Jesteś

Po burzy wychodzi słońce i rozjaśnia świat. Taka kolej rzeczy. Stąd dziś wierszydełko powstałe prawie ćwierć wieku temu, już po miniaturach, które jednak dawkować będę, ale stopniowo:)

————————-
Jesteś.
Jesteś jak okład z lodu
na rozpalonym gorączką czole.
Jesteś jak kropla wody
dla padającego z pragnienia
rajskiego ptaka.
Jesteś jak manna na pustyni,
modlitwa za konającego.
Jesteś jak wschód i zachód słońca,
początek i koniec dnia.
Jesteś jak ocean
niezgłębiony i tajemniczy,
wiecznie niespokojny i poszukujący,
w którego toni odbijają się
refleksy świetlne
drżąc i skacząc po grzbietach fal.
Jesteś jak jedyna kolumna
utrzymująca ciężar sklepienia.
Jesteś jak latarnia morska,
która wskazuje drogę
wszystkim zbłąkanym.
Jesteś jak miód dla pszczół,
jak barć dla niedźwiedzia,
jak łagodny wietrzyk
muskający różowe stokrotki,
jak promyk słońca
błądzący po moich włosach
w zimowy poranek.
Dobrze, że jesteś.

16.11.2018

  • aga-joz Masz rację- dobrze, że jesteś.
  • 45gogula Ogólnie to bardzo dobrze mieć kogoś do kogo można powiedzieć „Jesteś” a zwłaszcza tak pięknie jak w wierszu
  • e.urlik Anka, do diabła, musisz być taka utalentowana?
  • kotimyszkot Jesteś.. i bądź 🙂
  • emma_b mam nadzieję, że ta wspaniała osoba w dalszym Ciągu jest blisko Ciebie:)
  • hanula1950 Piękne.
    Wzruszyłam się.
    Wesołego weekendu.
  • kobietawbarwachjesieni Aniu!
    Dobrze, że jesteś i że tak pięknie piszesz.
  • urszula97 Super że jesteś i bądź nadal,lubię tu przychodzić .
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Ago:-) Myślę, że móc powiedzieć komuś takie słowa to jest wielkie szczęście:)
  • annazadroza Gogulko:-) Tak, to szczęście mieć kogoś bliskiego, masz rację:)
  • annazadroza Ewciu:-) Nie pleć, kochana moja, nigdy nie byłam i nie jestem:)
  • annazadroza Myszokocie:-) Masz rację, niech zawsze będzie:)))
  • annazadroza Emmo:-) Jest, jest, głaszcze w tej chwili Szilkę:)
  • annazadroza Hanulko:-) Miło, że wzruszenie zagościło w Twoim serduchu. Dzięki, dobrego tygodnia:)
  • annazadroza Marysiu:-) Dziękuję bardzo, buziaki:)))
  • annazadroza Urszulko:) Dziękuję, bardzo się cieszę, że mnie odwiedzasz:)))
  • e.urlik Aniu, właśnie że jesteś utalentowana i do tego pracowita. Co do czynności nielubianych, to dziś po 2 mies. ufarbowałam łeb i mam „z głowy” (siwiznę) na miesiąc, czego i tobie życzę. A pelargonie może da się jeszcze uratować?
  • annazadroza Ewuniu:-) Mów tak jeszcze, może zacznę powtarzać jako afirmację, myślisz, że pomoże?;) Jeśli o pracowitość chodzi – najchętniej nogi na pufie bym położyła usiadłszy w fotelu, przymknęła oczy i tak trwała;))) Tyle w temacie:) Farby nie położyłam, bo dalej mi się nie chce. Ale naleśniki usmażyłam, bo dla Średniej, to mam jeden plus;)
    Pelargonie zdechły na amen, trudno, wola boska i skrzypce;)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii wierszydełka | Dodaj komentarz

„Lustro”

Znalazłam kilka tekstów, które określiłam mianem „miniatury”, napisanych w 1992 r. Smutne są, takie akurat sytuacje wtedy zdarzały się w nadmiarze. Pamiętam, że kilka informacji przeczytanych w prasie zrobiło na mnie wrażenie, bardzo zresztą przykre, stąd się wzięły miniaturki. Pewnie w ten sposób odreagowałam część z nich. W życiu też miałam wtedy zawirowania i tak się razem wszystko plotło. Najpierw chciałam wyrzucić, że smutne. Ale przecież życie nie składa się tylko z wesołych sytuacji. Dziś np. tytuł przeczytałam – 91-letnią kobietę chcą pozbawić domu, bo droga ma przebiegać akurat tamtędy. I tak mi się przykro zrobiło, jak po napisaniu „Lustra”.

———-

Leokadia była starą kobietą. Starała się nie patrzeć dokładnie na swoje odbicie w lustrze czesząc rzadkie, siwe pasemka włosów. Niegdyś były piękne, bujne, lekko falujące, połyskujące kasztanowym brązem. Starała się nie patrzeć na pooraną zmarszczkami twarz, na oczy jakby chowające się w głąb czaszki przed powiekami o brązowym zabarwieniu. Słabo widziała bez okularów i dlatego zdejmowała je idąc w stronę lustra. Mogła wtedy oczyma wyobraźni widzieć kobietę, jaką była niegdyś. A może zwierciadło zachowało odbicie twarzy, sylwetkę osoby, z którą stykało się dzień po dniu przez wiele dziesiątków lat? Może z jego drugiej strony wciąż żyje młoda dziewczyna o śniadej cerze i zielonych oczach, zmieniająca się z biegiem czasu w – zawsze piękną – żonę i matkę? Może w prawym górnym rogu, pod fotografią młodszej córeczki, która utonęła w jeziorze, jest też odbicie starszej, potrąconej przez pijanego kierowcę? Może w lustrze odbija się duch męża  przebywający w mieszkaniu od dnia śmierci? Umarł zaraz po drugiej córce, zostawili ją tu wszyscy samą.

Mieszkanie było duże: trzy pokoje z jasną kuchnią. Kiedyś wypełnione miłością mieszkających w nim ludzi, pachnące ciastem i czystością teraz przedstawiało obraz ruiny. Leokadia nie miała siły aby umyć duże, rozkręcane okna, wyszorować i wypastować dębowe podłogi, odnowić brudne ściany, szczególnie czarne nad grzejnikami. Nie miała też pieniędzy aby zapłacić komuś obcemu za wykonanie potrzebnych prac. Snuła się po mieszkaniu a razem z nią snuły się duchy jej najbliższych. I Leokadia była szczęśliwa mogąc obcować z ukochanymi.

Pewnego dnia jej spokój zakłóciła wizyta młodej, energicznej sąsiadki i pani z jakiejś opieki społecznej czy skądś tam. Leokadii było zupełnie obojętne skąd. Kiwała głową, uśmiechała się, coś podpisała aby tylko szybciej sobie poszły i zostawiły ją w spokoju. Panie wyszły zadowolone. Leokadia też była zadowolona, że poszły,  oraz – że ona zrobiła im jakąś przyjemność.

Kiedy kilka dni później niespodziewanie rozległ się ostry dzwonek u drzwi, wystraszyła się. Zamknęła drzwi na łańcuch i dopiero wtedy odsunęła zasuwę. Na korytarzu stała jedna z pań, które ją odwiedziły. Obok czekało dwóch mężczyzn w roboczych kombinezonach. Pani przez szparkę w drzwiach pokazywała jakiś papier, uśmiechała się. Tłumaczyła Leokadii, że przecież podpisała zgodę, że tam, gdzie pojedzie dostanie śliczny, czyściutki, słoneczny  pokoik, będzie miała dobre jedzenie i opiekę lekarską.

Staruszka nagle zrozumiała czego od niej żądają. Ma się wyprowadzić z mieszkania, w którym przeżyła życie, zostawić cienie swoich bliskich, odejść od nich na zawsze? Cofnęła się, oczy zabłysły przerażeniem. Skrzyżowała ręce na piersiach, kręciła przecząco głową.

Pani – wciąż się uśmiechając – spokojnym głosem wyjaśniała, że Leokadia będzie mogła zabrać ze sobą to, co zechce a reszta przedmiotów zostanie wystawiona na sprzedaż. Za pieniądze będzie mogła sobie coś kupić.

Kupić? Renta po mężu starczała ledwo na jedzenie i opłaty. Dużo pieniędzy? Pani przytaknęła, może i dużo. I ona, Leokadia, będzie mogła kupić kwiaty i lampki na grób męża i dziewczynek? Dużo kwiatów? Pani potwierdziła. Może nawet dużo kwiatów.

Leokadia otworzyła drzwi. Ucieszyła się. Tak dawno nie miała pieniędzy na kupno świeżych kwiatów, by złożyć je na grobie. Z przycmentarnego śmietnika wybierała takie, które jeszcze całkiem nie uschły, albo sztuczne, które jeszcze całkiem nie straciły koloru i nimi przystrajała grób. Nigdy nie wzięła ani jednego cudzego kwiatka.

Siedziała na krześle i patrzyła jak panowie w kombinezonach wynoszą sprzęty. Spokojna, od lat żyjąca w innym świecie, w innym wymiarze.

Poruszyła się niespokojnie gdy mężczyźni zdjęli lustro z haczyków. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w jasną plamę na ścianie, pozostałą w miejscu gdzie wisiało przez lata. Jeden z mężczyzn potknął się. Możliwe też, że porysowana szklana tafla nie tworzyła już jednej całości z  poczerniałą ze starości ramą. Rozległ się trzask i lustro w postaci migocących kawałeczków rozsypało się po podłodze.

Leokadia wydała z siebie głos przypominający wycie. Podniosła się i przysiadła. Nie odezwała się więcej, siedziała wpatrzona w zasłaną iskierkami podłogę.

Nie zobaczyła obiecanego pokoju. Tydzień później spoczęła obok męża i córek pod rozłożystym dębem.

15.11.2018

  • nie-okrzesana Wiem, że tak często wygląda rzeczywistość. Ale nie lubię takich tekstów. W życiu mam dość dramatów. Skoro mam poświęcić na coś czas wolny, niech to będzie pozytywne.
    To oczywiście moje subiektywne odczucie. Ale teraz szukam lektur łatwych i przyjemnych.
  • kolewoczy No cóż, to jest o samotności. Ma wiele twarzy i odbija się w wielu lustrach.
  • emma_b już dawno nic równie ponurego nie przeczytałam: spiętrzenie nieszczęść masakryczne…
  • emma_b wróciłam, żeby powiedzieć, że w odróżnieniu od Nie-okrzesanej nie szukam tekstów pozytywnych, tylko mnie ten natłok ponurych wydarzeń przytłoczył. ale nic to, przeżyję:)
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Rozumiem Cię, bo książkę zaczynam czytać od końca z tych samych powodów. Jak się dobrze kończy to czytam od deski do deski, jeśli nie – odkładam. Czasem jednak jest się w takim stanie, że tylko podobne koszmarki wychodzą spod pióra, tak miałam wtedy. Są też dowodem na to, iż złe chwile przemijają.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i z uśmiechem:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Trafnie powiedziane, prowokuje do zastanowienia… Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem…
  • annazadroza Emmo:-) Wielu ludziom czasem wali się świat na głowę i wtedy widzi same ciemne strony życia, innych nie dostrzega. Może właśnie na tym polega odreagowanie, aby potem móc pójść do przodu?
  • krzysztof213 I każdy może nawet spojrzeć w lustro ze nie każdy chce
    Jak się dożyje to się zobaczy jak to jest mieć lat 60 i co kto przeżył
    dziś mnie prowokujesz do pisania
  • annazadroza Krzysiu:-) Z biegiem czasu zwiększa się bagaż doświadczeń i dobrych, i złych. Do nas należy uporanie się z tym, co przynoszą – z emocjami, sytuacjami najprzeróżniejszymi. To nasza nauka. Tak myślę.
© Anna Blog

 

 

Zaszufladkowano do kategorii miniatury i takie tam..., Opowiadania | Dodaj komentarz

Wczorajszy dzień

Wczorajszy dzień przemknął nie wiadomo kiedy. Nawet myślałam, że to wciąż poniedziałek i dopiero zerknąwszy w kalendarz wróciłam do rzeczywistości. Śmieci trzeba segregowane wystawić w żółtym worku, bo w środy zabierają. Tak to śmieci stały się „regulatorem czasu”;)
Wszystko przez to, że przekładałam w szufladzie szpargały chcąc trafić na coś, co by się nadawało do przeczytania i wstawienia tutaj. Poza tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł i tak się w niego zagłębiłam, że całkiem straciłam poczucie rzeczywistości. Powinnam się zaszyć gdzieś, w jakimś tajemnym miejscu i tam losy moich bohaterów splatać i rozplatać. Wtedy szybko by poszło. Niestety, w realu to niemożliwe. Ale –
tak widocznie ma być, muszę ćwiczyć umiejętność skupienia się na jednej rzeczy, a z tym problem mam od zawsze, bo wszystko mnie rozprasza i z koncentracją mam kłopot. Nie, że teraz, na starość, ale od zawsze – co w czasach szkolnych zmorą było. „Nic to, Baśka”, dam radę.
Urodziły mi się nowe bohaterki, powiązane trochę ze starymi, bo to fajne jest – odnaleźć podczas czytania już znajome postacie. Rzecz się dzieje po „Pasmach życia” – i tak się właśnie w ich sprawach zagłębiłam, że realne odeszły na dalszy plan. A przecież tak nie może być.
W planie realnym – zrobiłam pyszną pastę do chleba. Utarłam wędzone tofu na grubych oczkach, kostkę białego sera też, dodałam sardynki, całą puszkę łącznie z olejem (dużo tego nie było w małej puszeczce), pokroiłam cebulkę. Do tego sól i pieprz, troszeczkę majonezu , żeby się dobrze smarowało i nic więcej. Naprawdę dobre:) Babcia D. też zjadła, myśląc, że to tylko rybki.
Na przemycenie jedzenia znalazłam dla niej nowy sposób. Otóż desery babcia lubi, nie wyrzuca. Wczoraj wymieszałam serek biały naturalny z jagodowymi konfiturami i zjadła. W weekend wymieszałam stygnącą galaretkę z serkiem waniliowym i schłodziłam w lodówce. Wyszedł wyśmienity deser o aksamitnym smaku, pycha. Też jej smakowało. Ucieszyłam się, bo najważniejsze w jej przypadku jest dostarczanie wartościowych
składników, jako że ona zjada małe ilości. A i te potrafi schować albo wyrzucić. Wydało się, że leki znowu chowa. I jak sprytnie! Udaje, że połyka, trzyma gdzieś pod językiem albo nie wiem gdzie, w każdym razie znaleźliśmy mnóstwo tabletek takich „wymemłanych”, sklejonych, schowanych w szafie. Oj, trudno mi było zapanować nad sobą, klęłam jak szewc… Oczywiście jej przy tym nie było, do tej pory nie wie, że my wiemy. Teraz trzeba ją bardziej pilnować przy podawaniu lekarstw.
W poniedziałek odbyłam wizytę, zapisałam się na następną i na razie spokój, bo wyniki dobre.
Wieczorem – też w poniedziałek – nie mogłam oczu oderwać od filmu składającego się z fragmentów dokumentalnych zapisów, filmów nakręconych podczas I wojny światowej, pokolorowanych teraz – przez co stały się bardziej autentyczne, żywe, jakby przed chwilą nagrane…
Wrażenie niesamowite, najwięksi politycy i twórcy naszego obecnego świata (który jest przecież wynikiem ówczesnych działań z późniejszymi „poprawkami”) – jakby stali tuż obok. Obserwując miałam uczucie przeniesienia w czasie i – takie dziwne wrażenie – wśród żołnierzy szukałam dziadka Staszka, który w I wojnie był w austriackiej armii.
Oby nigdy już na naszym starym kontynencie nie powtórzyła się koszmarna historia. Dlatego uważam, że nacjonalizm jest zagrożeniem ludzkości, tym bardziej teraz, kiedy całą populację można unicestwić w kilka chwil…
Ale…jest pięknie, pelargonie kwitną i mają mnóstwo nowych pąków! Groszki wypuszczają nowe pędy, aksamitki zakwitły! dla mnie mogłoby tak być przez cały rok, tylko co na to Matka Natura?

14.11.2018

  • babciabezmohera Ogromna karuzela w Twoim życiu. Dobrze, że masz odskocznię w swoich zainteresowaniach… 😉
  • kotimyszkot Matka natura da nam jeszcze za te kwiatki popalić 😉
  • 45gogula U mnie też dużo roślin jakby chciało na nowo zakwitnąć, ale niestety już zapowiadają bardziej zimne noce co to .nawet -5 będzie; a co do martwienia się o życie w realu…? no chyba sama wiesz, że kiedyś człowiek musi odskoczyć na chwilę, dwie czy nawet trzy
  • urszula97 Cieszę się że grzebiesz w opowiastkach.A babcia D. to podobnie jak mój mąż,niestety SM postępuję a po embolizacji tętniaka na mózgu też coś nie tak,wizyta dopiero 20 grudnia,ostatnio nie jest mi do smiechu.Babcia D.nie je a ten je za 4.
  • bognna No to troche glodna sie zrobilam;)

    A propos I wojny: 11 listopdada siedzielismy przed telewizorem jak zamurowani i zachwyceni przepiekna, cudowna uroczystoscia w Paryzu. Macron klasa, klasa i jeszcze raz klasa.

  • emma_b u mnie też kwiatki fantastycznie się trzymają. a kolorowa jesień przez cały rok bardzo by mi pasowała:)
  • veanka Aniu, może babci D. te tabletki podawać starte na proszek i w jedzeniu. Jeżeli podaje się je po jedzeniu, to chyba można -trzeba byłoby zapytać lekarza/farmaceutę.
    ps. też mi w tym tygodniu brakuje jednego dnia, a przydałby się bo to tydzień przedwyjazdowy i bardzo zajęty.
  • krzysztof213 Tego nie wiemy czy to nie możne się wszystko powtórzyć …
    Ciche wojny w tle się dzieją a ludzie nieraz coraz bardziej obojętni ….
    I każdy o sobie nieraz myśli .
    Elity polityczne władzy co innego a co innego życie zwykłych ludzi . Gdzie znów cytatełem o zapowiedziach 3wojny .
    A o ludziach co coraz gorsi dla siebie to mógłbym wiele napisać
    Więc może wojna ekonomiczna drwa jak walka o życie
    Więc życzę zdrowia w zamierzeniu się z rzeczywistością
    I dziękuję za komentarz
    I też bywało że rozmawiam z starszymi osobami tak nieraz jesień życia smutno wygląda w tym kraju…
  • e.urlik Jakie groszki, jakie pelargonie? O matko, czy na na innej planecie jestem? U mnie wszystko suche, oprócz aksamitek i narcyzów, pelargonie już na zimę w garażu…
    I wspaniale, że masz nowe pomysły, jesteś wspaniała, mimo tylu trudności…!
  • annazadroza BBM:-) Tak to już jest, że jak karuzela ruszy, to nie da się z niej wyskoczyć, trzeba się kręcić dalej;)
  • annazadroza Myszokocie:-) Raczej nas zamrozi, popalić daje teraz w Stanach. A ostatnio straszy erupcją wulkanu. Szczerze – wcale jej się nie dziwię, że chwilami na ludzi patrzeć nie może. Ale – na nas niech patrzy łaskawym okiem, bo się staramy, prawda;)))
  • annazadroza Gosiu:-) Jeszcze ciepło, cieszę się tym jak długo mogę. Szkoda mi chować pelargonii, bo takie ładne są. Ale jak zmarzną? Oby większych problemów nie mieć… Może je wezmę do domu? Poprzednią zimę jedna przetrwała i teraz jest piękna.
    „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi…”
  • annazadroza Urszulko:-) To ja Ci współczuję ogromnie, bo nic więcej nie mogę, jak tylko wirtualnie przesyłać Ci dobre myśli. Kiedyś spędziłam trzy tygodnie na neurologii z podejrzeniem SM, więc wiem o czym mówisz.
    Z babcią D, jest tak, że jak łyka leki – da się wytrzymać, ale kiedy przez jakiś czas tak zakombinuje, że nie bierze, dostaje tzw. małpiego rozumu i jest ciężko.
  • annazadroza Bognno:-) A zrobiłaś się głodna na słodkie czy na ostre?
    Oglądając piękne obchody 11.11 – w Paryżu – uniknęłaś widoku kojarzącego się z hordą barbarzyńców. Nic nie poradzę, ze takie mam.
  • annazadroza Emmo:-) Fajnie by było, prawda? Tak kolorowo, trochę mglisto, bez wyraźnych kształtów, więc z dużym polem dla wyobraźni… oj, bredzę;) Buziaki:)))
  • annazadroza Veanko:-) Myślę, że można byłoby tak zrobić, gdyby była pewność, że ona to zje. Niestety, nie można być niczego pewnym. Jest nieprzewidywalna, raz jest ok, za chwilę coś sobie ubzdura i koniec, porozumienia nie ma. Jeśli leków nie bierze przez kilka dni – jak się okazało ostatnio po znalezionej ilości – wtedy zachowuje się jak gość z kosmosu, wietrzący spiski na dodatek.
    A Tobie życzę wydłużenia tygodnia;) Żebyś się spokojnie uporała z przedwyjazdowymi czynnościami:)))
  • annazadroza Krzysztof:-) Cóż my możemy robić dla ratowania siebie i bliźnich? Może to brzmi głupio w zestawieniu ze światem zewnętrznym, w którym przyszło nam żyć – ale wciąż uważam, że postępować uczciwie względem siebie i innych. Jak to kiedyś mądrze powiedziano – „żyj tak, żeby tobie było dobrze i z tobą było dobrze”.
    Jesień życia bywa smutna, dlatego dziękować Jurkowi Owsiakowi należy, że zajął się także ludźmi starszymi.
  • annazadroza Ewciu:-) Jak to jakie? Różowe! Pnące pelargonie były czerwone, znaczy, są. Ich nie dam rady przechować, bo są w skrzynkach i wielkich donicach. Trudno, niech oglądają zimę jak przyjdzie, może im się spodoba. Różowe mam dwie, grube, piękne, niesamowite – jedna z zeszłego roku przechowana, druga nowa. One mogłyby przeżyć. Są w doniczkach nadających się do przeniesienia, może się uda:)
    Jedyne czego mi nie brakuje to książki i pomysły;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Minęło

Minęło Święto Niepodległości.
Po uroczystościach partyjno-rządowych moje odczucie jest jedno: pogłębienie. Zarówno sympatii i antypatii, szacunku i jego braku. I już.
Reszta jak zwykle. Duda niczym nie zaskoczył, choć mógł to zrobić pozytywnie, miał okazję. Dzielił jak zawsze, mijał się z prawdą jak zawsze. Krzyczał jak zawsze i na pl. Piłsudskiego, i potem, stojąc w samochodzie przed marszem, nakręcał się coraz bardziej z każdym zdaniem jak zawsze (tym razem żona nie miała okazji odciągać go za rękaw), nadymał policzki w przerwie dla zaczerpnięcia oddechu jak…
No właśnie, niektórzy mówią, że jak Mussolini staje i robi miny. Babcia D., która nie zawsze ma kontakt z rzeczywistością, patrzyła w ekran telewizora podczas posiłku, patrzyła nad czymś się zastanawiając. – Już wiem – wykrzyknęła w pewnym momencie. – Przypomniałam sobie. Hitler tak robił, zaciskał usta po każdym słowie i miał taką minę jak ten. Kto to? – pokazała ręką na ekran. Cóż, można tylko pomyśleć, że w przypadku
zaburzeń pamięci wspomnienia z przeszłości zachowują kolor, nastrój, sens, natomiast pamięć krótkotrwała ulega degradacji w pierwszej kolejności. Babcia D. urodziła się przed wojną i wspomnienia dawne są zachowane… O ignorowaniu najwyższego rangą w tym towarzystwie i jedynego przedstawiciela Europy szkoda mówić, to tylko „pospolitość skrzeczy”, widać małość zaciętych człowieczków, im mniejsi, tym wyższe cokoły muszą sobie podstawiać pod pomniki, albo drabinki podczas przemówień.
Drugie odczucie sformułować mogę oglądając obchody wśród pozostałej części rodaków – jesteśmy WSPANIAŁYM NARODEM (tylko – ktoś powiedział kiedyś, że mamy pecha do władców), obchodzącym niepowtarzalne święto w atmosferze dumy, patriotyzmu, wzruszenia i radości w najróżniejszy sposób. Poprzez biegi, pikniki, marsze, spotkania, wspólne śpiewanie patriotycznych pieśni, koncerty, msze patriotyczne. Miałam łzy w oczach, gdy cała Polska śpiewała hymn, gdy Mazurek Dąbrowskiego rozbrzmiewał jak Polska długa i szeroka. Cudnie było widzieć rodaków zebranych na wspólne śpiewanie, na Powstańców – szacownego grona topniejącego z każdym rokiem, którzy z wielką miłością o Ojczyźnie mówią, o wartości jaką jest wolność kraju i wolność każdego człowieka. Zdecydowanie też sprzeciwili się używaniu symbolu Polski Walczącej przez grupy bliskie ideologii faszystowskiej, przez środowiska nie mające nic wspólnego z Polską Walczącą. Protestowali przeciw łączeniu tego symbolu z
krzyżem celtyckim i znakiem falangi. Apelowali o szacunek dla przeszłości. Cudowni ludzie, którzy w tak bardzo starszym wieku zachowali świadomość, uczciwość, prawość, odwagę i żar w sercach, prawdziwe uczucie miłości do Ojczyzny.
Patrzyłam jak delegacja partyjno-rządowa miesza się z brunatnymi, i nie pomogła tu przerwa dla bezpieczeństwa wypełniona „częścią buforową” (zdali sobie sprawę, co może im grozić ze strony gada wyhodowanego na własnej piersi?). Przekaz był jednoznaczny- idą razem i tym samym podpisują się pod wywrzeszczanymi z nienawiścią hasłami, z hasłami wypisanymi na transparentach. Ze spaleniem flagi unijnej też się zgadzają, mimo to, co potem mówili (ot, choćby ciągłe wypowiedzi Krystyny P.). Ich zachowanie w stosunku do przewodniczącego Rady Europy mówi samo za siebie. I jeszcze smutny wniosek się nasunął – do rozmów z Unią nie są w stanie usiąść przy jednym stole a z faszystami tak, widać im jest po drodze.
Myślałam, że po co Tusk ma wracać do tego zapyziałego, ciemnego grajdołka. Niech lepiej zostanie gdzieś tam w Europie, więcej kraj wspomoże tam niż tu. Jeszcze mu krzywdę zrobią. Przecież prezydenta Narutowicza zabił morderca związany z obozem narodowym. Jednak – kiedy zobaczyłam
resztę Narodu naszego, tę wspaniałą część, różną od tej reprezentowanej na warszawskim czy wrocławskim marszu, odetchnęłam i uświadomiłam sobie, że to tylko margines maszeruje. Prawdziwy Naród jest wszędzie, w całej Polsce – i powtarzam – jest wspaniały.
Jerzy Stuhr czytał życzenia dla Polski z okazji setnych urodzin. Oby się spełniały. Najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa – POLSKO, OBY NIKT NIGDY NIE MUSIAŁ ZA CIEBIE UMIERAĆ , A KAŻDY CHCIAŁ DLA CIEBIE ŻYĆ.
Nie dałam cudzysłowu, bo z głowy piszę – sens na pewno taki był. Przyłączam się z całego serca, z całej duszy do tych życzeń.

13.11.2018

  • urszula97 Pieknie napisałaś i zgadzam się z Tobą,w TV to podobały mi się formy uczczenia przez małe grupy,a to Golcowie pięknie zaśpiewali,ludzie na szczytach górskich śpiewali,ktos 100 km przejechał na rowerze,to było miłe.Nawet koncert sobotni był w miarę.Pominięcie Donalda T.było bardzo brzydkie.
    Z innej beczki-ciasto piernikowe przechowuję w emaliowanym garnku w chłodnym miejscu,u mnie to taka mała komórka w bloku gdzie kiedyś były zsypy na śmieci,zlikwidowali to bo nie zdało egzaminu,u Ciebie może być piwnica bądź strych,niektórzy trzymają w lodówce.Piernik jest super przełożony powidłami bądź marmoladą,trochę też z tego ciasta wykrawam pierniczki foremkami.A na kolejną nowelę czekam.
  • babciabezmohera Jestem psychicznie bardzo zmęczona tymi obchodami. Cieszę się, że już po wszystkim.
  • 45gogula Minęło i owszem. Mnie zastanawiało to, że w TV pokazywali obrazki ze świata, jak obchodzą Naszą rocznicę a z Polski to tylko dyskusja, kto z kim, kto kogo „pobije” , gdzie i jakie zadymy będą . Ale wyszło dobrze i ok.
  • annazadroza Urszulko:-) A zdradziłabyś sprawdzony przepis na taki piernik? Piwnicy nie mam, ale na stryszku mogłabym przechować. Zaczęło mnie kusić, żeby spróbować:)
  • annazadroza BBM:-) I dobrze, że bez ofiar.
  • annazadroza Gosiu:-) „A to Polska właśnie”.
  • Gość: [kotimyszkot] *.dynamic.mm.pl Mój 4 leni synek śpiewający hymn (w swojej wersji językowej :)), flagi dookoła, podniosły nastrój. Jestem z Polski, synku jesteś Polakiem. Przyznam, że wzruszenie chwytało mnie za gardło..
  • annazadroza Myszokocie:-) Jak czytam Twoje słowa, to też mnie chwyta za gardło. Przypominam sobie, jak mój Duży – wtedy 3-latek – na zakończenie kariery żłobkowej huknął: ” Hej, kto Polak na bagnety…” Inne dzieci o żabkach, kwiatkach a on tak…
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Tajemnica Adasia” 1

Nowy dom stał przy ulicy Bajkowej. Klarusi spodobała się nazwa ulicy. Od razu. Od kiedy ją usłyszała chciała jak najprędzej tam zamieszkać. W dotychczasowym mieszkaniu było miło, owszem, ale ciasno. W małej kawalerce mieszkali we czwórkę a od niedawna nawet w pięcioro: mamusia Agatka, tatuś Michał, Antoś – bliźniaczy brat Klarusi, sama Klara i kotka Misia.

Misia była prześliczna. Taka miła, puchata, w kolorze mleka z odrobiną kakao, miała piękne niebieskie oczy. Dzieci znalazły ją zmarzniętą koło śmietnika.. Leżała w pudełku sama, samiuteńka i cichutko miauczała. Klarusia wzięła ją na ręce a Misia przytuliła się do niej i polizała różowym języczkiem. Nigdzie nie było kociej mamy, ani taty, ani żadnego innego kota, więc Klarusia zabrała maleństwo do domu. Bała się, że rodzice nie pozwolą zatrzymać kociaka. No…ale przecież są tacy kochani… najlepsi na świecie…

– Jeśli już przyniosłaś koteczkę do domu to niech zostanie. Przecież nie wyrzucimy jej na ulicę, jest mróz – powiedziała mamusia.

– Pod warunkiem, że pójdziecie z nią do weterynarza. Trzeba kotkę zbadać, odrobaczyć, zaszczepić. Inaczej nie można postąpić, żeby nikt nie chorował, ani ona, ani wy – dodał tatuś.

– No i oczywiście będziecie musieli obydwoje się nią opiekować. Karmić, pamiętać o świeżej wodzie, którą zawsze musi mieć w miseczce, szczotkować sierść i zmieniać piasek w kuwecie – mamusia patrzyła poważnie na dzieci. – No jak?

– Oczywiście, że będziemy – zgodnie przytaknęły bliźniaki.

– A jak jej damy na imię?

– Misia – odparła bez namysłu Klarusia.

– Misia – równocześnie powiedział Antoś.

Rodzeństwo często mówiło jednocześnie albo w tej samej chwili wykonywało tę samą czynność. W końcu byli bliźniakami, choć na pierwszy rzut oka wcale nie było tego widać. Klara spoglądała wesoło na świat szarozielonymi oczami a jej główkę otaczała burza miękkich, ciemnych loków, połyskujących w słońcu złotem. Mamusia najczęściej wiązała je w koński ogon, bo tak było dziewczynce najwygodniej. Antosia włosy musiały być krótko przystrzyżone, bo – twarde, grube i gęste – sterczały na wszystkie strony jak u stracha na wróble jeśli tylko urosły dłuższe niż dwa centymetry. Miały rudy kolor, przy którym niebieskie oczy chłopca stawały się bardziej niebieskie od bezchmurnego nieba. On sam zaś wyglądał jakby cały czas towarzyszyło mu słoneczko.

Misia zamieszkała w małym mieszkanku na warszawskiej Woli i swoim kocim serduszkiem pokochała całą rodzinę. W ciągu dnia bawiła się z dziećmi, w nocy spała przytulona do Klarusi. Urosła sporo i kiedy w czerwcu przyszła pora przeprowadzki, była już zupełnie dużą kotką.

Do nowego domku przyjechała w plastikowej kociej klatce kupionej po to, żeby się nie zgubiła w rozgardiaszu, jaki panuje podczas każdej przeprowadzki i żeby nie została przypadkiem przygnieciona przenoszonymi bagażami. Dzieci nie chciały zostać u babci, przecież musiały brać udział w tym arcyważnym wydarzeniu rodzinnym jakim jest zmiana miejsca zamieszkania. Rodzice ulegli prośbom dzieci pod warunkiem, że oboje bezwzględnie będą słuchać babci Izy, postarają się nie przeszkadzać dorosłym i nie spuszczą oka z klatki z Misią.

Trzeba przyznać, że rodzeństwo wszelkimi siłami starało się dotrzymać słowa. Dopiero gdy wszystkie bagaże, sprzęty, meble zostały wniesione do domu albo do garażu i ciężarówka z napisem PRZEPROWADZKI odjechała, Antek i Klara z klatką w ręce czmychnęli do ogródka.

Domek stał w ostatnim rzędzie segmentów i poza ogródkiem widniały gęste krzaki. Zrobiło się bardzo późno i choć czerwcowe dni są najdłuższe w całym roku, zmierzch wypełzł z gąszczu i powoli zaczął ogarniać cały świat. W krzakach coś zaszeleściło.

– Antku, słyszałeś coś? – nadsłuchiwała Klarusia.

– Pewnie wiatr – brat machnął ręką.

– Przecież drzewa się nie ruszają, nie ma żadnego wiatru – kategorycznie stwierdziła dziewczynka.

– Ojej, tam jest coś białego – szepnął podniecony Antoś. – Może duch?

– Coś ty! Żadnych duchów nie ma, babcia powiedziała, że to bzdury – wzruszyła ramionami odważna Klarusia.

– Ale się rusza! I jest białe! To jak nie duch? – upierał się Antoś.

Nagle tuż koło niego upadł kamyk, potem drugi a za chwilę trzeci i uderzył klatkę Misi, która miauknęła przestraszona.

– Stój! Ty łobuzie! – krzyknęła Klara. – Dlaczego rzuciłeś kamieniem w Misię?

Za krzakiem róży w sąsiednim ogródku stał mały chłopiec i rzucał w nich kamykami, którymi wysypano ścieżkę. Kiedy zorientował się, że został zauważony, puścił się biegiem w stronę swojego domu. Równocześnie znów coś zaszeleściło w krzakach jak poprzednio, dał się słyszeć jakiś pomruk i coś białego przesunęło się wśród liści.

– Uciekaj! – krzyknął Antoś, chwycił siostrę za rękę, ona za klatkę z kotką i czym prędzej pobiegli do domu.

– Antek! Klara! – wołała babcia Iza. – Gdzie jesteście? Hej, maluchy!

– Jesteśmy – wpadli zdyszani w krąg światła. – Byliśmy w ogródku. Tam jest…- zaczął Antoś.

– … bardzo ładnie – dokończyła Klara szturchając brata w bok.

– Chodźcie zjeść kolację – powiedziała mamusia. – Wszyscy musimy odpocząć, bo jutro czeka nas dużo pracy.

Dzieci poszły do swoich pokoi. Pierwsza noc spędzona w nowym domu, w którym każde z nich ma już na zawsze swój własny pokój to nie lada przeżycie. Na dodatek mieli do omówienia ważną sprawę.

– O mało się nie wygadałeś – strofowała Klara brata.- Zabroniliby nam wychodzić poza ogrodzenie i jak sprawdzilibyśmy co było w krzakach?

-Nie boisz się? – spytał Antoś.

– W nocy może bym się bała ale pójdziemy jutro, jak będzie jasno – odpowiedziała Klara.

– Ciekawe, dlaczego ten chłopak rzucał w nas kamieniami? Jak chcesz to jutro też w niego porzucam – zaproponował Antoś.

– Jak trafisz, to nam nie powie dlaczego rzucał. A może on wie co było w krzakach i chciał nas odgonić? Zresztą przyrzekliśmy, że będziemy grzeczni, tylko chuligani rzucają w innych kamieniami – stwierdziła dziewczynka.

– I kibole – dodał brat.

-Właśnie – kiwnęła głową.

– Córeczko – zawołała z dołu mamusia, – zamknij drzwi do swojego pokoju, żeby Misia nie zginęła. Musi się przyzwyczaić do nowego miejsca.

Wypuszczona z klatki kotka rozejrzała się uważnie, obeszła pokój Klarusi, obwąchała kąty, wskoczyła na tapczan swojej dwunożnej przyjaciółki i westchnęła z ulgą. Zwinięta w kłębek, mrucząca z zadowolenia przespała smacznie całą noc. Dzieci zresztą też chociaż bez mruczenia.

23.10.2018

  • Gość: [45gogula] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Zapowiada się ciekawie…brawo.
  • urszula97 Fajne to będzie,mnie się podoba(rzadko czytam książki) ,chociaż u Ciebie poczytam,miłe,lekkie i przyjemne.
  • emma_b tez mi się podoba nazwa ulicy – Bajkowa:)
  • annazadroza Gosiu:-) Miło mi, że Ci się spodobało:)
  • annazadroza Urszulko:-) Tym bardziej się cieszę, że czytasz moje dyrdymałki:)
  • annazadroza Emmo:-) Na ulicy Bajkowej powinna istnieć bajkowa rzeczywistość, prawda?
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Powieści, Tajemnica Adasia | Dodaj komentarz

Uff – jak dobrze w domu:)

Miałam na dziś termin badań w laboratorium w poradni nefrologicznej. Myślałam, że jak zawsze będzie w miarę szybko, bo cóż tam – wkłucie, pobranie, zostawienie probówki z „urobkiem” i do domu, a kolejek dużych nigdy dotąd nie było. Przynajmniej tak trafiałam. Kiedyś jednak musi być ten pierwszy raz. Ludziów jak mrówków. Do tego dwie kolejki. Jedna pacjentów po przeszczepach, druga – nefrologicznych. Ja na szczęście wśród tych drugich. Teraz już tylko raz w roku i oby tak zostało. Wszystko trwa dłużej, bo pierwsza grupa musi wypełniać ankietę, słyszałam na korytarzu, że chodziło m.in. o leki, kiedy przyjęte, w jakiej ilości. Domyślam się, iż to rzutuje na wynik badań. Pani pielęgniarka pobierająca krew utyskiwała przez cały czas, że więcej się nie zgodzi przyjść na zastępstwo, że jakaśtampanienka powinna tu być a nie ma, że brak segregatorów z dokumentami bo sekretarka schodzi z oddziału a nie zeszła i nie przyniosła, więc jak ktoś nie ma skierowania w ręku to ona nie wie co ma pobierać i ile. A wogóle awaria systemu jest i doopa blada.
Matko kochana, jedynie czego pragnęłam, to wyjść, opuścić miejsce i nie słyszeć co opowiada jedna pani drugiej pani. Przy czym panie młode, ładne, po przeszczepie i jeszcze w ciąży. Starsze też były, oczywiście, z osobami towarzyszącymi, niektóre w naprawdę kiepskiej formie. Ponieważ wciąż są dokonywane jakieś zmiany pani pielęgniarka nie wiedziała gdzie się teraz odbiera wyniki, czy tam gdzie przedtem czy gdzie indziej. Zdążyłam zauważyć, że rejestracji do pulmonologa już nie ma tam, gdzie mieściła się poprzednio. Kiedy stałam czekając na swoją kolej weszła mocno starsza pani szukająca rejestracji do zapisu na TK, błądziła już ileś razy po całym obiekcie i nikt jej nie wskazał prawidłowego miejsca. Kilka osób próbowało wytłumaczyć gdzie powinna pójść, ale nie wiem z jakim skutkiem. To się nazywa ułatwianie życia pacjentom. Jeśli starsza osoba nie ma rodziny i musi sama swoje sprawy załatwiać, to naprawdę ma ciężki los.
Gdyby na przykład babcia D. musiała sama mieszkać – to albo już by nie żyła (np wysadzając blok w powietrze, bo odkręcała gaz, stawiała garnuszek z czymś i wychodziła z domu), albo wylądowałaby w jakimś ośrodku pomocy. Wczoraj obserwowałam przez okno jak wyszła przed dom, zbierała liście a potem trzymając je w garści bezradnie rozglądała się myśląc co z tym fantem zrobić. A stała nad workiem z liśćmi. Potem szczotkę, taką małą zmiotkę też do tych liści włożyła. A kiedy obie byłyśmy na zewnątrz, babcia ruszyła do domu i w ostatniej chwili dopadłam drzwi, bo zamknęłaby mnie na zewnątrz i nie mogłabym się dostać środka, nie usłyszałaby dzwonka, nie otworzyłaby mi i nie wiadomo co by się stać mogło. Ja na pewno bym uświerkła w cienkiej koszulce z krótkim rękawkiem, bo Mąż był poza W-wą i wrócił dopiero późnym popołudniem. Teraz
wiem, że muszę mieć zawsze w kieszeni klucz i telefon, gdy jestem na zewnątrz a jego nie ma.
Aha, jeszcze nie wiedziałam co będzie z wizytą u doktora, bo termin mam na 12-go – a tu święto nagłe i niespodziewane. Jednak pracują, ale pani pielęgniarka nie wiedziała, dopiero inna pani w recepcji udzieliła informacji, nie było kolejki do zapisów bo awaria systemu przecież, więc się dowiedziałam.

Uff, jak dobrze wrócić do domu,  jestem zmęczona jakbym przekopała własnoręcznie Mierzeję Wiślaną.

8.11.2018

  • babciabezmohera Współczuję! Szczęśliwie już po wszystkim! 🙂
  • 45gogula No ale w sumie wszystko wyszło dobrze i szczęśliwie, jednak o tym kluczu w kieszeni to faktycznie trzeba by pamiętać. A nie ma możliwości zostawienia zapasu w jakiejś super tajemnej skrytce?
  • emma_b przychodnie to miejsca jak ze złego snu, też dzisiaj zaliczyłam. jak dobrze, że Babcia D. ma Ciebie i resztę kochającej rodziny!!!
  • veanka Skąd ja to znam, te klimaty, kiedy się siedzi pod drzwiami gabinetu lekarskiego.
    Ile razy chciałam zwiać spod drzwi, by nie słyszeć co opowiada jedna pani drugiej pani.
    Chodzę do kilku lekarzy specjalistów, ale najbardziej się stresuję i dołuję pod drzwiami do onkologa, chociaż jak powiada lekarz, te wizyty to tylko formalność.
    Co „potrafi” babcia D. mogę się domyślać, bo nasz bliski sąsiad zaczyna nas ciężko zaskakiwać. Ma 92 lata, niby jeszcze się dobrze trzyma, nie chce pomocy, ale coraz częściej zachowuje się tak, jakby spadł z kosmosu.
  • kotimyszkot Żeby chorować i się leczyć, trzeba mieć końskie zdrowie 😉
  • e.urlik Tak, jedyne hasło które mnie ratuje w takich sytuacjach to „zaraz będę w domu!”. W moim mieście sytuacja jest troche lepsza, bo nie ma tylu ludzi, choć pewności nie mam, bo nie chodzę zbyt często do lekarzy. Powinnam wprawdzie, ale póki co mam konsultacje ze specjalistami za pośrednictwem progenitury. Póki nie mam zawału albo czegoś podobnego, unikam służby zdrowia jak zarazy. Ania, strasznie ci współczuję, że musisz przez to przechodzić. I nie tylko o leczenie chodzi, ale i o Babcię. W przypadku tej ostatniej nie możesz zastosować pocieszenia „zaraz będę w domu” :-(((
  • urszula97 Znam to z autopsji,Anno a ile radochy jest jak przyjdziemy pod gabinet a tu jedna osoba przed nami i my wchodzimy.Taka mała rzecz a jak cieszy,chociaż rzadko ale jest.
  • annazadroza BBM:-) Jeszcze w poniedziałek wyniki i – mam nadzieję -spokój.
    Na spokój w niedzielę nie ma co liczyć, ale przetrwamy jakoś. Buziaki:)))
  • annazadroza Gosiu:-) Nie bardzo jest gdzie skrytkę zrobić, choć pomysł dobry. Okolica domku jest ogólnodostępna. Muszę po prostu pamiętać i nosić klucz w kieszeni.
  • annazadroza Emmo:-) Robię co mogę, żeby jak najrzadziej odwiedzać placówki medyczne. Ale czasem trzeba.
    Co do babci, żeby sobie choć czasem zdała sprawę, że ma szczęście…
  • annazadroza Veanko:-) Dobrze, że te wizyty to tylko formalność:) Po prostu wspaniale:)))
    Trafnie określiłaś – „jakby spadł z kosmosu”. Tak właśnie zachowuje się babcia D.
  • annazadroza Myszokocie:-) Właśnie, dobrze powiedziane:)
  • annazadroza Ewuś:-) Najlepiej stosować profilaktykę, o ile się da, oczywiście. Jakieś wspomagacze, witaminki, zdrowe jedzenie itd. Żeby w późniejszym okresie nie mieć „babcinych odlotów”. Chociaż i tak nie wiadomo co nas czeka…
  • annazadroza Urszulo:-) Bardzo rzadko taka radocha się przytrafia, a może wcale? Chyba nie pamiętam kiedy ostatnio tak było. Ale jak się trafi, to się ucieszę:)
  • Gość: [Robert] *.bb.online.no Witam pani Aniu,
    Pisałem do pani ponad dwa miesiące temu z prośbą o kontakt.
    Ponawiam moja prośbę 🙂 i podaje kontak; robfer@op.pl
    Serdecznie pozdrawiam i zdrówka życzę
  • annazadroza Robert:-) Witam również, dziękuję za pozdrowienia i życzenia:) Odwzajemniam:)
    Przyznam, że zdziwiłam się iż nie zauważyłam wcześniejszego Pana komentarza. Przejrzałam więc komentarze z czterech ostatnich miesięcy, niestety nie trafiłam na Pana tekst. Może chodziło o inny blog i nastąpiła pomyłka?
  • Gość: [Robert] *.bb.online.no Nie, to nie pomyłka pani Anno 😉
    Pisałem wcześniej w kwestii Tenczynka pod pani wpisem Mój Tenczynek.
    Proszę zaglądnąć.
    Pozdrawiam
    Robert
    http://annablog.blox.pl/2017/07/Moj-Tenczynek.html?utm_source=newsletter_blox&utm_source=powiadomienia&utm_medium=AutopromoPow&utm_content=Blox_Blox–subskrypcja-newslettera-o-komentarzach&utm_campaign=Blox_pow
  • annazadroza Robert:-) Zaglądnęłam i znalazłam. Oj, przepraszam, taka gapa ze mnie, że nie znalazłam wcześniej. I dziękuję:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Tajemnica Adasia”2

Rano, zaraz po śniadaniu, tatuś zawiózł babcię Izę do pracy, sam pojechał do swojej a mamusia układała coś w kredensie koło kominka. Misia stanęła na schodkach prowadzących z tarasu do ogródka zdziwiona przestrzenią, jaka ukazała się jej kocim oczom. Dzieci wyszły zaraz za kotką uważnie obserwując krzaki za ogrodzeniem. Był spokój, nic się nie działo. Antoś zauważył chłopca, który wczoraj rzucał w nich kamieniami. Siedział na schodkach swojego tarasu. Zobaczył ich. Wyraz złości pojawił się na jego buzi. Wykrzywił się i wysunął język na całą długość w stronę rodzeństwa.

– Krowa ma dłuższy i się nie chwali – skwitował Antek.

Dzielił ich tylko płot z siatki. Z bliska zobaczyli, że jest dużo mniejszy od nich, drobny, szczupły i bardzo blady, chociaż od dwóch tygodni wciąż świeciło słońce. Bliźnięta uważały się za poważną młodzież, przecież właśnie ukończyły pierwszą klasę. Po wakacjach nie będą już najmłodsze w szkole a to do czegoś zobowiązuje.

-Ty, mały, nie gorączkuj się – spojrzał Antek z góry na sąsiada.

Chłopczyk zaczął coś wykrzykiwać.

-Czemu się tak drzesz? Nie możesz normalnie powiedzieć o co ci chodzi? My tu mieszkamy od wczoraj a ty? – Klara próbowała nawiązać kontakt i jakoś rozładować sytuację, nie lubiła konfliktów.

Z okna sąsiedniego domu dało się słyszeć wołanie.

– Adasiu, przyjdź do mnie syneczku!

Chłopczyk odwrócił się do nich tyłem, postał chwilę, po czym wrócił na miejsce, w którym poprzednio siedział, czyli na schody tarasu i łapczywie pił wodę mineralną wprost ze stojącej tam butelki ignorując wołanie mamy. Po chwili mama stanęła koło Adasia.

– Synku, co się dzieje? Źle się czujesz?

Próbowała chłopca przytulić ale wyrwał się i uciekł w kąt ogródka. Zanim mama do niego podeszła uderzył się pięścią w głowę. Zaskoczone dziwnym zachowaniem Adasia rodzeństwo stało bez ruchu wpatrzone w scenę rozgrywającą się za płotem. Mama chwyciła chłopca za szczupłą rączkę

– Adasiu, mam twoją ulubioną czekoladkę, proszę, zjedz koniecznie kawałek – podała dziecku rozpakowany po drodze przysmak.

Po chwili chłopiec zaczął się uspokajać.

– Żeby tak nasza mamusia biegała za nami z czekoladą – rozmarzył się Antoś. – Może trzeba się zachowywać jak ten cały Adaś?

-Coś ty! Mamusi byłoby przykro – dojrzale zauważyła Klarusia.

Mina Antosia świadczyła, że nie został przez siostrę przekonany i przy najbliższej okazji postara się wypróbować zaobserwowany właśnie sposób zdobycia dodatkowej porcji słodyczy.

Czas do obiadu minął na układaniu przez każde z dzieci swoich rzeczy w pokojach. U Klarusi książki stanęły równiutko na półeczkach, lalki obok lalek, maskotki razem na komódce, żeby się mogły bawić same ze sobą kiedy właścicielki nie ma w pokoju. Na tapczanie rozłożył się olbrzymi Bacuś, pies bernardyn, maskotka – gigant przywieziona przez babcię ze Szczawnicy.

Z pokoju Antosia słychać było stukanie, szuranie i jakieś łomoty. Klara nie zwracała na to uwagi wiedząc, że brat bawi się w majsterkowicza przybijając gwoździe do deski przyniesionej zza płotu. Cóż, każdy ma inne upodobania.

Kątem oka Klara zobaczyła jakiś ruch w ogródku Adasia. Zbliżyła się do okna i stanęła tak, aby lepiej mogła widzieć sama nie będą widoczną. Malec rozejrzał się i upewniony, że nikogo nie ma w pobliżu, podkradł się do ogrodzenia graniczącego z krzakami, w których wieczorem coś szeleściło. Dziewczynka zamarła z wrażenia. Z gęstwiny wychylił łeb piesek, czujnie się rozejrzał, po czym pomalutku podszedł do Adasia. Był biały w brązowe łatki, wyglądał zupełnie jak jej Bacuś, góralska maskotka! Adaś dał mu coś do zjedzenia, piesek szybko przełknął, machnął ogonem i polizał chłopca po ręce.

Tymczasem Antek rzucił narzędzia z hukiem na podłogę i z krzykiem zbiegł po schodach do kuchni.

– Ja chcę czekoladę! Jestem głodny!

– Antku, co to za krzyki? – spojrzała mamusia. – Obiad będzie niedługo a słodycze dostaniesz na deser po obiedzie.

– Ale ja chcę teraz – wrzeszczał Antoś i uderzył się piąstką w głowę jak Adaś.

– O, to coś nowego – mamusia podeszła, mocno chwyciła synka za rękę. – W tej chwili proszę iść do swojego pokoju i uspokoić się. Masz tam zostać dopóki cię nie poproszę na obiad albo zapomnij o deserze.

Nie udało mu się wyrwać z żelaznego uścisku drobnej, delikatnej mamy Agatki. Pomyślał o niej z uznaniem, a w ogóle zrobiło mu się głupio. Poszedł na górę. Tam siostra zbeształa go za nierozsądne zachowanie. Wyjrzała przez okno i zobaczyła bardzo smutnego Adasia siedzącego nieruchomo, zapatrzonego w miejsce, na którym przedtem siedział piesek nazwany przez nią Bacusiem.

– Przez twoje durne wrzaski Bacuś zniknął, wystraszyłeś go – skarciła brata.

Antek spojrzał na maskotkę leżącą na tapczanie siostry.

– Przecież leży – wzruszył ramionami nie rozumiejąc o co siostrze chodzi.

– Och, ci chłopcy – machnęła ręką i pobiegła do ogródka.

Stanęła obok Adasia po swojej stronie płotu. Nie spojrzał na nią ale cicho zaczął mówić.

– Nie ma go. Boi się hałasu. Musiał się schować, żeby mu ktoś nie zrobił krzywdy. Ale ja go znajdę, ucieknę z nim, nikt nas nie znajdzie i będziemy zawsze razem.

Klara, wiedziona wrodzoną kobiecą intuicją, usiadła na trawie i oparła czoło na siatce.

– Widziałam cię z Bacusiem przez okno. Ja mam maskotkę, wygląda tak samo jak ten piesek, który był koło ciebie, ma na imię Bacuś, dlatego tak nazwałam twojego – powiedziała cichym głosem słyszanym tylko przez Adasia i może przez łaciate uszka w krzakach.

– Ładnie: Bacuś. Ja go bardzo kocham ale rodzice nie pozwolili mi go wziąć do domu – poskarżył się nabierając zaufania do dziewczynki. – Tata powiedział, że wystarczająco dużo problemów mają z dzieckiem, niepotrzebny im jeszcze pies.

-Tak do ciebie powiedział? – Klarusia nie była w stanie sobie wyobrazić, że jej rodzice mogliby coś takiego powiedzieć. Przecież przygarnęli Misię w ich ciasnym mieszkanku na warszawskiej Woli. Zrobiło jej się bardzo smutno i ogromnie żal małego Adasia.

– Nie, nie do mnie. Nie wiedział, że stoję pod oknem i słyszę.

– A skąd się Bacuś tutaj wziął? – spytała wkładając rękę przez dziurkę w siatce i gładząc delikatnie chudą rączkę chłopczyka.

-Nie wiem, ale jest zupełnie sam, tak jak ja.

– Przecież masz rodziców Adasiu, to nie jesteś sam.

. – Ale oni nie maja czasu bawić się ze mną. A ja nie lubię tych różnych opiekunek, które przychodziły. I nie chce mi się samemu bawić tymi wszystkimi rzeczami, które mam w pokoju. Ciągle jest mi smutno.

– Możemy się bawić razem, chcesz? My z Antkiem nigdy się nie nudzimy.

– Bardzo bym chciał, cieszyłem się, że obok mnie zamieszkają dzieci i będę miał kolegów.

– Ale dlaczego rzucałeś w nas wczoraj kamieniami?

– Bo wystraszyliście pieska, a ja nie potrafię się uspokoić jak mnie choroba napadnie i było mi smutno, że on musiał się schować..

– Teraz już nie będzie się chował, bo się wszyscy zaprzyjaźnimy.

– Naprawdę? – spojrzał rozjaśnionym wzrokiem na Klarusię.

– Jasne. A potem przekonamy naszych rodziców, żeby pozwolili go wziąć do domu jak Miśkę. Potem zrobimy większą dziurę w siatce i będziesz mógł u nas się z nim bawić. Nikt nie zauważy.

– Prawda Antku? – zwróciła się do brata, który niepostrzeżenie wymknął się z pokoju mimo zakazu. Nie mógł wytrzymać z ciekawości, choć dobrze wiedział, że bezkarnie nie wolno łamać poleceń mamusi.

– Pewnie – Antek słuchał rozmowy stojąc z tyłu, teraz zbliżył się do siostry. – A ty chodzisz do szkoły? – zwrócił się do Adasia.

– Tak, po wakacjach pójdę do drugiej klasy – odrzekł Adaś.

– My też – równocześnie powiedziały bliźniaki.

– Super! – ucieszył się Adaś.

– Tylko… – Antek niepewnie spojrzał na siostrę i sąsiada, – myślałem, że jeszcze nie chodzisz do szkoły…

– Wiem, bo jestem mniejszy i chudy – powiedział chłopczyk. – To przez tę chorobę, chociaż ciągle chce mi się jeść i pić. A jak mnie napadnie to potem mnie wszystko boli i prawie nie mogę się ruszać.

– A co to za choroba? Jak ona cię napada? – zapytała Klarusia.

– To cukrzyca. Różnie. Robi mi się zimno ale się pocę. Mam złe myśli, bardzo dużo i wszystkie jednocześnie, mroczki mi latają przed oczami i coś się we mnie trzęsie. Dopiero niedawno mnie zbadali i okazało się co to jest.

Adasiu, a dlaczego twoja mama goniła cię z czekoladą?

– Bo jak się tak zachowuję, to znaczy, że spadł mi poziom cukru. A ja nad tym nie panuję i nie potrafię się uspokoić, sam nie wiem co się ze mną dzieje.

– Widzisz co zrobiłeś? – huknęła siostra na Antka. – Teraz idź do naszej mamy i ją przeproś.

Antoś spuścił głowę zawstydzony.

– Yhy – mruknął pod nosem.

– Dzieci! – rozległo się wołanie mamy Agatki . – Obiad!

Antoś westchnął ciężko na myśl o czekającej go perspektywie przeproszenia mamusi i wytłumaczenia swojego zachowania w związku z czekoladą. Oraz  jeszcze tego, że wyszedł z pokoju, chociaż miał tam siedzieć do obiadu… Ale przecież musiał pójść za siostrą kiedy przez okno zobaczył, że rozmawia z Adasiem i gładzi go po ręce! Po prostu musiał!

Siostra przyszła mu z pomocą i wspólnie wyjaśniali mamie zawiłości sytuacji tak długo i z takim zapałem, aż niczego pojąć nie była w stanie.

– Kto jest chory? Rodzice Adasia nie chcą wpuścić do domu własnego dziecka? Jak to zginął? Kto? Bacuś? Bacuś leży na twoim tapczanie córeczko. Jaki drugi? Litości! Dobrze, dam wam jedzenie dla psa, tylko zacznijcie od początku, bo już niczego nie rozumiem.

Zaczęli od wczorajszego ducha w krzakach….

26.10.2018

  • 45gogula No więc tak. Po przeczytaniu drugiej części mam taką uwagę…. podoba mia się zdecydowanie.
  • ciotkaeliza Ładne opowiadanie.
  • kobietawbarwachjesieni Pięknie piszesz swoje opowiadania.
  • aga-joz Aniu, bardzo ciekawe, czekam niecierpliwie na ciąg dalszy
  • urszula97 Piękne, i życiowe będzie.
  • emma_b po raz kolejny czytając Twój tekst myślę, jak wiele jest w Tobie ciepła i optymizmu…
  • annazadroza Gosiu:-) Potrafisz stopniować napięcie;) Cieszę się ogromnie:)))
  • annazadroza Elizo:-) Dziękuję pięknie:)))
  • annazadroza Maryniu:-) Baaardzo serdecznie Cię ściskam i przytulam:)))
  • annazadroza Ago:-) Mówiąc szczerze trochę się Ciebie obawiam, to znaczy Twej opinii, bo to takie dyrdymałkowe jest, mało wiedzy miałam na temat. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji dopóki się od Ciebie nie dowiedziałam jak wygląda prawdziwe życie ze słodkim dzieckiem w domu. Dla mnie jesteś bohaterką.
  • annazadroza Urszulko:-) Starałam się tylko zwrócić uwagę na problem. Dzieci najszybciej uczą się prawidłowych reakcji, zachowań i myślę, że warto to wykorzystać kiedy jest sposobność.
  • annazadroza Emmo:-) Za ciepło dziękuję, ale optymizm już chyba gdzieś mi drodze zginął i jakoś nie mogę go odnaleźć…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Powieści, Tajemnica Adasia | Dodaj komentarz

Kraków mam w sercu

Miałam włączony telewizor robiąc różne rzeczy w domu, słuchałam i chwilami patrzyłam. Była transmisja z przesłuchania premiera Tuska w charakterze świadka przed komisją śledczą. Nie mogłam się oderwać, czasem coś tak człowieka wciąga, że tylko głową może kręcić ze zdziwienia. Obserwowałam festiwal agresji, braku kultury, wręcz chamstwa, kłamstwa, do tego słowotok przepełniony jadem, zakrzykiwanie, wygłaszanie tekstów zawierających nieprawdziwe dane, insynuacje obrażające nie tylko obecnego świadka, wyłączanie Tuskowi mikrofonu w celu uniemożliwienia mu wypowiedzi jeśli brzmiała nie tak, jak chciano by usłyszeć. Przerywano świadkowi, nie pozwalano odpowiedzieć na pytania przez siebie zadawane lecz popisywano się
własną elokwencją. Jak zwykle – w przypadku przeważającej części komisji było gadanie bez sensu i napawanie się własnym głosem, próby manipulacji w celu wyprowadzenia świadka z równowagi, wygłaszanie tekstów nadających się na wiec, chyba przygotowanych na wypadek np. wygrania wyborów. I jeszcze – sceny niczym z kabaretu – dwaj panowie K. sprawiający wrażenie, jakby rzucali się w obronie rzekomo atakowanej
niedoszłej prezydent. Między innymi po to, by koniecznie się przypodobać prezesowi i podnieść w jego oczach swoje notowania. Przynajmniej tak to odebrałam, zresztą nie tylko ja.
I nie tylko ja zrozumiałam, że prokuratorzy, którzy wstrzymali odpowiednią reakcję ówczesnych władz na działania Amber Gold, dostali awanse jak tylko poseł zero zaczął rządzić. Inne osoby związane z tym też krzywdy nie doznały. Wyraźnie mieli oni wszyscy  za zadanie znalezienie haków na przewodniczącego Rady
Europejskiej, na słynną „winę Tuska”. Reakcja członków komisji była histeryczna, przerywanie wypowiedzi, zakrzykiwanie, wyłączanie mikrofonów nawet ekspertom mającym za stronę prawną odpowiadać… żenada.
Zachowanie takie jest odpowiedzią na pytanie dlaczego niektórym zaczynają się otwierać oczy. Są granice, poza którą ludzie nie dają sobie robić wody z mózgu. Wreszcie widzą, kto kłamie jak tylko buzię otworzy. I wiemy w jakim procencie, bo każdy sądzi według siebie. Poseł Brejza usłyszał, że prawdę mówi w 3%, a 97% stanowią kłamstwa. Kilka milionów ludzi też usłyszało i część z nich się zastanowiła kto tak naprawdę prawdę powie tylko jak się pomyli…
Osobiście zdecydowanie wolę ciepłą wodę w kranie od brunatnych ulic. Dziękuję Krakowianom, że nie wybrali Wassermanówny na prezydenta. Kocham Kraków, mam go w sercu, w końcu stamtąd mój ród:)))
A dziś najpiękniejszą rzeczą jaką zobaczyłam był krzak pozbawiony liści przez wiatr, ubrany za to w mnóstwo  kropelek zwieszających się z każdej gałązki i migocących w słońcu. Prześliczny obrazek. Niech pozostanie ze mną na dłużej zacierając w pamięci wczorajsze obrazy wykrzywionych nienawiścią twarzy.

6.11.2018

  • ninelnsg5 Rzeczywiście, sporo emocji wzbudzało to posiedzenie
    komisji. Wyłączyłam telewizor po kilkunastu minutach
    – zlitowałam się nad swoim zdrowiem (hm…)
  • e.urlik Przypominają się procesy AK-owców i innych, prowadzone przez stalinowskich władców Polski. Serio, takie mam skojarzenia. I tak jak ninelnsg5 nie mogłam tego oglądać.
  • Gość: [Obserwator] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Trafne uwagi.Jeszcze raz okazało się,że kłamstwo ma krótkie nogi.Pani Wasserman bezczelnie kłamała ,mówiąc,że w Krakowie nie zrobiono nic w walce ze smogiem,wzięła przykład ze swojego kolegi,też kłamcy Morawieckiego.który powiedział to samo wcześniej i został za to podany do sądu przez Prezydenta Majchrowskiego. Sąd uznał winę kłamczuszka i nakazał przeprosiny. Jak widać Krakowianie nie dali się nabrać i w wyborach pogonili Panią Wasserman. A jeśli chodzi o przesłuchanie Tuska przed komisją,to znowu okazało się kto ma klasę europejską a kto tej klasy nie posiada a wręcz ma maniery z epoki stalinizmu.
  • annazadroza Ninel:-) Twój organizm z pewnością podziękuje za uchronienie przed dużą dawką stresu. Mój nie, ale nie mogłam przestać, przynajmniej nie mam żadnych wątpliwości – nawet gdybym je miała – bo po takim przedstawieniu jest wszystko jasne.
    Pozdrawiam:)))
  • annazadroza Ewuś:-) Podobne skojarzenia ma wiele osób. Ja nie mogłam się oderwać, w sumie dobrze, bo w wybranych fragmentach pokazywanych potem, nie było widać co się naprawdę działo.
  • annazadroza Obserwator:-) Z notorycznym mijaniem się z prawdą jest tak, że wchodzi w krew i potem się kłamie czy trzeba czy nie, dla zasady. Mam wrażenie, że już inaczej nie potrafią, za daleko zabrnęli, ale nie cały naród jest ciemny i to widzi. A jeśli chodzi o skojarzenia z latami stalinizmu, to coraz więcej osób je ma. Ostatnie moje – pokazali w tv wysoki cokół pod pomnik prezesa, pardon, jego brata, co na jedno wychodzi. W ZSRR na każdym kroku były pomniki Stalina, Lenina wielkie jak mamuty. U nas już niedługo na każdym rogu będzie stało jedno oblicze w dwóch postaciach…
  • bognna Przesluchania nie moglam zobaczyc, ale moze to i dobrze?
    Z szacunku dla P. Tuska zycze mu, aby nie wracal do polskiej polityki. Zycze mu, aby pozostal, zyjac sobie spokojnie, w Brukseli. To piekne miasto, a codzienne zycie w Belgii jest naprawde dobre.
    Ale obawiam sie, ze to sa tylko moje nic nie znaczace zyczenia…
  • 45gogula Kraków jest mi obcy niestety, bo w sumie byłam tam 2 razy na wycieczkach szkolnych i jakoś tak nie pamiętam tego jako pasjonującego wspomnienia; co do pracy wspomnianej Komisji- przyznam szczerze, że oglądałam od A do Z bo było to naprawdę ciekawe przedstawienie; dołączę do tych, którzy uważają to za porażkę, bo moim zdaniem powtarzanie „proszę się nie denerwować” nie mogło w żadnym momencie spowodować, w oglądającym, wrażenie , że denerwuje się Ten do którego słowa były kierowane
  • emma_b coraz bardziej się cieszę, że nie oglądam telewizji, bo zwierzę polityczne jestem i wsiąkłabym na parę godzin w ten festiwal chamstwa, jakim było przesłuchanie Tuska. szkoda, że nie robisz zdjęć, ten krzaczek musiał być fantastyczny.
  • veanka Nie oglądałam poniedziałkowego cyrku, jestem na to za słaba psychicznie.
    Ale co nieco zrelacjonował mi Ślubny.
    I też wdzięczna jestem Krakusom, ze ich wybór w drugiej turze.
    Ogólnie jest mi po wynikach tej drugiej tury wyborów lżej na sercu.
  • annazadroza Bognno:-) Dla zdrowia na pewno dobrze, że nie oglądałaś. Nie musiałaś potem dochodzić do równowagi, bo jej nie straciłaś.
    Co do drugiej kwestii, myślę, że pan Tusk jest to „polityczne zwierzę” i świetnie się czuje w swojej roli. Na razie nie ujawnił się nikt inny, kto mógłby zająć jego miejsce i zaprezentować taką klasę.
  • annazadroza Gosiu:-) Ktoś skomentował, że Tusk przesłuchuje komisję – i tak to wyglądało. Jeśli oglądałaś to widziałaś wszystkie „sceny”. Potem pokazywano tylko wybrane fragmenty, już bez ” smaczków” – pokazu siły spokoju inteligentnego, kulturalnego człowieka nad uosobieniem przeciwieństwa znaczenia wymienionych słów…
  • annazadroza Emmo:-) Zrobić zdjęcie to małe piwo, ale opublikować…ojej…
    Oczywiście gdy z dwoma psiakami idę, nie da rady, muszę mieć oczy i uszy otwarte, żeby mi znów Skituś palca nie urwał, dopiero od dwóch dni chodzę bez opatrunku. Cudny był krzaczek:)
  • annazadroza Veanko:-) Też mi lżej. Jak dobrze słyszeć – np. w sklepie, w przychodni, w autobusie, że wielu osobom jest lżej:)
    Cyrk przeżywałam jeszcze długo, nawet ciśnienie mi podskoczyło, choć z natury mam niskie.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Miłego dnia:)))

Pierwszy dzień listopada to u nas święto dodatkowe, urodziny babci D. Tak jej wypadło, człowiek wpływu nie ma na to, kiedy się urodzi. Mały zadzwonił z życzeniami, nie miał kiedy wpaść, dopiero wieczorem wrócił do domu. Najważniejszy gość – właściwie gościówa:) – przybyła, raczej została przywieziona. Oczywiście mówię o Calineczce:))) Ponieważ Średnia spała u nas, malutka z radością się z nią witała. Rozczula mnie, jak ona
się cieszy na widok siostry, jak łapki do niej wyciąga i gada po swojemu z uśmiechniętym pysiem. Był dobry obiad, był tort przywieziony przez dzieci (jaki dobry!!!), malutkiej smakowały ziemniaki ze szpinakiem oraz chłodnik jagodowy, jadła i paluszkiem pokazywała co chce mówiąc „daj mniam”:))) Skoro najważniejszej gościówie smakowało, znaczy – było dobre:)
Babcia D. była zadowolona, nawet podziękowała mi za zorganizowanie przyjęcia. Dobrze, że choć czasem coś sprawia jej przyjemność. W takich momentach zapominam o wszystkim co wyprawia na co dzień i wciąż mam nadzieję, że tak dobrze już zostanie, choć przecież wiem, że nie. Dziś z rana znów się wkurzyłam wewnętrznie, bo musiałam cały żółty worek śmieciowy, tzn. zawartość, wysypać na bruk i przebierać jak Kopciuszek, bo nawrzucała tam ziemi, liści i gałązek. Nie jest w stanie się nauczyć co gdzie wrzucić, choć wystarczy spojrzeć do środka, trzeba ją pilnować. Ale ona – w tym szaleństwie jest metoda – zawsze stara się coś zrobić gdy nas nie ma.
Z wczoraj dobra wiadomość taka, że w Piasecznie w drugiej turze aż 70% było przeciw pisowi. Różnica zasadnicza. I cieszę się, że mieszkańcy Krakowa okazali się lokalnymi patriotami, jak zazwyczaj, i zagłosowali za prof.Majchrowskim doceniając jego działania na rzecz rozwoju i rozkwitu miasta. Wygrywali też  inni kandydaci nie związani z partiami politycznymi. Jakaś nadzieja się rodzi, że niektórzy zaczynają widzieć dalej niż czubek własnego nosa i dostrzegli widmo polexitu z jednej strony a nadciągający cień putina z drugiej. Wybór należy do każdego z nas, gdzie chcemy być. Ja chcę żyć w Europie demokratycznej, kolorowej, różnorodnej, tolerancyjnej, w której jest miejsce dla każdego, w której można się „pięknie różnić” jak to ktoś powiedział. Nie chcę, by w moim kraju panował jeden kolor. Zbliżony do brunatnego. Więc cieszę się, że części rodaków otwierają się oczy na świat. Miłego dnia:)))

5.11.2018

  • kotimyszkot Przyda się trochę optymizmu.. Uśmiechy urodzinowe dla babci D. oraz miłego dnia i dla Ciebie 🙂
  • kuternoga85 sympatyczny wpis, pozdrawiam
  • annazadroza Myszokocie:-) Dziękuję w imieniu jubilatki, dostojnej zresztą, 86 lat:)))
  • annazadroza Kuternogo:-) Witam, dziękuję i zapraszam częściej w wolniejszej chwili:)
  • 45gogula Jak słucham powyborczych analiz to każda partia „wygrała” ale zobaczymy jak to będzie , mnie ogólnie również nastraja pozytywnie zwłaszcza sprężenie się ludzi bo frekwencja naprawdę fajnie wygląda; pozdrawiam serdecznie :))
  • urszula97 Spóxnione życzenia dla babci,zdrowia przede wszystkim.
    I u nas była II tura.Teraz młodzi są przy sterze,praktycznie wymieni się 90% UM,sitwa została odsunięta a oto chodziło.Prezydent i v-ce są bezpartyjni.
  • babciabezmohera Bardzo, bardzo się cieszę!!! :)) Coraz więcej nadziei!
    Zdrowia dla Jubilatki, siły i cierpliwości dla Was . 🙂
  • annazadroza Gosiu:-) Mnie cieszy, że ludzie potrafią się zmobilizować, skrzyknąć w swojej miejscowości wbrew malkontentom i coś dobrego zaproponować i nawet zrobić. Bez względu na jakieś partie albo i wbrew nim. W mojej kochanej Szczawnicy znów wygrał burmistrz spoza partii, który odmienił miasteczko nie do poznania. Mogę tak mówić, bo dzieje się to na moich oczach, odkąd tam 1-y raz pojechałam.
  • emma_b powtórzę za BBM: coraz więcej nadziei…
    spóźnione życzenia dla Dostojnej Jubilatki!
  • annazadroza Emmo:-) Dziękuję w imieniu babci D. :)))
    Nadzieję i ja mam na obudzenie się ze snu i zaprzestanie chocholego tańca…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Już 2 listopada

Rzeczywistość przerosła oczekiwania. W kwestii pogody, żeby nie było, iż w innej. Wieczorem w poniedziałek mgła się pojawiła gęsta, mleczna, cudnie wyglądająca podświetlona reflektorami samochodów i nielicznymi u nas reklamami. Latarnie – nowe – się nie włączyły nie wiadomo z jakiego powodu ale i tak było pięknie. Poszliśmy na wieczorny, udany spacer we mgle, przeszliśmy wzdłuż cmentarza. Lubię ten cmentarz, bardziej kojarzy mi się z parkiem, mnóstwo tu zieleni, wyjątkowo ładnych drzew, z których większość przetrwała remont szosy (jeszcze nie ukończony) tuż obok, utworzenie nowej nitki drogi, chodnika oraz ścieżki rowerowej. Część drzew wycięto, cmentarz ocalił rosnące za murem. Wszystkie przed murem zniknęły. Pocieszam się, że wzdłuż ścieżki rowerowej już odrastają, od korzeni chyba, „dzieci” rosnących tu wcześniej głównie dębów o niesamowicie dużych, pięknych, kolorowych liściach. Mam nadzieję, że jak rosną to już nikt im krzywdy nie zrobi i z tych małych chojaczków urosną piękne, silne dęby i będzie Dębowa Aleja.
Rano zaświeciło słońce i z chwili na chwilę robiło się coraz cieplej. Po południu na termometrze było 19 stopni. Wiatr szarpał czym mógł, ale był taki ciepły, że nie miałam mu tego za złe:)
Dziś też skorzystamy z ciepła i pójdziemy wspólnie na wieczorny spacer, wzdłuż cmentarza. Pali się już dużo lampek, światełka są symbolem pamięci, ale też łączenia się w myślach z Bliskimi po Drugiej Stronie Tęczy, czasem ktoś odnosi wrażenie bezpośredniej obecności… Takie to święto. Zamglone, zadumane, niby smutne a niosące nadzieję, łączące myśli ludzi w różnych zakątkach świata. Gdyby te wszystkie myśli wygenerowały jedno przesłanie do wszystkich ludzkich istot – o dobroć, miłość, tolerancję, o pokój i spokój…

Tak sobie tylko myślę…

A dziś już 2 listopada. Nie miałam czasu dla Lapcia. W środę pojechałam do Calineczki. Średnia wnusia ze swoją klasą i mamą w charakterze pomocy nauczycielki udały na wycieczkę, my z malutką zostałyśmy same i dobrze nam było. Jedynie do wypicia mleka nie udało mi się jej namówić, za nic na świecie. Co ona wyprawiała – odpychała łapkami butelkę, zaciskała usteczka tak, że ani kropli nie dało się wlać, kręciła główką, że nie, nie, nie a jak już nic nie pomogło, uderzyła w płacz. I cóż, babcia wymiękła. Soczek malutka piła, biszkopciki jadła chętnie więc babcia stwierdziła, że dziecko z głodu do obiadu nie padnie i po co się ma ona, babcia znaczy, źle Calineczce kojarzyć? I dobrze, bo się szkrabiątko cieszy, łapki wyciąga i śmieje się a nie naburmusza i ucieka od babci. Przecież dziadkowie są od kochania i rozpieszczania… co z tego, że to niepedagogiczne? Rodzice są od czego innego a dziadkowie inną rolę mają:)))
Później Duży odwiózł mnie i Średnią do nas. Moja nastolatka mogła wreszcie odpocząć, polenić się i wyspać do woli. Presja szkoły jest jednak tak silna, że mimo wszystko co chwilę nawiązywała do tego, czego jeszcze nie umie, ile po niedzieli ma kartkówek, sprawdzianów, tematów do przygotowania. Makabra. Przerywałam i odwracałam myśli w inną stronę. Oglądałyśmy wspólnie film, resztę oglądała sama, ale blisko i będąc w
kontakcie. A w halloween czyli w Dyniowe Święto otwierała drzwi (z odpowiednim makijażem zrobionym przez mamę) licznym grupom dzieciaków i rozdawaliśmy cukierki.
I tu znów mój komentarz do słów pełnych oburzenia, agresji i nienawiści skierowanych w stronę akceptujących ten zwyczaj. W dawnej Polsce święto dyni było, mój tata (rocznik 1926) jako chłopiec z innymi dziećmi biegał po Tenczynku z wydrążoną dynią, wewnątrz której paliły się świeczki, i jeszcze chłopcy prześcieradłami  owijali albo sami siebie, albo patyk na którym umieszczali dynię, tego nie pamiętam. Pamiętam, że babcia Karolina dała mu to prześcieradło, tak mówił i to jest fakt.
Więc niech nikt nie opowiada o sektach, działaniach antychrześcijańskich i temu podobnych głupotach. Nikt nikogo nie zmusza do brania udziału w przebierankach, nie ma obowiązku dawania cukierków. A ja nie widzę powodu, by dzieciom odmawiać odrobiny radości, której mają o wiele mniej niż powinno być w dzieciństwie.

2.11.2018

  • kotimyszkot Też rozdawaliśmy cukierki i frajda była obustronna 🙂
    Listopad przyszedł nie wiadomo kiedy i ani się obejrzymy, a już Święta będą..Niezmiennie mnie zadziwia tempo upływu czasu. Miłego weekendu 🙂
  • veanka Też nie widzę nic złego w tym, ze w halloween dzieci się bawią w przebieranki i biegają z dynią.
    Jednego dnia mogą się bawić a drugiego można iść na groby a później w zadumie posłuchać wspomnień starszych z rodziny.
    Ja jako dziecko bardzo lubiłam słuchać tych wspominek przy rodzinnym stole 1 listopada. Moje dzieci też to lubiły…
  • 45gogula Pogoda przepiękna, naprawdę dawno na te dni było tak pięknie …i dobrze. Masz rację, że dziadkowie i rodzice to całkiem inna bajka w kwestii maleństw. Natomiast co do Helloween to jeśli chodzi o dzieci – dla mnie żaden problem, gorzej jak tę zabawę robią dorośli pijąc przy tym bez umiaru a na następny dzień „na groby” w stanie lekko wczorajszym.
    I coś prywatnie- nie wzięło mnie przeziębienie nawet bez drakońskiej dawki leków, to był sygnał na coś innego- ot taka dziwna przypadłość.
  • urszula97 Odnośnie przebierańców,zdania są podzielane ale nie muszą być tak okrutne,u siostry były trzy grupy i dostały cukierki,mój wnuk chodził ale to dzieci.Zgadzam się z komentującą jak sobie popiją to wtedy masakra.Odnośnie dyni to ja sobie przypominam wykopki ziemniaków,wtedy na skraju pola sadziło się dynie,było ich dużo bo i moda wtedy na nie była,wtedy pozwolono nam te straszydła rzeźbić w dyni i jakiś ogarek tam włożyć co by postraszyło.W szkołach robią tkz „Bale Wszystkich świętych”,właśnie ostatniego października.Twoja Calineczka słodka jak i mój Oluś.Kochane dzieciaczki.
  • babciabezmohera Dziś pogoda zupełnie niespacerowa, ale to podobno tylko jednodniowe załamanie…
  • emma_b jaka mądra ta Calineczka! według mnie mleko to jakieś koszmarne nieporozumienie i powinno zostać wreszcie zdelegalizowane.
  • annazadroza Myszokocie:-) I dobrze, dzieciakom należy się radość i zabawa. A czas nie płynie, ale pędzi do przodu przeraźliwie szybko. Za chwilę następny długi weekend a potem , masz rację, już Święta na horyzoncie. Buziaki:)))
  • annazadroza Veanko:-) Powinno być miejsca na wszystko – na zabawę, na zadumę, na wspomnienia. Zawsze lubiłam nastrój, płonące znicze, kwiaty i mgłę, która nieodparcie kojarzy mi się ze Świętem, z przygotowaniem do wizyty na cmentarzu w Tenczynku gdy byłam dzieckiem. Babcia i ciocia kupowały wcześniej piękne białe chryzantemy, stały na ganku zanim zanosiłyśmy je na groby. Takie obrazy zostały w duszy na zawsze.
  • annazadroza Gosiu:-) Takich „pachnących” przetrawionym alkoholem tłukłabym parasolką po durnych łbach…przepraszam, nie należy się wyrażać… Ale trafia mnie szlag na widok takich, zostawiających wszędzie puszki, butelki, brudy i inne ślady swojej bytności.
    Dobrze, że nie dałaś się przeziębieniu. Zdrówka życzę na każdym polu. Pozdrawiam Cię serdecznie:)))
  • annazadroza Urszulko:-) Jak widać, wszystko jest dobre, aby w ramach rozsądku i bez narzucania siłą innym własnego zdania i poglądów.
    A dzieciaczki, takie jak nasze maluszki, są najcudniejsze na świecie:)))
  • annazadroza BBM:-) Na szczęście jest ciepło, choć wilgotno. Przez trzy dni ma być ładnie. Ale straszą, że po 20-tym może śnieg spaść. Zobaczymy:)
  • annazadroza Emmo:-) Ja kocham mleko, żyć nie mogę bez mleka. Widocznie malutka ma inne zdanie w tej materii;)
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz