Nic nie jest dane na zawsze

Rozczuliła mnie Szilunia. Nieduże to stworzonko, czarne, bystre, szybkie, zwinne i myślące oraz kochające. Dlaczego taki wstęp? Otóż rano byliśmy z psami przy torach, gdzie obok są działki. Zza płotu wyskoczyła suczka, młoda lecz niezresocjalizowana. Za płotem szczeka nieszkodliwie. Ale bez płota? Nie wiem co zrobi.
Obskakiwała Szilkę z jazgotem i zębami na wierzchu. Mam w ręce kijek od maszerowania, więc spokojnie mogę trzymać dystans. Szilka usiadła i obserwowała młodą i zapalczywą „siostrę”. Wtedy Kama – bo tak ma na imię – skoczyła do Skitula. On jako dżentelmen dziewczyny nie ruszy, mruknął tylko coś pod nosem.
Ale Szilka się zeźliła. Ruszyła w stronę Kamy oświadczając widocznie, że to jej stado, jej rodzina i ona nie pozwoli na żadne takie! Skończyło się na „gadaniu” i Kama uciekła za swój płot. A Szilunia, uosobienie spokoju i łagodności, niczym się nie przejęła i wsadziła nos do mojej kieszeni po smakołyk. Za nią Skituś, bo już dobrze wie, co trzymam w kieszeniach idąc z nimi na spacer.
Prawdą jest, że przygarnięte psiaki okazują więcej miłości i przywiązania niż te, które od szczeniaka są w domu. Z prostego powodu: nie wiedzą, że może je coś złego spotkać, mają swoją rodzinę i do łebków im nie przyjdzie, że mogłoby być inaczej. Natomiast takie bidule, które zaznały samotności, głodu, strachu, bicia i ogólnie – złego traktowania przez tzw. ludzi – mają zupełnie inny ogląd rzeczywistości. One już wiedzą, że nic nie jest dane na zawsze i trzeba pilnować swego stada, żeby znów nie popaść w tarapaty.

15.11.2017

  • kolewoczy Pies jak człowiek, uczy się na życiowych doświadczeniach 😉
  • annazadroza kolewoczy:-) Masz całkowitą rację, psy – jak i my – uczucia mają takie same, uczą się i przez obserwację i poprzez własne przeżycia. Każdy jest inny – jak ludzie, co mogę stwierdzić na podstawie obserwacji psów własnych i zaprzyjaźnionych:)
  • ciotkaeliza Mamy przygarniętego,bezdomnego kota, zawsze czeka przy bramie jak wracamy z pracy, choć każdy z nas wraca o innej porze on zawsze czeka a później gdzieś sobie znika by jutro znów czekać.
  • annazadroza cioteczko:) Najwyraźniej Was wybrał i pokochał, a koty kochają tylko dobrych ludzi:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 3

Adelka mieszkała na ostatnim piętrze w tym samym bloku co Elżbieta. Miała fantastyczny widok z balkonu, rybki w akwarium, dwie papużki oraz Reksa i Misia. Pierwszy był ogromnym, pięknym dogiem de bordeaux, drugi zaś małym, czarnym, słodkim, kochanym kundelkiem o cudnych ślepkach i mordce małej foczki.

Odłożyła na bok czytaną książkę. Ściągnęła frotką w koczek długie jasne włosy, poprzetykane srebrnymi nitkami, które wcale nie rzucały się w oczy. Reks i Miś węszyły pod drzwiami wejściowymi. Najwyraźniej zaintrygowane  zapachem nie podjęły jeszcze decyzji co do dalszego postępowania: czy już się cieszyć, że idzie ciotka Kasia, którą zwęszyły, czy się złościć, że przejdzie obok. Rozległo się pukanie do drzwi natychmiast  zagłuszone szaleńczym szczekaniem w bardzo zróżnicowanej  tonacji: od cienkiego, chwilami piskliwego, Misiowego głosu do dudniącego basu Reksa.

– Cicho łobuzy – Adelka otworzyła drzwi, do przedpokoju weszła Kasia natychmiast osaczona ze wszystkich stron przez owych łobuzów.

– Przyniosłam ci książki, dzięki – podała Adelce załadowaną reklamówkę.

– Wszystkie juz przeczytałaś?

– To szybko? – zdziwiła się Kasia. – Przecież byłam chora.

– No tak, zapomniałam, że miałaś grypę.

– Właśnie dlatego nareszcie mogłam sobie poczytać. Co za rozkosz! Łóżko i książka, cóż może być na świecie lepszego? – Kasia głaskała psy.- Gorąco mi, lecę do domu, ale przyjdź jak będziesz szła.

– Co ty mówisz?

– Nie rozumiesz?- zdziwiła się Kasia. – Jak będziesz szła z psami na spacer to przyjdź do mnie. Zajrzyj, odwiedź mnie. Czego nie rozumiesz? Chcę pogadać o Elce.

–  A, o to ci chodzi. Zauważyłaś, że coś się z nią dzieje?

– Ty też? To znaczy, że nie jest dobrze – Kasia uciekła na korytarz przed psią miłością. – To na razie, cześć.

Adelka kątem oka dojrzała jakiś dziwny odblask w oknie. Odsunęła firankę. Śnieg! Niemożliwe, skąd się nagle wzięło tyle śniegu? Patrzyła  z niedowierzaniem. Naprawdę zaczął sypać, zima odnalazła zagubioną drogę do kraju nad Wisłą. Biały puch pokrył wszelkie niedoskonałości, ukrył brud i śmieci. Świat w ciągu krótkiego czasu zrobił się cichy i piękny. Ogromne białe płatki opadały lekko wirując, mieniąc się w świetle ulicznych latarni. Z ostatniego piętra wysokiego budynku, czyli z okna mieszkania Adelki, roztaczał się widok na lasy ciągnące się daleko w stronę Konstancina. Przyszło jej na myśl, że dawno, dawno temu też była taka piękna zima.

Z grupą koleżanek pojechała wtedy do Szczawnicy na kurs. Wesoło spędzały czas po zajęciach. Zresztą, kiedy się jest bardzo młodym, naprawdę dużo nie potrzeba do szczęścia. Wieczorami tańce, w dni wolne od zajęć wyprawy dostępnymi pienińskimi szlakami, spacery wzdłuż Dunajca. Nad rzeką poznała Andrzeja. Był ratownikiem górskim. Wysoki chłopak  ciemnymi włosami, śniadą cerą i czarnymi jak węgiel oczami przyciągał wzrok dziewcząt.  On  – zapatrzył się w oczy Adelki. Jej jasne włosy i drobna postać przysłoniły mu resztę świata. Pokochali się od pierwszego wejrzenia gorącym, młodzieńczym uczuciem. Miało być na całe życie. Snucie planów na przyszłość przerwała lawina. Porwała Andrzeja w czasie akcji ratowniczej, ukryła i zazdrośnie strzegła. Góry nie chciały oddać swego ulubieńca  niebieskookiej dziewczynie. Ona nigdy więcej nikogo nie pokochała, pozostała w głębi duszy wierna pierwszej miłości. Jako osoba głęboko wierząca była przekonana, że Andrzej czeka na nią i na pewno się spotkają, jeśli będzie wiodła życie godne. Nie zmuszała się w tym względzie do wysiłku. Z natury będąc osobą prawdomówną, uczciwą do szpiku kości, uczynną, serdeczną i przyjacielską, nie musiała się specjalnie wysilać. Pracowała przez wszystkie lata w służbie zdrowia, od dwóch lat była na wcześniejszej emeryturze – i uważała się za szczęśliwą. Miała czas na długie spacery z psami, towarzyskie spotkania, zatrudniła się na „jedną którąś tam” etatu trochę dla urozmaicenia a trochę, żeby nie tracić jeszcze kontaktu z zawodem. Poza tym zawsze się kimś opiekowała. Obecnie dużo starszą od siebie sąsiadką z drugiego bloku, panią Henią, która leżała unieruchomiona po złamaniu kości miednicy.

– Ojej, jak późno! – wróciła do czasu teraźniejszego. – Muszę  wyprowadzić suczkę pani Heni.

Reks i Miś podniosły się natychmiast, stając przy drzwiach zawsze chętne do wyjścia.

