Żeby było cieplej

Przyjaciółka M. zadzwoniła, że wyszła jej pyszna pasta paprykowa, chyba też spróbuję zrobić. Miałam w planie odgruzowanie garażu, bo puste słoiki wpychałam bez ładu i składu gdzie popadło i czas najwyższy je uporządkować, żeby nowe przetwory ładnie wyglądały w oczekiwaniu na zużycie:) Mam mnóstwo malutkich słoiczków po przecierze pomidorowym, miałam się ich pozbyć, lecz M. zgłosiła na nie zapotrzebowanie czym mnie ucieszyła, bo nie lubię niczego wyrzucać. Ot, taki chomik jestem. Gromadzę, bo może się przyda. Potem mnie w którymś momencie „nerw bierze” -jak mawia jedna z koleżanek – i wyrzucam jak leci. Ale muszę wyrzucić całkiem i natychmiast, bo inaczej zacznę się zastanawiać… może się przyda…
Słoiczki przygotowałam, ale zbyt mokro i zimno jest na zrobienie czegoś więcej poza ścianami mieszkania. Wzięłam się więc za uporządkowanie zapisów blogowych. Ale nie w Lapciu, o nie, w zeszycie:) Ponieważ wszelkim elektronicznym sprzętom do końca nie wierzę, zrobiły mi niejednego już psikusa, od samego początku mam zeszyt, w który teksty opublikowane na blogu wpisuję po kolei, z datą i dzięki temu wiem na jakim świecie żyję. Jeśli chcę coś sprawdzić, biorę zeszyt do ręki i nie muszę włączać komputera. Jakby mnie gdzieś poniosło to zabiorę maje mądrości ze sobą i już:) Od jakiegoś czasu byłam zbyt zajęta (albo chwilami leniwa) i zaległości w spisywaniu trochę mi się narobiło, dzisiaj – bo zimno i mokro- wyprowadziłam je i jestem na bieżąco. Już nie muszę się bać, że coś zrobi PYK i wszystko zniknie.
A teraz – to bym tylko chciała, żeby było cieplej.

20.09.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Oj przydało by się ciepło, a tu leje. Na działce grzasko. Polecam herbatę z imbirem, zalanym wcześniej sokiem z cytryny i zasypanym cukrem. Rozgrzewa…
  • kolewoczy Tak dosłownie przepisujesz swoje wpisy? A może inaczej gromadzić archiwum: zapisywać w swoich dokumentach w Wordzie i później n a płytce nagrać. Ja czasem robię odwrotnie, notuję w zeszycie, w kalendarzu, a potem z tego robię notkę na blog.
  • annazadroza kolewoczy:) Powieści, opowiadania są oczywiście ukończone zanim trafią na blog. Są więc, że tak powiem,zabezpieczone. W zeszycie”uwieczniam”bieżące, aktualne wpisy, te z kategorii „Myślę sobie”. Ja jestem starej daty – jak się Babcia śmiała z Dziadka. Jak na papierze – to jest, jak gdzieś fruwa między chmurkami – to nie ma. Wygrywa namacalna materia z niematerialną – nie wiem – energią, falą? W każdym razie tym czymś o różnej częstotliwości 🙂
  • annazadroza L.C.:) Oj rozgrzewa, rozgrzewa:) Ale i herbatka po góralsku na taki ziąb pomaga:)
  • irsila Ciepłych kaloryferów nic nie zastąpi.
  • ciotkaeliza W sprawie gromadzenia różności- bo się przyda, to Cię rozumiem doskonale bo ja w tym jestem mistrzem świata, a do małych słoiczków wkładałam teraz keczup z cukinii, i bardzo wygodny.
  • annazadroza irsila:) Nie zastąpi w żadnym razie, może wspomóc tylko:) Najgorsza jest wilgoć w powietrzu, bo ona przenika po prostu do szpiku kości – jak to się mówi.
  • annazadroza ciotkaeliza:) Chomikowanie bierze się – u mnie – z przykładu jaki w dzieciństwie miałam u Dziadków. Oszczędności się od nich przez obserwację uczyłam i mi tak zostało. Cecha przydatna, bo w naszych krajowych zawirowaniach ciągle czegoś brakowało, a jak to „coś” można było znaleźć u siebie – było fajnie. Poza tym dzieciom do szkoły się przydawały różne przedmioty, np na plastykę czy tzw. zajęcia praktyczne. Uszyć albo wydziergać coś nowego dawało się z resztek itp, itd. Ale czasem ze zbieraniem przesadzam i zmuszam się do radykalnego cięcia:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 30

Uszczęśliwiona Monika obwieściła bliźniaczkom, że Tina chodzi. Nie posiadając się z radości usiadły na podłodze obok suczki opowiadając jej jak to będzie cudownie kiedy całkiem wyzdrowieje i zacznie się z nimi bawić, biegać po całym ogrodzie i lesie. Głaskały ją, drapały delikatnie za uszkami i Tina przestała się bać. Pieszczoty drobnych dziecięcych rączek sprawiały jej widoczną przyjemność.

– Mamusiu – zaczęła Linka, – czy my musimy spać w takich dużych pokojach co mają drzwi z dwóch stron?

– No właśnie, nie wiadomo z której strony bardziej się bać – poważnie dodała Inka.

– Przy was nie można się nudzić – śmiała się Aldona.

– A jakby były jedne, to byśmy się wcale nie bały – wypowiedziała swoje zdanie Monika.

– Chyba coś knujecie. Lepiej od razu powiedzcie co, żeby potem znowu któraś nie musiała wyć.

– A gdyby się okazało, że tu jest taki jeden mały pokoik, czy mogłybyśmy w nim zamieszkać? – przymilnie zaglądała Linka matce w oczy.

– Myślę, że dokładnie wiecie gdzie jest ten pokoik i jak wygląda. Nie mylę się, prawda?

– Właściwie to wiemy, ale przypadkiem, niezupełnie dokładnie, a klucze są tam i nikt ich nie brał na zawsze, tylko na chwilę, żeby zobaczyć i oddać… – plotły wszystkie trzy jednocześnie.

Wreszcie Inka rzuciła się matce na szyję z jednej strony, Linka z drugiej a Monika ciągnęła za spódnicę.

– Mamusiu, ty się zgodzisz, prawda? My musimy tam mieszkać, tam jest super – piszczały Stokrotki.

– I nikt nie będzie skakał do okna, żeby nas przestraszać – tłumaczyła Biedroneczka.

– A wy raptem zrobiłyście się strachliwe, myślałby kto! – wystękała Aldona „prawie uduszona na śmierć” przez córki. – Puśćcie mnie małpiszony, bo mi już tchu brakuje.

– Jak się zgodzisz – palnęła Inka.

– To jest szantaż, a więc nic z tego.

– Nie, nie, mamusiu, ja tylko żartowałam! Już cię nie duszę, widzisz?

– Nic nie widzę. Może czuję.

– Co wy wyprawiacie? – w drzwiach stanął Sergiusz przyglądając się scenie z zainteresowaniem.

– Ładny z ciebie kumpel, nie ma co – ponuro powiedziała doprowadzając do porządku poskręcaną spódnicę i rozczochrane włosy. – Patrzysz jak trzy poczwary znęcają się nade mną i śmiejesz się zamiast mi przyjść z odsieczą? Czekaj, z pewnością zdarzy się odwrotna sytuacja, wtedy ja się będę śmiała.

– Przecież świetnie sama sobie dajesz radę – bronił się.

Monisia chwyciła ojca za rękę i pociągnęła w stronę schodów na strych.

– Chodź tatusiu, zobaczyć ten pokoik, proszę cię, chodź.

– Jaki pokoik?

– Nie udawaj, że nie wiesz. Widziałam, że wszystko słyszałeś. Chodź.

– Jeżeli wszyscy pójdziemy, Tina będzie płakała – droczył się z córką.

– Wcale nie! Zobacz, ma towarzystwo.

Faktycznie miała towarzystwo. Mimi leżała zwinięta w kłębek, przytulona do boku suczki, a Bibi zawzięcie wylizywała jej mordkę. Na Bibi przyzwyczajonej do Maksa i Zbója mała Tina nie robiła żadnego wrażenia. Widocznie przekazała siostrze swoją wiedzę, bo Mimi nie miała żadnych oporów w stosunku do szczenisi.

– Gdyby ludzie żyli jak pies z kotem, byłby raj na ziemi – zauważyła Aldona patrząc na tę czworonożną trójkę urzędującą na wspólnym posłaniu w najlepszej komitywie.

– Wszystko zależy od ludzi, jaki właściciel taki pies.

– Nieprawda Sergiuszu, pies często dużo lepszy, nawet bandziora potrafi kochać choć w nim ani za grosz dobrych uczuć nie ma.

– Przestańcie gadać i chodźcie wreszcie – zniecierpliwiły się Stokrotki. – Mamusiu, no chodź  już. A ty, wujku, co, nie słyszysz? Rusz się!

– Wydaje mi się, że zostaliśmy pokonani i wzięci w jasyr – Sergiusz pozwolił córeczce ciągnąć się w stronę schodów.

Linka pierwsza znalazła się na górze przy drzwiach upragnionego pokoiku. Wiedząc już, którym kluczem należy je otworzyć, była w środku gdy reszta towarzystwa do niej dołączyła.

– Już pamiętam – klasnęła w ręce Aldona. – Teresa mówiła, że to ulubiony pokój chłopaków. Jurand ma w planie postawienie piętrowego łóżka z wysuwanym trzecim, jakoś tak, żeby się wszyscy trzej zmieścili. Na razie jeszcze się mieszczą na tym wielkim tapczanie i na polówce, ale za chwilę przestaną. Gdzieś tu jest plan, rysunek, chyba na półeczce, tam nad tapczanem. Zobacz córeczko, jest?

– Mamusiu, więc jak będzie? Możemy tu mieszkać – dopytywała się Inka.

– Będziemy same sprzątały, ty nie będziesz musiała nic robić. Inka nawet kurze wytrze… – Linka rzuciła groźne spojrzenie siostrze skrzywionej w grymasie niechęci.

– Wszystko dobrze, ale jak we trójkę zmieścicie się na jednym tapczanie? Takie spanie to żaden wypoczynek.

– Ale jaka zabawa… – mruknęła cicho Monika.

– Weźmiemy składane łóżko – Linka miała gotową odpowiedź na wszystkie uwagi.

– Która będzie na nim spała?

– Ja, oczywiście, że ja, bo jestem najstarsza.

– Aha, a czy pozostałe zainteresowane się na to zgadzają?

– Jasne, że się zgadzamy. Zresztą, możemy robić losowanie, która będzie kiedy spała na polówce. Albo ustalić, że codziennie inna…

– Dogadamy się, nie ma strachu – dziewczynki przystałyby na wszystkie propozycje, aby tylko dopiąć swego.

– Jesteście pewne, że nie będziecie się kłócić, dokuczać sobie, utrzymacie porządek w pokoju i pomożecie mi zrobić piętrowe łóżko dla chłopaków w prezencie? – spytał Sergiusz obejrzawszy uprzednio dokładny plan owego łoża i wiedząc gdzie jest na niego zgromadzony materiał.

– Hura,hura! – skakała Monisia z radości po pokoju. – Tatuś się zgadza! Jesteś kochany!

– Jeszcze nie powiedziałem, że się zgadzam – zaprotestował.

– Ale się zgodzisz, ale się zgodzisz – śpiewała Biedroneczka kończąc piruet efektownym skokiem w objęcia ojca.

– Skąd ty to wiesz?

– Córki wiedzą takie rzeczy – odparła poważnie przytulając buzię do jego policzka.

Bliźniaczki stwierdziły, że wymogą zgodę choćby za cenę morderstwa. Trajkotały więc obie naraz, jedna do jednego ucha, druga do drugiego, szarpały za ręce, za koszulkę, za włosy, oczywiście wszystko niechcący, w ferworze uczuć.

Aldona zaśmiewała się obserwując „poskromienie Sergiusza”.

– Dobrze ci tak, niedawno sytuacja była odwrotna.

Końcowy rezultat całej tej awantury był łatwy do przewidzenia: dziewczynki objęły w posiadanie Ukryty Pokój – taką nazwę otrzymała nowa siedziba. Do późnej nocy trwały przenosiny, ścielenie łóżek, piski i śpiewy. Całe szczęście, iż nie przeszkadzały żadnemu sąsiadowi z oczywistego powodu braku kogoś takiego w pobliżu. Wreszcie zapadła cisza i  dziewczynki pogrążyły się w głębokim śnie, śniąc o Tinie, o czekających je przygodach i o różnych rzeczach, o których nie pamiętały po przebudzeniu.

Ciszę przerywało stukanie gałązek bzu do kuchennego okna, pochrapywanie i popiskiwanie Tiny, której najwyraźniej coś się przyśniło, bo przebierała łapkami jak Maks goniący we śnie zające. Potrąciła nawet Mimi. Obudzona kotka przeciągnęła się najpierw „wzwyż” – to znaczy stanęła na paluszkach, wygięła grzbiet do góry robiąc się o połowę wyższa. Potem rozciągnęła się „w dal” i stała się bardzo, bardzo długa. Następnie polizała łapkę, umyła pyszczek i podeszła do Aldony. Ocierając się o jej nogi, mrucząc i pomiaukując cichutko spoglądała wymownie w stronę drzwi.

– Chcesz wyjść, ty maleńkie mruczydełko, tak?

Przykucnęła głaszcząc  mięciutką, mruczącą kulkę. Wtedy obudziła się Bibi. Rozciągnęła się  i wyprężyła dokładnie tak samo jak siostra tylko w odwrotnej kolejności i wcisnęła się pod drugą rękę domagając się pieszczot, wreszcie władowała się Aldonie na kolana.

– Nie drap mnie małpiszonku, złaź – postawiła kotkę na podłodze.

Sergiusz przyglądał się śpiącej Tinie.

– Będzie piękną suczką – zawyrokował. – Spójrz Doniczko, jest cała czarna, nie ma ani jednej jaśniejszej plamki a uszy już stoją jak druty chociaż jeszcze jest mała.

– Maksowi też stoją. Kiedy leży albo idzie pod wiatr – odpowiedziała wesoło.

– Sama zobaczysz, wszyscy będą się nią zachwycać.

– Ty snobie – żartobliwie  pogroziła mu palcem, – a gdyby się nie zachwycali to co? Dla mnie będzie zawsze najpiękniejsza na świecie nawet gdyby się nikomu nie podobała. A jakbyś ty się nikomu nie podobał to co, z domu trzeba byłoby cię wyrzucić albo uśpić?

Tina, jakby czując, że o niej mowa, podniosła głowę, powiodła wokół nieprzytomnym spojrzeniem, ziewnęła szeroko otwierając pyszczek i łapką zaczęła przecierać oko.

– Jak dziecko – zauważył Sergiusz.

– Bo to jest dziecko.

Tina zamiotła ogonkiem podłogę.

– Już mnie lubi – ucieszył się szczerze.

– Nie ciebie tylko mnie a ciebie jedynie dlatego, że masz zaszczyt przebywać w moim towarzystwie – sprostowała.

Wyszła do sieni i otworzyła drzwi do ogrodu.

– Chodźcie zwierzaki. Tina, Tina, chodź na spacer, chodź maleństwo, chodź moja śliczna, maleńka sunieczko. Róbcie co trzeba, bo ja chcę spać, jestem nieprzytomna.

Wszystkie trzy zwierzaki skorzystały z zaproszenia. Bibi wyszła pomału i dostojnie, za nią równie pomału Tina niepewnie spoglądająca w ciemność nocy. Na końcu w podskokach wypadła z drzwi Mimi. Zatańczyła na dwóch łapkach przed samym nosem Tiny i zniknęła w trawie.

Szczenisia nie wychodziła poza granicę światła padającego z domu przez otwarte drzwi. Zerkała na panią i zapraszała ją do pójścia ze sobą. Najwyraźniej znów się bała, że zostanie sama. Cóż było robić? Chcąc nie chcąc musiała Aldona opuścić ciepłą sień i wyjść za sunią do ogrodu.

Sierpniowa noc była chłodna. Na ciemnogranatowym, krystalicznie czystym niebie ani jedna chmurka nie przesłaniała roju gwiazd. Aldona szła wolno z głową wzniesioną ku górze. Czuła się malutką, nic nie znaczącą drobinką, kruszyną błądzącą bez sensu, zagubioną na wieki we wszechświecie. Zawsze na widok takiego właśnie ciemnego, bezkresnego, nieprzeniknionego nieboskłonu ogarniało ją przerażenie i długo nie mogła odzyskać spokoju. Miała ochotę usiąść i rozpłakać się, bo „to jest tak piękne, że aż boli”. Uczucie takie często ogarniało ją u babci, gdy wychodziła do ogródka napawać się urokiem wieczoru. W pewnym momencie zaczynała się bać i uciekała do domu, do świata ludzi, by nie myśleć o przestrzeni tajemniczej, groźnej, niezbadanej i niepojętej dla zwykłego człowieka. Z tych samych powodów nie lubiła literatury science fiction, bo ona również sprowadzała uczucie strachu, który wypełniał ją całą i dręczył nie tylko nocami. Teraz też wypełzał ku niej ze wszystkich stron. Zimny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Na tle migocących ale zatrzymanych w miejscu tajemniczą siłą gwiazd i planet, wzrok wychwycił jedną inną, poruszającą się w dół. Spadająca gwiazda! Lotem błyskawicy przeleciało przez myśl życzenie: nie bać się, nie dać się opanować strachowi, już nigdy więcej.

Sergiusz wyjrzał przez drzwi sprawdzając gdzie się podziało towarzystwo całe. Zobaczył koty baraszkujące w trawie, Tinę wąchającą coś na ziemi i Aldonę zapatrzoną  gdzieś daleko w przestrzeń, osrebrzoną blaskiem księżyca, który pieścił jej rozpuszczone włosy pewien bezkarności, bo pogrążona w myślach niczego nie czuła. Miękka trawa zagłuszyła odgłos kroków, toteż Aldona krzyknęła poczuwszy niespodziewany dotyk męskiej dłoni.

– Cicho, nie bój się, to tylko ja – uspokajał szeptem.

Objął ja w talii i przyciągnął do siebie. Oparła się plecami o jego tors. Niczego się już nie bała, strach zniknął. Czuła ciepło ciała kochanego mężczyzny, drżenie mięśni pod cienką, bawełnianą koszulką. Położyła dłonie na jego rękach, głowę przechyliła lekko do tyłu i oparła na ramieniu. Mogłaby tak skamienieć, zostać na całą wieczność byle nie odchodził, byle zawsze czuła go blisko siebie.  Sergiusz oparł brodę na czubku jej głowy. Tulił do siebie tę kobietę, która stała się dla niego ucieczką od wszelkiego zła, ukojeniem, schronieniem. Tak długo o niej marzył i teraz, kiedy wreszcie miał ją w ramionach, kiedy byli naprawdę sami, bał się poruszyć, żeby nie urazić jej i nie spłoszyć.

– Wiesz kochanie, mógłbym teraz zacytować: „trwaj chwilo, jesteś piękna” – powiedział cicho.

– I ja mogłabym tak trwać całą wieczność – szepnęła.

Wtulił twarz w jej włosy. Całował coraz mocniej, coraz niecierpliwiej. Poddawała się pieszczocie trzymając z całych sił jego rękę jakby bała się, że uleci z podmuchem wiatru i nigdy już do niego nie trafi, nie odnajdzie w żadnej krainie…

Przywołali Tinę i poszli w kierunku domu nie troszcząc się o kotki, które i tak same wejdą przez uchylone okno, kiedy będą miały chęć. Poszli wtuleni i zapatrzeni w siebie jak kiedyś Jurand i Teresa, jak pewnie jeszcze inne pary dawno, dawno temu. A stary dom, który niejedno w swym długim życiu widział, z radością patrzył na nich i błogosławił ich miłości. Jakby wiedział, że to błogosławieństwo przyniesie im w końcu szczęście bez względu na przeszkody czyhające na drodze. Ukrył pod swoim dachem dwa bijące dla siebie serca, dwie kochające się dusze, dwa ciała stworzone po to, by stać się jednym i powołać na świat owoc tej miłości.

19.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Ileż zdrowia trzeba mieć, żeby się leczyć

Wczoraj miałam zaplanowaną wizytę u pulmonologa. Zadzwoniła pani z recepcji z informacją, że pan doktor musi wcześniej wyjść, więc czy mogłabym pofatygować się wcześniej. Mogłam, więc się pofatygowałam. Okazało się, że kilka osób zostało również zaproszonych na wcześniejszą godzinę, zdublowanych wizyt było więc sporo i tłok się zrobił pod gabinetem. Przed wizytą należy zrobić spirometrię, żeby pan doktor mógł ocenić stan pacjenta na podstawie porównania z poprzednim wynikiem. Za każdym razem jest inaczej – najpierw do pracowni potrzebna była karteczka od lekarza zlecającego wykonanie badania, pacjent dwa razy musiał więc do doktora wchodzić raz po karteczkę, drugi raz z wynikiem. Wywoływało to po drzwiami stan lekkiego poddenerwowania, ponieważ zawsze się znajdzie delikwent nie zamierzający wpuścić przed siebie nikogo, nawet wracającego już z wynikiem spirometrii. Potem przez jakiś czas karteczki nie były potrzebne i wówczas sprawnie się rzecz cała się odbywała, nie było kłótni przed drzwiami. Teraz okazało się, że
karteczki znów wróciły do łask lecz pojawiła się upraszczająca ewentualność, mianowicie oprócz karteczki uwzględniano wydruk komputerowy wydawany przy zapisie na wizytę, z datą i godziną tejże. Załatwiłam szybko, bo wydruk miałam, nawet nie dałam się przesunąć na koniec kolejki. Poszłam się zapisać na
grudzień, bo pan doktor tak kazał. I gucio. Recepcja poradni pulmonologicznej czynna do 15-ej. Wizyta się odbyła już po, więc zapisanie okazało się niemożliwe. Niby telefonicznie można, ale czy ja przez telefon pokażę podpis i pieczątkę lekarza, na podstawie której wizyta ma być w grudniu a nie za pół roku albo
jeszcze dalej? Jako kolejną ciekawostkę wymienię fakt, iż gabinet pulmonologa jest na piętrze a recepcja poradni na parterze, zaś gabinety nefrologiczne na parterze ale zapisywać się trzeba na piętrze. Ja sobie (jeszcze) radzę, ale widać wiele bardzo starszych osób ze strachem na twarzy i przerażeniem w oczach
krążących (często mają problem z chodzeniem) po korytarzach w poszukiwaniu docelowego miejsca. Wróciłam do domu taka zmęczona, jakby mnie coś napadło i wyssało całą siłę.
Matko jedyna, ile to zdrowia trzeba mieć, żeby się leczyć.

19.09.2017

  • fusilla Trzeba być silnym jak młody bóg aby dac radę naszej służbie zdrowia. Mnie włos się jeży na głowie gdy usłyszałam, że okrojono środki na kardiologie i pulmonologii, czym akurat jestem żywotnie zainteresowana.
  • annazadroza fusilla:) Mam nieodparte wrażenie, że dla rządzących najlepiej byłoby, gdyby wszyscy emeryci przenieśli się w zaświaty zabierając ze sobą ludzi o odmiennych poglądach. Jaka oszczędność i ile można by sobie przyznawać premii różnorakich. A do tego mieć święty spokój. Ci na wierchuszce służby zdrowia też do rządzącej grupy należą, stąd włos się musi jeżyć normalnym ludziom. Z kardiologią prawie każdy człowiek ma styczność, taka cywilizacyjna konieczność :(. Z pulmonologią ja osobiście też mam bliskie związki:( A tu, niestety, ani młoda, ani bogini…
  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Z pulmonologiem też mam do czynienia więc wiem jakie są problemy żeby się dostać do lekarzy specjalistów,ale również do lekarza I=go kontaktu nie jest łatwo się dostać.przynajmniej w mojej przychodni.Ale po to jest konkurencja ,żeby można było wybierać i jeśli chodzi o lekarza ogólnego, chyba się przepiszę do przychodni w moim pobliżu,gdzie bez problemu telefonicznie można nie tylko umówić wizytę ale też zamówić receptę i odebrać w tym samym dniu / moja mama jest tam zapisana/.
  • kolewoczy Przy tym stanie rzeczy wcale nie dziwi powrót znachorów 😉
  • annazadroza Rick:) Też się zastanawiam nad zmianą. Nie lekarza tylko przychodni, bo lekarka jest świetna, oko mi uratowała więc do końca życia wdzięczna jej będę. Ale dostać się – to problem, do „1-go kontaktu” trzeba się miesiąc wcześniej zapisać, a jak nagle coś wypadnie – zapomnij. Dlatego myślę o innej przychodni. Ale tylko myślę na razie. Czym się myślenie skończy – nie wiem.
  • annazadroza kolewoczy:) Taką babkę jak w „Ranczu” to bym chciała znać:)
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Jak czytam to widzę, że moi pacjenci mają za dobrze. No ale ja pracuję u siebie i na parterze.
  • annazadroza L.C.:) U siebie wiadomo, że inaczej, nie trzeba się bzdurnym zaleceniom podporządkować, przynajmniej nie wszystkim. Mają szczęście Twoi pacjenci, że Cię mają pod ręką:)
  • annazadroza L.C.:) U siebie wiadomo, że inaczej, nie trzeba się bzdurnym zaleceniom podporządkować, przynajmniej nie wszystkim. Mają szczęście Twoi pacjenci, że Cię mają pod ręką:)
  • annazadroza Choroba, no i znowu cierpliwości mi brakło, żeby czekać aż komentarz wskoczy, kliknęłam drugi raz i są dwa . Dalej nie wiem jak się jednego pozbyć:(
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Rano było ładnie

Wczoraj rano było bardzo ładnie więc Męża z psami wyciągnęłam na daleki spacer. Bardzo lubię taką perłowoszarą aurę, lekko zamglony krajobraz, barwy jesienne (już!) mocno wybijające się na jego tle. Powietrze rześkie, ale nie zimne, dużo żółtych liści na drzewach (jeden gatunek, nie znam nazwy) jeszcze
kwitnące kwiaty, pięknie – ogólnie jednak jakby nie wrzesień ale październik już nadszedł. Niestety, tylko rano tak było. Jak się potem rozpadało, to skończyło dopiero dzisiaj. I po południu, i wieczorem pieski mogły biegiem tylko na siusiu i do domu, a i tak wycierać trzeba było kilkoma ręcznikami. Próbowałam użyć suszarki, ale tylko Skituś przez chwilę wytrzymał bardzo zdegustowany. Szilka od razu dała dyla i za nic nie dała się przekonać, że to tylko dla jej dobra i nic groźnego. Trzeba było wycierać dalej.
Tak mnie naszły wspomnienia robótkowo-włóczkowe, że odszukałam druty i szydełka w rozmiarach różorakich ciesząc się niezmiernie, że ich się nie pozbyłam. Pomyślałam, że chętnie zrobiłabym szmaciany dywanik do przedpokoju pod drzwi, bo mokro już i zaraz błoto oraz mokry piasek będzie się na butach wnosiło do środka. Mam takie plastikowe „podstawki” na słotną porę do podstawiania, żeby buty obciekały, ale dywanik byłby ładniejszy, kolorowy. Kiedyś kilka zrobiłam, babcia mnie nauczyła, pierwszy służył za legowisko dla mojego pierwszego osobistego psa i był jedną, jedyną rzeczą jaką Rolf w domu zniszczył. Widocznie nie był w jego guście 🙂 Poza tym Rolfuś niczego nie popsuł, nie zniszczył, nie ukradł, był idealnym psem. Raz tylko, na działce to było, rozbijałam kotlety na desce położonej na taborecie czyli na wysokości jego pyska. Po prostu połknął jednego. Na moje zdziwione: co ty zrobiłeś? Odpowiedział jeszcze bardziej zdziwionym spojrzeniem: nie wiem, leżało na mojej wysokości, myślałem, że moje…                                                           A wracając do dywanika. Szydełko jest, trzeba tylko znaleźć szmatki do pocięcia. I tu klops. Szmatek nie ma. Przed przeprowadzką porozdawałam zapasy włóczki sądząc, że nie będę więcej zajmować się robótkami. Szmatki zostały zużyte do sprzątania, ciuchy dobre jeszcze poszły w świat, jak zawsze, a reszta w rodzaju starych narzut, ręczników, bawełnianych koszulek pojechała do schroniska gdzie z pewnością wszystko się przydało choćby do sprzątania, czy podkładania zwierzakom w potrzebie. Likwidowaliśmy kiedyś
mieszkanie po śmierci starszej osoby, wszystko co tylko dało się podłożyć psom do legowiska zostały użyte, ponieważ koleżance akurat się oszczeniła przygarnięta suczka. A wzięła się stąd, że gdy rodzina zatrzymała się w lesie „na wybieg”, wskoczyła do samochodu i… została.
Znów wracam do robótki. Jeśli uzbieram odpowiednią ilość gałganków, zrobię dywanik. Co z tego, że w Biedronce jest masa najróżniejszych i nawet ładnych? Mój będzie niepowtarzalnym dziełem sztuki:):):) Na razie wyjęłam koszyczek, w którym zawsze robótki trzymałam podczas pracy, najgrubsze szydełko, pocięłam w paski dwie szmatki, które znalazłam do tego się nadające i tyle. Dywanik się gdzieś w wyobraźni przemieszcza niczym latający dywan 🙂

18.09.2017

  • kolewoczy No jak zrobisz ten superowy dywanik, wszystkie psy z okolicy zechcą na nim leżeć 😉
  • annazadroza kolewoczy:) Może zrobię listę społeczną kolejki do wylegiwania się na nim i opłaty drobne będę pobierać na schronisko:):):)
  • mmzd Jak wpłata na schronisko, to ja sama się chętnie położę :))
  • babciabezmohera Wrzuć zdjęcie,jak już będzie gotowe to cudeńko. Ja też pomyślałam, że szydełko jest, ale na pomyśleniu na razie się skończyło. ;(
  • annazadroza mmzd:) Znaczy, trzeba zrobić duży, żeby się dużo dobrych duszyczek zmieściło:) Tylko kiedy ja uzbieram szmatek tyle do pocięcia, chyba wici rozpuszczę po rodzinie i znajomych :):):)
  • annazadroza babciabezmohera:) Z wrzuceniem zdjęcia jeszcze gorzej niż ze szmatkami 🙁 Pokazywał mi Duży jak to się robi, ale jako antytalent techniczny nic nie pojęłam, muszę czekać aż będzie miał czas na dłuuugi instruktaż, żeby coś dotarło:) Ponieważ zbieranie gałganków zajmie mi pewnie tak samo dłuuugi czas, to może się jakoś zgra wszystko ze sobą. W każdym razie motywacja jest:):):)
  • fusilla Ponoć jest specjalna włóczka bardzo gruba na takie dywaniki stosowna.
    Też poproszę fotkę wyrobu! 🙂
  • babciabezmohera Trzymam kciuki, żeby się powiodło i z dywanikiem, i ze zdjęciami. Dla wzmocnienia motywacji dodam tylko,że też jestem antytalentem technicznym, ale jak się bardzo chce, to wiele da się pokonać. Zapisuj sobie krok po kroku kolejne czynności a potem… trening czyni mistrza! ;))
  • annazadroza fusilla:) Z gotowej włóczki zrobić to żadna atrakcja, po prost się robi i już:) Ale co wyjdzie ze szmatek, kto może przewidzieć? I czy w ogóle wyjdzie po wyjściu moim z wprawy, oto jest pytanie:):):)
  • annazadroza babciabezmohera:) Tak, tak, trening czyni mistrza a podróż na 2 000 mil zaczyna się od pierwszego kroku… Trzymaj te kciuki, trzymaj, może pomoże 🙂 Motywacja jest, zdolności brak, ale co tam, jak się Byk uprze, to … tylko Baran go w uporze prześcignie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

A miało być miło

Zimno, na szczęście dziś nie pada i z psami suchą nogą dało się wyjść. Jutro, w sobotę może będzie mniejszy ruch na drodze to i łatwiej powinno się móc przemieszczać bez lawirowania między samochodami. W pobliżu remontują dwa duże skrzyżowania, poszerzają drogę uprzednio ją zwężając w wyniku czego powstają korki i trudno przejść na drugą stronę ulicy. Trzeba uważać na Skitusia, bo to gapcio prawdziwy, taki ciapek co nie patrzy gdzie idzie. Ulica, chodnik, kałuża, dziura – jest mu obojętne, nie zauważa, tylko gdy wejdzie np w wodę – patrzy zdziwiony niebotycznie a wyglądem przypomina wtedy starą Indiankę. Pewnie przez te brązowe zwisające uszy i wielkie oczy niewiniątka:) Duży przywiózł im wieeelkie gryzaki, więc teraz oba psiaki leżą na wersalce i ogryzają. Cudny widok. Skituś od czasu do czasu nieruchomieje, patrzy w dal niewidzącym spojrzeniem, a i westchnąć mu się zdarzy. Ciekawe o czym myśli, może układa wiersze, poetą może jest w duszy?
O duszy zwierząt kiedyś nabyłam książkę Wydawnictwa „Czakra” wydaną w 1992 r. Tytuł to właśnie „Dusza zwierząt”, autor:Jean Prieur. Po lekturze może choć kilka osób spojrzałoby inaczej na naszych braci mniejszych. Tutaj zaś przytoczę tu słowa Mahatmy Gandhiego, które znalazłam w pozycji „Być z kotem” autorstwa Mardie Macdonald, Wydawn. Marba Crown, również z 1992.
„Zaiste, głęboko wierzę, że wszystkie istoty stworzone przez Boga mają takie samo prawo do życia jak my. I gdyby człowiek, zamiast określać zabijanie naszych (…) towarzyszy, mianem obowiązku, znalazł sposób, który pozwoliłby jemu na współżycie z nimi inaczej niż na drodze mordu, żylibyśmy w świecie dalece bardziej odpowiadającym naszej pozycji istot ludzkich obdarzonych rozumem i możnością wyboru między dobrem i złem, słusznością i błędem, przemocą a jej niestosowaniem, prawdą a kłamstwem”.
Kto się znęca nad zwierzęciem, będzie taki sam w stosunku do człowieka, trzeba się takich „ludzi” wystrzegać.

Właśnie słyszę w tv o księdzu mordującym zwierzęta, o duszonym rysiu, o skórach zwierząt pod ochroną, o bestialstwie i bezprawiu – ten kraj toczy gangrena, nie ma lekarstwa na tę zgniliznę. Taki koszmar przed weekendem. A miało być miło.

15.09.2017

  • fusilla Zastanawiam się, jak ten kapelan leśników rozgrzesza swój morderczy proceder! I czy mu to współgra z miłosierdziem wobec maluczkich ( braci mniejszych też ).
  • annazadroza fusilla:) Wiesz, słów mi brak i płakać z żalu i bezsilności chce mi się z powodu tego nieludzkiego okrucieństwa, bestialstwa o jakim się czyta, jakie się ogląda i samemu nieraz spotyka. Skąd się to w „ludziach” bierze? Niby przestaliśmy składać ofiary z ludzi i zwierząt, ale to nieprawda! Czym jest ubój rytualny, tak potworne przynoszący cierpienia? To nie ja wymyśliłam, ale się zgadzam, że być może część ofiar II wojny to zemsta Natury za te okrucieństwa związane ze znęcaniem się nad zwierzętami, wymyślone przez „ludzi”. Bóg taki okrutny nie jest, bo nie byłby Bogiem.
 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 29

Aldona zajęła się rozpakowaniem zakupów i przygotowaniem obiadu na następny dzień. Wykonywała kilka czynności jednocześnie jak zwykle kiedy przełamywała bierność i tryskała energią. Rozpaliła w piecu, wstawiła na kuchenną blachę ogromny garnek, taki sam jaki w Cięciwie chłopcy ochrzcili mianem „kotła do gotowania jeńców”. Włożyła do zupy większą ilość marchewki, selera i pietruszki, żeby potem zrobić sałatkę jarzynową. W dużym słoju ułożyła ogórki, koper, czosnek, chrzan i liście dębu a po chwili zagotowała się woda z solą do zalania. Gotowały się też jajka na twardo, smażyło mięso na jednej patelni a cebulka na drugiej. Otworzyła puszkę konserwowej kukurydzy i natychmiast bezszelestnie jak duch zjawiła się Bibi uwielbiająca groszek i kukurydzę, a ślad za nią Mimi węsząca skąd dochodzą smakowite zapachy. Pod stołem, na kocu który dostała w prezencie od Karoliny, leżała Tina wciąż osłabiona i niepewna swego losu. Rozpłaszczona na legowisku wodziła ślepkami za Aldoną. Ona zaś co chwilę podchodziła i czule głaskała czarny łebek. Ze smutkiem zauważyła, że za każdym razem kiedy zbliżała rękę, suczka kurczyła się, robiła mniejsza, chciała zniknąć z powierzchni ziemi.

– Nie bój się maleńka moja. Już nigdy w życiu nikt nie zrobi ci krzywdy – tłumaczyła łagodnym, spokojnym głosem.

Wyrzuciła obrażone tym dzieci z kuchni i zabroniła na razie wstępu, żeby Tina uspokoiła się, wypoczęła i nabrała sił. One zaś nie mogły się doczekać, kiedy sunia zacznie się z nimi bawić, biegać po ogrodzie i dokazywać.

Sergiusz zajął się przeglądaniem Jurandowych narzędzi. Niektóre czyścił, inne smarował czymś i układał według tylko sobie wiadomych kryteriów. Stokrotki wdrapały się na strych. Biedroneczka po cichutku, żeby ciocia nie słyszała, uchyliła drzwi do kuchni i przez chwilę wpatrywała się w śpiącą Tinę. Przekonawszy się, że maleństwo naprawdę zasnęło i na nic nie zwraca uwagi, poszła w ślady bliźniaczek.

Strych był prawdziwą kopalnią skarbów i krainą dziwów: ogromny, rozciągający się nad całym domem, z oknem wychodzącym na zieleń ogrodu, pełen zakamarków i różnych dziwnych przedmiotów spowitych pajęczyną. Po oczyszczeniu i umyciu z pewnością okazałyby się zupełnie zwyczajnymi przedmiotami lecz teraz kusiły tajemniczością i rozbudzały wyobraźnię.

W rogu stał wielki, stary kufer. Musiał być wypełniony po brzegi łupami rozbójników grasujących po okolicznych lasach, napadających na podróżnych zdążających do zamku bez licznej eskorty. Wprawdzie Biedroneczka twierdziła, że w środku – jej zdaniem – są skarby indiańskiego wodza, który musiał się wyrzec władzy nad swoim plemieniem i po kryjomu uciekać z Ameryki, bo pokochał piękną hrabiankę Tęczyńską i tutaj się ukrył przed zemstą czarownika, ale Stokrotki ją zakrzyczały, że skąd, że niemożliwe całkiem, jak wódz i hrabianka? Wtedy samolotów nie było, no to czym by się tu dostał i jeszcze skarby przytargał? A jakie skarby? Rogi bizona albo skalpy wrogów? Monika poczuła się chwilowo przekonana i uznała rację bliźniaczek.

Szczególną uwagę przyciągały drzwi, które dokądś prowadziły, ale nie udało się zbadać dokąd. Były zamknięte. Znalazły małe odkrywczynie cały pęk kluczy ale żaden, niestety, nie pasował. Szperały po wszystkich kątach, przekopały starą szafę – ani śladu klucza, który otworzyłby tajemnicze drzwi.

W ogromnej szafie odkryły różne części garderoby sprzed nie wiadomo ilu lat, kawałki firanek, zwoje materiałów, sznurki, tasiemki – rzeczy same prowokujące wyobraźnię do działania. Niewiele myśląc postanowiły odegrać historię miłości nieszczęsnej hrabianki Doroty. Dorotą mogła być – oczywiście –tylko i wyłącznie Inka, rycerzem – Linka. Monika dostała rolę pazia będącego posłańcem przekazującym wiadomości i liściki zakochanej pary. Główna bohaterka musiała mieć strój odpowiedni do swej pozycji. Zajęły się więc upinaniem materiału na kształt sukni z trenem przy pomocy spinaczy do bielizny i tasiemek. Rozpuszczone włosy ozdobił welon z firanki miękko otulający postać dziewczynki. Lince łatwiej było zmienić się w rycerza. Na spodnie i bawełnianą koszulkę włożyła obszerną kamizelkę mającą udawać kolczugę.

– Coś ty, rycerze chodzili w pończochach i mieli kapelusze, i pióra na nich, i jeszcze szpady – zaprotestowała Monika.

– To nie wtedy. Jak się będziesz uczyła historii to się dowiesz – burknęła Linka, ale zaraz przypomniało jej się przyrzeczenie złożone nad leżącą prawie bez życia Tiną i dodała: – jak wrócimy do domu to ci pokażę książkę z obrazkami i wszystko opowiem, dobrze?

– Super, jakaś ty dobra, jak siostra – ucieszyła się Biedroneczka.

W szafie był kapelusz, nieco zdezelowany można powiedzieć, ale cóż to szkodzi zabawie? Aby sprawić Monice przyjemność Linka ozdobiła go kawałkiem dociętej firanki mającej imitować pióra. Biedroneczka używając agrafki doczepiła jeszcze pęk kolorowych tasiemek i była zachwycona.

Tak więc i hrabianka i rycerz byli gotowi do akcji. Przyszła kolej na pazia. Poszły w ruch nożyczki i fryzurka Moniki trochę zmieniła kształt. Proste włosy zostały przycięte „na pazia”. Na główkę wskoczył beret, trochę za duży ale za to żółty. Spodnie od dresu opasane w pasie kawałkiem materiału udającym szarfę bardziej pasowały do Turka niż do pazia ale dziewczynki były dumne ze swego dzieła.

Wymyśliły, że Inka, jako hrabianka Dorota, będzie umierać z miłości, tęsknoty i rozpaczy zamurowana na zawsze na strychu, to znaczy w baszcie, z jednym maleńkim okienkiem wychodzącym na świat. A pod tym okienkiem – miał umierać rycerz też oczywiście z miłości, tęsknoty i rozpaczy.

Najpierw posprzeczały się bliźniaczki, ponieważ Inka chciała od razu być zamurowana, zaś Linka twierdziła, że najpierw paź musi pobiegać z listami i dopiero potem można zamurować basztę.

Potem zbuntowała się Monika, ponieważ bliźniaczki stały – jedna w oknie a druga w ogrodzie i stękały, jęczały, wzdychały, załamywały ręce i przewracały oczami zaś jej kazały biegać po stromych schodkach na strych i z powrotem aż się zasapała.

– Niech ją wreszcie zamurują, ja już nie mam siły – oświadczyła.

Przyniosła Bibi i Mimi pod drzwi strychu i  zrobiła groźną minę.

– Jesteście murarzami. Macie zamurować te drzwi, bo was wtrącę do lochu – powiedziała.

I oto stała się rzecz nieprzewidziana. Obie kotki uciekły za nic mając groźby skierowane w ich stronę a drzwi zatrzasnęły się same nie wiadomo w jaki sposób. Coś się z nimi stało i żadna siła nie była w stanie ich otworzyć. Tak się przynajmniej wydawało paziowi. Przybył na pomoc rycerz  i również nic nie wskórał. Zamknięta hrabianka błagała o wypuszczenie, bo robi się coraz mroczniej  a tu na pewno są myszy a może nawet szczury!

– No to co?  Nie zjedzą cię przecież – uspokajała siostrę Linka.

– Sama mówiłaś, że one od razu każdego zjadają do gołych kości – jęczała nieszczęśliwa hrabianka.

– To pod Buczyną przecież a nie tutaj. Zachowuj się, nie bądź babą.

– Przecież nie jestem chłopem, to się mogę bać. Wypuść mnie stąd!

Nie było innej rady jak udać się po pomoc. Z lekkim niepokojem zeszły na dół zastanawiając się jaka będzie reakcja dorosłych. Towarzyszyły im dźwięki przypominające wycie potępionej na wieki duszy.

– Cóż to takiego? – zdumiała się Aldona. – Słyszysz te dziwne odgłosy?

– Pewnie wiatr w kominie.

– Przecież nie ma wiatru. Chodź ze mną, za nic nie pójdę tam sama.

– Oj ty, bohaterko. Już idę, idę.

– Aaa! O matko, co to? – krzyknęła przestraszona na widok dwóch dziwacznych postaci wynurzających się z mrocznej sieni.

– To tylko my – cichutkimi głosikami wyszeptały zjawy.

Sergiusz parsknął śmiechem..

– No i masz swoje duchy. Trzeci pewnie gdzieś ukryty wyje i straszy.

– Gdzie Inka? – pytała Aldona zaniepokojona niewyraźnymi minami „duchów”.

– No właśnie wyje na strychu… – zaczęła Linka.

– Bo była Dorotą i kotki ją miały zamurować – dodała Monika.

– Ale uciekły, a jak się zatrzasnęły to się ich nie da otworzyć – Linka chciała już mieć za sobą wyznanie.

– Czego się nie da? Kotów otworzyć? Jak? Co ty bredzisz córeczko? Nic nie rozumiem.

Sergiusz rechotał  na cały głos.

– Trzeba uwolnić więźnia, tak? Dobrze zrozumiałem? – wykrztusił wreszcie. – Idź i powiedz tej co wyje, żeby już nie wyła bo nikogo więcej nie przestraszy.

– Ależ to właśnie ona wyje ze strachu – poważnie powiedziała Monika. – Boi się, że myszy i szczury zjedzą ją do gołych kości i jak ona wtedy pójdzie na dyskotekę?

Tego już było za wiele dla Aldony. Dołączyła do Sergiusza i przez chwilę „ryczeli w duecie” nie mogąc ruszyć się z miejsca, by pospieszyć na ratunek biednej hrabiance i ocalić ją od straszliwego losu. Wreszcie Sergiusz opanował się, zniknął na moment, po czym wrócił z ogromnym pękiem kluczy. Dopasował jeden z nich i otworzył drzwi.

Inka postanowiła odzyskać twarz i do końca odegrać swoją rolę. Wdzięcznie słaniając się na nogach padła na podłogę.

– Żegnajcie moi drodzy, umieram – wyszeptała omdlewającym głosem.

Aldona wystraszyłaby się nie na żarty, gdyby „umierająca” nie puściła do niej oka.

Linka nie zwracając uwagi na siostrę wpatrywała się w pęk kluczy. Rozważała kwestię: czy oficjalnie poprosić o pożyczenie i wyjaśnić w jakim celu, czy też podpatrzeć gdzie je wujek schowa i po cichu pożyczyć.

Inka podniosła się z podłogi oburzona brakiem zainteresowania ze strony siostry.

– Nawet porządnie nie można zemdleć w takim towarzystwie – burknęła pod nosem.

Linka tymczasem nie spuszczała oka z kluczy i sunąc jak cień za Sergiuszem, podejrzała jak chował je do dolnej szufladki komody w pierwszym pokoju. Niedługo potem znalazły się w jej rączkach.

– Tatusiu, drzwi się już więcej nie zatrzasną, prawda? – upewniała się Monika.

– No właśnie, bo musimy tam pójść i schować te przebrane ubrania do szafy – dodała Linka z kluczami w kieszeni.

– Nie pójdę tam po ciemku za żadne skarby świata – piszczała Inka.

– Nie musisz po ciemku, przecież jest światło – Sergiusz przekręcił włącznik.

– Idźcie już i zróbcie porządek z tymi szmatami. Niedługo podam kolację, nie zgubcie się gdzieś na pół nocy.

– Chodź i nie marudź – Linka szturchnęła siostrę w bok.

Wbiegła na górę starając się, by klucze nie dzwoniły w kieszeni i z marszu poczęła majstrować przy zamku. Grzywka opadła jej na czoło, język z przejęcia wysunęła na brodę.

– Krowa ma dłuższy i się nie chwali – zemściła się Inka za opieszałość w uwalnianiu jej z „baszty”.

– Odwal się – nie podjęła dyskusji Linka.

Przekręciła klucz w zamku. Chwilę stała z ręką na klamce zanim odważyła się ją nacisnąć. Wreszcie uchyliła drzwi. Nie zobaczyła niczego ponieważ natychmiast została wepchnięta do środka przez Inkę i Monikę usiłujące wetknąć głowy w szparę celem zaspokojenia ciekawości.

– Wariatki – syknęła podnosząc się z podłogi i rozcierając potłuczone kolano. – Szkoda, że żaden szczur na was nie wyskoczył.

Inka wymacała na ścianie kontakt i włączyła światło. Oczom dziewczynek ukazał się sympatyczny pokoik z okienkiem otulonym białą firaneczką, z wygodnym bujanym fotelem, szafeczką stojącą pod ścianą, szerokim dwuosobowym tapczanem z wiszącą nad nim półeczką na książki oraz nocną lampką  dającą miłe, ciepłe światło.

– Ja tu będę mieszkać – oświadczyła stanowczo Linka.

– A ja to nie? – skoczyła ku niej siostra.

– Weźcie mnie też, ja chcę z wami – prosiła Monika.

– Nie ma sprawy. Musimy tylko jakoś to załatwić z mamą i wujkiem. Ty Monika idź na dół i zobacz co się tam dzieje – zdecydowała Linka.

– Ty schowasz klucze na miejsce a ja ich w razie czego zagadam – podsunęła Inka.

Aldona stwierdziła, że trzeba wyprowadzić Tinę. To znaczy wynieść. Sergiusz wziął na ręce zabiedzone stworzonko i postawił na trawie. Stała na drżących łapkach.

– Wracaj do domu, to może długo potrwać, ja z nią zostanę – powiedziała Aldona.

– Ja też chcę tu być, a poza tym mamy spędzać czas miło i wspólnie…

– No myślę – uśmiechnęła się. –  Ale chcę w ciszy i spokoju sprawdzić jej reakcje.

– Dobrze, ale będę podglądał.

Sergiusz oddalił się. Sunia nie spuszczała z niego wzroku dopóki nie zniknął z jej pola widzenia. Potem skierowała spojrzenie na Aldonę, niespokojna, czy i pani nie zniknie. Widząc, że się nie rusza, zaczęła obwąchiwać trawę wokół siebie aż znalazła odpowiednie miejsce. Aldona odwróciła się w druga stronę zaintrygowana szelestem dochodzącym z krzaków. Tina zapiszczała. Doszła do pani na drżących łapkach  i padła na trawę patrząc błagalnym wzrokiem.

– Tina, Tinusia, już dobrze, cichutko maleńka – tuliła szczenisię. – Bałaś się, że cię tu zostawię samą? Nie bój się skarbie malutki, nikt cię już nigdy nie zostawi.  Jak mam ci wytłumaczyć, że zostaniesz z nami na zawsze? Nie wiem jeszcze czy będziesz mieszkać u mnie czy u Sergiusza, ale to nieistotne. Masz swoją rodzinę, swoje stado i dom. Rozumiesz?

Trudno powiedzieć, czy Tina cokolwiek zrozumiała z przemówienia, ale oparła pyszczek na ludzkiej ręce i przymknęła ślepki. Aldona siedziała na trawie tuląc nową „córeczkę”, aż poczuła chłód.

– Sergiusz! Możesz do mnie przyjść?

– Tatuś pewnie nie słyszy, mogę po niego pójść – zaoferowała pomoc Monika wyłażąc z krzaków.

Zaniepokojona Tina podniosła głowę, ale pani uspokoiła szczenisię pieszczotą. Sunia została zaniesiona do kuchni, na swoje posłanie z koca od Karoliny. Z widoczną ochotą wychłeptała  płynną karmę, zjadła kawałeczek surowego fileta z kurczaka. Potem położyła mordkę na kocu i uważnie obserwowała Aldonę krzątającą się po kuchni. Podniesieniem głowy zareagowała na wejście dzieci a na widok Sergiusza poruszył się nieruchomy do tej pory ogonek.

15.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Byłam uzależniona od robótek:)

Weszłam wczoraj na blog prowadzony przez miłośniczkę robótek ręcznych. Popatrzyłam i się zachwyciłam zdolnościami manualnymi. Uwielbiałam kiedyś robić na drutach. Zaczęłam w liceum, bo chciałam mieć nowe bluzki i sweterki. Mama robiła fantastyczne rzeczy, lubiła druty. Babcia też, należała do pokolenia, którego przedstawicielki potrafiły robić wszystko w dziedzinie tzw. dziś rękodzieła: szyć, haftować, szydełkować, „drutować” (jak mówiły moje dzieci). Dziergałam sweterki dla siebie i dla chłopców, co było ważne w dobie pustych sklepów. Prułam, zwijałam, robiłam nowe rzeczy, nic nie mogło się zmarnować, żadna nitka. Wręcz byłam uzależniona od robótek. Zresztą wszystkie dziewczyny z pracy stały się dziewiarkami z konieczności, była to jedyna możliwość ubrania siebie i rodziny w ładne, modne ciuchy. Do tej pory jeszcze wszystkich wycinków z babskich gazet nie wyrzuciłam, poradników robótkowych kilka mi gdzieś mignęło podczas przeprowadzki. Może jednak znowu sięgnę po nie kiedyś, tak mi się zachciało podczas ogladania:) Tylko czasu brak i oczy już nie te. Ale… może jednak?

14.09.2017

  • babciabezmohera Też robiłam różne dłubanki, ale nigdy nie czułam się fachurą- po prostu taka była konieczność.
    Nawet próbowałam wrócić do ręcznych robótek, ale to już nie było to. I spasowałam.;(
  • kobietawbarwachjesieni Ja też próbowałam robić z wełny swetry i bluzki, ale robótki były nie do chwalenia się. Pozdrawiam.
  • annazadroza babciabezmohera:) Chyba większość z nas z konieczności dłubała na drutach czy szydełkiem, dla części tylko była to przyjemność. Ja bardzo lubiłam:) Nie było internetu…
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:) Nie do chwalenia się lecz z pewnością do wykorzystania:) Robiło się nawet takie proste rzeczy jak choćby łapki do kuchni do chwytania gorących garnków, czy „kubraczki” na szklanki. Teraz pokazują to w reklamach jako ciekawostkę a wtedy było normalką.
  • fusilla Jak większość z nas w tamtych latach, drutowałam namietnie i nieźle mi to wychodziło. Teraz mi się nie chce. Wolę mniejsze formy, szydełkowe! :-))))
  • annazadroza fusilla:) A pamiętasz „anitex”? Jedynie to udawało się dostać i robiłyśmy z koleżankami z tego właśnie różne cuda. Ciągle któraś nowy wzór przynosiła, uczyłyśmy się, żeby mieć nowy sweterek odróżniający się od innych. Mimo braków w sklepach między ludźmi kwitła wspólnota, współpraca, przyjaźń wreszcie – trwająca do dziś:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Malutka skończyła tydzień:)

Przysłał mi Duży zdjęcie, na którym Wnusia K. z Malutką na rękach wygląda jakby jedną ze swoich lalek trzymała. Takie to maleństwo jest. Najważniejsze, że dziewczyny są w domu. Pomału układa się życie w nowych warunkach. A czas nie da wytchnienia, tylko popędzi do przodu jak zwykle.

Pierwszy tydzień, miesiąc, roczek,
pierwsze słowo, pierwszy kroczek,
wszystko nowe, świat wciąż zachwyca,
ostoją zdaje się twarz rodzica.

Potem przyjaźnie, uczucia pierwsze
i napisane ukradkiem wiersze,
imprezy różne, szkoła, nauka
i już Malutka swej drogi szuka.

Bo czas ucieka nieubłaganie,
Malutka wnet się duża stanie.
i myśl ją najdzie:” jak ten czas leci”
gdy spojrzy na swe własne dzieci.

Ale się rozpędziłam i pognałam w czas, gdy już po Drugiej Stronie Tęczy spoglądać będę na wszystkie ziemskie sprawy z dystansem i mądrością, jaką daje wiedza i poznanie Tajemnicy. Jednak póki co, tydzień dopiero Malutkiej minął i niech szczęśliwie upływa jej każdy dzionek:)

13.09.2017

  • babciabezmohera Wszystkiego dobrego dla Malutkiej i jej Rodziny.:))
  • annazadroza Babciabezmohera:) Malutka dziękuje, rodzinka też i najlepsze życzenia składa nawzajem. Dziękuję:):):)
  • mmzd Wszystkiego najlepszego dla całej Rodzinki 🙂

    <*0;ooooo;~~

  • annazadroza mmzd:) Bardzo dziękuję w imieniu rodzinki:) Dla Ciebie też słoneczka i pięknego babiego lata:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | Jeden komentarz

Po co wróciłaś…” 28

Wszyscy poczuli głód po porannych atrakcjach. Aldona pocięła szczypiorek nożyczkami wprost na kanapki momentalnie znikające w zadziwiająco pojemnych żołądkach szczuplutkich dziewczynek.

– Zostawcie trochę dla mnie. Kto was zawiezie do domu jeśli umrę z głodu? – jęczał Sergiusz cieniutkim głosikiem. – Już nawet nie mam siły mówić, widzicie?

– Nie widzimy ale słyszymy – odpowiedziała Inka.

– Ja już i tak więcej nie mogę, napchałam się po same uszy. Możesz resztę zjeść – dodała Linka.

– Dziękuję ci dobra kobieto – trzęsący się, skrzekliwy głos spowodował wybuch śmiechu dzieci.

– Mówisz jak stara czarownica – orzekła Monika.

– Gdybym cię nie widziała na własne oczy, nie uwierzyłabym za nic na świecie, że to  nie jest głos starej babiny – Aldona pokręciła głową z podziwu.

– Przecież ciocia Dorota ciągle mówi, że wujek powinien zostać aktorem.

– I że się marnuje bo nie jest – przekrzykiwały się wzajemnie bliźniaczki.

– Cicho dziewczynki, błagam was, drzecie się obie jak stare prześcieradła. Moniczko, najadłaś się?

– Jeszcze jak!

– No to wszystkie biegiem siusiu i do wozu – zakomenderował Sergiusz.

– A ty co, kierownik wycieczki? – skrzywiła się Aldona.

– Tatusiu! Zachowuj się – ze zgorszeniem spojrzała Monika.

– Oj, przepraszam, tak mi się wymknęło – tłumaczył zerkając na Aldonę próbującą zachować powagę. – A kto dzisiaj otwiera i zamyka bramę?

– Ja, bo jestem najstarsza – odpowiedziała Linka. – Potem Inka i Monika, po kolei.

– Dlaczego jesteś najstarsza? – zdziwił się. – Przecież jesteście bliźniaczkami.
– Ale ja się urodziłam o szesnaście minut wcześniej – oświadczyła tryumfalnie.

– No tak, to rzeczywiście jesteś najstarsza. Proszę, tu są klucze. Idź i otwórz bramę a reszta panienek do wozu

Aldona zamknęła okna, przekręciła klucz w drzwiach wejściowych, wróciła po niego, bo zapomniała wyjąć i zabrać ze sobą. Narzekając na swoją sklerozę wyszła za ogrodzenie. Sergiusz tymczasem wyjechał na drogę, Linka mocowała się z dużą kłódką nie pozwalając sobie pomóc. Wreszcie pokonała oporne żelastwo i brama została zamknięta.

Ruszyli. Podziwiali przecudne krajobrazy, które nigdy się nie  nudzą, na które można patrzeć i patrzeć przez dziewięćdziesiąt dziewięć lat i jeszcze się nie ma dosyć.

Sklepy usytuowane były w centrum wsi. To znaczy w centrum dawnej wsi, bo obecnie Tenczynek wygląda zupełnie inaczej, rozbudował się we wszystkich możliwych kierunkach i długo trzeba by chodzić chcąc obejść dookoła całą miejscowość, oglądając przy tym prześliczne domy tonące w zieleni ogrodów. Inaczej tu niż na mazowieckiej wsi, którą znała Aldona. Czysto, porządnie, przed każdym domem od frontu ogródek pełen kwitnących kwiatów a dopiero z tyłu cała „gospodarska rupieciarnia” i chlewiki, kurniki, wybiegi dla zwierząt.

Na górce, w dawnym Domu Ludowym mieściły się dwa sklepy. W jednym sprzedawano odzież, obuwie, pasmanterię a w drugim artykuły gospodarstwa domowego, kosmetyki, tak zwaną chemię gospodarczą, śrubki, druty i najprzeróżniejsze metalowe przedmioty, zwany też był dlatego „żelaznym”.

Idąc w stronę rzeczki, po prawej stronie mijało się sklep z pieczywem i nabiałem, oraz drugi – mięsny. Nad samą rzeką, w domu z czerwonej cegły zbudowanym przez Jurandowego wujka tuż przed samą wojną, sprzedawano teraz artykuły ogólnospożywcze.

Dorośli zrobili zakupy, dziewczynki pobiegły na lody i jednocześnie sprawdzić co jest w kiosku Ruchu naprzeciw Zakładów Przetwórstwa Owocowego usytuowanych w miejscu gdzie przed wojną był browar. Do tej pory zresztą nikt nie mówił inaczej niż: browar. Tak więc jabłka wyzbierane w ogrodzie czy inne aktualnie skupowane owoce woziło się do browaru, dzwoniło się z browaru, ponieważ w dyżurce był telefon i tak dalej. Dziewczynki wiedziały o tym od chłopców.

– Zobacz, za browarem jest góra, to na pewno Buczyna – zauważyła Inka.

– I gdzieś tu jest jaskinia i przejście do zamku – powiedziała Monika.

– Bzdura, nie ma żadnego przejścia – sprostowała Linka. – Gdzie zamek a gdzie Buczyna? Kto by to kopał? Przecież to by zajęło całe wieki. Ile już lat w Warszawie budują metro? I mają maszyny a musieli najpierw odkopać, zbudować i dopiero zasypać. A tu co? Jakby oni, no ci ludzie, wykopali całkiem pod ziemią?

– A może wykopali i może jest jakieś przejście?. Skąd wiesz, że nie ma? –  nie chciała się z siostrą zgodzić Inka.

– Maciek powiedział…

– A ty od razu wierzysz we wszystko co Maciek powiedział…

– Maciek powiedział – powtórzyła spokojnie Linka, – że nikt tego nigdy nie zbadał. Może to były piwnice browaru? Wiem gdzie jest wejście i jak wygląda bo Maciek mi pokazał na zdjęciu. Wiem też, że jak się chodzi po Buczynie to trzeba bardzo uważać. Są szyby wentylacyjne do tych piwnic albo nie wiem do czego. W każdym razie jakby ktoś wpadł, to się go nie da uratować, bo nawet gdyby się nie zabił, co nie jest możliwe, szczury by go zjadły…

– Brr, przestań – wzdrygnęła się Biedroneczka

– …w mgnieniu oka, z kosteczkami, ani odrobinki by nie zostawiły – dokończyła Linka grobowym głosem.

– Szczury kości nie jedzą, najwyżej ogryzają. Muszę koniecznie zobaczyć to wejście – oświadczyła stanowczo Inka.

– Dziewczynki, chodźcie już – wołała Aldona. – Pojedziemy zobaczyć jak wygląda staw.

– Ja wiem jak bo mi Maciek pokazywał na zdjęciach – powiedziała Linka.

– Mądrzysz się przez cały czas i mądrzysz. Jak wszystko widziałaś to sobie tu zostań – burknęła Inka zła, że Maciek pokazywał zdjęcia tylko siostrze.

– Wcale się nie mądrzę – oburzyła się Linka, – tylko normalnie mówię. Mogłaś nie podsłuchiwać jak Justyna rozmawiała z Olkiem, tylko ze mną oglądać fotki.

– Nie chciałam podsłuchiwać, tylko głupio mi było się pokazać, żeby nie myśleli, że podsłuchuję specjalnie i siedziałam cicho aż sobie poszli – tłumaczyła zmieszana na myśl, że niesłusznie posądziła siostrę i Maćka o złe intencje.

– Ty, nie kłóć się z siostrą – wtrąciła Biedroneczka. – Gdybym miała siostrę, taką prawdziwą, własną siostrę, to bym się z nią wcale nie kłóciła. Jakby była ode mnie większa to by mi pomagała, a jak mniejsza – to ja jej. Ale nie mam siostry, tylko ciotecznych braci. Szkoda.

– A ja bym chciała mieć brata. Starszego. Chodziłby ze mną na dyskoteki – Inka bardzo lubiła tańczyć i miała ku temu wrodzone zdolności.

– Mamusia powiedziała, że jesteśmy jeszcze za małe, żeby iść na dyskotekę, chyba, że taką klasową, w szkole. Ale z bratem – zastanowiła się Linka – to by może puściła.

– Wcale nie jesteśmy małe. Po wakacjach będziemy w trzeciej klasie. A prababcia kiedyś mówiła, że dawniej jak ktoś miał trzy klasy szkoły powszechnej to był bardzo mądry i już nie musiał się więcej uczyć jak nie chciał. Ale im było dobrze – westchnęła z zazdrością Inka.

Aldona kupiła w kiosku szczoteczki do zębów, Sergiusz gazety i wsiedli do samochodu.  Jechali  w stronę kościoła, mijając po lewej stronie sosnę z ogromnymi, fantazyjnie i fantastycznie powykręcanymi korzeniami wychodzącymi z piaskowej skały.

– Do kościoła pojedziemy w niedzielę, wtedy zobaczymy jak jest wewnątrz.

– A co jest w tej wieży? – spytała Monika wskazując piękną, bardzo starą drewnianą dzwonnicę.

– Dzwony. To zabytkowa dzwonnica – odpowiedział Sergiusz.

– Cie Florek – zdziwiła się Inka. – U nas przed kaplicą dzwony wiszą na drabinach.

Aldona parsknęła śmiechem.

– U nas kościół się dopiero buduje. Potem dzwony na pewno nie będą wisiały na drabinie. I współczuję tym co blisko mieszkają. Jak znam życie, nawet wyciszanie okien nie pomoże – dodała zwracając się w stronę kierowcy i już głośno: – Teresa mówiła, że są to stare dzwony o pięknym brzmieniu i dźwięk się niesie ponad polami, i ona uwielbia go słuchać. Bo słychać je bardzo daleko aż pod lasem, aż na Woli.

– Słychać je nawet w Warszawie? – oczy Moniki zrobiły się okrągłe ze zdumienia.

– Ależ nie, córeczko, nie – zaśmiał się Sergiusz. – Wieś nazywa się Wola, Wola Filipowska. Rozciąga się niedaleko domu wujka Juranda. W całym kraju wiele jest miejscowości o takich samych i podobnych nazwach.

– Czy tam ciocia Karolina buduje dom? – zaciekawiły się Stokrotki.

– Właśnie tam.

– Pojedziemy do niej?

– Tak. Ale teraz patrzcie, jesteśmy nad stawem. Zobaczcie jak tu ładnie.

Woda otoczona drzewami z trzech stron miała kolor bardzo ciemnej zieleni, który przy samym brzegu rozjaśniał się od piasku znajdującego się tuż pod powierzchnią. Na samym środku stawu odbijał się błękit nieba a kąpiące się promienie słoneczne rozsiewały na wszystkie strony złociste iskierki skaczące lekko po falach powstałych wokół pływających ludzi. Jedna taka zabłąkana iskierka wskoczyła na włosy Aldony co zobaczył Sergiusz i nie mógł się powstrzymać, by nie musnąć jej wargami i nie wyszeptać jakichś czarodziejskich słów.

– Mamusiu, mamusiu, my też chciałybyśmy popływać!

– Tatusiu, zostańmy tu na dłużej!

Dziewczynki były zachwycone widokiem wody lecz niepocieszone brakiem kostiumów kąpielowych.

– Przyjedziemy jutro na kilka godzin. Ja też mam ochotę popływać i poopalać się.  Myślicie, że mnie się już nic od życia nie należy? – Aldona pogroziła żartobliwie palcem.

– Mamusiu, jeszcze chwilę, dobrze? – prosiła Linka. – Chłopcy mają zdjęcie na tamtym drzewie, widzisz? Maciek siedział na górze a Marek z Kubą go ściągali. Zrób nam takie samo, dobrze?

– Daj aparat. A kto kogo będzie ściągał?

– One mnie – odpowiedziała Linka wdrapując się na drzewo.

Dziewczynki zostały uwiecznione w najprzeróżniejszych pozach, rodzice też.

– Jeść mi się zachciało – stwierdziła Monika. – W brzuchu mi burczy.

– Nam też. I to głośniej bo jesteśmy większe – wołały bliźniaczki.

– Masz babo placek! A obiad w samochodzie – zmartwiła się Aldona. – Powinieneś był mnie zawieźć do domu. Wzięłabym się za obiad a ty na przejażdżkę zabrałbyś dzieciaki.

– A ty co? Od macochy? – oburzył się. – Wykluczone. Cały rok siedzisz w kuchni, więc w czasie wakacji nie będziesz. Chyba, że dla przyjemności a ja ci pomogę. W związku z tym dziś zapraszam na obiad. Co wy na to?

– Gdzie? Przecież tu nie ma żadnej knajpy.

– Jest. Restauracja Zamkowa. Pod Buczyną.

– Skąd wiesz?

– Od Juranda.

– Czynna?

– No chyba. W czasie wakacji?

– Więc zgoda.

– Chodźcie moje damy – objął Aldonę ramieniem i coś tłumacząc po cichu zaprowadził do samochodu.

Restauracja była otwarta. Obiady podawano od trzynastej. Trafili w dziesiątkę, zegar pokazywał trzynastą dziesięć. Weszli do środka. Zapach tytoniu, alkoholu, spoconych ludzkich ciał nie zawsze chyba grzeszących czystością przyprawiał o mdłości.  Na szczęście w drugiej sali było już całkiem sympatycznie. Żurek z kiełbasą smakował wszystkim a kotlet drobiowy imponował wielkością i był wyśmienity. Aldona skusiła się na kawę, dziewczynki na lody. Sergiusz poczuwszy zapach świeżo zmielonej i zaparzonej kawy nabrał nieodpartej ochoty na ów specjał więc czym prędzej złożył zamówienie  mrucząc pod nosem coś na temat paskudnych bab zmuszających go do picia niezdrowych szkaradzieństw, wywołując tym śmiech dzieci.

Było im bardzo dobrze. Wszystkim. Nie musieli się nigdzie spieszyć, mogli siedzieć tutaj jak długo chcieli, robić to, na co mieli chęć. Rozmawiali, śmiali się szczególnie z opowiadań Inki mającej wyjątkową pamięć i dar opowiadania dowcipów, wróżąc dziewczynce przyszłość i karierę w kabarecie. Kiedy Monika, jako ostatnia, wylizała do czysta swoją miseczkę po lodach, opuścili lokal. Postanowili pojechać do Krzeszowic zobaczyć stary, piękny kościół, sprawdzić czy park wokół dawnego pałacu Potockich – po kądzieli potomków Tęczyńskich –  jest udostępniony zwiedzającym.

Przejechali przez tory kolejowe, mieli szczęście, bo długo nie czekali na zamkniętym przejeździe. Potem zaraz za mostem skręcili w prawo a dziewczynki zaczęły krzyczeć.

– Mamusiu, tego psa na pewno potracił samochód! Zobacz!

– Tatusiu, on chce wstać i nie może!

– Mamusiu, zrób coś!

Na brzegu chodnika leżało coś czarnego z wielkimi uszami i jakoś dziwnie się poruszało.

– Sergiusz! Zatrzymaj, proszę cię, – chwyciła go Aldona za rękę. – Stój! Przecież nie możemy go tak zostawić. Ten widok prześladowałby mnie do końca życia. A jak mogłabym dzieciom spojrzeć w oczy?

Samochód się zatrzymał. Aldona siedziała nieporuszona.

– Błagam cię, zobacz co mu jest. Boję się zobaczyć coś strasznego.

– Szybciej, wujek! Idziemy z tobą skoro mama się boi.

– Siedźcie tu i czekajcie.

Czekała z przymkniętymi oczami. Dziewczynki z napięciem wpatrywały się w Sergiusza pochylonego nad zwierzęciem. Nie wytrzymały i wszystkie cztery dołączyły do niego.

– To szczeniak – powiedział. – Nie może wstać bo ma zranioną łapkę, może złamaną. Biedactwo kochane – rozczulił się.

Bezsilne, przerażone stworzonko nie mogło uciekać, skazane na niechybną śmierć w męczarniach wobec obojętności mijających je ludzi, jakby było przydrożnym kamieniem a nie żywą, czującą istotą. Dziewczynki płakały.

– Weźmy go ze sobą – chlipała Inka.

– On tutaj umrze, ranny, sam, taki biedny – beczała Linka.

– Tatusiu, tatusiu, ja nie chcę, żeby on umarł  – Monisia rozmazywała łzy na policzkach.

Aldona spojrzała Sergiuszowi w oczy. Zrozumieli się bez słów, nikt nikomu nie musiał tłumaczyć co trzeba zrobić ani przekonywać dlaczego.

– Niedaleko stąd mieszka Karolina. Teresa mówiła, że w ostatnim bloku za stacją benzynową. Jechaliśmy tamtędy wczoraj.

– Żeby tylko była w domu – westchnął Sergiusz biorąc delikatnie szczeniaka na ręce, starając się nie urazić bolących miejsc.

Szczeniak, a raczej – jak się okazało – szczenisia, nie była wcale taka malutka lecz bardzo wychudzona, a mięciutka jak puch szczenięca sierść, zmierzwiona i posklejana sprawiała, że całość wyglądała dosłownie jak obraz nędzy i rozpaczy. Nie wyrywała się, nie szczekała, drżała i popiskiwała cichutko. Aldona położyła na kolanach plastikową reklamówkę  i ostrożnie ułożyła na niej suczkę. Delikatnie, uspokajająco gładziła biedną główkę i przemawiała najczulszym głosem. Zdziwione stworzonko patrzyło miodowymi ślepkami. Nikt nigdy do niej tak nie mówił w jej całym krótkim życiu.

– A jeżeli ktoś jej będzie szukał? – spytała Monika.

– Akurat – warknął Sergiusz. – Jest nie tylko ranna ale wycieńczona, prawie zagłodzona. Niech jasna cholera weźmie tego, co doprowadził to maleństwo do takiego stanu.

Pojechali prosto. Za skrzyżowaniem po prawej stronie był dworzec kolejowy i działki. Przejechali obok stacji benzynowej  i skręcili w lewo parkując przy sklepie spożywczym. Bez trudu odnaleźli blok, w którym mieszkała Karolina. Sergiusz pobiegł na górę i po chwili wrócił, na szczęście nie sam. Karolina obejrzała ranę i zadecydowała, że trzeba skonsultować się z weterynarzem, tak dla pewności. Aldona wysiadła z dziewczynkami z auta a Karolina, przejąwszy czarne stworzonko, pojechała z Sergiuszem do znajomego zwierzęcego doktora.

– Nie bawię się tak, ja też chciałam pojechać.

– Ja też.

– A ja to nie? – dzieci wyrażały swoje niezadowolenie z naburmuszonymi minkami.

– Zlitujcie się – jęknęła Aldona. – Przecież Karolina musi wskazać drogę, poza tym szybciej przekaże weterynarzowi swoje spostrzeżenia, sama jest przecież lekarką. A jakbyśmy się wszyscy zmieścili w aucie? To nie autobus.

Wrócili niedługo. Suczkę wniósł Sergiusz na czwarte piętro. Karolina naprędce uszykowała posłanie z koca i ręcznika, na którym spoczęła prawie nieprzytomna szczenisia.

– Ona umarła – rozpłakała się Monika.

– Ciociu zrób coś, ratuj ją – łkała Inka.

– Panie Boże nie daj jej umrzeć. Przyrzekam, że do końca wakacji ani razu nie pokłócę się z siostrą i będę grzeczna dla wszystkich. – prosiła Linka klęcząc w kącie.

Suczka została u lekarza dokładnie zbadana, ranę miała oczyszczoną, opatrzoną, okazało się, że na szczęście nie było złamania. Zaaplikowano jej antybiotyk, żeby uniknąć ewentualnej infekcji i zalecono odpowiednie dalsze postępowanie.

Sunia poleżała z zamkniętymi oczami przez czas jakiś, potem zaczęła się kręcić, nawet uniosła główkę i pierwszy raz leciutko poruszyła ogonkiem. Karolina podsunęła jej pod pyszczek miseczkę z płynną karmą nabytą u weterynarza. Różowy języczek wysunął się i pomalutku, z wysiłkiem wychłeptała wszystko, wylizała też miseczkę. Zmęczona zamknęła ślepka i zapadła w drzemkę.

Dziewczynki znowu beczały, tym razem z radości, bo Karolina zapewniła, że suczce już nic nie grozi. Potrzebny jest jej spokój, odpowiedni pokarm a szybko nabierze sił i zapomni o ranie i doznanych krzywdach. Bez kłótni dziewczynki zdecydowały się nadać imię Tina nowemu członkowi rodziny. Po starej suczce ciotki Doroty, która – jak złośliwie dowodziła Teresa – za swego życia była nieraz mądrzejsza od pani.

12.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Dzisiaj pomidorowo :)

Dopiero usiadłam, jest godzina 17.30 a wstałam przed szóstą ( w tym czasie uwzględnić należy dwukrotny spacer z psami oraz z wyprowadzonym spacerowo Mężem). Uporałam się z pomidorami, wyszło 20 słoiczków po dżemach i trochę zostało na spróbowanie. Jakie to dobre! Nie obierałam ze skórki. Zapłaciłam za
to staniem i przecieraniem przez sito. Mąż też się włączył w przecieranie, więc swój udział ma. Mimo wszystko wolę to niż obieranie ze skórki, które jest, delikatnie mówiąc, uciążliwe wielce. Dodałam sól, pieprz, chili, słodką paprykę, ziele angielskie, liście laurowe i trochę octu balsamicznego bo taki akurat mam.
Aha, jeszcze dużo czosnku wcisnęłam i czerwoną paprykę pokrojoną drobno wrzuciłam. To wszystko już po przetarciu i tak sobie pyrkało i pyrkało. Potem zmiksowałam wyjąwszy uprzednio listki bobkowe i ziele angielskie. Nie za bardzo zgęstniało, bo już mi się nie chciało dłużej czekać. Gorące przelałam do
słoiczków, na głowie postawiłam (czyli na wieczku) i sobie postoją aż wystygną. Lubię taki widok – cała kuchnia w zapełnionych słoikach. Że kuchnia mała, to insza inszość… Ale wygląda ładnie.
Jak już dziś kulinarnie to powiem, że na obiad była zupa – nikt nie zgadnie – pomidorowa:) Taka z prawdziwych pomidorów a nie z kupnego przecieru czy koncentratu z puszki. Chłopcy, kiedy byli mali, mówili „zupa z pestkami”. Nauczyłam się ją robić od cioci Lusi z Opola. Do rondelka wrzuciła pokrojone
pomidory, pokrojonę cebulę i masło. Dusiło się to i dusiło, a kiedy się udusiło, ciocia przetarła przez sito, dolała bulion, śmietanę, przyprawiła i było niebo w gębie. Przyjęłam ten przepis za swój.
Teraz czekam na wieści od Dużego, drugie zdjęcie Wnusi K. z Malutką przysłał, tym razem już z domu, ale gadać nie chciał, bo obiad jedzą. Powiedział, że oddzwoni, to grzecznie czekam:):)

11.09.2017

  • babciabezmohera Też już robiliśmy przeciery pomidorowe, ale w najprostszy z możliwych sposobów, wychodząc z załozenia, że doprawić można w trakcie przyrządzania posiłku.;)
  • annazadroza babciabezmohera:) Miał być ketchup, dlatego od razu z przyprawami. Trochę rzadki jest, ale jaki dobry:):) Może być sosem do makaronu na przykład albo trochę wystarczy go potrzymać na ogniu po wylaniu ze słoiczka i zgęstnieje. Zresztą ten zostawiony do spróbowania już zgęstniał. Poza tym oczywiście przyprawić można też na talerzu, każdy wg swego smaku dosypie tego i owego 🙂
  • mmzd Ja podobnie robię pomidorową, podobnie, bo nie dodaję bulionu, a teraz (starość nie radość)) też mniejszą ilość cebuli i śmietany. Za to lane ciasto koniecznie ! ostatnio do lanego ciasta dodałam nieco startego parmezanu, mniammi 🙂
    serdeczności
    Magda
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza Magdo:) Teraz też już dodaję śmietany tylko troszkę, masła mniej i cebulki również.
    Podaję z makaronem, z ryżem nie lubię. A zupełnie zapomniałam o lanych kluskach, przypomniałaś mi o nich:) Skleroza chyba się kłania, zrobię następnym razem. Z parmezanem na pewno „nowy lepszy smak” jak w reklamie:)
    Serdeczności wzajemne:)
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz