Zajrzało słonko przez okno

W weekendowym postanowieniu wytrwałam i Lapcio spał sobie grzecznie w sobotę i niedzielę. Ja za to pocięłam w paski bluzkę koszulową, którą kiedyś przepaliłam żelazkiem, dwie bawełniane koszulki zużyte wielce, fartuch kuchenny mający czas świetności za sobą oraz sukienkę na ramiączkach sfatygowaną
porządnie, której już bym nie założyła między ludzi. To tyle w kwestii robótek. Więcej materiałów nie posiadam chwilowo, czekam aż się pojawią. Tych pociętych starczy zaledwie na kilka rządków. Może narzutkę na fotel a nie dywanik zrobię, bo to cienkie szmatki były.
Pogoda się poprawiła o tyle, że z psami dało się pójść trochę dalej. Ponieważ przez tydzień chodziliśmy w stronę torów, bo chodnik jest i nawet w deszczu można się przemieścić, brak opadów wykorzystaliśmy na zmianę kierunku marszruty. Szilunia zadowolona prowadziła, bo lubi tamtą trasą iść i drogę zna. Ja
się zdziwiłam zmianami, jakie w ciągu minionego deszczowego tygodnia nastąpiły. Otóż w związku z przebudową drogi i skrzyżowania zniknął domek. Taki malutki domeczek, ale ładnie obity seledynowego koloru panelami, z białymi uchylnymi oknami, z małą werandą. Został dołek w ziemi wysypany piaskiem.
Właściciel na pewno dostał ekwiwalent pieniężny albo lokal zastępczy, na ulicę go przecież nie wyrzucili, może jest zadowolony z nowego lokum. Niech tak będzie, Ale mnie się smutno zrobiło, bo nie znoszę zmian, choć wiem, że są konieczne i nowe życie ze sobą niosą. Długo bardzo trwa, zanim się do czegoś nowego przyzwyczaję. A dziś tempo życia jest takie zawrotne, że ledwo się zdążę do czegoś przyzwyczaić to znów się zmienia. Może to sygnał, żeby się przyzwyczajać do myśli, że niezmienność coraz bliżej?
Żeby weselej było to powiem, że moje groszki dalej kwitną, zaś chryzantemki w skrzynkach puszczają nowe pączki. Pozbierałam z aksamitek przekwitnięte mokre łebki i część wysuszyłam. Może wyrosną z nich młode w następnym sezonie. Wyjątkowo ładne, mocne i okazały mi się trafiły w tym roku. Żałuję tylko, że
przez deszcze część rozkwitniętych jeszcze kwiatów pokryła się pleśnią i zmieniła się dosłownie w błoto rozłażące się w palcach.
W tej chwili zajrzało mi słonko przez okno! Jakby cud natury!!! Życzę więc pogody, słonka, żeby osuszyło tę chorobliwą wilgoć i żebyśmy mogli się nim nacieszyć.

25.09.2017

  • kolewoczy Ma być słonecznie, tak zapowiadają prognozy, będzie babie lato i złota jesień. Ponoć już w tym tygodniu 🙂 Ja stare ubrania zużywam jako ścierki.
  • jasna0 pozdrawiam słonecznie z Krakowa.
    Nareszcie jest ta żółto – złota kula na niebie i troszkę nawet grzeje.
    Też nie lubię zmian, tak już jest, gdy człowiek do czegoś, lub jakiegoś widoku się przyzwyczai. Możesz teraz zaśpiewać sobie: mały zielony domek (chociaż w oryginale był biały) w nocy mi się śni…..
  • fusilla Słonko to było u nas wczoraj. Zaraz pełno żaglówek – regaty. Morsy sie taplały z lubością. Na promenadzie masa spacerowiczów! A dzisiaj? Zimno, buro i ponuro! Brrr!
  • annazadroza kolewoczy:) Przybądź jesieni złota, bo na razie jest tylko słota – się zrymowało. Z tą pogodą ciekawe czy prawda – niby przebłyski słońca widać, ale czy się znów nie schowa? Jakieś takie zmienne w tym roku jest, ja mam niedosyt, za mało go było, nawet upały mi nie zdążyły dokuczyć.
    Też zużyłam wszystkie szmatki do sprzątania dlatego nie mam. Ale znajdę, zrobię „dzieło sztuki”, już się zaprogramowałam:)
  • annazadroza jasna0:) Dzięki za pozdrowienia z królewskiego grodu:) Jak u Ciebie jest słoneczko to może do nas też dojdzie i na dłużej się zatrzyma? Jak się człowiek wygrzeje to i stawy mniej dokuczają, bo przy takiej wilgoci jak teraz, to … szkoda gadać:(
  • annazadroza fusilla:) Bo słoneczko dziś idzie do nas od Krakowa, Ty jesteś bardziej na północy, więc najpóźniej dotrze. Ale dotrze, bo słońce to ciepło, siła i zdrowie a tego Tobie i Bliskim teraz potrzeba najwięcej. Życzę Ci duużo słoneczka:)
  • kobietawbarwachjesieni Serdecznie pozdrawiam.
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:) I ja Ciebie serdecznie pozdrawiam i słoneczka życzę:)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 31

Lekkie szturchanie zimnego, wilgotnego, czarnego psiego nosa a właściwie noska, obudziło Sergiusza. Otworzył oczy i zobaczył wpatrzone w siebie dwa błyszczące, jakby szklane, paciorki, wyraźnie czekające na jego reakcję. Wolno wyjął rękę spod koca. Przemawiając łagodnym głosem, delikatnym lecz stanowczym ruchem dotknął czarnego łebka. Sunia nie odskoczyła, nie bała się tej ręki. Może nocą przemyślała całe swoje dotychczasowe krótkie życie łącznie z tym, co zdarzyło się wczoraj? Może z kotkami, swoimi nowymi przyjaciółkami, podzieliła się owymi przemyśleniami i wysłuchała ich opinii? Może modliła się do psiego boga o ratunek? W każdym razie spojrzenie miała zupełnie inne, łapki nie drżały jak jeszcze wieczorem, stały zupełnie pewnie. Nawet ogonek, w miarę jak ręka pana przesuwała się po grzbiecie tam i z powrotem zaczął się rytmicznie poruszać w prawo i w lewo.

Aldona jeszcze spała. Na brzuchu, z podwiniętą lewą nogą, przykryta prawie na głowę, z włosami rozsypanymi w nieładzie na poduszce. Odgarnął jej grzywkę z czoła i pocałował po ojcowsku. Mruknęła coś nie otwierając oczu i poczęła przesuwać rękę po pościeli aż natrafiła na jego ramię. Teraz ręka wędrowała po nagim torsie, wreszcie chwyciła za szyję i przyciągnęła do siebie.

– Poczekaj kochanie, muszę wypuścić Tinę, zaraz do ciebie wrócę – powiedział mierzwiąc jeszcze bardziej splątane włosy.

Otworzył drzwi, ale sunia nie chciała sama wyjść za próg, musiał iść z nią. Nawet na krok nie dała mu odejść od siebie rozpaczliwie piszcząc. Nie było innej rady niż iść tam, dokąd prowadziła i poczekać. Poczekał i razem wrócili do domu. Zastali schowaną pościel, gotującą się na kuchence wodę na herbatę i Aldonę biorącą   w łazience prysznic.

– Już wychodzę – zawołała wesoło.

– No wiesz co? – mruknął zawiedziony. – Po co już wstałaś? Tak bym sobie jeszcze pospał…

– Tylko patrzeć jak dzieci zejdą na dół. I co zobaczą? Matkę wylegującą się w łóżku podczas gdy za oknem od dawna świeci słońce. Wstyd!

Stanęła na progu łazienki owinięta wielkim kolorowym ręcznikiem. Wilgotne włosy  poskręcały się i wokół głowy miała burzę niesfornych loczków, na ramionach zatrzymało się kilka kropelek wody. Podszedł do niej i cała utonęła w jego ramionach.

– Dzieci – szepnęła cichutko.

Wspięła się na palce, przylgnęła wargami do szorstkiego, jeszcze nie ogolonego policzka i… zaraz wypchnęła z łazienki zamykając za sobą drzwi. Rozległ się głośny tętent stada  potworów zbiegających po schodach i trzy „potwory” wpadły do kuchni.

Tina pierwszy raz głośno szczeknęła. Wystraszyła się własnego głosu i zamilkła. Chyba sobie jednak przypomniała, że już nie musi się bać, bo rozszczekała się na dobre i zamerdała ogonkiem. Zachwycone dziewczynki głaskały ją, poklepywały, podtykały pod nos smakołyki cichcem wyjęte z lodówki.

Aldona wyszła z łazienki drugimi drzwiami, przeszła sionką do drugiego pokoju i po chwili stanęła w drzwiach kuchni ubrana w turkusowe szorty, takież sandałki i białą bawełnianą bluzeczkę.

– Cześć łapserdaki – przywitała dzieci promiennym uśmiechem. – Jak się spało w nowym pokoju?

– Świetnie. Mamusiu, Tina jest już zdrowa – całując matkę na dzień dobry obwieściły Stokrotki wielką nowinę.

– I nawet szynkę też lubi – Monisia także się przytuliła do niej.

Aldona przytuliła wszystkie trzy dziewczynki, porozdzielała równo całusy, żeby żadna nie czuła się pokrzywdzona, klapsy – oczywiście żartobliwe – za szynkę, która sama wyszła z lodówki, też podzieliła sprawiedliwie.

– Czy i ja mogę się z tobą przywitać, Wiewióreczko? – Sergiusz udawał, że nie ma siły odciągnąć dziewczynek od matki.

– Jeśli ci się uda. Co ty robiłeś w nocy, żeś taki słaby? – zaśmiała się zaglądając mu w oczy.

– Zapomniałem, ale może wieczorem sobie przypomnę. Albo zaraz jak cię złapię…

– No to próbuj, łap mnie kocie bury – zaśpiewała i niespodziewanie zamknęła mu drzwi przed nosem.

– Ciocia, uciekaj przez okno – poradziła Monika przez dziurkę od klucza.. – My przytrzymamy tatusia.

– A kto przegra stawia lody – stwierdziła Linka.

– O tak, lody, lody, pyszne kolorowe lody – śpiewała Biedroneczka.

Rozpoczęła się szaleńcza zabawa, przepychanie, ucieczki, pogonie przeplatane piskami dziewczynek, krzykiem i śmiechem. Tina najpierw ukryła się pod stołem, potem chyba doszła do wniosku, że nic groźnego się nie dzieje, widocznie miała wrodzone poczucie humoru. Wyszła spod stołu i kuśtykała za tym swoim nowym, zwariowanym stadem poszczekując od czasu do czasu. Kotki szły za nią krok w krok jak Tygrysek za Zbójem.

Zabawa zakończyła się pochwyceniem uciekinierki – męska duma nie pozwoliła dać się przechytrzyć dziewczynom – oraz solennym przyrzeczeniem, że na lody pojadą do Krzeszowic. Tam w drewnianej budce niedaleko stacji benzynowej są lody najlepsze na calutkim świecie a wszystkie inne mogą się przy nich schować pod ziemię ze wstydu.

Rozpoczął się cudowny okres beztroski, swobody i szczęścia. Niezbyt często się taki zdarza w ludzkim życiu. A nawet jeśli – to dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę, że był, lecz minął i w porę nie zauważyliśmy jego trwania. Zostaje żal, poczucie pustki i przemijania, świadomość braku możliwości zatrzymania czasu i powrotu do minionych zdarzeń.

Wszyscy mieszkańcy domku pod lasem korzystali z życia ile, jak i gdzie się dało. Pogoda dopisywała. Dziewczynki bawiły się najpierw tylko w ogrodzie, potem odważyły się wyjść za płot a wreszcie całe Skałki uznały za swoje. Biegały od Pudełkowej Skały do kapliczki, od ugorka Jurandowej prababci pod Styrek i z powrotem. Tinie zaokrągliły się boczki, sierść stawała się coraz ładniejsza, sunia rosła jak na drożdżach, niemal z godziny na godzinę, pochłaniając niewiarygodne ilości pożywienia jakby chciała się najeść na całe życie, na zapas, na wszelki wypadek, gdyby znów przyszedł okres głodu. Rana zagoiła się „jak na psie” i szczenisia uczestniczyła w zabawach dzieci. Nie wychodziła jednak za bramkę. Nie wchodziła również na strych, choć dziewczynki przywoływały ją wielokrotnie.  Kładła się pod schodkami i czekała na swoje dwunożne przyjaciółki, aż zbiegną na dół popychając się i chichocząc, by znów bawić się i korzystać z pięknej pogody. W swoich wypadach dotarły i do ludzkich siedzib za Zamkową Drogą, poznały kuzynki i kuzynów Juranda – a głównie ich dzieci, oraz ciocie i wujków. Od tej chwili rojno i gwarno zrobiło się na Skałkach, młodzież spędzająca wakacje w Tenczynku chętnie przebywała w towarzystwie ładnych i wesołych dziewczynek. Tym bardziej, że nie zadzierały nosa i miały mnóstwo różnych pomysłów na zajmujące spędzanie czasu.

Aldona szła w stronę kapliczki. Wypatrywała drobnych dziecięcych figurek zwykle przemykających wśród nielicznych nie zwiezionych jeszcze „lalek” stojących na złotych ścierniskach, ścigających się po polnych drogach, skaczących  na jednej nodze przez miedze, albo palących ognisko na ugorku. Spod kapliczki roztaczał się przepiękny widok, zmieniający się w zależności od pogody i pory dnia. Aldona nieraz stała i stała zapatrzona, zapominając o bożym świecie. Wpatrywała się w konia ciągnącego pług i idącego za nim człowieka, który zarzucił sobie lejce na szyję, obiema rękami trzymał rączki pługa i tylko głosem kierował koniem. Jego wołanie docierało do kapliczki mimo odległości sprawiającej, że wydawał się wielkości ołowianego żołnierzyka.

Wiedziała już, że to nie „oranie” tylko „pokładanie” czyli mówiąc inaczej – przewracanie ścierniska do góry nogami. Coraz  więcej złotych pasów, pozostałych po zwiezionym i wymłóconym zbożu, zmieniało kolor na szary. Zauważyła, że „lalki” stojące jeszcze gdzieniegdzie, czy inaczej „mendle”, mają inny kształt niż widziała na Mazowszu. Przyjrzała im się z bliska ciekawa skąd różnica.

Małe snopeczki, wiązane krótkimi powrósełkami z tego samego, dopiero ci skoszonego zboża, ustawiano wokół jednego, luźno, aby dobrze schły owiewane wiatrem. Przed deszczem chroniła je czapa zrobiona z ogromnego snopa związanego grubym powrósłem i nasadzonego na wierzch tak, aby jego słoma dokładnie okrywała całą „lalkę”. Byle deszczyk nie przedostawał się do środka, krople spływały w dół po sztywnej, prostej słomie, ochraniając ukryte pod spodem kłosy.

O skuteczności takiej „czapy” przekonała się na własnej skórze, gdy nagle lunął deszcz. Niewiele myśląc schowała się pod mendel zadowolona, że nie moknie. Krople rozpryskiwały się po zderzeniu z ostro zakończoną owsianą słomą, po czym w postaci mgiełki odbywały drogę ku ziemi wsiąkając w nią. Nie przewidziała jednak, że rozpęta się burza. Nagła i gwałtowna. Pociemniałe niebo przeszywały błyskawice, grzmoty przybliżały się z każdą chwilą, wreszcie nad samą głową Aldony rozpętało się piekło. Wyglądało tak, jakby ze wszystkich czterech głównych i czterech pośrednich stron świata przybyły burze na walną bitwę w wojnie toczonej o panowanie nad światem. Potworny huk i oślepiający blask sprawiły, że Aldona wyskoczyła ze swego schronienia jak pocisk wyrzucony z katapulty. Kątem oka dostrzegła płonący mendel, ten, w który strzelił piorun. Gdyby trafił o dwa dalej…

Nie mogła sobie przypomnieć jak pokonała drogę do domu. Dziura w pamięci. Ze strachu. Na pewno mogła iść z wiatrem w zawody zakończone nie swoją porażką. Opamiętała się dopiero przed drzwiami, wciąż przestraszona,  przemoczona do suchej nitki, niezdolna do myślenia. Nie nacisnęła klamki lecz waliła pięściami w drzwi i padła na kolana zanim się otworzyły.

– Rany boskie, co ci się stało?

Schylił się, pomógł wstać i wejść do środka. Przywarła do niego całym ciałem mocząc mu ubranie, objęła za szyję i rozpłakała się.

– Mamusiu, co ci się stało? – cisnęły się do matki wystraszone bliźniaczki, które wraz z Moniką zdążyły do domu przed deszczem.

– Nic, zupełnie nic mi się na szczęście nie stało – uspokajała dzieci wycierając oczy. – Po prostu przeżyłam koszmar i puściły mi nerwy. Byłam nieprzytomna ze strachu i zmęczenia. Już mi przeszło. Posłuchajcie…

– Poczekaj, nie mów nic – zaprotestował Sergiusz. – Najpierw się przebierz w suche ubranie i weź gorący prysznic.

– Wcale mi nie jest zimno.

– Zaraz będzie. Już zaczynasz się trząść jak galareta i szczękać zębami – oświadczył stanowczo.

Posłuchała bez dalszego sprzeciwu. Weszła do łazienki, Linka przyniosła jej suche ubranie, Inka suszarkę do włosów. Niedługo potem siedziała na taborecie w kuchni, przed nią stała szklanka gorącej herbaty z rumem. Inka suszyła mamie włosy, ona zaś opowiadała co jej się przytrafiło.

– Pamiętajcie: nigdy w życiu, za żadne skarby świata nie chowajcie się przed burzą pod drzewa, kopy siana czy słomy. O mały włos nie przypłaciłam życiem własnej głupoty – zakończyła opowiadanie.

Sergiusz siedział bez ruchu wpatrzony w Aldonę. Uświadomił sobie jak mało brakowało, żeby jej więcej nie zobaczył. Nie siedziałaby między nimi z wijącymi się, wilgotnymi włosami, nie patrzyłaby na niego z miłością w oczach i nie wyciągała miękkim ruchem ręki w jego stronę.

– Sergiuszu – mówiła, – dlaczego masz taką przerażoną minę? Przecież wszystko się dobrze skończyło. Widocznie mam jeszcze dużo do zrobienia na tym świecie.

Wziął jej rękę w obie dłonie i, nie zwracając uwagi na obecność dzieci, powiedział głośno.

– Doniczko, bardzo cię kocham – i powtórzył jeszcze raz. – Tak, bardzo, bardzo cię kocham.

– Ja też – dodała Biedroneczka  tuląc się z drugiej strony.

– A myślisz, że my nie? – zgodnym chórem odezwały się bliźniaczki.

22.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Kupa pieniędzy?

Znowu pada, pada i pada, i tego padania mam serdecznie dość. Urwałam drut w parasolce. Buuu:( Akurat ta jest najwygodniejsza w użyciu, bo ma stabilną drewnianą rączkę, na której mogę się oprzeć po złożeniu, jak na lasce, a teraz fragment materiału z drutem smętnie zwisa i dynda – jak nie powiem co. W domu zimno, złamałam postanowienie włączając ogrzewanie w łazience i dziś już zupełnie dobrze się wstawało. Zimno nawet psom dokuczyło, bo nocą oba opuściły zimny pokój i przyszły pod sypialnię budząc nas, ponieważ nie mogły się zdecydować gdzie który ma się ułożyć do snu. Mąż wstał i wypuścił Skitsa do ogródka, całe szczęście, bo obyło się bez sprzątania. Ja też wstałam i przygotowałam drugie legowisko. Tak więc nocka była zarwana dla wszystkich, babcia D. tylko się nie obudziła. Rano w deszczu – znowu – szybki bieg na krótkim dystansie. Teraz i Szilka i Skituś odsypiają zaległości przykryte kocykami, na wersalce i na fotelu, spokojne, bo mają nas w zasięgu wzroku, czują naszą obecność przez sen i wiedzą, że są kochane. Wyglądają cudownie 🙂
A kiedy przysnęłam, miałam sen – duży koń miał założoną Męża kurtkę na zad i przez rękaw robił kupę do sedesu. Wyobrażacie sobie coś takiego?! Czy to oznacza kupę pieniędzy? Czy wprost przeciwnie? Interesowałaby mnie ta pierwsza ewentualność :):):)

21.09.2017

  • babciabezmohera U nas ogrzewanie już od jakiegoś czasu działa. Chłód w mieszkaniu, w dodatku przy takiej wilgoci, jest nie do zaakceptowania.Zdecydowanie wolę na czym innym przyoszczędzić.
    A sny? Ja też miewam takie, że sama się dziwię, skąd się to bierze?;))
  • Gość: [irsila] *.dynamic.chello.pl U mnie od wczoraj ciepłe są kaloryfery, (mury od aury zimne,
    powietrze zawilgocone), to od razu lepiej się poczułam.
    Wczoraj naprawiałam też parasole, nitki mocujące,
    urwane, doszywałam.
    Jednak drut złamany to nie jest prosta robota,
    W kilku tak mam i dumam jak to naprawić, czy może te parasole wyrzucić.
    Trochę ślusarstwa tu potrzeba, szydło, młotek, drut łączący od spinacza jak klamra.
    Kiedyś spróbuję, może się da.
  • kolewoczy Sen ekstra! 😀 Nie wiem,c o znaczy, jak się okaże, to napisz 😉 U mnie w pracy grzeją a w mieszkaniu nie. mam gdzieś oszczędności, włączam piecyk w sypialni, bo zasnąć z zimna nie mogę.
  • annazadroza babciabezmohera:) Chłód w połączeniu z wilgocią jest okropny. Masz rację, że na ogrzewaniu nie ma co oszczędzać, bo potem więcej trzeba będzie wydać na lekarstwa.
  • annazadroza kolewoczy:) Sama jestem ciekawa co oznacza:) Moja mama mówiła, że jak koń się przyśni to przyjdą goście. Goście – ok, ale dalsza część co znaczy? Jak się coś wyjaśni to od razu powiem:):):)
  • annazadroza irsila:) Zdolności manualnych specjalnych nie posiadam, więc za specjalistyczne naprawy się nie biorę, choć żałuję. Pozszywać – tak, to robię, kiedy się oberwie. Drut na razie ręcznie przesuwam po rozłożeniu parasolki, ale widzę, że już materiał przedziurawiłam. Myślę, że rączka wyląduje w końcu w ogródku jako dekoracyjna podpórka, też korzyść i oko ucieszy:)
  • fusilla Moja druga połówka już wrócila do domu, to siłą rzeczy trzeba było właczyć ogrzewanie!
    A sen super. Nieważne, że nie wiadomo co oznacza. Ja od razu załozyłabym, że pieniądze! :-)))))
  • annazadroza fusilla:) Tak się cieszę, że masz już w domu swoją drugą połówkę:) Na samą myśl robi się cieplej:)
    Co do snu, obyś miała rację, żeby się spełniło:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Żeby było cieplej

Przyjaciółka M. zadzwoniła, że wyszła jej pyszna pasta paprykowa, chyba też spróbuję zrobić. Miałam w planie odgruzowanie garażu, bo puste słoiki wpychałam bez ładu i składu gdzie popadło i czas najwyższy je uporządkować, żeby nowe przetwory ładnie wyglądały w oczekiwaniu na zużycie:) Mam mnóstwo malutkich słoiczków po przecierze pomidorowym, miałam się ich pozbyć, lecz M. zgłosiła na nie zapotrzebowanie czym mnie ucieszyła, bo nie lubię niczego wyrzucać. Ot, taki chomik jestem. Gromadzę, bo może się przyda. Potem mnie w którymś momencie „nerw bierze” -jak mawia jedna z koleżanek – i wyrzucam jak leci. Ale muszę wyrzucić całkiem i natychmiast, bo inaczej zacznę się zastanawiać… może się przyda…
Słoiczki przygotowałam, ale zbyt mokro i zimno jest na zrobienie czegoś więcej poza ścianami mieszkania. Wzięłam się więc za uporządkowanie zapisów blogowych. Ale nie w Lapciu, o nie, w zeszycie:) Ponieważ wszelkim elektronicznym sprzętom do końca nie wierzę, zrobiły mi niejednego już psikusa, od samego początku mam zeszyt, w który teksty opublikowane na blogu wpisuję po kolei, z datą i dzięki temu wiem na jakim świecie żyję. Jeśli chcę coś sprawdzić, biorę zeszyt do ręki i nie muszę włączać komputera. Jakby mnie gdzieś poniosło to zabiorę maje mądrości ze sobą i już:) Od jakiegoś czasu byłam zbyt zajęta (albo chwilami leniwa) i zaległości w spisywaniu trochę mi się narobiło, dzisiaj – bo zimno i mokro- wyprowadziłam je i jestem na bieżąco. Już nie muszę się bać, że coś zrobi PYK i wszystko zniknie.
A teraz – to bym tylko chciała, żeby było cieplej.

20.09.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Oj przydało by się ciepło, a tu leje. Na działce grzasko. Polecam herbatę z imbirem, zalanym wcześniej sokiem z cytryny i zasypanym cukrem. Rozgrzewa…
  • kolewoczy Tak dosłownie przepisujesz swoje wpisy? A może inaczej gromadzić archiwum: zapisywać w swoich dokumentach w Wordzie i później n a płytce nagrać. Ja czasem robię odwrotnie, notuję w zeszycie, w kalendarzu, a potem z tego robię notkę na blog.
  • annazadroza kolewoczy:) Powieści, opowiadania są oczywiście ukończone zanim trafią na blog. Są więc, że tak powiem,zabezpieczone. W zeszycie”uwieczniam”bieżące, aktualne wpisy, te z kategorii „Myślę sobie”. Ja jestem starej daty – jak się Babcia śmiała z Dziadka. Jak na papierze – to jest, jak gdzieś fruwa między chmurkami – to nie ma. Wygrywa namacalna materia z niematerialną – nie wiem – energią, falą? W każdym razie tym czymś o różnej częstotliwości 🙂
  • annazadroza L.C.:) Oj rozgrzewa, rozgrzewa:) Ale i herbatka po góralsku na taki ziąb pomaga:)
  • irsila Ciepłych kaloryferów nic nie zastąpi.
  • ciotkaeliza W sprawie gromadzenia różności- bo się przyda, to Cię rozumiem doskonale bo ja w tym jestem mistrzem świata, a do małych słoiczków wkładałam teraz keczup z cukinii, i bardzo wygodny.
  • annazadroza irsila:) Nie zastąpi w żadnym razie, może wspomóc tylko:) Najgorsza jest wilgoć w powietrzu, bo ona przenika po prostu do szpiku kości – jak to się mówi.
  • annazadroza ciotkaeliza:) Chomikowanie bierze się – u mnie – z przykładu jaki w dzieciństwie miałam u Dziadków. Oszczędności się od nich przez obserwację uczyłam i mi tak zostało. Cecha przydatna, bo w naszych krajowych zawirowaniach ciągle czegoś brakowało, a jak to „coś” można było znaleźć u siebie – było fajnie. Poza tym dzieciom do szkoły się przydawały różne przedmioty, np na plastykę czy tzw. zajęcia praktyczne. Uszyć albo wydziergać coś nowego dawało się z resztek itp, itd. Ale czasem ze zbieraniem przesadzam i zmuszam się do radykalnego cięcia:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 30

Uszczęśliwiona Monika obwieściła bliźniaczkom, że Tina chodzi. Nie posiadając się z radości usiadły na podłodze obok suczki opowiadając jej jak to będzie cudownie kiedy całkiem wyzdrowieje i zacznie się z nimi bawić, biegać po całym ogrodzie i lesie. Głaskały ją, drapały delikatnie za uszkami i Tina przestała się bać. Pieszczoty drobnych dziecięcych rączek sprawiały jej widoczną przyjemność.

– Mamusiu – zaczęła Linka, – czy my musimy spać w takich dużych pokojach co mają drzwi z dwóch stron?

– No właśnie, nie wiadomo z której strony bardziej się bać – poważnie dodała Inka.

– Przy was nie można się nudzić – śmiała się Aldona.

– A jakby były jedne, to byśmy się wcale nie bały – wypowiedziała swoje zdanie Monika.

– Chyba coś knujecie. Lepiej od razu powiedzcie co, żeby potem znowu któraś nie musiała wyć.

– A gdyby się okazało, że tu jest taki jeden mały pokoik, czy mogłybyśmy w nim zamieszkać? – przymilnie zaglądała Linka matce w oczy.

– Myślę, że dokładnie wiecie gdzie jest ten pokoik i jak wygląda. Nie mylę się, prawda?

– Właściwie to wiemy, ale przypadkiem, niezupełnie dokładnie, a klucze są tam i nikt ich nie brał na zawsze, tylko na chwilę, żeby zobaczyć i oddać… – plotły wszystkie trzy jednocześnie.

Wreszcie Inka rzuciła się matce na szyję z jednej strony, Linka z drugiej a Monika ciągnęła za spódnicę.

– Mamusiu, ty się zgodzisz, prawda? My musimy tam mieszkać, tam jest super – piszczały Stokrotki.

– I nikt nie będzie skakał do okna, żeby nas przestraszać – tłumaczyła Biedroneczka.

– A wy raptem zrobiłyście się strachliwe, myślałby kto! – wystękała Aldona „prawie uduszona na śmierć” przez córki. – Puśćcie mnie małpiszony, bo mi już tchu brakuje.

– Jak się zgodzisz – palnęła Inka.

– To jest szantaż, a więc nic z tego.

– Nie, nie, mamusiu, ja tylko żartowałam! Już cię nie duszę, widzisz?

– Nic nie widzę. Może czuję.

– Co wy wyprawiacie? – w drzwiach stanął Sergiusz przyglądając się scenie z zainteresowaniem.

– Ładny z ciebie kumpel, nie ma co – ponuro powiedziała doprowadzając do porządku poskręcaną spódnicę i rozczochrane włosy. – Patrzysz jak trzy poczwary znęcają się nade mną i śmiejesz się zamiast mi przyjść z odsieczą? Czekaj, z pewnością zdarzy się odwrotna sytuacja, wtedy ja się będę śmiała.

– Przecież świetnie sama sobie dajesz radę – bronił się.

Monisia chwyciła ojca za rękę i pociągnęła w stronę schodów na strych.

– Chodź tatusiu, zobaczyć ten pokoik, proszę cię, chodź.

– Jaki pokoik?

– Nie udawaj, że nie wiesz. Widziałam, że wszystko słyszałeś. Chodź.

– Jeżeli wszyscy pójdziemy, Tina będzie płakała – droczył się z córką.

– Wcale nie! Zobacz, ma towarzystwo.

Faktycznie miała towarzystwo. Mimi leżała zwinięta w kłębek, przytulona do boku suczki, a Bibi zawzięcie wylizywała jej mordkę. Na Bibi przyzwyczajonej do Maksa i Zbója mała Tina nie robiła żadnego wrażenia. Widocznie przekazała siostrze swoją wiedzę, bo Mimi nie miała żadnych oporów w stosunku do szczenisi.

– Gdyby ludzie żyli jak pies z kotem, byłby raj na ziemi – zauważyła Aldona patrząc na tę czworonożną trójkę urzędującą na wspólnym posłaniu w najlepszej komitywie.

– Wszystko zależy od ludzi, jaki właściciel taki pies.

– Nieprawda Sergiuszu, pies często dużo lepszy, nawet bandziora potrafi kochać choć w nim ani za grosz dobrych uczuć nie ma.

– Przestańcie gadać i chodźcie wreszcie – zniecierpliwiły się Stokrotki. – Mamusiu, no chodź  już. A ty, wujku, co, nie słyszysz? Rusz się!

– Wydaje mi się, że zostaliśmy pokonani i wzięci w jasyr – Sergiusz pozwolił córeczce ciągnąć się w stronę schodów.

Linka pierwsza znalazła się na górze przy drzwiach upragnionego pokoiku. Wiedząc już, którym kluczem należy je otworzyć, była w środku gdy reszta towarzystwa do niej dołączyła.

– Już pamiętam – klasnęła w ręce Aldona. – Teresa mówiła, że to ulubiony pokój chłopaków. Jurand ma w planie postawienie piętrowego łóżka z wysuwanym trzecim, jakoś tak, żeby się wszyscy trzej zmieścili. Na razie jeszcze się mieszczą na tym wielkim tapczanie i na polówce, ale za chwilę przestaną. Gdzieś tu jest plan, rysunek, chyba na półeczce, tam nad tapczanem. Zobacz córeczko, jest?

– Mamusiu, więc jak będzie? Możemy tu mieszkać – dopytywała się Inka.

– Będziemy same sprzątały, ty nie będziesz musiała nic robić. Inka nawet kurze wytrze… – Linka rzuciła groźne spojrzenie siostrze skrzywionej w grymasie niechęci.

– Wszystko dobrze, ale jak we trójkę zmieścicie się na jednym tapczanie? Takie spanie to żaden wypoczynek.

– Ale jaka zabawa… – mruknęła cicho Monika.

– Weźmiemy składane łóżko – Linka miała gotową odpowiedź na wszystkie uwagi.

– Która będzie na nim spała?

– Ja, oczywiście, że ja, bo jestem najstarsza.

– Aha, a czy pozostałe zainteresowane się na to zgadzają?

– Jasne, że się zgadzamy. Zresztą, możemy robić losowanie, która będzie kiedy spała na polówce. Albo ustalić, że codziennie inna…

– Dogadamy się, nie ma strachu – dziewczynki przystałyby na wszystkie propozycje, aby tylko dopiąć swego.

– Jesteście pewne, że nie będziecie się kłócić, dokuczać sobie, utrzymacie porządek w pokoju i pomożecie mi zrobić piętrowe łóżko dla chłopaków w prezencie? – spytał Sergiusz obejrzawszy uprzednio dokładny plan owego łoża i wiedząc gdzie jest na niego zgromadzony materiał.

– Hura,hura! – skakała Monisia z radości po pokoju. – Tatuś się zgadza! Jesteś kochany!

– Jeszcze nie powiedziałem, że się zgadzam – zaprotestował.

– Ale się zgodzisz, ale się zgodzisz – śpiewała Biedroneczka kończąc piruet efektownym skokiem w objęcia ojca.

– Skąd ty to wiesz?

– Córki wiedzą takie rzeczy – odparła poważnie przytulając buzię do jego policzka.

Bliźniaczki stwierdziły, że wymogą zgodę choćby za cenę morderstwa. Trajkotały więc obie naraz, jedna do jednego ucha, druga do drugiego, szarpały za ręce, za koszulkę, za włosy, oczywiście wszystko niechcący, w ferworze uczuć.

Aldona zaśmiewała się obserwując „poskromienie Sergiusza”.

– Dobrze ci tak, niedawno sytuacja była odwrotna.

Końcowy rezultat całej tej awantury był łatwy do przewidzenia: dziewczynki objęły w posiadanie Ukryty Pokój – taką nazwę otrzymała nowa siedziba. Do późnej nocy trwały przenosiny, ścielenie łóżek, piski i śpiewy. Całe szczęście, iż nie przeszkadzały żadnemu sąsiadowi z oczywistego powodu braku kogoś takiego w pobliżu. Wreszcie zapadła cisza i  dziewczynki pogrążyły się w głębokim śnie, śniąc o Tinie, o czekających je przygodach i o różnych rzeczach, o których nie pamiętały po przebudzeniu.

Ciszę przerywało stukanie gałązek bzu do kuchennego okna, pochrapywanie i popiskiwanie Tiny, której najwyraźniej coś się przyśniło, bo przebierała łapkami jak Maks goniący we śnie zające. Potrąciła nawet Mimi. Obudzona kotka przeciągnęła się najpierw „wzwyż” – to znaczy stanęła na paluszkach, wygięła grzbiet do góry robiąc się o połowę wyższa. Potem rozciągnęła się „w dal” i stała się bardzo, bardzo długa. Następnie polizała łapkę, umyła pyszczek i podeszła do Aldony. Ocierając się o jej nogi, mrucząc i pomiaukując cichutko spoglądała wymownie w stronę drzwi.

– Chcesz wyjść, ty maleńkie mruczydełko, tak?

Przykucnęła głaszcząc  mięciutką, mruczącą kulkę. Wtedy obudziła się Bibi. Rozciągnęła się  i wyprężyła dokładnie tak samo jak siostra tylko w odwrotnej kolejności i wcisnęła się pod drugą rękę domagając się pieszczot, wreszcie władowała się Aldonie na kolana.

– Nie drap mnie małpiszonku, złaź – postawiła kotkę na podłodze.

Sergiusz przyglądał się śpiącej Tinie.

– Będzie piękną suczką – zawyrokował. – Spójrz Doniczko, jest cała czarna, nie ma ani jednej jaśniejszej plamki a uszy już stoją jak druty chociaż jeszcze jest mała.

– Maksowi też stoją. Kiedy leży albo idzie pod wiatr – odpowiedziała wesoło.

– Sama zobaczysz, wszyscy będą się nią zachwycać.

– Ty snobie – żartobliwie  pogroziła mu palcem, – a gdyby się nie zachwycali to co? Dla mnie będzie zawsze najpiękniejsza na świecie nawet gdyby się nikomu nie podobała. A jakbyś ty się nikomu nie podobał to co, z domu trzeba byłoby cię wyrzucić albo uśpić?

Tina, jakby czując, że o niej mowa, podniosła głowę, powiodła wokół nieprzytomnym spojrzeniem, ziewnęła szeroko otwierając pyszczek i łapką zaczęła przecierać oko.

– Jak dziecko – zauważył Sergiusz.

– Bo to jest dziecko.

Tina zamiotła ogonkiem podłogę.

– Już mnie lubi – ucieszył się szczerze.

– Nie ciebie tylko mnie a ciebie jedynie dlatego, że masz zaszczyt przebywać w moim towarzystwie – sprostowała.

Wyszła do sieni i otworzyła drzwi do ogrodu.

– Chodźcie zwierzaki. Tina, Tina, chodź na spacer, chodź maleństwo, chodź moja śliczna, maleńka sunieczko. Róbcie co trzeba, bo ja chcę spać, jestem nieprzytomna.

Wszystkie trzy zwierzaki skorzystały z zaproszenia. Bibi wyszła pomału i dostojnie, za nią równie pomału Tina niepewnie spoglądająca w ciemność nocy. Na końcu w podskokach wypadła z drzwi Mimi. Zatańczyła na dwóch łapkach przed samym nosem Tiny i zniknęła w trawie.

Szczenisia nie wychodziła poza granicę światła padającego z domu przez otwarte drzwi. Zerkała na panią i zapraszała ją do pójścia ze sobą. Najwyraźniej znów się bała, że zostanie sama. Cóż było robić? Chcąc nie chcąc musiała Aldona opuścić ciepłą sień i wyjść za sunią do ogrodu.

Sierpniowa noc była chłodna. Na ciemnogranatowym, krystalicznie czystym niebie ani jedna chmurka nie przesłaniała roju gwiazd. Aldona szła wolno z głową wzniesioną ku górze. Czuła się malutką, nic nie znaczącą drobinką, kruszyną błądzącą bez sensu, zagubioną na wieki we wszechświecie. Zawsze na widok takiego właśnie ciemnego, bezkresnego, nieprzeniknionego nieboskłonu ogarniało ją przerażenie i długo nie mogła odzyskać spokoju. Miała ochotę usiąść i rozpłakać się, bo „to jest tak piękne, że aż boli”. Uczucie takie często ogarniało ją u babci, gdy wychodziła do ogródka napawać się urokiem wieczoru. W pewnym momencie zaczynała się bać i uciekała do domu, do świata ludzi, by nie myśleć o przestrzeni tajemniczej, groźnej, niezbadanej i niepojętej dla zwykłego człowieka. Z tych samych powodów nie lubiła literatury science fiction, bo ona również sprowadzała uczucie strachu, który wypełniał ją całą i dręczył nie tylko nocami. Teraz też wypełzał ku niej ze wszystkich stron. Zimny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Na tle migocących ale zatrzymanych w miejscu tajemniczą siłą gwiazd i planet, wzrok wychwycił jedną inną, poruszającą się w dół. Spadająca gwiazda! Lotem błyskawicy przeleciało przez myśl życzenie: nie bać się, nie dać się opanować strachowi, już nigdy więcej.

Sergiusz wyjrzał przez drzwi sprawdzając gdzie się podziało towarzystwo całe. Zobaczył koty baraszkujące w trawie, Tinę wąchającą coś na ziemi i Aldonę zapatrzoną  gdzieś daleko w przestrzeń, osrebrzoną blaskiem księżyca, który pieścił jej rozpuszczone włosy pewien bezkarności, bo pogrążona w myślach niczego nie czuła. Miękka trawa zagłuszyła odgłos kroków, toteż Aldona krzyknęła poczuwszy niespodziewany dotyk męskiej dłoni.

– Cicho, nie bój się, to tylko ja – uspokajał szeptem.

Objął ja w talii i przyciągnął do siebie. Oparła się plecami o jego tors. Niczego się już nie bała, strach zniknął. Czuła ciepło ciała kochanego mężczyzny, drżenie mięśni pod cienką, bawełnianą koszulką. Położyła dłonie na jego rękach, głowę przechyliła lekko do tyłu i oparła na ramieniu. Mogłaby tak skamienieć, zostać na całą wieczność byle nie odchodził, byle zawsze czuła go blisko siebie.  Sergiusz oparł brodę na czubku jej głowy. Tulił do siebie tę kobietę, która stała się dla niego ucieczką od wszelkiego zła, ukojeniem, schronieniem. Tak długo o niej marzył i teraz, kiedy wreszcie miał ją w ramionach, kiedy byli naprawdę sami, bał się poruszyć, żeby nie urazić jej i nie spłoszyć.

– Wiesz kochanie, mógłbym teraz zacytować: „trwaj chwilo, jesteś piękna” – powiedział cicho.

– I ja mogłabym tak trwać całą wieczność – szepnęła.

Wtulił twarz w jej włosy. Całował coraz mocniej, coraz niecierpliwiej. Poddawała się pieszczocie trzymając z całych sił jego rękę jakby bała się, że uleci z podmuchem wiatru i nigdy już do niego nie trafi, nie odnajdzie w żadnej krainie…

Przywołali Tinę i poszli w kierunku domu nie troszcząc się o kotki, które i tak same wejdą przez uchylone okno, kiedy będą miały chęć. Poszli wtuleni i zapatrzeni w siebie jak kiedyś Jurand i Teresa, jak pewnie jeszcze inne pary dawno, dawno temu. A stary dom, który niejedno w swym długim życiu widział, z radością patrzył na nich i błogosławił ich miłości. Jakby wiedział, że to błogosławieństwo przyniesie im w końcu szczęście bez względu na przeszkody czyhające na drodze. Ukrył pod swoim dachem dwa bijące dla siebie serca, dwie kochające się dusze, dwa ciała stworzone po to, by stać się jednym i powołać na świat owoc tej miłości.

19.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Ileż zdrowia trzeba mieć, żeby się leczyć

Wczoraj miałam zaplanowaną wizytę u pulmonologa. Zadzwoniła pani z recepcji z informacją, że pan doktor musi wcześniej wyjść, więc czy mogłabym pofatygować się wcześniej. Mogłam, więc się pofatygowałam. Okazało się, że kilka osób zostało również zaproszonych na wcześniejszą godzinę, zdublowanych wizyt było więc sporo i tłok się zrobił pod gabinetem. Przed wizytą należy zrobić spirometrię, żeby pan doktor mógł ocenić stan pacjenta na podstawie porównania z poprzednim wynikiem. Za każdym razem jest inaczej – najpierw do pracowni potrzebna była karteczka od lekarza zlecającego wykonanie badania, pacjent dwa razy musiał więc do doktora wchodzić raz po karteczkę, drugi raz z wynikiem. Wywoływało to po drzwiami stan lekkiego poddenerwowania, ponieważ zawsze się znajdzie delikwent nie zamierzający wpuścić przed siebie nikogo, nawet wracającego już z wynikiem spirometrii. Potem przez jakiś czas karteczki nie były potrzebne i wówczas sprawnie się rzecz cała się odbywała, nie było kłótni przed drzwiami. Teraz okazało się, że
karteczki znów wróciły do łask lecz pojawiła się upraszczająca ewentualność, mianowicie oprócz karteczki uwzględniano wydruk komputerowy wydawany przy zapisie na wizytę, z datą i godziną tejże. Załatwiłam szybko, bo wydruk miałam, nawet nie dałam się przesunąć na koniec kolejki. Poszłam się zapisać na
grudzień, bo pan doktor tak kazał. I gucio. Recepcja poradni pulmonologicznej czynna do 15-ej. Wizyta się odbyła już po, więc zapisanie okazało się niemożliwe. Niby telefonicznie można, ale czy ja przez telefon pokażę podpis i pieczątkę lekarza, na podstawie której wizyta ma być w grudniu a nie za pół roku albo
jeszcze dalej? Jako kolejną ciekawostkę wymienię fakt, iż gabinet pulmonologa jest na piętrze a recepcja poradni na parterze, zaś gabinety nefrologiczne na parterze ale zapisywać się trzeba na piętrze. Ja sobie (jeszcze) radzę, ale widać wiele bardzo starszych osób ze strachem na twarzy i przerażeniem w oczach
krążących (często mają problem z chodzeniem) po korytarzach w poszukiwaniu docelowego miejsca. Wróciłam do domu taka zmęczona, jakby mnie coś napadło i wyssało całą siłę.
Matko jedyna, ile to zdrowia trzeba mieć, żeby się leczyć.

19.09.2017

  • fusilla Trzeba być silnym jak młody bóg aby dac radę naszej służbie zdrowia. Mnie włos się jeży na głowie gdy usłyszałam, że okrojono środki na kardiologie i pulmonologii, czym akurat jestem żywotnie zainteresowana.
  • annazadroza fusilla:) Mam nieodparte wrażenie, że dla rządzących najlepiej byłoby, gdyby wszyscy emeryci przenieśli się w zaświaty zabierając ze sobą ludzi o odmiennych poglądach. Jaka oszczędność i ile można by sobie przyznawać premii różnorakich. A do tego mieć święty spokój. Ci na wierchuszce służby zdrowia też do rządzącej grupy należą, stąd włos się musi jeżyć normalnym ludziom. Z kardiologią prawie każdy człowiek ma styczność, taka cywilizacyjna konieczność :(. Z pulmonologią ja osobiście też mam bliskie związki:( A tu, niestety, ani młoda, ani bogini…
  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Z pulmonologiem też mam do czynienia więc wiem jakie są problemy żeby się dostać do lekarzy specjalistów,ale również do lekarza I=go kontaktu nie jest łatwo się dostać.przynajmniej w mojej przychodni.Ale po to jest konkurencja ,żeby można było wybierać i jeśli chodzi o lekarza ogólnego, chyba się przepiszę do przychodni w moim pobliżu,gdzie bez problemu telefonicznie można nie tylko umówić wizytę ale też zamówić receptę i odebrać w tym samym dniu / moja mama jest tam zapisana/.
  • kolewoczy Przy tym stanie rzeczy wcale nie dziwi powrót znachorów 😉
  • annazadroza Rick:) Też się zastanawiam nad zmianą. Nie lekarza tylko przychodni, bo lekarka jest świetna, oko mi uratowała więc do końca życia wdzięczna jej będę. Ale dostać się – to problem, do „1-go kontaktu” trzeba się miesiąc wcześniej zapisać, a jak nagle coś wypadnie – zapomnij. Dlatego myślę o innej przychodni. Ale tylko myślę na razie. Czym się myślenie skończy – nie wiem.
  • annazadroza kolewoczy:) Taką babkę jak w „Ranczu” to bym chciała znać:)
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Jak czytam to widzę, że moi pacjenci mają za dobrze. No ale ja pracuję u siebie i na parterze.
  • annazadroza L.C.:) U siebie wiadomo, że inaczej, nie trzeba się bzdurnym zaleceniom podporządkować, przynajmniej nie wszystkim. Mają szczęście Twoi pacjenci, że Cię mają pod ręką:)
  • annazadroza L.C.:) U siebie wiadomo, że inaczej, nie trzeba się bzdurnym zaleceniom podporządkować, przynajmniej nie wszystkim. Mają szczęście Twoi pacjenci, że Cię mają pod ręką:)
  • annazadroza Choroba, no i znowu cierpliwości mi brakło, żeby czekać aż komentarz wskoczy, kliknęłam drugi raz i są dwa . Dalej nie wiem jak się jednego pozbyć:(
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Rano było ładnie

Wczoraj rano było bardzo ładnie więc Męża z psami wyciągnęłam na daleki spacer. Bardzo lubię taką perłowoszarą aurę, lekko zamglony krajobraz, barwy jesienne (już!) mocno wybijające się na jego tle. Powietrze rześkie, ale nie zimne, dużo żółtych liści na drzewach (jeden gatunek, nie znam nazwy) jeszcze
kwitnące kwiaty, pięknie – ogólnie jednak jakby nie wrzesień ale październik już nadszedł. Niestety, tylko rano tak było. Jak się potem rozpadało, to skończyło dopiero dzisiaj. I po południu, i wieczorem pieski mogły biegiem tylko na siusiu i do domu, a i tak wycierać trzeba było kilkoma ręcznikami. Próbowałam użyć suszarki, ale tylko Skituś przez chwilę wytrzymał bardzo zdegustowany. Szilka od razu dała dyla i za nic nie dała się przekonać, że to tylko dla jej dobra i nic groźnego. Trzeba było wycierać dalej.
Tak mnie naszły wspomnienia robótkowo-włóczkowe, że odszukałam druty i szydełka w rozmiarach różorakich ciesząc się niezmiernie, że ich się nie pozbyłam. Pomyślałam, że chętnie zrobiłabym szmaciany dywanik do przedpokoju pod drzwi, bo mokro już i zaraz błoto oraz mokry piasek będzie się na butach wnosiło do środka. Mam takie plastikowe „podstawki” na słotną porę do podstawiania, żeby buty obciekały, ale dywanik byłby ładniejszy, kolorowy. Kiedyś kilka zrobiłam, babcia mnie nauczyła, pierwszy służył za legowisko dla mojego pierwszego osobistego psa i był jedną, jedyną rzeczą jaką Rolf w domu zniszczył. Widocznie nie był w jego guście 🙂 Poza tym Rolfuś niczego nie popsuł, nie zniszczył, nie ukradł, był idealnym psem. Raz tylko, na działce to było, rozbijałam kotlety na desce położonej na taborecie czyli na wysokości jego pyska. Po prostu połknął jednego. Na moje zdziwione: co ty zrobiłeś? Odpowiedział jeszcze bardziej zdziwionym spojrzeniem: nie wiem, leżało na mojej wysokości, myślałem, że moje…                                                           A wracając do dywanika. Szydełko jest, trzeba tylko znaleźć szmatki do pocięcia. I tu klops. Szmatek nie ma. Przed przeprowadzką porozdawałam zapasy włóczki sądząc, że nie będę więcej zajmować się robótkami. Szmatki zostały zużyte do sprzątania, ciuchy dobre jeszcze poszły w świat, jak zawsze, a reszta w rodzaju starych narzut, ręczników, bawełnianych koszulek pojechała do schroniska gdzie z pewnością wszystko się przydało choćby do sprzątania, czy podkładania zwierzakom w potrzebie. Likwidowaliśmy kiedyś
mieszkanie po śmierci starszej osoby, wszystko co tylko dało się podłożyć psom do legowiska zostały użyte, ponieważ koleżance akurat się oszczeniła przygarnięta suczka. A wzięła się stąd, że gdy rodzina zatrzymała się w lesie „na wybieg”, wskoczyła do samochodu i… została.
Znów wracam do robótki. Jeśli uzbieram odpowiednią ilość gałganków, zrobię dywanik. Co z tego, że w Biedronce jest masa najróżniejszych i nawet ładnych? Mój będzie niepowtarzalnym dziełem sztuki:):):) Na razie wyjęłam koszyczek, w którym zawsze robótki trzymałam podczas pracy, najgrubsze szydełko, pocięłam w paski dwie szmatki, które znalazłam do tego się nadające i tyle. Dywanik się gdzieś w wyobraźni przemieszcza niczym latający dywan 🙂

18.09.2017

  • kolewoczy No jak zrobisz ten superowy dywanik, wszystkie psy z okolicy zechcą na nim leżeć 😉
  • annazadroza kolewoczy:) Może zrobię listę społeczną kolejki do wylegiwania się na nim i opłaty drobne będę pobierać na schronisko:):):)
  • mmzd Jak wpłata na schronisko, to ja sama się chętnie położę :))
  • babciabezmohera Wrzuć zdjęcie,jak już będzie gotowe to cudeńko. Ja też pomyślałam, że szydełko jest, ale na pomyśleniu na razie się skończyło. ;(
  • annazadroza mmzd:) Znaczy, trzeba zrobić duży, żeby się dużo dobrych duszyczek zmieściło:) Tylko kiedy ja uzbieram szmatek tyle do pocięcia, chyba wici rozpuszczę po rodzinie i znajomych :):):)
  • annazadroza babciabezmohera:) Z wrzuceniem zdjęcia jeszcze gorzej niż ze szmatkami 🙁 Pokazywał mi Duży jak to się robi, ale jako antytalent techniczny nic nie pojęłam, muszę czekać aż będzie miał czas na dłuuugi instruktaż, żeby coś dotarło:) Ponieważ zbieranie gałganków zajmie mi pewnie tak samo dłuuugi czas, to może się jakoś zgra wszystko ze sobą. W każdym razie motywacja jest:):):)
  • fusilla Ponoć jest specjalna włóczka bardzo gruba na takie dywaniki stosowna.
    Też poproszę fotkę wyrobu! 🙂
  • babciabezmohera Trzymam kciuki, żeby się powiodło i z dywanikiem, i ze zdjęciami. Dla wzmocnienia motywacji dodam tylko,że też jestem antytalentem technicznym, ale jak się bardzo chce, to wiele da się pokonać. Zapisuj sobie krok po kroku kolejne czynności a potem… trening czyni mistrza! ;))
  • annazadroza fusilla:) Z gotowej włóczki zrobić to żadna atrakcja, po prost się robi i już:) Ale co wyjdzie ze szmatek, kto może przewidzieć? I czy w ogóle wyjdzie po wyjściu moim z wprawy, oto jest pytanie:):):)
  • annazadroza babciabezmohera:) Tak, tak, trening czyni mistrza a podróż na 2 000 mil zaczyna się od pierwszego kroku… Trzymaj te kciuki, trzymaj, może pomoże 🙂 Motywacja jest, zdolności brak, ale co tam, jak się Byk uprze, to … tylko Baran go w uporze prześcignie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

A miało być miło

Zimno, na szczęście dziś nie pada i z psami suchą nogą dało się wyjść. Jutro, w sobotę może będzie mniejszy ruch na drodze to i łatwiej powinno się móc przemieszczać bez lawirowania między samochodami. W pobliżu remontują dwa duże skrzyżowania, poszerzają drogę uprzednio ją zwężając w wyniku czego powstają korki i trudno przejść na drugą stronę ulicy. Trzeba uważać na Skitusia, bo to gapcio prawdziwy, taki ciapek co nie patrzy gdzie idzie. Ulica, chodnik, kałuża, dziura – jest mu obojętne, nie zauważa, tylko gdy wejdzie np w wodę – patrzy zdziwiony niebotycznie a wyglądem przypomina wtedy starą Indiankę. Pewnie przez te brązowe zwisające uszy i wielkie oczy niewiniątka:) Duży przywiózł im wieeelkie gryzaki, więc teraz oba psiaki leżą na wersalce i ogryzają. Cudny widok. Skituś od czasu do czasu nieruchomieje, patrzy w dal niewidzącym spojrzeniem, a i westchnąć mu się zdarzy. Ciekawe o czym myśli, może układa wiersze, poetą może jest w duszy?
O duszy zwierząt kiedyś nabyłam książkę Wydawnictwa „Czakra” wydaną w 1992 r. Tytuł to właśnie „Dusza zwierząt”, autor:Jean Prieur. Po lekturze może choć kilka osób spojrzałoby inaczej na naszych braci mniejszych. Tutaj zaś przytoczę tu słowa Mahatmy Gandhiego, które znalazłam w pozycji „Być z kotem” autorstwa Mardie Macdonald, Wydawn. Marba Crown, również z 1992.
„Zaiste, głęboko wierzę, że wszystkie istoty stworzone przez Boga mają takie samo prawo do życia jak my. I gdyby człowiek, zamiast określać zabijanie naszych (…) towarzyszy, mianem obowiązku, znalazł sposób, który pozwoliłby jemu na współżycie z nimi inaczej niż na drodze mordu, żylibyśmy w świecie dalece bardziej odpowiadającym naszej pozycji istot ludzkich obdarzonych rozumem i możnością wyboru między dobrem i złem, słusznością i błędem, przemocą a jej niestosowaniem, prawdą a kłamstwem”.
Kto się znęca nad zwierzęciem, będzie taki sam w stosunku do człowieka, trzeba się takich „ludzi” wystrzegać.

Właśnie słyszę w tv o księdzu mordującym zwierzęta, o duszonym rysiu, o skórach zwierząt pod ochroną, o bestialstwie i bezprawiu – ten kraj toczy gangrena, nie ma lekarstwa na tę zgniliznę. Taki koszmar przed weekendem. A miało być miło.

15.09.2017

  • fusilla Zastanawiam się, jak ten kapelan leśników rozgrzesza swój morderczy proceder! I czy mu to współgra z miłosierdziem wobec maluczkich ( braci mniejszych też ).
  • annazadroza fusilla:) Wiesz, słów mi brak i płakać z żalu i bezsilności chce mi się z powodu tego nieludzkiego okrucieństwa, bestialstwa o jakim się czyta, jakie się ogląda i samemu nieraz spotyka. Skąd się to w „ludziach” bierze? Niby przestaliśmy składać ofiary z ludzi i zwierząt, ale to nieprawda! Czym jest ubój rytualny, tak potworne przynoszący cierpienia? To nie ja wymyśliłam, ale się zgadzam, że być może część ofiar II wojny to zemsta Natury za te okrucieństwa związane ze znęcaniem się nad zwierzętami, wymyślone przez „ludzi”. Bóg taki okrutny nie jest, bo nie byłby Bogiem.
 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 29

Aldona zajęła się rozpakowaniem zakupów i przygotowaniem obiadu na następny dzień. Wykonywała kilka czynności jednocześnie jak zwykle kiedy przełamywała bierność i tryskała energią. Rozpaliła w piecu, wstawiła na kuchenną blachę ogromny garnek, taki sam jaki w Cięciwie chłopcy ochrzcili mianem „kotła do gotowania jeńców”. Włożyła do zupy większą ilość marchewki, selera i pietruszki, żeby potem zrobić sałatkę jarzynową. W dużym słoju ułożyła ogórki, koper, czosnek, chrzan i liście dębu a po chwili zagotowała się woda z solą do zalania. Gotowały się też jajka na twardo, smażyło mięso na jednej patelni a cebulka na drugiej. Otworzyła puszkę konserwowej kukurydzy i natychmiast bezszelestnie jak duch zjawiła się Bibi uwielbiająca groszek i kukurydzę, a ślad za nią Mimi węsząca skąd dochodzą smakowite zapachy. Pod stołem, na kocu który dostała w prezencie od Karoliny, leżała Tina wciąż osłabiona i niepewna swego losu. Rozpłaszczona na legowisku wodziła ślepkami za Aldoną. Ona zaś co chwilę podchodziła i czule głaskała czarny łebek. Ze smutkiem zauważyła, że za każdym razem kiedy zbliżała rękę, suczka kurczyła się, robiła mniejsza, chciała zniknąć z powierzchni ziemi.

– Nie bój się maleńka moja. Już nigdy w życiu nikt nie zrobi ci krzywdy – tłumaczyła łagodnym, spokojnym głosem.

Wyrzuciła obrażone tym dzieci z kuchni i zabroniła na razie wstępu, żeby Tina uspokoiła się, wypoczęła i nabrała sił. One zaś nie mogły się doczekać, kiedy sunia zacznie się z nimi bawić, biegać po ogrodzie i dokazywać.

Sergiusz zajął się przeglądaniem Jurandowych narzędzi. Niektóre czyścił, inne smarował czymś i układał według tylko sobie wiadomych kryteriów. Stokrotki wdrapały się na strych. Biedroneczka po cichutku, żeby ciocia nie słyszała, uchyliła drzwi do kuchni i przez chwilę wpatrywała się w śpiącą Tinę. Przekonawszy się, że maleństwo naprawdę zasnęło i na nic nie zwraca uwagi, poszła w ślady bliźniaczek.

Strych był prawdziwą kopalnią skarbów i krainą dziwów: ogromny, rozciągający się nad całym domem, z oknem wychodzącym na zieleń ogrodu, pełen zakamarków i różnych dziwnych przedmiotów spowitych pajęczyną. Po oczyszczeniu i umyciu z pewnością okazałyby się zupełnie zwyczajnymi przedmiotami lecz teraz kusiły tajemniczością i rozbudzały wyobraźnię.

W rogu stał wielki, stary kufer. Musiał być wypełniony po brzegi łupami rozbójników grasujących po okolicznych lasach, napadających na podróżnych zdążających do zamku bez licznej eskorty. Wprawdzie Biedroneczka twierdziła, że w środku – jej zdaniem – są skarby indiańskiego wodza, który musiał się wyrzec władzy nad swoim plemieniem i po kryjomu uciekać z Ameryki, bo pokochał piękną hrabiankę Tęczyńską i tutaj się ukrył przed zemstą czarownika, ale Stokrotki ją zakrzyczały, że skąd, że niemożliwe całkiem, jak wódz i hrabianka? Wtedy samolotów nie było, no to czym by się tu dostał i jeszcze skarby przytargał? A jakie skarby? Rogi bizona albo skalpy wrogów? Monika poczuła się chwilowo przekonana i uznała rację bliźniaczek.

Szczególną uwagę przyciągały drzwi, które dokądś prowadziły, ale nie udało się zbadać dokąd. Były zamknięte. Znalazły małe odkrywczynie cały pęk kluczy ale żaden, niestety, nie pasował. Szperały po wszystkich kątach, przekopały starą szafę – ani śladu klucza, który otworzyłby tajemnicze drzwi.

W ogromnej szafie odkryły różne części garderoby sprzed nie wiadomo ilu lat, kawałki firanek, zwoje materiałów, sznurki, tasiemki – rzeczy same prowokujące wyobraźnię do działania. Niewiele myśląc postanowiły odegrać historię miłości nieszczęsnej hrabianki Doroty. Dorotą mogła być – oczywiście –tylko i wyłącznie Inka, rycerzem – Linka. Monika dostała rolę pazia będącego posłańcem przekazującym wiadomości i liściki zakochanej pary. Główna bohaterka musiała mieć strój odpowiedni do swej pozycji. Zajęły się więc upinaniem materiału na kształt sukni z trenem przy pomocy spinaczy do bielizny i tasiemek. Rozpuszczone włosy ozdobił welon z firanki miękko otulający postać dziewczynki. Lince łatwiej było zmienić się w rycerza. Na spodnie i bawełnianą koszulkę włożyła obszerną kamizelkę mającą udawać kolczugę.

– Coś ty, rycerze chodzili w pończochach i mieli kapelusze, i pióra na nich, i jeszcze szpady – zaprotestowała Monika.

– To nie wtedy. Jak się będziesz uczyła historii to się dowiesz – burknęła Linka, ale zaraz przypomniało jej się przyrzeczenie złożone nad leżącą prawie bez życia Tiną i dodała: – jak wrócimy do domu to ci pokażę książkę z obrazkami i wszystko opowiem, dobrze?

– Super, jakaś ty dobra, jak siostra – ucieszyła się Biedroneczka.

W szafie był kapelusz, nieco zdezelowany można powiedzieć, ale cóż to szkodzi zabawie? Aby sprawić Monice przyjemność Linka ozdobiła go kawałkiem dociętej firanki mającej imitować pióra. Biedroneczka używając agrafki doczepiła jeszcze pęk kolorowych tasiemek i była zachwycona.

Tak więc i hrabianka i rycerz byli gotowi do akcji. Przyszła kolej na pazia. Poszły w ruch nożyczki i fryzurka Moniki trochę zmieniła kształt. Proste włosy zostały przycięte „na pazia”. Na główkę wskoczył beret, trochę za duży ale za to żółty. Spodnie od dresu opasane w pasie kawałkiem materiału udającym szarfę bardziej pasowały do Turka niż do pazia ale dziewczynki były dumne ze swego dzieła.

Wymyśliły, że Inka, jako hrabianka Dorota, będzie umierać z miłości, tęsknoty i rozpaczy zamurowana na zawsze na strychu, to znaczy w baszcie, z jednym maleńkim okienkiem wychodzącym na świat. A pod tym okienkiem – miał umierać rycerz też oczywiście z miłości, tęsknoty i rozpaczy.

Najpierw posprzeczały się bliźniaczki, ponieważ Inka chciała od razu być zamurowana, zaś Linka twierdziła, że najpierw paź musi pobiegać z listami i dopiero potem można zamurować basztę.

Potem zbuntowała się Monika, ponieważ bliźniaczki stały – jedna w oknie a druga w ogrodzie i stękały, jęczały, wzdychały, załamywały ręce i przewracały oczami zaś jej kazały biegać po stromych schodkach na strych i z powrotem aż się zasapała.

– Niech ją wreszcie zamurują, ja już nie mam siły – oświadczyła.

Przyniosła Bibi i Mimi pod drzwi strychu i  zrobiła groźną minę.

– Jesteście murarzami. Macie zamurować te drzwi, bo was wtrącę do lochu – powiedziała.

I oto stała się rzecz nieprzewidziana. Obie kotki uciekły za nic mając groźby skierowane w ich stronę a drzwi zatrzasnęły się same nie wiadomo w jaki sposób. Coś się z nimi stało i żadna siła nie była w stanie ich otworzyć. Tak się przynajmniej wydawało paziowi. Przybył na pomoc rycerz  i również nic nie wskórał. Zamknięta hrabianka błagała o wypuszczenie, bo robi się coraz mroczniej  a tu na pewno są myszy a może nawet szczury!

– No to co?  Nie zjedzą cię przecież – uspokajała siostrę Linka.

– Sama mówiłaś, że one od razu każdego zjadają do gołych kości – jęczała nieszczęśliwa hrabianka.

– To pod Buczyną przecież a nie tutaj. Zachowuj się, nie bądź babą.

– Przecież nie jestem chłopem, to się mogę bać. Wypuść mnie stąd!

Nie było innej rady jak udać się po pomoc. Z lekkim niepokojem zeszły na dół zastanawiając się jaka będzie reakcja dorosłych. Towarzyszyły im dźwięki przypominające wycie potępionej na wieki duszy.

– Cóż to takiego? – zdumiała się Aldona. – Słyszysz te dziwne odgłosy?

– Pewnie wiatr w kominie.

– Przecież nie ma wiatru. Chodź ze mną, za nic nie pójdę tam sama.

– Oj ty, bohaterko. Już idę, idę.

– Aaa! O matko, co to? – krzyknęła przestraszona na widok dwóch dziwacznych postaci wynurzających się z mrocznej sieni.

– To tylko my – cichutkimi głosikami wyszeptały zjawy.

Sergiusz parsknął śmiechem..

– No i masz swoje duchy. Trzeci pewnie gdzieś ukryty wyje i straszy.

– Gdzie Inka? – pytała Aldona zaniepokojona niewyraźnymi minami „duchów”.

– No właśnie wyje na strychu… – zaczęła Linka.

– Bo była Dorotą i kotki ją miały zamurować – dodała Monika.

– Ale uciekły, a jak się zatrzasnęły to się ich nie da otworzyć – Linka chciała już mieć za sobą wyznanie.

– Czego się nie da? Kotów otworzyć? Jak? Co ty bredzisz córeczko? Nic nie rozumiem.

Sergiusz rechotał  na cały głos.

– Trzeba uwolnić więźnia, tak? Dobrze zrozumiałem? – wykrztusił wreszcie. – Idź i powiedz tej co wyje, żeby już nie wyła bo nikogo więcej nie przestraszy.

– Ależ to właśnie ona wyje ze strachu – poważnie powiedziała Monika. – Boi się, że myszy i szczury zjedzą ją do gołych kości i jak ona wtedy pójdzie na dyskotekę?

Tego już było za wiele dla Aldony. Dołączyła do Sergiusza i przez chwilę „ryczeli w duecie” nie mogąc ruszyć się z miejsca, by pospieszyć na ratunek biednej hrabiance i ocalić ją od straszliwego losu. Wreszcie Sergiusz opanował się, zniknął na moment, po czym wrócił z ogromnym pękiem kluczy. Dopasował jeden z nich i otworzył drzwi.

Inka postanowiła odzyskać twarz i do końca odegrać swoją rolę. Wdzięcznie słaniając się na nogach padła na podłogę.

– Żegnajcie moi drodzy, umieram – wyszeptała omdlewającym głosem.

Aldona wystraszyłaby się nie na żarty, gdyby „umierająca” nie puściła do niej oka.

Linka nie zwracając uwagi na siostrę wpatrywała się w pęk kluczy. Rozważała kwestię: czy oficjalnie poprosić o pożyczenie i wyjaśnić w jakim celu, czy też podpatrzeć gdzie je wujek schowa i po cichu pożyczyć.

Inka podniosła się z podłogi oburzona brakiem zainteresowania ze strony siostry.

– Nawet porządnie nie można zemdleć w takim towarzystwie – burknęła pod nosem.

Linka tymczasem nie spuszczała oka z kluczy i sunąc jak cień za Sergiuszem, podejrzała jak chował je do dolnej szufladki komody w pierwszym pokoju. Niedługo potem znalazły się w jej rączkach.

– Tatusiu, drzwi się już więcej nie zatrzasną, prawda? – upewniała się Monika.

– No właśnie, bo musimy tam pójść i schować te przebrane ubrania do szafy – dodała Linka z kluczami w kieszeni.

– Nie pójdę tam po ciemku za żadne skarby świata – piszczała Inka.

– Nie musisz po ciemku, przecież jest światło – Sergiusz przekręcił włącznik.

– Idźcie już i zróbcie porządek z tymi szmatami. Niedługo podam kolację, nie zgubcie się gdzieś na pół nocy.

– Chodź i nie marudź – Linka szturchnęła siostrę w bok.

Wbiegła na górę starając się, by klucze nie dzwoniły w kieszeni i z marszu poczęła majstrować przy zamku. Grzywka opadła jej na czoło, język z przejęcia wysunęła na brodę.

– Krowa ma dłuższy i się nie chwali – zemściła się Inka za opieszałość w uwalnianiu jej z „baszty”.

– Odwal się – nie podjęła dyskusji Linka.

Przekręciła klucz w zamku. Chwilę stała z ręką na klamce zanim odważyła się ją nacisnąć. Wreszcie uchyliła drzwi. Nie zobaczyła niczego ponieważ natychmiast została wepchnięta do środka przez Inkę i Monikę usiłujące wetknąć głowy w szparę celem zaspokojenia ciekawości.

– Wariatki – syknęła podnosząc się z podłogi i rozcierając potłuczone kolano. – Szkoda, że żaden szczur na was nie wyskoczył.

Inka wymacała na ścianie kontakt i włączyła światło. Oczom dziewczynek ukazał się sympatyczny pokoik z okienkiem otulonym białą firaneczką, z wygodnym bujanym fotelem, szafeczką stojącą pod ścianą, szerokim dwuosobowym tapczanem z wiszącą nad nim półeczką na książki oraz nocną lampką  dającą miłe, ciepłe światło.

– Ja tu będę mieszkać – oświadczyła stanowczo Linka.

– A ja to nie? – skoczyła ku niej siostra.

– Weźcie mnie też, ja chcę z wami – prosiła Monika.

– Nie ma sprawy. Musimy tylko jakoś to załatwić z mamą i wujkiem. Ty Monika idź na dół i zobacz co się tam dzieje – zdecydowała Linka.

– Ty schowasz klucze na miejsce a ja ich w razie czego zagadam – podsunęła Inka.

Aldona stwierdziła, że trzeba wyprowadzić Tinę. To znaczy wynieść. Sergiusz wziął na ręce zabiedzone stworzonko i postawił na trawie. Stała na drżących łapkach.

– Wracaj do domu, to może długo potrwać, ja z nią zostanę – powiedziała Aldona.

– Ja też chcę tu być, a poza tym mamy spędzać czas miło i wspólnie…

– No myślę – uśmiechnęła się. –  Ale chcę w ciszy i spokoju sprawdzić jej reakcje.

– Dobrze, ale będę podglądał.

Sergiusz oddalił się. Sunia nie spuszczała z niego wzroku dopóki nie zniknął z jej pola widzenia. Potem skierowała spojrzenie na Aldonę, niespokojna, czy i pani nie zniknie. Widząc, że się nie rusza, zaczęła obwąchiwać trawę wokół siebie aż znalazła odpowiednie miejsce. Aldona odwróciła się w druga stronę zaintrygowana szelestem dochodzącym z krzaków. Tina zapiszczała. Doszła do pani na drżących łapkach  i padła na trawę patrząc błagalnym wzrokiem.

– Tina, Tinusia, już dobrze, cichutko maleńka – tuliła szczenisię. – Bałaś się, że cię tu zostawię samą? Nie bój się skarbie malutki, nikt cię już nigdy nie zostawi.  Jak mam ci wytłumaczyć, że zostaniesz z nami na zawsze? Nie wiem jeszcze czy będziesz mieszkać u mnie czy u Sergiusza, ale to nieistotne. Masz swoją rodzinę, swoje stado i dom. Rozumiesz?

Trudno powiedzieć, czy Tina cokolwiek zrozumiała z przemówienia, ale oparła pyszczek na ludzkiej ręce i przymknęła ślepki. Aldona siedziała na trawie tuląc nową „córeczkę”, aż poczuła chłód.

– Sergiusz! Możesz do mnie przyjść?

– Tatuś pewnie nie słyszy, mogę po niego pójść – zaoferowała pomoc Monika wyłażąc z krzaków.

Zaniepokojona Tina podniosła głowę, ale pani uspokoiła szczenisię pieszczotą. Sunia została zaniesiona do kuchni, na swoje posłanie z koca od Karoliny. Z widoczną ochotą wychłeptała  płynną karmę, zjadła kawałeczek surowego fileta z kurczaka. Potem położyła mordkę na kocu i uważnie obserwowała Aldonę krzątającą się po kuchni. Podniesieniem głowy zareagowała na wejście dzieci a na widok Sergiusza poruszył się nieruchomy do tej pory ogonek.

15.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Byłam uzależniona od robótek:)

Weszłam wczoraj na blog prowadzony przez miłośniczkę robótek ręcznych. Popatrzyłam i się zachwyciłam zdolnościami manualnymi. Uwielbiałam kiedyś robić na drutach. Zaczęłam w liceum, bo chciałam mieć nowe bluzki i sweterki. Mama robiła fantastyczne rzeczy, lubiła druty. Babcia też, należała do pokolenia, którego przedstawicielki potrafiły robić wszystko w dziedzinie tzw. dziś rękodzieła: szyć, haftować, szydełkować, „drutować” (jak mówiły moje dzieci). Dziergałam sweterki dla siebie i dla chłopców, co było ważne w dobie pustych sklepów. Prułam, zwijałam, robiłam nowe rzeczy, nic nie mogło się zmarnować, żadna nitka. Wręcz byłam uzależniona od robótek. Zresztą wszystkie dziewczyny z pracy stały się dziewiarkami z konieczności, była to jedyna możliwość ubrania siebie i rodziny w ładne, modne ciuchy. Do tej pory jeszcze wszystkich wycinków z babskich gazet nie wyrzuciłam, poradników robótkowych kilka mi gdzieś mignęło podczas przeprowadzki. Może jednak znowu sięgnę po nie kiedyś, tak mi się zachciało podczas ogladania:) Tylko czasu brak i oczy już nie te. Ale… może jednak?

14.09.2017

  • babciabezmohera Też robiłam różne dłubanki, ale nigdy nie czułam się fachurą- po prostu taka była konieczność.
    Nawet próbowałam wrócić do ręcznych robótek, ale to już nie było to. I spasowałam.;(
  • kobietawbarwachjesieni Ja też próbowałam robić z wełny swetry i bluzki, ale robótki były nie do chwalenia się. Pozdrawiam.
  • annazadroza babciabezmohera:) Chyba większość z nas z konieczności dłubała na drutach czy szydełkiem, dla części tylko była to przyjemność. Ja bardzo lubiłam:) Nie było internetu…
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:) Nie do chwalenia się lecz z pewnością do wykorzystania:) Robiło się nawet takie proste rzeczy jak choćby łapki do kuchni do chwytania gorących garnków, czy „kubraczki” na szklanki. Teraz pokazują to w reklamach jako ciekawostkę a wtedy było normalką.
  • fusilla Jak większość z nas w tamtych latach, drutowałam namietnie i nieźle mi to wychodziło. Teraz mi się nie chce. Wolę mniejsze formy, szydełkowe! :-))))
  • annazadroza fusilla:) A pamiętasz „anitex”? Jedynie to udawało się dostać i robiłyśmy z koleżankami z tego właśnie różne cuda. Ciągle któraś nowy wzór przynosiła, uczyłyśmy się, żeby mieć nowy sweterek odróżniający się od innych. Mimo braków w sklepach między ludźmi kwitła wspólnota, współpraca, przyjaźń wreszcie – trwająca do dziś:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz