Nie będę dziś mówić o świecach wieczorem rozjaśniających mrok przed sądem i przyczynach ich zapalania… Nie chcę złej energii ze sobą zabierać… Pozostanę jeszcze w miłej weekendowej atmosferze. Sobota i niedziela takie ładne, ciepłe, słoneczne były, że wręcz nie mogłam uwierzyć. Może śpię, zaraz się obudzę i strugi deszczu zobaczę za oknem? Na szczęście nie śpię. Sześć dalekich spacerów z psami zaliczyliśmy wspólnie z Mężem sycąc oczy najpiękniejszymi kolorami jesieni, psy się zmęczyły i z zadowolonymi mordkami usypiały na długo po każdym powrocie do domu. Ogródek sprzątnęłam z liści i uschniętych roślin, Mąż skosił trawę, nawet babcia D. włączyła się i pozamiatała przed domem liście oraz oberwała pożółkłe z bluszczu rosnącego na siatce. Upiekłam babeczki dla Wnusi K., usmażyłam naleśniki do zabrania ( Mężowi kilka zostawiłam:)) i do Malutkiej zaraz pojadę. To jest pełnia szczęścia:)
Czasami niektórzy ludzie sprawiają wrażenie jakby się z choinki urwali. Na przykład taki jeden książę, który powiedział o Szczawnicy, że to prywatne miasto rodziny jego narzeczonej i ona podnosi z gruzów bodaj 180 nieruchomości. Od razu „nerw mnie wziął” i wzburzyła się we mnie krew przodków przywołując natychmiast na pamięć powstanie Jakuba Szeli, o którym mi dziadek opowiadał – jak to chłopy rżnęły piłami panów za to, że panowie wredni byli. Że politycy bredzą to normalne, było kiedy przywyknąć. Ale o hrabiach czy innych książętach-niebożętach w XXI wieku to już się nie pamięta. I dobrze, bo tylko z przymrużeniem oka na takich patrzeć trzeba, co z pracy rąk Kowalskiego czy Nowaka całe życie korzystali ich samych mając za nic. Na słowa księcia odpowiedzieli włodarze miasta natychmiast, że miasto niczyją własnością nie jest a rządzi Burmistrz i Rada Miasta wybierani w wyborach. Mieszkańcy też od razu odpowiedzieli prostując, że spadkobiercy hrabiego Stadnickiego podnoszą, owszem, ale czynsze do maksymalnych stawek. Odbudowali dopiero własny dom rodzinny, pijalnię wód mineralnych i kilka budynków ale nie uzyskali jako Uzdrowisko kontraktu z ZUSem przez co ludzie boją się utraty pracy a do miasta przybywa mniej kuracjuszy. Przeczytałam o tym w necie. Ponieważ Szczawnica to moje ukochane miasteczko „czułam mus”, żeby o tym wspomnieć. Od kiedy tam przyjeżdżam, obserwuję niesamowite zmiany na korzyść zaistniałe dzięki młodemu Burmistrzowi panu Grzegorzowi Niezgodzie, Radzie Miasta i Mieszkańcom. Celowo napisałam wielką literą, bo tak się należy. We wcześniejszym wpisie (z dn.29.04.17r.) nadmieniałam, że pan Burmistrz zdobył nagrodę „Lider Samorządu” i został uznany najlepszym samorządowcem wśród gmin miejskich i wiejsko-miejskich w Polsce. Otrzymał również zaszczytny tytuł Najpopularniejszy Burmistrz Małopolski w plebiscycie organizowanym przez Gazetę Krakowską i Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Małopolski. I to są prawdziwe zasługi i osiągnięcia widziane na dodatek z zewnątrz, okiem turysty. Nie wiadomo czy będzie mógł jeszcze raz się ubiegać o stanowisko, bowiem „dobra zmiana” może przeszkodzić w myśl słów Młynarskiego „co by tu jeszcze spieprzyć…”. Nadmienię, iż przeciwnik Burmistrza, lider pisowy, chętnie publikuje swe zdjęcie z Antonim zwanym Krokodylem…
1.10.2017
Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Szczawnica,to moja ulubiona miejscowość,mógłbym tam mieszkać na stałe. Jeżdżę do niej od 20 lat i widzę zmiany jakie zachodzą.Szczególnie szybkie tempo tych zmian nastąpiło za kadencji burmistrza Niezgody, który potrafił dobrze wykorzystać środki unijne na rozwój miasta. Co ciekawe burmistrz Niezgoda kandydował na ten urząd nie z ramienia jakiejś partii ale z ruchu obywatelskiego mieszkańców Szczawnicy i może o to właśnie chodzi.
annazadroza Obserwator:) Słusznie zauważyłeś, że nie z żadnej partii burmistrz obecny został wybrany. Ludzie chcą żyć i funkcjonować normalnie, nie zawsze w oparach partyjnego absurdu.
Cieszę się, że jeszcze ktoś tak lubi Szczawnicę jak ja:):):) Pozdrawiam:)
W piątek przed południem gwałtownie został zakłócony spokój panujący zwykle w domku pod lasem i okolicy. Rozległ się klakson czerwonego malucha, szczekanie Tiny, krzyki chłopców, piski dziewczynek. Do tego dołączyły się radosne głosy witających się dorosłych. Stare drzewa nigdy w życiu nie widziały czegoś podobnego. Najpierw gniewnie zaszumiały oburzone, że ktoś śmie zachowywać się w ten sposób, nie szanując ich powagi i wieku. Potrząsały grubymi konarami, ciskały drobniutkimi gałązkami i pożółkłymi liśćmi w stronę hałaśliwej gromadki. Ale rzecz niesłychana – przyjrzawszy się jej z bliska poczęły się uspokajać, szumieć ciszej i spokojniej. Nawet pozwoliły słońcu wyjrzeć zza chmur by i ono przyjrzały się ludziom, którzy krzyczeli nie z gniewu i nienawiści, ale z wielkiej radości. To byli dziwni ludzie. A dlatego dziwni, że unosiły się nad nimi niewidzialne cząsteczki dobroci, serdeczności i miłości do całego świata. To dostrzegły stare drzewa pamiętające wydarzenia i ludzi sprzed wielu, wielu lat.
Najgłośniej wrzasnęła… Teresa na widok Tiny.
– O matko, jakie cudo! Skąd ją macie?
Sunia przerażona tumultem i krzykiem schroniła się pod paniną spódnicę. Może bała się, że ktoś zabierze ją od ludzi, których zdążyła pokochać całym serduszkiem ze wszystkich sił? A może zobaczyła siebie znów opuszczoną, głodną, cierpiącą, leżącą na ulicy w oczekiwaniu na śmierć?
Teresa kucnęła i przemawiała do szczenisi nie zwracając uwagi na nikogo i z nikim się nie witając. Tina ostrożnie wysunęła łebek zza kolan Aldony. Nie cofnęła się, kiedy „ciotka” pomaleńku zbliżyła rękę.
– Tinusiu, to jest ciocia Terenia – tłumaczyła Linka.
– I ona ma Maksa – dodała Inka.
– I jeszcze Miećkę – Monika czuła się w obowiązku przekazać kolejną informację.
Tina machnęła ogonkiem i zrobiła krok w kierunku Teresy obwąchując wyciągniętą w jej stronę rękę.
– Widzisz ciociu jaka ona mądra? – chwaliła Linka ulubienicę. – Wszystko zrozumiała.
– A dlaczego nie ma Maksa? – spytała Inka.
– A nie widzisz, że by się nie zmieścił? – pytaniem na pytanie odpowiedział Kuba i już był przy Tinie.
Suczka stała się głównym ośrodkiem zainteresowania. Zachwycano się nią i porównywano do Zbója, którego rzeczywiście przypominała.
– Jest przepiękna – stwierdzili zgodnie przyjezdni.
– Gdybyście ją zobaczyli wcześniej – pokręciła głową Aldona, – szkoda mówić, obraz nędzy i rozpaczy.
– W bardzo krótkim czasie nabrała takiego wyglądu? Zdumiewające.
– Też byś nabrał gdybyś jadł za czterech, pił najlepsze mleko od krowy a nie ze sklepu i gdyby cię szczotkowały trzy dziewczyny pięć razy dziennie – wyjaśnił Sergiusz.
– Nie wiem czy zniósłbym to ostatnie – zaśmiał się Jurand.
– Na łapce już nawet strupa nie ma, odpadł. Rana na szczęście nie była głęboka. Dzięki Karolinie tak prędko się zagoiła, Tina była osobistą pacjentką pani doktor.
– Bo ciocia Karolina nawet tutaj przyjeżdżała, żeby leczyć naszą Tinusię – tłumaczyła Biedroneczka.
– I teraz tylko czasem kuleje jak za dużo biega i się zmęczy – wyjaśniła Inka.
– Karolina kuleje? – zdziwił się Maciek.
– Głupi jesteś – skwitował Kuba. – Chyba jasne, że nie Karolina tylko Tina.
– Czep się tramwaju a nie mnie, dobrze? – spokojnie odpowiedział Maciek.
Marek tymczasem odnalazł kotki i tulił obydwie jednocześnie.
– Jak one urosły – dziwił się. – Dopiero były malutkie, mieściły się w dłoni taty.
– Przecież przez kilka dni tak nie urosły.
– No nie, ale tak w ogóle.
– Tak w ogóle to ty też niedawno byłeś malutki. A teraz co? – uśmiechnął się Jurand do synka.
– Ale nie byłem mniejszy od gąsienicy!
– A kto był mniejszy od gąsienicy? – zdumiała się Aldona.
Naburmuszony Kubuś odwrócił się plecami. Wciąż nie mógł znieść, kiedy ktoś się z niego śmiał. Trzeba jednak przyznać, że okresy obrażania się trwały coraz krócej i chłopiec powoli nabierał do siebie dystansu.
– Oglądaliśmy z tatą zdjęcia zrobione w Muzeum Wojska Polskiego gdy Maciuś miał trzy latka – wyjaśniła Teresa. – Na jednym mój synek stał obok czołgu. Tata powiedział: zobacz Maćku, jesteś tutaj mniejszy od gąsienicy. Kubuś wtedy zastygł w pół gestu i niezmiernie zdumiony wyjąkał: to Maciek był mniejszy od gąsienicy? W wyobraźni zobaczył brata wielkości komara.
Weszli do domu. Dzieciaki pognały na górę do Ukrytego Pokoju. Tina pierwszy raz odważyła się wejść na schody i wbiegła za nimi.
Teresa nie poznawała Aldony. Szczęście biło z całej postaci przyjaciółki, uśmiech nie schodził z twarzy, ruchy miała lekkie, zwinne, nie stąpała po ziemi ale płynęła tuż nad nią spowita falbanami spódnicy. Za każdym razem gdy zatrzymywała wzrok na Sergiuszu, spojrzenie stawało się ciepłe, przepełnione tak wielkim uczuciem, że Teresa poczuła pod powiekami łzy wzruszenia. Przyjrzała się też ukradkiem Sergiuszowi i ku swej radości zobaczyła dokładne odbicie uczuć Doniczki. Zrobiło jej się lekko na sercu, westchnęła głęboko i przytuliła się do męża. Jurand musnął wargami jej włosy.
– Chodź, zobaczymy co Doniczka nawyprawiała w ogrodzie. Sergiusz opowiada jakieś dziwne rzeczy – powiedział.
Nie posiadali się ze zdumienia oglądając rezultat „nawyprawiania” przyjaciółki.
– Doniczko, jesteś absolutnie genialna – oświadczyła Teresa. – Oczywiście zrobiłaś to, co ja powinnam była zrobić ale nie zdążyłam. Skąd wiedziałaś, że dokładnie tak miało wyglądać właśnie to miejsce?
– Przecież sama mówiłaś ze sto razy co musisz zrobić w ogrodzie i w którym miejscu. Nie pamiętasz? Cóż, starość nie radość… Skleroza też nie boli tylko się nachodzić trzeba…. A poza tym przecież wszyscy, jak mówiła panna Kornelia, należymy do ludzi, którzy znają Józefa.
– Jakiego Józefa? – zdziwił się Sergiusz. – Ja nie znam żadnego Józefa. Chyba, że wam chodzi o Ziutka? A co on ma z nami wspólnego akurat tutaj?
– Nie o Ziutka tylko o Józefa – śmiała się Aldona zagłuszana przez jeszcze głośniej śmiejącą się Teresę. – Jeśli go nie znasz, poznasz po wakacjach, moja w tym głowa. Zmuszę cię do przeczytania „Wymarzonego domu Ani”, albo będę ci czytała sama jako powieść w odcinkach.
– Poplotkujcie sobie dalej a ja pójdę się przebrać i obaj weźmiemy się za męskie prace – powiedział Jurand. – Ale najpierw muszę się napić kawy.
Po chwili wrócił w bawełnianej koszulce i wygodnych dżinsach, coś powiedział na ucho żonie, która odpowiedziała pełnym miłości spojrzeniem zatopionym w ukochanych szarych oczach i skinęła głową.
– Nie podsłuchiwać – rzucił żartobliwie w stronę Aldony i Sergiusza. – Ja powiedziałem mojej żonie coś na wasz temat, to prawda. A jeśli chcecie wiedzieć co, stańcie oboje przed lustrem, wtedy zobaczycie.
„Dziewczyny” poszły do kuchni. Miały tyle do omówienia! Zwykłe prozaiczne czynności w postaci przygotowania obiadu czy ogarnięcia kuchni po śniadaniu nie przeszkadzały w rozmowie. Teresa opowiadała co się zdarzyło na Ursynowie, ze szczególnym uwzględnieniem Imielina oraz Natolina, Aldona zaś zdawała relację z wydarzeń zachodzących w Tenczynku i okolicach mających miejsce podczas jej pobytu. Wyrzucały z siebie informacje przekrzykując się wzajemnie, żartując i wybuchając co chwilę śmiechem.
Panowie w tym czasie obejrzeli altankę i zaraz po obiedzie postanowili przystąpić jej wykańczania. Potem Jurand został zaprowadzony na strych w celu zaprezentowania mu niespodzianki: piętrowego łoża dla chłopaków. Teresę zwabił na górę głośno wyrażany zachwyt dla owego dzieła. Stwierdziła oczywiście, że jest to prawdziwe cudo, ale… jeszcze przydałaby się do kompletu szafka na pościel. Sergiusz potraktował rzecz poważnie i powiedział, że zrobi jeśli zdąży.
– Ależ nie, ja tylko żartowałam – tłumaczyła Teresa. – Nie rób, tak sobie palnęłam. Moi chłopcy zrobią to razem, kiedy czas im na to pozwoli.
– Wykluczone – odrzekł. – Przecież sam powinienem był o tym pomyśleć.
– Zostaw to, staruszku – Jurand klepnął przyjaciela w plecy. – Chcesz wszystko zrobić od razu, żebym potem ja umarł z nudów? Proszę, zlituj się nade mną i nie rób mi takiej krzywdy.
– Dziewczynki! – wołała z dołu Aldona. – Gdzie jest cały chleb? Coście z nim zrobiły?
Linka wystawiła głowę zza drzwi Ukrytego Pokoju.
– Tina zjadła.
– Jak to zjadła? Sama? Cały chleb? Od razu?
– Nie od razu tylko od wczorajszego popołudnia. Przecież był bardzo smaczny. Jadła go po kawałku z masłem aż zjadła. Sama jej dawałam. Chyba jej nie żałujesz chleba mamusiu, prawda?
– Nic dziwnego, że w takim krótkim czasie zmieniła się nie do poznania – zauważył Jurand.
– W takim razie musicie natychmiast iść do wsi po chleb, bo nie będzie co jeść na kolację. Tylko biegiem.
Głowa Linki zniknęła. Dało się słyszeć sześć głosów mówiących jednocześnie i po chwili zatrzęsły się schody ledwo wytrzymując zbieganie i zeskakiwanie sześciu par nóg.
– Idziemy wszyscy – oznajmił Maciek.
– Mamusiu, weź Tinę do siebie, żeby z nami nie szła – poprosiła Inka. – To dla niej za daleko, mogłaby się jej otworzyć rana.
– I po co ma ją znowu boleć? – rzuciła Monika pytanie i pobiegła nie czekając na odpowiedź.
– Przecież już nawet strupek odpadł… – zaczęła Aldona, ale już zniknęła cała gromadka, co do jednej sztuki, więc tylko machnęła ręką.
– Młodzież wyparowała, zostaliśmy tylko my, stare wapniaki – stwierdziła Teresa zabawiając Tinę. – Trafiła się wam najpiękniejsza sunia jaką ostatnio widziałam.
– Tereniu, wzięłaś ze sobą zdjęcia? – spytał Jurand.
– Oczywiście, już przynoszę – zerwała się i poszła do dużego pokoju.
– Jakie zdjęcia? – zaciekawiła się Aldona.
– Różne, głównie kolorowe i bardzo udane – droczyła się z przyjaciółką Teresa wróciwszy z plikiem fotografii.
– Pokaż, nie bądź małpa, strasznie jestem ciekawa – wyciągnęła rękę.
Teresa schowała zdjęcia za siebie.
– Właściwie, zupełnie nie wiem czy to ty jesteś czy nie. Tamta kobiecina ze zdjęcia jest starszą, smutną osobą w średnim wieku i nie przypomina smarkuli, którą widzę przed sobą. No, może jakieś podobieństwo na upartego można znaleźć, ale znikome…
– Zamorduję tę jędzę – Aldona ruszyła w stronę przyjaciółki potęgując wesołość obu panów.
Teresa stanęła za Sergiuszem i wspinając się na palce pod same oczy podsunęła mu zdjęcie Aldony.
– Sam zobacz czy nie mam racji.
– Czekaj, tak dokładnie zakryłaś mi oczy, że nic nie widzę. Daj, sam muszę się przyjrzeć… Faktycznie…słabe podobieństwo…A poważnie, jak to można uwiecznić nieuchwytną, zdawałoby się, chwilę, stan ducha, myśl zapisaną na twarzy.
Przypomniał sobie jak owego wieczoru zastygł bez ruchu w ciemności, przez przypadek podpatrując i podsłuchując Aldonę w chwili słabości. Oglądali zdjęcia ze śmiechem wyrywając je sobie z rąk, komentując, wspominając różne sytuacje z tego wesela nieprzewidzianego przez zaskoczonych państwa młodych. Na kilku widać było Aldonę tańczącą albo rozmawiającą z Sergiuszem.
– Słuchaj Doniczko – ze śmiertelną powagą zaczęła Teresa. – Z natury nie jestem zazdrosna, ale wszyscy niewtajemniczeni oglądający fotografie zdecydowanie stwierdzili, że to najładniejsza para na przyjęciu. Wypraszam sobie na przyszłość podobne numery. W końcu to było moje wesele!
– A ile masz zamiar jeszcze ich mieć, tych wesel, skoro sobie wypraszasz na przyszłość? – broniła się Aldona.
– Któż może wiedzieć co go jeszcze w życiu czeka, prawda kochanie? – odpowiedziała siadając obok męża. – Moglibyśmy wesele wyprawiać co roku, w rocznicę na przykład.
Czas płynął bardzo szybko. Ziemniaki się rozgotowały, filety czekały usmażone a dzieci ani widu ani słychu.
– Może podjadę do wsi? – zaproponował Jurand.
– Nie znajdziesz ich. Najpierw pobiegli polami, na skróty, potem gdzieś między domami przez wieś. Przecież nie zginą, nikt nie napadnie w biały dzień takiego stada wariatów – uspokajała Teresa.
Aldona przywołała Tinę i razem z Teresą wyszły przed dom. W pewnej chwili sunia zaczęła węszyć górnym wiatrem i szczeknęła, radośnie machając ogonem.
– Chyba idą – ucieszyły się obie matki.
„Stado wariatów” najpierw dało się słyszeć a widzieć – dopiero po jakimś czasie.
– Co wy sobie myślicie? – skoczyła w ich stronę Teresa. – Czy ja mam przez was ducha wyzionąć z nerwów? Gdzie byliście tak długo?
– Spokojnie Musiu, spokojnie – Kuba wyciągnął przed siebie obie ręce. – Nic się nie stało. Tylko dziewczyny…
– Co dziewczyny? Co dziewczyny? – tupnęła nogą Linka. – To Marek pierwszy zaczął skubać chleb.
– Właśnie! – Inka poparła siostrę. – Bo to było tak: skręcaliśmy już przy kościele gdy Marek ułamał kawałek piętki. Takiej pachnącej i chrupiącej w zębach. Każdemu ślinka ciekła i każdy rwał po kawałku.
– Kubusiu, a ty? – zaniepokoiła się matka.
– Coś ty, Musiu, ja nie jestem taki głupi. Kupiłem sobie ziemniaczane chipsy z papryką i śmiałem się z nich. Fajnie wyglądało jak kupa ludzi rzuciła się na jeden chleb.
– Całe szczęście, że jesteś taki mądry – odetchnęła z ulgą Teresa.
– A potem chleba zrobiło się bardzo mało, chociaż kupiliśmy największy – podjęła wątek Monika.
– Jak to mało? Przecież macie cały duży bochen!
– No bo, Musiu – Maciek postanowił sam udzielić wyjaśnień, – poszliśmy do cioci Marka, co mieszka niedaleko stawu. Chcieliśmy odkroić ten ogryziony chleb i powiedzieć, że w piekarni było tylko pół.
– O wy oszuści, chcieliście nas okłamać?
– Ale i tak by się nie udało, Musiu, bo jak dziewczyny ukroiły chleb, okazało się, że krzywo. No więc zaczęły równać i skroiły do końca. Jak wyraźnie widać, spóźnienie było nie tylko moją zasługą – oświadczył Marek.
Mówił do Teresy ”Musiu” i nikt obcy nie wpadłby na pomysł, że nie jest rodzonym bratem Kuby i Maćka. Można się nawet było doszukać zewnętrznego podobieństwa. Teresa żartowała, że skoro opiekun upodabnia się do swojego psa, dlaczego oni nie mieliby się upodobnić do siebie.
– Skąd więc macie chleb?
– Pożyczyłem od cioci pieniądze i wróciliśmy do piekarni.
– A tamten pokrojony zjedliśmy po drodze do końca – zakończyła Inka.
– Wiesz Doniczko, kiedyś, dawno, dawno temu zrobiłyśmy z Majką dokładnie to samo. Cóż, historia się powtarza i często sami popadamy w zdumienie widząc siebie we własnych dzieciach – powiedziała Teresa.
29.09.2017
urszula97 Ooo,to Ty pisarką jesteś,świetne.Odnosnie pelargonii napisałam na blogu,pozdrawiam.
annazadroza urszula97:) Spróbuję jakoś z tymi pelargoniami postąpić zgodnie z Twoją radą. Takie ładne mi się w tym roku trafiły, ze naprawdę szkoda byłoby tak całkiem je zmarnować. Dziękuję i pozdrawiam:)
quba Bardzo piękna i ciekawa opowieść. Dziękuję. Pozdrawiam. Będę tu.
Quba
annazadroza Quba:) Witam i z serca zapraszam:) Dla relaksu i uśmiechu, chwili oderwania się od bieżących spraw. Pozdrawiam baaardzo serdecznie 🙂
Trafiłam na Wydawnictwo Kobiece – tak się nazywa. Spodobało mi się to, co dziewczyny o sobie napisały i co robią. To jakby moje bohaterki wyszły z szuflady na świat i żyły dalej w realu. Tak sobie myślę, że naprawdę (jeszcze) jest czas na realizowanie planów młodych, energicznych kobiet, pełnych marzeń, energii, wiedzy i umiejętności. Bo my kobiety – w różnym wieku, tym emerytalnym też, musimy radzić sobie często na kilku równoległych planach, załatwiać sprawy, rozwiązywać problemy swoje i bliskich, mieć „głowę jak komputer” i siłę słonia. A jednocześnie wymaga się byśmy jak lilie wiotkie i eteryczne były, takie romantyczne a zarazem stojące na ziemi strażniczki domowego ogniska i służące do wszystkiego – jakby XIX wiek trwał jeszcze, jakby niektórzy nie zauważyli, że nawet XX już minął… Dlatego dałam w nawias „jeszcze”, że z prawej strony słyszę męskie głosy świadczące o poglądach takich, że to …pożal się boże…, które świadczą o poziomie prawdziwym rozwoju danego męskiego osobnika. Szowinisty znaczy. Najchętniej kobietę uczyniłby sobie podległą bez reszty, zamknął w domu, w kuchni i przy dzieciach rodzonych w ilościach hurtowych. Wszak ksiądz dobrodziej rodzić każe, antykoncepcji stosować nie pozwala, piekłem straszy. Tak się składa, że piekło jest. Na ziemi. W dalszym ciągu wielu kobietom zgotowane jak to, o którym pisał dawno temu Tadeusz Żeleński- Boy, czyli „Piekło kobiet”. Jakże inaczej określić można np. słowa prezesa wszystkich prezesów, że kobieta ma rodzić nawet najbardziej zdeformowane płody… już nie chcę przypominać ciągu dalszego tudzież innych „mądrości”bo uczucia bardzo złe mnie ogarniają a chciałabym tego uniknąć.
Na szczęście prawdziwi mężczyźni istnieją na tym świecie obok szowinistów męskich. Szukam innej jakiejś pozytywnej wiadomości… Mam! W Arabii Saudyjskiej kobiety będą mogły prowadzić samochody! No i proszę, dziewczyny górą:)
28.09.2017
babciabezmohera Bardzo trudno zrezygnować z władzy nad kobietą, tym bardziej że to wielowiekowe zaszłości. Jeśli kobiety same jarzma nie zrzucą, to proces dążenia ku równouprawnieniu będzie trwał a trwał…
annazadroza Uważam, że im osobnik bardziej tchórzliwy, zakompleksiony i prymitywny tym większą władzę nad innymi chce posiadać, w tym nad kobietami. Iluż to damskich bokserów nie tak dawno widzieliśmy wśród osób, które powinny być nieskazitelne z racji pełnionych funkcji…
Z wielką niechęcią zbliżam się do telewizora, co jedna informacja to gorsza. PAD – okazało się, nie jest polskim prezydentem lecz tylko tych, którzy na niego głosowali. Ja nie głosowałam, więc moim nie jest. Zawiodłam się mając nadzieję po spacerach ze świeczkami w ładną pogodę. Mąż mówił, żebym się nie łudziła, bo to tylko wrażenie… Miał rację, zostało tylko wrażenie. Teraz już niemiłe. No bo jak to? Jeśli Konstytucja nie pasuje do wymysłów różnych to ją zmienić? A gdzie strażnik Konstytucji? Której bronić powinien a nie łamać? Konstytucji będącej aktem prawnym najwyższym, najważniejszym, ustawą zasadniczą, do której cała reszta powinna się odnosić i na niej się opierać? Nie trzeba być prawnikiem aby dostrzec, iż o żadnych usprawnieniach w działaniu sądów nie ma mowy. Tylko o upolitycznieniu. No bo jeśli mądry sędzia ma lat 65 to będzie musiał odejść. Jeśli się pisowym członkom i PAD spodoba, może go
zostawią. A jak nie, to będzie – tu cytuję: „spieprzaj dziadu”. Prawomocne wyroki sądów można będzie zaskarżać. To jakie one prawomocne? Zależne od „widzimisię” różnych takich przecież… Cyrk po prostu. Jeśli – dajmy na to – sprawa ciągnęła się 5 lat, to po zaskarżeniu „prawomocnego” wyroku będzie się toczyła od nowa drugie tyle albo dłużej. Bo nie wierzę, że ktoś nie zaskarży mając taką możliwość. Opozycja się sprzeciwia różnym … takim… pomysłom? No i co z tego? Pisy zamkną się w innej sali niż plenarna, policzą się tak, żeby było po ich myśli wliczając np nogi od krzeseł albo osoby sprzątające i zrobią wszystko, co będą chcieli. Skrzywdzili już tak wielu dobrych ludzi, że nie mam ani jednego dobrego życzenia dla żadnego z nich. Niech każdy, dosłownie każdy, otrzyma to, na co zasłużył. Oby jak najszybciej.
27.09.2017
Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Niestety ,to wszystko prawda. I nie zanosi się na nic lepszego,na scenie politycznej nie widać żadnej konsolidacji wśród opozycji, a na horyzoncie nie pojawia się jakakolwiek alternatywa.Musi być chyba jeszcze gorzej,żeby było lepiej,tylko kiedy społeczeństwo zmądrzeje.
kolewoczy Ja nie pamiętam żadnej władzy, która nie skrzywdziła dobrych ludzi, więc nie widzę różnicy.
annazadroza Rick:) Zanosi się na znacznie gorzej, gorzej niż było kiedyś, w czasach, gdy mnie nie było na świecie jeszcze albo byłam zbyt mała, by cokolwiek pamiętać.
annazadroza kolewoczy:) Z pewnością patrzy inaczej ktoś, kogo rzecz dotyczy bezpośrednio. Wtedy zdystansować się jest bardzo trudno. Wręcz to niemożliwe jest.
Aldona znalazła dla siebie fantastyczne zajęcie. Jak niegdyś Teresa w Cięciwie, tak ona tutaj postanowiła ujarzmić dziką roślinność szalejącą w ogrodzie, by choć w ten sposób odpłacić przyjaciółce za gościnę. Poza tym miała ochotę poczuć woń świeżo skoszonej trawy, poruszonej ziemi a z tymi zapachami nic nie może się równać. Kojarzą się zawsze z wakacyjną wolnością, życiem bez stresów i problemów, jakby w innym wymiarze czasu. Ubrała się w krótkie spodenki, starą kolorową koszulę zawiązała z przodu na supeł, włosy spięła, żeby nie przeszkadzały.
Na elektrycznej kuchence postawiła „kocioł do gotowania jeńców” z zupą, a właściwie ze wszystkim z czego zupa miała sama powstać po odpowiednim czasie. Do ręki wzięła sierp i wyszła do ogrodu. Przed domem Sergiusz w asyście dziewczynek rozpoczął dzieło tworzenia piętrowego łoża dla chłopaków. Obok leżała Tina. Oczy miała zamknięte, ale co chwilę zerkała i sprawdzał czy coś jej nie grozi. Aldona obeszła dom dookoła i przystanęła przed ganeczkiem. Zdecydowała, że najpierw zajmie się zielskiem rosnącym pod przysłoniętymi liliowymi firankami oknami dużego pokoju. Założyła na ręce ogrodowe rękawice i pochyliła się biorąc w lewą rękę wiecheć trawy, ucinając go przy samej ziemi sierpem trzymanym w ręce prawej. Dawno temu babcia dokładnie pokazała jej jak to się robi. Zapamiętała się w tej pracy. Nie zwracała uwagi na nic więcej poza zwiększającą się powierzchnią, z której znikała zielonobrunatna plątanina roślin. Bolały ją plecy nienawykłe do tak niewygodnej pozycji. Uklękła więc podkładając sobie grubo złożoną gazetę i na kolanach posuwała się dalej. I tak szła od ganeczku do końca budynku i z powrotem, i jeszcze raz i z powrotem. Fizyczne zmęczenie dawało jej radość, cieszyła się, że nie obchodzi jej w tej chwili nic poza dotarciem na kolanach do srebrnego świerka, bo tyle postanowiła wykonać przed obiadem.
Kiedy ból pleców zmusił ją do wyprostowania się, wstała, przeciągnęła się kilka razy, rozciągnęła mięśnie i stawy znużone jednostajną pozycją i poszła po grabie. Wystarczyło kilka ruchów rąk by urosła wielka kopa zżętej trawy. Znów wzięła sierp do ręki, znów się pochyliła uradowana z pokonania słabości własnego ciała. Im więcej czuła fizycznego zmęczenia, tym lżej robiło jej się na duszy. Wreszcie osiągnęła cel dotarłszy do świerka. Usiadła na pieńku obok, oparła głowę o chropowatą korę starej jabłoni. Roześmianymi oczyma patrzyła na swoje dzieło. W wyobraźni widziała cały ogród doprowadzony przynajmniej do takiego właśnie stanu, altankę obrośniętą girlandami pnących róż oraz gąszcz krzewów dzikiej róży albo kłującego głogu broniącego dostępu z zewnątrz, bo gdyby nawet ktoś przedostał się przez płot, nie byłby w stanie pokonać żywej, kolącej zapory. Klasnęła w ręce z radości przypomniawszy sobie, że przywiozła ze sobą nasiona różnokolorowych malw zebrane podczas spacerów z przyjaciółkami na Imielinie, gdzie z roku na rok rosło ich coraz więcej na trawniku obok bloku. Podniosła się i z trudem prostując plecy pokuśtykała szukać reszty domowników.
– Sergiuszu, gdzie jesteś – wołała. – Dziewczynki, gdzie was licho poniosło?
Z sieni wyjrzała Tina machając ogonkiem.
– Gdzie oni wszyscy są? Tinusiu, no gdzie? Powiedz.
Tina spojrzała w stronę schodów prowadzących na strych i szczeknęła spoglądając w górę.
– Hej, wy tam na górze! Żyjecie jeszcze?
W odpowiedzi usłyszała stukanie, szuranie i po chwili u szczytu schodów pojawiła się główka Moniki.
– Żyjemy ale ciężko pracujemy – powiedziała – Stokrotki trzymają deski, w których tatuś wierci dziury a ja stękam, żeby one nie musiały, bo by się bardziej zmęczyły.
– No to idź stękać dalej, nie przeszkadzaj sobie – śmiała się Aldona. – Zapytaj tylko tatę gdzie jest jakaś łopata, bo nie mogę żadnej znaleźć.
Biedroneczka zniknęła na chwilę, po czym wróciła i przekazała informacje jednym tchem.
– Tatuś powiedział że i tak nie znajdziesz a jak nawet znajdziesz to nie uniesiesz bo jest tylko jedna duża i bardzo ciężka i on musi zejść na dół i sam ci da i pytał po co a ja nie wiedziałam i już idzie bo widzę że idzie.
Sergiusz zszedł na dół i zdumiony patrzył na nią bez słowa. Nie miała pojęcia dlaczego. Idąc za jego wzrokiem – parsknęła śmiechem. Kolana miała ufarbowane trawą na brudnozielony kolor i ozdobione źdźbłami trawy malowniczo dyndającymi wokół nóg
– Gdzie trawę wycinają tam źdźbła dyndają – oświadczyła. – Zobacz co zrobiłam. Nie myśl sobie, że tylko ty pracujesz.
– No no no – pokręcił głową z niedowierzaniem. – Ty to wszystko teraz sama zrobiłaś?
– Nie, krasnoludki i sierotka Marysia – uśmiechała się zadowolona, że zaskoczyła go rezultatem swych przedpołudniowych wysiłków. – Podoba ci się?
– Jestem oszołomiony i zachwycony. I nigdy nie uwierzę, że dokonałaś tego sama. Na pewno masz kontakty z jakimiś pozaziemskimi istotami, które ci w tym pomagały, albo jesteś czarownicą. Mam rację?
– Jak na to wpadłeś? Widocznie jesteś geniuszem, przykro mi, że wcześniej tego nie dostrzegłam.
Przytulił ją do siebie i na moment zapomnieli o całym świecie zasłuchani tylko w siebie.
Trzęsienie ziemi nie zrobiłoby większego zamieszania niż szczekanie Tiny i dzikie wrzaski dziewczynek, które zobaczyły dzieło Aldony. Oczywiście zaoferowały swoją pomoc przy wycinaniu zielska, zaraz potem posprzeczały się o miejsce, w którym złożona ma być sterta trawy.
– Przecież można ją ułożyć na konstrukcji z patyków i zrobić szałas – dowodziła Inka.
– Wcale nie, bo szałas robi się z gałęzi, bez trawy, tylko z liśćmi – dowodziła Linka.
– A właśnie, że trzeba dać trawę na jedną kupę a potem w środku wydłubać tunel i jaskinię – tłumaczyła Monika uwielbiająca „Dzieci z Bullerbyn”.
Atmosfera stawała się coraz gorętsza, każda obstawała przy swoim zdaniu. Uspokoiły się dopiero wtedy, gdy Aldona zagroziła, że nie będą mieszkać w Ukrytym Pokoju, jeśli natychmiast nie zaprzestaną kłótni.
Po obiedzie znów wzięła sierp do ręki siejąc spustoszenie wśród starych, splątanych, częściowo uschniętych warkoczy trawy pozwalając wyjrzeć na świat drobniutkim, zielonym, młodym ździebełkom. Zakopała w ziemi nasiona malw, tuż pod ścianą domu, mając świadomość, że za dwa lata zakwitną, potem będą się rozsiewać same i pozostaną tu na zawsze, ubarwiając świat kolorowym kwieciem.
Dzień za dniem mijał szybko przy pracy i zabawie. Sergiusz skończył piętrowe łóżko i postawił je na strychu. Był z siebie niesłychanie dumny – przedsięwzięcie było to nie byle jakie. Aldona szczerze podziwiała jego zdolności i głośno chwaliła. Mile połechtany pochwałami zrobił „początek” altanki w ogrodzie. Z mocnych listewek stworzył konstrukcję w postaci prostopadłościanu, która miała być oparta na grubych palach wkopanych w ziemię. Przyznał się, iż przed wyjazdem zaplanowali tę „budowlę” wspólnie z Jurandem a Teresa zadecydowała w którym miejscu powinna stanąć.
Dziewczynki nie pozwalały odpoczywać jedynemu mężczyźnie w tym domu. Goniły go do pracy ponieważ chciały mieć altankę już gotową, oczywiście dla siebie do zabawy. Musiał obiecać, że zrobi też ławeczki do siedzenia, koniecznie z oparciem.
– Wydaje mi się, że znalazłyście biedakowi zatrudnienie aż do następnych wakacji. Dajcie mu wreszcie chwilę spokoju – nie wytrzymała Aldona. – Sergiuszu, zostaw to i chodź na spacer. Nie mogę pozwolić abyś w czasie urlopu wyzionął ducha z przepracowania. Powłóczymy się trochę po Skałkach.
– My też możemy? – pytały dziewczynki.
– Oczywiście. Nie zapomnijcie o aparacie, jest piękna pogoda więc i zdjęcia będą piękne.
– Dzisiaj jest moja kolej, ja będę robiła zdjęcia – z dumą oświadczyła Biedroneczka.
– Świetnie, no to w drogę, proszę wycieczki. Czy kierownik wycieczki jest przygotowany?
Tina tak błagalnie patrzyła za nimi, że zdecydowali się zabrać ją pierwszy raz na dalszy spacer. Doszli do kapliczki, potem skręcili w stronę Woli Filipowskiej. Dzieci ścigały się, fikały koziołki, turlały się z górki po chłodnej trawie, poznały smak owoców głogu, szukały orzechów w krzakach leszczyny.
Sergiusz trzymając Aldonę za rękę opowiadał co zrobi w Cięciwie zaraz po przyjeździe, bo tym razem ma pomysły najlepsze z dotychczasowych, bezkonkurencyjne.
– Mamusiu, a my zamówiłyśmy pnące róże, żeby obrosły altankę, którą robi wujek – włączyła się Linka do rozmowy.
– Gdzie zamówiłyście? – spytała zaskoczona Aldona.
– Koło stawu mieszka wujek Marka, ma taką małą córeczkę i czarnego psa. I on ma w ogrodzie przecudne róże. Obiecał, że coś tam z nimi zrobi i będzie je można u nas posadzić, żeby rosły. Dobrze wymyśliłyśmy?
– Bardzo dobrze. Coś podobnego, to ja mam takie mądre córeczki?
– Mamusiu! – wołała Inka grzebiąca w kupie kamieni leżących na skraju pola. – Zobacz jaki kamień. Zaokrąglony ze wszystkich stron, jakby ktoś chciał z niego zrobić piłkę.
– Jaką piłkę? Nie widzisz, że to jest ślimak olbrzym?
– Pokaż. No, odciśnięty ślimak wielkolud!
– Chyba wielkoślim…
– To są amonity, pełno ich tutaj. Wyobraźcie sobie, że ich muszle mogły mieć średnicę dwóch metrów.
– Nie chciałabym, żeby mi wyszedł na drogę taki wielki amoniak – poważnie powiedziała Biedroneczka trzymając w rączce kamień z odciśniętym fragmentem muszli potężnego głowonoga.
– Nie amoniak tylko amonit, amoniakiem babcia okna myje – sprostowała Linka. – I nie wyszedł tylko wypełznął.
– A skąd wiesz? Przecież wtedy nie żyłaś – broniła się Monika. – Może jeszcze wtedy miały nogi? A potem się nauczyły pełzać, całkiem sobie nogi pościerały i teraz nie mają. I są małe z wysiłku, bo jak pełzają to się pocą i dlatego są takie śliskie.
– Wiesz kochanie, że to jest bardzo interesująca teoria – powstrzymując głośny wybuch śmiechu Aldona pieszczotliwym ruchem zwichrzyła paziową grzywkę na czole dziewczynki.
Rozmawiając i żartując doszli do wsi. Minęli mały domek w dużym, zapuszczonym ogrodzie. Taką prawdziwą chatkę. Z drzwiami, jednym okienkiem, zbudowaną z grubych, drewnianych bali pomalowanych kiedyś na przemian na biało i niebiesko.
– Jeśli się nie mylę, mieszkała tu kiedyś ciotka Juranda. Zobaczcie, ktoś do nas kiwa, tam za płotem.
– Przecież to Karolina. Gdzie ją przyniosło?
– Nie ją przyniosło lecz nas – Aldona pomachała Karolinie ręką.- Zapomniałeś, że ona niedaleko buduje dom?
– Cześć, tak się cieszę z tego spotkania – mówiła serdecznie Karolina gdy zbliżyli się do niej. – Jak się czuje nasza śliczna pacjentka?
Poklepała Tinę, potarmosiła. Sunia nie bała się, nie uciekała, wprost przeciwnie, jak kot otarła się o nogi „cioci” i merdała ogonkiem.
– Widzisz jaka ona mądra? – puszyła się Inka. – Ona ci podziękowała, że ją ratowałaś.
– Na szczęście nie było to nic groźnego. Wygląda wspaniale, jakby jej było dwa razy więcej niż przedtem.
– Je za cztery Azy, więc nic dziwnego, nadrabia – poklepała pupilkę Aldona.
– Mam nadzieję, że pamiętacie o ślubie Jarka? A nie wiecie przypadkiem kiedy przyjedzie Jurand?
– Nie mam pojęcia, ale przecież pamięta. Na pewno. Zresztą Teresa nie przepuści takiej okazji, możesz być o tym przekonana.
– Uwaga, tu zaczynają się moje włości – powiedziała z dumą. – Nie wyobrażacie sobie jak się cieszę, że wreszcie robota ruszyła. Jeśli dobrze pójdzie, w co aż się boję wierzyć po tych wszystkich przestojach, to za dwa tygodnie stanie wiecha! Wczoraj kupiliśmy blachę na dach, malowaną, koloru koralowego. Zostały jeszcze do kupienia plastikowe rynny. W poniedziałek pojadę po drewno, które mam złożone u wujka w Tenczynku. Majster obiecał, że od środy będzie robił dach.
– Jak tu ładnie – Aldona rozejrzała się na wszystkie strony. – I do stacji nie bardzo daleko. Cudny będzie twój domek, Karolinko. Potrafię go sobie wyobrazić po wykończeniu.
– Ja widzę go co noc, w snach oczywiście. Wczoraj śniło mi się, że sama ze sobą kłóciłam się o to czy mają rosnąć róże czy bzy. Obudziłam się wściekła na cały świat, a gdy uświadomiłam sobie powód złego humoru, sama z siebie śmiałam się na głos aż mama przyszła sprawdzić czy nie zwariowałam.
Oprowadziła gości po budowie. Pokazała, w którym miejscu przebiega granica dzieląca jej ziemię i dom od własności brata. Usiedli na turystycznych składanych krzesełkach przy rozkładanym stoliku. Na miłej pogawędce czas szybko mijał i słoneczna jasność dnia przeszła w szarość wieczoru.
– Czas wracać. Wsiadajcie do syrenki, zabiorę was do siebie na kolację – zdecydowała Karolina.
Jakoś się upchnęli w aucie. Sergiusz z Tiną z przodu, dziewczyny z tyłu jedna na drugiej jak sardynki w puszce, ale szczęśliwie dojechali. Spędzili wieczór w Krzeszowicach, ugoszczeni z wielką serdecznością przez mamę Karoliny. Musieli Jarkowi przyrzec, że będą na ślubie i na weselu. Linka podjęła się robienia zdjęć. Oczywiście najlepszych ze wszystkich, bo jakież inne mogłaby robić przyszła najsłynniejsza fotoreporterka Europy albo i całego świata? Bardzo poważnie rozmawiała jakby otrzymała prawdziwe zamówienie.
– Ona musi zrobić takie fotki, żeby Maćkowi oczy wyszły całkiem na wierzch ze zdumienia – wyjaśniła Inka w drodze powrotnej.
– Czy te moje córki naprawdę mają dopiero dziesięć lat? – spytała szeptem Sergiusza.
Dzisiaj są urodziny Wnusi K., mojej małej nastolatki. Małej do niedawna, bo teraz nie dosyć, że mnie przerosła, to już nie jest najmłodsza w rodzinie ponieważ tę rolę przejęła Malutka:) Na dodatek są to pierwsze urodziny, kiedy przestała być jedynaczką a stała się poważną i odpowiedzialną starszą siostrą:):):)
Skarbie mój kochany, życzę Ci samych radosnych chwil w życiu. Żebyś jak najczęściej odczuwała takie szczęście jak ja, kiedy powitałam Cię na tym świecie, bowiem byłam przy Twoich narodzinach. Żeby w szkole spotykały Cię przyjemności, dobre oceny napływały zewsząd a przyjaciółki nigdy Cię nie zawiodły. Żeby Twoja niesamowita wyobraźnia nigdy nie usypiała, lecz przeciwnie, rozwijała się, bo może kiedyś właśnie ona przyniesie Ci sukces, zostałaś nią przecież obdarowana przez dobrą wróżkę:) A najważniejsze – bądź szczęśliwa i niech Ci się marzenia spełniają. Bardzo Cię wszyscy kochamy, wiesz przecież o tym,
prawda? I oczywiście tradycyjnie – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ !!!
Do życzeń dołącza się smok Anastazy oraz Dobra Czarownica. Stoją przy mnie i pilnują, żebym nie zapomniała przekazać życzeń od nich. Kazali Ci powiedzieć, że wciąż Cię kochają choć już urosłaś, a niedługo będą się bawić z Twoją siostrzyczką:):):)
W weekendowym postanowieniu wytrwałam i Lapcio spał sobie grzecznie w sobotę i niedzielę. Ja za to pocięłam w paski bluzkę koszulową, którą kiedyś przepaliłam żelazkiem, dwie bawełniane koszulki zużyte wielce, fartuch kuchenny mający czas świetności za sobą oraz sukienkę na ramiączkach sfatygowaną
porządnie, której już bym nie założyła między ludzi. To tyle w kwestii robótek. Więcej materiałów nie posiadam chwilowo, czekam aż się pojawią. Tych pociętych starczy zaledwie na kilka rządków. Może narzutkę na fotel a nie dywanik zrobię, bo to cienkie szmatki były.
Pogoda się poprawiła o tyle, że z psami dało się pójść trochę dalej. Ponieważ przez tydzień chodziliśmy w stronę torów, bo chodnik jest i nawet w deszczu można się przemieścić, brak opadów wykorzystaliśmy na zmianę kierunku marszruty. Szilunia zadowolona prowadziła, bo lubi tamtą trasą iść i drogę zna. Ja
się zdziwiłam zmianami, jakie w ciągu minionego deszczowego tygodnia nastąpiły. Otóż w związku z przebudową drogi i skrzyżowania zniknął domek. Taki malutki domeczek, ale ładnie obity seledynowego koloru panelami, z białymi uchylnymi oknami, z małą werandą. Został dołek w ziemi wysypany piaskiem.
Właściciel na pewno dostał ekwiwalent pieniężny albo lokal zastępczy, na ulicę go przecież nie wyrzucili, może jest zadowolony z nowego lokum. Niech tak będzie, Ale mnie się smutno zrobiło, bo nie znoszę zmian, choć wiem, że są konieczne i nowe życie ze sobą niosą. Długo bardzo trwa, zanim się do czegoś nowego przyzwyczaję. A dziś tempo życia jest takie zawrotne, że ledwo się zdążę do czegoś przyzwyczaić to znów się zmienia. Może to sygnał, żeby się przyzwyczajać do myśli, że niezmienność coraz bliżej?
Żeby weselej było to powiem, że moje groszki dalej kwitną, zaś chryzantemki w skrzynkach puszczają nowe pączki. Pozbierałam z aksamitek przekwitnięte mokre łebki i część wysuszyłam. Może wyrosną z nich młode w następnym sezonie. Wyjątkowo ładne, mocne i okazały mi się trafiły w tym roku. Żałuję tylko, że
przez deszcze część rozkwitniętych jeszcze kwiatów pokryła się pleśnią i zmieniła się dosłownie w błoto rozłażące się w palcach.
W tej chwili zajrzało mi słonko przez okno! Jakby cud natury!!! Życzę więc pogody, słonka, żeby osuszyło tę chorobliwą wilgoć i żebyśmy mogli się nim nacieszyć.
25.09.2017
kolewoczy Ma być słonecznie, tak zapowiadają prognozy, będzie babie lato i złota jesień. Ponoć już w tym tygodniu 🙂 Ja stare ubrania zużywam jako ścierki.
jasna0 pozdrawiam słonecznie z Krakowa.
Nareszcie jest ta żółto – złota kula na niebie i troszkę nawet grzeje.
Też nie lubię zmian, tak już jest, gdy człowiek do czegoś, lub jakiegoś widoku się przyzwyczai. Możesz teraz zaśpiewać sobie: mały zielony domek (chociaż w oryginale był biały) w nocy mi się śni…..
fusilla Słonko to było u nas wczoraj. Zaraz pełno żaglówek – regaty. Morsy sie taplały z lubością. Na promenadzie masa spacerowiczów! A dzisiaj? Zimno, buro i ponuro! Brrr!
annazadroza kolewoczy:) Przybądź jesieni złota, bo na razie jest tylko słota – się zrymowało. Z tą pogodą ciekawe czy prawda – niby przebłyski słońca widać, ale czy się znów nie schowa? Jakieś takie zmienne w tym roku jest, ja mam niedosyt, za mało go było, nawet upały mi nie zdążyły dokuczyć.
Też zużyłam wszystkie szmatki do sprzątania dlatego nie mam. Ale znajdę, zrobię „dzieło sztuki”, już się zaprogramowałam:)
annazadroza jasna0:) Dzięki za pozdrowienia z królewskiego grodu:) Jak u Ciebie jest słoneczko to może do nas też dojdzie i na dłużej się zatrzyma? Jak się człowiek wygrzeje to i stawy mniej dokuczają, bo przy takiej wilgoci jak teraz, to … szkoda gadać:(
annazadroza fusilla:) Bo słoneczko dziś idzie do nas od Krakowa, Ty jesteś bardziej na północy, więc najpóźniej dotrze. Ale dotrze, bo słońce to ciepło, siła i zdrowie a tego Tobie i Bliskim teraz potrzeba najwięcej. Życzę Ci duużo słoneczka:)
Lekkie szturchanie zimnego, wilgotnego, czarnego psiego nosa a właściwie noska, obudziło Sergiusza. Otworzył oczy i zobaczył wpatrzone w siebie dwa błyszczące, jakby szklane, paciorki, wyraźnie czekające na jego reakcję. Wolno wyjął rękę spod koca. Przemawiając łagodnym głosem, delikatnym lecz stanowczym ruchem dotknął czarnego łebka. Sunia nie odskoczyła, nie bała się tej ręki. Może nocą przemyślała całe swoje dotychczasowe krótkie życie łącznie z tym, co zdarzyło się wczoraj? Może z kotkami, swoimi nowymi przyjaciółkami, podzieliła się owymi przemyśleniami i wysłuchała ich opinii? Może modliła się do psiego boga o ratunek? W każdym razie spojrzenie miała zupełnie inne, łapki nie drżały jak jeszcze wieczorem, stały zupełnie pewnie. Nawet ogonek, w miarę jak ręka pana przesuwała się po grzbiecie tam i z powrotem zaczął się rytmicznie poruszać w prawo i w lewo.
Aldona jeszcze spała. Na brzuchu, z podwiniętą lewą nogą, przykryta prawie na głowę, z włosami rozsypanymi w nieładzie na poduszce. Odgarnął jej grzywkę z czoła i pocałował po ojcowsku. Mruknęła coś nie otwierając oczu i poczęła przesuwać rękę po pościeli aż natrafiła na jego ramię. Teraz ręka wędrowała po nagim torsie, wreszcie chwyciła za szyję i przyciągnęła do siebie.
– Poczekaj kochanie, muszę wypuścić Tinę, zaraz do ciebie wrócę – powiedział mierzwiąc jeszcze bardziej splątane włosy.
Otworzył drzwi, ale sunia nie chciała sama wyjść za próg, musiał iść z nią. Nawet na krok nie dała mu odejść od siebie rozpaczliwie piszcząc. Nie było innej rady niż iść tam, dokąd prowadziła i poczekać. Poczekał i razem wrócili do domu. Zastali schowaną pościel, gotującą się na kuchence wodę na herbatę i Aldonę biorącą w łazience prysznic.
– Już wychodzę – zawołała wesoło.
– No wiesz co? – mruknął zawiedziony. – Po co już wstałaś? Tak bym sobie jeszcze pospał…
– Tylko patrzeć jak dzieci zejdą na dół. I co zobaczą? Matkę wylegującą się w łóżku podczas gdy za oknem od dawna świeci słońce. Wstyd!
Stanęła na progu łazienki owinięta wielkim kolorowym ręcznikiem. Wilgotne włosy poskręcały się i wokół głowy miała burzę niesfornych loczków, na ramionach zatrzymało się kilka kropelek wody. Podszedł do niej i cała utonęła w jego ramionach.
– Dzieci – szepnęła cichutko.
Wspięła się na palce, przylgnęła wargami do szorstkiego, jeszcze nie ogolonego policzka i… zaraz wypchnęła z łazienki zamykając za sobą drzwi. Rozległ się głośny tętent stada potworów zbiegających po schodach i trzy „potwory” wpadły do kuchni.
Tina pierwszy raz głośno szczeknęła. Wystraszyła się własnego głosu i zamilkła. Chyba sobie jednak przypomniała, że już nie musi się bać, bo rozszczekała się na dobre i zamerdała ogonkiem. Zachwycone dziewczynki głaskały ją, poklepywały, podtykały pod nos smakołyki cichcem wyjęte z lodówki.
Aldona wyszła z łazienki drugimi drzwiami, przeszła sionką do drugiego pokoju i po chwili stanęła w drzwiach kuchni ubrana w turkusowe szorty, takież sandałki i białą bawełnianą bluzeczkę.
– Cześć łapserdaki – przywitała dzieci promiennym uśmiechem. – Jak się spało w nowym pokoju?
– Świetnie. Mamusiu, Tina jest już zdrowa – całując matkę na dzień dobry obwieściły Stokrotki wielką nowinę.
– I nawet szynkę też lubi – Monisia także się przytuliła do niej.
Aldona przytuliła wszystkie trzy dziewczynki, porozdzielała równo całusy, żeby żadna nie czuła się pokrzywdzona, klapsy – oczywiście żartobliwe – za szynkę, która sama wyszła z lodówki, też podzieliła sprawiedliwie.
– Czy i ja mogę się z tobą przywitać, Wiewióreczko? – Sergiusz udawał, że nie ma siły odciągnąć dziewczynek od matki.
– Jeśli ci się uda. Co ty robiłeś w nocy, żeś taki słaby? – zaśmiała się zaglądając mu w oczy.
– Zapomniałem, ale może wieczorem sobie przypomnę. Albo zaraz jak cię złapię…
– No to próbuj, łap mnie kocie bury – zaśpiewała i niespodziewanie zamknęła mu drzwi przed nosem.
– Ciocia, uciekaj przez okno – poradziła Monika przez dziurkę od klucza.. – My przytrzymamy tatusia.
– A kto przegra stawia lody – stwierdziła Linka.
– O tak, lody, lody, pyszne kolorowe lody – śpiewała Biedroneczka.
Rozpoczęła się szaleńcza zabawa, przepychanie, ucieczki, pogonie przeplatane piskami dziewczynek, krzykiem i śmiechem. Tina najpierw ukryła się pod stołem, potem chyba doszła do wniosku, że nic groźnego się nie dzieje, widocznie miała wrodzone poczucie humoru. Wyszła spod stołu i kuśtykała za tym swoim nowym, zwariowanym stadem poszczekując od czasu do czasu. Kotki szły za nią krok w krok jak Tygrysek za Zbójem.
Zabawa zakończyła się pochwyceniem uciekinierki – męska duma nie pozwoliła dać się przechytrzyć dziewczynom – oraz solennym przyrzeczeniem, że na lody pojadą do Krzeszowic. Tam w drewnianej budce niedaleko stacji benzynowej są lody najlepsze na calutkim świecie a wszystkie inne mogą się przy nich schować pod ziemię ze wstydu.
Rozpoczął się cudowny okres beztroski, swobody i szczęścia. Niezbyt często się taki zdarza w ludzkim życiu. A nawet jeśli – to dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę, że był, lecz minął i w porę nie zauważyliśmy jego trwania. Zostaje żal, poczucie pustki i przemijania, świadomość braku możliwości zatrzymania czasu i powrotu do minionych zdarzeń.
Wszyscy mieszkańcy domku pod lasem korzystali z życia ile, jak i gdzie się dało. Pogoda dopisywała. Dziewczynki bawiły się najpierw tylko w ogrodzie, potem odważyły się wyjść za płot a wreszcie całe Skałki uznały za swoje. Biegały od Pudełkowej Skały do kapliczki, od ugorka Jurandowej prababci pod Styrek i z powrotem. Tinie zaokrągliły się boczki, sierść stawała się coraz ładniejsza, sunia rosła jak na drożdżach, niemal z godziny na godzinę, pochłaniając niewiarygodne ilości pożywienia jakby chciała się najeść na całe życie, na zapas, na wszelki wypadek, gdyby znów przyszedł okres głodu. Rana zagoiła się „jak na psie” i szczenisia uczestniczyła w zabawach dzieci. Nie wychodziła jednak za bramkę. Nie wchodziła również na strych, choć dziewczynki przywoływały ją wielokrotnie. Kładła się pod schodkami i czekała na swoje dwunożne przyjaciółki, aż zbiegną na dół popychając się i chichocząc, by znów bawić się i korzystać z pięknej pogody. W swoich wypadach dotarły i do ludzkich siedzib za Zamkową Drogą, poznały kuzynki i kuzynów Juranda – a głównie ich dzieci, oraz ciocie i wujków. Od tej chwili rojno i gwarno zrobiło się na Skałkach, młodzież spędzająca wakacje w Tenczynku chętnie przebywała w towarzystwie ładnych i wesołych dziewczynek. Tym bardziej, że nie zadzierały nosa i miały mnóstwo różnych pomysłów na zajmujące spędzanie czasu.
Aldona szła w stronę kapliczki. Wypatrywała drobnych dziecięcych figurek zwykle przemykających wśród nielicznych nie zwiezionych jeszcze „lalek” stojących na złotych ścierniskach, ścigających się po polnych drogach, skaczących na jednej nodze przez miedze, albo palących ognisko na ugorku. Spod kapliczki roztaczał się przepiękny widok, zmieniający się w zależności od pogody i pory dnia. Aldona nieraz stała i stała zapatrzona, zapominając o bożym świecie. Wpatrywała się w konia ciągnącego pług i idącego za nim człowieka, który zarzucił sobie lejce na szyję, obiema rękami trzymał rączki pługa i tylko głosem kierował koniem. Jego wołanie docierało do kapliczki mimo odległości sprawiającej, że wydawał się wielkości ołowianego żołnierzyka.
Wiedziała już, że to nie „oranie” tylko „pokładanie” czyli mówiąc inaczej – przewracanie ścierniska do góry nogami. Coraz więcej złotych pasów, pozostałych po zwiezionym i wymłóconym zbożu, zmieniało kolor na szary. Zauważyła, że „lalki” stojące jeszcze gdzieniegdzie, czy inaczej „mendle”, mają inny kształt niż widziała na Mazowszu. Przyjrzała im się z bliska ciekawa skąd różnica.
Małe snopeczki, wiązane krótkimi powrósełkami z tego samego, dopiero ci skoszonego zboża, ustawiano wokół jednego, luźno, aby dobrze schły owiewane wiatrem. Przed deszczem chroniła je czapa zrobiona z ogromnego snopa związanego grubym powrósłem i nasadzonego na wierzch tak, aby jego słoma dokładnie okrywała całą „lalkę”. Byle deszczyk nie przedostawał się do środka, krople spływały w dół po sztywnej, prostej słomie, ochraniając ukryte pod spodem kłosy.
O skuteczności takiej „czapy” przekonała się na własnej skórze, gdy nagle lunął deszcz. Niewiele myśląc schowała się pod mendel zadowolona, że nie moknie. Krople rozpryskiwały się po zderzeniu z ostro zakończoną owsianą słomą, po czym w postaci mgiełki odbywały drogę ku ziemi wsiąkając w nią. Nie przewidziała jednak, że rozpęta się burza. Nagła i gwałtowna. Pociemniałe niebo przeszywały błyskawice, grzmoty przybliżały się z każdą chwilą, wreszcie nad samą głową Aldony rozpętało się piekło. Wyglądało tak, jakby ze wszystkich czterech głównych i czterech pośrednich stron świata przybyły burze na walną bitwę w wojnie toczonej o panowanie nad światem. Potworny huk i oślepiający blask sprawiły, że Aldona wyskoczyła ze swego schronienia jak pocisk wyrzucony z katapulty. Kątem oka dostrzegła płonący mendel, ten, w który strzelił piorun. Gdyby trafił o dwa dalej…
Nie mogła sobie przypomnieć jak pokonała drogę do domu. Dziura w pamięci. Ze strachu. Na pewno mogła iść z wiatrem w zawody zakończone nie swoją porażką. Opamiętała się dopiero przed drzwiami, wciąż przestraszona, przemoczona do suchej nitki, niezdolna do myślenia. Nie nacisnęła klamki lecz waliła pięściami w drzwi i padła na kolana zanim się otworzyły.
– Rany boskie, co ci się stało?
Schylił się, pomógł wstać i wejść do środka. Przywarła do niego całym ciałem mocząc mu ubranie, objęła za szyję i rozpłakała się.
– Mamusiu, co ci się stało? – cisnęły się do matki wystraszone bliźniaczki, które wraz z Moniką zdążyły do domu przed deszczem.
– Nic, zupełnie nic mi się na szczęście nie stało – uspokajała dzieci wycierając oczy. – Po prostu przeżyłam koszmar i puściły mi nerwy. Byłam nieprzytomna ze strachu i zmęczenia. Już mi przeszło. Posłuchajcie…
– Poczekaj, nie mów nic – zaprotestował Sergiusz. – Najpierw się przebierz w suche ubranie i weź gorący prysznic.
– Wcale mi nie jest zimno.
– Zaraz będzie. Już zaczynasz się trząść jak galareta i szczękać zębami – oświadczył stanowczo.
Posłuchała bez dalszego sprzeciwu. Weszła do łazienki, Linka przyniosła jej suche ubranie, Inka suszarkę do włosów. Niedługo potem siedziała na taborecie w kuchni, przed nią stała szklanka gorącej herbaty z rumem. Inka suszyła mamie włosy, ona zaś opowiadała co jej się przytrafiło.
– Pamiętajcie: nigdy w życiu, za żadne skarby świata nie chowajcie się przed burzą pod drzewa, kopy siana czy słomy. O mały włos nie przypłaciłam życiem własnej głupoty – zakończyła opowiadanie.
Sergiusz siedział bez ruchu wpatrzony w Aldonę. Uświadomił sobie jak mało brakowało, żeby jej więcej nie zobaczył. Nie siedziałaby między nimi z wijącymi się, wilgotnymi włosami, nie patrzyłaby na niego z miłością w oczach i nie wyciągała miękkim ruchem ręki w jego stronę.
– Sergiuszu – mówiła, – dlaczego masz taką przerażoną minę? Przecież wszystko się dobrze skończyło. Widocznie mam jeszcze dużo do zrobienia na tym świecie.
Wziął jej rękę w obie dłonie i, nie zwracając uwagi na obecność dzieci, powiedział głośno.
– Doniczko, bardzo cię kocham – i powtórzył jeszcze raz. – Tak, bardzo, bardzo cię kocham.
– Ja też – dodała Biedroneczka tuląc się z drugiej strony.
– A myślisz, że my nie? – zgodnym chórem odezwały się bliźniaczki.
Znowu pada, pada i pada, i tego padania mam serdecznie dość. Urwałam drut w parasolce. Buuu:( Akurat ta jest najwygodniejsza w użyciu, bo ma stabilną drewnianą rączkę, na której mogę się oprzeć po złożeniu, jak na lasce, a teraz fragment materiału z drutem smętnie zwisa i dynda – jak nie powiem co. W domu zimno, złamałam postanowienie włączając ogrzewanie w łazience i dziś już zupełnie dobrze się wstawało. Zimno nawet psom dokuczyło, bo nocą oba opuściły zimny pokój i przyszły pod sypialnię budząc nas, ponieważ nie mogły się zdecydować gdzie który ma się ułożyć do snu. Mąż wstał i wypuścił Skitsa do ogródka, całe szczęście, bo obyło się bez sprzątania. Ja też wstałam i przygotowałam drugie legowisko. Tak więc nocka była zarwana dla wszystkich, babcia D. tylko się nie obudziła. Rano w deszczu – znowu – szybki bieg na krótkim dystansie. Teraz i Szilka i Skituś odsypiają zaległości przykryte kocykami, na wersalce i na fotelu, spokojne, bo mają nas w zasięgu wzroku, czują naszą obecność przez sen i wiedzą, że są kochane. Wyglądają cudownie 🙂
A kiedy przysnęłam, miałam sen – duży koń miał założoną Męża kurtkę na zad i przez rękaw robił kupę do sedesu. Wyobrażacie sobie coś takiego?! Czy to oznacza kupę pieniędzy? Czy wprost przeciwnie? Interesowałaby mnie ta pierwsza ewentualność :):):)
21.09.2017
babciabezmohera U nas ogrzewanie już od jakiegoś czasu działa. Chłód w mieszkaniu, w dodatku przy takiej wilgoci, jest nie do zaakceptowania.Zdecydowanie wolę na czym innym przyoszczędzić.
A sny? Ja też miewam takie, że sama się dziwię, skąd się to bierze?;))
Gość: [irsila]*.dynamic.chello.pl U mnie od wczoraj ciepłe są kaloryfery, (mury od aury zimne,
powietrze zawilgocone), to od razu lepiej się poczułam.
Wczoraj naprawiałam też parasole, nitki mocujące,
urwane, doszywałam.
Jednak drut złamany to nie jest prosta robota,
W kilku tak mam i dumam jak to naprawić, czy może te parasole wyrzucić.
Trochę ślusarstwa tu potrzeba, szydło, młotek, drut łączący od spinacza jak klamra.
Kiedyś spróbuję, może się da.
kolewoczy Sen ekstra! 😀 Nie wiem,c o znaczy, jak się okaże, to napisz 😉 U mnie w pracy grzeją a w mieszkaniu nie. mam gdzieś oszczędności, włączam piecyk w sypialni, bo zasnąć z zimna nie mogę.
annazadroza babciabezmohera:) Chłód w połączeniu z wilgocią jest okropny. Masz rację, że na ogrzewaniu nie ma co oszczędzać, bo potem więcej trzeba będzie wydać na lekarstwa.
annazadroza kolewoczy:) Sama jestem ciekawa co oznacza:) Moja mama mówiła, że jak koń się przyśni to przyjdą goście. Goście – ok, ale dalsza część co znaczy? Jak się coś wyjaśni to od razu powiem:):):)
annazadroza irsila:) Zdolności manualnych specjalnych nie posiadam, więc za specjalistyczne naprawy się nie biorę, choć żałuję. Pozszywać – tak, to robię, kiedy się oberwie. Drut na razie ręcznie przesuwam po rozłożeniu parasolki, ale widzę, że już materiał przedziurawiłam. Myślę, że rączka wyląduje w końcu w ogródku jako dekoracyjna podpórka, też korzyść i oko ucieszy:)
fusilla Moja druga połówka już wrócila do domu, to siłą rzeczy trzeba było właczyć ogrzewanie!
A sen super. Nieważne, że nie wiadomo co oznacza. Ja od razu załozyłabym, że pieniądze! :-)))))
annazadroza fusilla:) Tak się cieszę, że masz już w domu swoją drugą połówkę:) Na samą myśl robi się cieplej:)
Co do snu, obyś miała rację, żeby się spełniło:)
Nareszcie jest ta żółto – złota kula na niebie i troszkę nawet grzeje.
Też nie lubię zmian, tak już jest, gdy człowiek do czegoś, lub jakiegoś widoku się przyzwyczai. Możesz teraz zaśpiewać sobie: mały zielony domek (chociaż w oryginale był biały) w nocy mi się śni…..
Też zużyłam wszystkie szmatki do sprzątania dlatego nie mam. Ale znajdę, zrobię „dzieło sztuki”, już się zaprogramowałam:)