W sobotę przyjechała wnusia K. Zacznę dziewczynki inaczej nazywać, więc ona będzie od dziś – Średnią, wnusia Z. – Starszą, a malutka pozostanie Calineczką. Będzie prościej. Średnia miała być tylko w weekend, ale postanowiła przedłużyć pobyt – co ogromnie cieszy, bo oznacza, że się u nas dobrze czuje. Przygnębia mnie jedynie fakt, że wciąż mówi o powrocie do szkoły po wakacjach i o ogromnie nauki, jaki na nią czeka. Już teraz boi się o swoje oceny, bo chce mieć najlepsze, żeby się dostać do liceum. Nie będzie to łatwa sprawa ponieważ poprzez deformę szkolnictwa podwójna ilość dzieciaków będzie się starała dostać do szkół ponadpodstawowych. W zeszłym roku szkolnym, czyli w nowej siódmej klasie, było bardzo trudno dzieciakom przemęczonym do granic wytrzymałości. Mówię nie tylko o mojej wnusi, czytałam listy i wypowiedzi rodziców siódmoklasistów i wszędzie był poruszany ten sam problem. Skoro jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego tak dziecko przeżywa, że co chwilę o tym mówi, co będzie dalej? Wrażliwsze jednostki naprawdę mają trudniej, gorzej sobie radzą ze stresem i z codziennymi wyzwaniami, chociaż poziom wiedzy mają wysoki.
Poza tym smutny bardzo był dzień wczorajszy, ponieważ za Tęczowy Most odszedł cudny, kochany Karmelek, koci członek rodziny Małego. Wszyscy się spłakali, bo prawdziwi mężczyźni też płaczą, ponieważ są wrażliwymi ludźmi. A tacy, którzy potrafią kochać swoich czworonożnych przyjaciół są cudowni i zasługują na wszystko, co najlepsze.
!6 lat temu odszedł na Drugą Stronę Tęczy mój kochany kotek Maciuś, dokładnie 29 sierpnia. Dużo kochanych zwierzaczków tam już jest: Rolf, Browar, Mićka, Misia, Szarusia, Maciuś. Teraz dołączył do nich Karmel.
29.08.2018
urszula97 Jest trudno w takiej szkole jakieś reformowanej co nie ma ładu i składu, może wnuczka miała juz dosyć poprzedniej klasy i galimatias w głowie stąd te obawy,smutne to faktycznie,i szkoda zwierzątka ale każdy ma swój czas,pozdrawiam i ściskam.
emma_b bardzo współczuję dzieciom zestresowanym przez obecny system szkolny. natomiast odejście zwierzaka, to dla człowieka wrażliwego poważna trauma. stanowczo za krótko żyją nasi bracia mniejsi…
tanczaca_w_deszczu Moje wnusie idą pierwszego września do przedszkola. Powoli wchodzą w tryby edukacji a ja już się boję.
Współczuję z powodu Karmelka.
kotimyszkot Nawet boję się myśleć, jak mój syn zniesie rozpoczęcie szkoły, skoro już przejście grupę wyżej w przedszkolu mocno przeżywał. Tym bardziej rozumiem stres wnuczki i współczuję jej tych nerwów. Odejścia kotka też.. to przecież tak, jakby stracić członka rodziny 🙁
babciabezmohera Na oświatę wszyscy narzekają a siódmoklasiści i ich rodzice rwą włosy z głowy. Koszt „dobrej zmiany”. Szkoda, że płacą dzieci…
annazadroza Urszulo:-) Straszne są takie nieprzemyślane zmiany, pisane bez sensu, na kolanie, aby prędzej, aby zdążyć… A ofiarami są niewinne dzieci.
Masz rację, każdy ma swój czas i porę na przyjście i na odejście. Ale chociaż się to wie, przeżywa się i jest smutno.
annazadroza Emmo:-) Biedne są te dzieciaki, spierniczone dzieciństwo mają. Od początku uczone są rywalizacji zamiast współpracy.
Pocieszać się tylko można, że nasze domowe zwierzaki dobrze miały, kochane były i nie umierały w męczarniach pod płotem.
annazadroza Tańcząca:-) Przedszkole to jeszcze nic, pewnie im się spodoba, bo dzieci nowe będą, zabawy, dużo wrażeń. Gorzej ze szkołą, bo to już wejście w kierat na całe życie. Ale są dzieciaki, które lubią się uczyć i chodzić do szkoły, oby tak było w przypadku Twoich dziewczynek.
annazadroza Myszokocie:-) Rozumiem Twoje obawy. Ale nie ma wyjścia. Tłumacz synkowi, że w szkole będzie fajnie, że będzie już duży, że nowych kolegów pozna itd., aby nie nabrał niechęci lecz się zaciekwił. I Tobie współczuję na zapas, bo dla Ciebie też zacznie się trudny okres. Chyba, że znowu coś się w tej oświacie zmieni, bo to jak w kołowrotku, co chwilę inaczej.
annazadroza BBM:-) Zawsze płacą najsłabsi, w tym przypadku niewinne dzieciaki.
hanula1950 Współczuję….
Ja ze 30 lat temu straciłam kundelka , który był ze mną 15 lat.
Teraz mam koteczkę Kizię Mizię.
Bardzo ją kocham.
annazadroza Hanulko:-) Dziękuję. Moje psy żyły po 14 lat, jeden prawie, drugi ponad. To pełnoprawni członkowie rodziny, jakże mogłoby być inaczej? Ileż w ich serduszkach miłości i przywiązania. W kotach też i potrafią to okazać. Strasznie żałuję, że nie mogę teraz mieć swojego w domu, ale za to wyprzytulam wszystkie na zewnątrz, które się dadzą, a głodne nakarmię. Na razie są najedzone.
Trzy tygodnie później dwie wspaniałe dziewczynki zamieszkały wraz z rodzicami w pięknym, trzypokojowym mieszkaniu na parterze piętrowego domku, do którego należał również ogródek. Piętro zajmowało młode, sympatyczne małżeństwo z rocznym synkiem.
– Będę wreszcie mogła mieć własnego kota i psa – Mira nie posiadała się z radości.
Obydwie panienki rosły szybko, były cudowne, niemniej ogromnie absorbujące. Jeśli jedna spała – druga w tym czasie gwałtownie domagała się towarzystwa. Gdy usypiała – siostra godnie ją zastępowała. Od razu rzucało się w oczy, że są niewiastami o silnych charakterach i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać.
Matylda tylko na noc wracała do akademika, zresztą nie zawsze. Mira była bardzo słaba i w pierwszych dniach nie poradziłaby sobie sama z dziećmi. Marek nie mógł opuszczać pracy, Matylda dwoiła się więc i troiła niosąc pomoc przyjaciółce i przywiązując się ogromnie do dziewczynek. Po pierwszym trudnym okresie wszystko się unormowało. Dzieci same ustawiły sobie godziny snu i karmienia. Syte, suche, zadowolone spały i rosły. Młoda mama doszła do siebie, ciocia Matylda odpoczęła. Zbliżał się dzień ślubu młodych rodziców.
W wersji dla dorosłych być by mogło: Przyszła Wiewiórka do aptekarza, a tam…misiewicz….
Ale to nie dla dorosłych tylko dla poprawienia nastroju. Kiedyś miałam w planie w poniedziałki puszczać Wymyślanki. Dziś się udało. Jak ja się cieszę, że odwiedzacie mnie i czytacie te moje dyrdymałki. Dziękuję:)))
Przyszła Wiewórka do aptekarza,
a to się przecież często nie zdarza.
Dała receptę oraz dwa złote.
– Odchudzić się – mówi, – mam ochotę,
bo trudno skakać mi po drzewach,
kita już za mną nie powiewa.
– Na co recepta? – aptekarz spyta.
– A… żeby lżejsza stała się kita –
rzekła zmartwiona wielce Wiewórka.
Wtem do apteki weszła jej córka.
– Więcej ci ruchu, mamo, potrzeba,
nie wstydź się, bo dziś kto może, biega,
i nawet rankiem dużo jest ludzi,
kiedy słoneczko wcześnie ich budzi.
Często też nawet biegają z wieczora
ci, którym nie jest zbyt późna pora.
– O, to jest wyjście z sytuacji –
aptekarz skłonił się z dozą gracji,-
do tego tanio, płacić nie trzeba,
uważać tylko na deszcz, co z nieba
spada znienacka i wszystko moczy.
– Nawet i moje wiewiórcze oczy –
przytaknęła mu Wiewiórka
a w łapki klasnęła córka.
Rzekł aptekarz: – Moja droga –
a mina jego stała się sroga, –
po co masz się truć lekami?
Idź na spacer z córeczkami.
Ruszać się często każdy musi,
powiedz to córko, swojej mamusi.
Nie mogę poświęcić wam więcej czasu,
pójdźcie więc teraz wszystkie do lasu.
I pamiętajcie: ruch to zdrowie,
każdy doktor wam to powie.
emma_b super, masz talent! pisz koniecznie, z powodzeniem mogłabyś wydać książkę dla dzieci, dla dorosłych pewnie też:)
annazadroza BBM:-) Dziękuję, rosną mi skrzydła u ramion z radości:)))
annazadroza Urszulo:-) Dziękuję:) Jak patrzę na malutką, to pomysły się same nasuwają:)))
annazadroza Emmo:-) Moje zdolności kończą się na marzeniu i wymyślaniu. Zdolność realizacji chyba została wykasowana w moim DNA;((( Kiedy sobie przypomnę jakie męki przechodziłam przy wydaniu „Wejścia w światło” to mi się słabo robi. Jak wygram w jakiegoś lotka, to sobie sama wydam i już;)))
Pierwszy semestr minął szybko. Czas był wypełniony nauką, spotkaniami towarzyskimi, marzeniami o przyszłości. Przyjaciółki uczyły się wspólnie, zdały z dobrymi wynikami wszystkie egzaminy, pozaliczały kolokwia. Potem Mira nie czuła się najlepiej, więc Matylda chodziła na wszystkie wykłady robiąc notatki przez kalkę. Przyszła mama w tym czasie siedząc w pokoju wertowała opasłe tomiska wbijając potem przyjaciółce do głowy opanowaną przez siebie wiedzę. Podział pracy okazał się świetnym pomysłem i radziły sobie doskonale. Musiały wytężyć wszystkie siły, aby jak najszybciej zakończyć letnią sesję zdając egzaminy w terminie zerowym.
Nic nie zakłóciło ustalonego porządku dni z wyjątkiem jednego wydarzenia, na które Matylda nie zwróciła większej uwagi ze względu na to, co nastąpiło później.
Przed dorocznym zjazdem sław okulistycznych zamieszczono w prasie zdjęcia kilku z nich. Fotografie nie były zbyt wyraźne, druk rozmazany, z trudem dało się odczytać nazwiska.
– Włącz światło – poprosiła Matylda machając gazetą. – Ciemno już i nie mogę odczytać kto to jest.. Kogoś mi ten facet przypomina.
Mira spojrzała. Sięgając ręką do kontaktu potrąciła kubek z resztką kawy, która rozlała się uniemożliwiając identyfikację twarzy i nazwisk.
– Ojej, przepraszam, nie chciałam, ale taka jestem już ciężka i niezgrabna – tłumaczyła. – Ostatnio wszystko leci mi z rąk.
– Nie, nie, to moja wina – zerwała się Matylda. – Przecież powinnam się sama ruszyć, a nie ciebie fatygować, zapomniałam, że jesteście dwie.
– Mylisz się – uśmiechnęła się Mira. – Trzy.
– Co takiego?
– Robiłam USG. Wykrakałaś mi bliźniaki i umieram z radości!
– Mirka, to cudownie!
– Nie uduś mnie. Zobacz czy ci kawą nie poplamiłam spódnicy.
– Nie, nic nie widać. Wiesz co? Tak mi jakoś przeleciało przez myśl, że facet z gazety przypomina mojego Księcia z Parku.
– Znów o nim myślisz? – wciąż rozpromieniona Mira czule spojrzała na przyjaciółkę.
– Wiem, że to idiotyczne, kompletna dziecinada, ale cóż na to poradzę? Nikt mi się nie podoba, mężczyźni ogólnie mnie denerwują. Sama widzisz, że zostaje mi tylko praca naukowa i służenie innym. Jak myślisz, dlaczego?
– To proste, tak się zaczyna wiele chorób psychicznych – poważnie odpowiedziała Mirka. – Daj się zbadać.
– No wiesz! Przestań się ze mnie nabijać. Wcale mi się nie chce śmiać, nic mi się nie chce i jest mi smutno.
– Nie nabijam się. Chcę ci jedynie zwrócić uwagę, że zwyczajnie się zakochałaś i nie chcesz się do tego przyznać.
– No litości! Jak mogłabym się zakochać w kimś, kogo widziałam raz w życiu przez kilka chwil i do tego o zmroku? Pewnie bym go nie poznała, gdyby przede mną stanął. Wbrew twoim sugestiom jestem zdrowa na umyśle i twierdzę, że aby kogoś kochać, trzeba dobrze znać jego charakter, reakcje na różne sytuacje, gust, upodobania, zaakceptować wady…
– A ja uważam, że miłość spada na człowieka w niewiadomym momencie, jest nieprzewidywalna, nieobliczalna, niemierzalna, przynosi tyle cierpienia co radości, ale życie bez niej nie ma absolutnie żadnego sensu… Ojej, dzwoń do Marka! Niech się zwolni z pracy, szybkooo!
– O matko, Mira! Co ci? Już? Poczekaj, zgłupiałam zupełnie, nie wiem co robić…. Oddychaj, o, już wiem, masz oddychać…
– Spokojnie, w porządku. Idź do telefonu. No idź już, niech wsiada w taksówkę…
Dzisiaj lżejszy kaliber, bo… a co tu będę gadać, bo się należy i już:)))
Właściwie – to miał być wierszyk o zimie,
bo lato jest krótkie i zaraz minie.
Znowu śnieg będzie i zawieja,
a na ulicach szara breja,
ciemno, ponuro i okropnie.
A niech tę zimę gęś wreszcie kopnie!
Więcej ni słowa nie powiem o niej,
bo widać jeszcze jak na dłoni,
że lato pachnie wciąż nieprzytomnie
i mruga słonkiem: pamiętaj o mnie.
Urok wakacji wciąż się przejawia,
mały motylek dzieci rozbawia,
kwiaty pachnące i kolorowe
z radością patrzą na dzieci zdrowe,
wesołe, psotne i uśmiechnięte,
wciąż paplające oraz zajęte,
grajace w piłkę, albo w berka
a żadne w komputer nie zerka!
Na powietrzu spędzają dzień cały,
więc zdrowie i radość odzyskały,
i żadne wirusy tego nie zmienią,
nawet gdy zjawią się wraz z jesienią.
marijana2 Aniu, bardzo bliska jest mi treść Twego przesympatycznego wiersza. Ciepło pozdrawiam :)))
kasiapur Oj, żeby tak było, że dzieciaki wolą zabawę ze sobą niż komputer…solo…
Nie chcę myśleć o zimie, brrr nie 🙁
uściski Anula :)))
Gość: [kasiapur]*.toya.net.pl Matko zapomniałam – Aniu wiersz świetny ! taki z werwą 🙂
Gość: [L.C] *.play-internet.pl Prosty i pogodny, super.
Oglądałam przed chwilą filmik w necie, jak maluchy ok. roczne obejmują się na przemian, przepiękne! A dorośli…. Patrzą na siebie wilkiem.
annazadroza Urszulo:-) Potrzeba nam trochę dziecięcej lekkości, prawda? Najlepiej widać to, kiedy mamy przy sobie te nasze maleńkie cudziki. Ile włosów wyrwał Ci tym razem;)))
annazadroza Fusilko:-) Macham do Cię wszystkimi rękami i uściskuję ile sił;)))
annazadroza Kolewoczy:-) O zimie? O nie!!! Ja chcę, żeby było ciepło, żadnego zimna!!! A tu rano 8 stopni, brrr…
annazadroza Emmo:-) Równie dużo, albo więcej mam negatywnych i całe świadome życie z nimi walczę. Raczej niezbyt skutecznie:(
annazadroza Marysiu:-) Cieszę się ogromnie ze sprawionej chwili przyjemności. Postaram się o więcej:)))
annazadroza Myszokocie:-) Uśmiechaj się jak najczęściej:)))
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Magnolio:-) Jakże ja się z Tobą nie zgadzam! To co możemy zrobić w tej sprawie? Ja bym chciała namówić lato, żeby trwało, masz jakiś pomysł na kompromis? Pozdrawiam:)))
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Marijanko:-) Znów mnie wylogowało. Ciepło to mnie się robi na sercu od takich słów, buziaki:)))
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Kasiu:-) Dzięki:) Człowiek musi się oderwać od rzeczywistości i wrócić do dzieciństwa (zanim go demencja dopadnie) bo by zwariował całkiem. Buziaki:)))
annazadroza L.C.:-) Cudowne są takie maluchy, ale potem biorą przykład z dorosłych i z cudownych maluchów wyrastają wredni ludzie. Całe szczęście, że nie ze wszystkich…
We wtorek byłam u Calineczki. Nie do opowiedzenia, jak taki szkrab zmienia się z chwili na chwilę dosłownie. Spała gdy przyszłam. Skoro tylko otworzyła oczka – a wielkie ma:) – od razu uśmieszek pojawił się na buzi. Gada po swojemu, woła siostrę i śmieje się do niej całą gębusią, chodzi przytrzymując się czegoś, np. wokół łóżeczka, szafki czy trzymając kogoś za ręce swoimi łapkami. Najbardziej interesuje ją w dalszym ciągu pralka, działająca oczywiście, nie bezczynna. Poza tym odkurzacz, śrubki w krzesłach, mały majsterkowicz, bo można młoteczkiem walić gdzie popadnie:) Zdecydowanie woli biszkopciki od chrupek kukurydzianych, szukała w pudełeczku, w którym na spacer zabierane są takie przekąski, szukała i szukała, łapkami przekładała chrupki dopóki nie wyciągnęła okrągłego biszkopcika z tryumfalnym okrzykiem, po czym wpakowała do buzi. Jaki cudowny jest obrazek, gdy skupiona próbuje włączyć głos w „gadającej” książeczce i słucha różnych dźwięków. Niektórych nie lubi, wtedy szybko przewraca stronę, inne wywołują uśmiech na buzi i wyraźną próbę podzielenia się z otoczeniem. Jeśli są jakieś cuda na świecie – to są nimi właśnie takie malutkie istotki, takie cudziki:)))
22.08.2018
kotimyszkot To są małe-wielkie cuda! 🙂 Od dnia narodzin z podziwu wyjść nie mogę.. Cieszę się, że możesz oglądać jak Calineczka rośnie i się pięknie rozwija 🙂
urszula97 Słodkie cudziki,dzisiaj będzie mój cudzik,ile włosów mi wyrwie?
annazadroza Myszokocie:-) Cieszę się przeogromnie:))) Tym bardziej, że zjawiła się niespodziewanie, ponadplanowo i całe szczęście! Uwielbiam ją i mówię jej to oczywiście, a ona w odpowiedzi włoży mi palec do oka, albo poplami bluzkę:)))
annazadroza Urszulko:-) Pewnie kilka wyrwie;) A nie gryzie Cię? Moja już przestała, bo po co ma gryźć starą babkę, jak może pyszne biszkopciki;)))
Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl BBM:-) Oj tak, chwytają. Tym bardziej, że kiedy dzieci własne małe były, to masa obowiązków ciążyła i nie można było tyle czasu im poświęcić, ile by się chciało.
marijana2 Uśmiech nie schodzi mi z twarzy, gdy czytam opowieści o Calineczce. Wielka z niej mądralinka. A Ty tak ładnie o tym piszesz.
emma_b pięknie i z sercem piszesz o dzieciaczku. opowieścią o biszkopciku przypomniałaś mi, jak moja córka po raz pierwszy osobiście coś sobie do jamy gębowej wpakowała. a był to właśnie okrągły biszkopcik:)
annazadroza Marijanko:-) No bo to takie słodkie maleństwo, że normalnie do zjedzenia;)))
annazadroza Emmo:-) Jak to dobrze, że gdzieś schowane mamy w tych naszych komputerach (mózgach) takie cudne wspomnienia. Wyskakują niespodziewanie i ciepło na sercu się robi:)))
urszula97 Anno,mój mały dopiero zaczął gryźć,pierwsza jest mama,jak mu się chce cyca to gryzie jej bluzkę a zdarza się że i cyca .On ma dopiero 2 ząbki.Nie siada sam ale jak się go posadzi to bardzo stabilnie siedzi i się bawi ,niech tylko zobaczy w zasięgu ręki coś lub kogoś stojącego to już wstaje na nogi i próbuje chodzic oczywiście trzymając się za nogę czy pufa .
annazadroza Urszulo:-) Jakbym go widziała:) Mnie przy malutkiej ogarnia takie ogromne, nie do nazwania, uczucie – jak jeszcze nigdy. Może to świadomość, że ostatni maluch w rodzinie, więcej już raczej nie będzie? Może dlatego, że czasu mam więcej? W każdym razie kocham nieprzytomnie tego szkraba. Starsze wnuczki oczywiście też, ale one już są duże, a ta drobinka jest… drobinką:)))
Mira spała w najlepsze, Matylda przewracała się z boku na bok. Podniecenie nie dawało jej usnąć. Mira będzie mamą! Ten łobuziak, to psotne licho skore do robienia każdej chwili najśmieszniejszych kawałów, a jednocześnie najlepsze serce, najwierniejsze, kochana, lojalna przyjaciółka – matką! Nie do wiary!
Bezkarna i niekontrolowalna wyobraźnia zaczęła podsuwać najprzeróżniejsze obrazy i sytuacje tak wyraźne, że – zdawałoby się – rzeczywiste. Trzymała w ramionach maleńką istotkę, cieplutką, pachnącą mlekiem, przytuloną, drobinkę najdroższą na świecie. Nagle maleństwo otworzyło oczy i… były to oczy nieznajomego z parku, a on sam kręcił się wokół nich jakby miał do tego jakieś prawo…
Podczas wakacji Matylda wielokrotnie zastanawiała się kim mógł być ów nieziemsko przystojny znalazca latającej torebki. Czy spotka go jeszcze kiedyś? Nie, uważała to za niemożliwe w wielomilionowym mieście. Jako rozsądnie myśląca kobieta, a przecież za taką się uważała, starała się o nim zapomnieć. A im bardziej się starała, tym częściej widywała go w snach. Wreszcie uznała się za pokonaną i pozwoliła jego cieniowi krążyć w pobliżu. Rozmawiała z nim w myślach, spierała się, opowiadała o tym co czuła, o czym marzyła, za czym tęskniła. Początkowo nie przyznawała się do tego Mirce, wreszcie jednak nie wytrzymała i kilka razy napomknęła przyjaciółce o tym, co jej „po głowie chodzi”.
– Niech chodzi, oby nie gryzło – żartowała Mira.
W czasie wakacji Matylda była na obozie wędrownym, zwiedziła szmat kraju, trochę czasu spędziła w górach u ciotki, gdzie z dala od tłumów ludzi czuła się najszczęśliwsza w świecie. Teraz – czułaby się równie wspaniale, gdyby w spacerach towarzyszył jej ktoś jeszcze poza cieniem… Ale i tak było cudownie, bo od czegóż wyobraźnia?
Mama była niepocieszona, gdyż do domu zjechała właśnie wtedy, gdy Nikodema Bryły nie było w kraju.. Matylda nie przyznała się matce, że celowo ten czas wybrała, by nie musieć go oglądać.
– Jaka szkoda, że nie przyjechałaś wcześniej. Nikodem specjalnie dla ciebie przyniósł książkę – podała córce świeżo wydany, pachnący jeszcze farbą drukarską, podręcznik okulistyki napisany przez profesora Taylora. – Stłukł wtedy okulary…
– Co za niezdara – bąknęła Matylda. – Niepotrzebnie się fatygował, sama bym sobie kupiła. Niczego od niego nie potrzebuję, nie lubię okulistów w okularach, już mówiłam.
– Jesteś niesprawiedliwa – powiedziała mama. – Stłukł moje okulary, bo to ja się potknęłam na jego widok i byłabym spadła ze schodów, gdyby mnie nie złapał. Strąciłam sobie wtedy okulary z nosa, a on próbował je schwycić w locie,
– Mamusiu, a może on ma zamiar starać się o ciebie? Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, naprawdę nie wyglądasz na taką starą córkę jak ja – żartowała Matylda. – Weź go sobie, daję ci w prezencie mojego konkurenta, widzisz jakie mam dobre serce?
– Oj ty trzpiocie – matka pogładziła córkę po włosach patrząc na nią z dumą i ogromną miłością. – Śmiej się, śmiej, zobaczymy kto się będzie śmiał ostatni.
Obok wpisu „Depresja patriotyczna” pojawiła się reklama : „Polecani Psychiatrzy…”. Obśmiałam się jak dzika norka. To nie nam, zmagającym się z ową jednostką chorobową potrzebny psychiatra, tylko tym, którzy są jej przyczyną. Ale cóż, na szczytach władzy zawsze dochodziło do najprzeróżniejszych ekstremalnych sytuacji: zabójstw, morderstw, afer, układów, skandali na różnym tle. Żądza władzy oraz inne żądze rządzące rządzącymi dochodziły od wieków do głosu tak skutecznie, że ulegali im próbując potem zakamuflować swe winy uciszając niewygodnych świadków.
Przyfrunęły do mnie takie myśli podczas oglądania (wciągnęło mnie) na kanale Viasat History filmu o dwóch siostrach. Czyli o Marii i Elżbiecie, córkach angielskiego Henryka VIII, którego znamy jako typa pozbywającego się kolejnych żon. Co te dziewczyny przez „tatuśka” przeszły – mniej więcej każdy wie, niejeden serial traktował o losach Tudorów.
Potem był następny film o angielskiej monarchii, o Albercie Wiktorze, wnuku królowej Wiktorii, który miał być następcą tronu. Pechowy to jednak człowiek był, znany głównie z tego, że posądzano go o związki ze sprawą Kuby Rozpruwacza (do dziś zagadka nie została rozwiązana), z płaceniem za seks nieletnim chłopcom, z nieślubnym dzieckiem rzekomo urodzonym mu przez modelkę. Zostania królem się nie doczekał. W 1892 roku – tydzień przed dwudziestymi ósmymi urodzinami – zmarł. Świętując owe zbliżające się urodziny nabawił się przeziębienia, które przeszło w zapalenie płuc.
Tym sposobem królem w 1910 roku został Jerzy V. Był lubiany, przeprowadził kraj przez I wojnę światową, cieszył się lojalnością i przywiązaniem brytyjskich żołnierzy. Nie miał najlepszego zdrowia, ale ukrywano to przed opinią publiczną. W 1915 roku spadł z konie i złamał miednicę. Poza tym – chorował na
opturacyjną chorobę płuc. Palił dużą ilość papierosów, co było jedną z przyczyn, a drugą – jakość powietrza w Londynie w ówczesnym czasie (powinno nam się zapalić czerwone światełko!!!), które było potwornie zanieczyszczone przez dymy z kominów fabrycznych. Zachorował król na zapalenie płuc, ropnie w płucach wywołały posocznicę. W 1928 roku przeszedł dwie ciężkie operacje. Królewskim lekarzem był Bertram Dawson, operację przeprowadził sam, otworzył chorego, ropę ściągnął strzykawką. Rodzina uważała, że uratował królewskie życie i zyskał odtąd tytuł lorda, oraz nieograniczony dostęp do króla wraz z możliwością samodzielnego podejmowania decyzji w kwestii leczenia Jego Wysokości.
Jerzy V poza słabym zdrowiem miał inny problem. Najstarszy syn, Edward, przysparzał mu wielu zmartwień, nie zachowywał się jak na następcę tronu przystało, ojciec nie mógł na nim polegać i bał się, że Edward zmarnuje dziedzictwo. Martwił się też sytuacją międzynarodową, bo Hitler i Mussolini dorwali się do rządów, a ludzie nie wyciągnęli wniosków z I wojny, niczego się nie nauczyli doprowadzając do kolejnego zagrożenia.
15 stycznia 1936 roku bardzo już chory, tracący przytomność król trafił do sypialni, której żywy nie opuścił. Zajmowała się nim pielęgniarka, od lat pracująca dla rodziny królewskiej, oraz osobisty lekarz.
20 stycznia 1936 roku o godz. 9.25 Dowson przekazał komunikat, że życie króla zbliża się ku końcowi. Przed północą oznajmiono, że król Jerzy V zmarł w wyniku komplikacji po zapaleniu oskrzeli. Około miliona ludzi przeszło przed wystawioną trumną pożegnać monarchę. Pokazane były zdjęcia i filmy, naprawdę nieprzebrany tłum stał oczekując na możliwość pożegnania monarchy ostatnim spojrzeniem.
Niby wszystko normalnie, ale – i tu dopiero ciekawostka – w 1986 roku okazało się, że prawdziwą przyczynę śmierci ukryto przed opinią publiczną, o czym przeczytano w odnalezionym dzienniku Bertrama Dowsona. Lekarz wstrzyknął królowi dawkę kokainy i morfiny, dwa zastrzyki dożylne zakończyły cierpienia króla. Ponoć uznał doktor, że ogłoszenie śmierci władcy w gazetach popołudniowych byłoby niegodne, powinno znaleźć się na pierwszej stronie porannego The Times. Przyspieszenie śmierci o kilka godzin spowodowało godne ogłoszenie tego faktu całemu Imperium Brytyjskiemu.
Do dziś akt Dowsona dzieli badaczy. Jedni uważają go za królobójcę, pierwszego od prawie 3oo lat, bo nie zapytał króla o zgodę, po prostu go zabił. Inni zaś za łaskawcę oszczędzającego cierpień swojemu królowi, a jego postępek za akt łaski, nie zabójstwo.
I jeszcze druga sprawa – podobno Dowson siostrę Jerzego też potraktował swoim skutecznym specyfikiem. Była (mam nadzieję, że nie pokręciłam) królową Norwegii, przyjechała zdrowa do Londynu, poczuła się źle, Dowson ją zoperował i zmarła. Oficjalnie na zawał serca.
Tak czy owak słowa Czerepacha z „Rancza” są wiecznie żywe i aktualne – „Lodziu, ależ polityka nie ma nic wspólnego z przyzwoitością”. !!!!!!!!!!
20.08.2018
babciabezmohera Historia jest ciekawa,pełna zagadek i niespodzianek.I nigdy do końca nie poznana…
urszula97 Nic dodać nic ująć,zgadzam się z Tobą.Ciekawostek się dowiedziałam o których nie wiedziałam ,czyli na wyspach była eutanazja pierwsza.
ciotkaeliza Bardzo lubię takie biograficzne opowieści.
krzysztof213 Tak czasy były nie pewne i inne .Ale czy na pewno as takie inne .
Lecz i teraz świat patrzy na dramat i rządzący .
Co będzie dalej za rok tego nikt nie wie …
A tu człowiek człowieka omija jak w komentarzach . Wolałbym być w górach lub nawet jak będzie czas pójdę do lasu jak chodzi o komentarz bo zostaną ludzie co można policzyć na palcach jednej ręki.
annazadroza BBM:-) Nigdy do końca nie da się poznać tajemnic władzy. I w sumie dobrze…
annazadroza Urszulko:-) Myślę, że eutanazja była stosowana od początku świata, bo niejeden człowiek starał się ulżyć w cierpieniu osobie, którą kochał, kiedy nie miał już żadnej nadziei, żadnej możliwości poprawy jej stanu. Było to ukrywane w tajemnicy, bo nielegalne.
annazadroza Elizo:-) Zrobiłam placki z kapusty wg Twojego przepisu, bardzo nam smakowały, na zimno też pyszne:)
Dzięki:)))
annazadroza Krzysztof:-) Świat może inny, ale charakter człowieka aż tak bardzo się nie zmienia i wciąż rządzą nim te same uczucia.
Ja też wolałabym być w górach, ale nie mogę na razie i nie wiem ile jeszcze czasu nie będę mogła. Niestety, nie można mieć wszystkiego. Jak masz las pod ręką i piękną przyrodę to korzystaj dla naładowania się energią.
annazadroza Kolewoczy:-) Na tzw. dziś POCHP król jegomość chorował, to prawda.
– Wakacje mają jedną bardzo niemiłą cechę: zbyt szybko mijają. To jest niesprawiedliwość i oszustwo, bo czas w okresie letnich miesięcy płynie przynajmniej dwa razy szybciej. A nie powinien, dni przecież są długie – mówiła Matylda rozpakowując plecak i układając w szafie jego zawartość.
– Ledwo przyjechałaś i już gderasz jak typowa stara panna.
Mira, która dwa dni wcześniej wróciła do akademika, zdążyła już zrobić porządek z własnymi rzeczami. Siedziała teraz po turecku na swoim łóżku i przyglądała się przyjaciółce.
– Że panna, to się zgadza. Ale stara? Ty jesteś ode mnie starsza o całe trzynaście godzin, nie zapominaj o tym drobiazgu – odcięła się Matylda.
– Matyldo, czy musisz się ze mną kłócić od razu po przyjeździe? Ładnie tak krzyczeć na kobietę w odmiennym stanie?
Matylda znieruchomiała na moment, po czym rzuciła się na przyjaciółkę. Ściskała ją i całowała, obie zachowywały się jak szalone mając jednocześnie łzy wzruszenia w oczach. Nie zauważyły, że w uchylonych drzwiach stanął Marek i przyglądał im się kiwając głową z politowaniem.
– Mireczko, kochana, naprawdę? Nie wierzę! Powiedz, nie robisz mnie w konia? Cudownie, wspaniale, kiedy? No powiedz wreszcie! Pozwolisz mi je wziąć na ręce? Może będą bliźniaki? A jak trojaczki? Albo nawet więcej się trafia za jednym zamachem? Mówili w telewizorze, że dziesięcioraczki się gdzieś urodziły. Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? Nie będę ci już więcej dokuczała, dobrze? – przerwała dla zaczerpnięcia tchu.
– Zamilknij wreszcie – Mira wykorzystała przerwę. – W jaki sposób mam ci odpowiedzieć na wszystkie pytania, skoro pamiętam tylko ostatnie? A więc zgadzam się na to, żebyś mi więcej nie dokuczała.
Dopiero teraz usłyszały chichot Marka. Matylda spojrzała z oburzeniem.
– Dlaczego podsłuchujesz i podglądasz? Nie wstyd ci?
Mira w dalszym ciągu siedziała na łóżku i zwyczajnie płakała ze śmiechu. Co spojrzała na Matyldę i Marka, nowy atak śmiechu nie pozwalał się jej odezwać, a łzy płynęły ciurkiem po policzkach.
– Współczuję ci, kochany – wycharczała wreszcie. – Teraz przez całą ciążę Matylda będzie ci dokuczała.
– Przecież ja nie jestem w ciąży – spojrzał zdziwiony.
– Ale ona przyrzekła, że nie będzie mi więcej dokuczała, więc ty będziesz obrywał za mnie, za siebie oraz za całą resztę świata. Przecież to sadystka, która musi się nad kimś znęcać – tłumaczyła Mira złażąc z łóżka i sadowiąc się wygodnie na podłodze. – Mów, czego dowiedziałeś się o mieszkaniu.
– Nie mogłabyś usiąść przy stoliku jak człowiek? – przerwała Matylda.
– Cicho bądź, nie przerywaj. Teraz ja tu rządzę. Możesz mi podać ten stary jasiek do siedzenia.
– Masz – rzuciła poduszką. – Poczekaj aż ja będę w ciąży, wtedy ci pokażę. Teraz nie mogę cię denerwować – usiadła obok Miry na podłodze.
– Ty w ciąży… – zaczęła Mira, ale przerwała widząc groźne spojrzenie Matyldy.
– Jak ty potrafiłaś, to ja nie jestem gorsza – rzekła z miną pełną wyższości.
– Aha, tędy cię wiedli. Rozumiem, że z tym grubym okulistą…
– To bezczelność! Będziesz teraz wykorzystywać moją obietnicę, żeby mnie bezkarnie dręczyć, tak? Pamiętaj, zemszczę się na Marku, żebyś wiedziała! Nie wiem czy on to przetrzyma.
– Oj, chyba będę musiała trochę przystopować, bo moje dziecko ojca nie zobaczy.
– Dobrze, że o tym pomyślałaś, to pierwszy przejaw zdrowego rozsądku – pochwaliła Matylda, – może jeszcze będą z ciebie ludzie.
Marek usiadł na dywaniku obok dziewcząt.
– Spokój dziewczyny, od tej chwili żadna nie ma prawa się odezwać bez mojej zgody, zrozumiano? – jęknął, chociaż chciał się wyrazić stanowczo i dobitnie.
Przyjaciółki nie miały siły protestować.
– Męski szowinista – zdołała cicho wycharczeć Matylda zanim jedyny facet w towarzystwie się znowu odezwał.
Okazało się, że miał wyjątkowe szczęście i znalazł pracę, którą mógł wykonywać studiując jednocześnie na ostatnim roku Politechniki. Co ciekawsze – tematycznie związaną z pracą dyplomową. Poza tym przyszli rodzice ustalili, że do urodzenia dziecka Mira pomieszka w akademiku. Potem oboje przeniosą się do mieszkania, którą opuści właśnie w tym czasie ciotka Marka wyjeżdżająca do córki do Holandii.
– A ślub? – spytała Matylda. – Nie macie zamiaru się pobrać?
– A po co? – spojrzała na nią spod oka Mira. – Przecież cały czas twierdzisz, że małżeństwo to kajdany i niewola. Przekonałaś mnie. Nie cieszysz się, że twoje na wierzchu?
– No tak – zawahała się Matylda, – ale w tej sytuacji…
– Proszę bardzo! I co z ciebie wyłazi? Kołtunka, zacofana, małomiasteczkowa, pruderyjna stara panna! Może nam każesz jutro wziąć ślub, żeby nikt się nie dowiedziała, że panna młoda jest w odmiennym stanie? Pardon, błogosławionym, albo nie błogosławionym skoro przed ślubem, co? Pani Dulska się kłania, dzień dobry!
– Mirka! – zaczęła Matylda groźnym głosem, ale coś sobie przypomniała więc tylko wzięła głęboki oddech i spokojnie dokończyła. – Mów co chcesz, teraz ci wolno, ale potem…
Mira zachichotała radośnie i uściskała przyjaciółkę.
– Musisz przyrzec, że będziesz moim świadkiem, świadkową raczej. Ślub weźmiemy już po rozwiązaniu, gdy będziemy mieli mieszkanie. W każdym razie taki mamy plan. Wiesz, przez tę sukienkę… Pamiętasz? Kupiłam ją dawno temu na własny ślub. Po prostu ujrzałam ją i koniecznie musiałam ją nabyć. Marzyłam, że kiedyś wystąpię w niej jako panna młoda i to marzenie musi się spełnić. W przeciwnym razie byłabym smutna przez całe życie.
– To byłoby nie do zniesienia dla otoczenia – wtrąciła Matylda.
– Teraz już się w nią nie wcisnę, musi poczekać. No i włosy mi przez ten czas urosną, nie chcę udawać chłopaka na własnym ślubie. Potem dzieci nie wiedziałyby czy tatuś czy mamusia patrzy ze zdjęcia.
– A kogoś już wybraliście na świadka? – zainteresowała się Matylda.
– Zobaczymy, mamy jeszcze dużo czasu – odpowiedziała Mira obojętnie, ale w jej oczach zapłonęły na moment figlarne iskierki.
Ranek powitał psiaki i mnie cudną mgłą snującą się nad łąką. We mgle z pewnością zniknęły jakieś zwierzaki, może locha z młodymi, może sarenki, bo i Szilka i Skitek „zawąchały się” tak, że nie mogłam ich odciągnąć od ciekawie pachnącego miejsca. Kiedy wreszcie ruszyły dalej, z ociąganiem i wciąż oglądając się za siebie, doszliśmy do torów i działek obok. Znad ogródków popłynęła woń oszałamiająca, ale dla mnie, moim czworonożnym przyjaciołom była obojętna:)
Na działkach – widocznych z drogi po której spacerujemy – przybyły dwa nowe domki. Drewniane. Jeden pomalowany na zielono, drugi w kolorze drewna. Z przyjemnością się przyglądałam, kiedy rósł zielony. Przy okazji każdego spaceru mogłam obserwować postęp robót. Na początku – przyjechała firma, przygotowała teren i stawiała budyneczek z surowego drewna. Podglądałam przez siatkę, między gęstymi liśćmi winogron. I tak wszystkiego nie udało się podejrzeć, bo część jest zasłonięta przez stary domek, taką altankę jakie się kiedyś na działkach stawiało. Kiedy wszystkie liście opadną, zerknę sobie dokładniej. Uwielbiam patrzeć na takie domki:) Potem pomalowano drewno na zielono, i ściany, i okiennice, i werandę. Jednym słowem jest jak domek z bajki.
Drugi domek, z bali, po prostu się pojawił. Nie było go i nagle jest! Tak ładny, że mogłabym w nim zamieszkać na zawsze:) Większy, z pięterkiem, bale zakonserwowane czymś, co pozostawiło naturalny wygląd drewna, przyciemniło tylko trochę. Pamiętam, że kiedyś sposobem na uzyskanie takiego efektu wizualnego i zabezpieczenia jednocześnie – było malowanie drewnianych budynków zużytym olejem samochodowym.
Na działkach mnóstwo ludzi, bo jeszcze wakacje, a wczoraj było święto, samochodów stojących przed bramkami też sporo. Liczyłam, ale w pewnym momencie skupiłam się na psiakach i przestałam. Musiałam trzymać się smyczy Skitusiowej, ponieważ Szilka zapragnęła energetycznej zabawy i tak skutecznie zaprosiła do niej Skitula, że tylko fruwałam na drugim końcu tej smyczy. Zabawę przerwał pociąg głośnym gwizdem. Szilkę przypięłam i mocno musiałam trzymać smycz, bo Skits boi się okropnie wielkiego, hałaśliwego potwora, który wagonów miał ze czterdzieści. Wcale mu się nie dziwię, też się boję, kiedy ziemia mi drży i dudni pod stopami, i muszę stać aż przejedzie, bo nie mam gdzie uciec stojąc przy samym płocie od działek. Na szczęście pociągi rzadko jeżdżą, to są tylko takie towarowe, do zakładu wiozą węgiel albo nie wiem co.
16.08.2018
urszula97 Bajeczne są niektóre altany bądź domki działkowe,niestety u mnie nadal nieotynkowana altana .Altana murowana wspólnymi siłami przez męża,brata,znajomego,syna .Dach pokryty papa,największe pomieszczenie wytynkowane,kibelek tez,gospodarczy w stanie surowym,zawsze są ważniejsze wydatki.
kotimyszkot Niektórzy na działkach mają luksusy, u nas w okolicznych raczej skromnie. Za duże ryzyko kradzieży i zniszczeń, domki więc małe, szarobure i niekuszące. Na szczęście właściciele nadrabiają pięknem natury dookoła nich i można oko nacieszyć małymi ogrodami 🙂
krzysztof213 Może już ludzie mieszkają tam na działkach .
Tu raczej domki z drewna to biznes .
I dobrze mieć kogoś bo psy choć i tyle ludzi co nie są dobrzy dla nich .A pies to taki zwierz nawet lepszy od człowieka ..
annazadroza Urszulo:-) Włamania na działkach to istna plaga. Miałam działkę taką z ROD, na niej malutką altankę kupioną razem z działką, takie coś, żeby się przed deszczem schować i narzędzia zostawić. Włamań było kilka, choć nie było co kraść. Turystyczne foteliki i leżak zniszczyli tak, że materiał porwany został a rurki aluminiowe zabrali. Innym razem wybili szybkę i do środka nawrzucali podartych szmat. Jak porąbali drzwi razem z zamkiem, to już przestałam zamykać, patykiem podpierałam a potem się działki pozbyłam, bo teraz mam maleńki ogródek koło domu i starczy.
Murowana altana solidniejsza i przynajmniej nikt nie zniszczy do końca. A jak się często bywa i to w wiele osób, też działa odstraszająco na ewentualnych szkodników.
annazadroza BBM:-) Bardzo przyjemne i dlatego do życia jest potrzebny pies:) Dopóki Sziluni nie było, nie wiedziałam jak wygląda okolica. Z sunią zwiedziłam duuuży kawał terenu i wciąż odkrywamy nowe miejsca. Ze Skitulem trudniej, bo on nie lubi się męczyć, więc nieraz muszę go ciągnąć, ale co tam, nie szkodzi:)))
annazadroza Myszokocie:-) Obserwuję po drodze obok działek, że stare altanki są takie zwykłe, jak kiedyś, jak pewnie te, które widujesz u siebie. Natomiast nowe są cudne jak z obrazka. Myślę, że to nowi właściciele kupują działki od starych użytkowników z zupełnie innym nastawieniem niż było dawniej. Służą rekreacji, przyjemnemu spędzaniu wolnego czasu, są na nich boiska do siatki, nogi – widzę grające dzieciaki, są baseny, kwiaty zamiast warzyw, muzyka, talerze anten sat. tv, grill i dużo młodych ludzi. W tych nowych pięknych domach spędzają urlopy i weekendy przez cały rok, także zimą.
annazadroza Krzysztof:-) Zgadzam się w 100% – psy są wspaniałymi przyjaciółmi i towarzyszami życia, i są lepsze od niejednego człowieka, który nazwy „człowiek” nie jest godzien.
krzysztof213 Tylko czemu to tak smutne …
I w sumie tyle ludzi ma psy sam lubię psy .
Pozdr
Bo bo gdzie ta miłość przez duże M oj napatrzyłam się .A może za bardzo wrażliwy jestem na tej kraj co rani a nie zawsze pomaga
emma_b domy z bali potrafią być zjawiskowo piękne, a bez psów nasze życie byłoby dużo uboższe. dom bez psa jest przeraźliwie pusty, no chyba że bryka w nim jakiś kot lub inny zwierzak.
ciotkaeliza Domki na działkach są piękne, niektóre wyglądają jak miniatura dużego,kiedyś takie urocze nie były.
annazadroza Krzysztof:-) Wrażliwym ludziom trudniej żyć, ale z drugiej strony – potrafią bardziej się cieszyć, dostrzegają drobiazgi, piękno, urok, uczucia takie, jakich mniej wrażliwi nigdy w życiu nie zobaczą. Poza tym – podobno sami wybieramy sobie wcielenie, los, aby jak najdokładniej przepracować naszą lekcję…
Pozdrowienia serdeczne:)))
annazadroza Emmo:-) Domek z bali w Pieninach… och, pomarzyć dobra rzecz…
Zgadzam się z Tobą, że dom bez zwierzaka jest pusty, okropny wręcz. Przy czym kot jest od czego innego, pies od czego innego:) Strasznie żałuję, że nie mogę mieć swojego kota (przez alergię Męża), więc chociaż osiedlowe pomiziam:)))
annazadroza Elizo:-) Kiedyś były takie „psie budki”, aby narzędzia schować i ukryć się przed deszczem, teraz niektóre są jak pałace;)
Współczuję z powodu Karmelka.
Masz rację, każdy ma swój czas i porę na przyjście i na odejście. Ale chociaż się to wie, przeżywa się i jest smutno.
Pocieszać się tylko można, że nasze domowe zwierzaki dobrze miały, kochane były i nie umierały w męczarniach pod płotem.
Ja ze 30 lat temu straciłam kundelka , który był ze mną 15 lat.
Teraz mam koteczkę Kizię Mizię.
Bardzo ją kocham.
Dodaj komentarz