„Kotek i motek”

Mały białoczarny kotek
porwał z kosza wełny motek.
Zerknął, czy babcia go widzi
lecz wcale się nie zawstydził.
Babcia odwróconą głowę miała
bo przez telefon rozmawiała.
Pociągnął kotek za jedną nitkę,
druga złapała go za kitkę
(bo kotuś ogonek miał puchaty
podobny do swojego taty).
Nitkę pazurkiem zaatakował,
skoczył, pod łóżko szybko się schował
lecz nitki za nim, bez wątpienia,
wtargnęły do kociego schronienia.
I co się dzieje? O rany kota!
Kotuś się coraz bardziej miota,
a nitki chwytają kocie łapki,
już wszystkie cztery wpadły w pułapki,
już nitka uszko pociągnęła,
inna ogonek owinęła…
Skąd ich aż tyle? – miauczy kotek.
Ja tylko wziąłem jeden motek!
A psik! – Już kicha biedna kocina,
zaś babcia wełny szukać zaczyna.
Usłyszała kocie kichanie
i zajrzała pod wnuczki posłanie.
A tam cóż widać? Skłębione nitki
sterczą niczym wierzbowe witki.
Oczka jak paciorki, nosek różowiutki…
Ach, to ty, gałganie! Motek był nowiutki!
Babcia utyskuje, lecz babci gderanie
przerywa głośne kotusia kichanie.
Babcia serce ma złote i kociaka kocha,
patrzy na niecnotę i śmiechem wybucha.
Wyciągnęła spod łóżka niezwykły kłębuszek,
ze śmiesznie sterczącą parą białych uszek.
Uwolniła babcia kotka od wełnianych splotów,
kotuś do psot następnych od razu był gotów.
Przytuliła babcia kotka, drapnęła za uszkiem.
Nie chowaj ty się więcej pod mej wnuczki łóżkiem.
Rozplątała babcia wełnę, zwinęła w kłębuszek,
kotek słodko się zdrzemnął tuż obok poduszek.
Mruczał przez sen, szybciutko przebierał łapkami,
we śnie wciąż jeszcze walcząc z wieloma nitkami.
Babcia kotka pogłaskała. – Śpij, maleńki, śpij,
i o dobrym, ciepłym mleczku słodko sobie śnij.

12.09.2018

  • emma_b to teraz kolej na zbiór wierszy dla dzieci, koniecznie z dedykacją dla Calineczki:)
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Emmo:-) Wymyślanki – tam są takie dyrdymałki dla dzieci, dla odprężenia.
    Serdeczności moc:)))
  • bognna Dzieki za dobra zabawe na poczatek dnia:))))
  • urszula97 Czy to wiersz dla mojej kotki.Jak tylko druty w ręku zaraz skądś wyjdzie,usiądzie koło włóczki ,najpierw patrzy a potem zabiera się za kłębek ,jak schowam włóczkę za plecy to blokuję nitkę,omota się nia i ucieka do drugiego pokoju,już 2 razy przegryzła mi nitkę,mało tego moje palce przy robótce tez obrywają.
  • annazadroza Bognno:-) Bardzo proszę:) Kociaki są cudowne zawsze i wszędzie, a wśród wełny – szczególnie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Powiem Ci szczerze, że skojarzył mi się wierszyk z Tobą, już po napisaniu:) Mój Maciuś zawsze przychodził, kiedy robiłam na drutach i najchętniej układał się w koszyczku z włóczką:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Wymyślanki | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 11

Pogrążona we własnych sercowych rozterkach Matylda nie zwróciła po powrocie uwagi na zmianę w wyglądzie i zachowaniu matki. Pani Maria wydobyła z przepastnej szafy swoje stare, kolorowe sukienki, których nie nosiła od lat, zmieniła uczesanie, ufarbowała włosy, w oczach pojawił się nowy błysk. Kiedy jednak pewnego dnia mleko z butelki wylała do zlewu zamiast do garnka, a obierki ziemniaczane próbowała upiec w piekarniku wyrzucając do kubła obrane uprzednio i umyte ziemniaki – i wcale się tym nie przejęła, Matylda zaniepokoiła się nie na żarty.

– Co się dzieje z mamą? – spytała, gdy były same z panią Martą. – Jest jakaś dziwna, przynajmniej tak się zachowuje.

– Wszystko w porządku, zapewniam cię, jest mniej więcej w takim stanie jak ty – odrzekła z uśmiechem zapytana.

– Jestem zaniepokojona a pani żartuje – żachnęła się Matylda. – Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zachowywała się w ten sposób.

– Nic dziwnego, jesteś na to za młoda. Ja pamiętam.

– To znaczy?

– To znaczy, że ktoś rzucił urok na twoją mamę.

– Pani Marto, co też pani opowiada?!

– To co słyszysz, drogie dziecko. Czy myślisz, że poza tobą już nikt na całym świecie nie może być zauroczony drugą osobą? Zapewniam cię, że uczucia nie znają żadnych granic, ani wiekowych, ani przestrzennych, że tak się wyrażę.

– Ale ja nie w tym sensie…

– Najwyraźniej twoja mama swoje myśli kieruje w stronę bardzo miłego, sympatycznego, odpowiedniego dla niej mężczyzny. Wiedziałam, że coś takiego wisi w powietrzu. Wiedziałam, kiedy tu jechałam, karty mi powiedziały.

– Karty? – zdziwiła się Matylda. – Od kiedy pani zajmuje się takimi bzdurami? Nic o tym nie wiem.

– Ty jeszcze wielu rzeczy nie wiesz, drogie dziecko, ale na wszystko przyjdzie pora. Jeśli chodzi o Marysię, bardzo się z tego cieszę.

– Pani mówi poważnie – zastanowiła się dziewczyna. – Kto to? Znam go? Dlaczego nic mi nie powiedziała? Dlaczego?

– Czuje się wobec ciebie trochę skrępowana. Boi się, że możesz mieć jej za złe. Poza tym nowe uczucie spadło na nią tak nagle, tak niespodziewanie, iż wydaje się nierealne, niemożliwe i bezsensowne.

– Kto mógł ją oczarować do tego stopnia? Nikogo atrakcyjnego nie ma w pobliżu. Kto to taki? – dopytywała się zaintrygowana Matylda.

– Podczas twojej nieobecności przyjechał z wizytą stryj Nikodema. Dawno temu ogromnie mu się Marysia podobała, była takim ślicznym, trzpiotowatym podlotkiem. Bardzo ją chwilami przypominasz.

– Nie jestem podlotkiem! Czy musi to być akurat stryj Nikodema? – niesmak pojawił się na buzi dziewczyny. –  Czuję jakby ze wszystkich stron zaczynały mnie osaczać tajemnice. Zamknięty kufer na strychu, obcy chłop odmieniający mi matkę, który okazuje się nie obcy tylko Nikodemowy, a ja już słuchać nie mogę o tym Nikodemie!

– Jesteś niesprawiedliwa, przecież go nawet nie widziałaś…

– Widziałam u pani Wandy na zdjęciu – przerwała Matylda, – koszmar. Na pewno to był on, bo czyje zdjęcie trzymałaby na samym środku jak nie synusia maminsynka?

– Matyldo – pokręciła litościwie głową pani Marta, – Matyldo, gdybym cię dobrze nie znała, w te pędy poszłabym odradzić Nikodemowi zawieranie z tobą znajomości. Czy wiesz jaka będziesz okropna za dwadzieścia lat?

Matylda zdziwiona tonem swej rozmówczyni spojrzała uważnie. Pani Marta jednak już uśmiechała się słodko i niewinnie patrząc na wchodzącą przyjaciółkę.

– Marysiu, uważam, że wszystko jest kwestią przeznaczenia, czy się to nam, zwykłym śmiertelnikom podoba czy nie. A ty jak uważasz?

– Ja też tak uważam. Co nam przeznaczone, to z pewnością nas nie ominie, sama już dobrze o tym wiem. Ale ja po ciebie, droga Marto. Czy mogłabyś przyjść do kuchni? Chciałabym upiec szarlotkę według twojego przepisu.

– Oczywiście, już idę.

Matylda została sam na sam ze swymi myślami. Może naprawdę zachowuje się niepoważnie? W końcu każdy jest taki, jaki się urodził. Przecież nikt na to nie ma wpływu, nie można nikogo z góry przekreślać jako człowieka. Ale cóż ona może poradzić na to, że na całym świecie liczy się dla niej tylko i wyłącznie Nick? Przez niego nigdy nie wyjdzie za mąż, będzie sama przez całe życie, bo lepsze to, niż związać się z kimś innym. Może i jest egzaltowaną idiotką, trudno, ale tak będzie. Koniec i kropka! Teraz trzeba się zająć poważnymi sprawami i przestać myśleć o głupstwach.

11.09.2018

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Leniłam się…

Leniłam się przez weekend, nic nie napisałam, chodziłam z psami na spacer, Męża wyciągałam, żeby sobie podczas ruchu przewietrzył komórki i pobiegał trochę z psami. Po równym, nie z górki. Bo górki na Mazowszu można znaleźć rzadko i nie zawsze są one porośnięte trawką. Raczej są piaszczyste jak ruchome piaski, stąd porzekadło, że na Mazowszu – piaski, laski i karaski:)))
Co jeszcze zrobiłam? Ogródek sprzątałam, pranie dwa razy włączyłam, lecz nie rozwieszałam. Mąż mnie chętnie wyręczył w tym właśnie zadaniu, nie chcąc przeszkadzać w tv oglądaniu. Po wakacjach wróciły na ekran programy, które chętnie oglądam – więc „Nasz nowy dom” mamy. Poza tym „Twoja twarz brzmi znajomo” ciągle mnie zachwyca jak można człeka zmienić!
No dobrze, wena mi się skończyła. Wena twórcza dobra rzecz, ale teraz poszła precz;)))
Najpiękniejsze co wczoraj i dziś rano widziałam, to mgła unosząca się nad łąką prześwietlona purpurowozłotymi promieniami budzącego się słońca. Można tak stać i patrzeć, i z zachwytu zamienić się w słup soli… Dopóki Skitusiowi nie znudzi się stać, choć on może długo, aby mu tylko dać święty spokój:))) Szilka chodzi za swoimi sprawami zerkając jedynie czy jesteśmy w zasięgu wzroku.
W okolicy są piękne miejsca do spacerów, odkryłam je dopiero wtedy, gdy Szilka zamieszkała z nami, bo przecież sama nie będę chodzić jak głupia, nie lubię „pustych przebiegów”, z psem to od razu inne życie. Idąc mija się baaardzo stare drzewa, tak bardzo, że siatki ogrodzeniowe – też stare – są wewnątrz niektórych pni, obrośnięte żywą tkanką drzewa. Olbrzymie, niebotyczne zdaje się, akacje, dęby, lipy, brzozy i sosny, a wśród nich domy, niektóre na pewno przedwojenne, ich wygląd na to wskazuje. Uwielbiam chodzić w takie miejsca i przyglądać się otoczeniu, lepiej się wtedy oddycha, myśli są spokojniejsze, na bieżące sprawy spoglądam
z większym dystansem uświadamiając sobie, że bez względu na mój stan ducha świat idzie do przodu, czas płynie nie zwracając uwagi na mój stan.
Pozostaje płynąć razem z nim…

10.09.2018

  • urszula97 Każdy ma takie prawo od czasu do czasu,widocznie potrzebujemy tego czasami.
  • kotimyszkot Dobrze nic nie musieć i spędzić leniwy weekend 🙂 A wenę to Ty masz niezaprzeczalnie, pewnie nawet bezwiednie Ci się samo rymuje 😉
  • kolewoczy Od przyrody można się dużo nauczyć. Jej mądrość jest o wiele starsza od ludzkiej 😉
  • irsila Przecież weekend jest na lenistwo przeznaczony,
    przynajmniej u mnie.
    Mnie kabarety w niedziele zachwyciły,
    szczery śmiech ze mnie wydobyły.
  • annazadroza Urszulo:-) Pewnie tak, nawet maszyna musi od czasu do czasu się zatrzymać, żeby jej się silnik nie zapalił;)))
  • annazadroza Myszokocie:-) W dzieciństwie dla zabawy z tatą rymowaliśmy i czasem się przypomina takie „gadanie wierszem”.
    Co do „nicniemuszenia” to nie całkiem prawda, jest co robić, tylko się nie chce;)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Gdybyśmy bardziej wzorowali się na Matce Naturze zamiast niszczyć i naginać do swoich głupich nieraz wymagań – to byłby raj na ziemi.
  • annazadroza Irsilo:-) Śmiech to zdrowie i daje odprężenie. Dobrze, że miałaś okazję do śmiechu:)))
  • babciabezmohera Dobre są takie spokojne dni.
  • annazadroza BBM:-) Jeszcze jak dobre:))) Tym bardziej, że w sumie rzadkie.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema”10

Trzy tygodnie do wyjazdu Matyldy upłynęły pod znakiem męczącej, lecz przyjemnej pracy. Mąż pani Wandy polecił grupę fachowców wykonujących szybko i solidnie prace hydrauliczne, glazurnicze, murarskie, stolarskie i również takie, który wyłonią się niespodziewanie, w najmniej odpowiednim momencie. W wyniku zapobiegliwości ojca Matyldy dokupić trzeba było jedynie drobiazgi. Pieniędzy wystarczyło na wszystko.

W pudle na strychu znalazł się materiał na nowe zasłony, były też firanki ręcznie robione przez  babcię Matyldy, przeznaczone do saloniku i pokoju ukochanej wnuczki.

– Tak bardzo żałuję, Marto, że mój mąż i jego mama nie mogą teraz oglądać Matyldy. Jacy byliby z niej dumni – mówiła pani Maria rozwieszając na słońcu uprane i wybielone firanki.

– I tak mieli szczęście, że zginęli razem – gorzko powiedziała pani Marta. – Nie musiała cierpieć po śmierci jedynego syna jak ja. Przepraszam cię, Marysiu, nie powinnam tak mówić, wiem….Ale …Mój malutki byłby teraz w wieku Nikodema, byli do siebie podobni… pewnie dlatego tak kocham tego chłopaka… Tak naprawdę, to jestem pewna, że nasi ukochani są zawsze przy nas, niezależnie od czasu i przestrzeni w które odeszli. I jestem pewna, że wszystko się dobrze ułoży, że i ciebie, i Matyldę czeka jeszcze szczęście w tym wcieleniu. Nie patrz tak, ciebie też, Marysiu kochana, ciebie też – powiedziała poważnie patrząc przyjaciółce w oczy.

Podczas pobytu nad morzem Matylda opaliła się na piękny, złotobrązowy kolor. Wypocząć nie miała okazji będąc odpowiedzialną za grupę niesfornych, lecz sympatycznych nastolatków. Nie da się jednak ukryć, że w zupełnie nieoczekiwanych momentach pojawiał się przy niej Nick… Miała wrażenie, że zaciera się chwilami granica między światem rzeczywistym a krainą wyobraźni. Zdawała sobie sprawę, że swą wyobraźnię trzymać musi na wodzy, ale i tak – choć nie przyznałaby się nawet Mirce – rozmawiała z nim w duchu i nawet pytała o wskazówki co do postępowania z niektórymi podopiecznymi. I co najdziwniejsze – były słuszne.

7.09.2018

  • emma_b Aniu, niewiele o Tobie wiem, a może Ty już wydałaś jakieś książki?
  • kobietawbarwachjesieni Aniu! Twoje opowieści trzymają uwagę czytelnika w napięciu.
  • annazadroza Emmo:-) ! 1995 wydałam „Wejście w światło”, potem dziecko zaczęło mi „ciężko” dojrzewać i różne inne sytuacje życiowe sprawiły, że nie miałam czasu na przyjemności. Dopiero teraz, na wolności, wróciłam do realizacji wcześniejszych planów. Tak więc skończyłam 2-gą część, czyli „Po co wróciłaś Agato” – jest na blogu, „Pasma Życia” też są na blogu, tudzież i inne moje dyrdymałki. Teraz kończę trzecią część sagi ursynowskiej („Pasma” to późniejsze czasy), ale Duży zabronił mi na blogu puszczać, że niby powinnam wydać, ale ja…. Uff, ja nie z tej bajki;(
  • annazadroza Maryniu:-) Ogromną radość sprawiają mi Twoje słowa, dziękuję i ściskam mocno:)))
  • emma_b ło matko z córką, to Ty kawał literatki jesteś! moja pociecha też nielekko dojrzewała:)
  • annazadroza Emmo:-) E tam, żaden kawał. Nareszcie (chwilami) mogę robić to, co chciałam przez całe życie, tylko się nie składało. Zawsze obowiązki pochłaniały czas i siły, nie zostawiając energii na nic innego. Teraz też nie jest zbyt wesoło, ale życie to nie bajka i tak musi być. Próbuję – choć w części – nadrobić życiowe zaległości:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Prawdziwa czarownica

Moja przyjaciółka M. to prawdziwa czarownica;))) Powiedziałam i nie cofnę. A było tak.
Babcia Ania wybierała się na chrzest i urodziny Calineczki. Wypadałoby się przyzwoicie ubrać, bo odkąd babcia nie musi skoro świt zrywać się do pracy, ubierać się „na wysoki połysk”, wszak między ludzi szła, z dziką rozkoszą chodzi w dżinsach, koszulkach, nauczyła się nawet chodzić na płaskim obcasie. Ciuchów tyle, że się w szafie nie mieszczą, ale… co z tego, kiedy się jakoś dziwnie skurczyły, co babcia stwierdziła jakiś czas temu, przed urodzeniem się Calineczki. No cóż, dała babcia nurka do szafy, wyjęła ukochane spódnice – nie noszone od dawna – ze świadomością, że szkoda czasu na mierzenie. Nie byłaby jednak kobietą, gdyby nie spróbowała i… wcisnęła się!!! Nawet zupełnie spokojnie. Nie we wszystkie, fakt, ale od czegoś trzeba
zacząć. Pełna euforii rzuciła się wyjmować buty leżące sobie w pudełkach, trzy pary nowiutkie, nie noszone, kupione tuż przed pójściem na wolność. Babcia zdawała sobie sprawę z faktu, iż za wolność płaci się ograniczeniem środków finansowych, na tyle jeszcze jej rozum działał. Czwartą parę, w kolorze musztardowym, założyła słownie dwa razy: na ślub syna przyjaciółki M. oraz na komunię Średniej. Ponieważ babcia ma dyżurną torebkę w odpowiednim kolorze była usatysfakcjonowana. Zadzwoniła do M. w celu podzielenia się radością w kwestii wciśnięcia się w spódnicę – dostaną kiedyś od M. właśnie.
M. opowiedziała w rewanżu jak to sobie założyła kupione sporo wcześniej buty, przechowywane na dnie szafy, trzymane na wyjątkowe okazje. Okazja taka nastąpiła, M. buty założyła i … doszła do metra, a metro ma pod blokiem. Poczuła w bucie dziwny luz, spojrzała … a tu podeszwa od reszty się odkleiła. Dobrze, że mogła wrócić i się przebrać. Poradziła babci Ani, żeby na wszelki wypadek wzięła drugie na zmianę. Babcia obśmiała, że niby jak, co, a w życiu, bo już jedne takie same buty wykończyła dokładnie i trafiła na drugie takie, coby mieć je na zawsze. Bo pasujące i wygodne, i jeszcze wyględne na dodatek. Ubrała się babcia, poczuła się jak człowiek na obcasie, w spódnicy, w delikatnym makijażu (innego nie zrobi, bo ślepa i
założywszy patrzałki wycierać nadmiar urody musi). Zadowolona z siebie i życia w kościele nie mogła się napatrzeć na tego kochanego krasnala, potem z resztą towarzystwa poszła piechotą na Meander, gdzie urodziny były świętowane. Wszystko było ok, babcia Ania opowiedziała drugiej Calineczkowej babci o przygodzie M. z butami, ona też o butach, że nie może wysokich szpilek założyć po złamaniu nogi ( co dla kobiety całe życie spędzającej na niebotycznych obcasach – jak i babcia Ania – jest co najmniej nieprzyjemne), po czym poszły z malutką w kąt sali, gdzie był placyk zabaw dla maluchów. Przykucnęła babcia Ania, a potem… zobaczyła, że jej się podeszwa od musztardowego buta odkleiła!!! W pierwszej chwili pomyślała, że da do szewca, żeby skleił, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się zobaczyła, że cały kolor schodzi, łuszczy się i nic z tym już się nie da zrobić. Są do wyrzucenia, a nawet zapasowe fleki do nich dali w pudełku! Stoją w przedpokoju i kłują w oczy, bo jak to – nowe buty wyrzucać?
No i czy M. to nie prawdziwa czarownica;)))

6.09.2018

  • babciabezmohera Ewidentnie urok rzuciła!! Zazdrośnica jedna!! ;)))
  • nie-okrzesana O rany ! A ja takich butów mam z 5 par. Czas je przewietrzyć.
  • kotimyszkot Heh to była raczej jedna z tych dobrych rad, które jednym uchem wchodzą, drugim wylatują 😉 Co do wyrzucania, to nawet się nie zastanawiać. Wyrzucać od razu. Zabierają dobrą energię i dopiero urok może lecieć po kolejnych butach! 😉
  • urszula97 życie kochana,nic nie jest wieczne,tych wpadek z eleganckimi butami było sporo.
    czekam do października bo wtedy zaczynam przetrząsać szafy i wszelakie zakamarki już tam wypatrzyłam buty do wywalenia,nie tylko buty.
  • kolewoczy O, miałam podobna przygodę w lecie. Odnalazłam buty na koturnie w kolorze rzadkim, bordowym, pasowały. Odczyściłam, wypastowałam, poszłam do kościoła, a po powrocie obie podeszwy odlazły. Do wyrzucenia. Przynajmniej ta różnica, że nie były nowe, tylko przez rok czasu w nich nie chodziłam wcale. Z samego leżenia się zepsuły?
  • emma_b ooo, ja kiedyś mieszkałam na ul. Meander, pewnie tej samej, na Natolinie. to był początek lat 80-tych i nie dało się tam mieszkać z powodu braku WSZYSTKIEGO.
    a z tymi butami, to chyba jakaś epidemia…
  • e.urlik Mam ze starych czasów kilka par szpilek, przepięknych, włoskich, noga wygląda w nich jak Marlena Dietrich, tzn. jej noga, nie cała Marlena. Oszczędzałam je na specjalne okazje, które rzadko nadchodziły. A teraz… owszem, włożę, owszem, stanę, ale ani kroku nie zrobię, bo choć prawie do 50-ki na szpilkach biegałam, to teraz nogi się zbuntowały. I co z tymi pięknościami zrobić? Z butami oczywiście… Aniu, wielkie całuski!
  • annazadroza BBM:-) Myślę, że jakieś psotne licho się wmieszało;) M. nie rzuciłaby uroku, bo dobrze wie, że do człeka wraca wszystko co wyśle w przestrzeń;) Bo M. mądrą dziewczyną jest:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Koniecznie. Aż się boję założyć pozostałe;)
  • annazadroza Myszokocie:-) Masz rację, trzeba wyrzucać, lecz ja chomik jestem i trudno mi… No dobra, wyrzuciłam, ale fleki Mąż zdjął, mogą się przydać;)))
  • annazadroza Urszulo:-) Myślę, że możesz służyć za przykład zorganizowania. Pójdę Twoim śladem i przyrzekam sobie, że w październiku zrobię tak samo. Niech sobie jeszcze poleżą te wszystkie rzeczy do oddania albo wyrzucenia… póki co… Ale potem – bez żalu (oho, już to widzę) – pozbędę się:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Może one się odklejają, te podeszwy, jak się nie chodzi, bo podczas chodzenia jakieś ciepło się wytwarza, nacisk i klej działa? Już sama nie wiem co za bzdury wymyślam, ale przecież jakaś przyczyna być musi;)
  • annazadroza Emmo:-) No to Ty z ursynowskiej „mafii”:))) Ja w 1981 zamieszkałam na Kulczyńskiego, więc wiem o czym mówisz. Może się nawet minęłyśmy w przelocie? Wtedy było dokładnie jak w serialu „Alternatywy 4”, zresztą kręcony był niedaleko. Z przyjemnością i rozrzewnieniem oglądam każdy odcinek, na który trafię, patrząc na znajome miejsca. To były najwspanialsze czasy (poza „brakami zewnętrznymi”), byłyśmy wszystkie – sąsiadki – młode, dzieci małe…
    Buty teraźniejsze są widocznie tak robione, żeby szybko trzeba było kupować nowe.
  • annazadroza Ewo:-) Oj, na obcasie czuję się jak człowiek;))) Ale już odpadają najulubieńsze, na bardzo wysokim, bo bym się zabiła;((( Co zrobić? Za szkło wstawić i oglądać;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Nie da się

Nie da się uniknąć aktualnych tematów. Bieżące wydarzenia podnoszą adrenalinę nawet wbrew woli i czasem musi się to z człowieka wylać na papier.
Ostatnimi czasy z ludzi wychodzą jakieś koszmarnie złe emocje, cechy charakteru, które dawniej skrywano przed światem, żeby nikt się ich w delikwencie nie domyślał. Dziś – strach myśleć, że może być powtórka z przeszłości, z okresu, kiedy te najgorsze cechy wyszły na światło dzienne. Wtedy też zaczynało się brunatnymi przemarszami, mową nienawiści, dzieleniem ludzi na lepszych i gorszych, bicie i prześladowanie osób mających inne poglądy niż „jedynie słuszne” – co oczywiście rządzący rozumieją i usprawiedliwiają. Potem – to już rusza lawina nie do zatrzymania.
Nowy zwyczaj to polityczne przemówienia w kościele i w szkole. I tu staje mi przed oczami obraz pani PAD-owej próbującej delikatnie odciągnąć męża od mikrofonu, żeby już zakończył swoje popisy. On się nakręca coraz bardziej i zdaje się upajać własnym głosem i własnymi słowami. Zauważyłam, że wciąż się powtarza schemat: zaczyna mówić, po czym nabiera rozpędu jakby niewidzialnego kopa dostał, krzyczy na nas i… słowa, słowa, słowa… A jakie? Chyba w innym języku, bo brzmienie ich rozmija się ze znaczeniem. Między innymi rzucił hasło o budowaniu państwa, które nie będzie wewnętrznie skłócone. I tu już ręce opadają. Czy ten człowiek wie co mówi, rozumie słowa, które wypowiada i te, które wypowiadał wcześniej i
powie za chwilę? To jakby łobuz bił i kopał bezdomnego mówiąc, że walczy o prawa człowieka. A czy on ma w domu lustro? Czy się w nim widzi, czy ma zasłonięte? Bo jak może sobie spojrzeć w twarz taki ktoś? Co będzie „potem”, gdy przestaną go otaczać tacy sami osobnicy? Przecież będzie jakieś „potem”. Współczuję, naprawdę serdecznie współczuję córce poety, przecież kiedy przyjdzie „potem” będzie musiała jakoś żyć, pracować między ludźmi i patrzeć im w oczy, tłumaczyć się za męża. A PAD miał tyle szans, żeby zachować honor i godność, wszystkie zaprzepaścił, wszystkie zmarnował mamiąc przy tym rodaków i dając im nadzieję…
Druga Osoba – PMM – nawołuje do wspólnego marszu niepodległości. Chciałoby się wspólnie, tylko… Jak iść wspólnie z łamaczami Konstytucji, z kłamcami, z tymi, co zamykają usta do partii nie należącym, karzą ich za wypowiedzi, ciągają po komisariatach i sądach za inne poglądy niż „jedynie słuszne”, za siedzenie na chodniku z białą różą? Jak iść ręka w rękę z niosącymi hasła faszystowskie, rasistowskie, godzące w podstawowe prawa człowieka? Prawdziwe ich oblicze to urzędniczka uderzająca w twarz kobietę w miejscu publicznym – to tak z ostatniej chwili.

5.09.2018

  • mmzd Pozwolisz, że dodam z ostatniej chwili – nauki przedmałżeńskie w jedynie słusznym serialu jedynie słusznej telewizji …… I nie, masochistycznie nie przełączyłam kanału, ale odzobaczyć tego się nie da, podobnie jak nie da się ozdobaczyć jedynie słusznej JakiejToMelodii …..
  • kolewoczy A czy to nie sami ludzie nakręcają się złymi emocjami, czy ktoś ich nakręca? jak rozmawiam z niektórymi osobami, widzę, że sami się nakręcają. Czego nie wiedzą, to sobie dopowiedzą; czego nie rozumieją, to snują czarne scenariusze… histeria powszechna się rozkręca, media podsycają to wariatkowo.
  • annazadroza Magduś:-) „Melodię” oglądałam wieki temu, kiedy miałam czas. Serial tylko jeden i nie przestanę, ale zapomniałam, że to już wrzesień, w związku z tym też nie oglądałam. Może i dobrze. A, skłamałam, jeszcze na dobranoc „Ranczo” – jak trafię, uważam, że każda rola, każda postać to perełki, kwintesencja Polski od A do Z, w złym i w dobrym, co do joty. Do tego kulisy polityki odsłonięte i czarno na białym pokazane… Ale – jak w bajce – nawet najgorszy ma przebłyski…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jedni są nakręcani, inni nakręcają, bo potrafią grać na cudzych emocjach dla własnych korzyści. Tak to już jest:(
  • babciabezmohera Przykre czasy nastały, trudno je zaakceptować. :((
  • annazadroza BBM:-) Bardzo, bardzo przykre i budzące strach o przyszłość…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

” O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 9

W rodzinnym domu czekała na Matyldę niemiła niespodzianka: dach domu wymagał natychmiastowego remontu. Przed kilkoma dniami huraganowa wichura powaliła olbrzymie, stare drzewo, które upadając ogromnymi ramionami objęło dom w ostatnim uścisku, jakby broniąc się przed śmiercią. Smutno zrobiło się dziewczynie, kiedy ujrzała powalonego olbrzyma. Zatroskana matka wzięła jedynaczkę za rękę.

– Spójrz jak tu pusto. Wspaniały jesion stał w tym miejscu od zawsze, nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go nie być, a teraz leży u naszych stóp. Tak mi przykro patrzeć na jego śmierć.

– Ależ on nie umrze – Matylda z rozczuleniem zajrzała matce w oczy. – Pamiętasz mamusiu, sąsiad mówił, że byłyby z niego wspaniałe deski. Zawsze marzyłaś o drewnianym sekretarzyku. Będziesz go miała. Pomyśl, usiądziemy sobie w saloniku przy kominku i w mroźny, zimowy dzień sekretarzyk będzie po cichutku opowiadał o wszystkim co widział, kiedy jeszcze stał przed domem i z góry patrzył na całą okolicę. Wiem o czym myślisz, ale nie martw się. Mamusiu – objęła matkę ramieniem, – ja tu wrócę po studiach, tak strasznie kocham dom i te strony, że nie mogłabym żyć z dala od nich.  Wyjechać, aby coś zobaczyć, zwiedzić, poznać, zgoda. Ale na zawsze? Nigdy.

– Potrafisz mnie pocieszyć, kochanie, – uśmiechnęła się matka. – Lecz pomyśl, ile będzie kosztowała naprawa dachu. Nie wiem skąd wziąć pieniądze i na dach, i na twoje studia, i na resztę…

– Nie martw się mamusiu, naprawdę damy sobie radę. Ciotka koleżanki obiecała dawać mi książki do tłumaczenia, takie zwykła babskie czytadła, nic wielkiego, ale nieźle w ten sposób zarobię. Poza tym mam kilka artykułów do przetłumaczenia. Widzisz jak to dobrze, że zmuszałaś mnie do nauki angielskiego, chociaż wtedy wcale mi się nie chciało. No i jeszcze jedno: pojadę na kolonie jako wychowawczyni, od września zacznę dawać korepetycje i jakoś wybrniemy, zobaczysz.

– Może sprzedać biżuterię? Jeszcze trochę zostało.

– Ależ mamo! – oburzyła się Matylda. – W żadnym wypadku. Przecież nie możesz pozbyć się pamiątek po babci ani prezentów od taty. Poradzimy sobie, uwierz mi. A teraz chodź, mam pomysł i nie mogę się doczekać jego realizacji. Zrobimy przegląd skarbów jakie na pewno są na strychu, bo co to za strych bez tajemnic?

– Córeczko, praca nie zając, nie ucieknie, a ty zaledwie wczoraj przyjechałaś. Odpocznij najpierw.

– Wyspałam się i jestem w nastroju do pracy. I tak się trzeba za to wziąć, a więc im wcześniej tym lepiej.

– Wiesz córeczko, umiesz mnie podnieść na duchu i zarazić optymizmem – pogłaskała Matyldę po policzku. – No to do dzieła. Po południu pójdę do sąsiada i porozmawiam o deskach.

– Świetnie, jego kuzyn ma stolarnię, jeśli dobrze pamiętam.

– Nie kuzyn, lecz szwagier.

– Jeden diabeł, niech będzie kim chce, byle się zajął przerobieniem jesiona na deski.

Matka z córką, z daleka wyglądające jak siostry, weszły do domku i wdrapały się na strych, a właściwie na poddasze. Jedną połowę pomieszczenia zajmowały dwie trzydrzwiowe szafy i różne sprzęty będące w ciągłym użyciu, między innymi: deska do prasowania, kosze na bieliznę, ogrodowy grill, zapasowy odkurzacz, sznury do suszenia prania i tak dalej. Do drugiej natomiast, oddzielonej ogromnymi szafami, nikt od dawna nie zaglądał. Wypełniona była skrzyniami, pudłami, pakunkami pokrytymi szczelnie kurzem i pajęczynami. Pani Maria i Matylda, jak dwie dziewczynki nieoczekiwanie wpuszczone w sam środek tajemniczej, baśniowej krainy, zapomniały o bożym świecie. Całe pokryte kurzem śmiały się do siebie i wyciągały coraz to nowe pakunki.

– Zobacz córeczko, w tym kufrze jest ślubna suknia mojej babci. Pamiętam moment, kiedy babcia ostatni raz przekręcała klucz mówiąc, że zajrzy tu dopiero następna panna młoda z rodziny i spotka ją wtedy ogromna niespodzianka.

– I nigdy cię nie kusiło, żeby zajrzeć do środka? – Matylda mocowała się z zardzewiałym zamkiem.

– Byłam małą dziewczynką, potem wybuchła wojna… – zamyśliła się pani Maria, odpłynęła w inny czas, w inną przestrzeń.

– Nie mogę jej otworzyć – zrezygnowała Matylda. – Pewnie nie mnie przeznaczona.

– Mnie nie była – pokiwała głową matka. – Ślub z twoim ojcem wzięłam z dala od domu i wbrew mojej mamie. Potem nikt o kufrze nie pamiętał, stał zarzucony szpargałami aż do dziś.

– Mamo, widzisz jaka jesteś okropna? – zaśmiała się Matylda. – Sama uciekałaś, a mnie chcesz siłą wydać za mąż i wbrew mojej woli. Ładnie to tak traktować jedyną córkę?

– Uroczyście przyrzekam, że wbrew twojej woli nie postąpię. Sądzę, że gdybyś bliżej poznała Nikodema…

– Mamo przestań, proszę! Pomóż mi lepiej wyciągnąć tamto wielkie pudło. Ciekawego w nim jest?

– Coś podobnego! Ale ciężkie. To wełna, której kiedyś strasznie dużo kupiłam. Pamiętasz? Chciałam do spółki z koleżanką założyć pracownię dziewiarską. Cud, że się tu mole nie dostały.

– Była dobrze zabezpieczona. Jaka piękna! Wiesz co? Będziemy w wolnych chwilach robiły swetry, obie to uwielbiamy – cieszyła się Matylda. – Twoje sweterki są prawdziwymi dziełami sztuki, będą rozchwytywane, zobaczysz.  Moja koleżanka z roku wstawia swoje wyroby do sklepu plastyczek. Zrobimy tak samo.

– Może to i dobry pomysł. Zimowe wieczory są długie. Nawet częste wizyty sąsiadek nie są w stanie ich wypełnić, kiedy ciebie nie ma w domu, a telewizji nie lubię oglądać bez robótki w ręku.

– Z tego wynika, że jeden skarb już znalazłyśmy – cieszyła się Matylda. – Szukamy dalej.

Czego tam nie było! Matylda nie uwierzyłaby nigdy w życiu, gdyby nie zobaczyła na własne oczy. Pod równiutko ułożonymi tekturowymi pudełkami znajdowały się listwy boazeryjne przeznaczone do wyłożenia ścian saloniku i pokoju Matyldy, przygotowane jeszcze przez ojca.

– Przypominam sobie teraz, że tatuś obiecywał mi niespodziankę, kiedy się dostanę na studia. To miało być wyłożenie drewnem pokoi, wiedział, jak o tym marzyłam – powiedziała wzruszona.

– Tak, masz rację. Miał wszystko przygotowane. Gdzieś tu są gwoździe, śrubki, blaszki – rozglądała się matka wśród pudełek. – Powinno być wszystko, co tylko jest potrzebne.

– Mamusiu, widocznie tata z babcią chcą, żebyś wreszcie przestała się smucić. Pomyśl logicznie. Gdyby wichura nie powaliła jesiona, całe dobro znajdujące się tutaj wreszcie zeżarłyby mole, korniki, myszy i nie wiem co jeszcze. Dość żałoby. Czuję, jakby oboje byli z nami i cieszyli się, że spełniamy ich marzenia – oświadczyła stanowczo Matylda. – Zrobimy tak jak sobie tatuś wyobrażał.

– Dziecko, właśnie dzisiaj mija szósta rocznica! – wykrzyknęła poruszona matka. – Sześć lat od dnia, w którym ten pijany drań wjechał ciężarówką w nasz samochód. To wprost nie do uwierzenia.

– A więc mam rację – zupełnie spokojnie powiedziała Matylda. – Mamusiu, mamy przed sobą bardzo pracowite wakacje. Przed rozpoczęciem roku akademickiego cały domek musi wyglądać jak z bajki, a raczej jak z wyobraźni taty. I tak się stanie – oświadczyła z mocą.

Przez otwarte okno, którym ze strychu uciekały w świat kłęby kurzu obawiające się wody, ścierki i szczotki do zamiatania, przedarły się dwa dźwięki: warkot silnika zatrzymującego się samochodu oraz – zaraz po tym – ujadanie psa. Drzwi od domu zamknięte były tylko na klamkę, widocznie więc czworonożny potwór otworzył je sobie bez specjalnych trudności. Pokonawszy schody w kilku susach wpadł na strych i z radosnym szczekaniem rzucił się w stronę Matyldy. Oparł przednie łapy o ramiona dziewczyny i usiłując polizać ją po twarzy wepchnął w stos pudełek, które runęły pod nieoczekiwanym ciężarem. Następnie, nie przejmując się zupełnie dokonaną demolką, usiadł naprzeciwko panu Marii. Piszcząc z wielkiej uciechy zamiatał ogonem kurz z jednej strony na drugą.

– Bida, Bida – wycharczała Matylda między jednym kichnięciem a następnym, gramoląc się ze stosu rupieci. – Skąd się tu wziąłeś?

– Ojej, zupełnie zapomniałam – kichała pani Maria głaszcząc uszczęśliwionego psa. – Zupełnie wyleciało mi z głowy, że dziś ma przyjechać Marta. Znów mi się pomyliły dni tygodnia. Wszystko dlatego, że Nikodem wyjechał o trzy dni później niż zamierzał pierwotnie, a ty o cztery dni później niż miałaś przyjechać i znów nie mogłam was ze sobą poznać.

– Mamo, przestań – kichnęła Matylda.

– Już, już, przecież obiecałam – otrzepywała się z kurzu pani Maria.

– Marysiu, jeśli masz zamiar mnie ulokować na strychu na całe lato i dlatego robisz gwałtowne porządki, to serdecznie dziękuję. Zmykam i zajmę pokój Nikodema, niech nie stoi pusty przez kilka miesięcy – oświadczyła pani Marta. – Bida, idziemy! Nikt na nas nie zwraca tutaj uwagi. A poza tym nie mam zamiaru wyglądać jak te dwie czarownice.

Matka i córka spojrzały na siebie. Wyglądały jak dwa szare duchy, którym raz w roku pozwolono wypłynąć z zaświatów na powierzchnię ziemi w postaci szarej mgły, ze sterczącymi w różne strony świata włosami utkanymi z pajęczyn pająków-wampirów.

Wybuch śmiechu spowodował szczekanie Bidy, jego taniec radości wokół własnej osi i – co za tym idzie – wzbicie się w powietrze kolejnych chmur kurzu. Oraz nowy atak kichania.

Wreszcie trzy damy opuściły strych. Wychłeptawszy miskę wody Bida biegał po ogródku goniąc wrony. Ptaszyska nic sobie z tego nie robiły, leniwie podrywały się w górę przed samym psim pyskiem i siadały na gałęziach złorzecząc wniebogłosy. Bida nie pozostawał dłużny i na każde kraknięcie odpowiadał szczeknięciem. Rozmowa zdawała się bawić obie strony.

Tymczasem pani Maria i Matylda doprowadziły się do porządku.  Pani Marta odświeżyła się po podróży i przebrała. Po doskonałym obiedzie usiadły na tarasie napawając się urokiem ciepłego, letniego popołudnia.

Kilka dni wcześniej pani Maria przez telefon opowiedziała przyjaciółce o wichurze, powalonym jesionie i swoich problemach. Pani Marta pomyślała, policzyła, zapytała Bidy co myśli o wakacjach u „cioci” Marysi i powiadomiła o swoim przyjeździe, co zostało przyjęte z ogromną radością.

– Słuchajcie dziewczyny, oto jest suma, którą mogę wam pożyczyć na dłuższy okres – powiedziała. – Sprzedałam kawał ziemi, który miałam po rodzicach, a który nie był mi do niczego potrzebny. Miałam przez tę parcelę tylko same kłopoty, bo ciągle musiałam się użerać z dzierżawiącym ją chłopem. Teraz mam wreszcie spokój. Ktoś już zaczął sobie stawiać własny dom i jest szczęśliwy. Ciebie, Marysiu, traktuję jak siostrę a Matyldę jak córkę, której nie mam, więc nie odmawiajcie.

– Ależ Martusiu… – zaczęła wzruszona pani Maria.

– Żadnego ale! Nie robię tego bezinteresownie, taka jestem. W zamian pozwolicie mi spędzić tu całe lato. Nawet nie wiecie jak chętnie pogrzebałabym w tych pudłach na strychu jak wy dzisiaj – spuściła głowę zerkając na towarzyszki spod przymrużonych powiek.

Matylda zerwała się z krzesła i z rozczuleniem uściskała niespodziewaną dobrodziejkę., myśląc jednocześnie, że wygląda ona chwilami jak podlotek z dziewiętnastowiecznej pensji dla panien.

– Obie panie pogrążyły się w rozmowie, a myśl Matyldy uciekła przez okno, powędrowała daleko, pod las, gdzie pod starym dębem ujrzała Nicka. Stęskniona, spragniona jego obecności biegła po łące, przeskoczyła strumyczek, wpadła prosto w ramiona ukochanego i zasypała gradem pocałunków roześmiane oczy…

– Hau, hau, hau – basowe szczekanie Bidy oznajmiło przybycie nowego gościa,

– Dzień dobry, kochana – serdecznie witała się pani domu.

– Witaj Wandeczko – pani Marta zerwała się z krzesełka uradowana widokiem kuzynki. – Miałam zajść do was wieczorem przywitać się ze wszystkimi, ale mnie uprzedziłaś.

– Pozwól, Wando,  że ci przedstawię moją córkę – pani Maria z dumą prezentowała swoją jedynaczkę.

– Miło mi panią poznać – ukłoniła się Matylda.

Pod pierwszym nadarzającym się pretekstem uciekła do swego pokoju zdziwiona, że matka Nikodema może mieć taki miły uśmiech. Usiadła w oknie, z twarzą opartą na rękach spoglądała na dziko zarośnięty ogród.

– Chyba oszalałam – powiedziała do Bidy, który przybiegł za nią i rozłożył się na dywaniku. – Jeżeli u pierwszy raz  spotkanej kobiety widzę podobieństwo do Nicka, to chyba tylko dlatego, że wciąż o nim myślę… to znaczy, że Mirka ma rację, jestem stuknięta.

Bida zamiótł ogonem na znak, ze się zgadza z przedmówczynią.

– Swoją drogą sympatyczna kobieta – ciągnęła monolog. – No, w końcu to kuzynka pani Marty. Pracując na koloniach nie będę miała wyrzutów sumienia, ze zostawiam mamę zupełnie samą z tym całym bałaganem. Jakieś dobre duchy zesłały panią Martę, nie może być inaczej.

4.09.2018

  • kasiapur Dobry klimat, dobre duchy, dobre myśli w tym tekście.
    Zatopiłam się nostalgicznie – fajny naprawdę fajny, taki
    pachnący latem. Uśmiechy i uściski Aniu :))

    -urszula97 Oj i ja chciałbym być na tym strychu i takie włóczki znaleźć,

  • annazadroza Kasiu:-) Dobrze jest uciec od rzeczywistości w inne klimaty i spotkać dobre duchy:) Dziękuję Ci serdecznie, buziaki:)))
  • annazadroza Urszulko:-) Ja bym kiedyś za włóczki oddała nie wiem co;) Worki ścinków prułam, związywałam i robiłam sweterki dla dzieci i siebie w czasach „octu na półkach”. A jakie były kolorowe i niepowtarzalne, co jeden – to dzieło sztuki;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Już wrzesień

1 dzień września kojarzy mi się z opowiadaniami rodziców o ucieczce w 1939 roku. Każdy brał to, co uważał za najcenniejsze, ładował na co się dało, na wozy, na taczki, na dziecięce wózki albo na własne plecy i w panice uciekał przed siebie nie wiedząc gdzie, po co… Chowali się ludzie w rowach na widok nadlatujących samolotów, na dźwięk strzelających karabinów. Oczy nie wierzyły w to, co widziały, uszy w to, co słyszały… Wokół padali trupem znajomi, z którymi przed chwilą się rozmawiało… Stopniowo opanowywano panikę, zawracano z powrotem. Do domu. Lepiej zginąć we własnym domu niż w przydrożnym rowie, gdzie nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą człowiekiem się nie zainteresuje… Przyszło gwałtownie opuścić krainę
dzieciństwa i wczesnej młodości, nadszedł czas przyspieszonego dojrzewania. Mama mówiła, że na ucieczkę zabrała kolorową mulinę do haftowania, którą niedawno dostała i nie zdążyła się nią nacieszyć, taka jeszcze była dziecinna. A niedługo potem już należała do AK…
2 dzień września to imieniny babci Stefy. Kiedy kończyły się wakacje i przychodziła pora wyjazdu z Tenczynka do domu, wręczaliśmy babci prezent imieninowy, który przyjmowała ze łzami w oczach z powodu naszego odjazdu. Oczywiście uprzednio wysprzątaliśmy zawsze dom, bo wiadomo, że nabałaganiliśmy przez dwa miesiące:)
Od wczoraj drugi dzień września będzie mi się kojarzył jeszcze z innym wydarzeniem, albowiem odbył się chrzest Calineczki, a potem mała impreza połączona z pierwszymi urodzinami. „Jubilatka” dmuchała świeczkę w kształcie jedynki, podobały się jej baloniki, zabawiała gości – słowem – sprawdziła się w roli najważniejszej osoby, głównej bohaterki przyjęcia. Ucięła sobie tylko jedną, krótką drzemkę w wózku, a poza tym była cały czas na chodzie. Nie wiem, jak taka kruszynka to wytrzymała.
Psiaki spędziły ten czas wspólnie, u Dużego w mieszkaniu. Musiały to być dla nich silne emocje, bo śpią do tej pory, z przerwą na obowiązkowy spacer. Teraz leżą jak dwa rozklapciane naleśniki, czasem tylko kontrolnie łypią jednym okiem:)))

3.09.2018

  • kolewoczy Historyczny wrzesień, każdy ma coś do wspominania.
  • ciotkaeliza Opowiadania rodziców o tamtym wrześniu wydają się niewiarygodne, jak mogli ludzie ludziom wyrządzić tyle zła.
  • kotimyszkot Też tego pojąć nie mogę, serce aż boli na samą myśl tamtego bestialstwa..
  • annazadroza Kolewoczy:-) Młodzi często sobie nie zdają sprawy z tego, co się działo. Traktują rzeczywistość jak grę komputerową, z której można wyjść, bo ma się kilka „żyć”.
  • annazadroza Elizo:-) Mogli i mogą nadal, bo licho nie śpi. Z przerażeniem patrzę na beztroskę ludzką, brak wyobraźni i po prostu głupotę, i boję się, żeby zło nie wróciło.
  • annazadroza Myszokocie:-) Najgorsze, że pojąć nie można, a działo się. I oby nie wróciło.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 8

W Pałacu Ślubów przyjaciele i znajomi ze studiów zapełnili całą salę. Dziewczynki spokojnie spały w wózku nic sobie nie robiąc ze święta rodziców. Mira wyglądała prześlicznie w błękitnej sukni przy boku rozpromienionego Marka, dumnego ze swoich trzech dziewczyn.

Matylda założyła niebieską bluzeczkę  i długą, białą, szeroką spódnicę wykończoną u dołu koronką. Włosy zaplotła z tyłu w warkocz. Była ogromnie ciekawa, kogo Marek wybrał na świadka, do tej pory nie zdradził sekretu. Mira jedynie się uśmiechała w odpowiedzi na pytania i również nie chciała zaspokoić jej ciekawości.

– Poczekaj, za chwilę zobaczysz. Ćwicz cierpliwość, dobrze ci to zrobi – powtarzała uśmiechając się przy tym tajemniczo.

Matylda z zadowoleniem obejrzała w ogromnym lustrze odbicie swej postaci. Nie bez próżności pomyślała, że mogłaby teraz spotkać Księcia z Parku i nie musiałaby się czuć jak Kopciuszek poza balem. Wtem kątem oka dostrzegła mężczyznę podchodzącego do młodej pary. Miał na sobie jasny garnitur i niebieską koszulę w takim kolorze jak jej bluzka…

– To dlatego Mira kazała mi się ubrać właśnie w tę bluzkę – mruknęła półgłosem.

Stała jak skamieniała nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Stała i patrzyła. Mirka chichotała jak zawsze wtedy, gdy spłatała dobrego figla. Wzięła przybyłego za rękę i razem z Markiem, we trójkę, zbliżyli się do nieruchomej Matyldy.

– Pozwól sobie przedstawić mojego świadka  – powiedział Marek.

– Nick Taylor – przedstawił się i ujął jej dłoń. – My się znamy, prawda? Mów mi Nick.

Matylda stała nieruchomo i patrzyła jak przysłowiowe cielę na malowane wrota.

– Matylda to przyjaciółka rodziny – dokończył Marek prezentacji widząc, że świadek płci żeńskiej wciąż nie może wyjść ze stanu osłupienia.

– Pan, panie prof…., to ty? – wydukała zmieszana pozwalając mu przez cały czas trzymać rękę w dłoniach. – Co za zbieg okoliczności, nie mogę uwierzyć… Bardzo dziękuję za pomoc i podręczniki, które Mirka mi przyniosła. Zdałam, dobrze mi poszło… panie profesorze

– Nick – poprawił wyraźnie rozbawiony.

– Rusz się, idziemy – szepnęła Mira. – Chyba, że mam ci szukać innego księcia z innego parku…

Nick podał ramię partnerce. Mira potknęła się na długim chodniku, bo wciąż oglądała się na przyjaciółkę i chichotała.

– Nie musisz padać przede mną na kolana przy ludziach – wygłosił teatralnym szeptem pan młody. – Wystarczy w domu.

Kiedy urzędnik wymieniał nazwiska świadków, Mira zagłuszyła go głośno kichając.

– Na szczęście, na zdrowie, sto lat – posypały się głośne życzenia przeplatane śmiechem.

Był to bardzo wesoły ślub. Bliźniaczki nie zapłakały ani razu nawet gdy się obudziły, rozglądały się, były wyraźnie zainteresowane otoczeniem i zadowolone z życia.

Matylda starała się opanować drżenie rąk i bicie serca, zbyt głośne i zbyt szybkie. Miała wrażenie, że znalazła się wewnątrz jednego ze swoich snów. Bała się głębiej odetchnąć, by się nie ocknąć i tkwić w tym śnie jak najdłużej. Wreszcie odważyła się zerknąć na Nicka spod oka, gdy zdawało jej się, że tego nie zauważy. TO ON!!! Spotkała go! Niemożliwe! Skąd go Marek wytrzasnął? Sławny uczony na studenckim ślubie? Ile może mieć lat?  Taka sława, a jakby miał najwyżej o jakieś dziesięć więcej…chyba, że taki zakonserwowany, w Stanach tak potrafią… A zresztą co tam, nic się nie liczy poza tą chwilą bycia obok niego. Dlaczego tak krótko? Śluby powinny trwać o wiele dłużej. Nie słyszała, nie widziała co się dzieje. Nick, tłumiąc uśmiech, czego na szczęście nie zauważyła, wziął ją pod rękę i pokazał palcem gdzie ma złożyć swój podpis. Mira się śmiała na głos, ze szczęścia oczywiście.

Matylda oprzytomniała nieco dopiero podczas uroczystego toastu w ładnej, nastrojowo urządzonej sali. Wzrokiem wciąż ścigała właściciela jasnego garnituru, który – trzeba przyznać – rzadko ją opuszczał.

– Wiem, że jesteś niezwykle uzdolnioną i pracowitą studentką – powiedział. – Ale teraz są wakacje i nie będziemy rozmawiać o poważnych sprawach. Pamiętaj jednak, że od listopada, bo w październiku muszę być w Stanach, możesz  liczyć na moją pomoc. Oczywiście o ile nie wyjdziesz w międzyczasie za mąż i nie rzucisz studiów. Mira mówiła, że poważnie się nad tym zastanawiasz – spojrzał obojętnie w okno.

– Oj, małpa – wyrwało jej się.

– Gdzie? – spytał z zainteresowaniem rozglądając się wokół.

Nie zauważyła, że leciutki uśmieszek błąkający się dotąd wokół ust ogarnia jego twarz i oczy. Skąd mogła wiedzieć, że całą siłą woli powstrzymuje się, by nie porwać jej w ramiona.

– Coś mi się przywidziało – bąknęła.

– Muszę cię pożegnać – rzekł po chwili. – Bardzo się teraz spieszę. A więc, Matyldo, do zobaczenia po wakacjach.

Zniknął. Teraz mógł się zawalić cały ten budynek. Co tam budynek, cały świat! A jednak…nie, niech się nie wali. Powiedział…do zobaczenia… po wakacjach… Wakacje zwykle tak szybko mijają… Te się będą wlokły… Nie szkodzi. Trzeba pomóc Mirce, poza tym przyłoży się do nauki, żeby się nie zbłaźnić, musi być najlepsza ze wszystkich, aby zechciał na nią jeszcze raz spojrzeć…

Nie widziała, że długo stał w drzwiach i obserwował ją stojącą nieruchomo z pustą lampką po szampanie. Potem machnął z daleka ręką w stronę Miry w pożegnalnym geście, ona zaś skinęła porozumiewawczo głową.

31.08.2018

  • urszula97 Tak to kiedyś było,wracam do moich czasów,czekam dalej,
  • kobietawbarwachjesieni Czy będzie ciąg dalszy?
  • emma_b przypomniał mi się własny ślub podczas którego śmiałam się jak idiotka…
    fajnie piszesz:)
  • kasiapur Pewnie to banał… ale chciałabym przenieść się w czasie i coś takiego przeżyć.
    uściski Anula 🙂
  • annazadroza Urszulo:-) Czasy młodości są najmilsze do wspominania, z różnych powodów, prawda?
  • annazadroza Marysiu:-) Będzie, jeszcze trochę tekstu jest :)))
  • annazadroza Emmo:-) Ja za to ryczałam, kiedy syna żeniłam, dopóki nie zobaczyłam, że ma metki na butach nie zdjęte i wtedy zaczęłam się śmiać:)))
  • annazadroza Kasiu:-) Przenieść się w czasie z zachowaniem obecnego rozumu… to byłoby fajne, prawda?
© Anna Blog
Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | 2 komentarze

Jestem „ba-ba”

Sporo kilometrów dzisiaj zaliczyłam. Najpierw poszłam do miasteczka, m.in. do apteki. Było ciepło, słonecznie, do tego wiał przyjemny wietrzyk. Jednym słowem – pogoda idealna na przechadzkę. Po obiedzie zaś udałam się do Kik-u, sklepu niedaleko Maxi Zoo, poszukać czegoś dla Calineczki.
Wypatrzyłam spodenki, sukieneczkę na szelkach, właściwie spódniczkę-ogrodniczkę, oraz bluzę z długimi rękawami ze śmiesznym nadrukiem. To wszystko się zmieściło w cudnym różowym pudełku, z obrazkiem kotka trzymającego pełną mleka butelkę ze smoczkiem.
Już za chwilę moja dziewczynka skończy roczek:))) Jest żywa jak przeskakująca iskierka. Za każdym razem zaskakuje czymś nowym. Kiedy mnie wczoraj zobaczyła, wyciągnęła paluszek w moją stronę i powiedziała „ba-ba”:))). Mówi też „ma-ma”, „ta-ta”, na kotkę woła „uba”, na siostrę „aja”. Oczywiście na widok jedzenia słychać „niam” lub „am”. Tyle sama usłyszałam, a „zasób słów” ma większy, można się już z taką kruszynką porozumieć:)))

30.08.2018

  • tanczaca_w_deszczu Bycie babą jest radością, ale bycie babusią , moje niespełna 3 letnie bliźniaczki tak do mnie mówią, jest czymś najwspanialszym. Pozdrawiam
  • babciabezmohera Najlepszego na pierwsze urodziny Calineczki! :))
  • kotimyszkot Czas szybko leci, warto zapisywać te pierwsze słowa i radości 🙂 A skoro roczek już niedługo, to najlepsze życzenia dla Wnusi, niech rośnie zdrowo i będzie szczęśliwa :))
  • annazadroza Tańcząca:-) Masz rację, to jest cudowne:) Bo dzieciaczki takie są, a w wieku Twoich – coś wspaniałego:) Serdeczności posyłam:)))
  • annazadroza BBM:-) Baaardzo dziękujemy i mocno ściskamy:)))
  • annazadroza Myszokocie:-) Okropnie szybko leci, bez opamiętania. Sama to widzisz patrząc na swojego przedszkolaczka. Dziękujemy za życzenia – Calineczka i ba-ba:)))
  • kasiapur Ba-ba jest szczęśliwa, a Calineczka oczarowana babcią.
    Bo trudno żeby było inaczej. Następny Roczek niech też
    przyniesie samo dobro dla Was obu ! Uściski :)))
  • Gość: [emma_b] *.neoplus.adsl.tpnet.pl uwielbiam kupować dziecięce ubranka, są takie śliczne!
    serdeczności dla Was obu:)
  • annazadroza Kasiu:-)
    Emmo:-)
    Dziewczyny kochane, dopiero w tej chwili zobaczyłam, że Wam nie odpowiedziałam! Dziękuję i mocno ściskam!!!
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz