Jest się z czego cieszyć

Dopiero teraz na chwilę zasiadłam do Lapcia, ale żeby nie Fusilka – wcale bym pewnie dziś nie dała rady. Ale przecież muszę zagłosować! jeszcze dziś i jutro, jakżeby inaczej :)) To przy okazji zerknę tu i ówdzie.
Wiatr dziś tak okropny, że głowę urywa. Nie huragan, nie dotarł do nas nieszczęsny Grzegorz (ciekawe kto mu nadał imię), ale wieje niemiłosiernie. Jednak nie pada i to jest plus. Wykorzystaliśmy z Mężem, że w przerwie między chmurami pojawiło się słoneczko i pojechaliśmy na cmentarz. Myślałam nawet przez chwilę, żeby psy zostawić w domu z babcią D. Tak zimno, że przecież chyba nie wypuści ich na ulicę, bo sama nie ma po co wychodzić. Zrezygnowałam jednak z pomysłu i zabraliśmy psiaki ze sobą. I całe szczęście. Starałam się jak najszybciej sprawę załatwić i wkrótce wracaliśmy. Podjeżdżając pod dom zobaczyłam drzwi wejściowe otwarte na całą szerokość, nad drzwiami świecącą się lampę (a słońce na zewnątrz) i klucz w zamku. Najpierw panika i gonitwa myśli. Wyszła babcia i zostawiła otwarte, albo zemdlała w przedpokoju, albo zapomniała czegoś, wróciła się do swojego pokoju i już została, bo zapomniała, że chciała wyjść, albo już sama nie wiem co. Wyskoczyłam z auta i biegiem do drzwi… A babcia D. się ubiera do wyjścia… Podejrzewam, że zapomniała, że już po lecie i wyszła tak jak stała. Poczuła chłód i zaczęła się ubierać nie zamykając drzwi i wypuszczając z domu ciepło:( Gdybym psy zostawiła… nie wiadomo co by się stać mogło. Szilka nie uciekłaby nigdzie, czekałaby w pobliżu, mądra suczka już nie chce być więcej bezdomna i domu się trzyma. Ale Skituś? Ten ciapek nie patrzy gdzie idzie i na pewno zostałby przejechany przez pierwszy jadący samochód. Mam nauczkę, żeby nie dać usnąć czujności, bo bywają chwile, w których zdaje mi się, że jest normalnie, ale tylko mi się zdaje. Trzeba mieć uszy wiecznie otwarte i oczy na słupkach kontrolujące sytuację wokół. Ale od dawna ataków agresji nie było, więc jest się z czego cieszyć.

Jeszcze cieszę się, że Wnusi K. tak dobrze u nas, że chce przyjechać na długi weekend. Będę musiała znowu się uczyć historii i geografii – bo do matematyki nikt mnie nie zmusi – oraz oglądać Soy Lunę, wybrane fragmenty Mam talent i różne takie… ale co tam! Ważne, że odpocznie trochę, bo naprawdę wymęczona jest bardzo po tych „dobrych” zmianach w edukacji.

30.10.2017

  • kobietawbarwachjesieni Z babciami to różnie bywa. Sama jestem babcią i uważnie się obserwuję. Staram się z głowy korzystać, żeby się nie rozleniwiła.
  • annazadroza Kobietowbarwachjesieni:-) Tu mamy do czynienia ze zdiagnozowanym przypadkiem chorobowym. Na szczęście leki pomagają w złagodzeniu objawów.
    A co do innych „przytrafek”, moich na przykład, to ich dużo 🙂 Szczególnie gdy jakaś myśl mnie pochłonie całkowicie i odpłynę w krainę wyobraźni:):):)
  • kolewoczy Nie wiadomo, obawiać się zawsze niespodziewanego, czy cieszyć, że nic się nie stało 😉
  • babciabezmohera Stary człowiek z demencją to ogromny problem dla rodziny.Bardzo współczuję.
  • annazadroza kolewoczy:-) W zależności od aktualnego stanu ducha, jak ze szklanką: albo do połowy pełna, albo pusta 🙂 Ja się cieszę, że leki działają i w stopniu możliwym dla danego przypadku – poprawiają jakość życia wszystkich domowników.
  • annazadroza BBM:-) Już raz temat przerabiałam, więc mi łatwiej. Mężowi trudniej, bo to jego mama. Najtrudniej jest pogodzić się z faktem, że bliska osoba robi się nagle zupełnie inna niż była zawsze. Obca, nieprzewidywalna, nieobliczalna, nieraz niemiła a czasem niebezpieczna. I nie można jej pomóc, bo albo się nie da, albo ona sama na to nie pozwala.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Miłego weekendu :)

No i padłam, nie pojechałam do Calineczki, pojechał Mąż. Zapakowałam się do łóżka, łyknęłam straszny zajzajer z apteki, poza tym rutinoscorbin i aliofil. Wygrzałam się, wyspałam i wstałam dziś jak nowa. Myślę, że po prostu byłam koszmarnie zmęczona. Wnusia K. dziś bardzo chce przyjechać, bo się baaardzo
stęskniła za Skitusiem, który jest jej osobistym przyjacielem. Uprzedziła, że będzie go przytulać przez cały czas. Przekazałam tę informację Skitulowi, łypnął na mnie jednym okiem zastanawiając się po co go budzę, wetknął z powrotem łeb pod kocyk i tyle w temacie.
O psach miałam więcej powiedzieć. Otóż Skituś to posokowiec bawarski, przebywający u nas teraz chwilowo a czasem awaryjnie. Teraz ze względu na urodzenie się Calineczki i dochodzenie do siebie jej mamy. Jest śmieszny, taki typowy ciapek, typ myśliciela i filozofa. Jak stanie w jednym miejscu i nad czymś się zastanawia to go przepchnąć nie można w żadną stronę, bo silny jest i ciężki. Tak samo jeśli czegoś chce, stanie wtedy i mruczy, i ruszyć go z miejsca trudno. Do tego jest ciepłolubnym kanapowco-fotelowcem i najlepiej się czuje śpiąc pod kocykiem. Czasem nawet czubka nosa nie widać. Nie lubi chodzić na spacery podczas brzydkiej pogody, robi co musi i ucieka pod kocyk. Poza tym wyjątkowo nie lubi jak gdzieś strzelają, czy też słychać inny odgłos zbiżony do strzału – pies myśliwski:):):) Daje wtedy dyla w stronę domu i ja nie jestem w stanie utrzymać go na szelkach, Mąż musi. Ja bym mu założyła kolczatkę, dla bezpieczeństwa. Ale jak takiemu ciapkowi założyć kolczatkę, jeśli on nie ma sierści tylko taką jamniczą? Przecież kiedy spojrzy tymi swymi
wielkimi oczami, z wyrazem wiecznego zdziwienia na mordce to zrobię wszystko, czego tylko chce:)
Szilunia natomiast to nasza sunia, przygarnięta 3 lata temu. Znalazła ją przyjaciółka M. błąkającą się po działkach. Wielu już psom stamtąd M. zapewniła domy, kotom różnym też, bo to taka kochana dziewczyna ta M. Szilka jest średniej wielkości, czarna, na mordce ma trochę siwych (albo białych) kudełków, na łapkach białe skarpetki. Piękną kitę, która zaczęła zmieniać kolor na brązowy. Zresztą na całym ciele zaczęły jej się pojawiać brązowe refleksy, szczególnie widoczne w słońcu. Sylwetkę ma zbliżoną do owczarka niemieckiego, tylko oczywiście jest mniejsza. Jest bystra, szybka, zwinna. Trafnie określiła ją pewna pani na spacerze jako „skaczącą kulkę radości”. Przywiązała się do nas ogromnie, najszczęśliwsza jest, kiedy ma wszystkich w zasięgu wzroku. Ma duży zasób słów i gada tak cudnie, jak dotąd żaden z moich psów. Może dlatego, że to dziewczynka a nie chłopak:):):)
To na razie tyle. Zaraz Mąż po Wnusię pojedzie do szkoły, a ja się za naleśniki wezmę i placek z jabłkami i śliwkami upiekę. Miłego weekendu:):):)

27.10.2017

  • kolewoczy Leje! To nie powód, żeby gnić w domciu, ale i nie zapowiada wspaniałego weekendu 😉
  • babciabezmohera Sercem piszesz o swoich psiakach.Fajnie się czyta.;)
  • fusilla Ciepłe z Puchatym na całkowitą zdrowotnosc posyłam!
  • annazadroza kolewoczy:-) Psy zmuszają do wyjścia bez względu na pogodę. Staraliśmy się wykorzystywać chwile, kiedy ulewa zamieniała się w mżawkę i wtedy wyskakiwaliśmy na trawkę. Tak więc mimo złej pogody trening zaliczony 🙂
  • annazadroza BBM:-) Psiaki tyle serca okazują, że nie można inaczej 🙂
  • annazadroza Fusilla:-) Dziękuje i za Ciepłe i za Puchate, pomogło, bo mi zupełnie dobrze się zrobiło:):):)
  • e.urlik Dzięki za opowieść o psiurach kochanych. Za inne też, ale psiury to zawsze moja miłość największa. Mój waży 55 kg, kiedyś mnie ciągał po krzakach jak bawół, ale oduczył się szybko, bo go bardzo prosiłam. Teraz czeka na mnie, kiedy zwalniam, bo oboje już starzy jesteśmy.
    A kolczatka to Samo Zło. Dasz radę bez. Dobra, wracam do czytania 🙂
  • annazadroza Mój Rolf ważył 45, też kawał psa, ale delikatny i uważający mężczyzna był z niego:) Chodziliśmy razem do psiej szkoły, bo on moim pierwszym osobistym psem był, razem się uczyliśmy i dzięki niemu nawiązałam przyjaźnie trwające do tej pory, choć już trzecie psie pokolenie ze mną mieszka:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Głosujcie na Fusilkę!

Od wczoraj się zastanawiam nad pewną kwestią. Ponieważ skończyłam publikować „Po co wróciłaś…” a trzecia część jeszcze w lesie, nawet w głębokim lesie, zastanawiam się czy od jutra „Pasma życia” zacząć wrzucać na bloga czy jeszcze nie. Akcja toczy się dużo później, już w naszej obecnej rzeczywistości (dla uściślenie – sprzed „dobrej” zmiany) i myślę sobie co zrobić…
Ranek wstał bezdeszczowy, zdążyliśmy wyjść z psami, nawet ciepło było w porównaniu z wczorajszym dniem. Usiadłam do Lapcia a tu chmury, wiatr się zerwał, coś mnie w gardle lekko drapie. Niedobrze, przecież do Malutkiej „na służbę”:):):) jadę zaraz. Mam gdzieś schowane maseczki, używałam kiedyś dla ochrony przed kurzem, muszę poszukać. Upiekłam dla Wnusi K. babeczki – tym razem ze śliwką, bananami, wiórkami kokosowymi i otrębami owsianymi. Sprawdzają się na drugie śniadanie do szkoły.
Bez względu na obecność czy nieobecność deszczowych chmur życzę wszystkim słoneczka w duszy i miłego czwartku:):):)
Aha, głosujcie na Fusilkę!    www.gokchojnice.pl/głosowanie-etiudy/
Pierwsza po lewej etiuda, „Pan Bukiecik”. Głosować można do końca miesiąca. Głosujcie!!!

26.10.2017

  • babciabezmohera Głosuję codziennie z dwóch nośników! 😉
  • e.urlik Anno, czasem wydaje mi się, że mieszkamy przy tej samej ulicy, głównie w kwestii śmieci i rozbitych szkieł. I jeszcze o psiakach swoich napisz dogłębniej. I jeszcze zdradź, kiedy masz czas na wszystko: babeczki, wnuśki, spacerki i jeszcze na te historie cudne.
  • annazadroza babciabezmohera:-) Już dzisiaj też 2 razy poszło:)
  • annazadroza e.urlik:-) Kochana, kiedy właśnie w ogóle nie mam czasu. Dyrdymałki moje powstały wcześniej, dlatego mogłam je publikować. Na tę trzecią część nie mam czasu, ale się postaram, przyrzekam. O psiakach napiszę, nawet zaraz:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

No żesz do jasnej choinki!

No żesz do jasnej choinki! Ile można czekać na jakąś stronę? Kręci się kręciołek i kręci a połączenia brak. To samo ze „zjadaniem” tekstu. Dobrze, że sobie piszę w notatniku i tylko przenoszę, mniejsze ponoszę straty niż osoby piszące bezpośrednio na bloxie. Już na wiele skarg się natknęłam, więc nie tylko ja mam takie problemy, choć z początku myślałam, że to przez mój antytalent techniczny coś psuję.
Zimno i mokro, piękna jesień nas zostawiła i sobie poszła. Sprawdzałam prognozę, ale jakoś nie bardzo na powrót złocistej polskiej się zanosi. Trzeba wyjąć ciepłe kurtki i buty, i ogólnie przygotować się do sezonu – brr, jak tego nie lubię. Nie lubię zimna! Nie lubię pluchy, chlapy, moknięcia po wyjściu z domu,
przemoczonych butów. I jeszcze nie lubię brudu na ulicach, puszek, butelek, papierów i innych śmieci rzucanych przez „wspaniałych” rodaków byle gdzie. A już szczególnie mnie szlag trafia na widok śmieci zostawianych na szlakach turystycznych. Jak żeś człowieku przyniósł pełną puszkę czy flaszkę, to po
opróżnieniu zabierz ją ze sobą. Lżejsza chyba jest, bo pusta, więc się nie przemęczysz wracając. To samo się tyczy różnych osiedlowych konsumentów napojów w rodzaju słynnego Mamrota. Lubią sobie na powietrzu postać czy posiedzieć, ok, proszę bardzo, nawet Mamrot jest dla ludzi. Ale po skończonej uczcie niechże zabiorą te nieszczęsne butelki czy inne pojemniki i wrzucą do śmietnika. Ale nie, za duży wysiłek, i od razu chlew się robi w całej okolicy, w której różne Mamrotopodobne napoje były spożywane. A mogłoby być tak ładnie…
Nastękałam się, ale wkurzyła mnie rozbita przy torach butelka. O mało psy nie weszły w szkło, a mogłoby też wejść dziecko, upaść na ostre, sterczące fragmenty i tragedia gotowa.

25.10.2017

  • kolewoczy Przy torach, to ktoś przez okno nawet mógł wyrzucić dla zabawy. Powinno się wprowadzić kary jak w Singapurze, tam za papierek rzucony na chodnik wlepiają drakońskie kary. I jest czysto.
  • ciotkaeliza Bo każdy lubi zaznaczać swoją obecność, koty i psy po swojemu a ludzie po swojemu a ze może to być czasem niebezpieczne, to pewnie nikt o tym nie myśli.
  • irsila Jest taki rodzaj ludzi co to lubią tak właśnie śmiecić i nic nie poradzisz.
  • annazadroza kolewoczy:-) To raczej takie okoliczne pijaczki, bo tory są tylko towarowe. A takich „mamrotolubnych” jest wokół bardzo wielu, co widać po śladach jakie po sobie zostawiają. Także ich samych widzę idąc z psem. Czy nie byłoby im przyjemniej w tym „barze pod chmurką” spożywać napoje w pięknych okolicznościach przyrody zamiast na śmietniku? Pytanie pewnie retoryczne…
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Bezmyślnych – jak widać – jest bardzo wielu. Jak np. ci, którzy z kładki dla pieszych rzucają kamieniami w przejeżdżające samochody. I jak takiemu wytłumaczyć, że źle robi?
  • annazadroza irsila:-) No faktycznie, nie poradzisz. Pewne rzeczy się wynosi z domu, wszak czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci…
  • irsila Uciążliwych, takich patologicznych sąsiadów miałam przez 10lat,
    którzy to ogródek przyblokowy mój, mi dewastowali przez 10 lat!
    Wyrzucali tam co im popadło!
    Na szczęście umowa z nimi, się skończyła
    administracja odmówiła towarzystwa i się wreszcie wyprowadzili!
    Teraz na klatce i w ogródku czysto mam i niech jak najdłużej trwa ten stan!
  • annazadroza irsila:-) To ja Ci bardzo współczuję, przez 10 lat się męczyć z takimi… niekulturalnymi …ludźmi. Aż by się prosiło…czapkę niewidkę i kije samobije mieć… Oby się nowi o podobnym charakterze nie wprowadzili. Trzymaj się, dzielna dziewczyno:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 40 – koniec drugiej części cyklu ursynowskiego

Ostatni tydzień wakacji minął bardzo szybko.

Po wyjeździe Teresy i chłopaków zrobiło się cicho i spokojnie. Aldona kwitła szczęściem, Sergiusz patrzył w nią jak w obraz oszołomiony natężeniem przeżywanych uczuć. Jak to możliwe, żeby on, tak trzeźwo patrzący na świat, został ogarnięty przez miłość i wypełniony nią całkowicie? Chodził po domu głośno śpiewając, naśladując gwiazdy rocka. Tina krok w krok za nim i przyglądała się przekrzywiając łeb na bok. Często suczce towarzyszyły kotki i cały orszak krążył po domu i ogrodzie wywołując okrzyki radości i zachwytu u wszystkich czterech pań.

Wieczory były piękne chociaż chłodne, jak zwykle w sierpniu. Dziewczynki zamykały się w Ukrytym Pokoju powiedziawszy „dobranoc” rodzicom, ci ostatni wychodzili przed dom ze zwierzakami. Spacerowali po ogrodzie wpatrzeni i wsłuchani w oplatającą ich noc. Ścigali wzrokiem spadające gwiazdy wypowiadając życzenia, jedne głośno, drugie po cichutku. Snuli wspólne plany na przyszłość, obmyślali najdrobniejsze szczegóły domku, który zbudują w Cięciwie, a który koniecznie miał być normalnym, solidnym, całorocznym domem dla licznej rodziny.

Któregoś wieczoru Aldona poczuła znajomy strach chwytający ją za gardło. Odnosiła wrażenie, że gdzieś z tyłu czai się coś złego, ponurego, co ją pochwyci i uniesie w krainę ciemności na zatracenie, tam, skąd nie ma powrotu…

Zerwał się gwałtowny wiatr, zza lasu wypłynęły czarne chmury zakrywając iskierki gwiazd, tarczę księżyca, okrywając cieniem ziemię. Zadrżała jakby poczuła ukłucie prosto w serce, jakby ktoś nagle lodem dotknął rozpalonego czoła, jakby zawisło nad nią coś strasznego i groźnego. Może czuła się zbyt szczęśliwa? Może z jakichś nieznanych powodów właśnie ona nie ma prawa do szczęścia? Ale skąd takie myśli? Dlaczego? Przecież nic się nie stało, tylko nadciągają ciemne chmury zwiastujące zmianę pogody. Zwykła rzecz. Skoro w radio od rana  zapowiadali deszcz, jest to zupełnie normalne i naturalne zjawisko.

– Ty się cała trzęsiesz –  Sergiusz przytulił ją do siebie. – Chodźmy do domu, rzeczywiście ochłodziło się raptownie – drżenie przebiegające jej ciało wziął za rezultat ochłodzenia temperatury pachnącego lasem powietrza.

Widok nadciągającej chmury prześladował ją przez pozostałe dni, zupełnie niespodziewanie pojawiając się w pamięci nawet w słoneczne południe. Serce ściskała trwoga a to „coś” nieokreślonego zdawało się krążyć nieustannie wokół przerażonej Aldony. Nie wspominała o tym partnerowi w obawie, że wyśmieje ją albo uzna za histeryczkę.

Dziewczynki wykorzystywały każdą chwilę na szaleńcze gonitwy po Skałkach, zjeżdżanie ze Styrku zielonym czterokołowym wózkiem z dyszlem, pożyczonym od wujka Zygmunta, albo turlanie się z górki w dół w towarzystwie „tubylców” oraz Tiny i Miśka, który – choć dużo, dużo większy od suczki – dawał się w zabawie rozkładać na łopatki.

Nadszedł wreszcie czas wyjazdu poprzedzony nieprzespaną przez Aldonę nocą. Dziewczynki płakały z żalu, że trzeba jechać ale za chwilę snuły plany wspólnego spędzania weekendów i ferii, bo przecież „są jak prawdziwe siostry”.

Tinusia nad podziw dobrze zniosła długą podróż. Rozłożona wygodnie na tylnym siedzeniu głównie spała. Dziewczynki siedziały na samym brzegu siedzenia, często klękając na podłodze, zrzucane przez pupilkę nawet z owego kawałeczka miejsca.

Rok szkolny rozpoczynał się w poniedziałek. Przez całą sobotę Aldona zajęta była rozpakowywaniem bagaży, praniem, zakupami przedmiotów potrzebnych do szkoły – i jak zawsze – przyrzekała sobie, że już nigdy nie zostawi tego na ostatnią chwilę. Zapracowana w ciągu dnia dopiero wieczorem zauważyła, że Sergiusz nie wpadł, nie zadzwonił do Magdy, która już wróciła z wakacji i mogłaby ją poprosić do telefonu. Kiedy jednak nie zadzwonił i nie pokazał się w niedzielę, odczuła niepokój. Co się mogło stać? Dziewczynki dolewały oliwy do ognia płacząc z tęsknoty za Tiną, obecność Bibi już im nie wystarczała.

W poniedziałek zadzwoniła do niego do pracy. Nie poznała jego głosu, tak był zmieniony.

– Kochanie,- powiedział – gdy wróciliśmy do domu okazało się, że czeka na nas Agata. Gdybym wiedział, zostawiłbym Monikę u ciebie i sam sprawę załatwił do końca. Ale w sytuacji, gdy dziecko nieprzytomne z radości nie puszcza jej ręki, chodzi krok w krok za nią i powtarza: moja mamusia wróciła – co miałem zrobić? Muszę to jakoś przemyśleć, ułożyć. Nie wiem jak, nie wiem w tej chwili co mam zrobić… Doniczko, dlaczego milczysz?

– A co mam powiedzieć? – ledwo wyszeptała zmagając się z tym „czymś”, co ją dopadło, wreszcie się zmaterializowało, chwyciło za gardło i zaczęło dusić. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, jakby prześladujące ją czarne chmury spowiły cały świat. – Co mam powiedzieć? – powtórzyła.

– Agata powiedziała, że źle postąpiła i teraz zostanie z nami. Monika płakała ze szczęścia i pytała czy na pewno już nigdzie nie pojedzie. Powiedz sama, czy mogłem w takiej chwili wyrazić sprzeciw? Bałem się o Biedroneczkę, tylko i wyłącznie ze względu na dziecko nie sprzeciwiłem się Agacie. Głośno i wyraźnie powiedziałem, że nasze małżeństwo uważam za skończone, rozwiązane. Udawała, że nie słyszy. Kochanie, muszę z tym wszystkim dojść do ładu, rozumiesz mnie?

– Przepraszam cię, muszę kończyć – odłożyła słuchawkę.

Siedziała nieruchomo blada jak świeżo pobielona ściana. Serce waliło oszalałym rytmem a ręka, którą podniosła, by wytrzeć łzy spływające po policzkach, drżała jak w febrze. Dlaczego? Dlaczego znowu ją musiało to spotkać? Uwierzyła, że może być szczęśliwa, kochana. Po co? Wróciła żona. Jaka by nie była – żona. Formalna, legalna. A ona? Ona jest nikim. Była zabawką dla mężczyzny, to takie zwykłe i banalne… Nie! To niemożliwe! On nie kłamał! Nigdy nie mówił nieprawdy. Jeśli już coś powiedział – dopiero wtedy, kiedy był pewien siebie i swoich uczuć, inaczej nie powiedziałby ani słowa. Dobrze, że ma w torebce relanium. Dobrze, że nie ma nikogo w jej  pokoju. Trzeba się wziąć w garść.

Do końca dnia pracy funkcjonowała jak automat nie wiedząc co się wokół niej dzieje. W domu wysłuchała relacji dziewczynek z pierwszego dnia w szkole starając się zrozumieć cokolwiek z ich paplaniny. Po głowie tłukła się jedna myśl: po co wróciłaś Agato? Nie mogłaś zostać tam gdzie byłaś i dać nam wszystkim żyć?

Przygotowała dzieciom kolację, rzeczy do szkoły na jutro, kazała iść spać. Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Trzymając Bibi w objęciach stanęła przy oknie. Na niebie nie błyszczała nawet jedna gwiezdna iskierka, drogę do ziemi zagradzało kłębowisko czarnych chmur gnanych silnym wiatrem, przesuwających się z ogromną szybkością i bezustannie zmieniających złowrogie kształty. Przytuliła  mocniej koteczkę. Bezgłośne łkanie  wstrząsnęło jej ramionami, rozpłakała się, rozszlochała nie mogąc dłużej zapanować nad potwornym bólem i rozpaczą. Łzy jedna za drugą płynące strumieniem żłobiły na policzkach i w kącikach oczu piekące bruzdy. Straciła sens istnienia, nie miała po co żyć. Pragnęła, by nigdy nie nadszedł świt, by mogła pogrążyć się w wiecznej ciemności razem ze swym cierpieniem. Nie myślała o dzieciach, nie myślała o koteczce, która wyrwała się jej z rąk strwożona dziwnym zachowaniem i wskoczyła na parapet. Obserwowała z parapetu jak pani osuwa się na kolana i znieruchomiała, z twarzą nabrzmiałą niewysłowioną męką szepce: po co wróciłaś Agato?

24.10.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl No i wiadomo skąd ten tytuł, takie życie. Doczytuje poprzednie.
  • annazadroza Legendarna:-) Wszystko będzie dobrze, przecież musi. Inaczej niż w realu 🙂 Ale kiedy skończę? Najstarsi górale tego nie wiedzą, ja też, mam dopiero ok. połowy zamierzonego materiału. Czasu brak usiąść spokojnie i popracować, bo obowiązki domowe są i do Calineczki jadę 2 razy w tygodniu. Malutka jest przecież najważniejsza na świecie teraz:):):)

 

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze

Co mogę zrobić…

W numerze październikowym i listopadowym „Nieznanego Świata” jest frapujący artykuł pt. „Karma narodów: traumy po wojnach” autorstwa Małgorzaty Stępień. Jeszcze nie do końca „przetrawiłam” całość, czytam po raz drugi i nasuwa mi się wniosek, że być może jest tu część odpowiedzi na pytanie skąd się biorą te nieszczęsne nasze narodowe problemy powtarzające się od początku powstania państwa.
Według ezoteryków „karma stanowi swoisty bilans zasług i przewinień zgromadzonych w kolejnych wcieleniach duszy. Istnieje jednak nie tylko karma pojedynczych osób ale i zbiorowa: rodzin, rodów, lokalnych społeczności, zgromadzeń, zawodów, partii politycznych czy organizacji, a także miast oraz całych państw. Dzieje się tak, gdyż grupy powiązanych ze sobą ludzi w zbliżonym czasie powracają na Ziemię i są tym silniejsze im mocniejsze związki łączyły ich w poprzednich żywotach.” (N.Ś. 10/2017 str. 5)
Nie trzeba być ezoterykiem i sięgać do kolejnych wcieleń, by wiedzieć, że nasze życie i jego poziom to wynik wyborów dokonanych w przeszłości. Oraz, że przeszłości owej zmienić się nie da, „daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia, przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia” (z pamięci, Asnyk). Ale mówi się, że od tej chwili konkretnej, właściwie od każdej chwili, można zacząć kształtować własną przyszłość poprzez panowanie nad myślą, poprzez świadomość, że co z siebie człowiek „wyrzuca” w formie energii (myśl, słowo), to samo wraca w przyszłości. Ten fakt powinien już chyba każdemu być znany, bo przecież ponosi się konsekwencje własnych czynów.
Po różnych tragicznych wydarzeniach „…istotną konieczność stanowi przeżycie żałoby, refleksja i zadośćuczynienie. Wybaczenie jest skutkiem zrozumienia przyczyn, które doprowadziły do traumatycznych zdarzeń: pozwala pogodzić się ze stratą zaakceptować ból i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Natomiast nieodbycie lub przerwanie żałoby prowadzi do eskalacji emocji. Nasz naród tragicznie tego doświadcza choćby w wyniku katastrofy smoleńskiej. Śmierć kilkudziesięciu osób dotknęła nie tylko ich bliskich, ale całe społeczeństwo, podzielone przez polityków jak nigdy dotąd. W świetle zebranych faktów z dziejów różnych narodów warto zapytać, czy właśnie taki los chcemy zgotować swoim dzieciom i wnukom?”
Przytoczyłam fragmenty, bo trafniej nie umiałabym wyrazić myśli. W wyniku emocji przeżywanych przez nas tu i teraz fundujemy następnym pokoleniom horror i tragedię. Zachęcam do przeczytania całego artykułu, skłania do głębokiej refleksji i odpowiedzi na pytanie – każdy to robi we własnym zakresie i we głębi własnej duszy – co mogę zrobić, aby przerwać zacieśniające się kręgi zła, powstrzymać chocholi taniec, obudzić do życia pogrążonych w letargu?
23.10.2017

  • kolewoczy Do rewelacji zamieszczanych w „Nieznanym Świecie” podchodziłabym jednak z większym sceptycyzmem. A już duch/dusza narodu trąci „Królem -Duchem” Słowackiego, tylko że to wizja poetycka, a nie nauka. Dobre jako próba zrozumienia losów narodu, ale nie jako wytłumaczenie dzisiejszego rozłamu w społeczeństwie. Nie umiem znaleźć historycznego uzasadnienia dla współczesnej polaryzacji stanowisk budowanych na skrajnościach do tego stopnia, że jedynymi argumentami są wrzaski, krzyki, transparenty, blokady, obrzucanie błotem i pogarda.
  • irsila Ja jestem zbyt ograniczona by się takimi sprawami zajmować,
    dlatego nie będę komentować.
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Znowu jestem, po przerwie, no cóż dzisiejszy dzień składania do kontemplacji, ale współczesny pracujący nie ma na to za dużo czasu. Może by wstąpić do zakokonu kontemplacyjnego..to w cudzysłowie. Pomyślę potem….
  • fusilla Jestem do bólu realistka więc ezoteryka to dla mnie ….. nawet sama nie wiem co! Ale też myślę, że sami odpowiadamy za to co robimy, łącznie z dzieleniem i nienawiścią, a także miłością i współczuciem!
  • annazadroza kolewoczy:-) Z „Nieznanym Światem” jestem zaprzyjaźniona od pierwszego numeru, zawsze z niecierpliwością czekam na kolejny. A jak odbierać poszczególne teksty – to jest indywidualna sprawa. Z całą pewnością prowokują do myślenia i zwracają uwagę na sprawy często niezauważalne po prostu. Uważam, jak Ty, że „argumenty” wymienione przez Ciebie są nie do przyjęcia, niosą ze sobą tylko wrogość, pogłębianie podziału i kompletny brak możliwości dojścia do porozumienia.
  • annazadroza irsila:-) Poczucie humoru przez Ciebie przemawia, a ono wszak świat od złego zbawia:):):)
  • annazadroza Legendarna:-) Miło, że wróciłaś:) Ciekawa jestem co powiesz o weselu brata Karoliny;-) Doczytałaś już?
  • annazadroza Fusika;-) Ezoteryka czy nie, jak zwał tak zwał, a prawdę od razu powiedziałaś – sami odpowiadamy za to czym się dzielimy. I chyba rzecz w tym, żeby się dzielić dobrem, w jak największej ilości, próbując chociaż trochę ograniczyć wysyłanie złych emocji. Ja zaczęłam np.( w ramach ćwiczeń) oglądać mniej programów informacyjnych i staram się „nie rozmawiać z telewizorem” opanowując emocje, żeby mną nie rządziły.
    Głosy oddane 🙂
  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Czytam „Nieznany Świat”,z niektórymi artykułami się zgadzam, do innych podchodzę z zaciekawieniem. Co do poruszonych w artykule kwestii „Karmy Narodów”i ich przełożenia na to co się dzieje w Polsce,to mam dystans.Uważam,że to co się dzieje w każdym kraju,zależy głównie od mądrości ludzi wybierających tych,którzy w ich imieniu kierują państwem.Nasz Naród niestety po raz kolejny w historii nie zdaje egzaminu z tej mądrości.
  • annazadroza Rick:-) „Nieznany Świat” – jak sam mówisz, czytasz z zaciekawieniem. Bo są tu poruszone sprawy, które trudno znaleźć gdzie indziej, przedstawiane poważnie, bez szukania taniej sensacji czy wykorzystywania szarlatanów. Natomiast prowokuje do myślenia, do zastanawiania się i wyciągania wniosków. Sam przyznajesz, że z tym mamy jako naród problem wielki. Nie uczymy się na własnych błędach, ani na cudzych. W ogóle się nie uczymy. O czym to świadczy, poza tym, że długa droga przed nami?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 39

Tak to już jest na tym świecie, że wszystko co dobre szybko się kończy. Przeminął pełen wrażeń weekend. Teresa spakowała swoje bagaże, wzięła też trochę rzeczy Aldony, bo ciasno byłoby w samochodzie w drodze powrotnej ze względu na obecność Tiny oraz mnóstwa zakupów zrobionych w Tenczynku i Krzeszowicach.

– Nic się nie martw – pocieszała przyjaciółkę Teresa. – Ja też zawsze stąd wracam jak juczny wielbłąd. Zawsze wypatrzę całą furę rzeczy, które są mi koniecznie potrzebne głównie dlatego, że kosztują mniej niż w Warszawie. Zwiąż wszystkie koszyki razem albo wsadź do pudła, pełno ich na strychu. Pudło można umieścić na dachu, na bagażniku.

Na jarmarku w Krzeszowicach odbywającym się zawsze w poniedziałki, kupiła Aldona kilka koszyków różnej wielkości i kształtu, aby wykorzystać je jako osłonki na doniczki i łamała sobie głowę jak się z tym wszystkim zabierze. Gdzieś musiała jeszcze zmieścić cały duży komplet pomarańczowych garnków z Olkusza kupionych prawie za połowę ceny, którą musiałaby zapłacić na bazarku czy na Giełdzie Na Dołku, za ten sam towar.

Sergiusz z Jurandem majstrowali coś przy samochodach. Dzieci z niewyraźnymi minami kręciły się po domu i ogrodzie. Dlaczego ten wujek Zygmunt nie przychodził? Chłopcy niedługo jadą i co? Nie dowiedzą się po co ten kudłaty typ straszył w tunelu.

– Po co przyrzekaliśmy wujkowi, że będziemy tu siedzieć? Ja tego nie przeżyję – zajęczał ponuro Kubuś.

– Przeżyjesz, przeżyjesz – spokojnie powiedział Maciek wyglądając przez okno Ukrytego Pokoju.

– Co ty tam wiesz? – burknął Kuba patrząc spode łba na brata.

Linka tylko zerknęła na Maćka, bez słów podeszła do okna i sama wyjrzała.

– Przeżyjesz – powtórzyła jak Maćkowe echo. – Wujek właśnie zsiadł z roweru. Teraz wchodzi przez bramkę prowadząc rower – relacjonowała.

– Bujasz – Kubuś skoczył do okna, odepchnął brata i wystawił głowę na zewnątrz. – Faktycznie! Lecę na dół.

– Nigdzie nie lecisz – Maciek złapał go za kołnierz i przytrzymał. – Wepchałeś się niczym prosię, odepchnąłeś Linkę i nawet nie powiedziałeś przepraszam.

Kubuś spienił się jak morski bałwan ale nie miał czasu na obrażanie się. Wujek przecież przyniósł ważną wiadomość.

– Przepraszam – powiedział głośno i wyraźnie co mu się przy tym słowie raczej nie zdarzało, – ale nie wpychałem się na ciebie, Linko. Chciałem wyjrzeć i nic więcej

Gdy Maciek uwolnił go z uścisku, dodał z bezpiecznej odległości.

– A ty bracie zapamiętaj, że mnie się nie szarpie bezkarnie. Mogłeś mi spokojnie zwrócić uwagę, przecież nie zrobiłem tego specjalnie. Chciałeś się popisać przed Linką, tak?

Maciek machnął ręką nie przywiązując wagi do pogróżek brata i popędził za resztą na spotkanie z wujkiem umierając z ciekawości, wpadając z całym impetem na Inkę i Marka, oni zaś na biedną Moniczkę robiąc „korek” na schodkach.. Zanim się „odkorkowali” wujek wchodził do domu radośnie witany przez Tinę.

– I co? I co? Udało się? Co tam było? – wołali wszyscy jednocześnie.

– W porządku, udało się – uspokajał wujek. – Dajcie mi odsapnąć i wejść do pokoju. Przecież ja nie mam tylu lat co wy, chociaż bardzo tego żałuję.

– Uspokójcie się! – krzyknęła Teresa. – Spokój! Czyście zupełnie poszaleli? Wejdź wujku, siadaj. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty a może kompotu?

Wujek usiadł w krzesłofotelu przy okrągłym stoliku. Zapalił lampkę, lubił jej różowe światło. Rzucała blask na jego srebrzyste włosy i czyniła sympatyczną twarz zupełnie młodą. Może to wrażenie potęgowały iskierki – chochliki w wesołych oczach?

– Słuchajcie staruszkowie – zwrócił się do dorosłych. – Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę z tego, że macie genialne dzieci.

– A co one znów narozrabiały? – jęknęła Aldona.

– Wiem, że wszystkie, ile ich tu jest, są genialne, ale akurat dlaczego w tym momencie ty to dostrzegłeś? – spytała Teresa.

Dziewczynki zapiszczały z radości słysząc opinię wujka.

– Otóż wasze dzieci ciężko pracowały podczas gdy wy bawiliście się albo drzemali w Krakowie. Odnalazły bimbrownię – oznajmił tryumfalnie.

– Rany boskie! – złożyła ręce Aldona. – Co znalazły?  Bimbrownię?

– Teraz? Przecież alkoholu jest już wszędzie do czorta i ciut ciut – zdziwiła się Teresa.

– Ale odnalazły. W tunelu pod Buczyną.

– To tam was licho poniosło? – w głosie Juranda dzieci wyraźnie wyczuły podziw dla siebie. – A nie mogliście mnie wziąć ze sobą?

– A nie wiesz w jaki sposób? – wesoło spytał Marek.

– A któż pędził ten bimber? – spytał Jurand.

– A jak myślisz? Jeśli powiesz, że Kudłaty, to zgadłeś.

– Tak właśnie myślałem.

– Akcja się powiodła, aparatura zarekwirowana. Marku, ten zapach o którym mówiłeś, to zapach spalającego się gazu z butli.

– Dlatego skojarzyło mi się z Cięciwą

– Kudłaty tłumaczył, że to nie on sam tylko jakiś facet z Rudna czy Zalasa do tego go namówił. On tylko w tunelu ukrywał butelki przed swoją babą, bo mu w domu nie dawała pić i goniła do roboty. Właził więc do kryjówki i tam sobie spokojnie pociągał. Aż tu kiedyś ten facet go nakrył. I zagroził, że jak nie będzie współpracował, to powie jego babie. A baba jak piec wielka, Kudłaty trzęsie przed nią portkami jak diabeł przed panią Twardowską. Podobno dlatego się zgodził.

– To dopiero historia – nie mogła się nadziwić Aldona.

– Byłaby zabawna, gdyby nie przypłaciło jej życiem dwóch młokosów przez własną i cudzą głupotę. Szkoda ich, nie zdążyli zmądrzeć – powiedział Jurand.

– Tak, ale cóż można poradzić na głupotę? Jest nieuleczalna. Ale wy możecie się cieszyć, że macie genialne dzieci, będą sławne w całym Tenczynku – zakończył wujek.

– Szkoda, że już jedziemy – posmutniał Kuba. – Chętnie pochodziłbym sobie po wsi jako sławna osoba.

– Będę miał co opowiadać Olkowi – cieszył się Maciek.

Kubuś coś sobie nagle przypomniał, wysunął się cichutko z pokoju a po chwili wrócił z małą buteleczką w ręce.

– Wujku, to jest ta zaczarowana buteleczka o której mówiłeś? – porozumiewawczo przymknął oko.

– Pokaż, niech no jej się przyjrzę. Tak, ta sama.

– Jak to czarodziejska? W jakim sensie? Co to znaczy? – dopytywały się zaintrygowane dzieci.

Jurand zmarszczył brwi, szukał czegoś w pamięci wreszcie przygryzł wargi chcąc ukryć uśmiech.

– Chcecie zobaczyć dlaczego? Proszę bardzo. Kto jest najstarszy?

– Maciek!

– A zatem jemu ten zaszczyt się należy. Weź ode mnie buteleczkę i włóż do kieszeni spodni. Uwaga, odprawiam czary.

Pomamrotał po cichu i pomachał rękami.

– Figaon pogaon figate tutenbaon. Gotowe. Teraz nie wyjmując buteleczki z kieszeni odkręć zakrętkę i oddaj mi ją.

– Może tam jest dżin jak w amforze z baśni? –  Moniczka wspięła się na palce spodziewając się zobaczyć coś nadzwyczajnego. Tymczasem Maciek zastygł bez ruchu z ogłupiałą miną a po spodniach na podłogę popłynęła strużka…

– Maciusiu, co ty! – krzyknęła Teresa.

– Ja, ja nie wiem, to nie ja – wybełkotał. – Ja nic nie zrobiłem, odkręciłem tylko butelkę i…

Kuba rechotał, Jurand też, wujek Zygmunt nie mógł już dłużej zachować powagi. Maciek wyjął buteleczkę z kieszeni i dokładnie obejrzał.

– A, to takie buty – groźnie spojrzał na brata zobaczywszy dziurkę wywierconą w dnie.

– Miałem zrobić dowcip wujkowi Sergiuszowi ale ty mi się naraziłeś – wyjaśnił Kubuś. – Nie szarp na drugi raz mniejszych od siebie bez powodu.

Maćkowi szybko przeszła złość i śmiał się ze wszystkimi. A wujek opowiadał jak w czasie wojny pracował w krakowskich tramwajach, w warsztacie elektrycznym i jakie figle płatał wspólnie z kolegami.

– Na przykład kiedy przechodził obok nas Niemiec podnosiliśmy rękę mówiąc: mój pies tak wysoko skacze, a on myślał, że go pozdrawiamy. Odpowiadał: „hajhitla” podnosząc rękę tak samo jak my. Śmialiśmy się z tego do rozpuku.

– Opowiedz im o myszy – przypomniał Jurand.

– Mieliśmy w warsztacie majstra, – uśmiechnął się wujek na samo wspomnienie, – wielkiego chłopa, który potwornie bał się myszy. Ja, jak to młody chłopak, miałem różne głupie pomysły. Kiedyś znalazłem w warsztacie zdechłą mysz. Przywiązałem tę bidulę nieboszczkę za ogon do paska od fartucha, w którym on chodził. A chodził wyprostowany kręcąc kuprem. Mysz raz z jednej, raz z drugiej strony waliła go po pośladkach ale nie czuł. My dusiliśmy się ze śmiechu. Któryś z chłopaków nie wytrzymał i zawołał: panie majster, co wam się tak z tyłu majta? Sięgnął ręką i chwycił mysz! Zaczął ryczeć, tupać, drzeć się jak opętany a my, nie czekając dalszego ciągu, pryskaliśmy jak i gdzie kto mógł przez drzwi i okna, żeby nas nie pozabijał.

– Tam się nauczyłeś sztuczki z butelką, prawda?

– Oczywiście, że tak i kilku chłopaków zrobiliśmy w konia zanim nie odkryli podstępu. A kiedyś stwierdziłem, że wszyscy powinni się kłaniać jak wchodzą do warsztatu i wchodzić bez czapek na głowach. Zaraz podłączyliśmy kabelkami klamkę do prądu, pod drzwiami zamontowaliśmy płytkę. Jak ktoś złapał za klamkę, to nim potrzęsło. To potem każdy zdejmował czapkę i przez nią naciskał klamkę. A w drzwiach umocowaliśmy stalowy pręt i kto wchodził, musiał się schylić. Tym sposobem wszyscy wchodzili kłaniając się i z czapką w ręce.

– Ja to znam. Słyszałam już to opowiadanie – Teresa wstała i usiadła, znowu wstała i znowu usiadła. – Wujku, a o telefonie na prima aprilis pamiętasz?

– Jakby nie? A ty skąd wiesz? Pewnie już mówiłem, tylko nie pamiętam.

– My nie znamy, opowiedz – prosiły dzieci.

– No więc wszystkie figle wymyślaliśmy do spółki z Andrzejem, chłopakiem, którego wojna nawet nie wiem skąd przyniosła. Było tak. Postawiliśmy na stole aparat telefoniczny, dzwonek żeśmy wykręcili ze stołówki i podłączyli pod stołem obok aparatu. Kiedy przyszedł inżynier nacisnąłem dzwonek, wyglądało jakby faktycznie dzwonił telefon. Andrzej podniósł słuchawkę i mówi: tak jest, oczywiście panie dyrektorze, już go proszę. Inżynier się spienił, bo skąd tu telefon, tylko on miał prawo wydać pozwolenie na zainstalowanie. Ale skoro dyrektor dzwonił do niego… Wziął słuchawkę, zrobił poważną minę i mówi: inżynier Iksiński przy aparacie, słucham panie dyrektorze. My dłużej nie wytrzymaliśmy i ryknęliśmy śmiechem. Ale był ubaw.

– Wujku, opowiadał mi tę historię mój własny, osobisty, rodzony ojciec, który ma na imię Andrzej – powiedziała wzruszona Teresa. – Tak się złożyło, że się jeszcze nie spotkaliście. W przeciwnym wypadku chyba byście się poznali.

– Dziecko drogie! – wykrzyknął zaskoczony wujek. – Nie może to być! Często się zastanawiałem jak się Andrzejowi życie dalej potoczyło. Ja powędrowałem do Katowic i tam zostałem przez wiele lat. Do Tenczynka wróciłem na stałe po śmierci mojego ojca. Po wypadku w kopalni mam rentę, mogę więc sobie tu spokojnie żyć tak jak lubię i robić co chcę. Andrzej wybierał się na północ, nad morze. Rozstaliśmy się na dworcu w Krakowie i więcej go nie widziałem. To znaczy, czasem mi się zdawało, że go widzę w telewizji, ale ludzie się zmieniają, a i nazwisko było inne. My przecież nie wszyscy mieliśmy swoje prawdziwe nazwiska. Potem nawet nie było wiadomo jak szukać. Dziecko kochane, żeby mi kiedyś do głowy przyszło, że córka mojego przyjaciela sprzed lat zostanie żoną małego Juranda! Coś niebywałego. Niezbadane są koleje ludzkiego losu i wyroki boskie – mówił wycierając kułakiem łzy wzruszenia.

„Mały” Jurand był nie mniej poruszony niż wujek.

Teresa długo opowiadała jak potoczyło się życie taty, gdzie mieszkał, co robił. Nie mogła się nadziwić niezwykłemu zbiegowi okoliczności.

Wiesz co, Tereniu? – powiedział uspokoiwszy się wreszcie. – Basia do mnie pisała o Andrzeju z wielką sympatią a mnie się zdawało, że go znam przez te listy. Okazuje się, że nie tylko. Ciekawe czy on mnie pamięta.

– A jakby mógł opowiadać o tych wszystkich figlach nie pamiętając o tobie? – uściskała serdecznie wujka. – Pamiętasz jak zakładaliście linię wysokiego napięcia?

– Pewnie – zaśmiał się. – Siedzieliśmy na słupach a na środku ścieżki położyliśmy duży kamień. Baby chodziły przez pola boso, żeby butów nie zniszczyć trzymały je w rękach i zakładały  przed samą wsią. Kiedy zbliżały się do kamienia wołaliśmy z góry.  Spoglądały wtedy na nas  i… łup nogą w kamień. Teraz bym tego nie zrobił, przyznaję. Ale młodzi byliśmy, głupi i o mało ze słupów nie pospadaliśmy ze śmiechu jak niektóre klęły i z dołu nam wygrażały.

Opowiadaniom i wspomnieniom położyła kres Monika usnąwszy na dywanie z głową opartą o Tinę i przytuloną kotką. Jurand nie pozwolił wujkowi jechać nocą na rowerze i odwiózł go do domu autem. Rower też miał przejażdżkę, mało co jednak widział z dachu samochodu z powodu zupełnej ciemności.

Teresa nie mogła się doczekać chwili, kiedy opowie tacie o spotkanym przypadkiem jego przyjacielu z lat młodości. Jurand wrócił z listem napisanym przez wujka do Dziadka. Teresa wyszła przed dom, do męża. Omawiając niezwykłe wydarzenie spacerowali po ciemnym ogrodzie otoczeni księżycowym blaskiem, podziwiając przecudne, granatowe niebo usiane miriadami gwiazd.

– Kochanie – Jurand objął żonę obiema rękami i przytulił kładąc brodę na jej głowie. – W tej chwili wydaje mi się, że nasze spotkanie zostało zaplanowane zanim jeszcze przyszliśmy na świat.

– Ty to mówisz? Taki zawsze trzeźwo myślący i twardo chodzący po ziemi?

– Oczywiście to na pewno tylko czysty przypadek, ale… może coś więcej w tym jest? – przytuleni stali nieruchomo otoczeni ciemnością nocy skrywającą przed ludzkimi  oczami niezgłębione tajemnice.

20.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Przychodzi baba do lekarza…

Każdy chciałby być młody, piękny i zdrowy. Z wiekiem znaczenie tego ostatniego rośnie. A jak już człowieka dopadną dolegliwości, to chciałby trafić do lekarza wtedy, kiedy boli a nie za miesiąc, albo dalej. I jeszcze, żeby lekarz, z którym się wreszcie udało spotkać, rozumiał z czym i po co do niego się przychodzi, a nie przysypiał ze zmęczenia z otwartymi oczami. Albo nie wysłuchał do końca, bo musi pędzić do kolejnego miejsca pracy. Tak się składa, że człowieka łatwo „popsuć” ale „naprawić” już nie zawsze się da. Maszynę można naprawić, dokręcić śrubkę, zamówić nowe części do wymiany, ale człowiekowi nic nie odrośnie, jeśli przez pomyłkę wykończony chirurg utnie nie to co trzeba, albo zaszyje narzędzie wewnątrz, albo umrze z
wycieńczenia podczas pracy. Ostatnio o kilku przypadkach śmierci lekarzy z przepracowania media donosiły. Naprawdę trudno porównywać zawód lekarza z jakimkolwiek innym pod względem odpowiedzialności. W grę wchodzi przecież ludzkie życie, które jest dobrem nadrzędnym. A chorują lub chorować będą wszyscy, bez względu na poglądy. Może być tak: przychodzi baba do lekarza a lekarza brak…

19.10.2017

  • babciabezmohera Dziwi mnie zrównywanie roli lekarza z innymi zawodami a to da się zauważyć pod hasłem „a żołądki mamy równe!” /bodajże kabarecik Olgi Lipińskiej/.Rząd wykopuje kolejny społeczny rów. Niedługo będziemy wokół siebie widzieć wyłącznie wrogów!:(((
  • fusilla Ano właśnie!
    Już teraz kolejki są niebotyczne, a co będzie później, strach się bać! Gdyby nie jakie takie znajomości ( plus dodatni małych miejscowości), w życiu nie udałoby mi sie tak prędko dostać Ślubnego tam, gdzie być może go uratują!
  • ciotkaeliza Całym nieszczęściem jest NFZ, co to znaczy by jakiś urzędnik decydował ilu pacjentów ma przyjąć lekarz w Poradni, przecież żaden lekarz zdrowego narządu nikomu nie będzie usuwał ani też nie założy gipsu na zdrową rękę. Gdyby lekarze mieli możliwość przyjmowania pacjentów tylu ilu trzeba, to nie szukali by dyżurów w innych przychodniach i nie spali na stojąco ze zmęczenia.
  • annazadroza BBM:) Jak można porównać lekarza ratującego życie człowieka z kimkolwiek innym? Nie mogę tego pojąć. Można lekarzy między sobą, bo jak w każdym zawodzie jest rzemieślnik i jest artysta. Jeden po prostu pracuje inny wykonuje misję. Jeden przepisuje recepty inny dokonuje operacji. Jeden i drugi jest nam niezbędny do życia. Ale każdemu brak zmęczenia i spokojna głowa o jutrzejszy dzień pozwoli na udzielenie lepszej pomocy, trafniejszej diagnozy, szybszego reagowania w stanie zagrożenia życia.
    A wrogów to już narobili tyle, że więcej nie trzeba. Teraz strach się odezwać między nieznajomymi, bo nie wiadomo z kim mamy do czynienia. Takie skojarzenie – „Powidoki” w tv – przypomniały lata 50-te…
  • annazadroza Fusilko:) Teraz Ty masz najwięcej do powiedzenia w sprawie, bo na bieżąco jesteś w kontakcie ze służbą zdrowia i to najgrubszego kalibru. Lekarze-artyści są Ci potrzebni. Więc trzymam kciuki, aby bez żadnych przeszkód rozwiązały się szczęśliwie problemy i Ślubny miał je jak najszybciej za sobą. Uśmiechów mnóstwo na szczęście:):):):)
  • annazadroza ciotkaeliza:) Urzędnik nie tylko decyduje ile rąk czy woreczków żółciowych ma zagipsować czy wyciąć lekarz, ale ilu mu wolno przyjąć pacjentów albo, w ogóle – kto ma żyć a kto ma umrzeć! Czyli komu refundować leczenie a komu nie, któremu dziecku dać na leczenie za granicą a które skazać na śmierć, jeśli społeczeństwo nie uzbiera potrzebnej sumy w różnych akcjach. Ale dla biznesmena w sukience z Torunia pieniądze są. I to jakie!
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Póki czas…

Zastanawia mnie skąd w ludziach bierze się tyle bezinteresownej nienawiści, złości, pragnienia, by dokopać każdemu i bezwzględnie. Wystarczy pod jakimkolwiek artykułem na obojętnie jaki temat poczytać komentarze. Przecież chyba nie wszyscy robią to za pieniądze! W większości przypadków wylewa się z tych ludzi to, co mają w sobie. Niedobrze się robi z obrzydzenia. No to jak może być dobrze wśród takich osobników? Gdyby można było uwierzyć, że kiedy się zaapeluje – ludzie, przestańcie być tak strasznie źli, zacznijcie się uśmiechać choćby do gęby, którą widzicie w lustrze – choć kilka osób się zastanowi. Ale „daremne żale, próżny trud…”
A świat jest taki piękny! Szczególnie teraz o poranku, gdy mamy ostatnie ciepłe dni w tym roku, gdy wstaje wielka słoneczna kula budząc ze snu wszystkie najcudniejsze jesienne kolory, gdy mgły podnoszące się nad polem i łąką kłębią się przy samej ziemi dodając uroku i tajemniczości. Mgły się kłębiły od zarania dziejów,
kłębią teraz i w przyszłości też będą. A złe ludzkie myśli przestaną się kłębić w głowach prędzej czy później, gdy te głowy spoczną pod ziemią na zawsze. Więc póki czas lepiej skupić się na tym co dobre i piękne. Póki czas…

18.10.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Niestety,Polacy ze swoimi charakterami i filozofią życia nie kwalifikują się do czołówki państw zachodnich.
  • babciabezmohera Poapelować zawsze można! Może kiedyś zaskoczy, zadziała?… Oby! 🙂
  • fusilla Uśmiecham się już, teraz, do Ciebie! I do wszystkich, którzy Cię odwiedzają! I do każdego we wszechświecie! :-))))
  • annazadroza Rick:) Ale przecież nie wszyscy. Mamy naukowców, artystów, i inne grupy ludzi mądrych, otwartych na inne wartości niż „zaściankowe”. Niestety, sondaże potwierdzają, że duża część w skansenie umysłowym pozostaje. Chciałoby się wierzyć, że będzie lepiej, ale jeśli nawet w tramwaju bezpieczny człowiek nie może być tylko dlatego, że mówi obcym językiem, ma ciemniejszą karnację albo chustkę na głowie, to jak mieć nadzieję? Jakiemuś łysolowi się nie spodoba i nikt nie reaguje, nikt nie pomoże bezbronnemu człowiekowi. A dawniej byliśmy ostoją dla potrzebujących np. Greków czy dzieci z Korei.
  • annazadroza BBM 🙂 Pomarzyć dobra rzecz. Niby nic, ale – „tylko z zamków na lodzie powstają potem na ziemi pałace” (P.Milford).
  • annazadroza Fusilko:) Dziękuję za każdy uśmiech! Niech Twoje uśmiechy zostaną pomnożone siedem razy do potęgi siódme i opanują cały świat!!!
    Głosujemy na Ciebie codziennie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 38

Szli rozglądając się wokół, poznając nowe miejsca zaglądali przez płoty na posesje.

– Wujku, co to za komin? – spytała Inka wskazując na bijący w niebo wysoki komin z czerwonej cegły.

– Tu była stara cegielnia.

– Tata opowiadał mi, że kiedyś każdy mógł robić sobie cegły na podwórku – odezwał się Marek.

– Tak było. Do wyrobu cegły potrzebna jest glina i węgiel a tego tutaj nie brakuje. Najpierw powiem wam o cegle, potem o węglu. Otóż  pierwsza sprawa to mieszanie gliny. Mieszało się ją, mieszało aż stanowiła jednolitą masę.

– Tak jakby się wyrabiało ciasto? – spytała Monika.

– Właśnie. Potem tę wymieszaną glinę wkładało się do formy, do takiej jaka miała być cegła, formy z dwoma uszami. Następnie wyjęte z formy „placki” ułożone na ziemi lub deskach schły na słońcu przez jakiś czas zanim zostały wypalone w piecu.

– W jakim piecu? W kuchni? – zdziwiła się Biedroneczka.

– Nie, oczywiście, że nie – uśmiechnął się wujek. – Piece budowali ludzie na podwórkach. Boki najczęściej były zrobione z resztek gliny i cegły. Otwory znajdujące się z boku zakrywano deską regulując w ten sposób dopływ powietrza, żeby za bardzo się nie paliło, bo cegły zostałyby spalone. Rozumiecie? Kładziono najpierw warstwę drewna czy czegoś innego do podpalenia, miał węglowy, bo to był zawsze najtańszy rodzaj węgla, potem cegły, miał, cegły i tak dalej. Tyle warstw ile było trzeba. Cegła wypalała się przez kilka dni. Kiedy wyschła, można było ją używać albo sprzedawać.

– W ten sam sposób robiło się dachówki, prawda? Dziadziuś mi kiedyś opowiadał – dodał Marek dumny ze swego zasobu wiedzy.

– Tak. Były nawet lepsze od cementowych bo lżejsze. Nie wymagały tak silnej więźby dachowej.

– Glina tu jest, sama widziałam – odezwała się Linka. – A skąd ludzie brali węgiel, żeby palić w ogródkach?

– To jest następna sprawa. Starzy ludzie mówią, że Tenczynek leży na węglu i na wodzie. Za tę wodę trzeba dziękować losowi, bo gdyby nie ona, z pewnością rozpoczęłoby się wydobycie na wielką skalę i wieś zniknęłaby z powierzchni ziemi a całą przepiękną okolicę zniszczono by na wieki.

– Moja babcia też mówiła o wodzie – wtrącił Marek. – Dlatego zauważyłem, że jak torami jedzie pociąg, a przecież to strasznie daleko, ledwo widać z okna, to ziemia trzęsie się pod domem. A mój pradziadek pracował kiedyś w kopalni „Krystyna”. Diabeł go tam gonił.

– Taki jak nas dzisiaj? – zarechotał Maciek.

– Głupiś. Był na dole sam jeden, miał służbę przy pompach, które musiały cały czas pracować, bo inaczej woda by zalała kopalnię. Przysnął i we śnie  zobaczył diabła, który kazał mu uciekać. Natychmiast oprzytomniał i okazało się, że to była ostatnia chwila na uratowanie życia. Woda wdarła się, doszła do pokładu, na którym był, pompy nie nastarczały wypompowywać, bo gdzieś już była awaria.  Zresztą dlatego woda się wdarła. Wreszcie przestały pracować, łączność z górą została przerwana. Na dodatek stłukła mu się lampka i uciekał w absolutnej ciemności, ileś tam metrów pod ziemią, sam jeden. Przeżył horror nie do opisania. Zawsze mówił, że nigdy w życiu nie najadł się tyle strachu co wtedy, nawet na wojnie.

– To na wojnie też był? – spytała Biedroneczka.

– Na wojnę nie musiał chodzić, bo przecież sama do nas przyszła – spojrzał na nią z góry Kuba.

– A właśnie, że chodził. W czasie pierwszej wojny światowej był w austriackiej armii i całą Europę przeszedł piechotą.

– Dlaczego piechotą? Nie mieli wtedy czym jeździć? – dziwiła się Monika.

– Bo służył w piechocie – cierpliwie tłumaczył Marek nie zwracając uwagi na małpie grymasy Kuby.

– Ojej, nie miałam takiego pradziadka – z zazdrością westchnęła Inka.

– Takiego na pewno nie. Twój mógł służyć najwyżej w armii carskiej –  uśmiechnął się wujek do dzieci. – Taka już nasza historia. Ale wróćmy do węgla.  W kilku miejscach można go znaleźć tuż pod powierzchnią ziemi. Pamiętam na przykład  jak w czasie wojny w tym ogródku – pokazał ruchem głowy – ludzie kopali węgiel i z tego żyli. Pokażę wam zaraz gdzie była kopalnia upadowa, którą nazywaliśmy „Bereza”.

– A ja wiem – pochwalił się Marek. – Dziadziuś mi pokazywał. Idąc w stronę kościoła po lewej stronie, przy drodze do leśniczówki.

– Brawo, cieszę się, że wiesz. Pracowaliśmy tam obaj z twoim dziadkiem.

– Wujku, opowiedz jak tam było – prosiły dziewczynki.

– No to słuchajcie. Nie było szybu ani windy żadnej tylko tunel schodzący coraz niżej w dół. Bardzo wąski. Węgiel wywoziło się stamtąd na taczkach. Mam nadzieję, że wiecie co to są taczki?

– Wiemy – odpowiedzieli zgodnym chórem.

– To takie korytko z dwoma dyszlami na jednym kółku – pospieszyła z wyjaśnieniem Monika.

– Bardzo trafnie to określiłaś Biedroneczko – pochwalił wujek. – Słuchajcie dalej. Miałem przez plecy przełożony pasek z dwiema pętlami na końcu, które zakładałem na rączki taczek. Puste taczki w dół ciągnąłem za sobą, w górę pchałem wyładowane węglem.

– Bałabym się chodzić w takim tunelu – cicho powiedziała Linka.

– A włazić pod Buczynę to się nie bałaś? – złośliwie zauważyła siostra

– Cicho dziewczynki – uspokoił wujek bliźniaczki gotowe do dłuższych słownych zapasów. – Czy widzicie gdzie jesteśmy?

– O rany – zdziwił się Kuba. – Doszliśmy do kościoła okrężną drogą.

– Właśnie. Kościół mamy po prawej stronie a w lewo skręca się do Zalasa. Widzicie tę kapliczkę? To święty Hubert, patron myśliwych.

– Nie lubię go – mruknęła Inka.

– Lubię tylko tego co się opiekuje zwierzętami a nie zabójcami –  poparła siostrę Linka a Monika przytaknęła.

– Dawno temu lasy były ogrodzone – ciągnął wujek, – żeby zwierzyna z nich nie wychodziła, a i też, żeby kłusownikom trudniej było się przedostać.

– To normalni ludzie też nie mogli zwyczajnie chodzić po lesie? – skrzywił się Kuba. – Do kitu taki interes. Nasz Dziadek rano idzie do lasu i przynosi nam grzyby na śniadanie. A tu co? Nie podoba mi się.

– W czasie wojny – kontynuował wujek, – Niemcy wykorzystywali ogrodzony teren na magazyny amunicji. Od stawu do zamku. Wycofując się w czterdziestym piątym roku wysadzili składy. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić co się wtedy działo. Myślałem, że to prawdziwy koniec świata.

Zamilkł wpatrzony w przeszłość, rozpoznając cienie ludzi, którzy odeszli na zawsze.

– Wujku, wtedy spalił się browar, prawda? – spytał Maciek.

– Tak, wtedy. Browar miał olbrzymie magazyny, bo przecież piwo musi leżakować. Przed wojną warzono tu słodowe, ciemne piwo. Nazywało się „Kasztelańskie”, jasne też było ale nie pamiętam nazwy. Nie interesowało mnie to, byłem młodym chłopakiem. Była też palarnia kawy. Pamiętam jak bardzo lubiłem kawę sprasowaną razem z cukrem w kostki. Pełną parą pracowała przetwórnia owoców i warzyw. Szczególnie zapamiętałem ogórki w occie, w metalowych, chyba dziesięciolitrowych, wiaderkach z uchem. Potem wykorzystywało się te wiaderka do różnych celów. Co więcej robili, już nie pamiętam. Gdy browar płonął ludzie brali z magazynów co się dało. Niejeden potem rozpoczynał za to nowe życie

– A ty wujku też brałeś? – spytał Marek.

– Tak, butelkę francuskiego szampana wziąłem – szeroko uśmiechnął się wujek.

– Tylko? Dlaczego? – zdziwił się Kuba.

– A jakoś tak nie umiałem brać tego, co do mnie nie należało i nigdy się nie nauczyłem, na szczęście – rozłożył szeroko ręce. – A tą butelką się po prostu poczęstowałem.

Biedroneczka zmarszczyła czoło i myślała nad czymś bardzo intensywnie. Wreszcie wzięła wujka za rękę.

– Tatuś też tak zawsze mówi. Że się nie bierze niczego cudzego. Bardzo cię lubię wujku, wiesz? – spojrzała mu w oczy zadzierając główkę.

Zmierzwił ręką obcięte na pazia włoski.

– Ja was też lubię. Marka znam od urodzenia, Kubę i Maćka od roku a was, dziewczynki, krótko, to prawda, ale zdążyłem bardzo, bardzo polubić pewną małą Biedroneczkę i dwie większe Stokrotki.

Przystanęli w samym środku wsi przy kiosku Ruchu.

– Odprowadzę was do domu, żeby się wam nie wykluł w głowach jakiś nowy pomysł – oświadczył wujek. – Na pewno ledwo żyjecie ze zmęczenia, więc dla pokrzepienia nadwątlonych sił poszukiwaczy przygód zafunduję wam lody.

Delektując się fantazyjnie poskręcanymi lodami z automatu ruszyli w stronę domu: jeszcze kawałek przez wieś a potem na skróty polami. Wreszcie dotarli słysząc już z daleka szczekanie Tiny.

– Rany boskie, co się z wami działo? Ciocia od zmysłów odchodzi, że was nie dopilnowała, gagatki jedne! Zawału o mało mnie dostała! Gdzie was poniosło? – wołały obie zdenerwowane matki.

– Nic się nie stało, byli pod moją opieką – stanął w ich obronie wujek Zygmunt. – Nie mogę wam na razie powiedzieć wszystkiego bo to tajemnica. Przyjdę wieczorem i, być może, będę miał dla was ciekawe wiadomości – puścił oko w stronę dzieci, wziął pod rękę żonę swą i poszedł tłumacząc coś po drodze.

– Nie mogliście napisać, że jesteście z wujkiem? – spytała Teresa. – Byłybyśmy spokojne.

– Mało nie umarłyśmy z niepokoju – dodała Aldona. – Oj, dzieci, dzieci. Wracamy do domu a tu tylko sunia, kotki i śpiąca ciocia, która się tak zdenerwowała, że musiałam jej proszek na uspokojenie dać.

– Już dajcie spokój, dziewczyny – uspokajali panowie. – Najważniejsze, że są. Zmęczeni i na pewno głodni

Jedli aż im się uszy trzęsły. Nawet Kubuś nie narzekał, że „znowu ta wstrętna zupa”. Żadne ani słówkiem nie wspomniało o tunelu. Rozmawiali jedynie o wspomnieniach wujka.

– Czy pokazał wam gdzie była stara lipa? – spytał Jurand.

– Nie, szliśmy z drugiej strony Buczyny, a lipa była od tej, od rzeki.

– Jaka lipa? – zainteresowały się dziewczynki.

– Na terenie browaru, ale bliżej Buczyny, rosła stara olbrzymia lipa – wyjaśnił Marek. – Legenda mówi, że pod tą lipą odpoczywał król Jan Sobieski, kiedy wracał zwyciężywszy Turków pod Wiedniem.

– I głupio zrobił – wtrącił Maciek. – Gdyby poszedł z nimi a nie na nich to by nie było rozbiorów. My obroniliśmy Austrię przed turecką nawałą a oni, to znaczy Austriacy, byli potem naszymi zaborcami. Turcja zaś nie uznała rozbiorów. Inaczej wyglądałaby nasza historia.

– My też byśmy inaczej wyglądały – skrzywiła się Linka z niechęcią. – Zamiast biegać po polach w szortach i koszulkach musiałybyśmy siedzieć zawinięte w szmatach na głowie i wszędzie. Dziękuję bardzo za takie życie.

– E tam, tak tylko powiedziałem – Maciuś niepewnie zerkał na rozzłoszczoną wyraźnie dziewczynkę.

– Na pewno inaczej – zgodził się Sergiusz. – Ale czy lepiej? Jedną opinię już usłyszałeś.

– Właśnie – krzyknął Kuba. – Oglądałeś „Powrót do przyszłości2”? Wcale nie byłoby lepiej. Jest jak jest i już.

– Jeszcze wam powiem  – kontynuował Marek, – że pod tą lipą była wielka ława i w czasach pańszczyzny bili na niej tych, którzy zasłużyli na rózgi, według pana oczywiście. Pradziadek mi o tym mówił.

– Wiecie co? Wiecie co? – tupnęła nogą wzburzona Inka. – To było jedno wielkie świństwo! Cieszę się, że nie jestem wtedy tylko teraz! Nie dosyć, że normalni ludzie na nich tyrali, to oni jeszcze ich bili a te pieniądze rozpuszczali w podróżach. Widziałam na filmie.

Po uspokojeniu emocji bardzo przyjemnie siedziało się na ganeczku bawiąc się z Tiną albo kotkami.

– Skoro rozmawiamy o takich różnych ciekawostkach – odezwał się Jurand biorąc Bibi na ręce, – to wam coś powiem w związku z wczorajszą uroczystością. Dawniej na weselach za najlepsze uważano miejsca przy oknie. Wynoszono z izby wszystkie sprzęty, stoły ustawiano pod ścianami a środek był wolny do tańca. Baby pchały się pod okna.

– Ale dlaczego? – pytała Monika.

– Bo za oknem stały dzieci i baby podawały im jedzenie. Miały okazję najeść się wszystkiego do syta. Innym sposobem było wynoszenie w woreczkach pod szerokimi spódnicami.

– Też pomysły – pogardliwie wydęła wargi Inka. – Na wesele to się idzie super ubranym, żeby potańczyć i dać prezent. Żarcie pod kiecką! Też coś.

– Pleciesz. Jak jest coś dobrego a ja już więcej nie mogę, to chętnie bym wziął ze sobą – powiedział Maciek.

Dorosłych rozbawiły uwagi dzieci. Dawały też świadectwo ogromnemu skokowi cywilizacyjnemu jaki się dokonał. Jurand jeszcze coś sobie przypomniał.

– Przez jakiś czas wujek Zygmunt mieszkał w Regulicach, niedaleko stąd. Tam był taki zwyczaj: wesele urządzało się w domu panny młodej a pod koniec wesela odbywała się przeprowadzka do domu, w którym para młoda miała zamieszkać. I każdy z gości coś tam zanosił. Co się znalazło w nowym domu, nie miało prawa wrócić na poprzednie miejsce. Wujek śmiał się na wspomnienie jak podchmieleni goście łapali co popadło i zanosili młodym. Nieraz krzesło z mieszkania czy krowę z obory. Kiedyś widział pijanego chłopa usiłującego jedną ręką przeciągnąć wóz drabiniasty trzymając jednocześnie sporego prosiaka w drugiej. Prosiak wyrwał się, zaczął uciekać chłop za nim uciesze patrzących chłopaków.

– Biedny prosiaczek – szepnęła Inka a siostra jej przytaknęła.

– To pewnie dlatego teraz robi się wesela w restauracjach a nie w domach – domyślnie pokiwała główką Biedroneczka.

17.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz