Piątek wypadł trzynastego

Piątek wypadł trzynastego dnia miesiąca. Nie padało, największe kałuże obeschły, dało się przejść z psami:) Ogrzewanie w łazience odmówiło współpracy, ale zmieniło zdanie i zaskoczyło, jest ciepło:) Babcia D. od kilku dni jadła tyle, co koliber, nie dawała się namówić a tu – niespodzianka – zjadła dwie kanapki i duży kubek mlecznej kaszki 🙂 Obiad też zjadła, całe dwa naleśniki z pieczarkowym nadzieniem 🙂 I jak tu mówić, że pechowy dzień?
Potem sobota i niedziela zleciały jak z bicza strzelił. Miało nie padać, ale mżyło, dobrze, że nie lało – też powód do zadowolenia:) Zaczęłam swoje ręczne robótki i wyszedł mi kawałek dywanika:) Kawałek bardzo efektowny, o szerokości 60-65 cm. w zależności od grubości szmatek pociętych, na długość na razie
27 cm., bo na tyle starczyło materiału. Jak znów uzbieram to dorobię. Pierwszy raz od baaardzo wielu lat wzięłam do ręki szydełko i o drutach myślę. Wszystko dlatego, że weszłam na blogi dziewczyn uzdolnionych manualnie, dziergających najprzeróżniejsze cudeńka i naoglądałam się pięknych rzeczy. Przypomniałam
sobie jaką przyjemność sprawiało mi robienie na drutach.
Poza przyjemnymi sprawami były również inne, dla przeciwwagi. Najbardziej przykrym dla mnie był widok młodych, pięknych młodością i zapałem ludzi, którzy chcą leczyć w Polsce lecz są traktowani jako polityczni przeciwnicy. Nie chcą wyjeżdżać, wbrew „mądrym” radom z „dobrej” strony, która o swoje zdrowie
martwić się nie musi, bo stać ją na najdroższe nawet prywatne leczenie, bez czekania, bez kolejek. Normalni, zwykli ludzie mogą tylko pomarzyć o podobnej opiece mimo płaconych składek. A młodzi rezydenci słyszą, że są agentami, że to sprawa polityczna, że to niemożliwe, żeby dla idei prowadzili swoją akcję itp., itd… „Dobrej” stronie nie mieści się w głowie, że można coś robić bez politycznego podtekstu, że ktoś może widzieć szerzej, być apolitycznym. Sondaże pokazują, że duża część z nas, niestety (cyt. z pamięci) „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”.

16.10.2017

  • babciabezmohera „Dobra zmiana” ze wszystkiego udzierga politykę, w dodatku wyjątkowo przykrą! :(((
  • annazadroza babciabezmohera:) Taki już ten „lepszy sort” jest – nakłamać, nakręcić, skłócić, poróżnić, żeby przypadkiem ktoś pozytywnych myśli nie miał. Ciemny naród ma się bać i słuchać, myślenie zabronione:(
  • babciabezmohera Niestety, tak!:((
  • annazadroza babciabezmohera:) No i co tu robić? Jedynie – „warto być przyzwoitym”…
© A

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 37

Nie budząc śpiącej cioci Rózi oraz zostawiwszy rodzicom kartkę i informacją – „wychodzimy na trochę, a jak wrócimy to powiemy gdzie jesteśmy”, dzieci opuściły dom wcześnie rano. Nie zabrali ze sobą Tiny, przekupili ją, czy też raczej odwrócili uwagę od siebie pętem kiełbasy, uciekając w chwili gdy zajęta „obrabianiem” przysmaku nie zwracała uwagi na nic i na nikogo. Zachowywali się bardzo cicho dopóki na zamknęli za sobą bramki. Dopiero wtedy rozśpiewali się, rozkrzyczeli i z radością przynależną młodości szli na spotkanie oczekującej ich przygody.

Biegli z wiatrem w zawody spod kapliczki na Styrek i dalej w dół a słoneczko machało do nich złotymi promyczkami życząc udanego dnia. Za Zamkową Drogą uspokoili się i szli grzecznie jak przystało na dobrze wychowaną młodzież przybyłą na wakacje ze stolicy. Kubuś wszedł na chwilę za płot, do ogrodu wujka Zygmunta, przywitać się z Miśkiem, przeuroczym ośmiomiesięcznym szczeniakiem, który wyglądał jak skrzyżowanie charta afgańskiego z owczarkiem podhalańskim, albo mastyfa z bernardynem – w tej kwestii nie miały dzieci wyrobionego zdania. Faktem jest, że wielkością już teraz niewiele ustępował temu ostatniemu. Za Kubą cała grupa wtargnęła do wewnątrz, rzuciła się z czułościami na psiaka, z czego wyraźnie był zadowolony.

Zaniepokojony czymś Maciek zerkał na zegarek i na zamknięte drzwi domu. Zaczął poganiać towarzystwo tłumacząc, że niedługo ludzie będą szli do kościoła i nie pozwolą im wejść do tunelu. Poskutkowało i ruszyli dalej. Minęli gościniec, zeszli na dawne pastwisko, przeszli przez mostek nad rzeczką. Potem przecięli asfaltową drogę prowadzącą przez wieś i – najpierw klucząc między domami, później biegnąc przez pole – dotarli do Buczyny. Podnieceni stanęli przed wejściem do tunelu.

Powiało chłodem, zapachem stęchlizny i czegoś nieokreślonego, co Inka natychmiast oczami wyobraźni zobaczyła w postaci szczura giganta z wyszczerzonymi zębiskami i napisem „horror” na grzbiecie. Maciek rozglądał się nieznacznie badając wzrokiem okoliczne zarośla coraz bardziej zaniepokojony.

– Czy jesteście przekonani o słuszności waszej decyzji? – spytał poważnie. – Nikt się nie boi i nie wycofuje? Żebym nie słyszał płaczu i lamentu jak kogoś przysypie albo szczury odgryzą mu nogę do samej kości – dokończył ponurym głosem.

Dzieciaki popatrzyły na siebie. Biedroneczka aż pobladła ze strachu a Inka ledwo opanowała szczękanie zębami. Kubuś zerknął na Inkę i na brata. O, co to, to nie! On nie będzie uchodził za tchórza. A poza tym Maciek nie będzie mu mówił co ma robić.

– Ja idę a wy jak sobie chcecie – rzucił w stronę stojącej gromadki i wchodząc w tunel minął granicę światła.

Marek odważnie ruszył za nim. Potem Linka, za nią Inka i Monika, obie dygoczące, trzymając się za ręce. Maciek rozejrzał się raz jeszcze i z wyrazem rezygnacji na twarzy podążył za nimi. Zdążyli przejść ze dwadzieścia metrów – bo Kubuś, choć raźnym krokiem wszedł do środka – posuwał się z szybkością żółwia, klnąc w duchu swój własny upór i chęć pokazania za wszelką cenę kto jest górą.  W świetle latarki widać było jedynie sklepienie wykutego w skale pomieszczenia. Mdłe światełko nie rozjaśniało całości. W pewnym momencie Kuba potknął się o coś i padł jak długi wypuszczając latarkę, która natychmiast zgasła. Przeraźliwy krzyk wystraszonej Moniki zmroził krew w żyłach pozostałym. Zwielokrotniony echem wracał jak wycie całego stada upiorów wypuszczonych na wolność z kilkusetletniego zamknięcia. Nikt nie był w stanie się poruszyć, wszyscy stali jak wrośnięci w ziemię, choć upiory wreszcie zamilkły.

Kuba zaczął gramolić się po ciemku lecz nagle znów znieruchomiał. Gdzieś z samego chyba wnętrza góry zaczęły dochodzić jakieś dziwne szelesty, stukania, szurania, mamrotanie i mlaskanie. Tego już było za wiele. Monika z Inką pierwsze rzuciły się do ucieczki. Trzeba jednak przyznać, że po kilu krokach Inka przystanęła, zatrwożona o los siostry i … Kuby. A może to „coś” chciało go zeżreć? Szedł przecież pierwszy.

Na szczęście wszyscy byli cali i zdrowi. Maciek, choć w pierwszej chwili też dał się ponieść panice, opanował się szybko. Pomyślał, że może to wujek Zygmunt w ten sposób chciał wybić dzieciakom z głów niemądre pomysły. Jakież było jego zdziwienie, gdy wujka zobaczył na zewnątrz. Wysoki, barczysty mężczyzna o łagodnym spojrzeniu i miłym wyrazie twarzy przyglądał im się zdumiony.

– Co się stało? Wyglądacie jakbyście zobaczyli ducha.

– Boo, boo, boo tam coś byyło – jąkała się Biedroneczka. – Coś szło, śmierdziało spalenizną, ogniem! Może diabeł? Zaraz tu wyjdzie! – skryła się za wujkiem.

Spojrzał zdziwiony na Maćka.

– Nie mogłem wcześniej, myślałem, że będę musiał straszyć dzieciaki goniąc za wami. Co to było?

– Nie wiem – odpowiedział Maciek. – Sam o mało nie padłem z przerażenia.

– Co to był za zapach? – zastanawiał się Kuba. – Skądś go znam.

– Ja też – głośno myślał Marek. – Coś tak śmierdziało w Cięciwie… Gaz z butli?

– Jak w piwnicy – skrzywiła się Linka. – Śmierdziało piwnicą i szczurami.

– Chodźmy stąd – głośno powiedział wujek zwracając się wyraźnie w stronę tunelu. – Dzieci nie powinny wchodzić tam, gdzie jest  niebezpiecznie. Na pewno kamień spadł a wy zaraz duchy zobaczyliście. Jesteście tchórze  i sam zaprowadzę was do domu. I żebym was tu więcej nie oglądał! – krzyczał głośno i wymachiwał rękami.

Dzieci patrzyły na wujka oszołomione. Co mu się stało? Nigdy na nich nie krzyczał, zawsze chętnie u siebie gościł. Marek nieraz opowiadał jakie fajne spędzał z nim chwile podczas każdych wakacji odkąd tylko pamiętał.

– Wcale nie jesteśmy tchórzami – oburzył się Kuba.

– Jak mówię, że jesteście, to jesteście – krzyczał dalej wujek. – A teraz marsz do domu!

Położył palec na ustach i na migi pokazał dokąd mają iść.

– No prędzej! Jeszcze tu stoicie? Już was tu nie ma, wy bąki uprzykrzone! Widzicie wy! Przygód im się zachciało!

Bystre dzieciaki – już zorientowane, że coś się święci – ochoczo przyłączyły się do gry.

– Dobrze wujku, dobrze, już stąd idziemy – głośno mówiła Linka.. – Tylko nic nie mów mamie, dobrze? Proszę cię, nie powiesz?

– Nie powiesz, że byłyśmy takie niegrzeczne?  – dodała Inka.

– No właśnie, więcej tutaj nie przyjdziemy bo ja nie lubię się bać –  krzyczała Monika.

Poszli prosto do drogi, później skręcili i ukryli się w kępie zarośli. Wujek po cichu wyjaśnił, że podejrzewa, iż coś tajemniczego się w jaskini dzieje. Od swego przyjaciela  policjanta wiedział, że ktoś we wsi pędzi bimber najpodlejszego gatunku i bardzo szkodliwy dla zdrowia. Sprzedaje go młodym chłopakom. Oni potem szaleją na motorach, popisują się. Jeden zabił się wpadając pod ciężarówkę, a tydzień później jego kolega utonął w stawie. Do tej pory nie udało się tego szkodnika złapać na gorącym uczynku. I nagle teraz wujek doznał olśnienia. Jak to możliwe, że nikt do tej pory nie pomyślał o tunelu? Zupełnie nikomu nie przyszło do głowy, że właśnie tam można było zmontować aparaturę do produkcji trującego paskudztwa.

Ukryci w krzakach czekali czy ktoś pokaże się czy nie. Czekanie się dłużyło.  Na szczęście szeptem mogli rozmawiać i wujek opowiadał im wiele ciekawych rzeczy o Tenczynku. Obiecał też pokazać, gdzie znajdowano ametysty. Inka natychmiast ujrzała siebie znajdującą prawdziwą kolię cud piękności, wysadzaną fioletoworóżowymi iskierkami. Wreszcie u wylotu tunelu coś się poruszyło. Wyjrzał obrośnięty łeb, rozejrzał się na wszystkie strony i czmychnął.

– Yeti! – pisnęła Monika.

– Nie yeti – wytłumaczył rozbawiony wujek, – tylko taki jeden typ, który bardzo nie lubi pracować i wymyśla różne sposoby, aby się nie zhańbić uczciwą pracą. Siedział już w więzieniu za kradzieże, za pobicie sąsiada miał sprawę w sądzie i dużo różnych grzeszków ciąży mu na sumieniu. To taka zakała wsi. Dobrze, że go zobaczyłem, teraz wszystko wiem.

– Chodźmy do środka, zobaczymy bimbrownię – prosił Kuba chcąc się zrehabilitować za paniczną ucieczkę.

– O nie, w żadnym razie, spłoszylibyśmy gagatka. Może gdzieś tu siedzi i obserwuje? Tak jak my? Albo jakiś wspólnik został i pilnuje interesu? Dajcie słowo, że tu nie wrócicie dopóki wam nie pozwolę, dla dobra sprawy. Zgoda?

Z oporami, bardzo niechętnie, niemniej rozumiejąc doniosłość sytuacji obiecali nie przeszkadzać. Cichutko, ostrożnie się wycofali lecz nie poszli drogą ale chyłkiem, między krzakami szli zboczem Buczyny dochodząc do innej drogi, prowadzącej do drugiej części wsi, usytuowanej po przeciwnej stronie góry.

Wujek Zygmunt zatrzymał się przed jednym z mniejszych domów obrośniętym dzikim winem. Kazał im poczekać na zewnątrz a sam wszedł do środka.

Za płotem leżał olbrzymi rudy pies, jakby przerośnięty wilk w kolorze piaskowego doga. Obserwował ich uważnie w milczeniu. Gdy zbliżyli się do płotu podniósł swoje olbrzymie cielsko i machnął ogonem.

– Śliczny jesteś – przemówiła Biedroneczka. – I dobrze, że cię nie przywiązali do budy jak tu wszędzie robią źli ludzie. Masz chyba dobrego opiekuna.

Olbrzym szczeknął, machnął ogonem zgadzając się z dziewczynką w stu procentach.

Wujek wyszedł z domu w towarzystwie sympatycznie wyglądającego mężczyzny, który uśmiechnął się słysząc uwagę Moniki.

– Bardzo kocham Zorana – powiedział. – On mnie chyba też. Zwykle jest łagodny i przyjacielski ale tylko dopóty, dopóki nie czuje agresji ze strony kogoś obcego. Wtedy staje się bardzo groźny.

– My też mamy psa – pochwalił się Kuba. – I też jest taki duży. Ukończył kurs na psa towarzyszącego i na obrończego też.

– A nasza Tina jeszcze nic nie skończyła bo jest malutka ale wszystkiego się nauczy bo jest bardzo mądra – jednym tchem powiedziała Monika.

Poszli dalej drogą oglądając następne ładne domy. Obaj mężczyźni rozmawiali jeszcze przez chwilę, potem wujek ich dogonił a tamten pomachał dzieciom ręką znikając w głębi ogrodu.

– Wujku, to był ten twój przyjaciel, prawda? – domyślił się Marek.

– Bystry jesteś – pochwalił wujek.

– No bo kto inny na wsi kochałby psa? – zadał trafne pytanie. – On mu na pewno pomaga w pracy. A wujek Sergiusz wymyślił, że w Cięciwie założy hodowlę psów i będzie je uczył. Może pozwoli sobie pomagać?

13.10.2017

  • kobietawbarwachjesieni Ciekawie piszesz.
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:) Dziękuję:) A właściwie moje bohaterki dziękują, że jak wyszły z szuflady, to mogą umilać czas drogim czytelniczkom:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 4 komentarze

Taki mamy klimat

Nie lubię wstawać po ciemku i bez słońca zaczynać dnia. Niestety, taki mamy klimat, że przez długi czas tak właśnie będzie. Nawet co rano gorzej. Dobrze, że dziś bez deszczu, ciepło nawet. Podobno weekend ma być zupełnie pogodny, więc niezbędne prace w ogródku czekające mam nadzieję wykonać.
Dziś do Calineczki jadę. Ogromna to przyjemność obserwowanie kruszynki, która zaczyna się rozglądać wokół, zatrzymuje wzrok na czymś już przez dłuższą chwilę i uważnie się przygląda. Kiedy Wnusia K. mówi do niej różne rzeczy (czytaj: bzdurki nieziemskie), wygląda jakby rozumiała i się uśmiecha we właściwym
momencie. No przecież wiem, że to mimowolne grymasy i o niczym nie świadczą, ale wrażenie robi:-)
Tak sobie myślę, że absolutnie nie mam ochoty mówić o poważniejszych sprawach, choć tyle ich jest i tak ciężkich, że człowiek się czuje nie tylko przygwożdżony ale po prostu wciśnięty w glebę…
Cieszę się więc, że nie pada i suchą nogą dało się z psami rano wyjść na ładny spacer.

12.10.2017

  • fusilla Miało być prawie dobrze, a niestety coś tam leci lekkim mzykiem z nieba. Wrrr!
  • annazadroza fusilla:) Dobrze, że tylko lekkim, a nie leje jak z cebra, ale masz rację – wrrr!!! Ile można czekać na przepiękną polską złotą jesień?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Taniej wychodzi

Za każdym razem kiedy wracam z przychodni, czuję się jakby ze mnie cała energia uszła. Jestem kompletnie skonana i zupełnie nie mam siły. A byłam tylko na densytometrii – co nie boli i nie jest w żaden sposób męczące – i u pani doktor z wynikiem. Pani jest bardzo miłą i konkretną osobą, mającą świętą cierpliwość
do baaardzo starszych staruszek, którym trzeba zalecenia powtarzać kilkakrotnie albo i zapisać. Wiem, bo za którymś razem weszłam z babcią D. ponieważ nie mogła się z nią porozumieć. Od tej właśnie pani doktor babcia D. otrzymała skierowanie do poradni zaburzeń pamięci i zaczęło się leczenie. Naprawdę – z
ręką na sercu mogą zaświadczyć – leczenie pomaga. Zdrowia nie przywróci ani młodości, ale poprawia codzienne funkcjonowanie a to jest najważniejsze. Przychodnia mieści się na terenie szpitala i korytarzem długim iść trzeba, spotykając chorych czekających na różne badania. Są na wózkach, na łóżkach
przywożeni, a chodzący docierają na własnych nogach. Siedząc pod gabinetem w oczekiwaniu na swoją kolej myśli się „różnotematycznie”. Mnie się pomyślało, że to co jemy ma główny wpływ na nas i naszą kondycję. Żadne odkrycie, niby każdy o tym wie, prawda? Jesteś tym co jesz i tak dalej. A to jednak prawda jest. Wynik
prześwietlenia nie wykazał pogorszenia stanu sprzed pięciu lat. Uważam to za sukces i się cieszę:) Zasługa w tym diety jest niemała:)
Więc tu w kwestii zdrowych produktów – zlałam zakwas buraczany. Wyszedł PYSZNY 🙂 Zalałam buraki wodą soloną jak na ogórki małosolne i włożyłam dużo czosnku, który nadał smak i aromat. Poza tym dodaję sporo otrąb owsianych do potraw, powrócę też do zalewania siemienia lnianego w celu uzyskania tzw. „glutów” :):)
dwa razy dziennie. Zmobilizuję się też do regularnego przygotowywania wody z miodem i cytryną dla domowników. Wszystko w ramach profilaktyki, wszak wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć. No i taniej wychodzi niż późniejszy zakup medykamentów.

11.10.2017

  • babciabezmohera Ostatnio chodzę do przychodni zostawiać zapotrzebowanie na regularnie przyjmowane leki.I oby tak zostało!
  • annazadroza babciabezmohera:) Też tak najchętniej robię, ale czasem na kontrolne wizyty trzeba się udać tym bardziej, że do specjalistów czeka się baaardzo długo.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 36

Aldona siedziała w wąskiej kościelnej ławce. Przeżywając raz jeszcze pożegnanie z mężem przeniosła się w inny wymiar opuszczając rzeczywistość. Nie brała udziału w mszy obecna będąc jedynie ciałem. Ocknęła się dopiero wtedy, gdy Linka trąciła ją mocno w bok.

– Mamusiu wstań, przecież wszyscy stoją – szepnęła.

Przez chwilę nie mogła zrozumieć gdzie jest, zbyt daleką drogę musiała przebyć od tamtego czasu do dzisiaj, do miejsca, w którym się aktualnie znajdowała. Sergiusz widział jej nieobecne zamyślenie i łzy w oczach. Przez wrodzoną delikatność nie chciał siłą wtargnąć w stan ducha, w którym – jak czuł – jeszcze nie było dla niego miejsca. Może obdarzony intuicją wiedział jakimi drogami błądzą jej myśli?

Kiedy spojrzała na niego nieprzytomnie, uśmiechnął się czule i serdecznie. Wziął ją za rękę i tak stali. Głęboko westchnęła i pomału wracała do świata, w którym miała pozostać jeszcze przez wiele, wiele lat.

Stojący za nimi dwaj starsi panowie, zapewne z rodziny panny młodej, teatralnym szeptem dyskutowali na temat czy Karolina ma na głowie swoje własne, prawdziwe włosy, czy też jest to „peruga”, bo kto ma dzisiaj takie piękne włosy? Przed wojną, aaa, to co innego.

Linka bardzo polubiła Karolinę i rozzłościły ją uwagi staruszków. Obejrzała się do tyłu i wcale nie szeptem zwróciła uwagę.

– Nie mówi się peruga tylko peruka!

Ludzie spojrzeli w jej stronę, ksiądz prowadzący ceremonię, zresztą przyjaciel rodziny, uśmiechnął się pod nosem. Linka poczerwieniała jak piwonia, uklękła i schowała główkę najniżej jak mogła, żeby nikt jej nie widział.

Uroczystość dobiegła końca, tłum gości oblegał młodą parę przed kościołem zasypując życzeniami oraz kwiatami. Dziewczynki kręciły się wokół Karoliny i bardzo dumne z roli, odbierały bukiety kwiatów od panny młodej.

Wszystkie trzy same przypominały kwiatuszki. Uczesane, ubrane w sukienki w pastelowych kolorach, pantofelki – w niczym nie przypominały bandy koczkodanów wycierających spodniami kurze ze wszystkich kątów strychu, szperających w piwnicy w poszukiwaniu nie wiadomo czego, włażących na najwyższe drzewa w ogrodzie.

Chłopcy też tak jakoś inaczej na nie patrzyli, co oczywiście z miejsca zauważyły i stroiły minki dobrze wychowanych panienek. Wcale nie miały ochoty wracać do domu. Prosiły, żeby mogły choć na trochę pójść na wesele, na chwilę. Chłopcy robili pogardliwe miny i twierdzili, że wcale im na tym nie zależy, lecz Teresa od razu poznała, iż chętnie obejrzeliby sobie z bliska takie przedstawienie. Porozmawiała z kim trzeba i wkrótce panienki piszczały z radości, chłopcy oczywiście próbowali zachować obojętność. Wreszcie wszyscy wylądowali w „Kapitanie”. Oczywiście łącznie z Bożenką i Sebastianem, Karolina z matką nie puściły ich do domu.

Tłum gości wypełnił salę lokalu. Po przywitaniu młodej pary chlebem i solą oraz lampką szampana gości, wszyscy usadowili się na swoich miejscach. W krótkim czasie całe pomieszczenie wypełniło się gwarem rozmów i dźwiękami muzyki. Jak zwykle na początku takich spotkań, rodzina panny młodej urzędowała w jednym końcu sali, pana młodego w drugim. Stopniowo, w miarę zwiększającej się ilości alkoholu we krwi, towarzystwo zaczynało się przemieszczać aż się przemieszało i nastąpiło ogólne zbratanie.

Uszczęśliwione dziewczynki tańczyły na parkiecie, chłopcy za nic nie dali się tam wciągnąć. Stali z boku i obserwowali. Dopiero kiedy do tańca przyłączyli się „tubylcy”, czyli kilkoro dzieci z rodziny Beatki, a szczególnie dwaj chłopcy w wieku mnie więcej Maćkowym, najwyraźniej trenujący taniec towarzyski, wkroczyli do akcji. Czy mogli pozwolić aby „ich” dziewczyny z cielęcym zachwytem wpatrywały się w „obcych”? I jeszcze do tego się popisywały przed wszystkimi? Maciek musiał przyznać, że dobrze im to wychodziło. A on w ogóle   nie podejrzewał, nie przyszło mu do głowy, że potrafią tak dobrze tańczyć. Znał się trochę na rzeczy mając za sobą kurs tańca i wrodzone zdolności w tym kierunku. Poprosił jakąś dziewczynkę i zrobił to pierwszy raz z własnej i nieprzymuszonej woli. Teresa ten moment widziała i uświadomiła sobie, że jej „malutki” Maciuś, najmilsze kociątko, kruszynka, która jeszcze nie tak dawno nie chciała zejść jej z rąk domagając się noszenia całymi nocami – dorasta i zaczyna stawać się mężczyzną. Z rozczulenia łzy pokazały się w jej oczach. Zaniepokojony Jurand pochylił się nad żoną. Kiedy mu powiedziała w czym rzecz uśmiechnął się i machnął ręką bagatelizując sprawę. Teresa się naburmuszyła.

– Każdy facet to nic dobrego, nie ma serca i nie pojmie co czuje matka – stwierdziła i odwróciła się do niego plecami.

Dała się jednak udobruchać i po chwili śmiała się  obserwując syna, który porwał Linkę do tańca. Tańczył z nią pierwszy raz. Teresa z dumą przyznała, że prezentował się wspaniale. To samo pomyślała Aldona o swojej córeczce. Oczywiście wspaniale w swoim przedziale wiekowym.

Kubuś nie mógł dać się bratu wyprzedzić pod żadnym względem. Zrobił to samo co on i po chwili tańczył z Inką dumny z siebie jak paw. Marek stał pod filarkiem i naśmiewał się z jego poważnej miny. Ale kiedy Biedroneczka znalazła się koło niego, chwycił ją za rękę i ruszyli w tany razem.

Jurand ruchem głowy pokazał Sergiuszowi ten obrazek.

– Może kiedyś doczekamy się wspólnych wnuków? – uśmiechnął się szeroko wyobrażając sobie siebie w charakterze dziadka.

Rozbawiona Teresa patrzyła z zadowoleniem na przyjaciółkę i jej partnera. Stanowili idealnie dobraną parę, jedną nierozerwalną – zdawałoby się – całość, szczególnie gdy przytuleni krążyli po parkiecie prowadzeni wolną, romantyczną melodią. Tak samo zresztą wyglądali zajmując cały parkiet w szalonym rytmie rocka. Zgrani w każdym ruchu jakby trenowali razem kilka lat, przyciągnęli uwagę weselników i zostali nagrodzeni oklaskami.

Speszona Aldona ukryła twarz na piersi partnera i tańczyli dalej w rytmie, w który powiodła ich śliczna piosenka w stylu country. Teresa chłonęła w siebie ich widok.  Zawsze tak się działo, gdy zobaczyła coś lub kogoś pięknego. Cieszyła się radością przyjaciółki, obrazem dzieci tańczących zgodnie, oficjalnie, wyzwolonych na tę chwilę z młodzieńczej  nieśmiałości, zachowujących się wreszcie „jak ludzie”.

Myślała Teresa, że warto było zmusić synów do nauki tańca. Patrząc na nich nie żałowała czasu, pieniędzy ani wiecznych awantur towarzyszących każdemu wyjściu chłopców na zajęcia. Kłócili się bowiem bezustannie, że nie chcą się uczyć takich głupot i nigdy nie będą tańczyć z babami.

Coraz więcej par wchodziło na parkiet. Zrobiło się tłoczno. Wujek musiał już wracać do Tenczynka, więc dzieciaki – choć z wielkim żalem – zmuszone zostały do opuszczenia imprezy. Szczególnie dziewczynki były nieszczęśliwe z tego powodu, ale tylko do czasu, kiedy Kuba przypomniał o zaplanowanej wyprawie do tunelu.

Dzieci pojechały z wujkiem obiecując, że będą słuchać cioci, która ma w domku spędzić noc w charakterze opiekunki, zaraz grzecznie pójdą spać, nie będą rozrabiać i nic głupiego nie przyjdzie im do głowy.

Dorośli bawili się do rana. Było dużo śmiechu, opowiadań, dowcipów, tańców do upadłego. Karolina, Aldona i Teresa układały kilometrowej długości wierszyki dla uwiecznienia uroczystości. Pan młody promieniał szczęściem, panna młoda spokojną pewnością siebie. Jarek był bardzo wysoki i szczupły, Beatka, choć też wysoka, przy jego wzroście wydawała się malutka. Krążyli oboje wśród gości przysiadając się co chwilę do innej grupki czyniąc honory gospodarzy. Karolina kręciła się między nimi, wszędzie jej było pełno.

Teresę olśniła myśl, że razem z Wiktorem, bratem Piotra, wyglądaliby niezwykle efektownie.

– A fe, ty stara babo, swatałabyś wszystkich wokół a potem będą cię za to gonić po ulicach – powiedziała sama do siebie po cichu i głośno się zaśmiała.

– Z czego się śmiejesz tym razem? – spytał Jurand.

– Przyszło mi do głowy, że Karolina i Wiktor pasowaliby do siebie.

– I to cię tak rozśmieszyło?

– Nie, świadomość, że jestem już potwornie starą babą, skoro pociąga mnie swatanie młodych.

– No cóż, potwornie stara babo, starsza o lata świetlne od swatanej młodej, czy pozwolisz porwać się do walca? Zaczęli grać. Nie wiem czy  zauważyłaś ten fakt zajęta arcypoważnymi myślami na temat przyszłości świata. A ja mam ochotę zatańczyć z własną żoną. Swoją drogą  Wiktor to dobry chłopak, w niczym nie przypomina twojego byłego małżonka.

– Mojego byłego ukochanego małżonka – poprawiła.

– Właśnie to miałem na myśli, dokładnie to. Jakże bym śmiał inaczej?

– No to dobrze, że wiesz na jakim świecie żyjesz. W takim razie mogę z tobą zatańczyć – łaskawie skinęła głową i chwyciwszy za rękę pociągnęła w stronę parkietu.

Na szczęście dla niej, bo uwielbiała tańczyć mając wokół siebie dużo przestrzeni, większość gości zajęła się pochłanianiem gorących frytek z mnóstwem sałatek i kilkoma rodzajami mięsa. Mieli parkiet prawie cały tylko dla siebie i mogli w rytmie walca odpłynąć.

10.10.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Całkiem nieźle.
  • annazadroza L.C.:-) Jakże niespodziewanie czasem przychodzą do nas wspomnienia przeszłych wydarzeń, prawda?
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Znowu nadciąga

Znowu zimno i mokro, a tak w weekend być nie powinno. Zakaz jakiś wprowadzić należałoby czy co. Na przykład – deszcz ma padać nocą, w dzień słoneczko ma rozjaśniać nasze otoczenie, bo jak ponuro wokół to i w głowach lęgną się ponure myśli. I na przykład ktoś kupi białą różę, a to bardzo źle widziane ostatnio jest. Nawet za siedzenie sobie grzecznie i wąchanie róży wezwanie można dostać na komisariat. Potem człowiek czyta o tym i nie wierzy, że to faktycznie się dzieje. Ale cóż, dzieje się w światach równoległych najwyraźniej. W jednym z nich pani oburzona wielce jest słowami innej pani: „dwóch samczyków” o takich jednych czterdziestolatkach nie pałających do siebie sympatią. Ale ta sama pani z pewnością jest zachwycona „mordami zdradzieckimi” tudzież „kanaliami” bo musi zachwycona być, ma taki obowiązek. W tamtym świecie obowiązuje jedno zdanie – jej władcy. Ani ona ani nikt inny nie ma nic do gadania. A jak spróbuje – to odlatuje, jak taki młodzieniec, który zbyt młody okazał się, aby mądrość władcy pojąć…
O matko, znowu mnie wzięło, choć staram się nie słuchać i nie zapamiętywać bredni głoszonych. Ale nie da się. W końcu żyjemy tu i teraz, i toniemy w absurdzie, coraz bardziej grzęźniemy, ale cóż, w Rzplitej władzę zwierzchnią sprawuje (podobno) naród. Jaki on jest taka i władza. A za chwilę władzy kolejny pokaz, bo znowu miesięcznica nadciąga…

9.10.2017

  • babciabezmohera Ewidentnie źle się dzieje!:((
  • annazadroza babciabezmohera:) Niestety, źle. Może i jestem fatalistką, ale światełka w tunelu nie widzę, coś je całkiem zasłoniło…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 35

Sobotnie popołudnie przyniosło ciemne chmury szybko przeganiane z miejsca na miejsce przez hulający po polach wiatr, który dopiero koło lasu stawał się spokojniejszy, cichszy, pokorniejąc przed czarną prawie, milczącą ścianą starych, olbrzymich drzew. Powietrze przesycone było zapachem deszczu, który jeszcze nie spadł ale wyraźnie dało się wyczuć jego obecność.

Teresa wyszła przed dom. Zapatrzyła się w walkę wiatru z chmurami. Chwilami próbowały się mu przeciwstawić i stawiały opór kręcąc się i kłębiąc w jednym miejscu. Zapomniała o rzeczywistości. Wdychała pełną piersią odurzający zapach idący z pól i z ogrodu, a właściwie całą symfonię zapachów. Wchłaniała w siebie piękno wszystkimi zmysłami, zmysł powonienia był odurzony tym, co do niego docierało, a oczy „pożerały” to, co tylko dało się zobaczyć. Snuła się niczym „zaduma szara, osmętnica” nie zwracając uwagi na to, że świat cały zaczyna się pogrążać w maleńkich kropelkach deszczu tworzących mgiełkę prawie niezauważalną dla oka. Gdyby deszcz spadł w postaci dużych kropli, z pewnością by się ocknęła. Mżawki jednak nie zauważyła tym bardziej, iż wcale się nie ochłodziło i pomimo braku słońca skrytego za chmurami powietrze wciąż pozostawało nagrzane. Miniaturowe kropelki nie ziębiły nagich ramion widocznych spod lekkiej bluzeczki na ramiączkach. Pod wpływem wilgoci rozpuszczone włosy poczęły się wić i w zakochanych oczach wpatrzonego w żonę Juranda wyglądało jakby każdy włos dzielił się na dwoje, zwijał i po chwili było ich dwukrotnie więcej. Otulając postać Teresy złocistą mgłą prosiły jego ręce o dotknięcie, tęskniły za jego pieszczotą lekko poruszane wiatrem. Nie mógł nie odpowiedzieć na takie wołanie, byłby barbarzyńcą bez serca. Podszedł cicho i położył ręce na ramionach żony. Nie zdziwiła się ani nie przestraszyła. Przytuliła policzek do jego ręki. Mżawka zmieniała się, pęczniała, rosła aż stała się ulewą. A oni śmiali się ze strumieni wody oblewającej ich ciała, wtuleni w siebie i szczęśliwi.

W kuchni Sergiusz z uśmiechem przyglądał się Aldonie.

– Doniczko, nie wiesz gdzie jest Jurand?  – spytał.- Już tyle czasu go nie ma.

– A co cię to obchodzi? Wszystko musisz wiedzieć? – pogroziła mu palcem. – Nie bądź taki wścibski. Chodź tu i podaj mi szklanki. Muszę wejść na stołek, żeby je poukładać w szafce. Nie będę po każdą złaziła.

Weszła na taboret, przetarła ściereczką najwyższą półkę w wiszącej szafce i układała szklanki, potem kubeczki podawane przez Sergiusza. Wspięła się na palce by zetrzeć kurz na szafce. Nagle straciła równowagę lądując bezpiecznie w ramionach pomocnika. Cisza panująca w domu – dzieci siedziały w Ukrytym Pokoju czymś bardzo zajęte, – pozwoliła im na chwilę zapomnieć o całym świecie.

Ciszę przerwał śmiech Teresy, która wpadła do kuchni przemoczona do suchej nitki.

– O, nareszcie was nakryłam. Zobacz drogi mężu, Doniczka weszła bratu Doroty pod pachę i myśli, że jej nie widać.

– A wy co robiliście w takim deszczu? Opalałaś się, prawda? – odgryzła się „nakryta”.

– Cicho, bo się wyda i mój mąż się dowie co robiłam  – zaśmiała się śmiechem szczęśliwej kobiety. – Idę się przebrać.
Niewiele czasu upłynęło a na piecu bulgotał obiad, to znaczy jeden obiad w wielu garnkach, panie zaś zajęły się sprawą kreacji na uroczystość. Panowie oczywiście nie byli dopuszczeni do tajemnicy, dla nich wygląd obu partnerek miał być niespodzianką. I rzeczywiście był.

Aldona „ukazała się” w białej bluzce z cieniutkiej, delikatnej koronki, szerokiej spódnicy w kolorze śliwki węgierki, z włosami zaczesanymi z przodu do góry, z tyłu luźno opadającymi na ramiona, po bokach podpiętymi ozdobnymi spinkami. Teresa zaś – w czerwonej sukni w hiszpańskim stylu, furkocącej przy każdym ruchu, z włosami upiętymi w węzeł nad karkiem.

– No, no, no – obaj panowie jednocześnie wyrazili nie tylko aprobatę ale i szczery zachwyt.

Tymczasem ulewa zmieniła się w stopniowo zanikającą mżawkę. Kiedy całe towarzystwo, oczywiście z dziećmi na czele, ładowało się do samochodów, całkiem przestało padać.  W domu pozostała Tina i dwie kotki. Po ślubie dzieci do domku pod lasem miał przywieźć wujek.

Przez cały Kraków przejechali nie trafiając w korki. Wyruszyli w drogę odpowiednio wcześniej by wstąpić do kuzynki Juranda, Bożenki, dla której pani Basia dała synowi paczuszkę. Odnaleźli blok w nowym osiedlu, po czym z wielkim hukiem i hałasem wtargnęli do mieszkania. Bożenka, wysoka, szczupła, o dwa lata młodsza od Teresy, przywitała ich z radością. Zamknęła drzwi na wszystkie zamki i stwierdziła, że za żadne skarby świata nikogo nie wypuści, bo skoro się widzą raz na rok, ona musi się z nimi nagadać i nacieszyć obecnością rodziny. Przyjaciół rodziny natychmiast zaliczyła również do swoich. Jurand spytał o drogę do kościoła, akurat tam nigdy nie jechał samochodem i nie wiedział którędy najlepiej będzie dotrzeć bez utknięcia po drodze przez jakiś remont albo awarię. Nie mogli się porozumieć, bo dużo się ostatnio pozmieniało w sferze organizacji ruchu ulicznego, wreszcie postanowili  zabrać ze sobą Bożenkę i jej synka Sebastiana,  w charakterze  przewodników po królewskim grodzie. Poza tym znała przecież Jarka i nie było nic niestosownego w jej obecności na ślubie.

– Ciociu, a nie wiesz gdzie jest knajpa co się nazywa „Kapitan”? Bo tam jest wesele a tata jej nie zna – odezwał się Marek.

– Nie szkodzi, dowiemy się na miejscu i pojedziemy za innymi – odpowiedział Jurand.

– „Kapitan”? Mówicie, że „Kapitan”? – Bożenka spojrzała na kuzyna z zagadkowym uśmieszkiem.

– „Kapitan”? – powtórzył Sebastian. – Wujku, chodź tu i popatrz przez okno.

Po drugiej stronie uliczki, dokładnie naprzeciwko okna widoczny był niski budynek z dużymi oknami. Nad drzwiami widniał napis: Restauracja Kapitan.

– No nie, coś podobnego może się przytrafić tylko takim wariatom jak my – zaśmiewała się Teresa. – Jestem przekonana Bożenko, że i ty spędzisz dzisiejszą noc na weselu.

– Coś ty, przecież to nie wypada, nie moja rodzina, nie można się wpraszać na cudze wesele – broniła się. – Co by Romek powiedział, gdyby się dowiedział, że jego osobista, prawowita małżonka wprosiła się na taką imprezę?

– Pośrednio twoja. Jarek i Karolina są rodziną ze strony mojego taty, a Bożenka jest kuzynką ze strony mamy – wyjaśnił pozostałym. – A ty nie marudź, przebierz się i jedziemy. Nie możemy się spóźnić. Cioci byłoby przykro – zakończył dyskusję.

Zanim dojechali do kościoła wiatr rozpędził wszystkie chmury. Wyjrzało słońce i obsypało złotym pyłem młodą parę wróżąc słoneczną przyszłość.

– Sobotni promyczek – szepnęła Aldona przytulona do swojego partnera.

Rozpoczęła się uroczystość, której tło stanowiły cichutkie dźwięki organów. Z muzyką przeplatał się chwilami ludzki głos płynący z góry, wypełniający całą świątynię. Wszystkim znana pieśń „Ave Maria” słuchana była jakby pierwszy raz, drażniła pięknem uczucia nieobecne i skrywane  na co dzień głęboko i wydobywała  na zewnątrz w postaci projekcji barwnego filmu na ekranie wyobraźni. Aldona zobaczyła na nim swój własny ślub z Januszem i zaraz potem ujrzała siebie przy łóżku męża podłączonego do wszelkich możliwych urządzeń podtrzymujących życie. Potem przyszedł lekarz i kazał jej wyjść. Ucałowała jeszcze zimny policzek, pogłaskała po włosach zanim ją wyprowadzili… Od tej pory nie może znieść warkotu motoru, na każdego motocyklistę patrzy jak na ofiarę, nie jest ważne czy z własnej winy, czy z cudzej – ale ofiarę, której ciało za chwilę rozsypie się w proch.

6.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Urodziny Córci Iz.

Dzisiaj są urodziny Córci Iz. Cóż chciałabym Ci powiedzieć w takim dniu? Kochana, jesteś fantastyczną dziewczyną pod każdym względem 🙂 I mądrą jak rzadko 🙂 I śliczną na dodatek:) I bardzo się cieszę, że mi się „trafiła” taka córcia:) I dziękuję, że jesteś, że dałaś mi Wnusię K. oraz Calineczkę, która w dniu Twoich urodzin kończy miesiąc 🙂 :):) Życzymy Ci oboje z Mężem i babcią D. wszystkiego co najlepsze, zdrowia, szybkiego nabierania siły i powrotu do formy. A jak już do siebie całkiem dojdziesz, żebyś spełniała swoje marzenia.

I tradycyjnie – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ!!!

5.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Calineczka

Przez pierwsze dwa tygodnie druga babcia Malutkiej jeździła wesprzeć młodą mamę, od wczoraj ja ją zmieniłam. Maleństwo cudne z tej naszej kruszynki jest:) Ważne, że już przybrała na wadze. Zawsze przy tak małej istotce myślę sobie jak mądrze natura urządziła, że taki kompletny miniaturowy człowieczek
przychodzi na ten świat. Jakby wziąć dwie i pół torebki cukru, a właściwie półtorej, bo z reszty trzeba rączki, nóżki i główkę zrobić. Taka drobineczka a ile radości ze sobą przynosi, ile szczęścia i wzruszeń, ile uczuć ciepłych… Niesamowite to jest.
Na łące, kiedy byłam z psami, widziałam liście łopianu. Były tak ogromne, że Malutka swobodnie by się na takim liściu zmieściła. Taka Calineczka :):):)
A dzisiaj mam chwilę, więc podgonić spróbuję trzecią część sagi ursynowskiej. Dobrze mówić, ale trudniej zrobić. Czasem „samo” się pisze i nie wiem kiedy rozdział jest gotowy, a czasem nic nie przychodzi do głowy i można siedzieć, i siedzieć, i …gucio. Teraz muszę się skupić, po prostu muszę, bo jeżdżąc do
Calineczki 🙂 nie będę miała dużo czasu. Może i dobra taka mobilizacja. Dobrze, że padać przestało.

4.10.2017

  • irsila O dzieciach jest co pisać, Calineczka, mała ale w rozwoju cała.
  • babciabezmohera To prawda- wzruszające są takie maleństwa!:)
  • annazadroza irsila:) Calineczka doskonała, chociaż jeszcze taka mała, przy jedzeniu stroi minki jakby dostała cytrynki, jej wymaganiom trudno sprostać, kiedy nocą nie da pospać:):):)
  • annazadroza babciabezmohera:) Wzruszające i takie bezbronne, całkowicie zależne od dorosłych. Oby wszystkie tylko na dobrych ludzi trafiały:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 34

Dzieci powiedziały prawdę, tylko prawdę, ale faktem pozostało, iż nie całą prawdę. Wiedzione ogromną ciekawością, zgodnie jak jeden mąż poczuły nieodpartą ochotę ujrzenia wejścia do tunelu pod Buczyną. Rozbudzona wyobraźnia pracowała tak intensywnie, iż na nic się nie zdały rozsądne tłumaczenia Maćka jak niebezpieczne z wielu różnych powodów jest włażenie do środka. Kuba i Marek postanowili koniecznie tam wejść. Inka zerknęła na Kubusia i stwierdziła, że nie boi się niczego i pójdzie z nimi. Linka nie chciała uchodzić za tchórza, szczególnie w oczach Maćka, więc przyłączyła się do siostry. Monisia, choć bardzo się bała wejść do jaskini, to jeszcze bardziej bała się zostać sama przed jaskinią, usiłowała więc po sobie strachu nie pokazać.

Maciek machnął ręką stwierdziwszy, że z bandą głupków nie może dyskutować żaden rozsądny człowiek. Udało mu się ich jedynie przekonać, że do wyprawy należy się odpowiednio przygotować zabierając latarki, linę albo chociaż sznurek, prowiant, kredę do zaznaczanie drogi, aby nie zgubić się w ewentualnym labiryncie. Cóż miał robić? Musiał przyłączyć się do nich, pilnować aby nie zrobili większego głupstwa i dbać o bezpieczeństwo. Szedł jakiś czas z tyłu pochmurny i zamyślony. Wreszcie przyszedł mu do głowy jakiś pomysł i z rozjaśnioną buzią przyłączył się do reszty sypiąc dowcipami jak z rękawa. Wytłumaczył też małolatom, że najlepiej będzie zorganizować wyprawę w niedzielę rano, bo dorośli z całą pewnością będą odsypiać wesele i tym samym oni zyskają swobodę ruchów.

Po obiedzie szepnął coś matce, wziął rower i zniknął. Wrócił tuż przed zmrokiem z bardzo zadowoloną miną.

Wieczorem zrobiło się chłodno. Jurand napalił w piecu, dom wypełnił zapach palącego się drewna, ogień trzaskał wesoło a po ścianach skakały cienie. Dzieci nie pozwoliły włączyć światła, rozsiadły się na podłodze przy piecu, między nimi ulokowała się Tina. Sergiusz opowiadał historyjki o duchach, w tym również o wyjącym duchu hrabianki Doroty, na co Inka się obraziła „przynajmniej do jutra rana”, bo Kuba ze śmiechu turlał się po dywanie. Po kolejnej mrożącej krew w żyłach, straszliwej opowieści wujka, dziewczynki – oczywiście „bez związku ze sprawą” – zdecydowały się na włączenie lampki w dużym pokoju. Tę właśnie, przez której abażur przechodziło ciepłe, różowe światło.

Teresa i Jurand  mieli identyczne skojarzenia: przypomniał im się pierwszy wspólny i nigdy nie zapomniany wieczór. Teresa siedząca na podłodze z głową opartą o kolana męża powędrowała spojrzeniem w górę aż natrafiła na uśmiechnięte szare oczy.   Na skrzyni-ławie siedzieli przytuleni do siebie Sergiusz i Aldona, którym każda wspólna chwila dostarczała wielu wzruszeń. Tak więc w domku pod lasem było czworo bardzo szczęśliwych ludzi. Złączyła ich przyjaźń i złączył ich ten domek, przygarniając miłość pod swój dach.

Maciek zaskoczył wszystkich zrobieniem w tempie iście ekspresowym całej serii zdjęć i nikt nie zdążył robić głupich min jakie zwykle widać na pozowanych fotografiach.

Chłopcy nie chcieli spać w pokoju na dole. Wymyślili coś innego: spanie na strychu na składanych łóżkach, które nie były wykorzystane w Ukrytym Pokoju ponieważ dziewczyny gościnnie spały na piętrowym łożu. Teresa machnęła ręką na pomysły dzieci.

– Jak chcą to niech sobie śpią. Tylko dajcie nam się wyspać – zwróciła się do młodzieży. – I niech nikt nie wypadnie przez okno ani nie zleci ze schodów, dobrze?

Przyrzekli, że żaden z wymienionych przypadków na pewno się nie zdarzy.

W domku zapadła cisza. Młodzież powędrowała na górę. Dorośli cicho gawędzili na różne tematy, których nie chcieli poruszać przy dzieciach. Najpiękniejsze przeboje lat sześćdziesiątych, różowe światło, dogasający ogień w piecu stwarzały nastrój odpowiedni do zwierzeń i wspomnień.

Dziki wrzask, pisk i tupot tysiąca bosych stóp poderwał ich na równe nogi. Wpadli na górę skacząc po kilka stopni i zobaczyli, albo raczej nie zobaczyli, chłopaków schowanych w śpiwory. Wyglądało to jakby śpiwory wraz z łóżkami same się trzęsły i rechotały.

W Ukrytym Pokoju – Inka wskoczyła na parapet, Monika stała jedną nogą na łóżku a drugą na półce z książkami. Jedynie Linka zeszła na podłogę i rakietką do badmintona odsuwała z obrzydzeniem czarnego, włochatego potwora z długimi ruszającymi się odnóżami: gumowego olbrzymiego pająka, który łaził gdy naciskało się gumową gruszkę połączoną rurką z jego odwłokiem. Tina skakała wokół i oszczekiwała trzęsące się paskudztwo.

– Ja sobie rano z wami porozmawiam  – zapowiedziała Teresa śpiworom, które najwyraźniej dostały drgawek i jeszcze do tego rzęziły. – A teraz spać! I nie chcę was więcej słyszeć!

Na dole serdecznie się uśmiali we czwórkę. Każdy wspominał jakieś figle z dzieciństwa. Panowie przygotowali herbatę i kanapki ponieważ panie poczuły nieodpartą potrzebę wsparcia swych sił fizycznych. Spać poszli o czwartej rano, po rozsądnej uwadze Teresy.

– Nie wiem jak wy, ale ja oznajmiam szanownemu gronu, iż udaję się na spoczynek. Nie mam zamiaru jutro, przepraszam, dzisiaj, na ślubie i weselu wyglądać jak własna prababka. Cała rodzina mojego męża by się nad nim litowała, że wziął sobie za żonę starą, pomarszczoną jędzę.

Następnego dnia dziewczynki wstały bardzo wcześnie rano. Na palcach, z butami w rękach, starając się by podłoga nie trzeszczała a schody nie skrzypiały zeszły na dół po czym zniknęły w ogrodzie. Usiadły na pniu drzewa powalonego przez wichurę.

– Najlepiej będzie nałapać mrówek do słoika i wytrzepać im do śpiworów – wymyśliła Monika zemstę.

– Nie, coś ty, rozlezą się po całym strychu i nas też będą gryzły. Bez sensu – zaprotestowała Inka.

– No to co zrobimy? Przecież musimy im jakoś odpłacić za tego pająka.

– Można podłożyć nogi od łóżek, żeby się wywrócili jak będą wskakiwać a pod spód dać miski z wodą – głośno myślała Monika.

– To byłoby fajne Biedroneczko, ale woda zaleje cały strych i przecieknie do pokoju – pokręciła głową Linka. – Myślcie dalej.

– A gdyby im wpuścić do śpiworów zimne żaby? – Monika wpadła na kolejny pomysł.

– No, to byłoby śmieszne – poparła ją Inka.

– Oszalałyście? Dopiero mama z ciocią by nam dały. Zresztą, co wy, same nie wiecie, że żaba to też żywe stworzenie i chcecie się nad nią znęcać? W żadnym wypadku! – oburzyła się Linka.

– No to nie wiem co. Poddaję się, idę do domu – Inka podniosła się z pnia.

– Poczekaj – złapała ją siostra za rękę. – Pamiętasz jak oglądałyśmy u Filipa strasznie śmieszną komedię o Kargulu i Pawlaku?

– Pamiętam, „Sami swoi”.

– To była druga część, chyba „Nie ma mocnych”. Oni tam zwykłą, normalną świnię pomalowali czarną pastą do butów, żeby udawała dzika.

– Chcesz przez to powiedzieć…

– Właśnie, co ty na to?

– Bomba! Absolutna bomba!

– Powiecie o co chodzi? Ja nic nie rozumiem – Monika patrzyła to na jedną, to na drugą, obie zadowolone z pomysłu. – Powiecie wreszcie czy nie?

– Słuchaj Monika,  jesteś najlżejsza, tobie będzie najłatwiej przekraść się niepostrzeżenie i przynieść pudełko z rzeczami do butów, tam jest pasta – powiedziała Inka. – Wymalujemy chłopaków na czarno.

– Ale fajnie, – podskoczyła z radości najmłodsza spiskowczyni. – To mi się podoba, bo ja będę najważniejsza, prawda?

– Oczywiście, bo skąd wzięłybyśmy pastę? Ale bądź cicho, obudzisz wszystkich – uspokajała Linka.

Niezwłocznie przystąpiły do działania. Biedroneczka wśliznęła się przez uchylone okno do dużego pokoju i po cichutku przemknęła do sieni, stamtąd do łazienki. Bliźniaczki cały czas pilnowały Tinę, aby szczekaniem nie zrobiła przedwczesnej pobudki, bo zobaczywszy Monikę wchodzącą przez okno koniecznie chciała pójść w jej ślady. Kiedy dziewczynka zniknęła jej z pola widzenia, bardzo zaniepokojona już zaczynała koncert. Inka dosłownie rzuciła się na nią chwytając za pyszczek i usiłując odwrócić uwagę suni. Na szczęście Monika w mgnieniu oka załatwiła sprawę i z pudełkiem w ręce pojawiła się w drzwiach wychodzących na ganek.

Teraz musiały niepostrzeżenie, nie budząc nikogo dostać się na strych i wykonać najtrudniejszy punkt programu  czyli wymalować chłopakom twarze.

Spali jak zabici, żaden się nie poruszył. Monika ostrożnie nałożyła Markowi warstwę na czoło, policzki i nos. Inka z mściwa satysfakcją wymazała Kubę, mając w oczach obraz chłopca turlającego się ze śmiechu podczas opowiadania o wyciu hrabianki Doroty. Kładła dużo pasty nie rozsmarowując z obawy przed obudzeniem „ofiary”. W pewnej chwili poruszył się, zamamrotał coś pod nosem. Dziewczynki znieruchomiały a Kubuś przejechał ręką po czole, rozmazał pastę na ręce, na twarzy, nie obudził się jednak i ponownie zachrapał. Lince wcale nie chciało się robić z Maćka czarnoskórego ale czyż miała inne wyjście?

– Pospiesz się – syknęła siostra.

Monika i Inka miały pastę z pudełek, jej trafiła się w tubie. Wycisnęła ją rysując na Maćkowej buzi malownicze esy floresy. Wyglądali wspaniale. Linka wpadła na jeszcze jeden pomysł. Na migi pokazała dziewczynkom, żeby zeszły na dół, sama zaś cichutko przemknęła do Ukrytego Pokoju, wyjęła aparat, usiadła na progu z aparatem „gotowym do strzału” i czekała.

Inka, Monika i Tina zrobiły pobudkę rodzicom. Widząc ubrane i przekonująco jęczące z głodu dzieci, obie matki wstały i po szybkich zabiegach higieniczno – kosmetycznych, ubrane, piękne i pachnące – przygotowały śniadanie.

– Czy możemy śpiochów obudzić z wielkim hukiem? – spytała Monika.

– Huczcie sobie ile chcecie – pozwoliła Aldona. – W końcu macie wakacje i coś się wam od życia należy.

Sprytna Biedroneczka wciągnęła do zabawy i ojca i wujka. Podkradli się na strych z nadmuchanymi papierowymi torebkami i…

Wyobrażenie sobie tego, co się działo potem, przekracza granice zwykłej ludzkiej wyobraźni. Nagły huk poderwał chłopców z łóżek. Nieprzytomnym wzrokiem spoglądali wokół i na siebie nie wiedząc gdzie są i przez kogo zostali otoczeni.

– Diabeł! – wrzasnął Marek patrząc z przerażeniem na Kubę. – Czy ja już umarłem?

– To ja, idioto, a nie żaden diabeł – wściekły Kuba oglądał swoje umazane ręce. – Czy ja wyglądam tak samo jak ty?

Maćkowi było najtrudniej oprzytomnieć i otworzyć oczy. Patrzył na oba „diabły”, patrzył, wreszcie ryknął śmiechem na cały głos. A ponieważ głos miał silny, bez wzmacniacza słychać go było w każdym zakamarku domu. Przybiegła Teresa zwabiona przez ten niespodziewany i niesłychany harmider, zaraz za nią Aldona i obie usiadły na schodach osłabione śmiechem, niezdolne do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Obaj ojcowie ryczeli głosem starych bawołów, dziewczynki piszczały. Kuba i Marek ryczeli z wściekłości, ale stopniowo ich ryk stawał się coraz mniej wściekły aż przeszedł w szalony, nieopanowany śmiech. Jedynie Linka zachowała zimną krew  i pstrykała zdjęcie po zdjęciu dopóki nie skończyła filmu.

Długi czas upłynął nim całe towarzystwo uspokoiło się na tyle, by zejść na dół, domyć się i usiąść do śniadania, za które już wzięła się Tina. Zresztą przez cały dzień co chwilę ktoś zaczynał się śmiać na wspomnienie porannego przebudzenia chłopców.

„Starsi” panowie zajęli się ustawianiem altanki chcąc wykorzystać kilka godzin, które mieli do dyspozycji przed wyjazdem na ślub do Krakowa. „Młodzi” panowie najpierw długo nad czymś radzili, potem przyszli pomagać. Trzeba przyznać, że pomoc się przydała. Pale zostały ostatecznie wkopane w ziemię i umocowane, reszta konstrukcji odpowiednio osadzona.

Teresa była zachwycona. Wprawdzie narzekała, że altanka nie jest od razu obrośnięta zielenią i nie wygląda jakby miała sto lat, ale tylko dla zasady, z żartobliwym błyskiem w oku. Uściskała obu „starszych” panów. Młodzi się nie dali i czmychnęli w las.

– I tak wrócicie jak poczujecie zapach z kuchni – wołała za nimi. – Wtedy was dopadnę.

3.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz