Cóż znaczy człowiek wobec Natury

Przyznam się, że jak w tv zobaczyłam barierki na Krakowskim, to po prostu wyłączyłam telewizor. Mam ich wszystkich dość, tego całego teatru na grobach. Żeby w sobotę ludzie nie mogli po mieście chodzić, spokojnie przespacerować się Królewskim Traktem korzystając z ostatnich letnich dni z powodów wiadomych, to jest szczyt wszystkiego. Jak ktoś napisał – to „dzień świra” i „dom wariatów”. Tyle na temat, bo szkoda na to czasu.
Natura pokazuje człowiekowi, gdzie jego miejsce. Irma szaleje i nkt jej się nie oprze, około 6 mln ludzi musiało opuścić swoje domy i uciekać. Co chwilę gdzieś Natura daje do zrozumienia kto tu rządzi. A to ziemią zatrzęsie i ofiar kilka (albo dużo więcej) pochłonie, to lawą rozpaloną popłynie z krateru pochłaniając wszystko, co napotka na drodze… Niby człowiek taki mądry, za takiego się przynajmniej uważa, a  faktycznie malutki jak pyłek i niezmiennie głupi jak but tracąc siły, energię na kłótnie, swary, festiwale nienawiści i agresji. Natura jak słoń mrówki całe to ludzkie stado zdolna jest unicestwić w jednej chwili. Jak tak dalej pójdzie jak idzie – nie będzie musiała, bo stado całe samo się wykończy, wewnątrz, wzajemnie.
Póki co jednak, mając nadzieję, że słoń ominie mnie idąc boczną ścieżką – przerobiłam ogórki. Nie mam pojęcia jak będą smakować, okaże się. Przeczytałam kilka przepisów, zdecydowałam się na konserwowe, większe prawdopodobieństwo, że się nie zepsują. Zostały mi jeszcze pomidory. Pamiętam, że moja Babcia S. pomidory zalewała soloną -chyba- wodą w wekach i pasteryzowała, były na zupę w zimie. Ale czy zimną, czy ciepłą wodą, ile soli? Nie wiem. W każdym razie stało tych weków dużo na półkach w komorze, obok innych przetworów, bo przecież nic nie powinno się było zmarnować z darów natury rosnących w ogrodzie czy na polu. Takie podejście mieli ludzie, którzy przeżyli dwie wojny, nędzę międzywojnia, odzyskanie niepodległości po zaborach… Już chyba kiedyś o tym mówiłam. Myślę sobie, że pokolenie moich dziadków przeżyło w ciągu swego życia największy skok rozwojowy – od pierwszego pociągu jadącego, na
widok którego ( szczególnie lokomotywy parowej) ludzie uciekali z okrzykiem:diabeł, czyniąc znak krzyża dla ochrony – do oglądania w tv momentu postawienia przez człowieka pierwszych kroków na księżycu. Ani wcześniej ani później żadne pokolenie aż takiej rozpiętości zdarzeń nie doświadczyło.
Cóż wobec tego znaczy jeden mały człowiek?

10.09.2017

  • kolewoczy Zrobiłam przecier pomidorowy. Wiem, że można marynować pomidory, ale mnie nie smakują takie i nie robiłam nigdy.
  • annazadroza kolewoczy:) Marynowane jadłam gruszki, śliwki i dynię, ale pomidorów nie. Wykończyłam już pomidory od dzieci, zostało trochę do kanapek. Bardzo słodkie są, nie wiem jaka „rasa”, ale takie podłużne, nie okrągłe. Kocham pomidory, jak mam jeszcze cebulę i ziemniaki to oprócz mleka nic więcej mi nie potrzeba:)
  • kolewoczy Tak, wiem, podłużne są słodkie jak posłodzone 🙂 Nadają się na przecier bardzo dobrze, bo łatwo skórka odchodzi po sparzeniu. Ja dzisiaj mam ekstra rzecz: upiekłam sobie chleb czosnkowy.
  • annazadroza kolewoczy:) Jak zrobiłaś chlebek czosnkowy? Na pewno jest fantastyczny, aż ślinka leci…
    Co do skórki pomidorowej to nie wiem, czy będę jeszcze ją przecierać – po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że szybciej będzie jednak w przyszłości zdejmować przed przetarciem. No i można to robić na siedząco, przy przecieraniu trzeba stać.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jutro pomyślę

W weekend mam nie siadać do komputera, ale to nie takie proste. Zrobiłam wszystko co miałam do zrobienia, oczy mi się zamykają i już miałam udać się do sypialni gdy mój wzrok padł na Lapcia. No i tak to się skończyło, że go na chwilę włączyłam. Naprawdę tylko na chwilę. Zerknęłam na komentarze, na wpisy na znajomych blogach i słyszę, jak Mąż woła: nie męcz oczu. Ma rację, ale jeszcze chwilę. Powiem tylko, że Mały z rodzinką wpadli. Pochwalę się, że wyszły mi bardzo smaczne kotlety vege – tak wyjątkowo dobre, jak jeszcze nigdy. Może tym razem nie przedobrzyłam, nie użyłam nadmiernej ilości składników. Ugotowałam kaszę jaglaną w bulionie grzybowym (jak poprzednio), dodałam drobno pokrojone, usmażone pieczarki, mnóstwo surowej, również drobniutko pokrojonej cebuli, trochę otrąb owsianych, poza tym bułkę tartą i jajko. Jako przyprawy – sól, pieprz, sporo mieszanki do gyrosa. Jeszcze przygotowałam
surówkę z selera z jabłkiem, śmietaną i suszonymi śliwkami, również surówkę z marchewki utartej z jabłkiem. Oddać sprawiedliwość muszę Mężowi, bo to on tarł na tarce potrzebne produkty:) Zrobiłam też mizerię, wcześniej dzwoniąc do Krakowa do cioci Halinki po przepis, bo ona robi najlepszą na świecie. Niestety, nie wyszła mi taka jak chciałam, więc muszę ponowić próbę w celu złapania odpowiedniego smaku. Oczywiście była dobra i została w całości pochłonięta przez rodzinkę, niemniej jednak nie jestem z siebie zadowolona. Na deser był zamówiony przez Synową K. sernik na herbatnikach oraz murzynek dla Małego. Wnuczka Z. wyraziła gotowość pochłonięcia wszelkich słodkości bez różnicy.

Dzieciaki przywiozły mi ogórki i pomidory do przerobienia, ale dopiero jutro o tym pomyślę, bo zbyt jestem już zmęczona. Zerknę jeszcz tylko na cudne zdjęcie, które przysłał Duży. Wnusia K. siedzi trzymając Malutką na rękach:):):)
Dobranoc 🙂

9.09.2017

  • babciabezmohera U nas już jest trochę przecierów pomidorowych, ale to chyba nie koniec. W mojej rodzinie pomidory cieszą się dużym wzięciem.;)
  • kolewoczy W diecie wegańskiej nie spożywa się produktów pochodzenia zwierzęcego, myślałam, że jajek też nie można.
  • annazadroza babciabezmohera:) Właśnie się zastanawiam jak to zrobić, żebym nie musiała obierać pomidorów ze skórki, bo tego nie znoszę. Synowa mi przysłała przepis na ketchup ale jeszcze nie wiem czy akurat ten będę robić, choć jest pyszny. Pomidory w każdej postaci są pyszne:)
  • annazadroza kolewoczy:) W diecie wegańskiej faktycznie jajek się nie używa. Mały od wielu lat jest wegetarianinem, ale stwierdził niedawno, że się będzie weganizował. Jajka jeszcze je, mój sernik też:)
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…”27

Wczesnym rankiem Aldona pierwsza otworzyła oczy. Właściwie to źle powiedziane, raczej najpierw skoczyła na równe nogi a dopiero potem otworzyła oczy. Zobaczyła, że kocie siostry wcale nie śpią lecz szaleją zatracając w zabawie poczucie rzeczywistości. Zbudził ją skok obu kotek jednocześnie wprost na poduszkę tuż obok głowy. Rozwścieczona w pierwszej chwili brutalnym sposobem obudzenia szybko oprzytomniała i odzyskała humor patrząc na kocie igraszki. Z sąsiedniego pokoju nie dochodził żaden odgłos. Zajrzała po cichutku: Monisia i Sergiusz spali w najlepsze. Przypomniała sobie zakończenie wczorajszego dnia. Była potwornie zmęczona  i kiedy przysiadła na moment na tapczanie nie mogła się oprzeć pokusie przyłożenia głowy do poduszki. I przyłożyła zasypiając w pół myśli.

Cichutko na palcach, pełna wyrzutów sumienia, że podgląda śpiącego i robi to, czego nie powinna, podeszła bliżej. Stała i przyglądała się Sergiuszowi. Spał na wznak, wyprostowany, nawet we śnie pełen siły. Aldona czuła jak wypełnia ją całą dziwna lekkość i moc, i ogromne, serdeczne uczucie do pogrążonego we śnie mężczyzny. Miała chęć podejść, dotknąć go, pogładzić po twarzy. Stojąc bez ruchu zmagała się z tą chęcią. Popychana niewidzialną siłą w jego kierunku, przeciwstawiała się jej w obawie, że Sergiusz się obudzi i… nie wiadomo co pomyśli zobaczywszy ją skradającą się niczym złoczyńca…Wpatrywała się w drogie rysy powtarzając w duchu: jaki on jest piękny!

Biedroneczka poruszyła się, coś powiedziała przez sen, zaskrzypiał tapczan. Aldona czmychnęła do swojego pokoju, śmiejąc się z siebie i złoszcząc jednocześnie. Po cichu wzięła ubranie dokładnie uprzednio zamykając drzwi i udała się do łazienki przez małą sionkę, do której prowadziło drugie wejście z pokoju.

Pod prysznicem poczuła się jak młoda bogini. Nucąc ubrała się i uczesała. Weszła do kuchni i zajęła się przygotowaniem śniadania. Na elektrycznej maszynce postawiła czajnik z wodą. Wymyła brązowy porcelitowy imbryczek i wsypała herbatę dodając odrobinę cukru. Zrobiła masę kanapek, a nawet… dwie masy na dwóch ogromnych talerzach i nakryła dużymi szklanymi salaterkami dla ochrony przed muchami. W międzyczasie zagotowała się woda, napełniła więc wrzątkiem imbryczek i umieściła go na rozgrzanej płytce maszynki.

Po wejściu do kuchni przymknęła drzwi aby nie zbudzić Biedroneczki i jej taty. Złośliwe drzwi jednak nie miały zamiaru pozostać w przymuszonej pozycji i wróciły do poprzedniej, o dziwo, bez skrzypienia. Aldona tego nie zauważyła, toteż  nie mogła wiedzieć, że prawie każdy jej ruch jest obserwowany i, że śledząc ją spod przymkniętych powiek, pewien przystojniak uśmiecha się sam do siebie.

Tymczasem Aldona stwierdziła, że nie dodała niczego zielonego do kanapek. Wyszła więc z budynku postanowiwszy obejść dookoła cały teren w nadziei znalezienia jakiegoś szczypiorku czy pietruszki. Była pewna, że jeżeli przyjaciółka spędziła tu tak dużo czasu, zielenina na pewno jest i gdzieś rośnie, nie może być inaczej. Wyszła więc, obeszła dom wokół i powiedziała sama sobie jakie ma zdanie  na temat własnego myślenia. Po co szła dookoła? Drzwi z sionki wychodziły wprost do ogrodu, a raczej na drewniany ganeczek o ażurowych ściankach, obrośniętych dzikim winem. Ogród też raczej w tej chwili nie przypominał ogrodu, bardziej dżunglę. Na ten widok zrobiło się Doniczce bardzo wesoło. Cóż za wspaniałe pole do działania. Nareszcie będzie mogła się wyżyć za wszystkie czasy, z dziką radością zajmie się karczowaniem tej plątaniny traw, krzewów i nie wiadomo czego jeszcze, bo nie widać. A poza tym przyjaciółka wyraźnie powiedziała, że może robić co chce.

Rozejrzała się uważniej. Rzuciło jej się w oczy drzewo, którego gałęzie natura sama ukształtowała w taki sposób, by zapraszały do wdrapywania się coraz  wyżej i wyżej, prawie do wierzchołka. Przyjrzawszy się z bliska stwierdziła, że jest to stara, ogromna jabłoń jakiejś zapomnianej dzisiaj odmiany. Niewiele myśląc chwyciła oburącz najniższą gałąź i poczęła się wspinać. Miała wrażenie, że znowu jest małą dziewczynką w ogrodzie babci, gdzie rosła bardzo podobna jabłoń i doskonale można było się ukryć z książką w ręce między rozłożystymi konarami wśród  gęstego listowia.

Lekka jak piórko, odurzona świeżością poranka, przekonana, że w pobliżu nie ma żywej duszy, bo te co są, śpią w domu – zaśpiewała „uparcie i skrycie, ach życie kocham cię, kocham cię nad życie”… i zamarła ujrzawszy pod drzewem Sergiusza. Tego się nie spodziewała.

– A ty tu czego? Znowu straszysz? O tej porze jeszcze powinieneś spać a nie plątać się pod nogami i podglądać porządnych ludzi – gderała okrywając dokładnie nogi szeroką spódnicą, dotąd fruwającą sobie swobodnie gdzie tylko wiatr zechciał.

– Witaj dziewczynko – pomachał ręką z dołu. – Ile ty masz lat? Dwanaście? I dlaczego łazisz po drzewach w ogrodzie samotnego mężczyzny? Nikt ci nie powiedział, że to niebezpieczne?

– „Ja nikogo się  nie boję” – wyrecytowała i rzuciła w niego kawałkiem suchej gałązki.

– No wiesz! Właśnie chciałem ci zmienić  imię z Doniczki na Wiewióreczkę a tymczasem zachowujesz się jak członek plemienia Bandar-Log.

– Jeśli mnie nazwiesz Małpeczką, dostaniesz w łepetynę tym suchym konarem – groziła.

– Musiałabyś trafić – przekomarzał się.

– O to niech cię głowa nie boli, ze strzelania zawsze byłam najlepsza z dziewczyn.

– Prędzej sama spadniesz. Jak dasz radę ciskać wielkim konarem jedną ręką, drugą trzymać spódnicę a trzecią trzymać się gałęzi?  No właśnie, gdzie masz trzecią rękę? Spadniesz na dół prędzej od tego nieszczęsnego konara, którym chcesz mnie zamordować. Ja będę zajęty ucieczką, więc cię nie złapię. Najlepiej zdejmij spódnicę, wtedy będziesz miała jedną rękę wolną.

Ledwo zdążył uskoczyć i spora gałązka o centymetr ominęła jego ramię.

– I co? Bandar-Log! Nie mówiłem? Rzucać nie umiesz, ha ha ha! Chwalipięta!

– Ty stary satyrze, uciekaj stąd bo muszę zleźć z drzewa.

– A figę. Nie ruszę się stąd, rozpoczynam regularne oblężenie.

– Zgłupiałeś? Sergiuszu, idź do domu, idź kochanie i zobacz czy cię tam nie ma.

– No, to już brzmi lepiej. Lecz nie ruszę się stąd dopóki nie powiesz, że mnie bardzo, ale to bardzo lubisz.

– Wręcz przeciwnie. Nie znoszę cię, nie cierpię i nie mogę na ciebie patrzeć.

– Cóż, kiedy tak, to sobie siedź. Pan Zagłoba powiedziałby, że niepolitycznie pannom po drzewach łazić. A skoro już taką Wiewióreczkę rycerz upatrzył, powinna mu skoczyć w ramiona i dziękować za uratowanie czci i życia.

Sergiusz wygłaszał owo przemówienie siedząc pod jabłonią z przymkniętymi oczami, opierając głowę o pień. Aldona zaś powolutku, centymetr po centymetrze zsuwała się w dół przekonana, że pewny swej przewagi prześladowca niczego nie zauważy. Sergiusz oczywiście słyszał szelest i nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć co dzieje się nad jego głową. Wygłaszał jednak coraz absurdalniejsze teorie, plótł horrendalne bzdury ledwo powstrzymując wybuch śmiechu, by „oblężona niewiasta’ nie spostrzegła podstępu. Jednocześnie przez głowę przelatywało mu mnóstwo myśli. Miał świadomość, że jest mu cudownie, że nie czuł się tak dobrze od wielu, wielu lat. Wymyślał banialuki, przekomarzał się z Doniczką jak sztubak, siedział na ziemi w wysokiej trawie i całe dotychczasowe życie odpłynęło. Był szczęśliwy. Liczyło się tylko tu i teraz, nic więcej.

Aldona stała na najniższej gałęzi, szykowała się do ostatniego skoku i zaśpiewania z daleka „uciekła ci Wiewióreczka z drzewa, z drzewa”. I dokładnie w momencie kiedy oderwała nogi od gałęzi i udając kolorowego rajskiego ptaka rozpoczęła lot ku ziemi z wysokości … półtora metra, będący w gotowości rycerz poderwał się z trawy, porwał ją w ramiona i zanim do niej dotarło co się stało, dostała się do  niewoli. Zachwiał się lekko ale utrzymał na nogach nie wypuszczając zdobyczy.

– I co teraz?- spytał cicho. – Będziesz uciekać?

Nie wyrywała się, mieściła mu się pod pachą, ginęła cała w jego ramionach. Nie znosiła owłosionych mężczyzn, obrzydzeniem napawał ją widok kłaków wyłażących spod rozchełstanych koszul. Tors jej ciemiężyciela był gładki, twarde mięśnie drżały pod chłodną, napiętą skórą. Dotknęła jej wargami czując jednocześnie grad pocałunków zasypujących jej czoło, oczy, usta… Nie byli niczym zaskoczeni. Ich ciała od chwili poznania pragnęły siebie nawzajem, ich dusze poznały się i pokochały. Oboje czuli, że są stworzeni dla siebie, by razem iść przez resztę życia, dzielić się każdym dniem, radością, problemem. Mogli pozwolić powoli dojrzewać uczuciom, byli przecież wolni…

Kilka chwil trwało olśnienie i zrozumienie, kilka chwil zaledwie byli sami we dwoje na świecie i tylko dla nich świeciło słońce, dla nich kropla rosy pochwyciła wszystkie kolory tęczy a leciutki wiaterek niosący od lasu zapach żywicy delikatnie okrążał ich wokoło nie wiedząc czy to dwie postaci czy jedna. A oni trwali zasłuchani w swoje myśli, bicie swoich serc, przytuleni do siebie, nieruchomi.

Naraz drgnęli równocześnie. Jakieś trzaski i szepty zakłóciły ciszę poranka.

Aldona otworzyła oczy, raziło ją słońce, głęboko westchnęła. Sergiusz mocno przytrzymał jej rękę uśmiechając się od ucha do ucha.

– Co to za duchy? – zapytał. – Teraz? W biały dzień?

– Żadne duchy tylko my. Robimy zdjęcie do kroniki – wyjaśniła Linka.

– Była umowa, no nie? – dodała Inka.

– To ja zobaczyłam, że ciocia siedzi na drzewie – pochwaliła się Biedroneczka. – Obudziłam Stokrotki i podkradłyśmy się, żeby robić zdjęcia.

– Zrobiłyśmy ci na drzewie, jak złazisz, jak spadasz i jak wujek cię łapie – wyjaśniła Inka. – Ale on jest silny. Ja bym cię nie złapała, wybiłybyśmy sobie zęby i leżały jak długie. A wujek cię trzymał i się nie wywrócił.

– Ciociu, jak cię zobaczyłam na drzewie to pomyślałam, że pewnie czegoś wypatrujesz jak marynarz z bocianiego gniazda. Szukałaś czegoś?

– Oczywiście Biedroneczko. Jak na to wpadłaś?

– Tatuś mi opowiadał o skarbach piratów, o przygodach. Często sobie wyobrażam różne takie rzeczy. Czego szukałaś, powiesz mi?

– Pietruszki i szczypiorku.

– I znalazłaś?

– Jeszcze nie, nie zdążyłam.

– To my cię zaprowadzimy. Wczoraj znalazłyśmy a właściwie znalazła Monika, bo potknęła się i wpadła prosto na grządki. Tylko zarośnięte.

– O rany – jęknęła Aldona. – Pewnie wszystko zdeptałyście Teresie.

– Wcale nie, bo jestem lekka i nieduża – oburzyła się dziewczynka.

– I prawie jej się udało – Linka była pełna uznania dla Moniki.- Złamała tylko kilka liści buraków.

– To i buraki rosną? –zdziwiła się tymczasowa gospodyni. – Gdzie wy znalazłyście takie skarby?

– Chodź ciociu, zaprowadzę cię.

Monika wzięła ją za rękę. Lewą, bo prawą cały czas trzymał Sergiusz i poszli we trójkę w gęste trawy. Stokrotki za nimi zaśmiewając się na myśl o zdjęciu zrobionym Ince w chwili gdy potknęła się o wystający korzeń i wpadła w dołek. Na samym końcu ogrodu, tuż przy płocie, były grządki  na których rosła cebula a także pietruszka, marchewka, pory, selery i buraki – nieco nadwyrężone przez Monikę. W pobliżu, na krzakach oplecionych wybujałą trawą czerwieniły się porzeczki. Nieco dalej kłujący agrest zazdrośnie strzegł swych okrągłych, włochatych owoców.

– Dziewczynki, skoczcie po jakieś naczynie, będzie kompot do obiadu – powiedziała Aldona.

– Słusznie, urwijcie trochę porzeczek, trochę agrestu. Pod jabłonią widzę jabłka leżące na ziemi, weźcie je także – Sergiusz nie mógł pozwolić, żeby coś się zmarnowało jeśli mogło być wykorzystane.

– Kto pierwszy dobiegnie do kuchni ten wygra – krzyknęła Linka.

Puściła się biegiem w stronę domu, Inka i Monika za nią. Pozwoliła się przegonić i zawróciła.

– Niech lecą, ja tu poczekam, nie lubię się przemęczać, wolę robić zdjęcia – stwierdziła robiąc kolejne ujęcie matki i Sergiusza na tle starych drzew. – Mam zamiar wziąć udział w wakacyjnym konkursie na zdjęcie swoich rodziców. Komisja nie musi wiedzieć, że wujek to nie mój tata, no nie?

– Oczywiście, nikomu nic do tego – odpowiedział wujek. – Jeżeli sprawia ci przyjemność robienie zdjęć to rób. Pożyczę ci książki o fotografii, to może być w przyszłości twój chleb.

– Tatusiu, jak zdjęcie może być chlebem? – zaciekawiła się Monika zdążywszy błyskawicznie wrócić, bo znalazła na ganku garnuszek na owoce.

– Chodziło mi o to, że Linka może w przyszłości zarabiać na chleb fotografowaniem, zostać fotografem albo fotoreporterem, rozumiesz córeczko?

– To tak jak Maciek – ucieszyła się Monika. – Słyszałam jak mówił, że zostanie sławnym fotografem. Linka będzie razem z nim robiła fotki? Będziesz?

Ostatnie pytanie skierowała do Halinki. Odpowiedzi nie było. Linka oddaliła się w najdalszą część ogrodu, z sobie jedynie właściwych powodów nie chcąc odpowiadać na kłopotliwe pytanie.

8.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze

Czekając na złotą jesień

Zimno, ciemno, wieje, leje. Gdzie się podziała nasza piękna złota jesień? Patrząc przez okno tracę nadzieję, że słonko wyjdzie zza chmur zasnuwających całe niebo. Deszcz jest mi w tym momencie najmniej potrzebny, ponieważ wychodzenie z dwoma psami podczas deszczu do przyjemności nie należy. Wczoraj Duży przywiózł do nas Skitusia, żeby swobodnie móc przemieszczać się na trasie dom-praca-szkoła-szpital. Na wychodzenie z psem już by czasu brakło. Ale od czegóż dzieci mają nas, czyli rodziców/dziadków mobilnych i chętnych do pomocy? Wnuczka K. pojechała wczoraj poznać swoją siostrzyczkę. Jeszcze z nią nie rozmawiałam, więc jestem bardzo ciekawa co powie o Malutkiej. Zadzwonię kiedy wróci ze szkoły. My z Mężem do szpitala nie jedziemy, bo jakieś wczesnojesienne katary nas dopadły i nie chcemy rozsiewać zarazków. Psy noc spędziły obok siebie, Szilka na swoim posłaniu, Skits na wersalce i wystarczyło im własne towarzystwo, wcale nie szły do naszej sypialni. Dopóki Szilunia nie mieszkała z nami, za nic na świecie Skituś nie chciał zostawać sam. Kiedy nieraz u nas nocował – szczególnie jeśli Wnusia K. spała w naszym łóżku – on musiał też. Nie dawał się przekonać, że na posłaniu obok łóżka też się wyśpi i w rezultacie Mąż opuszczał pokój udając się na wygnanie a Skituś zostawał na polu bitwy przytulając się do swojej małej (wtedy) pani.
Z niecierpliwością czekam aż sama będę mogła przywitać się z Malutką.
Szkoda tylko, że babcia D. w ogóle nie jest zainteresowana, nawet słowem się nie spytała o maleństwo, jakby nic już do niej nie docierało. W książkach na temat demencji czy choroby Alzheimera jest opisany proces, który powoduje, że chory traci całkowicie zainteresowanie światem zewnętrznym. Tutaj mamy do
czynienia z takim książkowym przykładem i z obserwacji mogę potwierdzić, że tak jest naprawdę. Wiedząc, że to objaw choroby, można łatwiej znieść trudności codziennego życia z osobą dotkniętą demencją i jakoś te uciążliwości pokonywać. Wciąż nie tracąc nadziei na słonko i czekając na złotą polską jesień najpiękniejszą na świecie:):):)

7.09.2017

  • kolewoczy Chodzenie na spacery nawet w deszcz jest wskazane dla zdrowia 😉 Korzystaj, póki możesz 🙂 Złota polska jesień to w październiku będzie
  • annazadroza kolewoczy:) Korzystam, korzystam 🙂 Bardzo lubię chodzić, tylko kolano dokuczliwe się zrobiło i psuje mi przyjemność. Ale co tam, nie będzie ono mną rządzić. Jest korzyść, bo i Męża z dwoma psami udaje mi się na spacer wyprowadzić, na co dzień on nie taki chętny do wychodzenia.
    Dopiero w październiku? Babie lato powinno trwać przez cały wrzesień, październik i jeszcze trochę. Mogłoby do wiosny, zimy nie lubię 🙂 Pozdrawiam Cię serdecznie:)
  • babciabezmohera Gratuluję pojawienia się nowego członka rodziny! Niech rośnie zdrowo i szczęśliwie! :))
  • annazadroza babciabezmohera:) Dziękuję!!! Czekam z niecierpliwością na wyjście dziewczyn ze szpitala:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

SZCZĘŚCIE SIĘ URODZIŁO!!!

Szczęście przeogromne, mimo zaledwie 51 cm. i 2400g. Od wczoraj MAM NOWĄ WNUSIĘ!!! Na przesłanym zdjęciu jest cudna kruszynka, oczywiście najpiękniejsza na świecie i oczywiście od razu ma najmądrzejsze spojrzenie, bo przecież jakże mogłoby być inaczej:):):) Ponieważ dziś dzieciaki mają rocznicę ślubu, prezent dostali wymarzony z takiej okazji:):):) Niech więc szczęście sprzyja i towarzyszy zawsze i wszędzie całej, teraz już czteroosobowej rodzinie, a właściwie sześcio- biorąc pod uwagę wszystkich domowników. Z przewagą kobiet, bo kotka też dziewczyna :), Dużego zaś wspiera Skituś jako facet:).
Oby wszystkie maleństwa, które właśnie zawitały na świat, mogły żyć w szczęśliwych rodzinach, w spokoju rosnąć i rozwijać się, żeby im nikt w tym nie przeszkadzał.
Witaj i bądź szczęśliwa, moja słodka, maleńka kruszynko:):):)

6.09.2017

  • Gość: [Sylwia] 91.229.22.* Gratulacje babciu! ;D
  • annazadroza Sylwia:):):) Dzękuję!!! Malutka jest cudna!!!
  • fusilla Gratulacje!
    Niech Malutka chowa się zdrowo ku radości dumnych Rodziców i Dziadków!
  • annazadroza fusilla:) Dziękuję!!!To takie zdarzenie, które wszystkie inne usuwa w cień. Niech się Malutkiej spełnią wszystkie najlepsze życzenia :):):)
  • annazadroza fusilla:) Dziękuję!!! To takie wydarzenie, które każde inne usuwa w cień. Niech się Malutkiej spełnią wszystkie dobre życzenia:):):)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 2 komentarze

Po co wróciłaś…” 26

Aldona była już raz w Tenczynku, późną jesienią, z Teresą, w czasie paskudnej pogody, gdy wiatr i szaruga utrudniały wyjście z domu, toteż niewiele widziała co było na zewnątrz. Najbardziej zapamiętała blask ognia i miłe ciepło rozchodzące się od rozgrzanego pieca. Teresa barwnie opowiadała co wspólnie z mężem zrobili w domu podczas miodowego miesiąca lecz Aldona nie starała się tego zapamiętać.

– Sama zobaczę, bo na pewno się przechwalasz – powiedziała.

To wcale nie były przechwałki i Aldona stanęła jak wryta już po otwarciu drzwi wejściowych. Sień – bo tak nazywała Teresa ten przedpokój – w niczym nie przypominała zachowanego w pamięci obrazu.

Wszystkie ściany zostały obite deskami do połowy swej wysokości. Reszta, razem z sufitem, olśniewała bielą. Po lewej stronie, za drzwiami, wisiał duży wieszak z dębowego drewna, który kiedyś ozdabiał przedpokój Teresy. Obok – lustro w dębowej ramie. Całą podłogę pokrywała zmywalna wykładzina do złudzenia przypominająca deski przymocowane do ściany. Jurand dał się przekonać żonie, że o wiele łatwiej będzie utrzymać w czystości dom przecierając szmatką wykładzinę niż szorując do białości prawdziwe deski. Na środku leżał okrągły dywanik własnoręcznie upleciony przez Teresę ze starych szmatek pociętych w kolorowe paski. Wiklinowy abażur wiszący pod sufitem zmieniał zimne, ostre światło żarówki w miłe i ciepłe. W kącie stała duża brązowa amfora wypełniona ususzonymi trawami.Obrazu dopełniały drzwi i futryny w kolorze mlecznej czekolady.

Dziewczynki biegały po ogrodzie i wokół domu. Zmęczone bezruchem, do którego były zmuszone podczas długiej podróży, wyładowywały energię i wcale nie miały chęci wchodzić do środka przed zapadnięciem zmroku.

Sergiusz rozładował samochód i objuczony bagażami stanął w drzwiach.

– Co ci się stało? – spytał. – Dlaczego tak długo stoisz w sieni i nie wchodzisz dalej?

– Będę musiała wejść pod stół i odszczekać – stwierdziła. – Powiedziałam Teresie, że jest zwykłą chwalipiętą i buja, bo w czasie miodowego miesiąca nikt nie haruje jak dziki osioł, ale preferuje zupełnie inne zajęcia. Tymczasem to właśnie ja nie miałam racji. Ona jest normalnie nienormalna a Jurand taki sam.

Sergiusz postawił bagaże na podłodze.

– Masz absolutną rację. Oczywiście tylko tym razem – szelmowsko przymrużył oko. – Oni oboje nie potrafią ani chwili usiedzieć bezczynnie. Ciągle muszą coś robić, a potem są szczęśliwi właśnie dlatego, że to coś zrobili, chociaż padają ze zmęczenia.

– Dobrali się w korcu maku, niewielu ludzi ma takie szczęście. Otwórz drzwi, aż się boję spojrzeć jak wygląda kuchnia. Skoro sień jest taka ładna to co będzie dalej?

Dalej wszystko wyglądało dokładnie tak, jak można się było spodziewać po wyglądzie sieni. Aldona miała wrażenie, że na swoim miejscu pozostały tylko drzwi, piec i okno. Drzwi było dużo jak na jedną kuchnię, bo aż troje. Dlatego zagospodarowanie każdego wolnego kawałka ściany stanowiło nie lada łamigłówkę. Aldona stwierdziła, po dokładnym przyjrzeniu się meblom, że niektóre z nich dobrze zna, tylko uległy one metamorfozie co w pierwszej chwili utrudniło identyfikację. Na przykład za drzwiami prowadzącymi do kuchni, nad lodówką, wisiał stary, kuchenny narożnik, którego drzwiczki kiedyś spalił Piotr będąc jeszcze mężem Teresy. Beztrosko postawił rondel na gazie, wlał olej i poszedł do piwnicy. Olej wykipiał, rozlał się na powierzchni kuchenki i płonąc żywym ogniem osmalił szafki i cały sufit,  który potem oczywiście Teresa malowała, bo Piotrowi nawet do głowy nie przyszło, żeby to zrobić. Teraz  narożnik z bokami pomalowanymi – jak zresztą drzwi, krzesła i nogi od stołu – na mlecznoczekoladowy brąz oraz z nowymi drzwiczkami z drobnych listewek, w niczym nie przypominał biednego, nadpalonego grata.

Obok stołu nakrytego obrusem w białozieloną kratkę stała szeroka szafka o podwójnych drzwiczkach z listewek, z dwoma szufladkami. Nad nią wisiała nieco węższa, z miodowymi szybkami, przez którą były widoczne równiutko ułożone filiżanki. Po dokładnych oględzinach Aldona zawyrokowała, że to stary kredens, który tu był od zawsze, przecięty i przerobiony przez Juranda.

Nad ogromnym kuchennym piecem pojawił się imponującej wielkości okap wykończony drewnianą półeczką wokół niego biegnącą, Na niej Teresa poustawiała dzbanuszki, kolorowe suche bukieciki i różne bibeloty bardzo przez nią lubiane. Pomiędzy piecem a drzwiami  do łazienki stała szafka utrzymująca zlewozmywak, z takimi samymi drzwiczkami jak pozostałe.

Identycznie jak w sieni, ściany do połowy wyłożone były deskami a podłoga przykryta wykładziną. Przy piecu, w metalowym brązowym pojemniku suche drewno czekało, żeby je wrzucić w ogień, by trzaskając i sypiąc iskrami  opowiadać o ludziach, którzy wypoczywali ciężko pracując przy urządzaniu domu, znajdując w tym radość i szczęście.

Na białej ścianie po prawej stronie drzwi wejściowych, między nimi a drzwiami do łazienki,  było kilka różnej wielkości półeczek zastawionych kuflami stanowiącymi przedmiot dumy gospodarza. Obok wisiały suszone grzyby oraz dekoracyjne wieńce z czosnku i cebuli.

Okno pod którym stał stół, ozdabiał lambrekin i zasłonki z takiego samego materiału jak obrus i serwetki pod kuflami zwisające rogami z półeczek. Aldona rozsunęła zasłonki i podpięła na bokach ozdobnymi klamrami, jak lubiła najbardziej. Pod tym względem miały z Teresą identyczny gust, toteż wiedziała, że i pokój urządzony przez przyjaciółkę z pewnością będzie się jej podobał. Miała rację, choć tutaj niewiele się zmieniło. Zniknęło łóżko stojące dotąd po lewej stronie pod oknem. Jego miejsce zajęła drewniana komódka z szufladkami. Za drzwiami pozostała wąska, wysoka szafka obita teraz drewnem, a tapczan w rogu pokoju zmienił wygląd dzięki beżowej narzucie i poduszkom, zrobionym przez Teresę na drutach z różnokolorowej włóczki.

Nie ruszył się z poprzedniego miejsca stół, ani drewniane zydelki, ani skrzynia-ława nad którą w dalszym ciągu wisiały myśliwskie trofea ojca Juranda i jego fotografia ukazująca dobitnie po kim Jurand odziedziczył nieprzeciętną urodę. Ani drewnianej półce stojącej między oknem a ścianą, ani piecowi nie przyszło na myśl powędrować gdzie indziej i stąd, gdzie stały odkąd je ustawiono, podziwiały zasłonki, oczywiście z lambrekinem i oczywiście zielone – bo gospodarz najbardziej upodobał sobie zielony kolor. Podziwiały też płaski flakon z ciemnożółtego szkła z kompozycją suchych traw. Firanek nie było wcale, ojciec Juranda ich nie lubił, bo zasłaniały mu światło i widok na ogród i tak po jego śmierci zostało. Jurand nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej i Teresa przyznawała mu rację.

Myśląc o tej parze Aldona była pełna uznania i podziwu dla Opatrzności, która pozwoliła im się spotkać i połączyć. A właściwie tylko spotkać, bo połączyć musieli się, choćby przyszło im na to czekać bardzo, bardzo długo. Byli jak dwie połowy jednej całości stworzone po to, by życie spędzić razem na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie, w szczęściu i  niedoli aż do śmierci. Potrafili ze sobą rozmawiać na absolutnie wszystkie tematy wyjaśniając każdy problem do końca, nie pozostawiając niedomówień. Gdy jedno miało zły dzień, drugie przeczekiwało starając się dodać otuchy i pomóc, nie zwracając uwagi na zły humor.

Poza miłością, która ich połączyła jak w przedwojennym romansie – na balu i od pierwszego wejrzenia, łączyło ich dużo, dużo więcej, a właściwie wszystko. Niechęć do marnowania czasu i energii na rzeczy i czynności nieistotne, pracowitość, szczególne ukochanie ziemi ( tu by się kłaniał pozytywizm, bo nie samym romantyzmem człowiek żyje) i szczęście z posiadania choćby małego jej kawałka, by móc w myślach doń uciekać z codziennego życia, do tego swojego azylu. Oboje nie lubili tłumów obcych ludzi, hałaśliwych imprez, uciekali w samotność i przyrodę. Oboje byli wytrwali, rozważni, wierni i stali. Jak to cudownie, że się spotkali i są razem. To samo się odnosi do Doroty i Michała…

Do pokoju wszedł Sergiusz przerywając jej rozmyślania.

– Doniczko, cóż to, wrosłaś w podłogę? Stoisz i patrzysz w okno. Zaręczam ci, gdybyś wyszła na zewnątrz  zobaczyłabyś o wiele więcej.

– Wiesz, myślałam  – spojrzała na niego oczami rozpromienionymi radością, – myślałam o Teresie i Jurandzie i… no… bardzo się cieszę, że tu jesteś, jesteśmy – poprawiła rumieniąc się lekko.

Podszedł blisko i zajrzał w oczy cały w aureoli uśmiechu.

– Naprawdę się cieszysz i do tego bardzo?

Zmieszana opuściła głowę czując jak ręka Sergiusza opasuje jej kibić.

Łomot trzech par dziewczęcych nóżek  przypominający tętent stada dzikich mustangów sprawił, że odskoczyła jak spłoszona sarna i zajęła się przekładaniem traw w wazonie.

– Mamusiu, mamusiu, – wołały przekrzykując się – w ogrodzie jest straszna trawa i Monika się w nią zaplątała i się przewróciła. A Lince pod nogi wyskoczyła ogromna ropucha i ryczała!

Teraz zaryczał Sergiusz, bo Aldonę dosłownie zatkało na myśl o ryczącej ropusze i dopiero po chwili wydała z siebie dźwięk przypominający diabelski chichot.

– Wcale nie ryczałam – broniła się Linka. – Ona sama wrzasnęła a teraz na mnie zwala.

– Mamusiu, a gdzie są koty? – Alinka wołała Bibi, lecz kotka nie pojawiła się.

– O rany, gdzie kotki? – zaniepokoiła się Aldona.

– Są w koszyku – uspokoił Sergiusz. – Poskakały w trawie, potem same weszły do koszyka, widocznie czują się w nim bezpiecznie i słodko śpią.

– Tatusiu, a gdzie będziemy spać? – spytała Monika.

– Ty Biedroneczko w tym pokoju, ze mną, a ciocia z dziewczynkami tam za ścianą.

– Możemy zobaczyć? – przepychały się bliźniaczki

Weszły i piszczały, że ładnie. W dużym pokoju niewiele się zmieniło. Tylko byle jakie reprodukcje wiszące na ścianie zostały zastąpione obrazkami malowanymi ręką Doroty, zaś na stoliku obok brązowego pieca stanął telewizor.

– Jak fajnie, będziemy mogły z łóżka oglądać program – cieszyły się Stokrotki.

– Ale ja też? – uściślała Monisia.

– Oczywiście, że też – pospieszyła z odpowiedzią Aldona. – Sprawdź czy ta teledrynda działa a ja pomyślę o jedzeniu – zwróciła się do Sergiusza.

Rozpaliła ogień w kuchennym piecu, włączyła lodówkę, wyjęła przywiezione produkty spożywcze i ułożyła na miejscu. Rozgościła się w kuchni na dobre.

Dziewczynkom reszta dnia zeszła na „zajmowaniu z góry upatrzonych pozycji” i zwiedzaniu terenu. Sergiusz zajął się samochodem, umył go i coś przy nim majstrował.

Wieczorem dzieci oglądały film przy różowym świetle lampki stojącej na okrągłym stoliku z ciemnego drewna, która poprzez fioletoworóżowe zasłonki rzucała różowy cień na srebrny świerk rosnący tuż za oknem. Sergiusz wyszedł z domu. Zamknął na kłódkę bramę wjazdową. Rozejrzał się wokół. Ani jedna chmurka nie przesłaniała ciemnogranatowego nieba usłanego iskierkami gwiazd. Odetchnął pełną piersią. Zewsząd otaczały go ciemne postacie drzew, jęczące, postękujące i zdające się iść w jego kierunku. Na próżno się wysilały, nic w tej chwili nie było w stanie go przerazić. Był szczęśliwy. Daleko stąd pozostawił miasto, przez nie zasłonięte okno obserwował Aldonę krzątającą się po kuchni. Uświadomił sobie z całą wyrazistością jak bardzo bliska stała mu się ta dziewczyna. W dalszym ciągu nie myślał o niej: kobieta.  Bardzo kobieca ale dziewczyna  i już – jak podsumowałaby Teresa. Pomyślał, że ma przed sobą dwa tygodnie cudownych wakacji ze swoja kochaną Biedroneczką, ze Stokrotkami i …z  Doniczką. Może być odprężony, rozluźniony, może z radością czekać na to, co przyniesie następny dzień.

Aldona zaniosła dziewczynkom kolację. Z doświadczenia wiedziała, że szybciej i więcej zjedzą  oglądając bajkę niż siedząc przy stole i kręcąc się bezustannie. Rozejrzała się szukając Sergiusza. Nie mogąc go znaleźć wewnątrz, wyszła do sieni, włączyła światło i stanęła w otwartych drzwiach.

– Sergiusz, hop hop, gdzie ty jesteś? Kolacja gotowa – zawołała.

Stała otoczona światłem, dla którego cienka letnia sukienka nie stanowiła żadnej przeszkody by dotrzeć bliżej zgrabnego ciała, tworzyła jedynie lekką mgiełkę wokół postaci. Przez chwilę przyglądał się w milczeniu harmonijnym kobiecym  kształtom.

– Jestem! Już idę, zamykałem bramę – odkrzyknął.

Po kolacji dzieci wzięły prysznic w wykończonej zaimpregnowanym drewnem łazience, w której była i zimna i ciepła woda, nagrzana w nowiutkim bojlerze. Film się skończył, więc poszły spać bez dyskusji. Z własnej i nieprzymuszonej woli Sergiusz pomógł Aldonie sprzątnąć po kolacji. Potem wyjął mapę województwa krakowskiego i rozłożył na stole.

– Zobacz Doniczko, Jurand zaznaczył gdzie warto pojechać. Zobaczymy Alwernię, Czerną, Regulice, Krzeszowice, będziemy pływać w stawie, chodzić po lesie, znajdziemy ducha zamku. Zapowiadają nam się wspaniałe wakacje. Co to, ziewasz?

– Odprężyłam się. Wiem, że nie będę musiała jutro wstać o świcie, jestem bezpieczna, bo nikt z pracy mnie tu nie znajdzie, a na dodatek gdzie nie spojrzę, tam widzę samą zieleń. I to mi sprawia radość, bo wiem, że mam przed sobą bajkowe dni.

– A ja mam wrażenie, że dokładnie te same myśli już słyszałem, i to całkiem niedawno we własnej głowie – uśmiechnął się ciepło i pogładził ją po ręce. – Idź pierwsza do łazienki, ja pójdę zamknąć dom i włączę autoalarm.

Łazienka była już wolna gdy wrócił po dokonaniu obchodu całej posesji Wziął prysznic, cichutko zastukał do drzwi drugiego pokoju. Otworzyła mu zaspana Alinka.

– Mamusia przecież śpi – powiedziała i wróciła na szeroki tapczan nie zamykając za sobą drzwi.

Stał z ręką opartą o futrynę i patrzył na Aldonę pogrążoną w pierwszym śnie.

– Dobranoc kochanie – powiedział cichutko i poszedł spać do pokoju, w którym Biedroneczka. spała przytulona do swojej kotki.

5.09.2017

 

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Właściciele psów – uważajcie!

Z moim osiedlem graniczy dom w ogrodzie oraz sad za domem. Graniczył, czasu przeszłego należy już używać. Właściciel, starszy pan, umarł chyba ze dwa lata temu. Teraz umarły drzewa w ogrodzie i w sadzie. Właściwie zginęły śmiercią tragiczną od ciosów siekier i zębów pił mechanicznych głośno obwieszczających w całej okolicy, że oto one wkroczyły do akcji i biada każdemu kto im na drodze stanie. Zamknęłam okna, żeby nie słyszeć, bo to ogromnie przykry i przejmujący odgłos był. Skoro w takiej małej skali odgłos śmierci drzew niósł się daleko i groźnie, to jakże strasznie musi być w okolicach Puszczy. Tam, gdzie tysiące ofiar kładzie się pokotem, obdziera natychmiast ze skóry i wywozi. Jeśli do tego dodać olbrzymie szkody spowodowane nawałnicami, które przetoczyły się przez kraj – to naprawdę nie jest trudno uświadomić sobie jak ogromne straty poniosło nasze środowisko. O ludziach teraz nie mówię, bo to inne zagadnienie. Wśród drzew, których już nie ma, żyły zwierzęta. Małe, średnie i całkiem duże, i teraz nie mają się gdzie podziać. Ludzie domy stracili ale i zwierzęta również. Im nikt nie pomoże domu odbudować. Minister śmierci środowiska je po prostu zabije. Nie wiedziałam, że u nas żyją szakale. Cóż, nie jestem fachowcem, mogę nie wiedzieć. Wzięłam do ręki atlas zwierząt występujących w Polsce – tam nie ma żadnej wzmianki o szakalu. Czyli – wniosek prosty: jeśli nawet się jakiś trafi, jest na tyle rzadkim stworzeniem, że go nawet w atlasie nie umieścili. Ale minister śmierci środowiska chce go wytropić i zamordować, jak inne. Dołączyć do kolekcji skórę i powiesić na ścianie w stodole. Aha, jeszcze łosie za jego błogosławieństwem będą teraz mordowane, pewnie mu rogów za mało i chce nowe dołożyć do pozostałych poroży. A zamiast szakala, którego nie ma, mordercy będą zabijać wilki. Niby przez pomyłkę.
Właściciele psów, którzy chodzicie na spacery ze swymi pupilami w okolice jakichkolwiek lasów, uważajcie! Za każdym drzewem może się czaić morderca z bronią palną legalnie posiadaną. Może zabić z zimną krwią waszego przyjaciela, ulubieńca całej rodziny, ukochaną przytulankę waszych dzieci i nie poniesie za to żadnej kary. Powie, że strzelał do szakala, przecież mu wolno. A przy okazji może trafić dziecko jak nie tak dawno rowerzystę. Uważajcie więc, żeby nie doszło do tragedii.

4.09.2017

  • kolewoczy O psach zabijanych przez myśliwych słyszy się od dawna. Wiesz, ja znam środowisko myśliwych, Problem w tym, ze spora grupa zapisuje się do kół łowieckich dla podbudowania swojego męskiego ego, a nie z pasji czy tradycji rodzinnych. Bo co innego kultura łowiecka, a co innego żądza mordu bez znajomości reguł, a z przyzwoleniem prawa. Współcześni myśliwi mają wysokiej klasy sztucery za to mierną wiedzę o podstawach budowy anatomicznej zwierząt i tu jest problem: brak rzetelnych kryteriów przyjmowania do kół łowieckich. Prawdziwy myśliwy, taki z dziada pradziada nigdy nie pomyli dzikiego zwierzęcia z domowym, a niedawno było opisane, jak pseudomyśliwy rzekomo pomylił dzika z koniem. Bezsens! To był ignorant, któremu ktoś dał pozwolenie na broń po prostu.
  • fg2002 Rzeczywiście, nie jesteś fachowcem – jesteś mądrzejsza od fachowców.
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Trafne spostrzeżenia.Też nie jestem fachowcem od zwierząt,ale słucham i czytam co
    mówią znawcy tematu. Rzeczywiście co do szakala,którego mało kto widział w Polsce ,” fachowiec ” minister wydał zarządzenie ,na mocy którego wpisano na listę zwierząt do odstrzału szakala złocistego,który jest trochę podobny do niewielkiego wilka,co daje możliwość odstrzału wielu młodych wilków / niby przez pomyłkę /. Zaobserwowałem,że odwiedza Cię fg2002 .Skacze po blogach i zostawia troche jadu ,wyzywa,obraża.Pewnie jest zwolennikiem dobrej zmiany.
  • babciabezmohera Jeszcze słowo w sprawie zwierząt- podobno na Podkarpaciu kilogram mięsa z dzika kosztuje…. 2 złote!!! Nie byłam, nie sprawdziłam, powtarzam, co usłyszałam a co wydaje mi się prawdopodobne ze względu na obecną politykę „ochrony zwierząt”. Niszczą wszystko, co żyje a potem zdziwienie, że natura bierze odwet za takie traktowanie…:(((
  • fg2002 hop hop
  • annazadroza kolewoczy:) Wysnuć można wniosek o koszmarnej treści, że żądza mordu bierze górę nad ludzkimi uczuciami, empatią czy choćby przyzwoitością. A zły to człowiek, dla którego rozrywki muszą umierać inne stworzenia. Mam nadzieję, że większego dostępu do broni u nas nie będzie, choć niektórzy się tego domagają. I bez tego zbyt wiele jest tragedii. Mając broń to chyba byśmy się wszyscy wystrzelali, jedni by napadali, drudzy musieliby się bronić …i pustynia by została.
  • annazadroza fg2002:) Nie jestem mądrzejsza od fachowców. Jeśli ktoś się za takiego uważa, popełnia grzech pychy.
  • annazadroza Obserwator:) Biedne wilki, biedne psy i biedne wszystkie zwierzęta, które mają nieszczęście spotkania bestii na dwóch nogach, z bronią w ręku, pałającej żądzą mordu. Jak trafnie kolewoczy zauważyła – dla podbudowania ego. Ludzkie okrucieństwo nie ma sobie równego, nie tylko w stosunku do zwierząt ale i do przedstawicieli własnego gatunku, w tym do bezbronnych dzieci.
  • annazadroza babciabezmohera:) Nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las. Natura odbierze co swoje, zemści się na ludziach za krzywdy. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że choroba wściekłych krów, czy inne odzwierzęce są taką formą „zapłaty”. Poza tym – nie jesteśmy panami świata. Cóż człowiek wobec np. wulkanu ma do powiedzenia?
  • krzysztof213 Bo to chory Świat i Chora Rzeczywistość .Ludzi od PIS W PIZDU Z TAKĄ POLITYKĄ
    Ktoś się potem okaże miał na tym interes .
    A to smutne ze człowiek Umiera i wszystko się zmienia ale tak jest .Zresztą wszystko się zmienia .Przynajmniej wiele nieraz .
  • annazadroza krzysztof213:) Wszystko się zmienia, to prawda, nikt nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki …itd. Tak to już jest. Może dlatego warto pracować nad sobą, żeby zrozumieć, że każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna i szkoda ją tracić na złe myśli? Pewnie, że czasem się nie można powstrzymać, ale próbować można 🙂
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Obudził się!

Nie mogłam się pozbyć myśli o przeszczepie płuc, o operacji, która może właśnie trwała kiedy o tym myślałam. Ale – udało się! Młody człowiek już się obudził, żyje! Napisał o tym sam, więc jest ok. Cieszę się jakbym znała go osobiście.

Jednak blog to jest sprawa niesamowita, bo wokół własnego tworzy się sieć innych,  jakby krąg nowo poznawanych osób, które zaczynają istnieć w naszej świadomości. I jeszcze wywierać na nas wpływ, bo np. złapałam się ma tym, że w konkretnej sytuacji pomyślałam: a jakie zdanie miałaby babciabezmohera w tej materii albo jesiennakobieta? A kolewoczy na pewno by skrytykowała zaś krzysztof by się uśmiechnął itp, itd.Minęło zaledwie pół roku odkąd tu jestem a czuję się jakby o wiele dłużej. Dziękuję wszystkim, którzy zaglądają i pozdrawiam baaardzo serdecznie.

3.09.2017

  • babciabezmohera Jestem na blogowisku już od kilku lat i- podobnie jak Ty- bardzo się cieszę, bo to jakby moje drugie życie. Poznałam tu wiele wspaniałych osób, niektórych dodatkowo także w realu…
    Życzę Ci wielu blogowych przyjaciół i niezmiennego zadowolenia z prowadzenia bloga. :))
  • Gość: [kolewoczy] *.internetdsl.tpnet.pl O, chyba byłam na blogu tego chłopaka. Opisywał, że czeka na przeszczep płuc. Bardzo się cieszę, że już jest po operacji. Oby teraz szybko wracał do formy. Przeszczep musi się przyjąć, a na to trzeba czasu.
  • annazadroza babciabezmohera:) Faktycznie, to tak, jakby drugie życie było, obok pierwszego, realnego, takie tylko moje :Mogę sobie pisać co chcę, wreszcie swoje myśli niektóre przekazać, bohaterki powieści z szuflady na wolność wypuścić.
    Dzięki za życzenia:)
  • annazadroza kolewoczy:) Ważne, że się obudził. Pierwsze i najgorsze za nim. Teraz na pewno długo trwać musi dochodzenie do siebie, ale trzeba być dobrej myśli.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Trzymajmy kciuki

W nocy obudziła mnie ulewa. Deszcz bębnił po dachu, słyszałam wyraźnie krople rozpryskujące się na betonie. Wybiłam się ze snu i napłynęła myśl, która w ciągu dnia tylko przemknęła i zniknęła wobec następujących po sobie różnych codziennych wydarzeń. Otóż gdy rano weszłam na bloxa rzucił mi się w oczy wpis na blogu na który nieraz zaglądam, na” Oddychać łatwo powiedzieć”.
Nie tak bardzo dawno temu spędziłam pewien czas w szpitalu na Płockiej, warszawiacy wiedzą, że to specjalistyczna placówka zajmująca się chorobami płuc. Czekałam na badania i diagnozę. Miałam wtedy możliwość przyjrzeć się różnym – brzydko nazywając – przypadkom chorobowym. Wszyscy byli mili i sympatyczni, co odnosi się i do pacjentów i do personelu, ale szczególnie utkwiła mi w pamięci młoda dziewczyna czekająca na przeszczep płuc. Dotąd mam w oczach jej umęczoną buzię, jej postać pomaleńku, krok za krokiem sunącą po korytarzu, przystającą co chwilę i korzystającą z podpory mamy, która szła z nią niosąc jakieś – nie wiem co, kroplówki, czy coś innego wspomagającego oddech. Nie wiem, nie chcę nikogo wprowadzić w błąd. W każdym razie coś niosła. Albo woziła na wózku do toalety czy pod prysznic ponieważ chora nie była w stanie sama nic zrobić, była zdana na pomoc. Nie wiem jak potoczyły się jej losy, mam nadzieję, że pozytywnie.
Dlaczego o tym mówię? Ponieważ ogromnie jestem poruszona i przeżywam fakt, iż chłopak w wieku mojego Małego czeka na przeszczep płuc. 30 sierpnia odebrał telefon, pewnie najważniejszy w swoim życiu. Będzie miał operację. Poczułam, że powinnam o tym głośno powiedzieć, żebyśmy wszyscy, ile tylko nas jest na bloxie, trzymali za niego kciuki, wsparli dobrą myślą czy modlitwą. Proszę o to każdego, kto tylko może i chce.

2.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Przecież mamy się czym pochwalić

Wstydzę się. Uogólniając – wstydzę się za kogoś, kto staje się przedmiotem kpin, traktowania nie tylko jak ubogiego krewnego, ale jak osoby niepożądanej, niemile widzianej, sprawiającej kłopoty, obrażającej wszystkich wokół, domagającej się szacunku podczas gdy reszcie świata szacunku odmawia, zakłamanej a zarzucającej kłamstwa innym, ciemnej, zacofanej, cofającej się właściwie do
średniowiecza i inkwizycji, marzącej o karze śmierci i torturach. Nic dziwnego, że rozsądnie myślący się odsuwa od kogoś takiego. Omija
szerokim łukiem. Nie chce rozmawiać. Nie potrzebuje kontaków. Chce się pozbyć takiego gościa, co burzy spokój gospodarza, rządzić próbuje komuś w domu, wprowadza własne porządki, wyrzuca zdjęcia i pamiątki wkładając w cudze ramki zdjęcia swoje i kamratów.
Nie można mu pomóc bo nie słucha nikogo, żadnej myśli nie rozważy, krzyczy, straszy, poucza lecz…  nikt już go nie słucha. Nawet zależeć przestaje komukolwiek, żeby posłuchał i przestaje się go traktować poważnie. Ot, chory, trzeba go tylko odizolować, żeby nie zarażał. Biedny taki człowiek, oj, biedny ale chory nieuleczalnie. Jedynie gangrena z przeszłości, straszna, mająca na sumieniu miliony ofiar, z radością się przyssać próbuje…
Nie mogę pojąć dlaczego część moich rodaków pozwala sobie „wciskać ciemnotę” do głów. Nie żyjemy w XIX wieku, nawet XX mamy za sobą. Zmieniły się czasy i potrzeby. Inne są współzależności między państwami, inne możliwości współpracy i współżycia niż 100 lat temu. To „współ” – jest najważniejsze. Bo tylko w takim układzie dziś można istnieć, przetrwać zagrożenia niesione przez współczesność.
Wymachiwanie pięściami, walenie ręką w mównicę czy szarża z szabelką na czołgi już nie ma racji bytu. Patriotyzm też ma nową formę. To promowanie i pokazywanie światu tego, co mamy najlepsze i najpiękniejsze, krajobrazu, gór, jezior, parków narodowych (jeszcze), naszej literatury i sztuk wszelakich, naszego rzemiosła, naszych wynalazków będących owocem niezwykłych umysłów nieraz bardzo młodych ludzi, naszych specjalistów w poszukiwanych – albo niszowych – dziedzinach. Mamy się czym pochwalić. Tylko… jakoś nikną zasługi wobec ilości faktów, za które mi wstyd.

1.09.2017

  • fg2002 Bóg daje i odbiera …
  • annazadroza fg2002:) Tym razem nie odebrał:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz