Po co wróciłaś…” 16

Dziewczynki wpadły do nowego dla siebie domu jak burza z piorunami albo jak dwa cyklony. Obie równocześnie rzuciły się matce na szyję, przewróciły ją na wersalkę, wycałowały, wyściskały do utraty tchu piszcząc i krzycząc przy tym niemiłosiernie. Z radości, że widzą mamę, Bibi, z zachwytu nad nowym domem, ze szczęścia jakie daje posiadanie własnego pokoju. Oglądały każdy przedmiot, wypytywały, opowiadały przekrzykując się wzajemnie.

– Mamusiu, a w Lince to zakochał się taki Rafał, wiesz?

– Mamusiu, a do Alinki Patryk napisał list, że mu się podoba, tylko się wstydzi jej to powiedzieć, ale włożył do koperty swoje zdjęcie, żeby ona wiedziała. który on jest!

– Ja się kąpałam w morzu a ona się skaleczyła w nogę!

– A potem pływałyśmy statkiem…

– I rowerami wodnymi…

– Wtedy ona się pokłóciła z Olimpią, bo ona jest straszna miauczka i boi się psów…

– Nawet malutkich…

– A tam były takie śliczne, malutkie szczeniaczki.

– Mamusiu, czy już teraz mogłybyśmy mieć psa?

– Mamusiu, przecież to byłoby bardzo wskazane, rozumiesz? On by bronił ogródka.

– Albo ona…

– I żeby nikt nie wszedł do mieszkania kiedy ty będziesz w pracy…

– A my w szkole…

Aldona była ogłuszona potokiem słów w niewiarygodnej ilości na sekundę wyrzucanych z ust dziewczynek.

– Uspokójcie się, litości Stokrotki moje kochane! Ratunku! Przestańcie krzyczeć – zatykała uszy rękami .- Najpierw umyjcie się i przebierzcie, potem rozpakujcie bagaże. Włączę pranie a wy w tym czasie będziecie opowiadały wrażenia, dobrze?

Przyglądała się córeczkom z rozczuleniem. Urosły, opaliły się, wypoczęły po roku nauki.

– To dla ciebie mamusiu ode mnie – wręczyła jej Halinka szkatułkę ozdobioną muszelkami.

– A to ode mnie – Alinka przywiozła w prezencie  sznur nieoszlifowanych bursztynów.

Wycałowała okrągłe policzki, przytuliła najdroższe swoje pociechy garnące się do niej jak  kociaki.

– A ja mam dla was w prezencie tylko ten pokój – przymrużyła figlarnie oko. – Może uważacie, że to za mało? W takim razie będę musiała wam kupić po czekoladzie.

– Mamusiu, tu jest cudnie – wołały jedna przez drugą. – Jeszcze nigdy w życiu nie miałyśmy własnego pokoju. Jakie ładne są te półeczki, te poduszki i to wszystko!

Aldona szybko wypakowała dziecięce torby, podzieliła co i w jakiej kolejności ma iść do pralki i włączyła automat.

– Chodźcie teraz do kuchni – powiedziała. – Zrobimy kolację i będziecie dalej opowiadały.

Jakże przyjemnie było usiąść przy stole w przytulnej kuchence. Uszczęśliwiona matka patrzyła jak Stokrotki nie jedzą ale pożerają wielki stos kanapek zaśmiewając się przy tym z różnych  zabawnych sytuacji, które im się co chwilę przypominały.

Jakże niewiele do szczęścia potrzeba takim szkrabom.

– I taki jeden chłopak, mamusiu, to miał chorobę autobusową. Ale on strasznie chciał jechać na dużej karuzeli, więc się nie przyznał – opowiadała Alinka. – I wiesz co się stało? No wiesz?

– Rzygał po ludziach – krzyknęła Halinka uprzedzając słowa siostry.

– O rety – jęknęła Aldona, – po was też?

– A my to  nie ludzie? – droczyła się Alinka z matką .

– Po nas nie, bo byłyśmy  koło kasy, tylko widziałyśmy jak „to” poleciało i jak ludzie uciekali.

– Ale to fajnie wyglądało, nie masz pojęcia co ci ludzie wyprawiali – zaśmiewała się Alinka.

– Byłaś kiedyś w tunelu strachu? – spytała Halinka połykając ostatni kęs. – Pyszne były te kanapki.

– Cieszę się. Nigdy, bo nie lubię się bać i nigdy nie lubiłam

– A my byłyśmy. I tam się można cały czas przestraszać. Jedziemy sobie wagonikiem a on nagle tak brutalnie skręca, że to szok. Wtedy duch skacze, huczy i wyje. A mumia za kratami podnosi głowę i ryczy. Jak ja się wtedy przestraszyłam.

– Był tam, to znaczy w wesołym miasteczku, suchy basen.

– A cóż to takiego? – zdziwiła się matka.

– To dużo małych piłek poukładanych w ziemi, w rowie, w dziurze, no, w takim basenie. Kiedy się weszło, to się w tych piłkach grzęzło jak na filmie, jak w ruchomych piaskach.

– Były też samochodziki. Dziadziuś powiedział, że ja świetnie jeżdżę i na pewno będę świetnie prowadziła prawdziwy samochód – chwaliła się Halinka.

– A na strzelnicy był taki pan co oszukiwał, bo jak dziadziuś dużo razy trafił to on przy nabijaniu strzelby przekrzywił muszkę i już nikt więcej nie trafił.

– A skąd wiesz, że to muszka?

– Bo tam nad morzem mieszka dziadzia kolega, który ma wiatrówkę i my bardzo dużo strzelałyśmy. Ja nawet sama potrafię włożyć naboje.

– Mówi się: załadować broń – Halinka nie mogła pozwolić, by mama uznała ją za kompletną dyletantkę w kwestii broni.

– Skoro dobrze strzelacie, może wyzwiecie chłopaków na pojedynek?

– Ale nie mamy z czego strzelać

– Przecież Dziadek ma. Aha, przecież wam jeszcze nie powiedziałam, że pojedziecie na trochę do Cięciwy. Potem wybierzemy się na południe Polski, na działkę wujka Juranda. Pojedziemy razem wujkiem Sergiuszem i Moniką.

– Hurra! Jak fajnie! Ale ty też z nami pojedziesz?

– Do Cięciwy nie, tylko was zawiozę. Będzie się wami opiekowała ciocia Terenia.

– A kto tam jest?

– Wszyscy. To znaczy pani Basia, Dziadek, chłopcy, Aba, Mićka i Maks.

– Kiedy pojedziemy?

– Pójdę zadzwonić do Teresy, wtedy się dowiem.

Wieczorem poszła do automatu, bo Marcina nie było w domu i nie miała skąd zadzwonić, to znaczy nie mogła skorzystać ze „swojego” telefonu. Kiedy nikt nie podnosił słuchawki przypomniała sobie, że przecież Zacharscy pojechali do dzieci i wrócą dopiero jutro po południu.

Pod klatką spotkała Danusię, którą wszystkie trzy zwierzaki wyprowadziły na spacer, czyli: Busia, Zbój i Tygrysek. Busia bywała u Danusi gościnnie. Bronek przyniósł ją dla swojej mamy mieszkającej w pobliżu, by dotrzymywała towarzystwa starszej pani, urozmaicając życie. Sześciomiesięczna miniaturowa jamniczka czyniła to oczywiście bezustannie. Podczas pobytu w szpitalu swej prawowitej właścicielki zamieszkała u Danusi. Nie było takiego kąta w mieszkaniu, do którego by się nie wśliznęła, jedynie na lampę i na regał nie udało jej się do tej pory wdrapać. Wypełniona rozsadzającą ją energią i nieustanną chęcią zabawy przeganiała z miejsca na miejsce sporo większego od siebie Tygryska. Zbójowi chodziła po głowie, robiła wszystko na co tylko przyszła jej ochota aż duży owczarek uciekał przed nią pod fotel jak Maks przed Abą, próbując zakryć uszy łapami. Busia tańczyła wokół Danusi na dwóch łapkach, od razu wskakiwała na kolana, gdy pani usiadła  choćby na moment.

Na wieczorny spacer obowiązkowo szła cała trójka.  Zbój jak książę biegał z gracją wokół drzew, wśród krzewów, musiał obejrzeć dokładnie i zaznaczyć cały teren uznany za swój. Busia biegała od Zbója do Tygryska. Zaczepiając wszystkie napotkane po drodze psy pędziła z „rozwianymi” uszkami, prędziutko przebierając króciutkimi łapeczkami. Za Danusią kroczył Tygrys zamykając pochód. Cały czas pilnował Zbója. Szedł dostojnym krokiem, nagle chował się za żywopłotem, patrzył gdzie pobiegł Zbój, rozglądał się uważnie na boki uprzedzając ewentualne niebezpieczeństwo, po czym szedł w stronę psa. Za chwilę znów się chował, znów badał teren, oceniał sytuację i znów kroczył dumnie środkiem wyasfaltowanej ścieżki.

Aldona odchodziła właśnie od telefonu gdy ujrzała to całe towarzystwo. Przystanęła, by zamienić z Danusią kilka słów. Zza budynku wyskoczył czarny pies podobny do pudla i rzucił się w stronę Tygryska. Zbój, który był dość daleko i wcale nie wyglądał jakby miał obowiązek pilnowania  całego osiedla, błyskawicznie znalazł się na miejscu zdarzenia i odpędził intruza. Busia dzielnie go wspierała szczekając cieniutkim głosikiem ile sił w płucach.

– Jakież to mądre stworzonka – nie mogła się nadziwić Aldona. – Odkąd mam Bibi i masę zaprzyjaźnionych zwierzaków wokół, dostrzegam rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłabym uwagi. O właśnie, na przykład stosunek Zbója do Tygryska: to jego kot, członek jego rodziny  i on nie pozwoli nikomu, a tym bardziej obcemu psu, zrobić krzywdy żadnemu członkowi własnej grupy. Niesamowite.

– Prawda? Do Busi też się już przywiązałam a i ona lubi u nas przebywać. Co zrobisz z dziewczynkami przez resztę wakacji? Wyślesz je gdzieś czy będą siedziały w domu?

– Właśnie w tej sprawie dzwoniłam do Teresy. Ale się nie dodzwoniłam. Zapomniałam, że jej nie ma. Cóż, skleroza nie boli. Pojadą na trochę do Cięciwy, a potem już będę miała urlop. A co ty zrobiłaś ze swoimi pociechami?

– Olka wysłałam do mojej siostry nad morze. Iwonkę nosi po świecie, niech korzysta póki ma okazję. Po skończeniu studiów zacznie wieść dorosłe życie i może nie będzie miała okazji nigdzie pojechać. Jesteśmy z Bronkiem sami, a właściwie ja jestem, bo Bronuś po pracy jedzie na działkę i pracuje tam prawie do zmroku. Ponieważ ja późno kończę pracę, mogę go wspomóc w sobotę albo w niedzielę. Wszystko robi sam i uszczęśliwia mnie plonami. Zajrzyj do mnie, dam ci trochę owoców dla dzieci. Nie jestem w stanie przerobić całości a mój mąż dziwi się, że nie skaczę z radości na widok coraz to nowych pojemników pełnych ogórków, pomidorów, wiśni czy porzeczek. Tymczasem mnie ręce opadają i najchętniej wysypałabym to przez okno.

– Moja ty bidulko kochana – Aldona ujęła Danusię pod rękę. – Jeśli chcesz to ci pomogę. Mam sokownik, na  dwa szybciej pójdzie. Słoików też mogę ci dać ile chcesz, cała piwnica nimi zawalona. Ja w tym roku nie będę robiła przetworów. Sprzed chyba trzech lat jeszcze mam bardzo dużo.

– Dzięki, Doniczko, z sokownika i słoików chętnie skorzystam.

Pomału doszły pod drzwi na klatkę. Do środka wbiegł Zbój, za nim Busia i na końcu Tygrysek. Bliźniaczki  siedziały w oknie swojego pokoju i głośno się nim zachwycały.

– Ciociu, czy możemy do Tygryska mówić: Tigi?

– Spytajcie go o zdanie, ale myślę, że nie będzie miał nic przeciwko temu.

– Fajnie, a czy możemy na chwilę przyjść pobawić się z Busią i Zbójem? – pytały wpatrzone w psy.

– Oczywiście, jeżeli mama uważa, że nie musicie jeszcze iść spać. Zapraszam. Przecież po to są wakacje, żeby je miło spędzać – odpowiedziała.

– Najpierw zejdziemy do piwnicy po słoiki i zaniesiecie je cioci na górę – zarządziła Aldona.

– A wiec czekam, na razie dziewczyny.

– Cześć Danusiu.

– Cześć ciociu.

Dziewczynki siedziały na górze ponad godzinę ku uciesze psów uszczęśliwionych towarzystwem chętnych do zabawy dzieci. Kiedy wróciły matka miała dla nich propozycje.

– Co powiedziałybyście na wycieczkę do Powsina?

– Kiedy? Teraz?

– No nie, przecież jest za późno. Jutro, zaraz po śniadaniu.

– Super, ale pójdziemy tam na basen, dobrze? – cieszyła się Alinka.

– Mamusiu, ale przecież rowery nie działają, więc jak pojedziemy? – zastanowiła się Halinka.

– Już działają, są naprawione, wujek Sergiusz naprawił – Aldona lekko zająknęła się wymawiając przy dzieciach imię mężczyzny zajmującego coraz więcej miejsca w jej myślach i sercu.

– Lubię go – stwierdziła Halinka. – I Biedronkę też.

– Jaką biedronkę? – zdziwiła się Aldona.

– No, Monikę. Wujek mówi na nią Biedroneczka jak ty na nas Stokrotki.

– Że też dorośli muszą wymyślać jakieś nazwania, chłopcy to Brysie. A od ciotki Marianny, co koło Aby mieszka, to Szkraby.

– Cicho – zerknęła Alinka na siostrę. – Może im to w czymś pomaga?

– Niby w czym?

– Skąd mam wiedzieć? Jak dorosnę to się pewnie dowiem – skwitowała Alinka.

Zmęczone dziewczynki poszły do łóżek i natychmiast zasnęły. Aldona sprzątnęła kuchnię „na błysk”, rozwiesiła na balkonie wyprane ciuszki, usiadła na stopniu otoczona zapachem kwiatów, owionięta delikatnym powiewem wiatru ledwo muskającego główki róż rosnących w ogródku. Wpatrzona w tarczę księżyca recytowała koteczce na ucho wiersz Teresy, z którego sama autorka śmiała się .

Teresa często chwytała nagle kartkę, długopis i pisała bez zastanowienia, słowa same spływały na papier. Potem twierdziła, że to bzdurny nic niewarte, albo kpina z poważnych ludzi i zostawiała kartki. Rzadko którą zabierała ze sobą i tym sposobem Aldona zebrała spory stosik. Nieraz je sobie przeglądała, czytała, podobały jej się właśnie dlatego, że były proste, nie wymagały łamania głowy nad zrozumieniem tekstu bo były bardziej do odczucia niż rozumienia. Odzwierciedlały nastrój chwili, jakąś myśl, zwykłe ludzkie uczucia te same od początku świata. Przyszedł jej na myśl właśnie ten, który przyjaciółka skwitowała śmiechem i słowami: bzdurne bzdurki, a przypomniała sobie tekst spoglądając na księżyc z całą pewnością widzący gdzieś Sergiusza…

…Ty wiesz, gdzie jest mój miły;

widzisz go z wysoka,

czy mógłbyś przez tę chwilę

nie spuszczać go z oka?…

Uśmiechnięta, zapatrzona przed siebie, siedziała tak dopóki nie poczuła chłodu. Rozejrzała się za Bibi, przywołała małą figlarkę i obie udały się na spoczynek.

1.08.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 6 komentarzy

Bez włączania Lapcia

Wytrzymałam bez włączenia Lapcia:) To znaczy w sobotę rano włączyłam, przyznaję, ale tylko na chwilę. Sporo miałam do zrobienia ponieważ Duży z Iz. (bez Wnusi K., bo jest nad morzem) mieli wpaść w niedzielę jeszcze imieninowo. Mały z rodzinką wpadnie za tydzień, bowiem bawili na urlopie i właśnie wrócili. Odsapnąć muszą po podróży w upale, rozpakować się oraz duchowo nastawić na powrót do pracy. Nie będę się nad nimi znęcać zmuszając do wizyty w trybie natychmiastowym, sama młoda byłam i jeszcze pamiętam jak to jest 🙂 Mam więc przed sobą miłą perspektywę długiego świętowania i to mi się podoba. Trzeba zająć myśli wyszukaniem albo wypróbowaniem w rodzaju „wielka improwizacja” czegoś dobrego vege, żeby dzieciaki zaskoczyć. Ponieważ lubię i wymyślać, i przyrządzać, i zaskakiwać młodych potrawami, więc będzie to przyjemna chwila oddechu. W końcu się należy, ta przyjemna chwila, dla zregenerowania sił nadwątlonych ostatnimi czasy…
Regeneracji służy z pewnością 1) sen, 2) pożywienie odpowiednie, 3) kontakt z właściwymi ludźmi, 4) i jeszcze ruch.Ze snem różnie bywa:) Usypiam wieczorem na stojąco starając się nie usypiać i wmawiając Mężowi, że przecież oglądam tv, w związku z czym ani spania, ani oglądania, ani rozmowy nie ma w pełnym wymiarze. Pożywienie zdrowe być powinno, wiadomo wszem i wobec, lecz nie zawsze domownikom zdrowe smakuje, więc czasem chce się coś niezdrowego zjeść. Punkt trzeci najłatwiej zrealizować, bo odkąd jestem na emeryturze nie muszę się zadawać z tymi, z którymi nie chcę. Nachodzą mnie jeszcze co niektórzy w nocnych koszmarach, ale po obudzeniu mogę odesłać je, te osoby, tam gdzie ich miejsce, czyli do diabła. A ruch? Przecież ruch to zdrowie co jest świętą prawdą. Tego mi nie brakuje, bo z Szilunią robimy sobie długie przechadzki. Poza tym ruszam się w kuchni, w ogródku. Do Piaseczna poszłam z kijkami zamiast jechać autobusem. 

A przy okazji – jakie to ładne miasteczko się robi. Czuję się zupełnie jakbym była na wczasach. Wrażenie potęguje Ryneczek zapraszający do spoczęcia na ławce i popatrzenia na dzieciaki szalejące pod strumieniami wody wytryskiwanymi z fontanny, scena zamontowana czynna przez cały sezon i ożywiana imprezami, sklepiki, kolorowe kwiaty w różnych miejscach zasadzone dla upiększenia. Poza tym rewitalizacja miejskiego parku oraz skwerku w samym centrum się odbywa. Jest kilka zabytkowych budynków, które mają być wyremontowane jak np. remiza strażacka. Czytam sobie o lokalnych sprawach na stronie Piaseczno news, którą mam w zakładkach i jestem na bieżąco.
W sobotę poświęciłam więcej czasu ogródkowi. Objawiło się to zmuszeniem Męża do przycięcia wierzby japońskiej, która całkiem zdziczała i wyraźnie zaczęła chorować. Ja zaś posadziłam różowe chryzantemki w dłuuugą skrzynkę „dostaną” od Małego. Mieli z K. uprawiać na balkonie roślinki jadalne, ale im się odechciało. Nic dziwnego, od południowego zachodu i bez osłony nic nie urośnie, wszystko się ugotuje. Raz jeden tylko miałam tam ładne pelargonie, ale dwa parasole zamocowałam (zrywane bezustannie przez wiatr) dla osłony przed palącym słońcem, podlewane były kilka razy dziennie przez Tatę, który wtedy spędził kilka dni u mnie. Jak wrócił do siebie natychmiast zdechły i po powrocie z pracy już tylko nędzne resztki zastawałam. Więcej się nie męczyłam.
Skoro dziś lekko i wakacyjnie to przypomniały mi się balkonowe utarczki z gołębiami. Kiedyś po powrocie z urlopu zastałam na balkonie
(ostatnie piętro) gniazdo a w nim dwa jajka. Złapałam te jajka i już miałam wyrzucić za barierkę, ale przemknęła mi przez głowę myśl, że może długo one tu już leżą. Odłożyłam więc do gniazdka. Całe szczęście, bo nazajutrz wykluły się maleństwa! Pierwszy raz w życiu widziałam to na żywo. Odnośnie gołębi, bo kurczątka widywałam u babci. Otóż gołąbki wykluły się żółciutkie! Nigdy bym w to nie uwierzyła, gdybym nie zobaczyła na własne oczy. Wychowały się na moim balkonie, obserwowałam jak dorosłe się nimi opiekowały, jak dbały o nie, nie tylko karmiły ale widziałam więź między nimi. Wspaniali rodzice, szkoda, że ludzie nie zawsze tacy są. Musiałam mieć zamknięte drzwi balkonowe ponieważ moje koty, Misia i Maciuś, były nimi bardzo zainteresowane. Szczególnie Maciuś, bo Miśka stwierdziła, że nie da się ich upolować i odpuściła. Maciuś był zawsze przyjacielsko nastawiony do świata, przesiadywał po jednej stronie szyby, gołąbki zaś, niezwykle szybko rosnące, po drugiej. Wyglądało jakby były do siebie wzajemnie przytulone. Po ich dorośnięciu sprzątania ile miałam może sobie wyobrazić tylko ten, kto miał gołębie na balkonie. Więcej już nie pozwoliłam gniazda zrobić, pilnowałam, powiesiłam szeleszczące torebki, żeby odstraszyć. W końcu się udało. Myślę, że te „moje” długo nie pożyły skoro nie bały się kotów, bo wychowały się z kotem „przez szybę”. Z tego powodu nigdy więcej piskląt na balkonie, mniejsza o sprzątanie.

31.07.2017

  • kolewoczy Czasem taki odwyk od internetu jest wskazany dla psychicznego zdrowia… albo sprawdzenia czy już jesteśmy uzależnieni 😉
  • annazadroza kolewoczy:) Masz rację, dzięki „odłączeniu się” nadrobiłam domowe zaległości. TV też wyłączam w ciągu dnia, przedtem – w czarnym tygodniu – nie dałam rady. A przecież bez względu na wszelkie zewnętrzne zawirowania, które na dodatek nie zależą od nas, pora wrócić do normalności. Życie toczy się dalej:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pracowity dzień

Wczoraj wyjątkowo się napracowałam, tak bardzo, że Lapcio odpoczywał przez cały dzień, nawet na niego nie spojrzałam. Odkąd rozpoczęłam blogową przygodę, wszystko inne poszło w kąt. Tak mnie wciągnęło, że domowe obowiązki traktowałam po macoszemu, odbębniałam je po łebkach. Tak być dłużej nie może, postanowiłam więc poświęcić wczorajszy dzień na odrobienie zaległości. Zaraz po spacerze z Szilką i przygotowaniu śniadania dla rodziny udałam się po pelargonie i aksamitki, uprzednio przygotowawszy dla nich miejsce. Dużo by mówić co w tym celu wykonać musiałam, ale wykonałam, zmęczywszy się przy tym okrutnie. Aha, muszę o czymś wspomnieć, bo to ważne 🙂 Moja przyjaciółka M. kazała mi poszukać na You Tube: „chińskie ćwiczenia na kręgosłup”. Poszukałam, obejrzałam, stwierdziłam, że kiedyś wypróbuję, oczywiście, kiedyś… Natomiast jedno przyciągnęło moją uwagę w związku z podjętą decyzję o powrocie do sylwetki sprzed lat 🙂 Ha, ha ha… A niby dlaczego nie? … Otóż polega na tym, żeby wciągnąć brzuch i nakleić nań od biodra do biodra szeroki plaster na rolce. A to w celu ćwiczenia bycia na wdechu przez cały czas, bo to pomaga na kręgosłup i na organy wewnętrzne… zresztą kto chce, niech sobie poszuka na YT. W każdym razie ja to zrobiłam z samego rana, więc przy wszelkich ogródkowych czynnościach typu kucanie, schylanie, klękanie itd. musiałam pamiętać, żeby mieć cały czas wciągnięty brzuch. Spróbujcie! Ale dzielnie trwałam w postanowieniu. Potem przejrzałam zawartość lodówki, poszłam do Biedronki, przyniosłam zakupy, ugotowałam zupę brokułową. Drugie miałam z poprzedniego dnia, więc zajęłam się farszem do pierogów. Wnusia K. zapowiedziała się na weekend, więc zrobię ruskie pierogi, bo mała (jaka mała!) lubi. Ponieważ babcia D. z kolei nie lubi – przygotowałam drugi farsz z pieczarkami. Prócz cebuli dodałam ugotowaną kaszę jaglaną, w ten sposób już kilka razy ją przemyciłam i nikt się nie poznał, korzyść zdrowotna jak się patrzy 🙂 Jeszcze sałatkę jarzynową zrobiłam, ugotowawszy w zupie składniki, zaś jajka osobno:) W międzyczasie  zachciało mi się przearanżować pokój – cały czas na wdechu. I tak szalałam do nocki ciemnej. Wyszłam z Szilką, bo Mąż był z nią po południu z racji moich wyczerpujących zajęć i ledwo dowlokłam się do łazienki. Dziś już plastra nie nakleiłam bo mnie cała skóra swędzi, ale brzuch wciągam z ochotą jak tylko sobie o tym przypomnę.
A babcia D. przez dwa dni zaskoczyła pozytywnym zachowaniem. Zero agresji i awantur, nie pamięta co było przed chwilą, chowa swoje drobiazgi i szuka – ale spokojnie. Żeby choć kilka dni potrwało. Taka choroba, jak dr Jekyll i Mr Hyde. Nigdy nie wiadomo który przyjdzie.

9.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 15

Po wyjściu przyjaciółek Aldona wzięła Bibi na ręce, przytuliła i stała patrząc w okno. Nie chciało jej się spać więc postanowiła to wykorzystać. Rozpoczęła od mycia i układania w szafkach całego kuchennego dobytku. Nie czuła zmęczenia ale radość i satysfakcję na widok rosnącej sterty opróżnionych kartonów. Wszystkie porządnie poskładała i wyniosła na razie na balkon. Przedpokój opustoszał i zaczął wyglądać „po ludzku”.

Było koło północy. Zmęczona kończyła zmywać kremowe porcelitowe kubki. Zgasiła już światła w całym domu, jedynie w kuchni świeciła się mała lampka z wiklinowym abażurkiem. Stojąc przy zlewozmywaku kątem oka zauważyła w przedpokoju coś dużego, białego, poruszającego się pionowo.

Chyba jestem zbyt zmęczona i zaczynam mieć przywidzenia, mruknęła do siebie. Poczuła się jednak nieco dziwnie uświadomiwszy sobie, że właśnie jest czas powszechnie uważany za godzinę duchów. Jednocześnie z uświadomieniem przyszło spostrzeżenie, że to „coś” staje się jeszcze większe i porusza się z większą intensywnością w górę i w dół, w górę i w dół… Przeżegnała się i z okrzykiem „giń, przepadnij maro” weszła do przedpokoju włączając światło.

Potok światła zalał pomieszczenie a wystraszona Bibi wrzasnęła po kociemu i puściła się pędem po całym mieszkaniu z ogromną prędkością. Aldona parsknęła śmiechem na widok swojego „ducha”.  Bibi uwielbiająca wchodzić do koszyków i wszelkich toreb znajdujących się w jej zasięgu, odkryła olbrzymią białą reklamówkę. Wśliznęła się do środka mrucząc z zadowolenia. Kiedy chciała opuścić kryjówkę, przełożyła łebek przez ucho torby, przez które reszta kociego ciałka nie chciała się przecisnąć. Próbując uwolnić się z pułapki skakała coraz wyżej a napełniająca się powietrzem reklamówka powoli opadała na podłogę. Potem Bibi, już rozzłoszczona, biegała i „gulgotała” po swojemu a wtedy torba unosiła się za nią jak wielki balon. Widok był tak komiczny, że Aldona przez dłuższy czas śmiała się w głos żałując tylko, że Stokrotki tego nie widzą. Wreszcie uwolniła kotkę z pułapki. Stwierdziwszy, że obie są zmęczone przeżyciami całego niezwykle urozmaiconego dnia, poszła spać przytulając do siebie mruczące futerko. Przed zaśnięciem jeszcze pomyślała, że Sergiusza zadziwią rezultaty wykonanej pracy, westchnęła radośnie widząc oczami wyobraźni jego uśmiech i usnęła.

Rano obudziła się z myślą, że natychmiast musi wstać z łóżka i powiesić w kuchni firaneczki oraz zasłonki, które miała od niepamiętnych czasów lecz nigdy ich nie użyła nie mając dotąd okazji.

– Co za szczęście, że dziś sobota. Zdążę kuchnię posprzątać na błysk przed „wizytacją” – tłumaczyła kotce, która specjalnie nie przejmując się przemową pani kazała się wypuścić do ogródka.

Nie chcąc tracić czasu na przygotowywanie śniadania, w dużym kubku rozmieszała z wodą mlecznoryżową kaszką – kupioną zresztą dla Bibi – i wypiła duszkiem. Wyjęła zasłonki z lambrekinem, wyprasowała i powiesiła. Firaneczkę, wyciętą półokrągło i obszytą falbanką przeprała, bo zdawało jej się, że jest  nieświeża. Strzepnęła i mokrą przypięła żabkami. Pełna nowych sił sprzątnęła wszystko czego nie zdążyła wieczorem i wyszorowała podłogę. Z zadowoleniem przyjrzała się całości i stwierdziła, że wcale już niczego nie będzie jadła, bo chce, żeby Sergiusz zobaczył jak jest ładnie. A na sprzątanie to ona już nie ma ochoty, o nie, wystarczy. Ewentualnie ukroi sobie chleba kromkę nad zlewem albo nad papierem, żeby nie nakruszyć.

Powiedziała o tym Teresie, która przyjechała rowerkiem zrobić zakupy na bazarku i oczywiście nie mogła odmówić sobie przyjemności wyciągnięcia przyjaciółki z łóżka skoro świt – o dziewiątej.

– Popsułaś mi całą przyjemność – skarżyła się pozornie nadąsana, gdy zobaczyła Aldonę nie tylko kompletnie ubraną lecz pełną energii, wykonującą kilka czynności jednocześnie z takim zacięciem, jakby życie od tego miało zależeć.

Za oknem nagle pociemniało, niebo ukryło się za gęstymi chmurami przygnanymi nie wiadomo skąd przez gwałtowny wiatr, który się nagle zerwał.

– Trudno, czy ci się to podoba czy nie, muszę u ciebie Doniczko przeczekać ulewę. Że też musiało się rozpadać. Wstałam bardzo wcześnie z samego rana, żeby zrobić pranie i powiesić na tarasie. Myślałam, że szybko wyschnie i zdążę na czwartą przesyłkę przygotować.

– Jaką przesyłkę?

– Ciuchy dla taty i chłopców. Przywiozłam do prania, bo przecież w rękach żadna ludzka siła tego nie dopierze. Jurand dzisiaj pracuje, więc dopiero po południu mieliśmy jechać do Cięciwy, żeby zawieźć wyprane ubrania i mnóstwo innych rzeczy. A może wybierzesz się z nami?

– Dziękuję za propozycję, byłoby miło, ale nie. Skończę układać w szafie, chcę jeszcze uszyć abażur na lampę w kuchni, z tego samego materiału co zasłonki. Zobacz, został mały kawałeczek, akurat w sam raz. Podoba ci się?

– Muszę przyznać, że nie mam pojęcia jak zdążyłaś tego wszystkiego dokonać przez jedną noc – dziwiła się Teresa.- Czy zauważyłaś, że masz mnóstwo pomarańczowych drobiazgów?

– Zupełnie przez przypadek. Kiedy zaczęłam wyjmować i układać, wtedy okazało się, że pomarańczowe jest sitko, dwie doniczki, przyrząd do krojenia sałatki, plastikowe kubeczki, solniczka, nawet kubeł na śmieci – wyjaśniła Aldona.

– A na zasłonce są pomarańczowe kwiaty, których kolor stał się zauważalny dopiero w zestawieniu z przedmiotami wymienionymi przez ciebie.

– W sumie zupełnie dobrze wygląda,  nie uważasz?

– Szczerze mówiąc nie przypuszczałabym nigdy w życiu, że pomarańczowa kuchnia może być taka ładna, ciepła i przytulna. Bardzo mi się podoba, naprawdę.

Burza zbliżała się coraz szybciej, błyskawice rozświetlały pociemniałe niebo, grzmoty zdawały się naruszać fundamenty budynku powodując jego drgania. Ściana deszczu całkowicie zasłoniła widoczność. Wystraszona głośnymi wyładowaniami Bibi  wskoczyła Aldonie na kolana i wtuliła nosek w rękę. Aldonie przypomniała się nocna przeprawa z „duchem” i natychmiast rozśmieszyła przyjaciółkę opowiadaniem.

– A wiesz co mi zrobiła Mićka?  Wskoczyła do wanny!

– Jak to? Zwyczajnie wskoczyła? Sama? – Aldona nie mogła sobie wyobrazić kota w wannie.

– Ile razy szłam się kąpać, Miciulka mi towarzyszyła. Intrygowała ją piana na wodzie. Próbowała łapką sprawdzać co to takiego. Czasem pryskałam w jej stronę, wtedy prychała i delikatnie, żeby się nie ześliznąć, przechodziła na drugą krawędź wanny, tam  usiłując zaspokoić ciekawość.

– Widziałam kota łowiącego ryby – wtrąciła Aldona.

– Tak to mniej więcej wyglądało. Wyobraź sobie, że pewnego razu usiadła na wannie bez ruchu, co mnie zdziwiło. Intensywnie wpatrywała się w gąbkę unoszącą się na wodzie pośród piany. Nagle skoczyła wprost na gąbkę, która oczywiście zanurzyła się pod jej ciężarem i Miećka wylądowała w wodzie. Do dziś nie potrafię zrozumieć tego, co się stało potem. Niczym na kreskówce wyskoczyła w górę jak z katapulty, głowę dam sobie uciąć, że kilka razy machnęła łapkami w powietrzu i wyskoczyła z łazienki. Biegała w kółko po całym domu „gulgocząc”  jak twoja Bibi wczoraj z reklamówką. Zupełnie jakby oszalała.

Aldona roześmiała się głośno wyobrażając sobie tak zabawną scenę.

– A żebyś wiedziała ile miałam uciechy patrząc na maleńką Micię i olbrzymiego Maksa… Ty układaj te ciuchy a ja ci będę opowiadała.

– Opowiadaj. I tak nigdzie nie pójdziesz dopóki nie przestanie padać.

– Nigdy  nie zapomnę pierwszej nocy, którą spędziła pod naszym dachem w Cięciwie. Pamiętasz jaka była maciupeńka?

– Pamiętam, mieściła się w dłoni twojego taty.

– Położyłam ją koło siebie na poduszce. Ułożyła się tuż koło mego ucha i za nic nie chciała przestać mruczeć. Nie przypuszczałam, że takie maleństwo ma wielki traktor w gardziołku. Nie mogłam usnąć.

– A jak ją przyjął Maks?

– Maksio początkowo był zaniepokojony i nieco zdezorientowany. Może nie przejąłby się tak bardzo gdybym przyniosła do domu pieska. Przyzwyczaił się, że co jakiś czas nocuje u nas któryś z jego pobratymców. Ale kot? Na dodatek w łóżku? A jemu do łóżka wchodzić nie wolno?! Był w rozterce i całą noc kręcił się po pokoiku. Gdy wreszcie usypiałam, zbliżał się, by obwąchać koteczkę. Wtedy Micia na niego fukała, on warczał a ja się budziłam. I tak przez całą noc. Wyobrażasz sobie?

– Bez trudu.

– Wreszcie Miciutka zaczęła złazić z łóżka. Najpierw bałam się, że jest jej źle, na szczęście szybko mnie olśniło. Wieczorem, tak na wszelki wypadek, przyniosłam starą tackę z piaskiem. Popatrz jakie to mądre stworzonko, od razu tam poszła. A kiedy cicho popiskując znalazła się na podłodze, Maksio zgłupiał. Najpierw chciał do góry podnieść wszystkie cztery łapy, a jak mu się nie udało i zwalił się na podłogę niczym wielki kloc, wlazł na moje łóżko. Dobrze, że okno było przymknięte, bo może by wyskoczył. Wszystko razem wyglądało tak obłędnie, że dusiłam ze śmiechu pod kocem, nie chcąc obudzić i postawić na nogi całego domu.

– Biedny Maksio – śmiała się Aldona. – Musiał przeżywać okropne katusze. A ty jędza jesteś. Nie mogłaś mu od razu wytłumaczyć, że wciąż jego kochasz najbardziej na świecie ze wszystkich psów?

– Wiesz co? – Teresa podniosła się i uściskała przyjaciółkę.

– A tobie co się stało?

– Doniczko, strasznie się cieszę, że tak wyglądasz,  tak mówisz i taka jesteś.

– Rany boskie, zgłupiałaś? Jaka jestem?

– Właśnie taka: dobra, kochana i zwariowana jak cała nasza „mafia”.

– Kto z kim przestaje takim się staje – przysłowiem odpowiedziała Aldona.

Bibi przebudziła się, ziewnęła, przeciągnęła tak widowiskowo jak robią to zazwyczaj koty,  po czym wskoczyła na wersalkę i zaczęła „udeptywać” narzutę mrucząc głośno z przymkniętymi ślepkami.

– Hej, córcia, fruwaj stąd, ale szybko! Masz na oknie swoją szmatę, masz drapak to je sobie drap i odczep się od narzuty!

„Córcia” nie przejęta wcale słowami „mamusi” i drapała dalej, wiec Aldona zmuszona była podnieść się z siedzenia, wziąć  pupilkę na ręce i zanieść na okno. Wytarmosiła przy tym futerko, podrapała koło uszek a szczęśliwa koteczka wtuliła łebek w jej dłoń.

– Dopóki nie miałam własnego kota, nie przypuszczałam, że to takie słodkie i mądre – powiedziała sadzając  Bibi na parapecie. – Zawsze lubiłam zwierzaki, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że to takie same istoty jak my, tylko mniejsze i całkiem bezbronne w ludzkim świecie.

– Kiedy patrzę w mądre oczy Maksa jestem przekonana, że w następnym wcieleniu będzie człowiekiem. Dobrym i mądrym człowiekiem przez duże ”C” – powiedziała Teresa przyglądając się kotce. – Już kiedyś doszłam do wniosku, że reinkarnacja jest jedynym „wyjściem z życia”, a najważniejsze: idzie w parze z moją wiarą. O, przestało padać! Lecę, pofilozofujemy sobie następnym razem, cześć.

28.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Spacerowiczka

Po ostatnich przejściach czuję się tak wyczerpana, jakby wampir wyssał ze mnie całą krew albo przynajmniej większą część. Nic dziwnego, nie ja jedna tak mam. Ileż można być pod wpływem tak bardzo negatywnej energii płynącej z każdego pisowego przekazu? Poziom napięcia wokół wypowiedzi z ekranu przenosi się do mieszkania. A czy ja chcę zaprzątać swoją uwagę wewnątrzpisowymi konfliktami oraz tym, do czego prowadzą? Nie chcę. Nie chcę ale muszę. Bo myślę o przyszłości tych nastoletnich i dwudziestoparoletnich wdów esbeckich i innych kanalii, które ostatnio tak tłumnie spacerowały po całym naszym pięknym kraju korzystając z wakacji i ładnej pogody.
Domowa wojna pisowa trwa, bo inaczej pan kojarzący mi się z tym, co krew wypija, nie dementowałby faktu. Jak dementuje – znaczy, że się toczy. Ona, wojna o rząd dusz. Może część dusz nie jest jeszcze całkiem martwa? Może nie wszystkim tam podoba się powrót pod skrzydełka Matiuszki Rosiji? Myślę sobie iż w tym właśnie kierunku wszystkie poczynania zmierzają. Nie będę się nad różnymi szczegółami rozwodzić,
wszak robią to bezustannie różne mądre gadające głowy w tv oraz na łamach się wypowiadają. Ja się nie znam, tylko końcówka wydarzeń jawi mi się przed oczami i przewija niczym kadry filmu.
Otóż pisowy rząd mówi gdzie dokładnie ma zalecenia Europy. Ma przy tym świadomość sankcji grożących za niedotrzymanie umów zawartych, lekceważenie pozostałych członków Europy ( symbolem słynny mecz 27:1). Wtedy powie ten pisowy rząd, że Europa jest „be” i obieca swoim wyznawcom następne jakieś 500 z plusem albo co innego, żeby z tej niedobrej Europy zechcieli łaskawie wyjść. Oczywiście zechcą i taką wolę swoim darczyńcom pokażą. Wtedy wpadniemy prosto w szeroko otwarte ramiona wujka Wołodii, który radośnie oznajmi „nu pagadi” i obejmie nas wszystkich miłosnym uściskiem od którego oczy z orbit wyjdą ze zdziwienia wyznawcom. Ale odwrotu nie będzie. Brama na zachodnią stronę świata zostanie szczelnie zamknięta. Większość z nas tego nie chce, lecz pisowy rząd tak zrobi, że sądy powiedzą, że wszyscy chcemy.
Duuużo zdrowia trzeba, żeby się leczyć… Dlatego trzeba spacerować, bo ruch to zdrowie. Przyjaciółka M. dba o zdrowie i spaceruje. Poznałyśmy się 34 lata temu dzięki naszym psom. Duży miał 6 lat, Mały 3 latka kiedy z wczasów nad morzem przywieźliśmy Rolfa, mojego pierwszego, osobistego psa. Zawsze sobie myślałam, że jak tylko wyprowadzę się z rodzinnego domu, zaraz będę miała psa, na którego Mama
nigdy nie chciała się zgodzić. Przybył nie tak zaraz, bo dwa lata po zamieszkaniu na Ursynowie, za to zaraz okazało się, że ma ogromny wpływ na całe moje życie. W koszmarnych chwilach, które mi przyszło przeżyć, chodził ze mną całymi nocami po osiedlu, bo chodzenie pomagało mi odreagować. Dzięki towarzystwu wiernego i wielkiego przyjaciela chodziłam bezpiecznie. Dzięki Rolfowi poznałam M. i jej psicę Tinę, oraz B. i
Bena, także B. i Dusię i wiele, wiele innych istot dwu i czworonożnych. Z przyjaciółką M. chodziłyśmy z psami i z dziećmi na długie spacery, jeszcze wtedy można było na łąki wilanowskie, bo były piękne, nieporośnięte blokami jak dziś. Więcej ode mnie M. chodziła, bo nie tylko z psami trzy razy dziennie. Z młodzieżą chodziła na wycieczki w najprzeróżniejsze miejsca, na wystawy, do galerii, do teatrów. Tak jej to chodzenie weszło w krew, że uprawia teraz dodatkowo jego nową odmianę, mianowicie chodzi na tłumne spacery w konkretne miejsca w konkretnych celach. I chodzi wieczorami ze świeczką choć wcale upiorem nie jest. Taka to z niej spacerowiczka uparta.
27.07.2017

  • rzysztof213 Psy są fajne też lubię
  • krzysztof213 Lepsze niż my ludzie lepsze niż myślisz.A koty leczą ale jestem psiarzem bardziej
  • kolewoczy Cóż, miałam psy, znaczy mieliśmy w domu przez wiele lat, w szczytowym okresie były trzy. Teraz nie mam warunków, za dużo wyjazdów, a mieszkam sama. Moja siostra ma i dla niego jestem prawie swoja:-)
  • annazadroza kolewoczy 🙂 Są sytuacje, które wykluczają przygarnięcie zwierzaka i „manie” go w domu. Ja nie mogę mieć teraz kota swojego, choć baaardzo żałuję. Dzieciaki mają, więc w sumie trzy osobiste koty w rodzinie są:) Psy też mają trzy, Szilka jest czwarta. Dobrze, że Twoja siostra ma, więc choć czasem możesz potarmosić 🙂 tak jak ja Franka, kiedy przyjdzie w odwiedziny:)
  • annazadroza krzysztof213 🙂 Wszystkie zwierzaki są fajne, tylko ludzie nie pozwalają im tego pokazać. A bez psa czy kota w domu jest okropnie zimno i pusto, zrozumiałam to dopiero mając pierwsze osobiste, Rolfa i Mićkę. Po ich odejściu do zwierzakowego raju zrobiło się tak okropnie źle, że następne się pojawiły. Nie kupuję zwierząt, przygarniam te, co same przychodzą.
  • krzysztof213 Jak tak nie mają właścicieli .Oj jak ludzie nie chciani nie lubiani .Ta smutna strona ludzi.
  • annazadroza krzysztof213:) Człowiek ma wybór, może zrozumieć dlaczego nie jest lubiany, popracować nad sobą, może się zmienić, w końcu może zmienić towarzystwo na inne. A najlepiej zacząć od zmiany własnego spojrzenia na świat i siebie. Skutkuje, wiem z doświadczenia. Wtedy pojawiają się ludzie, którzy chcą i lubią. A zwierzaki? One nie mogą nic, są zdane na łaskę ludzi, nieraz potworów i nic nie mogą same zrobić, nie mają żadnego wyboru, są całkowicie bezbronne wobec ludzkiego okrucieństwa.
  • krzysztof213 Że to smutne ja mam to gdzieś za dużo było wszystkiego .A tak Nieraz pracuję nad sobą .
    A nie lubię tych wszystkich Skurw.. Sam bywam z psem Nieraz mojego brata
    A ludzie…trudna sprawa no Nieraz na..
  • annazadroza krzysztof213:) Jedno jest pewne: nie można robić krzywdy bezbronnym istotom. Pozdrawiam.
  • krzysztof213 Jedno jest pewne i tak znajdą się tacy chamy delikatnie mówiąc pisząc.
  • annazadroza krzysztof:) Chamów nie brakuje i to jest „pewny pewnik”, ale nie wzorujmy się na nich. A przynajmniej się starajmy, bo nie zawsze się uda, czasem człowieka z równowagi wyprowadzą…
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 14

Upłynęło kilka dni zanim sprzęty z piwnicy Sergiusza zostały przewiezione, doprowadzone do stanu używalności i ustawione w pokoiku dziewczynek. Najpierw znalazły się w przedpokoju razem z ławą i biurkiem Doroty. Potem stopniowo, po jednej sztuce przenosiły się do ogródka gdzie były czyszczone, bejcowane, malowane i gdy uzyskiwały wygląd całkiem nowych mebli, udawały się na miejsce przeznaczenia.

Ciągle ktoś przychodził oferując pomoc. Bronek jeździł z Sergiuszem po meble, pomagał wynosić je z piwnicy, ładować do samochodu i wnosić do mieszkania. Marcin, który zostawił Magdę z dziećmi na wsi i wrócił do domu, bo mu się urlop skończył – ustawiał sprzęty w ogródku, czyścił i malował. Michał i Jurand zdobyli bejcę w kolorze, który Aldona sobie wymarzyła lecz nigdzie nie mogła dostać. Danusia przyniosła poduszki na fotele dziewczynek i uszyła firaneczki. Zresztą każda z sąsiadek przyniosła jakiś drobiazg na szczęście. Najwięcej szumu robiły oczywiście Teresa z Dorotą, obie razem i każda z osobna, które przychodziły  najczęściej podczas wieczornego  spaceru z psami. Aldona była wtedy nieprzytomna ze zmęczenia a Sergiusz żegnał się i jechał do domu.

Aldona obserwowała Sergiusza, jego zachowanie, stosunek do innych ludzi, dzieci, zwierząt. Zauważyła, że jest rozsądny i praktyczny, nie znosi marnowania czasu ani jakichkolwiek dóbr materialnych. Potrafi natomiast wykorzystać i zagospodarować wszystko „do ostatniej okruszynki”. Wykonuje to, co ma zaplanowane, zaś jest autentycznie zmartwiony i nieszczęśliwy kiedy coś wejdzie mu w paradę i przeszkodzi w realizacji planu. Wybraną drogą kroczy konsekwentnie, nie zbacza aby łatwiejszym sposobem dojść do celu. Jeśli coś robi – to dokładnie, precyzyjnie, perfekcyjnie wręcz.

Sergiusz również przyglądał się Aldonie. Podziwiał ją za pogodę ducha i uśmiech, za to, że potrafiła zmęczenie i zniechęcenie zostawić w ogródku, jakby czerpała siłę z obcowania z kwiatami i krzewami. Zauważył, że jak on sam, nie lubi szybkich rozstrzygnięć i gwałtownych posunięć lecz woli mieć wszystko zaplanowane. Nie czuje się najlepiej będąc czymś zaskoczona i zmuszona do improwizacji. I tak jak on – nie znosi bezczynności, bezsensownego gadania i jałowych dyskusji. Uważa to za niepotrzebne marnowanie czasu i energii, natomiast uwielbia słuchać dyskusji na ciekawe tematy, przebywać w towarzystwie ludzi, których uważa za mądrzejszych od siebie i pogłębiać wiedzę z interesujących ją dziedzin.

Podczas wspólnych prac często ich ręce spotykały się, oczywiście przypadkiem i z konieczności. Sergiusz obejmował Doniczkę ramieniem tłumacząc coś czy pokazując, brał w objęcia pod pretekstem pomocy przy zejściu z krzesła czy stołu, na który się wspinała, żeby na przykład poprawić lampę wiszącą pod sufitem. Ona zaś nieraz rzucała mu się na szyję z radości  czy całowała w policzek dziękując za pomalowanie szafki czy powieszenie półek.

Wreszcie pokoik był gotowy na przyjęcie młodych lokatorek. Pod oknem stanęło duże biurko a prostopadle do niego, po ścianą, drugie. W ten sposób obie dziewczynki zyskały własne miejsca do nauki i odrabiania lekcji. Obok okna, na komódce z szufladkami, postawili telewizor zafundowany wnuczkom przez teściów Aldony. Za drzwiami, w dużej szafie, zmieściły się ubrania dziewczynek, na stojącej półeczce – mnóstwo maskotek, zabawek i gier. Na wprost drzwi ścianę zajmowały dwa duże rozkładane fotele i ława. Po prawej stronie stanęła niewysoka półka zapełniona książkami. Na podłodze leżał dywan w czerwone, złote i brązowe kwiaty, z którymi harmonizowała złota zasłonka. Na ścianach wisiało kilka półeczek różnej wielkości i kształtu, na nich stały pnące się w różnych kierunkach rośliny. Między nimi – niespodzianka od Doroty: dwa portreciki dziewczynek w białych ramkach rozjaśniające pokój. Obiecała jeszcze namalować Bibi.

Na zasadzie kontrastu pozostałe pomieszczenia czyli przedpokój, a zwłaszcza kuchnia, przedstawiały żałosny widok. Stół i taboreciki owszem były, ale resztę powierzchni zajmowały przyniesione z piwnicy skrzynki po jabłkach wypełnione talerzami, garnkami i innym dobytkiem.

– To jest koszmar – mówił krzywiąc się Sergiusz. – Na to w ogóle nie można patrzeć.

– No to nie patrz. Każe ci ktoś? Możesz się odwrócić tyłem, nie będziesz widział – poradziła Aldona. – A poza tym jesteś gościem i wcale nie musisz wchodzić do kuchni.

Gość jednak nie mógł nie patrzeć i myślał. Nie znosił wokół siebie rozgardiaszu i nieporządku, nie potrafił usiąść z założonymi rękami, kiedy było jeszcze coś do zrobienia.

– Sergiuszu, uśmiechnij się – powiedziała gospodyni. – Dzięki tobie oba pokoje wyglądają cudownie, w krótkim czasie zrobiłeś rzeczy niemożliwe.

Uśmiechnął się swoim pięknym uśmiechem, który sprawiał, że w świecie Aldony pojawiało się słońce nawet w pochmurny dzień. Wziął ją za rękę i zaprowadził do zagraconego przedpokoju.

– Może jednak przywieziemy od mojego sąsiada tę wielką, stara szafę? Mogę ją przerobić na dwie mniejsze a resztę miejsca zabudować i zakryć listewkami.

– Sergiuszu, przecież ty zamęczysz się na śmierć!

– Nie zamęczę się. A to i tak trzeba zrobić, sama nie dasz rady.

Jurand i Michał oczywiście chętnie pomogli. Szczególnie Jurandowi robota paliła się w rękach, ponieważ remontując i urządzając dom w Tenczynku nabrał wielkiej wprawy, posiadając jednocześnie wrodzone zdolności i zamiłowania do tego typu prac. Obaj z Sergiuszem byli podobni do siebie pod względem charakteru jak dwie krople wody. Nie było w tym nic w tym dziwnego, skoro obaj urodzili się pod znakiem Panny.

Dziewczynki miały wrócić lada dzień, toteż Aldona była szczęśliwa, cieszyła się z przygotowanej dla nich niespodzianki w postaci ślicznego pokoiku. Usiadła na pudełku pośrodku przedpokoju i zastanawiała się co teraz robić i za co się wziąć. Bibi ulokowała się obok i spała w najlepsze.

Sergiusz pojechał do ciotki po mamę i Monikę. Nie było go po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Uświadomiła sobie, że nie będzie go przez dwa, może trzy dni i zrobiło jej się jakoś smutno i pusto. Siedziała myśląc jak do tego doszło, że zaczął odgrywać w jej życiu tak ważną rolę a bez niego wokół czai się szarość, nijakość i poczucie zagrożenia.

Nie ruszała się z pudełka. Rozmarzona, oczami wyobraźni widziała uśmiech, spojrzenie, ruchy, zgrabną sylwetkę. Wyglądał wspaniale zarówno w garniturze jak i w kraciastej koszuli wpuszczonej w dżinsy. Nie lubił chodzić w dresie z czego cieszyła się, ponieważ nie podobali jej się mężczyźni w takim stroju. Owszem, dres jest wygodnym odzieniem na działkę, do sprzątania ale najzgrabniejszy facet wygląda w nim jak ofiara kompanijna.

Wzięła Bibi na ręce, przytuliła i w wielkiej tajemnicy mówiła szeptem do uszka koteczki.

– Wiesz jaki on jest spokojny, czuły i delikatny? Każdy inny facet byłby nachalny i natrętny a on jest po prostu cudowny. Tobie, maleńka, mogę to powiedzieć: chyba się zakochałam, ale nie mrucz o tym nikomu, dobrze?

Drzwi otworzyły się, z impetem wpadła do środka Aza wciągając za sobą Dorotę. Za nią wpadł Maks, za Maksem wciągnięta została Teresa.

– Czemu siedzisz jak Skrzetuski na ruinach Rozłogów?

– Dlaczego wyłączyłaś domofon? – pytały jedna przez drugą.

Bibi z wrzaskiem wyrwała się z rąk Aldony i schowała w pokoju. Dorota przypięła smycz do rury na korytarzu, w ten sposób Aza mogła siedzieć tylko w przedpokoju i tylko przy drzwiach.

– Przyszłyśmy na inspekcję. Musimy sprawdzić co robisz gdy  nie ma Sergiusza – powiedziała Teresa.

– Mój drogi brat powiedział, że mamy się tobą zająć w czasie jego nieobecności.

Aldonie zrobiło się miękko na sercu. Myślał o niej. A ona bała się, że skoro tylko wyjedzie zaraz zapomni…

Obejrzały pokoik i były zachwycone.

– Chcesz mi wmówić, że to wszystko zrobił Sergiusz? – powątpiewająco pytała Dorota. – Do tej pory nie wykazywał aż takich chęci i zdolności. Cóż, widocznie nie miał motywacji. W pracy, owszem, wyżywał się ale do domu raczej nie lubił wracać dopóki była w nim Agata. Teraz zaś widzę jak gna tutaj w każdej wolnej chwili. Nawet kiedy jest zmęczony gęba nie przestaje mu się uśmiechać od ucha do ucha.

– A w ogóle jesteś wstrętna baba bez serca – wtrąciła Teresa. – Chłopak haruje jak dziki osioł a ty  go wieczorami wyganiasz do domu. Mogłabyś mu pościelić u dziewczynek i niechby się raz w życiu wyspał bez strachu, że rano nie usłyszy budzika i nie załatwi jakiejś sprawy.

– Właściwie… może masz i rację. Ale czy to wypada? Co powiedzieliby sąsiedzi? Zaraz powstałyby plotki – pokręciła głową Aldona starając się, by przyjaciółki nie wyczuły drżenia w jej głosie.

– Co? Na naszej klatce? – zdziwiła się Teresa.

– Ty masz zamiar do śmierci zastanawiać się co inni powiedzą? – spytała Dorota patrząc jej prosto w oczy. – Jeszcze nie dorosłaś?

Stukanie do drzwi, które się rozległo, miało taki sam skutek jak przejście trąby powietrznej przez przedpokój. Aza zaniosła się piskliwym ujadaniem przednimi łapami szarpiąc leżącą na podłodze słomianą matę i przysuwając ją do siebie. To naruszyło równowagę stykających się z nią kartonów. Jeden z nich podciął nogi niczego nie spodziewającej się Aldonie, przez co wpadła na pozostałe. Jak tonący brzytwy chwyciła się spódnicy Doroty, na skutek czego obie pogrążyły się w fantastycznej piramidzie pudeł i różnych innych nie mających jeszcze  stałego miejsca szpargałów. Teresa z zapartym tchem obserwowała wspaniałą scenę a w drzwiach – zaskoczona nieoczekiwaną sytuacją – stała Danusia nie mogąca wydobyć z siebie głosu i to przez dłuższą chwilę.

Pierwsza dała głos Teresa – a przypominał skrzyżowanie wycia kojota z rżeniem dorożkarskiej szkapy. Dołączyła do niej Danusia a wkrótce wszystkie cztery siedziały na podłodze wśród rozrzuconych pudeł i płakały ze śmiechu aż Marcin wyjrzał na korytarz myśląc, że to napad. Sporo czasu minęło zanim cztery damy podniosły się z podłogi i uspokoiły.

– Zrobię herbatę, a wy idźcie do pokoju i usiądźcie jak ludzie, w kuchni nie ma gdzie – powiedziała Aldona głosem ochrypłym ze śmiechu.

– Właśnie w tej sprawie do ciebie przyszłam – Danusia otrzepywała spódnicę z kociej sierści. – Bronek kupił nowe szafki do kuchni. Tłumaczyłam mu, że stare wcale jeszcze nie są takie stare i jeszcze w zupełnie dobrym stanie ale już zapłacił. Nie pozostało mi nic innego jak ucieszyć się i zdemolować kuchnię. Jutro je przywiezie a ja dzisiaj muszę się pozbyć starych. Przez całą drogę z pracy myślałam, żebyś przypadkiem nie kupiła szafek i wzięła sobie moje.

– A żebyś sto lat żyła – uściskała ją Teresa. – To się nazywa mieć szczęście.

– Co ty na, Doniczko? – klasnęła w ręce Dorota. – Natychmiast się bierzemy do roboty. Zaprowadzę tylko psicę do domu i zawołam Marcina.

Aldona nie posiadała się z radości. To rzeczywiście był cud. A kuchenne szafki są dowodem na to, że na świecie cuda się zdarzają. I takie przyjaciółki to też cud. Poza tym odczuwała ogromną przyjemność na myśl o minie jaką robi Sergiusz kiedy wejdzie i zobaczy urządzoną i wysprzątaną kuchnię.

Nie minęło wiele czasu a kuchenne meble opuściły trzecie piętro i zamieszkały na parterze. Ponieważ kuchnie były w całym bloku takie same, szafki od razu zostały powieszone na ścianie, w miejsce zabranych przez Teresę do nowego domu.

Marcin powiesiwszy szafki poszedł do siebie. Panie usiadły w ogródku w celu zażycia kąpieli powietrznej, odpoczynku oraz rozprostowania zmęczonych członków. Teresa sięgnęła do kieszeni.

– Muszę wam pokazać jaki wierszyk napisało dla mnie moje dziecko.

– Daj – wyciągnęła rękę Aldona. – Przeczytam.

Najpierw przeczytała po cichu, uśmiechnęła się i przeczytała głośno.

Gdy mamusia się uśmiechnie,

     wszystkie chmury idą precz,

     bo gdy Musia się uśmiechnie,

     wszyscy śmieją się, ja też.

– Przecież to twoje pismo, ty nieuku. Dlaczego zwalasz na dziecko? Napisałaś „chmóry”, przecież widzę! Taka stara a jeszcze robi byki. Wstyd.

– O przepraszam – oburzyła się matka poety. – Przepisałam zachowując pisownię oryginału zaś oryginał schowałam na wieczną rzeczy pamiątkę.

– Od razu przypomniała mi się „ślósaż” Rysiek od krat – wspomniała Dorota.

– Jaki ślusarz? Znam go? – dopytywała się Aldona.

– Nie znasz, bo nie chodzisz z psem na spacer. I nie ślusarz ale „ślósaż” a siedzi na blaszanym garażu przy Płaskowickiej.

– Czyście rozum straciły? Dlaczego ślusarz  miałby siedzieć na garażu?

– Chodź z nami dzisiaj na spacer, sama zobaczysz – zaproponowała Dorota. – Ale nie miej do mnie pretensji, jeśli potem nie będziesz wiedziała jak się pisze „ślusarz”. Ja mam z tym kłopot od czasu kiedy udało mi się odcyfrować napis na garażu, bo najpierw nie potrafiłam tego odczytać.

25.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Jeszcze odnośnie wczorajszego dnia

Czytałam, przeglądałam i myślę sobie, że my, w sensie ogół rodaków, narzekamy zbyt dużo zawsze i wszędzie. W niedzielę nie wiedzieliśmy w jakim kraju obudzimy się w poniedziałek. Obudziliśmy się, żyjemy po przeżytym szoku 🙂 Dla jednych złość, wściekłość dla drugich radość i nadzieja. Dla mnie najważniejsze jest przebudzenie młodych. Na ekranie telewizora wciąż cudowni młodzi ludzie, którzy wakacje spędzają z Konstytucją w ręce. Mówią – chylę czoła dwa razy przed panem Prezydentem, trzeci raz chciałbym. Mówią – czuję ulgę. Mówią – pokazaliśmy społeczeństwo obywatelskie. Ktoś – nie wierzę dopóki nie podpisze bo, że mówił, to mało, już nie wierzę. Inny – dziękuję panie Prezydencie. W niejednych oczach widać łzy niedowierzania – to się dzieje naprawdę? Jeszcze – niech opozycja wypełni przyrzeczenie i będzie wspólna. Oraz – szacun za to, że się postawił. Kolejny – zapisuje dobrą kartę, mogę mieć nadzieję, że mogę tu zostać i żyć.
Nareszcie się Kościół określił, po stronie porozumienia i spokoju, praw obywatelskich i trójpodziału władzy.
Coś pęka w środku.
Minister sprawiedliwości i prokurator generalny nie może rządzić – to Zofia Romaszewska.
Zaczyna się czuć prezydentem – stwierdza Wałęsa
Padają dalsze słowa aprobaty.
Wszyscy dziś go doceniają.
Z szacunkiem dla PAD.
Gdyby nie obywatele i światełka – nic by nie było.
Polska potrzebuje spokoju.
Ze środowisk prawniczych podziękowania i oferowanie pomocy.
Zwycięska, pokojowa rewolucja. Cały świat patrzy na nas, mówi o zwycięstwie młodej demokracji.
Trzeci akt DRAMATU ma nowe zakończenie. A bohater jest Andrzejem. Oby nim pozostał.

25.07.2017

  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Nie wierzę w metamorfozę Dudy.Przecież podpisał ustawę o sądach powszechnych,która daje możliwość wpływania politykom na wyroki sędziów. Wcześniej podpisywał nocą inne ustawy.Przyczynił się do zniszczenia Trybunału Konstytucyjnego. Teraz chodzi o to,że zdał sobie sprawę,iż opór społeczeństwa rośnie,gremia międzynarodowe nie zmieniły stanowiska w sprawie łamania demokracji w Polsce.Ale przede wszystkim Duda miał zostać kolejny raz upokorzony podpisując ustawy bez konsultacji z nim,które odbierają mu część kompetencji Prezydenta na rzecz Ziobry. Wcześniej zrobił to już Macierewicz nie konsultując nominacji generalskich. Myślę,że to wszystko przyczyniło się do chęci zademonstrowania małej niezależności od Kaczyńskiego a nie prawne aspekty łamania Konstytucji,o których on jako prawnik doskonale wie.
  • kolewoczy Łomatko! Masz tu tyle nowych wpisów, a ja nie widziałam. Nie wiem, jak to się stało. Zdecydowanie nie ejstem na bieżąco.
  • annazadroza Obserwator. W każdym punkcie zgadzam się z Tobą. Niemniej jednak mam nadzieję, że w każdym człowieku przyzwoitość może wziąć górę nad wszystkim innym. Nie chcę analizować każdego aspektu, fachowcy to lepiej robią ze wszystkich stron się przyglądając i rozważając „możliwe możliwości”. Czasami pozytywne wyjście się znajduje nawet wtedy, gdy człowiek ma wrażenie, że dotarł do ściany.
  • annazadroza Kolewoczy. Cieszę się, że wreszcie dotarłaś. Było ostatnio za poważnie, ale sorry, takie mamy czasy… Bez względu na wszystko jest pięknie i groszek mi kwitnie w ogródku 🙂
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Zawetuje 2:1

Gdy emocje opadną niech rozsądek weźmie górę. Tak naprawdę nie ma znaczenia dlaczego pan Prezydent zawetował złe ustawy. Dwie nie trzy – ale od czegoś trzeba zacząć, prawda? Staram się szukać w ludziach dobrej strony, więc chcę wierzyć, że intencje były szczere a powody przytoczone w oświadczeniu prawdziwe. Myślę, że okazał się Andrzejem. Poszedł na konfrontację z ministrem sprawiedliwości przede wszystkim. Z Drabiniastym też, ale jest on już starym człowiekiem i nie wiadomo ile czasu mu zostało w polityce. Sądząc z wyglądu i zachowania „w żadnym trybie” nie ma przed sobą długiej, świetlanej przyszłości. Pozostanie do podziału spadek, na który pewnie wielu ma chrapkę. Teraz jest dwóch pretendentów do tronu ( Krokodyl już w podeszłym wieku, nie borę go pod uwagę). Pomału może się zebrać wokół grupa bardziej postępowej prawicy w opozycji do pisowego betonu. Wiadomo, żeby była równowaga musi być prawica, lewica i centrum. Jak czegoś brakuje – od razu mamy przechył w jedną stronę, co widać w Sejmie. Zdecydowanie wolałabym, aby na czele prawej strony stał człowiek potrafiący wznieść się ponad interesy partii, podjąć dialog, wziąć pod uwagę głos społeczeństwa i nie straszyć, nie grozić więzieniem za odmienne od swoich poglądy.

24.07.2017

  • ość: [L.C.] *.play-internet.pl Prawda.Zgadzam się.
  • annazadroza L.C. Tak to już jest, że w kupie siła:) Tylko byłoby dobrze i w spokojnych czasach w kupie się trzymać i pracować. Bo u nas jak miną kłopoty, znowu zaczynają się kłótnie i swary.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Kupą mości panowie!

Czarny tydzień spowodował wywrócenie zwykłego porządku dnia do góry nogami. Najważniejsze stało się obserwowanie rodzącego się ruchu obywatelskiego budującego świadomość rodaków. Dotarło do młodych ludzi, że monowładza jednej partii – jakiejkolwiek – jest zła i groźna.
Widocznie dotarły opinie wyrażane przez autorytety. Przekazy płynące z krajów europejskich i ze Stanów również.
Zrozumieli młodzi i nawet bardzo młodzi – o czym wprost mówią do kamer – co mogą stracić. Ze stanu uśpienia wyrwała ich groźba utraty wolności. A my Polacy, żeby o wolność się bić, zawsze potrafimy się skrzyknąć i „kupą, mości panowie”!
Na manifestacje przyszli ludzie, którzy dotąd nie brali udziału w takich „spacerach”, przyszli wyrazić swoje zdanie. To wyraz radykalizacji i mobilizacji nie tylko pojedynczych jednostek lecz całego tłumu. Nie tylko w dużych miastach ale nawet w małych miejscowościach, co wymaga odwagi i wzięcia odpowiedzialności za swoje poglądy i czyny. Może naprawdę – jak diament z popiołu – powstaje właśnie na naszych oczach nowe
społeczeństwo? Świadome, otwarte, pełne zapału i myślące szeroko, nie zaściankowo.
Dotąd byli uśpieni, teraz już stać z boku nie chcą, nie da się po prostu. I jeszcze coś. Nie są im potrzebni politycy ani partie, żeby wyjść na ulicę w obronie swoich zagrożonych praw. Opozycja parlamentarna to za mało, musi przyjść zupełnie nowe. Oni chcą teraz, już po obudzeniu, nowej Polski. Na swoją miarę, nie tej co była. Po raz pierwszy wyszli w obronie interesów nie jakiejś jednej grupy lecz w sprawie idei, wizji,
marzenia o lepszym świecie. Chcą Polski, w której słowa odzyskują pierwotne znaczenie. Polski, w której „Solidarność” nie jest nazwą prorządowej organizacji zgłaszającej chęć wystąpienia przeciw współobywatelom i wynoszenia protestujących, ale znów znaczy wspólne, lojalne działanie w imię wspólnego dobra. Czyli – kupą mości panowie!

24.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Niezmienność

Na szczęście są na tym świecie elementy niezmienne. Słońce wschodzi i zachodzi, chmury płyną przeganiane podmuchami wiatru, pory roku – mimo ocieplenia globalnego – wciąż po sobie następują, ludzie się rodzą i umierają, tego nic nie zmieni. Odejdą wszyscy. Wyszłam wcześnie rano z Szilunią. Cisza, spokój niedzielnego poranka. Przy ulicy jest pole, jedno jedyne, prawdziwe, uprawiane pole, na którym dojrzałe żyto – ma duże wąsy, to chyba nie pszenica, w każdym razie zboże:) – faluje i szumi jak morze. Zapach boski, znów wspomnienia – jak u babci w stodole. Ogromna ilość owadów uwija się wśród tej roślinności, poza muchami różnej wielkości jakieś bąki, osy, pszczółki pracowite, zresztą wszystkie się uwijają pracowicie – dodam dla sprawiedliwości. Motylki brązowe co w kolorowe wzorki skrzydełka mają, kremowe w ciemne kropki, zwykłe cytrynowe, małe beżowe i niebieskie – też się uwijają. Pachną też iglaki zmoczone deszczem, który spadł nad ranem, pachną trawy i inne różnobarwne rośliny łąkowe, których nazw nie znam. Ale ten fakt nijak na nie nie wpływa i wcale nie pachniałyby mniej ani nie byłyby piękniejsze gdybym wiedziała 🙂 Nazwać potrafię dziurawiec, krwawnik, maki, kąkole, bławatki, osty o fioletoworóżowych kwiatach. Poruszają się na wietrze różne różniste trawy z puchatymi pióropuszami. W ogródku są małe, rosną przy samej ziemi ale na dzikiej łące sięgają mi do ramion. Sunia w nich niknie cała. Ma obróżkę zabezpieczającą przed kleszczami oraz preparat raz na 4 tygodnie podawany na skórę, więc powinna być bezpieczna. Niucha, wącha bo zapachów ją interesujących jest mnóstwo i niekoniecznie ta woń należy do moich ulubionych 🙂 Zawsze zmierza w miejsce, w którym przechodzą dziki, sama widzę ich ślady. Poza tym spotykałyśmy już sarny, lisy, wiewiórki, zając się kiedyś przemknął. Ptactwa różnorodnego jest mnóstwo. Mają dobre warunki ponieważ niedaleko znajduje się Park Krajobrazowy. Po raz pierwszy niedawno zobaczyłam sójkę (co to się wybiera nad morze ale wybrać się nie może), kuzynkę sroki. One są przepiękne! Ale skrzeczą dokładnie jak kuzynki. Jeśli zaczną rozmawiać ze sobą, a już nie daj Boże kłócić się, to uszy zatykać chwilami trzeba. Skaczą małe ptaszki, też różne, sikoreczki, wróbelkowate, pliszki widziałam, kosy i inne tej wielkości. O gołębiach zwykłych i pięknych białych hodowlanych też wspomnieć należy. Szczególnie piękny z wielkim czubem z piórek na łebku usiadł nieopodal i wcale nie uciekał, musiałam Szilkę chwycić, żeby ona nie chwyciła jego. Bez instynktu samozachowawczego czy co?
Po obu stronach torów kolejowych ciągną się działki. Latem, szczególnie podczas ładnej pogody i w weekendy, posiadacze ogródków spędzają tu również noce. A jakie ładne domki widać z uliczki, niektóre cudne:) Rankiem wystarczy przeheblować ząbki (termin zapożyczony od pani Mirki z działki) i … się żyje! Dzięki temu Szilunia miała spacer wyjątkowo urozmaicony spotykając yorkusia Kukiego, z którym się pobawiła, wymieniła poglądy z dwoma innymi pieskami biegającymi za siatką. Zaczęło kropić więc wróciłyśmy do domu, w sumie dobrze, nie trzeba będzie podlewać.

23.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz