Jasność nam potrzebna

Niepotrzebnie oglądałam wieczorem tv. Powinnam odpuścić sobie wszelkie polityczne rozmowy i udać się na emigrację wewnętrzną, żeby przeżyć. Ale nie potrafię. Tak bardzo mnie porusza rzeczywistość, niestety coraz gorsza, że nie mogę się odciąć. Na samego czorta poszłabym głosować, gdyby to uratowało mój kraj przed zalewającą nas falą barbarzyństwa, okrucieństwa, jakiejś wszechogarniającej choroby psychicznej wywołującej szaleństwo nienawiści. Mimo woli daję się w to zło wciągnąć mentalnie i … ciemna d…pa. Spać nie można, rozsądnie myśleć nie można a trzeba. Nic nie jest wieczne, świat podlega bezustannym przemianom, nic w miejscu nie stoi. ” U fortuny to snadnie, że kto stoi, upadnie…”- cytat z głowy, nie pamiętam czy to mistrz Kochanowski, czy Rej, staropolszczyzna się kłania w każdym razie.
Dobrą myśl też wczoraj usłyszałam i wniosek wysnułam, że jak się ludziom w oczy patrzy w trakcie rozmowy, czy w ogóle kontaktu, to można w tych oczach światełko zobaczyć. A jak ktoś oczami ucieka na boki – to uważać na niego należy. Niby prawda znana, lecz zapominamy o tym często. Podobno kamera wychwytuje wszelki fałsz, a widz widzi 🙂 czy oczy wprost w kamerę jak do przyjaciela są skierowane, czy nie. Światełka w oczach przydałoby się więcej i więcej, żeby ciemnotę rozjaśnić. Zło przed światłem ucieka, w mroku się kryje. Jasność nam potrzebna w każdej ilości.

23.08.2017

  • babciabezmohera To prawda! Ja pocieszam się tym, że nic nie jest wieczne i koniec tych rządów też kiedyś nastąpi. A drugie pocieszenie, że coś zaczyna iskrzyć u góry, więc może będzie szybciej niż się spodziewamy?…
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Nadzieję zawsze trzeba mieć. Najlepiej chyba było by nie oglądać wiadomości, ale z drugiej strony należy być na bieżąco z wydarzeniami, nie żyjemy w izolacji, a w społeczeństwie i zamykanie oczu na otaczający nas świat nic nie da.
  • annazadroza babciabezmohera:) Chciałabym, żeby szybciej, ale się boję, że jak już się dorwali do trzymania sterów to za skarby świata nie będą chcieli ich oddać i zrobią absolutnie każde najgorsze świństwo, żeby ze sterówki nie wyjść. O własnych siłach i po dobroci nie wyjdą.
  • annazadroza L.C.:) Mówią, że nadzieja to matka głupich… Ale jak bez niej żyć? Nie żyjemy w izolacji. Na razie , bo jak czytałam dziś rano, niedługo to już tylko „o pogodzie i padalcach” będziemy rozmawiać, każde inne słowo może być odebrane jako złe i podejrzane politycznie. Takie 50-te lata jakie z filmów, książek i opowiadań znam…
  • krzysztof213 Bo polityka i media do wielki matrix i wręcz .G.Orwell .
    Pozdrawiam .
  • annazadroza krzysztof213:) Niestety, obawiam się, że masz 100% racji.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 22

Sergiusz dwoił się i troił. Przyjmował zamówienia, planował rozszerzenie  działalności i zwiększenie zakresu świadczonych usług, wykosztował się na reklamę w TV, tryskał energią i miał mnóstwo pomysłów na przyszłość. Wspólnik – owszem, potakiwał, ale entuzjazmem nie pałał, za to znikał czasem bez zapowiedzi.

W rzadkich wolnych chwilach wpadał Sergiusz do Aldony. Przygotował warsztat pracy – to znaczy przykręcił do betonowych ścian poziome listwy, do których należało teraz przybić pionowo listewki boazeryjne, czekające pod ścianą odpowiednio wymierzone i przycięte. Kto mógł przychodził i przybijał ile zdołał. Tak więc pomału ale bezustannie przedpokój zmieniał wygląd dzięki  Jurandowi, Michałowi, Marcinowi i Bronkowi. Nawet Ziutek, choć małomówny i cichutki, przysłany przez Stenię, oferował swą pomoc.

Sergiusz był tak zmordowany, że Aldona często miała chęć wyrwać mu młotek z ręki. Jeśli tego nie robiła, to tylko dlatego, że nie chciała go urazić. Znalazła na niego inny sposób. Czekała aż przybił kilka listewek i na przykład prosiła:

– Sergiuszku, czy mógłbyś pokroić cebulę do sałatki? Tak bardzo oczy mnie pieką, że nie mogę.

Przychodził natychmiast a skoro usiedli przy stole, już nie wracał do przedpokoju. Jedli kolację. Sergiusz miał sto pomysłów na godzinę w kwestii jak powinien wyglądać jego dom w Cięciwie, co chwila zmieniał koncepcję, meblował w wyobraźni wymyślone pomieszczenia pytając o zdanie Aldonę i biorąc pod uwagę jej sugestie. Któregoś wieczoru wpadł na pomysł założenia hodowli psów i szkolenia ich do celów służbowych. Mógłby wtedy spokojnie mieszkać na wsi jeżdżąc do miasta jedynie w razie potrzeby.

– Właściwie, dlaczego nie? – Jurand z Michałem poważnie podeszli do sprawy. – Mamy znajomych w Sułkowicach. Tylko, chłopie, my mamy znajomych teraz, a sam wiesz, jak teraz jest. Za chwilę może ich nie być. Jak postawisz dom i resztę, pogadamy. Bo gdzie byś te psy aktualnie trzymał? Na sośnie?

Wreszcie któregoś dnia wieczorem uroczyście przybito w przedpokoju ostatnią listewkę.

– To ci nie ujdzie na sucho – orzekła Danusia.

– Właśnie, jak nie oblejesz to ci się drewno rozeschnie – dodał Marcin.

– Dobrze, skoro tak uważacie, zapraszam was na sobotę. Jest okazja i możemy się pobawić – zgodziła się Aldona . – Pierwszy raz zrobię normalną imprezę u siebie – dodała po chwili. –  Jestem wzruszona, naprawdę. U babci nie było jak, bo w domu tylko jeden pokój, u teściowej podobne bezeceństwa w ogóle nie wchodziły w rachubę, w wynajętym mieszkaniu też było tylko jedno pomieszczenie. Chyba się rozpłaczę z tego wzruszenia.

– Nie płacz, bo będziesz miała czerwone oczy – zauważyła Danusia.

– Czerwone mogą być, byle nie „duże oczy” jak u Doroty.

– Dlaczego? – zdziwiła się Danusia. – Przecież Dorota ma wyjątkowo piękne oczy.

– Nie wiesz jak to było z „dużymi oczami”?

– Nie wiem.

– Dziwne, żeś nie słyszała, to była bardzo śmieszna historia. Dorota, Teresa, Magda i ja siedziałyśmy w kuchni i ustalałyśmy kto pojedzie z dziećmi na basen, coś tam jeszcze przy okazji też było do omówienia, jak zwykle. Dorota tego dnia była nastawiona na „nie”. Nic jej się nie podobało, z niczym się nie zgadzała, na każdy temat miała odmienne zdanie. Wreszcie Magda stwierdziła, że wszystko dlatego, że ma „duże oczy”. Podchwyciłyśmy jak jeden mąż i przez resztę wieczoru na każde „nie” Doroty odpowiadałyśmy: nie znasz się, bo masz takie duże oczy, albo: nie marudź, bo masz takie duże oczy; po co ci takie duże oczy; nie patrz,  bo masz takie duże oczy i tak dalej. O dziwo, nie wpadła w furię. Ale gdy poszłam do niej na drugi dzień po książkę otworzyła mi prawie po omacku z potwornie zapuchniętymi oczami. Stwierdziła, że to my, czarownice, rzuciłyśmy na nią urok. Do tej pory twierdzi, że zrobiłyśmy to specjalnie i trzeba nas spalić na stosie albo przynajmniej przypiec boczki.

– Niesamowita historia, rzeczywiście, normalnym ludziom nic podobnego by się nie przytrafiło, tylko wam może się coś takiego zdarzyć – śmiała się Danusia. – A wracając do tematu, nie szykuj za dużo jedzenia. To my się do ciebie wprosiliśmy, więc nie szalej. Każdy coś przyniesie i będzie składkowy bal, jak za młodych lat

Pani domu w piątek zrobiła większość zakupów. Na sobotę zostawiła pieczywo no i oczywiście wszystko to, o czym się zawsze zapomina. Żeby tego jak najmniej było, położyła na lodówce kartkę, długopis i zapisywała każdą rzecz, która mogłaby być przydatna. Sporządziła menu, policzyła ilość zaproszonych osób, wprawiła w ruch szare komórki i stwierdziła, iż organizowanie przyjęć wcale nie jest takie trudne. Zrobiła wszystko sama. Sergiusz pogrążony w pracy po uszy, miał dołączyć dopiero wieczorem.

Tak więc mając jedynie Bibi za kibica i pomocnicę, zakasała rękawy i wzięła się do roboty, nie pozwalając się wyręczyć żadnej z sąsiadek.

– Kota na was napuszczę jak mi będziecie przeszkadzały – straszyła z uśmiechem, radosna i lekka jak ptaszek.

Zrobiła kilka różnych sałatek. Jedną tradycyjną jarzynową. Drugą – z kolorowej papryki duszonej z cebulą, ugotowanej soi, konserwowej kukurydzy, koperku i majonezu. Trzecią z kukurydzy, jajek na twardo, żółtego sera, tuńczyka i majonezu, czwartą z groszku, jabłek i jajek  z majonezem, piątą…

– Dziewczyno, czy tobie coś padło na mózg? Ileś ty tego narobiła? Po co? Mówiłam, żebyś się nie przemęczała – biadoliła Danusia.

– A po to, żebyś się pytała  – cieszyła się Aldona. – Najważniejsze, że wszystkim smakuje. Bo chyba smakuje, co?

– A masz wątpliwości?

– Oczywiście, że mam. Specjalistką od ryby po grecku ty jesteś, więc moje dzieło twojemu nie dorównuje.

– Pleciesz, pycha przecież ci wyszła. Powiedz co jest w tej zielonej sałatce.

– Nic wielkiego: biała kapusta, sałata, ogórki i sos majonezowy. A w tamtej: ogórki, pomidory i cebula, albo w occie albo w majonezie, do wyboru.

–  Zdecydowanie królem wieczoru należy wybrać majonez – stwierdził Marcin.

– Ona jest psychicznie chora – powiedziała Dorota opychając się wszystkimi sałatkami po kolei. – Albo chciała się popisać… Ciekawe przed kim…

– Wiesz, przy takich pysznościach wcale nie mam ochoty na wędlinę – chwalił Marcin.

– Tobie teraz smakuje byle co. Nie ma Magdy i jesteś zdany na własną inwencję – wyjrzała Dorota zza pleców Marcina i szybko, w myśl zasady „przezorny zawsze ubezpieczony”, schowała się za drzwi.

– Drugi raz mi się naraziłaś, ty Babo Jędzo. To znaczy, że wszystko co zrobiłam jest niezjadliwe? – Aldona raźno ruszyła w stronę przyjaciółki.

– Może ci się przyda? – Marcin usłużnie podał salaterkę z jajkami na twardo i zielonym groszkiem w majonezie. – Wyobraź sobie jak ładnie wyglądałby groszek na głowie Dorci i kremowe strumienie majonezu spływające na ciemnozieloną sukienkę.

– No coś ty, szkoda jajek – zabrał mu z rąk salaterkę Bronek.

– Ojej, osa – osłaniała się przed owadem Danusia.

– Nie machaj rękami – poradził Bronek. – Poczekaj, niech wyląduje na krześle a potem ją szybko przysiądź…

Sergiusz wcale nie przyszedł ostatni choć tak uprzedzał. Wpadł z męczeńskim wyrazem twarzy.

– Ratunku, dajcie mi pić, bo czuję się jakbym miał w żołądku włączoną suszarkę!

– Faktycznie, upał nie do wytrzymania – odezwała się Stenia.

– Wicherek zapowiedział taką pogodę, jego wina, powinni go za to wyrzucić z telewizji. Jak jest susza to powinien zapowiadać deszcz – kategorycznie stwierdził Bronek opróżniając szklankę ze swego „małego co nieco”.

Michał pstrykał zdjęcia. Bronek poszedł po swój aparat twierdząc, że zrobi lepsze. Aldona zastanawiała się dlaczego jeszcze nie ma Zacharskich.

Goście bawili się w najlepsze. Muzyka z lat sześćdziesiątych przeżywająca obecnie renesans, przypominała jednym lata wczesnej młodości, innym dzieciństwa, bowiem różnica wieku między Danusią i  Bronkiem a resztą sąsiadów była spora, ale nie miała żadnego znaczenia. Tańce, żarty, pozowanie do zdjęć, znów tańce i śmiechy pozwalały zapomnieć o codziennych kłopotach, oderwać się od rzeczywistości. W pewnym momencie Dorota wyłączyła magnetofon a włączyła stary adapter, który niepostrzeżenie wniosła wraz z płytą. Owinięta kolorowym szalem odtańczyła fragment przepięknego walca Straussa, po czym, kłaniając się oklaskującej ją publiczności, wepchnęła Aldonę prosto w objęcia swego brata.

– A teraz biały walc. Zaczynajcie – powiedziała. – W końcu to Doniczki mieszkanie a Sergiusz wniósł największy wkład w jego urządzenie, najbardziej się napracował. Cóż za brak ogłady – utyskiwała. – Przecież to wy powinniście rozpocząć bal. Że też ja zawsze i wszystkiego muszę uczyć tego mojego brata. Co za wstyd!

Rozbawiony Bronuś próbował tańczyć z Dorotą, ale kazała mu siedzieć bez ruchu i się nie odzywać. Przez chwilę przyglądała się tańczącej parze, po czym sprytnie wyciągnęła całe towarzystwo do ogródka. Został tylko Michał i zrobił kilka zdjęć.

Tańcząca para nawet nie zauważyła zniknięcia pozostałych uczestników imprezy. Wpatrzeni w siebie poruszali się lekko, jakby oboje byli wprawiani w ruch przez energię o tej samej częstotliwości. Szeroka, falująca czarna spódnica Aldony oplatała w tańcu nogi partnera sprawiając wrażenie, że oboje są jedną całością.  Niestety, nie mogli na długo ulecieć w krainę intymności ponieważ natarczywy dzwonek domofonu wnet sprowadził ich na ziemski padół.

– Teresa! Jurand! No nareszcie! A gdzież was diabli nosili tak długo? – rzuciła się gospodyni w stronę przyjaciół. – O, przepraszam.

Za Teresą stała jeszcze jedna osoba płci żeńskiej, wypychana do przodu przez Juranda.

– Przedstawiam wam Karolinę, cioteczną siostrę mojego męża – przedstawiła Teresa wysoką blondynkę. – A to są nasi przyjaciele – zatoczyła ręką krąg

– Karolino, czy twój brat zawsze cię tak traktuje? – bezceremonialnie spytała Dorota.

– Ona się krępuje, nie chciała z nami przyjść, prawie siłą wyciągnęliśmy ją z domu – odpowiedziała Teresa.
– Wysłała telegram, żeby uprzedzić o przyjeździe ale nie doszedł – dodał Jurand.

– Karolino! – ryknęła Dorota. – Czy ty znasz jakiś ludzki język? A może oni zabronili ci się odzywać?

– Właśnie, dlaczego oni za ciebie mówią? Bardzo dobrze, że przyszłaś, akurat było nie do pary, bo żona Marcina jest z dziećmi na wsi – Aldona wprowadziła gościa do pokoju.

– Słusznie, a oni – Stenia wskazała spóźnialskich ruchem głowy, – oni niech sobie tutaj siedzą, skoro nie potrafią być punktualni. Czy oni się na to zgadzają?

Karolina roześmiała się na takie powitanie i przywitała się ze wszystkimi. Była wysoka, wyższa od pozostałych kobiet, bardzo proporcjonalna i zgrabna. Miała piękne włosy, a właściwie całą masę lekko falujących włosów koloru dojrzałego żyta, sięgających połowy pleców.

– Naprawdę zrobiło mi się głupio – tłumaczyła Aldonie, – kiedy okazało się, że nie doszedł do nich żaden telegram a na domiar złego właśnie mają w planie wyjście. Chciałam zostać sama i przespać się trochę ale mi nie pozwolili.

– No jeszcze by tego brakowało! My będziemy tańczyć do białego rana a ty miałabyś się zawyć na śmierć w towarzystwie pustych ścian, jeszcze czego – z poważną miną powiedziała Teresa.

– No, jeszcze zwierzaki w domu zostały – nieśmiało zauważyła Stenia. – O dzieciach nie wspomnę.

– Dzieci są u taty – wyjaśniła Teresa. – Zwierzaki pilnują domu.

– Rano musiałam być w Centrum Zdrowia Dziecka – tłumaczyła Karolina. – W poniedziałek też muszę pojechać do Międzylesia, tak wypadło. Musiałabym dwa razy przyjeżdżać, co naprawdę nie ma sensu mimo, że z Krakowa do Warszawy jest doskonałe połączenie

– O, nieraz szybciej pokonasz pociągiem tę trasę niż przejedziesz z jednego końca Warszawy na drugi – wtrącił Marcin.

– A jakie bilety są drogie – westchnęła Stenia.

– To prawda, wielu ludzi nie stać już na podróżowanie. Staruszkowie na próżno będą oczekiwać wizyt dzieci i umierać w samotności a mogiły obrastać chwastami, bo bliskich nie stać na przyjazd albo wyemigrowali za chlebem. Jakie to straszne… – wzdrygnęła się Teresa.

– Przestań, co ty się na horrory przerzuciłaś? Straszydła teraz będziesz pisać? Nie licz na mnie, nie przeczytam ani jednego – huknęła Dorota. – A po co jedziesz do Międzylesia? Dzieckiem już chyba nie jesteś – zwróciła się do Karoliny i zaraz dodała: – jak nie chcesz to nie odpowiadaj, bo ta jędza horrorowa, żona twojego brata, znowu mi powie, że jestem wścibska i zawsze muszę wszystko wiedzieć.

– To żadna tajemnica – Karolina uśmiechnęła się pokazując białe,  równiutkie zęby. – Jestem pediatrą i robię drugą specjalizację. Mój profesor umówił mnie na konsultacje w Centrum. Tak wyszło nieporęcznie, że i w piątek i w poniedziałek.

– No i bardzo dobrze – skwitował Jurand. – W żadnym innym wypadku nie wybrałabyś się do nas przed emeryturą.

– To prawda, nie mam wcale czasu. Uczę się, biorę dodatkowe dyżury, chciałabym otworzyć prywatną praktykę. Buduję dom pod Krakowem, bliźniak na spółkę z moim osobistym, rodzonym bratem. Jurandzie, wiesz gdzie? Na Woli Filipowskiej, od mojej działki do twojej wcale nie jest daleko. Polami można spokojnie przejść piechotą, sprawdziłam. Jako staruszkowie będziemy mogli się odwiedzać w  niedzielne popołudnia.

– Co ty mi tu będziesz mówiła o starości – ofuknęła ją Teresa. – Moje dzieci powiedziały, że ja zawsze będę młoda. Uwierzyłam im na słowo, więc przestań krakać. Myślisz, że jak jesteś o całe cztery lata młodsza to ci wszystko wolno?

Bawiono się radośnie i wesoło. Przez szeroko otwarte drzwi balkonowe wchodziła letnia noc przesycona upojnym zapachem maciejki, smagliczki i wilgotnej trawy obficie skropionej wieczorną rosą.

Karolina ucieszyła się na wieść, że za kilka dni Aldona, Sergiusz i dziewczynki przyjadą do domku pod lasem. Musieli przyrzec zatrudnienie jej w charakterze cicerone.

– Aha, przecież zapomniałam powiedzieć o najważniejszym. Mój brat się żeni. Mam zaproszenie dla Juranda z całą rodziną. Ponieważ ślub i wesele wypadają akurat podczas waszego pobytu w Tenczynku, będzie cudownie jeśli ty i Sergiusz też przyjedziecie.

– Dziewczyno, przecież to twój brat się żeni a nie ty wychodzisz za mąż. Nie możesz mu ściągać na głowę obcych ludzi – sprzeciwiła się Aldona.

– Jak was pozna to już nie będziecie obcy. A ciebie dobrze znam z listów i opowiadań Teresy. Będziecie i koniec, sama po was przyjadę – stanowczo powiedziała Karolina.

– Zobaczymy. A tymczasem jedz, bo na pewno jesteś głodna. Częstuj się, proszę bardzo.

17.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Karolina…czekam,co dalej.
  • annazadroza L.C. :):) Karolina to piękne imię:) Po prababci, niezwykłej kobiecie, która w czasie I wojny potrafiła pojechać do Przemyśla z Tenczynka i przywieźć swego rannego męża. Wtedy! Kobieta!
  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Szacun dla Takiej Kobiety
  • annazadroza Rick:) Polskie kobiety mają siłę niezwykłą.
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Piękna nasza Polska cała

Wakacje nieubłaganie zmierzają ku końcowi. Zawsze było mi smutno z tego powodu, bo powrót do kieratu okazywał się dla mnie niezmiennie trudny. Byk z roku Konia za wolnością tęskni bezustannie, brykałby po zielonych łąkach bez żadnego wędzidła, oj brykałby… Niestety, do rzeczywistości jest przywoływany zawsze, nawet gdy zapracował sobie na nieustające już wakacje. Tak ktoś mógłby pomyśleć, ale… nie ma wakacji od myślenia. A tematów do tego myślenia tyle, że… szkoda mówić. I żeby jeszcze to myślenie na konkretne działanie dało się przełożyć. I jeszcze żeby rezultaty były namacalne i widoczne. I jeszcze to zrobić. I jeszcze tamto zobaczyć… Oj, chciałoby się, chciało… Póki co, poszłam z Szilką na spacer. Udało się dopóki słoneczko nam towarzyszyło. Z daleka zobaczyłam nadciągające ciemne chmury, więc skierowałyśmy się w stronę domu w celu ukrycia się przed ewentualnymi opadami i nie zmoknąć tak, jak to nam się przytrafiło wczoraj. Wybraliśmy się z Mężem pozałatwiać pewne sprawy w okolicy, a ponieważ ładnie i ciepło było, poszliśmy piechotą zabierając sunię na dodatkowy spacer, żeby miała więcej atrakcji. Atrakcją okazała się ulewa, która nas zmoczyła ale nie zniechęciła:) Pozałatwialiśmy co trzeba i dotarliśmy do domu, kiedy przestało padać. Potem znów zaczęło. Dziś zanosi się na powtórkę z rozrywki.
No więc wróciłyśmy, kawkę wypiłam, Szilka dostała swój poranny przysmak i drzemie, reszta domowników śpi. Chyba, bo ich nie słychać.Włączyłam Lapcia na chwilę. A zanim się wezmę za domowe obowiązki – życzę wszystkim miłego dnia i pogody, jeśli nie na zewnątrz, to chociaż pogody ducha.
Z Karpacza Mały przysłał piękne zdjęcie. Dobrze im wszystkim, psom również, odpoczywają i podziwiają. Przecież taka „piękna nasza Polska cała”.

22.08.2017

  • kolewoczy Oczywiście, że piękna 🙂 A ludzie z natury pracowici zawsze sobie kierat znajdą, nawet w wakacje 😉
  • annazadroza kolewoczy:) Oj znajdą, znajdą, coś o tym wiesz, prawda? A jakby go zabrakło to tęsknić będą. Za tym kieratem. Może nie za całym ale za częścią na pewno:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Wszystkie randki Stelli Grey

czyli jak poznać go w sieci i pokochać w realu”. Zaczęłam czytać ponieważ Mały mi przyniósł jako, że to on mi znosi nowe książki do czytania. Jak zaczęłam – musiałam skończyć. Musiałam z obowiązku, z przyzwoitości, że jak się coś zaczęło – skończyć należy. Ale też z ciekawością i zadziwieniem czytałam tę historię, bo nie jest to powieść, oraz z mieszanymi uczuciami. Chwilami się męczyłam, nie powiem, że nie, ale dobrnęłam do szczęśliwego końca i odetchnęłam. Rzecz jest o tym jak Stella – po 50-tce kobieta, zostawiona przez męża, który zamienił ją na młodszy model – odreagowuje tę traumę dzięki lodom, wódce, komediom romantycznym, po czym zaczyna wracać do życia. Postanawia znaleźć nowego partnera na portalu randkowym w internecie. I właśnie o tym czytamy. W trakcie stwierdziłam, że gdybym miała po lekturze szukać partnera, chyba bym odpuściła nabrawszy niechęci do całego rodzaju męskiego. Jakoś na szczęście los mi oszczędził spotykania na swej drodze tak negatywnie różnorodnych typów, bo okazywali się to być „nudziarze, dziwadła, wariaci albo maniacy seksualni”. Oczywiście nie tylko, ale taka ilość zniechęcić może na amen. Pod kątem nie tylko wyglądu (wiadomo, przystojniak nie musi szukać partnerki w sieci), ale przede wszystkim stosunku do kobiet. I jakoś mi te męskie
szowinizmy z naszą prawicą za bardzo się kojarzą, np. z poglądami niektórymi kandydata na dublera sędziego TK w miejsce poprzedniego dublera sędziego TK, który był uprzejmy udać się w zaświaty. Kończy się historia pozytywnie w momencie, kiedy Stella decyduje się zakończyć poszukiwania, zniechęcona, zdegustowana i po prostu ma dość. Trafia na Edwarda, który nie dość, że akceptuje ją całą, z jej inteligencją, wiedzą, poglądami, oraz nadwagą to jeszcze – co najważniejsze – sam zostaje zaakceptowany w ten sam sposób.
Książka powstała z felietonów pisanych przez Stellę (pseudonim) w oparciu o materiały zebrane w ciągu 693 dni, od pierwszego
zarejestrowania się na portalu do pierwszej randki z Edwardem. Jeśli któraś z kobiet w ten sposób poszukuje partnera to „Wszystkie randki” mogą służyć jako dobry poradnik i przewodnik randkowania w sieci „na podstawie zdobytych w pocie czoła doświadczeń” autorki, która jest dziennikarką i felietonistką.

21.08.2017

  • krzysztof213 No tak to jest z Randkami i związkami .Chociaż nie wiem co to randka .
    Co się stało ze ludzie poznają się w necie a nie na żywo
  • kolewoczy Znam małżeństwo – całkiem szczęśliwe – które poznało się na jakimś portalu randkowym. Oboje mieli problemy ze znalezieniem kogoś w realnym świecie i znaleźli się przez Internet. Inaczej by się nie spotkali, gdyż pochodzą z przeciwległych krańców Polski.
  • annazadroza krzysztof213 🙂 Tempo życia, praca w różnych godzinach pewnie mają wpływ na to, że ludzie nie mają czasu spotykać się z innymi, albo robią to w ograniczonym zakresie. Nieraz w najbliższym otoczeniu trudno znaleźć kogoś, kto odpowiada, kto się nadaje na partnera. Ach, skomplikowane te relacje międzyludzkie…
  • annazadroza kolewoczy:) Sporo jest „internetowych” małżeństw, czyta się nieraz ich wypowiedzi. Prawdą jest, że trudno byłoby się spotkać ludziom z różnych stron kraju a internet daje takie możliwości. Tylko – poza osobami naprawdę szukającymi partnera na stałe – są takie, które szukają samych przygód, nawet mając żony, mężów, dzieci udają kogoś innego. Dotyczy obu płci. Są i kobiety takimi poszukiwaczkami przygód, to nie domena mężczyzn tylko. Kiedyś były swatki, teraz internet 🙂
  • babciabezmohera Inne czasy, inne obyczaje.Sam internet nie wystarczy, ale na początek może być całkiem niezły!;)
  • annazadroza Babciabezmohera:) Pomocny z pewnością. Bohaterka i autorka jednocześnie tak dokładnie przerobiła temat, ze osoby zainteresowane mogą wiele się nauczyć od niej. I uniknąć wielu błędów.
  • krzysztof213 Może już nie chcą.
    A tak bywałem na takich randkach i tak see i bywałem na stronach randkowych
    Może jest a może nie ma miłości ?
  • annazadroza krzysztof213:) Jak mogłoby nie być miłości? To największa siła napędowa istnienia. Są różne jej formy, jest niejednorodna, ilu ludzi, tyle jej odmian:) I jeszcze – każdy ją nosi w sobie, tak przynajmniej uważam. Nie ma jej na zewnątrz, jest w nas.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Żeby w Karpaczu nie padało

Rozpadało się. Z jednej strony szkoda, bo na sobotę miałam ambitne plany prac w ogródku, ale z drugiej strony – korzyść niemała. Podlewać nie trzeba i za wodę płacić, to jakby prezent od losu. Pada sobie równo, spokojnie więc woda wsiąka w ziemię i odżywia ją dogłębnie i roślinki również. Koloru od razu kwiatki nabrały, główki podniosły, wyprostowały się i wypiękniały. Wyskoczyłam z Szilką między jednym deszczem a drugim i mam nadzieję, że wieczorem też się uda.
W związku z koniecznością powstrzymania się od prac ogródkowych, zrobiłam kluski leniwe oraz naleśniki. Żurek ugotowałam i upiekłam
rożki z francuskiego ciasta. To jest idealna słodycz natychmiastowa oraz awaryjna w razie potrzeby. Rozwija się ciasto, kroi na kwadraty,
kładzie się na środek trochę marmolady (dżem się nie nadaje, wypływa) albo kawałek jabłka czy śliwki, zawija i układa na blasze. Potem tylko do piekarnika w temperaturze 180 – 200 stopni, najlepiej do nagrzanego już, na ok. 20 minut (albo do złotego koloru) i gotowe. Żeby było elegancko można lukier utrzeć i polać albo cukrem pudrem posypać. Zrobiłam też w ramach testowania kotlety vege. Nawet Mąż je jako przegryzkę, choć entuzjazmem nie pała do vege wymysłów. Bazą uczyniłam chleb i płatki owsiane. Jedno i drugie – tyle, że osobno – namoczyłam w bulionie grzybowym, żeby całkiem zmiękły. Dodałam duuużo surowej cebulki pokrojonej drobno, żeby chrupała, trochę otrąb owsianych, słonecznik, siemię lniane, jajko, zagęściłam bułką tartą i usmażyłam. Aha, o przyprawach zapomniałam, bo sporo trzeba, głównie pieprz, paprykę, czosnek. No i dobre wyszło żarełko. Mąż stwierdził, że do zimnego piwa akuratne.
W weekendy Lapcio miał odpoczywać. Jednak nie wytrzymałam i zaproponowałam mu chwilę współpracy:) Nie wyraził sprzeciwu, pewnie
zrozumiał, że chcę zajrzeć co się w Karpaczu dzieje, bo Mały z dziewczynami i psami właśnie tam dotarli. Oby im nie padało, trochę ładnej pogody im się należy.

19.08.2017

  • kobietawbarwachjesieni Spróbuję wykorzystać Twój przepis na żarełko.
  • annazadroza Wymyślam takie żarełka szczególnie dla Małego, bo vege musi być całkowicie, ostatnio powiedział, że mleka też nie chce. Jednak na mój sernik się skusi…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Już 150 wpisów:):):) Tylko… ile razy można się logować?!

Kto by pomyślał, że tak szybko to nastąpi. Bardzo mi tu dobrze:)

Jednakowoż czasami dostaję białej gorączki. Ile razy można się logować podczas pisania jednego tekstu?! To jest okrutnie denerwujące! Od początku trzeba tekst poprawiać bo się rozjeżdża. Klikam „publikuj” i znowu wyskakujezaloguj się”. Loguję, znów rozjechane i poprawiam. I znowu „zaloguj” i tak w kółko. Już nawet nie klikam „zobacz wpis”, bo znów by poprawiać trzeba. Dopiero po publikacji szukam literówek czy innych pomyłek i poprawiam po „edytuj wpis”.  A czasu ile przez to tracę! Szkoda gadać, ręce opadają. Po czymś takim mózg odmawia współpracy a instynkty mordercze się rodzą, nawet  ze złości o mało osy nie utłukłam, a przecież nigdy tego nie robię. Wynoszę na zewnątrz, żeby jej krzywdy nie zrobić. Na szczęście się zreflektowałam i zwróciłam wolność bez uszczerbku na jej zdrowiu.

18.08.2017

  • babciabezmohera Może spróbuj skontaktować się z adminem, bo te problemy z logowaniem trudno nazwać normalnością.
  • annazadroza babciabezmohera:) Dziś udało się za pierwszym razem. Może się coś poprawiło? Jeśli nie, zrobię jak radzisz. Dziękuję i pozdrawiam 🙂
 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Po co wróciłaś…” 21

Stokrotki w najlepszej komitywie bawiły się z chłopcami. Linka siedziała na gałęzi starego grabu, Inka na huśtawce. Linka w starych spodniach z łatą na kolanie, Inka w nowej spódniczce. Aldona już otwierała usta by zwrócić córce uwagę, na szczęście ugryzła się w język. Wytłumaczyła wcześniej dokładnie co i kiedy mają nosić, co do czego służy. Jeśli Inka zniszczy albo ubrudzi nową spódniczkę, będzie musiała włożyć stary ciuch, kiedy inni będą odświętnie ubrani. W  ten sposób próżność zostanie ukarana. Niech myśli co robi.

Przy stole Dziadek poprosił rozgadane towarzystwo o ciszę.

– Drodzy goście, szanowni tubylcy czyli leśni ludzie! Te wspaniałe potrawy przygotowały niezrównane mistrzynie kuchni: Basia i Helcia. Proszę, ukłońcie się.

Dzieciaki ochoczo biły brawo, wszystkie oprócz Kajtusia.

– Ja wcale nie będę jadł zadnych gzybów – skrzywił się spojrzawszy na stół.

– Maluch, znowu sepleni – krzyknął Jędrek pokazując palcem brata i śmiejąc się z niego.

– Mogę seplenić, bo ma mam wakacje, potem jus moze nie będę. A ty nie mozes  wcale. I co, łyso ci?

Dziadek ponownie uciszył całą gromadkę i życzył smacznego. I bez życzeń wszyscy wcinali aż im się uszy trzęsły. Kajtuś też, bo poza grzybami, zresztą przepysznymi, uduszonymi w śmietanie, było mięso w plastrach „na dziko” przyrządzone przez Dziadka, ziemniaki z takim trudem obierane przez chłopców oraz sałatka z kiszonych i surowych ogórków z cebulką.

– Babciu – odezwał się Marek podejrzliwie przyglądając się swojemu kawałkowi mięsa. – Nie chcę tego jeść. Tu są jakieś dziury, pewnie myszy wygryzły.

– Wiesz co? – pochylił się ku niemu Maciek – Poradzę ci jak bratu. Zjedz mięso a dziury zostaw, jeszcze ci zaszkodzą.

Kubuś w piorunującym tempie zmiótł swoją porcję, bo mu się przypomniało, że jest umówiony z Piotrusiem na łowienie ryb w sadzawce. Państwo Kozakowscy dopiero niedawno przyjechali na swoją działkę i Kubie nie zdążyło się jeszcze znudzić siedzenie z wędką.

– Mogę wstać? – spytał  i zasłaniając ręką oczy dodał: – sprzeciwu nie widzę.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, już go nie było.

– Kajtusiu, może cię nakarmić? – spytała Helenka. – O, już zjadłeś? Aleś mnie zaskoczył.

– Coś ty, ciocia, psecies ja nigdzie nie skakałem

– Woda się kipieje  – krzyczał z kuchni Bartek.

– Panie Boże, odebrałeś nam wszystkim rozum, to daj chociaż zdrowie – spoglądając w niebo powiedziała pani Basia.

Po obiedzie dzieci zdematerializowały się jedno po drugim, niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy.

– A gdzież oni wszyscy wsiąkli? – zaniepokoiła się Aldona.

– Nie denerwuj się dziewczyno, poszli łowić ryby – uspokoił ją Dziadek. – Jeśli chcesz, pójdziemy tam później i zobaczysz jaki ładny domek mają sąsiedzi.

Helcia i pani Basia zabrały się za sprzątanie i zmywanie, Aldona do nich się przyłączyła.

– A może wolisz pójść na spacer? Na pewno jesteś zmęczona, pracujesz cały rok bez odpoczynku.

– Nie, Helenko nie jestem zmęczona. Odżyłam przez ten krótki czas pobytu z wami. Już kilka razy złapałam się na myśli, że chciałabym tu zostać na stałe, widywać tylko tych ludzi, których chcę, być panią siebie  i nie musieć szczerzyć zębów do byle jakiego tępaka tylko dlatego, że on ma plecy a ja nie, że ja uczciwie wykonuję swoje obowiązki, nie kradnę, nie donoszę. Brr, brzydzę się tym, dzięki czemu niektórzy robią karierę.

– Właśnie dlatego jestem szczęśliwa, że pół roku temu przeszłam na emeryturę i mam święty spokój – wtrąciła Helenka.

– A ja mam wrażenie, że robię z siebie tresowaną małpę, żeby nie utracić środków do życia. Przecież z czegoś muszę utrzymać dzieci. Gdyby nie one, byłoby mi wszystko jedno… No nic, jakoś to będzie. Chciałam wam podziękować, że zgodziłyście się zaopiekować moimi Stokrotkami – uściskała serdecznie obydwie panie.

– Ależ to sama przyjemność zobaczyć dziewczynki po użeraniu się z całym tabunem chłopaków – powiedziała pani Basia.

– A poza tym nie wiadomo kiedy ty nam pomożesz. Albo komuś innemu. Masz ścierkę, wycieraj a ja się wezmę za cebulę do pieczonek – Helcia oddała Aldonie ściereczkę i rozpoczęła walkę z olbrzymią ilością cebuli.

– Nie byłabym już w stanie niczego przełknąć, taka jestem najedzona. Helenko, zawsze kiedy cię widzę, jestem chora z przejedzenia.

– Jak to się objawia? Czy mam rozumieć, że na mój widok jedziesz do Rygi przez Ząbkowice? – pogroziła Aldonie trzymaną w ręce cebulą.

– Nie, nie, przecież wiesz co miałam na myśli – śmiała się Aldona wycierając naczynia.

– Ja może i wiem ale Basia pewnie nie i pomyśli sobie, że puszczasz pawia na mój widok, bo jestem wredna ciuma wołowa.

– Helenko, przestań, proszę cię. Przez ciebie rozlałam pół miski wody – wtórowała Aldonie pani Basia.

Jak w każdy pogodny dzień, wszystkie czynności wykonywano poza domem, na zewnątrz. Miska z wodą do mycia naczyń stała na drewnianym stole pod uschniętą sosną, przed wejściem do Domku od strony drogi. Stół był zastawiony talerzami i garnkami czekającymi swojej kolejki. Czyste kładło się na ogromnej, plastikowej tacy opartej na dwóch taboretach. Po lewej stronie owego miejsca codziennej pracy stał garaż, czyli Miejsce Orzeszkowego Spoczynku, oddzielony od warzywnika pasem dzikich róż. Obok, w cieple słonecznych promyczków drzemały oba koty: Mićka i Arik. Nieopodal, również pogrążone w drzemce, spoczywały Aba i Maks.

Na werandzie Sergiusz opowiadał Dziadkowi o planach zagospodarowania działki.

– Marzę o domu, prawdziwym domu, niezbyt dużym ale wygodnym i przytulnym. Takim, do którego spieszy się nawet z końca świata, do którego wraca się myślą i sercem

– Tak i ja myślałem o naszym Domku. Bardzo go kochamy, choć nie jest wykończony i wymaga jeszcze dużo pracy. Ale zanim zaczniesz stawiać dom, powinieneś ogrodzić cały teren. Potem zaplanować dokładnie co i gdzie ma się znajdować, no i… zacząć powoli spełniać marzenia. Poznałem cię, chłopcze, chyba dość dobrze. Wydaje mi się, że namiot rozbity w miejscu, na którym zechcesz postawić dom, da ci mnóstwo szczęścia. Tyle, ile inny nie zazna nigdy w życiu, nawet gdyby nagle dostał Pałac Łazienkowski na mieszkanie.

Panie w tym czasie przygotowywały ziemniaki do pieczenia w największym kociołku. Kładły warstwę pokrojonych w grube plastry ziemniaków, potem warstwę cebuli, kiełbasy, znów cebuli, ziemniaków i tak dalej aż do wypełnienia całego kociołka, przesypując solą i pieprzem.

Maks poderwał się na nogi usłyszawszy głos pracującego silnika Kaziowego fiata na długo przed jego ukazaniem się na drodze. Kiedy samochód się zatrzymał, przybiegły dzieci ciekawe czy wujek ma dla nich jakąś niespodziankę. Zawsze coś przywoził, choćby lizaka. Tym razem dostali po torebce orzeszków, lody a Kajtuś czekoladę. Dodatkowo, bo najmłodszy.

– Wujek, ale ja nie chcę tej cekolady, nie dawaj mi jus więcej.

– Dlaczego? – zdziwił się Kazio. – Przestałeś lubić czekoladę?

– Bardzo lubię, ale nie chcę być muzynem.

– Nie rozumiem dlaczego miałbyś nim być.

– Bo Jędrek powiedział, ze jak ktoś je duzo cekolady jak ja to mu się robi cekoladowa skóra i się zmienia w muzyna!

Dorośli próbowali wytłumaczyć chłopczykowi, że brat – który na wszelki wypadek gdzieś zniknął – zażartował sobie z niego. Kajtuś nieufnie spoglądał na wszystkich po kolei i nie dał się przekonać. Potem, gdy nikt na niego nie patrzył, podzielił tabliczkę na dwie nierówne części. Zwierzył się pani Basi, że da Maksowi mniejszą część a większą Abie, „ bo i tak jest carna i nikt nie pozna ze się zmieni w muzyńskiego psa”.

– Niech cię ręka boska broni! Dziecko, nie wolno psom dawać czekolady! Ani rodzynek! Czy wiesz, że one od tego mogą umrzeć? – wykrzyknęła.

Natychmiast pozostali dorośli wygłosili pogadankę na temat tragicznych skutków niewłaściwego karmienia zwierzaków szkodliwym pokarmem. Kajtuś zaniósł czekoladę do pokoiku i położył na nocnej szafce. Przemyślał wszystko i doszedł do wniosku, że jeśli podzieli równo między tubylców i gości, nikomu się kolor nie zmieni z powodu znikomej ilości środka barwiącego w postaci czekolady.

Kazio przywitał się z całym towarzystwem.

– Azy nie ma? – zapytał.

– Przecież widzisz, że jej nie słyszysz – zaśmiała się Helenka.

– Bo widzisz, Andrzejku – mówił Kazio mrugając do przyjaciela, – nie chciałbym, żeby ta małpa znowu mnie użarła udając z niewinną minką, że mnie nie poznała. A potem Helenka przez pół roku rzucała w przestrzeń międzyplanetarną hasło: psy gryzą tylko złych ludzi.

– Nie  mogłeś odpowiedzieć, że to suka a nie pies?.

– Jeszcze gorzej, każe mi mówić psica zamiast suka, żeby su… psicy nie obrażać.

– Kaziu, proponuję zimne piwo na poprawę humoru – zaproponował Dziadek.

– Łoj, jakby mi ty z nieba z tą propozycją spadł, kochanieńki. Taż ja od rana o niczym innym nie mógł myśleć, tak piwo za mną chodziło. Raz nawet odwrócił się, żeby je złapać, ale uciekło.

Ku uciesze dzieciaków Kazio nieraz mówił ze swoim rodzinnym, lwowskim akcentem.

– Specjalnie dla pana, panie Kazimierzu, schowałem ten specjał do piwniczki. Dobre, co?

– Muszę popróbować. No, ostatecznie… może być jak nie masz nic lepszego – spojrzał spod oka na Dziadka.

Zachwycone dziewczynki wpatrywały się w całą serię Kaziowych min, po mistrzowsku wykonanych, odzwierciedlających różne stany ducha. Posprzeczały się nawet o to, kto robi lepsze miny: Kazio czy Sergiusz.

– Kręcisz nosem na moje piwko? Taki jesteś? Więc nie dostaniesz już ani kropli, pij wodę z pompy.

– Łoj, Andrzejku, a nie krzywdź mnie tak strasznie. Już więcej nie będę, jak mamcię kocham – jęczał Kazio ku radości dzieci.

– Dlacego wujek mówi po wiejsku? – pytał Kajtuś uważnie przyglądając się Kaziowi.

– Kaziu, przyznaj się, że jak Helci nie ma w domu, używasz sobie bez ograniczeń i już ci brzuch od piwa urósł – poklepała go pani Basia po ramieniu.

– Jaki brzuch? Gdzie ty widzisz brzuch? Tarczyca mi się opuściła. Ot i wszystko. A ty mówisz, że brzuch. Fe, wstydź się.

Żartując i zaśmiewając się zeszli na dół działki, do Altanki Pod Bachusem. Rozpalili ognisko pod kociołkiem, usiedli na ławeczkach wokół paleniska. Dym wydobywał się przez otwory w dachu krytym gontem, snuł się nad całą okolicą roznosząc zapach palonego drewna. W ślad za nim biegły wesołe głosy, żarty i śpiewy, przypominały się zabawne historyjki z przeszłości.

– A pamiętasz Andrzejku jak znaleźliśmy pieczarki olbrzymy? – spytał Kazio.

– Oczywiście, że pamiętam.

– Opowiedz dziadziu, prosimy, opowiedz – prosiły dzieci.

– Wracaliśmy kiedyś z delegacji do domu: Kazio, Stach i ja. Zatrzymaliśmy się po drodze na „wybieg”. Potem jedziemy dalej a ja czuję smród. Oglądam swoje buty, czyste. Kazia, czyste. To Stach wdepnął w krowie łajno. No więc znów się zatrzymujemy. Stach wychodzi z wozu, czyści buty, sapie, stęka przy tym i nagle zaczyna krzyczeć. Nie wiemy co się dzieje, czy po ciemku ktoś na niego napadł, czy runął do jakiegoś dołu. Lecimy do niego zaniepokojeni a on… wpadł na pieczarki. Całe pole olbrzymich pieczarek, dzikich, nie hodowlanych. Nazbieraliśmy ile się dało i w co się dało. Nigdy takich dużych nie widziałem.

– A ja musiałam je potem obrobić i smażyć – dodała Helcia. – Zwalili mi się nad ranem wszyscy trzej, wyciągnęli z łóżka. A żebym się nie gniewała, włączyli adapter z płytą, którą dostali jako souvenir. Była to jakaś straszna pieśń ku czci Lenina. Wrzasku narobiłam, żeby natychmiast wyłączyli a oni się ze mną droczyli i nie chcieli. Wyobrażacie sobie jaka byłam wściekła? Ale pieczarki  miały niezrównany smak, to prawda. A pamiętasz jak Stachowi leczyłeś głowę koniakiem?

Dziadek roześmiał się głośno na wspomnienie zdarzenia.

– Biedny Stach do tej pory mi to wypomina. Kiedyś, po zawodach, postanowiliśmy odwiedzić Kazia, który przebywał niedaleko miejsca zawodów.

– Jakich zawodów? – zaciekawił się Jędrek.

– Pożarniczych ośle – kulturalnie wytłumaczył mu Kuba, za co dostał kuksańca.

– Żeby nie jechać z pustymi rękami – ciągnął Dziadek, – kupiłem butelkę koniaku i jedziemy. Ja siedzę z tyłu po prawej stronie, Stachu za kierowcą. Dojeżdżamy, samochód staje w ten sposób, że ja wysiadam od strony szosy. Wysiadam i zamykam drzwi. Nie chcą się zamknąć, więc jeszcze raz, z całej siły rąbię drzwiami, a była to jeszcze warszawa, nie fiat, drzwi miała ciężkie jak cholera. Nagle słyszę jęk. Otwieram z powrotem drzwi i co widzę? Staszek siedzi i trzyma się za łepetynę, całą zalaną krwią. Pytam się dlaczego, do jasnej choinki, wyłaził za mną a nie przez swoje drzwi. A on z ogłupiałą miną wpatruje się we mnie i mówi: już mnie zabiłeś! Wyciągnąłem go na zewnątrz  i cały koniak wylałem mu na łeb, żeby zdezynfekować ranę. I w ten sposób się zmarnował taki przedni trunek.

– Do śmierci nie zapomnę jak ich obu zobaczyłem: jeden blady jak trup a drugi za głowę się trzymał i mamrotał coś, do tego między palcami spływał mu koniak. Oj, na wołowej skórze by nie spisał tego, cośmy razem przeżyli – powiedział rozbawiony Kazio. – I wiesz co, Andrzejku? Mam satysfakcję, że po latach każdemu mogę spojrzeć w oczy, bo mam czyste sumienie i jestem sobie pan.

– To samo zawsze mówię. Żona była na mnie zła, że nie wykończyłem Domku mając możliwości, że nie robiłem tego co większość. Ciągle miała pretensje.  Niech jej tam ziemia lekką będzie…ale nie chciała zrozumieć, że mój honor jest dla mnie najważniejszy, że swoim nazwiskiem nie będę nigdy firmował krętactwa i oszustwa. Całe życie tępiłem szuje.

– O to, to. Dziad, ale honorowy. Masz Andrzejku rację. Tylko widzisz, my jesteśmy wymierającym gatunkiem.

– Może nie? Jak zawsze stanowimy mniejszość ale popatrz – wskazał na chłopców skaczących wokół ogniska. – Mam wrażenie, że coś z tych naszych marzeń zapadło w ich duszyczki i kiedyś się odezwie. Przyjdzie czas, w którym wspomną rozmowy dziadków. Ileż to wieczorów spędziliśmy razem, tutaj przy ognisku, pomyśl Kaziu. I coraz więcej młodzieży się do nas garnie – objął ramieniem Aldonę. – Wydaje mi się, że i ta dziewczyna do nas przylgnęła, bo nie ucieka.

Sergiusz poważnie spojrzał na obu starszych panów.

– I ja dziękuję losowi, że mogłem panów poznać.

– Nie losowi ale Teresie i Dorocie dziękuj – wtrąciła Helenka.

– Im za co innego podziękuję – uśmiechnął się patrząc na Aldonę, zarumienioną, rozgrzaną w cieple ognia.

Kazio zatrzymał wzrok na śpiących psach.

– Zapomniałem! Przecież ja mam dla nich kości. Specjalnie chodziłem po nie na bazarek.

Podniósł się i poszedł do samochodu. Po chwili wrócił trzymając dwie ogromne wołowe gicze, bardziej do zabawy niż do jedzenia i dał uradowanym psom. Aba złapała swoją i szybciutko gdzieś ukryła w sobie tylko znanej kryjówce. Maks położył się, trzymając kość między przednimi łapami z miną Sfinksa dłuższą chwilę wpatrywał się w ogień. Po czym pomału, spokojnie począł ogryzać swój prezent.

– Słuchajcie – mówił Kazio. – Mój stryjo miał doga wielkiego jak cielę. Łagodny był, dobry, ale pamiętliwy. Jak mu kto co złego zrobił, pamiętał. Byłem wtedy wyrostkiem, obaj lubiliśmy przemierzać razem wielkie przestrzenie. A stryjo miał kawał ziemi i było gdzie chodzić. Przyjechał kiedyś w odwiedziny wujo. A dawno, wcześniej, kiedy Maks, bo jak wasz miał na imię, był szczeniakiem, wujo zepchnął go ze schodków i dał mu klapsa. No więc w nocy wujo poszedł do wychodka, przepraszam, do toalety. Zima była, narzucił tylko coś na siebie i poleciał za potrzebą. A Maks za nim cicho jak duch. Nic mu nie zrobił tylko położył się pod drzwiami.  Co wujo drzwi uchyli to Maks: „wrr” i nic więcej. Do samego rana tak go przytrzymał dopóki stryjo się nie obudził i nie wstał. A długo nie wstawał, żeby nie robić hałasu i gościa nie budzić.

– Mądry pies – pani Basia poklepała Maksa, który usłyszał swoje imię i podszedł myśląc, że o nim mowa.

Czas biegł szybko jak zawsze kiedy go nikt nie pogania. Niepowtarzalny, smakowity zapach dochodzący z kociołka począł drażnić nozdrza i żołądki. Dziadek sprawdził drewnianą dzidką czy ziemniaki są już dobre do jedzenia. Uznawszy, że jak najbardziej, z pomocą Sergiusza  zdjął kociołek z ogniska. Dzieci miały teraz uciechę paląc papiery i różne śmieci nadające się do spalenia. Uczone były od małego co wolno palić a co nie, żeby nie zatruwać środowiska. Po spaleniu przeznaczonych do tego odpadków zalewały ognisko wodą, pilnowały aby nie została nawet jedna iskierka, zaś następnego dnia popiół zanosiły na grządki.

Słońce zmierzało ku zachodowi oświetlając zachodnią ścianę Domku i wpuszczając przez gęstwinę liści złotopurpurowe blaski. Szczególnie pięknie wyglądały w tej poświacie osypane kwieciem krzewy rosnące poniżej werandy, która obrośnięta pnącymi różami zapraszała, by spocząć wśród białych, różowych i pąsowych pachnących kwiatów i odpoczywać.

Dziadek z Sergiuszem zanieśli pachnący kociołek do domu. Tam trzy panie już przygotowały talerze, kubki pełne kwaśnego mleka „od krowy a nie ze sklepu” – co podkreślił Kajtuś. Stokrotki rozłożyły sztućce. Dzieci nie chciały jeść widelcami, wolały dzidki wystrugane z patyków  oraz ogromne liście kapusty zamiast talerzy. To dopiero była frajda.

Tymczasem Aba kręciła się wokół Maksa, który ze wszystkimi przyszedł do Domku, nie wypuszczając swojej kości. Ludzie siedzieli przy stole na werandzie, on w salonie zaraz za progiem. Nie pozwolił się Abie zbliżyć do kości i groźnie warczał, kiedy po nią sięgała. Sunia zaczepiała go w najprzeróżniejszy sposób usiłując odciągnąć uwagę psa od przysmaku. Robiła to co zwykle: gryzła go w ogon, szczekała nad głową, raz nawet trzepnęła łapą w łeb. Na próżno, nie skutkowało nic z tego, co do tej pory działało niezawodnie. Myślała i myślała. Rozłożyła się w pewnej odległości od „ciotecznego brata”, rozpłaszczyła się na podłodze z pyskiem opartym na przednich łapach, zwrócona w stronę drzwi. Zapanowała cisza. Maks chyba osłabił uwagę, może zapomniał o zakusach „siostry”. Nagle Aba rzuciła się w stronę drzwi  z hasłem „ktoś idzie”, ujadając jakby stała tam banda najgorszych na świecie złoczyńców.  Maks poderwał się na równe nogi gotów pełnić swoje obowiązki, porzucając kość w imię wyższych celów. Aba szybciej niż błyskawica zawróciła od drzwi, złapała kość, zbiegła z werandy po schodach i zniknęła w gęstwinie.

Ludzie zamarli z wrażenia a pies stał z ogłupiałym wyrazem pyska.

– Majka nie uwierzy kiedy jej opowiem – pierwsza odezwała się Helcia. – To dopiero cwana baba, coś podobnego!

– Nie uwierzyłbym za skarby świata gdybym nie widział na własne oczy – dodał Kazio.

– To znaczy, że Teresa ma rację mówiąc, że psy potrafią myśleć i wyciągać wnioski – powiedziała Aldona. – Oczywiście takie, które mają po temu warunki. Nie jest to możliwe w przypadku nieszczęśnika spędzającego całe życie przy budzie na krótkim łańcuchu.

Ziemniaki zniknęły ze stołu. Dzieci wyskrobywały „piecuchy” z dna kociołka.

Kazio wygodnie rozparł się na krześle i przymknął oczy.

– Kaziu, jak ty się zachowujesz? – strofowała męża Helenka.

– Tak się objadłem – odpowiedział Kazio nie otwierając oczu, – że z przejedzenia rozciągnęła mi się skóra na brzuchu i przez to mi się zamykają oczy.

– O rany, jak mi się nie chce stąd wyjeżdżać – mówiła Aldona. – Tu jest jak w bajce, jakbym się przeniosła w czasie i przestrzeni do nierealnej, baśniowej krainy.

– Panie Andrzeju, a ja jestem dumny i szczęśliwy, że mogę do pana mówić: sąsiedzie – bardzo serdecznie uścisnął Sergiusz dłoń Dziadka.

– A do mnie możesz mówić: ciociu – zapiszczał Kazio cienkim głosikiem powodując śmiech dzieci.

– Jeszcze raz dziękuję, że Stokrotki mogą tutaj zostać – żegnała się Aldona.

– Ten fakt przyniósł wielką korzyść – odrzekł Dziadek. – Od kilku dni Maciek sam z siebie zaczął się myć i sprzątać. Do tej pory trudno było go namówić do wykonywania takich okropnych czynności podczas wakacji. Żył w myśl zasady: częste mycie skraca życie.

Było zupełnie ciemno i bardzo późno kiedy Aldona z Sergiuszem dojechali do Warszawy. Zanim wysiadła z samochodu usłyszała słowa swego osobistego kierowcy.

– Od jutra zaczynam harować jak nigdy dotąd. Mam motywację, wiem jak i po co żyć. Dzisiejszy wyjazd to wola boska albo zrządzenie losu.

18.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

List do Lucy

Cześć Siostrzyco. Już 19 lat mija odkąd odeszłaś. Małpa jesteś, wiesz o tym. To po prostu świństwo tak zostawić młodszą siostrę i odejść sobie. No dobrze, rozumiem, miałaś wszystkiego absolutnie dość. Nie chciałaś już się pałętać po tym świecie bez Zygmunta. Przecież wiem, że był dla Ciebie najważniejszy, ważniejszy niż ktokolwiek. Mam też do niego pretensję o Twoje odejście. Gdyby w odpowiednim czasie postąpił jak powinien, żyłabyś do tej pory. Miałabyś pewnie dzieci i powód do życia, a moi chłopcy cioteczne rodzeństwo.Miałabyś siłę do przezwyciężenia słabości i tej cholernej naszej rodzinnej wrażliwości połączonej z nadmiernie emocjonalnym podejściem do wszystkiego. Ona nie pozwala na nabranie dystansu do wydarzeń, sprawia, że drobiazgi urastają do miary kataklizmu. Nie dałaś sobie tego wytłumaczyć i pogrążałaś się coraz bardziej w otchłani rozpaczy po jego śmierci. Za wszelką cenę starałaś się go dogonić. A w pracy Ci nie pomogli w zatrzymaniu się. Dziennikarze żyją krótko – przeczytałam kiedyś. Niestety, czasy stały się niesprzyjające takim nadwrażliwcom. Gdybyś zdecydowała się na operację… Nie chciałaś, Twój wybór. No dobrze, nie czepiam się, rozumiem. Ale, do jasnej choinki, brakuje mi Ciebie!!! Tęsknię, nie mam z kim powspominać, pogadać o rodzinie, o Dziadkach i Rodzicach, powygłupiać się w tylko nam znany sposób. Nie wiesz, że odnalazłam nieznanego nam Dziadka. To znaczy nie fizycznie, oczywiście. Myślałyśmy zawsze, że zginął w czasie wojny jak wszystkie inne ofiary i dlatego nie wrócił. A figa, banda UPA go zamordowała pod Birczą jak innych leśników w lipcu 1944. Może teraz, gdy już wiesz, spotkasz go tam gdzie jesteś? Poszukaj dobrze. Może razem popatrzycie na rodzinę i wspomożecie dobrą myślą? Nie zdążyłaś poznać moich wnuczek. Byłabyś teraz ciocio-babcią. Kochałyby Cię bardzo, bo takich wariatów się kocha. Wiesz, że niedługo jeszcze jedną wnuczkę będę miała? Pewnie wiesz, może nawet już ją znasz… No dobra, nie przynudzam. Tylko Ci powiem, Siostrzyco Ty moja, że – gdziekolwiek jesteś i tak Cię kocham.

17.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Dusza czy ząb?

Jeszcze odnośnie wczorajszego przerażenia. Wywołało je spojrzenie ministra wojny. Oraz kilku innych osób stojących. Boję się ludzi o zimnym, okrutnym spojrzeniu. Takich, którzy nie cofną się przed żadnym kłamstwem i publicznie je wygłaszają. Bezkarnie i bez żadnych konsekwencji. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kłamstwo to mały pikuś w porównaniu z tym, przed czym jeszcze się nie cofną. Boję się też ludzi, którzy tak bardzo się boją, że zrobią wszystko dla tych, których się boją. Są ludzie odczuwający strach podwójnie. Przed kimś i o coś. Przed swoim władcą oraz o zdobyte dobra i zaszczyty. Oni lubią się mścić. Ze strachu. Do tego stopnia się boją, że inwalidom nawet z pierwszą grupą zabierają środki do życia. To nic, że starsza kobieta bez ręki. Ma jeszcze jedną. A nuż nią pogrozi?
Ja też się boję. Ale ja sobie z tego zdaję sprawę. I wiem czego się boję.
A teraz koniec z tym – cytując klasyka (klasyczkę raczej) – i powrót do normalności. Otóż babcię D. rozbolał ząb. Jakiś czas temu wypadła jej plomba, ale o dentyście nie chciała słyszeć. W poniedziałek musiał jej już bardzo dokuczać, skoro zgodziła się, żeby ją zapisać. Udało się na środę. No i przyszła środa a babcia jechać nie chce. Niby w nocy z bólu nie spała a nie chce. Omdlewa prawie, palpitacje jakieś ma, słabo jej, nie pojedzie i już. Na autobus nie zdążą, sama nigdzie już nie pójdzie, musi z eskortą czyli z Mężem. Radzę dzwonić po taksówkę, bo wizyta przepadnie a dentysta do domu nie przyjedzie… Po dłuuugim czasie i wypitych witaminach – na wzmocnienie- pojechali. Na rezultat czekam. Takie chwile kosztują opiekunów chyba kilka lat własnego życia, bo czyta się szybko, a trwało i trwało…

Mam pytanie co gorsze: ból egzystencjalny czy ból fizyczny? Lepiej niech boli dusza czy ząb? Osobiście bólu zęba nie lubię:)

16.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Nie lubię…

Wczoraj był Dzień Wojska. Kiedyś mnie to kręciło, chłopcy w mundurach podobali mi się bardziej niż bez, chodziłam z Tatą oglądać uroczyste zmiany warty, potem razem z chłopcami dopóki byli mali. Dopóki nie zrozumiałam co moich małych synków może czekać w przyszłości.
Naczytałam się i nasłuchałam m. in. od bliskiej mi osoby o fali w wojsku, o sadystach wyżywających się na nowych rocznikach, znęcających się tak, że niejednokrotnie doprowadzali do samobójstw wrażliwszych osób. Zaczęło mi się wojsko kojarzyć źle, np. z ranami na nogach od niedobrych butów, z czyszczeniem sedesów szczoteczką do zębów, zakazami, nakazami mającymi na celu upodlenie młodych ludzi. Nie lubię oglądać defilad, patrzeć na broń, czołgi i inne śmiercionośne ludzkie wytwory, Nie lubię patrzeć na młodych chłopców salutujących politykom, którzy ich mogą wysyłać na bezsensowną śmierć dla zaspokojenia swoich ambicji.
Politycy zawsze znajdą bezpieczny schron albo drogę ucieczki, normalni ludzie zginą . Nie lubię patrzeć na tych polityków. Nie lubię tego święta. Nie jestem dumna. Jestem przerażona.

16.08.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Wszystko się zgadza.Byłem w wojsku i nie mam przyjemnych wspomnień.
  • annazadroza Rick:) Nie wiem czy ktoś ma przyjemne. Osobiście nie znam.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz