Pił i Siekier przyszedł czas

Wymyślanki myśleć trudno,
gdy wokoło ciemno, brudno,
od złych myśli. Jest aż gęsto,
przypływają tu zbyt często.

Chcesz oglądać telewizję
– wnet wpychają się na wizję.
Chcesz posłuchać radia w ciszy
– ciszy nigdzie nie usłyszysz.

Tak jak Puszczę wycinają,
w pień ciąć wszystko zamierzają.
Tym, co tylko żyje jeszcze,
trwogi wciąż wstrząsają dreszcze.

Maszyn słychać ryk w gęstwinie.
Drzewo żyje – zaraz zginie.
Pi Siekier przyszedł czas.
Czy przeżyje go ktoś z nas?

14.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Horda hula…

Weekend upływa pod znakiem żałoby po dziewczynkach, które zginęły na obozie harcerskim. Takie nastolatki jak moje wnuczki, kochane, już niedługo oczekiwane w domach… Nie ma słów na określenie tragedii, których ofiarami są dzieci. Tak bardzo współczuję rodzinom, tak bardzo, nie da się wyrazić…
Przez kraj przetoczyły się nawałnice, deszcze, burze, wichury, Obraz dominujący to pozrywane dachy, całe połacie lasów, w których drzewa połamane jak zapałki sprawiają potworne wrażenie. Dawniej też zdarzały się podobne sytuacje, lecz nie było środków masowego przekazu i dowiadywano się o tym po tygodniach albo i miesiącach. Teraz widzimy wszystko na bieżąco, niejako uczestnicząc w wydarzeniach, przeżywając, współodczuwając z ludźmi, których to dotyczy.
Nie mogę się oprzeć myślom, że siły zła coraz bardziej atakują nas z każdej strony. Wiem, że racjonalnie myślący takich odczuć nie mają, ale ja mam. Skoro nawet w gnieźnieńską katedrę piorun strzelił… Teraz pytanie czy to Bozia chce do opamiętania przywieść, czy zło bierze górę i ogłasza zwycięstwo? Minister zniszczenia środowiska przywołuje diabły na pomoc – on niszczy Puszczę, bo już nikt zdrowo myślący nie wierzy w żadnego kornika, skoro kora z rzekomym kornikiem zostaje na miejscu zbrodni a drewno odjeżdża w siną dal w zamian za kasę. Zresztą jak można wierzyć komuś, kto sam z lubością morduje zwierzęta i z upodobaniem otacza się martwymi? A pozostała horda diabłów hula po Polsce i niszczy co popadnie. Skłóca nas do reszty z Unią, konflikt coraz większy, więc beton pisowy bardziej się mobilizuje wokół swoich.
Włos mi stanął na głowie, kiedy przeczytałam wywiad Jacka Żakowskiego z Andrzejem Lepperem z 2007 r. Domyślać się można dlaczego Lepper zginął. Musiał. Zbyt dużą posiadł wiedzę co do pewnych mechanizmów. I wiadomo, dlaczego się dzieje to, co obserwujemy wokół. Podaję gdzie przeczytałam.
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/225840,3,jak-uwodzi-jaroslaw-kaczynski.read

13.08.2017

  • kolewoczy Nie, no proszę, nie mieszaj do tego sił nadprzyrodzonych. Człowiek zachwiał równowagą w przyrodzie i zbiera tego owoce. Zresztą, zmiany klimatyczne na kuli ziemskiej trwały zawsze, tylko nas przy tym nie było, bo ludzkość nie istniała 😉 Obecnie człowiek coraz bardziej wyalienowuje się z natury, wiec i obronić się nie potrafi. Piorun w katedrę? Błagam, bądź racjonalna, toż po to się stawia wysokie iglice na wieżach kościoła, żeby pioruny w nie waliły chroniąc okoliczne domostwa. Na kościele w mojej parafii stoi metalowy krzyż – działa jak odgromnik. Podczas burzy pioruny w niego walą raz po raz, za to nie walą w ludzkie domy, bo krzyż ściąga. Kościół jest oczywiście opiorunochrowany, więc cała energia idzie po drutach w ziemię.
  • annazadroza kolewoczy:) To nie ja pierwsza „coś” zobaczyłam, to już dawniej, chyba w okresie „białego miasteczka” taki jeden powiedział, że „inni szatani są tam czynni”. Nie wzywam sił nadprzyrodzonych, wiesz, za mała na to jestem. Skojarzenia mam, różne. Racjonalnie nie myślę, bo już się taka urodziłam, z nadmiarem emocji, po kobietach w rodzinie odziedziczyłam taką przypadłość. I za to mnie Mąż kocha:) A poważnie – to przez działalność rabunkową i zachłanność człowiek doprowadził do nasilenia anomalii w naturze, jak nie przestanie dewastować środowiska, będzie jeszcze gorzej.
  • kolewoczy Nie, nie chodziło mi o emocje, lecz trywializowanie Boga jako bezrefleksyjnego straszaka. ostatecznie przecież cała Księga Hioba głosi, że cierpienie i groza życia nie jest przez człowieka zawiniona i nie jest karą za grzech, a w Ewangelii jest mowa o robotnikach przywalonych przez ścianę: „Zali myślicie, że byli oni większymi grzesznikami?” No więc chodzi mi o to, że traktowanie uderzenia piorunu w iglicę kościoła nie jako zwyczajnego przypadkowego zjawiska uzasadnionego zasadami fizyki jako rzekomo boskiego ostrzeżenia kogoś przed czymś jest nadużyciem.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Nie ujmuję niczego Sile Najwyższej, nie to miałam na myśli. To było na zasadzie „Boże, Ty widzisz a nie grzmisz” czy „jeśli Bóg chce ukarać, to najpierw rozum odbiera” itp. A czasem zupełnie wyjaśnialne naukowo zjawiska (jak owo uderzenie pioruna) mogą spowodować refleksję. Chwilami bardzo by się przydała.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Gdyby…

Już 88. raz staje Drabiniasty na drabince i publicznie dochodzi, dochodzi, za każdym razem niby jest coraz bliżej i zapowiada, że dojdzie. To też jest jakaś jednostka chorobowa, coś chyba jak pomroczność.
Od poprzedniego dnia Trakt Królewski znowu zablokowany. Turyści chcący przejść Krakowskim Przedmieściem zatrzymują się zdumieni przed barierkami. Nie wiedzą o co chodzi, widzą jakąś dziwną grupę idącą wewnątrz ogrodzenia, w gęstym kordonie policji. Pytają kto to, czy są aż tak niebezpieczni, że trzeba ich policją oddzielać od zwykłych ludzi? Nie rozumieją. W normalnych państwach tak się nie dzieje. Ale u nas tak. Tutaj słowa wypowiedziane za barierką mają dokładnie odwrotne znaczenie niż te same słowa po drugiej stronie barierki. Nie chce się przytaczać tych wszystkich słyszanych bredni. Mam nadzieję, że jest cień szansy, iż ten cyrk się wreszcie skończy, ta okrutna kpina z osób mających nieszczęście znaleźć się na pokładzie tego samego samolotu, co brat Drabiniastego. Według jego osobistego horoskopu, o którym przeczytałam w „Nieznanym Świecie”, musiał zginąć, gdziekolwiek by się nie znalazł, taki los miał przypisany. Gdyby wtedy nie poleciał, nie posłuchał swego złego ducha, prawdopodobnie pozostałych 95 osób żyłoby do tej pory.
Takich „gdyby” jest więcej i na inny temat. Na przykład odnośnie obecnego pana prezydenta. Nie jest ważne dla jakich pobudek zawetował, ważne, że się odważył. Gdyby zechciał naprawdę wejść w rolę, zostać prawdziwym prezydentem mógłby w tym zwariowanym czasie stać się mężem opatrznościowym. Gdyby powagą swego urzędu przyhamował wybujałe ambicje niektórych ministrów. Gdyby naprawił zło, które już zaistniało. Gdyby zrozumiał własną rolę, rolę Prezydenta Rzeczypospolitej i przyjął ją na siebie a co za tym idzie rolę zwierzchnika sił zbrojnych, rolę strażnika Konstytucji i stał się prawdziwą głową państwa. Gdyby…
11.08.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Nie ma co liczyć na Dudę.Jego chwilowa niesubordynacja wobec Kaczyńskiego i PIS nie wiąże się przecież z chęcią ochrony porządku prawnego w Polsce,ale wynika z potrzeby zamanifestowania swojej irytacji na ciągłe obniżanie rangi jego Urzędu i upokarzanie go jako Prezydenta.Pozytywne wypowiedzi opozycji,że może oto teraz Duda wybije się na samodzielność są bez sensu. Niepodpisanie kilku Ustaw nie wiąże się z ich całkowitym odrzuceniem,zrobi się kosmetyczne poprawki,usunie jakieś zdanie i ponownie znajdą się na biurku Dudy.Społeczeństwo nie powinno zapominać,że DUDA ZŁAMAŁ KONSTYTUCJĘ i to nie raz. Jeśli ktoś obrzuca Cię kupą gówna a po jakimś czasie ” tylko ” opluwa ,to chyba nie jest to postęp.
  • annazadroza Obserwator:) Nie chciałabym, żebyś miał rację tak do końca. W głębi duszy wciąż mam nadzieję, że iskierka dobra da się rozniecić, że życie polega na nieustannych przemianach – o czym I Czing traktuje – i może akurat tu się przemiana unaoczni? Na przekór temu co ś.p.Lepper mówił w wywiadzie red.Żakowskiemu. Nadzieja umiera ostatnia…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 19

Dzień był pochmurny, perłowoszary ale ciepły. Z ogródka  dochodziła woń kwiatów zasadzonych ręką człowieka oraz wszelkich innych roślin wpychających się bez zaproszenia wszędzie tam, gdzie znalazła się choćby grudka ziemi, w której mogłyby puścić korzenie. Życie, jakie człowiek usiłował unicestwić betonową płytą czy asfaltową nawierzchnią, odradzało się w szczelinie pękniętego asfaltu, między chodnikowymi płytami, na wysypisku śmieci, na hałdzie ziemi usypanej podczas budowy metra. Zaganianym ludziom, spieszącym się przez cały dzień, a wieczorem – dla odpoczynku – wlepiającym wzrok w ekrany telewizorów, nie przychodziło na myśl, że ich życie jest tylko jedną  krótką chwilką. Patrzyli bezmyślnie na popękany, obrośnięty trawą, krwawnikiem, rumiankiem beton. Oni, panowie stworzenia, przedstawiciele jedynego na ziemi gatunku, który sam sobie szykował zagładę – byli tego nieświadomi. Nie zdawali sobie sprawy, że tak jak kiedyś ich praprzodkowie wydzierali roślinom świat kawałek po kawałku, tak może nastąpić chwila, w której stanie się odwrotnie: natura z powrotem przejmie w posiadanie ich siedziby, opuszczone, rozsypujące się w gruzy. Oddalić te chwile może jedynie miłość, przyjaźń, współczucie, empatia, miłosierdzie w prawdziwym tego słowa znaczeniu, aktywne niesienie pomocy potrzebującym w każdym miejscu i o każdej godzinie. Inaczej mówiąc – wypełnienie życiem wszystkich tych haseł, które obecnie stały się synonimami naiwności, głupoty, nieudacznictwa, braku siły przebicia.

– Brr, co za koszmarne, katastroficzne myśli z samego rana – głośno powiedziała Aldona do Bibi.

Kotka włączyła motorek w gardziołku z chwilą, gdy wzrok opiekunki na niej spoczął. Od razu szczęście wypełniło jej główkę i resztę puchatego ciałka.

– Dobrze mówisz – przyznała jej rację pani. – Po co mamy się przejmować całą ludzkością? Nie warto. Wiadomo, że im chcesz lepiej dla innych, tym bardziej będą na ciebie pluć i obrzucać błotem. Po co nam to?

– Miau – tym razem to Bibi zgodziła się z Aldoną.

– Ja też tak uważam – pogłaskała koteczkę po łebku. – A ponieważ się zgadzamy, mamy się z czego cieszyć, prawda? Otacza nas tylu życzliwych ludzi, że człowiek choćby nie chciał, musi się stać taki sam. O innych nie ma się co martwić. Słyszałaś co mówiła ciotka Teresa? Każdy sam, absolutnie sam odpowie kiedyś za swe czyny. I nikt go w tym nie wyręczy. Można tłumaczyć, pokazywać drogę lecz nic więcej nie da się zrobić. Trzeba się więc troszczyć o własne sumienie, wykonywać swoje obowiązki i nie robić krzywdy innym, za to mądrze pomagać każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. Oczywiście, broń Boże, nie licząc na wdzięczność, bo to jest rzecz, która człowiekowi ciąży najbardziej. Tak, tak, nic gorszego niż dług wdzięczności. Zgadzasz się ze mną?

Bibi podniosła się, wygięła grzbiet, potem przeciągnęła się, rozciągnęła całe ciałko aż zrobiła się dwa razy dłuższa niż była, wreszcie otrzepała się jak pies po wyjściu z wody i wskoczyła pani na kolana. Chwilę posiedziała z przymrużonymi ślepkami, potem miauknęła, zeskoczyła na dywan, otarła się o nogi i zrobiła kilka kroków w kierunku kuchni. Widząc, że Aldona w dalszym ciągu siedzi bez ruchu, wróciła, oparła się o jej kolana przednimi łapkami, powiedziała coś po swojemu i znów ruszyła w stronę kuchni oglądając się czy tym razem pani podąża za nią

– Głodna jesteś? – domyśliła się Aldona. – Już idę, moja ty kochana kruszynko najmilsza, małpeczko kochana.

Ucieszona kotka stanęła przy lodówce i czekała. Aldona wyjęła jajko i wybiła je na spodeczek. Bibi tańczyła wokół z radości na dwóch łapkach. Surowe jajka uwielbiała nade wszystko na świecie, wolała je nawet od mięsa. W czasie, gdy koteczka różowym języczkiem skrzętnie wylizywała przysmak, Aldona przygotowała śniadanie, spakowała w reklamówki wiktuały przeznaczone do zabrania. Cichutkie pukanie do drzwi wyrwało ją z kuchni.

Na progu stał Sergiusz z różą w ręce.

– Marcin pozwolił mi zerwać  – usprawiedliwił się wręczając kwiat.

– Przecież ja cię o nic nie oskarżam – uśmiechnęła się. – Jest piękna. I…wiesz…to najmilsza poranna niespodzianka jak mnie kiedykolwiek spotkała.

Dziewczynki obudziły się, umyły i ubrały wyjątkowo szybko i zgodnie podniecone wyjazdem. Zaraz po śniadaniu wyszli razem z domu  zostawiając dla Bibi wodę w miseczce i jedzenie w plastikowym pojemniczku, zaś ją samą śpiącą na wersalce. Stokrotki chciały zabrać swą faworytkę, ale matka wytłumaczyła im, że mogłoby to być niebezpieczne dla małej koteczki. Co prawda z trudem przyjęły do wiadomości matczyne tłumaczenie, niemniej jednak dały się przekonać.

– Mogłaby się wystraszyć obcych psów i kotów, uciekłaby w las i z pewnością by zginęła. Nie umiałaby trafić z powrotem, bałaby się straszliwie i mogłaby umrzeć ze strachu. A poza tym mnie byłoby bardzo smutno całkiem samej w domu.

– No dobrze, niech już zostanie – zgodziły się łaskawie całując Bibi w nosek na pożegnanie.

Ruch na trasie w kierunku Mińska Mazowieckiego nie był tego dnia bardzo nasilony. Kiedy mijali kolejne miejscowości i Stokrotki głośno czytały ich nazwy, Aldona pomyślała, że zna tę drogę na pamięć. Od urodzenia jeździła tędy samochodem albo pociągiem. Teraz już nie ma po co… Gdy miną Dębe Wielkie – skręcą w lewo. Do Mińska może pojedzie z Sergiuszem po zakupy, wstąpi do ciotki, pójdzie na cmentarz ale na domek babci nawet nie spojrzy. Serce by jej pękło z bólu i tęsknoty. W snach, a także gdy usiądzie i odpręży się zamknąwszy oczy, często widzi babcię żywą, uśmiechniętą, krzątającą się po kuchni albo spacerującą po ogródku wśród ukochanych kwiatków.

Łzy napłynęły do oczu i przysłoniły świat. Tak bardzo tęskniła za babcią. Dopóki żyła, Aldona miała świadomość, że nie jest sama na ziemi i zawsze – bez względu na to, co się stanie – znajdzie bezpieczne schronienie.  Odwróciła twarz do okna, żeby nikt nie widział łez.

– Dlaczego jesteś taka milcząca? – zapytał Sergiusz.

– Bo małe robią hałas, to wystarczy. Gdybym jeszcze ja się przyłączyła, chyba wysiadłbyś z samochodu – starała się mówić wesoło, ale jeszcze lekko drżący głos pozwalał wyczuć wzruszenie.

Sergiusz zerknął z ukosa, zmarszczył brwi, myślał nad czymś intensywnie i wreszcie kiwnął głową. Zrozumiał. Prawą ręką odnalazł rękę Aldony, delikatnie podniósł i pocałował nie spuszczając oczu z drogi.

Wiedziała, że bez słów zrozumiał jej uczucia. Jedyne na co miała w tej chwili ochotę, to przytulić się i porządnie wypłakać. Stokrotki chichotały za plecami wspominając jakąś zabawną sytuację znad morza. Zaczęły o tym opowiadać przekrzykując jedna drugą, przerywając sobie wzajemnie tak, że niczego nie zrozumiała. Śmiech dzieci i serdeczność Sergiusza odegnały smutne myśli i sprowadziły uśmiech na jej twarz.

Do Cięciwy i do Domku dojechali w momencie, kiedy juniorzy obierali ziemniaki. Wszyscy poza Kajtusiem, który z patykiem udającym karabin i z liśćmi paproci, oczywiście maskującymi, wepchniętymi za spodenki i pod czapkę na głowie, chodził tam i z powrotem ciągnąc za sobą Abę. Najpierw próbował wziąć „do służby” Maksa, ale on nie taki głupi, o nie. Nie po to chodził z panią na szkolenia, żeby teraz nie używać własnego rozumu. Olbrzymi wilczur, wielkością niewiele ustępujący dogowi (który zresztą był jego ojcem), zaparł się wszystkimi czterema łapami i nie musiał robić nic więcej. Kajtuś usiłował ruszyć go z miejsca, popychał, ciągnął – nic nie pomogło. Maks stał jak posąg psa. Kiedy malec dał za wygraną i „zajął się” Abą, podszedł, liznął go w policzek i pomału zszedł na dół, pod swoim ulubionym świerkiem zwinął się w kłębek i drzemał od czasu do czasu kontrolnie otwierając oczy by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

– Obieraj porządnie. Zobacz, cztery oczy zostawiłeś – Bartuś zwrócił uwagę Jędrkowi.

– Nie oczy tylko oka – poprawił Jędrek.

– Wszystko jedno, mogą być ślepia albo gały – Bartek lekceważąco machnął ręką.

Machnął prawą ręką, w której trzymał obierak do ziemniaków. Przyrząd wypadając z Bartusinej dłoni trafił w głowę Kuby, niczego się nie spodziewającego, zatopionego w marzeniach, zapatrzonego w dal ze swoim obierakiem w jednej ręce, z ziemniakiem w drugiej. Noży młodzi panowie do rączek nie dostawali, jak się okazało – słusznie. Kubuś skoczył na równe nogi.

– Który to?! – wrzasnął.

– To Bartek – wołał od strony bramy Kajtuś chcąc zemścić się za poranne zamknięcie na zasuwkę w Przybytku Ulgi.

Kuba niewiele myśląc, a raczej nie myśląc wcale, cisnął w winowajcę ziemniakiem trafiając go w ramię.

– Ale ja nie chciałem – pisnął Bartuś uskakując w tył.

Zamachnąwszy się z całych sił Kubuś stracił równowagę i – pociągając za sobą Marka – usiadł w ogromnej misce z wodą, do której wrzucali obrane ziemniak. Żółciutkie ziemniaczki rozsypały się po piasku nabierając natychmiast szarego koloru, podobnie jak spodenki Mareczka i Kubusia.

Aba wyrwała się Kajtkowi i skoczyła sprawdzić co się stało, wpadając na Jędrka i wpychając go w błoto powstałe natychmiast po zmieszaniu wody spod ziemniaków z piaszczystą ziemią.

Bartek stał z otwartymi szeroko oczami i z niedowierzaniem patrzył na niewiarygodne skutki jednego machnięcia ręką. Kuba, Jędrek i Marek wyglądali jak nieboskie stworzenia. Spojrzeli po sobie, spojrzeli na Bartka i zrozumieli się bez słów. Bartek też pojął w czym rzecz.

– Nie, co to, to nie – wybełkotał wyciągając przed siebie ręce jakby chciał ich zatrzymać w miejscu, po czym rzucił się do ucieczki.

Aba biegała wokół nich jazgocząc niemiłosiernie, aż Maks przyszedł sprawdzić co jest powodem owego tumultu.

Jedynie Maciek nie ruszył się z miejsca. On jeden miał nóż i zdawał sobie sprawę z doniosłości tego faktu. Prawdą jest, że każdego ziemniaka obierał „z czterech stron świata”, w sześcian, ale to przecież nieistotny drobiazg. Siedział więc i zaśmiewał się patrząc jak trzej poszkodowani przyprowadzili głównego winowajcę i posadzili dokładnie w tym miejscu, w którym sami przed chwila siedzieli. Wtedy właśnie przed bramą stanął turkusowy maluch a z lasu po przeciwnej stronie drogi wyszedł Dziadek. Zaraz za nim pani Basia i Helcia.

Stokrotki natychmiast ruszyły w stronę chłopców, którzy zamarli w bezruchu na ich widok. Zobaczywszy z bliska głupie miny „mężczyzn”, wysmarowane błotem ciała i ubrania wybuchnęły gromkim śmiechem, klepiąc się po udach z wielkiej uciechy, tak jak okazywali wesołość na jakimś filmie pierwotni mieszkańcy Afryki.

– Jakie licho nadało te dziewczyny akurat teraz – mruknął Kuba przez zęby.

Maciek był szczęśliwy, że nie brał udziału w tej całej awanturze. Bał się nawet pomyśleć jakby mu było głupio gdyby…na przykład Linka zobaczyła go utytłanego w błocie.

11.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Małpa w klatce

A dziś będzie o tym, że jest jeszcze lato. Wczesnym rankiem było prześlicznie, słonko ożywiło mgłę nad polem dotąd nie skoszonym. Szilka uparcie obwąchiwała jedno miejsce, widocznie pozostał ciekawy zapach przechodzącej tedy zwierzyny, mógł być lis, sarna, dzik. Może jakiś pies nieznany tędy przemknął i musiała się z zapachem zapoznać. Piękny jest ten świat, jakby nie patrzeć – piękny jest.
A jakże piękny w moich ukochanych Pieninach, do których już drugi rok nie ma jak się wybrać, bo wciąż coś przeszkadza. Wreszcie kiedyś pojadę, tylko czasu żal, który można by tam spędzić przy pięknej pogodzie. Nie mnie jednej na przekór coś staje, bo i przyjaciółka M. na swoją wieś wybrać się nie może, z tych samych powodów – czyli z „przekoru” nie do pokonania póki co. A na pewno znowu jakaś biedna psina, jakaś porzucona sierotka plącze się po działkach i pomocy szuka. Tak jak trzy lata temu moja Szilunia. Już tych biedaków M. uratowała sporą gromadkę, znajdując dla nich domy i kochające rodziny. Najdłużej chyba trwało odławianie bernardyna, kiedy wreszcie się udało, był w strasznym stanie, ale dzięki M. trafił tam, gdzie tą rasą się zajmowano szczególnie i uratowany został. Ludzie pomagający zwierzakom wydają mi się być istotami z górnej półki, lepszym gatunkiem człowieka. Ciekawe, czy pochodzą od małpy :):):)
W związku z małpą przypomniała mi się scena, kiedy młody, grzeczny i kulturalny poseł, który uważa, że muzyka łagodzi obyczaje, chciał podarować książkę innemu posłowi. Niestety, dwaj obok owego posła siedzący przyjęli postawę prawdziwych goryli zasłaniając przed wiedzą swego boga. Brakowało tylko dudnienia pięściami po torsach dla odstraszenia wroga. Niby nie ich wina, nie mogli, bo właściwie nie ma po czym dudnić. Taki Schwarzenegger nawet teraz ma po czym…
Jeszcze jedno mi się przypomniało. Siedzi małpa w klatce. Niebyt duża ta klatka, z kratami, jak to klatki mają. Wokół pełno ludzi małpie się przygląda. Podrapała się małpa w zadek i myśli: jacy ci ludzie biedni, wszyscy za kratami…
Otóż ja małpą się nie czuję i większość moich rodaków również.
A miało być miło. Wracam więc na jasną stronę. Otóż gdyby nie przyjaciółka M. ja bym nigdy z moim Rolfem do psiej szkoły nie poszła, nie nauczyłabym się rozumieć zwierzaków, rozpoznawać z zachowania i wyrazu mordki co chcą mi przekazać. No i jeszcze coś;-) Wyczytałam, że rozmowa ze zwierzętami, nadawanie imion komputerom, telefonom, samochodom – to sygnał świadczący o wyjątkowości i dowód wysokiego IQ. Co do wyjątkowości mogę się ostatecznie zgodzić :):) ale IQ nie będę sobie mierzyć,żeby nie wpaść w czarną dziurę na widok wyników… Cieszyć się latem można bez względu na wszystko inne.

10.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Na temat mowy psiej,dzisiaj wieczorem mój Pretor w znany nam obu sposób załatwił sobie i kolegom dodatkową wyżerke,teraz martwię się czy dospimy do rana,ale te oczy, lizanie i przymilanie nie mają sobie równych.
  • annazadroza L.C. 🙂 I jak, udało się dospać? U mnie najtrudniej jest wyjść nocą za osiedle, bo można oko w oko z dzikiem stanąć. Szilka jest taka porządna, że w ogródku nie nabrudzi, chociaż ma pozwolenie. Specjalne przytulanki dla Pretorka:) A jak „maluch”?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Podczas oglądania tv

Miałam w domu Wnusię K. od piątku, a w sobotę jeszcze Małego z dziewczynami, więc nic nie zrobiłam wykraczającego poza konieczne czynności. Były więc naleśniki, kluski leniwe, upieczone babeczki na maślance, murzynek, ciasto cukiniowe z czekoladą, kotlety vege oraz kotlety z tuńczyka i jeszcze pieczarki uduszone z cebulką, żeby sos był do ziemniaków albo ryżu. Dodatkowo sałatka z pomidorów, ogórki, które już małosolne być przestały oraz marchewka utarta z jabłkiem. A do picia owocowa herbata ostudzona, z dodatkiem soku i odrobiny octu jabłkowego. Wnusia wróciła do siebie w poniedziałek po południu. Pojedzie jeszcze do Wisły na tydzień, potem znów do nas – mam taką nadzieję – na kilka dni zawita. Na jeden spacer dziennie udawało mi się ją wyciągać, oczywiście w towarzystwie Szilki, ucinałyśmy sobie wtedy babskie pogawędki. Mogę stwierdzić, że mądre dzieciaki teraz są, nawet „początkujące” nastolatki. A jeśli chodzi o sprawy techniczne przy obsłudze sprzętu elektronicznego, to w porównaniu ze mną są w kosmosie, podczas gdy ja zostałam w erze kamienia łupanego. Ale tak powinno być, każde pokolenie powinno być bardziej rozwinięte od poprzedniego.
Powinno, więc dlaczego niektórzy młodzi plotą bzdury jak w latach trzydziestych u sąsiadów za miedzą? Za chwilę kolejna miesięcznica i znowu się nasłuchamy i napatrzymy tak, że na samą myśl zęby bolą. Drabiniasty będzie mówił to, co zwykle, większej agresji można się tylko spodziewać i na pewno nic dobrego. Będzie, że demokracja kwitnie… I przypomina się, jak Stalin w Jałcie mówił, że chce, aby Polska była demokratyczna… No i tego samego chce Wódz RP – czyli Rzeszy Pisowej. Nie mylić z Rzeczpospolitą Polską, która jest moją Ojczyzną oraz Ojczyzną milionów moich rodaków, którzy chcą, by była państwem rozwiniętym, europejskim, otwartym, prawym i sprawiedliwym. Dla wszystkich, nie tylko dla „jedynych”, „słusznie” myślących. Podczas gdy inni są „podludźmi” – też już było, prawda? No to czyimi spadkobiercami są przedstawiciele IV RP? Przecież po Trzeciej kolejna jest Czwarta R. Dlaczego tak się upierano przy tej „czwórce”?
Okropnie mnie bulwersuje, że Polskę utożsamia się z rządem. Otóż rząd to zaledwie garstka przedstawicieli skromnej części mieszkańców kraju, bo reszta głosowała inaczej albo nie poszła na wybory. Gdyby się pofatygowała, inaczej by sytuacja wyglądała. Polska zaś jest na ulicy, z różami, była ze świecami w ręku. I mam nieodparte wrażenie, że znów została wykiwana przez tych, których osłaniała światłem… Ja przynajmniej czuję zawód. Nie wiem do czego dojdziemy, wiem, że zmierzamy na wschód. Trzeba będzie sobie język przypomnieć.
Ot, takie dyrdymałki – i jeszcze dużo innych – przychodzą do głowy podczas obserwacji bieżących wydarzeń w tv.

9.08.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Należy często przypominać,że PIS poparło niecałe 20% społeczeństwa /duża część nie poszła na wybory / więc ciągłe mówienie,że PIS ma mandat od Narodu do dokonywania wszelkich zmian jakich tylko chce jest opowiadaniem bajek.
  • babciabezmohera Macierewicz z Adrianem chwycili się za kołnierze. Może to kolejna ustawka a może nie. W każdym razie kwasy po tamtej stronie budzą nadzieje.;)
  • annazadroza Rick:) Pewnie, że należy przypominać. Ale trzeba mieć świadomość, że często się nie trafi na podatny grunt, bo niezdecydowanych wydaje się być mało. Raczej są dwa plemiona i tak się okopały, że pola do porozumienia nie ma. Dopiero kiedy jakieś zmiany przyjdą w Rzeszy, może wtedy normalniejsi osobnicy się trafią, którzy zrozumieją co się do nich mówi. Jak na razie np. panna Krysia rzuca bezkarnie w innych „zdradzieckimi mordami” a na propozycję miłości chce pozwem sądowym odpowiedzieć. Gdzie tu normalności choćby odrobina?
  • annazadroza babciabezmohera:) W tym nadzieję i ja pokładam, że coś się pomiesza, poplącze, odpadnie i nowe – choć troszkę lepsze – się wyłoni. To „coś” myślące o przyszłości. Bo przecież poglądy można mieć różne, chodzi o to, aby nie narzucać ich siłą innym i umieć wspólnie dojść do rozwiązania problemów na drodze kompromisu.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 18

W poniedziałek rano Aldona przygotowała Stokrotkom dużą ilość kanapek, przykryła szklanym kloszem, żeby  Bibi się do nich nie dobrała, położyła tabliczkę czekolady dla każdej, zostawiła kartkę z instrukcjami na czas swojej nieobecności i poszła do pracy.

Na korytarzu natknęła się na dzień dobry na Mariana, który rzekomo miał do niej kilka ważnych spraw i siedział długo nie pozwalając się skupić i działając na nerwy swoją obecnością. Jak na złość była sama w pokoju. Wreszcie los się nad nią ulitował i ktoś zadzwonił szukając Mariana. Musiał pójść do siebie pozwalając Aldonie nareszcie odetchnąć. Zdążył jeszcze powiedzieć, że dyrektor odchodzi na emeryturę.

Zmartwiła się, bo lubiła tego człowieka i darzyła zaufaniem, przypominał jej tatę. Była przekonana, iż w razie potrzeby może się zwrócić do niego z prośbą o pomoc i nie zostanie potraktowana jak intruz. Nie robiła tego do tej pory i nie chciałaby nigdy, lecz taka świadomość pozwalała na zachowanie – może złudnego, ale jednak – poczucia bezpieczeństwa.

Po wyjściu Mariana szybko uporała się z pracą. Musiała jeszcze udać się do centrum miasta w sprawach służbowych, tak więc ułożyła sobie plan działania, by  załatwiwszy sprawy nie musiała już tego dnia wracać.

Dotarłszy do domu wcześniej niż zwykle ze zdumieniem zobaczyła Sergiusza. Wojował z szafą rozłożoną na kilka części i korzystając z pomocy dziewczynek usiłował je wszystkie – oczywiście części, nie dziewczynki – jakoś dopasować. Zdziwionej jego wczesną obecnością Aldonie wytłumaczył, że wprawdzie wspólnik przyjął nowe zgłoszenia, ale postanowił sam je załatwić, korzystając z pomocy zatrudnionego niedawno pracownika.

Aldonie przypomniała się rozmowa przyjaciółek i ich niezbyt pochlebna opinia o tym człowieku. Sama zresztą spotkała go dwa razy i jakoś nie wzbudził jej sympatii. Miał fałszywe oczy, nigdy nie patrzył na rozmówcę lecz – jak Marianowi – wzrok uciekał mu gdzieś na boki.

– Jesteś pewien, że możesz mu całkowicie zaufać? Chwilami mam wrażenie, że on nie wprowadza cię we wszystkie sprawy i coś przed tobą ukrywa.

– Przesadzasz Doniczko. Przecież nie mogę podejrzewać o oszustwo każdego człowieka, który się koło mnie znajduje.

Nie podejmowała dyskusji. Wiedziała już, że nie przekona go, wręcz przeciwnie, spowoduje zacięcie się w uporze. Musi sam na własnej skórze odczuć, iż intuicja i przeczucie nieraz mają taką samą  wagę jak sprawdzone, zbadane fakty.

Do drzwi zastukał Marcin i obaj panowie raźno wzięli się do pracy. Aldona w tym czasie kończyła obiad. Inka opalała się na leżaku w ogródku. Linka wciąż kręciła się w przedpokoju, jakby kontrolowała postępy w pracy mężczyzn i służąc chętnie pomocą podawała potrzebne narzędzia, przytrzymywała różne elementy, w lot odgadywała co do czego pasuje.

Zjedli obiad. Marcin też musiał, bo dziewczynki obiecały go własnoręcznie nakarmić w razie sprzeciwu. Ledwie gospodyni zdążyła pozmywać, na rowerku przyjechała Teresa.

– Masz, przywiozłam ci prezent, żebyś się nie nudziła, bo na pewno nie masz co robić i obijasz się po kątach – powiedziała wręczając przyjaciółce nieduże zawiniątko.

– Co to jest? – Aldona oglądała paczuszkę ze wszystkich stron.

– Najlepiej rozwiń, to zobaczysz – poradziła Teresa.

– Coś ty? Naprawdę? Miewasz czasem niezwykle oryginalne pomysły – odpowiedziała Aldona rozwiązując wstążeczkę i rozwijając papier.

– Podoba ci się? Pierwszy  raz trafiłam na pomarańczową koronkę. Możesz nią obszyć firaneczkę. Widzisz? – przyłożyła koronkę do brzegu firanki. – Ślicznie będzie wyglądała.

– Nawet bardzo ślicznie. Dziękuję Tereniu. Przyszyję w rękach, bo nikt mnie nie zmusi, żebym znowu przypinała te piekielne żabki. Pokłułam sobie całe ręce. Na pewno nie przyszyję równo ale trudno.

– Nie przejmuj się staruszko – klepnęła ją Teresa po ramieniu. – Może być krzywo. Jak mówi Magda: mądry nic nie powie a głupi się nie pozna.

Od strony ogródka dało się słyszeć wołanie Doroty.

– Co wy sobie myślicie? Wyłączyły domofon cholery jedne i mają nadzieję, że nie wlezę do środka! Choćbym się miała przedrzeć przez te róże, muszę zobaczyć kuchnię.

– Nie przedzieraj się tylko właź, tfu, wchodź jak człowiek – Aldona otworzyła drzwi.

– To na pewno sprawka Teresy – gderała Dorota. – Wyczuła, że mam dla ciebie coś ładniejszego niż ona i z zazdrości wyłączyła domofon. Już ja ją znam.

Podała pani domu foliową torbę z okrągłą pomarańczową doniczką i lejkiem w tym samym kolorze.

– To dla mnie? Jakie ładne! Dziękuję, bardzo dziękuję.

– Donica dla Donicy – śmiała się ofiarodawczyni. – Czy ty wiesz co ja przez ciebie miałam? Wchodzę do sklepu na Puławskiej, tego dużego koło Woronicza,  z domowymi rzeczami, plastikami, wiesz gdzie? Tam kupiłam mój cudny składany wózeczek na zakupy. No więc wchodzę i widzę pomarańczową doniczkę i pomarańczowy lejek.  Grzecznie mówię: poproszę pomarańczową doniczkę i sitko. Babka spojrzała na półkę, podała mi doniczkę i mówi: przykro mi ale sitek nie ma. Ja na to: jak to nie ma, a co tam stoi? Popatrzyła we wskazanym przeze mnie kierunku, potem jakoś dziwnie na mnie: to są lejki proszę pani – powiedziała z naciskiem. Widocznie wzięła mnie za idiotkę. A do mnie dopiero wtedy dotarło co plotłam. Parsknęłam śmiechem, ona po chwili też. I mówi do mnie: wie pani co ja zrobiłam kilka dni temu? Pozbierałam wszystkie reklamówki, porządnie je złożyłam i schowałam do zamrażalnika. Znalazłam je dopiero dziś rano przez przypadek.

– Ten przypadek stanowi dla nas pewną pociechę – oświadczyła Teresa. – Znaczy, że nie tylko nam się zdarzają takie „przytrafki”, innym też.

– A propos „przypadek”. Przypadkiem spotkałam Kumplówę – przypomniała sobie Aldona. – Na Belgradzkiej, chyba w zeszłym tygodniu. Nie poznałam jej, autentycznie jej nie poznałam. Wyobraźcie sobie, że schudła, miała zęby, włosy na głowie i wyglądała jak człowiek.

– Niemożliwe – zdziwiła się Teresa. – Jak żyję to jeszcze czegoś podobnego nie widziałam. Co jej się stało?

– Zakochała się. Jak widać miłość potrafi czynić cuda.

– Ale że znalazła amatora swoich niespotykanych wdzięków…

– No i postanowiła życie zacząć od nowa. Dobrze jej to zrobiło, naprawdę zmieniła się nie do poznania.

– Może te dziwactwa wynikały z samotności, ze strachu przed nią, ze zobojętnienia jakie ona za sobą pociąga. A może to taka forma samoobrony? Kiedyś Majka opowiadała mi historię z jej młodości. Była tam wielka miłość, było i oszustwo człowieka, dla którego zrobiłaby absolutnie wszystko, żeby pójść za nim na koniec świata, była próba samobójcza. Potem zamknęła się w sobie i zrobiła z siebie dziwadło.

– Auuu – zawył w przedpokoju Marcin trafiając w palec zamiast w gwóźdź.

– Dobrze ci tak – bezlitośnie stwierdziła Dorota przerywając opowieść. – Trzeba było pilnować roboty a nie podsłuchiwać.

– Jędza, największa jędza w całym osiedlu – wyjęczał „stuknięty” Marcin wkładając stłuczony palec do zamrażalnika.

– Uspokójcie się wreszcie – przywołała Aldona do porządku całe towarzystwo. – Opowiem wam o czym jeszcze rozmawiałyśmy. Wyobraźcie sobie, że odchudza tego swojego Miecia, bo za gruby. Daje mu na śniadanie dwie kromeczki chrupkiego chleba i plasterek wędliny. Kupiła wagę i waży go przed wyjściem z domu. Powiedziała, że zabije, jeśli będzie ważył choćby o pięć deko więcej po powrocie.

– W życiu bym nie wpadła na taki pomysł – chichotała Teresa. – Biedny Miecio pewnie płakał, bo on bardzo lubi jeść. Przecież ja go znam, tylko o nim zapomniałam.

– Na pewno nie zapomniałaś, ty Babo Jago. Nie chciałaś się z nami podzielić taką rewelacyjną wiadomością, bo jesteś chytra i chciałaś zachować Miecia tylko dla siebie. Boisz się naszej konkurencji i tyle – oświadczyła Dorota przezornie wycofując się do przedpokoju.

– Słuchajcie dalej – podjęła Aldona. – Weszłyśmy do sklepu, w którym Kumplówa kupiła paczkowaną szynkę. Rozerwała w domu folię i stwierdziła, że wędlina jest zepsuta. Kiedy ją spotkałam, szła właśnie z reklamacją. Sprzedawczyni w sklepie powiedziała, że nie zwróci jej pieniędzy, bo opakowanie jest otwarte. Kumplówa na to: przecież przez torebkę nie czułam, że śmierdzi. Kobieta obstawała przy swoim więc nasza znajoma odwróciła się do ludzi stojących w kolejce i tłumaczyła bardzo obrazowo, że w tym sklepie sprzedają zepsute, śmierdzące produkty nie nadające się do spożycia, zagrażające życiu i zdrowiu. Podtykała im  pod nos cuchnącą szynkę, przekonywała, żeby już niczego tu  nie kupowali i chodzili po zakupy do innych sklepów. W rezultacie sprzedawczyni rzuciła się na moją towarzyszkę, wyrwała jej z ręki torebkę z wędliną i szybko zwróciła pieniądze. Stałam w kącie i dusiłam się ze śmiechu, scena była jak z komedii.

– Też bym się dusiła – Teresa oczami wyobraźni widziała przedstawioną scenę, jakby sama w niej uczestniczyła. – A wracając do spraw poważniejszych: kiedy zawieziemy Stokrotki do Cięciwy? Ja będę mogła dopiero wieczorem.

– Pojedziemy pociągiem –odpowiedziała Aldona. – Już i tak mnóstwo czasu straciłaś przeze mnie.

– Trzymajcie mnie! Zdzielę ją albo łeb jej ukręcę – Teresa wykonała wymowny ruch ręką. – Pociągiem pojedziesz, tak? I potem będziesz pieszo dyrdać przez las taki szmat drogi? Do tego z tobołami na plecach?

– Doniczko, kryj się, bo zostaniesz zamordowana  – wołał z przedpokoju Sergiusz. – Nie martw się, odwiozę cię, znam drogę. W końcu prowadzi również i do moich włości. Wprawdzie od niedawna moich, ale już się przyzwyczaiłem.

– A co z twoim wspólnikiem? – spytała Dorota.

– A co ma być? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Nie będzie zły, że zostawisz go samego?

– Dlaczego miałby być zły? Podzieliliśmy się urlopem po równo. On swoją część wykorzystał, dopiero co wrócił. Teraz będzie moja kolej. Poza tym w okresie wakacyjnym jest zawsze mniej zamówień i zleceń.

– Michał mówił, żebyś dokładniej przyjrzał się wszystkiemu co on robi.

– Nie będę nikomu patrzył na ręce. Gdyby każdy pilnował sam siebie i robił co do niego należy, byłby raj na ziemi.

Marcin zaczął wiercić w betonie. Wiertarka uniemożliwiła dalszą rozmowę rycząc niemiłosiernie. Przyjaciółki rozeszły się, każda do zajęć czekających w domu. Aldona wzięła się za pakowanie rzeczy córek. Jak zwykle okazało się, że połowa bluzek nie nadaje się do noszenia w cywilizowanym świecie. Jedna poplamiona jagodami, inna rozdarta i pozszywana byle jak – żeby mama  nie widziała, jeszcze inna pomalowana flamastrem w fantastyczne wzory.

– Nad czym się zastanawiasz? – spytał Marcin zaglądając do pokoiku zdziwiony znieruchomieniem sąsiadki nad stertą kolorowych fatałaszków.

Siedziała coraz bardziej zła, ba, nawet wściekła. Co wzięła do ręki – nie nadawało się do noszenia.

– Zobacz tylko, zaraz mnie cholera zatłucze – wskazała ręką na rozrzuconą garderobę.

– Czym się przejmujesz? – machnął ręką lekceważąco, bagatelizując Doniczkowe rozterki. – Jak zniszczyły, niech w takim chodzą. Poza tym uważam, że do lasu nie potrzeba im nic lepszego. Zresztą, nawet w tym będą wyglądały lepiej niż okoliczne dzieciaki.  Widziałaś je z bliska?

Sergiusz wcisnął głowę do pokoiku między futryną a trzymaną przez Marcina deską

– Pamiętasz co Jurand mówił po przyjrzeniu się mazowieckiej wsi?

– Pamiętam, porównywał z galicyjską. A właściwie mówił, że nie ma porównania. Zresztą sama obejrzę wszystko na miejscu. A poza tym chyba wam się czasy pomyliły. Jest końcówka drugiej połowy dwudziestego wieku a nie dziewiętnasty i proszę, żadnych lokalnych szowinizmów, dobrze?

– Zwiedzimy całą okolicę – ciągnął Sergiusz. –  Jurand opowiadał o różnych ciekawych miejscach, które koniecznie musimy zobaczyć.

– Wiesz, na dobrą sprawę nie ma tam takiego miejsca, którego by nie było warto zobaczyć. On tak obłędnie kocha tę swoją Galicję, że zna ją jak własną kieszeń i może godzinami opowiadać o jej cudach.

– Gadać może, bo to prawnik – mruknął Marcin. – Oglądałem slajdy i zdjęcia z Tenczynka i okolic – już głośno powiedział przybijając kolejną listewkę, – to naprawdę piękne tereny.

Przez cały czas nikt nie próżnował. Dziewczynki otrzymały polecenie spakowania książek i różnych innych skarbów, które zamierzają zabrać ze sobą do Cięciwy. Aldona ułożyła rzeczy w dużej torbie podróżnej i postawiła gotową do zabrania. Sergiusz z Marcinem niczym dwie pracowite mrówki, albo raczej jak dwa dzięcioły kujące w drzewo, stukali, przybijali, stękali i pocili się usiłując zrobić  z jednej ogromniastej szafy dwie mniejsze, przymocowane do ścian i obite – wraz ze ścianami – boazerią.

Zrobiło się bardzo późno. Marcin zbierał narzędzia, Sergiusz przesuwał „nowy” mebel. Cichutkie pukanie do drzwi ledwo dało się słyszeć. Marcin stojący najbliżej usłyszał i otworzył. To Danusia wychodziła na spacer ze wszystkimi zwierzakami. Busia wpadła do mieszkania i poszczekując obiegła je dookoła, nie zwracając żadnej uwagi na Bibi.

– Nie ma u was Bronka? – spytała. – Wsiąkł jak kamień w wodę już kilka godzin temu.

– Widziałam jak wchodził do bloku Doroty, do ostatniej klatki – odpowiedział Sergiusz. – A co, na rzęsach poszedł?

– Na rzęsach to on dopiero będzie wracał a poszedł nogami – westchnęła.

– Nie martw się, nie zginie, trafi do domu. Po dziesięciu latach zna adres na pamięć – pocieszała Aldona.

– Ależ wcale się o to nie martwię. Miał poznosić do piwnicy słoiki z przetworami. Cały przedpokój jest zastawiony i nie można przejść. Ale jak tam poszedł to nieprędko wróci i nie da rady słoikom, polegnie na całej linii.

– Przecież my ci zniesiemy słoje na dół. Od czego masz sąsiadów? – od razu obaj oferowali pomoc.

– To ty też jesteś sąsiad? – zdziwił się Marcin.

– A nie? Przecież mieszkam w sąsiedniej dzielnicy.

– Dziękuję wam, chłopaki kochane. Bronek zrobi to jutro, choćby mu głowa miała pęknąć. Trudno, c`est la vie. Poza tym jest późno i Sergiusz musi jechać do domu.

– A właściwie dlaczego nie miałbyś się przespać u mnie? – zaproponował Marcin. – Cała chałupa pusta, Magdy nie ma, dzieciaków nie ma. Co ty na to?

– A wiesz, że chętnie skorzystam z twojej propozycji? Jestem tak skonany, że nie wiem, czy utrzymam kierownicę w ręce.

– Pewnie by ci wypadła – wtrąciła Inka.

– Albo byś ją ukręcił, bo jesteś taki silny – dodała Linka.

Godzinę później Aldona kładła się spać ze świadomością, że tuż obok niej, za ścianą, na tapczanie Filipa śpi Sergiusz. Na pewno już śpi, był przecież bardzo zmęczony, Coś ją korciło, żeby zastukać w ścianę. Poddała się pragnieniu. Było to raczej dotknięcie niż uderzenie ściany, zimnej, betonowej ściany, która stała się gorąca…  bo…  po drugiej stronie owej parzącej ściany usłyszała  trzy cichutkie puknięcia. Wstała i wyszła na balkon. Sergiusz podszedł do otwartego okna.

– Dobranoc Doniczko – powiedział  ciepło i serdecznie. – Śnij o mnie.

– Jeszcze czego, żebym się nie wyspała? – lekko się zaczerwieniła. – Dobranoc, do jutra – powiedziała cicho i uciekła  w głąb pokoju.

8.08.2017

  • kobietawbarwachjesieni Czy powieść będzie oddana do druku, czy mamy czytać ją w internecie?
  • kolewoczy Nie przepadam za czytaniem opowiadań czy powieści w internecie, nie gniewaj się, to mnie męczy, przepraszam
  • annazadroza Kolewoczy 🙂 Kobietawbarwachjesieni:-)
    Wrzucam na bloga, bo nie chcę, żeby umarły wraz ze mną. Kto chce, to czyta, kto nie – przecież nie musi. Jakże mogłabym się gniewać? Czasem komuś jakiś fragment przypadnie do gustu i jest miło. Cieszę się, że zaglądacie, zapraszam dalej i pozdrawiam.
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Wiadomo, że co książka to książka, ale teraz takie czasy, że musimy korzystać z dobrodziejstw internetu,dla pokolenia 60-latkow,czsami trudno pojąć skąd się te wszystkie mądrości np. w Wikipedii biorą. Ale czytanie powieści na raty to też ciekawy pomysł, chociaż początkowo byłam nastawiona sceptycznie. Pozdrawiam.
  • annazadroza L.C.:-) Dzięki, że czytasz. Kiedyś w gazetach były drukowane powieści w odcinkach. Sienkiewicz też tak pisał. Pamiętam, że czytałam, iż zwracał się do redakcji z pytaniem, gdzie jest Kmicic, żeby ciąg dalszy miał logiczną całość 🙂 U babci w szafie były wycięte z gazet – sprzed wojny – powieści drukowane w gazecie i skrzętnie zbierane wszystkie odcinki. Babcia bardzo lubiła czytać, szczególnie zimą mogła się oddawać tej przyjemności, bo latem kobieta na wsi wolnego czasu nie miała.
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Kajtusiowy wierszyk

Ten wierszyk o Kajtusiu – w „Po co wróciłaś…” jest już starszym chłopczykiem – powstał dawno, znalazł się „W wejściu w światło”. Ponieważ nie miałam czasu na wymyślanie nowych Wymyślanek podczas weekendu, wrzucam go teraz, żeby koleżanka Al. nie była zła, że nie ma żadnego wpisu 🙂 Pozdrawiam Cię Al:-)

Jest gdzieś w Polsce wieś Cięciwa
ukryta w zielonym lesie.
Tam zaś – dziwny jakiś Domek,
wieść się o nim wszędzie niesie.

W tym Domeczku same dziwy,
czary, bajki nad bajkami.
Co? Nie chcecie mi uwierzyć?
No to posłuchajcie sami.

Pod listeczkiem żółtozłotym
Grzyb Maślaczek przymknął oczka
i piosenkę głośno śpiewał.
Tak mi powiedziała Sroczka.

A za krzaczkiem jagodowym
stary Ślimak w swej skorupie
całego arbuza schował
i do dziś go jeszcze chrupie.

Myszka stoi na dwóch łapkach,
ogoneczkiem się podpiera,
jest różowa w białe groszki,
zmyka przed nią Lis Przechera.

Konik Polny wziął gitarę,
zdjął kapelusz z wielką gracją,
zagrał tango, po czym spytał:
Kajtusiu, a co z kolacją?

Wszystkie Mrówki w tany poszły
wdzięcznie wziąwszy się pod boczki,
w rytmie rocka, jive’a, swinga
drobne, zgrabne robiąc kroczki.

Nagle sielską atmosferę
zmroził groźny ryk, ponury.
Koło dziury w ogrodzeniu
łeb się zjawił szarobury.

A ja co? Już o mnie całkiem
zapomnieliście, niecnoty?
Nikt już nawet nie zapytał:
bawić się nie masz ochoty?

Rozpłakało się wilczysko,
łez strumienie giną w trawie,
z niej podnosi się Krasnalek
co patrzy na świat ciekawie.

Nie płacz wilku, mówi, bo dziś
razem bawić się będziemy.
Dopiero gdy księżyc zajdzie
grzecznie sobie spać pójdziemy.

Jeszcze coś z mchu się gramoli,
stwór to straszny, brudny cały!
Upiór, strzyga, może wodnik?
Nie, to tylko Kajtuś mały.

7.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Bardzo sprytny wierszyk. Scenki fotograficzne. Super. Pozdrawiam!!
  • annazadroza L.C:-) Dziękuję, jak miło,że dorośli wierszyki też czytają choć są dla dzieci 🙂 Ale wiesz co? Z przyjemnością czasem biorę do ręki literaturę dla dzieci i odbieram zupełnie inaczej niż kiedyś. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Zaszufladkowano do kategorii Wymyślanki | Dodaj komentarz

Co z tą głową…

Obyś żył w ciekawych czasach – to przekleństwo niestety dotyczy nas, żyjących tu i teraz. Tak trudno oderwać się od aktualnych wydarzeń, że chyba muszę dni tygodnia jakoś tematycznie podzielić. No, chyba, że znów zdarzy się coś niesłychanego jak w czarnym tygodniu, co jest – w polskich realiach – bardzo prawdopodobne. Wtorki i piątki przeznaczyłam na powieść w odcinkach i tego staram się trzymać. W środę… może dać upust frustracjom politycznym? W czwartek trochę kultury? Bo gdzieś powędrowała na manowce, szczególnie jej werbalna strona. Na poniedziałkowe Wymyślanki nie mam nastroju, chyba, że znajdę stare, które gdzieś w Felku ugrzęzły i po naprawie nie umiem ich wydostać. Wnusia K. obiecała przyjechać na kilka dni, więc może razem będziemy wymyślać. Zawsze jest przy tym dużo śmiechu, już niejednokrotnie wymyślała opowiadania i wierszyki. Kilka trzymam na pamiątkę.
Ciekawe życie jest także w domu ze względu na babcię D. Ciekawe i niezwykle urozmaicone, ponieważ nie wiadomo co zrobi za pięć minut i jakie atrakcje nas, czyli Męża i mnie, w związku z tym czekają. Wczoraj zeszła rano ale nie na śniadanie, tylko na taras i siedziała jak mumia bez słowa. Na usilne zapraszanie, żeby coś zjadła odpowiedź padała dobrze znana: nie chce mi się. Ale po minie widać było wyraźnie, że coś jest na rzeczy. Wreszcie zażądała, żeby natychmiast znalazły się jej pierścionki. No to wiadomo przynajmniej o co chodzi. Znowu gdzieś schowała i nie pamięta ani, że schowała, ani tym bardziej gdzie schowała. W jej chorej głowie spisek jest utrwalony na zawsze a winna jestem ja. Jak u niektórych polityków wszystkiemu winien jest Tusk. Babcia D. nie słucha, nie dociera do niej żaden rozsądny argument, odbija się jak od ściany, ona wie swoje i nie da sobie przetłumaczyć niczego, bo to ona ma rację i nikt jej nie przekona, że białe jest białe… Zupełnie jak grono wyznawców idola pani Krystyny. Tylko – babcia D. jest chora na głowę, ma na to papiery… Może i nie jest głupi pomysł, żeby badaniom poddawać kandydatów na różne stanowiska. A na posła to już obowiązkowo. I poziom IQ zmierzyć przed wpisaniem na listę też by nie zaszkodziło. W końcu zarządzać państwem powinni ludzie, którzy mają głowę na karku a w niej odpowiednią ilość czynnych zwojów mózgowych, nie tylko ręce do głosowania zgodnie z rozkazem. I kręgosłup by się przydał, żeby tę głowę w pionie utrzymać.

3.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Tłumaczenia na nic się nie zdadzą. Trzeba chyba potakiwac i udawać greka. Trudno odystans,gdy dotyczy to najbliższych. Takie jest życie jak mówią Francuzi.
  • krzysztof213 Tusk Kaczyński co tam mnie dziś .
    Wczoraj Bieród Gierek jutro kto inny sama mafia legalna.Takie moje zdanie
    A tak to demencja jest
  • annazadroza L.C.:) Ano się nie zdadzą na nic. Do dziś jej nie przeszło. Trudno jest chwilami bardzo, bo chciałoby się pomóc ale nie ma jak. Już wszystkich sposobów próbowałam, ale bez rezultatu. Przy tym widzę, że się męczy, jest nieszczęśliwa a my z nią. Potem przez chwilę jest ok, jakby nigdy nic a za chwilę znów to samo. No i właśnie takie jest życie, jak na huśtawce; góra- dół, góra – dół…
  • annazadroza krzysztof213:) Demencja jest, nie da się ukryć i na nią sposobu nie ma, niestety.
  • krzysztof213 Wiesz co tacy ludzie potrzebują towarzystwa .Znam panią taką to się cieszy ze jestem.
    Oj starość w Polsce ta starość i to życie tutaj nie łatwe .Wiem ciężko jest więc życzę wytrwałości
  • krzysztof213 Wiesz co coś o tym wiem.Wiem nie znamy się ale piszę a ty odpisujesz
    Możesz też sobie poczytać
    chris29.blox.pl/2017/08/Poleczajac-bloga.html
  • annazadroza krzysztof213 🙂 Dziękuję za zaproszenie, zajrzę. Wiem, że ludzie starsi, i nie tylko, potrzebują towarzystwa. Dlatego pozamienialiśmy mieszkania, żeby babcię D. przy sobie mieć, zdając sobie sprawę, że trzeba będzie ją wspomóc ze względu na wiek oraz, żeby nie była sama. I całe szczęście, bo samodzielne życie nie wchodzi w rachubę, niestety.
  • kobietawbarwachjesieni Świetnie piszesz. Czytam Twoje teksty z dużą przyjemnością.
  • annazadroza kobietawbarwachjesieni:-) Baaardzo się cieszę i dziękuję.
  • krzysztof213 Tak widzę tą starość dziś też swoje widziałem jak to wygląda i nie tylko dziś widziałem
    Pozdrawiam bo pogoda nie taka super
  • annazadroza krzysztof213:) Sporo czasu spędziłam dziś czytając twój blog. Dziękuję za zaproszenie, to miło spotkać dobrego, wrażliwego człowieka. Pozdrawiam. A pogoda zawsze jest dobra, tylko ludzie mają do niej różny stosunek wynikający z aktualnego ich stanu ducha i potrzeb.
  • krzysztof213 As tak dobrze zemną nie jest i ze światem z ludźmi .Ale dziękuje ze tak myślisz .
    I przynajmniej ktoś poczytał
  • annazadroza krzysztof213:) Będę czytać na pewno. Wiesz co? Cieszę się, że często odwiedzasz bibliotekę. Bo to jest magiczne miejsce, gdzie czasem postaci ożywają, wychodzą z książek i schodzą z półek kiedy ludzi już nie ma… Bredzę, ale Biblioteka to moje ukochane miejsce… było…
  • krzysztof213 Moje jest nadal jak chodzi o bibliotekę .
    W tym tłumie wędrówce dusz wolę być tutaj nawet teraz
  • annazadroza krzysztof213:) Miałam na myśli moją ukochaną Bibliotekę, której już nie ma. Umarła. Przez bardzo złych ludzi. Ale każda inna też jest wspaniała dlatego, że jest skarbnicą wiedzy oraz uczuć.
  • krzysztof213 Hmm co ty jak umarła ?
  • annazadroza krzysztof213:) Zlikwidowali. Po prostu zlikwidowali Bibliotekę działającą od 1945 roku.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„A panna Krysia…”

Przeczytałam, że pani Krystyna P. skarży się, iż nie wszyscy ją lubią, bo zwracają się do niej różnymi słowami. Cóż, są słowa uznawane dotąd za nieparlamentarne, lecz od wystąpienia „w żadnym trybie” uznane widać za dopuszczalne, wręcz nagradzane owacjami na stojąco. Pani Krystyna P. tymi samymi słowami się posługując – owacji się jednak nie doczekała, stąd pewnie część frustracji. W końcu – co wolno wojewodzie to nie tobie… – jak mówi przysłowie. Niemniej jednak wnioski nasuwają się same po oglądzie różnych mających ostatnio miejsce sytuacji. Sama pani rzeczniczka pisowa przecież stwierdziła, że rozumie tych co biją. Czyli bicie jest dopuszczalne. Każdego myślącego inaczej niż ta pani. Nawet bicie staruszek przez policję i zakładanie kajdanek na powykręcane artretyzmem ręce, napadanie, kopanie i bicie przypadkowych osób mających nieszczęście znaleźć się na drodze agresora czującego się bezkarnie, czy przechodzić obok ławki na której bandyci sobie odpoczywają, katowanie spokojnie idącego człowieka, pobicie dziennikarza i zabór kamer itd. Nie było wcześniej agresji zakrojonej na tak szeroką skalę. Myślę sobie, że jest przyzwolenie pisowego grona na takie zachowanie. Wiąże się z wzięciem pod swoje skrzydła stadionowego kibolstwa, młodych z mózgami ufarbowanymi na brunatno przez sfrustrowanych dorosłych. Młodzi, niestety, wierzą, otumanieni jak kiedyś w ZMP. Wracają lata 50-te, nawet w postaci haseł, wystarczy podmienić nazwiska i gotowe. Skoro policja i ABW tworzą bazę danych demonstrantów, Drabiniasty zapowiada „wzięcie się za media” – o czym to świadczy? Znamy z książek i opowiadań, żyją jeszcze ludzie, którzy odczuli to „dobro” na własnej skórze.
A pani Krystyna P. przyznaje, że wyzwiska i groźby pod jej adresem sypią się teraz jak z rękawa, zaś w poprzedniej kadencji była rzadko
zaczepiana. Teraz często. I co? Czy pani Krystyna P. zechce łaskawie zastanowić się dlaczego? A może to ukochany idol pani Krystyny P. i jego wyznawcy uruchomili nienawiść, wyzwolili agresję, dali przyzwolenie na obrażanie, upokarzanie, poniżanie, bicie? I co, pani Krystyno, miło jest odczuć to na sobie? Miło jest komuś robić kuku, ale jak ktoś „odkuknie” to już miło być przestaje, prawda? Czy już pani zmyka zobaczywszy młodych brunatnych maszerujących ze śpiewem na ustach? Nie? Bo to swoi? Niech się pani nie łudzi. Kiedy poczują krew będzie im obojętne czyja ona jest. Pani też się może „załapać”…

2.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Są ludzie którzy zawsze wiedzą lepiej, ale buta aktualnie rządzących sięga bardzo wysoko. Pan minister Z. upomina Prezydenta,szkoda,że postawi Go w kącie, co w takim razie czeka zwykłego obywatela, który podpadnie ministrowi. Strach się bać. Itd. Można w nieskończoność.
  • annazadroza L.C. 🙂 Buta już chyba Himalaje przerosła. Mam wrażenie, że oni mają wrażenie, że budują sobie tysiącletnią Rzeszę Pisową. Tamta długo nie przetrwała, oby ta ichnia ofiar ze sobą nie niosła, bo represje już szykuje, a sądy się uginają pod butem. Jakby się wypięły na obrońców…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz