odpowiedział.

– Ależ nikt nie ma kluczy! Nikomu nie chcesz dać drugiego kompletu, nawet Markowi zabrałeś, kiedy się wyprowadzał z Małgosią i dziećmi.

– Teoretycznie tak jest. Ale faktycznie – pokręcił głową –  chciałem z tobą porozmawiać o tym, że  ktoś myszkuje po moim mieszkaniu .

– Jakim cudem? Skąd ci to przyszło do głowy?

– Wiem co mówię. Od jakiegoś czasu ktoś mi przekłada różne rzeczy, podbiera pieniądze, chowa dowód – tu ściszył głos – nawet wiem kto.

– Kto? – Kasia nie kryła zaskoczenia.

– Nie mogę  na razie powiedzieć. Chodź, pokażę ci, co zrobiłem, żeby on wiedział, że ja wiem.

Zaprowadził córkę do kuchni i pokazał mnóstwo karteczek z napisem ” wiem, że plądrujesz moje mieszkanie” poukładanych w garnkach, szklankach, pod ścierkami, talerzami.

Pomyślała wtedy, że  z samotności ojcu różne  bzdury przychodzą do głowy. Postanowiła go czymś  zająć. Kupiła i przyniosła mu notatniki prosząc, aby spisywał wspomnienia z młodości. Kiedyś przecież chciał napisać pamiętnik dla uwiecznienia swojej drogi życiowej wiodącej od Drugiej Rzeczpospolitej poprzez wojnę i okupację, w czym mieścił się też okres partyzantki, Polskę Ludową aż do Trzeciej Rzeczpospolitej.

Niczego nie napisał.

– Jakoś mi się nie chce – mówił córce w odpowiedzi na pytanie o postępy.

Zaczęła więc wypytywać go o różne sprawy i wydarzenia z przeszłości i przy nim notować prosząc, by spisywał ciąg dalszy, kiedy jest sam. Bez rezultatu.

Często się zdarzało, iż długo nie otwierał drzwi, choć słyszała, że jest  po drugiej stronie. Pewnego dnia otworzył zaspany, w pidżamie.

– Kasiu, co ty, spać nie możesz? O piątej rano do mnie przychodzisz?

– Tato! Jest godzina siedemnasta, piąta po południu. Jadę prosto z pracy.

–  Niemożliwe – dziwił się.

Zresztą dziwił się nieustannie. Kasia zaś przestawała się dziwić czemukolwiek. Była nieludzko zmęczona. Do domu wracała wieczorami, prawie codziennie była u ojca, musiała zrezygnować z robienia masaży.  Kiedy umawiała się z kimś na zabieg, wtedy właśnie była ojcu natychmiast potrzebna. Pogrzebała kolejną nadzieję na podreperowanie finansowej strony życia, a przecież w tym celu cały rok poświęciła  nauce masażu klasycznego.  Poszła na kurs z  zamiarem rozpoczęcia działalności, uniezależnienia się fizycznego, psychicznego i materialnego od osób i sytuacji, których w miejscu pracy znieść nie mogła. Chciała zająć się masażem popołudniami, po powrocie do domu. Umówiła się nawet z sąsiadką, że wynajmie od niej pokój na gabinet, miała kilku pacjentów. Sprawiało jej to naprawdę dużą frajdę i zaczęło owocować  małą – ale zawsze – poprawą materialnej sytuacji. Cóż, plany musiały ulec zmianie.

Tak się złożyło, że w miejscu pracy najbardziej toksyczne osoby zniknęły z pola widzenia, co było niewątpliwie pocieszające. Sytuacje pozostały stresujące w dalszym ciągu, ale musiała się Kasia jakoś do nich przyzwyczajać, w takiej rzeczywistości przyszło teraz wszystkim żyć. Tego się nie da zmienić. Zresztą i tak niczego nie mogła realizować, żadnych planów, bo ojciec co chwilę dzwonił  albo  do domu, albo do pracy, albo na komórkę i zadawał w kółko te same pytania.

Kiedyś po raz kolejny nie mogła się dostać do mieszkania, zadzwoniła wtedy do brata i wspólnie przekonali tatę, żeby dał im jedne klucze. Niestety, kluczy nie udało się nigdzie znaleźć. Obiecał, że jeśli nazajutrz Kasia  przyjedzie do niego po pracy, pójdą dorobić zapasowy komplet.

Przyjechała i wyszli z domu, choć nie bardzo miał na to ochotę  powtarzając, że niepotrzebnie.  Niedaleko przystanku tramwajowego stanął. Stwierdził, że nie wziął pieniędzy i wraca. Na nic nie zdało się tłumaczenie Kasi, że ma przy sobie wystarczającą ilość, że za chwilę wrócą do domu, bo to blisko.  Wzięła go pod ramię, próbowała uspokoić, bo był dziwnie – jak na niego – wzburzony, zachowywał się nienaturalnie. Wyszarpnął  rękę, podniesionym głosem kilka razy oznajmił, że nigdzie nie pójdzie i wraca. Prawie za nim biegła bojąc się, że nie wpuści jej do środka.

Zanim doszli – zapomniał o wszystkim. Podobne sytuacje powtarzały się coraz częściej.

21.11.2017

  • nie-okrzesana Z alzheimerem też mam bogate doświadczenie :)))
  • annazadroza Na tym etapie jeszcze niczego nie podejrzewają osoby, które wcześniej nie miały do czynienia z tak okropną chorobą. Po „przejściach” – można zdiagnozować nawet przed lekarzem i badaniami.
    Nie zazdroszczę Ci tych doświadczeń, wiem, co mówię, niestety.
  • kobietawbarwachjesieni W Szpitalu leżałam w sali z panią, która miała demencję i nie było to sympatyczne doświadczenie.
  • annazadroza Jesiennadziewczyno:-)Przykre dla otoczenia, ale i dla chorych, którym choroba zabiera tożsamość, osobowość, wszystkie wspomnienie, całe życie właściwie, zostawia czarną dziurę.
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Dodaj komentarz

Nie chcę!!!

Spojrzałam przez okno a tu śnieg!!! Nie chcę!!! Jeszcze za wcześnie, pelargonie mają pąki, trawa jest zielona, kwitną marcinki!! Biało powinno być tylko na Boże Narodzenie, w górach na trasach narciarskich oraz na zdjęciach. I wystarczy. Od razu humor mi się popsuł, jestem zła – co jest głupotą kompletną, ale cóż
poradzić, na emocje nie ma rady. W najbliższych dniach czekają mnie trzy wyprawy do przychodni, więc złość moja jest zwielokrotniona potrójnie.
Żeby się jednak pocieszyć, powiem o czymś bardzo pozytywnym. Moja koleżanka, która nigdy psa nie miała w domu, jedynie kiedyś żółwia, pochwaliła się zdjęciem psiaka podobnego do mojej Szilki. Otóż córka koleżanki z małymi dziećmi od wielu lat jeździła na letnisko do starszej pani, która traktowała ją jak wnuczkę, właściwie całą rodzinę jak swoją. Niestety, w tym roku podczas letniego pobytu córki koleżanki staruszka zmarła. Został piesek, stary już, którego czekał los tragiczny. I właśnie tego pieska córka koleżanki wzięła do domu:) Psina jest grzeczna, niekłopotliwa, kochająca przeogromnie a dzieciaki
uszczęśliwione. Myślę, że staruszka zza Tęczowego Mostu spogląda spokojna i w podzięce trochę tęczowego pyłu na rodzinę koleżanki rzuci…

20.11.2017

  • veanka Na temat śniegu mam podobne zdanie.
    Na szczęście już po śniegu, gdzie nie gdzie zalega tylko mokra breja, ale i to szybko stopnieje.
    Z tymi przygarniętymi zwierzakami jest różnie.
    Ja przygarniając bardzo skrzywdzonego kota otwarłam puszkę Pandory.
    Kiedy kot dorósł, okazało się, że jago przejścia miały wpływ na jego psychikę i kot nie jest zrównoważony psychicznie.
    Lekarz podpowiada rozwiązanie, ale myśmy się już z kotem bardzo zżyli i dopóki nie będzie większego zagrożenia nie wyobrażamy sobie eutanazji na nim.
  • nie-okrzesana Ja też nie chcę śniegu. Rano żałowałam, że nie mieszkam w Egipcie i to jeszcze przy poniedziałku.
  • babciabezmohera Piękny gest. Psiak szczęśliwie dożyje u nowej rodziny.
  • annazadroza veanka:-) Zwierzaki po przejściach mają, jak ludzie, problemy psychiczne. Jedne radzą sobie lepiej w nowych warunkach, dostosowują się i jest ok. Inne – niestety, mają za sobą zbyt dużo nieszczęścia i jest im trudno. Opiekunom też, więc trzymam za Ciebie, żeby jak najlepiej się ułożyło. Może jakoś kotuś dojdzie do równowagi? Bywają sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia niż eutanazja, ale to potwornie trudna decyzja tym bardziej, jak się czuje związek z futrzakiem. Życzę najlepszego:)))
  • annazadroza nie-okrzesana:-) Śniegu nie chcę, ale i w Egipcie nie lubiłabym się nagle znaleźć. Chcę być w domu, żeby było ciepło, ładnie i słonecznie, i żebym nie musiała nigdzie jechać. Chyba, że na latającym dywanie z luksusową kabiną dla podróżujących :)))
  • annazadroza BBM:-) Prawda? Tym bardziej, że staruszek i zamiast gdzieś w budzie albo pod krzakiem mieszka w ciepłym domu. I jeszcze – dzieci nauczą się kochać psiaka, więc zawsze się jakimś opiekować będą w przyszłości. W każdym razie na pewno nie zrobią krzywdy.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz