Obudził się!

Nie mogłam się pozbyć myśli o przeszczepie płuc, o operacji, która może właśnie trwała kiedy o tym myślałam. Ale – udało się! Młody człowiek już się obudził, żyje! Napisał o tym sam, więc jest ok. Cieszę się jakbym znała go osobiście.

Jednak blog to jest sprawa niesamowita, bo wokół własnego tworzy się sieć innych,  jakby krąg nowo poznawanych osób, które zaczynają istnieć w naszej świadomości. I jeszcze wywierać na nas wpływ, bo np. złapałam się ma tym, że w konkretnej sytuacji pomyślałam: a jakie zdanie miałaby babciabezmohera w tej materii albo jesiennakobieta? A kolewoczy na pewno by skrytykowała zaś krzysztof by się uśmiechnął itp, itd.Minęło zaledwie pół roku odkąd tu jestem a czuję się jakby o wiele dłużej. Dziękuję wszystkim, którzy zaglądają i pozdrawiam baaardzo serdecznie.

3.09.2017

  • babciabezmohera Jestem na blogowisku już od kilku lat i- podobnie jak Ty- bardzo się cieszę, bo to jakby moje drugie życie. Poznałam tu wiele wspaniałych osób, niektórych dodatkowo także w realu…
    Życzę Ci wielu blogowych przyjaciół i niezmiennego zadowolenia z prowadzenia bloga. :))
  • Gość: [kolewoczy] *.internetdsl.tpnet.pl O, chyba byłam na blogu tego chłopaka. Opisywał, że czeka na przeszczep płuc. Bardzo się cieszę, że już jest po operacji. Oby teraz szybko wracał do formy. Przeszczep musi się przyjąć, a na to trzeba czasu.
  • annazadroza babciabezmohera:) Faktycznie, to tak, jakby drugie życie było, obok pierwszego, realnego, takie tylko moje :Mogę sobie pisać co chcę, wreszcie swoje myśli niektóre przekazać, bohaterki powieści z szuflady na wolność wypuścić.
    Dzięki za życzenia:)
  • annazadroza kolewoczy:) Ważne, że się obudził. Pierwsze i najgorsze za nim. Teraz na pewno długo trwać musi dochodzenie do siebie, ale trzeba być dobrej myśli.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Trzymajmy kciuki

W nocy obudziła mnie ulewa. Deszcz bębnił po dachu, słyszałam wyraźnie krople rozpryskujące się na betonie. Wybiłam się ze snu i napłynęła myśl, która w ciągu dnia tylko przemknęła i zniknęła wobec następujących po sobie różnych codziennych wydarzeń. Otóż gdy rano weszłam na bloxa rzucił mi się w oczy wpis na blogu na który nieraz zaglądam, na” Oddychać łatwo powiedzieć”.
Nie tak bardzo dawno temu spędziłam pewien czas w szpitalu na Płockiej, warszawiacy wiedzą, że to specjalistyczna placówka zajmująca się chorobami płuc. Czekałam na badania i diagnozę. Miałam wtedy możliwość przyjrzeć się różnym – brzydko nazywając – przypadkom chorobowym. Wszyscy byli mili i sympatyczni, co odnosi się i do pacjentów i do personelu, ale szczególnie utkwiła mi w pamięci młoda dziewczyna czekająca na przeszczep płuc. Dotąd mam w oczach jej umęczoną buzię, jej postać pomaleńku, krok za krokiem sunącą po korytarzu, przystającą co chwilę i korzystającą z podpory mamy, która szła z nią niosąc jakieś – nie wiem co, kroplówki, czy coś innego wspomagającego oddech. Nie wiem, nie chcę nikogo wprowadzić w błąd. W każdym razie coś niosła. Albo woziła na wózku do toalety czy pod prysznic ponieważ chora nie była w stanie sama nic zrobić, była zdana na pomoc. Nie wiem jak potoczyły się jej losy, mam nadzieję, że pozytywnie.
Dlaczego o tym mówię? Ponieważ ogromnie jestem poruszona i przeżywam fakt, iż chłopak w wieku mojego Małego czeka na przeszczep płuc. 30 sierpnia odebrał telefon, pewnie najważniejszy w swoim życiu. Będzie miał operację. Poczułam, że powinnam o tym głośno powiedzieć, żebyśmy wszyscy, ile tylko nas jest na bloxie, trzymali za niego kciuki, wsparli dobrą myślą czy modlitwą. Proszę o to każdego, kto tylko może i chce.

2.09.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Przecież mamy się czym pochwalić

Wstydzę się. Uogólniając – wstydzę się za kogoś, kto staje się przedmiotem kpin, traktowania nie tylko jak ubogiego krewnego, ale jak osoby niepożądanej, niemile widzianej, sprawiającej kłopoty, obrażającej wszystkich wokół, domagającej się szacunku podczas gdy reszcie świata szacunku odmawia, zakłamanej a zarzucającej kłamstwa innym, ciemnej, zacofanej, cofającej się właściwie do
średniowiecza i inkwizycji, marzącej o karze śmierci i torturach. Nic dziwnego, że rozsądnie myślący się odsuwa od kogoś takiego. Omija
szerokim łukiem. Nie chce rozmawiać. Nie potrzebuje kontaków. Chce się pozbyć takiego gościa, co burzy spokój gospodarza, rządzić próbuje komuś w domu, wprowadza własne porządki, wyrzuca zdjęcia i pamiątki wkładając w cudze ramki zdjęcia swoje i kamratów.
Nie można mu pomóc bo nie słucha nikogo, żadnej myśli nie rozważy, krzyczy, straszy, poucza lecz…  nikt już go nie słucha. Nawet zależeć przestaje komukolwiek, żeby posłuchał i przestaje się go traktować poważnie. Ot, chory, trzeba go tylko odizolować, żeby nie zarażał. Biedny taki człowiek, oj, biedny ale chory nieuleczalnie. Jedynie gangrena z przeszłości, straszna, mająca na sumieniu miliony ofiar, z radością się przyssać próbuje…
Nie mogę pojąć dlaczego część moich rodaków pozwala sobie „wciskać ciemnotę” do głów. Nie żyjemy w XIX wieku, nawet XX mamy za sobą. Zmieniły się czasy i potrzeby. Inne są współzależności między państwami, inne możliwości współpracy i współżycia niż 100 lat temu. To „współ” – jest najważniejsze. Bo tylko w takim układzie dziś można istnieć, przetrwać zagrożenia niesione przez współczesność.
Wymachiwanie pięściami, walenie ręką w mównicę czy szarża z szabelką na czołgi już nie ma racji bytu. Patriotyzm też ma nową formę. To promowanie i pokazywanie światu tego, co mamy najlepsze i najpiękniejsze, krajobrazu, gór, jezior, parków narodowych (jeszcze), naszej literatury i sztuk wszelakich, naszego rzemiosła, naszych wynalazków będących owocem niezwykłych umysłów nieraz bardzo młodych ludzi, naszych specjalistów w poszukiwanych – albo niszowych – dziedzinach. Mamy się czym pochwalić. Tylko… jakoś nikną zasługi wobec ilości faktów, za które mi wstyd.

1.09.2017

  • fg2002 Bóg daje i odbiera …
  • annazadroza fg2002:) Tym razem nie odebrał:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 25

Nadszedł upragniony dzień wyjazdu do Tenczynka. O szóstej rano Sergiusz  przyjechał białym polonezem. Zamienił się z kolegą na okres urlopu, zostawił mu turkusowego malucha w zamian za jego samochód.

W środku siedziała uszczęśliwiona Monika, roześmiana od ucha do ucha, trzymając na kolanach koszyk z kotką. Znalazło się w nim miejsce także i dla Bibi. Obie kocie siostrzyczki, czyli Bibi i Mimi, obwąchały sobie pyszczki i po chwili spały przytulone jakby nigdy się nie rozstawały. Obie zaś ludzkie siostrzyczki, czyli Inka i Linka, narobiły hałasu na całe osiedle witając radośnie Biedroneczkę i jej  tatę. Bez ceremonii wpakowały się do samochodu, Inka przez prawe drzwi, Linka przez lewe, biorąc Monikę w środek. Ponieważ żadna nie lubiła siedzieć pośrodku uzgodniły, że co pół godziny będą się zamieniać miejscami, żeby było sprawiedliwie.

Panienki chichotały, opowiadały sobie wrażenia z wakacji, przy czym Monika wciąż powtarzała, że z babciami – czyli mamą Doroty i mamą Sergiusza – wymęczyła się i wynudziła okropnie, bo nie pozwoliły jej nigdzie iść, grać w piłkę czy bawić się z innymi dziećmi, tylko kazały siedzieć i odpoczywać. Koszmarne takie wakacje.

– Zamykały bramkę na klucz i nie pozwoliły mi wychodzić na drogę – skarżyła się, – bo tam są spaliny. Nie rozumiem jakim  cudem spaliny były na drodze a w ogrodzie nie, skoro płot jest dziurawy. Inne dzieci biegały po drodze a ja siedziałam jak małpa w klatce. To znaczy,  nie zawsze siedziałam, bo jedna sztacheta była przybita gwoździem u góry, na dole nie. No to ja urwałam drugą, rozsuwałam je na boki, ona zasuwały się same i nic nie było widać.

– Sprytna jesteś – pochwaliły Stokrotki.

– A one nie kazały ci dużo jeść, te babcie? – spytała Inka.

– Bo nasza babcia zawsze każe nam dużo jeść, nawet jak już nie możemy – dodała Linka. – I zaraz potem się kłócą z dziadkiem, bo dziadek mówi, żeby się nie znęcała nad dziećmi.

– A babcia wtedy twierdzi, że on się wcale nie zna na wychowaniu i karmieniu dzieci – dokończyła Inka.

– Tatusiu, czy tam jest ładnie, w tym Tenczynku? – spytała Monisia.

– Prześlicznie.

– Skąd wiesz?

– Widziałem zdjęcia i slajdy.

– My też będziemy robić zdjęcia?

– Oczywiście, przecież widziałaś, że spakowałem aparat.

– Mamusiu, a ty nasz aparat wzięłaś? – zapytała Inka.

– Leży za tobą, nie widzisz? Szkoda, że nie pstryknęłam wam fotki kiedy wsiadałyście do auta.

– Nadrobimy tę zaległość na pierwszym postoju. Proponuję, żeby dziewczynki robiły dokumentację fotograficzną naszych wakacji.. Codziennie inna będzie fotografem dyżurnym, zgoda?- powiedział Sergiusz.

– Zgoda – poważnie oświadczyła Linka. – Musimy przyczaić się na zamku i koniecznie zrobić zdjęcie ducha ciotki.

– Jakiego ducha jakiej ciotki? – zdumiała się Aldona.

– Tego, co straszy w zamku, ducha ciotki Doroty.

– Dziecko, co ty bredzisz? Przecież ciotka Dorota jeszcze żyje!

– I też straszy… – Sergiusz nie trzymał się za brzuch tylko dlatego, że  nie mógł puścić kierownicy. – Zaraz wam wyjaśnię. Jedna z baszt zwana jest basztą Doroty.

– A chłopcy mówili, że widzieli ducha, już go mieli złapać ale im uciekł – tłumaczyła Inka.

– Zwyczajnie zrobili was w konia, albo wy nie zrozumiałyście  co do was mówili – zawyrokowała Aldona.

– Na pewno opowiadali wam o duchu, który wychodzi z baszty o północy i snuje się na tle granatowego nieba otoczony księżycową poświatą – mówił Sergiusz ponurym głosem.

– Właśnie, z baszty Doroty – zgodziła się Aldona.

– Ty go znasz? – zafascynowane Stokrotki wpatrywały się w matkę.

– Osobiście? Nie miałam przyjemności.

– To skąd wiesz, że o północy i że się snuje?

– To Sergiusz wie. A w ogóle wszystkie duchy tak robią.

– Wcale nie wszystkie – włączyła się do rozmowy Monika. – Mogą wyć, jęczeć, dzwonić łańcuchami albo zgrzytać zębami aż idą skry.

– To dlaczego ten się snuje? – zastanowiła się Linka.

– Bo to jest zakochany duch – podpowiedział Sergiusz.

– Aha, to znaczy, że jak duch się zakocha to się snuje – pokiwała ze zrozumieniem Biedroneczka.

– Nie tylko duch się snuje… – Aldona próbowała zachować powagę.

– Nie tak. Nie duch się zakochał jak już był duchem – sprostowała Inka, – tylko duch się zakochał jak jeszcze nie był duchem i snuje się, bo mu nie przeszło. Ale czyj to duch?

– Mogę zaspokoić waszą ciekawość, przynajmniej częściowo. To duch pięknej Doroty, która nie chciała wyjść za mąż za faceta, którego jej wybrał ojciec, bo kochała innego. Ojciec ze złości kazał ją żywcem zamurować. Ciocia Teresa mi o tym mówiła.

– Jaki podły! – oburzyły się bliźniaczki. – Lepiej wcale nie mieć ojca niż takiego.

– Tatusiu, ty byś mnie nie zamurował  w baszcie, prawda? – upewniała się na wszelki wypadek Monika.

– Oczywiście Biedroneczko, że nie, przecież nie mam  baszty – uśmiechnął do córeczki. – A co, czyżbyś już się zakochała?

– Jeszcze nie, ale kobieta musi być przygotowana na wszystko – wyrecytowała dziewięcioletnia kobieta.

– Jakbym słyszał obie babcie…- pokiwał z politowaniem głową i rozejrzał się po okolicy. – Powiedzcie, czy zmienił się krajobraz, czy jest taki sam jak koło Warszawy.

– Nie! Tu są górki i daleko widać. Ojej, jak daleko!

– A teraz droga idzie do góry.

– A tam są kolorowe pola, jak tu ładnie.

Zainteresowane zmianami zauważonymi poprzez szyby samochodu na bieżąco komentowały mijane miejsca.

– Zobacz mamusiu, tam jest wysokie wzgórze. Chłopcy mówili, że zamek na takim stoi.

– Mamusiu, pójdziemy na zamek, prawda? Zaraz jak tylko przyjedziemy, proszę.

– Nie tak zaraz ale na pewno pójdziemy. Zwiedzimy też różne inne ciekawe miejsca. Z pewnością nie będziecie się nudziły.

– Skoro jesteście tak bardzo zainteresowane zamkiem, powiedzcie kto go zbudował i czyją   był własnością?

– Oczywiście Tęczyńscy – z dumą popisała się Linka, której Maciek przy ognisku opowiadał o historii i tajemnicach zamku.

– Brawo – pochwalił Sergiusz. – Powinnyście zapamiętać jeszcze jedną ważną informację i na dzisiaj wystarczy historii. Czy wiecie coś o królowej Jadwidze i królu Jagielle?

– Pewnie – tym razem Inka pospieszyła z odpowiedzią nie mogąc pozwolić, by siostra ją zdystansowała. – On rozłożył Krzyżaków pod Grunwaldem na obie łopatki.

– Zapamiętajcie więc sobie, że do małżeństwa Jadwigi z Jagiełłą doprowadził Jan z Tęczyna, a co za tym idzie, do unii polsko-litewskiej, która połączone państwa wprowadziła w okres potęgi i świetności.

– Zapamiętacie? – upewniała się Aldona.

– Już zapamiętałyśmy – odpowiedziały zgodnym chórkiem.

– Widzisz jakie mamy zdolne dzieci? – Sergiusz dumnie się wyprostował za kierownicą.

Zjechał na pobocze i stanął. Pasażerki wysiadły rozprostować nogi. Dziewczynki wykonały serię zdjęć, każda po kolei. Dzień był pogodny lecz nie upalny. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, które już miało jesienny kolor, nie blado lecz ciemnobłękitny. Powietrze świeże, ostre, wręcz chłodne wypełniło wnętrze samochodu. Nikt nie protestował kiedy Aldona zaproponowała zjedzenie drugiego śniadania. Dalszy ciąg podróży upłynął na oglądaniu zmieniających się co chwilę pięknych widoków, na podziwianiu ładnych domów stojących niedaleko szosy  oraz tych stojących dalej, usytuowanych na wzgórzach.

Dorośli przyciszonymi głosami próbowali prowadzić rozmowę, niestety nieudolnie, ponieważ nieustannie przerywały im okrzyki dzieci.

– Mamusiu, spójrz jaki cudny domek! Widzisz? Ten biały z brązowymi oknami.

– Mamusiu, spójrz jaka chatka stoi na górce pod lasem!

– Tatusiu, chciałabym mieć tyle pieniędzy co na samolot.

– Oo, a na co ci potrzebny samolot, Biedroneczko?

– Nie jest mi potrzebny samolot tylko pieniądze.

– A co byś zrobiła z tymi pieniędzmi? – pytał rozbawiony ojciec.

– Kupiłabym domek w lesie. O, taki jak tam stoi. Mogłabym wziąć różne biedne kotki i pieski co nie mają domu, w którym mogłyby mieszkać. Nawet Stokrotki zmieściłyby się ze mną. Ale by było super.

– Kto wie? – zerknął na Aldonę. – Na tym świecie dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Może choć część twego marzenia się spełni?

Ziemia krakowska witała ich słońcem, wciąż jeszcze żywą zielenią, choć czerwień korali jarzębiny rosnącej przy drodze aż nadto wyraźnie przypominała o zbliżającej się jesieni.

Piękna ta ziemia, przyciągająca oczy swą urodą, zmieniająca co chwilę kształty i kolory. To pnie się w górę sięgając nieba, to schodzi w dół poprzecinana pasami pól, urozmaicona  kępą krzewów czy drzew, by zaraz znów rozpocząć wędrówkę ku górze i spotkać się z obłokami płynącymi po niebie.

Dotarli wreszcie do Krzeszowic. Pomału przejechali przez miasteczko zwracając uwagę na nazwy ulic i wypatrzyli tę, przy której mieszkała Karolina. Mieli dla niej paczkę od Teresy, ale nie zatrzymali się. Postanowili wybrać się do niej z wizytą już po rozlokowaniu się w domku pod lasem. Po prawej stronie dostrzegli kamienną willę obrośniętą dzikim winem, z półokrągłą ścianą od frontu, pilnowaną przez dwa wysokie srebrzyste świerki. Aldona zwróciła na dom uwagę, ponieważ Teresa wielokrotnie wspominała z zachwytem ów piękny budynek.

Po przejechaniu mostu skręcili w lewo i dojechali do przejazdu kolejowego. Mieli szczęście, bo szlaban właśnie uniósł się i ruszył sznur samochodów stojących z jednej i z drugiej  strony torów. Jechali dalej. Na wprost, za zabudowaniami wznosiła się Buczyna. Po obu stronach drogi kiedyś, dawno, dawno temu, słońce odbijało się w wodzie: po lewej stronie był młyn, po prawej grobla prowadząca do wsi. Teraz wszędzie stały domy mieszkalne, resztki młyna zostały zapewne zużyte od ich budowy.

Razem z szosą skręcili w prawo, mijając wcześniej tabliczkę z napisem „Tenczynek”. Po lewej stronie mieli Buczynę, po prawej rzeczkę. Jurand pamiętał jeszcze czystą wodę, w której pływały maleńkie rybki, źródełka bijące na brzegu i powodujące nieustanny ruch piasku, łąkę pełną kaczeńców i tataraku.  Teraz rzeczką płynęły cuchnące ścieki granatowego koloru, łąkę zaś zasypano i zrobiono skład węgla. Cóż, niech żyje postęp, niech ludzkość idzie do przodu depcząc to, co stoi na drodze, nie zdając sobie sprawy, że niszcząc życie w rzece – niszczy siebie, usypując kopiec na łące –usypuje swoją mogiłę. Czyż kiedyś przyjdzie na ludzi opamiętanie?

Przejechali nad tą cuchnącą rzeczką i pojechali prosto w pola, mijając Zamkową Drogę i Styrek. Za kapliczką, pod lasem dotarli wreszcie do ogrodu uśpionego, cichego, zamkniętego ze wszystkich stron porządnym parkanem, strzeżonego przez bramę z wielką kłódką, ukrywającego w gąszczu zieleni ukochany dom Juranda.

Sergiusz otworzył bramę, wjechali do środka. Aldona wysiadła i prawie zatoczyła się uderzona upajającym, chłodnym powietrzem, wiatrem niosącym leśne wonie od strony lasu, a polne – od pól. Trzeźwo pomyślała, że najpierw trzeba się rozpakować a dopiero potem zachwycać do woli. Wzięła co było pod ręką i ruszyła w stronę domu.

1.09.2017

  • fg2002 Jesteście bardzo sympatyczni. – A może to nie o Was?
    Polecam opowieść o Erwince Barzychowskiej.
  • annazadroza fg2002:) Przeczytałam. Wstrząsające. Takich Erwinek są tysiące. Współcześnie, aktualnie, dzisiaj. Może w tej właśnie chwili na przykład w Syrii. Nawet 10-ciu nie chcieliśmy przyjąć i wyleczyć. Żeby przeżyły. Są wciąż na całym świecie, bo agresja i nienawiść biorą górę. A wystarczyłoby stosować 10 przykazań nie tylko w stosunku do innych ale przede wszystkim do siebie. Byłby raj zamiast piekła.
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

„Do zobaczenia w Paryżu”

autorstwa Michelle Gable to powieść oparta na prawdziwych losach Gladys Deacon, niezwykle barwnych i fascynujących. Autorka natrafiła przypadkiem na postać późniejszej księżnej Marlborough i uczyniła ją klamrą spinającą wydarzenia z życia bohaterek powieści, matki i córki, których losy poznajemy fragmentami, bowiem akcja toczy się na dwóch planach czasowych równocześnie – w latach siedemdziesiątych oraz w roku
2001. Poprzez zaskakujący rozwój wydarzeń córka ma okazję „spotkać” matkę jako dziewczynę jaką była kiedyś i poznać jej przeżycia z przeszłości. Matkę, która okazuje się zupełnie inną kobietą niż Annie znała przez całe życie. Są tam tajemnice, wojna w Wietnamie wywierająca okrutny wpływ na ludzi i ich losy (matka), w Afganistanie (córka), intrygująca postać starej księżnej, pisarz usiłujący stworzyć biografię ekscentrycznej, przeszło dziewięćdziesięcioletniej pani, rodzące się uczucia, poszukiwanie ojca i inne jeszcze wydarzenia.
Najbardziej jednak zaintrygowała mnie postać księżnej, która „uchodziła niegdyś za najpiękniejszą – i najbardziej gwałtowną – kobietę, jaka żyła na świecie”. Przedmiot miłości i pożądania współczesnych jej artystów i polityków. „Ja się nie urodziłam. Ja się wydarzyłam” – mówiła o sobie.

31.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Być razem i współistnieć

Znów słyszę jedną bzdurę za drugą. O wstawaniu z kolan już nawet wspominać nie warto. Bo jak kto przy tym wstawaniu wali się w łeb tak mocno, że przytomność traci i rozum mu się miesza do tego stopnia, iż rzeczywistości nie potrafi odróżnić od sennych majaków – to tylko w szpitalu jest miejsce. O konkretnej specjalizacji. Inaczej pomóc się nie da. W ostateczności odizolować od pozostałych pacjentów trzeba, żeby zagrożenia dla zdrowia i życia innych nie stanowił. Tam sobie taki chory bredzić może do woli. Że na przykład spacerowiczom płacili za spacery w ładną pogodę. Że niby życia trzeba bronić zanim jeszcze zdyszany plemnik do komórki jajowej dopadnie, ale uczciwym ludziom za oddanie i poświęcenie przez lata całe środki na życie zabrać można powodując udary, wylewy, zawały, samobójstwa. Lotrom, szubrawcom, draniom, oprawcom takie „przypadki” nie grożą. Już dawno się zabezpieczyli do n-tego pokolenia nawet i poszli w „dobrą” stronę. Że na przykład Wolfgang jest dobry, bo po „właściwej” stronie a biednego chorego Wałęsę trzeba koniecznie zgnębić do końca, żeby już zszedł z tego świata i przestał bruździć – aby oblicze jedno w dwóch postaciach mogło go zastąpić skutecznie. I namieszać do końca w głowach tych co nie pamiętają, albo biorą odpowiednią ilość srebrników. Coraz mniejsza jest ich ilość, tych srebrników, a coraz więcej potrzeba. Żeby „zamydlić” oczy ciemnemu ludowi trzeba nowe fronty nowych wojen otwierać. A to nakrzyczeć na innych rządzących w innych krajach, niech się boją, tylko… już wszyscy takie szczekanie mają w głębokim poważaniu…. A to skłócić do reszty tych jeszcze niepokłóconych. A to pojechać do Włoch na przykład na wycieczkę mówiąc, że w obronie. Po co? Znają środowisko, ci co pojechali? Język znają? Kontakty mają? Potrafią się poruszać po obcym terenie? Po swoim nie potrafią, nie mogą znaleźć zaginionych, uwięzionych kobiet i dziewcząt. Nie potrafią zareagować na prośby o pomoc we własnym kraju a tam jadą kampanię reklamowo-wyborczą sobie robić? Jak kobieta maltretowana przez faceta w kraju o pomoc woła – to się nie mieszamy, miru domowego nie naruszamy, boskiego prawa trzeba przestrzegać… itp. androny wygłaszają. Ale jak ugrać można coś przed wyborami, załapać kilka punktów – to wszystkie chwyty dozwolone. A u nas – jakoś pechowo – okres wyborczy jest zawsze, bezustannie i bez przerwy. I mimo dwóch lat rządzenia wciąż kompleks poprzedników rządzi w miejsce rozumu.
W niektórych kręgach rozsądek zaczyna się odzywać, chciałoby się powiedzieć: dzięki Bogu. Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki podziękował przecież prezydentowi za weta. Zaś prymas Polski abp Wojciech Polak na Jasnej Górze powiedział mądre słowa.
„Mamy szanować porządek i ład społeczny, a nie bezmyślnie go burzyć, dla takich czy innych racji. Mamy szanować ład konstytucyjny, który jest gwarantem naszego bycia razem i współistnienia, a nie nadwyrężać go czy omijać”.

30.08.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Trafne spostrzeżenia.Widać,że i u hierarchów kościelnych pojawiają się wreszcie właściwe reakcje na to co się dzieje w Polsce,szkoda że nie wszyscy oni zajmują się tym do czego zostali powołani ale np.biznesami.
  • babciabezmohera Nie dziwię się, że jesteś poirytowana, bo ja w stanie poirytowania i sprzeciwu wobec tego, co się dzieje, jestem już od dłuższego czasu i też regularnie o tym piszę.
    Martwi mnie rodzaj uśpienia czy zmrożenia naszego społeczeństwa. Da się oddać wolność i samostanowienie a przyjąć obrożę i kaganiec za miskę soczewicy?… Smutne to bardzo! :(((
  • Gość: [Sylwia] 91.229.22.* Ja jestem tym młodszym pokoleniem i myślę, że problem w tym że większość ludzi myśli tak jak ja – A co ja sama mogę zmienić. Wolę się nie wtrącać.
    Wiem, że to źle… ale obecny stan sytuacji życiowej nie pozwala mi na dokonania za, które ludzie kiedyś walczyli.
  • annazadroza Obserwator:) Rozumiem, że masz na myśli – m.in.- najsłynniejszego biznesmena w sukience, jako najbardziej pokazowy przykład tezy, iż wiara i kościół to dwie różne sprawy, czasem tak różne, że nie do pogodzenia. Dobrze, że się okazuje, iż w takiej ogromnej masie kleru są jednak ludzie myślący rozsądnie. Może odważą się ujawniać biorąc sobie do serc słowa prymasa Polski.
  • annazadroza babciabezmohera:) Jak widać da się nawet za niepełną już teraz miskę i bez żadnej gwarancji, że za czas pewien znajdzie się w niej choć garsteczka ryżu.
    Społeczeństwo obudziło się na chwilę, na czas protestów. Gdzie jest ta zjednoczona opozycja?W dalszym ciągu nie widać realnej przeciwwagi dla pisowego towarzystwa. Ono każdego zakrzyczy, a za chwilę zastraszy, zamknie, zniszczy. Do wyborów pójdzie jeszcze mniej ludzi. Bo ich obrzydzenie bierze na myśl o politykach. Nie zdają sobie sprawy (???!!!), że tym samym oddają władzę wrażym rękom.
  • annazadroza Sylwia:) Są różne sytuacje życiowe, nie zawsze można głośno wypowiadać swoje zdanie, trzeba gdzieś pracować, za coś żyć, utrzymać rodzinę. Ale można i trzeba iść na wybory i oddać głos świadomie. Poza tym starać się nie robić krzywdy i mieć czyste sumienie. Tylko tyle. Pozdrawiam młodsze pokolenie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 24

Zwinięty w kłębek Maks drzemał pod srebrnym świerkiem. Było to jedno z jego ulubionych miejsc. Dzieci siedziały przy kolacji. Ponieważ jadły ziemniaki ze śmietaną mógł spokojnie drzemać, takich rzeczy nie brał do pyska. Aba owszem, toteż siedziała przy schodkach wiodących z kuchni do salonu i zastanawiała się co zrobić: ukraść czy poczekać aż ktoś zlituje się i włoży żarełko do miski.

Leżał więc Maksio nie niepokojony przez nikogo, we śnie gonił zająca. Zając wskoczył na drzewo i dopiero wtedy poznał, że to Mićka. Zaskomlił przez sen cichutko. Po chwili przyśniło mu się, że słyszy pikujący tuż nad głową samolot, który latał i latał, silnik pracował i pracował na wysokich obrotach, wył, ryczał, bzyczał, brzęczał i wreszcie usiadł na psim nosie. Uparty jakiś czy co? Maks otworzył jedno oko i potrząsnął łbem. Ogromna mucha siedziała na wprost lewego oka i nie miała zamiaru stamtąd się ruszać. Znowu potrząsnął łbem, szczeknął i nic. Mucha urządziła sobie spacer po ogromnej kufie. Jedną łapą usiłował zetrzeć ją powierzchni ziemi, a raczej z własnego nosa, ale nic z tego. Druga łapą – bez rezultatu. Pomału, nie spiesząc się, przełaziło muszysko na drugą stronę psiej „twarzy”. Wreszcie Maksio podniósł obie łapy jednocześnie, niczym niedźwiedź wybierający miód z barci i opędzający się od roju pszczół. Ponieważ jednak nie był niedźwiedziem, zarył pyskiem w trawę i leżał zdziwiony, nieszczęśliwy i rozpłaszczony jak pies Pluto.

Niefortunne spotkanie obserwowała Mićka zwabiona dziwnym zachowaniem przyjaciela. Arik w kuchni wylizywał miseczkę po śmietance i poza tą arcyważną czynnością nie obchodziło go nic na świecie. Mićka bystrym wzrokiem przyjrzała się leżącemu Maksowi, przyczaiła się do skoku, uderzyła ogonem o ziemię raz z jednej strony raz z drugiej i po chwili podążała drobnym kroczkiem w stronę Altanki Pod Bachusem trzymając w pyszczku Maksiową prześladowczynię. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – pomyślał z pewnością Maks i dopiero wtedy uświadomił sobie, że słyszy warkot silnika swojego samochodu.

Pocwałował pod górkę. Stanął przy skalniku i rozszczekał się na cały głos. Jego szczekanie będące wyrazem radości, przywiązania, wierności i ogromnej miłości obiegało cały las i wracało echem. Z czerwonego malucha wysiadła jego ukochana pani!

– Mordulko moja, kochany, maleńki pieseczku – zawołała.

„Pieseczek” i do tego „maleńki” już był przy niej. Skakał, mruczał jak kot tylko znacznie głośniej, lizał po rękach, szturchał nosem. Głaskała tulący się łeb, klepała po karku, przykucnęła i przytuliła z całej siły olbrzymią futrzaną kulę miłości, przeogromnego, bezinteresownego psiego przywiązania.

Z Domku wyskoczyła Aba. Dopiero teraz, ponieważ stwierdziła, że skoro ktoś się nagle przed domem  pojawił, to należy dokładnie wyczyścić wszystkie miski w domu. Jeszcze oblizywała mordkę, kiedy w powitalnych podskokach omal nie zwaliła Teresy z nóg. Maksio tymczasem w kulturalny sposób przywitał się z Aldoną. Nie wiadomo skąd zjawiła się Mićka i „cała mrucząca” witała się z panią ocierając się nogi i uniemożliwiając zrobienie kroku. Teresa wzięła kotkę na ręce, przytuliła do policzka. Po chwili zza krzaków wynurzył się Arik, popatrzył stojąc nieruchomo i po namyśle też raczył się przywitać.

Z wnętrza Domku „wysypały się” wszystkie dzieciaki.

– Musia, moja Musia przyjechała – krzyknął Kuba rzucając się matce na szyję.

Szczęście, że równocześnie z bratem dobiegł do niej Maciek, bo mogła się na nim wesprzeć. W przeciwnym wypadku runęłaby na ziemię wraz ze słodkim ciężarem, coraz cięższym zresztą.

– Mamusiu, mamusiu, a co z Bibi? Czy jest zdrowa? Czy nie zginęła? Czy urosła?  – wołały Stokrotki.

– Ciocia, a kiedy mama przyjedzie? – szarpał Teresę za rękę Jędrek.

– Ciocia, cy wujek Michał ma lepsy węch nis Aba? – dopytywał się Kajtuś.

Wszystkich zaskoczyło Kajtusiowe pytanie.

– Co ma piernik do wiatraka? – wybałuszył oczy Marek.

– Psecies wujek ma więkse wąsy od Aby – tłumaczył malec.

Nadchodzący właśnie Dziadek usłyszał słowa chłopca i parsknął śmiechem.

– Kajtuś jest bezkonkurencyjny – powiedział. – Chciał psom poobcinać wąsy, więc wytłumaczyłem jaką pełnią rolę i dlaczego nie wolno tego robić.

– W tym układzie pytanie jest jak najbardziej logiczne – stwierdziła Teresa. – To się Dorota ubawi, kiedy jej opowiem jakiego ma myślącego synka.

– Jak będę duzy, to sobie zapusce najdłuzse wąsy na świecie – poważnie oświadczył Kajtuś.

Przyjaciółki weszły do Domku a tam powitał je Bartek.

– Ciotki, a wy wiecie co my jedliśmy? Bryzgane ziemniaki!

– Jakie? – zdziwiła się Aldona.

– No przecież mówię, że bryzgane!

– A… jakie to są?

– Takie polane śmietaną.

– To dlaczego bryzgane?

– Bo one się nazywają bryzgane.

– Chyba zwariowałam. Co ty mówisz? Dlaczego nie zwyczajnie „polane” tylko „bryzgane”?

– Bo je baba bryzgała.

– Bartek bo zdejmę buta i … – nie wytrzymała Teresa.

– … i zdzielę w ten durny, ryży łeb… – podpowiedział Jędrek.

– Jaka baba?

– Nie wiem, przecież jej  nie znam.

– To skąd wiesz, że baba?

– Bo jak nie chłop to kto? – zdziwił się chłopiec.

– Nie chłop tylko rolnik – niepewnie wtrąciła Aldona.

Dziadek stał oparty o kredens i trzymał się za brzuch śmiejąc się do rozpuku.

– Dopiero przyjechałyście a mnie już brzuch boli ze śmiechu. Chodźcie na werandę, usiądźcie na moment spokojnie. Opowiem, dlaczego ”bryzgane”.

Przez zachodnie okno słońce rzucało złote, pomarańczowe i czerwone blaski, mrugało spoza liści poruszanych lekkim, przedwieczornym powiewem wiatru. Cisza i spokój płynęły nad ziemią kojąc rozdygotane ludzkie nerwy. Zapach róż i bujnej zieleni upajał i rozmarzał.

– Jak ja cię kocham Domku, i was drzewa, i ciebie łąko – szepnęła Teresa wodząc wokoło roziskrzonym wzrokiem.

– Siadajcie dziewczyny – Dziadek nieco odsunął stolik, żeby mogły dostać się do ławki i wygodnie usiąść.

– A gdzie pani Basia? – zainteresowała się Aldona.

– Prawda, na śmierć zapomniałam o własnej teściowej, gdzie ją poniosło? – zreflektowała się Teresa.

– U pani Kozakowskiej, mają jakieś swoje sekrety. Częstujcie się, proszę.

Podsunął im dzbanek pełen kompotu oraz talerz z ułożonymi w stos dużymi kwadratami  ciasta z jabłkami.

– Jejku, niedługo będę gruba jak beczka – jęknęła Teresa zabierając się za unicestwianie sporego kawałka ciasta.

– Nie musisz od razu wszystkiego pożreć, zostaw trochę dzieciom – skomentowała Aldona.

– Jedzcie, jedzcie, możecie pałaszować do woli, nie przybędzie wam od tego na wadze. Basia zaraz upiecze następne. A i tak na nas krzyczy, że za pomału jemy. Ona uwielbia piec ciasta. A jutro przyjedzie Helenka, też z ciastem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie przywiozła.

– No to opowiadaj, tatusiu, o tych ziemniakach – przypomniała Teresa.

– Dawno temu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody, razem z Kaziem i Staszkiem po ćwiczeniach w terenie byliśmy zmęczeni i głodni jak wilki. Późno, po wsiach sklepy już pozamykane a nam kiszki z głodu marsza grają. Wreszcie stukamy do jakiejś chałupy i pytamy babę, czy mogłaby nam sprzedać coś do jedzenia. Widocznie żal jej się zrobiło młodych chłopaków i mówi, że może nas poczęstować ziemniakami. Niech będą ziemniaki. Wszystko byliśmy w stanie przełknąć, tak nam się przynajmniej wydawało. Wkrótce ziemniaki wjeżdżają na stół. Baba mówi, że do ziemniaków nic nie ma, mogą być bryzgane. Niech będą bryzgane. Myśleliśmy, że czymś po prostu omaszczone. A ona przyniosła śmietanę, wzięła duży łyk do ust i fruuu…”pobryzgała” nam ziemniaki po talerzach, jak dawniej kobiety wodą pranie przed prasowaniem.

– I co, smaczne były? – chichotała Teresa.

– Zjedliście? Naprawdę? – Aldonę aż wstrząsnęło z obrzydzenia.

– Zapłaciliśmy kobiecie czym prędzej i już nas nie było. Została z pełnymi talerzami i ogłupiałym wyrazem twarzy. Od tej pory ziemniaki ze śmietaną są bryzgane. Nazwa przyjęła się na zawsze. Niedawno przypomniała mi się ta historia i opowiedziałem dzieciakom. Bardzo im się podobało, a Brysie nawet się pobiły przy okazji.

– Jak to?

– Maciek, jak zwykle nie patrząc co robi, zupełnie niechcący wyrżnął Kubusia w głowę, na co tamten oczywiście natychmiast się spienił ze złości i musiał mu oddać.

– Wiadomo, przecież nie mogło być inaczej – Teresa dobrze znała reakcje swoich skarbów najdroższych.

– Obeszło się bez rozlewu krwi, ponieważ w porę sobie przypomnieli, że dziewczynki na nich patrzą. Dzięki Stokrotkom miałem z tą męską bandą lepsze życie, lżejsze niż bez nich.

– Naprawdę? To bardzo się cieszę, bo muszę przyznać, że cały czas gryzły mnie wyrzuty sumienia. Miał pan na głowie tyle dzieci a ja jeszcze dołożyłam swoje – sumitowała się Aldona.

– Zupełnie niepotrzebnie. Na tym terenie dzieciaki się po prostu rozpływają, rozłażą i nie ma ich. A przecież powierzchnia nam się powiększyła o część Dorotki i jej brata, mają więc gdzie szaleć. Poza tym nie byłem sam. Basia jest przez całe lato, Helenka prawie też, co chwilę ktoś przyjeżdża, a na weekendy obowiązkowo moja córcia z mężem i Dorotka ze swoim szczęściem. Myślę, że dziewczynki są zadowolone. A ty, dziewczyno, wykorzystałaś ten czas na odpoczynek?

– Ładny odpoczynek – spojrzała na przyjaciółkę Teresa. – Harowała przez cały czas jak dziki osioł. Urządziła całe mieszkanie. Zrobiła to, na co ja się nie mogłam zdobyć przez dziesięć lat.

– Bo ci się tak ułożyło, nie twoja wina – odpowiedziała Aldona. – Ja też niczego bym nie zdziałała gdyby nie Sergiusz. On wszystkiego pilnował, trzymał rękę na pulsie i ciągle wymyślał coś nowego.

– Dobry chłopak – stwierdził Dziadek. – Zapalił się do budowy domu ogromnie, nawet wybraliśmy miejsce, w którym powinien stanąć.

– Codziennie ma nowy projekt, oczywiście za każdym razem najlepszy i prawie ostateczny – powiedziała Aldona uśmiechając się na samo wspomnienie Sergiusza.

– Aż w końcu trafi na ten właściwy, jeden jedyny i już od niego nie odstąpi – podsumowała Teresa. – Sama zobaczysz. Albo, wiesz co, ty sama na to wpadniesz. Tak będzie najlepiej.

– Nie bredź – machnęła Aldona ręką pozornie tylko lekceważąco.

Maciek z Markiem wpadli na werandę poprzedzani przez rozjazgotaną Abę.

– Musiu, przywiozłaś książki, o które prosiłem?

Maciek namiętnie czytał literaturę science fiction i ciągle mu było mało. Nadrabiał zaległości wynikające z wieloletniej niechęci do czytania będącej wynikiem awersji do nauczycielki, przez którą miał mnóstwo problemów. Teresa ubolewała, że skupił się na jednym gatunku, ale ojciec ją uspakajał.

– Ciesz się, że w ogóle zaczął sam zaglądać do książek z własnej i nieprzymuszonej woli. Niech czyta co chce, reszta przyjdzie sama.

Dziadek miał rację, bo kiedy chłopiec pochłonął przywieziony zapas lektury, sięgnął po MacLean`a i Folleta z Dziadkowej nocnej szafki.

– Marek! Ależ ty urosłeś! – wykrzyknęła zdumiona Aldona stając obok chłopca. – Maciek wygląda tak samo a ty rośniesz w oczach.

– A w rękach i nogach to nie? – zażartował Dziadek.

– Ciociu, bo Maciek ma wakacje i nie musi rosnąć jak mu się nie chce, a ja jestem pracowity i rosnę cały czas – tłumaczył urwis puszczając oko do Teresy.

W Cięciwie czas płynął bardzo szybko. Szczególnie wtedy, kiedy trzeba było wyjeżdżać. Przyszła pani Basia, a właściwie babcia Basia, bo tak wszystkie dzieci do  niej mówiły. Posiedzieli razem na werandzie aż zmrok zaczął wypełzać z ziemi, z trawy, spod lasu i zaganiać ludzi do domów, zwierzęta do stajni i obór. Wygonił też Teresę, Aldonę i Stokrotki z Cięciwy

Dziewczynki płakały przy pożegnaniu. Babcia Basia też miała wilgotne oczy, bo obie ją wycałowały, powiedziały, że codziennie będą o niej myśleć, a jak tylko wrócą z wakacji do Warszawy, to natychmiast ją odwiedzą, bo jest „superbabcią”. Nawet chłopakom było smutno, choć poszturchiwali się i nadrabiali minami. Przekonali się, że Inka i Linka to nie rozmazane beksy, ale kumple, z którymi można konie kraść. Smutny był też Maksio, bo pani znowu odjeżdżała. Co prawda zostawiała mu całe stado do pilnowania: dzieci, Dziadka, Babcię, nawet Abę i wszystko po to, żeby się nie nudził. Cóż, znowu będzie musiał zwracać uwagę na przejeżdżające auta.

Późną nocą czerwony maluch dotarł do Ursynowa. Dziewczynki podczas jazdy opowiadały o przeżyciach: jak chodziły na grzyby, jak Maks stoczył walkę z Miśkiem od gospodarza, jak siedziały na koniu, jakie ładne są malutkie prosiaczki, jak Marek zgubił się w lesie i wszyscy go szukali i w końcu Maks go odnalazł śpiącego w pokoju bo wcale do lasu nie poszedł, jak Arik łowił łapką ryby, jak Mićka uciekła przed myszą i schowała się za babcię, jak Aba i Maks wpuścili obcego pana za bramkę ale już nie dali mu wyjść, jak w nocy dziki przeszły przez podkop pod siatką, jak…Obie matki milczały ogłuszone ilością informacji i tempem ich przekazywania.

– Wiecie co? Zrobiłybyście furorę w Teleekspresie – stwierdziła Teresa i skoncentrowała się na prowadzeniu samochodu tym bardziej, że na szosie był duży ruch a oślepiające światła aut jadących z przeciwka utrudniały jazdę.

Czerwony samochodzik na chwilę się zatrzymał, wyskoczyły z niego dwie damy, trzecia wysiadła statecznie, on zaś pojechał dalej rad, że już blisko domu. Z owych trzech dam dwie zostały siłą wepchnięte pod prysznic. Ze zmęczenia, z ogromu wrażeń i nieustannego trajkotania zasypiały na stojąco. Trzecia, zlitowawszy się nad nimi, wyjęła im pościel, przygotowała łóżka do spania i zaniosła piżamki do łazienki.

Ledwo ucałowały nosek Bibi, już spały.

29.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

URODZINY CÓRCI K.

W weekend wcale Lapcia nie włączałam, więc nie wspomniałam o najważniejszej rocznicy, którą były URODZINY SYNOWEJ K.
Tak wiec Kochana Córeńko, niech Ci się spełnią życzenia, marzenia, pragnienia :):):) Skoro Mały się uśmiecha, kiedy o Tobie mówi, to ja też jestem szczęśliwa. Po stosunku do zwierząt poznaję człowieka, więc Ty jesteś najlepszym człowiekiem ze wszystkich, bo serce oddajesz pokrzywdzonym przez człowieka psom ze schroniska. Bo Bimber ze schroniska trafił do naszej rodziny. Bo zgodziłaś się na przygarnięcie Burbona, który za Wami przyszedł aż z Bereśnika i został. Bo poświęcasz swój czas na kursy i uczysz się wciąż jak pomagać zwierzakom. Bo moją Szilkę przywiozłaś  z lasu i przechowałaś przez tydzień sprawdzając w jakim stopniu nadaje się „do życia w rodzinie”. Bo dzięki Tobie mam Wnusię Z., cudną i kochaną dziewczynę. Bo wreszcie – sama jesteś kochaną dziewczyną. Cudną też:):):) W końcu Mały ma po mnie dobry gust:):):)

Kochanie, niech więc szczęście i radość idą za Tobą krok w krok, i – oczywiście tradycyjnie – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ.

28.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 23

Przed urlopem Aldona wzięła udział w uroczystości, która dla niej wcale miła nie była. Dyrektor rzeczywiście odchodził i żegnał się z pracownikami. Patrzyła i słuchała ze smutkiem. Ten człowiek miał dobroć wypisaną na twarzy. Znał swoją pracę od podszewki, przeszedł wszystkie szczeble kariery dochodząc do szczytu, starał się nikogo nie skrzywdzić i nie urazić, nie odrzucał nowych pomysłów pracowników lecz zawsze sam je analizował i, przekonawszy się o słuszności, przyjmował. W przeciwnym wypadku – odrzucał jako bezużyteczne.

Rozglądając się dyskretnie wokół zauważyła, że Marian stoi obok jakiegoś mężczyzny i coś mu zawzięcie szepce do ucha. Dotąd biegał jak piesek za dyrektorem. Teraz, kiedy starszy pan odchodził i nic już od niego nie zależało, natychmiast począł skakać na dwóch łapkach koło kogoś innego. Cóż, umarł król, niech żyje król. Ten, który przechodził w stan spoczynku, był zbyt mądrym, inteligentnym człowiekiem, by słuchać podszeptów i donosów. Ale co będzie dalej? Westchnęła ciężko. Jak się potoczą losy firmy i ludzi z nią związanych? Czy zostanie doceniona praca, czy może ten, kto uczciwy pójdzie na bruk a zostanie donosiciel i kłamca?

Jak to dobrze, że ona ma jeszcze przed sobą urlop. Będzie mogła wyłączyć się na całe dwa tygodnie, nie myśleć, nie tracić nerwów. Nie będzie w tym czasie słuchać radia ani oglądać telewizji. Nie chce wiedzieć co się dzieje, kto strajkuje, kto i na co podniósł ceny, kto kogo chce rozliczać robiąc dokładnie to samo co potencjalny rozliczany albo jeszcze więcej. Brr, co się z tymi ludźmi porobiło.

Wystarczy się rozejrzeć, choćby tutaj. Nawet niektóre kobiety zupełnie pogłupiały. Jak można się tak wystroić do pracy? Albo zrobić z siebie takie czupiradło jak to z oczami w neonowej obwódce? Przecież one wyglądają jak stare, „przechodzowane”…tfu, co za myśli. Miała nikogo nie oceniać po wyglądzie. Niech każdy nosi co chce i jak chce. Najwyraźniej jest już bardzo zmęczona atmosferą niepewności i bezustannego zagrożenia.

Po zakończonej uroczystości poszła do swojego pokoju. Zadzwoniła Teresa oferując zawiezienie do Cięciwy nazajutrz po pracy oraz powrót wraz ze Stokrotkami. Chętnie przyjęła propozycję, bowiem zbliżał się termin wyjazdu do Tenczynka.

Po drodze opowiadała przyjaciółce o sytuacji w firmie, o atmosferze niezupełnie sprzyjającej pracy, uczciwej pracy, o pomysłach, których nie ma możliwości wprowadzić w życie.

– Powiem ci szczerze, że sama doszłam do mądrego wniosku: najlepiej jest pracować dla siebie i u siebie.

– Niby tak, ale to nie do zrealizowania, teraz jest najgorszy okres na tworzenie czegokolwiek. Zresztą co ja potrafię? Znam swoją pracę, ale co poza tym? Schować dyplom do szuflady i iść sprzątać ulice? Tam też za chwilę będzie konkurencja i odpadnę, bo się okażę za stara, dwudziestu lat już nigdy nie będę miała. Ludzie zaczną kraść z głodu a najbardziej aktualną lekturą, dla tych dzieci oczywiście, których rodziców będzie stać na płacenie za szkołę, stanie się „W piwnicznej izbie” i „ Jaś nie doczekał”. Zresztą, po co się przejmować, wystarczy po zmroku wyjść z domu. Zaraz cię zamordują i będzie z głowy. Policjanta nie uświadczysz, bo skąd? Tylko samobójca może latać nocami po ulicach, nadstawiać karku z gołymi rękami, bo jak użyje broni, będzie miał kłopoty nie do opisania.

– Ależ ja wcale nie mam zamiaru dać się zamordować. Będę żyła sto lat w zdrowiu, szczęściu, radości i dostatku – Teresa próbowała wprowadzić pogodniejszy nastrój. – Tobie też proponuję przyjąć powyższe założenia. Miałaś chyba ciężki dzień? – domyśliła się powodu kiepskiego humoru towarzyszki podróży.

– A bo to jeden? Zdaję sobie sprawę, że jestem rozdrażniona niemożnością jakiegokolwiek sensownego działania, patrzeniem na takich, co  biorą pieniądze jedynie za odciski na czterech literach.

– Za co?

– A za to, że robią sobie odciski na siedzeniu, bo ile godzin możesz siedzieć w jednym i na jednym miejscu? I jeszcze straszą i szantażują. Taki syn ci powie, oczywiście nie wprost ale owijając w bawełnę, że jeśli nie pójdziesz z nim do łóżka, to cię wyrzuci z pracy na zbity pysk.

– Zawsze jest tak, że w okresach przejściowych najwięcej do powiedzenia w każdej dziedzinie życia mają ludzie bez skrupułów. Tacy, których poziom moralny jest bardzo niski, a właściwie nie ma go wcale. Potem, w miarę normowania się sytuacji takie kanalie są eliminowane, same się eliminują. Tak jest w czasie rewolucji i przewrotów od początku świata.

– Masz  rację, oczywiście, ale na całym świecie okres przejściowy przechodzi, prawda? Przemija po prostu i zmienia się w okres stabilizacji i normalnego życia. A u nas trwa zawsze. Nie ma ciągłości, nie ma rozwoju. Jest tylko negacja wszystkiego co było i chęć niszczenia. Popatrz na historię, nigdy nie umieliśmy się uczyć na błędach i wciąż popełniamy te same. Już Mikołaj Rej powiedział o Polaku, że „i przed szkodą i po szkodzie głupi”

– To jest bardzo smutna prawda. Tak jak bardzo przykry jest dowcip, że diabły w piekle nie muszą pilnować kotła z Polakami, bo jeśli jeden choć trochę wyżej głowę podniesie, to „życzliwi” rodacy na powrót szybciutko wciągną go do smoły.

– Mędrcy łamali sobie głowy nad tym jak zmienić tę sytuację i co? I nic z tego.

– Wiesz co mi się wydaje? Że to wina postępującej degeneracji, postępującej przez wieki. W walkach wyznaczających naszą historię, ginęły zawsze najlepsze, najwartościowsze jednostki. Zostawali tchórze i krętacze. Oczywiście nie tylko, wiadomo. Ale kto walczył w powstaniach? Kto ginął? A hieny bogaciły się na tragedii rodaków i się rozmnażały przekazując swoje geny. Przypomnij sobie zabory, powstania, zsyłki, wynaradawianie. Kto był odważny, szlachetny najczęściej tracił jeśli nie życie to zdrowie, majątek, chęć i motywację do życia. O cholera! Widzisz go? – Teresa ledwo zdążyła zahamować przed pijanym indywiduum, które zatoczyło się z pobocza na jezdnię i jeszcze coś bełkotało.

– Widzę. I to bydlę ma takie same prawa jak ja, jego głos liczy się tak samo jak mój! A wiadomo, że zagłosuje na tego, co mu da na wódę, albo obieca, że da.

– Właśnie. Przejechałabym taką kreaturą a musiałabym odpowiadać jak za człowieka. Uff, jeszcze mi się wszystko trzęsie.

Wystawiła głowę przez szybę. Pijak stał oparty o drzewo i bełkotał coś chwiejąc się na wszystkie strony.

– Na drugi raz nie zahamuję, żebyś wiedział, ty…- ugryzła się w język i cicho mruknęła: – nie będę się poniżać rozmową z czymś takim.

Dopiero po długiej chwili położyła ręce na kierownicy i była w stanie jechać dalej. Kreatura ułożyła się w rowie na trawie i pewnie zasnęła.

– Wpadłyśmy w minorowy nastrój. A przecież powinnyśmy się cieszyć, bo jedziemy do dzieciaków, do oazy spokoju, szczęścia i dobroci.

– To prawdziwa oaza. Wiesz, Sergiusz wymyślił hodowlę psów, a ja, można powiedzieć, weszłam w to wyobrażenie. Wyobraziłam sobie życie tu, na wsi, oczywiście w domu z wszelkimi wygodami, bez umartwiania się. Ale płynące własnym rytmem, nie poganiane i nie wyznaczane przez nikogo. To jest właśnie to czego mi trzeba.

– Jeśli chodzi o Sergiusza…czy będę bardzo niedyskretna jeśli o niego spytam?

– A konkretnie?

– Co o nim myślisz?

– Wszystko co najlepsze. Zupełnie nie poradziłabym sobie bez niego. Bezwiednie dał mi tyle szczęścia, że powinno mi wystarczyć na resztę życia.

– Nie pleć. Być może życie dopiero się zaczyna, to znaczy twoja część szczęśliwego życia.

– Boję się takich myśli. Cieszę się tym co mam, każdą chwilą. Bez oczekiwań, bez względu na to jak się dalej losy potoczą. Jestem szczęśliwa z samego faktu jego istnienia, bo nie znać go i  nie kochać byłoby jeszcze gorzej.

– Cóż, Doniczko, przepadło, wygadałaś się – zaśmiała się uradowana Teresa. – Jakbym słyszała własne słowa, wypowiedziane kiedyś odnośnie Juranda, chyba je nawet gdzieś zapisałam. Wiesz co? Mam wrażenie, że dostojny brat Doroty żywi  podobne uczucia w stosunku do ciebie.

– Może tak, może nie. Nie wiem. Jak ma być, tak będzie. Nie chcę niczego przyspieszać, co ma się stać to się stanie we właściwym czasie. Wierzę w to. Swoich uczuć jestem pewna. Może pomyślisz, że w sumie znamy się zbyt krótko, żebym wygłaszała podobne teksty. Ale ja wiem, rozumiesz, wiem, że dojrzałam do tego uczucia i nic go nie zmieni. Nie mam się więc do czego spieszyć, bo ono jest i jest na zawsze. Strasznie bredzę?

– Nic podobnego. Już ci powiedziałam, że to samo czułam w stosunku do Juranda. Od pierwszego spotkania myślałam tylko o nim, nie mając zresztą nadziei na spotkanie go ponownie gdziekolwiek. No bo jakże liczyć na możliwość spotkania obcego człowieka w wielomilionowym mieście? Utopia. A jednak to było przeznaczenie.

– Wiesz Tereniu, Sergiusz jest bardzo podobny do twojego Juranda.

– Wiem. Przestudiowałam dokładnie kilka testów psychologicznych, wszystkie możliwe dane na jego temat i – możesz się śmiać ile chcesz –  w horoskopach.Potem skonfrontowałam te wszystkie wieści z rzeczywistością. Uważał, że dostałam fioła, bo ni stąd ni zowąd zadawałam mu różne idiotyczne z pozoru pytania, nie związane z tematem rozmowy. Przy okazji miałam świetną zabawę a mój mąż pukał się w czoło. 

   –  I do jakich wniosków doszłaś odnośnie Sergiusza?

– Że jest człowiekiem, który lubi żyć samotnie, to znaczy, nie znosi, aby przewijał mu się przez dom dziki tłum ludzi. Tak było do tej pory. A teraz widzę, że zaakceptował całą naszą osiedlową mafię i dobrze się wśród nas czuje. To znaczy, w każdej chwili może czmychnąć do siebie i ukryć się przed światem. Ale nie robi tego. – odpowiedziała Teresa.

– To dlatego, że lubi spokój i harmonię wokół. Dlatego, że jest wrażliwy i reaguje żywo na cudzą krzywdę – dopowiedziała Aldona.

– I jeszcze: nie znosi wtrącania się innych w swoje sprawy, ma na tym punkcie obsesję. Wciąż mu się zdaje, że ktoś będzie chciał sobie go podporządkować, jakby nic innego na świecie nie było do roboty.

– A on tego nie zniesie. Ani tłumaczenia się z tego co robi. Jeżeli jeszcze dodać, że nie przyjmuje dobrych rad, to stworzyłyśmy portret doskonały. Boję się czy nie ma czkawki. Tyle czasu o nim mówimy, że mógłby spaść z dachu przy zakładaniu tych swoich anten – uśmiechnęła się Aldona do obrazu, jaki pojawił się w jej wyobraźni.

– Czy wiesz za co też bardzo go cenię? Potrafił schować dyplom, rzucić pracę mając swoje ku temu powody i zacząć coś innego. To zajęcie jest, jak sądzę, przejściowe, ale to on sam musi dojść do odpowiedniego wniosku. A co się Dorota ciotce natłumaczyła! Ciotka wylała morze łez, że ukochany syn, którego wykształciła na inżyniera, pracuje jak zwykły robotnik.

– Dlaczego myślisz, że to przejściowe zajęcie?

– Bo jest stworzony do pracy głową, ręce powinny mu służyć jedynie pomocą a nie na odwrót. Natura obdarzyła go niewiarygodną inteligencją, do tego ma imponującą wiedzę. Cały czas studiuje literaturę fachową, żeby być na bieżąco i nie zostać w tyle.

– Kiedy ma na to czas?

– To tytan pracy. Gdyby ktoś kazał położyć mu się na leżaku i bezczynnie leżeć pilnując, żeby nie wstał, umarłby z pewnością. Drugim wyjściem poza „umarciem” byłoby zamordowanie dozorcy i znalezienie sobie zajęcia. Trzeciego wyjścia nie ma, nie istnieje.

– To zakrawa na pracoholizm.

– Panny już tak mają… No i zobacz, dojechałyśmy. Zaraz zostaniemy napadnięte przez dziką zgraję leśnych ludzi.

25.08.2017

  • kobietawbarwachjesieni Bardzo ciekawie piszesz. Planujesz wydać swoją twórczość, czy ma ona zostać tylko w blogu?
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:) Chciałabym, ale chyba poza zasięgiem. Wydałam tylko dawno temu „Wejście w światło”, „Mariannę” inny wydawca potraktował… nieładnie. Nie mam ani siły, ani zdrowia, żeby chodzić i szukać jak kiedyś, ani kasy, żeby wydać własnymi środkami. Z emerytury się nie da. A totka przestałam wysyłać:) Na razie blog jest lekarstwem na całe zło… Może się kiedyś odmieni. Teraz siedzę nad trzecią częścią, oczywiście w wolnych chwilach, przeglądając zapiski sprzed lat i wybuchając śmiechem na wspomnienie wyczynów i wypowiedzi dzieciaków. Jak dobrze zapisywać takie rzeczy:) Szkoda, że nie więcej.
  • mmzd Niecierpliwie czekam na więcej. !! czytam z ogromną przyjemnością – i opowiadanie, i bloga.
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza mmzd:) Dzięki 🙂 Ogromnie się cieszę, że młode (wówczas) mieszkanki Ursynowa spotykają się z sympatią a ich losy budzą zainteresowanie. Dziękuję za miłe słowa:):):)
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Nic dodać, nic ująć

Zadzwonił do mnie kuzyn. Najstarszy z psów jeszcze jest na tym świecie, mordka mu się dalej śmieje, choć łapki się plączą i kupki zostawia gdzie popadnie, ale co to ma za znaczenie, skoro się cieszy na widok opiekunów i jest szczęśliwy. Najmłodszy rośnie i rozrabia jak na zdrowego szczeniaka przystało. Poza tym kuzyn był wzruszony, że pamiętałam o kuzynostwa rocznicy ślubu oraz ogromnie zdegustowany sytuacją obecnie panującą w kraju. Za komuny siedział w więzieniu, miał etykietkę wroga ustroju przylepioną. A teraz patrzeć nie może na niektóre mordy zdradzieckie, o, przepraszam, twarze znane z przeszłości. To co się dzieje woła o pomstę do nieba, bo …pip…pip…pip… Tylko takim słowami można to określić. Na przykład tacy katolicy co z chrześcijaństwem niewiele mają wspólnego to u nas jakoś ostatnio się namnożyli. Pobić kogoś na ulicy bo się krzywo spojrzał. Albo, nie daj Boże, ośmielił się zwrócić uwagę. Albo kolor skóry się takiemu nie podoba, bo nagle za ciemny się zrobił choć od wielu lat taki sam w tym samym miejscu. Albo język słychać jakiś… na przykład niezrozumiały, bo taki katol nie rozumie żadnego poza swoim, ograniczonym do kilku zamienników wyrazów najczęściej używanych. Jak ktoś nie kibicuje jego drużynie – zabić. Ktoś stanie na drodze – zabić. Nożem, maczetą, czym się da. Ma taki fantazję. Potrafi z roweru zeskoczyć, żeby skopać staruszkę, bo szła i na niego nie patrzyła. Albo popatrzyła. Psa powiesić na traktorze albo żywcem zakopać. Dziecko małe tłuc aż ducha wyzionie, bo płacze z bólu i przerażenia więc niech japę zamknie i nie przeszkadza pornola oglądać albo dna opróżnionej flaszki. Pójść z policją się poszarpać dla rozrywki, pobić głupków bez broni więc niegroźnych. Teraz już wolno. Władza rozumie, pozwala, toleruje, pochwala, korzysta. Policja się skarży – to jest be, oni biją – to są w porzo. Jakaś tam miłość, miłosierdzie… a spier…z takim badziewiem. To my, k…a, pany. Z drogi, ch…u, idziemy na mszę.
Nic dodać, nic ująć.

24.08.2017

  • irsila Psa dochowaliśmy aż do zgonu,
    choć guza psina miała, pewnie z pięć kilo od tego przybyła ale żyć chciała.
    Nie wyła, nie cierpiała, wet nie bardzo chciał uśpić.
    Co do tych katoli, to bym nie uogólniała.
    Chodzę do kościoła i widzę, że tam ludzi bardzo mało.
    To, że ktoś był ochrzczony to jeszcze nic nie znaczy.
  • annazadroza Tylko dobry człowiek umie kochać psiątko aż do końca, być przy nim. Szacun – jak to młodzi teraz mówią.
    W żadnym wypadku nie miałam na myśli osób prawdziwie wierzących. Już po wpisie przeczytałam wywiad z abp Nossolem, który jakby w tym samym temacie się wypowiedział, że to”nowe pogańskie tradycje. To nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem”.
  • kolewoczy No właśnie ten wyświechtany używany w mediach i powszechnie „katol” to stereotyp, tylko że oznacza chuligana raczej, dlaczego więc katol? Równie dobrze można powiedzieć „kibol”, „dresiarz” – to też stereotypy. Nienawidzę stereotypów i posługiwania się nimi w ocenianiu ludzi.
  • krzysztof213 Tacy są właśnie ludzie nieraz.
    A PSY NIERAZ LEPSZE NIŻ LUDZIE
  • krzysztof213 I też dziś dziękuje za komentarz i to jakieś czary bo kiedy ja ciebie skomentowałem Ty chwilę potem mnie skomentowałaś dziś
    Może ps masz FB lub pocztę
    Jak coś napis u mnie jak chcesz ?
  • annazadroza kolewoczy:) „Katol” właśnie tyle ma wspólnego z wiarą katolicką i chrześcijaństwem co „kibol” ze sportem i czystą, sportową walką.
  • annazadroza krzysztof213:) Po prostu zerknęłam na nowe wpisy i zobaczyłam Twój, więc poczytałam. Żadnych kont nie mam, blog zajmuje mi dużo czasu, zanim zajrzę do znajomych i poczytam, robi się późno, a nie można całego dnia spędzić przy Lapciu, są jeszcze obowiązki i zobowiązania:)
    A psy zdecydowanie są lepsze niż ludzie, kochają bezinteresownie i pomimo wszystko.
  • krzysztof213 Też coraz mniej wierzę w ten katolicyzm ale w Jezusa jeszcze wierzę chociaż coraz mniej w ludzi nawet tam w tej wierzę .
    No tak kto ma inne obowiązki to ma też muszę sam powalczyć a z psami mam kontakt znaczy się lubię .
    Chociaż jak napisałem dużo smutnych psów w schronisku i nie tylko jak nieraz ludzi .
    Więc pozdrawiam z nad morza gdzie stornuje choć ładna pogoda .
  • annazadroza krzysztof213:) Od wiary należy oddzielić stronę zewnętrzną – to moje odczucie oczywiście – bo ma się ją w sercu bez względu na to, co mówią inni.
    Psiakom w schronisku można pomagać na zasadzie wolontariatu, wyprowadzić, albo pobyć z nimi, okazać trochę serca. Dziękuję za pozdrowienia i też pozdrawiam:)
  • krzysztof213 Z chęcią bym ciebie poznał
    A pomagał bym ale tu nie ma schroniska i sam nie tak super
  • annazadroza krzysztof213:) A może kota mógłbyś przygarnąć? Nie wymaga wychodzenia na spacery a pomaga swoim mruczeniem na wszystkie smutki świata. Kiedy tulisz kota to mimowolnie gęba się uśmiecha i świat od razu wydaje się lepszy.
    Miło mi bardzo:) Nie myślałam, że w sieci może być tak serdecznie i po „domowemu”, że się ludzi poznaje i lubi mimo, że na odległość. Tym bardziej miło, że jesteś chyba w wieku moich chłopców. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. I pomyśl o kocie:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz