Skituś ma padaczkę. Niestety lekarz potwierdził. U nas miał trzy ataki, ostatni dwa dni temu. Pierwszy dawno już, u siebie w domu. Nikt nie myślał o padaczce, synowa przypuszczała, że może być uczulony na cytrusy, bo akurat zwinął kanapkę z dżemem pomarańczowym. Kiedy u nas zdarzyło się po raz pierwszy, poddałam się tej sugestii, ponieważ był sernik ze skórką pomarańczową i podejrzewałam, że mógł spaść kawałek na podłogę, albo babcia D. z miłości kochanego łakomczucha podkarmiła smakołykiem.
Było to tak, że w nocy zbudził nas jakiś dziwny dźwięk, ni to szczeknięcie, ni wycie. Wyskoczyłam z łóżka na schody i przeraziłam się. Skituś leżał na boku na szerokim schodzie na półpiętrze, wył, przebierał łapkami w powietrzu jakby biegł. Przemknęła mi myśl, że go sparaliżowało. Mąż bidusia przytrzymał i wtedy zobaczyłam, że całe schody są zasiusiane. Poszłam po ręcznik papierowy a Skituś za chwilę znalazł się koło mnie, już normalnie na czterech nogach. Innych reakcji wtedy nie zaobserwowałam, cieszyłam się, że nic mu się nie stało.
Następny atak był już ewidentnie padaczkowy. Z ogródka wpadł nagle do pokoju z podkulonym ogonem jakby się czegoś bardzo przestraszył. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo on ogólnie strachliwy jest. Wyszłam z ciekawości zobaczyć co go tym razem przestraszyło. On wybiegł za mną i padł na trawę rzucany konwulsjami, wył z przerażenia chyba i piana z pyska mu poleciała. Krzyknęłam do Męża, przybiegł natychmiast i trzymaliśmy biedaka uspokajając. Wyglądało strasznie, naprawdę. Po tym incydencie Duży i Mąż pojechali do weterynarza. Zrobiono badania, wyszły nie najgorzej. Doktor powiedział, że jeśli ataki są rzadkie, to się nie daje leków, bo one zamulają psa tak, że robi się z niego po prostu muł. Jeden atak na pół roku to jeszcze nie jest źle.
Dwa dni temu też z ogródka wpadł do domu, pobiegł do kuchni i usłyszałam odgłos, jakby się przewrócił. Spojrzałam – faktycznie, ale się podniósł i kawałek dalej padł z drgawkami. Tym razem wiedzieliśmy co robić, uspokoiliśmy go trzymając, żeby drgawki opanować, gładziłam go spokojnym, jednostajnym ruchem, mówiliśmy do niego cały czas i szybko się uspokoił. Szybko w porównaniu z poprzednim atakiem, piany też nie było.
Natomiast po obu ostatnich objaw dodatkowy był następujący: Skituś zachowywał się jakby nagle znalazł się w nowym dla siebie miejscu, obszedł wszystkie kąty jakby dopiero je poznawał. Na Szilkę też reagował jak na nową osobę. Miałam wrażenie, że doznał zaburzenia pamięci, na szczęście krótkotrwałego.
I tak się porobiło:(
annazadroza BBM:-) Tak to już z tymi naszymi zwierzaczkami jest, że one się naprawdę niewiele od nas różnią, chorują tak samo, kochają i cierpią też. Lepsze są, nie fałszywe jak ludzie, to nas różni. W sumie dobrze, że Skitek jest u nas, bo gdyby taki atak przy maleńkim dziecku się zdarzył, to… nie chcę myśleć, co mogłoby się stać.
tessa37 Biedny:(
W tym wszystkim ma szczescie, ze jest u Was, ludzi ktorzy go kochaja i sie nim opiekuja…
annazadroza Irsilo:-) Na początku braliśmy pod uwagę taką możliwość, ale po analizie – odrzuciliśmy ją. Babcia tabletki łyka teraz pod kontrolą, poza tym bardziej byłby uspokojony niż pobudzony. No i weterynarz badania zrobił i diagnozę postawił.
annazadroza Tesso:-) Wszyscy go kochają, bo on taki pieszczoch do kochania, ciaputek-gapcio:) Wiadomo teraz, że niczego od niego nie można wymagać, trzeba uważać, żeby się nie stresował niepotrzebnie i zobaczymy jak będzie dalej. Z rasowymi psami z reguły są większe zdrowotne problemy niż z tymi wielorasowymi.
Gość: [Hanna] *.ftwttx.spcsdns.net Bardzo wspolczuje. Mielismy wilczyce z padaczka. Brala lekarstwo, finobarbitol, Ataki miala co miesiac , Zyla10 lat. I tak jak piszesz po atakach musiala sobie wszystko na nowo przypominac.
urszula97 Biedny piesek,ich też dopada ta choroba?
bognna Biedactwo. Dobrze, ze ma dobrych ludzi wokol siebie:)
Trzymam kciuki za Was i za psiaka:)
kotimyszkot Szkoda pieska, oby mu się nie nasilały te ataki. Wierzę, że robicie wszystko, by mu było u Was jak najlepiej.. Powodzenia i zdrowia życzę i Wam i pieskowi 🙂
45gogula biedaczysko…mnie to zawsze skręca , jak widzę krzywdę zwierząt- zwłaszcza od strony człowieka- ale i taka też by mi serce pokroiła na kawałęczki
emma_b smutne to bardzo, ale jeśli ataki nie będą zbyt częste da psinka radę.
annazadroza Hanno:-) A w jakim wieku sunia zachorowała? Skits ma 8 lat, ataki zaczęły się ok. 1,5 roku temu. Na razie były 4. Teraz – obserwujemy go w miarę uważnie.
Dziękuję i pozdrawiam:)))
annazadroza Urszulko:-) One chorują tak jak i my, powiedzieć tylko nie potrafią co im dolega. Albo inaczej – mówią, tylko my ich nie rozumiemy.
annazadroza Bognno:-) Dzięki, kochamy ciaputka i staramy się, żeby mu było jak najlepiej. Sziluni oczywiście też:)))
annazadroza Myszokocie:-) Dzięki, w imieniu pieska też:) Pewnie, że staramy się ile można:)
annazadroza Gosiu:-) Zwierzaki są bezbronne wobec nas, a takie ufne i kochające. Ludzie to często potwory w porównaniu z nimi.
annazadroza Emmo:-) Nie ma wyjścia, trzeba jakoś z tym żyć. Oby faktycznie ataki nie powtarzały się zbyt często.
Znalazłam wierszydło powstałe kiedy żył jeszcze mój tata ( zmarł w 2006 r.) i był u mnie na Ursynowie. Niech sobie wyjdzie z szuflady, znaczy wierszydło;) Może jeszcze jakieś znajdę. Aha, na końcu w nawiasie jest wykropkowane imię Męża:))) A kot – to była cudowna, kochana Misia, pies – Browar, Browuś, Buciek:)))
Potrzebuję na myślenie trochę czasu,
potrzebuję odrobiny spokoju,
potrzebuję własnego ogrodu,
przestronnego, jasnego pokoju.
Potrzebuję słonecznego światła,
potrzebuję wokół siebie zieleni,
potrzebuję poczucia pewności
i to się we mnie nie zmieni.
Potrzebuję psa do towarzystwa,
śpiącego na kolanach kota,
mruczącego, cieplutkiego, miękkiego
jak żadna inna istota.
Potrzebuję księżyca nocą,
żeby chodził po moim niebie,
otoczony rojem gwiazd migotliwych
był dobrym kumplem w potrzebie.
Potrzebuję szczęścia w oczach synów,
Brysiów dwóch moich kochanych,
blasku radości na buziach synowych,
w Brysiach wciąż zakochanych.
Potrzebuję czegoś bardzo ważnego
dla mojego drogiego Taty:
by Alzheimer poczucia humoru mu nie zabrał,
by ojciec był jak przed laty…
To jeszcze nie wszystko. Potrzebuję
przejrzystej wody do picia,
powietrza do oddychania
i (……..) do życia.
12.10.2018
emma_b wiersz zrobił na mnie wrażenie, bardzo klimatyczny
hanula1950 Bardzo urokliwy wiersz.
Widzę, że jesteśmy sąsiadkami : Ty Ursynów, ja Dolinka Służewiecka.
Wesołego weekendu!
annazadroza Emmo:-) Jakże mi miło:))) Serdeczności:)))
annazadroza Hanulko:-) Ursynów kocham i jestem związana nierozerwalnie. Aktualnie mieszkają tam chłopcy z rodzinami a ja się przeniosłam na drugą stronę Lasu Kabackiego. Dopóki nie zabronili z psami po Lesie chodzić, chodziliśmy piechotą do Moczydłowskiej i dalej. Kolejny idiotyzm, jeśli pies na smyczy i z opiekunem – to komu to przeszkadza? A jak ktoś nie respektuje z natury żadnych postanowień to i dalej tak będzie postępował.
Czuję się Twoją sąsiadką:))) Jeśli poczytasz „Pasma życia” i „Po co wróciłaś…” to znajdziesz znajome miejsca:) Pozdrawiam:)))
annazadroza Solankino:-) Naprawdę? To mi radość ogromną sprawiłaś, dziękuję i pozdrawiam:)))
annazadroza Urszulko:-) Dzięki:) Nie wiem, kiedy coś wymyślę, bo zupełnie mi brakuje czasu, nie mam się kiedy skupić. Chciałabym obiecać, ale nie obiecam, czego nie spełnię. Serdeczności:)))
annazadroza Myszokocie:-) Czasu, spokoju i kota własnego mi brakuje, ale nie można mieć wszystkiego;) Uściski:)))
Korzystam z pogody i próbuję Szilkę oraz Skitsa wyciągać po południu na dłuższy spacer, im się przyda i mnie też. Wieczorem już ciemno, nie chce im się chodzić. Z jeszcze innego powodu też – po ostatnim spacerku czeka na nie pełna micha:) W ciągu dnia mają w swoich miseczkach kulki (= sucha karma) gdyby zgłodniały, ale najbardziej liczy się to, co dostaną wieczorem. Nic dziwnego, że nie mają ochoty iść daleko, szczególnie gdy Mąż sam z nimi wychodzi. Myślą sobie pewnie, że ja właśnie w tej chwili szykuję im pyszne jedzenie, no to biegiem trzeba do domu;))) W razie nagłej potrzeby można przecież wyjść do ogródka (Skitek, Szilka jest na to za porządna).
A w ogródku dzikie wino zmienia kolor na purpurowy i w zestawieniu z zielenią pozostałych liści wygląda obłędnie. Groszki jeszcze kwitną, pelargonie też, rozchodniki przetrzymały nawet przydeptywane przez Skitsa, który poza ogrodzeniem jest cichy i bezwonny, i boi się wszystkiego, natomiast za siatką, „na włościach” udaje bohatera i groźnego psa oszczekując przechodzących. Tratuje przy tym kwiatki rosnące (tzn. miały rosnąć) obok płotu.Tuje tylko jakoś marnieją i schną od środka. Nie wiem, czy to w związku z ciepłym, długim latem? Może mają za sucho? Szkoda by ich było, bo tworzą ochronę i oddzielają ogródek od uliczki. Dzięki nim nas nie widać i można się swobodnie czuć. Mam nawóz, podsypię, podleję i może pomoże?
Nie wiem czemu mi się litery zmniejszyły, czary czy co?
Gość: [Ania z Polskie-Ogloszenia.PL]*.free.aero2.net.pl Podpowiem Ci : przysyp grubo kora iglasta na 10 cm grubo [do kupienia w sklepie ogrodniczym lub mozna przywiezc z lasu z wyrebu] (trzyma wilgoc w korzeniach) i dodatkowo poloz grube kamienie wokol drzewek takie z 5-10 cm srednicy [zbieraja wilgoc].. i juz nie trzeba nawet w lecie podlewac..
45gogula zdecydowanie dużo kory ale najpierw porządnie podlać , potem w razie potrzeby, gdyby listopad też był suchy polać przed zimą …zdecydowanie za sucho mają; i jeszcze …mój futrzak też na podwórku bohater a poza …pies zaczepno-obronny- on zaczepia a ja bronię :)))
bognna Wielkosc liter mozesz „czarowac” sama. Z cala pewnoscia w starej wersji bloxa.
babciabezmohera U mnie też tuja rdzewieje. Suche lato to najbardziej prawdopodobna przyczyna.
urszula97 Szkoda tui ,ja nie mam na działce ale widziałam jak niektórzy latem szlauchem oblewali tuje w całości,inni jakoś wycinają suche gałęzie i krzew odbija na nowo,
e.urlik Mam na działce dziesiątki sosen. One teraz zaczynają brązowieć lekko na zimę. Może tuje też tak mają? U mnie to oprócz sosen raczej cyprysy, są bardziej odporne na upały. Tak czy inaczej podlać przed zimą i tak trzeba i to dużo, bo znowu jest nieziemsko sucho 🙁 W zeszłym roku na pobliskim cmentarzu wiele tui (tuj?) uschło, nie wiadomo dlaczego…
annazadroza Gogulko:-) Tak myślałam, żeby w weekend wielkie podlewanie zrobić. A mogą być drobno pocięte patyczki zamiast kory? Na razie, bo tego mam dużo pod ręką, korę dopiero trzeba kupić.
Skituś nawet się bronić nie da, bo jest pioruńsko silny i jak się przestraszy, ledwo dwoma rękami go utrzymać mogę i lecę na drugim końcu sznurka;)))
annazadroza Bognna:-) Normalnie już wiem jak regulować wielkość liter, tutaj mi się wymyka spod kontroli jak np. cofnę tekst, albo nie wiem co z nim zrobię, bo nagle się „robi coś samo” dając do zrozumienia, że jeszcze daleka droga przede mną;)))
annazadroza BBM:-) Pomyślałam, że mogły się osłabić, bo jakąś olbrzymią ilość małych szyszeczek mają, aż do przesady. Oberwałabym te nasionka, tylko są na samej górze, a drzewka urosły sporo przez 8 lat, sadziłam je dokładnie w dzień katastrofy smoleńskiej, tak wyszło.
annazadroza Urszulko:-) One z wierzchu wyglądają ładnie, ale jak się poruszy, to lecą ze środka żółte igiełki i drobne gałązki w ogromnych ilościach. Nawóz jesienny mam, podsypię, podleję i dalej będę postępować według rad. Zobaczymy co się zadzieje. Czy w ogóle coś;)))
annazadroza Ewuniu:-) Napisz: iglaków;) Moja koleżanka Jadzia mawiała: jeśli nie wiesz jak się pisze wtorek, pisz środa;)))
Że podlać trzeba, to wiem. Ale chyba nie powinny żółknąć bez powodu. A może one żółkną ze złości?:)))
e.urlik Ania, jesteś dla mnie kopalnią zupełnie dla mnie nowych, nieznanych dotąd faktów i działań. Gdzie byłaś całe moje życie, powinnaś zawsze mnie prowadzić prostą drogą, a ja przez lata błądziłam w ciemnościach :-)))
Tuje są wbrew pozorom niezbyt wytrzymałe na ekstremalne warunki. Może woda je ura-tuje.
annazadroza Krzysztof:-) Dzięki i wzajemnie, i korzystania z pięknej pogody:)))
emma_b też mam dzikie wino, które jest teraz bajecznie kolorowe. październik to najpiękniejszy miesiąc w roku.
45gogula Tak Anno, można się posiłkować drobno pociętymi gałązkami
krzysztof213 Nie znasz się na tak bardzo ma kwiatach więc nic nie pomogę .
Tylko ja fan psów kuźwa wczoraj takie wiadomości ze kuźwa smutne.
A tak valjean4547_szary na Instagramie
annazadroza Gosiu:-) Dzięki, pocięłam na drobno, babcia D. też przy tym pracowała ochoczo, część zrobiłam. Jutro o dalsze zadbam, może drzewka jakoś się pozbierają. Dziękuję jeszcze raz:)))
annazadroza Ewciu:-) A Ty co, objawienie jakieś miałaś czy ducha zobaczyłaś? A jeśli chodzi o ścisłość to nie kopalnią, bardziej kopaliną… Buziaki:)))
annazadroza Krzysiu:-) Jak smutne to nie chcę. Za dużo nieszczęść wokół a pomóc nie można wszystkim:(
Pogoda wymarzona, oby jak najdłużej. Pamiętam taki październik ciepły, w południe wręcz upalny, do ostatniego dnia. Dopiero 1 listopada schowało się słońce, zrobiło się prawdziwie listopadowo. Utkwiły mi w pamięci tamte chwile bardzo dokładnie, ponieważ – już na studiach będąc – mogłam spędzić kilka dni w Opolu po ślubie kuzynki. Przed tą uroczystością poznałam świadka pana młodego, który na tę okoliczność przyleciał ze Stanów i zakochałam się bez pamięci;))) O matko, ale jak! Kiedy przyleciał rok później mój stan zakochania przeminął (on nic o owym stanie nie wiedział) i przegadaliśmy kilka ładnych godzin przy świetnej muzyce.
Czasem nawet nie wiemy, co ma wpływ na nasze losy. Gdyby kartka i list od niego przyszły w porę, nie wiadomo co byłoby dalej, jak potoczyłyby się moje losy. Dotarły do mnie – jak na filmie – prawie po roku, w woreczku foliowym z adnotacją, że przesyłka dotarła w stanie uszkodzonym. Cóż, korespondencja ze Stanów była skrupulatnie badana. Ale – widocznie był mi pisany inny scenariusz na życie i musiał się zrealizować. Tak mi się wspomnienia nasunęły w związku piękną, złotą jesienią:))) Swoją drogą dobrze, że człowiek ma co wspominać:)))
Tak piękną aurę chciałam wykorzystać jak najbardziej, więc usiadłam na krzesełku chcąc trochę wygrzać się w słoneczku i jeszcze vit.D uzbierać na zapas;)
Urok jesieni przemówił do mnie.
Lecz co to? Patrzę niezbyt przytomnie,
bo urok ów wnet mi ktoś zakłóca.
Sąsiad przez okno! On mi narzuca
słuchanie swego telewizora!
Żebym chociaż słyszała gwiazdora
co opowiada przyjemnym głosem,
toż bym nic a nic nie kręciła nosem,
lecz nie, zupełnie coś odwrotnego…
ni głos, ni treść…to…no…ten…tego…
Już ja się tego dość nasłuchałam!
Więc się czym prędzej w domu schowałam.
„I to by było na tyle” :)))
10.10.2018
kolewoczy A włącz mu ze swojego okna arię belcanto, może posłucha 😉
kotimyszkot Czasem jedno zdarzenie zmienia bieg życia 🙂 Czasem są to lata zdarzeń. Niedawno usłyszałam pytanie, że bez względu na to czy dzieje się dobrze, czy źle „może wszystko jest tak, jak powinno być?” I chyba tak właśnie jest..
45gogula No właśnie, ciekawie jakby się losy potoczyły. Ja też korzystam z pięknej pogody, ale …zasuwam w ogrodzie o ile mam siłę.
e.urlik Ja miałam tak z pewnym Francuzem, przyjechał w ramach wymiany studenckiej, czy coś. To był. jak mówią Francuzi „coup de foudre”, czyli miłość od pierwszego wejrzenia. Byłam chora ze smutku, kiedy wyjechał. Przyjechał po roku, bo nie mógł zapomnieć, a ja idiotka nie puściłam w trąbę tego, z którym byłam taka nieszczęśliwa przez 10 lat… Eh, gdybym ja wtedy ten rozum miała… :-))) Ania, co te baby mają czasem pod kopułą, to się nie mieści!
emma_b czy Ty przypadkiem tego wątku z własnej biografii nie spożytkowałaś w Matyldzie?:)
urszula97 Wypada zadać pytanie,co by było gdyby można było cofnąć czas?
Napisane pięknie.
annazadroza Kolewoczy:-) Nie bardzo mogę, bo czasem Babcia D. puszcza na cały regulator tv kiedy nas nie ma, albo zanim się zorientujemy. Jak zapomni aparat słuchowy założyć, to … ojejku…
annazadroza Ania z ogłoszenia:-))) Może to był rewanż? Dlatego grzecznie się schowałam:)
annazadroza Myszokocie:-) Na pewno tak jest. Nawet jeśli się buntujemy przeciw pewnym sytuacjom, rozwiązaniom – okazuje się z czasem, że było to dla nas najlepsze.
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Gogulko:-) Tak miało być jak jest, najwyraźniej musiałam przeżyć to wszystko, co już za mną. Kiedy patrzę z dystansem – we wszystkim był sens. Ale wciąż jeszcze mam mnóstwo do nauczenia się, bo czasem nie mogę przezwyciężyć swoich wad, oporu itd., jednym słowem – nie odrobiłam jeszcze lekcji:)))
annazadroza Ewuniu:-) Jest jak miało być, na pewno. Jakbyś wtedy poleciała za Francuzem – być może jeszcze szybciej byś wracała, kto to może wiedzieć? Musiałaś dojść do punktu, w którym jesteś, bez względu jaką drogą miałabyś iść. A masz wymarzony domek i PiW, oraz Pana Psa i resztę:))) I mnóstwo pomysłów. A ile do sprzątania;)))
annazadroza Emmo:-) Matylda jest taka stara, że ja nie pamiętam co miałam wtedy na myśli;)))
annazadroza Urszulko:-) Wiesz co? Nieraz myślałam, że nic bym nie zmieniała w przeszłości, choć naprawdę lekko nie było. Zrobiłabym tylko prawo jazdy, nauczyłabym się języków i ćwiczyła asertywność. A najważniejsze – więcej czasu spędzałabym z dziećmi olewając pracę.
Wczoraj i dzisiaj – aż do tej pory – spędziłam upojne godziny z Tadeuszem Soplicą, jego rodziną, sąsiadami tudzież całą resztą przewijającą się przez poemat. Teraz powinnam się uraczyć Soplicą, dla wytchnienia. Epopeja mnie nie zmęczyła, w żadnym razie, zmęczyłam się myśleniem 😉 i wyszukiwaniem odpowiednich fragmentów, żeby choć trochę ulżyć wnuczce. Jest tak zmęczona, że nie miała siły porządnego obiadu zjeść, poleżała tylko trochę, żeby rozprostować kręgosłup. Nawet nie zdrzemnęła się ze strachu, że nie zdąży czegoś zrobić. Całe szczęście, że materiałów sporo w domu mam. Żal mi tylko przeogromny, że do tylu świetnych książek nie mam już dostępu z tego powodu, że wspaniały księgozbiór został zniszczony przez ludzi, których najgorszymi epitetami nazywam w myślach i życzę im odpowiedniej za to zapłaty od losu.
Ale idźmy dalej. O epopei Mickiewicza wiele tomów napisano, rozebrano na kawałki, cząsteczki, atomy prawie, a ona dalej zachwyca i pobudza wyobraźnię do życia:) Tylko – w VIII klasie, gdy dzieci na oczy nie widzą ze zmęczenia, mała korzyść z czytania będzie. Raczej sposób rozliczania z odrobionych lekcji wzbudzi niechęć do utworu, jak każdy przymus. Jego urok, wartość, piękno można odnaleźć dopiero kiedy na spokojnie, bez przymusu czyta się dla przyjemności. O, jak ja na jabłoni u babci w ogródku:)))
Przy okazji sprawdziłam na sobie trafność obsady filmowej wersji – rewelacyjna. Podczas czytania jak żywe stawały mi przed oczyma postacie, jakby zeszły z ekranu. Jeden z egzemplarzy poematu, które mam w domu, jest pięknie wydany z przecudnymi ilustracjami Jana Marcina Szancera. I tak mi się zlały w duszy te dwa nakładające się obrazy – Szancer i Wajda. Ktoś może się puknie w czoło, ale cóż, niech się puka do woli. Cudny jest „Pan Tadeusz”. Naprawdę, nie bujam:)))
ps. Ale jakbym miała iść na randkę, to tylko z księdzem Robakiem, pardon, z Jackiem Soplicą;)))
9.10.2018
babciabezmohera Mam wrażenie, że Pan Tadeusz jest zbyt wcześnie zalecany dzieciom i sporo dzieciaków zniechęca się do tej lektury na całe lata.
kolewoczy Uwielbiam! Jest wspaniały, za każdymr azem, gdy sięgam, znajduję coś nowego, ilez dowcipu, humoru, chocby ten cały Wojski z packą na muchy, ale przecież najlepszy nożownik! To on wypuścił nóż z rękawa podczas burdy w zamku i tylko przytomność umysłu i sprawność fizyczna Gerwazego uchroniła Hrabiego przed precyzyjnym ciosem. Mickiewicz miał niesamowity dar dostrzegania i opisywania szczegółów ludzkich charakterów.
solankino Zgadzam się z Babcią bez mohera. Sama niewiele rozumiałam będąc w szkole podst. Przed czytaniem powinna odbyć się lekcja naświetlająca rys historyczny. Tymczasem kazano czytać więc się czytało bez entuzjazmu i często bez zrozumienia. Dlatego też na stare lata wracam do niektórych szkolnych lektur. Teraz moja ogólna wiedza jest szersza i rozumiem co czytam.
Kupiłam sobie piękne wydanie „Pana Tadeusza” z ilustracjami E.M. Andriollego i często mam tę lekturę w ręku. Taki sam egzemplarz dostał ode mnie w prezencie młodszy, już dorosły syn.
annazadroza BBM:-) Oczywiście, że tak. Samo czytanie wierszem zniechęca dzieciaki. Do tego słownictwo, którego nie rozumieją potęguje niechęć.
annazadroza Kolewoczy:-) Tak, wspaniały jest, (poemat znaczy), za każdym razem co innego wpadnie w oko:)
annazadroza Hanulko:-) Ja tak samo:) wyszło na to, że wszystkie mamy takie samo zdanie:)))
annazadroza Solankino:-) Teraz o tyle jest lepiej, że dzieci mogą obejrzeć film i będą wiedziały o co chodzi w poemacie. Powinno być jedno i drugie, one naprawdę nie rozumieją ówczesnego języka. Po obejrzeniu i wysłuchaniu aktorów – łatwiej skojarzą i złapią sens.
Piękne są ilustracje Andriollego, miałam w ręce egzemplarz z XiX wieku, robił wrażenie:)
45gogula Podpisuję się pod wcześniejszymi komentarzami, że ta lektura jest podawana dzieciom zbyt wcześnie. Przyznam, że sama w czasie szkoły nie przeczytałam „Pana Tadeusza” dopiero po latach, ale fenomen tego dzieła jest taki, że po 30 latach nadal pamiętam inwokację i inne fragmenty, których się wtedy uczyłam.
emma_b ja też lubię sobie czasem do poduszki PT poczytać, no i się zgadzam ze wszystkimi, co jest pewnym ewenementem:)
annazadroza Gogulko:-) Dziecko nie jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem całego tekstu w języku dla niego obcym tak naprawdę. Dlatego dobrze, że teraz pomaga im film w zrozumieniu sensu. Na czytanie przyjdzie czas, oczywiście dla tych, którzy nawyk czytania wyniosą z domu.
annazadroza Emmo:-) Miło pomyśleć, że są punkty, w których wszyscy się zgadzają, prawda? Dopóki komuś mądremu inaczej nie przyjdzie do głowy wyciąć pół tekstu, bo słów nie rozumie… już niedawno tak było:(((
Wczoraj, w niedzielę, miało miejsce niezwykle pozytywne zdarzenie. Pamiętacie rudego kota, który przyszedł za sąsiadami z ulicy i został w osiedlu? Martwiliśmy się z Mężem o niego, bo latem – to pół biedy, kiedy na zewnątrz jest ciepło – jedzenie i picie wystarczy, plus towarzystwo dzieci z całego osiedla. Jednak nasz klimat, niestety, nie sprzyja bezdomnym zwierzętom. Gdyby nie alergia Męża wzięlibyśmy go do domu, a tak – gucio, nie można. Kotuś wyraźnie udomowiony, przyjaźnie nastawiony do świata, ludzi i psów też. Chodził za dzieciakami, które go nosiły, głaskały, karmiły czym zaspokajały jego potrzebę towarzystwa, przychodził na „kici kici”.
Wczoraj z Mężem zrobiliśmy domek dla kota, stworzyliśmy „obiekt budowlany” niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju:))) Wykorzystaliśmy pudła tekturowe różnej wielkości, między ścianki włożyliśmy styropian, owinęliśmy folią, żeby zabezpieczyć przed wilgocią, wypełniliśmy środek aby było miękko i w miarę ciepło, i aby choć trochę chroniło przed zimnem. Skończywszy „twórczość budowlaną” poszliśmy z psami na baaardzo dłuuugi
spacer wykorzystując przepiękną złotą polską jesień, odkrywając przy okazji uroki nowej trasy. Przeszliśmy z Piaseczna przez Chylice, Chyliczki i wróciliśmy do Piaseczna. Było cudownie, jak na wakacjach:))) Słońce, lekki wiaterek, liście jeszcze na drzewach ale już przepięknie wybarwione, nitki babiego lata migocące podczas lotu w słońcu – słowem kwintesencja uroku jesieni.
Wychodząc z domu widzieliśmy rudego kotusia leżącego w słoneczku obok grupki bawiących się dzieciaków. Ledwo wróciliśmy z wyprawy zadzwonił Duży. Nadmienić muszę, iż moje dziecko zrobiło kotusiowi twarzowe zdjęcie :))) i opublikowało gdzieś tam w sieci. I właśnie odezwała się pani, która rozpoznała kota!
Zadzwoniła do mnie, że jedzie, a ja ruszyłam na poszukiwanie, bo kotusia na ten moment wcięło, nie ma, zniknął, zdematerializował się. Chodziłam po osiedlu, „kiciałam”, zaglądałam w kąty – nic. Poprosiłam dzieciaki, żeby włączyły się w poszukiwania.
Kot się znalazł i dopiero się zaczęło. Dzieci w płacz, szczególnie jedna z dziewczynek tonęła we łzach, co udzieliło się kilku pozostałym, nawet tym, które mówiły, że nie lubią kotów. Tak więc w uliczce zrobiło się zbiorowisko ludzi i ludzików dwojakiego rodzaju. Jedno rozpaczająco-szlochające, drugie – próbujące temu pierwszemu wytłumaczyć, że kot to nie zabawka, której się można z domu pozbyć kiedy się znudzi lub zacznie
przeszkadzać.
Okazało się, że kotuś mieszkał na stałe w klinice weterynaryjnej w Łazach, witał gości w recepcji :))) i najbardziej prawdopodobna wersja brzmi, że wskoczył do jakiegoś samochodu, i nie zauważony dojechał aż do nas. Myślę, że gdyby trafił do auta jakiegoś zwierzaczkowego pacjenta kliniki, na pewno zostałby odwieziony z powrotem. Jeśli jednak wskoczył do jakiegoś kuriera – a to nie zawsze są mili ludzie – ten go po prostu wyrzucił z auta. To by tłumaczyło jego zachowanie w chwili, gdy sąsiedzi znaleźli go na ulicy. Panie z kliniki nie miałyby nic przeciw adopcji kota, ale musiałaby to być prawdziwa, odpowiedzialna i pełna adopcja, z wypełnieniem dokumentów i możliwością kontroli warunków w jakich kot żyje.
Niestety, taka adopcja w wypadku rodziny rozpaczającej dziewczynki nie wchodziła w rachubę. Tym sposobem mimo rzęsistych łez kotuś odjechał do swojego domu. Panie weterynarki tłumaczyły dzieciom, że mogą przyjeżdżać w odwiedziny, mogą adoptować kotki, bo jest ich dużo czekających na własny dom i rodzinę, ale muszą rodzice wziąć za kotka pełną odpowiedzialność. Z kolei ja starałam się dzieciakom włożyć do główek, że są w osiedlu inne koty, którym potrzebna jest pomoc i opieka. Na początku wakacji pojawił się np. białobury kotek, albo bardzo młody, albo miniaturka i jest całkiem sam.
Nawiasem mówiąc u nas są na stałe wystawione miseczki z karmą, więc mam nadzieję, że ten mały – skoro często wygrzewa się na słońcu leżąc w naszych krzakach – da się z czasem obłaskawić na tyle, żeby mu pokazać nowy domek i możliwość korzystania ze schronienia.
Klinika nazywa się Redline, zobaczyć można ją na stronie – redwet.pl
8.10.2018
hanula1950 A to ci historia.
Rudy wędrownik.
Moja kicia była w sobotę na obcinaniu pazurków.
Ganiałam ją po całym mieszkaniu, żeby umieścić w transporterku. Niestety, nie udało się.
Koteczka za to weszła bez problemów do torby, ale po drodze do lecznicy strasznie płakała. Miaukom nie było końca.
urszula97 Super że się właściciel znalazł mimo że kotek miał piękny domek.Jak ktoś chce adoptować kotka to zawsze znajdzie,ludziom się koty kocą i się ogłaszają na FB (np.bratowa synowej,też bezpański kot jej się okocił w stodole),kocięta się rozeszły no i schroniska,tylko chcieć i mieć warunki.
kotimyszkot Opowieść jak z książki.. Życie (to kocie też) pisze najlepsze scenariusze 🙂
e.urlik Aniu, gratuluję pracy „u podstaw”. Może teraz jeszcze nie będzie efektów, ale wierzę, że w przyszłości te dzieciaki postąpią odpowiedzialnie i przekażą dalej to, co im wcisnęłaś do głów. I to jest następne dobre zakończenie :-))
ciotkaeliza Opowiadanie jak z bajki, dobrze że tak się szczęśliwie skończyło. Dzieci mogą sobie obłaskawić i wychować innego kotka na osiedlu, takich pewnie nigdy nie zabraknie.
annazadroza Hanulko:-) Na stronie kliniki jest zdjęcie kotusia. Tylko – on ma brzydkie imię, bo trafił do nich kiedyś w strasznym stanie, cały sparszywiały i ma na imię Parszywek, co nie przeszkadza mu być pięknym kotem. Myślę,że imię jest mu obojętne:)
Wyobrażam sobie Twoją kicię uciekającą przed transporterkiem. Moje koty nosiłam w plecaku któregoś z chłopaków. Łepetynka wystawała na zewnątrz, a suwak był dopięty na ile się dało i trzymany, żeby się nie rozsunął. Kot był przytulany i słuchał, że jest cudowny, kochany i ma się nie bać. No i w środku był miękki ręcznik.
annazadroza Urszulko:-) Koty najlepiej mieć dwa, wtedy się nie nudzą, mają swoje życie.
Pełno ich jest, wciąż nowe się rodzą, bo ludzie są kompletnie nieodpowiedzialni i na to pozwalają, a potem takie bidulki umierają z głodu, chłodu albo zamęczone przez podłych ludzi. Strasznie mi żal zwierzaków, bo one nie mają się przed ludźmi jak bronić.
annazadroza Gogulko:-) Oj tak, obieżyświat mimo woli:)
annazadroza Myszokocie:-) Najlepsze jest zakończenie, szczęśliwe oby zawsze było, jak to w bajkach:)
annazadroza Ewciu:-) E tam, żadnej zasługi mojej nie ma. Jak z domu się nie wyniesie pewnych rzeczy to potem trudno je zrozumieć. Z całą pewnością wiem, i obserwuję wśród tych dzieciaków na podwórku, że te z nich, które mają zwierzaki i się z nimi wychowują, naprawdę są lepsze i bardziej odpowiedzialne od małego niż te, które nie mają.
annazadroza Elizo:-) Oczywiście, gdyby naprawdę się przejęły losem bezdomnych kotów, mogłyby im pomagać. Tym bardziej, że ich obecność chroni przed nieproszonymi gośćmi… Widziałam rozjechanego na ulicy szczura, brrr…
Strasznie żałuję, że nie mogę mieć kota w domu, ale cóż, mogę pomóc innym jak sobie na to pozwolą:)
Gość: [Łepski] 31.179.145.* A tu kotek już u siebie: kotek u siebie
emma_b ten Wasz domek na pewno komuś się przyda. ja też mam alergię na sierść kota, a tak bym chciała przygarnąć jakiegoś biedaka…nie rozumiem jak można kota nazwać Parszywkiem…
tessa37 Imie, jak imie, jak to w Romeo i Julia lecialo;) Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą,
Pod inną nazwą równieby pachniało:)
My mamy dwa rudzielce i tez maja kontrowersyjne (dla niektorych) imiona;) A sa kochane i rozpieszczane okrutnie:)
Historia piekna, jak z bajki, oby wiecej takich bylo, kazdemu zwierzakowi takiego szczescia zycze…
annazadroza Łepski:-) Kotka widziałam na stronie kliniki, ale tu nie mogę, bo nie jestem na fb. Każą się zalogować, czy coś. Dzięki w każdym razie, może inni obejrzą:)))
annazadroza Emmo:-) Domek jest i czeka. Ciekawe czy się nie rozleci po pierwszym silnym deszczu;) Staraliśmy się bardzo w każdym razie, intencja się powinna liczyć, chyba.
Brakuje mi kota w domu, bo miałam, ale cóż, siła wyższa. Karmę wystawiam w kąciku i zawsze ktoś się pożywi. Dla mnie kot czy pies to KTOŚ a nie COŚ.
annazadroza Tesso:-) Twoje rudzielce to szczęściarze, że mają kochającą rodzinę i dom. Także bym chciała, żeby jak najwięcej zwierzaczków tak miało, źle mówię, żeby wszystkie tak miały… i żeby ludzie byli dobrzy dla zwierząt i dla siebie też… No dobra, już nie bredzę, pozdrawiam:)))
Nadszedł wreszcie uroczysty dzień poprzedzony wieloma przygotowaniami i ustaleniami. Podstawowa była oczywiście sprawa miejsca zamieszkania obu młodych par.
– Głupi ma zawsze szczęście – oświadczyła Mira, kiedy okazało się, że mieszkające nad nią małżeństwo wyprowadza się do własnego mieszkania otrzymanego w spadku po ciotce staruszce opuszczając wynajmowany dotąd lokal. Miała oczywiście na myśli Matyldę.
Nick natychmiast skorzystał z okazji i podpisał umowę wynajmu na okres trzech lat płacąc z góry.
– Potem zobaczymy – powiedział. – Przecież moja żona musi mieć gdzie mieszkać i to w przyzwoitych warunkach do czasu ukończenia studiów. Poza tym znowu będziecie razem, pomożecie sobie, jak zawsze, w nauce i innych obowiązkach.
– Rozumiem – przerwała mu Mira. – Rozumiem, że Matylda ma mi pomóc w opiece nad dziećmi, a ja tobie w pilnowaniu Matyldy i jeszcze pewnie mi każesz odganiać sprzed drzwi niezliczonych adoratorów, kiedy ciebie nie będzie w pobliżu.
– No coś ty – oburzył się Nick. – Jakie pilnowanie? Ja mam bezgraniczne zaufanie do Matyldy.
– Tak? A dlaczego byłeś wściekły jak osa kiedy przyjechał w odwiedziny ten przystojniaczek z ASP? O mało cię cholera nie wzięła, kiedy moja przyjaciółka poszła z nim do ogrodu, bo przy tobie nie dało się rozmawiać.
– Zdawało ci się – mruknął Nick czerwieniąc się jak sztubak przyłapany na gorącym uczynku. – Czekałem na telefon w sprawie aparatury do kliniki. Wiesz, jakie to dla mnie ważne.
– Tra la la – zaśpiewała mu Mira do ucha. – Akurat ci uwierzę. Posłuchaj drogi Nikodemie, uwierz i zapamiętaj. Dopóki Matylda cię kocha możesz być absolutnie spokojny. Nie zawiedzie cię i nie zaistnieje dla niej nikt inny jako mężczyzna. Choćby stu najprzystojniejszych przystojniaków biegało za nią obsypując płatkami róż, złotem i klejnotami od stóp do głowy i na odwrót, nie spojrzy na żadnego. Ale jeśli ją skrzywdzisz i zranisz do tego stopnia, że miłość zgaśnie, a spróbuj tylko, to będziesz ze mną miał do czynienia – tu pogroziła palcem, – wtedy powie ci prawdę prosto w oczy i dopiero zacznie się rozglądać po świecie. A ty przestaniesz dla niej istnieć.
– Skąd wiesz?
– Bo znam ją lepiej niż ona samą siebie i daję za nią głowę – odpowiedziała poważnie Mira.
Druga młoda para miała zamieszkać w domku pani Marii do czasu, kiedy dom kupiony i wypatrzony przez narzeczonego nie zostanie dostosowany do nowych potrzeb i wymagań. Później rodzinny domek Matyldy miał się stać gniazdkiem jej i Nicka.
Sprawa zakupu aparatury medycznej za pieniądze uzyskane ze sprzedaży zawartości woreczków znalezionych w skrzyni była na dobrej drodze.
Młodzi wiele godzin spędzili na planowaniu wspólnej pracy spierając się, przekonując wzajemnie do swoich racji. Nick z podziwem zauważył, że Matylda intuicyjnie potrafi wybrać najlepsze wyjście z każdej sytuacji, a jej intuicja jest nieomylna i więcej nieraz znaczy niż jego wiedza i doświadczenie.
– Podobno dawno temu byliśmy jeden, jednością – powiedział kiedyś przy kolacji pan Jan. – Potem dwie połówki zostały rzucone na świat i teraz gonią po tym świecie jedna za drugą, żeby się znaleźć .
– Bzdury – machnął lekceważąco ręką Nick, gdy nagle stanął mu przed oczami obraz siebie samego wypatrującego z ukrycia czy Matylda wychodzi ze stołówki sama, a jak nie to z kim…jak wygląda, co robi.
Ogromną radość sprawił bliskim Staszek Bryła, ojczym Nicka i mąż pani Wandy zjeżdżając do domu dwa dni przed ślubem. Zdążył pozałatwiać wszystkie sprawy dotyczące firmy, którą miał prowadzić w kraju razem z Janem. Jak widać, sprawy układały się nad wyraz pomyślnie.
Ranek wstał ciepły choć bez śladu słońca. Matylda pomyślała, że perłowoszary dzień też jest piękny, niesie ze sobą obietnicę życia pełnego pracy, ale też i poczucia bezpieczeństwa, bez złudnego blasku mącącego zdrowy rozsądek. Otworzyła szeroko okno. Zapach poranka wpadł do pokoju i trącił suknię wiszącą na wieszaku, aż zadrżała z radości i lekko poruszyła falbankami. Była szczęśliwsza od innych ślubnych sukien, bo wiedziała, że nikt jej nie sprzeda, nie odda na poniewierkę, bo tu jest jej miejsce, na zawsze zostanie w rodzinie, założy ją córka Matyldy, potem wnuczka, prawnuczka…
Gdy panna młoda włożyła suknię, była piękniejsza od innych panien młodych i szczęśliwsza urodą i szczęściem sukni. Zadowolona przejrzała się w lustrze. Ujrzała dziewczynę wyglądającą jakby właśnie wyszła z ram starego portretu. Kremowa suknia fasonem podkreślała zgrabną figur Falbanki wykończone delikatną koronką dawały wrażenie lekkości i zwiewności, przez co wyglądała jakby nie stąpała po ziemi lecz frunęła tuż nad nią. Piękne włosy Matyldy rozjaśnione pasmami przez letnie słońce, którego nie brakowało podczas tych zwariowanych, pełnych niespodzianek wakacji, wspaniale harmonizowały ze strojem. Upięła je w okrągły kok na czubku głowy, wypuszczając luzem kilka wijących się, długich loków. Wzięła do ręki jedną herbacianą różę i była gotowa na spotkanie nowego życia. Jeszcze raz okręciła się przed lustrem z uśmiechem obserwując jak suknia tworzy wirujące koło i opuściła swój pokoik po raz ostatni jako panna.
W tym samym czasie druga panna młoda również opuściła swój pokój i matka z córką spotkały się przy schodkach.
– I nawzajem, kochanie – wzruszona patrzyła z zachwytem na swą jedyną córkę.
Pani Maria w eleganckiej, niebieskiej, długiej sukni, dopasowanej do figury, której mogła jej pozazdrościć niejedna dużo młodsza kobieta, wyglądała naprawdę uroczo. Przypadkowy obserwator niezorientowany w rodzinnych koligacjach z pewnością byłby przekonany, iż widzi dwie siostry wyjątkowej urody.
Ramię w ramię matka i córka zeszły do czekających oblubieńców. Zapanowała chwila ciszy, podczas której dwie pary zapatrzyły się w siebie nawzajem. Czy nie będziesz żałować wyboru? Nie pozwolisz uciec szczęściu? Czy mnie nie zawiedziesz? Czy potrafię spełnić twoje oczekiwania? O to pytały oczy. I czytały odpowiedź. Kocham cię, chcę być z tobą i przy tobie do ostatnich moich dni.
– Ruszcie się wreszcie! Matylda, Nick! Nikodem, słyszysz? Medytować możecie przez całą resztę życia, nikt wam nie zabroni, a teraz marsz do ołtarza!
Była to oczywiście Mira. Dziewczynki smacznie sobie spały w wózku pod okiem troskliwego taty, ona zaś nie mogła sobie odmówić przyjemności uściskania przyjaciółki po raz ostatni przed ślubem.
Przed bramą zatrzymały się dwie dorożki. Takie było życzenie Matyldy, nie chciała jechać samochodem. I to życzenie Nick spełnił. Obie pary udały się do Ratusza, do pięknej sali Urzędu Stanu Cywilnego, a potem do starego kościółka, w którym i Matylda i Nick byli chrzczeni. Ślubu udzielał staruszek, ksiądz z powołania, prawdziwy kapłan, który ostatnią koszulę gotów był dać potrzebującemu, nieść pomoc i pociechę bez względu na porę dnia czy nocy.
Wewnątrz kościółka nie mieściła się tak wielka ludzka ciżba, która się zebrała z okazji uroczystości. Przyjechali wesołym tłumem przyjaciele ze studiów, mnóstwo znajomych Nicka, odwiedzająca akurat Stary Kraj wycieczka polonusów z Trentom. Poza tym „ogromna masa tubylców” zjawiła się, by popatrzeć, jedni z przyjaźni, inni z ciekawości, aby mieć o czym rozmawiać w długie zimowe wieczory, kiedy już się nie chce oglądać telewizji.
– Rany koguta – szepnęła Matylda, – a ja chciałam mieć cichy, skromny ślub w małym, romantycznym kościółku, jedynie w obecności najbliższych.
Rozpoczęła się uroczysta ceremonia. Ciche dźwięki organów, piękny śpiewający głos, zapach kadzidła, przyćmione światło sączące się przez różnobarwne szybki witraży, drżące płomienie świec – wszystko to sprawiało, że poza Nickiem stojącym tuż obok przestał się liczyć cały świat. Czuli oboje, że są owymi połówkami jedności, które miały szczęście się odnaleźć i na nowo połączyć.
Po uroczystości rodzina i najbliżsi przyjaciele udali się do domu kupionego przez pana Jana. Tam, na parterze, przygotowano przyjęcie podczas którego brzęk szkła, stukanie sztućców o talerze, śmiechy, życzenia, szmer rozmów tworzyły sympatyczną, bo z życzliwości ludzkiej usnutą, całość. Wygłoszono wszystkie żarciki, jakie się ludziom przypominają przy takich okazjach, dawano rady pannom młodym co do sposobu postępowania z mężczyznami i na odwrót. Było rzucanie wiązanki pani Marii skomponowanej z malutkich różowych różyczek. Matylda zapowiedziała, że swojej róży nie odda nikomu. Starsi orzekli, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wróżą obu parom pracowitą lecz szczęśliwą przyszłość, a najmłodsze uczestniczki imprezy, czyli córeczki Miry i Marka, zgodnym chórem przyznały im rację.
– Nie myśl sobie, Matyldo, że stałaś się nietykalną matroną. Nigdy w życiu! Pamiętaj, że twoim dzieciom dokładnie opowiem historyjkę o Matyldzie, co nie chciała Nikodema – zapowiedziała Mira chichocząc jak zwykle. – I nie będę pytała o twoje zdanie w tej materii.
Matylda położyła głowę na ramieniu męża. Spoglądała na uśmiechniętą mamę, tryskającego szczęściem jej świeżo poślubionego małżonka, na szepczące do siebie panią Martę i panią Wandę zerkające co chwilę w ich stronę, wreszcie spojrzała Nickowi w oczy. Mocniej ją przytulił.
– Gorzko, gorzko – krzyczeli goście. – Gorzko obu parom.
Matylda wykorzystała moment zainteresowania zebranych drugą parą, bez słowa ujęła męża za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. Udało im się wymknąć niepostrzeżenie, zostawić rozbawione towarzystwo. Pobiegli do domu, gdzie biedny Bida rozszalał się z radości na ich widok. Został obdarowany najlepszymi kąskami z lodówki i poczuł się zupełnie szczęśliwy. Zeszli do ogrodu, by odpocząć chwilę od gwaru i hałasu. Przytuleni siedzieli w altance napawając się ciszą uroczego wieczoru.
– Słyszałaś co powiedziała Mira? – uśmiechnął się Nick do żony i do swoich myśli.
– Paplała bez przerwy – odpowiedziała Matylda. – Jak zresztą zawsze, trudno było nie słyszeć.
– Powiedziała, że opowie naszym dzieciom…
– Sami opowiemy – szeptem przerwała Matylda. – I to wcześniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
– Kochanie ty moje…
Nickowi zadrżały wargi. Spojrzał żonie w oczy z tak głębokim, ogromnym uczuciem, że nie odpowiedziała słowem. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej pełna ufności i miłości. On zaś do siebie przygarnął do siebie swoje szczęście i tak trwali.
koniec
5.10.2018
urszula97 Jaki koniec,ciąg dalszy poproszę,
Suuuuuuuuper,
emma_b i chyba nikt nie ma wątpliwości, że będą żyli razem długo i szczęśliwie:)
annazadroza Urszulko:-) Jestem uszczęśliwiona Twoim aplauzem:))) Można dopisać – I ja tam byłam, miód i wino piłam….
annazadroza Emmo:-) No przecież! Bajki nie mogą się inaczej kończyć:)))
Powód do radości i dumy jest – wreszcie – ogólnonarodowy. MISTRZOSTWO ŚWIATA osiągnięte przez naszych siatkarzy. Gdyby to byli piłkarze, szaleństwo trwałoby bez przerwy dłuższy czas. Siatka – to kultura podczas meczu, muzyka, doping sympatyczny i to odpowiada prawdziwym kibicom sportowym. I pomyśleć, że już drugi raz się tak zdarzyło, obronili przecież tytuł. Piłkarze nawet z grupy nie wyszli…
To słowa z przedwczoraj. Dziś powiem, że wczoraj byłam u Calineczki:) Jakież to śmieszne stworzonko:) Ruchliwa jest, nie usiedzi spokojnie, błyskawicznie przemieszcza się po pokoju i nie można spuścić jej z oka na sekundę. Gada po swojemu, próbuje przekazać swoje myśli, pokazuje łapką i nazywa przedmioty, albo wskazuje co chce i mówi „daj”. A jak tymi łapkami złapie za szyję i się przytuli – to już koniec świata, babcia się rozpływa jak lody w upale i zostaje tylko mokra plama:)))
O szkole Średniej wnuczki natomiast nic dobrego nie powiem, może zresztą nie tyle o samej szkole co o tych zmianach, tak „dobrych”, że dzieciaki po miesiącu nauki są zmordowane, wymęczone, mają po kilka kartkówek, sprawdzianów dziennie, uczą się mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, mają zdeformowane kręgosłupy od dźwigania potwornie ciężkich plecaków. Naprawdę nie wszystkich rodziców jest stać na podwójne komplety
podręczników (szkolny i domowy), nawet na plecak na kółkach, na pomoc w postaci korepetycji, nie wszyscy są w stanie pomagać w lekcjach. Zamiast choćby trochę więcej ruchu dzieciakom zafundować dla minimalnego zrekompensowania siedzenia na lekcjach i po lekcjach – funduje im się dwie lekcje religii w tygodniu. Uważam, że miejsce religii – z korzyścią dla samej religii i osób wierzących – jest w kościele, powrót do sal katechetycznych to najlepsze rozwiązanie i – co za tym idzie – wyprowadzenie religii ze szkoły. Tylko, obawiam się, że już nikt nigdy nie odważy się tego zrobić, bo przecież wiemy, że nie o żadną wiarę tu chodzi tylko o interesy, pieniądze i rząd dusz. A cierpią – jak zwykle – najsłabsi, czyli dzieci.
Jeszcze zanim wrzuciłam wpis zobaczyłam w tv, że dziś było głosowanie w sejmie nad odwołaniem pani minister „od szkoły”. Wynik łatwy do przewidzenia, zaskoczenia nie ma, a dzieci dalej żal.
3.10.2018
45gogula Oj tak, brawo dla Siatkarzy i wcale nie było och i ach przed turniejem i żadnych flag na balkonach i samochodach…a co do szkoły …to jeszcze eh nie użyłam:) Pozdrawiam.
kolewoczy Troche szkoda, że radość ze zwycięstwa siatkarzy tak szybko ulatuje, moze sami o to za mało dbamy, tka syzbko rezygnujac z celebrowania sukcesu; ja tma jeszcze powoli smakuję ich radośc, bo kibic ze mnie marny, ale doceniam ich „szaleństwo” 🙂
kotimyszkot Koleżanka odprowadza syna na autobus, żeby choć przez tą drogę ponieść za niego ciężki plecak. Ja z obawą myślę o szkolnej przyszłości syna, nie wiadomo jakie jeszcze „dobre zmiany” do tego czasu wprowadzą. Nacisk na naukę i stresy ogromne, a potem pracy brak.. Albo jak jest to pensja kiepska i kończy się wyjazdami za granicę i oglądaniem wnuków przez ekran. Ehh
Ale z siatkarzy duma trwa 🙂
veanka Niezbyt dużo wiem o „dobrej zmianie” w szkolnictwie, ale w przyszłym roku wnuczka idzie do szkoły to się, niestety, dowiem.
Jeżeli jest tak, jak w służbie zdrowia, to już się boję…
emma_b a ja mam nadzieję, że kiedyś w końcu tę religię wyprowadzą ze szkół…w ogóle ciężko bardzo być teraz uczniem, oczywiście nie tylko z powodu plecaka.
Gość: [hanula1950] *.static.chello.pl Z religią masz rację. Pamiętam jeszcze ze swoich czasów lekcje religii w kościele, a potem w szkole. W kościele było super. Ze szkoły czasami się uciekało.
babciabezmohera Moim dwom wnukom, niestety, nie udało się uciec przed deformą. Też jestem pełna obaw. Szkoda dzieci!
annazadroza Gogula:-) Nie wiem czemu piłka nożna jest po prostu na piedestale. Może dlatego, że strasznie wielka kasa za nią idzie i jest z różnymi dziwnymi postaciami powiązana?
Siatkarze SUPER!!!
annazadroza Kolewoczy:-) Ze mnie też marny kibic, ale cieszę się jak coś dobrego się wydarza. Niezwykle emocjonalne było komentowanie przez sprawozdawców meczu, wtedy spoglądałam na wyniki. Trochę tak jak z podkładanym śmiechem podczas seriali komediowych;)
annazadroza Myszokocie:-) Już teraz szykuj się na podwójne podręczniki, żeby synkowi ulżyć. Inaczej kręgosłup odmówi posłuszeństwa. Poza tym myślę, że ambicje (rodziców) schować należy głęboko i podchodzić zdroworozsądkowo do szkoły, stojąc po stronie dziecka. Obserwować jego zdolności i w tym kierunku naukę prowadzić, a reszta „o tyle o ile”, żeby problemów nie było, i bez przesady.
annazadroza Veanko:-) Współczuję wnuczce i rodzinie. Uważam, że „nie gnębić dziecka” to podstawowa zasada. No i bez pomocy się nie obejdzie zanim wnusia wejdzie w nowy dla siebie rytm, naukę, obowiązki. Kurczę, i to tak już na zawsze…
annazadroza Emmo:-) Obawiam się, że wątpię… jednakowoż…
annazadroza Hanulko:-) Tak zdrowiej by było, sfera sacrum powinna być oddzielona od profanum. Tak myślę.
annazadroza BBM:-) Niestety, biedne dzieciaki za głupotę dorosłych płacą…
Jak było do przewidzenia, przyjaciółki przegadały prawie całą noc zwierzając się sobie z najskrytszych sekretów. Rankiem, po wczesnym i bardzo smakowitym śniadaniu składającym się z wyśmienitych wypieków pani Marty zeszły do ogrodu, gdzie ożywiona rozmowa toczyła się dalej, przy akompaniamencie głośnego świergotania wróbli.
– I co z suknią – dopytywała się Mira. – Nie zaprzeczysz, że dla panny młodej to sprawa pierwszorzędnej wagi.
– Byłaby cudowna, mówię o prababcinej, gdyby się nie rozleciała. Była cała dopóki jej nikt nie ruszał. Kiedy jednak wzięłam ją do ręki, materiał zaczął się rozłazić w szwach… Szkoda, bo przepiękna jest i dobrze na mnie leży.
– Skąd wiesz?
– Przecież mówię, że się rozlazła na szwach… Co tak patrzysz? Musiałam ją przymierzyć, nie mogłam wytrzymać. Przynajmniej wiem, że muszę sobie kupić nową.
– Słuchaj, a może jest tu jakaś krawcowa, która uszyłaby ci suknię na wzór tego zabytku? – zastanowiła się Mira.
– Nie pomyślałam o tym. Przyzwyczaiłam się do kupowania gotowych rzeczy i nie przyszło mi do głowy żadne szycie.
– Czekaj, przecież i twoja mama i pani Marta potrafią pięknie szyć, sama widziałam
– Potrafią, ale nie lubią. Zresztą, mama się do niczego teraz nie nadaje.
– Rozumiem, dokładnie jak ty – uśmiechnęła się Mira do przyjaciółki.
– No, licz się ze słowami – Matylda pogroziła żartobliwie palcem.
– Bo co? – zachichotała Mirka. – Bo wchodzisz w rolę doktorowej Nikodemowej i myślisz, że nagle staniesz się stateczną niewiastą? Zapomnij! Nigdy w życiu.
– Mirusiu – Matylda serdecznie objęła przyjaciółkę. – Nie przypuszczałam, że człowiek może być aż tak szczęśliwy.
– Słuchaj, człowieku – oddała Mira uścisk. – Wprawdzie myślenie nigdy nie było twoją najmocniejszą stroną, ale spróbuj się skupić, dobrze? Czy jest w miasteczku sklep z materiałami? No, taki tekstylny, rozumiesz?
– Owszem , ale…
– Cicho! Od której otwarty?
– Od dziewiątej, lecz…
– Cicho mówię! To za chwilę. Pójdziemy pooglądać szmaty, może nam jakaś wpadnie w oko. Najpierw jednak chciałabym obejrzeć prababciną suknię, a raczej to, co z niej zostało.
Wróciły do pokoju i Mira obejrzała pozostałości po sukni.
– Powinnaś to cudo sfotografować dla potomnych, zanim się całkiem rozleci – oświadczyła. – Naprawdę musiała być prześliczna. Ale wiesz co? W ostatniej „Burdzie” jest podobny model w stylu retro. Pamiętam dokładnie, bo długo się jej przyglądałam. Przyślę ci wykrój. Tak…gdyby falbanki upiąć inaczej… spójrz, przyszyć kokardki w tym miejscu… o, tak….byłyby bliźniaczo podobne.
– Można? – rozległo się pukanie i w drzwiach pojawiła się głowa pani Marty. – Co robicie dziewczynki?
– Rozpadła się ze starości, szkoda – pokiwała głową pani Marta.
– Nic dziwnego, nic nie jest wieczne, ale też nie ma rzeczy niezastąpionych – sentencjonalnie rzekła Mira. – Pani Marto, jest pani biegła we wszystkich domowych robotach i robótkach nieprawdaż? Pięknie pani robi na drutach, a jeszcze lepiej pani szyje…
– W co ty mnie chcesz tym razem wrobić? – domyślnie spojrzała pani Marta z lekkim uśmieszkiem na ustach.
– Ja? W nic – słodziutko odpowiedziała Mirka niewinnie trzepocząc rzęsami. – Tylko się zastanawiam, czy potrafiłaby pani uszyć suknię taką jak ta prababcina mając wykrój z „Burdy”.
– Aha, o to chodzi, ty trzpiocie jeden – zaśmiała się. – Z jakiego materiału?
– Hurra! Wiedziałam, że się pani zgodzi – Mira rzuciła się pani Marcie na szyję. – Po materiał zaraz lecimy. Rusz się, Matylda! Szybciej, ależ jesteś rozlazła… co z ciebie będzie za żona…
– Przestań gderać, już lecę – odpowiedziała Matylda całując panią Martę w oba policzki. – Mirka! Poczekaj, przecież sobie nogi połamię! Co za tajfun z tej dziewczyny, tornado po prostu.
Gdy ucichły głosy i tupot nóg zbiegających po schodkach dziewcząt, pani Marta dokładnie obejrzała resztki prababcinej sukni. Najwyraźniej wpadła na jakiś pomysł, bo klasnęła w ręce i zaśmiała się cichutko.
Tymczasem „dziewczynki” zwiedzały sklepy z materiałami. Chciały najpierw wszystko obejrzeć, zanim się na coś zdecydują. No i znalazły. Może niekoniecznie akurat tego szukały, lecz ujrzawszy kremową, delikatną jak obłok tkaninę, obok koronkę różnej szerokości idealnie pasującą do materiału, krzyknęły z zachwytu. Nie było żadnych wątpliwości.
– Bingo! To jest to – wykrzyknęła Matylda.
– To jest nie to, bo to jest to, to jest coca cola – wyrzuciła jednym tchem Mira.
– Całuj psa w nos, nie wyprowadzisz mnie z równowagi – mruknęła Matylda zachwytem wpatrując się w odmierzany przez sprzedawczynię materiał.
– Już miały opuścić sklep, gdy Matyldzie wpadł w oko kupon pięknej, bladoniebieskiej tkaniny.
– Czy nie uważasz, że mamie byłoby prześlicznie w tym kolorze?
– Czy znów myślisz o tym samym co ja? Kto ci pozwolił? – odpowiedziała Mira pytaniem na pytanie chichocząc z radości.
– Ty, ty, ty chichotko – uściskała ją przyjaciółka. – Co bym bez ciebie zrobiła?
– Siedziałabyś z nosem na kwintę, bo ty smutas jesteś – odpowiedziała.
Nabyły oczywiście odpowiednią ilość materiału rozbawione na myśl o minie, jaką niewątpliwie zrobi pani Marta na wieść, że czeka ją szycie nie jednej ale dwóch sukien.
– Jak szkoda, że nie mogę uczestniczyć w dalszym ciągu tego szaleństwa – westchnęła Mira.
– Spróbuj tylko nie przyjechać na ślub, to dopiero zobaczysz! Ojej, ja przecież też żałuję, ale cóż, moja droga, takie jest życie… Żeby ci nie było tak bardzo przykro, już teraz zapraszam cię z rodziną na całe przyszłe wakacje.
– Cudownie, nie śmiałabym cię o to prosić…
– Mirka!
Matylda wykrzyknęła z oburzeniem imię przyjaciółki, po czym dała jej kuksańca w bok i z głośnym śmiechem wpadły na furtkę, która gwałtownie się otworzyła pod ich ciężarem, one zaś w „miękkim lądowaniu” usiadły na trawie.
– Czy przyszła pani doktorowa Nikodemowo- Bryłowo – Taylorowo- coś tam powinna się tak zachowywać? – wykrztusiła Mirka.
– A ty, matka dzieciom, jaki dajesz przykład? – odcięła się Matylda.
– Moje dzieci tego nie widzą – odpowiedziała Mira podnosząc się i otrzepując spodnie. – A twój ukochany przyszły małżonek obserwuje cię od dłuższego czasu i rży.
– To dobrze – ucieszyła się przyszła panna młoda. – Zawsze będę mu mogła powiedzieć, że widziały gały co brały. A poza tym rży nie tylko na mój widok ale i na twój.
Nick podszedł do przyjaciółek, pozbierał rozrzucone paczki z zakupami i cała trójka zniknęła w głębi domu, wraz z nimi salwy śmiechu.
annazadroza Urszulko:-) Przy takich wiatrach i zimnicy jak dziś to tylko kocyk, ciepła kawka/herbatka wedle uznania i czytanie, najlepiej żeby romantycznie było i spokojnie. Albo robótka:)))
W tym wszystkim ma szczescie, ze jest u Was, ludzi ktorzy go kochaja i sie nim opiekuja…
Trzymam kciuki za Was i za psiaka:)
Dziękuję i pozdrawiam:)))