Podpisałam petycję w sprawie nie zmieniania nazwy mojej ulicy, choć wiadomo, że to nic nie da. Aktualna „dobra” zmiana ma za zadanie wskazać szaremu człowiekowi, gdzie jego miejsce i przekonać, żeby się nie odzywał jak go nie pytają. A przecież zmiany nazwy ulicy – oprócz stosunku mieszkańców do owych zmian, który jest najczęściej negatywny – niesie za sobą mnóstwo problemów związanych z koniecznością uaktualnienia nazwy w urzędach, bankach, przychodniach i innych miejscach, które tego wymagają. Wiąże się też z dużymi kosztami. Nazwa mojej ulicy też ma być zmieniona, co mnie po prostu – mówiąc brzydko – wpieniło. Pisiorom nie odpowiada profesor Stanisław Kulczyński, człowiek, który był jednym z twórców Pienińskiego Parku Narodowego! Za to może dadzą na patrona jakiegoś przeklętego mordującego ludzi, którym udało się przeżyć wojnę i chcieli żyć wreszcie normalnie i w spokoju. Kiedy odsłonięto w Zakopanym pomnik Ognia, byliśmy z Mężem w Szczawnicy. W knajpce usłyszeliśmy rozmowę miejscowych, którzy stwierdzili, że gdyby postawiono ten pomnik w Nowym Targu, to długo by nie postał, bo ludzie za dobrze pamiętają…
20.11.2017
kolewoczy Mówiąc szczerze, nie za bardzo popieram ten opór przed zmianami nazw ulic itp. Raz nadawano takie, innym razem inne, a za jakiś czas znowu ktoś zmienia i git. Jest wesoło 🙂 U mnie w miasteczku toczyła się i toczy nadal o nadanie nazw kilku nowym rondom. Patrzę na to jak na teatr. Wydaje mi się, że są o wiele ważniejsze sprawy, w które można zaangażować swoje emocje i energię niż zwalczanie nazewnictwa z którejkolwiek strony. Naprawdę, to się już przeradza w jakąś ogólnonarodową histerię 😉 Spoko, luzik, człowiek za krótko żyje, by nazwa ulicy, na której mieszka miała mieć aż takie znaczenie.
annazadroza kolewoczy:-) Nowych ulic wciąż przybywa, więc można je nazywać „po nowemu”, ale dlaczego zmieniać to, co ludziom odpowiada, bez żadnych konsultacji, narzucać z góry według czyjegoś widzimisię? To mi nie odpowiada po prostu.
veanka Też jestem w tej „komfortowej” sytuacji, bo też mi zmieniają nazwę ulicy.
Fakt, nie jest to koniec świata, jak niektórzy uważają, ale to nie oni będą biegać po Bankach, PZU, ZUS i innych instytucjach i zmieniać dane w moim adresie.
Przeczytałam dokładnie życiorys patrona obecnej nazwy mojej ulicy i naprawdę nic zdrożnego tam nie wyczytałam, po prostu był ekonomistą o lewicowych poglądach.
Ja z urzędami jakoś sobie poradzę, ale moi seniorzy sąsiedzi, będą musieli skorzystać z pomocy innych osób, co dla wielu nie jest proste, bo po prostu nie mają bliskich na miejscu, albo nie mają ich w ogóle.
Uważam, ze w naszym życiu jest wiele pilniejszych spraw do zmiany, poprawy (chociażby służba zdrowia) i tym powinni się zająć nasi rządzący.
nie-okrzesana Mnie to wkurza, bo dokumenty nowe trzeba wyrabiać i latania po urzędach jak napisała Veanka. A jak przyjdzie nowa władza? Znów to samo?
annazadroza veanka:-) i nie-okrzesana:-) Właśnie wkurzające jest to, że mnóstwo bezsensownego chodzenia po urzędach i załatwiania nam fundują, niepotrzebnie, ze względu na własne jakieś frustracje i chore ambicje. A ważniejsze sprawy, jak np. wspomniana służba zdrowia, odłogiem leżą. Mój Tata miał 3 różne adresy mieszkając na jednej ulicy. Znów będzie to samo?
Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Polska to chory kraj.Kiedyś już napisałem,że to jak się żyje w danym kraju zależy od ludzi,którzy wybierają swoich przedstawicieli do kierowania nim.Jak widać Polacy w tej kwestii niewiele się uczą.Jednym ze skrajnych przykładów słabej edukacji politycznej i nieodpowiedzialności był duży sukces niejakiego Stana Tymińskiego.Czy ktoś go jeszcze pamięta,facet przyjechał z dżungli / Peru / i tak omotał dużą część elektoratu,że mógł zostać prezydentem Polski. Co do zmian nazw ulic i pomników,to potwierdzam, „bohater ” Ogień działał na Podhalu,a jego stolicą nie jest przecież Zakopane ,tylko Nowy Targ ale tam postawienie mu pomnika byłoby dyskusyjne. Szaleństwo zmian nazw ulic jest chyba tylko w Polsce. Jakoś nie przeszkadza Francuzom i Anglikom,że swoje ulice i stacje metra nazwali Stalingrad. W Warszawie historyczną ulicę Stołeczną zamieniono na księdza Popiełuszkę i mimo protestu lokalnych mieszkańców radni przegłosowali taką decyzję.Ciekawe ,czy mieszkańcy wybrali tych radnych na następną kadencję?.
Gość: [ciotkaeliza] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Dobrze że mieszkam w małej wsi i nie mamy ulic bo pewnie też by zmieniali i też by mnie wkurzyło. Nigdy nie wiadomo czy po takiej zmianie wszystkich my zawiadomili o nowym adresie,mogą być kłopoty.
annazadroza Obserwator:-) Pamiętam Tymińskiego. Nie wiadomo jak potoczyłaby się historia, gdyby nie on, ponieważ mnóstwo ludzi głosowało na Wałęsę tylko dlatego, żeby ten „cudak z czarną teczką” nie został wybrany. Jestem przeciw zmianom nazw ulic, jest to w dalszym ciągu grzebanie w przeszłości zamiast ruszenie do przodu, a poza tym zemsta polityczna. I to na nieboszczykach, kiedyś takie sytuacje się zdarzały, że wyciągano z grobu i robiono proces…
annazadroza ciotkaeliza:-) Dużo zachodu ze zmianą danych, koszty dla ludzi i masa kłopotów. A potem nastanie inna „dobra” zmiana i znów będzie zmiana…
annazadroza Kochani:-) Sąd unieważnił tę kretyńską decyzję w sprawie zmian nazw ulic, teraz „lepszy sort” się będzie odwoływał od wyroku i czekamy co będzie dalej.
Elżbieta siedziała w pokoju nie włączając światła. Telewizor mrugał, wypełniając niebieskawą poświatą pomieszczenie, ledwo dał się słyszeć głos lektora czytającego informacje. Ponieważ z pokoju zajmowanego przez Mirka nie dochodziły żadne odgłosy, miała nadzieję, że usnął i nie będzie jej niepokoił przez resztę nocy. Wrócił jakieś dwie godziny temu. Obierając ziemniaki widziała przez okno w kuchni podjeżdżającą pod blok granatową toyotę. Reakcja organizmu była natychmiastowa. Miała wrażenie, że ktoś ją dusi. Chwycił za gardło i coraz mocniejszym uściskiem zamyka dopływ powietrza do płuc. Kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwi od windy, całkiem zabrakło jej siły, musiała oprzeć się o blat stołu. Mirek długo majstrował przy zamku, wreszcie walnął pięścią w drzwi, potem zaczął je kopać. Psy głośno szczekały. Ela pomału podeszła trzymając Gamę za luźną skórę na karku i otworzyła.
Mirek zastygł w bezruchu patrząc na nią z wyrazem niewyobrażalnej nienawiści. Przemknęło jej przez myśl, że wzrok ma jakiś dziwny, jak u ludzi chorych na obłęd.
– Nie możesz się ruszać szybciej? – warknął. – Ile mam stać pod drzwiami?
– A gdzie masz klucze? – starała się opanować drżenie głosu i mówić spokojnie.
– Nie wiem – syknął. – Pewnie ty je schowałaś!
– Jasne, bo nie mam nic lepszego do roboty – mruknęła.
Odepchnął ją aż się zatoczyła. Gdyby nie trzymała Gamy, upadłaby na podłogę. Wszedł do środka.
– Ruszaj się szybciej ty k… Jak stukam, to otwieraj – rzucił za siebie.
– Skąd mam wiedzieć, że stukasz? Trzeba było nie zrywać ze ściany dzwonka razem z przewodami…
– Ty, ty szmato – zamierzył się na żonę.
Gama warknęła więc się na wszelki wypadek wycofał. Czuł respekt przed suką, bo gdy obnażała kły wyglądała bardzo groźnie. Wszedł do kuchni, kopnął kubeł stojący na podłodze, rozsypały się obierki. Tłukł garnkami po blatach kuchennych szafek. Wreszcie otworzył lodówkę, coś wyjął i poszedł do swojego pokoju.
Posiedziała chwilę starając się oddychać równo, miarowo… Spokój, spokój, spokój…Nie da się sprowokować… Spokój… Nie będzie płakać… Zachowa absolutny spokój…Utwierdzała się w przekonaniu, że musi podjąć właściwą decyzję, prawidłową, jedynie słuszną… Wróciła do kuchni. Zmiotła rozsypane śmieci, wytarła rozlaną colę, ustawiła poprzewracane butelki z wodą mineralną, skończyła obierać ziemniaki, przygotowała resztę składników potrzebnych do zupy na następny dzień. W pokoju za ścianą słyszała szuranie, jakieś stukania, wreszcie odgłos toczącej się po podłodze pustej butelki. Odczekała jeszcze moment. Było cicho. Chciała przejść do dużego pokoju. Myślała, że mąż usnął. Dobrze wiedziała, kiedy butelki turlały się po parkiecie… Wyszła z kuchni i zamknęła drzwi na zasuwkę, co było zabezpieczeniem przed czworonożnymi hultajami.
Stał w przedpokoju i czekał. Nie spodziewała się ataku, więc gwałtowne, bolesne szarpnięcie pozbawiło ją w pierwszej chwili zdolności obrony. Była obezwładniona strachem. Ogromnym, paraliżującym strachem. Mirek wciągnął ją do pokoju i rzucił na śmierdzące alkoholem łóżko, zatrzasnął drzwi.
– Damski bokser – syknęła zasłaniając głowę przed bolesnymi ciosami. Potrafił uderzać tak, by nie było siniaków. Chwalił się, że nauczyli go tego w wojsku.
Za drzwiami pokoju ujadały obie suczki próbując dostać się do wewnątrz. Ręka Elżbiety trafiła na butelkę leżącą obok łóżka. Złapała ją i uderzyła. Na chwilę się odsunął. Był pijany, nie utrzymał równowagi, zachwiał się. Wykorzystała moment i całym ciężarem rzucając się do przodu nacisnęła klamkę. Gama i Beta wpadły do środka odgradzając panią od prześladowcy. Wycofała się do przedpokoju, a on – miotając przekleństwa – zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Elżbieta uspokoiła suczki. Beta położyła się na wersalce z łebkiem na kolanach pani, Gamę przytuliła obejmując ramieniem i tak siedziały.
Po dłuższej chwili włączyła cichutko telewizor i próbowała pozbierać myśli. Miała wielką ochotę powiedzieć mu, że spotkają się w sądzie. Nie powiedziała. Rozsądek kazał zmilczeć, wziął górę nad emocjami i dlatego była z siebie dumna. Wiedziała, że mógłby jej zrobić krzywdę. Byli sami. Lubił się nad nią znęcać bez świadków. Cały czas pewien własnej bezkarności nie przypuszczał, że żona mogłaby komukolwiek powiedzieć o jego zachowaniu. Nagle drzwi pokoju gwałtownie odskoczyły i wtoczył się Mirek, zupełnie już pijany. Zrzucił rzeźbę z regału, strącił książki na podłogę, przewrócił stojącą lampę. Elżbieta w biegu złapała buty do ręki i kurtkę z wieszaka, wybiegła z domu ubierając się już na korytarzu. W windzie przypięła smycz Gamie, Beta biegła za nimi. Szybkim krokiem okrążyła górkę trzymając Gamę na krótkiej smyczy, Beta szybciutko przebierała małymi nóżkami, ledwie za nimi nadążając.
Ciemność zapanowała nad światem. Nie na długo, bo w momencie ukrycia się słońca żywszym blaskiem zapłonęły światła reklam, których było coraz więcej wzdłuż Alei KEN, widocznych spod Multikina aż do Hita na Kabatach, do samego końca osiedla. Lekki wiaterek i spadające płatki śniegu chłodziły rozpaloną twarz Elżbiety, zabierały łzy z oczu. Ochłonęła wdychając świeże, ostre powietrze. Powoli dochodziła do równowagi. Robert powinien niedługo wrócić do domu. Poczeka na niego. W obecności syna Mirek nie uczyni jej krzywdy, będzie udawał łagodnego jak baranek i nie podniesie na nią ręki. Owszem, będzie wyzywał, ale nie uderzy… Pogrążona w rozmyślaniach nie zwróciła uwagi na wołanie Adelki. Dopiero kiedy Gama stanęła w miejscu i nie chciała zrobić ani kroku do przodu, oprzytomniała i rozejrzała się.
– Wołam i wołam, gonię za tobą, a ty nic – skarżyła się zdyszana Adelka. – Myślisz, że mam dwadzieścia lat?
– Przepraszam. zamyśliłam się.
– Nawet nie zauważyłaś, że Beta pobiegła za Misiem – zastanowiła się Adelka. – Coś się stało?
– Nie, normalnie… co się miało stać?
– Na pewno wszystko w porządku?
– Nie… tak…normalnie, nie wiem…
– Oj, coś za bardzo plączesz się w zeznaniach – Adelka podejrzliwie spojrzała na przyjaciółkę – Mogę ci jakoś pomóc?
– Nikt mi nie może pomóc – pokręciła głową Elżbieta. – Tak naprawdę chwilami chciałabym nie obudzić się nigdy więcej…
– A kto się zajmie twoimi psicami? – Adelka próbowała nadać głosowi żartobliwe brzmienie. – Chcesz, żeby mnie Gama zeżarła żywcem? Tak jak wtedy, kiedy byłaś chora?
– Przecież cię nie zeżarła – lekki uśmiech ukazał się na wargach Eli.
– Ale jaki miałam stres za każdym razem! Musiałam opracować cały system postępowania z tą małpą – wskazała na Gamę, która obejrzała się szukając owej małpy, o której ciotka mówiła, bo przecież nie o niej. – Nie pamiętasz? Najpierw wchodziła bułka, za nią moja ręka i dopiero ja z obrożą. Małpa chwytała w zęby bułkę i w tym momencie wkładałam jej obrożę. Tak było. Nie będę się z nią więcej użerała, sama to rób.
– Powiem ci, że te zwierzaki naprawdę trzymają mnie przy życiu – Elżbieta poklepała Gamę po karku. – Tak sobie właśnie myślę, kto się zajmie chorą psicą, której trzeba stosować dietę, dawać leki, zakropić oczy…
– No właśnie, bez ciebie ani rusz – Adelka usiłowała odciągnąć Reksa od miejsca najwyraźniej zachwycająco pachnącego dla psiego nosa. – No ruszże się wreszcie, myślisz, że ja mam tyle siły, potworze jeden, żeby cię ciągnąć za sobą? Chodź wreszcie, ciotka Kaśka na nas czeka – i zwróciła się do Eli. – Ciebie też mam ciągnąć? Zwariuję z wami wszystkimi. Elka, Misiek, Beta marsz do przodu!
– Ja? Po co? – zdziwiła się Ela.
– A co, nie mówiłam ci, że Kaśka kazała nam przyjść na zbiórkę? – zniecierpliwiona Adelka machnęła ręką wskazując w stronę mieszkania Kasi.
– Nie, nie mówiłaś.
– Ojej, to widocznie pomyślałam. Teraz mówię, że idziemy. Albo ty mnie nie słuchasz… – zastanowiła się.
– Ale ja muszę…, Robert…
– Nic nie musisz, trzymaj tę swoją wilczycę, bo mi kurtkę zniszczy… Czekaj, wyślij do Roberta sms, że jesteś u Kaśki.
Po chwili Robert oddzwonił oznajmiając, że wróci najwcześniej za jakieś dwie godziny. Elżbieta pomyślała, iż nie pójdzie do domu przed powrotem syna. Nie czuła się na siłach znieść jeszcze jedną „atrakcję” przygotowaną przez męża.
– Dobrze, że nareszcie się zjawiłyście – przywitała je Kasia. – Mam nowe wino. Prawda, że chcecie? Takiego grzańca jeszcze nie próbowałyśmy, więc od razu siadajcie przy stole. Już przynoszę.
– Ach, co za zapach – z zamkniętymi oczami Adelka wdychała woń korzennych przypraw buchającą z rozgrzanego trunkiem dzbanka.- Cudowny.
– Niezły – przytaknęła Ela.
– Elka, dlaczego nie odbierałaś wczoraj komórki? – Kasia postawiła przed przyjaciółkami czarki i stała z dzbankiem w ręce.
– No właśnie – dodała Adelka. – Martwiłyśmy się o ciebie. Nie odbierałaś telefonów, nie odpowiadałaś na esemesy. Bałyśmy się, że Mirek ci coś zrobił.
– Komórki nie słyszałam, była w płaszczu w przedpokoju .
– Czy ty jesteś mądra? Miałaś dla bezpieczeństwa trzymać telefon przy sobie. Chcesz, żeby ci wyciągnął z kieszeni? – zdenerwowała się Kasia.
– Nie było go w domu. Lejesz to wino czy czekasz aż ostygnie?
– Już leję. A gdzie był?
– A skąd ja mogę wiedzieć? Przecież nie mówi mi o niczym, gdzie idzie albo jedzie, kiedy wróci. Zresztą od dawna w ogóle nie rozmawiamy. Z nim się nie da i nie dało się chyba nigdy. Interesuje się tylko jedną dziedziną: swoją. Dopóki o tym z nim rozmawiałam, było ok. Potem miałam dość, ile można w kółko na jeden temat, w końcu sport to nie moja bajka. Próbowałam o czymś innym, ale od tego czasu już zawsze byłam głupia, nienormalna, niedouczona.
– Ty? – jednocześnie spytały przyjaciółki.
– Ja. Wyśmiewał wszystko co lubiłam, co mnie interesowało. Poszłam na studia, żeby mu udowodnić na co mnie stać.
– Pamiętam jak uczyłaś się przy dwojgu dzieciach, zdawałaś egzaminy – wtrąciła Kasia.
– W klopie – dorzuciła Adelka.
– Egzaminy w klopie? – zdziwiła się Kasia.
– Głupia. Uczyła się w klopie, bo nie miała się gdzie podziać.
– No właśnie, – przytaknęła Ela. – Potem się doczepił do mojej rodziny. Obrażał każdego po kolei aż wreszcie zostałam sama, bo jako lojalna małżonka broniłam go przed wszystkimi.
– Typowe – kiwnęła głową Kasia. – Odizolować ofiarę od innych by móc się nad nią bezkarnie znęcać.
– Chciałabym wygrać w totka… – zaczęła Ela.
– Każdy by chciał, a co ma piernik do wiatraka? – przerwała jej Kasia.
-… i kupiłabym mu mieszkanie, żeby się wyniósł z mojego życia.
– To nie takie proste – z zadumą w głosie stwierdziła Kasia. – Nie ty masz mu kupować mieszkanie, nie ty masz za niego podejmować decyzje. On sam musi wziąć odpowiedzialność za to, co zrobił do tej pory i co robi. Nie może do końca życia ciebie do tego zmuszać i potem jeszcze winić za wszystko.
– Ale ja się ciągle boję – przyznała Ela. – Wchodzę do domu i czuję lęk. Zajmuję się pracami domowym i lęk towarzyszy mi przez cały czas. Ostatnio nawet jak go nie ma w domu to się boję.
17.11.2017
nie-okrzesana Trudno się czyta ten tekst. Nie jestem i nie byłam bitą żoną. Ale byłam bitym dzieckiem i pamiętam ból psychiczny widząc bicie matki.
annazadroza nie-okrzesana:-) Przepraszam, że mimo woli wywołałam smutne wspomnienia. Z takimi trudnymi sprawami spotykamy się bardzo często, nieraz konfrontacja z przeżyciami innych pomaga nam uporać się z własnymi, czasem wskazuje drogę do pokonania problemu. Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam, przytulam i ślę serdeczności:)))
nie-okrzesana Nie masz powodu przepraszać. Chciałam napisać po prostu, że wiem co czuje Elżbieta.
Gość: [Anka] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl nie-okrzesana:-) Powinnam być zadowolona, że sugestywnie udało mi się oddać przeżycia Elki, ale i tak mi przykro. Dodam tylko, że ona sobie poradzi. Tak w ogóle, to głupia jestem, bo chciałabym, żeby wszyscy byli szczęśliwi, zdrowi, uśmiechnięci, nie było żadnych konfliktowych sytuacji, żeby się wszyscy lubili i szanowali…raju na ziemi mi się chce…też zachcianki…
nie-okrzesana Anno marzenia jak najbardziej prawidłowe.
annazadroza nie-okrzesana:-) Takie bardziej chyba z innej planety niż Ziemia. Dzięki za dobre słowo:)))
Jutro pojadę do Calineczki, lecz najpierw upiec muszę babeczki, potem usmażyć naleśniki, żeby Wnusia K. w nauce miała wyniki; obiad teściowej przygotować; o nie, skarpet nie będę ja cerować, bo Mąż przetarte już wyrzucił, czym absolutnie mnie nie zasmucił. Kapustę dziś pokroić miałam, jednak się w necie zasiedziałam, lecz jak się sprężę, zbiorę w sobie, zaraz to wszystko jeszcze zrobię. Więc bigos wstawię, upiekę ciasto. Gdybyż na dworze wciąż było jasno to humor miałabym wyśmienity, a tak, cóż, zrzędzę, jak to kobity… Pranie z suszarki zdjąć by już trzeba, na dworze nie schnie, leje wciąż z nieba. Do prasowania góra się zbiera, mnie zaś nie bierze już cholera jak wtedy, kiedy młoda byłam i wciąż do pracy się śpieszyłam. Teraz mi dobrze, już się nie spieszę, życiem i każdym dniem się cieszę. Przyjemność czerpię z każdej czynności, nic to, że czasem bolą kości, taki już wieku jest przywilej, więc łapię wszystkie szczęśliwe chwile.
Niech każdy, kto tutaj zajrzy, przeżyje coś baaardzo miłego:)))
15.11.2017
kolewoczy Dobra, kiedy mam to coś miłego przeżyć? 😉
irsila Dziś z opieki nad wnusią wróciłam,
ledwo się na drugie piętro wspięłam,
albowiem kolki i ból w stawach kolanowych poczułam.
Jutro również wyjadę porą ciemną,
i taką samą wrócę,
ale wcale się tym nie smucę,
gdyż kontakt z wnusia to przyjemność.
annazadroza kolewoczy:) Kochana, wybór należy do Ciebie, kiedy chcesz i w jakiej ilości:)))
annazadroza nie-okrzesana:) Tobie się mają życzenia jak najlepsze spełnić:) A jak mnie przy okazji trochę też, to się nie obrażę, wcale a wcale:)))
annazadroza jesiennadziewczyno:) Dla Ciebie również baaardzo duuużo serdeczności:)))
annazadroza irsila:) Przebywanie z wnusią to naprawdę ogromna przyjemność, nie mogę się na maleństwo napatrzeć, kiedy trzymam śpiącą na rękach. Podobna jest do Dużego i cofam się w czasie, jakbym to jego trzymała. Na szczęście mieszkają na parterze, nie muszę się wspinać po schodach, bo kolana mi się buntują, głupie jakieś.
Jaka duża Twoja wnusia?
annazadroza To już duża dziewczynka:) Kiedy dziecko idzie do szkoły, od razu robi się „duże”, a ten czas zbliża się nieuchronnie. W ogóle dzieci za szybko dorastają, chciałoby się je zatrzymać dłużej na etapie, kiedy są słodkie i rozkoszne, też tak masz?
Gość: [babciabezmohera] *.neoplus.adsl.tpnet.pl Bardzo sympatycznie Ci się rapowało /?/,rymowało…Miła notka! 😉
annazadroza BBM:-) Rymowało:) Nie znoszę rapu, brr. Dziękuję, że Ci było miło :)))
babciabezmohera To wszystko zależy od wykonawcy i tego, co ma do powiedzenia. Ja też z założenia przekreślałam rap. Nadal nie jest to dla mnie istotna twórczość muzyczna, ale moja ocena straciła nieco na ostrości. ;))
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Dla mnie to wcale nie jest utwór muzyczny, muzyki tam z reguły nie ma, jest tekst mówiony rytmicznie. Czasem jest on jedynie stekiem „bluzgów”, ale zdarza się, że zawiera pewną prawdę, jest szczerym wyrazem uczuć i przeżyć wykonawcy, przyznaję. Ale i tak go nie lubię słuchać, głowa mnie boli, nie moja bajka po prostu.
Rozczuliła mnie Szilunia. Nieduże to stworzonko, czarne, bystre, szybkie, zwinne i myślące oraz kochające. Dlaczego taki wstęp? Otóż rano byliśmy z psami przy torach, gdzie obok są działki. Zza płotu wyskoczyła suczka, młoda lecz niezresocjalizowana. Za płotem szczeka nieszkodliwie. Ale bez płota? Nie wiem co zrobi.
Obskakiwała Szilkę z jazgotem i zębami na wierzchu. Mam w ręce kijek od maszerowania, więc spokojnie mogę trzymać dystans. Szilka usiadła i obserwowała młodą i zapalczywą „siostrę”. Wtedy Kama – bo tak ma na imię – skoczyła do Skitula. On jako dżentelmen dziewczyny nie ruszy, mruknął tylko coś pod nosem.
Ale Szilka się zeźliła. Ruszyła w stronę Kamy oświadczając widocznie, że to jej stado, jej rodzina i ona nie pozwoli na żadne takie! Skończyło się na „gadaniu” i Kama uciekła za swój płot. A Szilunia, uosobienie spokoju i łagodności, niczym się nie przejęła i wsadziła nos do mojej kieszeni po smakołyk. Za nią Skituś, bo już dobrze wie, co trzymam w kieszeniach idąc z nimi na spacer.
Prawdą jest, że przygarnięte psiaki okazują więcej miłości i przywiązania niż te, które od szczeniaka są w domu. Z prostego powodu: nie wiedzą, że może je coś złego spotkać, mają swoją rodzinę i do łebków im nie przyjdzie, że mogłoby być inaczej. Natomiast takie bidule, które zaznały samotności, głodu, strachu, bicia i ogólnie – złego traktowania przez tzw. ludzi – mają zupełnie inny ogląd rzeczywistości. One już wiedzą, że nic nie jest dane na zawsze i trzeba pilnować swego stada, żeby znów nie popaść w tarapaty.
15.11.2017
kolewoczy Pies jak człowiek, uczy się na życiowych doświadczeniach 😉
annazadroza kolewoczy:-) Masz całkowitą rację, psy – jak i my – uczucia mają takie same, uczą się i przez obserwację i poprzez własne przeżycia. Każdy jest inny – jak ludzie, co mogę stwierdzić na podstawie obserwacji psów własnych i zaprzyjaźnionych:)
ciotkaeliza Mamy przygarniętego,bezdomnego kota, zawsze czeka przy bramie jak wracamy z pracy, choć każdy z nas wraca o innej porze on zawsze czeka a później gdzieś sobie znika by jutro znów czekać.
annazadroza cioteczko:) Najwyraźniej Was wybrał i pokochał, a koty kochają tylko dobrych ludzi:)
Adelka mieszkała na ostatnim piętrze w tym samym bloku co Elżbieta. Miała fantastyczny widok z balkonu, rybki w akwarium, dwie papużki oraz Reksa i Misia. Pierwszy był ogromnym, pięknym dogiem de bordeaux, drugi zaś małym, czarnym, słodkim, kochanym kundelkiem o cudnych ślepkach i mordce małej foczki.
Odłożyła na bok czytaną książkę. Ściągnęła frotką w koczek długie jasne włosy, poprzetykane srebrnymi nitkami, które wcale nie rzucały się w oczy. Reks i Miś węszyły pod drzwiami wejściowymi. Najwyraźniej zaintrygowane zapachem nie podjęły jeszcze decyzji co do dalszego postępowania: czy już się cieszyć, że idzie ciotka Kasia, którą zwęszyły, czy się złościć, że przejdzie obok. Rozległo się pukanie do drzwi natychmiast zagłuszone szaleńczym szczekaniem w bardzo zróżnicowanej tonacji: od cienkiego, chwilami piskliwego, Misiowego głosu do dudniącego basu Reksa.
– Cicho łobuzy – Adelka otworzyła drzwi, do przedpokoju weszła Kasia natychmiast osaczona ze wszystkich stron przez owych łobuzów.
– Przyniosłam ci książki, dzięki – podała Adelce załadowaną reklamówkę.
– Wszystkie juz przeczytałaś?
– To szybko? – zdziwiła się Kasia. – Przecież byłam chora.
– No tak, zapomniałam, że miałaś grypę.
– Właśnie dlatego nareszcie mogłam sobie poczytać. Co za rozkosz! Łóżko i książka, cóż może być na świecie lepszego? – Kasia głaskała psy.- Gorąco mi, lecę do domu, ale przyjdź jak będziesz szła.
– Co ty mówisz?
– Nie rozumiesz?- zdziwiła się Kasia. – Jak będziesz szła z psami na spacer to przyjdź do mnie. Zajrzyj, odwiedź mnie. Czego nie rozumiesz? Chcę pogadać o Elce.
– A, o to ci chodzi. Zauważyłaś, że coś się z nią dzieje?
– Ty też? To znaczy, że nie jest dobrze – Kasia uciekła na korytarz przed psią miłością. – To na razie, cześć.
Adelka kątem oka dojrzała jakiś dziwny odblask w oknie. Odsunęła firankę. Śnieg! Niemożliwe, skąd się nagle wzięło tyle śniegu? Patrzyła z niedowierzaniem. Naprawdę zaczął sypać, zima odnalazła zagubioną drogę do kraju nad Wisłą. Biały puch pokrył wszelkie niedoskonałości, ukrył brud i śmieci. Świat w ciągu krótkiego czasu zrobił się cichy i piękny. Ogromne białe płatki opadały lekko wirując, mieniąc się w świetle ulicznych latarni. Z ostatniego piętra wysokiego budynku, czyli z okna mieszkania Adelki, roztaczał się widok na lasy ciągnące się daleko w stronę Konstancina. Przyszło jej na myśl, że dawno, dawno temu też była taka piękna zima.
Z grupą koleżanek pojechała wtedy do Szczawnicy na kurs. Wesoło spędzały czas po zajęciach. Zresztą, kiedy się jest bardzo młodym, naprawdę dużo nie potrzeba do szczęścia. Wieczorami tańce, w dni wolne od zajęć wyprawy dostępnymi pienińskimi szlakami, spacery wzdłuż Dunajca. Nad rzeką poznała Andrzeja. Był ratownikiem górskim. Wysoki chłopak ciemnymi włosami, śniadą cerą i czarnymi jak węgiel oczami przyciągał wzrok dziewcząt. On – zapatrzył się w oczy Adelki. Jej jasne włosy i drobna postać przysłoniły mu resztę świata. Pokochali się od pierwszego wejrzenia gorącym, młodzieńczym uczuciem. Miało być na całe życie. Snucie planów na przyszłość przerwała lawina. Porwała Andrzeja w czasie akcji ratowniczej, ukryła i zazdrośnie strzegła. Góry nie chciały oddać swego ulubieńca niebieskookiej dziewczynie. Ona nigdy więcej nikogo nie pokochała, pozostała w głębi duszy wierna pierwszej miłości. Jako osoba głęboko wierząca była przekonana, że Andrzej czeka na nią i na pewno się spotkają, jeśli będzie wiodła życie godne. Nie zmuszała się w tym względzie do wysiłku. Z natury będąc osobą prawdomówną, uczciwą do szpiku kości, uczynną, serdeczną i przyjacielską, nie musiała się specjalnie wysilać. Pracowała przez wszystkie lata w służbie zdrowia, od dwóch lat była na wcześniejszej emeryturze – i uważała się za szczęśliwą. Miała czas na długie spacery z psami, towarzyskie spotkania, zatrudniła się na „jedną którąś tam” etatu trochę dla urozmaicenia a trochę, żeby nie tracić jeszcze kontaktu z zawodem. Poza tym zawsze się kimś opiekowała. Obecnie dużo starszą od siebie sąsiadką z drugiego bloku, panią Henią, która leżała unieruchomiona po złamaniu kości miednicy.
– Ojej, jak późno! – wróciła do czasu teraźniejszego. – Muszę wyprowadzić suczkę pani Heni.
Reks i Miś podniosły się natychmiast, stając przy drzwiach zawsze chętne do wyjścia.
– Nie, teraz idę sama – powiedziała stanowczo. – Wy zostaniecie w domu, ale nie martwcie się, zaraz po was wrócę – pogłaskała Misia po czarnych kudełkach spadających na ślepka i przytuliła gładki, piaskowy łeb Reksa. Ze spuszczonymi ogonami poszły na swoje miejsca. Miś usiadł, Reks rozłożył się zakrywając płowym cielskiem połowę podłogi, oparł łeb na przednich łapach i znieruchomiał. Poruszały się jedynie gałki oczne, śledząc uważnie każdy ruch opiekunki. Po wyjściu Adelki zamknął oczy i głośno westchnął. Miś położył się obok i tak zamienili się w czekanie. Od czubków ogonów po koniuszki uszu i nosów byli jednym wielkim czekaniem.
Zima najwyraźniej chciała nadrobić zaległości i sypała śniegiem za cały grudzień i styczeń. Chodnik przed blokiem – niedawno oczyszczony – znów pokrył się grubą warstwą białego, sypkiego puchu. Za blokiem Adelka wpadła w zaspę. Dobrze, że założyła wysokie buty, bo śnieg sięgał miejscami do połowy łydki. Wreszcie dobrnęła do wieżowca przy ulicy Polaka. Wyglądała jak śniegowy bałwanek. Otrzepała się i weszła do budynku. Pani Henia leżała sama, bez jedzenia, bez możliwości skorzystania z toalety, ponieważ kobieta z opieki społecznej, która miała przyjść, po prostu nie dotarła i nawet nie raczyła uprzedzić chorej o zmianie planu. Sprawę wyjaśniła zdenerwowana Adelka dzwoniąc do niesolidnej opiekunki. Cóż jej pozostało? Zdjęła kurtkę, podwinęła rękawy… Po jakimś czasie pani Henia czysta i przebrana jadła obiad na kolację. Adelka sprzątnęła pokój. Wzięła Perełkę na spacer, który nie trwał długo, bo nieduża suczka po kilku krokach zapadała się w miękki śnieg i znikała z oczu. Nic dziwnego, że chciała jak najszybciej znaleźć się z powrotem w ciepłym domu.
Już po wyjściu z windy na swoim piętrze Adelka przypomniała sobie, że miała wpaść do Kasi. Nie chciała sprawiać zawodu psom, one po drugiej stronie drzwi już śpiewały i tańczyły z radości wywołanej jej powrotem.
– Chodźcie łobuzy, pójdziemy razem do cioci Kasi – powiedziała na powitanie. – Tylko macie być grzeczne, bo wam Kicia oczy wydrapie.
Reks wyrażał radość głosem i ogonem stojąc w miejscu. Miś skakał wokół pani na dwóch łapkach, podskakiwał na czterech, kręcił się w kółko i poszczekiwał robiąc zamętu i hałasu więcej niż cztery dogi razem wzięte.
– Myślałam, że się na ciebie nie doczekam – narzekała Kasia usiłując przekrzyczeć trzy psy, bo przecież Dżem wcale nie dawał się „przeszczekać” gościom. Kicia przezornie skryła się w wersalce czekając na koniec zamieszania. Wyszła dopiero wtedy, gdy Kasia z Adelką usiadły przy stole, a psy – już uspokojone – położyły się na dywanie. Rozciągnęła się na wersalce na całą kocią kremowokakaową długość i przymrużonymi niebieskimi ślepkami patrzyła na intruzów. Była przygotowana, by natychmiast dać im nauczkę w razie niestosownego zachowania.
Kiciunia dawno temu nauczyła Dżemika, kto rządzi w domu. Ona była tu pierwsza. Kiedy Kamil przyniósł pod płaszczem malutki, czarny kłębuszek z wielkimi błyszczącymi oczkami, jeszcze bezimienny, Kicia coś mu powiedziała i słuchał jej przez całe życie okazując szacunek jako przewodnikowi stada. Maluch był prześliczny, słodki jak dżem. I tak zostało. Dżemik, Dżemuś, Dżemunio – albo Dżemir, gdy za bardzo rozrabiał. Najwyraźniej myślał, że jest kotem. Dopóki mieścił się na parapecie albo na półkach od regału, wspinał się za Kicią, wchodził na krzesła, na stół. Miał być małym pieskiem, takim jamnikowatym, ale rósł jak na drożdżach, rósł i rósł. Wujcio osiedlowych zwierzaków czyli weterynarz Krzysztof stwierdził, że to piękny okaz sznaucera. Dżemik miał szczęście nie zostać okaleczonym, więc zachował ogon i uszy w pierwotnej postaci, nikt mu niczego nie obcinał poza kudełkami. A i te nieregularnie, w porywach, okazjonalnie gdy była taka konieczność, ponieważ na nadmiar czasu ani Kasia ani Kamil nie narzekali.
Jeden jedyny raz byli wspólnie u psiego fryzjera. Za nic na świecie nie chcieli zostawić samego Dżemusia u obcych ludzi. Umarłby na serce, które tak mocno waliło, tak trzepotało ze strachu, że aż całe ciałko dostało trzęsionki. Spędzili tam więcej niż cztery godziny. Wyglądał potem, owszem, prawie jak rasowy srebrny sznaucer średniej wielkości lecz widać było wyraźnie, że nie czuje się najlepiej. Wstydził się po prostu swojego nowego wyglądu.
– Olać to – zdecydowanie oświadczyła Kasia. – Nigdy więcej. Nie idziesz na wystawę, nie musisz więcej z siebie robić małpy na pokaz.
Od tego czasu wyglądał jak czarno srebrzysta kula i czuł się z tego zadowolony.
– Kawa czy herbata? – Kasia weszła w rolę gospodyni.
– A masz jeszcze zieloną kawę, tę orzechową?
– Mam, trzymam specjalnie dla ciebie – uśmiechnęła się pani domu.
– No to poproszę, wyjątkowo mi smakuje – Adelka przytuliła Kicię, która zeszła z wersalki i wskoczyła jej na kolana. – Kiciu, ty śliczna królewno, jesteś taka słodka, tak cudnie mruczysz – zadowolona Kicia ułożyła się wygodnie, przymknęła oczka i włączyła traktorek w gardziołku.
Po chwili Kasia postawiła na stole filiżanki w żółtą kratkę z pachnącą kawą orzechową.
– No dobrze, słuchaj – zaczęła Kasia zbierając na łyżeczkę piankę z kawy. – Coraz bardziej jestem zaniepokojona stanem Elki. Myślę, że powinnyśmy ją namówić na urlop gdzieś daleko od domu. Wyjazd dobrze by jej zrobił.
– Każdemu by dobrze zrobił – jęknęła Adelka. – Ja chwilami też zupełnie nie mam siły. Pani Henia potrafi mnie czasem wykończyć. Do opiekunki nie ma żadnych życzeń, a ode mnie ciągle coś chce. Dwa dni temu ledwo wróciłam z kliniki, zdążyłam podgrzać sobie zupę i już mam telefon. Podnoszę słuchawkę a ona krzyczy: co się z panią dzieje? Rozumiesz?! Przecież mówiłam jej wieczorem, że rano idę do pracy. Odpowiedziałam, no, może trochę za ostro, że dopiero weszłam do domu i muszę coś zjeść, jak zjem to przyjdę. Znowu dziś, słuchaj, poszłam Perełkę wyprowadzić a ona płacze, pani Henia, nie Perełka, bo opiekunka nie przyszła. Po prostu tak sobie nie przyszła, krowa jedna i biedna kobiecina leżała cały dzień głodna, w mokrym pampersie. Ręce mi opadły jak zobaczyłam. Ja naprawdę wszystko rozumiem, ale też jestem zmęczona. Rano muszę wstać godzinę wcześniej, żeby wyprowadzić Perełkę, ugotować jakieś żarełko, przenieść panią Henię na wózek, zawieźć do łazienki, posadzić na klopie…
– Adelciu kochana – przerwała jej Kasia, – jesteś cudowna i wspaniała. Podziwiam cię za to, co robisz. Masz prawo być zmęczona, ale teraz musimy pomyśleć, co zrobić z Elką. Martwię się o nią, wygląda ostatnio tragicznie.
– Niech jedzie do Szczawnicy – palnęła Adelka bez namysłu.
– Dlaczego do Szczawnicy? – zdziwiła się Kasia.
– Bo ja tam dawno nie byłam. Wrzuci za mnie różę do Dunajca… – powiedziała Adelka z zadumą w głosie, który miał brzmienie zupełnie nowe, jakiego jeszcze Kasia u przyjaciółki nie słyszała.
– Nie rozumiem – spojrzała Kasia pytająco. – Dlaczego różę do Dunajca?
– Bo … – Adelka zawahała się, po czym opowiedziała Kasi o Andrzeju. – I kiedy mogłam, jeździłam i wrzucałam różę do Dunajca…
– Dziękuję, że mi opowiedziałaś swoją love story – Kasia starła łzę spływającą po policzku. – Nieraz zastanawiałam się, dlaczego nie założyłaś rodziny.
– Nikt mi się więcej nie podobał. Nie jestem kochliwa z natury. A teraz myślę, że w sumie mam szczęście, kiedy patrzę jak wy wszystkie się męczycie z tymi chłopami…
– No nie – zaoponowała Kasia. – Mikołaj jest cudowny…
– Niech mu będzie, ale to też tylko chłop, nie gniewaj się, ale tak myślę. Poza tym przypomnij sobie swojego byłego. Zresztą, każda z was miała z nimi niezłą zabawę. Pamiętasz Teresę, Aldonę albo Dorotę z czasu, gdy jeszcze tu mieszkały? Albo Mariannę, sąsiadkę Majki?
Kicia otworzyła oczy patrząc na ciotkę i zastanawiając się dlaczego zaczęła głośniej mówić budząc ją. Kto widział bez powodu budzić kota?
– Ale musisz przyznać, że to były fajne czasy, pod pewnymi względami oczywiście…
– Nie zmieniaj tematu. Chciałabym mieć tyle złotówek, ile wylałyście wtedy łez.
– Ojej – wzruszyła ramionami Kasia, – to było tak dawno, a poza tym nie wszystkie jednocześnie, tylko każda kiedy indziej.
14.11.2017
mmzd Aż mnie dreszcz przeszedł …… Dunajec i róże – jakbyś mnie znała …tylko zamiast Szczawnicy Nowy Targ. I bukiet czerwonych róż dla Wszystkich moich Nieobecnych.
Pozdrawiam
Magda
annazadroza Magdo:-) A mnie przeszedł dreszcz po przeczytaniu Twoich słów. To niesamowite. Będzie Ci się lepiej czytało, bo – być może – znajdziesz jakieś znajome miejsca. Dunajec już jest 🙂 Serdeczności :)))))
11 listopada. Święto. Dzień Odzyskania Niepodległości. Już 99 lat temu.
Powinno to być święto radosne, obchodzone z uśmiechem, życzliwością, serdecznością adresowaną do rodaków. Wszak to NASZE święto.
Lubiłam z Tatą chodzić na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, uroczystości patriotyczne wzruszały mnie; hymn, maszerujący chłopcy w mundurach… Wtedy zgadzałam się w 100%, że „za mundurem panny sznurem”… Znałam piosenki partyzanckie, pieśni powstańcze, wojskowe, które śpiewaliśmy z Tatą, potem z moimi chłopcami. Bardzo lubiłam „naciągać” rodziców na opowiadania z okresu wojny i partyzantki. Powstania, wszelkie zrywy wolnościowe działały na moją wyobraźnię, gotowa byłam iść natychmiast -„hej, kto Polak na bagnety”… Romantyzm był moją ukochaną epoką, bo „czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko”, Mickiewicz, Słowacki – najbliżsi sercu. Takie prawo młodości do porywów duszy…
Podczas tegorocznego święta – bez wzruszenia, z niechęcią, ze strachem i z innymi uczuciami, które mi się nie podobają, których nie chcę doświadczać, nie życzę sobie odczuwać – oglądałam marsz narodowców, czytałam ich hasła. Opowiadania dziadków sprzed wojny się przypominają bardzo nieciekawe…
Patriotyzm dziś, w XXI wieku, to dla mnie odpowiedzialność za kraj bez względu na to, kto rządzi, to postawienie dobra ogólnego, dobra kraju i jego interesów ponad kłótnie, interesy partyjne. Teraz – w państwie (oby) demokratycznym – to płacenie podatków, przywiązanie do symboli, przestrzeganie prawa, reguł i norm społecznych. Nie zaś łamanie umowy zawieranej kiedyś z pracownikami i np. odbieranie emerytur ludziom uczciwie pracującym i służącym ojczyźnie i rodakom przez długie lata, poświęcającym nieraz życie osobiste dla obowiązku, a wielokroć oddających własne życie w obronie bliźnich, zwykłych szarych ludzi po to, by mogli spokojnie i bezpiecznie chodzić po ulicach. Patriotyzm to uszanowanie historii takiej, jaka była, a nie wybiórcze dopasowywanie i zakłamywanie jej do potrzeb jednej grupy. To wyciąganie wniosków z przeszłości w celu uniknięcia popełnionych błędów, to zapewnienie poczucia przynależności do wspólnoty, godności i dumy bez względu na poglądy czy wyznanie. To pokazywanie światu naszych osiągnięć we wszystkich możliwych dziedzinach jak nauka, czy sztuka, promowanie skarbów lokalnych (np. koronki z Koniakowa, oscypki czy łącka śliwowica itp.), to przyjazne stosunki z sąsiadami bliskimi i dalszymi, to rozwiązywanie spornych spraw poprzez dialog i kompromis, a nie obrażanie i konfliktowanie wszystkich ze wszystkimi. To zarządzanie państwem nie przez wywoływanie kryzysu i podział mieszkańców kraju na dwa nie mogące się porozumieć obozy, lecz tworzenie prawdziwej wspólnoty dla rozwoju naszej pięknej Ojczyzny, dla naszego własnego dobrego życia, dla zmiany mentalności Kalego, która wciąż dominuje.
Z okazji święta życzę mojej Ojczyźnie, aby rodacy pozbyli się agresji, przestali wzbudzać nienawiść do siebie nawzajem i całej reszty świata, aby – podobno tacy wierzący w większości – zaczęli się stosować do przykazań. Tylko tyle.
kolewoczy Na prowincji jest ciszej, spokojniej, tylko na budynkach, także prywatnych domach rozwieszone flagi, w kościele parafialnym msza za ojczyznę, a potem w domciu się siedziało, bo przywiało śniegiem 🙂
babciabezmohera Twoje życzenia są piękne i mądre. Ale boję się, że nie „tylko tyle” a „aż tyle”… :(((
annazadroza kolewoczy:-) Zdecydowanie poza dużymi miastami jest inaczej, spokojniej, w ogóle życie tam inaczej płynie, lepiej się żyje, ludzie są życzliwsi. Dlatego tęsknię za Szczawnicą, tam się po prostu oddycha pełną piersią – nie tylko ze względu na powietrze:)
annazadroza BBM:-) Może jak dużo nas będzie tak życzyć i życzyć, i życzyć to się choć trochę spełni?
annazadroza BBM:-) Ja też i jeszcze wielu, wielu innych:) Mówią, że pycha idzie przed upadkiem, a pychy mamy takie ilości, że ho,ho… i teraz nie wiem, czy śmiać się czy płakać…
Kasia znała Mikołaja od wielu lat, od chwili powrotu z urlopu wychowawczego po urodzeniu Kamila. Widywała go na korytarzu, często podczas zebrań, odpraw, spotkań w pracy siadał naprzeciw niej. Ciągle gdzieś się w pobliżu pojawiał. Inni zapadli w mroki niepamięci, jedynie dźwięk nazwisk kołatał się w głowie, wiele twarzy zatarł czas. Mikołaj był zawsze osobą z krwi i kości, a los wciąż umieszczał go niedaleko Kasi. Każde z nich miało swoje życie. Mikołaj narzeczoną i budowanie mieszkania, Kasia dzieci i problemy z mężem.
Jerzy dostarczał jej już wtedy „rozrywek” i emocji w nadmiarze. Nigdy nie wiedziała co ją czeka w domu, kiedy mąż wróci i czy w ogóle wróci na noc. Zaczął często przyprowadzać kolegów w stanie „wskazującym na spożycie”. Znosiła to przez pewien czas, potem się zbuntowała. Wpadła w furię, gdy jeden z nich zaczął odpinać pasek od spodni, bo nie podobało mu się zachowanie Łukasza i Kamila, i ruszył chwiejnym krokiem w stronę chłopców. Sama mogła dużo znieść, ale od jej dzieci wara każdemu! Wyrzuciła „gościa” z mieszkania z siłą, której nikt by się nie spodziewał po drobnej, szczupłej i zwykle bardzo spokojnej dziewczynie. Zresztą ona sama była zdziwiona gwałtownością własnej reakcji. Drugiemu rozbiła na korytarzu butelkę wódki (była wtedy do kupienia tylko na kartki ewentualnie u babki meliniarki mieszkającej nad przedszkolem) za co groził, że ją zabije, trzeciego postraszyła rozgrzanym żelazkiem, aż wpadł do wanny i – bez powodzenia próbując się wygramolić – usnął z powodu nadmiernej ilości alkoholu we krwi.
Mąż przestał przychodzić po pracy do domu, albo wcale nie wracał, albo nad ranem, albo nawet po kilku dniach. Przywykła i do tego, lecz romans z sąsiadką – to było za dużo. Najpierw nie wierzyła. Może sama wymyśliła tę historię? Niestety, nie mogła się długo łudzić bujnością swojej wyobraźni. Widziała ich wracających razem do domu, przez kratkę otworu wentylacyjnego w kuchni i w łazience nieraz słyszała głos własnego męża dochodzący z mieszkania znajdującego się piętro wyżej; będąc z psem na spacerze widywała go, gdy nieopatrznie stanął z papierosem na balkonie sąsiadki.
Całymi nocami czekała w oknie nie spuszczając z oka wejścia na klatkę schodową. Potem wychodziła z psem w dalszym ciągu bacznie obserwując drzwi, sama niewidoczna. Po powrocie zastawała Jerzego w domu… Nie była osobą o gwałtownym usposobieniu, nie znosiła awantur, próbowała delikatnie sygnalizować swoje uczucia, obawy, niepewność. Daremnie. Mimo wszystko jeszcze nie rezygnowała z marzenia o szczęśliwej rodzinie. Pojechali razem na wczasy, ale mąż „musiał” wrócić na kilka dni z powodu „ważnych spraw zawodowych”… Po powrocie już właściwie nie spali ze sobą, jedynie w pobliżu a i to zaledwie od czasu do czasu. Seks bezpowrotnie zniknął z „rozkładu zajęć”, zaczęli żyć jeszcze bardziej obok siebie. Jerzy częściej nie wracał na noce, zaś przyszedłszy rano miał suche buty, choć na zewnątrz lał deszcz albo sypał śnieg… Zrobił się niemiły do obrzydzenia, dokuczał żonie na każdym kroku, nic mu się nie podobało co zrobiła, nie smakowało co ugotowała albo upiekła, szukał dziury w całym gdy był trzeźwy, usprawiedliwiał się gdy był pijany. Pewnego wieczoru wdrapała się z psem na górkę i rzucając mu patyk zobaczyła Jerzego ścielącego wersalkę u sąsiadki. Nie zaciągnął zasłony… A wracając – usłyszała na korytarzu głos męża mówiącego, że nie może zostawić żony, bo ona nie nadaje się do samodzielnego życia i zginie bez niego. Zatrzęsła się ze złości, z żalu, z rozpaczy – ze wszystkich uczuć, jakie w jednej chwili mogą ogarnąć człowieka. Jakby wszystkiego nie robiła sama! Miarka się przebrała. Kasia stwierdziła, że nie zniesie dłużej takiego traktowania. Spakowała rzeczy Jerzego i wystawiła na korytarz, skąd je po trochu zabierał. Umówiła się na spotkanie z adwokatem, założyła sprawę o rozwód z orzeczeniem wyłącznej winy pozwanego. Wygrała. Rozpoczęła życie samodzielnej matki z dwojgiem dzieci.
Nie było wcale tak łatwo, jak mogłoby się w pierwszej chwili zdawać. Owszem, skończyły się rozterki typu: gdzie jest Jerzy, z kim, wróci czy nie wróci i w jakim stanie. Zaczęły się natomiast okresy tęsknoty przeplatane okresami nienawiści. Pytała w duszy: dlaczego ja? Czemu spotkała mnie taka krzywda? Co zrobiłam złego? Czym zasłużyłam na taki potworny, głęboki ból, na tak bezdenną rozpacz? Mąż, dzieci, dom były przecież najważniejsze w jej życiu. Nigdy nie zawiodła, nie zdradziła. A on? Poszedł tam, gdzie wygodniej. Najwyraźniej w jego oczach o wiele ciekawiej rysowało się życie na wolności, bez żony, z dziećmi na odległość, bez codziennych obowiązków związanych z utrzymaniem rodziny, wychowaniem synów, szkołą. Mógł pozostać tym, kim był w istocie, uroczym i czarującym wiecznym chłopcem bez poczucia odpowiedzialności.
Wszystkim życiowym wyzwaniom Kasia musiała sprostać sama, nie licząc na nikogo poza tatą. On jeden o nic nie pytał, zawsze pomagał i wspierał. Płakała całymi nocami, łzy płynęły same w najmniej odpowiednich momentach: na widok pary idącej zgodnie ulicą czy robiącej wspólnie zakupy w sklepie, na spotkaniach towarzyskich w czasie dobrej zabawy obecnych gości. Czas pokazał, że przyszłość zafundowała wielu przyjaciółkom przeżycia podobne do jej przeżyć, przynosząc cierpienia, zdrady, rozwody, problemy z dziećmi. Wtedy o tym nie myślała pogrążona w rozpaczy, w niskiej samoocenie, w bezustannym poczuciu winy za wszystko na świecie. Zdawało jej się, że gdyby nagle wybuchła trzecia wojna światowa, ona czułaby się odpowiedzialna także i za to zdarzenie.
Siłę dawały jej dzieci, żyła jedynie dla nich. W okresie poprzedzającym rozwód Jerzy i tak całymi dniami przebywał poza domem, chłopcy więc nie przeżyli bardzo jego fizycznej nieobecności. Natomiast fakt zdrady, odrzucenia – ogromnie. Dowodziły tego napisy na chodniku w rodzaju: „w mieszkaniu na górze mieszka padalec”, albo kopanie w drzwi podczas biegania po schodach. Nikt i nic nie mogło Kasi wtedy zainteresować, nie chciała mieć do czynienia z żadnym mężczyzną. Bała się, że mógłby chłopcom zrobić krzywdę a tylko oni liczyli się w jej życiu.
Równolegle w tym okresie Mikołaj przeżywał własne osobiste problemy. Jego kilkuletni związek rozpadł się poprzedzony różnymi niemiłymi sytuacjami. Kilkakrotnie zrywał z narzeczoną, po czym – mając z natury miękkie serce – dawał się przebłagać, aż wreszcie i jego granica wytrzymałości pękła. Nie zmienił zdania mimo sporych strat materialnych związanych z budową mieszkania, które miało być wspólne. Został bez niczego, bez żadnych oszczędności, z gołą pensją i pokojem w mieszkaniu mamy.
Mikołaj miał wrażenie, że nigdy nie uwierzy do końca żadnej kobiecie i nie zwiąże się już z nikim na stałe. Jakby na potwierdzenie tego poglądu kilka luźnych, przelotnych znajomości nie przyniosło satysfakcji, raczej zostawiło niesmak i zniechęcenie.
Dokładnie takie same odczucia w stosunku do płci przeciwnej miała Kasia.
Spotykali się z Mikołajem przypadkiem, w przelocie i zawsze dobrze im się rozmawiało, odkrywali coraz więcej wspólnych zainteresowań, podobne poglądy i odczucia, odkrywali siebie. Wreszcie Kasia zaprosiła go do domu na kawę. Mikołaj zaproszenie przyjął. Został od razu zaakceptowany przez chłopców. Byli zadowoleni, że mama już nie spędza sama weekendów tym bardziej, że oni zaczęli znikać z domu coraz częściej i na dłużej. No i mieli w soboty wolną chatę…
10.11.2017
Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Dobrze się czyta.
annazadroza Obserwator:-) Dzięki, miód na moje serce:) Po to piszę, żeby sobie i innym dać trochę miłych chwil odpoczynku. Pozdrawiam serdecznie:)
Moja przyjaciółka M. została babcią po raz pierwszy. Ociągała się jakoś bardzo w tej materii, mówiła, że nie chce, że w takich trudnych czasach, że po co, że nie musi… Wszystkie ją wyprzedziłyśmy, ale cóż, akurat tutaj nic nie miała do powiedzenia i od wczoraj jest przeszczęśliwa :):):) Ma wnusię, w sumie między jej Drobinką a moją Calineczką są dwa miesiące różnicy, więc będziemy w kwestiach „babciowych” na bieżąco i równolegle, jak kiedyś z naszymi dziećmi. A jaką radość daje dziewczynka po doświadczeniach z chłopcami! Dobrze wiem, bo sama nie mogłam uwierzyć, że będę miała pierwszą wnuczkę a nie wnuka.
Życzę maleńkiej Drobince, żeby urodę i mądrość odziedziczyła po babci M. wtedy z całą resztą sobie poradzi:) I niech będzie zdrowa i szczęśliwa:):):)
annazadroza BBM:-) Bardzo wzruszające:) Tak się złożyło, że moje dwie przyjaciółki M. i D. zostały w tym roku babciami 🙂 Kiedyś miałyśmy dzieci w podobnym wieku, teraz następne pokolenie:)))) Niech wszystkie maleństwa szczęśliwe będą:)))
„Pasma życia” zaczęłam pisać w 2005 r. Pamiętam dokładnie jak do tego doszło. Szłam z moim Browciem (średni prawie sznaucer) na spacer górką w stronę giełdy, na Ursynowie oczywiście, towarzyszyły nam cztery psy, a właściwie dwie suczki i dwa psy oraz dwie przyjaciółki, opiekunki owych zwierzaków. Właśnie
wtedy pomyślałam, że mogłabym uwiecznić taki spacer, nasze kochane psiaki i wymyśleć losy trzech kobiet, takie pasma życia przeplatające się ze sobą na przestrzeni lat… Dziewczyny przyklasnęły pomysłowi i tak się zaczęło. Powstawały na raty kolejne fragmenty, ponieważ moje realne życie nabrało takiego tempa, że „z rozumem się nie mogłam połapać”. I dopiero po przeprowadzce, tu i teraz, udało mi się wrócić do rozpoczętej powieści. Psiaki w międzyczasie odeszły do psiego raju, przyszły następne, równie kochane, ale to już inna bajka. Tamte pozostały na zawsze …. Żeby nie było problemów: ludzie i ich losy – to fikcja, czasem ktoś może odnaleźć swoje myśli i uczucia czy podobne zdarzenia, ale przecież są one wspólne dla całej ludzkości bez względu na szerokość geograficzną, wiek, kolor skóry czy włosów na głowie, poglądy polityczne czy religię. Kocha się i nienawidzi tak samo, identycznie odczuwa się strach czy radość, zwątpienie czy szczęście. Uczucia są ponad podziałami. Dobrze, że takie coś jest. Ponad podziałami – teraz sobie to uświadomiłam – jednak coś istnieje. Miłość na przykład jak w przypadku Romea i Julii. Może prezes wszystkich prezesów kogoś pokocha…
Wracam do tematu. Zaczął się już wtedy w moim życiu okres Szczawnicy. Tenczynek pozostaje we wspomnieniach, w sercu, w duszy na zawsze, lecz w realnym życiu przyszedł czas Szczawnicy. Już kiedyś mówiłam, że pokochałam miasteczko od pierwszego wejrzenia i kochać nie przestanę:) Spora część akcji
tam właśnie się toczy i ma wpływ na resztę. Nie będę zdradzać szczegółów, same przeczytacie. Na pewno osoby znające Szczawnicę i okolice odnajdą znajome miejsca czy obiekty. Niektórych już nie ma, zostały wyburzone, w ich miejsce powstały inne – jak choćby okrągły pawilon pijalni wód na Zdrojowej –
a na kartach powieści są uwiecznione w czasie, w którym je napotkałam podczas pierwszego pobytu, który miał miejsce… lat temu… ho ho ho… i jeszcze trochę:):):)
Miałam wczoraj napisać tych kilka słów wprowadzenia, ale nie zdążyłam. Jechałam do Calineczki, jeszcze wodę po drodze dla małej miałam kupić. To znaczy ja czekałam w aucie z psami, Mąż był w sklepie. Już teraz wiadomo na pewno, że nie można ich zostawić samych z babcią D. w żadnym wypadku. Mają więc
wycieczkę krajoznawczą, zawsze to jakieś urozmaicenie. Wrzuciłam więc na bloga pierwszy rozdział, żeby chociaż Elżbieta wyszła na światło dzienne. Potem wyjdą Kasia i Adelka, a dalej już będzie pomieszanie z poplątaniem. A więc zapraszam znowu na Ursynów oraz do Szczawnicy:):):)
8.11.2017
Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Jeżdżę do Szczawnicy od prawie 20 lat.Cudowne miasteczko na krańcu Polski,otoczone Pieninami z przełomem Dunajca.Polecam wszystkim.
annazadroza Jak miło spotkać miłośnika ukochanego miejsca:) Pozdrawiam serdecznie, hej:):):)
babciabezmohera Krynica, Szczawnica, Krościenko… też łączę z nimi miłe wspomnienia…
annazadroza Bezmoherowa:-) W Krynicy byłam już po pokochaniu Szczawnicy, więc tęskniłam i byłam zła, nic mi się nie podobało. Tak samo z Rabką. Na dodatek przemokły mi buty i nie mogliśmy znaleźć czynnej knajpy, bo jeździliśmy zwykle poza sezonem. Ale – choć to było wieki temu – do tej pory mam stamtąd składaną parasolkę, która się nie popsuła!
Elżbieta wróciła z bólem głowy. W domu na szczęście nikogo nie było. To znaczy żadnej dwunożnej istoty, bo z niecierpliwością czekały dwie suczki – zwane psicami – oraz kot o imieniu Kocio. Powitały ukochaną panią z wielką radością. Beta śmiesznie podskakiwała na dwóch krótkich łapkach, Gama jazgotała wyrzucając z siebie nieprawdopodobne ilości psich słów w psim języku.
– To jest nienormalne, żeby moim największym oparciem były takie potwory jak wy – powiedziała do Kocia, który swoim zwyczajem wskoczył na jej ramię i mruczał do ucha kocią pieśń uwielbienia, od czasu do czasu szorstkim języczkiem liżąc panią po nosie.
Zrzuciła z siebie krótki sztuczny kożuszek i usiadła w fotelu. Przytuliła policzek do pręgowanego, szarego mruczącego futerka. Głaszcząc jedną ręką duży łeb Gamy drugą delikatnie drapała Betę, która bezceremonialnie wpychała mały czarny nosek pod pani rękę domagając się uwagi. Rozejrzała się z obrzydzeniem po pokoju, który kiedyś był ładny, miły i przytulny. Teraz – zniszczone drzwi, rozpadające się stare drewniane ramy okienne, świeżo oberwana i rozerwana przez Mirka na kilka smętnie zwisających strzępów firanka, zepsuta wersalka, brudne ściany błagające o pomalowanie i szare plamy w miejscach z których odpadł tynk, sprawiały przygnębiające wrażenie.
– Jak mogłam być do tego stopnia ślepa i głupia przez tyle lat? Może wy mi powiecie jak to możliwe, że pozwalam się traktować w taki sposób? Po co się głupio pytam, dobrze wiecie w jaki, widzicie to przecież codziennie – rozmowa ze zwierzakami zawsze przynosiła ulgę, sprawiała zresztą przyjemność obu stronom. A poza tym, z kim miała rozmawiać, skoro Mirek wolał obrzucać ją wyzwiskami i groźbami, oczywiście kiedy nie był przez nikogo słyszany, a dzieci praktycznie rzadko bywały w domu? Rafał wyprowadził się do mieszkania po zmarłej mamie Elżbiety, Robert zaś uciekał jak najdalej od pełnej napięcia domowej atmosfery i przebywał w domu tylko wtedy, kiedy musiał.
Za wszelką cenę starała się utrzymać małżeństwo ze względu na chłopców. Uważała, że powinni mieć ojca. Całymi latami znosiła okrutne zachowanie męża, obracając w żart jego niewybredne uwagi pod swoim adresem w towarzystwie i – już zupełnie chamskie i obrzydliwe – bez świadków. Ukrywała przed światem swoje cierpienie, poniżenie i ból, połykała łzy w samotności, bezsenne noce próbowała zatuszować mocniejszym makijażem. Przychodziło to z coraz większym trudem i z coraz gorszym rezultatem.
Teraz z przerażeniem uświadamiała sobie, że się myliła, przyjęła błędne założenia, po prostu zrobiła jedną, wielką, koszmarną głupotę. Dotarło do jej skołatanej głowy, że wychowując się w domu, w którym rodzice nie mogli dojść do żadnego porozumienia, Robert i Rafał nie mieli szczęśliwego dzieciństwa.
Dopóki Rafał był jedynakiem, wszystko układało się zupełnie przyzwoicie, choć nie idealnie. Już wtedy przekonała się, że Mirek nie stroni od alkoholu. Myślała – jak większość młodych, naiwnych kobiet, że po przeprowadzce do własnego mieszkania, będąc wreszcie naprawdę razem, sami, rozpoczną zupełnie nowy, cudowny czas, sprawy się ułożą odpowiednio dobrze więc będą żyli długo i szczęśliwie. Wielką przyjemność sprawiało jej urządzanie pięknego trzypokojowego mieszkania, choć w czasach kryzysu z trudem zdobywało się wszelkie sprzęty, zaś po meble trzeba było stać całymi nocami i sprawdzać się na liście społecznej kolejki stojącej przed sklepem, oczywiście po uprzednim zdobyciu kredytu dla młodych małżeństw. Kto dziś o tym pamięta? Wnętrze nowego mieszkania sprawiało sympatyczne, miłe wrażenie i znajomi czuli się tu bardzo dobrze w towarzystwie wszystkich domowników czyli Elżbiety, Mirka, małego Rafałka i starej suczki Riny. Wtedy nawiązały się też przyjaźnie, które wytrzymały próbę czasu i umocniły się, tworząc naprawdę serdeczne związki pomagające w trudnych chwilach oraz pozwalające na wspólne przeżywanie radości.
Rafałek był rozkosznym dzieckiem jak każdy trzylatek. Mirek dumnie chwalił się synkiem, który już wyrósł z pieluszek. Wtedy Elżbieta zorientowała się, że znów jest w ciąży. Była szczęśliwa. Zawsze chciała mieć przynajmniej dwoje dzieci, żeby nie były same jak ona, jedynaczka zazdroszcząca innym rodzeństwa. W tym jednak punkcie nie zgadzali się z Mirkiem. On więcej dzieci nie chciał. Kiedy przekazała mężowi radosną – we własnym mniemaniu – nowinę, przyjął to jak zamach na własne życie. Właściwie od tej chwili – co wyraźnie widziała po latach – ich małżeństwo zaczęło staczać się po równi pochyłej.
Stwierdził, że to za trudna sytuacja, za dużo przyniesie kłopotów, on nie ma czasu na takie bzdury, więc niech jak najszybciej pozbędzie się ” tego problemu „. Cóż, kiedy ona za nic na świecie nie rozstałaby się z ” tym problemem „, który rósł zgodnie z prawami natury i stawał się coraz większy i ruchliwszy. Mirek zorientowawszy się, że tym razem żona go nie posłucha, zaczął przychodzić do domu coraz później i coraz częściej unosił się wokół niego zapach alkoholu. Stał się też złośliwy i agresywny. Pewnego dnia rzucił się z pięściami w jej stronę. Zdążyła wybiec na korytarz. Zanosząc się płaczem znalazła schronienie u zaprzyjaźnionej sąsiadki Adelki. Potem sytuacje konfliktowe pojawiały się z coraz większą częstotliwością, aż wreszcie stały się normą. Nie zmieniło tego przyjście na świat Roberta, chociaż chłopczyk urodził się z wadą serca i bardzo długo walczył o zdrowie. Mirek twierdził, że jego synem jest tylko Rafał, Roberta ledwo tolerował. Dyskryminował go, prezenty z częstych służbowych wyjazdów przywoził tylko starszemu dziecku, podkreślał swoje uczucia przy każdej okazji wyrabiając w chłopcach wrogość, co szczególnie zaważyło na stosunku Rafała do małego Roberta. Nie traktował go jak brata, lecz jak rywala na każdym polu, podkreślając swoją wyimaginowaną wyższość, nie umiejąc i nie chcąc ukryć zazdrości czy niechęci.
Na myśl o tym łzy napływały Elżbiecie do oczu. Synów kochała najbardziej na świecie. Ogromnie bolało ją, że nie umiała wychować ich we wzajemnej miłości i przywiązaniu chociaż tak bardzo chciała. Pragnęła, żeby byli dla siebie przyjaciółmi i wzajemnym oparciem przez całe życie. Czuła się okropnie, jakby batalię z losem przegrała na każdym froncie, mimo iż starała się sprostać wszystkim wyzwaniom. Przecież nie sprawdziła się jako żona i jako matka…
Przy ograniczonych środkach utrzymywała dom na poziomie, dzieci nie chodziły głodne ani źle ubrane. Kiedy Mirek zaczął jej wymyślać od głupich rozpoczęła studia, aby mu udowodnić, że nie ma racji. Ukończyła je uzyskując tytuł magistra sztuki i nie mogła wtedy pojąć, dlaczego nie cieszył się razem z nią, lecz jeszcze bardziej dokuczał na każdym kroku, jakby nie mógł znieść faktu, że jej się udało.
Zaczął przyprowadzać do domu kolegów równie pijanych jak on sam. Wytrzymała kilka takich „nalotów”, po czym gwałtownie zaprotestowała. To stało się kolejnym powodem małżeńskich awantur. Sytuacja taka trwała całe lata. Ponieważ na tym polu żona okazała się nieugięta – zaczął spędzać coraz więcej czasu poza domem oraz wracać pod wyraźnym wpływem… Potem zdarzało się, że nie wracał przez kilka dni z rzędu i w ogóle nie dawał znaku życia. Nie wiedziała gdzie jest, co się z nim dzieje. Najpierw przeżywała potworne męki niepokoju, katusze niepewności i wewnętrzne rozterki obwiniając siebie o rozkład związku, cierpiąc z powodu braku okazywania ludzkich uczuć przez męża. Potem przychodziły coraz częstsze okresy obojętności przeplatane okresami zamartwiania się z powodu poczucia winy, które potrafił w niej wzbudzać.
Pewnego dnia wpadła jej w ręce jakaś kartka napisana po angielsku. Zaczęła czytać. To był brudnopis listu Mirka! I nagle pojęła dlaczego stali się sobie tacy obcy, tak bardzo oddaleni od siebie. Mirek nie przypuszczał, że znajomość języka pozwoli Elżbiecie bez żadnego problemu zrozumieć treść. Poczuła się okropnie… Czy to możliwe, żeby jeszcze potrafiła odczuwać tak wielki ból, takie poniżenie i upokorzenie? List był napisany do kobiety, właściwie do dziewczyny młodszej od niego o prawie dwadzieścia lat! Mirek pisał o swojej miłości do niej, o niedalekim spotkaniu. Mieszkała w Szwecji, poznał ją podczas jednego z licznych wyjazdów służbowych, jakiegoś zgrupowania czy czegoś w tym rodzaju. To dlatego tak go drażniła obecność żony! Dlatego nie obchodziło go życie rodziny ani sama rodzina. Myślami cały czas przebywał za morzem…
Elżbieta nie mogła wtedy uwierzyć w prawdziwość własnych spostrzeżeń. Udając, że o niczym nie wie, zwróciła uwagę na gorliwość z jaką wyjmował korespondencję ze skrzynki, na angielskie teksty pisane obok niej, przy stole, na częste korzystanie z telefonu u sąsiadki, bo własny telefon był wówczas w sferze marzeń.
7.11.2017
nie-okrzesana Już nie mogę doczekać się dalszego ciągu.
Fakt, nie jest to koniec świata, jak niektórzy uważają, ale to nie oni będą biegać po Bankach, PZU, ZUS i innych instytucjach i zmieniać dane w moim adresie.
Przeczytałam dokładnie życiorys patrona obecnej nazwy mojej ulicy i naprawdę nic zdrożnego tam nie wyczytałam, po prostu był ekonomistą o lewicowych poglądach.
Ja z urzędami jakoś sobie poradzę, ale moi seniorzy sąsiedzi, będą musieli skorzystać z pomocy innych osób, co dla wielu nie jest proste, bo po prostu nie mają bliskich na miejscu, albo nie mają ich w ogóle.
Uważam, ze w naszym życiu jest wiele pilniejszych spraw do zmiany, poprawy (chociażby służba zdrowia) i tym powinni się zająć nasi rządzący.