Po co wróciłaś…” 25

Nadszedł upragniony dzień wyjazdu do Tenczynka. O szóstej rano Sergiusz  przyjechał białym polonezem. Zamienił się z kolegą na okres urlopu, zostawił mu turkusowego malucha w zamian za jego samochód.

W środku siedziała uszczęśliwiona Monika, roześmiana od ucha do ucha, trzymając na kolanach koszyk z kotką. Znalazło się w nim miejsce także i dla Bibi. Obie kocie siostrzyczki, czyli Bibi i Mimi, obwąchały sobie pyszczki i po chwili spały przytulone jakby nigdy się nie rozstawały. Obie zaś ludzkie siostrzyczki, czyli Inka i Linka, narobiły hałasu na całe osiedle witając radośnie Biedroneczkę i jej  tatę. Bez ceremonii wpakowały się do samochodu, Inka przez prawe drzwi, Linka przez lewe, biorąc Monikę w środek. Ponieważ żadna nie lubiła siedzieć pośrodku uzgodniły, że co pół godziny będą się zamieniać miejscami, żeby było sprawiedliwie.

Panienki chichotały, opowiadały sobie wrażenia z wakacji, przy czym Monika wciąż powtarzała, że z babciami – czyli mamą Doroty i mamą Sergiusza – wymęczyła się i wynudziła okropnie, bo nie pozwoliły jej nigdzie iść, grać w piłkę czy bawić się z innymi dziećmi, tylko kazały siedzieć i odpoczywać. Koszmarne takie wakacje.

– Zamykały bramkę na klucz i nie pozwoliły mi wychodzić na drogę – skarżyła się, – bo tam są spaliny. Nie rozumiem jakim  cudem spaliny były na drodze a w ogrodzie nie, skoro płot jest dziurawy. Inne dzieci biegały po drodze a ja siedziałam jak małpa w klatce. To znaczy,  nie zawsze siedziałam, bo jedna sztacheta była przybita gwoździem u góry, na dole nie. No to ja urwałam drugą, rozsuwałam je na boki, ona zasuwały się same i nic nie było widać.

– Sprytna jesteś – pochwaliły Stokrotki.

– A one nie kazały ci dużo jeść, te babcie? – spytała Inka.

– Bo nasza babcia zawsze każe nam dużo jeść, nawet jak już nie możemy – dodała Linka. – I zaraz potem się kłócą z dziadkiem, bo dziadek mówi, żeby się nie znęcała nad dziećmi.

– A babcia wtedy twierdzi, że on się wcale nie zna na wychowaniu i karmieniu dzieci – dokończyła Inka.

– Tatusiu, czy tam jest ładnie, w tym Tenczynku? – spytała Monisia.

– Prześlicznie.

– Skąd wiesz?

– Widziałem zdjęcia i slajdy.

– My też będziemy robić zdjęcia?

– Oczywiście, przecież widziałaś, że spakowałem aparat.

– Mamusiu, a ty nasz aparat wzięłaś? – zapytała Inka.

– Leży za tobą, nie widzisz? Szkoda, że nie pstryknęłam wam fotki kiedy wsiadałyście do auta.

– Nadrobimy tę zaległość na pierwszym postoju. Proponuję, żeby dziewczynki robiły dokumentację fotograficzną naszych wakacji.. Codziennie inna będzie fotografem dyżurnym, zgoda?- powiedział Sergiusz.

– Zgoda – poważnie oświadczyła Linka. – Musimy przyczaić się na zamku i koniecznie zrobić zdjęcie ducha ciotki.

– Jakiego ducha jakiej ciotki? – zdumiała się Aldona.

– Tego, co straszy w zamku, ducha ciotki Doroty.

– Dziecko, co ty bredzisz? Przecież ciotka Dorota jeszcze żyje!

– I też straszy… – Sergiusz nie trzymał się za brzuch tylko dlatego, że  nie mógł puścić kierownicy. – Zaraz wam wyjaśnię. Jedna z baszt zwana jest basztą Doroty.

– A chłopcy mówili, że widzieli ducha, już go mieli złapać ale im uciekł – tłumaczyła Inka.

– Zwyczajnie zrobili was w konia, albo wy nie zrozumiałyście  co do was mówili – zawyrokowała Aldona.

– Na pewno opowiadali wam o duchu, który wychodzi z baszty o północy i snuje się na tle granatowego nieba otoczony księżycową poświatą – mówił Sergiusz ponurym głosem.

– Właśnie, z baszty Doroty – zgodziła się Aldona.

– Ty go znasz? – zafascynowane Stokrotki wpatrywały się w matkę.

– Osobiście? Nie miałam przyjemności.

– To skąd wiesz, że o północy i że się snuje?

– To Sergiusz wie. A w ogóle wszystkie duchy tak robią.

– Wcale nie wszystkie – włączyła się do rozmowy Monika. – Mogą wyć, jęczeć, dzwonić łańcuchami albo zgrzytać zębami aż idą skry.

– To dlaczego ten się snuje? – zastanowiła się Linka.

– Bo to jest zakochany duch – podpowiedział Sergiusz.

– Aha, to znaczy, że jak duch się zakocha to się snuje – pokiwała ze zrozumieniem Biedroneczka.

– Nie tylko duch się snuje… – Aldona próbowała zachować powagę.

– Nie tak. Nie duch się zakochał jak już był duchem – sprostowała Inka, – tylko duch się zakochał jak jeszcze nie był duchem i snuje się, bo mu nie przeszło. Ale czyj to duch?

– Mogę zaspokoić waszą ciekawość, przynajmniej częściowo. To duch pięknej Doroty, która nie chciała wyjść za mąż za faceta, którego jej wybrał ojciec, bo kochała innego. Ojciec ze złości kazał ją żywcem zamurować. Ciocia Teresa mi o tym mówiła.

– Jaki podły! – oburzyły się bliźniaczki. – Lepiej wcale nie mieć ojca niż takiego.

– Tatusiu, ty byś mnie nie zamurował  w baszcie, prawda? – upewniała się na wszelki wypadek Monika.

– Oczywiście Biedroneczko, że nie, przecież nie mam  baszty – uśmiechnął do córeczki. – A co, czyżbyś już się zakochała?

– Jeszcze nie, ale kobieta musi być przygotowana na wszystko – wyrecytowała dziewięcioletnia kobieta.

– Jakbym słyszał obie babcie…- pokiwał z politowaniem głową i rozejrzał się po okolicy. – Powiedzcie, czy zmienił się krajobraz, czy jest taki sam jak koło Warszawy.

– Nie! Tu są górki i daleko widać. Ojej, jak daleko!

– A teraz droga idzie do góry.

– A tam są kolorowe pola, jak tu ładnie.

Zainteresowane zmianami zauważonymi poprzez szyby samochodu na bieżąco komentowały mijane miejsca.

– Zobacz mamusiu, tam jest wysokie wzgórze. Chłopcy mówili, że zamek na takim stoi.

– Mamusiu, pójdziemy na zamek, prawda? Zaraz jak tylko przyjedziemy, proszę.

– Nie tak zaraz ale na pewno pójdziemy. Zwiedzimy też różne inne ciekawe miejsca. Z pewnością nie będziecie się nudziły.

– Skoro jesteście tak bardzo zainteresowane zamkiem, powiedzcie kto go zbudował i czyją   był własnością?

– Oczywiście Tęczyńscy – z dumą popisała się Linka, której Maciek przy ognisku opowiadał o historii i tajemnicach zamku.

– Brawo – pochwalił Sergiusz. – Powinnyście zapamiętać jeszcze jedną ważną informację i na dzisiaj wystarczy historii. Czy wiecie coś o królowej Jadwidze i królu Jagielle?

– Pewnie – tym razem Inka pospieszyła z odpowiedzią nie mogąc pozwolić, by siostra ją zdystansowała. – On rozłożył Krzyżaków pod Grunwaldem na obie łopatki.

– Zapamiętajcie więc sobie, że do małżeństwa Jadwigi z Jagiełłą doprowadził Jan z Tęczyna, a co za tym idzie, do unii polsko-litewskiej, która połączone państwa wprowadziła w okres potęgi i świetności.

– Zapamiętacie? – upewniała się Aldona.

– Już zapamiętałyśmy – odpowiedziały zgodnym chórkiem.

– Widzisz jakie mamy zdolne dzieci? – Sergiusz dumnie się wyprostował za kierownicą.

Zjechał na pobocze i stanął. Pasażerki wysiadły rozprostować nogi. Dziewczynki wykonały serię zdjęć, każda po kolei. Dzień był pogodny lecz nie upalny. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, które już miało jesienny kolor, nie blado lecz ciemnobłękitny. Powietrze świeże, ostre, wręcz chłodne wypełniło wnętrze samochodu. Nikt nie protestował kiedy Aldona zaproponowała zjedzenie drugiego śniadania. Dalszy ciąg podróży upłynął na oglądaniu zmieniających się co chwilę pięknych widoków, na podziwianiu ładnych domów stojących niedaleko szosy  oraz tych stojących dalej, usytuowanych na wzgórzach.

Dorośli przyciszonymi głosami próbowali prowadzić rozmowę, niestety nieudolnie, ponieważ nieustannie przerywały im okrzyki dzieci.

– Mamusiu, spójrz jaki cudny domek! Widzisz? Ten biały z brązowymi oknami.

– Mamusiu, spójrz jaka chatka stoi na górce pod lasem!

– Tatusiu, chciałabym mieć tyle pieniędzy co na samolot.

– Oo, a na co ci potrzebny samolot, Biedroneczko?

– Nie jest mi potrzebny samolot tylko pieniądze.

– A co byś zrobiła z tymi pieniędzmi? – pytał rozbawiony ojciec.

– Kupiłabym domek w lesie. O, taki jak tam stoi. Mogłabym wziąć różne biedne kotki i pieski co nie mają domu, w którym mogłyby mieszkać. Nawet Stokrotki zmieściłyby się ze mną. Ale by było super.

– Kto wie? – zerknął na Aldonę. – Na tym świecie dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Może choć część twego marzenia się spełni?

Ziemia krakowska witała ich słońcem, wciąż jeszcze żywą zielenią, choć czerwień korali jarzębiny rosnącej przy drodze aż nadto wyraźnie przypominała o zbliżającej się jesieni.

Piękna ta ziemia, przyciągająca oczy swą urodą, zmieniająca co chwilę kształty i kolory. To pnie się w górę sięgając nieba, to schodzi w dół poprzecinana pasami pól, urozmaicona  kępą krzewów czy drzew, by zaraz znów rozpocząć wędrówkę ku górze i spotkać się z obłokami płynącymi po niebie.

Dotarli wreszcie do Krzeszowic. Pomału przejechali przez miasteczko zwracając uwagę na nazwy ulic i wypatrzyli tę, przy której mieszkała Karolina. Mieli dla niej paczkę od Teresy, ale nie zatrzymali się. Postanowili wybrać się do niej z wizytą już po rozlokowaniu się w domku pod lasem. Po prawej stronie dostrzegli kamienną willę obrośniętą dzikim winem, z półokrągłą ścianą od frontu, pilnowaną przez dwa wysokie srebrzyste świerki. Aldona zwróciła na dom uwagę, ponieważ Teresa wielokrotnie wspominała z zachwytem ów piękny budynek.

Po przejechaniu mostu skręcili w lewo i dojechali do przejazdu kolejowego. Mieli szczęście, bo szlaban właśnie uniósł się i ruszył sznur samochodów stojących z jednej i z drugiej  strony torów. Jechali dalej. Na wprost, za zabudowaniami wznosiła się Buczyna. Po obu stronach drogi kiedyś, dawno, dawno temu, słońce odbijało się w wodzie: po lewej stronie był młyn, po prawej grobla prowadząca do wsi. Teraz wszędzie stały domy mieszkalne, resztki młyna zostały zapewne zużyte od ich budowy.

Razem z szosą skręcili w prawo, mijając wcześniej tabliczkę z napisem „Tenczynek”. Po lewej stronie mieli Buczynę, po prawej rzeczkę. Jurand pamiętał jeszcze czystą wodę, w której pływały maleńkie rybki, źródełka bijące na brzegu i powodujące nieustanny ruch piasku, łąkę pełną kaczeńców i tataraku.  Teraz rzeczką płynęły cuchnące ścieki granatowego koloru, łąkę zaś zasypano i zrobiono skład węgla. Cóż, niech żyje postęp, niech ludzkość idzie do przodu depcząc to, co stoi na drodze, nie zdając sobie sprawy, że niszcząc życie w rzece – niszczy siebie, usypując kopiec na łące –usypuje swoją mogiłę. Czyż kiedyś przyjdzie na ludzi opamiętanie?

Przejechali nad tą cuchnącą rzeczką i pojechali prosto w pola, mijając Zamkową Drogę i Styrek. Za kapliczką, pod lasem dotarli wreszcie do ogrodu uśpionego, cichego, zamkniętego ze wszystkich stron porządnym parkanem, strzeżonego przez bramę z wielką kłódką, ukrywającego w gąszczu zieleni ukochany dom Juranda.

Sergiusz otworzył bramę, wjechali do środka. Aldona wysiadła i prawie zatoczyła się uderzona upajającym, chłodnym powietrzem, wiatrem niosącym leśne wonie od strony lasu, a polne – od pól. Trzeźwo pomyślała, że najpierw trzeba się rozpakować a dopiero potem zachwycać do woli. Wzięła co było pod ręką i ruszyła w stronę domu.

1.09.2017

  • fg2002 Jesteście bardzo sympatyczni. – A może to nie o Was?
    Polecam opowieść o Erwince Barzychowskiej.
  • annazadroza fg2002:) Przeczytałam. Wstrząsające. Takich Erwinek są tysiące. Współcześnie, aktualnie, dzisiaj. Może w tej właśnie chwili na przykład w Syrii. Nawet 10-ciu nie chcieliśmy przyjąć i wyleczyć. Żeby przeżyły. Są wciąż na całym świecie, bo agresja i nienawiść biorą górę. A wystarczyłoby stosować 10 przykazań nie tylko w stosunku do innych ale przede wszystkim do siebie. Byłby raj zamiast piekła.
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

„Do zobaczenia w Paryżu”

autorstwa Michelle Gable to powieść oparta na prawdziwych losach Gladys Deacon, niezwykle barwnych i fascynujących. Autorka natrafiła przypadkiem na postać późniejszej księżnej Marlborough i uczyniła ją klamrą spinającą wydarzenia z życia bohaterek powieści, matki i córki, których losy poznajemy fragmentami, bowiem akcja toczy się na dwóch planach czasowych równocześnie – w latach siedemdziesiątych oraz w roku
2001. Poprzez zaskakujący rozwój wydarzeń córka ma okazję „spotkać” matkę jako dziewczynę jaką była kiedyś i poznać jej przeżycia z przeszłości. Matkę, która okazuje się zupełnie inną kobietą niż Annie znała przez całe życie. Są tam tajemnice, wojna w Wietnamie wywierająca okrutny wpływ na ludzi i ich losy (matka), w Afganistanie (córka), intrygująca postać starej księżnej, pisarz usiłujący stworzyć biografię ekscentrycznej, przeszło dziewięćdziesięcioletniej pani, rodzące się uczucia, poszukiwanie ojca i inne jeszcze wydarzenia.
Najbardziej jednak zaintrygowała mnie postać księżnej, która „uchodziła niegdyś za najpiękniejszą – i najbardziej gwałtowną – kobietę, jaka żyła na świecie”. Przedmiot miłości i pożądania współczesnych jej artystów i polityków. „Ja się nie urodziłam. Ja się wydarzyłam” – mówiła o sobie.

31.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Być razem i współistnieć

Znów słyszę jedną bzdurę za drugą. O wstawaniu z kolan już nawet wspominać nie warto. Bo jak kto przy tym wstawaniu wali się w łeb tak mocno, że przytomność traci i rozum mu się miesza do tego stopnia, iż rzeczywistości nie potrafi odróżnić od sennych majaków – to tylko w szpitalu jest miejsce. O konkretnej specjalizacji. Inaczej pomóc się nie da. W ostateczności odizolować od pozostałych pacjentów trzeba, żeby zagrożenia dla zdrowia i życia innych nie stanowił. Tam sobie taki chory bredzić może do woli. Że na przykład spacerowiczom płacili za spacery w ładną pogodę. Że niby życia trzeba bronić zanim jeszcze zdyszany plemnik do komórki jajowej dopadnie, ale uczciwym ludziom za oddanie i poświęcenie przez lata całe środki na życie zabrać można powodując udary, wylewy, zawały, samobójstwa. Lotrom, szubrawcom, draniom, oprawcom takie „przypadki” nie grożą. Już dawno się zabezpieczyli do n-tego pokolenia nawet i poszli w „dobrą” stronę. Że na przykład Wolfgang jest dobry, bo po „właściwej” stronie a biednego chorego Wałęsę trzeba koniecznie zgnębić do końca, żeby już zszedł z tego świata i przestał bruździć – aby oblicze jedno w dwóch postaciach mogło go zastąpić skutecznie. I namieszać do końca w głowach tych co nie pamiętają, albo biorą odpowiednią ilość srebrników. Coraz mniejsza jest ich ilość, tych srebrników, a coraz więcej potrzeba. Żeby „zamydlić” oczy ciemnemu ludowi trzeba nowe fronty nowych wojen otwierać. A to nakrzyczeć na innych rządzących w innych krajach, niech się boją, tylko… już wszyscy takie szczekanie mają w głębokim poważaniu…. A to skłócić do reszty tych jeszcze niepokłóconych. A to pojechać do Włoch na przykład na wycieczkę mówiąc, że w obronie. Po co? Znają środowisko, ci co pojechali? Język znają? Kontakty mają? Potrafią się poruszać po obcym terenie? Po swoim nie potrafią, nie mogą znaleźć zaginionych, uwięzionych kobiet i dziewcząt. Nie potrafią zareagować na prośby o pomoc we własnym kraju a tam jadą kampanię reklamowo-wyborczą sobie robić? Jak kobieta maltretowana przez faceta w kraju o pomoc woła – to się nie mieszamy, miru domowego nie naruszamy, boskiego prawa trzeba przestrzegać… itp. androny wygłaszają. Ale jak ugrać można coś przed wyborami, załapać kilka punktów – to wszystkie chwyty dozwolone. A u nas – jakoś pechowo – okres wyborczy jest zawsze, bezustannie i bez przerwy. I mimo dwóch lat rządzenia wciąż kompleks poprzedników rządzi w miejsce rozumu.
W niektórych kręgach rozsądek zaczyna się odzywać, chciałoby się powiedzieć: dzięki Bogu. Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki podziękował przecież prezydentowi za weta. Zaś prymas Polski abp Wojciech Polak na Jasnej Górze powiedział mądre słowa.
„Mamy szanować porządek i ład społeczny, a nie bezmyślnie go burzyć, dla takich czy innych racji. Mamy szanować ład konstytucyjny, który jest gwarantem naszego bycia razem i współistnienia, a nie nadwyrężać go czy omijać”.

30.08.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Trafne spostrzeżenia.Widać,że i u hierarchów kościelnych pojawiają się wreszcie właściwe reakcje na to co się dzieje w Polsce,szkoda że nie wszyscy oni zajmują się tym do czego zostali powołani ale np.biznesami.
  • babciabezmohera Nie dziwię się, że jesteś poirytowana, bo ja w stanie poirytowania i sprzeciwu wobec tego, co się dzieje, jestem już od dłuższego czasu i też regularnie o tym piszę.
    Martwi mnie rodzaj uśpienia czy zmrożenia naszego społeczeństwa. Da się oddać wolność i samostanowienie a przyjąć obrożę i kaganiec za miskę soczewicy?… Smutne to bardzo! :(((
  • Gość: [Sylwia] 91.229.22.* Ja jestem tym młodszym pokoleniem i myślę, że problem w tym że większość ludzi myśli tak jak ja – A co ja sama mogę zmienić. Wolę się nie wtrącać.
    Wiem, że to źle… ale obecny stan sytuacji życiowej nie pozwala mi na dokonania za, które ludzie kiedyś walczyli.
  • annazadroza Obserwator:) Rozumiem, że masz na myśli – m.in.- najsłynniejszego biznesmena w sukience, jako najbardziej pokazowy przykład tezy, iż wiara i kościół to dwie różne sprawy, czasem tak różne, że nie do pogodzenia. Dobrze, że się okazuje, iż w takiej ogromnej masie kleru są jednak ludzie myślący rozsądnie. Może odważą się ujawniać biorąc sobie do serc słowa prymasa Polski.
  • annazadroza babciabezmohera:) Jak widać da się nawet za niepełną już teraz miskę i bez żadnej gwarancji, że za czas pewien znajdzie się w niej choć garsteczka ryżu.
    Społeczeństwo obudziło się na chwilę, na czas protestów. Gdzie jest ta zjednoczona opozycja?W dalszym ciągu nie widać realnej przeciwwagi dla pisowego towarzystwa. Ono każdego zakrzyczy, a za chwilę zastraszy, zamknie, zniszczy. Do wyborów pójdzie jeszcze mniej ludzi. Bo ich obrzydzenie bierze na myśl o politykach. Nie zdają sobie sprawy (???!!!), że tym samym oddają władzę wrażym rękom.
  • annazadroza Sylwia:) Są różne sytuacje życiowe, nie zawsze można głośno wypowiadać swoje zdanie, trzeba gdzieś pracować, za coś żyć, utrzymać rodzinę. Ale można i trzeba iść na wybory i oddać głos świadomie. Poza tym starać się nie robić krzywdy i mieć czyste sumienie. Tylko tyle. Pozdrawiam młodsze pokolenie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 24

Zwinięty w kłębek Maks drzemał pod srebrnym świerkiem. Było to jedno z jego ulubionych miejsc. Dzieci siedziały przy kolacji. Ponieważ jadły ziemniaki ze śmietaną mógł spokojnie drzemać, takich rzeczy nie brał do pyska. Aba owszem, toteż siedziała przy schodkach wiodących z kuchni do salonu i zastanawiała się co zrobić: ukraść czy poczekać aż ktoś zlituje się i włoży żarełko do miski.

Leżał więc Maksio nie niepokojony przez nikogo, we śnie gonił zająca. Zając wskoczył na drzewo i dopiero wtedy poznał, że to Mićka. Zaskomlił przez sen cichutko. Po chwili przyśniło mu się, że słyszy pikujący tuż nad głową samolot, który latał i latał, silnik pracował i pracował na wysokich obrotach, wył, ryczał, bzyczał, brzęczał i wreszcie usiadł na psim nosie. Uparty jakiś czy co? Maks otworzył jedno oko i potrząsnął łbem. Ogromna mucha siedziała na wprost lewego oka i nie miała zamiaru stamtąd się ruszać. Znowu potrząsnął łbem, szczeknął i nic. Mucha urządziła sobie spacer po ogromnej kufie. Jedną łapą usiłował zetrzeć ją powierzchni ziemi, a raczej z własnego nosa, ale nic z tego. Druga łapą – bez rezultatu. Pomału, nie spiesząc się, przełaziło muszysko na drugą stronę psiej „twarzy”. Wreszcie Maksio podniósł obie łapy jednocześnie, niczym niedźwiedź wybierający miód z barci i opędzający się od roju pszczół. Ponieważ jednak nie był niedźwiedziem, zarył pyskiem w trawę i leżał zdziwiony, nieszczęśliwy i rozpłaszczony jak pies Pluto.

Niefortunne spotkanie obserwowała Mićka zwabiona dziwnym zachowaniem przyjaciela. Arik w kuchni wylizywał miseczkę po śmietance i poza tą arcyważną czynnością nie obchodziło go nic na świecie. Mićka bystrym wzrokiem przyjrzała się leżącemu Maksowi, przyczaiła się do skoku, uderzyła ogonem o ziemię raz z jednej strony raz z drugiej i po chwili podążała drobnym kroczkiem w stronę Altanki Pod Bachusem trzymając w pyszczku Maksiową prześladowczynię. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – pomyślał z pewnością Maks i dopiero wtedy uświadomił sobie, że słyszy warkot silnika swojego samochodu.

Pocwałował pod górkę. Stanął przy skalniku i rozszczekał się na cały głos. Jego szczekanie będące wyrazem radości, przywiązania, wierności i ogromnej miłości obiegało cały las i wracało echem. Z czerwonego malucha wysiadła jego ukochana pani!

– Mordulko moja, kochany, maleńki pieseczku – zawołała.

„Pieseczek” i do tego „maleńki” już był przy niej. Skakał, mruczał jak kot tylko znacznie głośniej, lizał po rękach, szturchał nosem. Głaskała tulący się łeb, klepała po karku, przykucnęła i przytuliła z całej siły olbrzymią futrzaną kulę miłości, przeogromnego, bezinteresownego psiego przywiązania.

Z Domku wyskoczyła Aba. Dopiero teraz, ponieważ stwierdziła, że skoro ktoś się nagle przed domem  pojawił, to należy dokładnie wyczyścić wszystkie miski w domu. Jeszcze oblizywała mordkę, kiedy w powitalnych podskokach omal nie zwaliła Teresy z nóg. Maksio tymczasem w kulturalny sposób przywitał się z Aldoną. Nie wiadomo skąd zjawiła się Mićka i „cała mrucząca” witała się z panią ocierając się nogi i uniemożliwiając zrobienie kroku. Teresa wzięła kotkę na ręce, przytuliła do policzka. Po chwili zza krzaków wynurzył się Arik, popatrzył stojąc nieruchomo i po namyśle też raczył się przywitać.

Z wnętrza Domku „wysypały się” wszystkie dzieciaki.

– Musia, moja Musia przyjechała – krzyknął Kuba rzucając się matce na szyję.

Szczęście, że równocześnie z bratem dobiegł do niej Maciek, bo mogła się na nim wesprzeć. W przeciwnym wypadku runęłaby na ziemię wraz ze słodkim ciężarem, coraz cięższym zresztą.

– Mamusiu, mamusiu, a co z Bibi? Czy jest zdrowa? Czy nie zginęła? Czy urosła?  – wołały Stokrotki.

– Ciocia, a kiedy mama przyjedzie? – szarpał Teresę za rękę Jędrek.

– Ciocia, cy wujek Michał ma lepsy węch nis Aba? – dopytywał się Kajtuś.

Wszystkich zaskoczyło Kajtusiowe pytanie.

– Co ma piernik do wiatraka? – wybałuszył oczy Marek.

– Psecies wujek ma więkse wąsy od Aby – tłumaczył malec.

Nadchodzący właśnie Dziadek usłyszał słowa chłopca i parsknął śmiechem.

– Kajtuś jest bezkonkurencyjny – powiedział. – Chciał psom poobcinać wąsy, więc wytłumaczyłem jaką pełnią rolę i dlaczego nie wolno tego robić.

– W tym układzie pytanie jest jak najbardziej logiczne – stwierdziła Teresa. – To się Dorota ubawi, kiedy jej opowiem jakiego ma myślącego synka.

– Jak będę duzy, to sobie zapusce najdłuzse wąsy na świecie – poważnie oświadczył Kajtuś.

Przyjaciółki weszły do Domku a tam powitał je Bartek.

– Ciotki, a wy wiecie co my jedliśmy? Bryzgane ziemniaki!

– Jakie? – zdziwiła się Aldona.

– No przecież mówię, że bryzgane!

– A… jakie to są?

– Takie polane śmietaną.

– To dlaczego bryzgane?

– Bo one się nazywają bryzgane.

– Chyba zwariowałam. Co ty mówisz? Dlaczego nie zwyczajnie „polane” tylko „bryzgane”?

– Bo je baba bryzgała.

– Bartek bo zdejmę buta i … – nie wytrzymała Teresa.

– … i zdzielę w ten durny, ryży łeb… – podpowiedział Jędrek.

– Jaka baba?

– Nie wiem, przecież jej  nie znam.

– To skąd wiesz, że baba?

– Bo jak nie chłop to kto? – zdziwił się chłopiec.

– Nie chłop tylko rolnik – niepewnie wtrąciła Aldona.

Dziadek stał oparty o kredens i trzymał się za brzuch śmiejąc się do rozpuku.

– Dopiero przyjechałyście a mnie już brzuch boli ze śmiechu. Chodźcie na werandę, usiądźcie na moment spokojnie. Opowiem, dlaczego ”bryzgane”.

Przez zachodnie okno słońce rzucało złote, pomarańczowe i czerwone blaski, mrugało spoza liści poruszanych lekkim, przedwieczornym powiewem wiatru. Cisza i spokój płynęły nad ziemią kojąc rozdygotane ludzkie nerwy. Zapach róż i bujnej zieleni upajał i rozmarzał.

– Jak ja cię kocham Domku, i was drzewa, i ciebie łąko – szepnęła Teresa wodząc wokoło roziskrzonym wzrokiem.

– Siadajcie dziewczyny – Dziadek nieco odsunął stolik, żeby mogły dostać się do ławki i wygodnie usiąść.

– A gdzie pani Basia? – zainteresowała się Aldona.

– Prawda, na śmierć zapomniałam o własnej teściowej, gdzie ją poniosło? – zreflektowała się Teresa.

– U pani Kozakowskiej, mają jakieś swoje sekrety. Częstujcie się, proszę.

Podsunął im dzbanek pełen kompotu oraz talerz z ułożonymi w stos dużymi kwadratami  ciasta z jabłkami.

– Jejku, niedługo będę gruba jak beczka – jęknęła Teresa zabierając się za unicestwianie sporego kawałka ciasta.

– Nie musisz od razu wszystkiego pożreć, zostaw trochę dzieciom – skomentowała Aldona.

– Jedzcie, jedzcie, możecie pałaszować do woli, nie przybędzie wam od tego na wadze. Basia zaraz upiecze następne. A i tak na nas krzyczy, że za pomału jemy. Ona uwielbia piec ciasta. A jutro przyjedzie Helenka, też z ciastem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie przywiozła.

– No to opowiadaj, tatusiu, o tych ziemniakach – przypomniała Teresa.

– Dawno temu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody, razem z Kaziem i Staszkiem po ćwiczeniach w terenie byliśmy zmęczeni i głodni jak wilki. Późno, po wsiach sklepy już pozamykane a nam kiszki z głodu marsza grają. Wreszcie stukamy do jakiejś chałupy i pytamy babę, czy mogłaby nam sprzedać coś do jedzenia. Widocznie żal jej się zrobiło młodych chłopaków i mówi, że może nas poczęstować ziemniakami. Niech będą ziemniaki. Wszystko byliśmy w stanie przełknąć, tak nam się przynajmniej wydawało. Wkrótce ziemniaki wjeżdżają na stół. Baba mówi, że do ziemniaków nic nie ma, mogą być bryzgane. Niech będą bryzgane. Myśleliśmy, że czymś po prostu omaszczone. A ona przyniosła śmietanę, wzięła duży łyk do ust i fruuu…”pobryzgała” nam ziemniaki po talerzach, jak dawniej kobiety wodą pranie przed prasowaniem.

– I co, smaczne były? – chichotała Teresa.

– Zjedliście? Naprawdę? – Aldonę aż wstrząsnęło z obrzydzenia.

– Zapłaciliśmy kobiecie czym prędzej i już nas nie było. Została z pełnymi talerzami i ogłupiałym wyrazem twarzy. Od tej pory ziemniaki ze śmietaną są bryzgane. Nazwa przyjęła się na zawsze. Niedawno przypomniała mi się ta historia i opowiedziałem dzieciakom. Bardzo im się podobało, a Brysie nawet się pobiły przy okazji.

– Jak to?

– Maciek, jak zwykle nie patrząc co robi, zupełnie niechcący wyrżnął Kubusia w głowę, na co tamten oczywiście natychmiast się spienił ze złości i musiał mu oddać.

– Wiadomo, przecież nie mogło być inaczej – Teresa dobrze znała reakcje swoich skarbów najdroższych.

– Obeszło się bez rozlewu krwi, ponieważ w porę sobie przypomnieli, że dziewczynki na nich patrzą. Dzięki Stokrotkom miałem z tą męską bandą lepsze życie, lżejsze niż bez nich.

– Naprawdę? To bardzo się cieszę, bo muszę przyznać, że cały czas gryzły mnie wyrzuty sumienia. Miał pan na głowie tyle dzieci a ja jeszcze dołożyłam swoje – sumitowała się Aldona.

– Zupełnie niepotrzebnie. Na tym terenie dzieciaki się po prostu rozpływają, rozłażą i nie ma ich. A przecież powierzchnia nam się powiększyła o część Dorotki i jej brata, mają więc gdzie szaleć. Poza tym nie byłem sam. Basia jest przez całe lato, Helenka prawie też, co chwilę ktoś przyjeżdża, a na weekendy obowiązkowo moja córcia z mężem i Dorotka ze swoim szczęściem. Myślę, że dziewczynki są zadowolone. A ty, dziewczyno, wykorzystałaś ten czas na odpoczynek?

– Ładny odpoczynek – spojrzała na przyjaciółkę Teresa. – Harowała przez cały czas jak dziki osioł. Urządziła całe mieszkanie. Zrobiła to, na co ja się nie mogłam zdobyć przez dziesięć lat.

– Bo ci się tak ułożyło, nie twoja wina – odpowiedziała Aldona. – Ja też niczego bym nie zdziałała gdyby nie Sergiusz. On wszystkiego pilnował, trzymał rękę na pulsie i ciągle wymyślał coś nowego.

– Dobry chłopak – stwierdził Dziadek. – Zapalił się do budowy domu ogromnie, nawet wybraliśmy miejsce, w którym powinien stanąć.

– Codziennie ma nowy projekt, oczywiście za każdym razem najlepszy i prawie ostateczny – powiedziała Aldona uśmiechając się na samo wspomnienie Sergiusza.

– Aż w końcu trafi na ten właściwy, jeden jedyny i już od niego nie odstąpi – podsumowała Teresa. – Sama zobaczysz. Albo, wiesz co, ty sama na to wpadniesz. Tak będzie najlepiej.

– Nie bredź – machnęła Aldona ręką pozornie tylko lekceważąco.

Maciek z Markiem wpadli na werandę poprzedzani przez rozjazgotaną Abę.

– Musiu, przywiozłaś książki, o które prosiłem?

Maciek namiętnie czytał literaturę science fiction i ciągle mu było mało. Nadrabiał zaległości wynikające z wieloletniej niechęci do czytania będącej wynikiem awersji do nauczycielki, przez którą miał mnóstwo problemów. Teresa ubolewała, że skupił się na jednym gatunku, ale ojciec ją uspakajał.

– Ciesz się, że w ogóle zaczął sam zaglądać do książek z własnej i nieprzymuszonej woli. Niech czyta co chce, reszta przyjdzie sama.

Dziadek miał rację, bo kiedy chłopiec pochłonął przywieziony zapas lektury, sięgnął po MacLean`a i Folleta z Dziadkowej nocnej szafki.

– Marek! Ależ ty urosłeś! – wykrzyknęła zdumiona Aldona stając obok chłopca. – Maciek wygląda tak samo a ty rośniesz w oczach.

– A w rękach i nogach to nie? – zażartował Dziadek.

– Ciociu, bo Maciek ma wakacje i nie musi rosnąć jak mu się nie chce, a ja jestem pracowity i rosnę cały czas – tłumaczył urwis puszczając oko do Teresy.

W Cięciwie czas płynął bardzo szybko. Szczególnie wtedy, kiedy trzeba było wyjeżdżać. Przyszła pani Basia, a właściwie babcia Basia, bo tak wszystkie dzieci do  niej mówiły. Posiedzieli razem na werandzie aż zmrok zaczął wypełzać z ziemi, z trawy, spod lasu i zaganiać ludzi do domów, zwierzęta do stajni i obór. Wygonił też Teresę, Aldonę i Stokrotki z Cięciwy

Dziewczynki płakały przy pożegnaniu. Babcia Basia też miała wilgotne oczy, bo obie ją wycałowały, powiedziały, że codziennie będą o niej myśleć, a jak tylko wrócą z wakacji do Warszawy, to natychmiast ją odwiedzą, bo jest „superbabcią”. Nawet chłopakom było smutno, choć poszturchiwali się i nadrabiali minami. Przekonali się, że Inka i Linka to nie rozmazane beksy, ale kumple, z którymi można konie kraść. Smutny był też Maksio, bo pani znowu odjeżdżała. Co prawda zostawiała mu całe stado do pilnowania: dzieci, Dziadka, Babcię, nawet Abę i wszystko po to, żeby się nie nudził. Cóż, znowu będzie musiał zwracać uwagę na przejeżdżające auta.

Późną nocą czerwony maluch dotarł do Ursynowa. Dziewczynki podczas jazdy opowiadały o przeżyciach: jak chodziły na grzyby, jak Maks stoczył walkę z Miśkiem od gospodarza, jak siedziały na koniu, jakie ładne są malutkie prosiaczki, jak Marek zgubił się w lesie i wszyscy go szukali i w końcu Maks go odnalazł śpiącego w pokoju bo wcale do lasu nie poszedł, jak Arik łowił łapką ryby, jak Mićka uciekła przed myszą i schowała się za babcię, jak Aba i Maks wpuścili obcego pana za bramkę ale już nie dali mu wyjść, jak w nocy dziki przeszły przez podkop pod siatką, jak…Obie matki milczały ogłuszone ilością informacji i tempem ich przekazywania.

– Wiecie co? Zrobiłybyście furorę w Teleekspresie – stwierdziła Teresa i skoncentrowała się na prowadzeniu samochodu tym bardziej, że na szosie był duży ruch a oślepiające światła aut jadących z przeciwka utrudniały jazdę.

Czerwony samochodzik na chwilę się zatrzymał, wyskoczyły z niego dwie damy, trzecia wysiadła statecznie, on zaś pojechał dalej rad, że już blisko domu. Z owych trzech dam dwie zostały siłą wepchnięte pod prysznic. Ze zmęczenia, z ogromu wrażeń i nieustannego trajkotania zasypiały na stojąco. Trzecia, zlitowawszy się nad nimi, wyjęła im pościel, przygotowała łóżka do spania i zaniosła piżamki do łazienki.

Ledwo ucałowały nosek Bibi, już spały.

29.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

URODZINY CÓRCI K.

W weekend wcale Lapcia nie włączałam, więc nie wspomniałam o najważniejszej rocznicy, którą były URODZINY SYNOWEJ K.
Tak wiec Kochana Córeńko, niech Ci się spełnią życzenia, marzenia, pragnienia :):):) Skoro Mały się uśmiecha, kiedy o Tobie mówi, to ja też jestem szczęśliwa. Po stosunku do zwierząt poznaję człowieka, więc Ty jesteś najlepszym człowiekiem ze wszystkich, bo serce oddajesz pokrzywdzonym przez człowieka psom ze schroniska. Bo Bimber ze schroniska trafił do naszej rodziny. Bo zgodziłaś się na przygarnięcie Burbona, który za Wami przyszedł aż z Bereśnika i został. Bo poświęcasz swój czas na kursy i uczysz się wciąż jak pomagać zwierzakom. Bo moją Szilkę przywiozłaś  z lasu i przechowałaś przez tydzień sprawdzając w jakim stopniu nadaje się „do życia w rodzinie”. Bo dzięki Tobie mam Wnusię Z., cudną i kochaną dziewczynę. Bo wreszcie – sama jesteś kochaną dziewczyną. Cudną też:):):) W końcu Mały ma po mnie dobry gust:):):)

Kochanie, niech więc szczęście i radość idą za Tobą krok w krok, i – oczywiście tradycyjnie – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ.

28.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 23

Przed urlopem Aldona wzięła udział w uroczystości, która dla niej wcale miła nie była. Dyrektor rzeczywiście odchodził i żegnał się z pracownikami. Patrzyła i słuchała ze smutkiem. Ten człowiek miał dobroć wypisaną na twarzy. Znał swoją pracę od podszewki, przeszedł wszystkie szczeble kariery dochodząc do szczytu, starał się nikogo nie skrzywdzić i nie urazić, nie odrzucał nowych pomysłów pracowników lecz zawsze sam je analizował i, przekonawszy się o słuszności, przyjmował. W przeciwnym wypadku – odrzucał jako bezużyteczne.

Rozglądając się dyskretnie wokół zauważyła, że Marian stoi obok jakiegoś mężczyzny i coś mu zawzięcie szepce do ucha. Dotąd biegał jak piesek za dyrektorem. Teraz, kiedy starszy pan odchodził i nic już od niego nie zależało, natychmiast począł skakać na dwóch łapkach koło kogoś innego. Cóż, umarł król, niech żyje król. Ten, który przechodził w stan spoczynku, był zbyt mądrym, inteligentnym człowiekiem, by słuchać podszeptów i donosów. Ale co będzie dalej? Westchnęła ciężko. Jak się potoczą losy firmy i ludzi z nią związanych? Czy zostanie doceniona praca, czy może ten, kto uczciwy pójdzie na bruk a zostanie donosiciel i kłamca?

Jak to dobrze, że ona ma jeszcze przed sobą urlop. Będzie mogła wyłączyć się na całe dwa tygodnie, nie myśleć, nie tracić nerwów. Nie będzie w tym czasie słuchać radia ani oglądać telewizji. Nie chce wiedzieć co się dzieje, kto strajkuje, kto i na co podniósł ceny, kto kogo chce rozliczać robiąc dokładnie to samo co potencjalny rozliczany albo jeszcze więcej. Brr, co się z tymi ludźmi porobiło.

Wystarczy się rozejrzeć, choćby tutaj. Nawet niektóre kobiety zupełnie pogłupiały. Jak można się tak wystroić do pracy? Albo zrobić z siebie takie czupiradło jak to z oczami w neonowej obwódce? Przecież one wyglądają jak stare, „przechodzowane”…tfu, co za myśli. Miała nikogo nie oceniać po wyglądzie. Niech każdy nosi co chce i jak chce. Najwyraźniej jest już bardzo zmęczona atmosferą niepewności i bezustannego zagrożenia.

Po zakończonej uroczystości poszła do swojego pokoju. Zadzwoniła Teresa oferując zawiezienie do Cięciwy nazajutrz po pracy oraz powrót wraz ze Stokrotkami. Chętnie przyjęła propozycję, bowiem zbliżał się termin wyjazdu do Tenczynka.

Po drodze opowiadała przyjaciółce o sytuacji w firmie, o atmosferze niezupełnie sprzyjającej pracy, uczciwej pracy, o pomysłach, których nie ma możliwości wprowadzić w życie.

– Powiem ci szczerze, że sama doszłam do mądrego wniosku: najlepiej jest pracować dla siebie i u siebie.

– Niby tak, ale to nie do zrealizowania, teraz jest najgorszy okres na tworzenie czegokolwiek. Zresztą co ja potrafię? Znam swoją pracę, ale co poza tym? Schować dyplom do szuflady i iść sprzątać ulice? Tam też za chwilę będzie konkurencja i odpadnę, bo się okażę za stara, dwudziestu lat już nigdy nie będę miała. Ludzie zaczną kraść z głodu a najbardziej aktualną lekturą, dla tych dzieci oczywiście, których rodziców będzie stać na płacenie za szkołę, stanie się „W piwnicznej izbie” i „ Jaś nie doczekał”. Zresztą, po co się przejmować, wystarczy po zmroku wyjść z domu. Zaraz cię zamordują i będzie z głowy. Policjanta nie uświadczysz, bo skąd? Tylko samobójca może latać nocami po ulicach, nadstawiać karku z gołymi rękami, bo jak użyje broni, będzie miał kłopoty nie do opisania.

– Ależ ja wcale nie mam zamiaru dać się zamordować. Będę żyła sto lat w zdrowiu, szczęściu, radości i dostatku – Teresa próbowała wprowadzić pogodniejszy nastrój. – Tobie też proponuję przyjąć powyższe założenia. Miałaś chyba ciężki dzień? – domyśliła się powodu kiepskiego humoru towarzyszki podróży.

– A bo to jeden? Zdaję sobie sprawę, że jestem rozdrażniona niemożnością jakiegokolwiek sensownego działania, patrzeniem na takich, co  biorą pieniądze jedynie za odciski na czterech literach.

– Za co?

– A za to, że robią sobie odciski na siedzeniu, bo ile godzin możesz siedzieć w jednym i na jednym miejscu? I jeszcze straszą i szantażują. Taki syn ci powie, oczywiście nie wprost ale owijając w bawełnę, że jeśli nie pójdziesz z nim do łóżka, to cię wyrzuci z pracy na zbity pysk.

– Zawsze jest tak, że w okresach przejściowych najwięcej do powiedzenia w każdej dziedzinie życia mają ludzie bez skrupułów. Tacy, których poziom moralny jest bardzo niski, a właściwie nie ma go wcale. Potem, w miarę normowania się sytuacji takie kanalie są eliminowane, same się eliminują. Tak jest w czasie rewolucji i przewrotów od początku świata.

– Masz  rację, oczywiście, ale na całym świecie okres przejściowy przechodzi, prawda? Przemija po prostu i zmienia się w okres stabilizacji i normalnego życia. A u nas trwa zawsze. Nie ma ciągłości, nie ma rozwoju. Jest tylko negacja wszystkiego co było i chęć niszczenia. Popatrz na historię, nigdy nie umieliśmy się uczyć na błędach i wciąż popełniamy te same. Już Mikołaj Rej powiedział o Polaku, że „i przed szkodą i po szkodzie głupi”

– To jest bardzo smutna prawda. Tak jak bardzo przykry jest dowcip, że diabły w piekle nie muszą pilnować kotła z Polakami, bo jeśli jeden choć trochę wyżej głowę podniesie, to „życzliwi” rodacy na powrót szybciutko wciągną go do smoły.

– Mędrcy łamali sobie głowy nad tym jak zmienić tę sytuację i co? I nic z tego.

– Wiesz co mi się wydaje? Że to wina postępującej degeneracji, postępującej przez wieki. W walkach wyznaczających naszą historię, ginęły zawsze najlepsze, najwartościowsze jednostki. Zostawali tchórze i krętacze. Oczywiście nie tylko, wiadomo. Ale kto walczył w powstaniach? Kto ginął? A hieny bogaciły się na tragedii rodaków i się rozmnażały przekazując swoje geny. Przypomnij sobie zabory, powstania, zsyłki, wynaradawianie. Kto był odważny, szlachetny najczęściej tracił jeśli nie życie to zdrowie, majątek, chęć i motywację do życia. O cholera! Widzisz go? – Teresa ledwo zdążyła zahamować przed pijanym indywiduum, które zatoczyło się z pobocza na jezdnię i jeszcze coś bełkotało.

– Widzę. I to bydlę ma takie same prawa jak ja, jego głos liczy się tak samo jak mój! A wiadomo, że zagłosuje na tego, co mu da na wódę, albo obieca, że da.

– Właśnie. Przejechałabym taką kreaturą a musiałabym odpowiadać jak za człowieka. Uff, jeszcze mi się wszystko trzęsie.

Wystawiła głowę przez szybę. Pijak stał oparty o drzewo i bełkotał coś chwiejąc się na wszystkie strony.

– Na drugi raz nie zahamuję, żebyś wiedział, ty…- ugryzła się w język i cicho mruknęła: – nie będę się poniżać rozmową z czymś takim.

Dopiero po długiej chwili położyła ręce na kierownicy i była w stanie jechać dalej. Kreatura ułożyła się w rowie na trawie i pewnie zasnęła.

– Wpadłyśmy w minorowy nastrój. A przecież powinnyśmy się cieszyć, bo jedziemy do dzieciaków, do oazy spokoju, szczęścia i dobroci.

– To prawdziwa oaza. Wiesz, Sergiusz wymyślił hodowlę psów, a ja, można powiedzieć, weszłam w to wyobrażenie. Wyobraziłam sobie życie tu, na wsi, oczywiście w domu z wszelkimi wygodami, bez umartwiania się. Ale płynące własnym rytmem, nie poganiane i nie wyznaczane przez nikogo. To jest właśnie to czego mi trzeba.

– Jeśli chodzi o Sergiusza…czy będę bardzo niedyskretna jeśli o niego spytam?

– A konkretnie?

– Co o nim myślisz?

– Wszystko co najlepsze. Zupełnie nie poradziłabym sobie bez niego. Bezwiednie dał mi tyle szczęścia, że powinno mi wystarczyć na resztę życia.

– Nie pleć. Być może życie dopiero się zaczyna, to znaczy twoja część szczęśliwego życia.

– Boję się takich myśli. Cieszę się tym co mam, każdą chwilą. Bez oczekiwań, bez względu na to jak się dalej losy potoczą. Jestem szczęśliwa z samego faktu jego istnienia, bo nie znać go i  nie kochać byłoby jeszcze gorzej.

– Cóż, Doniczko, przepadło, wygadałaś się – zaśmiała się uradowana Teresa. – Jakbym słyszała własne słowa, wypowiedziane kiedyś odnośnie Juranda, chyba je nawet gdzieś zapisałam. Wiesz co? Mam wrażenie, że dostojny brat Doroty żywi  podobne uczucia w stosunku do ciebie.

– Może tak, może nie. Nie wiem. Jak ma być, tak będzie. Nie chcę niczego przyspieszać, co ma się stać to się stanie we właściwym czasie. Wierzę w to. Swoich uczuć jestem pewna. Może pomyślisz, że w sumie znamy się zbyt krótko, żebym wygłaszała podobne teksty. Ale ja wiem, rozumiesz, wiem, że dojrzałam do tego uczucia i nic go nie zmieni. Nie mam się więc do czego spieszyć, bo ono jest i jest na zawsze. Strasznie bredzę?

– Nic podobnego. Już ci powiedziałam, że to samo czułam w stosunku do Juranda. Od pierwszego spotkania myślałam tylko o nim, nie mając zresztą nadziei na spotkanie go ponownie gdziekolwiek. No bo jakże liczyć na możliwość spotkania obcego człowieka w wielomilionowym mieście? Utopia. A jednak to było przeznaczenie.

– Wiesz Tereniu, Sergiusz jest bardzo podobny do twojego Juranda.

– Wiem. Przestudiowałam dokładnie kilka testów psychologicznych, wszystkie możliwe dane na jego temat i – możesz się śmiać ile chcesz –  w horoskopach.Potem skonfrontowałam te wszystkie wieści z rzeczywistością. Uważał, że dostałam fioła, bo ni stąd ni zowąd zadawałam mu różne idiotyczne z pozoru pytania, nie związane z tematem rozmowy. Przy okazji miałam świetną zabawę a mój mąż pukał się w czoło. 

   –  I do jakich wniosków doszłaś odnośnie Sergiusza?

– Że jest człowiekiem, który lubi żyć samotnie, to znaczy, nie znosi, aby przewijał mu się przez dom dziki tłum ludzi. Tak było do tej pory. A teraz widzę, że zaakceptował całą naszą osiedlową mafię i dobrze się wśród nas czuje. To znaczy, w każdej chwili może czmychnąć do siebie i ukryć się przed światem. Ale nie robi tego. – odpowiedziała Teresa.

– To dlatego, że lubi spokój i harmonię wokół. Dlatego, że jest wrażliwy i reaguje żywo na cudzą krzywdę – dopowiedziała Aldona.

– I jeszcze: nie znosi wtrącania się innych w swoje sprawy, ma na tym punkcie obsesję. Wciąż mu się zdaje, że ktoś będzie chciał sobie go podporządkować, jakby nic innego na świecie nie było do roboty.

– A on tego nie zniesie. Ani tłumaczenia się z tego co robi. Jeżeli jeszcze dodać, że nie przyjmuje dobrych rad, to stworzyłyśmy portret doskonały. Boję się czy nie ma czkawki. Tyle czasu o nim mówimy, że mógłby spaść z dachu przy zakładaniu tych swoich anten – uśmiechnęła się Aldona do obrazu, jaki pojawił się w jej wyobraźni.

– Czy wiesz za co też bardzo go cenię? Potrafił schować dyplom, rzucić pracę mając swoje ku temu powody i zacząć coś innego. To zajęcie jest, jak sądzę, przejściowe, ale to on sam musi dojść do odpowiedniego wniosku. A co się Dorota ciotce natłumaczyła! Ciotka wylała morze łez, że ukochany syn, którego wykształciła na inżyniera, pracuje jak zwykły robotnik.

– Dlaczego myślisz, że to przejściowe zajęcie?

– Bo jest stworzony do pracy głową, ręce powinny mu służyć jedynie pomocą a nie na odwrót. Natura obdarzyła go niewiarygodną inteligencją, do tego ma imponującą wiedzę. Cały czas studiuje literaturę fachową, żeby być na bieżąco i nie zostać w tyle.

– Kiedy ma na to czas?

– To tytan pracy. Gdyby ktoś kazał położyć mu się na leżaku i bezczynnie leżeć pilnując, żeby nie wstał, umarłby z pewnością. Drugim wyjściem poza „umarciem” byłoby zamordowanie dozorcy i znalezienie sobie zajęcia. Trzeciego wyjścia nie ma, nie istnieje.

– To zakrawa na pracoholizm.

– Panny już tak mają… No i zobacz, dojechałyśmy. Zaraz zostaniemy napadnięte przez dziką zgraję leśnych ludzi.

25.08.2017

  • kobietawbarwachjesieni Bardzo ciekawie piszesz. Planujesz wydać swoją twórczość, czy ma ona zostać tylko w blogu?
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:) Chciałabym, ale chyba poza zasięgiem. Wydałam tylko dawno temu „Wejście w światło”, „Mariannę” inny wydawca potraktował… nieładnie. Nie mam ani siły, ani zdrowia, żeby chodzić i szukać jak kiedyś, ani kasy, żeby wydać własnymi środkami. Z emerytury się nie da. A totka przestałam wysyłać:) Na razie blog jest lekarstwem na całe zło… Może się kiedyś odmieni. Teraz siedzę nad trzecią częścią, oczywiście w wolnych chwilach, przeglądając zapiski sprzed lat i wybuchając śmiechem na wspomnienie wyczynów i wypowiedzi dzieciaków. Jak dobrze zapisywać takie rzeczy:) Szkoda, że nie więcej.
  • mmzd Niecierpliwie czekam na więcej. !! czytam z ogromną przyjemnością – i opowiadanie, i bloga.
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza mmzd:) Dzięki 🙂 Ogromnie się cieszę, że młode (wówczas) mieszkanki Ursynowa spotykają się z sympatią a ich losy budzą zainteresowanie. Dziękuję za miłe słowa:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Nic dodać, nic ująć

Zadzwonił do mnie kuzyn. Najstarszy z psów jeszcze jest na tym świecie, mordka mu się dalej śmieje, choć łapki się plączą i kupki zostawia gdzie popadnie, ale co to ma za znaczenie, skoro się cieszy na widok opiekunów i jest szczęśliwy. Najmłodszy rośnie i rozrabia jak na zdrowego szczeniaka przystało. Poza tym kuzyn był wzruszony, że pamiętałam o kuzynostwa rocznicy ślubu oraz ogromnie zdegustowany sytuacją obecnie panującą w kraju. Za komuny siedział w więzieniu, miał etykietkę wroga ustroju przylepioną. A teraz patrzeć nie może na niektóre mordy zdradzieckie, o, przepraszam, twarze znane z przeszłości. To co się dzieje woła o pomstę do nieba, bo …pip…pip…pip… Tylko takim słowami można to określić. Na przykład tacy katolicy co z chrześcijaństwem niewiele mają wspólnego to u nas jakoś ostatnio się namnożyli. Pobić kogoś na ulicy bo się krzywo spojrzał. Albo, nie daj Boże, ośmielił się zwrócić uwagę. Albo kolor skóry się takiemu nie podoba, bo nagle za ciemny się zrobił choć od wielu lat taki sam w tym samym miejscu. Albo język słychać jakiś… na przykład niezrozumiały, bo taki katol nie rozumie żadnego poza swoim, ograniczonym do kilku zamienników wyrazów najczęściej używanych. Jak ktoś nie kibicuje jego drużynie – zabić. Ktoś stanie na drodze – zabić. Nożem, maczetą, czym się da. Ma taki fantazję. Potrafi z roweru zeskoczyć, żeby skopać staruszkę, bo szła i na niego nie patrzyła. Albo popatrzyła. Psa powiesić na traktorze albo żywcem zakopać. Dziecko małe tłuc aż ducha wyzionie, bo płacze z bólu i przerażenia więc niech japę zamknie i nie przeszkadza pornola oglądać albo dna opróżnionej flaszki. Pójść z policją się poszarpać dla rozrywki, pobić głupków bez broni więc niegroźnych. Teraz już wolno. Władza rozumie, pozwala, toleruje, pochwala, korzysta. Policja się skarży – to jest be, oni biją – to są w porzo. Jakaś tam miłość, miłosierdzie… a spier…z takim badziewiem. To my, k…a, pany. Z drogi, ch…u, idziemy na mszę.
Nic dodać, nic ująć.

24.08.2017

  • irsila Psa dochowaliśmy aż do zgonu,
    choć guza psina miała, pewnie z pięć kilo od tego przybyła ale żyć chciała.
    Nie wyła, nie cierpiała, wet nie bardzo chciał uśpić.
    Co do tych katoli, to bym nie uogólniała.
    Chodzę do kościoła i widzę, że tam ludzi bardzo mało.
    To, że ktoś był ochrzczony to jeszcze nic nie znaczy.
  • annazadroza Tylko dobry człowiek umie kochać psiątko aż do końca, być przy nim. Szacun – jak to młodzi teraz mówią.
    W żadnym wypadku nie miałam na myśli osób prawdziwie wierzących. Już po wpisie przeczytałam wywiad z abp Nossolem, który jakby w tym samym temacie się wypowiedział, że to”nowe pogańskie tradycje. To nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem”.
  • kolewoczy No właśnie ten wyświechtany używany w mediach i powszechnie „katol” to stereotyp, tylko że oznacza chuligana raczej, dlaczego więc katol? Równie dobrze można powiedzieć „kibol”, „dresiarz” – to też stereotypy. Nienawidzę stereotypów i posługiwania się nimi w ocenianiu ludzi.
  • krzysztof213 Tacy są właśnie ludzie nieraz.
    A PSY NIERAZ LEPSZE NIŻ LUDZIE
  • krzysztof213 I też dziś dziękuje za komentarz i to jakieś czary bo kiedy ja ciebie skomentowałem Ty chwilę potem mnie skomentowałaś dziś
    Może ps masz FB lub pocztę
    Jak coś napis u mnie jak chcesz ?
  • annazadroza kolewoczy:) „Katol” właśnie tyle ma wspólnego z wiarą katolicką i chrześcijaństwem co „kibol” ze sportem i czystą, sportową walką.
  • annazadroza krzysztof213:) Po prostu zerknęłam na nowe wpisy i zobaczyłam Twój, więc poczytałam. Żadnych kont nie mam, blog zajmuje mi dużo czasu, zanim zajrzę do znajomych i poczytam, robi się późno, a nie można całego dnia spędzić przy Lapciu, są jeszcze obowiązki i zobowiązania:)
    A psy zdecydowanie są lepsze niż ludzie, kochają bezinteresownie i pomimo wszystko.
  • krzysztof213 Też coraz mniej wierzę w ten katolicyzm ale w Jezusa jeszcze wierzę chociaż coraz mniej w ludzi nawet tam w tej wierzę .
    No tak kto ma inne obowiązki to ma też muszę sam powalczyć a z psami mam kontakt znaczy się lubię .
    Chociaż jak napisałem dużo smutnych psów w schronisku i nie tylko jak nieraz ludzi .
    Więc pozdrawiam z nad morza gdzie stornuje choć ładna pogoda .
  • annazadroza krzysztof213:) Od wiary należy oddzielić stronę zewnętrzną – to moje odczucie oczywiście – bo ma się ją w sercu bez względu na to, co mówią inni.
    Psiakom w schronisku można pomagać na zasadzie wolontariatu, wyprowadzić, albo pobyć z nimi, okazać trochę serca. Dziękuję za pozdrowienia i też pozdrawiam:)
  • krzysztof213 Z chęcią bym ciebie poznał
    A pomagał bym ale tu nie ma schroniska i sam nie tak super
  • annazadroza krzysztof213:) A może kota mógłbyś przygarnąć? Nie wymaga wychodzenia na spacery a pomaga swoim mruczeniem na wszystkie smutki świata. Kiedy tulisz kota to mimowolnie gęba się uśmiecha i świat od razu wydaje się lepszy.
    Miło mi bardzo:) Nie myślałam, że w sieci może być tak serdecznie i po „domowemu”, że się ludzi poznaje i lubi mimo, że na odległość. Tym bardziej miło, że jesteś chyba w wieku moich chłopców. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. I pomyśl o kocie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jasność nam potrzebna

Niepotrzebnie oglądałam wieczorem tv. Powinnam odpuścić sobie wszelkie polityczne rozmowy i udać się na emigrację wewnętrzną, żeby przeżyć. Ale nie potrafię. Tak bardzo mnie porusza rzeczywistość, niestety coraz gorsza, że nie mogę się odciąć. Na samego czorta poszłabym głosować, gdyby to uratowało mój kraj przed zalewającą nas falą barbarzyństwa, okrucieństwa, jakiejś wszechogarniającej choroby psychicznej wywołującej szaleństwo nienawiści. Mimo woli daję się w to zło wciągnąć mentalnie i … ciemna d…pa. Spać nie można, rozsądnie myśleć nie można a trzeba. Nic nie jest wieczne, świat podlega bezustannym przemianom, nic w miejscu nie stoi. ” U fortuny to snadnie, że kto stoi, upadnie…”- cytat z głowy, nie pamiętam czy to mistrz Kochanowski, czy Rej, staropolszczyzna się kłania w każdym razie.
Dobrą myśl też wczoraj usłyszałam i wniosek wysnułam, że jak się ludziom w oczy patrzy w trakcie rozmowy, czy w ogóle kontaktu, to można w tych oczach światełko zobaczyć. A jak ktoś oczami ucieka na boki – to uważać na niego należy. Niby prawda znana, lecz zapominamy o tym często. Podobno kamera wychwytuje wszelki fałsz, a widz widzi 🙂 czy oczy wprost w kamerę jak do przyjaciela są skierowane, czy nie. Światełka w oczach przydałoby się więcej i więcej, żeby ciemnotę rozjaśnić. Zło przed światłem ucieka, w mroku się kryje. Jasność nam potrzebna w każdej ilości.

23.08.2017

  • babciabezmohera To prawda! Ja pocieszam się tym, że nic nie jest wieczne i koniec tych rządów też kiedyś nastąpi. A drugie pocieszenie, że coś zaczyna iskrzyć u góry, więc może będzie szybciej niż się spodziewamy?…
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Nadzieję zawsze trzeba mieć. Najlepiej chyba było by nie oglądać wiadomości, ale z drugiej strony należy być na bieżąco z wydarzeniami, nie żyjemy w izolacji, a w społeczeństwie i zamykanie oczu na otaczający nas świat nic nie da.
  • annazadroza babciabezmohera:) Chciałabym, żeby szybciej, ale się boję, że jak już się dorwali do trzymania sterów to za skarby świata nie będą chcieli ich oddać i zrobią absolutnie każde najgorsze świństwo, żeby ze sterówki nie wyjść. O własnych siłach i po dobroci nie wyjdą.
  • annazadroza L.C.:) Mówią, że nadzieja to matka głupich… Ale jak bez niej żyć? Nie żyjemy w izolacji. Na razie , bo jak czytałam dziś rano, niedługo to już tylko „o pogodzie i padalcach” będziemy rozmawiać, każde inne słowo może być odebrane jako złe i podejrzane politycznie. Takie 50-te lata jakie z filmów, książek i opowiadań znam…
  • krzysztof213 Bo polityka i media do wielki matrix i wręcz .G.Orwell .
    Pozdrawiam .
  • annazadroza krzysztof213:) Niestety, obawiam się, że masz 100% racji.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 22

Sergiusz dwoił się i troił. Przyjmował zamówienia, planował rozszerzenie  działalności i zwiększenie zakresu świadczonych usług, wykosztował się na reklamę w TV, tryskał energią i miał mnóstwo pomysłów na przyszłość. Wspólnik – owszem, potakiwał, ale entuzjazmem nie pałał, za to znikał czasem bez zapowiedzi.

W rzadkich wolnych chwilach wpadał Sergiusz do Aldony. Przygotował warsztat pracy – to znaczy przykręcił do betonowych ścian poziome listwy, do których należało teraz przybić pionowo listewki boazeryjne, czekające pod ścianą odpowiednio wymierzone i przycięte. Kto mógł przychodził i przybijał ile zdołał. Tak więc pomału ale bezustannie przedpokój zmieniał wygląd dzięki  Jurandowi, Michałowi, Marcinowi i Bronkowi. Nawet Ziutek, choć małomówny i cichutki, przysłany przez Stenię, oferował swą pomoc.

Sergiusz był tak zmordowany, że Aldona często miała chęć wyrwać mu młotek z ręki. Jeśli tego nie robiła, to tylko dlatego, że nie chciała go urazić. Znalazła na niego inny sposób. Czekała aż przybił kilka listewek i na przykład prosiła:

– Sergiuszku, czy mógłbyś pokroić cebulę do sałatki? Tak bardzo oczy mnie pieką, że nie mogę.

Przychodził natychmiast a skoro usiedli przy stole, już nie wracał do przedpokoju. Jedli kolację. Sergiusz miał sto pomysłów na godzinę w kwestii jak powinien wyglądać jego dom w Cięciwie, co chwila zmieniał koncepcję, meblował w wyobraźni wymyślone pomieszczenia pytając o zdanie Aldonę i biorąc pod uwagę jej sugestie. Któregoś wieczoru wpadł na pomysł założenia hodowli psów i szkolenia ich do celów służbowych. Mógłby wtedy spokojnie mieszkać na wsi jeżdżąc do miasta jedynie w razie potrzeby.

– Właściwie, dlaczego nie? – Jurand z Michałem poważnie podeszli do sprawy. – Mamy znajomych w Sułkowicach. Tylko, chłopie, my mamy znajomych teraz, a sam wiesz, jak teraz jest. Za chwilę może ich nie być. Jak postawisz dom i resztę, pogadamy. Bo gdzie byś te psy aktualnie trzymał? Na sośnie?

Wreszcie któregoś dnia wieczorem uroczyście przybito w przedpokoju ostatnią listewkę.

– To ci nie ujdzie na sucho – orzekła Danusia.

– Właśnie, jak nie oblejesz to ci się drewno rozeschnie – dodał Marcin.

– Dobrze, skoro tak uważacie, zapraszam was na sobotę. Jest okazja i możemy się pobawić – zgodziła się Aldona . – Pierwszy raz zrobię normalną imprezę u siebie – dodała po chwili. –  Jestem wzruszona, naprawdę. U babci nie było jak, bo w domu tylko jeden pokój, u teściowej podobne bezeceństwa w ogóle nie wchodziły w rachubę, w wynajętym mieszkaniu też było tylko jedno pomieszczenie. Chyba się rozpłaczę z tego wzruszenia.

– Nie płacz, bo będziesz miała czerwone oczy – zauważyła Danusia.

– Czerwone mogą być, byle nie „duże oczy” jak u Doroty.

– Dlaczego? – zdziwiła się Danusia. – Przecież Dorota ma wyjątkowo piękne oczy.

– Nie wiesz jak to było z „dużymi oczami”?

– Nie wiem.

– Dziwne, żeś nie słyszała, to była bardzo śmieszna historia. Dorota, Teresa, Magda i ja siedziałyśmy w kuchni i ustalałyśmy kto pojedzie z dziećmi na basen, coś tam jeszcze przy okazji też było do omówienia, jak zwykle. Dorota tego dnia była nastawiona na „nie”. Nic jej się nie podobało, z niczym się nie zgadzała, na każdy temat miała odmienne zdanie. Wreszcie Magda stwierdziła, że wszystko dlatego, że ma „duże oczy”. Podchwyciłyśmy jak jeden mąż i przez resztę wieczoru na każde „nie” Doroty odpowiadałyśmy: nie znasz się, bo masz takie duże oczy, albo: nie marudź, bo masz takie duże oczy; po co ci takie duże oczy; nie patrz,  bo masz takie duże oczy i tak dalej. O dziwo, nie wpadła w furię. Ale gdy poszłam do niej na drugi dzień po książkę otworzyła mi prawie po omacku z potwornie zapuchniętymi oczami. Stwierdziła, że to my, czarownice, rzuciłyśmy na nią urok. Do tej pory twierdzi, że zrobiłyśmy to specjalnie i trzeba nas spalić na stosie albo przynajmniej przypiec boczki.

– Niesamowita historia, rzeczywiście, normalnym ludziom nic podobnego by się nie przytrafiło, tylko wam może się coś takiego zdarzyć – śmiała się Danusia. – A wracając do tematu, nie szykuj za dużo jedzenia. To my się do ciebie wprosiliśmy, więc nie szalej. Każdy coś przyniesie i będzie składkowy bal, jak za młodych lat

Pani domu w piątek zrobiła większość zakupów. Na sobotę zostawiła pieczywo no i oczywiście wszystko to, o czym się zawsze zapomina. Żeby tego jak najmniej było, położyła na lodówce kartkę, długopis i zapisywała każdą rzecz, która mogłaby być przydatna. Sporządziła menu, policzyła ilość zaproszonych osób, wprawiła w ruch szare komórki i stwierdziła, iż organizowanie przyjęć wcale nie jest takie trudne. Zrobiła wszystko sama. Sergiusz pogrążony w pracy po uszy, miał dołączyć dopiero wieczorem.

Tak więc mając jedynie Bibi za kibica i pomocnicę, zakasała rękawy i wzięła się do roboty, nie pozwalając się wyręczyć żadnej z sąsiadek.

– Kota na was napuszczę jak mi będziecie przeszkadzały – straszyła z uśmiechem, radosna i lekka jak ptaszek.

Zrobiła kilka różnych sałatek. Jedną tradycyjną jarzynową. Drugą – z kolorowej papryki duszonej z cebulą, ugotowanej soi, konserwowej kukurydzy, koperku i majonezu. Trzecią z kukurydzy, jajek na twardo, żółtego sera, tuńczyka i majonezu, czwartą z groszku, jabłek i jajek  z majonezem, piątą…

– Dziewczyno, czy tobie coś padło na mózg? Ileś ty tego narobiła? Po co? Mówiłam, żebyś się nie przemęczała – biadoliła Danusia.

– A po to, żebyś się pytała  – cieszyła się Aldona. – Najważniejsze, że wszystkim smakuje. Bo chyba smakuje, co?

– A masz wątpliwości?

– Oczywiście, że mam. Specjalistką od ryby po grecku ty jesteś, więc moje dzieło twojemu nie dorównuje.

– Pleciesz, pycha przecież ci wyszła. Powiedz co jest w tej zielonej sałatce.

– Nic wielkiego: biała kapusta, sałata, ogórki i sos majonezowy. A w tamtej: ogórki, pomidory i cebula, albo w occie albo w majonezie, do wyboru.

–  Zdecydowanie królem wieczoru należy wybrać majonez – stwierdził Marcin.

– Ona jest psychicznie chora – powiedziała Dorota opychając się wszystkimi sałatkami po kolei. – Albo chciała się popisać… Ciekawe przed kim…

– Wiesz, przy takich pysznościach wcale nie mam ochoty na wędlinę – chwalił Marcin.

– Tobie teraz smakuje byle co. Nie ma Magdy i jesteś zdany na własną inwencję – wyjrzała Dorota zza pleców Marcina i szybko, w myśl zasady „przezorny zawsze ubezpieczony”, schowała się za drzwi.

– Drugi raz mi się naraziłaś, ty Babo Jędzo. To znaczy, że wszystko co zrobiłam jest niezjadliwe? – Aldona raźno ruszyła w stronę przyjaciółki.

– Może ci się przyda? – Marcin usłużnie podał salaterkę z jajkami na twardo i zielonym groszkiem w majonezie. – Wyobraź sobie jak ładnie wyglądałby groszek na głowie Dorci i kremowe strumienie majonezu spływające na ciemnozieloną sukienkę.

– No coś ty, szkoda jajek – zabrał mu z rąk salaterkę Bronek.

– Ojej, osa – osłaniała się przed owadem Danusia.

– Nie machaj rękami – poradził Bronek. – Poczekaj, niech wyląduje na krześle a potem ją szybko przysiądź…

Sergiusz wcale nie przyszedł ostatni choć tak uprzedzał. Wpadł z męczeńskim wyrazem twarzy.

– Ratunku, dajcie mi pić, bo czuję się jakbym miał w żołądku włączoną suszarkę!

– Faktycznie, upał nie do wytrzymania – odezwała się Stenia.

– Wicherek zapowiedział taką pogodę, jego wina, powinni go za to wyrzucić z telewizji. Jak jest susza to powinien zapowiadać deszcz – kategorycznie stwierdził Bronek opróżniając szklankę ze swego „małego co nieco”.

Michał pstrykał zdjęcia. Bronek poszedł po swój aparat twierdząc, że zrobi lepsze. Aldona zastanawiała się dlaczego jeszcze nie ma Zacharskich.

Goście bawili się w najlepsze. Muzyka z lat sześćdziesiątych przeżywająca obecnie renesans, przypominała jednym lata wczesnej młodości, innym dzieciństwa, bowiem różnica wieku między Danusią i  Bronkiem a resztą sąsiadów była spora, ale nie miała żadnego znaczenia. Tańce, żarty, pozowanie do zdjęć, znów tańce i śmiechy pozwalały zapomnieć o codziennych kłopotach, oderwać się od rzeczywistości. W pewnym momencie Dorota wyłączyła magnetofon a włączyła stary adapter, który niepostrzeżenie wniosła wraz z płytą. Owinięta kolorowym szalem odtańczyła fragment przepięknego walca Straussa, po czym, kłaniając się oklaskującej ją publiczności, wepchnęła Aldonę prosto w objęcia swego brata.

– A teraz biały walc. Zaczynajcie – powiedziała. – W końcu to Doniczki mieszkanie a Sergiusz wniósł największy wkład w jego urządzenie, najbardziej się napracował. Cóż za brak ogłady – utyskiwała. – Przecież to wy powinniście rozpocząć bal. Że też ja zawsze i wszystkiego muszę uczyć tego mojego brata. Co za wstyd!

Rozbawiony Bronuś próbował tańczyć z Dorotą, ale kazała mu siedzieć bez ruchu i się nie odzywać. Przez chwilę przyglądała się tańczącej parze, po czym sprytnie wyciągnęła całe towarzystwo do ogródka. Został tylko Michał i zrobił kilka zdjęć.

Tańcząca para nawet nie zauważyła zniknięcia pozostałych uczestników imprezy. Wpatrzeni w siebie poruszali się lekko, jakby oboje byli wprawiani w ruch przez energię o tej samej częstotliwości. Szeroka, falująca czarna spódnica Aldony oplatała w tańcu nogi partnera sprawiając wrażenie, że oboje są jedną całością.  Niestety, nie mogli na długo ulecieć w krainę intymności ponieważ natarczywy dzwonek domofonu wnet sprowadził ich na ziemski padół.

– Teresa! Jurand! No nareszcie! A gdzież was diabli nosili tak długo? – rzuciła się gospodyni w stronę przyjaciół. – O, przepraszam.

Za Teresą stała jeszcze jedna osoba płci żeńskiej, wypychana do przodu przez Juranda.

– Przedstawiam wam Karolinę, cioteczną siostrę mojego męża – przedstawiła Teresa wysoką blondynkę. – A to są nasi przyjaciele – zatoczyła ręką krąg

– Karolino, czy twój brat zawsze cię tak traktuje? – bezceremonialnie spytała Dorota.

– Ona się krępuje, nie chciała z nami przyjść, prawie siłą wyciągnęliśmy ją z domu – odpowiedziała Teresa.
– Wysłała telegram, żeby uprzedzić o przyjeździe ale nie doszedł – dodał Jurand.

– Karolino! – ryknęła Dorota. – Czy ty znasz jakiś ludzki język? A może oni zabronili ci się odzywać?

– Właśnie, dlaczego oni za ciebie mówią? Bardzo dobrze, że przyszłaś, akurat było nie do pary, bo żona Marcina jest z dziećmi na wsi – Aldona wprowadziła gościa do pokoju.

– Słusznie, a oni – Stenia wskazała spóźnialskich ruchem głowy, – oni niech sobie tutaj siedzą, skoro nie potrafią być punktualni. Czy oni się na to zgadzają?

Karolina roześmiała się na takie powitanie i przywitała się ze wszystkimi. Była wysoka, wyższa od pozostałych kobiet, bardzo proporcjonalna i zgrabna. Miała piękne włosy, a właściwie całą masę lekko falujących włosów koloru dojrzałego żyta, sięgających połowy pleców.

– Naprawdę zrobiło mi się głupio – tłumaczyła Aldonie, – kiedy okazało się, że nie doszedł do nich żaden telegram a na domiar złego właśnie mają w planie wyjście. Chciałam zostać sama i przespać się trochę ale mi nie pozwolili.

– No jeszcze by tego brakowało! My będziemy tańczyć do białego rana a ty miałabyś się zawyć na śmierć w towarzystwie pustych ścian, jeszcze czego – z poważną miną powiedziała Teresa.

– No, jeszcze zwierzaki w domu zostały – nieśmiało zauważyła Stenia. – O dzieciach nie wspomnę.

– Dzieci są u taty – wyjaśniła Teresa. – Zwierzaki pilnują domu.

– Rano musiałam być w Centrum Zdrowia Dziecka – tłumaczyła Karolina. – W poniedziałek też muszę pojechać do Międzylesia, tak wypadło. Musiałabym dwa razy przyjeżdżać, co naprawdę nie ma sensu mimo, że z Krakowa do Warszawy jest doskonałe połączenie

– O, nieraz szybciej pokonasz pociągiem tę trasę niż przejedziesz z jednego końca Warszawy na drugi – wtrącił Marcin.

– A jakie bilety są drogie – westchnęła Stenia.

– To prawda, wielu ludzi nie stać już na podróżowanie. Staruszkowie na próżno będą oczekiwać wizyt dzieci i umierać w samotności a mogiły obrastać chwastami, bo bliskich nie stać na przyjazd albo wyemigrowali za chlebem. Jakie to straszne… – wzdrygnęła się Teresa.

– Przestań, co ty się na horrory przerzuciłaś? Straszydła teraz będziesz pisać? Nie licz na mnie, nie przeczytam ani jednego – huknęła Dorota. – A po co jedziesz do Międzylesia? Dzieckiem już chyba nie jesteś – zwróciła się do Karoliny i zaraz dodała: – jak nie chcesz to nie odpowiadaj, bo ta jędza horrorowa, żona twojego brata, znowu mi powie, że jestem wścibska i zawsze muszę wszystko wiedzieć.

– To żadna tajemnica – Karolina uśmiechnęła się pokazując białe,  równiutkie zęby. – Jestem pediatrą i robię drugą specjalizację. Mój profesor umówił mnie na konsultacje w Centrum. Tak wyszło nieporęcznie, że i w piątek i w poniedziałek.

– No i bardzo dobrze – skwitował Jurand. – W żadnym innym wypadku nie wybrałabyś się do nas przed emeryturą.

– To prawda, nie mam wcale czasu. Uczę się, biorę dodatkowe dyżury, chciałabym otworzyć prywatną praktykę. Buduję dom pod Krakowem, bliźniak na spółkę z moim osobistym, rodzonym bratem. Jurandzie, wiesz gdzie? Na Woli Filipowskiej, od mojej działki do twojej wcale nie jest daleko. Polami można spokojnie przejść piechotą, sprawdziłam. Jako staruszkowie będziemy mogli się odwiedzać w  niedzielne popołudnia.

– Co ty mi tu będziesz mówiła o starości – ofuknęła ją Teresa. – Moje dzieci powiedziały, że ja zawsze będę młoda. Uwierzyłam im na słowo, więc przestań krakać. Myślisz, że jak jesteś o całe cztery lata młodsza to ci wszystko wolno?

Bawiono się radośnie i wesoło. Przez szeroko otwarte drzwi balkonowe wchodziła letnia noc przesycona upojnym zapachem maciejki, smagliczki i wilgotnej trawy obficie skropionej wieczorną rosą.

Karolina ucieszyła się na wieść, że za kilka dni Aldona, Sergiusz i dziewczynki przyjadą do domku pod lasem. Musieli przyrzec zatrudnienie jej w charakterze cicerone.

– Aha, przecież zapomniałam powiedzieć o najważniejszym. Mój brat się żeni. Mam zaproszenie dla Juranda z całą rodziną. Ponieważ ślub i wesele wypadają akurat podczas waszego pobytu w Tenczynku, będzie cudownie jeśli ty i Sergiusz też przyjedziecie.

– Dziewczyno, przecież to twój brat się żeni a nie ty wychodzisz za mąż. Nie możesz mu ściągać na głowę obcych ludzi – sprzeciwiła się Aldona.

– Jak was pozna to już nie będziecie obcy. A ciebie dobrze znam z listów i opowiadań Teresy. Będziecie i koniec, sama po was przyjadę – stanowczo powiedziała Karolina.

– Zobaczymy. A tymczasem jedz, bo na pewno jesteś głodna. Częstuj się, proszę bardzo.

17.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Karolina…czekam,co dalej.
  • annazadroza L.C. :):) Karolina to piękne imię:) Po prababci, niezwykłej kobiecie, która w czasie I wojny potrafiła pojechać do Przemyśla z Tenczynka i przywieźć swego rannego męża. Wtedy! Kobieta!
  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Szacun dla Takiej Kobiety
  • annazadroza Rick:) Polskie kobiety mają siłę niezwykłą.
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Piękna nasza Polska cała

Wakacje nieubłaganie zmierzają ku końcowi. Zawsze było mi smutno z tego powodu, bo powrót do kieratu okazywał się dla mnie niezmiennie trudny. Byk z roku Konia za wolnością tęskni bezustannie, brykałby po zielonych łąkach bez żadnego wędzidła, oj brykałby… Niestety, do rzeczywistości jest przywoływany zawsze, nawet gdy zapracował sobie na nieustające już wakacje. Tak ktoś mógłby pomyśleć, ale… nie ma wakacji od myślenia. A tematów do tego myślenia tyle, że… szkoda mówić. I żeby jeszcze to myślenie na konkretne działanie dało się przełożyć. I jeszcze żeby rezultaty były namacalne i widoczne. I jeszcze to zrobić. I jeszcze tamto zobaczyć… Oj, chciałoby się, chciało… Póki co, poszłam z Szilką na spacer. Udało się dopóki słoneczko nam towarzyszyło. Z daleka zobaczyłam nadciągające ciemne chmury, więc skierowałyśmy się w stronę domu w celu ukrycia się przed ewentualnymi opadami i nie zmoknąć tak, jak to nam się przytrafiło wczoraj. Wybraliśmy się z Mężem pozałatwiać pewne sprawy w okolicy, a ponieważ ładnie i ciepło było, poszliśmy piechotą zabierając sunię na dodatkowy spacer, żeby miała więcej atrakcji. Atrakcją okazała się ulewa, która nas zmoczyła ale nie zniechęciła:) Pozałatwialiśmy co trzeba i dotarliśmy do domu, kiedy przestało padać. Potem znów zaczęło. Dziś zanosi się na powtórkę z rozrywki.
No więc wróciłyśmy, kawkę wypiłam, Szilka dostała swój poranny przysmak i drzemie, reszta domowników śpi. Chyba, bo ich nie słychać.Włączyłam Lapcia na chwilę. A zanim się wezmę za domowe obowiązki – życzę wszystkim miłego dnia i pogody, jeśli nie na zewnątrz, to chociaż pogody ducha.
Z Karpacza Mały przysłał piękne zdjęcie. Dobrze im wszystkim, psom również, odpoczywają i podziwiają. Przecież taka „piękna nasza Polska cała”.

22.08.2017

  • kolewoczy Oczywiście, że piękna 🙂 A ludzie z natury pracowici zawsze sobie kierat znajdą, nawet w wakacje 😉
  • annazadroza kolewoczy:) Oj znajdą, znajdą, coś o tym wiesz, prawda? A jakby go zabrakło to tęsknić będą. Za tym kieratem. Może nie za całym ale za częścią na pewno:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz