„O matko!” Alejandro Palomas

Podczas pobytu Wnusi K. nie miałam kiedy zasiąść do Lapcia. Spędziłyśmy miło czas, ważne, że razem i nie nudziło nam się wcale. Mnie nie nudziło się nigdy w życiu i nie wiem co to znaczy. Młoda zajęć – czyli nauki – miała sporo, ale poza tym obejrzałyśmy kilka filmów, posiedziałyśmy sobie w ciemnościach przy świeczce i pogadałyśmy. Fajnie było. I wciąż się nie mogę nadziwić, że ona już taka duża jest. Dziś zadzwoniła z prośbą, żebym przywiozła jej ukochane książeczki, te pierwsze, które u nas miała od początku (jej) świata, bo będzie czytała Calineczce, żeby mała nie płakała. Jutro pojadę to zawiozę. Czego jak czego, ale książek w domu nie brakuje:) To od dziecka była moja największa przyjemność i radość, nic nie mogło mi sprawić większej frajdy niż nowa książka w prezencie. Czytałam zawsze i wszędzie, rano przed pójściem do szkoły, w szkole na przerwach, wieczorem pod kołdrą przy latarce, kiedy mama kazała zgasić światło. Wszyscy czytaliśmy, cała rodzinka:) Cieszę się, że dzieci też czytają a Wnusia K. teraz zacznie edukację Malutkiej. Zresztą, ta kruszynka już koncentruje uwagę na małych książeczkach czarno-białych, specjalnie dla takich szkrabów stworzonych. Mało tego, już jej się nudzą i większą uwagę zwraca na bardziej kolorowe.
Kiedy Mąż odwiózł młodą do domu, poczułam takie zmęczenie, że nic już robić nie miałam siły. Jedynie – przejrzeć stos nowych książek, które, jak zwykle, dostarczył Mały:):):) Wzięłam do ręki „O matko!” Alejandro Palomasa, hiszpańskiego dziennikarza, pisarza i tłumacza. Właściwie nie miałam zamiaru jej czytać,
bo recenzja na okładce jakoś mnie nie zachęciła. Otworzyłam jednak i mój wzrok padł na motto zaczerpnięte ze słów Virginii Woolf – ” Nie można odnaleźć spokoju unikając życia...”. Pomyślałam, że to dobre zdanie, niesie w sobie przesłanie i odpowiedź na rozterki. Na pierwszej stronie powieści pojawił się dog Max oraz suczka Shirley. I cóż, nie odłożyłam książki na bok, choć powinnam oszczędzać oczy. Wciągnęło mnie. Nie chodzi nawet o treść czy formę ale o ładunek emocjonalny.
Otóż tytułowa matka, Amalia oraz jej syn Fernando przygotowują sylwestrową kolację dla reszty rodziny, którą stanowią dwie córki: Silvia i Emma oraz brat Amalii, wujek Eduardo. Przy okazji czytelnik poznaje losy każdej z osób, jest świadkiem ich zmian wewnętrznych doświadczanych na skutek przeżytych wcześniej zdarzeń, o których stopniowo się dowiaduje. Mnie zaimponowała Amalia. Po zostawieniu rodziny przez męża i ojca jej trojga dzieci, który tłamsił ją psychicznie przez lata czyniąc na pozór bezwolną i podporządkowaną sobie, staje się osobą samodzielną walcząc z owym wewnętrznym poczuciem stłamszenia. Potrafi każdemu swemu dziecku, niedowidząca i niezdarna, udzielić wsparcia, okazać uczucie i bezwarunkową akceptację (syn jest gejem, zaś jedna z córek lesbijką). Za wszelką cenę usiłuje scalić rodzinę po przejściach, co się jej udaje. Okazuje się być ostoją tej grupki ludzi bliskich sobie mimo wszelkich przeciwieństw; filarem, wokół którego wszystko ustawiło się we właściwym porządku. W tę sylwestrową noc prostują się zakręcone drogi
życia każdego z uczestników. A w życiu ludziom towarzyszą psy  Max i Shirley:-))

6.11.2017

  • kolewoczy Nie znam autora, ale naszła mnie taka refleksja, a`propos tego, co obserwujemy dzisiaj na scenie politycznej, do jakiego doszło rozdziału, rozziewu i wręcz przepaści między ludźmi z powodu polityki, że dzisiaj o tolerancji i bezwarunkowej miłości rodziców do dzieci (czy w ogóle tolerancji między ludźmi) nie świadczyłaby akceptacja dla innej orientacji seksualnej, tylko zaakceptowanie kogoś o przeciwnych poglądach politycznych. Ciekawe czy ktoś napisze o tym książkę.
  • annazadroza kolewoczy:-) Przepaść wykopana jest taka głęboka i przebiega między członkami rodzin, że wydaje mi się niemożliwe – w tej konkretnej chwili – ominięcie jej. Chociaż – serce matki ma niezmierzone pokłady uczuć. Gorzej z ojcami, tu częściej mamy do czynienia z konfliktami międzypokoleniowymi i różnicą poglądów. Oj, tak by się przydało mniej emocji a więcej rozsądku…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Łączy się życie…

Po Dyniowym świecie nastąpił Dzień Wszystkich Świętych, następnie Zaduszki. Jak w życiu: radość, smutek, zamyślenie, refleksja… Szczególna pora sprzyjająca rozmyślaniom, wspomnieniu bliskich i dalszych krewnych, przyjaciół, znajomych albo ludzi znanych tylko ze stron kolorowych pism, filmów, książek. Udaje się przystanąć w pędzie, zatrzymać w codzienności, zwolnić na chwilę, rozejrzeć się… Okazuje się, że w biegu zgubiliśmy kilka osób, nie spostrzegliśmy na czas, że zostały w tyle albo odeszły gdzieś na bok… Rozterka. Wrócić i poszukać, zaczekać czy iść dalej czekając, aż same drogę odnajdą…
Myśleć i zastanawiać się można dopóki… Wnusia K. śpi, babcia D. też, a psy nie chcą wyjść na spacer (czyt. do toalety). Teraz koniec rozważań i powrót do rzeczywistości. Śniadanie trzeba szykować i do nauki młodą zagonić, bo sprawdziany z kartkówkami na przemian ma po kilka codziennie z różnych przedmiotów. Będzie u nas do soboty, a wczoraj pierwszy raz Calineczka przyjechała w gości. Rozglądała się z wielkim zainteresowaniem ta dwumiesięczna istotka, w nowym miejscu wszystko ja interesowało, zapłakała dopiero gdy chciała jeść, a potem znów obserwowała otoczenie z uwagą. Taka drobinka :):):)

I tak się łączy życie z odchodzeniem, Zaduszki i przyszłość związana z nowym pokoleniem.

2.11.2017

  • fusilla Nawet się nie zdążyłam dobrze zastanowić nad tym Świętem. Dopiero za tydzień będę ogarniać ten temat. Pierwszy raz w swoim życiu jestem w takim niedoczasie, i jakoś taki dziwnie się czuję!
  • babciabezmohera Samo życie! Radość i smutek, wesele i zaduma…
  • kolewoczy Rytm życia od wieków taki sam, a my w nim tak czasami się obijamy o ściany 😉
  • annazadroza Fusilla:-) Czasem się nie przejmuj, on ma swoją drogę po której musi iść. Raz nadążamy za nim, drugi raz nie. Trudno, jego problem, po co się tak spieszy. Są ważniejsze sprawy, na przykład zdrowie Twojego Ślubnego, reszta się nie liczy. Więc absolutnie nie przejmuj się nieistotnymi sprawami. Przytulam serdecznie:):):)
  • annazadroza kolewoczy:-) Bardzo trafnie określiłaś. Czasem zdarza się, że czujemy się jak piłka wrzucona z dużą siłą do pustego pokoju i wtedy obijamy się od ściany do ściany i znowu, i znowu aż padniemy bez siły całkiem i zaczniemy myśleć…
  • annazadroza BBM:-) Samo życie, tak właśnie jest, samo życie. Bo wszystko jest jego przejawem, uczucia, myśli, czyny. Codziennie przechodzę obok cmentarza i łapię się na myśli, że cmentarz to też życie. Czyż nie? Ci, którzy tam śpią, żyją w myślach bliskich przychodzących zapalić znicz, położyć kwiatek…
  • irsila Dzieci na smutno cmentarzy nie odbierają,
    świadomości śmierci nie maja,
    z przyjemnością znicze zapalają…
  • kobietawbarwachjesieni 1 listopada – to dzień zadumy.
  • annazadroza irsila:-) Dzieci zupełnie naturalnie do wszelkich trudnych spraw podchodzą, dopóki im dorośli nie zaszkodzą robiąc mętlik wielki w ich niewinnych główkach, kryjąc wiele różnych znaczeń w prostych – zda się – słówkach.
  • annazadroza Kobietawbarwachjesieni:-) 1, 2 XI to takie „zadumane” dni. Nawet jeśli w pozostałe dni roku ktoś za bardzo wrażliwym nie jest, te dni niosą w sobie tę „zadumę szarą, osmętnicę” przed którą ukryć się nie można. Przypomina o sobie mgłami, czasem szarugą i deszczem a czasem liśćmi w słonecznych kolorach szeleszczącym pod stopami gdy idziemy między mogiłami. Tak już jest…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

No i mamy Halloween

Dzieciaki będą chodzić w przebraniach, zawsze pojawia się kilka grup. Pierwszy raz mnie zaskoczyli, ale teraz jestem przygotowana, słodycze mam w ilości odpowiedniej. Niektórzy rodacy kręcą nosem, że zwyczaj przyszedł ze Stanów. Ale skąd się tam wziął? Wszak to Europejczycy emigrowali na drugą półkulę i zaludniali ziemie, z których wypierali prawowitych właścicieli i mieszkańców. A ilu tam naszych rodaków powędrowało to trudno zliczyć. Policzalna jest jedynie polonia, czyli osoby przyznające się do polskiego pochodzenia. A ilu się nie przyznało z różnych powodów, bo się wstydziło, albo się ukrywało przed prawem na przykład lub przed kimś, albo z biegiem czasu zapominało o korzeniach?

Myślę, że ten zwyczaj wyemigrował z ludźmi do Ameryki i wrócił do nas w zmienionej postaci. Skąd taki wniosek? Otóż pamiętam opowiadania Taty, jak to w Tenczynku, gdy był dzieckiem – a więc w okresie międzywojennym – chłopcy wydrążali dynie, w środek wkładali zapalone świeczki, jakoś nadziewali na kije, czy nie wiem na co i to coś owijali prześcieradłami. A gdy zrobiło się ciemno, biegali po całej wsi i straszyli. Młodzi emigranci z pewnością robili to samo za oceanem, w nowym miejscu pobytu i w ten sposób w ojczyźnie Indian pojawił się Halloween. Z czasem forma „imprezy” ulegała przemianom i modyfikacjom na skutek mieszania się kultur i zwyczajów, i z tego pomieszania z poplątaniem zrodziło się to, co mamy dzisiaj. Młode pokolenia zawsze szukały powodu do zabawy i śmiechu. To się na szczęście nie zmieniło, więc i teraz niech uruchamiają wyobraźnię a ich myśli niech zajmą przebieranki, umawianie się i kontakt bezpośredni, nie tylko poprzez elektroniczne urządzenia. Należy im się chwila oddechu po szkole.

31.10.2017

  • kolewoczy Niestety, zwyczaj mi się nie podoba, całkowicie mi koliduje z nastrojem dnia Wszystkich Świętych i Zaduszkami: mentalnie, nastrojem i wymową, nie wspominając o podstawach teologicznych. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie się terror nakazujący wszystkim dostosowywać się do tych cudacznych wygłupów, bo ja nie mam zamiaru w tym uczestniczyć. Cukierki daję dzieciom chodzącym po kolędzie, coraz rzadziej spotyka się ten zwyczaj, ale miałam takich gości i to było fajne, zaśpiewały mi kolędę i dostały ciastka 🙂
  • annazadroza kolewoczy:-)Terror jest nie na miejscu w każdej sprawie. Powinna pozostać przestrzeń na wolny wybór. Dorosłych sobie nie wyobrażam przebranych w cudaczne stroje i proszących o cukierki 😉 Dzieci niech chodzą i w Halloween, i po kolędzie, i na Wielkanoc, i kiedy tylko chcą i mogą bo to przywilej ich wieku. Mnie nie przeszkadzają i ja im nie przeszkadzam. Cieszę się widząc uśmiechnięte buźki :):):)
  • kolewoczy Nie chodziło mi o przymus przebierania się dorosłych 😉 Raczej o taki terror, który będzie mi nakazywał (obyczajowo i przez nacisk społeczny raczej), że ja muszę cieszyć się, ze dzieci chodzą przebrane i wołają „cukierek albo psikus” i kiedy zastukają do drzwi mam obowiązek ich poczęstować. Otóż nie ma zamiaru tego robić, bo nie akceptuję tego obyczaju, jest mi emocjonalnie i mentalnie obcy. I teraz jestem ciekawa, w jaki sposób np. mama tych dzieci, rodzice czy wychowawcy wytłumaczą tym dzieciom, że ja NIE MAM OBOWIĄZKU odpowiadać cukierkiem na ich zabawę, czy też pierwsza reakcja (a jak znam niektórych rodziców, to raczej tego się spodziewam), będzie taka, że odesłałam dzieci z niczym i jak tak można i jaka wredna sąsiadka jestem 😉 O taki terror mi chodziło.
  • annazadroza Możesz wybrać „psikus” a nie „cukierek” i zobaczyć jak zareagują. Możesz zwyczajnie powiedzieć, że się w to nie bawisz. A co rodzice powiedzą, tego nikt nie wie, każdy pewnie co innego. Oczywiście, że nie ma obowiązku podejmowania zabawy, tak jak nie ma obowiązku przyjmowania księdza po kolędzie czy bycia honorowym krwiodawcą. i właśnie tu mamy problem, jako społeczeństwo- z uszanowaniem cudzej odrębności i odmiennego zdania. Może się kiedyś nauczymy?
  • annazadroza kolewoczy:):):) To była odpowiedź do Ciebie. Pozdrawiam Cię serdecznie:)
  • babciabezmohera Mój małżonek powiada, że wydrążone dynie były w jego dzieciństwie czymś normalnym. Ja tego zwyczaju nie znałam.
    Sama nie przepadam za Halloween, ale popieram w całej rozciągłości wolny wybór- niech każdy tak świętuje, jak uznaje za stosowne.
  • fusilla Nigdy nie miałam i nie mam żadnych wątpliwości, co do tego, jak zareaguję, gdy otworzę drzwi i ujrzę takich gości, których raczej nie zapraszałam. Do szału doprowadzało mnie „chodzenie po kolędzie”. Ale to w mieście. Teraz, na wsi, gdy przychodzą dzieci naprawde przygotowane, grające na różnych instrumentach, pieknie śpiewające, nie mam oporów, aby im się jakoś zrewanżować. Myślę sobie, że nauczyłam sie tego w ciągu prawie 7-letniego pobytu w Niemczech. Tam wszelkie zabawy i koledowania dziecięce sa na porzadku dziennym, mocno wspierane przez lokalne gminy, rodziców i kaplanów, a przy tym to nie tylko dobra zabawa, ale i okazja do poznawania innych ludzi. Dlatego Dyniowe Święto zupełnie mi nie przeszkadza. Jedni mają Halloween, inni mieli Dziady, a teraz prześcigają się w dekoracjach nagrobnych! A poza tym? Zawsze można się tylko uśmiechnąć, zamiast od razu zatrzaskiwać drzwi, prawda? :-)))))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Mam wrażenie, że właśnie z wolnym wyborem mamy najwięcej problemu. Bo jak ja coś wybieram to jest dobre i słuszne, ale jak sąsiad co innego – to już źle, jakim prawem i co on sobie w ogóle myśli! I seria epitetów za tym idzie… Czyż tak nie jest? I na tym polu jest najwięcej pracy, na całe pokolenia jeszcze…
  • annazadroza Fusilla:-) Myślę, że powrót Dyniowego Święta (z okresu przedwojennego) to odpowiedź na potrzebę radości życia, uśmiechu, zabawy i pozytywnych emocji często wyrugowanych z codzienności na rzecz pompatycznej powagi, propagowania umartwiania się, świętowania klęsk a nie zwycięstw itd.
    Dzieciaki mają frajdę, wyobraźnię rozwijają myśląc o przebraniu, umawiają się, same organizują. Uważam to za duży plus. Jeszcze długo potem jest radości sporo przy oglądaniu „wyglądów” z poprzednich lat , bo np. ja robię Wnusi zdjęcia i potem razem wspominamy. Przy okazji mogę coś o historii, o rodzinie wtrącić, jakąś informację młodej przekazać.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jest się z czego cieszyć

Dopiero teraz na chwilę zasiadłam do Lapcia, ale żeby nie Fusilka – wcale bym pewnie dziś nie dała rady. Ale przecież muszę zagłosować! jeszcze dziś i jutro, jakżeby inaczej :)) To przy okazji zerknę tu i ówdzie.
Wiatr dziś tak okropny, że głowę urywa. Nie huragan, nie dotarł do nas nieszczęsny Grzegorz (ciekawe kto mu nadał imię), ale wieje niemiłosiernie. Jednak nie pada i to jest plus. Wykorzystaliśmy z Mężem, że w przerwie między chmurami pojawiło się słoneczko i pojechaliśmy na cmentarz. Myślałam nawet przez chwilę, żeby psy zostawić w domu z babcią D. Tak zimno, że przecież chyba nie wypuści ich na ulicę, bo sama nie ma po co wychodzić. Zrezygnowałam jednak z pomysłu i zabraliśmy psiaki ze sobą. I całe szczęście. Starałam się jak najszybciej sprawę załatwić i wkrótce wracaliśmy. Podjeżdżając pod dom zobaczyłam drzwi wejściowe otwarte na całą szerokość, nad drzwiami świecącą się lampę (a słońce na zewnątrz) i klucz w zamku. Najpierw panika i gonitwa myśli. Wyszła babcia i zostawiła otwarte, albo zemdlała w przedpokoju, albo zapomniała czegoś, wróciła się do swojego pokoju i już została, bo zapomniała, że chciała wyjść, albo już sama nie wiem co. Wyskoczyłam z auta i biegiem do drzwi… A babcia D. się ubiera do wyjścia… Podejrzewam, że zapomniała, że już po lecie i wyszła tak jak stała. Poczuła chłód i zaczęła się ubierać nie zamykając drzwi i wypuszczając z domu ciepło:( Gdybym psy zostawiła… nie wiadomo co by się stać mogło. Szilka nie uciekłaby nigdzie, czekałaby w pobliżu, mądra suczka już nie chce być więcej bezdomna i domu się trzyma. Ale Skituś? Ten ciapek nie patrzy gdzie idzie i na pewno zostałby przejechany przez pierwszy jadący samochód. Mam nauczkę, żeby nie dać usnąć czujności, bo bywają chwile, w których zdaje mi się, że jest normalnie, ale tylko mi się zdaje. Trzeba mieć uszy wiecznie otwarte i oczy na słupkach kontrolujące sytuację wokół. Ale od dawna ataków agresji nie było, więc jest się z czego cieszyć.

Jeszcze cieszę się, że Wnusi K. tak dobrze u nas, że chce przyjechać na długi weekend. Będę musiała znowu się uczyć historii i geografii – bo do matematyki nikt mnie nie zmusi – oraz oglądać Soy Lunę, wybrane fragmenty Mam talent i różne takie… ale co tam! Ważne, że odpocznie trochę, bo naprawdę wymęczona jest bardzo po tych „dobrych” zmianach w edukacji.

30.10.2017

  • kobietawbarwachjesieni Z babciami to różnie bywa. Sama jestem babcią i uważnie się obserwuję. Staram się z głowy korzystać, żeby się nie rozleniwiła.
  • annazadroza Kobietowbarwachjesieni:-) Tu mamy do czynienia ze zdiagnozowanym przypadkiem chorobowym. Na szczęście leki pomagają w złagodzeniu objawów.
    A co do innych „przytrafek”, moich na przykład, to ich dużo 🙂 Szczególnie gdy jakaś myśl mnie pochłonie całkowicie i odpłynę w krainę wyobraźni:):):)
  • kolewoczy Nie wiadomo, obawiać się zawsze niespodziewanego, czy cieszyć, że nic się nie stało 😉
  • babciabezmohera Stary człowiek z demencją to ogromny problem dla rodziny.Bardzo współczuję.
  • annazadroza kolewoczy:-) W zależności od aktualnego stanu ducha, jak ze szklanką: albo do połowy pełna, albo pusta 🙂 Ja się cieszę, że leki działają i w stopniu możliwym dla danego przypadku – poprawiają jakość życia wszystkich domowników.
  • annazadroza BBM:-) Już raz temat przerabiałam, więc mi łatwiej. Mężowi trudniej, bo to jego mama. Najtrudniej jest pogodzić się z faktem, że bliska osoba robi się nagle zupełnie inna niż była zawsze. Obca, nieprzewidywalna, nieobliczalna, nieraz niemiła a czasem niebezpieczna. I nie można jej pomóc, bo albo się nie da, albo ona sama na to nie pozwala.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Miłego weekendu :)

No i padłam, nie pojechałam do Calineczki, pojechał Mąż. Zapakowałam się do łóżka, łyknęłam straszny zajzajer z apteki, poza tym rutinoscorbin i aliofil. Wygrzałam się, wyspałam i wstałam dziś jak nowa. Myślę, że po prostu byłam koszmarnie zmęczona. Wnusia K. dziś bardzo chce przyjechać, bo się baaardzo
stęskniła za Skitusiem, który jest jej osobistym przyjacielem. Uprzedziła, że będzie go przytulać przez cały czas. Przekazałam tę informację Skitulowi, łypnął na mnie jednym okiem zastanawiając się po co go budzę, wetknął z powrotem łeb pod kocyk i tyle w temacie.
O psach miałam więcej powiedzieć. Otóż Skituś to posokowiec bawarski, przebywający u nas teraz chwilowo a czasem awaryjnie. Teraz ze względu na urodzenie się Calineczki i dochodzenie do siebie jej mamy. Jest śmieszny, taki typowy ciapek, typ myśliciela i filozofa. Jak stanie w jednym miejscu i nad czymś się zastanawia to go przepchnąć nie można w żadną stronę, bo silny jest i ciężki. Tak samo jeśli czegoś chce, stanie wtedy i mruczy, i ruszyć go z miejsca trudno. Do tego jest ciepłolubnym kanapowco-fotelowcem i najlepiej się czuje śpiąc pod kocykiem. Czasem nawet czubka nosa nie widać. Nie lubi chodzić na spacery podczas brzydkiej pogody, robi co musi i ucieka pod kocyk. Poza tym wyjątkowo nie lubi jak gdzieś strzelają, czy też słychać inny odgłos zbiżony do strzału – pies myśliwski:):):) Daje wtedy dyla w stronę domu i ja nie jestem w stanie utrzymać go na szelkach, Mąż musi. Ja bym mu założyła kolczatkę, dla bezpieczeństwa. Ale jak takiemu ciapkowi założyć kolczatkę, jeśli on nie ma sierści tylko taką jamniczą? Przecież kiedy spojrzy tymi swymi
wielkimi oczami, z wyrazem wiecznego zdziwienia na mordce to zrobię wszystko, czego tylko chce:)
Szilunia natomiast to nasza sunia, przygarnięta 3 lata temu. Znalazła ją przyjaciółka M. błąkającą się po działkach. Wielu już psom stamtąd M. zapewniła domy, kotom różnym też, bo to taka kochana dziewczyna ta M. Szilka jest średniej wielkości, czarna, na mordce ma trochę siwych (albo białych) kudełków, na łapkach białe skarpetki. Piękną kitę, która zaczęła zmieniać kolor na brązowy. Zresztą na całym ciele zaczęły jej się pojawiać brązowe refleksy, szczególnie widoczne w słońcu. Sylwetkę ma zbliżoną do owczarka niemieckiego, tylko oczywiście jest mniejsza. Jest bystra, szybka, zwinna. Trafnie określiła ją pewna pani na spacerze jako „skaczącą kulkę radości”. Przywiązała się do nas ogromnie, najszczęśliwsza jest, kiedy ma wszystkich w zasięgu wzroku. Ma duży zasób słów i gada tak cudnie, jak dotąd żaden z moich psów. Może dlatego, że to dziewczynka a nie chłopak:):):)
To na razie tyle. Zaraz Mąż po Wnusię pojedzie do szkoły, a ja się za naleśniki wezmę i placek z jabłkami i śliwkami upiekę. Miłego weekendu:):):)

27.10.2017

  • kolewoczy Leje! To nie powód, żeby gnić w domciu, ale i nie zapowiada wspaniałego weekendu 😉
  • babciabezmohera Sercem piszesz o swoich psiakach.Fajnie się czyta.;)
  • fusilla Ciepłe z Puchatym na całkowitą zdrowotnosc posyłam!
  • annazadroza kolewoczy:-) Psy zmuszają do wyjścia bez względu na pogodę. Staraliśmy się wykorzystywać chwile, kiedy ulewa zamieniała się w mżawkę i wtedy wyskakiwaliśmy na trawkę. Tak więc mimo złej pogody trening zaliczony 🙂
  • annazadroza BBM:-) Psiaki tyle serca okazują, że nie można inaczej 🙂
  • annazadroza Fusilla:-) Dziękuje i za Ciepłe i za Puchate, pomogło, bo mi zupełnie dobrze się zrobiło:):):)
  • e.urlik Dzięki za opowieść o psiurach kochanych. Za inne też, ale psiury to zawsze moja miłość największa. Mój waży 55 kg, kiedyś mnie ciągał po krzakach jak bawół, ale oduczył się szybko, bo go bardzo prosiłam. Teraz czeka na mnie, kiedy zwalniam, bo oboje już starzy jesteśmy.
    A kolczatka to Samo Zło. Dasz radę bez. Dobra, wracam do czytania 🙂
  • annazadroza Mój Rolf ważył 45, też kawał psa, ale delikatny i uważający mężczyzna był z niego:) Chodziliśmy razem do psiej szkoły, bo on moim pierwszym osobistym psem był, razem się uczyliśmy i dzięki niemu nawiązałam przyjaźnie trwające do tej pory, choć już trzecie psie pokolenie ze mną mieszka:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Głosujcie na Fusilkę!

Od wczoraj się zastanawiam nad pewną kwestią. Ponieważ skończyłam publikować „Po co wróciłaś…” a trzecia część jeszcze w lesie, nawet w głębokim lesie, zastanawiam się czy od jutra „Pasma życia” zacząć wrzucać na bloga czy jeszcze nie. Akcja toczy się dużo później, już w naszej obecnej rzeczywistości (dla uściślenie – sprzed „dobrej” zmiany) i myślę sobie co zrobić…
Ranek wstał bezdeszczowy, zdążyliśmy wyjść z psami, nawet ciepło było w porównaniu z wczorajszym dniem. Usiadłam do Lapcia a tu chmury, wiatr się zerwał, coś mnie w gardle lekko drapie. Niedobrze, przecież do Malutkiej „na służbę”:):):) jadę zaraz. Mam gdzieś schowane maseczki, używałam kiedyś dla ochrony przed kurzem, muszę poszukać. Upiekłam dla Wnusi K. babeczki – tym razem ze śliwką, bananami, wiórkami kokosowymi i otrębami owsianymi. Sprawdzają się na drugie śniadanie do szkoły.
Bez względu na obecność czy nieobecność deszczowych chmur życzę wszystkim słoneczka w duszy i miłego czwartku:):):)
Aha, głosujcie na Fusilkę!    www.gokchojnice.pl/głosowanie-etiudy/
Pierwsza po lewej etiuda, „Pan Bukiecik”. Głosować można do końca miesiąca. Głosujcie!!!

26.10.2017

  • babciabezmohera Głosuję codziennie z dwóch nośników! 😉
  • e.urlik Anno, czasem wydaje mi się, że mieszkamy przy tej samej ulicy, głównie w kwestii śmieci i rozbitych szkieł. I jeszcze o psiakach swoich napisz dogłębniej. I jeszcze zdradź, kiedy masz czas na wszystko: babeczki, wnuśki, spacerki i jeszcze na te historie cudne.
  • annazadroza babciabezmohera:-) Już dzisiaj też 2 razy poszło:)
  • annazadroza e.urlik:-) Kochana, kiedy właśnie w ogóle nie mam czasu. Dyrdymałki moje powstały wcześniej, dlatego mogłam je publikować. Na tę trzecią część nie mam czasu, ale się postaram, przyrzekam. O psiakach napiszę, nawet zaraz:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

No żesz do jasnej choinki!

No żesz do jasnej choinki! Ile można czekać na jakąś stronę? Kręci się kręciołek i kręci a połączenia brak. To samo ze „zjadaniem” tekstu. Dobrze, że sobie piszę w notatniku i tylko przenoszę, mniejsze ponoszę straty niż osoby piszące bezpośrednio na bloxie. Już na wiele skarg się natknęłam, więc nie tylko ja mam takie problemy, choć z początku myślałam, że to przez mój antytalent techniczny coś psuję.
Zimno i mokro, piękna jesień nas zostawiła i sobie poszła. Sprawdzałam prognozę, ale jakoś nie bardzo na powrót złocistej polskiej się zanosi. Trzeba wyjąć ciepłe kurtki i buty, i ogólnie przygotować się do sezonu – brr, jak tego nie lubię. Nie lubię zimna! Nie lubię pluchy, chlapy, moknięcia po wyjściu z domu,
przemoczonych butów. I jeszcze nie lubię brudu na ulicach, puszek, butelek, papierów i innych śmieci rzucanych przez „wspaniałych” rodaków byle gdzie. A już szczególnie mnie szlag trafia na widok śmieci zostawianych na szlakach turystycznych. Jak żeś człowieku przyniósł pełną puszkę czy flaszkę, to po
opróżnieniu zabierz ją ze sobą. Lżejsza chyba jest, bo pusta, więc się nie przemęczysz wracając. To samo się tyczy różnych osiedlowych konsumentów napojów w rodzaju słynnego Mamrota. Lubią sobie na powietrzu postać czy posiedzieć, ok, proszę bardzo, nawet Mamrot jest dla ludzi. Ale po skończonej uczcie niechże zabiorą te nieszczęsne butelki czy inne pojemniki i wrzucą do śmietnika. Ale nie, za duży wysiłek, i od razu chlew się robi w całej okolicy, w której różne Mamrotopodobne napoje były spożywane. A mogłoby być tak ładnie…
Nastękałam się, ale wkurzyła mnie rozbita przy torach butelka. O mało psy nie weszły w szkło, a mogłoby też wejść dziecko, upaść na ostre, sterczące fragmenty i tragedia gotowa.

25.10.2017

  • kolewoczy Przy torach, to ktoś przez okno nawet mógł wyrzucić dla zabawy. Powinno się wprowadzić kary jak w Singapurze, tam za papierek rzucony na chodnik wlepiają drakońskie kary. I jest czysto.
  • ciotkaeliza Bo każdy lubi zaznaczać swoją obecność, koty i psy po swojemu a ludzie po swojemu a ze może to być czasem niebezpieczne, to pewnie nikt o tym nie myśli.
  • irsila Jest taki rodzaj ludzi co to lubią tak właśnie śmiecić i nic nie poradzisz.
  • annazadroza kolewoczy:-) To raczej takie okoliczne pijaczki, bo tory są tylko towarowe. A takich „mamrotolubnych” jest wokół bardzo wielu, co widać po śladach jakie po sobie zostawiają. Także ich samych widzę idąc z psem. Czy nie byłoby im przyjemniej w tym „barze pod chmurką” spożywać napoje w pięknych okolicznościach przyrody zamiast na śmietniku? Pytanie pewnie retoryczne…
  • annazadroza ciotkaeliza:-) Bezmyślnych – jak widać – jest bardzo wielu. Jak np. ci, którzy z kładki dla pieszych rzucają kamieniami w przejeżdżające samochody. I jak takiemu wytłumaczyć, że źle robi?
  • annazadroza irsila:-) No faktycznie, nie poradzisz. Pewne rzeczy się wynosi z domu, wszak czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci…
  • irsila Uciążliwych, takich patologicznych sąsiadów miałam przez 10lat,
    którzy to ogródek przyblokowy mój, mi dewastowali przez 10 lat!
    Wyrzucali tam co im popadło!
    Na szczęście umowa z nimi, się skończyła
    administracja odmówiła towarzystwa i się wreszcie wyprowadzili!
    Teraz na klatce i w ogródku czysto mam i niech jak najdłużej trwa ten stan!
  • annazadroza irsila:-) To ja Ci bardzo współczuję, przez 10 lat się męczyć z takimi… niekulturalnymi …ludźmi. Aż by się prosiło…czapkę niewidkę i kije samobije mieć… Oby się nowi o podobnym charakterze nie wprowadzili. Trzymaj się, dzielna dziewczyno:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 40 – koniec drugiej części cyklu ursynowskiego

Ostatni tydzień wakacji minął bardzo szybko.

Po wyjeździe Teresy i chłopaków zrobiło się cicho i spokojnie. Aldona kwitła szczęściem, Sergiusz patrzył w nią jak w obraz oszołomiony natężeniem przeżywanych uczuć. Jak to możliwe, żeby on, tak trzeźwo patrzący na świat, został ogarnięty przez miłość i wypełniony nią całkowicie? Chodził po domu głośno śpiewając, naśladując gwiazdy rocka. Tina krok w krok za nim i przyglądała się przekrzywiając łeb na bok. Często suczce towarzyszyły kotki i cały orszak krążył po domu i ogrodzie wywołując okrzyki radości i zachwytu u wszystkich czterech pań.

Wieczory były piękne chociaż chłodne, jak zwykle w sierpniu. Dziewczynki zamykały się w Ukrytym Pokoju powiedziawszy „dobranoc” rodzicom, ci ostatni wychodzili przed dom ze zwierzakami. Spacerowali po ogrodzie wpatrzeni i wsłuchani w oplatającą ich noc. Ścigali wzrokiem spadające gwiazdy wypowiadając życzenia, jedne głośno, drugie po cichutku. Snuli wspólne plany na przyszłość, obmyślali najdrobniejsze szczegóły domku, który zbudują w Cięciwie, a który koniecznie miał być normalnym, solidnym, całorocznym domem dla licznej rodziny.

Któregoś wieczoru Aldona poczuła znajomy strach chwytający ją za gardło. Odnosiła wrażenie, że gdzieś z tyłu czai się coś złego, ponurego, co ją pochwyci i uniesie w krainę ciemności na zatracenie, tam, skąd nie ma powrotu…

Zerwał się gwałtowny wiatr, zza lasu wypłynęły czarne chmury zakrywając iskierki gwiazd, tarczę księżyca, okrywając cieniem ziemię. Zadrżała jakby poczuła ukłucie prosto w serce, jakby ktoś nagle lodem dotknął rozpalonego czoła, jakby zawisło nad nią coś strasznego i groźnego. Może czuła się zbyt szczęśliwa? Może z jakichś nieznanych powodów właśnie ona nie ma prawa do szczęścia? Ale skąd takie myśli? Dlaczego? Przecież nic się nie stało, tylko nadciągają ciemne chmury zwiastujące zmianę pogody. Zwykła rzecz. Skoro w radio od rana  zapowiadali deszcz, jest to zupełnie normalne i naturalne zjawisko.

– Ty się cała trzęsiesz –  Sergiusz przytulił ją do siebie. – Chodźmy do domu, rzeczywiście ochłodziło się raptownie – drżenie przebiegające jej ciało wziął za rezultat ochłodzenia temperatury pachnącego lasem powietrza.

Widok nadciągającej chmury prześladował ją przez pozostałe dni, zupełnie niespodziewanie pojawiając się w pamięci nawet w słoneczne południe. Serce ściskała trwoga a to „coś” nieokreślonego zdawało się krążyć nieustannie wokół przerażonej Aldony. Nie wspominała o tym partnerowi w obawie, że wyśmieje ją albo uzna za histeryczkę.

Dziewczynki wykorzystywały każdą chwilę na szaleńcze gonitwy po Skałkach, zjeżdżanie ze Styrku zielonym czterokołowym wózkiem z dyszlem, pożyczonym od wujka Zygmunta, albo turlanie się z górki w dół w towarzystwie „tubylców” oraz Tiny i Miśka, który – choć dużo, dużo większy od suczki – dawał się w zabawie rozkładać na łopatki.

Nadszedł wreszcie czas wyjazdu poprzedzony nieprzespaną przez Aldonę nocą. Dziewczynki płakały z żalu, że trzeba jechać ale za chwilę snuły plany wspólnego spędzania weekendów i ferii, bo przecież „są jak prawdziwe siostry”.

Tinusia nad podziw dobrze zniosła długą podróż. Rozłożona wygodnie na tylnym siedzeniu głównie spała. Dziewczynki siedziały na samym brzegu siedzenia, często klękając na podłodze, zrzucane przez pupilkę nawet z owego kawałeczka miejsca.

Rok szkolny rozpoczynał się w poniedziałek. Przez całą sobotę Aldona zajęta była rozpakowywaniem bagaży, praniem, zakupami przedmiotów potrzebnych do szkoły – i jak zawsze – przyrzekała sobie, że już nigdy nie zostawi tego na ostatnią chwilę. Zapracowana w ciągu dnia dopiero wieczorem zauważyła, że Sergiusz nie wpadł, nie zadzwonił do Magdy, która już wróciła z wakacji i mogłaby ją poprosić do telefonu. Kiedy jednak nie zadzwonił i nie pokazał się w niedzielę, odczuła niepokój. Co się mogło stać? Dziewczynki dolewały oliwy do ognia płacząc z tęsknoty za Tiną, obecność Bibi już im nie wystarczała.

W poniedziałek zadzwoniła do niego do pracy. Nie poznała jego głosu, tak był zmieniony.

– Kochanie,- powiedział – gdy wróciliśmy do domu okazało się, że czeka na nas Agata. Gdybym wiedział, zostawiłbym Monikę u ciebie i sam sprawę załatwił do końca. Ale w sytuacji, gdy dziecko nieprzytomne z radości nie puszcza jej ręki, chodzi krok w krok za nią i powtarza: moja mamusia wróciła – co miałem zrobić? Muszę to jakoś przemyśleć, ułożyć. Nie wiem jak, nie wiem w tej chwili co mam zrobić… Doniczko, dlaczego milczysz?

– A co mam powiedzieć? – ledwo wyszeptała zmagając się z tym „czymś”, co ją dopadło, wreszcie się zmaterializowało, chwyciło za gardło i zaczęło dusić. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, jakby prześladujące ją czarne chmury spowiły cały świat. – Co mam powiedzieć? – powtórzyła.

– Agata powiedziała, że źle postąpiła i teraz zostanie z nami. Monika płakała ze szczęścia i pytała czy na pewno już nigdzie nie pojedzie. Powiedz sama, czy mogłem w takiej chwili wyrazić sprzeciw? Bałem się o Biedroneczkę, tylko i wyłącznie ze względu na dziecko nie sprzeciwiłem się Agacie. Głośno i wyraźnie powiedziałem, że nasze małżeństwo uważam za skończone, rozwiązane. Udawała, że nie słyszy. Kochanie, muszę z tym wszystkim dojść do ładu, rozumiesz mnie?

– Przepraszam cię, muszę kończyć – odłożyła słuchawkę.

Siedziała nieruchomo blada jak świeżo pobielona ściana. Serce waliło oszalałym rytmem a ręka, którą podniosła, by wytrzeć łzy spływające po policzkach, drżała jak w febrze. Dlaczego? Dlaczego znowu ją musiało to spotkać? Uwierzyła, że może być szczęśliwa, kochana. Po co? Wróciła żona. Jaka by nie była – żona. Formalna, legalna. A ona? Ona jest nikim. Była zabawką dla mężczyzny, to takie zwykłe i banalne… Nie! To niemożliwe! On nie kłamał! Nigdy nie mówił nieprawdy. Jeśli już coś powiedział – dopiero wtedy, kiedy był pewien siebie i swoich uczuć, inaczej nie powiedziałby ani słowa. Dobrze, że ma w torebce relanium. Dobrze, że nie ma nikogo w jej  pokoju. Trzeba się wziąć w garść.

Do końca dnia pracy funkcjonowała jak automat nie wiedząc co się wokół niej dzieje. W domu wysłuchała relacji dziewczynek z pierwszego dnia w szkole starając się zrozumieć cokolwiek z ich paplaniny. Po głowie tłukła się jedna myśl: po co wróciłaś Agato? Nie mogłaś zostać tam gdzie byłaś i dać nam wszystkim żyć?

Przygotowała dzieciom kolację, rzeczy do szkoły na jutro, kazała iść spać. Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Trzymając Bibi w objęciach stanęła przy oknie. Na niebie nie błyszczała nawet jedna gwiezdna iskierka, drogę do ziemi zagradzało kłębowisko czarnych chmur gnanych silnym wiatrem, przesuwających się z ogromną szybkością i bezustannie zmieniających złowrogie kształty. Przytuliła  mocniej koteczkę. Bezgłośne łkanie  wstrząsnęło jej ramionami, rozpłakała się, rozszlochała nie mogąc dłużej zapanować nad potwornym bólem i rozpaczą. Łzy jedna za drugą płynące strumieniem żłobiły na policzkach i w kącikach oczu piekące bruzdy. Straciła sens istnienia, nie miała po co żyć. Pragnęła, by nigdy nie nadszedł świt, by mogła pogrążyć się w wiecznej ciemności razem ze swym cierpieniem. Nie myślała o dzieciach, nie myślała o koteczce, która wyrwała się jej z rąk strwożona dziwnym zachowaniem i wskoczyła na parapet. Obserwowała z parapetu jak pani osuwa się na kolana i znieruchomiała, z twarzą nabrzmiałą niewysłowioną męką szepce: po co wróciłaś Agato?

24.10.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl No i wiadomo skąd ten tytuł, takie życie. Doczytuje poprzednie.
  • annazadroza Legendarna:-) Wszystko będzie dobrze, przecież musi. Inaczej niż w realu 🙂 Ale kiedy skończę? Najstarsi górale tego nie wiedzą, ja też, mam dopiero ok. połowy zamierzonego materiału. Czasu brak usiąść spokojnie i popracować, bo obowiązki domowe są i do Calineczki jadę 2 razy w tygodniu. Malutka jest przecież najważniejsza na świecie teraz:):):)

 

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze

Co mogę zrobić…

W numerze październikowym i listopadowym „Nieznanego Świata” jest frapujący artykuł pt. „Karma narodów: traumy po wojnach” autorstwa Małgorzaty Stępień. Jeszcze nie do końca „przetrawiłam” całość, czytam po raz drugi i nasuwa mi się wniosek, że być może jest tu część odpowiedzi na pytanie skąd się biorą te nieszczęsne nasze narodowe problemy powtarzające się od początku powstania państwa.
Według ezoteryków „karma stanowi swoisty bilans zasług i przewinień zgromadzonych w kolejnych wcieleniach duszy. Istnieje jednak nie tylko karma pojedynczych osób ale i zbiorowa: rodzin, rodów, lokalnych społeczności, zgromadzeń, zawodów, partii politycznych czy organizacji, a także miast oraz całych państw. Dzieje się tak, gdyż grupy powiązanych ze sobą ludzi w zbliżonym czasie powracają na Ziemię i są tym silniejsze im mocniejsze związki łączyły ich w poprzednich żywotach.” (N.Ś. 10/2017 str. 5)
Nie trzeba być ezoterykiem i sięgać do kolejnych wcieleń, by wiedzieć, że nasze życie i jego poziom to wynik wyborów dokonanych w przeszłości. Oraz, że przeszłości owej zmienić się nie da, „daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia, przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia” (z pamięci, Asnyk). Ale mówi się, że od tej chwili konkretnej, właściwie od każdej chwili, można zacząć kształtować własną przyszłość poprzez panowanie nad myślą, poprzez świadomość, że co z siebie człowiek „wyrzuca” w formie energii (myśl, słowo), to samo wraca w przyszłości. Ten fakt powinien już chyba każdemu być znany, bo przecież ponosi się konsekwencje własnych czynów.
Po różnych tragicznych wydarzeniach „…istotną konieczność stanowi przeżycie żałoby, refleksja i zadośćuczynienie. Wybaczenie jest skutkiem zrozumienia przyczyn, które doprowadziły do traumatycznych zdarzeń: pozwala pogodzić się ze stratą zaakceptować ból i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Natomiast nieodbycie lub przerwanie żałoby prowadzi do eskalacji emocji. Nasz naród tragicznie tego doświadcza choćby w wyniku katastrofy smoleńskiej. Śmierć kilkudziesięciu osób dotknęła nie tylko ich bliskich, ale całe społeczeństwo, podzielone przez polityków jak nigdy dotąd. W świetle zebranych faktów z dziejów różnych narodów warto zapytać, czy właśnie taki los chcemy zgotować swoim dzieciom i wnukom?”
Przytoczyłam fragmenty, bo trafniej nie umiałabym wyrazić myśli. W wyniku emocji przeżywanych przez nas tu i teraz fundujemy następnym pokoleniom horror i tragedię. Zachęcam do przeczytania całego artykułu, skłania do głębokiej refleksji i odpowiedzi na pytanie – każdy to robi we własnym zakresie i we głębi własnej duszy – co mogę zrobić, aby przerwać zacieśniające się kręgi zła, powstrzymać chocholi taniec, obudzić do życia pogrążonych w letargu?
23.10.2017

  • kolewoczy Do rewelacji zamieszczanych w „Nieznanym Świecie” podchodziłabym jednak z większym sceptycyzmem. A już duch/dusza narodu trąci „Królem -Duchem” Słowackiego, tylko że to wizja poetycka, a nie nauka. Dobre jako próba zrozumienia losów narodu, ale nie jako wytłumaczenie dzisiejszego rozłamu w społeczeństwie. Nie umiem znaleźć historycznego uzasadnienia dla współczesnej polaryzacji stanowisk budowanych na skrajnościach do tego stopnia, że jedynymi argumentami są wrzaski, krzyki, transparenty, blokady, obrzucanie błotem i pogarda.
  • irsila Ja jestem zbyt ograniczona by się takimi sprawami zajmować,
    dlatego nie będę komentować.
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Znowu jestem, po przerwie, no cóż dzisiejszy dzień składania do kontemplacji, ale współczesny pracujący nie ma na to za dużo czasu. Może by wstąpić do zakokonu kontemplacyjnego..to w cudzysłowie. Pomyślę potem….
  • fusilla Jestem do bólu realistka więc ezoteryka to dla mnie ….. nawet sama nie wiem co! Ale też myślę, że sami odpowiadamy za to co robimy, łącznie z dzieleniem i nienawiścią, a także miłością i współczuciem!
  • annazadroza kolewoczy:-) Z „Nieznanym Światem” jestem zaprzyjaźniona od pierwszego numeru, zawsze z niecierpliwością czekam na kolejny. A jak odbierać poszczególne teksty – to jest indywidualna sprawa. Z całą pewnością prowokują do myślenia i zwracają uwagę na sprawy często niezauważalne po prostu. Uważam, jak Ty, że „argumenty” wymienione przez Ciebie są nie do przyjęcia, niosą ze sobą tylko wrogość, pogłębianie podziału i kompletny brak możliwości dojścia do porozumienia.
  • annazadroza irsila:-) Poczucie humoru przez Ciebie przemawia, a ono wszak świat od złego zbawia:):):)
  • annazadroza Legendarna:-) Miło, że wróciłaś:) Ciekawa jestem co powiesz o weselu brata Karoliny;-) Doczytałaś już?
  • annazadroza Fusika;-) Ezoteryka czy nie, jak zwał tak zwał, a prawdę od razu powiedziałaś – sami odpowiadamy za to czym się dzielimy. I chyba rzecz w tym, żeby się dzielić dobrem, w jak największej ilości, próbując chociaż trochę ograniczyć wysyłanie złych emocji. Ja zaczęłam np.( w ramach ćwiczeń) oglądać mniej programów informacyjnych i staram się „nie rozmawiać z telewizorem” opanowując emocje, żeby mną nie rządziły.
    Głosy oddane 🙂
  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Czytam „Nieznany Świat”,z niektórymi artykułami się zgadzam, do innych podchodzę z zaciekawieniem. Co do poruszonych w artykule kwestii „Karmy Narodów”i ich przełożenia na to co się dzieje w Polsce,to mam dystans.Uważam,że to co się dzieje w każdym kraju,zależy głównie od mądrości ludzi wybierających tych,którzy w ich imieniu kierują państwem.Nasz Naród niestety po raz kolejny w historii nie zdaje egzaminu z tej mądrości.
  • annazadroza Rick:-) „Nieznany Świat” – jak sam mówisz, czytasz z zaciekawieniem. Bo są tu poruszone sprawy, które trudno znaleźć gdzie indziej, przedstawiane poważnie, bez szukania taniej sensacji czy wykorzystywania szarlatanów. Natomiast prowokuje do myślenia, do zastanawiania się i wyciągania wniosków. Sam przyznajesz, że z tym mamy jako naród problem wielki. Nie uczymy się na własnych błędach, ani na cudzych. W ogóle się nie uczymy. O czym to świadczy, poza tym, że długa droga przed nami?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 39

Tak to już jest na tym świecie, że wszystko co dobre szybko się kończy. Przeminął pełen wrażeń weekend. Teresa spakowała swoje bagaże, wzięła też trochę rzeczy Aldony, bo ciasno byłoby w samochodzie w drodze powrotnej ze względu na obecność Tiny oraz mnóstwa zakupów zrobionych w Tenczynku i Krzeszowicach.

– Nic się nie martw – pocieszała przyjaciółkę Teresa. – Ja też zawsze stąd wracam jak juczny wielbłąd. Zawsze wypatrzę całą furę rzeczy, które są mi koniecznie potrzebne głównie dlatego, że kosztują mniej niż w Warszawie. Zwiąż wszystkie koszyki razem albo wsadź do pudła, pełno ich na strychu. Pudło można umieścić na dachu, na bagażniku.

Na jarmarku w Krzeszowicach odbywającym się zawsze w poniedziałki, kupiła Aldona kilka koszyków różnej wielkości i kształtu, aby wykorzystać je jako osłonki na doniczki i łamała sobie głowę jak się z tym wszystkim zabierze. Gdzieś musiała jeszcze zmieścić cały duży komplet pomarańczowych garnków z Olkusza kupionych prawie za połowę ceny, którą musiałaby zapłacić na bazarku czy na Giełdzie Na Dołku, za ten sam towar.

Sergiusz z Jurandem majstrowali coś przy samochodach. Dzieci z niewyraźnymi minami kręciły się po domu i ogrodzie. Dlaczego ten wujek Zygmunt nie przychodził? Chłopcy niedługo jadą i co? Nie dowiedzą się po co ten kudłaty typ straszył w tunelu.

– Po co przyrzekaliśmy wujkowi, że będziemy tu siedzieć? Ja tego nie przeżyję – zajęczał ponuro Kubuś.

– Przeżyjesz, przeżyjesz – spokojnie powiedział Maciek wyglądając przez okno Ukrytego Pokoju.

– Co ty tam wiesz? – burknął Kuba patrząc spode łba na brata.

Linka tylko zerknęła na Maćka, bez słów podeszła do okna i sama wyjrzała.

– Przeżyjesz – powtórzyła jak Maćkowe echo. – Wujek właśnie zsiadł z roweru. Teraz wchodzi przez bramkę prowadząc rower – relacjonowała.

– Bujasz – Kubuś skoczył do okna, odepchnął brata i wystawił głowę na zewnątrz. – Faktycznie! Lecę na dół.

– Nigdzie nie lecisz – Maciek złapał go za kołnierz i przytrzymał. – Wepchałeś się niczym prosię, odepchnąłeś Linkę i nawet nie powiedziałeś przepraszam.

Kubuś spienił się jak morski bałwan ale nie miał czasu na obrażanie się. Wujek przecież przyniósł ważną wiadomość.

– Przepraszam – powiedział głośno i wyraźnie co mu się przy tym słowie raczej nie zdarzało, – ale nie wpychałem się na ciebie, Linko. Chciałem wyjrzeć i nic więcej

Gdy Maciek uwolnił go z uścisku, dodał z bezpiecznej odległości.

– A ty bracie zapamiętaj, że mnie się nie szarpie bezkarnie. Mogłeś mi spokojnie zwrócić uwagę, przecież nie zrobiłem tego specjalnie. Chciałeś się popisać przed Linką, tak?

Maciek machnął ręką nie przywiązując wagi do pogróżek brata i popędził za resztą na spotkanie z wujkiem umierając z ciekawości, wpadając z całym impetem na Inkę i Marka, oni zaś na biedną Moniczkę robiąc „korek” na schodkach.. Zanim się „odkorkowali” wujek wchodził do domu radośnie witany przez Tinę.

– I co? I co? Udało się? Co tam było? – wołali wszyscy jednocześnie.

– W porządku, udało się – uspokajał wujek. – Dajcie mi odsapnąć i wejść do pokoju. Przecież ja nie mam tylu lat co wy, chociaż bardzo tego żałuję.

– Uspokójcie się! – krzyknęła Teresa. – Spokój! Czyście zupełnie poszaleli? Wejdź wujku, siadaj. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty a może kompotu?

Wujek usiadł w krzesłofotelu przy okrągłym stoliku. Zapalił lampkę, lubił jej różowe światło. Rzucała blask na jego srebrzyste włosy i czyniła sympatyczną twarz zupełnie młodą. Może to wrażenie potęgowały iskierki – chochliki w wesołych oczach?

– Słuchajcie staruszkowie – zwrócił się do dorosłych. – Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę z tego, że macie genialne dzieci.

– A co one znów narozrabiały? – jęknęła Aldona.

– Wiem, że wszystkie, ile ich tu jest, są genialne, ale akurat dlaczego w tym momencie ty to dostrzegłeś? – spytała Teresa.

Dziewczynki zapiszczały z radości słysząc opinię wujka.

– Otóż wasze dzieci ciężko pracowały podczas gdy wy bawiliście się albo drzemali w Krakowie. Odnalazły bimbrownię – oznajmił tryumfalnie.

– Rany boskie! – złożyła ręce Aldona. – Co znalazły?  Bimbrownię?

– Teraz? Przecież alkoholu jest już wszędzie do czorta i ciut ciut – zdziwiła się Teresa.

– Ale odnalazły. W tunelu pod Buczyną.

– To tam was licho poniosło? – w głosie Juranda dzieci wyraźnie wyczuły podziw dla siebie. – A nie mogliście mnie wziąć ze sobą?

– A nie wiesz w jaki sposób? – wesoło spytał Marek.

– A któż pędził ten bimber? – spytał Jurand.

– A jak myślisz? Jeśli powiesz, że Kudłaty, to zgadłeś.

– Tak właśnie myślałem.

– Akcja się powiodła, aparatura zarekwirowana. Marku, ten zapach o którym mówiłeś, to zapach spalającego się gazu z butli.

– Dlatego skojarzyło mi się z Cięciwą

– Kudłaty tłumaczył, że to nie on sam tylko jakiś facet z Rudna czy Zalasa do tego go namówił. On tylko w tunelu ukrywał butelki przed swoją babą, bo mu w domu nie dawała pić i goniła do roboty. Właził więc do kryjówki i tam sobie spokojnie pociągał. Aż tu kiedyś ten facet go nakrył. I zagroził, że jak nie będzie współpracował, to powie jego babie. A baba jak piec wielka, Kudłaty trzęsie przed nią portkami jak diabeł przed panią Twardowską. Podobno dlatego się zgodził.

– To dopiero historia – nie mogła się nadziwić Aldona.

– Byłaby zabawna, gdyby nie przypłaciło jej życiem dwóch młokosów przez własną i cudzą głupotę. Szkoda ich, nie zdążyli zmądrzeć – powiedział Jurand.

– Tak, ale cóż można poradzić na głupotę? Jest nieuleczalna. Ale wy możecie się cieszyć, że macie genialne dzieci, będą sławne w całym Tenczynku – zakończył wujek.

– Szkoda, że już jedziemy – posmutniał Kuba. – Chętnie pochodziłbym sobie po wsi jako sławna osoba.

– Będę miał co opowiadać Olkowi – cieszył się Maciek.

Kubuś coś sobie nagle przypomniał, wysunął się cichutko z pokoju a po chwili wrócił z małą buteleczką w ręce.

– Wujku, to jest ta zaczarowana buteleczka o której mówiłeś? – porozumiewawczo przymknął oko.

– Pokaż, niech no jej się przyjrzę. Tak, ta sama.

– Jak to czarodziejska? W jakim sensie? Co to znaczy? – dopytywały się zaintrygowane dzieci.

Jurand zmarszczył brwi, szukał czegoś w pamięci wreszcie przygryzł wargi chcąc ukryć uśmiech.

– Chcecie zobaczyć dlaczego? Proszę bardzo. Kto jest najstarszy?

– Maciek!

– A zatem jemu ten zaszczyt się należy. Weź ode mnie buteleczkę i włóż do kieszeni spodni. Uwaga, odprawiam czary.

Pomamrotał po cichu i pomachał rękami.

– Figaon pogaon figate tutenbaon. Gotowe. Teraz nie wyjmując buteleczki z kieszeni odkręć zakrętkę i oddaj mi ją.

– Może tam jest dżin jak w amforze z baśni? –  Moniczka wspięła się na palce spodziewając się zobaczyć coś nadzwyczajnego. Tymczasem Maciek zastygł bez ruchu z ogłupiałą miną a po spodniach na podłogę popłynęła strużka…

– Maciusiu, co ty! – krzyknęła Teresa.

– Ja, ja nie wiem, to nie ja – wybełkotał. – Ja nic nie zrobiłem, odkręciłem tylko butelkę i…

Kuba rechotał, Jurand też, wujek Zygmunt nie mógł już dłużej zachować powagi. Maciek wyjął buteleczkę z kieszeni i dokładnie obejrzał.

– A, to takie buty – groźnie spojrzał na brata zobaczywszy dziurkę wywierconą w dnie.

– Miałem zrobić dowcip wujkowi Sergiuszowi ale ty mi się naraziłeś – wyjaśnił Kubuś. – Nie szarp na drugi raz mniejszych od siebie bez powodu.

Maćkowi szybko przeszła złość i śmiał się ze wszystkimi. A wujek opowiadał jak w czasie wojny pracował w krakowskich tramwajach, w warsztacie elektrycznym i jakie figle płatał wspólnie z kolegami.

– Na przykład kiedy przechodził obok nas Niemiec podnosiliśmy rękę mówiąc: mój pies tak wysoko skacze, a on myślał, że go pozdrawiamy. Odpowiadał: „hajhitla” podnosząc rękę tak samo jak my. Śmialiśmy się z tego do rozpuku.

– Opowiedz im o myszy – przypomniał Jurand.

– Mieliśmy w warsztacie majstra, – uśmiechnął się wujek na samo wspomnienie, – wielkiego chłopa, który potwornie bał się myszy. Ja, jak to młody chłopak, miałem różne głupie pomysły. Kiedyś znalazłem w warsztacie zdechłą mysz. Przywiązałem tę bidulę nieboszczkę za ogon do paska od fartucha, w którym on chodził. A chodził wyprostowany kręcąc kuprem. Mysz raz z jednej, raz z drugiej strony waliła go po pośladkach ale nie czuł. My dusiliśmy się ze śmiechu. Któryś z chłopaków nie wytrzymał i zawołał: panie majster, co wam się tak z tyłu majta? Sięgnął ręką i chwycił mysz! Zaczął ryczeć, tupać, drzeć się jak opętany a my, nie czekając dalszego ciągu, pryskaliśmy jak i gdzie kto mógł przez drzwi i okna, żeby nas nie pozabijał.

– Tam się nauczyłeś sztuczki z butelką, prawda?

– Oczywiście, że tak i kilku chłopaków zrobiliśmy w konia zanim nie odkryli podstępu. A kiedyś stwierdziłem, że wszyscy powinni się kłaniać jak wchodzą do warsztatu i wchodzić bez czapek na głowach. Zaraz podłączyliśmy kabelkami klamkę do prądu, pod drzwiami zamontowaliśmy płytkę. Jak ktoś złapał za klamkę, to nim potrzęsło. To potem każdy zdejmował czapkę i przez nią naciskał klamkę. A w drzwiach umocowaliśmy stalowy pręt i kto wchodził, musiał się schylić. Tym sposobem wszyscy wchodzili kłaniając się i z czapką w ręce.

– Ja to znam. Słyszałam już to opowiadanie – Teresa wstała i usiadła, znowu wstała i znowu usiadła. – Wujku, a o telefonie na prima aprilis pamiętasz?

– Jakby nie? A ty skąd wiesz? Pewnie już mówiłem, tylko nie pamiętam.

– My nie znamy, opowiedz – prosiły dzieci.

– No więc wszystkie figle wymyślaliśmy do spółki z Andrzejem, chłopakiem, którego wojna nawet nie wiem skąd przyniosła. Było tak. Postawiliśmy na stole aparat telefoniczny, dzwonek żeśmy wykręcili ze stołówki i podłączyli pod stołem obok aparatu. Kiedy przyszedł inżynier nacisnąłem dzwonek, wyglądało jakby faktycznie dzwonił telefon. Andrzej podniósł słuchawkę i mówi: tak jest, oczywiście panie dyrektorze, już go proszę. Inżynier się spienił, bo skąd tu telefon, tylko on miał prawo wydać pozwolenie na zainstalowanie. Ale skoro dyrektor dzwonił do niego… Wziął słuchawkę, zrobił poważną minę i mówi: inżynier Iksiński przy aparacie, słucham panie dyrektorze. My dłużej nie wytrzymaliśmy i ryknęliśmy śmiechem. Ale był ubaw.

– Wujku, opowiadał mi tę historię mój własny, osobisty, rodzony ojciec, który ma na imię Andrzej – powiedziała wzruszona Teresa. – Tak się złożyło, że się jeszcze nie spotkaliście. W przeciwnym wypadku chyba byście się poznali.

– Dziecko drogie! – wykrzyknął zaskoczony wujek. – Nie może to być! Często się zastanawiałem jak się Andrzejowi życie dalej potoczyło. Ja powędrowałem do Katowic i tam zostałem przez wiele lat. Do Tenczynka wróciłem na stałe po śmierci mojego ojca. Po wypadku w kopalni mam rentę, mogę więc sobie tu spokojnie żyć tak jak lubię i robić co chcę. Andrzej wybierał się na północ, nad morze. Rozstaliśmy się na dworcu w Krakowie i więcej go nie widziałem. To znaczy, czasem mi się zdawało, że go widzę w telewizji, ale ludzie się zmieniają, a i nazwisko było inne. My przecież nie wszyscy mieliśmy swoje prawdziwe nazwiska. Potem nawet nie było wiadomo jak szukać. Dziecko kochane, żeby mi kiedyś do głowy przyszło, że córka mojego przyjaciela sprzed lat zostanie żoną małego Juranda! Coś niebywałego. Niezbadane są koleje ludzkiego losu i wyroki boskie – mówił wycierając kułakiem łzy wzruszenia.

„Mały” Jurand był nie mniej poruszony niż wujek.

Teresa długo opowiadała jak potoczyło się życie taty, gdzie mieszkał, co robił. Nie mogła się nadziwić niezwykłemu zbiegowi okoliczności.

Wiesz co, Tereniu? – powiedział uspokoiwszy się wreszcie. – Basia do mnie pisała o Andrzeju z wielką sympatią a mnie się zdawało, że go znam przez te listy. Okazuje się, że nie tylko. Ciekawe czy on mnie pamięta.

– A jakby mógł opowiadać o tych wszystkich figlach nie pamiętając o tobie? – uściskała serdecznie wujka. – Pamiętasz jak zakładaliście linię wysokiego napięcia?

– Pewnie – zaśmiał się. – Siedzieliśmy na słupach a na środku ścieżki położyliśmy duży kamień. Baby chodziły przez pola boso, żeby butów nie zniszczyć trzymały je w rękach i zakładały  przed samą wsią. Kiedy zbliżały się do kamienia wołaliśmy z góry.  Spoglądały wtedy na nas  i… łup nogą w kamień. Teraz bym tego nie zrobił, przyznaję. Ale młodzi byliśmy, głupi i o mało ze słupów nie pospadaliśmy ze śmiechu jak niektóre klęły i z dołu nam wygrażały.

Opowiadaniom i wspomnieniom położyła kres Monika usnąwszy na dywanie z głową opartą o Tinę i przytuloną kotką. Jurand nie pozwolił wujkowi jechać nocą na rowerze i odwiózł go do domu autem. Rower też miał przejażdżkę, mało co jednak widział z dachu samochodu z powodu zupełnej ciemności.

Teresa nie mogła się doczekać chwili, kiedy opowie tacie o spotkanym przypadkiem jego przyjacielu z lat młodości. Jurand wrócił z listem napisanym przez wujka do Dziadka. Teresa wyszła przed dom, do męża. Omawiając niezwykłe wydarzenie spacerowali po ciemnym ogrodzie otoczeni księżycowym blaskiem, podziwiając przecudne, granatowe niebo usiane miriadami gwiazd.

– Kochanie – Jurand objął żonę obiema rękami i przytulił kładąc brodę na jej głowie. – W tej chwili wydaje mi się, że nasze spotkanie zostało zaplanowane zanim jeszcze przyszliśmy na świat.

– Ty to mówisz? Taki zawsze trzeźwo myślący i twardo chodzący po ziemi?

– Oczywiście to na pewno tylko czysty przypadek, ale… może coś więcej w tym jest? – przytuleni stali nieruchomo otoczeni ciemnością nocy skrywającą przed ludzkimi  oczami niezgłębione tajemnice.

20.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz