Pogoda wymarzona, oby jak najdłużej. Pamiętam taki październik ciepły, w południe wręcz upalny, do ostatniego dnia. Dopiero 1 listopada schowało się słońce, zrobiło się prawdziwie listopadowo. Utkwiły mi w pamięci tamte chwile bardzo dokładnie, ponieważ – już na studiach będąc – mogłam spędzić kilka dni w Opolu po ślubie kuzynki. Przed tą uroczystością poznałam świadka pana młodego, który na tę okoliczność przyleciał ze Stanów i zakochałam się bez pamięci;))) O matko, ale jak! Kiedy przyleciał rok później mój stan zakochania przeminął (on nic o owym stanie nie wiedział) i przegadaliśmy kilka ładnych godzin przy świetnej muzyce.
Czasem nawet nie wiemy, co ma wpływ na nasze losy. Gdyby kartka i list od niego przyszły w porę, nie wiadomo co byłoby dalej, jak potoczyłyby się moje losy. Dotarły do mnie – jak na filmie – prawie po roku, w woreczku foliowym z adnotacją, że przesyłka dotarła w stanie uszkodzonym. Cóż, korespondencja ze Stanów była skrupulatnie badana. Ale – widocznie był mi pisany inny scenariusz na życie i musiał się zrealizować. Tak mi się wspomnienia nasunęły w związku piękną, złotą jesienią:))) Swoją drogą dobrze, że człowiek ma co wspominać:)))
Tak piękną aurę chciałam wykorzystać jak najbardziej, więc usiadłam na krzesełku chcąc trochę wygrzać się w słoneczku i jeszcze vit.D uzbierać na zapas;)
Urok jesieni przemówił do mnie.
Lecz co to? Patrzę niezbyt przytomnie,
bo urok ów wnet mi ktoś zakłóca.
Sąsiad przez okno! On mi narzuca
słuchanie swego telewizora!
Żebym chociaż słyszała gwiazdora
co opowiada przyjemnym głosem,
toż bym nic a nic nie kręciła nosem,
lecz nie, zupełnie coś odwrotnego…
ni głos, ni treść…to…no…ten…tego…
Już ja się tego dość nasłuchałam!
Więc się czym prędzej w domu schowałam.
„I to by było na tyle” :)))
10.10.2018
kolewoczy A włącz mu ze swojego okna arię belcanto, może posłucha 😉
kotimyszkot Czasem jedno zdarzenie zmienia bieg życia 🙂 Czasem są to lata zdarzeń. Niedawno usłyszałam pytanie, że bez względu na to czy dzieje się dobrze, czy źle „może wszystko jest tak, jak powinno być?” I chyba tak właśnie jest..
45gogula No właśnie, ciekawie jakby się losy potoczyły. Ja też korzystam z pięknej pogody, ale …zasuwam w ogrodzie o ile mam siłę.
e.urlik Ja miałam tak z pewnym Francuzem, przyjechał w ramach wymiany studenckiej, czy coś. To był. jak mówią Francuzi „coup de foudre”, czyli miłość od pierwszego wejrzenia. Byłam chora ze smutku, kiedy wyjechał. Przyjechał po roku, bo nie mógł zapomnieć, a ja idiotka nie puściłam w trąbę tego, z którym byłam taka nieszczęśliwa przez 10 lat… Eh, gdybym ja wtedy ten rozum miała… :-))) Ania, co te baby mają czasem pod kopułą, to się nie mieści!
emma_b czy Ty przypadkiem tego wątku z własnej biografii nie spożytkowałaś w Matyldzie?:)
urszula97 Wypada zadać pytanie,co by było gdyby można było cofnąć czas?
Napisane pięknie.
annazadroza Kolewoczy:-) Nie bardzo mogę, bo czasem Babcia D. puszcza na cały regulator tv kiedy nas nie ma, albo zanim się zorientujemy. Jak zapomni aparat słuchowy założyć, to … ojejku…
annazadroza Ania z ogłoszenia:-))) Może to był rewanż? Dlatego grzecznie się schowałam:)
annazadroza Myszokocie:-) Na pewno tak jest. Nawet jeśli się buntujemy przeciw pewnym sytuacjom, rozwiązaniom – okazuje się z czasem, że było to dla nas najlepsze.
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Gogulko:-) Tak miało być jak jest, najwyraźniej musiałam przeżyć to wszystko, co już za mną. Kiedy patrzę z dystansem – we wszystkim był sens. Ale wciąż jeszcze mam mnóstwo do nauczenia się, bo czasem nie mogę przezwyciężyć swoich wad, oporu itd., jednym słowem – nie odrobiłam jeszcze lekcji:)))
annazadroza Ewuniu:-) Jest jak miało być, na pewno. Jakbyś wtedy poleciała za Francuzem – być może jeszcze szybciej byś wracała, kto to może wiedzieć? Musiałaś dojść do punktu, w którym jesteś, bez względu jaką drogą miałabyś iść. A masz wymarzony domek i PiW, oraz Pana Psa i resztę:))) I mnóstwo pomysłów. A ile do sprzątania;)))
annazadroza Emmo:-) Matylda jest taka stara, że ja nie pamiętam co miałam wtedy na myśli;)))
annazadroza Urszulko:-) Wiesz co? Nieraz myślałam, że nic bym nie zmieniała w przeszłości, choć naprawdę lekko nie było. Zrobiłabym tylko prawo jazdy, nauczyłabym się języków i ćwiczyła asertywność. A najważniejsze – więcej czasu spędzałabym z dziećmi olewając pracę.
Wczoraj i dzisiaj – aż do tej pory – spędziłam upojne godziny z Tadeuszem Soplicą, jego rodziną, sąsiadami tudzież całą resztą przewijającą się przez poemat. Teraz powinnam się uraczyć Soplicą, dla wytchnienia. Epopeja mnie nie zmęczyła, w żadnym razie, zmęczyłam się myśleniem 😉 i wyszukiwaniem odpowiednich fragmentów, żeby choć trochę ulżyć wnuczce. Jest tak zmęczona, że nie miała siły porządnego obiadu zjeść, poleżała tylko trochę, żeby rozprostować kręgosłup. Nawet nie zdrzemnęła się ze strachu, że nie zdąży czegoś zrobić. Całe szczęście, że materiałów sporo w domu mam. Żal mi tylko przeogromny, że do tylu świetnych książek nie mam już dostępu z tego powodu, że wspaniały księgozbiór został zniszczony przez ludzi, których najgorszymi epitetami nazywam w myślach i życzę im odpowiedniej za to zapłaty od losu.
Ale idźmy dalej. O epopei Mickiewicza wiele tomów napisano, rozebrano na kawałki, cząsteczki, atomy prawie, a ona dalej zachwyca i pobudza wyobraźnię do życia:) Tylko – w VIII klasie, gdy dzieci na oczy nie widzą ze zmęczenia, mała korzyść z czytania będzie. Raczej sposób rozliczania z odrobionych lekcji wzbudzi niechęć do utworu, jak każdy przymus. Jego urok, wartość, piękno można odnaleźć dopiero kiedy na spokojnie, bez przymusu czyta się dla przyjemności. O, jak ja na jabłoni u babci w ogródku:)))
Przy okazji sprawdziłam na sobie trafność obsady filmowej wersji – rewelacyjna. Podczas czytania jak żywe stawały mi przed oczyma postacie, jakby zeszły z ekranu. Jeden z egzemplarzy poematu, które mam w domu, jest pięknie wydany z przecudnymi ilustracjami Jana Marcina Szancera. I tak mi się zlały w duszy te dwa nakładające się obrazy – Szancer i Wajda. Ktoś może się puknie w czoło, ale cóż, niech się puka do woli. Cudny jest „Pan Tadeusz”. Naprawdę, nie bujam:)))
ps. Ale jakbym miała iść na randkę, to tylko z księdzem Robakiem, pardon, z Jackiem Soplicą;)))
9.10.2018
babciabezmohera Mam wrażenie, że Pan Tadeusz jest zbyt wcześnie zalecany dzieciom i sporo dzieciaków zniechęca się do tej lektury na całe lata.
kolewoczy Uwielbiam! Jest wspaniały, za każdymr azem, gdy sięgam, znajduję coś nowego, ilez dowcipu, humoru, chocby ten cały Wojski z packą na muchy, ale przecież najlepszy nożownik! To on wypuścił nóż z rękawa podczas burdy w zamku i tylko przytomność umysłu i sprawność fizyczna Gerwazego uchroniła Hrabiego przed precyzyjnym ciosem. Mickiewicz miał niesamowity dar dostrzegania i opisywania szczegółów ludzkich charakterów.
solankino Zgadzam się z Babcią bez mohera. Sama niewiele rozumiałam będąc w szkole podst. Przed czytaniem powinna odbyć się lekcja naświetlająca rys historyczny. Tymczasem kazano czytać więc się czytało bez entuzjazmu i często bez zrozumienia. Dlatego też na stare lata wracam do niektórych szkolnych lektur. Teraz moja ogólna wiedza jest szersza i rozumiem co czytam.
Kupiłam sobie piękne wydanie „Pana Tadeusza” z ilustracjami E.M. Andriollego i często mam tę lekturę w ręku. Taki sam egzemplarz dostał ode mnie w prezencie młodszy, już dorosły syn.
annazadroza BBM:-) Oczywiście, że tak. Samo czytanie wierszem zniechęca dzieciaki. Do tego słownictwo, którego nie rozumieją potęguje niechęć.
annazadroza Kolewoczy:-) Tak, wspaniały jest, (poemat znaczy), za każdym razem co innego wpadnie w oko:)
annazadroza Hanulko:-) Ja tak samo:) wyszło na to, że wszystkie mamy takie samo zdanie:)))
annazadroza Solankino:-) Teraz o tyle jest lepiej, że dzieci mogą obejrzeć film i będą wiedziały o co chodzi w poemacie. Powinno być jedno i drugie, one naprawdę nie rozumieją ówczesnego języka. Po obejrzeniu i wysłuchaniu aktorów – łatwiej skojarzą i złapią sens.
Piękne są ilustracje Andriollego, miałam w ręce egzemplarz z XiX wieku, robił wrażenie:)
45gogula Podpisuję się pod wcześniejszymi komentarzami, że ta lektura jest podawana dzieciom zbyt wcześnie. Przyznam, że sama w czasie szkoły nie przeczytałam „Pana Tadeusza” dopiero po latach, ale fenomen tego dzieła jest taki, że po 30 latach nadal pamiętam inwokację i inne fragmenty, których się wtedy uczyłam.
emma_b ja też lubię sobie czasem do poduszki PT poczytać, no i się zgadzam ze wszystkimi, co jest pewnym ewenementem:)
annazadroza Gogulko:-) Dziecko nie jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem całego tekstu w języku dla niego obcym tak naprawdę. Dlatego dobrze, że teraz pomaga im film w zrozumieniu sensu. Na czytanie przyjdzie czas, oczywiście dla tych, którzy nawyk czytania wyniosą z domu.
annazadroza Emmo:-) Miło pomyśleć, że są punkty, w których wszyscy się zgadzają, prawda? Dopóki komuś mądremu inaczej nie przyjdzie do głowy wyciąć pół tekstu, bo słów nie rozumie… już niedawno tak było:(((
Wczoraj, w niedzielę, miało miejsce niezwykle pozytywne zdarzenie. Pamiętacie rudego kota, który przyszedł za sąsiadami z ulicy i został w osiedlu? Martwiliśmy się z Mężem o niego, bo latem – to pół biedy, kiedy na zewnątrz jest ciepło – jedzenie i picie wystarczy, plus towarzystwo dzieci z całego osiedla. Jednak nasz klimat, niestety, nie sprzyja bezdomnym zwierzętom. Gdyby nie alergia Męża wzięlibyśmy go do domu, a tak – gucio, nie można. Kotuś wyraźnie udomowiony, przyjaźnie nastawiony do świata, ludzi i psów też. Chodził za dzieciakami, które go nosiły, głaskały, karmiły czym zaspokajały jego potrzebę towarzystwa, przychodził na „kici kici”.
Wczoraj z Mężem zrobiliśmy domek dla kota, stworzyliśmy „obiekt budowlany” niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju:))) Wykorzystaliśmy pudła tekturowe różnej wielkości, między ścianki włożyliśmy styropian, owinęliśmy folią, żeby zabezpieczyć przed wilgocią, wypełniliśmy środek aby było miękko i w miarę ciepło, i aby choć trochę chroniło przed zimnem. Skończywszy „twórczość budowlaną” poszliśmy z psami na baaardzo dłuuugi
spacer wykorzystując przepiękną złotą polską jesień, odkrywając przy okazji uroki nowej trasy. Przeszliśmy z Piaseczna przez Chylice, Chyliczki i wróciliśmy do Piaseczna. Było cudownie, jak na wakacjach:))) Słońce, lekki wiaterek, liście jeszcze na drzewach ale już przepięknie wybarwione, nitki babiego lata migocące podczas lotu w słońcu – słowem kwintesencja uroku jesieni.
Wychodząc z domu widzieliśmy rudego kotusia leżącego w słoneczku obok grupki bawiących się dzieciaków. Ledwo wróciliśmy z wyprawy zadzwonił Duży. Nadmienić muszę, iż moje dziecko zrobiło kotusiowi twarzowe zdjęcie :))) i opublikowało gdzieś tam w sieci. I właśnie odezwała się pani, która rozpoznała kota!
Zadzwoniła do mnie, że jedzie, a ja ruszyłam na poszukiwanie, bo kotusia na ten moment wcięło, nie ma, zniknął, zdematerializował się. Chodziłam po osiedlu, „kiciałam”, zaglądałam w kąty – nic. Poprosiłam dzieciaki, żeby włączyły się w poszukiwania.
Kot się znalazł i dopiero się zaczęło. Dzieci w płacz, szczególnie jedna z dziewczynek tonęła we łzach, co udzieliło się kilku pozostałym, nawet tym, które mówiły, że nie lubią kotów. Tak więc w uliczce zrobiło się zbiorowisko ludzi i ludzików dwojakiego rodzaju. Jedno rozpaczająco-szlochające, drugie – próbujące temu pierwszemu wytłumaczyć, że kot to nie zabawka, której się można z domu pozbyć kiedy się znudzi lub zacznie
przeszkadzać.
Okazało się, że kotuś mieszkał na stałe w klinice weterynaryjnej w Łazach, witał gości w recepcji :))) i najbardziej prawdopodobna wersja brzmi, że wskoczył do jakiegoś samochodu, i nie zauważony dojechał aż do nas. Myślę, że gdyby trafił do auta jakiegoś zwierzaczkowego pacjenta kliniki, na pewno zostałby odwieziony z powrotem. Jeśli jednak wskoczył do jakiegoś kuriera – a to nie zawsze są mili ludzie – ten go po prostu wyrzucił z auta. To by tłumaczyło jego zachowanie w chwili, gdy sąsiedzi znaleźli go na ulicy. Panie z kliniki nie miałyby nic przeciw adopcji kota, ale musiałaby to być prawdziwa, odpowiedzialna i pełna adopcja, z wypełnieniem dokumentów i możliwością kontroli warunków w jakich kot żyje.
Niestety, taka adopcja w wypadku rodziny rozpaczającej dziewczynki nie wchodziła w rachubę. Tym sposobem mimo rzęsistych łez kotuś odjechał do swojego domu. Panie weterynarki tłumaczyły dzieciom, że mogą przyjeżdżać w odwiedziny, mogą adoptować kotki, bo jest ich dużo czekających na własny dom i rodzinę, ale muszą rodzice wziąć za kotka pełną odpowiedzialność. Z kolei ja starałam się dzieciakom włożyć do główek, że są w osiedlu inne koty, którym potrzebna jest pomoc i opieka. Na początku wakacji pojawił się np. białobury kotek, albo bardzo młody, albo miniaturka i jest całkiem sam.
Nawiasem mówiąc u nas są na stałe wystawione miseczki z karmą, więc mam nadzieję, że ten mały – skoro często wygrzewa się na słońcu leżąc w naszych krzakach – da się z czasem obłaskawić na tyle, żeby mu pokazać nowy domek i możliwość korzystania ze schronienia.
Klinika nazywa się Redline, zobaczyć można ją na stronie – redwet.pl
8.10.2018
hanula1950 A to ci historia.
Rudy wędrownik.
Moja kicia była w sobotę na obcinaniu pazurków.
Ganiałam ją po całym mieszkaniu, żeby umieścić w transporterku. Niestety, nie udało się.
Koteczka za to weszła bez problemów do torby, ale po drodze do lecznicy strasznie płakała. Miaukom nie było końca.
urszula97 Super że się właściciel znalazł mimo że kotek miał piękny domek.Jak ktoś chce adoptować kotka to zawsze znajdzie,ludziom się koty kocą i się ogłaszają na FB (np.bratowa synowej,też bezpański kot jej się okocił w stodole),kocięta się rozeszły no i schroniska,tylko chcieć i mieć warunki.
kotimyszkot Opowieść jak z książki.. Życie (to kocie też) pisze najlepsze scenariusze 🙂
e.urlik Aniu, gratuluję pracy „u podstaw”. Może teraz jeszcze nie będzie efektów, ale wierzę, że w przyszłości te dzieciaki postąpią odpowiedzialnie i przekażą dalej to, co im wcisnęłaś do głów. I to jest następne dobre zakończenie :-))
ciotkaeliza Opowiadanie jak z bajki, dobrze że tak się szczęśliwie skończyło. Dzieci mogą sobie obłaskawić i wychować innego kotka na osiedlu, takich pewnie nigdy nie zabraknie.
annazadroza Hanulko:-) Na stronie kliniki jest zdjęcie kotusia. Tylko – on ma brzydkie imię, bo trafił do nich kiedyś w strasznym stanie, cały sparszywiały i ma na imię Parszywek, co nie przeszkadza mu być pięknym kotem. Myślę,że imię jest mu obojętne:)
Wyobrażam sobie Twoją kicię uciekającą przed transporterkiem. Moje koty nosiłam w plecaku któregoś z chłopaków. Łepetynka wystawała na zewnątrz, a suwak był dopięty na ile się dało i trzymany, żeby się nie rozsunął. Kot był przytulany i słuchał, że jest cudowny, kochany i ma się nie bać. No i w środku był miękki ręcznik.
annazadroza Urszulko:-) Koty najlepiej mieć dwa, wtedy się nie nudzą, mają swoje życie.
Pełno ich jest, wciąż nowe się rodzą, bo ludzie są kompletnie nieodpowiedzialni i na to pozwalają, a potem takie bidulki umierają z głodu, chłodu albo zamęczone przez podłych ludzi. Strasznie mi żal zwierzaków, bo one nie mają się przed ludźmi jak bronić.
annazadroza Gogulko:-) Oj tak, obieżyświat mimo woli:)
annazadroza Myszokocie:-) Najlepsze jest zakończenie, szczęśliwe oby zawsze było, jak to w bajkach:)
annazadroza Ewciu:-) E tam, żadnej zasługi mojej nie ma. Jak z domu się nie wyniesie pewnych rzeczy to potem trudno je zrozumieć. Z całą pewnością wiem, i obserwuję wśród tych dzieciaków na podwórku, że te z nich, które mają zwierzaki i się z nimi wychowują, naprawdę są lepsze i bardziej odpowiedzialne od małego niż te, które nie mają.
annazadroza Elizo:-) Oczywiście, gdyby naprawdę się przejęły losem bezdomnych kotów, mogłyby im pomagać. Tym bardziej, że ich obecność chroni przed nieproszonymi gośćmi… Widziałam rozjechanego na ulicy szczura, brrr…
Strasznie żałuję, że nie mogę mieć kota w domu, ale cóż, mogę pomóc innym jak sobie na to pozwolą:)
Gość: [Łepski] 31.179.145.* A tu kotek już u siebie: kotek u siebie
emma_b ten Wasz domek na pewno komuś się przyda. ja też mam alergię na sierść kota, a tak bym chciała przygarnąć jakiegoś biedaka…nie rozumiem jak można kota nazwać Parszywkiem…
tessa37 Imie, jak imie, jak to w Romeo i Julia lecialo;) Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą,
Pod inną nazwą równieby pachniało:)
My mamy dwa rudzielce i tez maja kontrowersyjne (dla niektorych) imiona;) A sa kochane i rozpieszczane okrutnie:)
Historia piekna, jak z bajki, oby wiecej takich bylo, kazdemu zwierzakowi takiego szczescia zycze…
annazadroza Łepski:-) Kotka widziałam na stronie kliniki, ale tu nie mogę, bo nie jestem na fb. Każą się zalogować, czy coś. Dzięki w każdym razie, może inni obejrzą:)))
annazadroza Emmo:-) Domek jest i czeka. Ciekawe czy się nie rozleci po pierwszym silnym deszczu;) Staraliśmy się bardzo w każdym razie, intencja się powinna liczyć, chyba.
Brakuje mi kota w domu, bo miałam, ale cóż, siła wyższa. Karmę wystawiam w kąciku i zawsze ktoś się pożywi. Dla mnie kot czy pies to KTOŚ a nie COŚ.
annazadroza Tesso:-) Twoje rudzielce to szczęściarze, że mają kochającą rodzinę i dom. Także bym chciała, żeby jak najwięcej zwierzaczków tak miało, źle mówię, żeby wszystkie tak miały… i żeby ludzie byli dobrzy dla zwierząt i dla siebie też… No dobra, już nie bredzę, pozdrawiam:)))
Nadszedł wreszcie uroczysty dzień poprzedzony wieloma przygotowaniami i ustaleniami. Podstawowa była oczywiście sprawa miejsca zamieszkania obu młodych par.
– Głupi ma zawsze szczęście – oświadczyła Mira, kiedy okazało się, że mieszkające nad nią małżeństwo wyprowadza się do własnego mieszkania otrzymanego w spadku po ciotce staruszce opuszczając wynajmowany dotąd lokal. Miała oczywiście na myśli Matyldę.
Nick natychmiast skorzystał z okazji i podpisał umowę wynajmu na okres trzech lat płacąc z góry.
– Potem zobaczymy – powiedział. – Przecież moja żona musi mieć gdzie mieszkać i to w przyzwoitych warunkach do czasu ukończenia studiów. Poza tym znowu będziecie razem, pomożecie sobie, jak zawsze, w nauce i innych obowiązkach.
– Rozumiem – przerwała mu Mira. – Rozumiem, że Matylda ma mi pomóc w opiece nad dziećmi, a ja tobie w pilnowaniu Matyldy i jeszcze pewnie mi każesz odganiać sprzed drzwi niezliczonych adoratorów, kiedy ciebie nie będzie w pobliżu.
– No coś ty – oburzył się Nick. – Jakie pilnowanie? Ja mam bezgraniczne zaufanie do Matyldy.
– Tak? A dlaczego byłeś wściekły jak osa kiedy przyjechał w odwiedziny ten przystojniaczek z ASP? O mało cię cholera nie wzięła, kiedy moja przyjaciółka poszła z nim do ogrodu, bo przy tobie nie dało się rozmawiać.
– Zdawało ci się – mruknął Nick czerwieniąc się jak sztubak przyłapany na gorącym uczynku. – Czekałem na telefon w sprawie aparatury do kliniki. Wiesz, jakie to dla mnie ważne.
– Tra la la – zaśpiewała mu Mira do ucha. – Akurat ci uwierzę. Posłuchaj drogi Nikodemie, uwierz i zapamiętaj. Dopóki Matylda cię kocha możesz być absolutnie spokojny. Nie zawiedzie cię i nie zaistnieje dla niej nikt inny jako mężczyzna. Choćby stu najprzystojniejszych przystojniaków biegało za nią obsypując płatkami róż, złotem i klejnotami od stóp do głowy i na odwrót, nie spojrzy na żadnego. Ale jeśli ją skrzywdzisz i zranisz do tego stopnia, że miłość zgaśnie, a spróbuj tylko, to będziesz ze mną miał do czynienia – tu pogroziła palcem, – wtedy powie ci prawdę prosto w oczy i dopiero zacznie się rozglądać po świecie. A ty przestaniesz dla niej istnieć.
– Skąd wiesz?
– Bo znam ją lepiej niż ona samą siebie i daję za nią głowę – odpowiedziała poważnie Mira.
Druga młoda para miała zamieszkać w domku pani Marii do czasu, kiedy dom kupiony i wypatrzony przez narzeczonego nie zostanie dostosowany do nowych potrzeb i wymagań. Później rodzinny domek Matyldy miał się stać gniazdkiem jej i Nicka.
Sprawa zakupu aparatury medycznej za pieniądze uzyskane ze sprzedaży zawartości woreczków znalezionych w skrzyni była na dobrej drodze.
Młodzi wiele godzin spędzili na planowaniu wspólnej pracy spierając się, przekonując wzajemnie do swoich racji. Nick z podziwem zauważył, że Matylda intuicyjnie potrafi wybrać najlepsze wyjście z każdej sytuacji, a jej intuicja jest nieomylna i więcej nieraz znaczy niż jego wiedza i doświadczenie.
– Podobno dawno temu byliśmy jeden, jednością – powiedział kiedyś przy kolacji pan Jan. – Potem dwie połówki zostały rzucone na świat i teraz gonią po tym świecie jedna za drugą, żeby się znaleźć .
– Bzdury – machnął lekceważąco ręką Nick, gdy nagle stanął mu przed oczami obraz siebie samego wypatrującego z ukrycia czy Matylda wychodzi ze stołówki sama, a jak nie to z kim…jak wygląda, co robi.
Ogromną radość sprawił bliskim Staszek Bryła, ojczym Nicka i mąż pani Wandy zjeżdżając do domu dwa dni przed ślubem. Zdążył pozałatwiać wszystkie sprawy dotyczące firmy, którą miał prowadzić w kraju razem z Janem. Jak widać, sprawy układały się nad wyraz pomyślnie.
Ranek wstał ciepły choć bez śladu słońca. Matylda pomyślała, że perłowoszary dzień też jest piękny, niesie ze sobą obietnicę życia pełnego pracy, ale też i poczucia bezpieczeństwa, bez złudnego blasku mącącego zdrowy rozsądek. Otworzyła szeroko okno. Zapach poranka wpadł do pokoju i trącił suknię wiszącą na wieszaku, aż zadrżała z radości i lekko poruszyła falbankami. Była szczęśliwsza od innych ślubnych sukien, bo wiedziała, że nikt jej nie sprzeda, nie odda na poniewierkę, bo tu jest jej miejsce, na zawsze zostanie w rodzinie, założy ją córka Matyldy, potem wnuczka, prawnuczka…
Gdy panna młoda włożyła suknię, była piękniejsza od innych panien młodych i szczęśliwsza urodą i szczęściem sukni. Zadowolona przejrzała się w lustrze. Ujrzała dziewczynę wyglądającą jakby właśnie wyszła z ram starego portretu. Kremowa suknia fasonem podkreślała zgrabną figur Falbanki wykończone delikatną koronką dawały wrażenie lekkości i zwiewności, przez co wyglądała jakby nie stąpała po ziemi lecz frunęła tuż nad nią. Piękne włosy Matyldy rozjaśnione pasmami przez letnie słońce, którego nie brakowało podczas tych zwariowanych, pełnych niespodzianek wakacji, wspaniale harmonizowały ze strojem. Upięła je w okrągły kok na czubku głowy, wypuszczając luzem kilka wijących się, długich loków. Wzięła do ręki jedną herbacianą różę i była gotowa na spotkanie nowego życia. Jeszcze raz okręciła się przed lustrem z uśmiechem obserwując jak suknia tworzy wirujące koło i opuściła swój pokoik po raz ostatni jako panna.
W tym samym czasie druga panna młoda również opuściła swój pokój i matka z córką spotkały się przy schodkach.
– I nawzajem, kochanie – wzruszona patrzyła z zachwytem na swą jedyną córkę.
Pani Maria w eleganckiej, niebieskiej, długiej sukni, dopasowanej do figury, której mogła jej pozazdrościć niejedna dużo młodsza kobieta, wyglądała naprawdę uroczo. Przypadkowy obserwator niezorientowany w rodzinnych koligacjach z pewnością byłby przekonany, iż widzi dwie siostry wyjątkowej urody.
Ramię w ramię matka i córka zeszły do czekających oblubieńców. Zapanowała chwila ciszy, podczas której dwie pary zapatrzyły się w siebie nawzajem. Czy nie będziesz żałować wyboru? Nie pozwolisz uciec szczęściu? Czy mnie nie zawiedziesz? Czy potrafię spełnić twoje oczekiwania? O to pytały oczy. I czytały odpowiedź. Kocham cię, chcę być z tobą i przy tobie do ostatnich moich dni.
– Ruszcie się wreszcie! Matylda, Nick! Nikodem, słyszysz? Medytować możecie przez całą resztę życia, nikt wam nie zabroni, a teraz marsz do ołtarza!
Była to oczywiście Mira. Dziewczynki smacznie sobie spały w wózku pod okiem troskliwego taty, ona zaś nie mogła sobie odmówić przyjemności uściskania przyjaciółki po raz ostatni przed ślubem.
Przed bramą zatrzymały się dwie dorożki. Takie było życzenie Matyldy, nie chciała jechać samochodem. I to życzenie Nick spełnił. Obie pary udały się do Ratusza, do pięknej sali Urzędu Stanu Cywilnego, a potem do starego kościółka, w którym i Matylda i Nick byli chrzczeni. Ślubu udzielał staruszek, ksiądz z powołania, prawdziwy kapłan, który ostatnią koszulę gotów był dać potrzebującemu, nieść pomoc i pociechę bez względu na porę dnia czy nocy.
Wewnątrz kościółka nie mieściła się tak wielka ludzka ciżba, która się zebrała z okazji uroczystości. Przyjechali wesołym tłumem przyjaciele ze studiów, mnóstwo znajomych Nicka, odwiedzająca akurat Stary Kraj wycieczka polonusów z Trentom. Poza tym „ogromna masa tubylców” zjawiła się, by popatrzeć, jedni z przyjaźni, inni z ciekawości, aby mieć o czym rozmawiać w długie zimowe wieczory, kiedy już się nie chce oglądać telewizji.
– Rany koguta – szepnęła Matylda, – a ja chciałam mieć cichy, skromny ślub w małym, romantycznym kościółku, jedynie w obecności najbliższych.
Rozpoczęła się uroczysta ceremonia. Ciche dźwięki organów, piękny śpiewający głos, zapach kadzidła, przyćmione światło sączące się przez różnobarwne szybki witraży, drżące płomienie świec – wszystko to sprawiało, że poza Nickiem stojącym tuż obok przestał się liczyć cały świat. Czuli oboje, że są owymi połówkami jedności, które miały szczęście się odnaleźć i na nowo połączyć.
Po uroczystości rodzina i najbliżsi przyjaciele udali się do domu kupionego przez pana Jana. Tam, na parterze, przygotowano przyjęcie podczas którego brzęk szkła, stukanie sztućców o talerze, śmiechy, życzenia, szmer rozmów tworzyły sympatyczną, bo z życzliwości ludzkiej usnutą, całość. Wygłoszono wszystkie żarciki, jakie się ludziom przypominają przy takich okazjach, dawano rady pannom młodym co do sposobu postępowania z mężczyznami i na odwrót. Było rzucanie wiązanki pani Marii skomponowanej z malutkich różowych różyczek. Matylda zapowiedziała, że swojej róży nie odda nikomu. Starsi orzekli, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wróżą obu parom pracowitą lecz szczęśliwą przyszłość, a najmłodsze uczestniczki imprezy, czyli córeczki Miry i Marka, zgodnym chórem przyznały im rację.
– Nie myśl sobie, Matyldo, że stałaś się nietykalną matroną. Nigdy w życiu! Pamiętaj, że twoim dzieciom dokładnie opowiem historyjkę o Matyldzie, co nie chciała Nikodema – zapowiedziała Mira chichocząc jak zwykle. – I nie będę pytała o twoje zdanie w tej materii.
Matylda położyła głowę na ramieniu męża. Spoglądała na uśmiechniętą mamę, tryskającego szczęściem jej świeżo poślubionego małżonka, na szepczące do siebie panią Martę i panią Wandę zerkające co chwilę w ich stronę, wreszcie spojrzała Nickowi w oczy. Mocniej ją przytulił.
– Gorzko, gorzko – krzyczeli goście. – Gorzko obu parom.
Matylda wykorzystała moment zainteresowania zebranych drugą parą, bez słowa ujęła męża za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. Udało im się wymknąć niepostrzeżenie, zostawić rozbawione towarzystwo. Pobiegli do domu, gdzie biedny Bida rozszalał się z radości na ich widok. Został obdarowany najlepszymi kąskami z lodówki i poczuł się zupełnie szczęśliwy. Zeszli do ogrodu, by odpocząć chwilę od gwaru i hałasu. Przytuleni siedzieli w altance napawając się ciszą uroczego wieczoru.
– Słyszałaś co powiedziała Mira? – uśmiechnął się Nick do żony i do swoich myśli.
– Paplała bez przerwy – odpowiedziała Matylda. – Jak zresztą zawsze, trudno było nie słyszeć.
– Powiedziała, że opowie naszym dzieciom…
– Sami opowiemy – szeptem przerwała Matylda. – I to wcześniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
– Kochanie ty moje…
Nickowi zadrżały wargi. Spojrzał żonie w oczy z tak głębokim, ogromnym uczuciem, że nie odpowiedziała słowem. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej pełna ufności i miłości. On zaś do siebie przygarnął do siebie swoje szczęście i tak trwali.
koniec
5.10.2018
urszula97 Jaki koniec,ciąg dalszy poproszę,
Suuuuuuuuper,
emma_b i chyba nikt nie ma wątpliwości, że będą żyli razem długo i szczęśliwie:)
annazadroza Urszulko:-) Jestem uszczęśliwiona Twoim aplauzem:))) Można dopisać – I ja tam byłam, miód i wino piłam….
annazadroza Emmo:-) No przecież! Bajki nie mogą się inaczej kończyć:)))
Powód do radości i dumy jest – wreszcie – ogólnonarodowy. MISTRZOSTWO ŚWIATA osiągnięte przez naszych siatkarzy. Gdyby to byli piłkarze, szaleństwo trwałoby bez przerwy dłuższy czas. Siatka – to kultura podczas meczu, muzyka, doping sympatyczny i to odpowiada prawdziwym kibicom sportowym. I pomyśleć, że już drugi raz się tak zdarzyło, obronili przecież tytuł. Piłkarze nawet z grupy nie wyszli…
To słowa z przedwczoraj. Dziś powiem, że wczoraj byłam u Calineczki:) Jakież to śmieszne stworzonko:) Ruchliwa jest, nie usiedzi spokojnie, błyskawicznie przemieszcza się po pokoju i nie można spuścić jej z oka na sekundę. Gada po swojemu, próbuje przekazać swoje myśli, pokazuje łapką i nazywa przedmioty, albo wskazuje co chce i mówi „daj”. A jak tymi łapkami złapie za szyję i się przytuli – to już koniec świata, babcia się rozpływa jak lody w upale i zostaje tylko mokra plama:)))
O szkole Średniej wnuczki natomiast nic dobrego nie powiem, może zresztą nie tyle o samej szkole co o tych zmianach, tak „dobrych”, że dzieciaki po miesiącu nauki są zmordowane, wymęczone, mają po kilka kartkówek, sprawdzianów dziennie, uczą się mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, mają zdeformowane kręgosłupy od dźwigania potwornie ciężkich plecaków. Naprawdę nie wszystkich rodziców jest stać na podwójne komplety
podręczników (szkolny i domowy), nawet na plecak na kółkach, na pomoc w postaci korepetycji, nie wszyscy są w stanie pomagać w lekcjach. Zamiast choćby trochę więcej ruchu dzieciakom zafundować dla minimalnego zrekompensowania siedzenia na lekcjach i po lekcjach – funduje im się dwie lekcje religii w tygodniu. Uważam, że miejsce religii – z korzyścią dla samej religii i osób wierzących – jest w kościele, powrót do sal katechetycznych to najlepsze rozwiązanie i – co za tym idzie – wyprowadzenie religii ze szkoły. Tylko, obawiam się, że już nikt nigdy nie odważy się tego zrobić, bo przecież wiemy, że nie o żadną wiarę tu chodzi tylko o interesy, pieniądze i rząd dusz. A cierpią – jak zwykle – najsłabsi, czyli dzieci.
Jeszcze zanim wrzuciłam wpis zobaczyłam w tv, że dziś było głosowanie w sejmie nad odwołaniem pani minister „od szkoły”. Wynik łatwy do przewidzenia, zaskoczenia nie ma, a dzieci dalej żal.
3.10.2018
45gogula Oj tak, brawo dla Siatkarzy i wcale nie było och i ach przed turniejem i żadnych flag na balkonach i samochodach…a co do szkoły …to jeszcze eh nie użyłam:) Pozdrawiam.
kolewoczy Troche szkoda, że radość ze zwycięstwa siatkarzy tak szybko ulatuje, moze sami o to za mało dbamy, tka syzbko rezygnujac z celebrowania sukcesu; ja tma jeszcze powoli smakuję ich radośc, bo kibic ze mnie marny, ale doceniam ich „szaleństwo” 🙂
kotimyszkot Koleżanka odprowadza syna na autobus, żeby choć przez tą drogę ponieść za niego ciężki plecak. Ja z obawą myślę o szkolnej przyszłości syna, nie wiadomo jakie jeszcze „dobre zmiany” do tego czasu wprowadzą. Nacisk na naukę i stresy ogromne, a potem pracy brak.. Albo jak jest to pensja kiepska i kończy się wyjazdami za granicę i oglądaniem wnuków przez ekran. Ehh
Ale z siatkarzy duma trwa 🙂
veanka Niezbyt dużo wiem o „dobrej zmianie” w szkolnictwie, ale w przyszłym roku wnuczka idzie do szkoły to się, niestety, dowiem.
Jeżeli jest tak, jak w służbie zdrowia, to już się boję…
emma_b a ja mam nadzieję, że kiedyś w końcu tę religię wyprowadzą ze szkół…w ogóle ciężko bardzo być teraz uczniem, oczywiście nie tylko z powodu plecaka.
Gość: [hanula1950] *.static.chello.pl Z religią masz rację. Pamiętam jeszcze ze swoich czasów lekcje religii w kościele, a potem w szkole. W kościele było super. Ze szkoły czasami się uciekało.
babciabezmohera Moim dwom wnukom, niestety, nie udało się uciec przed deformą. Też jestem pełna obaw. Szkoda dzieci!
annazadroza Gogula:-) Nie wiem czemu piłka nożna jest po prostu na piedestale. Może dlatego, że strasznie wielka kasa za nią idzie i jest z różnymi dziwnymi postaciami powiązana?
Siatkarze SUPER!!!
annazadroza Kolewoczy:-) Ze mnie też marny kibic, ale cieszę się jak coś dobrego się wydarza. Niezwykle emocjonalne było komentowanie przez sprawozdawców meczu, wtedy spoglądałam na wyniki. Trochę tak jak z podkładanym śmiechem podczas seriali komediowych;)
annazadroza Myszokocie:-) Już teraz szykuj się na podwójne podręczniki, żeby synkowi ulżyć. Inaczej kręgosłup odmówi posłuszeństwa. Poza tym myślę, że ambicje (rodziców) schować należy głęboko i podchodzić zdroworozsądkowo do szkoły, stojąc po stronie dziecka. Obserwować jego zdolności i w tym kierunku naukę prowadzić, a reszta „o tyle o ile”, żeby problemów nie było, i bez przesady.
annazadroza Veanko:-) Współczuję wnuczce i rodzinie. Uważam, że „nie gnębić dziecka” to podstawowa zasada. No i bez pomocy się nie obejdzie zanim wnusia wejdzie w nowy dla siebie rytm, naukę, obowiązki. Kurczę, i to tak już na zawsze…
annazadroza Emmo:-) Obawiam się, że wątpię… jednakowoż…
annazadroza Hanulko:-) Tak zdrowiej by było, sfera sacrum powinna być oddzielona od profanum. Tak myślę.
annazadroza BBM:-) Niestety, biedne dzieciaki za głupotę dorosłych płacą…
Jak było do przewidzenia, przyjaciółki przegadały prawie całą noc zwierzając się sobie z najskrytszych sekretów. Rankiem, po wczesnym i bardzo smakowitym śniadaniu składającym się z wyśmienitych wypieków pani Marty zeszły do ogrodu, gdzie ożywiona rozmowa toczyła się dalej, przy akompaniamencie głośnego świergotania wróbli.
– I co z suknią – dopytywała się Mira. – Nie zaprzeczysz, że dla panny młodej to sprawa pierwszorzędnej wagi.
– Byłaby cudowna, mówię o prababcinej, gdyby się nie rozleciała. Była cała dopóki jej nikt nie ruszał. Kiedy jednak wzięłam ją do ręki, materiał zaczął się rozłazić w szwach… Szkoda, bo przepiękna jest i dobrze na mnie leży.
– Skąd wiesz?
– Przecież mówię, że się rozlazła na szwach… Co tak patrzysz? Musiałam ją przymierzyć, nie mogłam wytrzymać. Przynajmniej wiem, że muszę sobie kupić nową.
– Słuchaj, a może jest tu jakaś krawcowa, która uszyłaby ci suknię na wzór tego zabytku? – zastanowiła się Mira.
– Nie pomyślałam o tym. Przyzwyczaiłam się do kupowania gotowych rzeczy i nie przyszło mi do głowy żadne szycie.
– Czekaj, przecież i twoja mama i pani Marta potrafią pięknie szyć, sama widziałam
– Potrafią, ale nie lubią. Zresztą, mama się do niczego teraz nie nadaje.
– Rozumiem, dokładnie jak ty – uśmiechnęła się Mira do przyjaciółki.
– No, licz się ze słowami – Matylda pogroziła żartobliwie palcem.
– Bo co? – zachichotała Mirka. – Bo wchodzisz w rolę doktorowej Nikodemowej i myślisz, że nagle staniesz się stateczną niewiastą? Zapomnij! Nigdy w życiu.
– Mirusiu – Matylda serdecznie objęła przyjaciółkę. – Nie przypuszczałam, że człowiek może być aż tak szczęśliwy.
– Słuchaj, człowieku – oddała Mira uścisk. – Wprawdzie myślenie nigdy nie było twoją najmocniejszą stroną, ale spróbuj się skupić, dobrze? Czy jest w miasteczku sklep z materiałami? No, taki tekstylny, rozumiesz?
– Owszem , ale…
– Cicho! Od której otwarty?
– Od dziewiątej, lecz…
– Cicho mówię! To za chwilę. Pójdziemy pooglądać szmaty, może nam jakaś wpadnie w oko. Najpierw jednak chciałabym obejrzeć prababciną suknię, a raczej to, co z niej zostało.
Wróciły do pokoju i Mira obejrzała pozostałości po sukni.
– Powinnaś to cudo sfotografować dla potomnych, zanim się całkiem rozleci – oświadczyła. – Naprawdę musiała być prześliczna. Ale wiesz co? W ostatniej „Burdzie” jest podobny model w stylu retro. Pamiętam dokładnie, bo długo się jej przyglądałam. Przyślę ci wykrój. Tak…gdyby falbanki upiąć inaczej… spójrz, przyszyć kokardki w tym miejscu… o, tak….byłyby bliźniaczo podobne.
– Można? – rozległo się pukanie i w drzwiach pojawiła się głowa pani Marty. – Co robicie dziewczynki?
– Rozpadła się ze starości, szkoda – pokiwała głową pani Marta.
– Nic dziwnego, nic nie jest wieczne, ale też nie ma rzeczy niezastąpionych – sentencjonalnie rzekła Mira. – Pani Marto, jest pani biegła we wszystkich domowych robotach i robótkach nieprawdaż? Pięknie pani robi na drutach, a jeszcze lepiej pani szyje…
– W co ty mnie chcesz tym razem wrobić? – domyślnie spojrzała pani Marta z lekkim uśmieszkiem na ustach.
– Ja? W nic – słodziutko odpowiedziała Mirka niewinnie trzepocząc rzęsami. – Tylko się zastanawiam, czy potrafiłaby pani uszyć suknię taką jak ta prababcina mając wykrój z „Burdy”.
– Aha, o to chodzi, ty trzpiocie jeden – zaśmiała się. – Z jakiego materiału?
– Hurra! Wiedziałam, że się pani zgodzi – Mira rzuciła się pani Marcie na szyję. – Po materiał zaraz lecimy. Rusz się, Matylda! Szybciej, ależ jesteś rozlazła… co z ciebie będzie za żona…
– Przestań gderać, już lecę – odpowiedziała Matylda całując panią Martę w oba policzki. – Mirka! Poczekaj, przecież sobie nogi połamię! Co za tajfun z tej dziewczyny, tornado po prostu.
Gdy ucichły głosy i tupot nóg zbiegających po schodkach dziewcząt, pani Marta dokładnie obejrzała resztki prababcinej sukni. Najwyraźniej wpadła na jakiś pomysł, bo klasnęła w ręce i zaśmiała się cichutko.
Tymczasem „dziewczynki” zwiedzały sklepy z materiałami. Chciały najpierw wszystko obejrzeć, zanim się na coś zdecydują. No i znalazły. Może niekoniecznie akurat tego szukały, lecz ujrzawszy kremową, delikatną jak obłok tkaninę, obok koronkę różnej szerokości idealnie pasującą do materiału, krzyknęły z zachwytu. Nie było żadnych wątpliwości.
– Bingo! To jest to – wykrzyknęła Matylda.
– To jest nie to, bo to jest to, to jest coca cola – wyrzuciła jednym tchem Mira.
– Całuj psa w nos, nie wyprowadzisz mnie z równowagi – mruknęła Matylda zachwytem wpatrując się w odmierzany przez sprzedawczynię materiał.
– Już miały opuścić sklep, gdy Matyldzie wpadł w oko kupon pięknej, bladoniebieskiej tkaniny.
– Czy nie uważasz, że mamie byłoby prześlicznie w tym kolorze?
– Czy znów myślisz o tym samym co ja? Kto ci pozwolił? – odpowiedziała Mira pytaniem na pytanie chichocząc z radości.
– Ty, ty, ty chichotko – uściskała ją przyjaciółka. – Co bym bez ciebie zrobiła?
– Siedziałabyś z nosem na kwintę, bo ty smutas jesteś – odpowiedziała.
Nabyły oczywiście odpowiednią ilość materiału rozbawione na myśl o minie, jaką niewątpliwie zrobi pani Marta na wieść, że czeka ją szycie nie jednej ale dwóch sukien.
– Jak szkoda, że nie mogę uczestniczyć w dalszym ciągu tego szaleństwa – westchnęła Mira.
– Spróbuj tylko nie przyjechać na ślub, to dopiero zobaczysz! Ojej, ja przecież też żałuję, ale cóż, moja droga, takie jest życie… Żeby ci nie było tak bardzo przykro, już teraz zapraszam cię z rodziną na całe przyszłe wakacje.
– Cudownie, nie śmiałabym cię o to prosić…
– Mirka!
Matylda wykrzyknęła z oburzeniem imię przyjaciółki, po czym dała jej kuksańca w bok i z głośnym śmiechem wpadły na furtkę, która gwałtownie się otworzyła pod ich ciężarem, one zaś w „miękkim lądowaniu” usiadły na trawie.
– Czy przyszła pani doktorowa Nikodemowo- Bryłowo – Taylorowo- coś tam powinna się tak zachowywać? – wykrztusiła Mirka.
– A ty, matka dzieciom, jaki dajesz przykład? – odcięła się Matylda.
– Moje dzieci tego nie widzą – odpowiedziała Mira podnosząc się i otrzepując spodnie. – A twój ukochany przyszły małżonek obserwuje cię od dłuższego czasu i rży.
– To dobrze – ucieszyła się przyszła panna młoda. – Zawsze będę mu mogła powiedzieć, że widziały gały co brały. A poza tym rży nie tylko na mój widok ale i na twój.
Nick podszedł do przyjaciółek, pozbierał rozrzucone paczki z zakupami i cała trójka zniknęła w głębi domu, wraz z nimi salwy śmiechu.
annazadroza Urszulko:-) Przy takich wiatrach i zimnicy jak dziś to tylko kocyk, ciepła kawka/herbatka wedle uznania i czytanie, najlepiej żeby romantycznie było i spokojnie. Albo robótka:)))
Jestem rozdarta między współczesnością a dawnymi czasy, między Sydney a Warszawą;))) W weekend odbyłam wielką podróż w czasie, przestrzeni i poprzez inny wymiar też;)))
W sobotę byłam w Sydney dzięki „Przepisowi na drugą szansę” J.D. Barret, zaś w niedzielę w starej Warszawie – w XVII i XIX wieku – poprzez „Hotel Varsovie” Sylwii Ziętek i czułam się bardzo niezadowolona, że to tylko pierwsza część. Od razu wysłałam sms do Małego z pytaniem o ciąg dalszy.
Teraz moje myśli – zanim powrócą do realu – krążą jednocześnie wokół bohaterów obu powieści i czuję się jakbym cierpiała na rozdwojenie jaźni;)
Pierwsza to historia Lucy, która ma powyżej uszu swego wrednego męża, egoisty podkradającego jej autorskie przepisy, które prezentuje jako swoje (prowadzą restaurację) wykorzystując żonę w obrzydliwy sposób i na dodatek zdradzając ją na prawo i lewo. Lucy się wreszcie buntuje, rozwodzi i otwiera własną
restaurację mając bardzo ograniczone środki finansowe. Wynajmuje lokal po kiedyś działającej knajpie razem z … duchem poprzedniego właściciela, w którym zakochuje się z wzajemnością. Przy okazji Lucy wyjaśnia prawdziwą przyczynę śmierci Frankiego. Różne inne tajemnice wychodzą także na jaw, między innymi odnajduje własnego ojca, o którym matka – jak czarodziejski, hipisowski, kolorowy kwiat żyjąca do tej pory – nic jej powiedzieć nie chciała. Bajka ze szczęśliwym zakończeniem, co lubię najbardziej:)
Druga pozycja to cięższy kaliber ( jako, że nasza historia do lekkich nie należy), ale niezmiernie wciągająca, przynajmniej mnie. Historia rodów Żmijewskich i Szpakowskich ukazana na tle wydarzeń historycznych kraju. Głównie Warszawę poznajemy, wygląd miasta i mieszkańców, ich życie w epoce Wazów, w okresie przenoszenia stałej siedziby królów z Krakowa do Warszawy. Przeżywamy pożar, który strawił miasta o 1607 roku i zarazę, która zaatakowała miasto i okolicę w 1624 roku. Przenosimy się też do Warszawy dziewiętnastowiecznej, do czasu gdy żyli i tworzyli Prus i Sienkiewicz, a w teatrach czarowała publiczność piękna Helena Modrzejewska. I wreszcie w trzecim poziome czasowym odnajdujemy się we współczesności, gdy pojawia się tajemnicza Dana Spakowski zainteresowana nieruchomością na Długiej, na której kiedyś powstał zajazd a potem hotel. Co dalej – okaże się w następnych częściach.
Poza lekturą zaliczyłam wspólnie z Mężem, Szilką i Skitulem super spacer. Pogoda była wczoraj wymarzona na poznawanie dalszej okolicy (bliższa już jest poznana). Zwiedziliśmy park w Piasecznie, pięknie odnowiony. Zwróciły naszą uwagę budynki widoczne w dalszej części parku. Oczywiście udaliśmy się tam sprawdzić co to takiego. Okazało się, że to budynki historyczne, a należały kiedyś do hrabianki Cecylii Plater-Zyberkówny, która w 1891 kupiła majątek Chyliczki i założyła Zakład Gospodarczy (Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego) dla dziewcząt. Dworek, który przyciągnął naszą uwagę to „Poniatówka”, kupiony wraz z zabudowaniami gospodarczymi należącymi do majątku. Obok – w tzw. pałacu – prowadzone były zajęcia dydaktyczne. Niezwykła to była kobieta, postanowiła się poświęcić pracy wychowawczej. Pragnęła utworzyć wzorową szkołę dla ubogich dziewcząt z ludu i przygotowywać je do życia ucząc praktycznych umiejętności jak gotowanie, pieczenie, szycie, haftowanie, prowadzenie gospodarstwa z hodowlą włącznie, głównie drobiu, ale też
wpajając patriotyzm i poszanowanie dla dawnych tradycji narodowych. Pragnęła zwalczać poprzez wychowanie wady uważane przez nią za – niestety trafnie – wady narodowe, jak lenistwo, bałaganiarstwo, marnowanie czasu, wstydzenie się pracy fizycznej czy życie ponad stan. Napisała mnóstwo tekstów o znaczeniu kobiet w życiu rodziny, kraju. Takim hasłem przewodnim dzieł Cecylii Plater-Zyberkówny można uznać słowa – „Przez odrodzoną kobietę – odrodzona rodzina, odrodzone społeczeństwo”. Czy straciło coś na aktualności? Nic a nic. Hasło przecież mamy aktualne – „Panowie, niestety, ten kraj ocalą kobiety”.
Właściwie powinnam wpis zatytułować – O korzyści płynącej z kontuzji (palca) uniemożliwiającej wykonywanie pewnych prac domowych:)))
1.10.2018
babciabezmohera Inna wersja hasła to:
Panowie, niestety, ten rząd obalą kobiety! ;))
annazadroza BBM:-) Racja, tylko – jakby pomyśleć – sens jest taki sam. Ocalić przez obalenie. Tak czy siak pada na kobiety;)))
annazadroza Myszokocie:-) Jak zwykle, chłopaki narozrabiają a my musimy sprzątać;)
e.urlik I jeszcze sobie często sukcesy przypisuja (faceci). Co do sprzątania, to mój Pan i Władca ostatnio odkurzał. Do dziś mam dreszcze ;-)))
annazadroza Ewo:-) Jeśli Twój PiW wywołuje w Tobie dreszcze podczas odkurzania, to co będzie jak skończy;))) Jeśli ma taką siłę oddziaływania na Ciebie to…jejku, jejku;)))
Buziaki:)))
irsila Większość kobiet, teraz leniwa i wygodna jest.
Praca zawodowa wykańcza i na nic potem sił nie starcza.
Skarpet nikt nie ceruje, odzieży nie przerabia,
sprzęt domowy czy inny, jednorazowego użytku jest.
Taka szkoła dla kobiet, dziś bez sensu by była.
annazadroza Irsilo:-) Masz rację, czasy się zmieniły i takie szkoły dziś nie mają racji bytu.
Dni, które nadeszły po owych wydarzeniach, były niezwykłe. Przede wszystkim dla Matyldy, bo żyła zawieszona między światem realnym a nierealnym, między ziemią a niebem niczym w letargu albo w filmie odtwarzanym w zwolnionym tempie. Patrząc na Nicka wciąż szczypała się w różne części ciała, by sprawdzić czy to prawda, czy też wyobraźnia po raz kolejny spłatała jej figla. W podobnym stanie ducha znajdowała się jej matka.
– Wy się zupełnie nie nadajecie do życia. Marsz stąd do ogrodu – wygoniła je z kuchni pani Marta, kiedy Matylda wyłączyła z kontaktu radio zamiast prodiża, pozwalając się spalić na węgiel plackowi z jabłkami. Zaś pani Maria bardzo dokładnie wszyła na lewą stronę rękaw do nowej bluzki przyjaciółki.
Matka z córką – które zresztą wyglądały jak siostry bardziej niż kiedykolwiek przedtem – czym prędzej czmychnęły do altanki, by omówić sprawy najważniejsze w tej chwili, a mianowicie sprawę ślubnych sukien. Postanowiono bowiem, że dwa śluby odbędą się jednocześnie w ostatnią wrześniową sobotę.
– Córeczko, ja muszę się ubrać statecznie i elegancko, nie mogę w moim wieku robić z siebie widowiska. Wypatrzyłam w sklepie na Rynku śliczny kremowy kostiumik, w sam raz dla mnie.
– A jeśli ktoś go kupi zanim się namyślisz?
– Nie ma obawy, poprosiłam o odłożenie. Chciałabym, żebyś ze mną poszła i rzuciła okiem… Po prostu… bałam się sama zdecydować.
– Nie ma sprawy, moja mama musi wyglądać najpiękniej na świecie.
– Mój wygląd ma mniejsze znaczenie. Ty, córeczko, jesteś najważniejszą i najprawdziwszą panną młodą.
– Mamusiu! – oburzyła się Matylda. – Co ty mówisz? Nie ma ważnej czy mniej ważnej, są równorzędne, rozumiesz? Musisz wyglądać fantastycznie, już ja tego dopilnuję.
– Ależ córeczko…
– Ależ mamusiu, tak ma być. Przecież to twoje zdjęcia obiegną amerykańską prasę, a tamtejsza polonia długo będzie plotkować na twój temat.
– Faktycznie, nie mogę pozwolić, żeby Nikodem musiał się wstydzić teściowej – przyznała.
– No wiesz, jesteś okropna. O Janie nie pomyślałaś? Dla niego nie chcesz wyglądać najładniej na świecie? Poza tym jako małżonka będziesz reklamą jego firmy w Stanach i filii w Polsce. A reklama jest dźwignią handlu…
– Rany koguta! O tym wcale nie pomyślałam! – jęknęła uświadamiając sobie odpowiedzialność jaką bierze na swoje barki. – Cóż, poddaję się, rób jak uważasz.
– Świetnie. A więc wybieramy się jutro na polowanie – cieszyła się Matylda patrząc na piękną, rozpromienioną radością twarz matki.
– Córuś, a na co ty masz zamiar polować?
– Jak zobaczę sukienkę, która zawoła „kup mnie”, to będę wiedziała, że to ona. Musi być słodka, romantyczna, długa, szeroka… Nie wiem, zobaczę. Jeśli niczego nie znajdę, pójdziemy do wypożyczalni, może tam coś mi się spodoba.
– Taka właśnie była suknia mojej babci… – pani Maria uderzyła się dłonią w czoło i zerwała się z miejsca. – Matyldo! Chodź ze mną natychmiast. Gdzie ja mam głowę, co się ze mną dzieje? Jak mogłam zapomnieć? Chodź na strych, przecież tam jest babci suknia!
– Uspokój się mamo, pewnie już dawno myszy zjadły tę prababciną kreację.
– Chodź, chodź – schwyciła córę za rękę i pociągnęła za sobą.
Wpadły do saloniku. Matylda zaśmiewała się z poruszenia matki nie będąc świadomą jego prawdziwej przyczyny.
– Jaka skrzynia, jaki kufer, czyj? – dopytywali się panowie.
– Gdzie, na strychu? – zmarszczyła czoło pani Wanda. – Marysiu, czy ty przypadkiem nie myślisz o tym samym co ja?
– Kto pierwszy ten lepszy – krzyknęła Matylda wyrywając się matce, przeskakując po dwa schodki.
Za nią ruszył Nick i zanim reszta towarzystwa wdrapała się na górę, zdążył narzeczonej skraść całusa..
– Może powiesz, mamo, co za skarby kryje ta skrzynia – wskazała Matylda stary sprzęt.. – Tyle lat stała spokojnie, nikomu nie przeszkadzała, nikt o niej nie pamiętał, a teraz wszystkie trzy rzuciłyście do niej jakby od tego życie zależało.
– Może zależy, nie tylko nasze ale i innych…
– Jak to?
– Najpierw otwórzmy i sprawdźmy, co się w niej kryje, a potem będziemy rozmawiać. Czy panowie mogliby się tym zająć?
Panowie zajęli się, jednak dość dużo czasu upłynęło zanim udało im się dopasować jeden z pokaźnego pęku kluczy, który z domu przyniósł Nick.
– Słuchajcie, ten zamek nie jest wcale taki stary – oświadczył uważnie oglądając zamknięcie. – Trudno się otwierał, bo od kilku lat nie był ruszany, ale zobaczcie, tu jest ślad po poprzednim.
Podniósł ciężkie wieko. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na coś, co się powinno wydarzyć, zupełnie jakby byli dziećmi szukającymi przygód. Sześć głów pochyliło się nad kufrem. Na wierzchu leżała koperta, wcale nie pożółkła, zaadresowana do Matyldy.
– Do mnie? – dziwiła się. – O kogo? – obracała kopertę w palcach.
– Przeczytaj to się dowiesz – poradził spokojnie Nick.
Niepewnie spojrzała na trzymany papier i na otaczające ją twarze.
– Śmiało kochanie – zachęcała matka.
Zebrała się na odwagę i otworzyła kopertę. Wyjęła z niej arkusik zapisany kształtnym pismem babci. Z wielkim wzruszeniem czytała mając wrażenie, że słyszy wyraźnie jej głos.
Najukochańsza wnusiu moja, Matyldziu kochana!
Głos wewnętrzny mówi mi, że powinnam skreślić tych kilka słów do Ciebie. Piszę, bo nauczyłam się nie lekceważyć głosu, słuchać go. W czasie wojny, kiedy mnie wywieźli na roboty do Niemiec – gdy go nie posłuchałam, zawsze źle na tym wychodziłam. Ty powinnaś wsłuchać się w swój i przez całe życie kierować się jego podpowiedziami.
Wszystko co jest w kufrze należy do Ciebie. Skrzynia jest bardzo stara. Byłam pewna, że przepadła w czasie wojny, a tu nagle, niespodziewanie ją odnalazłam. Od kilku pokoleń składało się w niej wyprawę dla kolejnej panny młodej w mojej rodzinie. Postanowiłam odnowić tradycję. Moja maleńka córeczka zmarła zaraz po urodzeniu, była wojna. Nie zbierałam wyprawy, nie wydawałam córki za mąż, nie ubierałam jej w suknię ślubną. Nie dane było mojej maleńkiej tego doczekać. Dostałam za to Marysię, dobrą synową, kochaną jak córka i Ciebie, mój kwiatuszku kochany. Dla Ciebie zbierałam wszystko, co tu jest, to, co potrzebne młodej kobiecie wychodzącej za mąż. Albo – wy teraz jesteście takie nowoczesne – rozpoczynającej samodzielne życie z dala od rodziców.
Serwetki, obrusy, pościel haftowałam sama, kiedy jeszcze byłaś małą dziewczynką. Srebra kupowałam okazyjnie, olejne miniatury przedstawiają dużą wartość, zachowały się po moich rodzicach. Resztę kupowałam gdzie się dało, ostatnimi czasy ludzie wyzbywają się różnych rzeczy, tak bywa… W pudełeczku jest moja biżuteria, którą w całości Tobie przeznaczam, niech Ci, kochane dziecko moje, przyniesie szczęście. Na wierzchu kładę suknię babci Twojej matki, czyli Twojej prababci. Odnalazłam ją wciśniętą w kąt przed kilku laty. Wtedy to były materiały! Fakt, że dobrze ją zawinięto i jest cała. Odnowiłam ją i starannie zapakowałam. Teraz jesteś jeszcze młodziutka, ale za kilka lat docenisz wartość tych przedmiotów.
Żyj zawsze w zgodzie ze swoim sumieniem, nie krzywdź ludzi ani zwierząt. Błogosławię Cię , dziecko drogie, na całe Twoje życie i niech Cię Bóg prowadzi – kochająca babcia Stefa
Wzruszona Matylda otarła łzy.
– Kochana babunia – szepnęła. – Napisała to dwa dni przed wypadkiem, miała przeczucie. Tak bym chciała, żeby była z nami, żebym mogła ją przytulić, podziękować, powiedzieć jak bardzo ją kocham…
– Dobrze o tym wiedziała – powiedziała pani Maria tuląc córkę. – Mam wrażenie, że jest gdzieś tutaj, ze skrzyni płynie zapach jej perfum… Była dla mnie zawsze jak najlepsza matka…
Pani Marta z panią Wandą wyjmowały tymczasem i oglądały zawartość kufra podziwiając piękno wszystkich znajdujących się tam przedmiotów.
– To wszystko? – pani Wanda uważnie obejrzała puste dno. – Mój ojciec przed śmiercią wspominał o czymś, co miało się tu znajdować, ale widocznie już bredził w gorączce.
– Co to miało być? – spytała zaintrygowana Matylda.
– Jeśli niczego więcej nie znaleźliśmy to nie ma o czym mówić
Nick dokładnie oglądał stare drewno. Z pomocą Jana odwrócił skrzynię do góry dnem i majstrował przy jakimś metalowym elemencie. Rozległ się lekki trzask.
– Mamo, ciągle mnie strofowałaś, że oglądam telewizję zamiast zająć się czymś pożytecznym – powiedział wesoło. – Spójrz, nawet z gangsterskich filmów można się czegoś nauczyć.
– Niesamowite! Jak to możliwe? Podwójne dno – zbladła pani Maria.
– Co tam jest? Pokaż – zaciekawiona Matylda wcisnęła się przed narzeczonego. – Kartka! Co tam jest napisane? Data… tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci rok… Co to? O Boże! Lista współpracowników gestapo!
– Daj mi to– matka wyrwała jej z ręki kartkę i przebiegła wzrokiem widniejące na niej imiona i nazwiska.
– Pokaż – wyciągnęła rękę pani Wanda. – Tak… ojciec mówił prawdę. W takim razie jeszcze coś powinno tu być…
Nick próbował włożyć rękę w otwór. Nie udało się, więc kawałkiem drutu usiłował wyciągnąć coś, o co tym drutem zahaczył.
– Marysiu, myślę, że powinnyśmy tę kartkę spalić. Po co przyzywać upiory przeszłości? Ci ludzie już nie żyją. Poumierali tak, jak na to zasłużyli. Los sam wymierzył im sprawiedliwość. Na przykład pierwszego poraniła kosiarka i zmarł w strasznych męczarniach, tamten zginął w płomieniach próbując ratować własne dziecko. Zresztą nie udało mu się i skonał z tą świadomością. Wszyscy oni trzymali się razem i ludzie potem mówili o klątwie ciążącej na nich. Uważam, że teraz nie do nas należy osądzanie ich i ich postępków.
– Masz rację – zgodziła się pani Marta. – Nie mamy prawa ujawniać tych nazwisk i niszczyć życia ich dzieciom, które nie są niczemu winne i wyrosły na porządnych ludzi.
– Nikt poza nami nie zna tych nazwisk. Idę spalić kartkę. Myślę, że nie macie nic przeciwko temu? – zwróciła się pani Maria do córki i obu mężczyzn.
– Dobrze robisz Marysiu, bardzo dobrze. Tych ludzi dawno osądził kto inny a żywym nie trzeba robić źle, bo niewinni – powiedział pan Jan.
– Bo zrobiłaś – serdecznie wzięła ją za rękę córka. – Cieszę się, że nie przeczytałam tych nazwisk. W ten sposób przeszłość odeszła.
– Zobaczcie co tutaj jest – zawołał Nick.
Wydobył sporych rozmiarów woreczek wypełniony jakimiś przedmiotami o różnych rozmiarach i kształtach, okrągłymi, kanciastymi…. Trzymał zawiniątko macając jego zawartość i pytająco spoglądał na matkę.
– To nie wszystko – odezwał się Jan wyciągając następny woreczek.
– Boże, znalazło się – pani Wanda wzięła od syna paczuszkę i drżącymi palcami próbowała rozsupłać starą tasiemkę. – Po tylu latach…
– Pierścionki, łańcuszki – wyliczała Matylda. – A to chyba złoto w maleńkich sztabkach. A to? Lista wszystkich przedmiotów, które tu są. Co za diabeł? Skarb? Na naszym strychu? Czy ja oszalałam?
– Schowajcie wszystko z powrotem tam, gdzie było. Zejdźmy na dół. Opowiem wam co wiem – powiedziała pani Marta.
Usłuchali w milczeniu. Po kilkunastu minutach siedzieli w saloniku a pani Marta snuła opowieść.
– … i właśnie kosztownościami, które są na górze, ludzie chcieli okupić swoje życie. Moi rodzice nie wiedzieli kim byli, skąd pochodzili. Cały transport Niemcy przywieźli w nocy, kilka ciężarówek, do świtu słychać było strzały. Nikt nie ocalał.
– Wiem przecież o tym – wtrąciła Matylda. – Pod lasem jest wielka zbiorowa mogiła. Nieraz ze szkołą chodziliśmy tam porządkować, zapalić znicze, położyć kwiaty.
– A potem partyzanci zrobili zasadzkę i wytłukli drani co do jednego. Wszyscy o tym wiedzą – dodał Nick.
– Ale nikt nie wie, że znaleziono również owe kosztowności i listę zdrajców. Nasi nie zdążyli zrobić ze zdobyczy użytku, bo zginęli następnej nocy. Jeden tylko, ciężko ranny, zdołał doczołgać się do leśniczówki. W pobliżu był punkt kontaktowy. Twój dziadek, Nikodemie, czekał tam na łącznika i stał się jedynym świadkiem i posiadaczem informacji, bo ranny zmarł.
– Ojciec ukrył gdzieś to wszystko – wtrąciła pani Wanda. – Zaraz po tych zdarzeniach front się przetoczył przez miasteczko, kilka razy tam i z powrotem przechodziło z rąk do rąk. Przyszli Rosjanie. Ojciec nie mógł się przyznać, że należał do AK. Czekał na jakiś moment, by móc wydobyć na światło dzienne wszystko, co zostało ukryte. Ja wiedziałam o zdarzeniach z tamtych lat tyle samo, co inni. Dopiero tuż przed śmiercią taty usłyszałam o skrzyni, ukrytych przedmiotach, które powinny zostać zużyte dla dobra ludzi. Nie traktowałam poważnie jego słów, kładłam na karb choroby.
– Tymczasem skrzynia jest prawdziwa i do tego znajduje się na naszym strychu. Dziwne, a babcia myślała, że jej nie ma…
– Może stała pusta całe lata, potem z twoją wyprawą i babcinymi podarunkami dla ciebie, zaś woreczki włożono do niej stosunkowo niedawno? Któż może dzisiaj wiedzieć jak było naprawdę?
– Wiesz, to jest najbardziej prawdopodobna wersja – zamyśliła się pani Wanda. – Pamiętam jak ojciec zniknął na jakąś godzinę, kiedy był już bardzo chory. Szukaliśmy go ze Staszkiem wszędzie, gdzie przypuszczaliśmy, że może być. Bardzo się wtedy zdenerwowałam. Potem sam się znalazł i wmawiał nam, że cały czas był w pokoju, tylko go nie widzieliśmy i z pewnością coś nam się przywidziało. Od tego czasu był jak odmieniony, cichy, uspokojony, jakby pogodzony z losem, zadowolony nawet. Wkrótce stan zdrowia taty uległ pogorszeniu, jakby zaprzestał walki, bo wykonał wszystko, co uważał, że do niego należało. Tak to teraz rozumiem. Przestał walczyć z chorobą. Przed samą śmiercią odzyskał przytomność, chciał się z nami pożegnać… – pani Wanda otarła łzy. – Mówił o skrzyni, o wynagrodzeniu krzywd, o zniszczeniu kartki po śmierci, o wojnie… Myślałam, że cofnął się w przeszłość i jeszcze raz przeżywa tamte straszne wydarzenia…
– A tymczasem chciał ci przekazać wiadomość – wtrąciła pani Maria.
– Podobno nie ma przypadków – oświadczyła pani Marta – i wszystko się dzieje w najbardziej odpowiednim czasie. Gdyby nie nasza młoda para, kufra nikt by nie ruszał przez następne sto lat.
– Co zrobić z zawartością woreczków – głośno myślała pani Wanda. – W jaki sposób można oddać te skarby ludziom? Nie wiemy kim byli właściciele, jak odszukać rodziny pomordowanych, skoro nie znamy ich danych? Gdyby nawet, to jak mieć pewność, że to na pewno oni? Za dużo problemów, nie mam pojęcia jak postąpić, kogo zawiadomić?
– Ja powiem – odezwał się pan Jan. – Nie można znaleźć, bo jak? Trzeba oddać ludziom, ale nie jako pieniądz. Pieniądz to tylko forma wymiany energii, trzeba ludziom oddać dobra energia, serce, usługa, pomoc. Rozumiecie? Zrobić, żeby to co złe zamienić w dobre, śmierć w życie. Można zrobić, żeby była fundacja i pomagać biednym, albo dać na sierociniec, albo na szpital.
– Janie – Nick spojrzał na stryja roziskrzonym wzrokiem, – jesteś genialny! A gdyby tak kupić sprzęt do kliniki?
– O tym ja mówić, mówię – uśmiechnął się Jan. – Przecież rozmyślasz jak i co zrobić, żeby leczyć dużo dobrych, chorych ludzi.
– Janie – uściskał go uszczęśliwiony Nick.
– Ty jesteś taki… no, jak mu tam? Taki doktor, co nie chciał się ożenić, żeby mu Joasia pod potarganą sosną nie odebrała serca do pracy… – tłumaczył pan Jan.
– Muszę ci koniecznie dać korepetycje z literatury polskiej – uśmiechnęła się pani Maria do narzeczonego. – Chodzi ci o doktora Judyma.
– O właśnie! Ale on robił błąd, bo to miłość daje siłę do pracy, bez niej nie ma życia, tylko śmierć – powiedział patrząc narzeczonej w oczy.
– Bardzo podoba mi się pomysł Jana, jest fantastyczny – powiedziała Matylda. – Na przykład można będzie organizować jeden dzień w tygodniu na badanie dzieci ze szkół całego województwa, po kolei. Myślę, że każdy prawdziwy lekarz zgodzi się poświęcić na taki cel kilka godzin raz na jakiś czas. Można wynająć autokar, żeby przywieźć dzieciaki z najbardziej zapadłej dziury. Teraz już nie wszyscy mogą sobie pozwolić na wyjazd do miasta, badania i leczenie. Kiedy przebadamy wszystkie dzieci weźmiemy się za starszych ludzi, którym nikt nie pomoże, bo – na przykład – wredna synowa twierdzi, że nie warto i szkoda pieniędzy. A przecież gdy taki człowiek będzie lepiej widział, stanie się użyteczny dla rodziny i społeczeństwa na długie lata…
Matylda oczyma wyobraźni zobaczyła siebie krążącą po pachnących czystością salach i korytarzach kliniki w charakterze anioła dobroci i miłosierdzia niosącego pomoc i pociechę cierpiącym, rzucała pomysłami jakby miała ich niezliczoną ilość zamkniętych w jakimś schowku, poukładanych równiutko od lat, od zawsze.
Nick patrzył na Matyldę i myślał, że warto było tak długo czekać. Oto stała przed nim piękna jak obrazek, świeża niczym róża skropiona kropelkami porannej rosy mieniącej się tęczowo w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Włosy odrzuciła w tył, oczy błyszczały wewnętrznym żarem, ogromna siła i energia biły z drobnej, wiotkiej dziewczęcej postaci. Wypowiadała to, co on sam od dawna nosił w sercu, jakby czytała w jego myślach, ta cudowna istota stworzona dla niego na całe życie…
Nikt nie śmiał się odezwać. Wszyscy – zasłuchani – wpatrywali się w nią, w skupieniu starając się nadążyć za galopującymi z zawrotną szybkością myślami ślicznej oratorki. Nickowi przemknęło przez głowę, że tak naprawdę już wiadomo… kto tutaj będzie szefem…
– Będąc młodą lekarką…
W tok wypowiedzi Matyldy wdarł się zupełnie niespodziewany głos, który sprawił, że obecni drgnęli, jak obudzeni z głębokiego snu, a Matylda zamarła w pół słowa i jedyną oznaką życia stało się coraz szersze otwieranie oczu.
– Mira!
Matylda wykrzyknęła imię przybyłej po dłuższym czasie, odzyskując zdolność ruchu i w ogóle czynności myślowych, i dopiero wtedy rzuciła się w stronę przyjaciółki..
– Skąd się tu wzięłaś? Co za diabli przynieśli cię akurat dzisiaj? To jest dzień pełen niespodzianek.
– No, moja droga, to tak ładnie mnie witasz? – chichotała Mira ściskając serdecznie Matyldę. – Przyjechała ciotka mojego męża i stwierdziła, że straszę i koniecznie w związku z tym powinnam choć przez kilka dni postraszyć gdzie indziej. Rzeczywiście jestem kompletnie wykończona, więc kiedy zaproponowała, że zajmie się dziewczynkami, żebym odetchnęła, czym prędzej spakowałam torbę i dałam dyla, żeby się nie rozmyśliła.
– Zdążę, niech cię o to głowa nie boli. Poza tym za bardzo niepokoiłabym się o dzieci. Przez dwa dni nic im się nie stanie, ale gdyby dłużej były beze mnie… no nie, niemożliwe po prostu. Są jeszcze malutkie.
Przywitała się ze wszystkimi obecnymi.
– Przecież musiałam sprawdzić czy wszystko idzie zgodnie z planem – powiedziała do pani Marty teatralnym szeptem.
– Żebyś ty, dziecko, wiedziała, o ile wydarzenia realne wyprzedziły plan. Życia się nie da zaplanować.
Matylda przytuliła się do Nicka i pokazała język przyjaciółce.
annazadroza Urszulko:-) Radość ma jest bezustanna z tego powodu;)))
annazadroza Emmo:-) Ja byłam pierwsza;) Tylko nie umiałam z tym nic zrobić, a pani Kasia ładna dziewczyna i przebojowa, mnie kompleksy zżarły:( Taka karma, że uczyć się trzeba przezwyciężać własne słabości.
Dzięki za dobre słowo:)))
annazadroza Marysiu:-) Stokrotne dzięki za wszystko:)))
Dziś jakby trochę cieplej. Wczoraj wczesnym rankiem na łące szron widziałam, bałam się, że zmarzły kwiatki, ale szczęśliwie przeżyły te pierwsze chłody. Pelargonie mają jeszcze tyle pąków i pięknie kwitną, że chyba bym się zapłakała z żalu, gdyby teraz padły. Groszki też są kolorowe. One w ogóle są niesamowite, bo jak już się przyjęły to rok w rok kwitną i rozsiewają się dalej. Idą nawet po ścianie z dzikim winem oraz po siatce. Muszę pamiętać, żeby obcinać przekwitłe pędy natychmiast, wtedy kwitną przez cały czas, bez żadnych przerw. Jak się je zaniedba, obsychają i robią się brzydkie.
Skitek mnie rozczulił wczoraj, kochana psinka z niego. Byliśmy u dzieci razem oczywiście z psiakami. Ależ się Calineczka cieszyła, klepała Skitusia po aksamitnej sierści, buziaczki mu posyłała, piszczała z uciechy. Nie trzeba tv kiedy się ma takie obrazki przed oczyma. Ponieważ było sporo osób, bo urodziny Średniej świętowaliśmy, po pewnym czasie Skits poczuł się zmęczony i schował się pod biurko, leżał koło nas i Szilki. Na hasło: jedziemy do domu – podniósł się natychmiast i ruszył do drzwi. Przedtem się poprzytulał do swoich domowników, a teraz wyglądało jakby mówił: bardzo was kocham, wiecie o tym, ale jestem zmęczony i chcę spokoju. Po przyjeździe spał do rana jak kamień. Po opróżnieniu miski oczywiście.
Muszę się przyznać, że tortowi się nie oparłam i poprosiłam o dokładkę, co naprawdę rzadko mi się zdarza. Czekoladowy (wcale tak bardzo czekolady nie lubię), z chrupiącą częścią w środku oraz częścią kremu/musu tak pysznego, lekkiego, delikatnego, że rozpływał się w ustach. Z cukierni, nie własnoręcznie robiony, żeby nie było niedomówień, ale prawdziwe niebo w gębie. Malutkiej też krem smakował, jeszcze jak:)
Jednak w każdym z nas tkwi łasuch, nie mogę mówić, że we mnie nie, bo to nieprawda byłaby:)))
Ja upiekłam murzynka. Odkąd zmodyfikowałam swój dawny przepis o „poprawki” cioci Halinki z Krakowa – ciasto wychodzi bardzo dobre. Szarlotki ulubionej nie mogłam Średniej upiec, bo wciąż mam niewygojony „urwany” palec, a jedną ręką ciasta zagnieść nie potrafię. Na szarlotkę musi więc młoda zaczekać, aż babcia po pełnej sprawności powróci:)
27.09.2018
e.urlik Oh, biedniutka jesteś z tym palcem 🙁 A o takich tortach nie pisz, bo nie po to schudłam prawie 5 kg, żeby teraz wracać do nałogu! A murzyna też zrobię, tylko że eksperymentalnego, z gruszkami. Mniam
kotimyszkot Do moich prób pieczenia przydałoby się wiele takich „poprawek” i porad. Co drugie nie wychodzi, ale nie ustaję w próbach 😉 Smacznego łasuchu i szybkiego wygojenia 🙂
emma_b jestem łasuchem kosmicznym, to już jest chyba słodyczoholizm. dobry tort to jest to co tygrysy lubią najbardziej.
a co do kwiatków: nie było mnie tydzień, deszcz nie padał ani razu, a wszystkie kwiatki w doskonałej formie. może to całe podlewanie to jakaś legenda miejska?:)
annazadroza Ewuś:-) Z gruszkami jeszcze nie robiłam, na pewno będzie pyszny.
A w sprawie palca – to nie biedna tylko głupia niebotycznie. Kto próbuje złapać grubą smycz z potężnym karabińczykiem ręką – zamiast przydeptać – mając świadomość, że będzie szarpnięta z ogromną siłą? Bezmyślność i tyle.
annazadroza Myszokocie:-) Po wielu próbach zostawisz sobie w repertuarze kilka przepisów, które zawsze wyjdą, resztę wyrzucisz. Jak chcesz, sposób na murzynka cioci mogę podać, do tej pory każdy jest dobry, znaczy murzynek. Wcześniej raz wyszedł, a raz nie.
Dzięki, buziaki:)))
annazadroza Emmo:-) Mój łasuch jest ukryty i udaje, że go nie ma, czasem jednak – jak wylezie ze skorupy – koniec świata: cała czekolada z orzechami albo coś podobnego. Młodej torcik naprawdę był rewelacyjny.
Co do kwiatków – zimno się zrobiło, więc pić im się tak bardzo nie chce i przeżyły.
Pozdrowienia, kosmiczny łasuchu:)))
urszula97 Jaki tam łasuch,no po to idzie się na przyjęcie aby cosik skonsumować.
annazadroza Urszulko:-) Podoba mi się Twoje podejście do sprawy, masz rację:)))
Ania z Polskie-Ogloszenia.PL
Napisane pięknie.