„Po co wróciłaś…” 20

Aba głośno obszczekała przyjezdnych, obwąchała każdego po kolei. Stwierdziwszy, że nie ma Majki wśród nich, pobiegła do dzieci. Tubylcy czyli leśni ludzie wychodzący z lasu, z daleka wesołymi okrzykami dawali wyraz wielkiej radości spowodowanej przyjazdem gości.

– Dziadziuś, zobac co oni zrobili – Kajtuś seplenił z wielkiego podniecenia.

– Panowie, goście przyjechali a wy co? Tak się popisujecie? – spojrzał Dziadek z dezaprobatą.

Pani Basia załamała ręce na widok czterech szaroczarnych stworów.

– O rany, – jęknęła. – Jak wy się domyjecie?

– Żaden problem Basieńko, nie martw się – uspokajał Dziadek. – Mamy przygotowany sposób postępowania w nagłych przypadkach takich jak ten. Maciek weźmie hydronetkę i zrobi im pierwszorzędny prysznic.

– Jeszcze się poprzeziębiają!

– Nic im nie będzie. Hydronetka stała cały czas na słońcu więc woda jest nagrzana – poklepał babcię Basię po ręce i zwrócił się do umorusanych chłopaków.- No, panowie, szybko doprowadzić się do porządku, bo inaczej dziewczyny będą was myły i wycierały.             Dziewczyny chichotały a Maciek przyniósł hydronetkę czyli prysznic podręczny i z ochotą polewał czterech brudasków. Woda wcale nie była taka ciepła jak mówił Dziadek, lecz żadnemu nie wymknęło się słowo skargi. Nie mogli się znowu zbłaźnić przed dziewczynami.

Tymczasem Helenka z panią Basią zabrały się za obieranie grzybów, których – jak zawsze – najwięcej nazbierała Helcia, królowa grzybobrania. Dziadek zajął się pompowaniem wody do wszelkich pojemników, Sergiusz wprowadził fiacika za bramę i zaoferował Dziadkowi pomoc. Aldona poszła na pięterko, do pokoiku Teresy, pomogła rozpakować się córeczkom. Przebrały się i zbiegły na dół. Ona sama podeszła do okna i wyjrzała.

Pod samą ścianą pierwszy raz zakwitły malwy. Jakże Teresa się z nich cieszyła! Cały wieczór opowiadała jakie mają kolory, w którą stronę kłaniała się rano ta z kwiatem w czerwone żyłki, w którą pąsowa, w którą wiatr pochylił białą; martwiła się, że malinowa jest malutka a bordowej wcale nie ma, gdzieś zniknęła. Pachniały pnące róże wspinające się na werandę. Drogi prawie nie było widać, zasłaniała ją plątanina zieleni zaczynająca się tuż przy schodkach wiodących wzdłuż Domku i nie kończąca się – mógłby ktoś pomyśleć – nigdy. Wysokie, sięgające nieba smukłe sosny zagradzały drogę ostrym, palącym promieniom słońca, przepuszczając jedynie małe, drobne, ruchliwe i drżące promyczki, które pieściły delikatnie wszystko czego dotknęły.

Słychać było głosy dzieci, śmiech dorosłych, porykiwanie krów na dalekim pastwisku, szczekanie Miśka u gospodarza. Tuż nad oknem usłyszała szelest. Na sosnowej gałęzi huśtała się wiewiórka, po grubym pniu wspinała się ku niej druga. Pierwsza skoczyła na dach, druga w ślad za nią. Rozpoczęły harce nad głową Aldony. Pomyślała, że nigdy by nie uwierzyła, iż to tylko dwie malutkie, zwinne wiewióreczki. Prędzej posądziłaby któreś z dzieci o szaleństwa na dachu.

Chłopcy umyci już i przebrani byli zniesmaczeni ogromnie ponieważ musieli sami wyprać ubłocone spodenki i koszulki.

– A mówiłem, żeby w czasie upału nie zakładać koszulek? – tryumfował Marek. – Ja miałem tylko spodenki do prania.

– A teraz, skoro już wyglądacie jak ludzie, zróbcie z tym porządek – Dziadek zatoczył ręką koło wewnątrz którego znalazły się szarobure ziemniaki.

Bez szemrania przystąpili do pracy. Pozbierali, pomyli ziemniaki i – ku ich wielkiemu zmartwieniu – okazało się, że jeszcze obrali za mało.

Aldona zeszła na dół, stanęła w drzwiach i zauroczona patrzyła przed siebie. Modrzewie urosły od poprzednich wakacji. Wielkość przyrostu poznała po jaśniejszej barwie miękkich igiełek na końcach gałązek. Dzikie róże rosnące tuż przy ogrodzeniu rozrosły się zasłaniając widok na drogę. Na skalniku kwitły kwiaty, a na grządkach, za Miejscem Orzeszkowego Spoczynku, rosły warzywa o wiele większe niż rok temu. Po raz drugi od początku świata dały w tym miejscu zbiór rośliny zasadzone ręką człowieka.

Spojrzała na skwaśniałe miny chłopców, którzy ponuro zerkali na ogromną jeszcze ilość ziemniaków do obrania. Uśmiechnęła się. Miała zamiar przywołać dziewczynki bawiące się z psami z drugiej stronie Domku, ale machnęła ręką.

– Dajcie nóż, pomogę wam – usiadła między nimi na wiaderku odwróconym do góry dnem.

– Ciociu, jaka ty jesteś kochana –rozjaśniły się wszystkie buzie.

Kajtuś krytycznie przyglądał się pracy brata.

– Jędrek, ty znowu nie wycinas ślepiów. A psecies Dziadek nie lubi jak ziemniak na niego pacy, kiedy on go je – stwierdził z naganą w głosie.

– Wiesz co? Spadaj na bambus prostować banany – poradził Jędrek.

Kajtuś schował się za plecy Maćka.

– Ty na mnie nie ksyc, bo dziewcynom powiem, ze się wcoraj wystrasyłeś

– Spróbuj tylko! Posiekam cię na kawałki, albo nie, mam pomysł. Na całą noc zamknę cię w Przybytku Ulgi. Będziesz po ciemku, przez całą noc całkiem sam, ty maluchu jeden!

– No, nie strasz dziecka – wtrącił się Maciek. – Nic mu nie zrobisz, bo miałbyś ze mną do czynienia.

– Myślisz, że się ciebie boję? Stuknięty nindża!

– Czy wy musicie się tak ciągle kłócić? – spytała Aldona. – Takie stare chłopy a zachowują się jak przedszkolaki.

– Jędrek wstał lewą nogą – wyjaśnił Bartek. – Sam widziałem. Mówiłem mu, żeby się okręcił trzy razy przez lewe ramię, zrobił skłon i splunął, ale nie chciał.

– Nie wiedziałam, że tak się robi, muszę zapamiętać – wprawili ciotkę w świetny humor. – Maciusiu, czy wy z Kubą też się tak kłócicie czy już wam przeszło?

– U nas jest podział pracy: on mnie przezywa a ja go biję – puścił oko do ciotki, która nie wytrzymała i roześmiała się na cały głos.

– Oni tak zawsze – powiedziała Helcia, która podeszła zwabiona wesołością. – Nie ma dnia, żeby nie wymyślili czegoś nowego. Na przykład wczoraj Kajtuś miał do mnie pretensję, że mu za grubo pokroiłam ryż.

– A kilka dni temu przyniósł zajęcze bobki i pytał, czy te czekoladki się je – dołączyła pani Basia.

Po pewnym czasie ziemniaki się gotowały, grzyby dusiły. Helcia i pani Basia krzątały się po kuchni. Jedna przygotowywała ciasto, druga sałatkę. Dziadek z chłopcami znosili drewno na ognisko do Altanki Pod Bachusem. Po południu miał przyjechać Kazio. Już wcześniej zamówił sobie na kolację pieczone ziemniaki.

Sergiusz podszedł do Aldony.

– Chcesz obejrzeć moje włości – zapytał.

– Ależ oczywiście, chodźmy – poderwała się żwawo ze schodków werandy.

Maks podniósł łeb, spojrzał uważnie na ciotkę i machnął ogonem

– Chcesz iść z nami? – domyśliła się.

Szczeknął krótko nie podnosząc się z miejsca.

– No to chodź.

Maksio wstał powoli, przeciągnął się i zbliżył dostojnym krokiem mrużąc miodowe ślepia. Poszli w górę schodkami ułożonymi wzdłuż Domku. Obok skalniaka zeszli po stopniach do bramki. Maks za nimi, nie schodząc z chodniczka nawet na jedną łapę. Za bramką Aldona podniosła spory patyk i rzuciła. Pocwałował ciężko za zabawką. Aba z daleka zobaczyła, że Maks bawi się bez niej a tego znieść nie mogła. Z głośnym ujadaniem rzuciła się na ogrodzenie, stanęła na tylnych łapach przednimi oparłszy się o siatkę i aż ochrypła od szczekania. Maksio nie zwracał uwagi na „siostrę cioteczną”, podrzucał patyk,  chwytał w powietrzu i przynosił, żeby mu znów rzucić. Aba miała dosyć ignorowania jej „osoby”, skoczyła do furtki, otworzyła naciskając klamkę – bo cóż to dla niej skoro w swoim domu umiała otworzyć gałkę założoną w miejsce klamki – i pognała za Maksem ile sił w nogach. Pędziła jak czarna, kosmata kula z powiewającym ogonem i „rozwianymi” uszami. Dogoniła go i razem, łeb przy łbie, kark przy karku pobiegli na łąkę, by tam szaleć w miękkiej trawie.

Sergiusz i Aldona minęli królestwo chłopców czyli namioty stojące przy płocie odgradzającym teren Dziadka od świeżo nabytej własności Doroty.

– Wolałem nie wpychać się między moją siostrę i Teresę, niech sobie będą razem. Wybrałem część leżącą bardziej z boku, będzie spokojniej. Najpierw mieliśmy się wcale od siebie nie oddzielać, zrobić wszystko wspólne, ale po namyśle doszliśmy do wniosku, że Teresa ma rację, bo brak wytyczonej granicy może z czasem rodzić nieporozumienia, nikomu przecież niepotrzebne.

– Jestem tego samego zdania. Trzeba chociaż sznurek przywiązać do drzew, żeby było wiadomo gdzie granica. Dopiero wtedy będziesz mógł się czuć dobrze, u siebie, a wtedy nikomu nic do tego co robisz, w którym miejscu i kiedy.

– Oto następna kwestia co do której się zgadzamy – uśmiechnął się.

W ogóle był pełen uśmiechów. Szczęśliwy, z błyszczącymi oczami prezentował Aldonie swoją własność.

– Od tej sosny zaczyna się moja ziemia i ciągnie się do tamtej kępy wysokich traw. Widzisz? A na dole jeszcze kawał łąki jest mój. Dorota wolała krzewy i rów z wodą przy płocie. Ja wolę tę ładną masę zieleni w słońcu.

Pod baldachimem starych liściastych drzew, pod koronami wystrzelających w niebo sosen schodzili z piaszczystej skarpy w dół, w zieleń łąki. Pod stopami osuwał się piasek, rzadko utrzymywała go w miejscu kępa trawy. Im bliżej łąki, im jaśniej, tym ziemia z szarej stawała się bardziej zielona, z gołej – przykryta splątanymi warkoczami długiej, nigdy nie koszonej trawy.

Ani Aldona ani Sergiusz nie mogli wiedzieć, że stanęli dokładnie w miejscu, z którego przed rokiem Teresa podążyła prosto w ramiona swego losu, w szczęście, weszła w swoje światło.

Stanęli w ostatniej smudze cienia, ramię przy ramieniu, zapatrzeni w błękitne niebo i szybujące nad nimi jaskółki, w aksamitną zieleń ubarwioną kępami różowej koniczyny, białego krwawnika, jakiegoś ziela o żółtych kwiatkach i zabłąkanym tutaj makiem, który kołysał czerwonym łebkiem zdziwiony, że nie stoi wśród wąsatego żyta czy uginającej się pod ciężarem kłosów pszenicy. W dali złocił się łan nie zżętego jeszcze zboża. Obok błyskały w słońcu pobielone pnie gromadki owocowych drzew, słaniające się od ciężaru owoców. Z trawy poderwał się skowronek niczym maleńka, szara grudka ziemi wznosząca się w przestworza. I spłynęła na nich dwoje pieśń tylko dla nich przeznaczona, dźwięcznym, srebrzystym – niby głos zaczarowanego dzwoneczka – trelem, wkradła się w ich serca.

– Wita cię tu cała natura jak najdroższego przyjaciela – szepnęła Aldona poruszona urokiem chwili.

– Widocznie czuje, że będzie mieć we mnie oddanego przyjaciela, który nikomu nigdy nie uczyni krzywdy – odpowiedział. – A wiesz Doniczko, chyba się we mnie odezwała krew przodków. Nigdy  nie czułem się tak szczęśliwy jak teraz, kiedy patrzę na ten maleńki kawałek ziemi, maleńki ale mój własny. To tak jakbym stanowił jedność z tym zbożem, trawą, nawet z pszczołą  krążącą w tej chwili nad makiem.

– Ale z komarami nie będziesz się tak bez reszty utożsamiał, mam nadzieję? – uśmiechnęła się. – Wiesz, doskonale cię rozumiem, przecież ja także wychowałam się wśród przyrody, nawet niedaleko stąd. Najmilej wspominam chwile, kiedy nie niepokojona przez nikogo, pogrążona w marzeniach mogłam błądzić po polach i łąkach. Babcia to rozumiała. Ona bardzo kochała swój ogródek, wolność, szeroką przestrzeń a nie znosiła miasta z jego ograniczeniami. Dlatego jestem teraz szczęśliwa, że mam ogródek i dlatego dobrze wiem co czujesz. Powiedz skąd pochodzą twoi przodkowie, których geny ciągną cię na wieś?

– Z Kresów. Mój pradziadek miał spory szmat ziemi. Różnie bywało ale nikt z rodziny nie zhańbił się podłym czynem, tak głosi rodzinna fama. Wszyscy trwali na miejscu, walczyli o swój kawałek ziemi, tę niezniszczalną wartość, nie dali się przegnać ani wynarodowić. Dopiero w lipcu 1944 roku mój dziadek zginął z ręki bandy, razem z innymi leśnikami w okolicach Birczy. Babcia ledwo uratowała życie sobie i mojemu małemu wówczas tacie uciekając w lasy i ukrywając się. Przed pewną śmiercią uratował ich sąsiad, który  w młodości kochał się w babci. Na wozie, pod stertą słomy wywiózł ich  jak mógł najdalej. Udało się, nocami szli, za dnia siedzieli w kryjówkach. Mieli wiele szczęścia. Babcia przedostała się w końcu z kilkuletnim dzieckiem do siostry, którą po powstaniu przechowała jakaś dalsza rodzina.

– Jak ona sobie poradziła? Ile musiała znieść i przecierpieć. Co za wspaniała kobieta, podołała takiemu wyzwaniu – z podziwem, przepełniona emocjami powiedziała Aldona.

– Matka, po prostu prawdziwa matka. W ten sposób moja rodzina znalazła się po wojnie w Warszawie i tak już zostało. Jednak, jak widzisz, krew to krew, odezwała się gdy tylko dotknąłem własnej ziemi.

– Pięknie tu, Sergiuszu, cicho i spokojnie. Miała rację Teresa mówiąc, że tylko tu można dojść do równowagi, pogodzić się z losem, odkryć swój cel i przeznaczenie. Wśród znerwicowanych, zezwierzęconych ludzi – o, przepraszam, nie chciałam urazić zwierząt – na zatłoczonych ulicach, w smrodzie spalin jest to niemożliwe.

– Całkowicie się z tobą zgadzam – patrzył na nią rozjaśnionym wzrokiem. – Dziewczyno, żebyś wiedziała jak mi tu dobrze – wyciągnął się wygodnie na trawie, na własnej trawie i ciągnął dalej. – Agata popukałaby się palcem w czoło jakbym powiedział jej co czuję. Zresztą, wcale bym nie próbował. Gdybym miał cokolwiek swojego, na przykład  mieszkanie przeznaczone dla córki czy działkę, zrobiłaby wszystko, żebym to sprzedał a pieniądze oddał jej. Pieniądze, pieniądze i jeszcze po dziesięciokroć pieniądze. To jej bóg i car i nic więcej.

– Są konieczne, oczywiście, nie da się bez nich żyć. Gdybym miała dającego dukaty  cudownego osiołka z bajki, nie powiem, zużyłabym najpierw sporo na własne potrzeby… zaległości się porobiło, że ho ho… nigdy nie starcza mi do pierwszego i wciąż muszę łatać dziury. No, ale potem używałabym skarbów pomagając innym stworzeniom. I ludziom i zwierzętom. Wolno pomarzyć, prawda? Założyłabym schronisko dla bezdomnych psów i kotów, starych, schorowanych, umęczonych pracą koni, a służyć musieliby im poprzedni właściciele, cierpiąc taki sam los jaki stworzyli służącym im zwierzętom.

– A skąd wiedziałabyś kto był właścicielem?

– Skoro miałabym cudownego osiołka, równie dobrze mogłabym mieć czapkę niewidkę, prawda?

– To logiczne – zgodził się. – W tym układzie nie zapomnij jeszcze o kijach samobijach,  siedmiomilowych butach i już możemy zacząć rządzić światem.

– Brr, co to, to nie. Nigdy bym nie chciała, nie jestem do tego stworzona. Brzydzę się zdobywaniem czegokolwiek siłą. Autorytetem, dobrocią, miłością, przyjaźnią – tak, ale nigdy poprzez agresję. Potrzebującemu oddam ostatnią koszulę, no, może przedostatnią biorąc pod uwagę nasz klimat, ale gdy ktoś chciałby  mi ją odebrać wbrew mej woli – zabiję.

– Toś ty taka krwiożercza istota? Kto by pomyślał, że taka jesteś, wyglądasz tak niewinnie – żartował.

Ostatkiem woli hamował się, by nie porwać jej w ramiona, nie utonąć razem z nią w pachnącej trawie. Instynkt ostrzegł go na szczęście, że więcej straciłby niż zyskał, i to może nawet bezpowrotnie. Obserwował ją więc nie wykonując żadnego ruchu, z rękami pod głową. Siedziała po turecku dokładnie owinąwszy nogi kolorową spódnicą. Lekki wiaterek igrał z włosami rozwiewając je na wszystkie strony. Pomyślał, że z taką towarzyszką u boku można się brać z życiem za bary bez obawy porażki.

Głos Dzwonu niesiony wiatrem od Domku przywołał ich do rzeczywistości.

– Co to, pożar? – Sergiusz porwał się na równe nogi.

– Nie, obiad. Dzwon wzywa wszystkich do domu. Zobacz, nawet psy wiedzą o co chodzi.

Aba i Maks nadbiegły zziajane, zmęczone gonitwą, rozbawione i szczęśliwe. Maks zatrzymał się przed Aldoną, szczeknął i spojrzał w kierunku Domku

– Tak, wiem Maksiu, już idziemy. Jaki ty jesteś mądry, chodź skarbie – pogłaskała wielki łeb

Puściła się biegiem pod górę, skakała z kępy  na kępę jak kozica. Sergiusz ruszył za nią ale Aba całym ciężarem wpadła na niego i zwaliła go z nóg. Dzięki temu manewrowi suni Aldona pierwsza znalazła się przy drodze. Trzeba jednak dodać, że zanim dobiegła do furtki, Sergiusz zdążył chwycić ją za rękę.

15.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Pochwała się należy

Dziś Szilunia nie chciała iść do torów, wolała pójść w stronę przeciwną. Pozwalam jej wybierać kierunek kiedy się nie spieszę i nie mam niczego do załatwienia przy okazji spaceru. Ponieważ jest święto, mogłyśmy pójść w okolice parku przemysłowego – tak to się szumnie nazywa. W rzeczywistości są to puste w większości olbrzymie hale, jeszcze ładnie utrzymane, teren wokół też zadbany, mnóstwo miejsca, po którym sunia może biegać bez smyczy. Chodzimy tam tylko w niedziele i święta, bo wtedy nie jeżdżą samochody i Szilka ma zapewnione bezpieczeństwo. Kiedyś w tym obiekcie mieściło się bardzo dużo firm o czym świadczą pozostawione tabliczki z nazwami i ich logo. Teraz jest mało i miejsce czeka na nowych najemców.
Szilka goniła po drodze sójki, sroki, synogarliczki i gołębie. Nie pozwalam jej zrobić żadnemu stworzeniu krzywdy, uważnie obserwuję przebieg wypadków i w razie potrzeby odwracam jej uwagę. Na szczęście moja interwencja nie bywa potrzebna, ponieważ ptaki mają instynkt samozachowawczy tak rozwinięty, że radzą sobie bez mojej pomocy. Raz tylko upolowała maleńkiego wróbelka, w zeszłym roku w ogródku,
kiedy wczesnym rankiem uczyły się latać a mnie nie było w pobliżu i nie mogłam zareagować. Pochowaliśmy z Mężem biedactwo pod różą. Nakrzyczałam strasznie wtedy na nią, choć przecież wiem, że błąkając się po lesie, musiała jakoś zdobywać pożywienie i nie mogę zmusić jej, żeby o przeszłości zapomniała. Tym razem obyło się bez ofiar i doszłyśmy do niedawno powstałego centrum handlowego – no, może trochę za dużo powiedziane. W każdym razie jest tam Biedronka, Hebe. Kik oraz Maxi Zoo – z czego korzystamy, bo możemy obie z sunią wejść do środka i wspólnie zrobić dla niej zakupy. Teren wokół został już uporządkowany, owszem, ładnie jest, ale poprzednio mnie zezłościł fakt, że zlikwidowano wydeptaną ścieżkę, która skracała drogę do sklepów. To jest bardzo ważne, szczególnie jeśli ktoś ma problem z chodzeniem, żeby prawie pół kilometra więcej nie robić. Dziś się ucieszyłam, bo ludzie znowu ją wydeptali i przejść się da. Właściciel terenu, gdyby
pomyślał o klientach, zrobiłby w tym miejscu porządne przejście i miałby większą frekwencję. Bowiem na myśl, że trzeba nadrabiać niepotrzebnie kawał drogi, lepiej wsiąść w autobus i podjechać do Kauflanda na przykład albo całkiem do miasteczka. Jest tu też Media Markt (ten nie dla idiotów). I jestem tak mile zaskoczona, że aż muszę o tym powiedzieć. Otóż – MEDIA MARKT ZAPRASZA DO ŚRODKA KLIENTÓW RAZEM Z PSAMI, żeby nie były zostawiane w upale przed sklepem przywiązane, albo – co już w ogóle jest straszne – w samochodach. W imieniu czworonogów DZIĘKUJĘ!!! Temu, kto podjął taką decyzję należy się pochwała. Wieeelka.!!!
Wróciłyśmy kiedy domownicy jeszcze spali, bo my obie rannymi ptaszkami jesteśmy, podlałam kwiatki i odpoczywamy sobie przy święcie czekając aż się obudzą. Miłego dnia życzymy wszystkim:):):)

15.08.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bardzo dobry pomysł w sprawie psów,nie zostawiajmy ich w samochodach.
  • annazadroza Rick:) A już na pewno nie latem. W Krakowie jest galeria handlowa, w której z Szilką byłam, bo wolno.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Jest pięknie

Wieczorem trzy dziki przebiegły przez ulicę bardzo blisko nas, kiedy wracałyśmy z Szilunią do domu. Dzikie zwierzaki mają swoją stałą trasę, pewnie od wieków, tylko teraz człowiek im się wpakował w poprzek i przeszkadza. Szczęście, że nie jechał akurat żaden samochód i uszły z życiem. Przechodzą tamtędy wczesnym rankiem i o zmroku.
Sunia dostała po powrocie kolację oraz – na deser – przysmak włożony do środka zabawki, którą rano nabyłam w Biedronce, a która ma kształt talerza latającego, z otworami różnokształtnymi, przez które można do środka wpychać smakołyki. I jest zabawa:):) Ileż to się trzeba namęczyć, żeby zjeść to, co w środku. Gryźć całą zabawkę, próbować zębem jakoś wydłubać, jęzorem wylizywać niczym lody, podrzucać w nadziei, że wypadnie ze środka. Przynajmniej sunia się nie nudzi kiedy nie śpi. Ja też się nie nudzę, nigdy, ani przez jedną chwilę. W ogóle nie wiem co to znaczy. Mąż ogląda jakiś sensacyjny film. Nie mam siły takich oglądać, za dużo jest sensacji na co dzień.
Poniedziałek obudził się słoneczny lecz nie upalny. Przed szóstą wyszłyśmy z Szilką, poranny chłodek spowodował, że zapinałam bluzę pod szyję. Wzdłuż torów, właściwie jednego toru, bo jeżdżą nim pociągi tam i na powrót, oraz wzdłuż działek po drugiej stronie szłyśmy mając słońce z tyłu. Jakże cudnie wyglądał tak oświetlony teren. Każda roślinka najmniejsza, każdy krzak i drzewo zatrzymywały wzrok a gęba sama się człowiekowi uśmiechała do tego piękna naszej przyrody, nie można inaczej:):) A kiedy sójki zaczęły się kłócić, nawet sunia przystanęła i spoglądała w górę przekrzywiając swój czarny łebek. Potem wypatrzyła wiewióreczkę i pobiegła w podskokach za tym ślicznym stworzonkiem. Figlarka ogoniasta najpierw po pniu pionowo smyrnęła w górę, a potem z gałązki na gałązkę skacząc zniknęła na działkach. Witały nas psiaki mieszkające wraz z opiekunami na swoich działkach, bo kto może – siedzi tu cały sezon. Domki ładne są, w większości – te widoczne z dróżki – całkiem spore i myślę, że wygodnie się w nich mieszka. Na pierwszy rzut oka widać gdzie bywają dzieci. Świadczą o tym baseny nadmuchane i wypełnione wodą, huśtawki, trampoliny tak modne od jakiegoś czasu. Szkoda, że nie było takich w czasie mojego dzieciństwa, lubiłabym coś takiego mieć, oj, bardzo bym lubiła. Są też boiska do siatki i do kosza, oczywiście wielkością dostosowane do wielkości działki. Na widok Szilki indyki się rozgulgotały, ktoś kilka ich hoduje, aż moja czarnulka przestraszona odskoczyła i nawet szczeknęła. Z natury nie jest jazgotliwa, za to ma duży zasób słów i potrafi długo mówić wcale nie szczekając, lecz wydając mnóstwo innych dźwięków. W drodze powrotnej miałam słońce prosto w oczy więc nic nie widziałam bez osłonięcia oczu ręką. Szilka widziała, bo łeb trzymała przy ziemi i biegała buszując w krzakach, w cieniu. Nie mogłam iść w jej ślady, bo nie mam obroży przeciwkleszczowej 🙂 Na ulicy wcale cicho i spokojnie już nie było, wielu ludzi zmierzało do pracy piechotą albo rowerami. Samochody też już się ulicą przemieszczały, na szczęście nie w zwykłej ilości ze względu na trwające jeszcze wakacje.
Nawet babcia D. wstała w niezłej formie, zjadła śniadanie, przyjęła leki i jeszcze niczego nie szuka. Przez ostatnie dni szukała aparatu słuchowego, pierścionków, pieniędzy, zegarka. Na razie jest OK. Trzeba się cieszyć chwilą póki można. Jest pięknie.

14.08.2017

    • e.urlik Ooooo, wzruszyłaś mnie. Pewnie, że jest pięknie.
    • krzysztof213 Taki ciekawy obraz masz życia .Taki zwykły i ciekawy
    • annazadroza e.urlik:) Dziękuję. Niech miło będzie, nawet wzruszająco miło przez cały tydzień, bo od poniedziałku:)
    • annazadroza krzysztof213:) Odkąd piszę na blogu o wiele bardziej zwracam uwagę na otoczenie. Z reguły chodziłam pogrążona w swoich myślach nie wiedząc nawet, kiedy pokonałam drogę. Teraz się rozglądam. Nie wszystko zapamiętam, o nie, ale sporo:)
    • babciabezmohera Dobrego tygodnia, Aniu! 🙂
    • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Czytam codziennie, nie zawsze komentuję, ale dzisiaj postanowiłam coś napisać. Ładne, takie trafione opisy przyrody. Dzisiaj miałam okazję to sprawdzić, bo pojechałam na dziką działkę, którą próbujemy ucywilizowac. Miałam szczęście spotkać mieszkająca w kupie zbutwialych gałęzi jaszczurke, bardzo zgrabna z jasno brązową smuga na grzbiecie.
    • annazadroza babciabezmohera:) Dziękuję i nawzajem 🙂 spokojnego i miłego 🙂
    • annazadroza L.C.:) Są jeszcze bobry na działce czy się wyprowadziły? Jaszczurkę kiedyś u siebie widziałam, ale dawno. Natomiast wiem od Frankowej opiekunki, że ten niecnota poluje na nie i czasem przynosi do domu w dowód miłości jakieś niezjedzone fragmenty, brrr. dobrze, że mnie aż tak nie kocha…
    • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Bobry chyba się wyprowadziły,ale stawki zniszczyły.
    • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Bobry to ładne zwierzatka, szkoda ze szkodniki.
    • annazadroza Właśnie w atlasie obejrzałam bobry. Młode pierwsze wycieczki odbywają wspólnie z rodzicami, którzy im pomagają, popychają a nawet noszą. Są monogamiczne, para zostaje ze sobą razem przez całe życie. A mogą żyć nawet 25 lat.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pił i Siekier przyszedł czas

Wymyślanki myśleć trudno,
gdy wokoło ciemno, brudno,
od złych myśli. Jest aż gęsto,
przypływają tu zbyt często.

Chcesz oglądać telewizję
– wnet wpychają się na wizję.
Chcesz posłuchać radia w ciszy
– ciszy nigdzie nie usłyszysz.

Tak jak Puszczę wycinają,
w pień ciąć wszystko zamierzają.
Tym, co tylko żyje jeszcze,
trwogi wciąż wstrząsają dreszcze.

Maszyn słychać ryk w gęstwinie.
Drzewo żyje – zaraz zginie.
Pi Siekier przyszedł czas.
Czy przeżyje go ktoś z nas?

14.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Horda hula…

Weekend upływa pod znakiem żałoby po dziewczynkach, które zginęły na obozie harcerskim. Takie nastolatki jak moje wnuczki, kochane, już niedługo oczekiwane w domach… Nie ma słów na określenie tragedii, których ofiarami są dzieci. Tak bardzo współczuję rodzinom, tak bardzo, nie da się wyrazić…
Przez kraj przetoczyły się nawałnice, deszcze, burze, wichury, Obraz dominujący to pozrywane dachy, całe połacie lasów, w których drzewa połamane jak zapałki sprawiają potworne wrażenie. Dawniej też zdarzały się podobne sytuacje, lecz nie było środków masowego przekazu i dowiadywano się o tym po tygodniach albo i miesiącach. Teraz widzimy wszystko na bieżąco, niejako uczestnicząc w wydarzeniach, przeżywając, współodczuwając z ludźmi, których to dotyczy.
Nie mogę się oprzeć myślom, że siły zła coraz bardziej atakują nas z każdej strony. Wiem, że racjonalnie myślący takich odczuć nie mają, ale ja mam. Skoro nawet w gnieźnieńską katedrę piorun strzelił… Teraz pytanie czy to Bozia chce do opamiętania przywieść, czy zło bierze górę i ogłasza zwycięstwo? Minister zniszczenia środowiska przywołuje diabły na pomoc – on niszczy Puszczę, bo już nikt zdrowo myślący nie wierzy w żadnego kornika, skoro kora z rzekomym kornikiem zostaje na miejscu zbrodni a drewno odjeżdża w siną dal w zamian za kasę. Zresztą jak można wierzyć komuś, kto sam z lubością morduje zwierzęta i z upodobaniem otacza się martwymi? A pozostała horda diabłów hula po Polsce i niszczy co popadnie. Skłóca nas do reszty z Unią, konflikt coraz większy, więc beton pisowy bardziej się mobilizuje wokół swoich.
Włos mi stanął na głowie, kiedy przeczytałam wywiad Jacka Żakowskiego z Andrzejem Lepperem z 2007 r. Domyślać się można dlaczego Lepper zginął. Musiał. Zbyt dużą posiadł wiedzę co do pewnych mechanizmów. I wiadomo, dlaczego się dzieje to, co obserwujemy wokół. Podaję gdzie przeczytałam.
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/225840,3,jak-uwodzi-jaroslaw-kaczynski.read

13.08.2017

  • kolewoczy Nie, no proszę, nie mieszaj do tego sił nadprzyrodzonych. Człowiek zachwiał równowagą w przyrodzie i zbiera tego owoce. Zresztą, zmiany klimatyczne na kuli ziemskiej trwały zawsze, tylko nas przy tym nie było, bo ludzkość nie istniała 😉 Obecnie człowiek coraz bardziej wyalienowuje się z natury, wiec i obronić się nie potrafi. Piorun w katedrę? Błagam, bądź racjonalna, toż po to się stawia wysokie iglice na wieżach kościoła, żeby pioruny w nie waliły chroniąc okoliczne domostwa. Na kościele w mojej parafii stoi metalowy krzyż – działa jak odgromnik. Podczas burzy pioruny w niego walą raz po raz, za to nie walą w ludzkie domy, bo krzyż ściąga. Kościół jest oczywiście opiorunochrowany, więc cała energia idzie po drutach w ziemię.
  • annazadroza kolewoczy:) To nie ja pierwsza „coś” zobaczyłam, to już dawniej, chyba w okresie „białego miasteczka” taki jeden powiedział, że „inni szatani są tam czynni”. Nie wzywam sił nadprzyrodzonych, wiesz, za mała na to jestem. Skojarzenia mam, różne. Racjonalnie nie myślę, bo już się taka urodziłam, z nadmiarem emocji, po kobietach w rodzinie odziedziczyłam taką przypadłość. I za to mnie Mąż kocha:) A poważnie – to przez działalność rabunkową i zachłanność człowiek doprowadził do nasilenia anomalii w naturze, jak nie przestanie dewastować środowiska, będzie jeszcze gorzej.
  • kolewoczy Nie, nie chodziło mi o emocje, lecz trywializowanie Boga jako bezrefleksyjnego straszaka. ostatecznie przecież cała Księga Hioba głosi, że cierpienie i groza życia nie jest przez człowieka zawiniona i nie jest karą za grzech, a w Ewangelii jest mowa o robotnikach przywalonych przez ścianę: „Zali myślicie, że byli oni większymi grzesznikami?” No więc chodzi mi o to, że traktowanie uderzenia piorunu w iglicę kościoła nie jako zwyczajnego przypadkowego zjawiska uzasadnionego zasadami fizyki jako rzekomo boskiego ostrzeżenia kogoś przed czymś jest nadużyciem.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Nie ujmuję niczego Sile Najwyższej, nie to miałam na myśli. To było na zasadzie „Boże, Ty widzisz a nie grzmisz” czy „jeśli Bóg chce ukarać, to najpierw rozum odbiera” itp. A czasem zupełnie wyjaśnialne naukowo zjawiska (jak owo uderzenie pioruna) mogą spowodować refleksję. Chwilami bardzo by się przydała.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Gdyby…

Już 88. raz staje Drabiniasty na drabince i publicznie dochodzi, dochodzi, za każdym razem niby jest coraz bliżej i zapowiada, że dojdzie. To też jest jakaś jednostka chorobowa, coś chyba jak pomroczność.
Od poprzedniego dnia Trakt Królewski znowu zablokowany. Turyści chcący przejść Krakowskim Przedmieściem zatrzymują się zdumieni przed barierkami. Nie wiedzą o co chodzi, widzą jakąś dziwną grupę idącą wewnątrz ogrodzenia, w gęstym kordonie policji. Pytają kto to, czy są aż tak niebezpieczni, że trzeba ich policją oddzielać od zwykłych ludzi? Nie rozumieją. W normalnych państwach tak się nie dzieje. Ale u nas tak. Tutaj słowa wypowiedziane za barierką mają dokładnie odwrotne znaczenie niż te same słowa po drugiej stronie barierki. Nie chce się przytaczać tych wszystkich słyszanych bredni. Mam nadzieję, że jest cień szansy, iż ten cyrk się wreszcie skończy, ta okrutna kpina z osób mających nieszczęście znaleźć się na pokładzie tego samego samolotu, co brat Drabiniastego. Według jego osobistego horoskopu, o którym przeczytałam w „Nieznanym Świecie”, musiał zginąć, gdziekolwiek by się nie znalazł, taki los miał przypisany. Gdyby wtedy nie poleciał, nie posłuchał swego złego ducha, prawdopodobnie pozostałych 95 osób żyłoby do tej pory.
Takich „gdyby” jest więcej i na inny temat. Na przykład odnośnie obecnego pana prezydenta. Nie jest ważne dla jakich pobudek zawetował, ważne, że się odważył. Gdyby zechciał naprawdę wejść w rolę, zostać prawdziwym prezydentem mógłby w tym zwariowanym czasie stać się mężem opatrznościowym. Gdyby powagą swego urzędu przyhamował wybujałe ambicje niektórych ministrów. Gdyby naprawił zło, które już zaistniało. Gdyby zrozumiał własną rolę, rolę Prezydenta Rzeczypospolitej i przyjął ją na siebie a co za tym idzie rolę zwierzchnika sił zbrojnych, rolę strażnika Konstytucji i stał się prawdziwą głową państwa. Gdyby…
11.08.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Nie ma co liczyć na Dudę.Jego chwilowa niesubordynacja wobec Kaczyńskiego i PIS nie wiąże się przecież z chęcią ochrony porządku prawnego w Polsce,ale wynika z potrzeby zamanifestowania swojej irytacji na ciągłe obniżanie rangi jego Urzędu i upokarzanie go jako Prezydenta.Pozytywne wypowiedzi opozycji,że może oto teraz Duda wybije się na samodzielność są bez sensu. Niepodpisanie kilku Ustaw nie wiąże się z ich całkowitym odrzuceniem,zrobi się kosmetyczne poprawki,usunie jakieś zdanie i ponownie znajdą się na biurku Dudy.Społeczeństwo nie powinno zapominać,że DUDA ZŁAMAŁ KONSTYTUCJĘ i to nie raz. Jeśli ktoś obrzuca Cię kupą gówna a po jakimś czasie ” tylko ” opluwa ,to chyba nie jest to postęp.
  • annazadroza Obserwator:) Nie chciałabym, żebyś miał rację tak do końca. W głębi duszy wciąż mam nadzieję, że iskierka dobra da się rozniecić, że życie polega na nieustannych przemianach – o czym I Czing traktuje – i może akurat tu się przemiana unaoczni? Na przekór temu co ś.p.Lepper mówił w wywiadzie red.Żakowskiemu. Nadzieja umiera ostatnia…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 19

Dzień był pochmurny, perłowoszary ale ciepły. Z ogródka  dochodziła woń kwiatów zasadzonych ręką człowieka oraz wszelkich innych roślin wpychających się bez zaproszenia wszędzie tam, gdzie znalazła się choćby grudka ziemi, w której mogłyby puścić korzenie. Życie, jakie człowiek usiłował unicestwić betonową płytą czy asfaltową nawierzchnią, odradzało się w szczelinie pękniętego asfaltu, między chodnikowymi płytami, na wysypisku śmieci, na hałdzie ziemi usypanej podczas budowy metra. Zaganianym ludziom, spieszącym się przez cały dzień, a wieczorem – dla odpoczynku – wlepiającym wzrok w ekrany telewizorów, nie przychodziło na myśl, że ich życie jest tylko jedną  krótką chwilką. Patrzyli bezmyślnie na popękany, obrośnięty trawą, krwawnikiem, rumiankiem beton. Oni, panowie stworzenia, przedstawiciele jedynego na ziemi gatunku, który sam sobie szykował zagładę – byli tego nieświadomi. Nie zdawali sobie sprawy, że tak jak kiedyś ich praprzodkowie wydzierali roślinom świat kawałek po kawałku, tak może nastąpić chwila, w której stanie się odwrotnie: natura z powrotem przejmie w posiadanie ich siedziby, opuszczone, rozsypujące się w gruzy. Oddalić te chwile może jedynie miłość, przyjaźń, współczucie, empatia, miłosierdzie w prawdziwym tego słowa znaczeniu, aktywne niesienie pomocy potrzebującym w każdym miejscu i o każdej godzinie. Inaczej mówiąc – wypełnienie życiem wszystkich tych haseł, które obecnie stały się synonimami naiwności, głupoty, nieudacznictwa, braku siły przebicia.

– Brr, co za koszmarne, katastroficzne myśli z samego rana – głośno powiedziała Aldona do Bibi.

Kotka włączyła motorek w gardziołku z chwilą, gdy wzrok opiekunki na niej spoczął. Od razu szczęście wypełniło jej główkę i resztę puchatego ciałka.

– Dobrze mówisz – przyznała jej rację pani. – Po co mamy się przejmować całą ludzkością? Nie warto. Wiadomo, że im chcesz lepiej dla innych, tym bardziej będą na ciebie pluć i obrzucać błotem. Po co nam to?

– Miau – tym razem to Bibi zgodziła się z Aldoną.

– Ja też tak uważam – pogłaskała koteczkę po łebku. – A ponieważ się zgadzamy, mamy się z czego cieszyć, prawda? Otacza nas tylu życzliwych ludzi, że człowiek choćby nie chciał, musi się stać taki sam. O innych nie ma się co martwić. Słyszałaś co mówiła ciotka Teresa? Każdy sam, absolutnie sam odpowie kiedyś za swe czyny. I nikt go w tym nie wyręczy. Można tłumaczyć, pokazywać drogę lecz nic więcej nie da się zrobić. Trzeba się więc troszczyć o własne sumienie, wykonywać swoje obowiązki i nie robić krzywdy innym, za to mądrze pomagać każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. Oczywiście, broń Boże, nie licząc na wdzięczność, bo to jest rzecz, która człowiekowi ciąży najbardziej. Tak, tak, nic gorszego niż dług wdzięczności. Zgadzasz się ze mną?

Bibi podniosła się, wygięła grzbiet, potem przeciągnęła się, rozciągnęła całe ciałko aż zrobiła się dwa razy dłuższa niż była, wreszcie otrzepała się jak pies po wyjściu z wody i wskoczyła pani na kolana. Chwilę posiedziała z przymrużonymi ślepkami, potem miauknęła, zeskoczyła na dywan, otarła się o nogi i zrobiła kilka kroków w kierunku kuchni. Widząc, że Aldona w dalszym ciągu siedzi bez ruchu, wróciła, oparła się o jej kolana przednimi łapkami, powiedziała coś po swojemu i znów ruszyła w stronę kuchni oglądając się czy tym razem pani podąża za nią

– Głodna jesteś? – domyśliła się Aldona. – Już idę, moja ty kochana kruszynko najmilsza, małpeczko kochana.

Ucieszona kotka stanęła przy lodówce i czekała. Aldona wyjęła jajko i wybiła je na spodeczek. Bibi tańczyła wokół z radości na dwóch łapkach. Surowe jajka uwielbiała nade wszystko na świecie, wolała je nawet od mięsa. W czasie, gdy koteczka różowym języczkiem skrzętnie wylizywała przysmak, Aldona przygotowała śniadanie, spakowała w reklamówki wiktuały przeznaczone do zabrania. Cichutkie pukanie do drzwi wyrwało ją z kuchni.

Na progu stał Sergiusz z różą w ręce.

– Marcin pozwolił mi zerwać  – usprawiedliwił się wręczając kwiat.

– Przecież ja cię o nic nie oskarżam – uśmiechnęła się. – Jest piękna. I…wiesz…to najmilsza poranna niespodzianka jak mnie kiedykolwiek spotkała.

Dziewczynki obudziły się, umyły i ubrały wyjątkowo szybko i zgodnie podniecone wyjazdem. Zaraz po śniadaniu wyszli razem z domu  zostawiając dla Bibi wodę w miseczce i jedzenie w plastikowym pojemniczku, zaś ją samą śpiącą na wersalce. Stokrotki chciały zabrać swą faworytkę, ale matka wytłumaczyła im, że mogłoby to być niebezpieczne dla małej koteczki. Co prawda z trudem przyjęły do wiadomości matczyne tłumaczenie, niemniej jednak dały się przekonać.

– Mogłaby się wystraszyć obcych psów i kotów, uciekłaby w las i z pewnością by zginęła. Nie umiałaby trafić z powrotem, bałaby się straszliwie i mogłaby umrzeć ze strachu. A poza tym mnie byłoby bardzo smutno całkiem samej w domu.

– No dobrze, niech już zostanie – zgodziły się łaskawie całując Bibi w nosek na pożegnanie.

Ruch na trasie w kierunku Mińska Mazowieckiego nie był tego dnia bardzo nasilony. Kiedy mijali kolejne miejscowości i Stokrotki głośno czytały ich nazwy, Aldona pomyślała, że zna tę drogę na pamięć. Od urodzenia jeździła tędy samochodem albo pociągiem. Teraz już nie ma po co… Gdy miną Dębe Wielkie – skręcą w lewo. Do Mińska może pojedzie z Sergiuszem po zakupy, wstąpi do ciotki, pójdzie na cmentarz ale na domek babci nawet nie spojrzy. Serce by jej pękło z bólu i tęsknoty. W snach, a także gdy usiądzie i odpręży się zamknąwszy oczy, często widzi babcię żywą, uśmiechniętą, krzątającą się po kuchni albo spacerującą po ogródku wśród ukochanych kwiatków.

Łzy napłynęły do oczu i przysłoniły świat. Tak bardzo tęskniła za babcią. Dopóki żyła, Aldona miała świadomość, że nie jest sama na ziemi i zawsze – bez względu na to, co się stanie – znajdzie bezpieczne schronienie.  Odwróciła twarz do okna, żeby nikt nie widział łez.

– Dlaczego jesteś taka milcząca? – zapytał Sergiusz.

– Bo małe robią hałas, to wystarczy. Gdybym jeszcze ja się przyłączyła, chyba wysiadłbyś z samochodu – starała się mówić wesoło, ale jeszcze lekko drżący głos pozwalał wyczuć wzruszenie.

Sergiusz zerknął z ukosa, zmarszczył brwi, myślał nad czymś intensywnie i wreszcie kiwnął głową. Zrozumiał. Prawą ręką odnalazł rękę Aldony, delikatnie podniósł i pocałował nie spuszczając oczu z drogi.

Wiedziała, że bez słów zrozumiał jej uczucia. Jedyne na co miała w tej chwili ochotę, to przytulić się i porządnie wypłakać. Stokrotki chichotały za plecami wspominając jakąś zabawną sytuację znad morza. Zaczęły o tym opowiadać przekrzykując jedna drugą, przerywając sobie wzajemnie tak, że niczego nie zrozumiała. Śmiech dzieci i serdeczność Sergiusza odegnały smutne myśli i sprowadziły uśmiech na jej twarz.

Do Cięciwy i do Domku dojechali w momencie, kiedy juniorzy obierali ziemniaki. Wszyscy poza Kajtusiem, który z patykiem udającym karabin i z liśćmi paproci, oczywiście maskującymi, wepchniętymi za spodenki i pod czapkę na głowie, chodził tam i z powrotem ciągnąc za sobą Abę. Najpierw próbował wziąć „do służby” Maksa, ale on nie taki głupi, o nie. Nie po to chodził z panią na szkolenia, żeby teraz nie używać własnego rozumu. Olbrzymi wilczur, wielkością niewiele ustępujący dogowi (który zresztą był jego ojcem), zaparł się wszystkimi czterema łapami i nie musiał robić nic więcej. Kajtuś usiłował ruszyć go z miejsca, popychał, ciągnął – nic nie pomogło. Maks stał jak posąg psa. Kiedy malec dał za wygraną i „zajął się” Abą, podszedł, liznął go w policzek i pomału zszedł na dół, pod swoim ulubionym świerkiem zwinął się w kłębek i drzemał od czasu do czasu kontrolnie otwierając oczy by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

– Obieraj porządnie. Zobacz, cztery oczy zostawiłeś – Bartuś zwrócił uwagę Jędrkowi.

– Nie oczy tylko oka – poprawił Jędrek.

– Wszystko jedno, mogą być ślepia albo gały – Bartek lekceważąco machnął ręką.

Machnął prawą ręką, w której trzymał obierak do ziemniaków. Przyrząd wypadając z Bartusinej dłoni trafił w głowę Kuby, niczego się nie spodziewającego, zatopionego w marzeniach, zapatrzonego w dal ze swoim obierakiem w jednej ręce, z ziemniakiem w drugiej. Noży młodzi panowie do rączek nie dostawali, jak się okazało – słusznie. Kubuś skoczył na równe nogi.

– Który to?! – wrzasnął.

– To Bartek – wołał od strony bramy Kajtuś chcąc zemścić się za poranne zamknięcie na zasuwkę w Przybytku Ulgi.

Kuba niewiele myśląc, a raczej nie myśląc wcale, cisnął w winowajcę ziemniakiem trafiając go w ramię.

– Ale ja nie chciałem – pisnął Bartuś uskakując w tył.

Zamachnąwszy się z całych sił Kubuś stracił równowagę i – pociągając za sobą Marka – usiadł w ogromnej misce z wodą, do której wrzucali obrane ziemniak. Żółciutkie ziemniaczki rozsypały się po piasku nabierając natychmiast szarego koloru, podobnie jak spodenki Mareczka i Kubusia.

Aba wyrwała się Kajtkowi i skoczyła sprawdzić co się stało, wpadając na Jędrka i wpychając go w błoto powstałe natychmiast po zmieszaniu wody spod ziemniaków z piaszczystą ziemią.

Bartek stał z otwartymi szeroko oczami i z niedowierzaniem patrzył na niewiarygodne skutki jednego machnięcia ręką. Kuba, Jędrek i Marek wyglądali jak nieboskie stworzenia. Spojrzeli po sobie, spojrzeli na Bartka i zrozumieli się bez słów. Bartek też pojął w czym rzecz.

– Nie, co to, to nie – wybełkotał wyciągając przed siebie ręce jakby chciał ich zatrzymać w miejscu, po czym rzucił się do ucieczki.

Aba biegała wokół nich jazgocząc niemiłosiernie, aż Maks przyszedł sprawdzić co jest powodem owego tumultu.

Jedynie Maciek nie ruszył się z miejsca. On jeden miał nóż i zdawał sobie sprawę z doniosłości tego faktu. Prawdą jest, że każdego ziemniaka obierał „z czterech stron świata”, w sześcian, ale to przecież nieistotny drobiazg. Siedział więc i zaśmiewał się patrząc jak trzej poszkodowani przyprowadzili głównego winowajcę i posadzili dokładnie w tym miejscu, w którym sami przed chwila siedzieli. Wtedy właśnie przed bramą stanął turkusowy maluch a z lasu po przeciwnej stronie drogi wyszedł Dziadek. Zaraz za nim pani Basia i Helcia.

Stokrotki natychmiast ruszyły w stronę chłopców, którzy zamarli w bezruchu na ich widok. Zobaczywszy z bliska głupie miny „mężczyzn”, wysmarowane błotem ciała i ubrania wybuchnęły gromkim śmiechem, klepiąc się po udach z wielkiej uciechy, tak jak okazywali wesołość na jakimś filmie pierwotni mieszkańcy Afryki.

– Jakie licho nadało te dziewczyny akurat teraz – mruknął Kuba przez zęby.

Maciek był szczęśliwy, że nie brał udziału w tej całej awanturze. Bał się nawet pomyśleć jakby mu było głupio gdyby…na przykład Linka zobaczyła go utytłanego w błocie.

11.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Małpa w klatce

A dziś będzie o tym, że jest jeszcze lato. Wczesnym rankiem było prześlicznie, słonko ożywiło mgłę nad polem dotąd nie skoszonym. Szilka uparcie obwąchiwała jedno miejsce, widocznie pozostał ciekawy zapach przechodzącej tedy zwierzyny, mógł być lis, sarna, dzik. Może jakiś pies nieznany tędy przemknął i musiała się z zapachem zapoznać. Piękny jest ten świat, jakby nie patrzeć – piękny jest.
A jakże piękny w moich ukochanych Pieninach, do których już drugi rok nie ma jak się wybrać, bo wciąż coś przeszkadza. Wreszcie kiedyś pojadę, tylko czasu żal, który można by tam spędzić przy pięknej pogodzie. Nie mnie jednej na przekór coś staje, bo i przyjaciółka M. na swoją wieś wybrać się nie może, z tych samych powodów – czyli z „przekoru” nie do pokonania póki co. A na pewno znowu jakaś biedna psina, jakaś porzucona sierotka plącze się po działkach i pomocy szuka. Tak jak trzy lata temu moja Szilunia. Już tych biedaków M. uratowała sporą gromadkę, znajdując dla nich domy i kochające rodziny. Najdłużej chyba trwało odławianie bernardyna, kiedy wreszcie się udało, był w strasznym stanie, ale dzięki M. trafił tam, gdzie tą rasą się zajmowano szczególnie i uratowany został. Ludzie pomagający zwierzakom wydają mi się być istotami z górnej półki, lepszym gatunkiem człowieka. Ciekawe, czy pochodzą od małpy :):):)
W związku z małpą przypomniała mi się scena, kiedy młody, grzeczny i kulturalny poseł, który uważa, że muzyka łagodzi obyczaje, chciał podarować książkę innemu posłowi. Niestety, dwaj obok owego posła siedzący przyjęli postawę prawdziwych goryli zasłaniając przed wiedzą swego boga. Brakowało tylko dudnienia pięściami po torsach dla odstraszenia wroga. Niby nie ich wina, nie mogli, bo właściwie nie ma po czym dudnić. Taki Schwarzenegger nawet teraz ma po czym…
Jeszcze jedno mi się przypomniało. Siedzi małpa w klatce. Niebyt duża ta klatka, z kratami, jak to klatki mają. Wokół pełno ludzi małpie się przygląda. Podrapała się małpa w zadek i myśli: jacy ci ludzie biedni, wszyscy za kratami…
Otóż ja małpą się nie czuję i większość moich rodaków również.
A miało być miło. Wracam więc na jasną stronę. Otóż gdyby nie przyjaciółka M. ja bym nigdy z moim Rolfem do psiej szkoły nie poszła, nie nauczyłabym się rozumieć zwierzaków, rozpoznawać z zachowania i wyrazu mordki co chcą mi przekazać. No i jeszcze coś;-) Wyczytałam, że rozmowa ze zwierzętami, nadawanie imion komputerom, telefonom, samochodom – to sygnał świadczący o wyjątkowości i dowód wysokiego IQ. Co do wyjątkowości mogę się ostatecznie zgodzić :):) ale IQ nie będę sobie mierzyć,żeby nie wpaść w czarną dziurę na widok wyników… Cieszyć się latem można bez względu na wszystko inne.

10.08.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Na temat mowy psiej,dzisiaj wieczorem mój Pretor w znany nam obu sposób załatwił sobie i kolegom dodatkową wyżerke,teraz martwię się czy dospimy do rana,ale te oczy, lizanie i przymilanie nie mają sobie równych.
  • annazadroza L.C. 🙂 I jak, udało się dospać? U mnie najtrudniej jest wyjść nocą za osiedle, bo można oko w oko z dzikiem stanąć. Szilka jest taka porządna, że w ogródku nie nabrudzi, chociaż ma pozwolenie. Specjalne przytulanki dla Pretorka:) A jak „maluch”?
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Podczas oglądania tv

Miałam w domu Wnusię K. od piątku, a w sobotę jeszcze Małego z dziewczynami, więc nic nie zrobiłam wykraczającego poza konieczne czynności. Były więc naleśniki, kluski leniwe, upieczone babeczki na maślance, murzynek, ciasto cukiniowe z czekoladą, kotlety vege oraz kotlety z tuńczyka i jeszcze pieczarki uduszone z cebulką, żeby sos był do ziemniaków albo ryżu. Dodatkowo sałatka z pomidorów, ogórki, które już małosolne być przestały oraz marchewka utarta z jabłkiem. A do picia owocowa herbata ostudzona, z dodatkiem soku i odrobiny octu jabłkowego. Wnusia wróciła do siebie w poniedziałek po południu. Pojedzie jeszcze do Wisły na tydzień, potem znów do nas – mam taką nadzieję – na kilka dni zawita. Na jeden spacer dziennie udawało mi się ją wyciągać, oczywiście w towarzystwie Szilki, ucinałyśmy sobie wtedy babskie pogawędki. Mogę stwierdzić, że mądre dzieciaki teraz są, nawet „początkujące” nastolatki. A jeśli chodzi o sprawy techniczne przy obsłudze sprzętu elektronicznego, to w porównaniu ze mną są w kosmosie, podczas gdy ja zostałam w erze kamienia łupanego. Ale tak powinno być, każde pokolenie powinno być bardziej rozwinięte od poprzedniego.
Powinno, więc dlaczego niektórzy młodzi plotą bzdury jak w latach trzydziestych u sąsiadów za miedzą? Za chwilę kolejna miesięcznica i znowu się nasłuchamy i napatrzymy tak, że na samą myśl zęby bolą. Drabiniasty będzie mówił to, co zwykle, większej agresji można się tylko spodziewać i na pewno nic dobrego. Będzie, że demokracja kwitnie… I przypomina się, jak Stalin w Jałcie mówił, że chce, aby Polska była demokratyczna… No i tego samego chce Wódz RP – czyli Rzeszy Pisowej. Nie mylić z Rzeczpospolitą Polską, która jest moją Ojczyzną oraz Ojczyzną milionów moich rodaków, którzy chcą, by była państwem rozwiniętym, europejskim, otwartym, prawym i sprawiedliwym. Dla wszystkich, nie tylko dla „jedynych”, „słusznie” myślących. Podczas gdy inni są „podludźmi” – też już było, prawda? No to czyimi spadkobiercami są przedstawiciele IV RP? Przecież po Trzeciej kolejna jest Czwarta R. Dlaczego tak się upierano przy tej „czwórce”?
Okropnie mnie bulwersuje, że Polskę utożsamia się z rządem. Otóż rząd to zaledwie garstka przedstawicieli skromnej części mieszkańców kraju, bo reszta głosowała inaczej albo nie poszła na wybory. Gdyby się pofatygowała, inaczej by sytuacja wyglądała. Polska zaś jest na ulicy, z różami, była ze świecami w ręku. I mam nieodparte wrażenie, że znów została wykiwana przez tych, których osłaniała światłem… Ja przynajmniej czuję zawód. Nie wiem do czego dojdziemy, wiem, że zmierzamy na wschód. Trzeba będzie sobie język przypomnieć.
Ot, takie dyrdymałki – i jeszcze dużo innych – przychodzą do głowy podczas obserwacji bieżących wydarzeń w tv.

9.08.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Należy często przypominać,że PIS poparło niecałe 20% społeczeństwa /duża część nie poszła na wybory / więc ciągłe mówienie,że PIS ma mandat od Narodu do dokonywania wszelkich zmian jakich tylko chce jest opowiadaniem bajek.
  • babciabezmohera Macierewicz z Adrianem chwycili się za kołnierze. Może to kolejna ustawka a może nie. W każdym razie kwasy po tamtej stronie budzą nadzieje.;)
  • annazadroza Rick:) Pewnie, że należy przypominać. Ale trzeba mieć świadomość, że często się nie trafi na podatny grunt, bo niezdecydowanych wydaje się być mało. Raczej są dwa plemiona i tak się okopały, że pola do porozumienia nie ma. Dopiero kiedy jakieś zmiany przyjdą w Rzeszy, może wtedy normalniejsi osobnicy się trafią, którzy zrozumieją co się do nich mówi. Jak na razie np. panna Krysia rzuca bezkarnie w innych „zdradzieckimi mordami” a na propozycję miłości chce pozwem sądowym odpowiedzieć. Gdzie tu normalności choćby odrobina?
  • annazadroza babciabezmohera:) W tym nadzieję i ja pokładam, że coś się pomiesza, poplącze, odpadnie i nowe – choć troszkę lepsze – się wyłoni. To „coś” myślące o przyszłości. Bo przecież poglądy można mieć różne, chodzi o to, aby nie narzucać ich siłą innym i umieć wspólnie dojść do rozwiązania problemów na drodze kompromisu.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 18

W poniedziałek rano Aldona przygotowała Stokrotkom dużą ilość kanapek, przykryła szklanym kloszem, żeby  Bibi się do nich nie dobrała, położyła tabliczkę czekolady dla każdej, zostawiła kartkę z instrukcjami na czas swojej nieobecności i poszła do pracy.

Na korytarzu natknęła się na dzień dobry na Mariana, który rzekomo miał do niej kilka ważnych spraw i siedział długo nie pozwalając się skupić i działając na nerwy swoją obecnością. Jak na złość była sama w pokoju. Wreszcie los się nad nią ulitował i ktoś zadzwonił szukając Mariana. Musiał pójść do siebie pozwalając Aldonie nareszcie odetchnąć. Zdążył jeszcze powiedzieć, że dyrektor odchodzi na emeryturę.

Zmartwiła się, bo lubiła tego człowieka i darzyła zaufaniem, przypominał jej tatę. Była przekonana, iż w razie potrzeby może się zwrócić do niego z prośbą o pomoc i nie zostanie potraktowana jak intruz. Nie robiła tego do tej pory i nie chciałaby nigdy, lecz taka świadomość pozwalała na zachowanie – może złudnego, ale jednak – poczucia bezpieczeństwa.

Po wyjściu Mariana szybko uporała się z pracą. Musiała jeszcze udać się do centrum miasta w sprawach służbowych, tak więc ułożyła sobie plan działania, by  załatwiwszy sprawy nie musiała już tego dnia wracać.

Dotarłszy do domu wcześniej niż zwykle ze zdumieniem zobaczyła Sergiusza. Wojował z szafą rozłożoną na kilka części i korzystając z pomocy dziewczynek usiłował je wszystkie – oczywiście części, nie dziewczynki – jakoś dopasować. Zdziwionej jego wczesną obecnością Aldonie wytłumaczył, że wprawdzie wspólnik przyjął nowe zgłoszenia, ale postanowił sam je załatwić, korzystając z pomocy zatrudnionego niedawno pracownika.

Aldonie przypomniała się rozmowa przyjaciółek i ich niezbyt pochlebna opinia o tym człowieku. Sama zresztą spotkała go dwa razy i jakoś nie wzbudził jej sympatii. Miał fałszywe oczy, nigdy nie patrzył na rozmówcę lecz – jak Marianowi – wzrok uciekał mu gdzieś na boki.

– Jesteś pewien, że możesz mu całkowicie zaufać? Chwilami mam wrażenie, że on nie wprowadza cię we wszystkie sprawy i coś przed tobą ukrywa.

– Przesadzasz Doniczko. Przecież nie mogę podejrzewać o oszustwo każdego człowieka, który się koło mnie znajduje.

Nie podejmowała dyskusji. Wiedziała już, że nie przekona go, wręcz przeciwnie, spowoduje zacięcie się w uporze. Musi sam na własnej skórze odczuć, iż intuicja i przeczucie nieraz mają taką samą  wagę jak sprawdzone, zbadane fakty.

Do drzwi zastukał Marcin i obaj panowie raźno wzięli się do pracy. Aldona w tym czasie kończyła obiad. Inka opalała się na leżaku w ogródku. Linka wciąż kręciła się w przedpokoju, jakby kontrolowała postępy w pracy mężczyzn i służąc chętnie pomocą podawała potrzebne narzędzia, przytrzymywała różne elementy, w lot odgadywała co do czego pasuje.

Zjedli obiad. Marcin też musiał, bo dziewczynki obiecały go własnoręcznie nakarmić w razie sprzeciwu. Ledwie gospodyni zdążyła pozmywać, na rowerku przyjechała Teresa.

– Masz, przywiozłam ci prezent, żebyś się nie nudziła, bo na pewno nie masz co robić i obijasz się po kątach – powiedziała wręczając przyjaciółce nieduże zawiniątko.

– Co to jest? – Aldona oglądała paczuszkę ze wszystkich stron.

– Najlepiej rozwiń, to zobaczysz – poradziła Teresa.

– Coś ty? Naprawdę? Miewasz czasem niezwykle oryginalne pomysły – odpowiedziała Aldona rozwiązując wstążeczkę i rozwijając papier.

– Podoba ci się? Pierwszy  raz trafiłam na pomarańczową koronkę. Możesz nią obszyć firaneczkę. Widzisz? – przyłożyła koronkę do brzegu firanki. – Ślicznie będzie wyglądała.

– Nawet bardzo ślicznie. Dziękuję Tereniu. Przyszyję w rękach, bo nikt mnie nie zmusi, żebym znowu przypinała te piekielne żabki. Pokłułam sobie całe ręce. Na pewno nie przyszyję równo ale trudno.

– Nie przejmuj się staruszko – klepnęła ją Teresa po ramieniu. – Może być krzywo. Jak mówi Magda: mądry nic nie powie a głupi się nie pozna.

Od strony ogródka dało się słyszeć wołanie Doroty.

– Co wy sobie myślicie? Wyłączyły domofon cholery jedne i mają nadzieję, że nie wlezę do środka! Choćbym się miała przedrzeć przez te róże, muszę zobaczyć kuchnię.

– Nie przedzieraj się tylko właź, tfu, wchodź jak człowiek – Aldona otworzyła drzwi.

– To na pewno sprawka Teresy – gderała Dorota. – Wyczuła, że mam dla ciebie coś ładniejszego niż ona i z zazdrości wyłączyła domofon. Już ja ją znam.

Podała pani domu foliową torbę z okrągłą pomarańczową doniczką i lejkiem w tym samym kolorze.

– To dla mnie? Jakie ładne! Dziękuję, bardzo dziękuję.

– Donica dla Donicy – śmiała się ofiarodawczyni. – Czy ty wiesz co ja przez ciebie miałam? Wchodzę do sklepu na Puławskiej, tego dużego koło Woronicza,  z domowymi rzeczami, plastikami, wiesz gdzie? Tam kupiłam mój cudny składany wózeczek na zakupy. No więc wchodzę i widzę pomarańczową doniczkę i pomarańczowy lejek.  Grzecznie mówię: poproszę pomarańczową doniczkę i sitko. Babka spojrzała na półkę, podała mi doniczkę i mówi: przykro mi ale sitek nie ma. Ja na to: jak to nie ma, a co tam stoi? Popatrzyła we wskazanym przeze mnie kierunku, potem jakoś dziwnie na mnie: to są lejki proszę pani – powiedziała z naciskiem. Widocznie wzięła mnie za idiotkę. A do mnie dopiero wtedy dotarło co plotłam. Parsknęłam śmiechem, ona po chwili też. I mówi do mnie: wie pani co ja zrobiłam kilka dni temu? Pozbierałam wszystkie reklamówki, porządnie je złożyłam i schowałam do zamrażalnika. Znalazłam je dopiero dziś rano przez przypadek.

– Ten przypadek stanowi dla nas pewną pociechę – oświadczyła Teresa. – Znaczy, że nie tylko nam się zdarzają takie „przytrafki”, innym też.

– A propos „przypadek”. Przypadkiem spotkałam Kumplówę – przypomniała sobie Aldona. – Na Belgradzkiej, chyba w zeszłym tygodniu. Nie poznałam jej, autentycznie jej nie poznałam. Wyobraźcie sobie, że schudła, miała zęby, włosy na głowie i wyglądała jak człowiek.

– Niemożliwe – zdziwiła się Teresa. – Jak żyję to jeszcze czegoś podobnego nie widziałam. Co jej się stało?

– Zakochała się. Jak widać miłość potrafi czynić cuda.

– Ale że znalazła amatora swoich niespotykanych wdzięków…

– No i postanowiła życie zacząć od nowa. Dobrze jej to zrobiło, naprawdę zmieniła się nie do poznania.

– Może te dziwactwa wynikały z samotności, ze strachu przed nią, ze zobojętnienia jakie ona za sobą pociąga. A może to taka forma samoobrony? Kiedyś Majka opowiadała mi historię z jej młodości. Była tam wielka miłość, było i oszustwo człowieka, dla którego zrobiłaby absolutnie wszystko, żeby pójść za nim na koniec świata, była próba samobójcza. Potem zamknęła się w sobie i zrobiła z siebie dziwadło.

– Auuu – zawył w przedpokoju Marcin trafiając w palec zamiast w gwóźdź.

– Dobrze ci tak – bezlitośnie stwierdziła Dorota przerywając opowieść. – Trzeba było pilnować roboty a nie podsłuchiwać.

– Jędza, największa jędza w całym osiedlu – wyjęczał „stuknięty” Marcin wkładając stłuczony palec do zamrażalnika.

– Uspokójcie się wreszcie – przywołała Aldona do porządku całe towarzystwo. – Opowiem wam o czym jeszcze rozmawiałyśmy. Wyobraźcie sobie, że odchudza tego swojego Miecia, bo za gruby. Daje mu na śniadanie dwie kromeczki chrupkiego chleba i plasterek wędliny. Kupiła wagę i waży go przed wyjściem z domu. Powiedziała, że zabije, jeśli będzie ważył choćby o pięć deko więcej po powrocie.

– W życiu bym nie wpadła na taki pomysł – chichotała Teresa. – Biedny Miecio pewnie płakał, bo on bardzo lubi jeść. Przecież ja go znam, tylko o nim zapomniałam.

– Na pewno nie zapomniałaś, ty Babo Jago. Nie chciałaś się z nami podzielić taką rewelacyjną wiadomością, bo jesteś chytra i chciałaś zachować Miecia tylko dla siebie. Boisz się naszej konkurencji i tyle – oświadczyła Dorota przezornie wycofując się do przedpokoju.

– Słuchajcie dalej – podjęła Aldona. – Weszłyśmy do sklepu, w którym Kumplówa kupiła paczkowaną szynkę. Rozerwała w domu folię i stwierdziła, że wędlina jest zepsuta. Kiedy ją spotkałam, szła właśnie z reklamacją. Sprzedawczyni w sklepie powiedziała, że nie zwróci jej pieniędzy, bo opakowanie jest otwarte. Kumplówa na to: przecież przez torebkę nie czułam, że śmierdzi. Kobieta obstawała przy swoim więc nasza znajoma odwróciła się do ludzi stojących w kolejce i tłumaczyła bardzo obrazowo, że w tym sklepie sprzedają zepsute, śmierdzące produkty nie nadające się do spożycia, zagrażające życiu i zdrowiu. Podtykała im  pod nos cuchnącą szynkę, przekonywała, żeby już niczego tu  nie kupowali i chodzili po zakupy do innych sklepów. W rezultacie sprzedawczyni rzuciła się na moją towarzyszkę, wyrwała jej z ręki torebkę z wędliną i szybko zwróciła pieniądze. Stałam w kącie i dusiłam się ze śmiechu, scena była jak z komedii.

– Też bym się dusiła – Teresa oczami wyobraźni widziała przedstawioną scenę, jakby sama w niej uczestniczyła. – A wracając do spraw poważniejszych: kiedy zawieziemy Stokrotki do Cięciwy? Ja będę mogła dopiero wieczorem.

– Pojedziemy pociągiem –odpowiedziała Aldona. – Już i tak mnóstwo czasu straciłaś przeze mnie.

– Trzymajcie mnie! Zdzielę ją albo łeb jej ukręcę – Teresa wykonała wymowny ruch ręką. – Pociągiem pojedziesz, tak? I potem będziesz pieszo dyrdać przez las taki szmat drogi? Do tego z tobołami na plecach?

– Doniczko, kryj się, bo zostaniesz zamordowana  – wołał z przedpokoju Sergiusz. – Nie martw się, odwiozę cię, znam drogę. W końcu prowadzi również i do moich włości. Wprawdzie od niedawna moich, ale już się przyzwyczaiłem.

– A co z twoim wspólnikiem? – spytała Dorota.

– A co ma być? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Nie będzie zły, że zostawisz go samego?

– Dlaczego miałby być zły? Podzieliliśmy się urlopem po równo. On swoją część wykorzystał, dopiero co wrócił. Teraz będzie moja kolej. Poza tym w okresie wakacyjnym jest zawsze mniej zamówień i zleceń.

– Michał mówił, żebyś dokładniej przyjrzał się wszystkiemu co on robi.

– Nie będę nikomu patrzył na ręce. Gdyby każdy pilnował sam siebie i robił co do niego należy, byłby raj na ziemi.

Marcin zaczął wiercić w betonie. Wiertarka uniemożliwiła dalszą rozmowę rycząc niemiłosiernie. Przyjaciółki rozeszły się, każda do zajęć czekających w domu. Aldona wzięła się za pakowanie rzeczy córek. Jak zwykle okazało się, że połowa bluzek nie nadaje się do noszenia w cywilizowanym świecie. Jedna poplamiona jagodami, inna rozdarta i pozszywana byle jak – żeby mama  nie widziała, jeszcze inna pomalowana flamastrem w fantastyczne wzory.

– Nad czym się zastanawiasz? – spytał Marcin zaglądając do pokoiku zdziwiony znieruchomieniem sąsiadki nad stertą kolorowych fatałaszków.

Siedziała coraz bardziej zła, ba, nawet wściekła. Co wzięła do ręki – nie nadawało się do noszenia.

– Zobacz tylko, zaraz mnie cholera zatłucze – wskazała ręką na rozrzuconą garderobę.

– Czym się przejmujesz? – machnął ręką lekceważąco, bagatelizując Doniczkowe rozterki. – Jak zniszczyły, niech w takim chodzą. Poza tym uważam, że do lasu nie potrzeba im nic lepszego. Zresztą, nawet w tym będą wyglądały lepiej niż okoliczne dzieciaki.  Widziałaś je z bliska?

Sergiusz wcisnął głowę do pokoiku między futryną a trzymaną przez Marcina deską

– Pamiętasz co Jurand mówił po przyjrzeniu się mazowieckiej wsi?

– Pamiętam, porównywał z galicyjską. A właściwie mówił, że nie ma porównania. Zresztą sama obejrzę wszystko na miejscu. A poza tym chyba wam się czasy pomyliły. Jest końcówka drugiej połowy dwudziestego wieku a nie dziewiętnasty i proszę, żadnych lokalnych szowinizmów, dobrze?

– Zwiedzimy całą okolicę – ciągnął Sergiusz. –  Jurand opowiadał o różnych ciekawych miejscach, które koniecznie musimy zobaczyć.

– Wiesz, na dobrą sprawę nie ma tam takiego miejsca, którego by nie było warto zobaczyć. On tak obłędnie kocha tę swoją Galicję, że zna ją jak własną kieszeń i może godzinami opowiadać o jej cudach.

– Gadać może, bo to prawnik – mruknął Marcin. – Oglądałem slajdy i zdjęcia z Tenczynka i okolic – już głośno powiedział przybijając kolejną listewkę, – to naprawdę piękne tereny.

Przez cały czas nikt nie próżnował. Dziewczynki otrzymały polecenie spakowania książek i różnych innych skarbów, które zamierzają zabrać ze sobą do Cięciwy. Aldona ułożyła rzeczy w dużej torbie podróżnej i postawiła gotową do zabrania. Sergiusz z Marcinem niczym dwie pracowite mrówki, albo raczej jak dwa dzięcioły kujące w drzewo, stukali, przybijali, stękali i pocili się usiłując zrobić  z jednej ogromniastej szafy dwie mniejsze, przymocowane do ścian i obite – wraz ze ścianami – boazerią.

Zrobiło się bardzo późno. Marcin zbierał narzędzia, Sergiusz przesuwał „nowy” mebel. Cichutkie pukanie do drzwi ledwo dało się słyszeć. Marcin stojący najbliżej usłyszał i otworzył. To Danusia wychodziła na spacer ze wszystkimi zwierzakami. Busia wpadła do mieszkania i poszczekując obiegła je dookoła, nie zwracając żadnej uwagi na Bibi.

– Nie ma u was Bronka? – spytała. – Wsiąkł jak kamień w wodę już kilka godzin temu.

– Widziałam jak wchodził do bloku Doroty, do ostatniej klatki – odpowiedział Sergiusz. – A co, na rzęsach poszedł?

– Na rzęsach to on dopiero będzie wracał a poszedł nogami – westchnęła.

– Nie martw się, nie zginie, trafi do domu. Po dziesięciu latach zna adres na pamięć – pocieszała Aldona.

– Ależ wcale się o to nie martwię. Miał poznosić do piwnicy słoiki z przetworami. Cały przedpokój jest zastawiony i nie można przejść. Ale jak tam poszedł to nieprędko wróci i nie da rady słoikom, polegnie na całej linii.

– Przecież my ci zniesiemy słoje na dół. Od czego masz sąsiadów? – od razu obaj oferowali pomoc.

– To ty też jesteś sąsiad? – zdziwił się Marcin.

– A nie? Przecież mieszkam w sąsiedniej dzielnicy.

– Dziękuję wam, chłopaki kochane. Bronek zrobi to jutro, choćby mu głowa miała pęknąć. Trudno, c`est la vie. Poza tym jest późno i Sergiusz musi jechać do domu.

– A właściwie dlaczego nie miałbyś się przespać u mnie? – zaproponował Marcin. – Cała chałupa pusta, Magdy nie ma, dzieciaków nie ma. Co ty na to?

– A wiesz, że chętnie skorzystam z twojej propozycji? Jestem tak skonany, że nie wiem, czy utrzymam kierownicę w ręce.

– Pewnie by ci wypadła – wtrąciła Inka.

– Albo byś ją ukręcił, bo jesteś taki silny – dodała Linka.

Godzinę później Aldona kładła się spać ze świadomością, że tuż obok niej, za ścianą, na tapczanie Filipa śpi Sergiusz. Na pewno już śpi, był przecież bardzo zmęczony, Coś ją korciło, żeby zastukać w ścianę. Poddała się pragnieniu. Było to raczej dotknięcie niż uderzenie ściany, zimnej, betonowej ściany, która stała się gorąca…  bo…  po drugiej stronie owej parzącej ściany usłyszała  trzy cichutkie puknięcia. Wstała i wyszła na balkon. Sergiusz podszedł do otwartego okna.

– Dobranoc Doniczko – powiedział  ciepło i serdecznie. – Śnij o mnie.

– Jeszcze czego, żebym się nie wyspała? – lekko się zaczerwieniła. – Dobranoc, do jutra – powiedziała cicho i uciekła  w głąb pokoju.

8.08.2017

  • kobietawbarwachjesieni Czy powieść będzie oddana do druku, czy mamy czytać ją w internecie?
  • kolewoczy Nie przepadam za czytaniem opowiadań czy powieści w internecie, nie gniewaj się, to mnie męczy, przepraszam
  • annazadroza Kolewoczy 🙂 Kobietawbarwachjesieni:-)
    Wrzucam na bloga, bo nie chcę, żeby umarły wraz ze mną. Kto chce, to czyta, kto nie – przecież nie musi. Jakże mogłabym się gniewać? Czasem komuś jakiś fragment przypadnie do gustu i jest miło. Cieszę się, że zaglądacie, zapraszam dalej i pozdrawiam.
  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Wiadomo, że co książka to książka, ale teraz takie czasy, że musimy korzystać z dobrodziejstw internetu,dla pokolenia 60-latkow,czsami trudno pojąć skąd się te wszystkie mądrości np. w Wikipedii biorą. Ale czytanie powieści na raty to też ciekawy pomysł, chociaż początkowo byłam nastawiona sceptycznie. Pozdrawiam.
  • annazadroza L.C.:-) Dzięki, że czytasz. Kiedyś w gazetach były drukowane powieści w odcinkach. Sienkiewicz też tak pisał. Pamiętam, że czytałam, iż zwracał się do redakcji z pytaniem, gdzie jest Kmicic, żeby ciąg dalszy miał logiczną całość 🙂 U babci w szafie były wycięte z gazet – sprzed wojny – powieści drukowane w gazecie i skrzętnie zbierane wszystkie odcinki. Babcia bardzo lubiła czytać, szczególnie zimą mogła się oddawać tej przyjemności, bo latem kobieta na wsi wolnego czasu nie miała.
Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz