Urodziny Córci Iz.

Dzisiaj są urodziny Córci Iz. Cóż chciałabym Ci powiedzieć w takim dniu? Kochana, jesteś fantastyczną dziewczyną pod każdym względem 🙂 I mądrą jak rzadko 🙂 I śliczną na dodatek:) I bardzo się cieszę, że mi się „trafiła” taka córcia:) I dziękuję, że jesteś, że dałaś mi Wnusię K. oraz Calineczkę, która w dniu Twoich urodzin kończy miesiąc 🙂 :):) Życzymy Ci oboje z Mężem i babcią D. wszystkiego co najlepsze, zdrowia, szybkiego nabierania siły i powrotu do formy. A jak już do siebie całkiem dojdziesz, żebyś spełniała swoje marzenia.

I tradycyjnie – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ!!!

5.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Calineczka

Przez pierwsze dwa tygodnie druga babcia Malutkiej jeździła wesprzeć młodą mamę, od wczoraj ja ją zmieniłam. Maleństwo cudne z tej naszej kruszynki jest:) Ważne, że już przybrała na wadze. Zawsze przy tak małej istotce myślę sobie jak mądrze natura urządziła, że taki kompletny miniaturowy człowieczek
przychodzi na ten świat. Jakby wziąć dwie i pół torebki cukru, a właściwie półtorej, bo z reszty trzeba rączki, nóżki i główkę zrobić. Taka drobineczka a ile radości ze sobą przynosi, ile szczęścia i wzruszeń, ile uczuć ciepłych… Niesamowite to jest.
Na łące, kiedy byłam z psami, widziałam liście łopianu. Były tak ogromne, że Malutka swobodnie by się na takim liściu zmieściła. Taka Calineczka :):):)
A dzisiaj mam chwilę, więc podgonić spróbuję trzecią część sagi ursynowskiej. Dobrze mówić, ale trudniej zrobić. Czasem „samo” się pisze i nie wiem kiedy rozdział jest gotowy, a czasem nic nie przychodzi do głowy i można siedzieć, i siedzieć, i …gucio. Teraz muszę się skupić, po prostu muszę, bo jeżdżąc do
Calineczki 🙂 nie będę miała dużo czasu. Może i dobra taka mobilizacja. Dobrze, że padać przestało.

4.10.2017

  • irsila O dzieciach jest co pisać, Calineczka, mała ale w rozwoju cała.
  • babciabezmohera To prawda- wzruszające są takie maleństwa!:)
  • annazadroza irsila:) Calineczka doskonała, chociaż jeszcze taka mała, przy jedzeniu stroi minki jakby dostała cytrynki, jej wymaganiom trudno sprostać, kiedy nocą nie da pospać:):):)
  • annazadroza babciabezmohera:) Wzruszające i takie bezbronne, całkowicie zależne od dorosłych. Oby wszystkie tylko na dobrych ludzi trafiały:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 34

Dzieci powiedziały prawdę, tylko prawdę, ale faktem pozostało, iż nie całą prawdę. Wiedzione ogromną ciekawością, zgodnie jak jeden mąż poczuły nieodpartą ochotę ujrzenia wejścia do tunelu pod Buczyną. Rozbudzona wyobraźnia pracowała tak intensywnie, iż na nic się nie zdały rozsądne tłumaczenia Maćka jak niebezpieczne z wielu różnych powodów jest włażenie do środka. Kuba i Marek postanowili koniecznie tam wejść. Inka zerknęła na Kubusia i stwierdziła, że nie boi się niczego i pójdzie z nimi. Linka nie chciała uchodzić za tchórza, szczególnie w oczach Maćka, więc przyłączyła się do siostry. Monisia, choć bardzo się bała wejść do jaskini, to jeszcze bardziej bała się zostać sama przed jaskinią, usiłowała więc po sobie strachu nie pokazać.

Maciek machnął ręką stwierdziwszy, że z bandą głupków nie może dyskutować żaden rozsądny człowiek. Udało mu się ich jedynie przekonać, że do wyprawy należy się odpowiednio przygotować zabierając latarki, linę albo chociaż sznurek, prowiant, kredę do zaznaczanie drogi, aby nie zgubić się w ewentualnym labiryncie. Cóż miał robić? Musiał przyłączyć się do nich, pilnować aby nie zrobili większego głupstwa i dbać o bezpieczeństwo. Szedł jakiś czas z tyłu pochmurny i zamyślony. Wreszcie przyszedł mu do głowy jakiś pomysł i z rozjaśnioną buzią przyłączył się do reszty sypiąc dowcipami jak z rękawa. Wytłumaczył też małolatom, że najlepiej będzie zorganizować wyprawę w niedzielę rano, bo dorośli z całą pewnością będą odsypiać wesele i tym samym oni zyskają swobodę ruchów.

Po obiedzie szepnął coś matce, wziął rower i zniknął. Wrócił tuż przed zmrokiem z bardzo zadowoloną miną.

Wieczorem zrobiło się chłodno. Jurand napalił w piecu, dom wypełnił zapach palącego się drewna, ogień trzaskał wesoło a po ścianach skakały cienie. Dzieci nie pozwoliły włączyć światła, rozsiadły się na podłodze przy piecu, między nimi ulokowała się Tina. Sergiusz opowiadał historyjki o duchach, w tym również o wyjącym duchu hrabianki Doroty, na co Inka się obraziła „przynajmniej do jutra rana”, bo Kuba ze śmiechu turlał się po dywanie. Po kolejnej mrożącej krew w żyłach, straszliwej opowieści wujka, dziewczynki – oczywiście „bez związku ze sprawą” – zdecydowały się na włączenie lampki w dużym pokoju. Tę właśnie, przez której abażur przechodziło ciepłe, różowe światło.

Teresa i Jurand  mieli identyczne skojarzenia: przypomniał im się pierwszy wspólny i nigdy nie zapomniany wieczór. Teresa siedząca na podłodze z głową opartą o kolana męża powędrowała spojrzeniem w górę aż natrafiła na uśmiechnięte szare oczy.   Na skrzyni-ławie siedzieli przytuleni do siebie Sergiusz i Aldona, którym każda wspólna chwila dostarczała wielu wzruszeń. Tak więc w domku pod lasem było czworo bardzo szczęśliwych ludzi. Złączyła ich przyjaźń i złączył ich ten domek, przygarniając miłość pod swój dach.

Maciek zaskoczył wszystkich zrobieniem w tempie iście ekspresowym całej serii zdjęć i nikt nie zdążył robić głupich min jakie zwykle widać na pozowanych fotografiach.

Chłopcy nie chcieli spać w pokoju na dole. Wymyślili coś innego: spanie na strychu na składanych łóżkach, które nie były wykorzystane w Ukrytym Pokoju ponieważ dziewczyny gościnnie spały na piętrowym łożu. Teresa machnęła ręką na pomysły dzieci.

– Jak chcą to niech sobie śpią. Tylko dajcie nam się wyspać – zwróciła się do młodzieży. – I niech nikt nie wypadnie przez okno ani nie zleci ze schodów, dobrze?

Przyrzekli, że żaden z wymienionych przypadków na pewno się nie zdarzy.

W domku zapadła cisza. Młodzież powędrowała na górę. Dorośli cicho gawędzili na różne tematy, których nie chcieli poruszać przy dzieciach. Najpiękniejsze przeboje lat sześćdziesiątych, różowe światło, dogasający ogień w piecu stwarzały nastrój odpowiedni do zwierzeń i wspomnień.

Dziki wrzask, pisk i tupot tysiąca bosych stóp poderwał ich na równe nogi. Wpadli na górę skacząc po kilka stopni i zobaczyli, albo raczej nie zobaczyli, chłopaków schowanych w śpiwory. Wyglądało to jakby śpiwory wraz z łóżkami same się trzęsły i rechotały.

W Ukrytym Pokoju – Inka wskoczyła na parapet, Monika stała jedną nogą na łóżku a drugą na półce z książkami. Jedynie Linka zeszła na podłogę i rakietką do badmintona odsuwała z obrzydzeniem czarnego, włochatego potwora z długimi ruszającymi się odnóżami: gumowego olbrzymiego pająka, który łaził gdy naciskało się gumową gruszkę połączoną rurką z jego odwłokiem. Tina skakała wokół i oszczekiwała trzęsące się paskudztwo.

– Ja sobie rano z wami porozmawiam  – zapowiedziała Teresa śpiworom, które najwyraźniej dostały drgawek i jeszcze do tego rzęziły. – A teraz spać! I nie chcę was więcej słyszeć!

Na dole serdecznie się uśmiali we czwórkę. Każdy wspominał jakieś figle z dzieciństwa. Panowie przygotowali herbatę i kanapki ponieważ panie poczuły nieodpartą potrzebę wsparcia swych sił fizycznych. Spać poszli o czwartej rano, po rozsądnej uwadze Teresy.

– Nie wiem jak wy, ale ja oznajmiam szanownemu gronu, iż udaję się na spoczynek. Nie mam zamiaru jutro, przepraszam, dzisiaj, na ślubie i weselu wyglądać jak własna prababka. Cała rodzina mojego męża by się nad nim litowała, że wziął sobie za żonę starą, pomarszczoną jędzę.

Następnego dnia dziewczynki wstały bardzo wcześnie rano. Na palcach, z butami w rękach, starając się by podłoga nie trzeszczała a schody nie skrzypiały zeszły na dół po czym zniknęły w ogrodzie. Usiadły na pniu drzewa powalonego przez wichurę.

– Najlepiej będzie nałapać mrówek do słoika i wytrzepać im do śpiworów – wymyśliła Monika zemstę.

– Nie, coś ty, rozlezą się po całym strychu i nas też będą gryzły. Bez sensu – zaprotestowała Inka.

– No to co zrobimy? Przecież musimy im jakoś odpłacić za tego pająka.

– Można podłożyć nogi od łóżek, żeby się wywrócili jak będą wskakiwać a pod spód dać miski z wodą – głośno myślała Monika.

– To byłoby fajne Biedroneczko, ale woda zaleje cały strych i przecieknie do pokoju – pokręciła głową Linka. – Myślcie dalej.

– A gdyby im wpuścić do śpiworów zimne żaby? – Monika wpadła na kolejny pomysł.

– No, to byłoby śmieszne – poparła ją Inka.

– Oszalałyście? Dopiero mama z ciocią by nam dały. Zresztą, co wy, same nie wiecie, że żaba to też żywe stworzenie i chcecie się nad nią znęcać? W żadnym wypadku! – oburzyła się Linka.

– No to nie wiem co. Poddaję się, idę do domu – Inka podniosła się z pnia.

– Poczekaj – złapała ją siostra za rękę. – Pamiętasz jak oglądałyśmy u Filipa strasznie śmieszną komedię o Kargulu i Pawlaku?

– Pamiętam, „Sami swoi”.

– To była druga część, chyba „Nie ma mocnych”. Oni tam zwykłą, normalną świnię pomalowali czarną pastą do butów, żeby udawała dzika.

– Chcesz przez to powiedzieć…

– Właśnie, co ty na to?

– Bomba! Absolutna bomba!

– Powiecie o co chodzi? Ja nic nie rozumiem – Monika patrzyła to na jedną, to na drugą, obie zadowolone z pomysłu. – Powiecie wreszcie czy nie?

– Słuchaj Monika,  jesteś najlżejsza, tobie będzie najłatwiej przekraść się niepostrzeżenie i przynieść pudełko z rzeczami do butów, tam jest pasta – powiedziała Inka. – Wymalujemy chłopaków na czarno.

– Ale fajnie, – podskoczyła z radości najmłodsza spiskowczyni. – To mi się podoba, bo ja będę najważniejsza, prawda?

– Oczywiście, bo skąd wzięłybyśmy pastę? Ale bądź cicho, obudzisz wszystkich – uspokajała Linka.

Niezwłocznie przystąpiły do działania. Biedroneczka wśliznęła się przez uchylone okno do dużego pokoju i po cichutku przemknęła do sieni, stamtąd do łazienki. Bliźniaczki cały czas pilnowały Tinę, aby szczekaniem nie zrobiła przedwczesnej pobudki, bo zobaczywszy Monikę wchodzącą przez okno koniecznie chciała pójść w jej ślady. Kiedy dziewczynka zniknęła jej z pola widzenia, bardzo zaniepokojona już zaczynała koncert. Inka dosłownie rzuciła się na nią chwytając za pyszczek i usiłując odwrócić uwagę suni. Na szczęście Monika w mgnieniu oka załatwiła sprawę i z pudełkiem w ręce pojawiła się w drzwiach wychodzących na ganek.

Teraz musiały niepostrzeżenie, nie budząc nikogo dostać się na strych i wykonać najtrudniejszy punkt programu  czyli wymalować chłopakom twarze.

Spali jak zabici, żaden się nie poruszył. Monika ostrożnie nałożyła Markowi warstwę na czoło, policzki i nos. Inka z mściwa satysfakcją wymazała Kubę, mając w oczach obraz chłopca turlającego się ze śmiechu podczas opowiadania o wyciu hrabianki Doroty. Kładła dużo pasty nie rozsmarowując z obawy przed obudzeniem „ofiary”. W pewnej chwili poruszył się, zamamrotał coś pod nosem. Dziewczynki znieruchomiały a Kubuś przejechał ręką po czole, rozmazał pastę na ręce, na twarzy, nie obudził się jednak i ponownie zachrapał. Lince wcale nie chciało się robić z Maćka czarnoskórego ale czyż miała inne wyjście?

– Pospiesz się – syknęła siostra.

Monika i Inka miały pastę z pudełek, jej trafiła się w tubie. Wycisnęła ją rysując na Maćkowej buzi malownicze esy floresy. Wyglądali wspaniale. Linka wpadła na jeszcze jeden pomysł. Na migi pokazała dziewczynkom, żeby zeszły na dół, sama zaś cichutko przemknęła do Ukrytego Pokoju, wyjęła aparat, usiadła na progu z aparatem „gotowym do strzału” i czekała.

Inka, Monika i Tina zrobiły pobudkę rodzicom. Widząc ubrane i przekonująco jęczące z głodu dzieci, obie matki wstały i po szybkich zabiegach higieniczno – kosmetycznych, ubrane, piękne i pachnące – przygotowały śniadanie.

– Czy możemy śpiochów obudzić z wielkim hukiem? – spytała Monika.

– Huczcie sobie ile chcecie – pozwoliła Aldona. – W końcu macie wakacje i coś się wam od życia należy.

Sprytna Biedroneczka wciągnęła do zabawy i ojca i wujka. Podkradli się na strych z nadmuchanymi papierowymi torebkami i…

Wyobrażenie sobie tego, co się działo potem, przekracza granice zwykłej ludzkiej wyobraźni. Nagły huk poderwał chłopców z łóżek. Nieprzytomnym wzrokiem spoglądali wokół i na siebie nie wiedząc gdzie są i przez kogo zostali otoczeni.

– Diabeł! – wrzasnął Marek patrząc z przerażeniem na Kubę. – Czy ja już umarłem?

– To ja, idioto, a nie żaden diabeł – wściekły Kuba oglądał swoje umazane ręce. – Czy ja wyglądam tak samo jak ty?

Maćkowi było najtrudniej oprzytomnieć i otworzyć oczy. Patrzył na oba „diabły”, patrzył, wreszcie ryknął śmiechem na cały głos. A ponieważ głos miał silny, bez wzmacniacza słychać go było w każdym zakamarku domu. Przybiegła Teresa zwabiona przez ten niespodziewany i niesłychany harmider, zaraz za nią Aldona i obie usiadły na schodach osłabione śmiechem, niezdolne do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Obaj ojcowie ryczeli głosem starych bawołów, dziewczynki piszczały. Kuba i Marek ryczeli z wściekłości, ale stopniowo ich ryk stawał się coraz mniej wściekły aż przeszedł w szalony, nieopanowany śmiech. Jedynie Linka zachowała zimną krew  i pstrykała zdjęcie po zdjęciu dopóki nie skończyła filmu.

Długi czas upłynął nim całe towarzystwo uspokoiło się na tyle, by zejść na dół, domyć się i usiąść do śniadania, za które już wzięła się Tina. Zresztą przez cały dzień co chwilę ktoś zaczynał się śmiać na wspomnienie porannego przebudzenia chłopców.

„Starsi” panowie zajęli się ustawianiem altanki chcąc wykorzystać kilka godzin, które mieli do dyspozycji przed wyjazdem na ślub do Krakowa. „Młodzi” panowie najpierw długo nad czymś radzili, potem przyszli pomagać. Trzeba przyznać, że pomoc się przydała. Pale zostały ostatecznie wkopane w ziemię i umocowane, reszta konstrukcji odpowiednio osadzona.

Teresa była zachwycona. Wprawdzie narzekała, że altanka nie jest od razu obrośnięta zielenią i nie wygląda jakby miała sto lat, ale tylko dla zasady, z żartobliwym błyskiem w oku. Uściskała obu „starszych” panów. Młodzi się nie dali i czmychnęli w las.

– I tak wrócicie jak poczujecie zapach z kuchni – wołała za nimi. – Wtedy was dopadnę.

3.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Pełnia szczęścia:)

Nie będę dziś mówić o świecach wieczorem rozjaśniających mrok przed sądem i przyczynach ich zapalania… Nie chcę złej energii ze sobą zabierać… Pozostanę jeszcze w miłej weekendowej atmosferze. Sobota i niedziela takie ładne, ciepłe, słoneczne były, że wręcz nie mogłam uwierzyć. Może śpię, zaraz się obudzę i strugi deszczu zobaczę za oknem? Na szczęście nie śpię. Sześć dalekich spacerów z psami zaliczyliśmy wspólnie z Mężem sycąc oczy najpiękniejszymi kolorami jesieni, psy się zmęczyły i z zadowolonymi mordkami usypiały na długo po każdym powrocie do domu. Ogródek sprzątnęłam z liści i uschniętych roślin, Mąż skosił trawę, nawet babcia D. włączyła się i pozamiatała przed domem liście oraz oberwała pożółkłe z bluszczu rosnącego na siatce. Upiekłam babeczki dla Wnusi K., usmażyłam naleśniki do zabrania ( Mężowi kilka zostawiłam:)) i do Malutkiej zaraz pojadę. To jest pełnia szczęścia:)

2.10.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Szczawnica – wokół miasteczka się dzieje…

Czasami niektórzy ludzie sprawiają wrażenie jakby się z choinki urwali. Na przykład taki jeden książę, który powiedział o Szczawnicy, że to prywatne miasto rodziny jego narzeczonej i ona podnosi z gruzów bodaj 180 nieruchomości. Od razu „nerw mnie wziął” i wzburzyła się we mnie krew przodków przywołując natychmiast na pamięć powstanie Jakuba Szeli, o którym mi dziadek opowiadał – jak to chłopy rżnęły piłami panów za to, że panowie wredni byli. Że politycy bredzą to normalne, było kiedy przywyknąć. Ale o hrabiach czy innych książętach-niebożętach w XXI wieku to już się nie pamięta. I dobrze, bo tylko z przymrużeniem oka na takich patrzeć trzeba, co z pracy rąk Kowalskiego czy Nowaka całe życie korzystali ich samych mając za nic. Na słowa księcia odpowiedzieli włodarze miasta natychmiast, że miasto niczyją własnością nie jest a rządzi Burmistrz i Rada Miasta wybierani w wyborach. Mieszkańcy też od razu odpowiedzieli prostując, że spadkobiercy hrabiego Stadnickiego podnoszą, owszem, ale czynsze do maksymalnych stawek. Odbudowali dopiero własny dom rodzinny, pijalnię wód mineralnych i kilka budynków ale nie uzyskali jako Uzdrowisko kontraktu z ZUSem przez co ludzie boją się utraty pracy a do miasta przybywa mniej kuracjuszy. Przeczytałam o tym w necie. Ponieważ Szczawnica to moje ukochane miasteczko „czułam mus”, żeby o tym wspomnieć. Od kiedy tam przyjeżdżam, obserwuję niesamowite zmiany na korzyść zaistniałe dzięki młodemu Burmistrzowi panu Grzegorzowi Niezgodzie, Radzie Miasta i Mieszkańcom. Celowo napisałam wielką literą, bo tak się należy. We wcześniejszym wpisie (z dn.29.04.17r.) nadmieniałam, że pan Burmistrz zdobył nagrodę „Lider Samorządu” i został uznany najlepszym samorządowcem wśród gmin miejskich i wiejsko-miejskich w Polsce. Otrzymał również zaszczytny tytuł Najpopularniejszy Burmistrz Małopolski w plebiscycie organizowanym przez Gazetę Krakowską i Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Małopolski. I to są prawdziwe zasługi i osiągnięcia widziane na dodatek z zewnątrz, okiem turysty. Nie wiadomo czy będzie mógł jeszcze raz się ubiegać o stanowisko, bowiem „dobra zmiana” może przeszkodzić w myśl słów Młynarskiego „co by tu jeszcze spieprzyć…”. Nadmienię, iż przeciwnik Burmistrza, lider pisowy, chętnie publikuje swe zdjęcie z Antonim zwanym Krokodylem…

1.10.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Szczawnica,to moja ulubiona miejscowość,mógłbym tam mieszkać na stałe. Jeżdżę do niej od 20 lat i widzę zmiany jakie zachodzą.Szczególnie szybkie tempo tych zmian nastąpiło za kadencji burmistrza Niezgody, który potrafił dobrze wykorzystać środki unijne na rozwój miasta. Co ciekawe burmistrz Niezgoda kandydował na ten urząd nie z ramienia jakiejś partii ale z ruchu obywatelskiego mieszkańców Szczawnicy i może o to właśnie chodzi.
  • annazadroza Obserwator:) Słusznie zauważyłeś, że nie z żadnej partii burmistrz obecny został wybrany. Ludzie chcą żyć i funkcjonować normalnie, nie zawsze w oparach partyjnego absurdu.
    Cieszę się, że jeszcze ktoś tak lubi Szczawnicę jak ja:):):) Pozdrawiam:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 33

W piątek przed południem gwałtownie został zakłócony spokój panujący zwykle w domku pod lasem i okolicy. Rozległ się klakson czerwonego malucha, szczekanie Tiny, krzyki chłopców, piski dziewczynek. Do tego dołączyły się radosne głosy witających się dorosłych. Stare drzewa nigdy w życiu nie widziały czegoś podobnego. Najpierw gniewnie zaszumiały oburzone, że ktoś śmie zachowywać się w ten sposób, nie szanując ich powagi i wieku. Potrząsały grubymi konarami, ciskały drobniutkimi gałązkami i pożółkłymi liśćmi w stronę hałaśliwej gromadki. Ale rzecz niesłychana – przyjrzawszy się jej z bliska poczęły się uspokajać, szumieć ciszej i spokojniej. Nawet pozwoliły słońcu wyjrzeć zza chmur by i ono przyjrzały się ludziom, którzy krzyczeli nie z gniewu i nienawiści, ale z wielkiej radości. To byli dziwni ludzie. A dlatego dziwni, że unosiły się nad nimi niewidzialne cząsteczki dobroci, serdeczności i miłości do całego świata. To dostrzegły stare drzewa pamiętające wydarzenia i ludzi sprzed wielu, wielu lat.

Najgłośniej wrzasnęła… Teresa na widok Tiny.

– O matko, jakie cudo! Skąd ją macie?

Sunia przerażona tumultem i krzykiem schroniła się pod paniną spódnicę. Może bała się, że ktoś zabierze ją od  ludzi, których zdążyła pokochać całym serduszkiem ze wszystkich sił? A może zobaczyła siebie znów opuszczoną, głodną, cierpiącą, leżącą na ulicy w oczekiwaniu na śmierć?

Teresa kucnęła i przemawiała do szczenisi nie zwracając uwagi na nikogo i z nikim się nie witając. Tina ostrożnie wysunęła łebek zza kolan Aldony. Nie cofnęła się, kiedy „ciotka” pomaleńku zbliżyła rękę.

– Tinusiu, to jest ciocia Terenia – tłumaczyła Linka.

– I ona ma Maksa – dodała Inka.

– I jeszcze Miećkę – Monika czuła się w obowiązku przekazać kolejną informację.

Tina machnęła ogonkiem i  zrobiła krok w kierunku Teresy obwąchując wyciągniętą w jej stronę rękę.

– Widzisz ciociu jaka ona mądra? – chwaliła Linka ulubienicę. – Wszystko zrozumiała.

– A dlaczego nie ma Maksa? – spytała Inka.

– A nie widzisz, że by się nie zmieścił? – pytaniem na pytanie odpowiedział Kuba i już był przy Tinie.

Suczka stała się głównym ośrodkiem zainteresowania. Zachwycano się nią i porównywano do Zbója, którego rzeczywiście przypominała.

– Jest przepiękna – stwierdzili zgodnie przyjezdni.

– Gdybyście ją zobaczyli wcześniej – pokręciła głową Aldona, – szkoda mówić, obraz nędzy i rozpaczy.

– W bardzo krótkim czasie nabrała takiego wyglądu? Zdumiewające.

– Też byś nabrał gdybyś jadł za czterech, pił najlepsze mleko od krowy a nie ze sklepu i gdyby cię szczotkowały trzy dziewczyny pięć razy dziennie – wyjaśnił Sergiusz.

– Nie wiem czy zniósłbym to ostatnie – zaśmiał się Jurand.

– Na łapce już nawet strupa nie ma, odpadł. Rana na szczęście nie była głęboka. Dzięki Karolinie tak prędko się zagoiła, Tina była osobistą pacjentką pani doktor.

– Bo ciocia Karolina nawet  tutaj przyjeżdżała, żeby leczyć naszą Tinusię – tłumaczyła Biedroneczka.

– I teraz tylko czasem kuleje jak za dużo biega i się zmęczy – wyjaśniła Inka.

– Karolina kuleje? – zdziwił się Maciek.

– Głupi jesteś – skwitował Kuba. – Chyba jasne, że nie Karolina tylko Tina.

– Czep się tramwaju a nie mnie, dobrze? – spokojnie odpowiedział Maciek.

Marek tymczasem odnalazł kotki i tulił obydwie jednocześnie.

– Jak one urosły – dziwił się. – Dopiero były malutkie, mieściły się w dłoni taty.

– Przecież przez kilka dni tak nie urosły.

– No nie, ale tak w ogóle.

– Tak w ogóle to ty też niedawno byłeś malutki. A teraz co? – uśmiechnął się Jurand do synka.

– Ale nie byłem mniejszy od gąsienicy!

– A kto był mniejszy od gąsienicy? – zdumiała się Aldona.

Naburmuszony Kubuś odwrócił się plecami. Wciąż nie mógł znieść, kiedy ktoś się z niego śmiał. Trzeba jednak przyznać, że okresy obrażania się trwały coraz krócej i chłopiec powoli nabierał do siebie dystansu.

– Oglądaliśmy z tatą zdjęcia zrobione w Muzeum Wojska Polskiego gdy Maciuś miał trzy latka – wyjaśniła Teresa. – Na jednym mój synek stał obok czołgu. Tata powiedział: zobacz Maćku, jesteś tutaj mniejszy od gąsienicy. Kubuś wtedy zastygł w pół gestu i niezmiernie zdumiony wyjąkał: to Maciek był mniejszy od gąsienicy? W wyobraźni zobaczył brata wielkości komara.

Weszli do domu. Dzieciaki pognały na górę do Ukrytego Pokoju. Tina pierwszy raz odważyła się wejść na schody i wbiegła za nimi.

Teresa nie poznawała Aldony. Szczęście biło z całej postaci przyjaciółki, uśmiech nie schodził z twarzy, ruchy miała lekkie, zwinne, nie stąpała po ziemi ale płynęła tuż nad nią spowita falbanami spódnicy. Za każdym razem gdy zatrzymywała wzrok na Sergiuszu, spojrzenie stawało się ciepłe, przepełnione tak wielkim uczuciem, że Teresa poczuła pod powiekami łzy wzruszenia. Przyjrzała się też ukradkiem Sergiuszowi i ku swej  radości zobaczyła dokładne odbicie uczuć Doniczki. Zrobiło jej się lekko na sercu, westchnęła głęboko i przytuliła się do męża. Jurand musnął wargami jej włosy.

– Chodź, zobaczymy co Doniczka nawyprawiała w ogrodzie. Sergiusz opowiada jakieś dziwne rzeczy – powiedział.

Nie posiadali się ze zdumienia oglądając rezultat „nawyprawiania” przyjaciółki.

– Doniczko, jesteś absolutnie genialna – oświadczyła Teresa. – Oczywiście zrobiłaś to, co ja powinnam była zrobić ale nie zdążyłam. Skąd wiedziałaś, że dokładnie tak miało wyglądać właśnie to miejsce?

– Przecież sama mówiłaś ze sto razy co musisz zrobić w ogrodzie i w którym miejscu. Nie pamiętasz? Cóż, starość nie radość… Skleroza też nie boli tylko się nachodzić trzeba…. A poza tym przecież wszyscy, jak mówiła panna Kornelia, należymy do ludzi, którzy znają Józefa.

– Jakiego Józefa? – zdziwił się Sergiusz. – Ja nie znam żadnego Józefa. Chyba, że wam chodzi o Ziutka? A co on ma z nami wspólnego akurat tutaj?

– Nie o Ziutka tylko o Józefa – śmiała się Aldona  zagłuszana przez jeszcze głośniej śmiejącą się Teresę. – Jeśli go nie znasz, poznasz po wakacjach, moja w tym głowa. Zmuszę cię do przeczytania „Wymarzonego domu Ani”, albo będę ci czytała sama jako powieść w odcinkach.

– Poplotkujcie sobie dalej a ja pójdę się przebrać i obaj weźmiemy się za męskie prace – powiedział Jurand. – Ale najpierw muszę się napić kawy.

Po chwili wrócił w bawełnianej koszulce i wygodnych dżinsach, coś powiedział na ucho żonie, która odpowiedziała pełnym miłości spojrzeniem zatopionym w ukochanych szarych oczach i skinęła głową.

– Nie podsłuchiwać – rzucił żartobliwie w stronę Aldony i Sergiusza. – Ja powiedziałem mojej żonie coś na wasz temat, to prawda. A jeśli chcecie wiedzieć co, stańcie oboje przed lustrem, wtedy zobaczycie.

„Dziewczyny” poszły do kuchni. Miały tyle do omówienia! Zwykłe prozaiczne czynności w postaci przygotowania obiadu czy ogarnięcia kuchni po śniadaniu nie przeszkadzały w rozmowie. Teresa opowiadała co się zdarzyło na Ursynowie, ze szczególnym uwzględnieniem Imielina oraz Natolina, Aldona zaś zdawała relację z wydarzeń zachodzących w Tenczynku i okolicach mających miejsce podczas jej pobytu. Wyrzucały z siebie informacje przekrzykując się wzajemnie, żartując i wybuchając co chwilę śmiechem.

Panowie w tym czasie obejrzeli altankę i zaraz po obiedzie postanowili przystąpić jej wykańczania. Potem Jurand został zaprowadzony na strych w celu zaprezentowania mu niespodzianki: piętrowego łoża dla chłopaków. Teresę zwabił na górę głośno wyrażany zachwyt dla owego dzieła. Stwierdziła oczywiście, że jest to prawdziwe cudo, ale… jeszcze przydałaby się do kompletu szafka na pościel. Sergiusz potraktował rzecz poważnie i powiedział, że zrobi jeśli zdąży.

– Ależ nie, ja tylko żartowałam – tłumaczyła Teresa. – Nie rób, tak sobie palnęłam. Moi chłopcy zrobią  to razem, kiedy czas im na to pozwoli.

– Wykluczone – odrzekł. – Przecież sam powinienem był o tym pomyśleć.

– Zostaw to, staruszku – Jurand klepnął przyjaciela w plecy. – Chcesz wszystko zrobić od razu, żebym potem ja umarł z nudów? Proszę, zlituj się nade mną i nie rób mi takiej krzywdy.

– Dziewczynki! – wołała z dołu Aldona. – Gdzie jest cały chleb? Coście z nim zrobiły?

Linka wystawiła głowę zza drzwi Ukrytego Pokoju.

– Tina zjadła.

– Jak to zjadła? Sama? Cały chleb? Od razu?

– Nie od razu tylko od wczorajszego popołudnia. Przecież był bardzo smaczny. Jadła go po kawałku z masłem aż zjadła. Sama jej dawałam. Chyba jej nie żałujesz chleba mamusiu, prawda?

– Nic dziwnego, że w takim krótkim czasie zmieniła się nie do poznania – zauważył Jurand.

– W takim razie musicie natychmiast iść do wsi po chleb, bo nie będzie co jeść na kolację. Tylko biegiem.

Głowa Linki zniknęła. Dało się słyszeć sześć głosów mówiących jednocześnie i po chwili zatrzęsły się schody ledwo wytrzymując zbieganie i zeskakiwanie sześciu par nóg.

– Idziemy wszyscy – oznajmił Maciek.

– Mamusiu, weź Tinę do siebie, żeby z nami nie szła – poprosiła Inka. – To dla niej za daleko, mogłaby się jej otworzyć rana.

– I po co ma ją znowu boleć? – rzuciła Monika pytanie i pobiegła nie czekając na odpowiedź.

– Przecież już nawet strupek odpadł… – zaczęła Aldona, ale już zniknęła cała gromadka, co do jednej sztuki, więc tylko machnęła ręką.

– Młodzież wyparowała, zostaliśmy tylko my, stare wapniaki – stwierdziła Teresa zabawiając Tinę. – Trafiła się wam najpiękniejsza sunia jaką ostatnio widziałam.

– Tereniu, wzięłaś ze sobą zdjęcia? – spytał Jurand.

– Oczywiście, już przynoszę – zerwała się i poszła do dużego pokoju.

– Jakie zdjęcia? – zaciekawiła się Aldona.

– Różne, głównie kolorowe i bardzo udane – droczyła się z przyjaciółką Teresa wróciwszy z plikiem fotografii.

– Pokaż, nie bądź małpa, strasznie jestem ciekawa – wyciągnęła rękę.

Teresa schowała zdjęcia za siebie.

– Właściwie, zupełnie nie wiem czy to ty jesteś czy nie. Tamta kobiecina ze zdjęcia jest starszą, smutną osobą w średnim wieku i nie przypomina smarkuli, którą widzę przed sobą. No, może jakieś podobieństwo  na upartego można znaleźć, ale znikome…

– Zamorduję tę jędzę – Aldona ruszyła w stronę przyjaciółki potęgując wesołość obu panów.

Teresa stanęła za Sergiuszem i wspinając się na palce pod same oczy podsunęła mu zdjęcie Aldony.

– Sam zobacz czy nie mam racji.

– Czekaj, tak dokładnie zakryłaś mi oczy, że nic nie widzę. Daj, sam muszę się przyjrzeć… Faktycznie…słabe podobieństwo…A poważnie, jak to można uwiecznić nieuchwytną, zdawałoby się, chwilę, stan ducha, myśl zapisaną na twarzy.

Przypomniał sobie jak owego wieczoru zastygł bez ruchu w ciemności, przez przypadek podpatrując i podsłuchując Aldonę w chwili słabości. Oglądali zdjęcia ze śmiechem wyrywając je sobie z rąk, komentując, wspominając różne sytuacje z tego wesela nieprzewidzianego przez zaskoczonych państwa młodych. Na kilku widać było Aldonę tańczącą albo rozmawiającą z Sergiuszem.

– Słuchaj Doniczko – ze śmiertelną powagą zaczęła Teresa. – Z natury nie jestem zazdrosna, ale wszyscy niewtajemniczeni oglądający fotografie zdecydowanie stwierdzili, że to najładniejsza para na przyjęciu. Wypraszam sobie na przyszłość podobne numery. W końcu to było moje wesele!

– A ile masz zamiar jeszcze ich mieć, tych wesel, skoro sobie wypraszasz na przyszłość? – broniła się Aldona.

– Któż może wiedzieć co go jeszcze w życiu czeka, prawda kochanie? – odpowiedziała siadając obok męża. – Moglibyśmy wesele wyprawiać co roku, w rocznicę na przykład.

Czas płynął bardzo szybko. Ziemniaki się rozgotowały, filety czekały usmażone a dzieci ani widu ani słychu.

– Może podjadę do wsi? – zaproponował Jurand.

– Nie znajdziesz ich. Najpierw pobiegli polami, na skróty, potem gdzieś między domami przez wieś. Przecież nie zginą, nikt nie napadnie w biały dzień takiego stada wariatów – uspokajała Teresa.

Aldona przywołała Tinę i razem z Teresą wyszły przed dom. W pewnej chwili sunia zaczęła węszyć górnym wiatrem i szczeknęła, radośnie machając ogonem.

– Chyba idą – ucieszyły się obie matki.

„Stado wariatów” najpierw dało się słyszeć a widzieć – dopiero po jakimś czasie.

– Co wy sobie myślicie? – skoczyła w ich stronę Teresa. – Czy ja mam przez was ducha wyzionąć z nerwów? Gdzie byliście tak długo?

– Spokojnie Musiu, spokojnie – Kuba wyciągnął przed siebie obie ręce. – Nic się nie stało. Tylko dziewczyny…

– Co dziewczyny? Co dziewczyny? – tupnęła nogą Linka. – To Marek pierwszy zaczął skubać chleb.

– Właśnie! – Inka poparła siostrę. – Bo to było tak: skręcaliśmy już przy kościele gdy Marek ułamał kawałek piętki. Takiej pachnącej i chrupiącej w zębach. Każdemu ślinka ciekła i każdy rwał po kawałku.

– Kubusiu, a ty? – zaniepokoiła się matka.

– Coś ty, Musiu, ja nie jestem taki głupi. Kupiłem sobie ziemniaczane chipsy z papryką i śmiałem się z nich. Fajnie wyglądało jak kupa ludzi rzuciła się na jeden chleb.

– Całe szczęście, że jesteś taki mądry – odetchnęła z ulgą Teresa.

– A potem chleba zrobiło się bardzo mało, chociaż kupiliśmy największy – podjęła wątek Monika.

– Jak to mało? Przecież macie cały duży bochen!

– No bo, Musiu – Maciek postanowił sam udzielić wyjaśnień, – poszliśmy do cioci Marka, co mieszka niedaleko stawu. Chcieliśmy odkroić ten ogryziony chleb i powiedzieć, że w piekarni było tylko pół.

– O wy oszuści, chcieliście nas okłamać?

– Ale i tak by się nie udało, Musiu, bo jak dziewczyny ukroiły chleb, okazało się, że krzywo. No więc zaczęły równać i skroiły do końca. Jak wyraźnie widać, spóźnienie było nie tylko moją zasługą – oświadczył Marek.

Mówił do Teresy ”Musiu” i nikt obcy nie wpadłby na pomysł, że nie jest rodzonym bratem Kuby i Maćka. Można się nawet było doszukać zewnętrznego podobieństwa. Teresa żartowała, że skoro opiekun upodabnia się do swojego psa, dlaczego oni nie mieliby się upodobnić do siebie.

– Skąd więc macie chleb?

– Pożyczyłem od cioci pieniądze i wróciliśmy do piekarni.

– A tamten pokrojony zjedliśmy po drodze do końca – zakończyła Inka.

– Wiesz Doniczko, kiedyś, dawno, dawno temu zrobiłyśmy z Majką dokładnie to samo. Cóż, historia się powtarza i często sami popadamy w zdumienie widząc siebie we własnych dzieciach – powiedziała Teresa.

29.09.2017

  • urszula97 Ooo,to Ty pisarką jesteś,świetne.Odnosnie pelargonii napisałam na blogu,pozdrawiam.
  • annazadroza urszula97:) Spróbuję jakoś z tymi pelargoniami postąpić zgodnie z Twoją radą. Takie ładne mi się w tym roku trafiły, ze naprawdę szkoda byłoby tak całkiem je zmarnować. Dziękuję i pozdrawiam:)
  • quba Bardzo piękna i ciekawa opowieść. Dziękuję. Pozdrawiam. Będę tu.
    Quba
  • annazadroza Quba:) Witam i z serca zapraszam:) Dla relaksu i uśmiechu, chwili oderwania się od bieżących spraw. Pozdrawiam baaardzo serdecznie 🙂
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Wydawnictwo Kobiece… dziewczyny górą!

Trafiłam na Wydawnictwo Kobiece – tak się nazywa. Spodobało mi się to, co dziewczyny o sobie napisały i co robią. To jakby moje bohaterki wyszły z szuflady na świat i żyły dalej w realu. Tak sobie myślę, że naprawdę (jeszcze) jest czas na realizowanie planów młodych, energicznych kobiet, pełnych marzeń, energii, wiedzy i umiejętności. Bo my kobiety – w różnym wieku, tym emerytalnym też, musimy radzić sobie często na kilku równoległych planach, załatwiać sprawy, rozwiązywać problemy swoje i bliskich, mieć „głowę jak komputer” i siłę słonia. A jednocześnie wymaga się byśmy jak lilie wiotkie i eteryczne były, takie romantyczne a zarazem stojące na ziemi strażniczki domowego ogniska i służące do wszystkiego – jakby XIX wiek trwał jeszcze, jakby niektórzy nie zauważyli, że nawet XX już minął… Dlatego dałam w nawias „jeszcze”, że z prawej strony słyszę męskie głosy świadczące o poglądach takich, że to …pożal się boże…, które świadczą o poziomie prawdziwym rozwoju danego męskiego osobnika. Szowinisty znaczy. Najchętniej kobietę uczyniłby sobie podległą bez reszty, zamknął w domu, w kuchni i przy dzieciach rodzonych w ilościach hurtowych. Wszak ksiądz dobrodziej rodzić każe, antykoncepcji stosować nie pozwala, piekłem straszy. Tak się składa, że piekło jest. Na ziemi. W dalszym ciągu wielu kobietom zgotowane jak to, o którym pisał dawno temu Tadeusz Żeleński- Boy, czyli „Piekło kobiet”. Jakże inaczej określić można np. słowa prezesa wszystkich prezesów, że kobieta ma rodzić nawet najbardziej zdeformowane płody… już nie chcę przypominać ciągu dalszego tudzież innych „mądrości”bo uczucia bardzo złe mnie ogarniają a chciałabym tego uniknąć.
Na szczęście prawdziwi mężczyźni istnieją na tym świecie obok szowinistów męskich. Szukam innej jakiejś pozytywnej wiadomości… Mam! W Arabii Saudyjskiej kobiety będą mogły prowadzić samochody! No i proszę, dziewczyny górą:)

28.09.2017

  • babciabezmohera Bardzo trudno zrezygnować z władzy nad kobietą, tym bardziej że to wielowiekowe zaszłości. Jeśli kobiety same jarzma nie zrzucą, to proces dążenia ku równouprawnieniu będzie trwał a trwał…
  • annazadroza Uważam, że im osobnik bardziej tchórzliwy, zakompleksiony i prymitywny tym większą władzę nad innymi chce posiadać, w tym nad kobietami. Iluż to damskich bokserów nie tak dawno widzieliśmy wśród osób, które powinny być nieskazitelne z racji pełnionych funkcji…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Niech każdy otrzyma…jak najszybciej

Z wielką niechęcią zbliżam się do telewizora, co jedna informacja to gorsza. PAD – okazało się, nie jest polskim prezydentem lecz tylko tych, którzy na niego głosowali. Ja nie głosowałam, więc moim nie jest. Zawiodłam się mając nadzieję po spacerach ze świeczkami w ładną pogodę. Mąż mówił, żebym się nie łudziła, bo to tylko wrażenie… Miał rację, zostało tylko wrażenie. Teraz już niemiłe. No bo jak to? Jeśli Konstytucja nie pasuje do wymysłów różnych to ją zmienić? A gdzie strażnik Konstytucji? Której bronić powinien a nie łamać? Konstytucji będącej aktem prawnym najwyższym, najważniejszym, ustawą zasadniczą, do której cała reszta powinna się odnosić i na niej się opierać? Nie trzeba być prawnikiem aby dostrzec, iż o żadnych usprawnieniach w działaniu sądów nie ma mowy. Tylko o upolitycznieniu. No bo jeśli mądry sędzia ma lat 65 to będzie musiał odejść. Jeśli się pisowym członkom i PAD spodoba, może go
zostawią. A jak nie, to będzie – tu cytuję: „spieprzaj dziadu”. Prawomocne wyroki sądów można będzie zaskarżać. To jakie one prawomocne? Zależne od „widzimisię” różnych takich przecież… Cyrk po prostu. Jeśli – dajmy na to – sprawa ciągnęła się 5 lat, to po zaskarżeniu „prawomocnego” wyroku będzie się toczyła od nowa drugie tyle albo dłużej. Bo nie wierzę, że ktoś nie zaskarży mając taką możliwość. Opozycja się sprzeciwia różnym … takim… pomysłom? No i co z tego? Pisy zamkną się w innej sali niż plenarna, policzą się tak, żeby było po ich myśli wliczając np nogi od krzeseł albo osoby sprzątające i zrobią wszystko, co będą chcieli. Skrzywdzili już tak wielu dobrych ludzi, że nie mam ani jednego dobrego życzenia dla żadnego z nich. Niech każdy, dosłownie każdy, otrzyma to, na co zasłużył. Oby jak najszybciej.

27.09.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Niestety ,to wszystko prawda. I nie zanosi się na nic lepszego,na scenie politycznej nie widać żadnej konsolidacji wśród opozycji, a na horyzoncie nie pojawia się jakakolwiek alternatywa.Musi być chyba jeszcze gorzej,żeby było lepiej,tylko kiedy społeczeństwo zmądrzeje.
  • kolewoczy Ja nie pamiętam żadnej władzy, która nie skrzywdziła dobrych ludzi, więc nie widzę różnicy.
  • annazadroza Rick:) Zanosi się na znacznie gorzej, gorzej niż było kiedyś, w czasach, gdy mnie nie było na świecie jeszcze albo byłam zbyt mała, by cokolwiek pamiętać.
  • annazadroza kolewoczy:) Z pewnością patrzy inaczej ktoś, kogo rzecz dotyczy bezpośrednio. Wtedy zdystansować się jest bardzo trudno. Wręcz to niemożliwe jest.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 32

Aldona znalazła dla siebie fantastyczne zajęcie. Jak niegdyś Teresa w Cięciwie, tak ona tutaj postanowiła ujarzmić dziką roślinność szalejącą w ogrodzie, by choć w ten sposób odpłacić przyjaciółce za gościnę. Poza tym miała ochotę poczuć woń świeżo skoszonej trawy, poruszonej ziemi a z tymi zapachami nic nie może się równać. Kojarzą się zawsze z wakacyjną wolnością, życiem bez stresów i problemów, jakby w innym wymiarze czasu. Ubrała się w krótkie spodenki, starą kolorową koszulę zawiązała z przodu na supeł, włosy spięła, żeby nie przeszkadzały.

Na elektrycznej kuchence postawiła „kocioł do gotowania jeńców” z zupą, a właściwie ze wszystkim z czego zupa miała sama powstać po odpowiednim czasie. Do ręki wzięła sierp i wyszła do ogrodu. Przed domem Sergiusz w asyście dziewczynek rozpoczął dzieło tworzenia piętrowego łoża dla chłopaków. Obok leżała Tina. Oczy miała zamknięte, ale co chwilę zerkała i sprawdzał czy coś jej nie grozi. Aldona obeszła dom dookoła i przystanęła przed ganeczkiem. Zdecydowała, że najpierw zajmie się zielskiem rosnącym pod przysłoniętymi liliowymi firankami oknami dużego pokoju. Założyła na ręce ogrodowe rękawice i pochyliła się biorąc w lewą rękę wiecheć trawy, ucinając go przy samej ziemi sierpem trzymanym w ręce prawej. Dawno temu babcia dokładnie pokazała jej jak to się robi. Zapamiętała się w tej pracy. Nie zwracała uwagi na nic więcej poza zwiększającą się powierzchnią, z której znikała zielonobrunatna plątanina roślin. Bolały ją plecy nienawykłe do tak niewygodnej pozycji. Uklękła więc podkładając sobie grubo złożoną gazetę i na kolanach posuwała się dalej. I tak szła od ganeczku do końca budynku i z powrotem, i jeszcze raz i z powrotem. Fizyczne zmęczenie dawało jej radość, cieszyła się, że nie obchodzi jej w tej chwili nic poza dotarciem na kolanach do srebrnego świerka, bo tyle postanowiła wykonać przed obiadem.

Kiedy ból pleców zmusił ją do wyprostowania się, wstała, przeciągnęła się kilka razy, rozciągnęła mięśnie i stawy znużone jednostajną pozycją i poszła po grabie. Wystarczyło kilka ruchów rąk by urosła wielka kopa zżętej trawy. Znów wzięła sierp do ręki, znów się pochyliła uradowana z pokonania słabości własnego ciała. Im więcej czuła fizycznego zmęczenia, tym lżej robiło jej się na duszy. Wreszcie osiągnęła cel dotarłszy do świerka. Usiadła na pieńku obok, oparła głowę o chropowatą korę starej jabłoni. Roześmianymi oczyma patrzyła na swoje dzieło. W wyobraźni widziała cały ogród doprowadzony przynajmniej do takiego właśnie stanu, altankę obrośniętą girlandami pnących róż oraz gąszcz krzewów dzikiej róży albo kłującego głogu broniącego dostępu z zewnątrz, bo gdyby nawet ktoś przedostał się przez płot, nie byłby w stanie pokonać żywej, kolącej zapory. Klasnęła w ręce z radości przypomniawszy sobie, że przywiozła ze sobą nasiona różnokolorowych malw zebrane podczas spacerów z przyjaciółkami na Imielinie, gdzie z roku na rok rosło ich coraz więcej na trawniku obok bloku. Podniosła się i z trudem prostując plecy pokuśtykała szukać reszty domowników.

– Sergiuszu, gdzie jesteś – wołała. – Dziewczynki, gdzie was licho poniosło?

Z sieni wyjrzała Tina machając ogonkiem.

– Gdzie oni wszyscy są? Tinusiu, no gdzie? Powiedz.

Tina spojrzała w stronę schodów prowadzących na strych i szczeknęła spoglądając w górę.

– Hej, wy tam na górze! Żyjecie jeszcze?

W odpowiedzi usłyszała stukanie, szuranie i po chwili u szczytu schodów pojawiła się główka Moniki.

– Żyjemy ale ciężko pracujemy – powiedziała – Stokrotki trzymają deski, w których tatuś wierci dziury a ja stękam, żeby one nie musiały, bo by się bardziej zmęczyły.

– No to idź stękać dalej, nie przeszkadzaj sobie – śmiała się Aldona. – Zapytaj tylko tatę gdzie jest jakaś łopata, bo nie mogę żadnej znaleźć.

Biedroneczka zniknęła na chwilę, po czym wróciła i przekazała informacje jednym tchem.

– Tatuś powiedział że i tak nie znajdziesz a jak nawet znajdziesz to nie uniesiesz bo jest tylko jedna duża i bardzo ciężka i on musi zejść na dół i sam ci da i pytał po co a ja nie wiedziałam i już idzie bo widzę że idzie.

Sergiusz zszedł na dół i zdumiony patrzył na nią bez słowa. Nie miała pojęcia dlaczego. Idąc za jego wzrokiem – parsknęła śmiechem. Kolana miała ufarbowane trawą na brudnozielony kolor i ozdobione źdźbłami trawy malowniczo dyndającymi wokół nóg

– Gdzie trawę wycinają tam źdźbła dyndają  – oświadczyła. – Zobacz co zrobiłam. Nie myśl sobie, że tylko ty pracujesz.

– No no no – pokręcił głową z niedowierzaniem. – Ty to wszystko teraz sama zrobiłaś?

– Nie, krasnoludki i sierotka Marysia – uśmiechała się zadowolona, że zaskoczyła go rezultatem swych przedpołudniowych wysiłków. – Podoba ci się?

– Jestem oszołomiony i zachwycony. I nigdy nie uwierzę, że dokonałaś tego sama. Na pewno masz kontakty z jakimiś pozaziemskimi istotami, które ci w tym pomagały, albo jesteś czarownicą. Mam rację?

– Jak na to wpadłeś? Widocznie jesteś geniuszem, przykro mi, że wcześniej tego nie dostrzegłam.

Przytulił ją do siebie i na moment zapomnieli o całym świecie zasłuchani tylko w siebie.

Trzęsienie ziemi nie zrobiłoby większego zamieszania niż szczekanie Tiny i dzikie wrzaski dziewczynek, które zobaczyły dzieło Aldony. Oczywiście zaoferowały swoją pomoc przy wycinaniu zielska, zaraz potem posprzeczały się o miejsce, w którym złożona ma być sterta trawy.

– Przecież można ją ułożyć na konstrukcji z patyków i zrobić szałas – dowodziła Inka.

– Wcale nie, bo szałas robi się z gałęzi, bez trawy, tylko z liśćmi – dowodziła Linka.

– A właśnie, że trzeba dać trawę na jedną kupę a potem w środku wydłubać tunel i jaskinię – tłumaczyła Monika uwielbiająca „Dzieci z Bullerbyn”.

Atmosfera stawała się coraz gorętsza, każda obstawała przy swoim zdaniu. Uspokoiły się dopiero wtedy, gdy Aldona zagroziła, że nie będą mieszkać w Ukrytym Pokoju, jeśli natychmiast nie zaprzestaną kłótni.

Po obiedzie znów wzięła sierp do ręki siejąc spustoszenie wśród starych, splątanych, częściowo uschniętych warkoczy trawy pozwalając wyjrzeć na świat drobniutkim, zielonym, młodym ździebełkom. Zakopała w ziemi nasiona malw, tuż pod ścianą domu, mając świadomość, że za dwa lata zakwitną, potem będą się rozsiewać same i pozostaną tu na zawsze, ubarwiając świat kolorowym kwieciem.

Dzień za dniem mijał szybko przy pracy i zabawie. Sergiusz skończył piętrowe łóżko i postawił je na strychu. Był z siebie niesłychanie dumny  –  przedsięwzięcie było to nie byle jakie. Aldona szczerze podziwiała jego zdolności i głośno chwaliła. Mile połechtany pochwałami zrobił „początek” altanki w ogrodzie. Z mocnych listewek stworzył konstrukcję w postaci prostopadłościanu, która miała być oparta na grubych palach wkopanych w ziemię. Przyznał się, iż przed wyjazdem zaplanowali tę „budowlę” wspólnie z Jurandem a Teresa zadecydowała w którym miejscu powinna stanąć.

Dziewczynki nie pozwalały odpoczywać jedynemu mężczyźnie w tym domu. Goniły go do pracy ponieważ chciały mieć altankę już gotową, oczywiście dla siebie do zabawy. Musiał obiecać, że zrobi też ławeczki do siedzenia, koniecznie z oparciem.

– Wydaje mi się, że znalazłyście biedakowi zatrudnienie aż do następnych wakacji. Dajcie mu wreszcie chwilę spokoju – nie wytrzymała Aldona. – Sergiuszu, zostaw to i chodź na spacer. Nie mogę pozwolić abyś w czasie urlopu wyzionął ducha z przepracowania. Powłóczymy się trochę po Skałkach.

– My też możemy? – pytały dziewczynki.

– Oczywiście. Nie zapomnijcie o aparacie, jest piękna pogoda więc i zdjęcia będą piękne.

– Dzisiaj jest moja kolej, ja będę robiła zdjęcia – z dumą oświadczyła Biedroneczka.

– Świetnie, no to w drogę, proszę wycieczki. Czy kierownik wycieczki jest przygotowany?

Tina tak błagalnie patrzyła za nimi, że zdecydowali się zabrać ją pierwszy raz na dalszy spacer. Doszli do kapliczki, potem skręcili w stronę Woli Filipowskiej. Dzieci ścigały się, fikały koziołki, turlały się z górki po chłodnej trawie, poznały smak owoców głogu, szukały orzechów w krzakach leszczyny.

Sergiusz trzymając Aldonę za rękę opowiadał co zrobi w Cięciwie zaraz po przyjeździe, bo tym razem ma pomysły najlepsze z dotychczasowych, bezkonkurencyjne.

– Mamusiu, a my zamówiłyśmy pnące róże, żeby obrosły altankę, którą robi wujek – włączyła się Linka do rozmowy.

– Gdzie zamówiłyście? – spytała zaskoczona Aldona.

– Koło stawu mieszka wujek Marka, ma taką małą córeczkę i czarnego psa. I on ma w ogrodzie przecudne róże. Obiecał, że coś tam z nimi zrobi i będzie je można u nas posadzić, żeby rosły. Dobrze wymyśliłyśmy?

– Bardzo dobrze. Coś podobnego, to ja mam takie mądre córeczki?

– Mamusiu! – wołała Inka grzebiąca w kupie kamieni leżących na skraju pola. – Zobacz jaki kamień. Zaokrąglony ze wszystkich stron, jakby ktoś chciał z niego zrobić piłkę.

– Jaką piłkę? Nie widzisz, że to jest ślimak olbrzym?

– Pokaż. No, odciśnięty ślimak wielkolud!

– Chyba wielkoślim…

– To są amonity, pełno ich tutaj. Wyobraźcie sobie, że ich muszle mogły mieć średnicę dwóch metrów.

– Nie chciałabym, żeby mi wyszedł na drogę taki wielki amoniak – poważnie powiedziała Biedroneczka trzymając w rączce kamień z odciśniętym fragmentem muszli potężnego głowonoga.

– Nie amoniak tylko amonit, amoniakiem babcia okna myje – sprostowała Linka. – I nie wyszedł tylko wypełznął.

– A skąd wiesz? Przecież wtedy nie żyłaś – broniła się Monika. – Może jeszcze wtedy miały nogi? A potem się nauczyły pełzać, całkiem sobie nogi pościerały i teraz nie mają. I są małe z wysiłku, bo jak pełzają to się pocą i dlatego są takie śliskie.

– Wiesz kochanie, że to jest bardzo interesująca teoria – powstrzymując głośny wybuch śmiechu Aldona pieszczotliwym ruchem zwichrzyła paziową grzywkę na czole dziewczynki.

Rozmawiając i żartując doszli do wsi. Minęli mały domek w dużym, zapuszczonym ogrodzie. Taką prawdziwą chatkę. Z drzwiami, jednym okienkiem, zbudowaną z grubych, drewnianych bali pomalowanych kiedyś na przemian na biało i niebiesko.

– Jeśli się nie mylę, mieszkała tu kiedyś ciotka Juranda. Zobaczcie, ktoś do nas kiwa, tam za płotem.

– Przecież to Karolina. Gdzie ją przyniosło?

– Nie ją przyniosło lecz nas –  Aldona pomachała Karolinie ręką.- Zapomniałeś, że ona niedaleko buduje dom?

– Cześć, tak się cieszę z tego spotkania – mówiła serdecznie Karolina gdy zbliżyli się do niej. – Jak się czuje nasza śliczna pacjentka?

Poklepała Tinę, potarmosiła. Sunia nie bała się, nie uciekała, wprost przeciwnie, jak kot otarła się o nogi „cioci” i merdała ogonkiem.

– Widzisz jaka ona mądra? – puszyła się Inka. – Ona ci podziękowała, że ją ratowałaś.

– Na szczęście nie było to nic groźnego. Wygląda wspaniale, jakby jej było dwa razy więcej niż przedtem.

– Je za cztery Azy, więc nic dziwnego, nadrabia – poklepała pupilkę Aldona.

– Mam nadzieję, że pamiętacie o ślubie Jarka? A nie wiecie przypadkiem kiedy przyjedzie Jurand?

– Nie mam pojęcia, ale przecież pamięta. Na pewno. Zresztą Teresa nie przepuści takiej okazji, możesz być o tym przekonana.

– Uwaga, tu zaczynają się moje włości – powiedziała z dumą. – Nie wyobrażacie sobie jak się cieszę, że wreszcie robota ruszyła. Jeśli dobrze pójdzie, w co aż się boję wierzyć po tych wszystkich przestojach, to za dwa tygodnie stanie wiecha! Wczoraj kupiliśmy blachę na dach, malowaną, koloru koralowego. Zostały jeszcze do kupienia plastikowe rynny. W poniedziałek pojadę po drewno, które mam złożone u wujka w Tenczynku. Majster obiecał, że od środy będzie robił dach.

– Jak tu ładnie – Aldona rozejrzała się na wszystkie strony. – I do stacji nie bardzo daleko. Cudny będzie twój domek, Karolinko. Potrafię go sobie wyobrazić po wykończeniu.

– Ja widzę go co noc, w snach  oczywiście. Wczoraj śniło mi się, że sama ze sobą kłóciłam się o to czy mają rosnąć róże czy bzy. Obudziłam się wściekła na cały świat, a gdy uświadomiłam sobie powód złego humoru, sama z siebie śmiałam się na głos aż mama przyszła sprawdzić czy nie zwariowałam.

Oprowadziła gości po budowie. Pokazała, w którym miejscu przebiega granica dzieląca jej ziemię i dom od własności brata. Usiedli na turystycznych składanych krzesełkach przy rozkładanym stoliku. Na miłej pogawędce czas szybko mijał i słoneczna jasność dnia przeszła w szarość wieczoru.

– Czas wracać. Wsiadajcie do syrenki, zabiorę was do siebie na kolację – zdecydowała Karolina.

Jakoś się upchnęli w aucie. Sergiusz z Tiną z przodu, dziewczyny z tyłu jedna na drugiej jak sardynki w puszce, ale szczęśliwie dojechali. Spędzili wieczór w Krzeszowicach, ugoszczeni z wielką serdecznością przez mamę Karoliny. Musieli Jarkowi przyrzec, że będą na ślubie i na weselu. Linka podjęła się robienia zdjęć. Oczywiście najlepszych ze wszystkich, bo jakież inne mogłaby robić przyszła najsłynniejsza fotoreporterka Europy albo i całego świata? Bardzo poważnie rozmawiała jakby otrzymała prawdziwe zamówienie.

– Ona musi zrobić takie fotki, żeby Maćkowi oczy wyszły całkiem na wierzch ze zdumienia – wyjaśniła Inka w drodze powrotnej.

– Czy te moje córki naprawdę mają dopiero dziesięć lat? – spytała szeptem Sergiusza.

26.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Urodziny Wnusi K:):):)

Dzisiaj są urodziny Wnusi K., mojej małej nastolatki. Małej do niedawna, bo teraz nie dosyć, że mnie przerosła, to już nie jest najmłodsza w rodzinie ponieważ tę rolę przejęła Malutka:) Na dodatek są to pierwsze urodziny, kiedy przestała być jedynaczką a stała się poważną i odpowiedzialną starszą siostrą:):):)
Skarbie mój kochany, życzę Ci samych radosnych chwil w życiu. Żebyś jak najczęściej odczuwała takie szczęście jak ja, kiedy powitałam Cię na tym świecie, bowiem byłam przy Twoich narodzinach. Żeby w szkole spotykały Cię przyjemności, dobre oceny napływały zewsząd a przyjaciółki nigdy Cię nie zawiodły. Żeby Twoja niesamowita wyobraźnia nigdy nie usypiała, lecz przeciwnie, rozwijała się, bo może kiedyś właśnie ona przyniesie Ci sukces, zostałaś nią przecież obdarowana przez dobrą wróżkę:) A najważniejsze – bądź szczęśliwa i niech Ci się marzenia spełniają. Bardzo Cię wszyscy kochamy, wiesz przecież o tym,
prawda? I oczywiście tradycyjnie – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ !!!

Do życzeń dołącza się smok Anastazy oraz Dobra Czarownica. Stoją przy mnie i pilnują, żebym nie zapomniała przekazać życzeń od nich. Kazali Ci powiedzieć, że wciąż Cię kochają choć już urosłaś, a niedługo będą się bawić z Twoją siostrzyczką:):):)

26.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz