Pewnego dnia Jagna podjęła decyzję. Tym razem była przekonana, że to decyzja ostateczna. Kilka razy była bliska jej podjęcia. Za każdym razem zdawało się, że to już prawie nieodwołalnie decyzja ostateczna, ale – jak wiadomo – „prawie” czyni wielką różnicę.
Tym razem opuściła biurowiec z wewnętrzną pewnością, że to koniec jej pracy w tym konkretnym miejscu, że jej noga tu więcej nie postanie. No, chyba, że osobiście przyniesie pisemne wymówienie, żeby zobaczyć na własne oczy wyraz twarzy najgłówniejszego z głównych. Jeśli będzie żyła mądrze dysponując zaoszczędzonymi pieniędzmi może przez rok nie pracować, szukając w tym czasie swojej drogi życiowej i własnego miejsca na ziemi. Była przekonana, że ze znalezieniem nowej pracy nie będzie miała problemu. W końcu poza technologią żywienia, którą ukończyła na SGGW wybierając ten kierunek po maturze, została również fachowcem w dziedzinie księgowości, finansów i zarządzania. Drugą specjalność dorzuciła do pierwszej, zasadniczej, by sprostać wymaganiom stawianym przed osobami aplikującymi na jej obecne stanowisko. Wówczas za wszelką cenę postanowiła zaimponować Radkowi swoją wiedzą, kompetencją i osiągnięciami czując intuicyjnie, że coś niedobrego zaczyna się dziać między nimi, brakuje porozumienia i wyrasta mur.
Po upływie czasu zdawała sobie sprawę, że nie istniał sposób na uratowanie związku, a na pewno jej wysiłki mijały się z oczekiwaniami męża. Musiałaby całkowicie zrezygnować ze swoich potrzeb, planów, marzeń i próby ich realizacji. Czyli po prostu zrezygnować z siebie i przemienić się w zupełnie inną osobę. A to już byłaby przesada i to wcale nie lekka, ale bardzo gruba. Jak widać, Radek potrzebował w domu cichej, spolegliwej żony, przytakującej, podziwiającej i podkreślającej na każdym kroku wielkość i wspaniałość męża, zapatrzonej w niego bez reszty. Cóż, Jagna taka nie jest, nie była i nigdy nie będzie. Jest dwudziesty pierwszy wiek a nie dziewiętnasty. Zresztą żaden wiek tu nie ma nic do rzeczy, charakter i oczekiwania się liczą.
Część zaoszczędzonych środków korzystnie ulokowała, miała więc świadomość zabezpieczenia finansowego. Dach nad głową zaoferowali jej rodzice na czas nieokreślony. Postanowiła, że najpierw odpocznie, potem rozejrzy się za nowym zajęciem i mieszkaniem, żeby rodzicom nie ograniczać przestrzeni a sobie swobody. W końcu była dorosłą kobietą i nie bardzo odnajdywała się w nowym lokum mamy i taty. Z pewnością byłoby inaczej, gdyby po prostu wróciła do rodzinnego domu, do ich dawnego mieszkania. Tu jednak było nowe, obce jej miejsce, tworzone od początku przez rodziców zgodnie z ich obecnymi potrzebami. Miała uczucie, że swoją obecnością zakłóciła im intymną przestrzeń, którą sobie zbudowali.
Walcząc z wiatrem Jagna dotarła na zewnętrzny parking biurowca przynależny do jej dotychczasowej firmy. Ciężka to była walka, bowiem wiatr grał z ludźmi w grę opartą na tylko sobie wiadomych regułach. Na chwilę przycichał udając, że go wcale nie ma, po czym w gwałtownym, silnym porywie uderzał w każdego, kto nie doceniał jego możliwości. Z ogromną siłą starał się zwalić z nóg zaskoczonego przechodnia. Ponieważ jednak – pewnie ze względu na późną porę – tylko nieliczne cienie przemykały ulicą, był niezaspokojony w swej żądzy walki i z tym większym zadowoleniem zaatakował kobietę, która pojawiła się na pustej przestrzeni parkingu. Zrywał jej z głowy kaptur krótkiego płaszcza, próbował ten płaszcz z niej zrzucić. Podwinąć do góry spódnicy mu się nie udało, bo wąska była i dopasowana do zgrabnej figury właścicielki, więc zajął się splątywaniem włosów wysuniętych spod kaptura. Wreszcie zawył z wściekłości, kiedy wbrew jego wysiłkom kobiecie udało się dotrzeć do jednego z nielicznych parkujących samochodów.
Mocując się z wyjącym przeciwnikiem Jagna otworzyła drzwi żółtego nissana Juka i z westchnieniem ulgi usiadła w fotelu kierowcy. Posiedziała chwilę bez ruchu zanim uruchomiła silnik. Rozejrzała się wokół utwierdzając się w swej niechęci do całego otoczenia, w słuszności podjętej decyzji. Cóż z tego, że – obiektywnie rzecz biorąc – biurowce były jasne, ładne, nowoczesne, miały wokół siebie uporządkowane otoczenie i pojawiało się ich coraz więcej na Służewcu zwanym Przemysłowym, na którym do niedawna straszyły pustką ponure budynki po działających w przeszłości zakładach przemysłowych. Dla Jagny było tu okropnie. W tej chwili oczywiście, bo może kiedyś, później, za czas jakiś spojrzy na wszystko innym okiem.
Przekręciła kluczyk, z lubością posłuchała przez chwilę pracy silnika zanim ruszyła zostawiając na parkingu wyjący wiatr, ze złości ciskający liśćmi i małymi gałązkami zerwanymi z okolicznych drzew. Włączyła płytę z energetyczną irlandzką muzyką w wykonaniu zespołu Carrantouhill. Po chwili poczuła się lepiej. Klamka zapadła, decyzja podjęta. Koniec i kropka. Pora spojrzeć na świat z zupełnie nowej perspektywy.
Skręciła w stronę Piaseczna. Minęła Wyścigi, skręt w lewo na Ursynów, przejechała pod wiaduktem nowej trasy na Poznań. Jechała przed siebie spokojnie, w pełnym komforcie jaki daje prawie pusta jezdnia. Zdarza się to bardzo, bardzo rzadko, prawie wcale. Teraz trafiła się taka okazja ze względu na późną porę oraz pogodę, która pozwala na opuszczenie domu jedynie w stanie wyższej konieczności. Napotkała na Puławskiej zieloną falę, co już graniczyło z cudem, więc poczytała to za dobrą wróżbę i przychylne spojrzenie losu w jej stronę.
W Piasecznie skręciła w Geodetów. Przejechała przez nowe rondo przy centrum handlowym i uśmiechnęła się do siebie. Mama nigdy nie mówiła, że idzie na zakupy do „Piotra i Pawła” tylko do „Pawła i Gawła” I tak już zostało. Rondo było prawdziwym zbawieniem dla użytkowników. Przedtem skrzyżowanie pokonywało się z duszą na ramieniu oraz ze złością na zbyt długie czekanie na możliwość przejazdu. Było bardzo niebezpieczne tak dla kierowców jak dla pieszych. Teraz ukończono i oddano rondo do użytku i „stała się przestrzeń” wokół, jasno oświetlona, przyjazna i bezpieczna szczególnie dla pieszych, którzy poprzednio kompletnie niewidoczni w ciemnościach, z narażeniem życia kluczyli między samochodami próbując przejść na drugą stronę ulicy.
Po chwili Jagna była przy Julianowskiej, skręciła w prawo, zostawiając za sobą tor kolejowy dotarła do osiedlowej uliczki. Zatrzymała się przy posesji, otworzyła pilotem bramę i wjechała do środka. Do garażu już nie mogła, tam stało auto rodziców. Żółty Juke musiał więc zamieszkać na zewnątrz co mu wcale nie przeszkadzało i nie zgłaszał sprzeciwu. Wręcz odwrotnie, nowe miejsce pobytu bardzo mu się podobało. Od wiatru zasłaniała go drewutnia obrośnięta dzikim winem i bluszczem, dom oraz płot od strony sąsiadów. Nie to, co na parkingu koło biurowca. Było miło i przytulnie. Jedynie deszcz moczył go od czasu do czasu, ale tym Juke się nie przejmował. Młody był, deszczem się cieszył i traktował jak wesołą kąpiel.
– Córcia, co tak późno? – przywitała Sabina córkę. – Już się niepokoiłam, bo dzwoniłam kilkakrotnie i nic.
– Komórka mi padła. Nie spojrzałam, nie widziałam, więc jej nie podłączyłam do ładowarki. Zorientowałam się dopiero w samochodzie.
– Dobrze, że jesteś. Tata już poszedł na górę, jakiś mecz ogląda z łóżka. A ja się nie mogłam na ciebie doczekać i upiekłam owsiane ciasteczka. Zrobię ci herbatę, rozgrzejesz się. Dobrze?
– Dobrze mamo, dobrze. Pójdę się przebrać – odpowiedziała idąc do swego tymczasowego pokoju.
Pomyślała, że jest ogromnie wdzięczna mamie za troskę, jednak… wolałaby wrócić do własnego mieszkania, nie musieć nikogo oglądać, z nikim rozmawiać, po prostu położyć się i leżeć przez cały dzień. Teraz musi udawać, że jest wszystko w porządku, musi zejść do matki, która czeka na nią i chce służyć pomocą swemu dziecku jak wszystkie prawdziwe matki świata.
Szybko zrzuciła elegancki kostium, który teraz wydawał się drażnić i parzyć ciało. Założyła wygodną, domową sukienkę uszytą przez siebie jeszcze w czasie studiów i zeszła na dół. Na stole czekała gorąca herbata, kusząco pachniały świeżutkie ciasteczka. Dopiero wtedy poczuła ssanie w żołądku. Przecież właściwie nic nie jadła przez cały dzień, jakąś chińską zupkę rozmieszała w kubku, na nic więcej nie miała czasu.
Podeszła do siedzącej przy stole matki, objęła ją i przytuliła się.
– Dziękuję mamo.
– A za co? – zdziwiła się Sabina.
– A za całokształt – uśmiechnęła się Jagna wspominając swe niedawne myśli, zapewne wynikające z przemęczenia…
cdn.




















