„Wszystkie randki Stelli Grey

czyli jak poznać go w sieci i pokochać w realu”. Zaczęłam czytać ponieważ Mały mi przyniósł jako, że to on mi znosi nowe książki do czytania. Jak zaczęłam – musiałam skończyć. Musiałam z obowiązku, z przyzwoitości, że jak się coś zaczęło – skończyć należy. Ale też z ciekawością i zadziwieniem czytałam tę historię, bo nie jest to powieść, oraz z mieszanymi uczuciami. Chwilami się męczyłam, nie powiem, że nie, ale dobrnęłam do szczęśliwego końca i odetchnęłam. Rzecz jest o tym jak Stella – po 50-tce kobieta, zostawiona przez męża, który zamienił ją na młodszy model – odreagowuje tę traumę dzięki lodom, wódce, komediom romantycznym, po czym zaczyna wracać do życia. Postanawia znaleźć nowego partnera na portalu randkowym w internecie. I właśnie o tym czytamy. W trakcie stwierdziłam, że gdybym miała po lekturze szukać partnera, chyba bym odpuściła nabrawszy niechęci do całego rodzaju męskiego. Jakoś na szczęście los mi oszczędził spotykania na swej drodze tak negatywnie różnorodnych typów, bo okazywali się to być „nudziarze, dziwadła, wariaci albo maniacy seksualni”. Oczywiście nie tylko, ale taka ilość zniechęcić może na amen. Pod kątem nie tylko wyglądu (wiadomo, przystojniak nie musi szukać partnerki w sieci), ale przede wszystkim stosunku do kobiet. I jakoś mi te męskie
szowinizmy z naszą prawicą za bardzo się kojarzą, np. z poglądami niektórymi kandydata na dublera sędziego TK w miejsce poprzedniego dublera sędziego TK, który był uprzejmy udać się w zaświaty. Kończy się historia pozytywnie w momencie, kiedy Stella decyduje się zakończyć poszukiwania, zniechęcona, zdegustowana i po prostu ma dość. Trafia na Edwarda, który nie dość, że akceptuje ją całą, z jej inteligencją, wiedzą, poglądami, oraz nadwagą to jeszcze – co najważniejsze – sam zostaje zaakceptowany w ten sam sposób.
Książka powstała z felietonów pisanych przez Stellę (pseudonim) w oparciu o materiały zebrane w ciągu 693 dni, od pierwszego
zarejestrowania się na portalu do pierwszej randki z Edwardem. Jeśli któraś z kobiet w ten sposób poszukuje partnera to „Wszystkie randki” mogą służyć jako dobry poradnik i przewodnik randkowania w sieci „na podstawie zdobytych w pocie czoła doświadczeń” autorki, która jest dziennikarką i felietonistką.

21.08.2017

  • krzysztof213 No tak to jest z Randkami i związkami .Chociaż nie wiem co to randka .
    Co się stało ze ludzie poznają się w necie a nie na żywo
  • kolewoczy Znam małżeństwo – całkiem szczęśliwe – które poznało się na jakimś portalu randkowym. Oboje mieli problemy ze znalezieniem kogoś w realnym świecie i znaleźli się przez Internet. Inaczej by się nie spotkali, gdyż pochodzą z przeciwległych krańców Polski.
  • annazadroza krzysztof213 🙂 Tempo życia, praca w różnych godzinach pewnie mają wpływ na to, że ludzie nie mają czasu spotykać się z innymi, albo robią to w ograniczonym zakresie. Nieraz w najbliższym otoczeniu trudno znaleźć kogoś, kto odpowiada, kto się nadaje na partnera. Ach, skomplikowane te relacje międzyludzkie…
  • annazadroza kolewoczy:) Sporo jest „internetowych” małżeństw, czyta się nieraz ich wypowiedzi. Prawdą jest, że trudno byłoby się spotkać ludziom z różnych stron kraju a internet daje takie możliwości. Tylko – poza osobami naprawdę szukającymi partnera na stałe – są takie, które szukają samych przygód, nawet mając żony, mężów, dzieci udają kogoś innego. Dotyczy obu płci. Są i kobiety takimi poszukiwaczkami przygód, to nie domena mężczyzn tylko. Kiedyś były swatki, teraz internet 🙂
  • babciabezmohera Inne czasy, inne obyczaje.Sam internet nie wystarczy, ale na początek może być całkiem niezły!;)
  • annazadroza Babciabezmohera:) Pomocny z pewnością. Bohaterka i autorka jednocześnie tak dokładnie przerobiła temat, ze osoby zainteresowane mogą wiele się nauczyć od niej. I uniknąć wielu błędów.
  • krzysztof213 Może już nie chcą.
    A tak bywałem na takich randkach i tak see i bywałem na stronach randkowych
    Może jest a może nie ma miłości ?
  • annazadroza krzysztof213:) Jak mogłoby nie być miłości? To największa siła napędowa istnienia. Są różne jej formy, jest niejednorodna, ilu ludzi, tyle jej odmian:) I jeszcze – każdy ją nosi w sobie, tak przynajmniej uważam. Nie ma jej na zewnątrz, jest w nas.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Żeby w Karpaczu nie padało

Rozpadało się. Z jednej strony szkoda, bo na sobotę miałam ambitne plany prac w ogródku, ale z drugiej strony – korzyść niemała. Podlewać nie trzeba i za wodę płacić, to jakby prezent od losu. Pada sobie równo, spokojnie więc woda wsiąka w ziemię i odżywia ją dogłębnie i roślinki również. Koloru od razu kwiatki nabrały, główki podniosły, wyprostowały się i wypiękniały. Wyskoczyłam z Szilką między jednym deszczem a drugim i mam nadzieję, że wieczorem też się uda.
W związku z koniecznością powstrzymania się od prac ogródkowych, zrobiłam kluski leniwe oraz naleśniki. Żurek ugotowałam i upiekłam
rożki z francuskiego ciasta. To jest idealna słodycz natychmiastowa oraz awaryjna w razie potrzeby. Rozwija się ciasto, kroi na kwadraty,
kładzie się na środek trochę marmolady (dżem się nie nadaje, wypływa) albo kawałek jabłka czy śliwki, zawija i układa na blasze. Potem tylko do piekarnika w temperaturze 180 – 200 stopni, najlepiej do nagrzanego już, na ok. 20 minut (albo do złotego koloru) i gotowe. Żeby było elegancko można lukier utrzeć i polać albo cukrem pudrem posypać. Zrobiłam też w ramach testowania kotlety vege. Nawet Mąż je jako przegryzkę, choć entuzjazmem nie pała do vege wymysłów. Bazą uczyniłam chleb i płatki owsiane. Jedno i drugie – tyle, że osobno – namoczyłam w bulionie grzybowym, żeby całkiem zmiękły. Dodałam duuużo surowej cebulki pokrojonej drobno, żeby chrupała, trochę otrąb owsianych, słonecznik, siemię lniane, jajko, zagęściłam bułką tartą i usmażyłam. Aha, o przyprawach zapomniałam, bo sporo trzeba, głównie pieprz, paprykę, czosnek. No i dobre wyszło żarełko. Mąż stwierdził, że do zimnego piwa akuratne.
W weekendy Lapcio miał odpoczywać. Jednak nie wytrzymałam i zaproponowałam mu chwilę współpracy:) Nie wyraził sprzeciwu, pewnie
zrozumiał, że chcę zajrzeć co się w Karpaczu dzieje, bo Mały z dziewczynami i psami właśnie tam dotarli. Oby im nie padało, trochę ładnej pogody im się należy.

19.08.2017

  • kobietawbarwachjesieni Spróbuję wykorzystać Twój przepis na żarełko.
  • annazadroza Wymyślam takie żarełka szczególnie dla Małego, bo vege musi być całkowicie, ostatnio powiedział, że mleka też nie chce. Jednak na mój sernik się skusi…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Już 150 wpisów:):):) Tylko… ile razy można się logować?!

Kto by pomyślał, że tak szybko to nastąpi. Bardzo mi tu dobrze:)

Jednakowoż czasami dostaję białej gorączki. Ile razy można się logować podczas pisania jednego tekstu?! To jest okrutnie denerwujące! Od początku trzeba tekst poprawiać bo się rozjeżdża. Klikam „publikuj” i znowu wyskakujezaloguj się”. Loguję, znów rozjechane i poprawiam. I znowu „zaloguj” i tak w kółko. Już nawet nie klikam „zobacz wpis”, bo znów by poprawiać trzeba. Dopiero po publikacji szukam literówek czy innych pomyłek i poprawiam po „edytuj wpis”.  A czasu ile przez to tracę! Szkoda gadać, ręce opadają. Po czymś takim mózg odmawia współpracy a instynkty mordercze się rodzą, nawet  ze złości o mało osy nie utłukłam, a przecież nigdy tego nie robię. Wynoszę na zewnątrz, żeby jej krzywdy nie zrobić. Na szczęście się zreflektowałam i zwróciłam wolność bez uszczerbku na jej zdrowiu.

18.08.2017

  • babciabezmohera Może spróbuj skontaktować się z adminem, bo te problemy z logowaniem trudno nazwać normalnością.
  • annazadroza babciabezmohera:) Dziś udało się za pierwszym razem. Może się coś poprawiło? Jeśli nie, zrobię jak radzisz. Dziękuję i pozdrawiam 🙂
 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 21

Stokrotki w najlepszej komitywie bawiły się z chłopcami. Linka siedziała na gałęzi starego grabu, Inka na huśtawce. Linka w starych spodniach z łatą na kolanie, Inka w nowej spódniczce. Aldona już otwierała usta by zwrócić córce uwagę, na szczęście ugryzła się w język. Wytłumaczyła wcześniej dokładnie co i kiedy mają nosić, co do czego służy. Jeśli Inka zniszczy albo ubrudzi nową spódniczkę, będzie musiała włożyć stary ciuch, kiedy inni będą odświętnie ubrani. W  ten sposób próżność zostanie ukarana. Niech myśli co robi.

Przy stole Dziadek poprosił rozgadane towarzystwo o ciszę.

– Drodzy goście, szanowni tubylcy czyli leśni ludzie! Te wspaniałe potrawy przygotowały niezrównane mistrzynie kuchni: Basia i Helcia. Proszę, ukłońcie się.

Dzieciaki ochoczo biły brawo, wszystkie oprócz Kajtusia.

– Ja wcale nie będę jadł zadnych gzybów – skrzywił się spojrzawszy na stół.

– Maluch, znowu sepleni – krzyknął Jędrek pokazując palcem brata i śmiejąc się z niego.

– Mogę seplenić, bo ma mam wakacje, potem jus moze nie będę. A ty nie mozes  wcale. I co, łyso ci?

Dziadek ponownie uciszył całą gromadkę i życzył smacznego. I bez życzeń wszyscy wcinali aż im się uszy trzęsły. Kajtuś też, bo poza grzybami, zresztą przepysznymi, uduszonymi w śmietanie, było mięso w plastrach „na dziko” przyrządzone przez Dziadka, ziemniaki z takim trudem obierane przez chłopców oraz sałatka z kiszonych i surowych ogórków z cebulką.

– Babciu – odezwał się Marek podejrzliwie przyglądając się swojemu kawałkowi mięsa. – Nie chcę tego jeść. Tu są jakieś dziury, pewnie myszy wygryzły.

– Wiesz co? – pochylił się ku niemu Maciek – Poradzę ci jak bratu. Zjedz mięso a dziury zostaw, jeszcze ci zaszkodzą.

Kubuś w piorunującym tempie zmiótł swoją porcję, bo mu się przypomniało, że jest umówiony z Piotrusiem na łowienie ryb w sadzawce. Państwo Kozakowscy dopiero niedawno przyjechali na swoją działkę i Kubie nie zdążyło się jeszcze znudzić siedzenie z wędką.

– Mogę wstać? – spytał  i zasłaniając ręką oczy dodał: – sprzeciwu nie widzę.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, już go nie było.

– Kajtusiu, może cię nakarmić? – spytała Helenka. – O, już zjadłeś? Aleś mnie zaskoczył.

– Coś ty, ciocia, psecies ja nigdzie nie skakałem

– Woda się kipieje  – krzyczał z kuchni Bartek.

– Panie Boże, odebrałeś nam wszystkim rozum, to daj chociaż zdrowie – spoglądając w niebo powiedziała pani Basia.

Po obiedzie dzieci zdematerializowały się jedno po drugim, niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy.

– A gdzież oni wszyscy wsiąkli? – zaniepokoiła się Aldona.

– Nie denerwuj się dziewczyno, poszli łowić ryby – uspokoił ją Dziadek. – Jeśli chcesz, pójdziemy tam później i zobaczysz jaki ładny domek mają sąsiedzi.

Helcia i pani Basia zabrały się za sprzątanie i zmywanie, Aldona do nich się przyłączyła.

– A może wolisz pójść na spacer? Na pewno jesteś zmęczona, pracujesz cały rok bez odpoczynku.

– Nie, Helenko nie jestem zmęczona. Odżyłam przez ten krótki czas pobytu z wami. Już kilka razy złapałam się na myśli, że chciałabym tu zostać na stałe, widywać tylko tych ludzi, których chcę, być panią siebie  i nie musieć szczerzyć zębów do byle jakiego tępaka tylko dlatego, że on ma plecy a ja nie, że ja uczciwie wykonuję swoje obowiązki, nie kradnę, nie donoszę. Brr, brzydzę się tym, dzięki czemu niektórzy robią karierę.

– Właśnie dlatego jestem szczęśliwa, że pół roku temu przeszłam na emeryturę i mam święty spokój – wtrąciła Helenka.

– A ja mam wrażenie, że robię z siebie tresowaną małpę, żeby nie utracić środków do życia. Przecież z czegoś muszę utrzymać dzieci. Gdyby nie one, byłoby mi wszystko jedno… No nic, jakoś to będzie. Chciałam wam podziękować, że zgodziłyście się zaopiekować moimi Stokrotkami – uściskała serdecznie obydwie panie.

– Ależ to sama przyjemność zobaczyć dziewczynki po użeraniu się z całym tabunem chłopaków – powiedziała pani Basia.

– A poza tym nie wiadomo kiedy ty nam pomożesz. Albo komuś innemu. Masz ścierkę, wycieraj a ja się wezmę za cebulę do pieczonek – Helcia oddała Aldonie ściereczkę i rozpoczęła walkę z olbrzymią ilością cebuli.

– Nie byłabym już w stanie niczego przełknąć, taka jestem najedzona. Helenko, zawsze kiedy cię widzę, jestem chora z przejedzenia.

– Jak to się objawia? Czy mam rozumieć, że na mój widok jedziesz do Rygi przez Ząbkowice? – pogroziła Aldonie trzymaną w ręce cebulą.

– Nie, nie, przecież wiesz co miałam na myśli – śmiała się Aldona wycierając naczynia.

– Ja może i wiem ale Basia pewnie nie i pomyśli sobie, że puszczasz pawia na mój widok, bo jestem wredna ciuma wołowa.

– Helenko, przestań, proszę cię. Przez ciebie rozlałam pół miski wody – wtórowała Aldonie pani Basia.

Jak w każdy pogodny dzień, wszystkie czynności wykonywano poza domem, na zewnątrz. Miska z wodą do mycia naczyń stała na drewnianym stole pod uschniętą sosną, przed wejściem do Domku od strony drogi. Stół był zastawiony talerzami i garnkami czekającymi swojej kolejki. Czyste kładło się na ogromnej, plastikowej tacy opartej na dwóch taboretach. Po lewej stronie owego miejsca codziennej pracy stał garaż, czyli Miejsce Orzeszkowego Spoczynku, oddzielony od warzywnika pasem dzikich róż. Obok, w cieple słonecznych promyczków drzemały oba koty: Mićka i Arik. Nieopodal, również pogrążone w drzemce, spoczywały Aba i Maks.

Na werandzie Sergiusz opowiadał Dziadkowi o planach zagospodarowania działki.

– Marzę o domu, prawdziwym domu, niezbyt dużym ale wygodnym i przytulnym. Takim, do którego spieszy się nawet z końca świata, do którego wraca się myślą i sercem

– Tak i ja myślałem o naszym Domku. Bardzo go kochamy, choć nie jest wykończony i wymaga jeszcze dużo pracy. Ale zanim zaczniesz stawiać dom, powinieneś ogrodzić cały teren. Potem zaplanować dokładnie co i gdzie ma się znajdować, no i… zacząć powoli spełniać marzenia. Poznałem cię, chłopcze, chyba dość dobrze. Wydaje mi się, że namiot rozbity w miejscu, na którym zechcesz postawić dom, da ci mnóstwo szczęścia. Tyle, ile inny nie zazna nigdy w życiu, nawet gdyby nagle dostał Pałac Łazienkowski na mieszkanie.

Panie w tym czasie przygotowywały ziemniaki do pieczenia w największym kociołku. Kładły warstwę pokrojonych w grube plastry ziemniaków, potem warstwę cebuli, kiełbasy, znów cebuli, ziemniaków i tak dalej aż do wypełnienia całego kociołka, przesypując solą i pieprzem.

Maks poderwał się na nogi usłyszawszy głos pracującego silnika Kaziowego fiata na długo przed jego ukazaniem się na drodze. Kiedy samochód się zatrzymał, przybiegły dzieci ciekawe czy wujek ma dla nich jakąś niespodziankę. Zawsze coś przywoził, choćby lizaka. Tym razem dostali po torebce orzeszków, lody a Kajtuś czekoladę. Dodatkowo, bo najmłodszy.

– Wujek, ale ja nie chcę tej cekolady, nie dawaj mi jus więcej.

– Dlaczego? – zdziwił się Kazio. – Przestałeś lubić czekoladę?

– Bardzo lubię, ale nie chcę być muzynem.

– Nie rozumiem dlaczego miałbyś nim być.

– Bo Jędrek powiedział, ze jak ktoś je duzo cekolady jak ja to mu się robi cekoladowa skóra i się zmienia w muzyna!

Dorośli próbowali wytłumaczyć chłopczykowi, że brat – który na wszelki wypadek gdzieś zniknął – zażartował sobie z niego. Kajtuś nieufnie spoglądał na wszystkich po kolei i nie dał się przekonać. Potem, gdy nikt na niego nie patrzył, podzielił tabliczkę na dwie nierówne części. Zwierzył się pani Basi, że da Maksowi mniejszą część a większą Abie, „ bo i tak jest carna i nikt nie pozna ze się zmieni w muzyńskiego psa”.

– Niech cię ręka boska broni! Dziecko, nie wolno psom dawać czekolady! Ani rodzynek! Czy wiesz, że one od tego mogą umrzeć? – wykrzyknęła.

Natychmiast pozostali dorośli wygłosili pogadankę na temat tragicznych skutków niewłaściwego karmienia zwierzaków szkodliwym pokarmem. Kajtuś zaniósł czekoladę do pokoiku i położył na nocnej szafce. Przemyślał wszystko i doszedł do wniosku, że jeśli podzieli równo między tubylców i gości, nikomu się kolor nie zmieni z powodu znikomej ilości środka barwiącego w postaci czekolady.

Kazio przywitał się z całym towarzystwem.

– Azy nie ma? – zapytał.

– Przecież widzisz, że jej nie słyszysz – zaśmiała się Helenka.

– Bo widzisz, Andrzejku – mówił Kazio mrugając do przyjaciela, – nie chciałbym, żeby ta małpa znowu mnie użarła udając z niewinną minką, że mnie nie poznała. A potem Helenka przez pół roku rzucała w przestrzeń międzyplanetarną hasło: psy gryzą tylko złych ludzi.

– Nie  mogłeś odpowiedzieć, że to suka a nie pies?.

– Jeszcze gorzej, każe mi mówić psica zamiast suka, żeby su… psicy nie obrażać.

– Kaziu, proponuję zimne piwo na poprawę humoru – zaproponował Dziadek.

– Łoj, jakby mi ty z nieba z tą propozycją spadł, kochanieńki. Taż ja od rana o niczym innym nie mógł myśleć, tak piwo za mną chodziło. Raz nawet odwrócił się, żeby je złapać, ale uciekło.

Ku uciesze dzieciaków Kazio nieraz mówił ze swoim rodzinnym, lwowskim akcentem.

– Specjalnie dla pana, panie Kazimierzu, schowałem ten specjał do piwniczki. Dobre, co?

– Muszę popróbować. No, ostatecznie… może być jak nie masz nic lepszego – spojrzał spod oka na Dziadka.

Zachwycone dziewczynki wpatrywały się w całą serię Kaziowych min, po mistrzowsku wykonanych, odzwierciedlających różne stany ducha. Posprzeczały się nawet o to, kto robi lepsze miny: Kazio czy Sergiusz.

– Kręcisz nosem na moje piwko? Taki jesteś? Więc nie dostaniesz już ani kropli, pij wodę z pompy.

– Łoj, Andrzejku, a nie krzywdź mnie tak strasznie. Już więcej nie będę, jak mamcię kocham – jęczał Kazio ku radości dzieci.

– Dlacego wujek mówi po wiejsku? – pytał Kajtuś uważnie przyglądając się Kaziowi.

– Kaziu, przyznaj się, że jak Helci nie ma w domu, używasz sobie bez ograniczeń i już ci brzuch od piwa urósł – poklepała go pani Basia po ramieniu.

– Jaki brzuch? Gdzie ty widzisz brzuch? Tarczyca mi się opuściła. Ot i wszystko. A ty mówisz, że brzuch. Fe, wstydź się.

Żartując i zaśmiewając się zeszli na dół działki, do Altanki Pod Bachusem. Rozpalili ognisko pod kociołkiem, usiedli na ławeczkach wokół paleniska. Dym wydobywał się przez otwory w dachu krytym gontem, snuł się nad całą okolicą roznosząc zapach palonego drewna. W ślad za nim biegły wesołe głosy, żarty i śpiewy, przypominały się zabawne historyjki z przeszłości.

– A pamiętasz Andrzejku jak znaleźliśmy pieczarki olbrzymy? – spytał Kazio.

– Oczywiście, że pamiętam.

– Opowiedz dziadziu, prosimy, opowiedz – prosiły dzieci.

– Wracaliśmy kiedyś z delegacji do domu: Kazio, Stach i ja. Zatrzymaliśmy się po drodze na „wybieg”. Potem jedziemy dalej a ja czuję smród. Oglądam swoje buty, czyste. Kazia, czyste. To Stach wdepnął w krowie łajno. No więc znów się zatrzymujemy. Stach wychodzi z wozu, czyści buty, sapie, stęka przy tym i nagle zaczyna krzyczeć. Nie wiemy co się dzieje, czy po ciemku ktoś na niego napadł, czy runął do jakiegoś dołu. Lecimy do niego zaniepokojeni a on… wpadł na pieczarki. Całe pole olbrzymich pieczarek, dzikich, nie hodowlanych. Nazbieraliśmy ile się dało i w co się dało. Nigdy takich dużych nie widziałem.

– A ja musiałam je potem obrobić i smażyć – dodała Helcia. – Zwalili mi się nad ranem wszyscy trzej, wyciągnęli z łóżka. A żebym się nie gniewała, włączyli adapter z płytą, którą dostali jako souvenir. Była to jakaś straszna pieśń ku czci Lenina. Wrzasku narobiłam, żeby natychmiast wyłączyli a oni się ze mną droczyli i nie chcieli. Wyobrażacie sobie jaka byłam wściekła? Ale pieczarki  miały niezrównany smak, to prawda. A pamiętasz jak Stachowi leczyłeś głowę koniakiem?

Dziadek roześmiał się głośno na wspomnienie zdarzenia.

– Biedny Stach do tej pory mi to wypomina. Kiedyś, po zawodach, postanowiliśmy odwiedzić Kazia, który przebywał niedaleko miejsca zawodów.

– Jakich zawodów? – zaciekawił się Jędrek.

– Pożarniczych ośle – kulturalnie wytłumaczył mu Kuba, za co dostał kuksańca.

– Żeby nie jechać z pustymi rękami – ciągnął Dziadek, – kupiłem butelkę koniaku i jedziemy. Ja siedzę z tyłu po prawej stronie, Stachu za kierowcą. Dojeżdżamy, samochód staje w ten sposób, że ja wysiadam od strony szosy. Wysiadam i zamykam drzwi. Nie chcą się zamknąć, więc jeszcze raz, z całej siły rąbię drzwiami, a była to jeszcze warszawa, nie fiat, drzwi miała ciężkie jak cholera. Nagle słyszę jęk. Otwieram z powrotem drzwi i co widzę? Staszek siedzi i trzyma się za łepetynę, całą zalaną krwią. Pytam się dlaczego, do jasnej choinki, wyłaził za mną a nie przez swoje drzwi. A on z ogłupiałą miną wpatruje się we mnie i mówi: już mnie zabiłeś! Wyciągnąłem go na zewnątrz  i cały koniak wylałem mu na łeb, żeby zdezynfekować ranę. I w ten sposób się zmarnował taki przedni trunek.

– Do śmierci nie zapomnę jak ich obu zobaczyłem: jeden blady jak trup a drugi za głowę się trzymał i mamrotał coś, do tego między palcami spływał mu koniak. Oj, na wołowej skórze by nie spisał tego, cośmy razem przeżyli – powiedział rozbawiony Kazio. – I wiesz co, Andrzejku? Mam satysfakcję, że po latach każdemu mogę spojrzeć w oczy, bo mam czyste sumienie i jestem sobie pan.

– To samo zawsze mówię. Żona była na mnie zła, że nie wykończyłem Domku mając możliwości, że nie robiłem tego co większość. Ciągle miała pretensje.  Niech jej tam ziemia lekką będzie…ale nie chciała zrozumieć, że mój honor jest dla mnie najważniejszy, że swoim nazwiskiem nie będę nigdy firmował krętactwa i oszustwa. Całe życie tępiłem szuje.

– O to, to. Dziad, ale honorowy. Masz Andrzejku rację. Tylko widzisz, my jesteśmy wymierającym gatunkiem.

– Może nie? Jak zawsze stanowimy mniejszość ale popatrz – wskazał na chłopców skaczących wokół ogniska. – Mam wrażenie, że coś z tych naszych marzeń zapadło w ich duszyczki i kiedyś się odezwie. Przyjdzie czas, w którym wspomną rozmowy dziadków. Ileż to wieczorów spędziliśmy razem, tutaj przy ognisku, pomyśl Kaziu. I coraz więcej młodzieży się do nas garnie – objął ramieniem Aldonę. – Wydaje mi się, że i ta dziewczyna do nas przylgnęła, bo nie ucieka.

Sergiusz poważnie spojrzał na obu starszych panów.

– I ja dziękuję losowi, że mogłem panów poznać.

– Nie losowi ale Teresie i Dorocie dziękuj – wtrąciła Helenka.

– Im za co innego podziękuję – uśmiechnął się patrząc na Aldonę, zarumienioną, rozgrzaną w cieple ognia.

Kazio zatrzymał wzrok na śpiących psach.

– Zapomniałem! Przecież ja mam dla nich kości. Specjalnie chodziłem po nie na bazarek.

Podniósł się i poszedł do samochodu. Po chwili wrócił trzymając dwie ogromne wołowe gicze, bardziej do zabawy niż do jedzenia i dał uradowanym psom. Aba złapała swoją i szybciutko gdzieś ukryła w sobie tylko znanej kryjówce. Maks położył się, trzymając kość między przednimi łapami z miną Sfinksa dłuższą chwilę wpatrywał się w ogień. Po czym pomału, spokojnie począł ogryzać swój prezent.

– Słuchajcie – mówił Kazio. – Mój stryjo miał doga wielkiego jak cielę. Łagodny był, dobry, ale pamiętliwy. Jak mu kto co złego zrobił, pamiętał. Byłem wtedy wyrostkiem, obaj lubiliśmy przemierzać razem wielkie przestrzenie. A stryjo miał kawał ziemi i było gdzie chodzić. Przyjechał kiedyś w odwiedziny wujo. A dawno, wcześniej, kiedy Maks, bo jak wasz miał na imię, był szczeniakiem, wujo zepchnął go ze schodków i dał mu klapsa. No więc w nocy wujo poszedł do wychodka, przepraszam, do toalety. Zima była, narzucił tylko coś na siebie i poleciał za potrzebą. A Maks za nim cicho jak duch. Nic mu nie zrobił tylko położył się pod drzwiami.  Co wujo drzwi uchyli to Maks: „wrr” i nic więcej. Do samego rana tak go przytrzymał dopóki stryjo się nie obudził i nie wstał. A długo nie wstawał, żeby nie robić hałasu i gościa nie budzić.

– Mądry pies – pani Basia poklepała Maksa, który usłyszał swoje imię i podszedł myśląc, że o nim mowa.

Czas biegł szybko jak zawsze kiedy go nikt nie pogania. Niepowtarzalny, smakowity zapach dochodzący z kociołka począł drażnić nozdrza i żołądki. Dziadek sprawdził drewnianą dzidką czy ziemniaki są już dobre do jedzenia. Uznawszy, że jak najbardziej, z pomocą Sergiusza  zdjął kociołek z ogniska. Dzieci miały teraz uciechę paląc papiery i różne śmieci nadające się do spalenia. Uczone były od małego co wolno palić a co nie, żeby nie zatruwać środowiska. Po spaleniu przeznaczonych do tego odpadków zalewały ognisko wodą, pilnowały aby nie została nawet jedna iskierka, zaś następnego dnia popiół zanosiły na grządki.

Słońce zmierzało ku zachodowi oświetlając zachodnią ścianę Domku i wpuszczając przez gęstwinę liści złotopurpurowe blaski. Szczególnie pięknie wyglądały w tej poświacie osypane kwieciem krzewy rosnące poniżej werandy, która obrośnięta pnącymi różami zapraszała, by spocząć wśród białych, różowych i pąsowych pachnących kwiatów i odpoczywać.

Dziadek z Sergiuszem zanieśli pachnący kociołek do domu. Tam trzy panie już przygotowały talerze, kubki pełne kwaśnego mleka „od krowy a nie ze sklepu” – co podkreślił Kajtuś. Stokrotki rozłożyły sztućce. Dzieci nie chciały jeść widelcami, wolały dzidki wystrugane z patyków  oraz ogromne liście kapusty zamiast talerzy. To dopiero była frajda.

Tymczasem Aba kręciła się wokół Maksa, który ze wszystkimi przyszedł do Domku, nie wypuszczając swojej kości. Ludzie siedzieli przy stole na werandzie, on w salonie zaraz za progiem. Nie pozwolił się Abie zbliżyć do kości i groźnie warczał, kiedy po nią sięgała. Sunia zaczepiała go w najprzeróżniejszy sposób usiłując odciągnąć uwagę psa od przysmaku. Robiła to co zwykle: gryzła go w ogon, szczekała nad głową, raz nawet trzepnęła łapą w łeb. Na próżno, nie skutkowało nic z tego, co do tej pory działało niezawodnie. Myślała i myślała. Rozłożyła się w pewnej odległości od „ciotecznego brata”, rozpłaszczyła się na podłodze z pyskiem opartym na przednich łapach, zwrócona w stronę drzwi. Zapanowała cisza. Maks chyba osłabił uwagę, może zapomniał o zakusach „siostry”. Nagle Aba rzuciła się w stronę drzwi  z hasłem „ktoś idzie”, ujadając jakby stała tam banda najgorszych na świecie złoczyńców.  Maks poderwał się na równe nogi gotów pełnić swoje obowiązki, porzucając kość w imię wyższych celów. Aba szybciej niż błyskawica zawróciła od drzwi, złapała kość, zbiegła z werandy po schodach i zniknęła w gęstwinie.

Ludzie zamarli z wrażenia a pies stał z ogłupiałym wyrazem pyska.

– Majka nie uwierzy kiedy jej opowiem – pierwsza odezwała się Helcia. – To dopiero cwana baba, coś podobnego!

– Nie uwierzyłbym za skarby świata gdybym nie widział na własne oczy – dodał Kazio.

– To znaczy, że Teresa ma rację mówiąc, że psy potrafią myśleć i wyciągać wnioski – powiedziała Aldona. – Oczywiście takie, które mają po temu warunki. Nie jest to możliwe w przypadku nieszczęśnika spędzającego całe życie przy budzie na krótkim łańcuchu.

Ziemniaki zniknęły ze stołu. Dzieci wyskrobywały „piecuchy” z dna kociołka.

Kazio wygodnie rozparł się na krześle i przymknął oczy.

– Kaziu, jak ty się zachowujesz? – strofowała męża Helenka.

– Tak się objadłem – odpowiedział Kazio nie otwierając oczu, – że z przejedzenia rozciągnęła mi się skóra na brzuchu i przez to mi się zamykają oczy.

– O rany, jak mi się nie chce stąd wyjeżdżać – mówiła Aldona. – Tu jest jak w bajce, jakbym się przeniosła w czasie i przestrzeni do nierealnej, baśniowej krainy.

– Panie Andrzeju, a ja jestem dumny i szczęśliwy, że mogę do pana mówić: sąsiedzie – bardzo serdecznie uścisnął Sergiusz dłoń Dziadka.

– A do mnie możesz mówić: ciociu – zapiszczał Kazio cienkim głosikiem powodując śmiech dzieci.

– Jeszcze raz dziękuję, że Stokrotki mogą tutaj zostać – żegnała się Aldona.

– Ten fakt przyniósł wielką korzyść – odrzekł Dziadek. – Od kilku dni Maciek sam z siebie zaczął się myć i sprzątać. Do tej pory trudno było go namówić do wykonywania takich okropnych czynności podczas wakacji. Żył w myśl zasady: częste mycie skraca życie.

Było zupełnie ciemno i bardzo późno kiedy Aldona z Sergiuszem dojechali do Warszawy. Zanim wysiadła z samochodu usłyszała słowa swego osobistego kierowcy.

– Od jutra zaczynam harować jak nigdy dotąd. Mam motywację, wiem jak i po co żyć. Dzisiejszy wyjazd to wola boska albo zrządzenie losu.

18.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

List do Lucy

Cześć Siostrzyco. Już 19 lat mija odkąd odeszłaś. Małpa jesteś, wiesz o tym. To po prostu świństwo tak zostawić młodszą siostrę i odejść sobie. No dobrze, rozumiem, miałaś wszystkiego absolutnie dość. Nie chciałaś już się pałętać po tym świecie bez Zygmunta. Przecież wiem, że był dla Ciebie najważniejszy, ważniejszy niż ktokolwiek. Mam też do niego pretensję o Twoje odejście. Gdyby w odpowiednim czasie postąpił jak powinien, żyłabyś do tej pory. Miałabyś pewnie dzieci i powód do życia, a moi chłopcy cioteczne rodzeństwo.Miałabyś siłę do przezwyciężenia słabości i tej cholernej naszej rodzinnej wrażliwości połączonej z nadmiernie emocjonalnym podejściem do wszystkiego. Ona nie pozwala na nabranie dystansu do wydarzeń, sprawia, że drobiazgi urastają do miary kataklizmu. Nie dałaś sobie tego wytłumaczyć i pogrążałaś się coraz bardziej w otchłani rozpaczy po jego śmierci. Za wszelką cenę starałaś się go dogonić. A w pracy Ci nie pomogli w zatrzymaniu się. Dziennikarze żyją krótko – przeczytałam kiedyś. Niestety, czasy stały się niesprzyjające takim nadwrażliwcom. Gdybyś zdecydowała się na operację… Nie chciałaś, Twój wybór. No dobrze, nie czepiam się, rozumiem. Ale, do jasnej choinki, brakuje mi Ciebie!!! Tęsknię, nie mam z kim powspominać, pogadać o rodzinie, o Dziadkach i Rodzicach, powygłupiać się w tylko nam znany sposób. Nie wiesz, że odnalazłam nieznanego nam Dziadka. To znaczy nie fizycznie, oczywiście. Myślałyśmy zawsze, że zginął w czasie wojny jak wszystkie inne ofiary i dlatego nie wrócił. A figa, banda UPA go zamordowała pod Birczą jak innych leśników w lipcu 1944. Może teraz, gdy już wiesz, spotkasz go tam gdzie jesteś? Poszukaj dobrze. Może razem popatrzycie na rodzinę i wspomożecie dobrą myślą? Nie zdążyłaś poznać moich wnuczek. Byłabyś teraz ciocio-babcią. Kochałyby Cię bardzo, bo takich wariatów się kocha. Wiesz, że niedługo jeszcze jedną wnuczkę będę miała? Pewnie wiesz, może nawet już ją znasz… No dobra, nie przynudzam. Tylko Ci powiem, Siostrzyco Ty moja, że – gdziekolwiek jesteś i tak Cię kocham.

17.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Dusza czy ząb?

Jeszcze odnośnie wczorajszego przerażenia. Wywołało je spojrzenie ministra wojny. Oraz kilku innych osób stojących. Boję się ludzi o zimnym, okrutnym spojrzeniu. Takich, którzy nie cofną się przed żadnym kłamstwem i publicznie je wygłaszają. Bezkarnie i bez żadnych konsekwencji. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kłamstwo to mały pikuś w porównaniu z tym, przed czym jeszcze się nie cofną. Boję się też ludzi, którzy tak bardzo się boją, że zrobią wszystko dla tych, których się boją. Są ludzie odczuwający strach podwójnie. Przed kimś i o coś. Przed swoim władcą oraz o zdobyte dobra i zaszczyty. Oni lubią się mścić. Ze strachu. Do tego stopnia się boją, że inwalidom nawet z pierwszą grupą zabierają środki do życia. To nic, że starsza kobieta bez ręki. Ma jeszcze jedną. A nuż nią pogrozi?
Ja też się boję. Ale ja sobie z tego zdaję sprawę. I wiem czego się boję.
A teraz koniec z tym – cytując klasyka (klasyczkę raczej) – i powrót do normalności. Otóż babcię D. rozbolał ząb. Jakiś czas temu wypadła jej plomba, ale o dentyście nie chciała słyszeć. W poniedziałek musiał jej już bardzo dokuczać, skoro zgodziła się, żeby ją zapisać. Udało się na środę. No i przyszła środa a babcia jechać nie chce. Niby w nocy z bólu nie spała a nie chce. Omdlewa prawie, palpitacje jakieś ma, słabo jej, nie pojedzie i już. Na autobus nie zdążą, sama nigdzie już nie pójdzie, musi z eskortą czyli z Mężem. Radzę dzwonić po taksówkę, bo wizyta przepadnie a dentysta do domu nie przyjedzie… Po dłuuugim czasie i wypitych witaminach – na wzmocnienie- pojechali. Na rezultat czekam. Takie chwile kosztują opiekunów chyba kilka lat własnego życia, bo czyta się szybko, a trwało i trwało…

Mam pytanie co gorsze: ból egzystencjalny czy ból fizyczny? Lepiej niech boli dusza czy ząb? Osobiście bólu zęba nie lubię:)

16.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Nie lubię…

Wczoraj był Dzień Wojska. Kiedyś mnie to kręciło, chłopcy w mundurach podobali mi się bardziej niż bez, chodziłam z Tatą oglądać uroczyste zmiany warty, potem razem z chłopcami dopóki byli mali. Dopóki nie zrozumiałam co moich małych synków może czekać w przyszłości.
Naczytałam się i nasłuchałam m. in. od bliskiej mi osoby o fali w wojsku, o sadystach wyżywających się na nowych rocznikach, znęcających się tak, że niejednokrotnie doprowadzali do samobójstw wrażliwszych osób. Zaczęło mi się wojsko kojarzyć źle, np. z ranami na nogach od niedobrych butów, z czyszczeniem sedesów szczoteczką do zębów, zakazami, nakazami mającymi na celu upodlenie młodych ludzi. Nie lubię oglądać defilad, patrzeć na broń, czołgi i inne śmiercionośne ludzkie wytwory, Nie lubię patrzeć na młodych chłopców salutujących politykom, którzy ich mogą wysyłać na bezsensowną śmierć dla zaspokojenia swoich ambicji.
Politycy zawsze znajdą bezpieczny schron albo drogę ucieczki, normalni ludzie zginą . Nie lubię patrzeć na tych polityków. Nie lubię tego święta. Nie jestem dumna. Jestem przerażona.

16.08.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Wszystko się zgadza.Byłem w wojsku i nie mam przyjemnych wspomnień.
  • annazadroza Rick:) Nie wiem czy ktoś ma przyjemne. Osobiście nie znam.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 20

Aba głośno obszczekała przyjezdnych, obwąchała każdego po kolei. Stwierdziwszy, że nie ma Majki wśród nich, pobiegła do dzieci. Tubylcy czyli leśni ludzie wychodzący z lasu, z daleka wesołymi okrzykami dawali wyraz wielkiej radości spowodowanej przyjazdem gości.

– Dziadziuś, zobac co oni zrobili – Kajtuś seplenił z wielkiego podniecenia.

– Panowie, goście przyjechali a wy co? Tak się popisujecie? – spojrzał Dziadek z dezaprobatą.

Pani Basia załamała ręce na widok czterech szaroczarnych stworów.

– O rany, – jęknęła. – Jak wy się domyjecie?

– Żaden problem Basieńko, nie martw się – uspokajał Dziadek. – Mamy przygotowany sposób postępowania w nagłych przypadkach takich jak ten. Maciek weźmie hydronetkę i zrobi im pierwszorzędny prysznic.

– Jeszcze się poprzeziębiają!

– Nic im nie będzie. Hydronetka stała cały czas na słońcu więc woda jest nagrzana – poklepał babcię Basię po ręce i zwrócił się do umorusanych chłopaków.- No, panowie, szybko doprowadzić się do porządku, bo inaczej dziewczyny będą was myły i wycierały.             Dziewczyny chichotały a Maciek przyniósł hydronetkę czyli prysznic podręczny i z ochotą polewał czterech brudasków. Woda wcale nie była taka ciepła jak mówił Dziadek, lecz żadnemu nie wymknęło się słowo skargi. Nie mogli się znowu zbłaźnić przed dziewczynami.

Tymczasem Helenka z panią Basią zabrały się za obieranie grzybów, których – jak zawsze – najwięcej nazbierała Helcia, królowa grzybobrania. Dziadek zajął się pompowaniem wody do wszelkich pojemników, Sergiusz wprowadził fiacika za bramę i zaoferował Dziadkowi pomoc. Aldona poszła na pięterko, do pokoiku Teresy, pomogła rozpakować się córeczkom. Przebrały się i zbiegły na dół. Ona sama podeszła do okna i wyjrzała.

Pod samą ścianą pierwszy raz zakwitły malwy. Jakże Teresa się z nich cieszyła! Cały wieczór opowiadała jakie mają kolory, w którą stronę kłaniała się rano ta z kwiatem w czerwone żyłki, w którą pąsowa, w którą wiatr pochylił białą; martwiła się, że malinowa jest malutka a bordowej wcale nie ma, gdzieś zniknęła. Pachniały pnące róże wspinające się na werandę. Drogi prawie nie było widać, zasłaniała ją plątanina zieleni zaczynająca się tuż przy schodkach wiodących wzdłuż Domku i nie kończąca się – mógłby ktoś pomyśleć – nigdy. Wysokie, sięgające nieba smukłe sosny zagradzały drogę ostrym, palącym promieniom słońca, przepuszczając jedynie małe, drobne, ruchliwe i drżące promyczki, które pieściły delikatnie wszystko czego dotknęły.

Słychać było głosy dzieci, śmiech dorosłych, porykiwanie krów na dalekim pastwisku, szczekanie Miśka u gospodarza. Tuż nad oknem usłyszała szelest. Na sosnowej gałęzi huśtała się wiewiórka, po grubym pniu wspinała się ku niej druga. Pierwsza skoczyła na dach, druga w ślad za nią. Rozpoczęły harce nad głową Aldony. Pomyślała, że nigdy by nie uwierzyła, iż to tylko dwie malutkie, zwinne wiewióreczki. Prędzej posądziłaby któreś z dzieci o szaleństwa na dachu.

Chłopcy umyci już i przebrani byli zniesmaczeni ogromnie ponieważ musieli sami wyprać ubłocone spodenki i koszulki.

– A mówiłem, żeby w czasie upału nie zakładać koszulek? – tryumfował Marek. – Ja miałem tylko spodenki do prania.

– A teraz, skoro już wyglądacie jak ludzie, zróbcie z tym porządek – Dziadek zatoczył ręką koło wewnątrz którego znalazły się szarobure ziemniaki.

Bez szemrania przystąpili do pracy. Pozbierali, pomyli ziemniaki i – ku ich wielkiemu zmartwieniu – okazało się, że jeszcze obrali za mało.

Aldona zeszła na dół, stanęła w drzwiach i zauroczona patrzyła przed siebie. Modrzewie urosły od poprzednich wakacji. Wielkość przyrostu poznała po jaśniejszej barwie miękkich igiełek na końcach gałązek. Dzikie róże rosnące tuż przy ogrodzeniu rozrosły się zasłaniając widok na drogę. Na skalniku kwitły kwiaty, a na grządkach, za Miejscem Orzeszkowego Spoczynku, rosły warzywa o wiele większe niż rok temu. Po raz drugi od początku świata dały w tym miejscu zbiór rośliny zasadzone ręką człowieka.

Spojrzała na skwaśniałe miny chłopców, którzy ponuro zerkali na ogromną jeszcze ilość ziemniaków do obrania. Uśmiechnęła się. Miała zamiar przywołać dziewczynki bawiące się z psami z drugiej stronie Domku, ale machnęła ręką.

– Dajcie nóż, pomogę wam – usiadła między nimi na wiaderku odwróconym do góry dnem.

– Ciociu, jaka ty jesteś kochana –rozjaśniły się wszystkie buzie.

Kajtuś krytycznie przyglądał się pracy brata.

– Jędrek, ty znowu nie wycinas ślepiów. A psecies Dziadek nie lubi jak ziemniak na niego pacy, kiedy on go je – stwierdził z naganą w głosie.

– Wiesz co? Spadaj na bambus prostować banany – poradził Jędrek.

Kajtuś schował się za plecy Maćka.

– Ty na mnie nie ksyc, bo dziewcynom powiem, ze się wcoraj wystrasyłeś

– Spróbuj tylko! Posiekam cię na kawałki, albo nie, mam pomysł. Na całą noc zamknę cię w Przybytku Ulgi. Będziesz po ciemku, przez całą noc całkiem sam, ty maluchu jeden!

– No, nie strasz dziecka – wtrącił się Maciek. – Nic mu nie zrobisz, bo miałbyś ze mną do czynienia.

– Myślisz, że się ciebie boję? Stuknięty nindża!

– Czy wy musicie się tak ciągle kłócić? – spytała Aldona. – Takie stare chłopy a zachowują się jak przedszkolaki.

– Jędrek wstał lewą nogą – wyjaśnił Bartek. – Sam widziałem. Mówiłem mu, żeby się okręcił trzy razy przez lewe ramię, zrobił skłon i splunął, ale nie chciał.

– Nie wiedziałam, że tak się robi, muszę zapamiętać – wprawili ciotkę w świetny humor. – Maciusiu, czy wy z Kubą też się tak kłócicie czy już wam przeszło?

– U nas jest podział pracy: on mnie przezywa a ja go biję – puścił oko do ciotki, która nie wytrzymała i roześmiała się na cały głos.

– Oni tak zawsze – powiedziała Helcia, która podeszła zwabiona wesołością. – Nie ma dnia, żeby nie wymyślili czegoś nowego. Na przykład wczoraj Kajtuś miał do mnie pretensję, że mu za grubo pokroiłam ryż.

– A kilka dni temu przyniósł zajęcze bobki i pytał, czy te czekoladki się je – dołączyła pani Basia.

Po pewnym czasie ziemniaki się gotowały, grzyby dusiły. Helcia i pani Basia krzątały się po kuchni. Jedna przygotowywała ciasto, druga sałatkę. Dziadek z chłopcami znosili drewno na ognisko do Altanki Pod Bachusem. Po południu miał przyjechać Kazio. Już wcześniej zamówił sobie na kolację pieczone ziemniaki.

Sergiusz podszedł do Aldony.

– Chcesz obejrzeć moje włości – zapytał.

– Ależ oczywiście, chodźmy – poderwała się żwawo ze schodków werandy.

Maks podniósł łeb, spojrzał uważnie na ciotkę i machnął ogonem

– Chcesz iść z nami? – domyśliła się.

Szczeknął krótko nie podnosząc się z miejsca.

– No to chodź.

Maksio wstał powoli, przeciągnął się i zbliżył dostojnym krokiem mrużąc miodowe ślepia. Poszli w górę schodkami ułożonymi wzdłuż Domku. Obok skalniaka zeszli po stopniach do bramki. Maks za nimi, nie schodząc z chodniczka nawet na jedną łapę. Za bramką Aldona podniosła spory patyk i rzuciła. Pocwałował ciężko za zabawką. Aba z daleka zobaczyła, że Maks bawi się bez niej a tego znieść nie mogła. Z głośnym ujadaniem rzuciła się na ogrodzenie, stanęła na tylnych łapach przednimi oparłszy się o siatkę i aż ochrypła od szczekania. Maksio nie zwracał uwagi na „siostrę cioteczną”, podrzucał patyk,  chwytał w powietrzu i przynosił, żeby mu znów rzucić. Aba miała dosyć ignorowania jej „osoby”, skoczyła do furtki, otworzyła naciskając klamkę – bo cóż to dla niej skoro w swoim domu umiała otworzyć gałkę założoną w miejsce klamki – i pognała za Maksem ile sił w nogach. Pędziła jak czarna, kosmata kula z powiewającym ogonem i „rozwianymi” uszami. Dogoniła go i razem, łeb przy łbie, kark przy karku pobiegli na łąkę, by tam szaleć w miękkiej trawie.

Sergiusz i Aldona minęli królestwo chłopców czyli namioty stojące przy płocie odgradzającym teren Dziadka od świeżo nabytej własności Doroty.

– Wolałem nie wpychać się między moją siostrę i Teresę, niech sobie będą razem. Wybrałem część leżącą bardziej z boku, będzie spokojniej. Najpierw mieliśmy się wcale od siebie nie oddzielać, zrobić wszystko wspólne, ale po namyśle doszliśmy do wniosku, że Teresa ma rację, bo brak wytyczonej granicy może z czasem rodzić nieporozumienia, nikomu przecież niepotrzebne.

– Jestem tego samego zdania. Trzeba chociaż sznurek przywiązać do drzew, żeby było wiadomo gdzie granica. Dopiero wtedy będziesz mógł się czuć dobrze, u siebie, a wtedy nikomu nic do tego co robisz, w którym miejscu i kiedy.

– Oto następna kwestia co do której się zgadzamy – uśmiechnął się.

W ogóle był pełen uśmiechów. Szczęśliwy, z błyszczącymi oczami prezentował Aldonie swoją własność.

– Od tej sosny zaczyna się moja ziemia i ciągnie się do tamtej kępy wysokich traw. Widzisz? A na dole jeszcze kawał łąki jest mój. Dorota wolała krzewy i rów z wodą przy płocie. Ja wolę tę ładną masę zieleni w słońcu.

Pod baldachimem starych liściastych drzew, pod koronami wystrzelających w niebo sosen schodzili z piaszczystej skarpy w dół, w zieleń łąki. Pod stopami osuwał się piasek, rzadko utrzymywała go w miejscu kępa trawy. Im bliżej łąki, im jaśniej, tym ziemia z szarej stawała się bardziej zielona, z gołej – przykryta splątanymi warkoczami długiej, nigdy nie koszonej trawy.

Ani Aldona ani Sergiusz nie mogli wiedzieć, że stanęli dokładnie w miejscu, z którego przed rokiem Teresa podążyła prosto w ramiona swego losu, w szczęście, weszła w swoje światło.

Stanęli w ostatniej smudze cienia, ramię przy ramieniu, zapatrzeni w błękitne niebo i szybujące nad nimi jaskółki, w aksamitną zieleń ubarwioną kępami różowej koniczyny, białego krwawnika, jakiegoś ziela o żółtych kwiatkach i zabłąkanym tutaj makiem, który kołysał czerwonym łebkiem zdziwiony, że nie stoi wśród wąsatego żyta czy uginającej się pod ciężarem kłosów pszenicy. W dali złocił się łan nie zżętego jeszcze zboża. Obok błyskały w słońcu pobielone pnie gromadki owocowych drzew, słaniające się od ciężaru owoców. Z trawy poderwał się skowronek niczym maleńka, szara grudka ziemi wznosząca się w przestworza. I spłynęła na nich dwoje pieśń tylko dla nich przeznaczona, dźwięcznym, srebrzystym – niby głos zaczarowanego dzwoneczka – trelem, wkradła się w ich serca.

– Wita cię tu cała natura jak najdroższego przyjaciela – szepnęła Aldona poruszona urokiem chwili.

– Widocznie czuje, że będzie mieć we mnie oddanego przyjaciela, który nikomu nigdy nie uczyni krzywdy – odpowiedział. – A wiesz Doniczko, chyba się we mnie odezwała krew przodków. Nigdy  nie czułem się tak szczęśliwy jak teraz, kiedy patrzę na ten maleńki kawałek ziemi, maleńki ale mój własny. To tak jakbym stanowił jedność z tym zbożem, trawą, nawet z pszczołą  krążącą w tej chwili nad makiem.

– Ale z komarami nie będziesz się tak bez reszty utożsamiał, mam nadzieję? – uśmiechnęła się. – Wiesz, doskonale cię rozumiem, przecież ja także wychowałam się wśród przyrody, nawet niedaleko stąd. Najmilej wspominam chwile, kiedy nie niepokojona przez nikogo, pogrążona w marzeniach mogłam błądzić po polach i łąkach. Babcia to rozumiała. Ona bardzo kochała swój ogródek, wolność, szeroką przestrzeń a nie znosiła miasta z jego ograniczeniami. Dlatego jestem teraz szczęśliwa, że mam ogródek i dlatego dobrze wiem co czujesz. Powiedz skąd pochodzą twoi przodkowie, których geny ciągną cię na wieś?

– Z Kresów. Mój pradziadek miał spory szmat ziemi. Różnie bywało ale nikt z rodziny nie zhańbił się podłym czynem, tak głosi rodzinna fama. Wszyscy trwali na miejscu, walczyli o swój kawałek ziemi, tę niezniszczalną wartość, nie dali się przegnać ani wynarodowić. Dopiero w lipcu 1944 roku mój dziadek zginął z ręki bandy, razem z innymi leśnikami w okolicach Birczy. Babcia ledwo uratowała życie sobie i mojemu małemu wówczas tacie uciekając w lasy i ukrywając się. Przed pewną śmiercią uratował ich sąsiad, który  w młodości kochał się w babci. Na wozie, pod stertą słomy wywiózł ich  jak mógł najdalej. Udało się, nocami szli, za dnia siedzieli w kryjówkach. Mieli wiele szczęścia. Babcia przedostała się w końcu z kilkuletnim dzieckiem do siostry, którą po powstaniu przechowała jakaś dalsza rodzina.

– Jak ona sobie poradziła? Ile musiała znieść i przecierpieć. Co za wspaniała kobieta, podołała takiemu wyzwaniu – z podziwem, przepełniona emocjami powiedziała Aldona.

– Matka, po prostu prawdziwa matka. W ten sposób moja rodzina znalazła się po wojnie w Warszawie i tak już zostało. Jednak, jak widzisz, krew to krew, odezwała się gdy tylko dotknąłem własnej ziemi.

– Pięknie tu, Sergiuszu, cicho i spokojnie. Miała rację Teresa mówiąc, że tylko tu można dojść do równowagi, pogodzić się z losem, odkryć swój cel i przeznaczenie. Wśród znerwicowanych, zezwierzęconych ludzi – o, przepraszam, nie chciałam urazić zwierząt – na zatłoczonych ulicach, w smrodzie spalin jest to niemożliwe.

– Całkowicie się z tobą zgadzam – patrzył na nią rozjaśnionym wzrokiem. – Dziewczyno, żebyś wiedziała jak mi tu dobrze – wyciągnął się wygodnie na trawie, na własnej trawie i ciągnął dalej. – Agata popukałaby się palcem w czoło jakbym powiedział jej co czuję. Zresztą, wcale bym nie próbował. Gdybym miał cokolwiek swojego, na przykład  mieszkanie przeznaczone dla córki czy działkę, zrobiłaby wszystko, żebym to sprzedał a pieniądze oddał jej. Pieniądze, pieniądze i jeszcze po dziesięciokroć pieniądze. To jej bóg i car i nic więcej.

– Są konieczne, oczywiście, nie da się bez nich żyć. Gdybym miała dającego dukaty  cudownego osiołka z bajki, nie powiem, zużyłabym najpierw sporo na własne potrzeby… zaległości się porobiło, że ho ho… nigdy nie starcza mi do pierwszego i wciąż muszę łatać dziury. No, ale potem używałabym skarbów pomagając innym stworzeniom. I ludziom i zwierzętom. Wolno pomarzyć, prawda? Założyłabym schronisko dla bezdomnych psów i kotów, starych, schorowanych, umęczonych pracą koni, a służyć musieliby im poprzedni właściciele, cierpiąc taki sam los jaki stworzyli służącym im zwierzętom.

– A skąd wiedziałabyś kto był właścicielem?

– Skoro miałabym cudownego osiołka, równie dobrze mogłabym mieć czapkę niewidkę, prawda?

– To logiczne – zgodził się. – W tym układzie nie zapomnij jeszcze o kijach samobijach,  siedmiomilowych butach i już możemy zacząć rządzić światem.

– Brr, co to, to nie. Nigdy bym nie chciała, nie jestem do tego stworzona. Brzydzę się zdobywaniem czegokolwiek siłą. Autorytetem, dobrocią, miłością, przyjaźnią – tak, ale nigdy poprzez agresję. Potrzebującemu oddam ostatnią koszulę, no, może przedostatnią biorąc pod uwagę nasz klimat, ale gdy ktoś chciałby  mi ją odebrać wbrew mej woli – zabiję.

– Toś ty taka krwiożercza istota? Kto by pomyślał, że taka jesteś, wyglądasz tak niewinnie – żartował.

Ostatkiem woli hamował się, by nie porwać jej w ramiona, nie utonąć razem z nią w pachnącej trawie. Instynkt ostrzegł go na szczęście, że więcej straciłby niż zyskał, i to może nawet bezpowrotnie. Obserwował ją więc nie wykonując żadnego ruchu, z rękami pod głową. Siedziała po turecku dokładnie owinąwszy nogi kolorową spódnicą. Lekki wiaterek igrał z włosami rozwiewając je na wszystkie strony. Pomyślał, że z taką towarzyszką u boku można się brać z życiem za bary bez obawy porażki.

Głos Dzwonu niesiony wiatrem od Domku przywołał ich do rzeczywistości.

– Co to, pożar? – Sergiusz porwał się na równe nogi.

– Nie, obiad. Dzwon wzywa wszystkich do domu. Zobacz, nawet psy wiedzą o co chodzi.

Aba i Maks nadbiegły zziajane, zmęczone gonitwą, rozbawione i szczęśliwe. Maks zatrzymał się przed Aldoną, szczeknął i spojrzał w kierunku Domku

– Tak, wiem Maksiu, już idziemy. Jaki ty jesteś mądry, chodź skarbie – pogłaskała wielki łeb

Puściła się biegiem pod górę, skakała z kępy  na kępę jak kozica. Sergiusz ruszył za nią ale Aba całym ciężarem wpadła na niego i zwaliła go z nóg. Dzięki temu manewrowi suni Aldona pierwsza znalazła się przy drodze. Trzeba jednak dodać, że zanim dobiegła do furtki, Sergiusz zdążył chwycić ją za rękę.

15.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Pochwała się należy

Dziś Szilunia nie chciała iść do torów, wolała pójść w stronę przeciwną. Pozwalam jej wybierać kierunek kiedy się nie spieszę i nie mam niczego do załatwienia przy okazji spaceru. Ponieważ jest święto, mogłyśmy pójść w okolice parku przemysłowego – tak to się szumnie nazywa. W rzeczywistości są to puste w większości olbrzymie hale, jeszcze ładnie utrzymane, teren wokół też zadbany, mnóstwo miejsca, po którym sunia może biegać bez smyczy. Chodzimy tam tylko w niedziele i święta, bo wtedy nie jeżdżą samochody i Szilka ma zapewnione bezpieczeństwo. Kiedyś w tym obiekcie mieściło się bardzo dużo firm o czym świadczą pozostawione tabliczki z nazwami i ich logo. Teraz jest mało i miejsce czeka na nowych najemców.
Szilka goniła po drodze sójki, sroki, synogarliczki i gołębie. Nie pozwalam jej zrobić żadnemu stworzeniu krzywdy, uważnie obserwuję przebieg wypadków i w razie potrzeby odwracam jej uwagę. Na szczęście moja interwencja nie bywa potrzebna, ponieważ ptaki mają instynkt samozachowawczy tak rozwinięty, że radzą sobie bez mojej pomocy. Raz tylko upolowała maleńkiego wróbelka, w zeszłym roku w ogródku,
kiedy wczesnym rankiem uczyły się latać a mnie nie było w pobliżu i nie mogłam zareagować. Pochowaliśmy z Mężem biedactwo pod różą. Nakrzyczałam strasznie wtedy na nią, choć przecież wiem, że błąkając się po lesie, musiała jakoś zdobywać pożywienie i nie mogę zmusić jej, żeby o przeszłości zapomniała. Tym razem obyło się bez ofiar i doszłyśmy do niedawno powstałego centrum handlowego – no, może trochę za dużo powiedziane. W każdym razie jest tam Biedronka, Hebe. Kik oraz Maxi Zoo – z czego korzystamy, bo możemy obie z sunią wejść do środka i wspólnie zrobić dla niej zakupy. Teren wokół został już uporządkowany, owszem, ładnie jest, ale poprzednio mnie zezłościł fakt, że zlikwidowano wydeptaną ścieżkę, która skracała drogę do sklepów. To jest bardzo ważne, szczególnie jeśli ktoś ma problem z chodzeniem, żeby prawie pół kilometra więcej nie robić. Dziś się ucieszyłam, bo ludzie znowu ją wydeptali i przejść się da. Właściciel terenu, gdyby
pomyślał o klientach, zrobiłby w tym miejscu porządne przejście i miałby większą frekwencję. Bowiem na myśl, że trzeba nadrabiać niepotrzebnie kawał drogi, lepiej wsiąść w autobus i podjechać do Kauflanda na przykład albo całkiem do miasteczka. Jest tu też Media Markt (ten nie dla idiotów). I jestem tak mile zaskoczona, że aż muszę o tym powiedzieć. Otóż – MEDIA MARKT ZAPRASZA DO ŚRODKA KLIENTÓW RAZEM Z PSAMI, żeby nie były zostawiane w upale przed sklepem przywiązane, albo – co już w ogóle jest straszne – w samochodach. W imieniu czworonogów DZIĘKUJĘ!!! Temu, kto podjął taką decyzję należy się pochwała. Wieeelka.!!!
Wróciłyśmy kiedy domownicy jeszcze spali, bo my obie rannymi ptaszkami jesteśmy, podlałam kwiatki i odpoczywamy sobie przy święcie czekając aż się obudzą. Miłego dnia życzymy wszystkim:):):)

15.08.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bardzo dobry pomysł w sprawie psów,nie zostawiajmy ich w samochodach.
  • annazadroza Rick:) A już na pewno nie latem. W Krakowie jest galeria handlowa, w której z Szilką byłam, bo wolno.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jest pięknie

Wieczorem trzy dziki przebiegły przez ulicę bardzo blisko nas, kiedy wracałyśmy z Szilunią do domu. Dzikie zwierzaki mają swoją stałą trasę, pewnie od wieków, tylko teraz człowiek im się wpakował w poprzek i przeszkadza. Szczęście, że nie jechał akurat żaden samochód i uszły z życiem. Przechodzą tamtędy wczesnym rankiem i o zmroku.
Sunia dostała po powrocie kolację oraz – na deser – przysmak włożony do środka zabawki, którą rano nabyłam w Biedronce, a która ma kształt talerza latającego, z otworami różnokształtnymi, przez które można do środka wpychać smakołyki. I jest zabawa:):) Ileż to się trzeba namęczyć, żeby zjeść to, co w środku. Gryźć całą zabawkę, próbować zębem jakoś wydłubać, jęzorem wylizywać niczym lody, podrzucać w nadziei, że wypadnie ze środka. Przynajmniej sunia się nie nudzi kiedy nie śpi. Ja też się nie nudzę, nigdy, ani przez jedną chwilę. W ogóle nie wiem co to znaczy. Mąż ogląda jakiś sensacyjny film. Nie mam siły takich oglądać, za dużo jest sensacji na co dzień.
Poniedziałek obudził się słoneczny lecz nie upalny. Przed szóstą wyszłyśmy z Szilką, poranny chłodek spowodował, że zapinałam bluzę pod szyję. Wzdłuż torów, właściwie jednego toru, bo jeżdżą nim pociągi tam i na powrót, oraz wzdłuż działek po drugiej stronie szłyśmy mając słońce z tyłu. Jakże cudnie wyglądał tak oświetlony teren. Każda roślinka najmniejsza, każdy krzak i drzewo zatrzymywały wzrok a gęba sama się człowiekowi uśmiechała do tego piękna naszej przyrody, nie można inaczej:):) A kiedy sójki zaczęły się kłócić, nawet sunia przystanęła i spoglądała w górę przekrzywiając swój czarny łebek. Potem wypatrzyła wiewióreczkę i pobiegła w podskokach za tym ślicznym stworzonkiem. Figlarka ogoniasta najpierw po pniu pionowo smyrnęła w górę, a potem z gałązki na gałązkę skacząc zniknęła na działkach. Witały nas psiaki mieszkające wraz z opiekunami na swoich działkach, bo kto może – siedzi tu cały sezon. Domki ładne są, w większości – te widoczne z dróżki – całkiem spore i myślę, że wygodnie się w nich mieszka. Na pierwszy rzut oka widać gdzie bywają dzieci. Świadczą o tym baseny nadmuchane i wypełnione wodą, huśtawki, trampoliny tak modne od jakiegoś czasu. Szkoda, że nie było takich w czasie mojego dzieciństwa, lubiłabym coś takiego mieć, oj, bardzo bym lubiła. Są też boiska do siatki i do kosza, oczywiście wielkością dostosowane do wielkości działki. Na widok Szilki indyki się rozgulgotały, ktoś kilka ich hoduje, aż moja czarnulka przestraszona odskoczyła i nawet szczeknęła. Z natury nie jest jazgotliwa, za to ma duży zasób słów i potrafi długo mówić wcale nie szczekając, lecz wydając mnóstwo innych dźwięków. W drodze powrotnej miałam słońce prosto w oczy więc nic nie widziałam bez osłonięcia oczu ręką. Szilka widziała, bo łeb trzymała przy ziemi i biegała buszując w krzakach, w cieniu. Nie mogłam iść w jej ślady, bo nie mam obroży przeciwkleszczowej 🙂 Na ulicy wcale cicho i spokojnie już nie było, wielu ludzi zmierzało do pracy piechotą albo rowerami. Samochody też już się ulicą przemieszczały, na szczęście nie w zwykłej ilości ze względu na trwające jeszcze wakacje.
Nawet babcia D. wstała w niezłej formie, zjadła śniadanie, przyjęła leki i jeszcze niczego nie szuka. Przez ostatnie dni szukała aparatu słuchowego, pierścionków, pieniędzy, zegarka. Na razie jest OK. Trzeba się cieszyć chwilą póki można. Jest pięknie.

14.08.2017

    • e.urlik Ooooo, wzruszyłaś mnie. Pewnie, że jest pięknie.
    • krzysztof213 Taki ciekawy obraz masz życia .Taki zwykły i ciekawy
    • annazadroza e.urlik:) Dziękuję. Niech miło będzie, nawet wzruszająco miło przez cały tydzień, bo od poniedziałku:)
    • annazadroza krzysztof213:) Odkąd piszę na blogu o wiele bardziej zwracam uwagę na otoczenie. Z reguły chodziłam pogrążona w swoich myślach nie wiedząc nawet, kiedy pokonałam drogę. Teraz się rozglądam. Nie wszystko zapamiętam, o nie, ale sporo:)
    • babciabezmohera Dobrego tygodnia, Aniu! 🙂
    • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Czytam codziennie, nie zawsze komentuję, ale dzisiaj postanowiłam coś napisać. Ładne, takie trafione opisy przyrody. Dzisiaj miałam okazję to sprawdzić, bo pojechałam na dziką działkę, którą próbujemy ucywilizowac. Miałam szczęście spotkać mieszkająca w kupie zbutwialych gałęzi jaszczurke, bardzo zgrabna z jasno brązową smuga na grzbiecie.
    • annazadroza babciabezmohera:) Dziękuję i nawzajem 🙂 spokojnego i miłego 🙂
    • annazadroza L.C.:) Są jeszcze bobry na działce czy się wyprowadziły? Jaszczurkę kiedyś u siebie widziałam, ale dawno. Natomiast wiem od Frankowej opiekunki, że ten niecnota poluje na nie i czasem przynosi do domu w dowód miłości jakieś niezjedzone fragmenty, brrr. dobrze, że mnie aż tak nie kocha…
    • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Bobry chyba się wyprowadziły,ale stawki zniszczyły.
    • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bobry to ładne zwierzatka, szkoda ze szkodniki.
    • annazadroza Właśnie w atlasie obejrzałam bobry. Młode pierwsze wycieczki odbywają wspólnie z rodzicami, którzy im pomagają, popychają a nawet noszą. Są monogamiczne, para zostaje ze sobą razem przez całe życie. A mogą żyć nawet 25 lat.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz