Babcia D. jest od pewnego czasu – mówiąc delikatnie – bardzo „trudna w prowadzeniu”. Ewidentnie widać braki leków w organizmie. Nie ma sposobu, żeby ją zmusić do połknięcia medykamentów. Żadnych, nawet jeśli przy niej wyjmuje się z opakowania informując, że to tabletka na ciśnienie na przykład, albo vit.D, żeby się nie połamała jak upadnie. To ostatnie jest realne, bo zatacza się, potyka jakby miała ciągłe zawroty głowy. Ale na pytanie – „co ci jest?” – odpowiada nieodmiennie – „nic”. Do lekarza oczywiście nie pójdzie, za żadne skarby świata. Tabletek pozbywa się w tak sprytny sposób, że osoba całkiem zdrowa miałaby problem z wymyśleniem tylu możliwości. Rezultatem są wybuchy rozpaczy, głośne szlochy, że jej zginęła jakaś kolejna pamiątka, dzwonienie do siostry po ratunek, bo „chcą mnie zniszczyć”. Ciotka dzwoni do Męża, on tłumaczy o co w tej chorobie chodzi denerwując się coraz bardziej z każdą chwilą, bo to jakby podwójnie musiał przeżywać każdą sytuację. Ciotka dzwoni za chwilę do teściowej, ona zaś jakby nigdy nic spokojnie
mówi, że ogląda sobie sport w tv, dobrze się czuje, je i pije (co w żadnym razie prawdą nie jest). Po chwili znów szlochanie słychać, bo czegoś szuka … i tak w koło Macieju.
Mówiąc szczerze to my z Mężem jesteśmy wykończeni zaś babcia D. chyba już zapomniała, że jej coś dolegało w sensie fizycznym, ponieważ przedtem przychodziła, żeby jej dać proszek przeciwbólowy, bo ją kręgosłup boli albo biodro a teraz nic. Dziwne, prawda?
Chwilami mam wrażenie, że to ja wpadam w paranoję i widzę rzeczy, których nie ma. Mąż mnie jednak wyprowadza z błędu. Albo chwilami ja jego, tak też się zdarza. Faktem jest, że jedna osoba opiece nad tak chorym człowiekiem nie podoła. Najgorsza jest bezradność, świadomość, że nic nie zmieni się na lepsze oraz, że nic więcej nie można zrobić poza próbą ustrzeżenia jej przed zrobieniem sobie fizycznej krzywdy.
12.12.2018
e.urlik Oj masz z Babcią los… Nie wiem jak cię pocieszyć, bo ja w twojej sytuacji byłabym już chyba daleko, daleko. Ania, a nie możnaby jej oddać do ośrodka, w którym będą mogli się nią zająć … profesjonaliści? Przepraszam, wiem jak to brzmi, ale… Albo chociaż jakiś dom dziennej opieki, gdzie byłaby od rana do popołudnia…? Miałabyś trochę wytchnienia. Biedulka jesteś.
aga-joz Aniu, a może dałoby radę leki w plastrach? Są takie, trzeba by to skonsultować z lekarzem
kolewoczy Sytuacja nie do pozazdroszczenia, a skoro niektórzy wieszczą, że systematcyznie lata życia nam się wydłużają, to niestety, coraz większej licbzy osób z wiekiem będą dotykać takie dolegliwości związane ze starzeniem się. Niewesoło to wygląda 🙁 Życzę dużo siły i wytrwałości!
emma_b szczerze Ci współczuję, Aniu, taka opieka musi być bardzo wyczerpująca psychicznie…
fusilla Oj, dużo sił życzę! I cierpliwości!
Otulam Ciepłym i Puchatym!
urszula97 Cóż napisać,to baardzo trudne,ja mam tak od czasu do czasu ze ślubnym ,czasami bywa że co tydzień 2 dni takie są,wtedy siedzę w domku a jak potrzebuję czegoś to sąsiadki kupią.Dzieci nie mieszkają w tej samej miejscowości.Siły i wytwałości życzę.Marne to życzenia ale idzie zwariowac.
kotimyszkot I cóż począć.. tylko cierpliwości i wymyślać sposoby na przemycenie tabletek. Może rozkruszać i jakoś z jedzeniem, albo piciem dodawać. Współczuję i wytrwałości życzę..
tessa37 Wspolczuje!
Tlumaczylam kiedys prace na temat geriatrii i problemow osob zdanych na opieke nad osobami starszymi i niedoleznymi.
Tu w Niemczech korzystanie z pomocy profesjonalnej nie jest niczym zlym, ani wstydliwym. Jest cala masa mozliwosci, od pomocy czesciowej, refundowanej przez panstwo osobom samodzielnie zajmujacym sie starszymi czlonkami rodziny, do wszelkiego rodzaju osrodkow. W Polsce, z tego co wiem, nadal sa uprzedzenia, co do takiech sytuacji, a szkoda. Nie pomoze sie nikomu, samemu padajac na przyslowiowy pysk, obojetnie czy fizycznie, czy psychicznie (a najczesciej jedno i drugie).
annazadroza Ewuś:-) Na ośrodek trzeba mieć kupę kasy, to po pierwsze. A po drugie – jednak wśród znanych, bliskich osób człowiek czuje się lepiej, nawet gdy ma problemy z pamięcią to sobie może coś przypominać, są chwile normalności, względnej, ale są. A gdy jest wśród obcych, to już nie. Jakby mu się zabrało resztki jego własnego życia, osobowości, pogrzebało. Inna sprawa, gdy już całkiem zaniknie świadomość, gdy już nie wie nic – no i gdy już opiekun nie da rady w żaden sposób się nim zajmować, bo np staje się niebezpiecznie. Wtedy nie ma innego wyjścia.
annazadroza Ago:-) Plastry teściowa ma przepisane, przyklejane raz na dobę, tylko ostatnio – w tym okresie buntu przeciw wszystkim lekom, nie pozwalała sobie przykleić. Akurat dziś jej przeszło, obiecała, że nie będzie wyrzucać, że chce się leczyć. Znalazła nawet jakiś stary, który kiedyś sobie sama zdjęła i dziś przykleiła.
annazadroza Kolewoczy:-) Dziękuję za życzenia, niech się spełniają:)
annazadroza Emmo:-) Jak trzeba to trzeba i nie ma się nad czym zastanawiać, dzięki za dobre słowo:)
annazadroza Fusilko:-) Chętnie przyjmuję i Ciepłe i Puchate, dziękuję z serca:)))
annazadroza Urszulko:-) Możemy sobie podać ręce, także baaardzo Ci życzę siły i cierpliwości, jakże Cię rozumiem. Uściski Ci przesyłam, bo tyle mogę:)))
annazadroza Myszokocie:-) Opcja rozpuszczania tabletek była brana pod uwagę ale się nie sprawdziła. Jedynie witaminy rozpuszczalne, musujące czasem się uda podać. Dziękuję za życzenia, niech się materializują:)
annazadroza Tesso:-) Myślę,że już coraz więcej osób podchodzi racjonalnie do problemu. Rzecz w tym, że chory musi chcieć współpracować, dopóki oczywiście ma świadomość. Nie da się siłą kogoś zaciągnąć w obce miejsce i zostawić na kilka godzin, jeśli ten ktoś nie chce. Dziś babcia D. wzięła leki, rozwiązuje krzyżówki, zrobiła sobie pranie (słyszałam), oglądała sport. I cóż, trzeba „pchać te swoje taczki”. Jesteśmy we dwoje, jest więc nam lżej niż samotnie opiekującym się chorymi rodzicami.
Dziękuję Ci bardzo:)))
45gogula Bardzo współczuję bo to naprawdę można zwariować, popaść w dołek psychiczny i fizyczny że ręce opadają…trzymaj się dzielnie, bo jak rozumiem innej opcji nie ma?
annazadroza Gogulko:-) Nie ma innej opcji, musi być z nami bez względu na wszystko. Coś w tym jednak musi być, wiesz? Kilka razy w życiu powtarzały mi się różne sytuacje. Dopóki przed nimi uciekałam – wracały. Gdy odważyłam się przystanąć i „wziąć na klatę” – przestały wracać. Może i w tym przypadku o to chodzi?
Świat wokół zmienia się niczym obrazki w kalejdoskopie. Drobiazg potrafi zmienić życie, zniszczyć je albo uratować. Na przykład pismo znalezione w skrzynce na listy zawierające wiadomości różne od spodziewanych. I mrok osiada mimo środka dnia, mimo jasności za oknem w duszy panuje ciemność. Bez żadnego światełka, bez jednej myśli ukazującej możliwość wyjścia z sytuacji… W związku z tym ponura miniatura dziś (napisana bardzo dawno temu, 1992).
KRYSTYNA
Lekki lipcowy wiatr niósł powiew chłodu i świeżości od Wisły w stronę Starego Miasta. Na środku Rynku stała barwna, hałaśliwa grupa ludzi oglądająca kolorowe kamieniczki. Po jakimś czasie zrobiło się pusto i cicho, turyści przemieścili się dalej, łączyli się z innymi grupami, wypełniali wąskie uliczki gwarem, zalewali je potokiem śmiechu, młodą radością życia ożywiali stare mury.
Wśród opalonych, rozradowanych wakacyjną beztroską twarzy wyróżniała się twarz Krystyny. To znaczy wyróżniałaby się gdyby ktokolwiek zadał sobie trud dokładniejszego przyjrzenia się ludzkim twarzom. Zobaczyłby wtedy załzawione oczy, drżące usta, napięte do ostatnich granic wszystkie mięśnie. Nie umknąłby uwadze obserwatora wyraz cierpienia bijący z całej postaci. Nikt jednak na nią nie patrzył, ginęła w tłumie. Potrącana i popychana przez przechodniów nie reagowała, zdawała się tego nie zauważać, nie zwracać na nic uwagi zatopiona we własnych myślach.
Wytarła palcem policzki. Pod kącikami oczu sączące się łzy wyżłobiły bolesną bruzdę. Na kobietę wpadła roześmiana para, chłopak i dziewczyna trzymający się za ręce. Popatrzyli w jej smutną twarz, umilkli na moment i czym prędzej się oddalili, by nie zapamiętać wyrazu patrzących za nimi oczu.
Do świadomości Krystyny dotarł hałas i codzienny zgiełk żyjącego miasta. Ruszyła w stronę Placu Zamkowego.
Powinna pójść do domu. Po co? Do kogo? Dopóki dzieci były małe – musiała. Teraz mają swoje własne życie, wyjechały, nie wrócą. Już jej nie potrzebują. Nikt jej nie potrzebuje. Matka zmarła dwa lata temu. W ostatniej woli bardzo dobitnie dała do zrozumienia, że jej, Krystyny, nigdy nie znosiła, traktowała jak uciążliwą, zbyteczną kulę u nogi, z zupełną obojętnością nie myśląc o dalszym losie córki. Pies zakończył życie ze starości, kotka umarła na raka. Ukochany mężczyzna odtrącił ją, wymienił na młodszy model, wbił w serce sztylet, zimnymi, okrutnymi słowami sprawił ból nie pozwalający dalej żyć. Razem z ostatnią pensją dostała do ręki kartę obiegową. Została bez pracy, bez środków do życia. Do jakiego życia? Po co jej albo komukolwiek takie życie?
Szła. Nie należała do grona ludzi poruszających się wokół. Nie była z nimi związana, nic do nich nie czuła. Czaszkę od środka rozsadzał tępy ból przypominający uderzanie wielkim i ciężkim młotem .
Ocknęła się na moście. Stanęła i patrzyła w dół na Wisłę w wiecznym będącą ruchu. To skłębioną i wirującą, to spokojnie i leniwie toczącą swe wody. Jak pięknie, zachwyciła się. Tam w środku musi być spokój i pewność. Spokój – bo wszystkie nieszczęścia zatrzymują się na powierzchni wody, nie mają dostępu do głębin. Pewność – bo wody płyną i będą płynąć wiek po wieku do końca świata.
Stała nieruchomo zapatrzona w toń, rękami ściskając rozpaloną głowę. Gdzie znajdzie pracę? Skończyła dawno czterdzieści lat. Co ze sobą zrobi? Co zrobić z latami, które przeminęły zabierając ze sobą najbliższych ludzi? Co zrobić, gdy serce nie ma cienia nadziei? Gdy zranione serce nie ma chęci żyć?
Krystyna nie zauważyła, że szedł za nią jakiś człowiek. Zwyczajny kieszonkowiec uwijający się w tłumie zwiedzających, zbierający obfity plon w ciepły, wakacyjny dzień. Z doświadczenia wiedział, iż najlepszymi obiektami polowania są osoby zamyślone, roztargnione. Szedł więc za Krystyną wpatrzony w jej torebkę, pozornie spokojny, beztroski, elegancki.
Na moście nie było nikogo poza dwojgiem ludzi. Krystyna stała nie poruszając się, wpatrzona w wody Wisły i swoje czarne myśli. Mężczyzna zbliżał się do niej tanecznym niemal krokiem. Postanowił wyrwać torebkę samotnej kobiecie i zniknąć.
Zrównał się ze stojącą. Sięgnął ręką po zdobycz. Ujrzał rozszerzone źrenice, oczy przepełnione wszechbólem istnienia. Ręka mu zadrżała. Krystyna nie spuszczając z niego wzroku zdjęła pasek z ramienia. Wyciągnęła w jego stronę rękę z torebką, blady uśmiech na chwilę wykrzywił jej usta.
Złodziej zadrżał, jakby drżenie ręki przeniosło się na całe jego ciało. Ze zdławionym okrzykiem skoczył w kierunku kobiety. Zdążył uchwycić kawałek sukienki. Rozległ się trzask rozdzieranego materiału. Brązowy kawałek pozostał mu w ręce.
Krystyna niczym jaskółka szybowała przez chwilę, podążała tam, gdzie chciała znaleźć spokój. Na moście zakwitła kolorowymi, letnimi ubraniami kolejna grupa roześmianych ludzi przechodzących w stronę Zoo.
11.12.2018
urszula97 Straszne to ale niestety w życiu zdarzają się takie sytuacje,nie poradziła sobie.Małe światełko może ukazało się złodziejowi ,może on wyprostował swą drogę życia.
e.urlik Ania, ale u ciebie ok? Bo mnie zaniepokoił ten początek…
emma_b myślałam, że ta nadchodząca osoba okaże się kołem ratunkowym, ale nie, totalnie bezlitosna jesteś;)
podobnie jak Ewę zaniepokoił mnie prolog…
45gogula Przyłączam się do zaniepokojonych wstępem, ale mam nadzieję, e wszystko w miarę OK? A opowiadanko…naprawdę dobrze piszesz, a że takie zakończenie, no cóż akurat takie uczucia …było minęło.
annazadroza Ula:-) Jesteś genialna! Nie wpadłabym na to, co zasugerowałaś odnośnie złodzieja. To świetny pomysł, sytuacja mogąca mieć wpływ, przewartościować całe dalsze życie takiego lekkoducha kieszonkowca. Byłam tak skupiona na przeżyciach Krystyny, że niczego więcej nie widziałam. Jak się patrzy z zewnątrz – zdecydowanie więcej widać.
annazadroza Ewuś:-) Kochana jesteś, że się zatroszczyłaś:))) Cóż, nie zawsze jest tak jak chcemy, więc trzeba sytuacje różne rozważyć od innej strony i znaleźć nowe rozwiązanie. Samo życie, które polega na bezustannych przemianach – wg. Księgi I Czing. Tylko ja nie znoszę zmian!!!
annazadroza Emmo:-) Krystyna była w takim stanie ducha, że koła ratunkowego nie widziała i :(((
W następnym wcieleniu będzie wiedziała (może), że jak się zamykają drzwi to się otwiera okno. I jeszcze, że nie można się skupiać wyłącznie na własnym nieszczęściu, bo tyle cudzego jest wokół, że o swoim można zapomnieć pomagając innym.
annazadroza Emmo:-) I dziękuję za to zaniepokojenie:)))
annazadroza Gosiu:-) Tobie również dziękuję:))) Cieszę się z Twojej oceny, to radość wielka, naprawdę:)))
Zostały dwa tygodnie do świąt. Niby wiem, bo przecież grudzień, ale że to już? Tyle innych spraw nawarstwiło się, że po prostu nie spojrzałam w kalendarz. To znaczy spoglądam, ale na taką tygodniową rozpiskę, a jednak trzeba patrzeć na cały miesiąc, żeby mieć ogląd całości.
Sprawdziłam gwiazdkowe upominki, włożyłam do tymczasowych torebek, żeby już mi się nie mieszały, zrobiłam listę rzeczy do dokupienia. Poza tym upiekłam drożdżowe ciasto, które od jakiegoś czasu piekę co sobotę (tańszy prąd), oraz babeczki – podobno najsmaczniejsze z dotychczasowych. Dzieciaki wpadły na chwilę, mogłam więc Calineczkę wyprzytulać. Smakował jej naleśnik z dżemem jagodowym, pooglądała przez chwilę nowe książeczki, przejrzała półkę z przyprawami – prawie powiedziała „przyprawy”:))), ale najbardziej podobało jej się chodzenie po schodach, góra – dół, góra-dół i tak w kółko. Po pokoju tupta samodzielnie, ale na schodach trzeba ją trzymać, niezła gimnastyka:) Słodkie to maleństwo, że słów brak:)))
Pada, zimno jeszcze na szczęście nie jest, ale psiaki zmokły, wycierać trzeba. Franek już przychodzi do nas, właściwie odkąd skończyło się ciepło to sobie przypomniał, gdzie najlepiej spędzać czas, podchodzi do okna tarasowego i drapie w szybę. Wtedy psy mówią, że trzeba wpuścić Franka i przez chwilę kotłują się we trójkę w pokoju, po czym Franuś udaje się do kuchni gdzie otrzymuje poczęstunek. następnie idzie spać w z góry upatrzone miejsce i śpi kilka godzin. Wychodzi, sprawdza czy u niego w domu ktoś jest, jeśli nie ma to wraca. Gdy zwierzaki spotkają się na zewnątrz to witają się serdecznie, Szilka piszczy do Franusia, on ociera się o nią i o Skitula też. Obcy z niedowierzaniem patrzą na taką scenę. A to taka przyjaźń międzygatunkowa. Od razu przychodzi mi na myśl czy możliwa jest poprawa stosunków międzyplemiennych w kraju nad Wisłą… ale nie będę ciągnąć wątku, aby nikomu (sobie też) nie psuć dnia od samego rana.
10.12.2018
babciabezmohera Każdego roku prędzej czy później dopadał mnie przedświąteczny stres. W tym roku jakoś spokój… może jeszcze za wcześnie?… 😉
kotimyszkot Może choć w tym świątecznym czasie plemiona wezmą przykład z Twoich zwierzaków. Bo jak widać u Ciebie powiedzenie „jak pies z kotem” nabiera nowego wymiaru 🙂
veanka Nie licz na poprawę stosunków międzyplemiennych w kraju nad Wisłą, zwierzęta swój rozum mają, natomiast trudno to powiedzieć o naszych plemionach;(.
Też sobie dzisiaj postawiłam za zadanie dopiąć na ostatni guzik sprawę prezentów świątecznych (co nieco dokupić i popakować).
Ciesz się Calineczką, dzieci tak szybko rosną….;).
e.urlik Aaaaaaa! Nie przypominaj mi o świętach! Zwykle panikuję dopiero tydzień przed.
Gość: [urszula97]*.sad.com.pl Oj tak,czas biegnie ,do świat coraz bliżej.Dzisiaj co chwilę leje i to deszcz ze śniegiem.Pół dnia spedziłam czekając na wizytę u neurologa a mąż u laryngologa.I u mnie prezenty czekają na pakowanie.Pieczesz to fajnie jak ma kto jeść,ja jedynie jak dzieci mają przyjść.A świątecznie to 3/4 ciasteczek gotowych.Jeszcze w tym tygodniu maleństwo będzie u nas cały dzien,chodzi ale jeszcze czasami powiedzenie „bam” znaczy że stracił równowagę.W przyszłym roku będzie kolejne maleństwo u mnie,oby wszystko było dobrze.Żyje maleństwami i świętami.Plemion rozmaitych ostatnio nie słucham,wolę posłuchac starych kolęd i pastorałek.Oczywiście szydełko też trochę w ruchu.
hanula1950 Niestety, u mnie w tym roku nie będzie wesoło. Cóż, w życiu różnie bywa.
Cieszę się, że u ciebie wszystko gra.
45gogula Poprawa stosunków międzyplemiennych to chyba jednak jakaś abstrakcja, ale przyjaźń międzygatunkowa w świecie zwierząt to dość częste zjawisko, cóż zwierzaki są mądre; ja na te święta nie szaleję, robię tylko tyle ile muszę; świat nigdy nie lubiłam a w tym roku – z wiadomych powodów- jest jeszcze gorzej; najchętniej uciekłabym gdzieś….
emma_b fajnie, że te Twoje psiaki są takie gościnne i lubią Franusia. ja do świąt staram się podchodzić z dystansem. tyle już ich w moim życiu było, więc pewnie i tegoroczne jakoś przetrwam. rodzinę mam niezbyt wymagającą, zawsze im wszystko smakuje, to się nie napinam.
annazadroza BBM:-) Na pewno masz wszystko przygotowane a co najmniej zaplanowana – więc nie ma miejsca na stres, bo i po co?
annazadroza Myszokocie:-) To jest całkowicie niemożliwe – sądząc tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, z plemieniem barbarusów (cytuję pana Zagłobę adekwatnie do pewnej grupy) nie wiążę nawet nikłej próby porozumienia. Święta im nie przeszkodzą we wcielaniu w życie diabelskich praktyk, niestety.
annazadroza Veanko:-) Nie liczę, czasem tak sobie pomyśleć miło, że może być inaczej…
Zwierzaki są cudowne i sto, milion razy więcej mają często „człowieczeństwa” niż tzw. ludzie (niektórzy oczywiście).
Wczoraj dokupiłam słodkości, wieczorem już spakuję, żeby była sprawa załatwiona do końca.
Co do dzieci – one rosną i jeszcze się starzeją na dodatek;) Wczoraj szukałam zdjęcia i przy okazji przejrzałam mnóstwo innych, na których dziewczynki są jeszcze małe, oj, łezka się zakręciła…
annazadroza Ewuś:-) Jak znam Panny – wszystko będzie dopięte na ostatni guzik i wysprzątane tak, że można jeść z podłogi:)))
annazadroza Urszulo:-) Wizyta u lekarzy to od razu dzień do tyłu, człowiek wraca taki zmęczony, jakby kilka ton ziemi przerzucił. Kiedyś się nad tym zastanawiałam, bo mi sie to normalne nie wydawało i znalazłam przyczynę. Tak myślę. W miejscu, gdzie bywa dużo chorych ludzi musi być ogromne skupisko negatywnej, chorej energii, która się przyczepia, i którą się ze sobą zabiera. Miałam wrażenie, że jestem cała oblepiona czymś kleistym, szarym, brudnym i wtedy mnie olśniło dlaczego. Trzeba się oczyścić natychmiast po powrocie do domu.
Piekę, bo potem przez cały tydzień mają co przegryźć do herbaty ( Mąż i teściowa), a babeczki były specjalnie dla wnuczki, bo sobie zamówiła:)
Ależ Ci gratuluję i cieszę się ogromnie!!! I zazdroszczę też, tego nowego maleństwa:))) Niech się zdrowo rozwija i zawita na świat w odpowiednim czasie:)))
annazadroza Hanulko:-) Niestety nie wszystko, nawet bardzo nie wszystko i przyszłość widzę wyłącznie w czarnych barwach, świąt też mi się odechciało… A;le one przyjdą bez względu na nasz nastrój…
annazadroza Gosiu:-) Wyjazd jakiś mały nie wchodzi w grę? Ludzie coraz częściej zaczynają spędzać święta daleko od tego szaleństwa. W niektórych wypadkach to może być jak terapia.
Masz całkowitą rację, że zwierzaki są bardzo mądre. I dobre, bo nie mają złych cech „ludzi”.
annazadroza Emmo:-) Odechciało mi się tzw. świątecznych szaleństw, co jest to i będzie, i wystarczy. Dobrze, że mam pełny zamrażalnik, np. bigos się uchował, sos do ryby po grecku, pieczarki na farsz. Mam wiaderko kapusty kiszonej, kupiony barszczyk Krakusa. Nawet mi nie wstyd, że nie nastawiłam zakwasu. Jak mi się humor poprawi to nastawię. Dobry jest na poprawę odporności, więc pewnie zakiszę buraki.
Zwierzaki są cudowne i już:)))
Już wieczór, nie wiem kiedy dzień przeleciał, zajęta byłam, grzęzłam w papierach, notatkach i przeniosłam się w czasie o wiele lat do tyłu. Poza tym trochę się denerwowałam, bo Mąż miał wizytę u okulisty, zapisaną rok temu, kwalifikującą do zabiegu usunięcia zaćmy. Dostał termin za 10 miesięcy, ma czekać na telefon, może się zwolni jakieś miejsce i będzie wcześniej.
Postanowiłam jutro zrobić przegląd zgromadzonych do tej pory gwiazdkowych drobiazgów i sprawdzić czego brakuje. Zbierałam już od jakiegoś czasu, żeby nie zostawiać na ostatnią chwilę. Wiadomo, że kiedy szuka się upominków na łapu-capu zawsze można popełnić błąd i w ogóle najczęściej kupuje się coś bezsensownego.
Zresztą, wszystko kupowane na wariata najczęściej ląduje potem na śmietniku. To skojarzenie w związku z marnowaniem żywności. Akurat tego nie potrafię zrozumieć. Dziwne, nie do pojęcia jest wyrzucanie jedzenia. Moje pokolenie nie marnowało, może nie wszyscy, ale – opowiadania starszych o biedzie i głodzie w okresie międzywojennym oraz podczas wojny były żywe. Poza tym trudno zdobywało się różne artykuły, żywnościowe też. Może wynosiło się z domu szacunek dla np. chleba? Mam zakodowane, że chleba nie wolno wyrzucić. Wszystko można przerobić, przetworzyć, wykorzystać, zamrozić, zamknąć w słoiku. Myślałam, że jestem wymierającym gatunkiem, ale okazuje się, że wśród części młodych zaczyna panować moda na wykorzystywanie żywności, wspólne gotowanie. W ogóle na gotowanie, co widać choćby po ilości np. blogów z przepisami. I to jest pozytywna wiadomość:)))
6.12.2018
kolewoczy Marnowanie i wyrzucanie jedzenia też jest dla mnie niepojęte. Ludziom się żyje za dobrze! Do dobrobytu zbyt łatwo się przyzwyczajamy.
bognna My staramy sie nie marnowac jedzenia, ale niestety nie zawsze sie nam to udaje:(
najlepszy-katolik Pomyśl o wieczności, bo niebo to nie to samo co piekło.
e.urlik Ania, 10 miesięcy? Toż to można wzrok stracić! Wszyscy znani mi ludzie z zaćmą robią operacje w Czechach, a NFZ oddaje kasę. Tam się czeka o wiele krócej! Całuski.
urszula97 Tak Anno,czas szybko leci.Ja juz dawno to stosuję że prezenty kupuję nawet juz w sierpniu,skłądam na jedną półkę a i wnet pozwolę sobie zapakować.Jedzenia nie marnuję,ewentualnie małe kawałeczki chleba to suszę i oddaję do kur.Sporo mrożę.A jak z przyjęcia zostaje i wiem że my tego nie zjemy to daję sąsiadom do posmakowania.To się małżonek naczeka do okulisty.
babciabezmohera Staram się o prezentach myśleć wcześniej, ale najczęściej kupuję na początku grudnia- jest większy wybór.
A co do terminów- to normalka. Na wizytę u okulisty czekam ok. roku- takie czasy! ;((
fusilla Zawsze żyłam oszczędnie, a teraz, sama, wprowadziłam wiele więcej różnych form oszczędzania – zwłaszcza wodę i gaz, bo prądu tyle zaoszczędziłam w ubiegłym sezonie, że dopiero zapłacę w maju i czerwcu! Żywności też nigdy nie wyrzucałam i starałam się kupować tak na styk. A w służbie zdrowia to terminy kosmiczne. Na swoja artroskopię musze czekać aż mnie zakwalifikują – do połowy marca, a potem około roku na zabieg! Sic!
45gogula Jak to się mówi…od wielkiego dzwonu zdarza mi się coś wyrzucić, ale to już naprawdę ostateczna ostateczność, a teraz generalnie jest moda na niewyrzucanie, więc może nowe pokolenie też się nauczy.
emma_b też staram się jedzenia nie wyrzucać. myślę, że teraz marnuje się znacznie więcej żywności niż w peerelu. z opowieści bezdomnych można się dowiedzieć, ile nieprzeterminowanego jedzenia ląduje na śmietniku.
veanka Czasem zdarza mi się coś wyrzucić, ale to przez gapiostwo mojego Ślubnego, który warzywa i owoce kupuje na bazarku, nie zawsze patrząc co dostaje.
Chleba i tego co się w domu ugotuje/upiecze się nie wyrzuca.
Wydaje mi się, ze teraz się więcej wyrzuca, niż dawniej, bo teraz kupuje się więcej rzeczy gotowych.
Jak ktoś stoi przy kuchni i gotuje/piecze, to po pierwsze ma to lepszy smak i szkoda wyrzucić, a po drugie, więcej się ceni coś, w co się włoży swoją pracę.
annazadroza Kolewoczy:-) Masz rację, jeśli ktoś ma czegoś zbyt dużo, nie potrafi tego uszanować.
annazadroza Bognno:-) Ale się starcie i to się liczy:)
annazadroza Najlepszy-katoliku:-) Ludzie ludziom potrafią takie piekło zgotować, że innego nie trzeba.
annazadroza Ewuś:-) Nie jest tak najgorzej, inni czekali jeszcze dłużej. Tylko babcia D. miała szczęście, w ciągu kilku miesięcy zoperowali jej oboje oczu.
annazadroza Urszulo:-) Jesteś świetnie zorganizowana, naprawdę podziwiam i gratuluję:) Kawałeczki chleba suszę dla psiaków do gryzienia, dostają je jako tzw. smaczki.
annazadroza BBM:-) Gdyby dziś nie była „zamknięta niedziela” to dokupiłabym brakujące drobiazgi. Nie mogę samych psiaków z babcią D. zostawić, więc nie w każdej chwili mam możliwość udania się do sklepu.
annazadroza Fusilko:-) Tak, terminy u nas takie same.
Oszczędności Ci pogratulować. Też się staram jak mogę. Gazu nie mamy, prądu mniej zużyliśmy niż poprzednio (rachunek przyszedł) choć mamy na prąd ogrzewanie i gotowanie. Wody się nie da oszczędzić, bo babcia D. leje ją bez opamiętania, szczególnie jak się nie zorientujemy albo nas nie ma w domu i się jej nie kontroluje.
annazadroza Gosiu:-) Nadzieja w tym, że młodzi coraz więcej będą uwagi zwracać na „ratunek dla Ziemi”, w czym i oszczędność jedzenia się mieści, i walka ze smogiem, i sprzątanie planety.
annazadroza Emmo:-) Niektórym się wydaje, że dobrobyt mają dany raz na zawsze, szczególnie przy dobrych pensjach. A jak nagle pensji zabraknie na koncie, bo pracodawca zmieni zdanie, to jest nie problem tylko tragedia.
annazadroza Veanko:-) Z całą pewnością bardziej ceni się to, na co trzeba samemu zapracować. I jeszcze – gdy ma się świadomość, że wszystko może się zmienić. Miałam znajomą panią, która cierpiała głód podczas wojny i przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie będzie głodna. Stąd się brał u wielu ludzi wręcz nabożny stosunek do pożywienia, czego młode pokolenie – na szczęście – nie zna i oby tak pozostało.
W związku z przepisem na czekoladę dawne wierszydełko mi się przypomniało. I je znalazłam! Dużo dyrdymałek przepadło na amen, nie wiem gdzie i kiedy, cóż, widać – nie były godne przechowania ich.
Czekolandia to dziwny kraj.
Gdy tort się na stole pojawi
i wejdziesz w sam środeczek tortu –
wnet przed oczami ci się zjawi.
Zamiast liści – lody tam rosną,
zaś zamiast kwiatów – czekolada.
A co przychodzi z każdą wiosną?
Deszcz, co szampanem z nieba pada.
Słodko pachnie w krąg wanilia,
chmury są marcepanowe.
Niepotrzebne tam tekstylia,
ni to ładne, ni to zdrowe.
My chodzimy tu w odzieniu
utkanym z cukrowej waty.
Jest tak słodko, że nie trzeba
nawet cukru do herbaty.
Gdy bąbelki szampanowe
cukier spłuczą z twego ciała,
w rurkę z kremem cię ubiorę
jeśli tylko będę chciała.
Albo – w szatę bieluteńką
i puszystą – śmietanową,
albo w płynną czekoladę,
albo w masę kakaową.
W czym byś nie był, skarbie drogi,
zawsze będziesz jak cukierek,
a najbardziej jesteś słodki,
kiedy zrzucisz już papierek…
3.06.2004/5.12.2018
Obiecałam przepis na blok kakaowy wstawić. Więc – mam dwa wypróbowane. Pierwszy to blok, z drugiego miała wyjść czekolada. Blok
1 paczka mleka w proszku
1 margaryna
1/2 szklanki wody
1 szklanka cukru
200g herbatników
4 łyżki kakao
posiekana czekolada
bakalie różne
Od razu mówię, że obecnie bakalii nie dodaję z obawy, że babcia D. dałaby psom, w ukryciu przed nami.
Margarynę z cukrem i wodą stawiam w garnku na płycie (na gazie czy innym źródle ciepła), nie musi się gotować, aby tylko się margaryna rozpuściła. Wtedy wsypuję kakao, mieszam, dodaję mleko w proszku. Uwaga! Nie może być granulowane! Wszystko dokładnie mieszam, dużą
drewnianą łychą najlepiej. Jak już jest gładka masa, dodaję herbatniki połamane i wylewam do szklanego półmiska. Kiedy ostygnie – wkładam do
lodówki.
Cała margaryna do bloku to trochę za dużo, więc ręcznikiem papierowym zbierałam jej nadmiar z wierzchu.
Robi się tak samo. Wcale nie odmierzałam składników, robiłam „na oko”. Wyszła bardziej miękka od bloku, ta niby-czekolada. Na pewno zdrowsza z
masłem niż z margaryną. Gdybym dodała rodzynki, żurawinkę, suszone morele, skórkę pomarańczową itd. na pewno byłaby przepyszna. Bez
dodatków jest niezła:)
Smacznego:)))
4.12.2018
45gogula Od czasu, gdy stanęłam na wagę w październiku zdecydowałam do minimum ograniczyć słodkości w każdej formie. Niestety czasami ślinotok na wspomnienie różnych specjałów jest silniejszy, ale się nie poddaję.
urszula97 Ślinka poleciała ,ja piekłam dzisiaj pierniki.
kolewoczy Nie czytam!
Po pierwsze, nienawidzę przepisów i działań w kuchni.
Po drugie, nie jem słodkiego! (no, staram się nie jeść za dużo 😉
kotimyszkot Choć to na pewno zdrowsze, po moich ostatnich wyrobach pozostanę przy kupnym 😉
annazadroza Gogulko:-) Też bym się chciała oprzeć, ale mi nie wychodzi;( Za to ja wychodzę z założenia, że jak sama zrobię, to wiem co tam jest i może mi od tego słoninka nie przyrośnie…;)
annazadroza Urszulko:-) Pomyślałam, że gdyby do murzynka dodać przyprawę do piernika, potem przekroić i posmarować powidłami – to nie byłby prawie piernik?
annazadroza Kolewoczy:-) A sobie nie czytaj;) Za to zjedz pod kołdrą dobrą czekoladę, żeby nikt nie widział;;) Ja najbardziej lubię z orzechami… Smacznego:)))
annazadroza Myszokocie:-) Nie wierzę, że były takie złe, te wyroby;) Ale – robisz milion rzeczy jednocześnie, więc po prostu nie masz czasu na takie prozaiczne zajęcia:)
emma_b wprawdzie ostatnio odstawiłam słodycze i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wcale nie cierpię, to taki blok zrobię. tym bardziej, że ostatni raz jadłam go za nieboszczki komuny:)
Przyjaciółka M. z pewnością kiedyś pójdzie do Psiego Nieba. Kociego też, a może są razem, te nieba? Tyle psich istot uratowała w życiu, że ma miejsce zapewnione wśród nich. Będziemy się odwiedzać, bo ja tam na pewno nie trafię. może gdzieś obok, ale tam nie. Ja gadam i przeżywam a ona działa. Moja Szilka też dzięki niej do mnie trafiła. Ze wsi, na której ma działkę – a tam bardzo dużo psów różne dranie wyrzucają z aut, dosłownie zagłębie wyrzuconych psów tam jest – wyratowała i znalazła domy dla wielu biedactw. Bezdomnego bernardyna próbowała „upolować” przez dłuższy czas, był już w fatalnym stanie, ale wreszcie się udało. Koty też ratuje, no – jednym słowem – M. Wielka jest:))) Dlatego akurat teraz o tym mówię, że zmarła koleżanka M., która kilka lat temu przygarnęła sunię wyszarpaną przez M. z koszmarnych warunków. Leżała skrajnie wyczerpana bidusia na mrozie ze szczeniakami, w pudełku, bez budy choćby. Szczeniaki poszły do ludzi, sunia do koleżanki. Teraz sunia znowu stałaby się bezdomna, albo trafiłaby – w najlepszym razie – do schroniska. Nigdy M. nie dopuściłaby do takiej sytuacji, przekonała osoby, które chciały się suni pozbyć aby ją przywiozły do niej, do W-wy z drugiego końca kraju. Sunia już jest, patrzy na każdą osobę podobną z wyglądu do zmarłej opiekunki z nadzieją, że to ona. Sunia jest nieduża, waży 7,5 kg, ma ok. 9-10 lat i szuka teraz domu. Ponieważ cuda się zdarzają, trzymajcie kciuki za to, żeby stara suczka znalazła dom na resztę życia.
e.urlik Aniu, pójdziesz do nieba dla zwierzaków i ludzi, którzy zwierzaki kochają. Myślę, że powinno być takie wspólne niebo, gdzie będziemy mogli (ludzie,którzy kochają zwierzęta) łazić sobie po bezkresnych łąkach i lasach i głaskać i przytulać i cieszyć się z towarzystwa pięknych istot. Póki co trzymam wszystkie kciuki!
kotimyszkot Ależ to musi być szok i ból dla pieska stracić właściciela.. liczę, że znajdzie się dla suni dom i czekam na wieści tutaj..
krzysztof213 taki to świat nie piękny wcale nas ludzi jest tutaj
Pozdrawiam
veanka Pod dom mojego brata tez ludzie podrzucają psy i koty, bo wiedzą, ze się nimi zaopiekuje.
Jak byłam u niego ostatnio 1 listopada to miał 7 psów i 12 kotów.
Ma warunki i lubi zwierzęta to je przygarnia.
Leczy, sterylizuje odkarmia, niektóry zwierzak jest wędrownikiem, więc sobie idzie dalej, przychodzi następny… i tak się to toczy.
Odgrażam się mojemu Felkowi, ze go tam wywiozę, jak go nosi i chce mi uciekać lub bije Vicię.
Mam nadzieję, ze Sunia dokończy żywota u dobrych ludzi.
emma_b uważam tak jak Ewa: niebo jest wspólne dla wszystkich zwierzaków i ich przyjaciół. mam nadzieję, że ta mała sunia znajdzie szybko kochający dom.
emma_b zapomniałam: wspaniałą masz przyjaciółkę, szczerze takie osoby podziwiam.
45gogula Świetnie, że istnieją tacy ludzie, jak Twoja przyjaciółka- ogromny szacunek , a sunia…mam nadzieję, że szybko znajdzie nowy dom, bo przecież jeszcze przez kilka ładnych lat może być dla kogoś radością i przyjacielem;
annazadroza Dziewczyny kochane i Krzysiu:-)
Hurtem Wam podziękuję za trzymanie kciuków, dobre życzenia i dobre myśli wysyłane do M. oraz Suni.
M. zaprowadziła ją do znajomej weterynarki. Ma problem z oczami, jakieś kanaliki zatkane czy coś. Poza tym z pyszczkiem trzeba zrobić porządek, zdjąć kamień i może usunąć część ząbków. Tyle się dowiedziałam przed chwilą, M. akurat wchodziła do sklepu i nie mogła gadać, ja też gadać nie mogę, bo mnie drapie w gard
Zima zimą ale dlaczego tak pioruńsko wieje? Ja się na takie wietrzysko nie godzę! Włazi wszędzie, lodowate to diabelstwo jakby z samej Syberii przyleciało, okropność! Katar mnie złapał, głowa pęka – wszystko przez ten ziąb. Biedny Mąż na oczy nie widzi od kataru, zakichany taki, aż żal patrzeć. Mimo to – nie siedziałam z założonymi rękami, szkoda mi czasu, bo skubańca nijak się dogonić nie da. Zrobiłam porządki w dużej szafie, schowałam letnie okrycia, wyciągnęłam zimowe kurtki, czapki, szaliki, rękawiczki i chusty. Poprzymierzałam, zostawiłam to, co na bieżąco do używania się nadaje, resztę ładnie poskładałam i włożyłam do pudełek specjalnie w tym celu przytarganych z Biedronki i jest git – jak to się kiedyś mówiło.
Skojarzenie – dawniej łobuzy miały swój kodeks honorowy, np. gitowcy swoich – czyli ze swojej ulicy – nie ruszali, można było się czuć bezpiecznie, nie to co dziś. W każdym miejscu np. na dworcu, w galerii handlowej, na ulicy można spotkać psychola z nożem. Właściwie idąc po chleb można zginąć z rąk zwyrodnialca jakiegoś. Niezbyt miła perspektywa.
Dziś jednak po chleb nie szłam i przeżyłam:) Jedynie z psami na chwilę, bo na dłużej się nie dało przez ten wiatr. I dobrze, bo więcej czasu na porządki miałam. Jeśli mnie łapie chęć sprzątania muszę natychmiast ją wykorzystać, bowiem sprzątać nie lubię. Lubię gotować, więc oprócz układania (nie tylko garderoby, bo i toreb, torebek, szczotek do ubrania, do butów, psich akcesoriów tudzież innych rozmaitych „przydasiów”)
zajęłam się obiadem jednodaniowym w postaci grochówki. Dobra wyszła:))) Jutro zrobię blok kakaowy, ten czar PRL-u:) Ostatnio kilka razy robiłam i smakował. Przynajmniej wiem co tam jest, więc można jeść bezkarnie. Przypomniałam sobie jak mama robiła, wkładała masę do pojemniczków po serkach chyba, bo śmietana wtedy była w buteleczkach. A pod drzwi mleko w butelkach przychodziło… Na Ursynowie mieliśmy na parterze szafki, do których roznosiciel przynosił mleko i bułki… a ja młoda byłam… taka chwila wspomnień…
Żeby weekend nie upłynął tylko pod znakiem czasu przeszłego – życzę, żeby był miły, wesoły i ciepły:)))
30.11.2018
kobietawbarwachjesieni Kiedyś też taki blok robiłam, a dziś już nie pamiętam, jaki był przepis. Jak możesz, to go podeślij. Może i ja zrobię. Ściskam.
emma_b Aniu, jeśli ten blok robiła Twoja mama, to musisz być w dalszym ciągu całkiem młodą osobą. skąd więc te wnuki? zagadka:)
ps. przypomniałam sobie, jak Wyborcza szukała kiedyś najmłodszej babci w Polsce i znalazła 34-latkę.
fusilla Taką domową chałwę też robiłam, a teraz pałeczkę przejęła Córka-Wiewiórka!
Ech te dawne specyjały! 😉 Dobrze, że coraz częściej na nie moda wraca!
krzysztof213 Tu że sztorm to wieje a tam.. Zmiany klimatu to już się stało…
babciabezmohera U nas też wiatr się za kołnierz wciska. No taka pora roku. Miłego weekendu, dobrego tygodnia! 🙂
annazadroza Marysiu:-) Jutro wstawię przepis. Zrobiłam wg nowego, ale stary był lepszy. Poszukam i oba napiszę.
Tobie też miłego tygodnia, spokojnego i bez wiatru:)))
annazadroza Emmo:-) Jeśli dodasz do najmłodszej babci jeszcze trzydzieści i pół – to będzie akurat:)))
Ale w głębi duszy nie wiem czy 18 przekroczyłam, czasem mam wątpliwości, żeby nie to lustro;)))
annazadroza Fusilko:-) Jak dobrze mieć córkę:)
Z takich pyszności pamiętam jeszcze andruty (wafle takie duże) z masą, która smakowała jak orzechowa a była z masła, kakao, cukru i płatków owsianych. O, muszę zrobić, właśnie mi o tym przypomniałaś:)))
annazadroza Krzysztof:-) Nie da się ukryć, że zmiany klimatu – przez ludzką głupotę – mamy widoczne gołym okiem:(
annazadroza BBM:-) Dziś już nie wieje, za to ślisko się zrobiło strasznie. A wcale nie widać tego, czarny chodnik i można się nieźle przejechać. Gdybym się smyczy nie trzymała to byłoby kiepsko, ale psiaki mi pomogły pokonać najtrudniejszy odcinek.
Dużo spokoju i samych miłych dni w tygodniu dla Ciebie:)))
45gogula Przy wietrznej pogodzie zwyczajnie płaczę , nie to że jakoś szczególnie mi smutno, wiatr wyciska łzy i tyle, ale fakt – odczucie zimna dwukrotnie większe…zdrówka dla Was:)
emma_b trochę mnie uspokoiłaś:) to musi być bardzo fajne czuć się wieczną małolatą, zazdroszczę:)
annazadroza Gosiu:-) Nie znoszę takiego wiatru, co innego miły, delikatny, lekki wietrzyk:) Bo co za dużo to niezdrowo, wiadomo. Dzięki, Tobie także zdrówka; i nie płacz – nawet przez wiatr:)
annazadroza Emmo:-) Fajnie byłoby gdyby nie tylko dusza się tak dobrze (chwilami) czuła ale i powłoka cielesna też, a ta cholera zaczęła strajkować;)
W zachomikowanych wycinkach był artykuł o Halinie Poświatowskiej. Lubię jej wiersze, takie kobiece i pełne uczuć, dlatego wycięłam. Podzielę się z Wami tym, co wyczytałam.
Halina Poświatowska pochodziła z Częstochowy. Miała dziewięć lat, gdy w 1945 roku toczyły się walki o wyzwolenie miasta. Wraz z rodzicami przez kilka dni ukrywała się w piwnicy, jak wiadomo, piwnice są zimne i wilgotne. Zachorowała wtedy na anginę, która pociągnęła za sobą konsekwencje w postaci gorączki reumatycznej i zapalenia wsierdzia, co przyniosło uszkodzenie serca. Biedna dziewczynka nie miała normalnego dzieciństwa, nie mogła bawić się z rówieśnikami, przy szybszym ruchu traciła oddech, czuła kłucie w płucach, odpadały nawet spacery, wchodzenie po schodach również było utrudnione. Nagła śmierć młodszej siostry (w 1946 r.) była bardzo ciężkim przeżyciem.
Halina – zwana Hasią – nie chciała jednak życia poddanego nieustannym ograniczeniom, straciwszy siostrzyczkę uświadomiła sobie wartość oraz kruchość życia, nie zgadzała się na chorobę. Mnóstwo czasu spędzała w szpitalach i sanatoriach. W Kudowie poznała Adolfa Poświatowskiego, przystojnego studenta filmówki i malarza. Nie miała wtedy jeszcze 18-tu lat. Zakochała się bez pamięci i przyjęła oświadczyny, wbrew rodzinie i lekarzom wyszła za mąż 30 kwietnia 1954 r. Niestety, nie cieszyła się długo szczęściem, bo zaledwie dwa lata. Mąż również chorował na serce i zmarł podczas pobytu Hasi w sanatorium w Rabce.
Dwudziestoletnia wdowa ledwo przeżyła ciężkie chwile zgotowane jej przez los. Trafiła do krakowskiej kliniki pod opiekę prof. Juliana Aleksandrowicza, który serdecznie się nią zajął, namawiał do tworzenia, do pisania wierszy i nawet sprowadził do niej do szpitala Wisławę Szymborską. Udało mu się obudzić w młodej kobiecie chęć życia i niedługo zadebiutowała jako poetka w ” Gazecie Częstochowskiej”.
Serce młodej poetki było jednak w fatalnym stanie, uratować je mogła tylko nowatorska operacja w szpitalu w Filadelfii. Przez rok zdobywano fundusze na wyjazd, załatwiano formalności i w 1958 r. wsiadła na „Batorego” aby popłynąć do Stanów. Przed wypłynięciem dowiedziała się, że ma opuścić pokład, bo lekarze i kapitan nie chcieli brać odpowiedzialności za jej życie, była w tak ciężkim stanie. Rodzicom udało się przekonać
niechętnych, że Halina musi płynąć na operację i podpisali odpowiednie oświadczenie.
Operacja trwała 7 godzin, była taką sensacją, że transmitowano ją w nowojorskiej telewizji. W trakcie okazało się, iż serce było słabsze niż początkowo sądzono. Na szczęście dla Hasi chirurdzy zdecydowali się na kontynuację zabiegu. Obudziła się po sześciu dniach, nie mogła uwierzyć, że nie czuje bólu.
Czas rekonwalescencji spędziła w sanatorium w Deborah. Potem nie wróciła od razu do kraju lecz rozpoczęła studia na Smith College, nawiązywała znajomości, nadrabiała życie, które jej wcześniej uciekło. Spotykała się nawet z Jerzym Kosińskim, także z jednym z wykładowców Josephem Margolisem (36 lat, żonaty i dzieciaty). Po trzech latach wróciła do Polski i związała się z 19-letnim Lubomirem Zającem, z miłości do którego
połknęła 150 tabletel leki nasercowego. Odratowano ją.
Następnie, już w ostatnim roku życia, zakochała się w mężu Anny Świrszczyńskiej, o 15 lat starszym od siebie Janie Adamskim. Serce – targane namiętnościami – stawało się coraz słabsze i konieczna była operacja wszczepienia sztucznej zastawki. Zmarła kilka dni po zabiegu, 11 października 1967r. mając zaledwie 32 lata.
28.11.2018
ninelnsg5 Krótka opowieść o utalentowanej,
a zarazem tragicznej postaci…
ciotkaeliza Tyle przeżyć w takim krótkim życiu. Biedna kobieta.
kotimyszkot Przeżycia miała ciężkie, ale pewnie właśnie „dzięki” nim pisała tak chwytające za serce wiersze.. Też bardzo lubię do nich wracać i zatrzymałam tom jej poezji w formie papierowej. Pewnych książek nie da się czytać na czytniku, muszą być w dłoni.
45gogula Romantyczna dusza, targana szczęśliwymi i mniej szczęśliwymi namiętnościami i stąd taka twórczość.
Gość: [e.urlik]*.dynamic.gprs.plus.pl W częstochowskich Alejach Poświatowska siedzi sobie na ławeczce. Każdy może się przysiąść i pogadać, albo pomilczeć. Prawie naprzeciwko na innej ławeczce siedzi Marek Perepeczko. A swoją drogą, to truć się dla jakiegoś faceta… brrr.
annazadroza Ninel:-) Krótka opowieść, krótkie życie a ileż uczuć i przeżyć…
annazadroza Emmo:-) Szkoda dziewczyny, szkoda jej życia i szkoda, że tak naprawdę nie zaznała szczęścia ani spokoju, miotała się bezustannie między życiem a śmiercią, jakby chciała jak najwięcej przeżyć, zdążyć…
annazadroza Elizo:-) Tak jakby miała świadomość ograniczonego czasu…
annazadroza Myszokocie:-) Nie ma to jak książka w ręce. Uwielbiam zapach nowej książki, czuć jej ciężar, dla mnie jest jak żywa istota, przyjaciółka. Ktoś powiedział, że książka to najlepszy, milczący przyjaciel człowieka i ja też tak uważam:)
annazadroza Gosiu:-) Takie życie skażone chorobą, niepewnością, cierpieniem i widmem śmierci od dziecka.
annazadroza Ewuś:-) Fajna taka ławeczka.
A Perepeczko to jak pokazany> Piękny jak Janosik czy jak komendant z 13-go Posterunku? Ale najcudniejszy to film -chyba- „Atrakcyjny pozna panią” z Perepeczką, Grabowskim, Kłosowskim, Cugowskim – uwielbiam, dla mnie to perełka.
e.urlik Przesłałam ci zdjęcia obu ławeczek. Perepeczko na ławeczce odchudzony. Był dyrektorem teatru częstochowskiego (serio, nikt nie chciał tu przyjść na wygnanie) i upasł się jak pularda.
annazadroza Ewuś:-) Dzięki:) Do Janosika to on już nie jest podobny, a taki ładny chłopak z niego był. Zdjęcie z żoną takie trochę straszne, dziwne wrażenie na mnie zrobiło, że ona taka zadowolona, uśmiechnięta…no dziwne.
tessa37 e.urlik, krajanko, wyreczylas mnie:) Za kazdym razem, jak tam jestem, robie sobie z nia zdjecie i glaszcze kota:)
Helena wysiadła z autobusu przy Madalińskiego. Szła ulicą Puławską. Od wielu dni mijała siedzącego na ziemi człowieka. Był bez nogi. Z kikutem obwiązanym brudną szmatą – żebrał. Starała się na niego nie patrzeć, nawet nie dotknąć wzrokiem. Widok był dla niej zbyt straszny, zbyt przerażający. Nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do podobnych scen. Wolała nie przyjmować do wiadomości faktu ich istnienia, nie stykać się z nimi.
Jednak musiała przejść obok żebraka. Wtedy nawet w skwarny letni dzień słońce gdzieś znikało, ziemię i jej serce spowijał mrok, krew ścinała się w żyłach. Sporo czasu upływało zanim wyrzuciła mrok z serca a obraz z pamięci, w którą wbijał się wbrew jej woli. Było tak za każdym razem.
Nigdy nie odważyła się włożyć ani grosza do miseczki stojącej obok żebraka. Byłoby to zaakceptowanie stanu rzeczy, uznanie jego istnienia, oddanie cząstki siebie, cząstki własnej duszy.
Pewnego dnia jak zwykle usiłowała prześliznąć się niepostrzeżenie obok bramy, przy której żebrak siedział. Naprzeciw niej biegła do autobusu zasapana, otyła kobieta. Helena opanowana przez dręczące ją dzień w dzień myśli, pogrążona w wewnętrznym mroku nie zauważyła kobiety. Zachwiała się uderzona z dużą siłą, padła na kolana tuż obok żebraka. Klęczała i widziała przed sobą szklane, pozbawione wyrazu i koloru oczy. Drżącymi rękami wyjęła z torebki portfel i wszystkie pieniądze jakie miała włożyła do miseczki.
Nie pamiętała jak i kiedy oddaliła się z tego miejsca.
Następnego dnia postanowiła nie odwracać wzroku lecz sprawdzić, czy szklane oczy – prześladujące ją od wczoraj bezustannie – wciąż są bez wyrazu.
Miejsce przy bramie było puste. Z bramy wyszedł dozorca z miotłą i zamiatał chodnik. Spytała o żebraka.
– Żebrak? Co też pani! Pod moim domem? A w życiu, coś się pani przywidziało.
Odwrócił się od Heleny, wzruszył ramionami i zamiatał dalej.
27.11.2018
veanka Siedzę już piętnaście minut nad Twoim postem i nie wiem co napisać.
Czyżby ten siedzący w bramie żebrak był sumieniem Heleny?
Jakimś większym lub mniejszym występkiem ciążącym na jej sumieniu?
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Veanko:-) Pisałam to tak dawno, że nie wiem co wtedy miałam na myśli. Teraz sobie myślę, że strach, każdy, ma wielkie oczy. Jeśli się ucieka, on nad człowiekiem panuje, ale kiedy spojrzeć mu w te puste oczy, on po prostu znika, nie ma go. I często my go tylko widzimy, nikt więcej, bo to nasz strach, własny, osobisty. Uff, teraz tak myślę, dawniej taka mądra nie byłam.
Dziękuję, że tyle czasu poświęciłaś. Serdeczności dla Ciebie całe morze, nawet ocean:)))
urszula97 He,ja tu też dedykowałam,czekałam aż ktoś będzie pierwszy z komentarzem.Ja obstawiałam że ten stróż to był ten bezdomny,po otrzymaniu pieniążków wziął się za siebie i rozpoczął pracę i wyszedł na ludzi,ale ciekawe to było.
e.urlik Całą kasę mu dała? Mam nadzieję, że nie miała za dużo i że wystarczy jej do 1-go. Ja zawsze czterema kopytami na ziemi ;-)))
fusilla Chyba jestem jakaś nienormalna, bo nigdy nie dałam żadnemu żebrakowi jałmużny! Jak ktoś zastukał do drzwi z prośbą o coś do jedzenia, to dałam – coś do jedzenia. No i grajkom ulicznym czasem coś lubie wrzucić do kapelusza!
annazadroza Urszulko:-) To jakaś suma niebotyczna musiałaby być w portfelu, żeby za nią bezdomny mógł zmienić życie;) A Helena to normalna kobieta była, po osobistych przejściach, chodziła do pracy, bała się, że wszyscy widzą co przeżywała, a tego sobie nie życzyła. Uczucia kryła w sobie z obawy, że ją wyśmieją, obgadają itd. jak to znajomi z pracy…
annazadroza Ewuś:-) Człowiek zaskoczony robi różne rzeczy, nie zawsze da się stać czterema nogami twardo na ziemi, emocje biorą górę a wyobraźnia płata figle. Może miała w domu jakieś drobne schowane na czarną godzinę?
annazadroza Fusilko:-) Kiedyś dawałam, ale przestałam. Od czasu jak taki „biedny” zionął na mnie smrodem przetrawionego alkoholu, fuj!
Ale jak muzykanty grają, szczególnie na gitarze – tak:)
emma_b a to dobre, Pani Autorka nie pamięta, co autor miał na myśli:)))
annazadroza Emmo:-) Zawsze mnie śmieszyło to „co autor miał na myśli”, bo autor nic nie miał, po prostu sobie pisał, miał w tym przyjemność, albo wyładował swoje frustracje, albo co innego;) Później mądre głowy łamią sobie co mogą, aby dotrzeć do rzekomego sedna. A autor siedząc na chmurce śmieje się z nich do rozpuku;)))
Poważniej – człowiek się zmienia, po latach widzi te same sprawy w zupełnie inny sposób, po 30-latach jesteśmy innymi ludźmi. Podobno co 7 lat zmienia się wszystko w naszym organizmie czyli faktycznie jesteśmy kimś innym niż wcześniej.
Otulam Ciepłym i Puchatym!
Tlumaczylam kiedys prace na temat geriatrii i problemow osob zdanych na opieke nad osobami starszymi i niedoleznymi.
Tu w Niemczech korzystanie z pomocy profesjonalnej nie jest niczym zlym, ani wstydliwym. Jest cala masa mozliwosci, od pomocy czesciowej, refundowanej przez panstwo osobom samodzielnie zajmujacym sie starszymi czlonkami rodziny, do wszelkiego rodzaju osrodkow. W Polsce, z tego co wiem, nadal sa uprzedzenia, co do takiech sytuacji, a szkoda. Nie pomoze sie nikomu, samemu padajac na przyslowiowy pysk, obojetnie czy fizycznie, czy psychicznie (a najczesciej jedno i drugie).
Dziękuję Ci bardzo:)))