– Nie, teraz idę sama – powiedziała stanowczo. –  Wy zostaniecie w domu, ale nie martwcie się, zaraz po was wrócę – pogłaskała Misia po czarnych kudełkach spadających na ślepka i przytuliła gładki, piaskowy łeb Reksa. Ze spuszczonymi ogonami poszły na swoje miejsca. Miś usiadł, Reks rozłożył się zakrywając płowym cielskiem  połowę podłogi, oparł łeb na przednich łapach i znieruchomiał. Poruszały się jedynie gałki oczne, śledząc uważnie  każdy ruch opiekunki. Po wyjściu Adelki zamknął oczy i głośno westchnął. Miś położył się obok i tak zamienili się w czekanie. Od czubków ogonów po koniuszki uszu i nosów byli jednym wielkim czekaniem.

Zima najwyraźniej chciała nadrobić zaległości i sypała śniegiem za cały  grudzień i styczeń. Chodnik przed blokiem – niedawno oczyszczony – znów pokrył się grubą warstwą białego, sypkiego puchu. Za blokiem Adelka wpadła w zaspę. Dobrze, że założyła wysokie buty, bo śnieg sięgał miejscami do połowy łydki. Wreszcie dobrnęła  do wieżowca przy ulicy Polaka. Wyglądała jak śniegowy bałwanek. Otrzepała się i weszła do budynku.  Pani Henia leżała sama, bez jedzenia, bez możliwości skorzystania z toalety, ponieważ kobieta z opieki społecznej, która miała przyjść, po prostu nie dotarła i nawet  nie raczyła uprzedzić  chorej o zmianie planu. Sprawę wyjaśniła  zdenerwowana Adelka dzwoniąc do niesolidnej opiekunki. Cóż jej pozostało? Zdjęła  kurtkę, podwinęła rękawy… Po jakimś czasie  pani Henia  czysta i  przebrana jadła obiad na kolację. Adelka sprzątnęła pokój. Wzięła Perełkę na spacer, który nie trwał długo, bo nieduża suczka  po kilku krokach zapadała się w miękki śnieg i  znikała z oczu. Nic dziwnego, że chciała jak najszybciej znaleźć się z powrotem w ciepłym domu.

Już po wyjściu z windy na swoim piętrze Adelka przypomniała sobie, że miała wpaść do Kasi. Nie chciała sprawiać zawodu psom, one po drugiej stronie drzwi już śpiewały i tańczyły z radości wywołanej jej powrotem.

– Chodźcie łobuzy, pójdziemy razem do cioci Kasi – powiedziała na powitanie. – Tylko macie być grzeczne, bo wam Kicia oczy wydrapie.

Reks wyrażał radość głosem i ogonem stojąc w miejscu. Miś skakał wokół pani na dwóch łapkach, podskakiwał na czterech, kręcił się w kółko i poszczekiwał robiąc zamętu i hałasu więcej niż cztery dogi razem wzięte.

– Myślałam, że się na ciebie nie doczekam – narzekała Kasia usiłując przekrzyczeć trzy psy, bo przecież Dżem wcale nie dawał się „przeszczekać” gościom. Kicia przezornie skryła się w wersalce czekając na koniec zamieszania. Wyszła dopiero wtedy, gdy Kasia z Adelką usiadły przy stole, a psy –  już uspokojone – położyły się na dywanie. Rozciągnęła się na wersalce na całą kocią kremowokakaową długość i przymrużonymi niebieskimi ślepkami patrzyła na intruzów. Była przygotowana, by natychmiast dać im nauczkę w razie niestosownego zachowania.

Kiciunia dawno temu nauczyła Dżemika, kto rządzi w domu. Ona była tu pierwsza. Kiedy Kamil przyniósł pod płaszczem malutki, czarny kłębuszek z wielkimi błyszczącymi oczkami, jeszcze bezimienny,  Kicia coś mu powiedziała i słuchał jej przez całe życie okazując szacunek jako przewodnikowi stada. Maluch  był prześliczny, słodki jak dżem. I tak zostało. Dżemik, Dżemuś, Dżemunio – albo Dżemir, gdy za bardzo rozrabiał. Najwyraźniej myślał, że jest kotem. Dopóki mieścił się na parapecie albo na półkach od regału, wspinał się za Kicią, wchodził na krzesła, na stół. Miał być małym pieskiem, takim jamnikowatym, ale rósł jak na drożdżach, rósł i rósł. Wujcio osiedlowych zwierzaków czyli weterynarz Krzysztof stwierdził, że to piękny okaz sznaucera. Dżemik miał szczęście nie zostać okaleczonym, więc zachował ogon i uszy w pierwotnej postaci, nikt mu niczego nie obcinał poza kudełkami. A i te nieregularnie, w porywach, okazjonalnie gdy była taka konieczność, ponieważ na nadmiar czasu ani Kasia ani Kamil nie narzekali.

Jeden jedyny raz byli wspólnie u psiego fryzjera. Za nic na świecie nie chcieli zostawić samego Dżemusia u obcych ludzi. Umarłby na serce, które tak mocno waliło, tak trzepotało ze strachu, że aż całe ciałko dostało trzęsionki. Spędzili tam więcej niż cztery godziny. Wyglądał potem, owszem, prawie jak rasowy srebrny sznaucer średniej wielkości lecz widać było wyraźnie, że nie czuje się najlepiej. Wstydził się po prostu swojego nowego wyglądu.

– Olać to  – zdecydowanie oświadczyła Kasia. – Nigdy więcej. Nie idziesz na wystawę, nie musisz więcej z siebie robić małpy na pokaz.

Od tego czasu  wyglądał jak czarno srebrzysta kula i czuł się z tego zadowolony.

– Kawa czy herbata? – Kasia weszła w rolę gospodyni.

– A masz jeszcze zieloną kawę, tę orzechową?

– Mam, trzymam specjalnie dla ciebie – uśmiechnęła się pani domu.

– No to poproszę, wyjątkowo mi smakuje – Adelka przytuliła Kicię, która zeszła z wersalki i wskoczyła jej na kolana. – Kiciu, ty śliczna królewno, jesteś taka słodka, tak cudnie mruczysz –  zadowolona Kicia ułożyła się wygodnie, przymknęła oczka i włączyła traktorek w gardziołku.

Po chwili Kasia postawiła na stole filiżanki w żółtą kratkę z pachnącą kawą orzechową.

– No dobrze, słuchaj – zaczęła Kasia zbierając na łyżeczkę  piankę z kawy. – Coraz bardziej jestem zaniepokojona stanem Elki. Myślę, że powinnyśmy ją namówić na urlop gdzieś daleko od domu. Wyjazd dobrze by jej zrobił.

– Każdemu by dobrze zrobił – jęknęła Adelka. – Ja  chwilami też zupełnie  nie mam siły. Pani Henia potrafi mnie czasem wykończyć. Do opiekunki nie ma żadnych życzeń, a ode mnie ciągle coś chce. Dwa dni temu ledwo wróciłam z kliniki, zdążyłam podgrzać sobie zupę i już mam telefon. Podnoszę słuchawkę a ona krzyczy: co się z panią dzieje? Rozumiesz?!   Przecież mówiłam jej wieczorem, że rano idę do pracy. Odpowiedziałam, no, może trochę za ostro, że dopiero weszłam do domu i muszę coś zjeść, jak zjem to przyjdę. Znowu dziś, słuchaj,  poszłam Perełkę wyprowadzić a ona płacze, pani Henia, nie Perełka, bo opiekunka nie przyszła. Po prostu tak sobie nie przyszła, krowa jedna i biedna kobiecina leżała cały dzień głodna, w mokrym pampersie.  Ręce mi opadły jak zobaczyłam. Ja naprawdę wszystko rozumiem, ale też jestem zmęczona. Rano muszę wstać godzinę wcześniej, żeby wyprowadzić Perełkę, ugotować jakieś żarełko, przenieść panią Henię na wózek, zawieźć do łazienki, posadzić na klopie…

– Adelciu kochana – przerwała jej Kasia, – jesteś cudowna i wspaniała. Podziwiam cię za to, co robisz. Masz prawo być zmęczona, ale teraz musimy pomyśleć, co zrobić z Elką. Martwię się o nią, wygląda ostatnio tragicznie.

– Niech jedzie do Szczawnicy – palnęła Adelka bez namysłu.

– Dlaczego do Szczawnicy? – zdziwiła się Kasia.

– Bo ja tam dawno nie byłam. Wrzuci za mnie różę do Dunajca… – powiedziała Adelka z zadumą w głosie, który miał brzmienie zupełnie nowe, jakiego jeszcze Kasia u przyjaciółki nie słyszała.

– Nie rozumiem – spojrzała Kasia pytająco. – Dlaczego różę do Dunajca?

– Bo … – Adelka zawahała się, po czym opowiedziała Kasi o Andrzeju. – I kiedy mogłam, jeździłam i wrzucałam różę do Dunajca…

– Dziękuję, że mi opowiedziałaś swoją love story  – Kasia starła łzę spływającą po policzku. – Nieraz zastanawiałam się, dlaczego nie założyłaś rodziny.

– Nikt mi się więcej nie podobał. Nie jestem kochliwa z natury.  A teraz myślę, że w sumie mam szczęście, kiedy patrzę jak wy wszystkie się męczycie z tymi chłopami…

– No nie  – zaoponowała Kasia. – Mikołaj jest cudowny…

– Niech mu będzie, ale to też tylko chłop, nie gniewaj się, ale tak myślę. Poza tym przypomnij sobie swojego byłego. Zresztą, każda z was miała z nimi niezłą zabawę.  Pamiętasz Teresę, Aldonę albo Dorotę z czasu, gdy jeszcze tu mieszkały? Albo Mariannę, sąsiadkę Majki?

Kicia otworzyła oczy patrząc na ciotkę i zastanawiając się dlaczego zaczęła głośniej mówić budząc ją. Kto widział bez powodu budzić kota?

– Ale musisz przyznać, że to były fajne czasy, pod pewnymi względami oczywiście…

– Nie zmieniaj tematu. Chciałabym  mieć tyle złotówek, ile wylałyście wtedy łez.

– Ojej – wzruszyła ramionami Kasia, – to było tak dawno, a poza tym nie wszystkie jednocześnie, tylko każda kiedy indziej.

14.11.2017

  • mmzd Aż mnie dreszcz przeszedł …… Dunajec i róże – jakbyś mnie znała …tylko zamiast Szczawnicy Nowy Targ. I bukiet czerwonych róż dla Wszystkich moich Nieobecnych.
    Pozdrawiam
    Magda
  • annazadroza Magdo:-) A mnie przeszedł dreszcz po przeczytaniu Twoich słów. To niesamowite. Będzie Ci się lepiej czytało, bo – być może – znajdziesz jakieś znajome miejsca. Dunajec już jest 🙂 Serdeczności :)))))
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

11 listopada 2017

11 listopada. Święto. Dzień Odzyskania Niepodległości. Już 99 lat temu.
Powinno to być święto radosne, obchodzone z uśmiechem, życzliwością, serdecznością adresowaną do rodaków. Wszak to NASZE święto.
Lubiłam z Tatą chodzić na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, uroczystości patriotyczne wzruszały mnie; hymn, maszerujący chłopcy w mundurach… Wtedy zgadzałam się w 100%, że „za mundurem panny sznurem”… Znałam piosenki partyzanckie, pieśni powstańcze, wojskowe, które śpiewaliśmy z Tatą, potem z moimi chłopcami. Bardzo lubiłam „naciągać” rodziców na opowiadania z okresu wojny i partyzantki. Powstania, wszelkie zrywy wolnościowe działały na moją wyobraźnię, gotowa byłam iść natychmiast -„hej, kto Polak na bagnety”… Romantyzm był moją ukochaną epoką, bo „czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko”, Mickiewicz, Słowacki – najbliżsi sercu. Takie prawo młodości do porywów duszy…
Podczas tegorocznego święta – bez wzruszenia, z niechęcią, ze strachem i z innymi uczuciami, które mi się nie podobają, których nie chcę doświadczać, nie życzę sobie odczuwać – oglądałam marsz narodowców, czytałam ich hasła. Opowiadania dziadków sprzed wojny się przypominają bardzo nieciekawe…
Patriotyzm dziś, w XXI wieku, to dla mnie odpowiedzialność za kraj bez względu na to, kto rządzi, to postawienie dobra ogólnego, dobra kraju i jego interesów ponad kłótnie, interesy partyjne. Teraz – w państwie (oby) demokratycznym – to płacenie podatków, przywiązanie do symboli, przestrzeganie prawa, reguł i norm społecznych. Nie zaś łamanie umowy zawieranej kiedyś z pracownikami i np. odbieranie emerytur ludziom uczciwie pracującym i służącym ojczyźnie i rodakom przez długie lata, poświęcającym nieraz życie osobiste dla obowiązku, a wielokroć oddających własne życie w obronie bliźnich, zwykłych szarych ludzi po to, by mogli spokojnie i bezpiecznie chodzić po ulicach. Patriotyzm to uszanowanie historii takiej, jaka była, a nie wybiórcze dopasowywanie i zakłamywanie jej do potrzeb jednej grupy. To wyciąganie wniosków z przeszłości w celu uniknięcia popełnionych błędów, to zapewnienie poczucia przynależności do wspólnoty, godności i dumy bez względu na poglądy czy wyznanie. To pokazywanie światu naszych osiągnięć we wszystkich możliwych dziedzinach jak nauka, czy sztuka, promowanie skarbów lokalnych (np. koronki z Koniakowa, oscypki czy łącka śliwowica itp.), to przyjazne stosunki z sąsiadami bliskimi i dalszymi, to rozwiązywanie spornych spraw poprzez dialog i kompromis, a nie obrażanie i konfliktowanie wszystkich ze wszystkimi. To zarządzanie państwem nie przez wywoływanie kryzysu i podział mieszkańców kraju na dwa nie mogące się porozumieć obozy, lecz tworzenie prawdziwej wspólnoty dla rozwoju naszej pięknej Ojczyzny, dla naszego własnego dobrego życia, dla zmiany mentalności Kalego, która wciąż dominuje.
Z okazji święta życzę mojej Ojczyźnie, aby rodacy pozbyli się agresji, przestali wzbudzać nienawiść do siebie nawzajem i całej reszty świata, aby – podobno tacy wierzący w większości – zaczęli się stosować do przykazań. Tylko tyle.

  • kolewoczy Na prowincji jest ciszej, spokojniej, tylko na budynkach, także prywatnych domach rozwieszone flagi, w kościele parafialnym msza za ojczyznę, a potem w domciu się siedziało, bo przywiało śniegiem 🙂
  • babciabezmohera Twoje życzenia są piękne i mądre. Ale boję się, że nie „tylko tyle” a „aż tyle”… :(((
  • annazadroza kolewoczy:-) Zdecydowanie poza dużymi miastami jest inaczej, spokojniej, w ogóle życie tam inaczej płynie, lepiej się żyje, ludzie są życzliwsi. Dlatego tęsknię za Szczawnicą, tam się po prostu oddycha pełną piersią – nie tylko ze względu na powietrze:)
  • annazadroza BBM:-) Może jak dużo nas będzie tak życzyć i życzyć, i życzyć to się choć trochę spełni?
  • babciabezmohera Szczerze bym tego chciała!
  • annazadroza BBM:-) Ja też i jeszcze wielu, wielu innych:) Mówią, że pycha idzie przed upadkiem, a pychy mamy takie ilości, że ho,ho… i teraz nie wiem, czy śmiać się czy płakać…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Pasma życia” 2  

 

Kasia znała Mikołaja od wielu lat, od chwili powrotu z urlopu wychowawczego po urodzeniu Kamila. Widywała go na korytarzu, często podczas zebrań, odpraw, spotkań w pracy siadał naprzeciw niej. Ciągle gdzieś się w pobliżu pojawiał. Inni zapadli w mroki niepamięci,  jedynie dźwięk nazwisk kołatał się w głowie, wiele twarzy zatarł czas. Mikołaj był zawsze osobą z krwi i kości, a los wciąż umieszczał go niedaleko Kasi. Każde z nich miało swoje życie. Mikołaj narzeczoną i budowanie mieszkania, Kasia dzieci i problemy z mężem.

Jerzy dostarczał jej już wtedy  „rozrywek” i emocji w nadmiarze. Nigdy nie wiedziała co ją czeka w domu, kiedy mąż wróci i czy w ogóle wróci na noc. Zaczął często przyprowadzać kolegów w stanie „wskazującym na spożycie”. Znosiła to przez pewien czas, potem się zbuntowała.  Wpadła w furię, gdy jeden z nich zaczął odpinać pasek od spodni, bo nie podobało mu się  zachowanie Łukasza i Kamila, i ruszył chwiejnym krokiem w stronę chłopców. Sama mogła dużo znieść, ale od jej dzieci wara każdemu! Wyrzuciła „gościa” z mieszkania z siłą, której nikt by się nie spodziewał po drobnej, szczupłej i zwykle bardzo spokojnej dziewczynie.  Zresztą ona sama była zdziwiona gwałtownością  własnej reakcji.  Drugiemu rozbiła na korytarzu butelkę wódki (była wtedy do kupienia tylko na kartki ewentualnie u babki meliniarki mieszkającej nad przedszkolem) za co groził, że ją zabije, trzeciego postraszyła rozgrzanym żelazkiem, aż wpadł do wanny i – bez powodzenia próbując się wygramolić – usnął z powodu nadmiernej ilości alkoholu we krwi.

Mąż przestał przychodzić po pracy do domu, albo wcale nie wracał,  albo nad ranem, albo nawet po kilku dniach. Przywykła i do tego, lecz romans z sąsiadką – to było za dużo. Najpierw nie wierzyła. Może sama wymyśliła tę historię? Niestety, nie mogła się długo łudzić bujnością swojej wyobraźni. Widziała ich wracających razem do domu, przez kratkę otworu wentylacyjnego w kuchni i w łazience nieraz słyszała głos własnego męża dochodzący z mieszkania  znajdującego się piętro wyżej; będąc z psem na spacerze widywała go, gdy nieopatrznie stanął z papierosem na balkonie sąsiadki.

Całymi nocami czekała w oknie nie spuszczając z oka wejścia na klatkę schodową. Potem wychodziła z psem w dalszym ciągu bacznie obserwując drzwi, sama niewidoczna. Po powrocie zastawała Jerzego w domu… Nie była osobą o gwałtownym usposobieniu, nie znosiła awantur, próbowała delikatnie sygnalizować swoje uczucia, obawy, niepewność. Daremnie. Mimo wszystko jeszcze nie rezygnowała z marzenia o szczęśliwej rodzinie. Pojechali razem na wczasy, ale mąż „musiał” wrócić na kilka dni z powodu „ważnych spraw zawodowych”… Po powrocie już właściwie nie spali ze sobą, jedynie w pobliżu a i to zaledwie od czasu do czasu. Seks bezpowrotnie zniknął z „rozkładu zajęć”, zaczęli żyć jeszcze bardziej obok siebie. Jerzy częściej nie wracał na noce, zaś przyszedłszy rano miał suche buty, choć na zewnątrz lał deszcz albo sypał śnieg… Zrobił się niemiły do obrzydzenia, dokuczał żonie na każdym kroku, nic mu się nie podobało co zrobiła, nie smakowało co ugotowała albo upiekła, szukał dziury w całym gdy był trzeźwy, usprawiedliwiał się gdy był pijany. Pewnego wieczoru wdrapała się z psem na górkę i rzucając mu patyk zobaczyła Jerzego ścielącego  wersalkę u sąsiadki. Nie zaciągnął zasłony… A wracając – usłyszała na korytarzu głos męża mówiącego, że nie może zostawić żony, bo ona nie nadaje się do samodzielnego życia i zginie bez niego.  Zatrzęsła się ze złości, z żalu, z rozpaczy – ze wszystkich uczuć, jakie w jednej chwili mogą ogarnąć człowieka. Jakby wszystkiego nie robiła sama! Miarka się przebrała. Kasia stwierdziła, że nie zniesie dłużej takiego traktowania. Spakowała rzeczy Jerzego i wystawiła na korytarz, skąd je po trochu zabierał. Umówiła się na spotkanie z adwokatem, założyła sprawę o rozwód z orzeczeniem  wyłącznej winy pozwanego. Wygrała. Rozpoczęła życie samodzielnej matki z dwojgiem dzieci.

Nie było wcale tak łatwo, jak mogłoby się w pierwszej chwili zdawać. Owszem, skończyły się rozterki typu: gdzie jest Jerzy, z kim, wróci czy nie wróci i w jakim stanie. Zaczęły się natomiast okresy tęsknoty przeplatane  okresami nienawiści. Pytała w duszy: dlaczego ja? Czemu spotkała mnie taka krzywda? Co zrobiłam złego? Czym zasłużyłam na taki potworny, głęboki ból, na tak bezdenną rozpacz? Mąż, dzieci, dom były przecież najważniejsze w jej życiu. Nigdy nie zawiodła, nie zdradziła. A on? Poszedł tam, gdzie wygodniej. Najwyraźniej w jego oczach o wiele ciekawiej rysowało się życie na wolności, bez żony, z dziećmi na odległość, bez codziennych obowiązków związanych z utrzymaniem rodziny, wychowaniem synów, szkołą. Mógł pozostać tym, kim był w istocie, uroczym i czarującym wiecznym chłopcem bez poczucia odpowiedzialności.

Wszystkim życiowym wyzwaniom Kasia musiała sprostać sama, nie licząc na nikogo poza tatą.  On jeden o nic nie pytał, zawsze pomagał i wspierał. Płakała całymi nocami, łzy płynęły same w najmniej odpowiednich momentach: na widok pary idącej zgodnie ulicą czy robiącej wspólnie zakupy w sklepie, na spotkaniach towarzyskich w czasie dobrej zabawy obecnych gości. Czas pokazał, że przyszłość zafundowała wielu przyjaciółkom przeżycia podobne do jej przeżyć, przynosząc cierpienia, zdrady, rozwody, problemy z dziećmi. Wtedy o tym nie myślała pogrążona w rozpaczy, w niskiej samoocenie, w bezustannym poczuciu winy za wszystko na świecie. Zdawało jej się, że gdyby nagle wybuchła trzecia wojna światowa, ona czułaby się  odpowiedzialna także i za to zdarzenie.

Siłę dawały jej dzieci, żyła jedynie dla nich. W okresie poprzedzającym rozwód Jerzy i tak całymi dniami przebywał poza domem, chłopcy więc nie przeżyli bardzo jego fizycznej nieobecności. Natomiast fakt zdrady, odrzucenia – ogromnie. Dowodziły tego napisy na chodniku w rodzaju: „w  mieszkaniu  na górze mieszka padalec”, albo kopanie w drzwi podczas biegania po schodach.  Nikt i nic nie mogło Kasi wtedy zainteresować, nie chciała mieć do czynienia z żadnym mężczyzną.  Bała się, że mógłby chłopcom zrobić krzywdę a tylko oni liczyli się w jej życiu.

Równolegle w  tym okresie Mikołaj przeżywał własne osobiste problemy. Jego kilkuletni związek rozpadł się poprzedzony różnymi niemiłymi sytuacjami. Kilkakrotnie zrywał z narzeczoną, po czym – mając z natury miękkie serce – dawał się przebłagać, aż wreszcie i jego granica wytrzymałości pękła. Nie zmienił zdania mimo sporych strat materialnych związanych z budową mieszkania, które miało być wspólne. Został bez niczego, bez żadnych oszczędności, z gołą pensją i pokojem w mieszkaniu mamy.

Mikołaj miał wrażenie, że nigdy nie uwierzy do końca żadnej kobiecie i nie zwiąże się już z nikim na stałe. Jakby na potwierdzenie tego poglądu kilka luźnych, przelotnych znajomości nie przyniosło satysfakcji, raczej zostawiło niesmak i zniechęcenie.

Dokładnie takie same odczucia w stosunku do płci przeciwnej miała Kasia.

Spotykali się z Mikołajem przypadkiem, w przelocie i zawsze dobrze im się rozmawiało, odkrywali coraz więcej wspólnych zainteresowań, podobne poglądy i odczucia, odkrywali siebie.  Wreszcie Kasia zaprosiła go do domu na kawę. Mikołaj zaproszenie przyjął. Został od razu zaakceptowany przez chłopców. Byli zadowoleni, że mama już nie spędza sama weekendów tym bardziej, że oni zaczęli znikać z domu coraz częściej i na dłużej. No i mieli w soboty wolną chatę…

10.11.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Dobrze się czyta.
  • annazadroza Obserwator:-) Dzięki, miód na moje serce:) Po to piszę, żeby sobie i innym dać trochę miłych chwil odpoczynku. Pozdrawiam serdecznie:)
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | Jeden komentarz

Nowa babcia, nowe życie :)

Moja przyjaciółka M. została babcią po raz pierwszy. Ociągała się jakoś bardzo w tej materii, mówiła, że nie chce, że w takich trudnych czasach, że po co, że nie musi… Wszystkie ją wyprzedziłyśmy, ale cóż, akurat tutaj nic nie miała do powiedzenia i od wczoraj jest przeszczęśliwa :):):) Ma wnusię, w sumie między jej Drobinką a moją Calineczką są dwa miesiące różnicy, więc będziemy w kwestiach „babciowych” na bieżąco i równolegle, jak kiedyś z naszymi dziećmi. A jaką radość daje dziewczynka po doświadczeniach z chłopcami! Dobrze wiem, bo sama nie mogłam uwierzyć, że będę miała pierwszą wnuczkę a nie wnuka.
Życzę maleńkiej Drobince, żeby urodę i mądrość odziedziczyła po babci M. wtedy z całą resztą sobie poradzi:) I niech będzie zdrowa i szczęśliwa:):):)

9.11.2017

  • babciabezmohera Wzruszające są takie maleństwa. Dobrego!:))
  • annazadroza BBM:-) Bardzo wzruszające:) Tak się złożyło, że moje dwie przyjaciółki M. i D. zostały w tym roku babciami 🙂 Kiedyś miałyśmy dzieci w podobnym wieku, teraz następne pokolenie:)))) Niech wszystkie maleństwa szczęśliwe będą:)))
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zapraszam na Ursynów oraz do Szczawnicy

„Pasma życia” zaczęłam pisać w 2005 r. Pamiętam dokładnie jak do tego doszło. Szłam z moim Browciem (średni prawie sznaucer) na spacer górką w stronę giełdy, na Ursynowie oczywiście, towarzyszyły nam cztery psy, a właściwie dwie suczki i dwa psy oraz dwie przyjaciółki, opiekunki owych zwierzaków. Właśnie
wtedy pomyślałam, że mogłabym uwiecznić taki spacer, nasze kochane psiaki i wymyśleć losy trzech kobiet, takie pasma życia przeplatające się ze sobą na przestrzeni lat… Dziewczyny przyklasnęły pomysłowi i tak się zaczęło. Powstawały na raty kolejne fragmenty, ponieważ moje realne życie nabrało takiego tempa, że „z rozumem się nie mogłam połapać”. I dopiero po przeprowadzce, tu i teraz, udało mi się wrócić do rozpoczętej powieści. Psiaki w międzyczasie odeszły do psiego raju, przyszły następne, równie kochane, ale to już inna bajka. Tamte pozostały na zawsze …. Żeby nie było problemów: ludzie i ich losy – to fikcja, czasem ktoś może odnaleźć swoje myśli i uczucia czy podobne zdarzenia, ale przecież są one wspólne dla całej ludzkości bez względu na szerokość geograficzną, wiek, kolor skóry czy włosów na głowie, poglądy polityczne czy religię. Kocha się i nienawidzi tak samo, identycznie odczuwa się strach czy radość, zwątpienie czy szczęście. Uczucia są ponad podziałami. Dobrze, że takie coś jest. Ponad podziałami – teraz sobie to uświadomiłam – jednak coś istnieje. Miłość na przykład jak w przypadku Romea i Julii. Może prezes wszystkich prezesów kogoś pokocha…
Wracam do tematu. Zaczął się już wtedy w moim życiu okres Szczawnicy. Tenczynek pozostaje we wspomnieniach, w sercu, w duszy na zawsze, lecz w realnym życiu przyszedł czas Szczawnicy. Już kiedyś mówiłam, że pokochałam miasteczko od pierwszego wejrzenia i kochać nie przestanę:) Spora część akcji
tam właśnie się toczy i ma wpływ na resztę. Nie będę zdradzać szczegółów, same przeczytacie. Na pewno osoby znające Szczawnicę i okolice odnajdą znajome miejsca czy obiekty. Niektórych już nie ma, zostały wyburzone, w ich miejsce powstały inne – jak choćby okrągły pawilon pijalni wód na Zdrojowej –
a na kartach powieści są uwiecznione w czasie, w którym je napotkałam podczas pierwszego pobytu, który miał miejsce… lat temu… ho ho ho… i jeszcze trochę:):):)
Miałam wczoraj napisać tych kilka słów wprowadzenia, ale nie zdążyłam. Jechałam do Calineczki, jeszcze wodę po drodze dla małej miałam kupić. To znaczy ja czekałam w aucie z psami, Mąż był w sklepie. Już teraz wiadomo na pewno, że nie można ich zostawić samych z babcią D. w żadnym wypadku. Mają więc
wycieczkę krajoznawczą, zawsze to jakieś urozmaicenie. Wrzuciłam więc na bloga pierwszy rozdział, żeby chociaż Elżbieta wyszła na światło dzienne. Potem wyjdą Kasia i Adelka, a dalej już będzie pomieszanie z poplątaniem. A więc zapraszam znowu na Ursynów oraz do Szczawnicy:):):)

8.11.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Jeżdżę do Szczawnicy od prawie 20 lat.Cudowne miasteczko na krańcu Polski,otoczone Pieninami z przełomem Dunajca.Polecam wszystkim.
  • annazadroza Jak miło spotkać miłośnika ukochanego miejsca:) Pozdrawiam serdecznie, hej:):):)
  • babciabezmohera Krynica, Szczawnica, Krościenko… też łączę z nimi miłe wspomnienia…
  • annazadroza Bezmoherowa:-) W Krynicy byłam już po pokochaniu Szczawnicy, więc tęskniłam i byłam zła, nic mi się nie podobało. Tak samo z Rabką. Na dodatek przemokły mi buty i nie mogliśmy znaleźć czynnej knajpy, bo jeździliśmy zwykle poza sezonem. Ale – choć to było wieki temu – do tej pory mam stamtąd składaną parasolkę, która się nie popsuła!
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Pasma życia | 2 komentarze

„Pasma życia” 1

Zima 2005

Elżbieta wróciła  z bólem głowy. W domu na szczęście nikogo nie było. To znaczy żadnej dwunożnej istoty, bo z niecierpliwością czekały dwie suczki – zwane psicami – oraz kot o imieniu Kocio. Powitały ukochaną panią z wielką radością. Beta śmiesznie podskakiwała na dwóch krótkich łapkach, Gama jazgotała wyrzucając z siebie nieprawdopodobne ilości psich słów w psim języku.

– To jest nienormalne, żeby moim największym oparciem były takie potwory jak wy – powiedziała do Kocia, który swoim zwyczajem wskoczył na jej ramię i mruczał do ucha kocią pieśń uwielbienia, od czasu do czasu szorstkim języczkiem liżąc panią po nosie.

Zrzuciła z siebie krótki sztuczny kożuszek i usiadła w fotelu. Przytuliła policzek do pręgowanego, szarego mruczącego futerka. Głaszcząc jedną ręką duży łeb Gamy drugą delikatnie drapała Betę, która bezceremonialnie wpychała  mały czarny nosek  pod pani rękę domagając się uwagi. Rozejrzała się z obrzydzeniem po pokoju, który kiedyś był ładny, miły i przytulny. Teraz – zniszczone drzwi, rozpadające się stare drewniane ramy okienne, świeżo oberwana i rozerwana przez Mirka na kilka smętnie zwisających strzępów firanka, zepsuta wersalka, brudne ściany błagające o pomalowanie i szare plamy w miejscach z których odpadł tynk, sprawiały przygnębiające wrażenie.

–  Jak mogłam być do tego stopnia ślepa i głupia przez tyle lat? Może wy mi powiecie jak to możliwe, że pozwalam się traktować w taki sposób? Po co się głupio pytam, dobrze wiecie w jaki, widzicie  to przecież codziennie – rozmowa ze zwierzakami zawsze przynosiła ulgę, sprawiała zresztą przyjemność obu stronom. A poza tym,  z kim miała rozmawiać, skoro Mirek wolał obrzucać ją wyzwiskami i groźbami, oczywiście kiedy nie był przez nikogo słyszany, a dzieci  praktycznie rzadko  bywały w domu? Rafał wyprowadził się do mieszkania po zmarłej mamie Elżbiety, Robert zaś uciekał jak najdalej od pełnej napięcia domowej atmosfery i przebywał w domu tylko wtedy, kiedy musiał.

Za wszelką cenę starała się utrzymać małżeństwo ze względu na chłopców. Uważała, że powinni mieć ojca. Całymi latami znosiła okrutne zachowanie męża, obracając w żart jego niewybredne uwagi pod swoim adresem w towarzystwie i – już  zupełnie chamskie i obrzydliwe – bez świadków. Ukrywała przed światem swoje cierpienie, poniżenie i ból, połykała łzy w samotności, bezsenne noce próbowała  zatuszować mocniejszym makijażem. Przychodziło to z coraz większym trudem i z coraz gorszym rezultatem.

Teraz z przerażeniem uświadamiała sobie, że się myliła, przyjęła błędne założenia, po prostu zrobiła jedną, wielką, koszmarną głupotę. Dotarło do jej skołatanej głowy, że wychowując się w domu, w którym rodzice nie mogli dojść do żadnego porozumienia, Robert i Rafał nie mieli szczęśliwego dzieciństwa.

Dopóki Rafał był jedynakiem, wszystko układało się zupełnie przyzwoicie, choć nie idealnie. Już wtedy przekonała się, że Mirek nie stroni od alkoholu.  Myślała – jak większość młodych, naiwnych kobiet, że po przeprowadzce  do własnego mieszkania, będąc wreszcie naprawdę razem,  sami, rozpoczną zupełnie nowy, cudowny czas, sprawy się ułożą odpowiednio dobrze więc będą żyli długo i szczęśliwie. Wielką przyjemność sprawiało jej urządzanie pięknego trzypokojowego mieszkania, choć w czasach kryzysu z trudem zdobywało się wszelkie sprzęty, zaś po meble trzeba było stać całymi nocami i sprawdzać się na liście społecznej kolejki stojącej przed sklepem, oczywiście po uprzednim zdobyciu kredytu dla młodych małżeństw. Kto dziś o tym pamięta? Wnętrze nowego mieszkania  sprawiało sympatyczne, miłe wrażenie i znajomi czuli się tu bardzo dobrze w towarzystwie wszystkich domowników czyli Elżbiety, Mirka, małego Rafałka i starej suczki Riny. Wtedy nawiązały się też przyjaźnie, które wytrzymały próbę czasu i umocniły się, tworząc naprawdę serdeczne związki  pomagające  w trudnych chwilach oraz pozwalające na wspólne przeżywanie radości.

Rafałek był rozkosznym dzieckiem jak każdy trzylatek. Mirek dumnie chwalił się synkiem, który już wyrósł z pieluszek. Wtedy Elżbieta  zorientowała się, że znów jest w ciąży.  Była szczęśliwa. Zawsze chciała mieć przynajmniej dwoje dzieci, żeby nie były same jak ona,  jedynaczka zazdroszcząca innym rodzeństwa.  W tym jednak punkcie nie zgadzali się z Mirkiem. On więcej dzieci nie chciał. Kiedy przekazała mężowi radosną – we własnym mniemaniu – nowinę, przyjął to jak zamach na własne życie. Właściwie od tej chwili – co wyraźnie widziała po latach – ich małżeństwo zaczęło staczać się po równi pochyłej.

Stwierdził, że to za trudna sytuacja, za dużo przyniesie kłopotów, on nie ma czasu na takie bzdury, więc niech jak najszybciej pozbędzie się ” tego problemu „. Cóż, kiedy ona za nic na świecie nie  rozstałaby się  z ” tym problemem „, który rósł zgodnie z prawami natury i stawał się coraz większy i ruchliwszy. Mirek  zorientowawszy się, że tym razem żona go nie posłucha, zaczął przychodzić do domu coraz później i coraz częściej unosił się wokół niego zapach alkoholu. Stał się też złośliwy i agresywny. Pewnego dnia rzucił się z pięściami w jej stronę. Zdążyła wybiec na korytarz. Zanosząc się płaczem znalazła schronienie u zaprzyjaźnionej sąsiadki Adelki. Potem sytuacje konfliktowe pojawiały się z coraz większą częstotliwością, aż wreszcie stały się normą. Nie zmieniło tego przyjście na świat Roberta, chociaż chłopczyk urodził się z wadą serca i bardzo długo  walczył o zdrowie.  Mirek twierdził, że jego synem jest tylko Rafał, Roberta ledwo tolerował.  Dyskryminował go, prezenty z częstych służbowych wyjazdów przywoził tylko starszemu dziecku, podkreślał swoje uczucia przy każdej okazji wyrabiając w chłopcach wrogość, co szczególnie zaważyło na stosunku Rafała do małego Roberta. Nie  traktował go jak brata, lecz jak rywala na każdym polu, podkreślając swoją wyimaginowaną wyższość, nie umiejąc i nie chcąc ukryć zazdrości czy niechęci.

Na myśl o tym łzy napływały Elżbiecie do oczu.  Synów kochała najbardziej na świecie. Ogromnie bolało ją, że nie umiała wychować ich we wzajemnej  miłości i przywiązaniu chociaż tak bardzo chciała. Pragnęła, żeby byli dla siebie przyjaciółmi i wzajemnym oparciem przez całe życie. Czuła się okropnie, jakby batalię z losem przegrała na każdym froncie, mimo iż starała się sprostać wszystkim wyzwaniom. Przecież nie sprawdziła się jako żona i jako matka…

Przy ograniczonych środkach utrzymywała dom na poziomie, dzieci nie chodziły głodne ani źle ubrane. Kiedy Mirek zaczął jej wymyślać od głupich rozpoczęła studia, aby mu udowodnić, że nie ma racji. Ukończyła je uzyskując tytuł magistra sztuki i nie mogła wtedy pojąć, dlaczego nie cieszył się razem z nią, lecz jeszcze bardziej dokuczał na każdym kroku, jakby nie mógł znieść faktu, że jej się udało.

Zaczął przyprowadzać do domu kolegów równie pijanych jak on sam. Wytrzymała kilka  takich „nalotów”, po czym gwałtownie zaprotestowała. To stało się kolejnym powodem małżeńskich awantur. Sytuacja  taka trwała całe lata. Ponieważ na tym polu żona okazała się nieugięta – zaczął spędzać coraz więcej czasu poza domem oraz wracać pod wyraźnym wpływem… Potem zdarzało się, że nie wracał przez kilka dni z rzędu i w ogóle nie dawał znaku życia. Nie wiedziała gdzie jest, co się z nim dzieje. Najpierw przeżywała potworne męki niepokoju, katusze niepewności i wewnętrzne rozterki obwiniając siebie o rozkład związku, cierpiąc z powodu braku okazywania ludzkich uczuć przez męża. Potem przychodziły coraz częstsze okresy obojętności przeplatane okresami zamartwiania się z powodu poczucia winy, które potrafił w niej wzbudzać.

Pewnego dnia wpadła jej w ręce jakaś kartka napisana po angielsku. Zaczęła czytać. To był brudnopis listu Mirka! I nagle pojęła dlaczego stali się sobie tacy obcy, tak bardzo oddaleni od siebie. Mirek nie przypuszczał, że znajomość języka pozwoli Elżbiecie bez żadnego problemu zrozumieć treść. Poczuła się okropnie… Czy to możliwe, żeby jeszcze potrafiła odczuwać tak wielki ból, takie poniżenie i upokorzenie? List był napisany do kobiety, właściwie do dziewczyny młodszej od niego o prawie dwadzieścia lat! Mirek pisał o swojej miłości do niej, o niedalekim spotkaniu. Mieszkała w Szwecji, poznał ją podczas jednego z licznych wyjazdów służbowych, jakiegoś zgrupowania czy czegoś w tym rodzaju. To dlatego tak go drażniła obecność żony! Dlatego nie obchodziło go życie rodziny ani sama rodzina. Myślami cały czas przebywał za morzem…

Elżbieta nie mogła wtedy uwierzyć w prawdziwość własnych spostrzeżeń. Udając, że o niczym nie wie, zwróciła uwagę na gorliwość z jaką  wyjmował korespondencję ze skrzynki, na angielskie teksty pisane obok niej, przy stole, na częste korzystanie z telefonu u sąsiadki, bo własny telefon był wówczas w sferze marzeń.

7.11.2017

  • nie-okrzesana Już nie mogę doczekać się dalszego ciągu.
  • annazadroza Ogromnie się cieszę i dziękuję:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Pasma życia, Powieści | 2 komentarze

„O matko!” Alejandro Palomas

Podczas pobytu Wnusi K. nie miałam kiedy zasiąść do Lapcia. Spędziłyśmy miło czas, ważne, że razem i nie nudziło nam się wcale. Mnie nie nudziło się nigdy w życiu i nie wiem co to znaczy. Młoda zajęć – czyli nauki – miała sporo, ale poza tym obejrzałyśmy kilka filmów, posiedziałyśmy sobie w ciemnościach przy świeczce i pogadałyśmy. Fajnie było. I wciąż się nie mogę nadziwić, że ona już taka duża jest. Dziś zadzwoniła z prośbą, żebym przywiozła jej ukochane książeczki, te pierwsze, które u nas miała od początku (jej) świata, bo będzie czytała Calineczce, żeby mała nie płakała. Jutro pojadę to zawiozę. Czego jak czego, ale książek w domu nie brakuje:) To od dziecka była moja największa przyjemność i radość, nic nie mogło mi sprawić większej frajdy niż nowa książka w prezencie. Czytałam zawsze i wszędzie, rano przed pójściem do szkoły, w szkole na przerwach, wieczorem pod kołdrą przy latarce, kiedy mama kazała zgasić światło. Wszyscy czytaliśmy, cała rodzinka:) Cieszę się, że dzieci też czytają a Wnusia K. teraz zacznie edukację Malutkiej. Zresztą, ta kruszynka już koncentruje uwagę na małych książeczkach czarno-białych, specjalnie dla takich szkrabów stworzonych. Mało tego, już jej się nudzą i większą uwagę zwraca na bardziej kolorowe.
Kiedy Mąż odwiózł młodą do domu, poczułam takie zmęczenie, że nic już robić nie miałam siły. Jedynie – przejrzeć stos nowych książek, które, jak zwykle, dostarczył Mały:):):) Wzięłam do ręki „O matko!” Alejandro Palomasa, hiszpańskiego dziennikarza, pisarza i tłumacza. Właściwie nie miałam zamiaru jej czytać,
bo recenzja na okładce jakoś mnie nie zachęciła. Otworzyłam jednak i mój wzrok padł na motto zaczerpnięte ze słów Virginii Woolf – ” Nie można odnaleźć spokoju unikając życia...”. Pomyślałam, że to dobre zdanie, niesie w sobie przesłanie i odpowiedź na rozterki. Na pierwszej stronie powieści pojawił się dog Max oraz suczka Shirley. I cóż, nie odłożyłam książki na bok, choć powinnam oszczędzać oczy. Wciągnęło mnie. Nie chodzi nawet o treść czy formę ale o ładunek emocjonalny.
Otóż tytułowa matka, Amalia oraz jej syn Fernando przygotowują sylwestrową kolację dla reszty rodziny, którą stanowią dwie córki: Silvia i Emma oraz brat Amalii, wujek Eduardo. Przy okazji czytelnik poznaje losy każdej z osób, jest świadkiem ich zmian wewnętrznych doświadczanych na skutek przeżytych wcześniej zdarzeń, o których stopniowo się dowiaduje. Mnie zaimponowała Amalia. Po zostawieniu rodziny przez męża i ojca jej trojga dzieci, który tłamsił ją psychicznie przez lata czyniąc na pozór bezwolną i podporządkowaną sobie, staje się osobą samodzielną walcząc z owym wewnętrznym poczuciem stłamszenia. Potrafi każdemu swemu dziecku, niedowidząca i niezdarna, udzielić wsparcia, okazać uczucie i bezwarunkową akceptację (syn jest gejem, zaś jedna z córek lesbijką). Za wszelką cenę usiłuje scalić rodzinę po przejściach, co się jej udaje. Okazuje się być ostoją tej grupki ludzi bliskich sobie mimo wszelkich przeciwieństw; filarem, wokół którego wszystko ustawiło się we właściwym porządku. W tę sylwestrową noc prostują się zakręcone drogi
życia każdego z uczestników. A w życiu ludziom towarzyszą psy  Max i Shirley:-))

6.11.2017

  • kolewoczy Nie znam autora, ale naszła mnie taka refleksja, a`propos tego, co obserwujemy dzisiaj na scenie politycznej, do jakiego doszło rozdziału, rozziewu i wręcz przepaści między ludźmi z powodu polityki, że dzisiaj o tolerancji i bezwarunkowej miłości rodziców do dzieci (czy w ogóle tolerancji między ludźmi) nie świadczyłaby akceptacja dla innej orientacji seksualnej, tylko zaakceptowanie kogoś o przeciwnych poglądach politycznych. Ciekawe czy ktoś napisze o tym książkę.
  • annazadroza kolewoczy:-) Przepaść wykopana jest taka głęboka i przebiega między członkami rodzin, że wydaje mi się niemożliwe – w tej konkretnej chwili – ominięcie jej. Chociaż – serce matki ma niezmierzone pokłady uczuć. Gorzej z ojcami, tu częściej mamy do czynienia z konfliktami międzypokoleniowymi i różnicą poglądów. Oj, tak by się przydało mniej emocji a więcej rozsądku…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Łączy się życie…

Po Dyniowym świecie nastąpił Dzień Wszystkich Świętych, następnie Zaduszki. Jak w życiu: radość, smutek, zamyślenie, refleksja… Szczególna pora sprzyjająca rozmyślaniom, wspomnieniu bliskich i dalszych krewnych, przyjaciół, znajomych albo ludzi znanych tylko ze stron kolorowych pism, filmów, książek. Udaje się przystanąć w pędzie, zatrzymać w codzienności, zwolnić na chwilę, rozejrzeć się… Okazuje się, że w biegu zgubiliśmy kilka osób, nie spostrzegliśmy na czas, że zostały w tyle albo odeszły gdzieś na bok… Rozterka. Wrócić i poszukać, zaczekać czy iść dalej czekając, aż same drogę odnajdą…
Myśleć i zastanawiać się można dopóki… Wnusia K. śpi, babcia D. też, a psy nie chcą wyjść na spacer (czyt. do toalety). Teraz koniec rozważań i powrót do rzeczywistości. Śniadanie trzeba szykować i do nauki młodą zagonić, bo sprawdziany z kartkówkami na przemian ma po kilka codziennie z różnych przedmiotów. Będzie u nas do soboty, a wczoraj pierwszy raz Calineczka przyjechała w gości. Rozglądała się z wielkim zainteresowaniem ta dwumiesięczna istotka, w nowym miejscu wszystko ja interesowało, zapłakała dopiero gdy chciała jeść, a potem znów obserwowała otoczenie z uwagą. Taka drobinka :):):)

I tak się łączy życie z odchodzeniem, Zaduszki i przyszłość związana z nowym pokoleniem.

2.11.2017

  • fusilla Nawet się nie zdążyłam dobrze zastanowić nad tym Świętem. Dopiero za tydzień będę ogarniać ten temat. Pierwszy raz w swoim życiu jestem w takim niedoczasie, i jakoś taki dziwnie się czuję!
  • babciabezmohera Samo życie! Radość i smutek, wesele i zaduma…
  • kolewoczy Rytm życia od wieków taki sam, a my w nim tak czasami się obijamy o ściany 😉
  • annazadroza Fusilla:-) Czasem się nie przejmuj, on ma swoją drogę po której musi iść. Raz nadążamy za nim, drugi raz nie. Trudno, jego problem, po co się tak spieszy. Są ważniejsze sprawy, na przykład zdrowie Twojego Ślubnego, reszta się nie liczy. Więc absolutnie nie przejmuj się nieistotnymi sprawami. Przytulam serdecznie:):):)
  • annazadroza kolewoczy:-) Bardzo trafnie określiłaś. Czasem zdarza się, że czujemy się jak piłka wrzucona z dużą siłą do pustego pokoju i wtedy obijamy się od ściany do ściany i znowu, i znowu aż padniemy bez siły całkiem i zaczniemy myśleć…
  • annazadroza BBM:-) Samo życie, tak właśnie jest, samo życie. Bo wszystko jest jego przejawem, uczucia, myśli, czyny. Codziennie przechodzę obok cmentarza i łapię się na myśli, że cmentarz to też życie. Czyż nie? Ci, którzy tam śpią, żyją w myślach bliskich przychodzących zapalić znicz, położyć kwiatek…
  • irsila Dzieci na smutno cmentarzy nie odbierają,
    świadomości śmierci nie maja,
    z przyjemnością znicze zapalają…
  • kobietawbarwachjesieni 1 listopada – to dzień zadumy.
  • annazadroza irsila:-) Dzieci zupełnie naturalnie do wszelkich trudnych spraw podchodzą, dopóki im dorośli nie zaszkodzą robiąc mętlik wielki w ich niewinnych główkach, kryjąc wiele różnych znaczeń w prostych – zda się – słówkach.
  • annazadroza Kobietawbarwachjesieni:-) 1, 2 XI to takie „zadumane” dni. Nawet jeśli w pozostałe dni roku ktoś za bardzo wrażliwym nie jest, te dni niosą w sobie tę „zadumę szarą, osmętnicę” przed którą ukryć się nie można. Przypomina o sobie mgłami, czasem szarugą i deszczem a czasem liśćmi w słonecznych kolorach szeleszczącym pod stopami gdy idziemy między mogiłami. Tak już jest…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

No i mamy Halloween

Dzieciaki będą chodzić w przebraniach, zawsze pojawia się kilka grup. Pierwszy raz mnie zaskoczyli, ale teraz jestem przygotowana, słodycze mam w ilości odpowiedniej. Niektórzy rodacy kręcą nosem, że zwyczaj przyszedł ze Stanów. Ale skąd się tam wziął? Wszak to Europejczycy emigrowali na drugą półkulę i zaludniali ziemie, z których wypierali prawowitych właścicieli i mieszkańców. A ilu tam naszych rodaków powędrowało to trudno zliczyć. Policzalna jest jedynie polonia, czyli osoby przyznające się do polskiego pochodzenia. A ilu się nie przyznało z różnych powodów, bo się wstydziło, albo się ukrywało przed prawem na przykład lub przed kimś, albo z biegiem czasu zapominało o korzeniach?

Myślę, że ten zwyczaj wyemigrował z ludźmi do Ameryki i wrócił do nas w zmienionej postaci. Skąd taki wniosek? Otóż pamiętam opowiadania Taty, jak to w Tenczynku, gdy był dzieckiem – a więc w okresie międzywojennym – chłopcy wydrążali dynie, w środek wkładali zapalone świeczki, jakoś nadziewali na kije, czy nie wiem na co i to coś owijali prześcieradłami. A gdy zrobiło się ciemno, biegali po całej wsi i straszyli. Młodzi emigranci z pewnością robili to samo za oceanem, w nowym miejscu pobytu i w ten sposób w ojczyźnie Indian pojawił się Halloween. Z czasem forma „imprezy” ulegała przemianom i modyfikacjom na skutek mieszania się kultur i zwyczajów, i z tego pomieszania z poplątaniem zrodziło się to, co mamy dzisiaj. Młode pokolenia zawsze szukały powodu do zabawy i śmiechu. To się na szczęście nie zmieniło, więc i teraz niech uruchamiają wyobraźnię a ich myśli niech zajmą przebieranki, umawianie się i kontakt bezpośredni, nie tylko poprzez elektroniczne urządzenia. Należy im się chwila oddechu po szkole.

31.10.2017

  • kolewoczy Niestety, zwyczaj mi się nie podoba, całkowicie mi koliduje z nastrojem dnia Wszystkich Świętych i Zaduszkami: mentalnie, nastrojem i wymową, nie wspominając o podstawach teologicznych. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie się terror nakazujący wszystkim dostosowywać się do tych cudacznych wygłupów, bo ja nie mam zamiaru w tym uczestniczyć. Cukierki daję dzieciom chodzącym po kolędzie, coraz rzadziej spotyka się ten zwyczaj, ale miałam takich gości i to było fajne, zaśpiewały mi kolędę i dostały ciastka 🙂
  • annazadroza kolewoczy:-)Terror jest nie na miejscu w każdej sprawie. Powinna pozostać przestrzeń na wolny wybór. Dorosłych sobie nie wyobrażam przebranych w cudaczne stroje i proszących o cukierki 😉 Dzieci niech chodzą i w Halloween, i po kolędzie, i na Wielkanoc, i kiedy tylko chcą i mogą bo to przywilej ich wieku. Mnie nie przeszkadzają i ja im nie przeszkadzam. Cieszę się widząc uśmiechnięte buźki :):):)
  • kolewoczy Nie chodziło mi o przymus przebierania się dorosłych 😉 Raczej o taki terror, który będzie mi nakazywał (obyczajowo i przez nacisk społeczny raczej), że ja muszę cieszyć się, ze dzieci chodzą przebrane i wołają „cukierek albo psikus” i kiedy zastukają do drzwi mam obowiązek ich poczęstować. Otóż nie ma zamiaru tego robić, bo nie akceptuję tego obyczaju, jest mi emocjonalnie i mentalnie obcy. I teraz jestem ciekawa, w jaki sposób np. mama tych dzieci, rodzice czy wychowawcy wytłumaczą tym dzieciom, że ja NIE MAM OBOWIĄZKU odpowiadać cukierkiem na ich zabawę, czy też pierwsza reakcja (a jak znam niektórych rodziców, to raczej tego się spodziewam), będzie taka, że odesłałam dzieci z niczym i jak tak można i jaka wredna sąsiadka jestem 😉 O taki terror mi chodziło.
  • annazadroza Możesz wybrać „psikus” a nie „cukierek” i zobaczyć jak zareagują. Możesz zwyczajnie powiedzieć, że się w to nie bawisz. A co rodzice powiedzą, tego nikt nie wie, każdy pewnie co innego. Oczywiście, że nie ma obowiązku podejmowania zabawy, tak jak nie ma obowiązku przyjmowania księdza po kolędzie czy bycia honorowym krwiodawcą. i właśnie tu mamy problem, jako społeczeństwo- z uszanowaniem cudzej odrębności i odmiennego zdania. Może się kiedyś nauczymy?
  • annazadroza kolewoczy:):):) To była odpowiedź do Ciebie. Pozdrawiam Cię serdecznie:)
  • babciabezmohera Mój małżonek powiada, że wydrążone dynie były w jego dzieciństwie czymś normalnym. Ja tego zwyczaju nie znałam.
    Sama nie przepadam za Halloween, ale popieram w całej rozciągłości wolny wybór- niech każdy tak świętuje, jak uznaje za stosowne.
  • fusilla Nigdy nie miałam i nie mam żadnych wątpliwości, co do tego, jak zareaguję, gdy otworzę drzwi i ujrzę takich gości, których raczej nie zapraszałam. Do szału doprowadzało mnie „chodzenie po kolędzie”. Ale to w mieście. Teraz, na wsi, gdy przychodzą dzieci naprawde przygotowane, grające na różnych instrumentach, pieknie śpiewające, nie mam oporów, aby im się jakoś zrewanżować. Myślę sobie, że nauczyłam sie tego w ciągu prawie 7-letniego pobytu w Niemczech. Tam wszelkie zabawy i koledowania dziecięce sa na porzadku dziennym, mocno wspierane przez lokalne gminy, rodziców i kaplanów, a przy tym to nie tylko dobra zabawa, ale i okazja do poznawania innych ludzi. Dlatego Dyniowe Święto zupełnie mi nie przeszkadza. Jedni mają Halloween, inni mieli Dziady, a teraz prześcigają się w dekoracjach nagrobnych! A poza tym? Zawsze można się tylko uśmiechnąć, zamiast od razu zatrzaskiwać drzwi, prawda? :-)))))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Mam wrażenie, że właśnie z wolnym wyborem mamy najwięcej problemu. Bo jak ja coś wybieram to jest dobre i słuszne, ale jak sąsiad co innego – to już źle, jakim prawem i co on sobie w ogóle myśli! I seria epitetów za tym idzie… Czyż tak nie jest? I na tym polu jest najwięcej pracy, na całe pokolenia jeszcze…
  • annazadroza Fusilla:-) Myślę, że powrót Dyniowego Święta (z okresu przedwojennego) to odpowiedź na potrzebę radości życia, uśmiechu, zabawy i pozytywnych emocji często wyrugowanych z codzienności na rzecz pompatycznej powagi, propagowania umartwiania się, świętowania klęsk a nie zwycięstw itd.
    Dzieciaki mają frajdę, wyobraźnię rozwijają myśląc o przebraniu, umawiają się, same organizują. Uważam to za duży plus. Jeszcze długo potem jest radości sporo przy oglądaniu „wyglądów” z poprzednich lat , bo np. ja robię Wnusi zdjęcia i potem razem wspominamy. Przy okazji mogę coś o historii, o rodzinie wtrącić, jakąś informację młodej przekazać.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz