Śmieci

Idąc z psiakami widzę śmieci wyrzucane przez ludzi wprost na chodnik albo na trawniki, na pobocza. I szlag jasny na ten widok mnie trafia. Jeśli taki syf robimy wokół siebie, sami, z własnej i nieprzymuszonej woli, to jaki musimy mieć w głowach? Może tu tkwi problem i przyczyna naszych odwiecznych kłopotów, klęsk, kłótni, braku umiejętności racjonalnego funkcjonowania w rzeczywistym świecie?
Z pewnością wynosi się z domu wiele przyzwyczajeń. Na przykład – idzie rodzic z dzieckiem, które wyrzuca papierek po gumie, czy batoniku – a rodzic nic. Kiedyś kazałby podnieść papierek i wrzucić do kosza. Cóż, kosza nie ma, ale papierek mniej waży od produktu nim owiniętego, więc zabierz go ze sobą i wyrzuć, kiedy znajdziesz kosz. Utkwiła mi w pamięci opowieść przyjaciela taty o tym, jak przed wojną wypadł mu papierek na ulicę. Natychmiast znalazł się przy nim policjant i wystarczyło, że wskazał ten papierek, nie musiał nic mówić. Do końca życia zapamiętał ówczesny dzieciak tę naukę. A dziś? Dziś młodzi ludzie, nawet już dzieci, odpowiadają agresją na zwróconą uwagę. Strach się odezwać, bo skopią, pobiją, zabiją.
Miejsca, w których odbywją się spotkania pod chmurką połączone z konsumpcją napojów wyskokowych – ich markę można odczytać na pozostawionych puszkach i butelkach – są uwidocznieniem tego, co konsumenci mają w głowach. Nie chcę nikogo obrażać, ale czy nie przyjemniej byłoby tę flaszkę otworzyć gdyby wokół nie walały się i nie śmierdziały pozostałości sprzed miesięcy? Rozmowy czasem dochodzące z krzaków to
obracanie, mielenie w zębach kilku „podstawowych” słów/przerywników i żonglowanie nimi w różnej intonacji. I taki „suweren” urządza świat, bo ma liczebną przewagę, a jak wróci do domu to pobije dziecko, bo płacze i przeszkadza…

26.09.2018

  • kotimyszkot Oj śmiecą, śmiecą.. Czasem aż mi wstyd przed synem, którego każdego dnia uczę porządku, że nawet na drodze do przedszkola widzi rzucone butelki po piwsku, papiery, puszki, czy niedopałki po papierochach w piaskownicy. A akurat na osiedlach koszy nie brakuje.. Ręce za to opadają.
  • fusilla Ostatnio lepiej mi na rowerze niż pieszo! Tak nakazał ortopeda i się sprawdza. Ale ja nie o tym. Jadę sobie dzisiaj w południe naszą promenadą nadjeziorną i co chwilę trafia mnie szlag. Jacyś wandale koślawymi kulfonami zamalowali i tablice ogłoszeń i znaki informacyjno drogowe! Trzeba mieć nie po kolei w głowie aby coś takiego wymyślić! Łapy takim związać do tyłu by nie mogli sobie nawet portek podciągnąć to mało!!!
  • irsila Już ileś lat temu, kiedy działkę za miastem miałam,
    to wielokrotnie tego doświadczyłam,
    kiedy mi śmieci na moją posesje wyrzucali,
    a w tym i szkła…
    a potem w końcu mi ją spalili,
    och jacy oni są mili….
  • urszula97 Racja,prawda,śmieci się masowo,pod blokami są pojemniki do segregacji śmieci,na nic,sporo ludzi i tak nie segreguje mimo że przechodzi obok nich aby wyrzućić śmieci.Przy działkach też sporo butelek,plastików i różnych rupieci.Byle dalej od siebie,nie ważne gdzie.
  • emma_b mieszkam przy lesie nieustająco zaśmiecanym. powiem tylko, że nóż mi się w kieszeni otwiera, a słów cenzuralnych brakuje. często te śmieci zbieram, ale mam też okresy buntu.
  • marijana2 Śmieci są wszędzie. Pamiętam, że dawniej w górach nie zostawiało się śmieci. Upychało się je w bocznych kieszeniach plecaka i znosiło na dół. Z przykrością stwierdzam, że zwyczaj ten zanikł. Miłośnicy gór na szlaku zostawiają śmieci 🙁
  • e.urlik W moich pięknych lasach dookoła domu więcej jest śmieci niż trawy. Z roku na rok coraz więcej. A sąsiad nigdy nie wystawia worka z plastikami, bo… pali nimi w piecu. Ludzki pan. I jaki mądry. Płakać się chce
  • annazadroza Myszokocie:-) I jak tu dziecko uczyć porządku? Naprawdę trudna sprawa, żeby taki maluszek-przedszkolaczek poradził sobie z tym co mama mówi w zestawieniu z tym, co widzi wokół. No i opadają te biedne ręce:(
  • annazadroza Fusilko:-) Jestem za Twoim pomysłem, związać łapy i jeszcze do tego – cholera jasna – ozorem zlizywać te bazgroły!
  • annazadroza Irsilo:-) Podłe jest to, jak jedni drugim bezinteresownie niszczą pracę, niweczą trud włożony w utrzymanie działki w dobrym stanie. Takie łobuzy i na moją się włamały , poniszczyły co się dało, zrąbali drzwi . W ogóle szkoda mówić, co za draństwo. Pozbyłam się działki jak mi zniszczyli leżaki i pociętych szmat nawrzucali do domku.
  • annazadroza Urszulo:-) Pamiętam, że jeszcze kiedy mieszkałam w Opolu to w bloku na parterze stała skrzynia na makulaturę, na suchy chleb też była. Kiedyś nie marnowało się niczego, co można było zużyć. Teraz wokół działek szczególnie dużo jest śmieci, bo pijaczki przychodzą na libację. Zdarza się też, że działkowicze wyrzucają swoje myśląc, że nikt ich nie widzi.
  • annazadroza Emmo:-) No i jak z takim chamstwem sobie radzić? Nie widzę sposobu. Jedni organizują akcję sprzątania, a drudzy zaraz za nimi idą i śmiecą. Musiałyby być bardzo dolegliwe kary finansowe dla śmiecących, tylko to mogłoby pomóc. Zresztą za burdy na stadionach też powinny być ogromne kary pieniężne bez możliwości odwoływania się i wreszcie byłby spokój. Ale wiadomo, że nie będzie, bo to ramię partii…
  • annazadroza Marijano:-) Kiedyś w górach ludzie się pozdrawiali na trasach. Teraz się zdarza, że patrzą wilkiem i nie wiesz, czy w łeb nie zarobisz, bo idziesz i psujesz widok… A jak śmieci zostawiają na trasie nie zabierając tego, co przynieśli to nie są miłośnicy gór tylko niszczyciele.
  • annazadroza Ewciu:-) Taki sąsiad to bandyta, okolicę truje i funduje nowotwory wszystkim wokół! Trzeba koniecznie uprzejmie zapodać komu należy o takim procederze, bo lepsze to niż mieć na sumieniu zdrowie niewinnych ludzi! Może mu list miłosny na początek wysłać?
  • solankino Mała świadomość? lekceważenie ? głupota ? czy może wszystko razem ? Mam nadzieję, że powoli zmieni się myślenie. Teraz przy segregacji odpadów, edukacji szkolnej, wycieczek w miejsca przetwarzania odpadów powoli będzie dochodziło do młodych umysłów co w przyszłości da owoce. Oby tak było. Dużo jednak wynosimy z domu. To przecież dla malucha rodzic jest przykładem, przewodnikiem, autorytetem. Jak jest widzimy.
  • annazadroza Solankino:-) Chyba wszystko razem. Nie wiem, czy mam nadzieję na zmianę, choć się mówi, że nadzieja umiera ostatnia. Ale też się mówi, że jest matką głupich.
    Owszem, w szkołach bywa mowa o ekologii, znaczeniu segregowania śmieci itd. Tylko, jak mówisz, przyzwyczajenia wynosi się głównie z domu, jeśli tatuś puszkę po piwie rzuca przez okno do ogródka sąsiada to zrobi synek? Dla takiego rodzica na każdą naukę bywa za późno., tak mi się wydaje.

    © Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 15

Tymczasem młodzi nie domyślając się jak ważne zadania przed nimi stoją, byli – najzwyczajniej i po ludzku – szczęśliwi. Przebrany w suche ubranie Nick wszedł  furtką do ogrodu witany bardzo serdecznie przez Bidę. Usłyszawszy szczekanie Matylda zerknęła przez okno i zbiegła na dół. Zanim dotarł do tarasu stanęła naprzeciw niego na ostatnim stopniu.

– Jak na topielicę jesteś wyjątkowo szybka – przywitał ją wyciągając rękę.

Stała w niebieskiej sukience podkreślającej złotobrązowy kolor opalenizny, uwydatniającej barwą piękno jasnych włosów, które podpięte tylko jedną zapinką z tyłu głowy otulały miękko postać dziewczyny. Wyciągnęła rękę w jego stronę i sfrunęła ze schodków wprost w jego ramiona.

– Czy jest jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy przez chwilę być sami? – szepnął.

– Słusznie, mamy tyle do omówienia – skinęła głową i pociągnęła go w głąb ogrodu.

Stała tam altanka utworzona przez dzikie wino pnące się po konstrukcji z grubego drutu. Skryli się w plątaninie zieleni przed całym światem.

Jakiś czas później pani Maria z panem Janem weszli do kuchni i zasiedli przy pięknie zastawionym stole.

– Nareszcie – powiedziała pani Marta. – Jedne zguby się znalazły. Nie widzieliście młodych?

– Nie, może ich poszukać? – podniosła się lekko zmieszana pani Maria.

– Siadaj Marysiu – pani Marta pociągając za rękę posadziła przyjaciółkę  z powrotem na krześle. – Nie ruszaj się stąd. Już się z Wandą dość naczekałyśmy, a od politykowania rozbolały nas głowy.

– W Polsce wszędzie polityka: i w każde radio i w telewizja – powiedział pan Jan. –  Ale pięknie tu jest i ludzie serdeczni, każdy zaraz częstuje, daje co ma w domu, zaprasza. W Stany tak nie ma.

–  Marysiu, czy możesz mi wyjaśnić, czemu tak ci błyszczą oczy? – pani Marta starała się wyrzec te słowa groźnym tonem, lecz oczy jej śmiały się  na widok szczęścia bliskich.

– Otóż. Hm, hm – chrząknął pan Jan, – chciałbym wam powiedzieć, chcielibyśmy – poprawił i przejechał ręką po gęstych, szpakowatych włosach, – że się z Marysią kochamy i, że się chcemy ożenić…

– Pobrać – poprawiła pani Wanda.

– Co brać? – zdziwił się pan Jan.

– Pobrać, czyli zawrzeć małżeństwo – wyjaśniła wesoło. – Musisz podszlifować język przodków, żeby się za ciebie Marysia nie wstydziła. Myślę, że zostaniecie w kraju, prawda?

– Tak, ja tu kupię dom. Wiem nawet która dom…

– Który dom –znów poprawiła.

– Wanda – zniecierpliwił się, –  ty przestań, bo jak pojedziesz do Stany, to ja ci nie będę za tłumacza. Mnie się tu podobuje, podobywa… podoba – poprawił zadowolony z aprobaty pani Marii. Ja tu zrobię filia of my bussines, a w Trentom szef będzie moja córka. Ona dorosła, wszystko umie, jej mąż też. Tak Marysia?

– Tak, tak, bardzo dobrze Janku. Nie przejmuj się tymi babami, one zawsze dokuczają porządnym ludziom.

– Wiem – ucieszył się pan Jan. – One być, one są jędze, tak?

– Janku, jesteś fantastyczny – wykrzyknęła rozbawiona pani Maria. – Masz absolutną rację, to są jędze. Okropne jędze.

Jędze zaśmiewały się do łez. Wreszcie jędza Marta spoważniała.

– Janie, ty nie możesz się ożenić z Marysią – rzekła.

– Dlaczego? – spojrzał ogromnie zaniepokojony na nie rozumiejącą jeszcze niczego panią Marię.

– Nie dopełniłeś najważniejszej formalności…

– Jakiej? – przerwał niespokojnie.

– U nas jest pewien zwyczaj…

– Jaki? Zrobię wszystko, co trzeba w Polska, w Polsce…, bo Marysię kocham.

– A widziałeś jak się Nikodem oświadczał Matyldzie? Musisz zrobić tak samo – poważnie wyjaśniła pani Marta.

– Koniecznie – dodała pani Wanda. – Musisz, mój kochany, najpierw wrzucić Marysię do sadzawki, a potem sam wejść do wody, paść przed nią na kolana i dopiero wtedy poprosić o rękę.

– I też mam tak wyrwać trawę jak Nick? Marysia woli ładne kwiaty.

Pan Jan spojrzał na ukochaną, potem na pozostałe damy i przymknął powieki ukrywając wesołe iskierki, które zabłysły w jego oczach. Wstał od stołu, stanął za panią Marią. Zrozumiała go natychmiast . Powstrzymując śmiech wstała, on szarmancko odsunął krzesło. Wziął narzeczoną na ręce i – jakby nic nie ważyła – ruszył w stronę drzwi. Na tarasie przystanął, bo Matylda zagrodziła mu drogę.

– Co się dzieje? Mamusiu, stało się coś? – zaniepokoiła się.

– Jeszcze nie, ale z pewnością się stanie i umrę przed ślubem jak Stefcia Rudecka – oświadczyła ponurym głosem pani Maria, spokojnie przytulona do ramienia ukochanego. – Potem możesz mieć pretensje do tych dwóch czarownic, które zostały w kuchni.

– One są jędze – wyjaśnił pan Jan.

– Janie, gdzie niesiesz panią Marię? – dopytywał się Nick.

– Jak to gdzie? Utopić, żeby została moją żoną. Idź mi z drogi, bo Marysia się rozmyśli i ucieknie. Co wtedy zrobię? Z jędza się nie ożenię.

– Jędza by cię nie chciała – śmiała się jędza Marta dołączając do „młodych”. – A Marysia jak się namyśliła, to się nie rozmyśli.

– I nie umrze przed ślubem, bo Stefcia też nie umarła, tylko wyszła za ordynata i miała z nim dwoje dzieci – dodała jędza Wanda.

– Marysiu, będziemy mieć dzieci ? – zdziwił się pan Jan.

– One bredzą. Przecież już mamy, moja córka i twoja córka to dwie córki. Do tego dodać Nikodema to już troje dzieci. Z twoim zięciem już czworo.  A jak nas wkrótce zrobią dziadkami? Za dużo byłoby tych potomków na nas dwoje.

– Aha, to już nie pójdę cię utopić. Jak mamy tyle dzieci, to niech jędze mówią co one chcą – oświadczył pan Jan ostrożnie stawiając ukochaną kobietę na ziemi.

Gromki wybuch śmiechu jaki nastąpił po powyższym oświadczeniu, spowodował radosne szczekanie Bidy wyczuwającego radosny nastrój dwunożnych przyjaciół. Towarzystwo przeniosło się do saloniku. Po pełnym wrażeń dniu nastąpiła równie niespokojna noc wypełniona wspomnieniami, wyjaśnieniami, planami na przyszłość. O godzinie drugiej trzydzieści osiem jędza Marta spojrzała na zegar.

– Ludzie, czy wy wiecie która godzina? Marsz do domu i spać – krzyknęła. – Każdy do swojego – dodała patrząc na Matyldę i Nicka.

25.09.2018

  • fusilla Piękne! Po prostu!
  • annazadroza Fusilko:-) Dziękuję Ci, kochana, baaardzo za dobre słowo:) Buziaki:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

„Gotując dla Picassa” C.A.Belmond

Już nie jest ciepło:((( Zimno, wieje, leje i ogólnie brrr… Najgorsze jest to, że psiaki wracają mokre i trzeba je całe wycierać, a do sucha się przecież nie da. Kurtkę ciepłą wyciągnęłam i jest mi smutno, bo już tęsknię za latem. Poza tym boli mnie głowa od wczoraj – tata powiedziałby, że jak głupia to niech boli;)
Właśnie w tv mówili, że w samej W-wie od rana około 20 stłuczek już było do tej pory, korki gigantyczne w całym mieście – czyli taki wynik nagłej zmiany pogody. Dowód na to, że jesteśmy częścią natury, odbieramy wszelkie zmiany zachodzące w przyrodzie bez względu na to, czy się uważamy za panów świata czy nie.
Wczoraj udało się nam między jednym deszczem a drugim wyjść na dwa całkiem długie spacery, przy okazji sprawdzić postępy robót przy remoncie dróg, kilku jednocześnie przeprowadzanych. Okazało się, że jedno rondo jest już skończone i samochody jeżdżą, sporo drogi więc się zaoszczędzi nie jadąc już objazdem. No i bezpieczniej będzie. Teraz czekam na zainstalowanie świateł na skrzyżowaniu drugiej remontowanej trasy. Słupy już stoją, latarnie są podłączone, wieczorem można bezpiecznie iść i iść przed siebie. Bezpiecznie pod warunkiem, że się nie spotka jakichś typów niezbyt przyjaźnie nastawionych do bliźnich, albo nieświadomych niczego, bo pod wpływem działania różnych paskudztw. Nowy chodnik prowadzi wzdłuż cmentarza, zupełnie mi to nie przeszkadza, bo w żaden sposób nie zakłócam spokoju tam spoczywających. Boję się żywych… ale nie będę dziś o polityce mówić i kąpać się w złej energii.
Natomiast polecam w wolnej chwili przeczytać „Gotując dla Picassa” C.A. Belmond. Wczoraj sięgnęłam po książkę ponieważ nie dało się wyjść do ogródka ze względu na pogodę, a ze względu na „urwany” palec i tak nic bym nie mogła robić, bo nie potrafię lewą ręką. Wspaniale odpoczęłam, przeniosłam się na słoneczne Lazurowe Wybrzeże, do Prowansji pachnącej dobrym jedzeniem i ziołami, spotkałam Picassa, Cocteau, Matiss też się pojawił. Z trzema kobietami przeżywałam ich losy, z Ondine, Julie – jej córką i córką Picassa, o czym się nigdy nie dowiedziała, oraz wnuczką Ondine, Celine. Ta ostatnia rozwiązuje zagadkę i odkrywa tajemnicę swego pochodzenia, znajduje obraz swego słynnego dziadka ukryty przez babkę, znajduje też miłość swego życia. I tak się wszystko dobrze kończy w przepięknej scenerii starej prowansalskiej zagrody przerabianej na hotel. Zagrody należącej kiedyś do Ondine. Historia zatoczyła koło. Jak ja lubię takie bajki:)))
Niech Wam ten tydzień upłynie równie pięknie jak w bajce:)))

24.09.2018

  • urszula97 To ładnie spedziłaś niedzielę,w sumie ja też,dziergałam sobie.Wieczorem burza,potęzny deszcz i wiatrzysko .Powaliło w miasteczku kilka drzew,3 samochody uszkodzone i z jednego koscioła część dachówek pozrywało.Okna mieliśmy wszystkie zamkniętę przez całą noc,teraz jedynie w kuchni odchylone bo się nie da.Wyje i trzaska,to chyba był ten Fabienn czy jak mu tam,nawet pierwszy raz dostałam ostrzeżenie na komórke że u nas może to byc.Pozdrawiam.
  • annazadroza Urszulko:-) Boję się takich wiatrów, nie wiadomo co się może zdarzyć. Dobrze, że spadające drzewa nikogo nie przywaliły, bo i tak się dzieje. To chyba kwestia szczęścia, takie uniknięcie wypadku. Wczoraj tak mnie zmoczył deszcz, że musiałam się całkiem przebierać, a buty i kurtka do dziś nie wyschły.
    Dzierganie było kiedyś dla mnie wielka przyjemnością, dlatego wiem, jak dobrze można spędzić czas w spokoju z robótką w ręce. Pozdrawiam:)))
  • kotimyszkot I ja lubię takie bajki, może uda się złapać tę książkę na czytnik 🙂 Mam nadzieję, że zdążą dokończyć remonty ulic zanim śnieg spadnie. W naszej okolicy też kilka dróg rozwalonych i nie da się ani przejść, a przejazd tylko dookoła. Utrudnia to poruszanie się, ale trzeba przetrwać bo w końcu potem będzie lepiej. Dobrego tygodnia i dla Ciebie 🙂
  • babciabezmohera Dobra książka to lekarstwo dla duszy.
  • emma_b moja bestia przy próbie wytarcia jej narzuconym podstępnie ręcznikiem natychmiast próbuje mnie zagryźć.
    zimno, ale za to fajnie jest napalić w piecyku udającym kominek:)
  • annazadroza Myszokocie:-) Remonty dróg najbardziej dają się we znaki kiedy popsuje się pogoda, wtedy można w błocie utonąć. Przez objazdy traci się mnóstwo czasu. U nas już kończą, mam nadzieję, że uda się w terminie. Ale przedtem – w ogóle nie dało się przejść jak śnieg padał, trzeba było iść szosą, co naprawdę groziło śmiercią lub kalectwem.
    Serdeczności mnóstwo:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Zgadzam się z Tobą w 100%, dobrą książkę przedkładam nad wszystko:)))
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Emmo:-) Wyjątkowo groźna to „bestia”, musisz być ostrożna w obecności takiego „potwora” 😉 Moje same podchodzą, żeby je wycierać, teraz zrobiło się zimno, więc trzeba, żeby się nie przeziębiły. Jeszcze nie palimy, więc nie schną szybko. Wczoraj tak zmokłam, że do dziś spodnie i buty nie wyschły.
© Anna Blog

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 14

Wrześniowy wieczór zastał panią Martę krzątającą się po kuchni. Uśmiechała się do siebie parząc herbatę w imbryczku, krojąc ciasto i rozkładając je na talerze. Pani Wanda wyjęła z prodiża sernik, przełożyła na paterę i usiadła na okrągłym stołeczku.

– Marto, toż to prawdziwie niesamowita historia. Prawdę mówiąc nie wierzyłam, aby twój plan przyniósł oczekiwany efekt.

– Gwoli ścisłości nie mój lecz Miry. Przyszli do mnie oboje z Markiem przynosząc paczkę od Marysi. Matylda zdawała wtedy jakiś egzamin. Traf chciał, że w tym samym czasie odwiedził mnie Nikodem, a Mira miała zdjęcia z wyjazdu całej grupy za miasto. Matylda wyszła na nich jak modelka, albo jeszcze lepiej, wiesz przecież, że jest wyjątkowo fotogeniczna. Wyraźnie widziałam, jak mu się zmienił wyraz twarzy, kiedy patrzył na zdjęcia i jak nie mógł od małej oderwać wzroku.

– To nie był traf, to przeznaczenie – wtrąciła pani Wanda.

– Mira, Marek i nasz Nikuś przypadli sobie do serca, przegadaliśmy wtedy wiele godzin. Opowiedziałam im o przodku Nikodema, który opuścił Polskę w poszukiwaniu lepszego życia. O tym, jak John Taylor przyjechał do kraju i pokochał ciebie, Wandziu. Opowiadałam o urodzeniu Nikusia, o wypadku, z którego cudem uszłaś z życiem. O tym, jak ciężko harowałaś, by zebrać pieniądze na bilet powrotny do kraju dla siebie i małego Nikusia.

– Koszmarne czasy – skinęła głową pani Wanda. – Ciarki po mnie przechodzą kiedy je sobie przypomnę. Nie wiem skąd wzięłam siłę, żeby to wszystko znieść. Nie chciałam nikogo prosić o pomoc…

– Już jako mała dziewczynka byłaś niezwykle odważna i bardzo dumna. Nikodem jest do ciebie podobny.

– Los stał się łaskawy dopiero wtedy, gdy spotkałam Staszka Bryłę. On bez mej wiedzy skontaktował się z Taylorami i powiedział im bez ogródek, co o nich myśli. Okazało się, że nic nie wiedzieli o urodzeniu Nikusia, stąd nieporozumienie.

– Tak bywa, jeśli ludzie nie potrafią się ze sobą porozumieć – pani Marta zdjęła fartuch  i powiesiła na wieszaczku za lodówką. – Oni myśleli, że to ty nie chcesz ich znać, gardzisz nimi za proste pochodzenie przodka. Ty zaś – że nie chcą mieć z tobą do czynienia, bo jesteś biedna.

– Z perspektywy lat i doświadczenia inaczej patrzę na życie. Teraz wyjaśniłabym sprawę od razu – pani Wanda zamilkła wracając myślami w przeszłość.

– Wiesz Wandziu, ja od tego czasu załatwiam każdą sprawę do końca, niczego nie pozostawiam w zawieszeniu, tego właśnie nauczyłam się na twoich błędach. Dlatego nie pozostawiłabym sprawy dzieci własnemu  biegowi. Od dawna wiedziałam, że są dla siebie stworzeni, choć Matylda wyprawiała niestworzone rzeczy, żeby nie spotkać Nikodema.                                                                                                                      – Skąd mogła wiedzieć, że Nikodem to Nick? – uśmiechnęła się pani Wanda na myśl o synu.

– Nie broń jej, niczego nie widziała poza czubkiem własnego nosa i mała nauczka dobrze jej zrobiła. Sama to przyznała – pani Marta usiadła obok kuzynki.

– Zobacz jak to się w życiu dziwnie układa. A Marysia i Jan?  Pamiętasz co było, gdy Jan zobaczył Nikusia? Pokochał jak własnego synka i zaprzyjaźnił się ze Staszkiem. Często mówi jak bardzo jest mu wdzięczny za wyjaśnienie owego nieporozumienia wiele lat temu.

– Tym sposobem Nikuś choć utracił własnego ojca, zyskał dwóch godnych zastępców: ojczyma i stryja – dodała pani Marta.

– Właśnie, dwóch przyszywanych ojców, dwa nazwiska, dwa kraje, w których czuje się u siebie.

– Musisz jednak przyznać Wando, że słowiańska krew bierze w nim górę nad krwią anglosaską i to często, pod różnymi względami.

– Owszem, lecz widać też korzyści płynące z połączenia. Na przykład wiemy, że „pan Andrzej Kmicic był gorączka wielki” a Nikuś nauczył się panować nad sobą, spokojnie i konsekwentnie realizować życiowe zamierzenia. Nauczył się wykorzystywać siłę pozytywnego myślenia w każdej dziedzinie swojego życia.

– Oj, z tym ostatnim u nas rzeczywiście krucho – skrzywiła się pani Marta. – O pozytywnym myśleniu większość naszych rodaków ma negatywne pojęcie. Patrząc na dobrobyt sąsiada statystyczny rodak myśli: a żeby ci to wszystko cholera wzięła. A potem ukradkiem zaciera ręce z radości, kiedy sąsiada okradną.

– Zamiast pomyśleć: niech się cieszy tym co ma, a ja zdobędę to co chcę w uczciwy sposób.

– U nas uczciwość nie jest w cenie – zauważyła zgryźliwie pani Marta.

– Uczciwość jest synonimem nieudacznictwa, głupoty, braku siły przebicia, braku sprytu i umiejętności radzenia sobie w życiu, nieumiejętności omijania prawa i przerabiania na pieniądze wszystkiego co tylko się da.

– To dziedzictwo historii…

– A może wreszcie czas skończyć z tym wiecznym zaczynaniem od początku poprzez przekreślanie tego co było? Dlaczego nie można wyrzucić rzeczy złych zatrzymując dobre? Który gospodarz wyrzuca sprawne jeszcze maszyny nie mając za co kupić nowych? Chyba normalne, że wymienia się najbardziej zużyte, w miarę możliwości oczywiście.

– Ojej, Wando, i następna wada narodowa. Czy my zawsze musimy politykować? Inne nacje po prostu żyją i cieszą się życiem, a my się mądrzymy, wypowiadamy zdanie, wygłaszamy mowę… Zaczęłam krakać jak stara wrona a ty mi zgodnie wtórujesz. Przecież nie wszyscy są tacy paskudni, inaczej nie przetrzymalibyśmy zaborów ani wojen. Popatrz na Matyldę. Tutaj wyrosła, tu się wychowała i jaka wspaniała z niej dziewczyna. A jej koleżanki i koledzy…

– Ale jednocześnie pomyśl o bandach młodzieży włóczących się po osiedlach – przerwała kuzynce pani Wanda. – Najczęściej nie uczą się i nie pracuję, wcale nie tylko dlatego, że jest bezrobocie. Posłuchaj ich rozmów, ich słownictwa…

– Też nie miałabym co robić…

– Aż się człowiekowi słabo robi. Maluchy w piaskownicy mówią dokładnie takim samym językiem i nie wiem, czy się kiedykolwiek nauczą posługiwać innym. W mieście strach wyjść z domu po zachodzie słońca, a i w biały dzień na środku ulicy możesz dostać w głowę, zostać okradziona i nikt się nawet nie obejrzy, każdy się boi o własną skórę. Czasy rycerzy dawno minęły… Niebezpiecznie jest jechać tramwajem czy autobusem, bo też nikt nie zareaguje gdy wsiądzie kilku młodzieńców zabierając ci wszystko co masz przy sobie. Rozbój w biały dzień.

– Uspokój się Wando. Wszystkie okresy przejściowe…

– U nas nie ma innych – wtrąciła pani Wanda.

– … wszystkie okresy przejściowe – powtórzyła pani Marta i ciągnęła dalej, – charakteryzują się wzrostem przestępczości, upadkiem prawdziwych wartości, tych niezmiennych, ponadczasowych, wiecznych, niekoniecznie zgodnych z prawdziwym obliczem pewnych grup. To jak z Krzyżakami: mieli Boga na ustach, krzyż na płaszczach, w sercach okrucieństwo a mord w oczach. Tak już jest, że czasem wypływają na światło dzienne brudy i nieczystości, które powinny być starte z powierzchni ziemi raz na zawsze. Jakoś to trzeba przetrzymać, cóż, „człowiek jest mocny…”.

– Zgoda, lecz nie mogę pogodzić się z faktem, że nasze społeczeństwo od wieków popełnia wciąż te same błędy i dlatego wciąż kręcimy się w kółko jak pies za własnym ogonem. W tym czasie inne narody, ani lepsze ani gorsze tylko inne, idą do przodu. Tymczasem my gryziemy się między sobą stojąc na środku drogi i blokując przejście. Toteż nic dziwnego, że co jakiś czas zostajemy wdeptani w ziemię, na własne życzenie zresztą, pozwalając rządzić kołtuństwu, ciemnocie i zacofaniu. Podnosimy się, owszem, ale co z tego? Na otrzepywanie się z kurzu zużywamy całą energię, której inni używają na podążanie do przodu i ułatwianie sobie życia. W naszej  zaś grupie, już po długotrwałym ustawianie się do dalszego marszu, jeśli ktoś nawet przypadkiem oderwie się choć na kilka kroków lub wdrapie na drzewo, aby się rozejrzeć, reszta sfory natychmiast zaprzestaje walki o miejsce w szeregu, przerywa podgryzanie wzajemne, by rzucić się na odszczepieńca, który odważył się być w czymkolwiek inny i rozedrzeć go na strzępy. Przy czym każdy napastnik uważa, że rację ma tylko on i nikt więcej.

– Koszmarny obraz przedstawiłaś Marto, czarny i ponury, ale jakże odpowiadający prawdzie. On także był przyczyną rozbiorów, z materiałów historycznych nietrudno wysnuć odpowiednie wnioski. A i podczas obserwacji współczesnych wydarzeń wnioski nasuwają się same – zamyśliła się pani Wanda. – Pociechą jest, że życie polega na nieustannych przemianach. Miejmy nadzieję, że na lepsze. Musisz przyznać, że zawsze rodziły się i będą się rodzić jednostki wyrastające ponad przeciętność, pociągające za sobą jakąś grupę ludzi nie tylko w dół ale i w górę. O, właśnie, spójrz na naszą młodą parę – ruchem głowy wskazała okno, przez które widać było Matyldę rozmawiającą z Nickiem. – Oto masz najlepszy przykład. My już przeżyłyśmy dużo, nawet zbyt dużo atrakcji jak na jedno życie. Możemy im pomagać ile sił, ale zasadnicza walka będzie należała do nich, to oni muszą przywrócić wartościom pierwotne znaczenie. Jak to było? „ By prawo mogło prawo znaczyć a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Nigdy nie miałam pamięci do wierszy.

21.09.2019

  • mmzd Fragment z Tuwima „Kwiatów Polskich” – tylko dwa cytaty, a tak wiele mówią.

    Nie dopuść, żeby miecz nieprawy
    Miał za rękojeść krzyż Twej męki.

    Lecz nade wszystko – słowom naszym,
    Zmienionym chytrze przez krętaczy,
    Jedyność przywróć i prawdziwość:
    Niech prawo zawsze prawo znaczy,
    A sprawiedliwość – sprawiedliwość.

  • annazadroza Magduś:-) Mówią wszystko, cytaty.
    Wiesz, że ja te słowa pisałam bardzo dawno temu, ze 20 lat na pewno. Mówię o „Matyldzie” – i patrz jakie trafne, nic się nie zdezaktualizowało, wręcz przeciwnie. Zrobiło się potwornie wyraźne i prawdziwe, najgorsze, że wtedy była nawet nie nadzieja ale pewność, że najgorsze za nami. Kto mógł przewidzieć, że dopiero przyjdzie?
  • emma_b to Matylda ma już 20 lat? a ja myślałam, że teraz piszesz kolejne rozdziały:)
  • annazadroza Emmo:-) Matylda to już stara baba;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Jaki wniosek?

Co dzień to niespodzianka. Rano słońce przypominało wyglądem czerwonego grapefruta, otaczała je różowa poświata, więc i mgła unosząca się nad łąką miała różowy odcień. Przeszłam się z psiakami nowym chodnikiem, jeszcze nie jest ułożony w całości ale bezpiecznie można sobie iść spory kawałek.
Wracaliśmy przez naszą łąkę i tu się zdarzyła niemiła dla mnie niespodzianka. Nie wiem jak to zrobiłam, ale chwyciłam smycz w tym samym momencie, w którym Skituś rzucił się do przodu gonić Szilkę, gruby karabińczyk zahaczył mi o palec, a ten pod wpływem siły Skitusiowej … się uszkodził. Nawet dość porządnie. Chusteczką ścisnęłam, żeby wszystko pozostało na swoim miejscu, w domu porządnie zalałam kroplami propolisowymi na spirytusie, zawinęłam, zakleiłam i tyle. Krew nie płynie, co miało wypłynąć to wypłynęło, problem tylko, że to prawa ręka, więc jest mi trochę niewygodnie. Jak dobrze, że sprężyłam się z porządkowaniem ogródka, teraz miałabym problem.
Jaki stąd wypływa wniosek? Trzeba słuchać swego wewnętrznego głosu, który często nam najlepiej podpowiada, co powinniśmy robić a czego nie.

Podobno szykuje się załamanie pogody, wolałabym ciepło i słoneczko jak najdłużej. Pewnie nie tylko ja:)))

20.09.2018

  • e.urlik Ooo, biedulko…
  • kotimyszkot Oj fakt.. nie tylko Ty 🙂
    A palec do wesela się zagoi. Co oznacza, że szykuj się na jakieś weselisko 😉
  • babciabezmohera Współczuję! Przykra niespodzianka. 🙁
  • Gość: [urszula97] *.static.ip.netia.com.pl No nie,na początku taki uroczy opis przyrody a tu takie skaleczenie,no cóż wypadki chodzą po ludziach.Odnośnie pogody to znów po 3 czy czterech dniach ma być ocieplenie.Zdrówka i pozdrówka.
  • kolewoczy Pisałam? Pisałam: należy słuchac tego, co podpowiada przeczucie 😉 Dobrze, że złapałaś, tylko za słabo i stąd kontuzja. Oby szybko się goiło.
  • annazadroza Ewciu:-) Dzięki za dobre słowo;))))
  • annazadroza Myszokocie:-) Straszą, że już jutro będzie deszcz i zimno. Wiatr już się ruszył, choć jeszcze świeci słoneczko i jest ślicznie.
    O weselu myślę, szukam i nie zanosi się w pobliżu na żadne, ale kto to może wiedzieć na pewno?
  • annazadroza BBM:-) Wypadki chodzą po ludziach, a najczęściej wynikają z własnej naszej nieuwagi (głupoty), cóż poradzić…
  • annazadroza Urszulo:-) No właśnie chodzą, chodzą;)
    Naprawdę za kilka dni wróci ciepełko? Akurat taka informacja mi umknęła, dziękuję Ci za nią baaardzo, od razu lepiej:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Pisałaś, pisałaś i masz racje w tym względzie absolutną:) Dzięki za życzenie:)))
  • bognna Tutaj juz ochodzenie. W nocy lalo porzadnie i w koncu da sie oddychac. Bardzo mnie to cieszy. Naprawde mam dosyc upalow panujacych w Belgii (w zasadzie nieprzerwanie od polowy maja), a potem na Sardynii. Takiego goracego lata nie bylo tutaj od dziesiecioleci.
  • annazadroza Bognno:-) U nas też takiego lata dawno nie było. Teraz już nie jest ciężko nawet osobom, które nie lubią upałów, bo dzień krótszy, szybko robi się ciemno i chłodniej jednocześnie. Deszcz jest oczywiście roślinkom potrzebny, nam też – oraz dla odświeżenia powietrza. Od jutra (albo pojutrza) chyba kalendarzowa jesień, jak już musi być – niech będzie kolorowa:)))
  • irsila Dobrze , że zęba nie wybiłaś:)
  • ciotkaeliza …Aż mnie zaczęło boleć, tak to jest z naszymi zwierzakami, ale zagoi się do wesela.
  • annazadroza Irsilo:-) Całe szczęście, teraz za dentystę trzeba płacić.
  • annazadroza Elizo:-) Nigdy nie wiadomo, kiedy się coś przytrafi. Do wesela wnuczki na pewno się zagoi:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 13

W nocy obudziła Matyldę gwałtowna burza, której towarzyszyły błyskawice rozjaśniające z nagła czarne niebo, głośne grzmoty i straszna wichura. Jej podmuch otworzył okno na całą szerokość.

– Cholera jasna – zaklęła Matylda mocująca się z oporną klamką podczas próby zamknięcia okna. – Ładna historia. Zaplanowałam sobie pracę w ogrodzie, a tu leje! Nie podoba mi się to – mruknęła.

Zupełnie odechciało jej się spać. Ogromne krople deszczu bębniły po blaszanym parapecie. Wiatr nie chciał dać za wygraną, z coraz większą siłą raz po raz atakował zamknięte okno. Szyby trzeszczały jakby za chwilę miały wpaść do pokoju w postaci świetlistego pyłu.

Matylda nakryła głowę poduszką, ale nic nie pomogło, sen nie wrócił.. Zrezygnowana zapaliła lampkę, wyjęła z szufladki stare romansidło. Pogrążona w lekturze oderwała się od rzeczywistości i z rozkoszą zgłębiała tajemnice ponurego zamczyska w towarzystwie młodego i – oczywiście – nieziemsko przystojnego hrabiego. Zamknąwszy książkę na ostatniej stronie, uśmiechnięta spojrzała w okno. Świat za szybą odwzajemnił jej uśmiech mrugając wesoło jasnymi promieniami wschodzącego słońca. Wyskoczyła z łóżka i wpuściła do pokoju ostre, chłodne, odświeżone deszczem powietrze.

Rozłożyła ręce gestem ptaka rozkładającego skrzydła do lotu, zrobiła kilka głębokich wdechów i roześmiała się cichutko widząc tęczę  nad wzgórzem.

Stąpając na palcach starała się jak najciszej zejść ze schodów, aby nikogo nie zbudzić. Przywitał ją Bida przeciągając się, szczeknął krótko. Wypuściła psa do ogrodu. Sama weszła do kuchni, nalała wody do czajnika, postawiła na gazie. Poczuła głód i rzuciła się na drożdżowe rogaliki z makiem upieczone przez matkę oraz szarlotkę – arcydzieło sztuki kulinarnej autorstwa pani Marty. Pochłaniając piąty rogalik zobaczyła matkę stojącą w drzwiach. Oparta o framugę z widocznym zadowoleniem przyglądała się córce pałaszującej smakołyki. Matylda zerwała się z drewnianego krzesła, obeszła duży, okrągły stół stojący na środku ogromnej kuchni i serdecznie uściskała matkę.

– Chodź mamusiu, siadaj, już ci nalewam kawę. Ze śmietanką, prawda? Rogaliki są po prostu fantastyczne, fenomenalne! W życiu takich nie jadłam – szczebiotała krzątając się po kuchni.

Po chwili na obrusie w białobrązową kratkę stała filiżanka aromatycznego napoju. Matka i córka, jak najlepsze przyjaciółki, pogrążyły się w rozmowie o planach na dzisiejszy dzień.

– Nie wiedziałam, że z was takie ranne ptaszki – przywitała je pani Marta pojawiając się w smudze słońca wchodzącego przez kuchenne okno ozdobione różowymi pelargoniami.

– Obudziła mnie burza i już nie spałam. Skończyłam czytać powieść i mam wielką ochotę wziąć się z chwastami za bary – odpowiedziała Matylda.

– Ot, co znaczy młodość – westchnęła pani Marta. – Kiedyś nieprzespana noc nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Teraz byłabym nieprzytomna przez cały dzień i padłabym gdzieś w kącie ze zmęczenia.

Matylda sięgnęła po dzbanek z kawą i napełniła następną filiżankę.

– Proszę, podano do stołu – dygnęła. – Czy zechce pani towarzyszyć nam podczas śniadania? Jakaś wróżka podrzuciła szarlotkę i rogaliki z makiem. A może to były dwie wróżki… To nie jedzenie, to poezja, radzę spróbować.

– Cieszę się, że ci smakuje, ty moja szczebiotko – rozpromieniona pani Marta usiadła przy stole. – Muszę przyznać, że jestem próżna pod tym względem. Uwielbiam, kiedy ktoś chwali moje wypieki.

Zaraz po śniadaniu pełna pomysłów Matylda ruszyła do ogrodu. Rozpoczęła od spaceru po całym terenie, podczas którego dokładnie przyjrzała się plątaninie różnych odcieni zieleni ze wszystkimi możliwymi kolorami kwiecia. Ów roślinny galimatias przedstawiał się niezwykle malowniczo, to prawda, ale należało tę gęstwinę okiełznać, zaprowadzić ład i porządek, i to w taki sposób, by ogród nie stracił nic ze swego uroku.

Zastanawiając się od czego zacząć, bezradnie podrapała się po głowie, obeszła jeszcze raz całość, układając plan działania.  Skądś przygalopował Bida, szczeknął radośnie i wytarzał się w wysokiej trawie.

– Masz rację piesku – zawołała uszczęśliwiona. – Dzięki za podpowiedź, zacznę od skoszenia trawy.

Przyciągnęła z szopy starą, ręczną kosiarkę. Skrzypiała, trzeszczała, zatrzymywała się co chwilę, bo zbyt długie warkocze trawy owijały się wokół ostrzy, ale jakoś szło. Pomału, bo pomału, ale do przodu. Wreszcie zziajana, zmęczona ogrodniczka padła na skoszoną trawę. Udało się. Posiedziała moment i pobiegła po grabie.

– Odpocznij, nie zamorduj się – krzyknęła matka od furtki. – Wychodzimy.

Matylda pomachała ręką w odpowiedzi i dokończyła grabienie trawy. Wyniosła całą kopę na kompost. Przyjrzała się krytycznie brzegowi sadzawki, który wyłonił się spod skrywającej go uprzednio zieleni i wydawał się teraz  jakiś pusty i bez wyrazu. W drugim kącie ogrodu widniał stos kamieni wykopanych przy budowie szopy i znoszonych z pól podczas spacerów. Miały być zużyte na założenie skalnego ogródka. Oczyma wyobraźni Matylda ujrzała istny rajski zakątek i czym prędzej rzuciła się w stronę kamieni aby jak najprędzej wizję urzeczywistnić. Kopała ziemię, przenosiła wiaderkiem – miała wrażenie, że kilka ton – nad brzeg sadzawki, układała kamienie, przesadzała rośliny. Zapamiętała się w tworzeniu, zapomniała o bożym świecie. Razem z nią pracował Bida, nie odstępował, chodził krok w krok, łapami kopał ziemię, kamienie starał się popychać nosem. Z nadmiaru gorliwości skąpał się w wodzie, czym nie przejął się nic a nic. Wytarzał się najpierw w piasku, potem w trawie, pobiegał wokół ogrodu i suchutki przybiegł do Matyldy chętny w dalszym ciągu do „pomocy”, którą uznał za świetną zabawę.

Matylda zrobiła s obie króciutką przerwę siadając na schodkach z kubkiem mleka i pajdą  chrupiącego chleba z miodem. Przyglądała się z zadowoleniem efektom swojej pracy. Odpocząwszy, nalała Bidzie mleka do miski i zabrała się za rozsadzanie olbrzymich kęp piwonii. Połączyła razem pąsowe, bladoróżowe i białe wyobrażając sobie jak będą wyglądać w czerwcu.

– Zaproszę na całe lato Mirkę z dziewczynkami – zwierzyła się Bidzie. – Szkrabiątka będą już na tyle duże, by móc bawić się w ogrodzie. Wesoło będzie, że hej!

– Hau, hau, hau – basem przytaknął Bida.

– Ciebie też przywiozę, nie bój się mordeczko kochana, nie zapomnę o tobie – pogładziła wielki łeb.

– Hau, hau, hau – dudnił coraz większym basem czworonożny przyjaciel.

– Ojej, nie krzycz tak głośno.

Bida już nie słuchał, szczekał coraz głośniej, coraz radośniej wyraźnie wpatrzony w jeden punkt. Wreszcie podniósł się z trawy wymachując zawzięcie ogonem, wreszcie w radosnych podskokach ruszył do przodu.

– Co się dzieje? – odwróciła się w stronę, w którą pobiegł pies.

Znieruchomiała. Była przekonana, że naprawdę oszalała. Ujrzała Nicka z papierową torbą w ręku! Niemożliwe. Stop. To tylko chora wyobraźnia. Z pewnością nic innego. Zacisnęła mocno powieki. Raz, dwa, trzy…pięć…dziesięć… Otworzyła oczy. Nie pomogło! Jest! Znowu jest! Nie zniknął!

Wyraz popłochu i przerażenia jaki się odmalował na jej twarzy był dla Nicka nie do pojęcia i wprawił go w zakłopotanie.

– Jeśli on tu naprawdę jest, chcę umrzeć w jednej chwili – pomyślała uświadamiając sobie, że ręce ma ubrudzone ziemią i smarem od kosiarki,  kolana ufarbowane trawą na zielono, a potargane włosy wiatr powyciągał z frotki i miota nimi wedle uznania na cztery główne  strony świata i cztery pośrednie.

Nie przypuszczała, że właśnie w tej chwili wygląda przeuroczo, niczym uosobienie młodości, zdrowia i urody.

Nick wyciągnął przed siebie rękę torebką, stojąc jak wryty w jednym miejscu.

– Ja tylko przyniosłem tulipany – wymamrotał oglądając się za siebie, bo może za nim było coś, co tak bardzo przestraszyło dziewczynę.

Czuł się jakoś dziwnie niewyraźnie nie rozumiejąc przyczyny jej przerażenia.

– Matyldo, czy ty mnie nie poznajesz? Właściwie, przecież nie musisz… Ale mama mówiła, że cebulki tulipanów będą ci dzisiaj koniecznie potrzebne.

– Moja mama? – wycharczała cofając się do tyłu.

– Nie, moja – zrobił krok do przodu.

– Jak twoja? Skąd two…ooo…ja?!!!

Chlup, plusk i panna Matylda dokończyła zdanie siedząc w sadzawce niezmiernie zaskoczona obrotem sprawy.

Oszołomiony w dalszym ciągu Nick bez chwili namysłu ruszył do przodu. Stąpnął na świeżo usypaną, mokrą, śliską ziemię i – niczym na filmie puszczanym na zwolnionych obrotach – zjechał do wody wyrywając po drodze kępki świeżo posadzonej, ozdobnej trawy, której próbował się chwycić zjeżdżając na kolanach wprost do wody i lądując przed ukochaną na klęczkach z malowniczym wiechciem trawy w dłoni..

Oboje tkwili tak bez ruchu w wodzie zapatrzeni w siebie jak dwie rzeźby z zaginionej Atlantydy, które po wiekach morze wyrzuciło na brzeg. Być może tkwiliby tak do końca świata, gdyby do ich świadomości nie zaczęło docierać coraz bardziej natarczywe szczekanie Bidy.

Bida zaś, przyjaciel całego świata, witał radośnie cztery osoby wchodzące przez furtkę: trzy panie i jednego pana. Osoby przystanęły w milczeniu zdumione nieoczekiwanym widokiem.

Oszczekawszy przybyłych Bida pędem wpadł do sadzawki. Rozpryskując wokół tęczowe krople wody tracił Matyldę nosem. Oprzytomniała. Poruszyła głową. O matko jedyna! To była rzeczywistość! Nick klęczał w wodzie tuż obok niej. Co za wstyd! Jaka kompromitacja! A jednak… skądkolwiek się wziął … jaką ma idiotyczną minę! Pewnie jest wściekły… dostojny, elegancki pan profesor na kolanach przed studentką…. I to z wiechciem trawy, w sadzawce… Kąciki ust zaczęły drgać od powstrzymywanego śmiechu. Próbując ukryć ogarniającą ją, wypełniającą już po chwili całkowicie  wesołość, zakryła twarz rękami. Przez szpary między palcami zobaczyła, że wreszcie się poruszył.

– Nikodem, czy ty oszalałeś? – usłyszała głos pani Wandy. – A może to nowy sposób oświadczyn?

– Sam na to wpadłeś? Żeby jej zaimponować, aha, – domyślała się głośno pani Marta. – A może wepchnąłeś ja do wody z obawy przed kolejną ucieczką?

– Że na kolanach, rozumiem, damy o rękę należy prosić na kolanach, ale dlaczego wciągnęłaś go do wody? – pytała matka trzęsąc się ze śmiechu.

– Marysiu, czy w Polsce teraz panuje taka nowa moda? – spytał mężczyzna towarzyszący paniom. – Czy ja też tak muszę, skoro chciałbym, żebyś za mnie wyszła i została moją żoną?

– Matyldo – pani Maria siedziała na trawie, łzy płynęły jej po policzkach. – Dlaczego nie przyznałaś się, że znasz Nikodema? Po co to przed nami ukrywałaś? My i tak wszystko wiedziałyśmy…A może chciałaś doprowadzić do tak niekonwencjonalnych oświadczyn, żeby mieć wnukom o czym opowiadać?

– Ja ukrywałam? To wy ukrywałyście prawdę przede mną! Ja nikogo do niczego nie zmuszałam!

Odjęła ręce od twarzy. Na policzkach pozostały czarne smugi po ubrudzonych ziemią palcach. Na ten widok wszyscy ryknęli śmiechem, już nie próbując go tłumić. Nick też nie wytrzymał. Śmiał się, piał, charczał, rzęził, płakał. Wreszcie podniósł się z kolan z wysiłkiem, obezwładniony śmiechem ledwo miał siłę wyciągnąć rękę do towarzyszki niecodziennej kąpieli.

– Chodź, moja topielico, już cię nie puszczę od siebie, bo następnym razem zwabisz mnie do studni, żeby mieć problem z głowy.

Wyczołgali się oboje z sadzawki umorusani jak nieboskie stworzenia, ociekający wodą. Zataczając się dotarli do reszty towarzystwa i padli na trawę.

Matylda nie mogła się nadziwić własnej głupocie. Jak mogła wcześniej nie skojarzyć, że Nick i Nikodem to jedna i ta sama osoba? Mira wiedziała i zakpiła z niej, to ma być przyjaciółka? Ale…nic nie jest ważne poza świadomością, że Nick siedzi obok i trzyma ją za brudną rękę swoją równie brudną…Chociaż ma zabłocone ubranie, ocieka wodą i zgubił w wodzie jeden but – wygląda jak prawdziwy facet, a w oczach poza wesołością kryje się ogromna czułość. Stało się nieistotne, że „wszystkie trzy matki” i ten rozbawiony pan patrzą na nich, chociaż ona bardziej przypomina utopca niż żywą kobietę z krwi i kości… Pełna miłości przytuliła się do mokrego, lecz czystego jeszcze kawałka koszulki Nicka, który natychmiast zmienił kolor na czarny pod wpływem jej czułości.

– Ty oszuście – powiedziała czule. – powinnam cię zamordować z zimną krwią.

– Poczekaj, niech założę drugi but, nie chciałbym ginąć z pantoflem w ręce – odrzekł wyciągając Bidzie z pyska zdobycz wyłowioną w sadzawce.

– Oj dzieci, dzieci – kiwała głową pani Marta. – Wszystkiego bym się spodziewała. Gdyby na przykład, Matylda oblała cię, Nikusiu, wrzątkiem, nie zdziwiłabym się wcale. Ale taka scena? No no…

– Dziękuję ci, ciociu, za dobre słowo, jesteś wyjątkowo miła – skrzywił się Nick. – Naprawdę się cieszę, że mi tak dobrze życzysz, w życiu bym na to nie wpadł.

– A tak się zarzekałaś, że nie chcesz słyszeć o starym, grubym Nikodemie – dodała pani Maria z głową opartą o ramię pana, w którym Matylda domyśliła się stryja Nicka.

– Ładnie, ładnie, wszystko mogę przełknąć, tylko dlaczego gruby? – zaprotestował Nick. – Z tym się nie zgodzę!

– Bo kiedyś widziałam z daleka w waszym ogródku jakiegoś grubego faceta – tłumaczyła Matylda.

– To był znajomy, którego poprosiłam o przekopanie trawnika – wyjaśniła pani Wanda.

– Dosyć, dzieciaki, poprzeziębiacie się. Marsz do domu przebrać się – zarządziła pani Marta.

– Mamo, muszę cię prosić o przyniesienie suchego ubrania, przecież nie mogę ci robić wstydu pokazując się na ulicy w tym stanie – podniósł się z trawnika podając szarmancko rękę Matyldzie, co wyglądało przekomicznie.

– Siadaj tu i poczekaj. Wando, idź do domu po suche rzeczy – pani Marta zdecydowanie przejęła dowodzenie.

– A ja? – dusił się w dalszym ciągu ze śmiechu pan Jan.

– Ty bierz Marysię pod rękę i marsz na spacer – pani Marcie wyraźnie przypadła do gustu rola dowódcy. – I nie wracaj zanim nie zawołam. Mam z Nikodemem do pomówienia.

– Ojej, ciociu, tylko nie bij, już będę grzeczny – Nick osłonił głowę brudną ręką.

– Marysiu, chodźmy już, bo Marta i nas pobije – chichotał pan Jan. – Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się uśmiałem.

– Matylda, jeszcze tu jesteś? Umyj się i pokaż narzeczonemu prawdziwe oblicze. Tylko pamięta, jak zeskrobiesz błoto możesz mu się  przestać podobać. On ma spaczony gust, ostrzegam.

– Jak się nie spodobasz brudną to i czystą trudno – odgryzła się pani Marcie przysłowiem.

Po chwili dzikie wybuchy śmiechu dały się słyszeć z łazienki. Matylda zobaczyła się w lustrze.

19.09.2018

  • mmzd chlip chlip …. oczy mi się spociły 😉
  • fusilla Się uśmiałam przeserdecznie ! Chociaż scenka jak z najlepszej komedii!
  • urszula97 Jest super,czekam dalej.
  • annazadroza Magduś:-) A przy chlipaniu nie rozmazał Ci się makijaż? Buziaki:)))
  • annazadroza Fusilko:-) Cieszę się, że Cię scenka rozbawiła:) Buziaki:)))
  • annazadroza Urszulo:-) To dla mnie radość ogromna, że Ci się podoba:) Buziaki:)))
  • mmzd Nie miało co się rozmazywać, bo ja się nie maluję ( sama nie wiem, czy to powód do wstydu czy do dumy ;););)
    buziaki wzajemne !!
    <*0;ooooo;~~
  • annazadroza Magduś:-) Myślę, że bardziej do dumy;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Jest ciepło:)))

Ranek powitał mnie przecudny. I każdego innego zresztą też, bez względu na to, czy ów ktoś zwracał uwagę na urodę poranka czy też nie. Szkoda mi było słońca więc dlatego nie włączałam Lapcia aż do tej pory.
Energię do wzięcia się za bary ze wszystkim z czym trzeba mam właśnie rano. Potem pomału zanika, a jej miejsce zajmuje Pan Leń:) Ileż to muszę się namęczyć, żeby go pogonić;))) Dziś nie pozwoliłam mu wygrać. Po porannym wyjściu z psiakami, oraz po kawie – bo przecież „bez kawy to ja nie zyję” – jak mówiła Średnia będąc małą dziewczynką, wyjęłam wszystkie potrzebne składniki i ugotowałam wielki gar grochówki. Pyyyszna wyszła:)))
Skoro miałam obiad z głowy, skrzętnie wykorzystałam chęć popracowania na łonie natury. Nie wiem kiedy następnym razem odczuję takie nieodparte pragnienie, należy je wykorzystać w całości:) Tak też zrobiłam. Wyczyściłam z chwastów cały fragment uliczki za siatką oraz przedogródek, wsadziłam w doniczki
kilka rozchodników, które puściły w korzenie w wodzie. To są naprawdę pancerne rośliny, wszędzie sobie dają radę. Stos gałęzi po wyciętych perukowcach przeniosłam w inne miejsce, oglądając wszystkie po kolei pod kątem przydatności. Z obciętych poprzednio zrobiłam płotek odgradzający przedogródek od reszty działeczki. Dzieci się śmiały, że indiański, bo patyki powiązałam sznurkiem, poprzeplatałam giętkimi pędami dzikiego wina. Z czasem winobluszcz obrósł cały płotek i teraz prezentuje się wspaniale, ukrywając ogródek przed wzrokiem ciekawskich. Ozdabiają go stare wysłużone, wiklinowe koszyczki, nie nadające się już do niczego, rozpadające się ze starości, ale mogą jeszcze wisieć i robić dobre wrażenie:)
Uważam, że narobiłam się wystarczająco i z czystym sumieniem mogę usiąść z Lapciem do towarzystwa.
Od razu dobra nowina – ma być zmieniona trasa autobusu, który mam niedaleko i bedzie jeździł na Kabaty! Tym sposobem wreszcie będę mogła jednym autobusem pojechać do dzieci, albo do M. Nie bedę musiała ciągać Męża i psów za każdym razem. Do Calineczki pojadę sobie sama, a Mąż tylko po mnie przyjedzie. Psiaki musimy przecież wozić wszędzie ze sobą, nie możemy ich z babcią D. zostawiać ze względów bezpieczeństwa. Psiaków ale i babci też. No bo niech jej przyjdzie do głowy, że pójdzie z nimi na spacer. Nie zdążyłaby nawet zejśc ze schodów a już leżałaby połamana. Nie zdaje sobie sprawy, że nie ma siły utrzymać smyczy, nie zamyka mieszkania, bo już o tym nie pamięta itp., itd. Ale grochówki zjadła dużą porcję i z tego się cieszę:))) I z tego, że jest ciepło:)))

18.09.2018

  • krzysztof213 Smacznego życzę .
    I choć trochę czasu dla siebie oraz pięknego ogrodu przecież to trochę wizytówka domu
  • kotimyszkot Dobrze umieć cieszyć się z drobiazgów – które przecież zdarzają się każdego dnia, nawet pod postacią zjedzonej zupy 🙂
  • kolewoczy Dobry dojazd to ważna sprawa, skraca czas pomiędzy… ale pamiętam, że gdy codziennie dojeżdżałam do pracy, podczas tych podróży miałam czas na różne przemyślenia 😉 Mnie się jakiś winobluszcz puścił daleko na działce, wiesz może jak go przesadzić? Bo chciałabym go tak właśnie puścić płotem dla zakrycia przed wzrokiem ciekawskich.
  • fusilla O! No właśnie! Też mam ten problem co Koląca! Tyle, że mam płotu z siatki ze 20 metrów! Siatka sąsiadów, nie moja. Ale całe lato co rusz różnych wczasowiczów tam sporo i zaczyna mi to ciut uwierać!
  • urszula97 No widzisz raz jest czas na leniuchowanie a raz ma człowiek sporą werwę do roboty.A nie możesz zdjęcia wrzucić z Twojego wspaniałego dzieła?
  • annazadroza Krzysztof:-) Dziękuję:))) Ogród – to za dużo powiedziane, to taki kawałeczek, który można przykryć chusteczką do nosa, tak powiedziałby mój tata. Ale jest i daje dużo radości:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Masz rację, każdego dnia należałoby na chwilkę zwolnić, spojrzeć wokół siebie, zrobić coś dobrego, albo chociaż uśmiechnąć się do jakiegoś sfrustrowanego rodaka, może lepiej byłoby na świecie? Do Ciebie się uśmiecham pełną gębą:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jeżdżąc do pracy czas wykorzystywałam na czytanie. Teraz mi ten czas okropnie szybko umyka i cieszę się, że dojadę do dzieciaków szybciej.
    Jeśli chodzi o pnącza to mam dwa rodzaje. Zimozielony bluszcz, który przeplatam przez siatkę, żeby zarósł i zimą też zasłaniał. Drugi, ten wybarwiający się jesienią na piękny purpurowy kolor, przynosiłam z działek . Podczas spacerów z psami, tu uszczknęłam tam uszczknęłam i wkładałam do wody. Który puścił korzonki to wsadzałam do doniczki. Jak widziałam, że się przyjął i rośnie, wycinałam w doniczce dno i wsadzałam do ziemi z tą doniczką bez dna. Rosną jak głupie:))) Przeplatam przez siatkę pędy, niektóre obcinam i rosną pod kontrolą. Myślę, że spokojnie możesz rozsadzić, albo nawet dojrzałe owoce do ziemi wrzucić, też wyrośnie.
  • annazadroza Fusilko:-) Posadź w kilku miejscach malutkie zaszczepki i potem możesz się dziwić, skąd się tutaj wzięło „toto”, ale jakie ładne;) Może sąsiadom też się spodoba bardziej niż łysa siatka. Chyba, że tuje wzdłuż siatki posadzisz po swojej stronie, zasłonią wszystko.
  • annazadroza Urszulo:-) Jeszcze się nie nauczyłam wstawiać fotek:( Jak dzieciaki wpadają to zwykle jest dużo zamętu i zapominam, żeby mi pokazali jak to się robi. Kiedyś wreszcie się na pewno nauczę i będę fotograficznie szaleć bez opamiętania;)))
  • krzysztof213 I kwiaty są ważne
  • annazadroza Krzysztof:-) Kwiaty są ważne, bo umilają nam życie. Pod wzgledem kolorystycznym, zapachowym, pod każdym. Nawet gęba się nieraz sama uśmiecha do pięknej roślinki:)
    Przepraszam, że dopiero teraz się do Ciebie odzywam, ale jakoś nie spojrzałam na stronę wcześniej:(
    Pozdrawiam Cię Krzysiu serdecznie:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Pogodnego tygodnia:)

Calineczka wpadła z rodzicami na chwilę, przywieźli puszki dla Skitusia. Tym razem najbardziej zainteresował ją rowerek stacjonarny. Wyraźnie malutka ma rozwinięty zmysł techniczny (wprost przeciwnie niż babcia;)), ponieważ kręciła czym się dało i szukała efektu tym swoim działaniem wywołanego. Stawała na nóżkach trzymając się rowerku, sama też potrafi już stać, woli jednak bieganie na czworakach, pewniej się czuje i porusza się błyskawicznie:))), oka oczywiście spuścić z malucha nie można.
Jeśli chodzi o najstarszą członkinię rodziny, czyli babcię D. – mamy za sobą dwie wizyty w poradni alzheimerowskiej, rutynowe, jedną u psychiatry, drugą u neurologa. Babcia spręża się, wygląda jak gwiazda filmowa i łże jak z nut – czuje się świetnie, je, śpi, nie ma żadnych problemów, nic jej nie boli poza kręgosłupem…itp. A przed obiema wizytami my przeżywaliśmy horror – też już normalka. Ona nie pojedzie, nie potrzebuje, sami sobie jedźcie, dajcie mi spokój, syczy ze złości, a za chwilę jest biedna, umierająca, nieszczęśliwa, pokrzywdzona – ewidentnie w tym szaleństwie jest metoda. Żeby obraz sytuacji pokazać w całości – auto nie odpaliło i trzeba było wołać taksówkę. Babcia do taksówki nie wsiądzie, znowu zginął jej zegarek i szuka, szuka, szuka odsądzając wszystkich od czci i wiary. Zegarek się znalazł, pojechała. Ale za taxi pod szpital wybulić trzeba było 140 zł. tam i z powrotem, bo do autobusu babcia się już nie nadaje. Kupił Mąż prostownik – gucio, akumulator trup zupełny, trzeba było kupić nowy. Tak więc wydatków nagle się
nawarstwiło, że ho ho:((( Ale stwiedziłam, że i tak dobrze, że nie wysiadło coś innego. Tak więc Mąż wsiadł wreszcie za kółko i pojechać załatwiać sprawy a ja włączyłam Lapcia.
O wszystkich konwencjach, koalicjach, spotkaniach itp. wydarzeniach mających miejsce podczas weekendu mówić nie będę. Postanowiłam omijać szerokim łukiem całą kampanię przedwyborczą, dla własnego zdrowia. Nie mogę słuchać bzdur, kłamstw tak grubymi nićmi szytych, że nie do wiary, iż ktoś normalny może w nie uwierzyć. A jednak… więc … koniec z tym!… (cytując klasyczkę, która lubiła na nas krzyczeć; tę, co to jej się należało). Niech każdy wierzy w co chce, wszak wiara od wiedzy nieco się różni…
Poza tym jest pięknie, ranki i wieczory chłodne, ale słońce w ciągu dnia świeci, grzeje, poprawia nastrój, dodaje kwiatom kolorów. U mnie kwitną wciąż pelargonie. Podlałam je odżywką do pelargonii i kwitną jak szalone. Aksamitki poprzekwitały, nie wiem czemu, powinny jeszcze długo być kolorowe, przecież dbam o nie i podlewam. Najwyraźniej coś im się nie spodobało. Rozchodniki zaczynają wybarwiać baldachimy na różowo i są bardzo dekoracyjne. Groszki wciąż jeszcze mają nowe pąki. Wilce tylko gdzieś zniknęły, szkoda, bo są piękne i kwitną do samych mrozów dekorując siatkę. Ale za to róża ma jeszcze nowy pączek. Różę w doniczce kiedyś dostałam od synowej, wsadziłam pod wierzbą i rośnie, jeszcze nigdy nie miała tylu kwiatów co w tym sezonie.
Ponieważ mamy poniedziałek, życzę spokojnego, pogodnego, dobrego całego tygodnia:)))

17.09.2018

  • kotimyszkot Jak widać przypadki różne nie chodzą parami tylko stadami 😉 Dobrze, że wybrnęliście i że Calineczka osładza to, co denerwuje.. Miłego tygodnia i dla Ciebie 🙂
  • fusilla O! Pelargonie!!! Właśnie zaczynają znowu kwitnąć, po baaardzo długiej przerwie , gdy zostały zlane lipcowym dżdżem! I heliotropy też cudnie kwitną bez końca, ku radości pszczółek, motyli , trzmieli i inszych zapylajacych!
    A dzisiaj rano ku własnemu niebotycznemu zdumieniu zoczyłam zwierzątko leśne, które co chwilę wypadało spod domku gospodarczego, stawało słupka, i na powrót pod domek wpadało. Ani chybi kuna! No i teraz nie wiem! Nie reagowac, bo toto niby odstrasza szczury, myszy i krety, czy co….?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Myszokocie:-) A żeby jeszcze śmieszniej było, w niedzielę babcia D. się wyszykowała, zeszła na śniadanie elegancka i czeka. Nie wiedzieliśmy na co, wybiera się gdzieś? A ona /- To o której jedziemy?/ – Dokąd?/ – No do lekarza! /- Już byłaś, a dziś jest niedziela!
    Calineczka faktycznie jest słodkim cukiereczkiem, lekiem na całe zło:)
    Dzięki i Tobie z Rodzinką samego dobrego:)))
  • annazadroza Fusilko:-) U mnie owady uwijają się wokół rozchodników oraz dzikiego wina pnącego się po siatce i trochę po ścianie. Pełno kwiecia jest, choć niepozorne, ale przyciąga te latające stworki aż cała ściana buczy. Może dlatego wciąż kwitnie, że obrywam jak się owoce zaczynają tworzyć.
    Zwierzątko może być łasicą? Z dzieciństwa pamiętam, że właśnie łasice się kręciły oraz tchórze. a może komuś tchórzofretka uciekła? Może się uda ze zwierzątkiem zaprzyjaźnić?
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 12

Pewnego dnia Matylda postanowiła pobawić się w ogrodniczkę.

– Koniecznie muszę zrobić porządek w ogrodzie. Z uwagi na remont domu nie było kiedy się nim zająć. Spójrzcie moje panie, mam wrażenie, że kwiaty są smutne, drzewa i krzewy też krzywo na mnie patrzą – powiedziała siedząc wieczorem na tarasie.

– Masz rację córeczko – rozpromieniona pani Maria skończyła czytać list od Nikodemowego stryja. – Za to chwasty szczerzą zęby z radości, że w tym roku wygrały odwieczną wojnę.

– Właśnie, a ten wielki oset, spójrz tylko, wyraźnie sobie z ciebie kpi – dodała pani Marta.

– Dlaczego ze mnie? – obruszyła się gospodyni. – Wybacz, ale mam przekonanie, że on pochyla się w twoją stronę.

– Tylko z grzeczności, bo jestem gościem – pani Marta puściła oko do Matyldy. – Czy któraś z was ma ochotę na zimny kompot ze śliwek?

– Żebyś żyła sto lat, Martusiu – uradowała się pani Maria, – właśnie o nim marzyłam, tylko nie chciało mi się wstać.

– Robisz się leniwa na starość, moja droga. To niewłaściwa i niepożądana cecha u kobiety. Szczególnie w twoim wieku…

– Ostatnio zbyt często wytykasz mi mój wiek – zauważyła pani Maria.

– Robię to dla twego dobra, kochana. Spójrz do lustra i zapytaj samą siebie czym się różni kobieta w lustrze od tej, która się w nim przeglądała przez ostatnie lata.

– Wyglądasz prześlicznie, mamusiu – zawołała Matylda. – Tak się cieszę, że nie masz już takiej smutnej, przygnębionej miny.

– Naprawdę mnie nie potępiasz? – spojrzała na córkę z niepewnością w oczach.

– Jeszcze raz mówię, że się cieszę. „Trzeba z żywymi naprzód iść…” – zacytowała poetę.

– Dziękuję za kompot, Marto. Jak mi dobrze, już więcej niczego nie potrzebuję do szczęścia – z czułością popatrzyła w oczy najpierw przyjaciółce, potem córce.

– Czyżby? – zapytała pani Marta unosząc lekko brwi do góry.

– Dzisiejszego wieczoru oczywiście – uśmiech rozjaśnił jej twarz. – Jan pisze, że niedługo przyjedzie razem z Nikodemem. Zdecydował się na kupienie domu za wzgórzem.

– To wspaniała wiadomość, Marysiu. Po prostu fantastyczna – uściskała z radości przyjaciółkę pani Marta

Matylda stłumiła westchnienie widząc matkę zarumienioną niczym pensjonarka. Postanowiła pozbyć się egoizmu i zawzięcie zwalczała wszelkie jego przejawy.

– Tak bardzo chciałabym zobaczyć moją córeczkę szczęśliwą – pani Maria z rozczuleniem patrzyła na swą ukochaną jedynaczkę.

– Co ty mówisz, mamo! Jestem w tej chwili najszczęśliwszą istotą na świecie – żywo zaprotestował Matylda.

Z uśmiechem rozejrzała się wokół. Jakże ogromnie kochała ten zakątek. Ze swego miejsca widziała ostatnie promyki słońca skrywającego się za wzgórzem otoczonym purpurowozłotą poświatą. Dwa ogromne, stare drzewa, dąb i kasztan, całe w świetlistej aureoli, zmuszały do otwarcia – choćby na sekundę – serce każdego człowieka, który na nie spojrzał. Ludzie idący  dróżką wijącą się u stóp wzgórza, nie wiedząc dlaczego uśmiechali się i czuli się lepsi, jakby z czegoś oczyszczeni.

W ogrodzie świerszcze rozpoczęły wieczorny koncert. Wspomagał je żabi chór znad sadzawki mrugającej w kącie ogrodu, dopasowującej kolor wody do koloru nieba. Leciutko, cichutko, szumiały stare jabłonie, oszałamiająco pachniała biała smagliczka łącząc się z aromatem różowej maciejki. Białe, liliowe i wrzosowe floksy drżały delikatnie jakby pogładzone delikatną ręką.

Wtem Bida chrapliwie szczeknął. Matylda ocknęła się z rozmarzenia. Jej wzrok przemknął nad sadzawką, uchwyciła myśl, że taką barwę, barwę nieba o zmierzchu, mają oczy Nicka… Myśl wymknęła się i uleciała.

Bida podrapał się lewą łapą za prawym uchem, przetarł oczy. Kłapnął zębami próbując chwycić ćmę podążającą w stronę światła sączącego się przez szparę w drzwiach. Zapadł zmrok.

– Rosa osiadła. Jutro będzie ładna pogoda. Zrobiło się chłodno, więc czas do domu, moje dziewczynki – pani Marta podniosła się z wiklinowego fotela na biegunach, jej ulubionego sprzętu stojącego na tarasie.

– Od rana ruszam do walki z chwastami – zapowiedziała buńczucznie Matylda. – Albo one, albo ja. Proszę mnie nie brać pod uwagę w żadnych innych czynnościach.

– Dobrze, córeńko – zgodziła się pani Maria. – Same pójdziemy na zakupy. Masz jakieś specjalne życzenia?

– Miałabym tysiąc, gdyby były na to środki, ale trzeba się zadowolić tym, co jest. Powiedz mi, mamo, gdzie schowałaś cebulki tulipanów? Chciałabym dokupić trochę, najlepiej różnokolorowych, ale zrobię to za rok. Wystarczą na razie te, które wykopałaś.

– Na strychu, w tekturowym pudełku z napisem „tulipany”, po lewej stronie większej szafy – odpowiedziała matka. – Marto, czy nie o tulipanach rozmawiałaś wczoraj z Wandą?

– Ależ oczywiście. Chyba zaczynam mieć zaniki pamięci. Wanda ma mnóstwo cebulek, które chciała ci podarować, Marysiu. Dostała wielką paczkę z Holandii, od znajomych Nikodema. Powiedziała, że już jej się w ogródku nie mieszczą, bo dostaje od kilku lat.

– Jutro w takim razie pójdę do niej – oświadczyła Matylda nie widząc porozumiewawczych spojrzeń obu pań.

14.09.2018

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Co się dzieje

Nie wiem co się dzieje z PAD-em, na pewno coś złego. Może ciężar stanowiska jest nie do udźwignięcia dla tego człowieka. Podczas wystąpień widać wyraźnie, że nie daje sobie rady z emocjami, z frustracją, która go wypełnia po czubek głowy. Może to urażona ambicja, że tak naprawdę nic nie znaczy. Może strach przed tym, co go czeka za wszystkie dotychczasowe postępki. Może zaczął wreszcie sobie zdawać sprawę z tego, w czym bierze udział wiedząc jednocześnie jak kończą się kariery dyktatorków różnej maści i ich popleczników. Kiedy stał razem z żoną, biedna kobieta próbowała go uspokoić i sprowadzić ze sceny. Jak jest sam – nic nie krępuje jego wypowiedzi i sprawia wrażenie, że sam się nakręca własnymi słowami, słuchając ich z lubością, zachwytem, z ekstazą wręcz się napawając nimi. Na tle pałacyku wyremontowanego za pieniądze z Unii mówi, że Unia to „wyimaginowana wspólnota”, z której dla Polski niewiele wynika. I jak tu cokolwiek komentować? Oderwanie od rzeczywistości, światy równoległe, choroba, przetrącenie psychiczne? Europa doskonale sobie radziła bez Polski i w dalszym ciągu dobrze sobie radzić będzie. Natomiast my bez Europy nie istniejemy. Przed nami droga prosto w objęcia matki Rosji… Ewidentnie na to są obliczone działania „dobrej zmiany”, na Kremlu otwierają kolejnego szampana, lecz „zaimpregnowani na wiedzę” tego nie widzą. I nie zobaczą, bo „pińcet plusy” przesłaniają im świat. A kolejne niemowlę, dwumiesięczne maleństwo tym razem, trafiło skatowane do szpitala, z połamanymi żebrami, pękniętą czaszką.
Ludzie, co się z wami dzieje?!!!

13.09.2018

  • kolewoczy Dotacje unijne działają tak samo jak wyśmiewane „pińset+” – niektórym przysłaniają oczy na inne zjawiska. Mnie się wydaje, że po obu stronach, a właściwie niemal po wszystkich stronach naszego społeczeństwa na czele priorytetów stoją wartości materialne. Jedni chcą ciągnąć z rządu, to znaczy z kasy państwowej, czyli z naszych podatków, a inni ciągną z kasy Unii, czyli de facto też z naszych podatków 😉 Nie powiedziałabym, że akurat ta wspólna unijna kasa oznacza jakąś wspólnotę głębszą. Nie tu szukałabym wspólnotowych więzi, bo to tylko biznes. A w biznesie nie ma niczego za darmo.
  • babciabezmohera Mam nadzieję, że jeszcze uda nam się zatrzymać to staczanie się po równi pochyłej. Wybory wiele pokażą.
  • urszula97 Coraz smutniej i przygnębiające,a wyborów się obawiam,czy będzie fair ,
  • krzysztof213 Co się dzieje
    J.J.R. Tolkien napisał Mordor może się obudzić i oko Szarona nie śpi i pochłania ludzi każdego pokroju w każdej warstwie społecznej
    I nie wierze już polityką za co to zrobiło się z tym krajem
    Gdzie Polacy chcą nie chcą muszą nieraz wyjeżdżać
    I cieszmy się nieraz pokojem wglądem świata spokojem
  • e.urlik Oby tylko zostać w Unii, oby tylko zostać w Unii. Bo jeśli nie, to będziemy mieć Wenezuelę, tylko z gorszym klimatem. Albo Uzbekistan… z lepszym klimatem :-/
  • emma_b straszliwy bełkot PADa może nas wiele kosztować. i co tu komentować, zwyczajnie ręce opadają do piwnicy…
  • kobietawbarwachjesieni A ja wciąż mam nadzieję, że zobaczę jeszcze normalność w kraju. A ci, którzy podzielili społeczeństwo, odpowiedzą za to.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Myślę, że nie tylko o pieniądze tutaj chodzi. Dla jednych, owszem, tylko one wchodzą w rachubę, ale – na szczęście są i tacy członkowie naszego społeczeństwa, którzy wartości europejskie cenią i o ich zachowanie chcą walczyć. Jestem po ich stronie.
  • annazadroza BBM:-) Mam wątpliwości co do prawdziwości wyborów kontrolowanych:(
  • annazadroza Urszulo:-) Obawiam się tego samego:(
  • annazadroza Krzysztof:-) Pokój jest wartością absolutnie nadrzędną, niedocenianą może przez ludzi młodych, którzy myślą, że wojna to gra komputerowa i zawsze można ją wyłączyć. Mamy najdłuższy w historii okres pokoju, dbajmy, żeby nikt tego nie zniszczył.
  • annazadroza Ewo:-) Oby tylko, oby tylko, oby tylko… popieram Twoje słowa z całych sił.
  • annazadroza Emmo:-) Albo jeszcze niżej… Przy okazji cały kraj też tam wpada, czyli w czarną dziurę…
  • annazadroza Marysiu:-) Nadzieja umiera ostatnia… Pociecha w tym, że dzieje świata to sinusoida, to co teraz jest na górze, spadnie na sam dół, to nieuchronne. Tylko kiedy?
  • krzysztof213 I tak każdy nieraz sam …
    Ale nie oto chodzi
    Wojna jest cały czas ekonomiczna i społeczna i coś bym jeszcze znalazł .
    Pozdrawiam serdecznie
    Mamy nadzieję że przez przez ten cyrk nie wyjdziemy z UNi co jest jaka jest ale przynajmniej trochę jesteśmy za wschodnią granicą a nie zachodnią .
    Choć i przemiany by można było jeszcze raz zrobić jak wszystko tak poszło że Polac wyjeżdżają na potęgę z swojego kraju
    gdzie my się zbliżamy…
    Właśnie to są te przemiany i wojna społeczno ekonomiczna gospodarcza .
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Krzysztof:-) Obyśmy z Unii nie wyszli, obyśmy w niej zostali… I oby nie doszło do starcia militarnego, bo to byłby prawdziwy koniec naszego świata. Mam nadzieję, że myślenie rozsądne jednak przeważy, mam taką nadzieję…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz