Pogodnego tygodnia:)

Calineczka wpadła z rodzicami na chwilę, przywieźli puszki dla Skitusia. Tym razem najbardziej zainteresował ją rowerek stacjonarny. Wyraźnie malutka ma rozwinięty zmysł techniczny (wprost przeciwnie niż babcia;)), ponieważ kręciła czym się dało i szukała efektu tym swoim działaniem wywołanego. Stawała na nóżkach trzymając się rowerku, sama też potrafi już stać, woli jednak bieganie na czworakach, pewniej się czuje i porusza się błyskawicznie:))), oka oczywiście spuścić z malucha nie można.
Jeśli chodzi o najstarszą członkinię rodziny, czyli babcię D. – mamy za sobą dwie wizyty w poradni alzheimerowskiej, rutynowe, jedną u psychiatry, drugą u neurologa. Babcia spręża się, wygląda jak gwiazda filmowa i łże jak z nut – czuje się świetnie, je, śpi, nie ma żadnych problemów, nic jej nie boli poza kręgosłupem…itp. A przed obiema wizytami my przeżywaliśmy horror – też już normalka. Ona nie pojedzie, nie potrzebuje, sami sobie jedźcie, dajcie mi spokój, syczy ze złości, a za chwilę jest biedna, umierająca, nieszczęśliwa, pokrzywdzona – ewidentnie w tym szaleństwie jest metoda. Żeby obraz sytuacji pokazać w całości – auto nie odpaliło i trzeba było wołać taksówkę. Babcia do taksówki nie wsiądzie, znowu zginął jej zegarek i szuka, szuka, szuka odsądzając wszystkich od czci i wiary. Zegarek się znalazł, pojechała. Ale za taxi pod szpital wybulić trzeba było 140 zł. tam i z powrotem, bo do autobusu babcia się już nie nadaje. Kupił Mąż prostownik – gucio, akumulator trup zupełny, trzeba było kupić nowy. Tak więc wydatków nagle się
nawarstwiło, że ho ho:((( Ale stwiedziłam, że i tak dobrze, że nie wysiadło coś innego. Tak więc Mąż wsiadł wreszcie za kółko i pojechać załatwiać sprawy a ja włączyłam Lapcia.
O wszystkich konwencjach, koalicjach, spotkaniach itp. wydarzeniach mających miejsce podczas weekendu mówić nie będę. Postanowiłam omijać szerokim łukiem całą kampanię przedwyborczą, dla własnego zdrowia. Nie mogę słuchać bzdur, kłamstw tak grubymi nićmi szytych, że nie do wiary, iż ktoś normalny może w nie uwierzyć. A jednak… więc … koniec z tym!… (cytując klasyczkę, która lubiła na nas krzyczeć; tę, co to jej się należało). Niech każdy wierzy w co chce, wszak wiara od wiedzy nieco się różni…
Poza tym jest pięknie, ranki i wieczory chłodne, ale słońce w ciągu dnia świeci, grzeje, poprawia nastrój, dodaje kwiatom kolorów. U mnie kwitną wciąż pelargonie. Podlałam je odżywką do pelargonii i kwitną jak szalone. Aksamitki poprzekwitały, nie wiem czemu, powinny jeszcze długo być kolorowe, przecież dbam o nie i podlewam. Najwyraźniej coś im się nie spodobało. Rozchodniki zaczynają wybarwiać baldachimy na różowo i są bardzo dekoracyjne. Groszki wciąż jeszcze mają nowe pąki. Wilce tylko gdzieś zniknęły, szkoda, bo są piękne i kwitną do samych mrozów dekorując siatkę. Ale za to róża ma jeszcze nowy pączek. Różę w doniczce kiedyś dostałam od synowej, wsadziłam pod wierzbą i rośnie, jeszcze nigdy nie miała tylu kwiatów co w tym sezonie.
Ponieważ mamy poniedziałek, życzę spokojnego, pogodnego, dobrego całego tygodnia:)))

17.09.2018

  • kotimyszkot Jak widać przypadki różne nie chodzą parami tylko stadami 😉 Dobrze, że wybrnęliście i że Calineczka osładza to, co denerwuje.. Miłego tygodnia i dla Ciebie 🙂
  • fusilla O! Pelargonie!!! Właśnie zaczynają znowu kwitnąć, po baaardzo długiej przerwie , gdy zostały zlane lipcowym dżdżem! I heliotropy też cudnie kwitną bez końca, ku radości pszczółek, motyli , trzmieli i inszych zapylajacych!
    A dzisiaj rano ku własnemu niebotycznemu zdumieniu zoczyłam zwierzątko leśne, które co chwilę wypadało spod domku gospodarczego, stawało słupka, i na powrót pod domek wpadało. Ani chybi kuna! No i teraz nie wiem! Nie reagowac, bo toto niby odstrasza szczury, myszy i krety, czy co….?
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Myszokocie:-) A żeby jeszcze śmieszniej było, w niedzielę babcia D. się wyszykowała, zeszła na śniadanie elegancka i czeka. Nie wiedzieliśmy na co, wybiera się gdzieś? A ona /- To o której jedziemy?/ – Dokąd?/ – No do lekarza! /- Już byłaś, a dziś jest niedziela!
    Calineczka faktycznie jest słodkim cukiereczkiem, lekiem na całe zło:)
    Dzięki i Tobie z Rodzinką samego dobrego:)))
  • annazadroza Fusilko:-) U mnie owady uwijają się wokół rozchodników oraz dzikiego wina pnącego się po siatce i trochę po ścianie. Pełno kwiecia jest, choć niepozorne, ale przyciąga te latające stworki aż cała ściana buczy. Może dlatego wciąż kwitnie, że obrywam jak się owoce zaczynają tworzyć.
    Zwierzątko może być łasicą? Z dzieciństwa pamiętam, że właśnie łasice się kręciły oraz tchórze. a może komuś tchórzofretka uciekła? Może się uda ze zwierzątkiem zaprzyjaźnić?
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 12

Pewnego dnia Matylda postanowiła pobawić się w ogrodniczkę.

– Koniecznie muszę zrobić porządek w ogrodzie. Z uwagi na remont domu nie było kiedy się nim zająć. Spójrzcie moje panie, mam wrażenie, że kwiaty są smutne, drzewa i krzewy też krzywo na mnie patrzą – powiedziała siedząc wieczorem na tarasie.

– Masz rację córeczko – rozpromieniona pani Maria skończyła czytać list od Nikodemowego stryja. – Za to chwasty szczerzą zęby z radości, że w tym roku wygrały odwieczną wojnę.

– Właśnie, a ten wielki oset, spójrz tylko, wyraźnie sobie z ciebie kpi – dodała pani Marta.

– Dlaczego ze mnie? – obruszyła się gospodyni. – Wybacz, ale mam przekonanie, że on pochyla się w twoją stronę.

– Tylko z grzeczności, bo jestem gościem – pani Marta puściła oko do Matyldy. – Czy któraś z was ma ochotę na zimny kompot ze śliwek?

– Żebyś żyła sto lat, Martusiu – uradowała się pani Maria, – właśnie o nim marzyłam, tylko nie chciało mi się wstać.

– Robisz się leniwa na starość, moja droga. To niewłaściwa i niepożądana cecha u kobiety. Szczególnie w twoim wieku…

– Ostatnio zbyt często wytykasz mi mój wiek – zauważyła pani Maria.

– Robię to dla twego dobra, kochana. Spójrz do lustra i zapytaj samą siebie czym się różni kobieta w lustrze od tej, która się w nim przeglądała przez ostatnie lata.

– Wyglądasz prześlicznie, mamusiu – zawołała Matylda. – Tak się cieszę, że nie masz już takiej smutnej, przygnębionej miny.

– Naprawdę mnie nie potępiasz? – spojrzała na córkę z niepewnością w oczach.

– Jeszcze raz mówię, że się cieszę. „Trzeba z żywymi naprzód iść…” – zacytowała poetę.

– Dziękuję za kompot, Marto. Jak mi dobrze, już więcej niczego nie potrzebuję do szczęścia – z czułością popatrzyła w oczy najpierw przyjaciółce, potem córce.

– Czyżby? – zapytała pani Marta unosząc lekko brwi do góry.

– Dzisiejszego wieczoru oczywiście – uśmiech rozjaśnił jej twarz. – Jan pisze, że niedługo przyjedzie razem z Nikodemem. Zdecydował się na kupienie domu za wzgórzem.

– To wspaniała wiadomość, Marysiu. Po prostu fantastyczna – uściskała z radości przyjaciółkę pani Marta

Matylda stłumiła westchnienie widząc matkę zarumienioną niczym pensjonarka. Postanowiła pozbyć się egoizmu i zawzięcie zwalczała wszelkie jego przejawy.

– Tak bardzo chciałabym zobaczyć moją córeczkę szczęśliwą – pani Maria z rozczuleniem patrzyła na swą ukochaną jedynaczkę.

– Co ty mówisz, mamo! Jestem w tej chwili najszczęśliwszą istotą na świecie – żywo zaprotestował Matylda.

Z uśmiechem rozejrzała się wokół. Jakże ogromnie kochała ten zakątek. Ze swego miejsca widziała ostatnie promyki słońca skrywającego się za wzgórzem otoczonym purpurowozłotą poświatą. Dwa ogromne, stare drzewa, dąb i kasztan, całe w świetlistej aureoli, zmuszały do otwarcia – choćby na sekundę – serce każdego człowieka, który na nie spojrzał. Ludzie idący  dróżką wijącą się u stóp wzgórza, nie wiedząc dlaczego uśmiechali się i czuli się lepsi, jakby z czegoś oczyszczeni.

W ogrodzie świerszcze rozpoczęły wieczorny koncert. Wspomagał je żabi chór znad sadzawki mrugającej w kącie ogrodu, dopasowującej kolor wody do koloru nieba. Leciutko, cichutko, szumiały stare jabłonie, oszałamiająco pachniała biała smagliczka łącząc się z aromatem różowej maciejki. Białe, liliowe i wrzosowe floksy drżały delikatnie jakby pogładzone delikatną ręką.

Wtem Bida chrapliwie szczeknął. Matylda ocknęła się z rozmarzenia. Jej wzrok przemknął nad sadzawką, uchwyciła myśl, że taką barwę, barwę nieba o zmierzchu, mają oczy Nicka… Myśl wymknęła się i uleciała.

Bida podrapał się lewą łapą za prawym uchem, przetarł oczy. Kłapnął zębami próbując chwycić ćmę podążającą w stronę światła sączącego się przez szparę w drzwiach. Zapadł zmrok.

– Rosa osiadła. Jutro będzie ładna pogoda. Zrobiło się chłodno, więc czas do domu, moje dziewczynki – pani Marta podniosła się z wiklinowego fotela na biegunach, jej ulubionego sprzętu stojącego na tarasie.

– Od rana ruszam do walki z chwastami – zapowiedziała buńczucznie Matylda. – Albo one, albo ja. Proszę mnie nie brać pod uwagę w żadnych innych czynnościach.

– Dobrze, córeńko – zgodziła się pani Maria. – Same pójdziemy na zakupy. Masz jakieś specjalne życzenia?

– Miałabym tysiąc, gdyby były na to środki, ale trzeba się zadowolić tym, co jest. Powiedz mi, mamo, gdzie schowałaś cebulki tulipanów? Chciałabym dokupić trochę, najlepiej różnokolorowych, ale zrobię to za rok. Wystarczą na razie te, które wykopałaś.

– Na strychu, w tekturowym pudełku z napisem „tulipany”, po lewej stronie większej szafy – odpowiedziała matka. – Marto, czy nie o tulipanach rozmawiałaś wczoraj z Wandą?

– Ależ oczywiście. Chyba zaczynam mieć zaniki pamięci. Wanda ma mnóstwo cebulek, które chciała ci podarować, Marysiu. Dostała wielką paczkę z Holandii, od znajomych Nikodema. Powiedziała, że już jej się w ogródku nie mieszczą, bo dostaje od kilku lat.

– Jutro w takim razie pójdę do niej – oświadczyła Matylda nie widząc porozumiewawczych spojrzeń obu pań.

14.09.2018

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Co się dzieje

Nie wiem co się dzieje z PAD-em, na pewno coś złego. Może ciężar stanowiska jest nie do udźwignięcia dla tego człowieka. Podczas wystąpień widać wyraźnie, że nie daje sobie rady z emocjami, z frustracją, która go wypełnia po czubek głowy. Może to urażona ambicja, że tak naprawdę nic nie znaczy. Może strach przed tym, co go czeka za wszystkie dotychczasowe postępki. Może zaczął wreszcie sobie zdawać sprawę z tego, w czym bierze udział wiedząc jednocześnie jak kończą się kariery dyktatorków różnej maści i ich popleczników. Kiedy stał razem z żoną, biedna kobieta próbowała go uspokoić i sprowadzić ze sceny. Jak jest sam – nic nie krępuje jego wypowiedzi i sprawia wrażenie, że sam się nakręca własnymi słowami, słuchając ich z lubością, zachwytem, z ekstazą wręcz się napawając nimi. Na tle pałacyku wyremontowanego za pieniądze z Unii mówi, że Unia to „wyimaginowana wspólnota”, z której dla Polski niewiele wynika. I jak tu cokolwiek komentować? Oderwanie od rzeczywistości, światy równoległe, choroba, przetrącenie psychiczne? Europa doskonale sobie radziła bez Polski i w dalszym ciągu dobrze sobie radzić będzie. Natomiast my bez Europy nie istniejemy. Przed nami droga prosto w objęcia matki Rosji… Ewidentnie na to są obliczone działania „dobrej zmiany”, na Kremlu otwierają kolejnego szampana, lecz „zaimpregnowani na wiedzę” tego nie widzą. I nie zobaczą, bo „pińcet plusy” przesłaniają im świat. A kolejne niemowlę, dwumiesięczne maleństwo tym razem, trafiło skatowane do szpitala, z połamanymi żebrami, pękniętą czaszką.
Ludzie, co się z wami dzieje?!!!

13.09.2018

  • kolewoczy Dotacje unijne działają tak samo jak wyśmiewane „pińset+” – niektórym przysłaniają oczy na inne zjawiska. Mnie się wydaje, że po obu stronach, a właściwie niemal po wszystkich stronach naszego społeczeństwa na czele priorytetów stoją wartości materialne. Jedni chcą ciągnąć z rządu, to znaczy z kasy państwowej, czyli z naszych podatków, a inni ciągną z kasy Unii, czyli de facto też z naszych podatków 😉 Nie powiedziałabym, że akurat ta wspólna unijna kasa oznacza jakąś wspólnotę głębszą. Nie tu szukałabym wspólnotowych więzi, bo to tylko biznes. A w biznesie nie ma niczego za darmo.
  • babciabezmohera Mam nadzieję, że jeszcze uda nam się zatrzymać to staczanie się po równi pochyłej. Wybory wiele pokażą.
  • urszula97 Coraz smutniej i przygnębiające,a wyborów się obawiam,czy będzie fair ,
  • krzysztof213 Co się dzieje
    J.J.R. Tolkien napisał Mordor może się obudzić i oko Szarona nie śpi i pochłania ludzi każdego pokroju w każdej warstwie społecznej
    I nie wierze już polityką za co to zrobiło się z tym krajem
    Gdzie Polacy chcą nie chcą muszą nieraz wyjeżdżać
    I cieszmy się nieraz pokojem wglądem świata spokojem
  • e.urlik Oby tylko zostać w Unii, oby tylko zostać w Unii. Bo jeśli nie, to będziemy mieć Wenezuelę, tylko z gorszym klimatem. Albo Uzbekistan… z lepszym klimatem :-/
  • emma_b straszliwy bełkot PADa może nas wiele kosztować. i co tu komentować, zwyczajnie ręce opadają do piwnicy…
  • kobietawbarwachjesieni A ja wciąż mam nadzieję, że zobaczę jeszcze normalność w kraju. A ci, którzy podzielili społeczeństwo, odpowiedzą za to.
  • annazadroza Kolewoczy:-) Myślę, że nie tylko o pieniądze tutaj chodzi. Dla jednych, owszem, tylko one wchodzą w rachubę, ale – na szczęście są i tacy członkowie naszego społeczeństwa, którzy wartości europejskie cenią i o ich zachowanie chcą walczyć. Jestem po ich stronie.
  • annazadroza BBM:-) Mam wątpliwości co do prawdziwości wyborów kontrolowanych:(
  • annazadroza Urszulo:-) Obawiam się tego samego:(
  • annazadroza Krzysztof:-) Pokój jest wartością absolutnie nadrzędną, niedocenianą może przez ludzi młodych, którzy myślą, że wojna to gra komputerowa i zawsze można ją wyłączyć. Mamy najdłuższy w historii okres pokoju, dbajmy, żeby nikt tego nie zniszczył.
  • annazadroza Ewo:-) Oby tylko, oby tylko, oby tylko… popieram Twoje słowa z całych sił.
  • annazadroza Emmo:-) Albo jeszcze niżej… Przy okazji cały kraj też tam wpada, czyli w czarną dziurę…
  • annazadroza Marysiu:-) Nadzieja umiera ostatnia… Pociecha w tym, że dzieje świata to sinusoida, to co teraz jest na górze, spadnie na sam dół, to nieuchronne. Tylko kiedy?
  • krzysztof213 I tak każdy nieraz sam …
    Ale nie oto chodzi
    Wojna jest cały czas ekonomiczna i społeczna i coś bym jeszcze znalazł .
    Pozdrawiam serdecznie
    Mamy nadzieję że przez przez ten cyrk nie wyjdziemy z UNi co jest jaka jest ale przynajmniej trochę jesteśmy za wschodnią granicą a nie zachodnią .
    Choć i przemiany by można było jeszcze raz zrobić jak wszystko tak poszło że Polac wyjeżdżają na potęgę z swojego kraju
    gdzie my się zbliżamy…
    Właśnie to są te przemiany i wojna społeczno ekonomiczna gospodarcza .
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Krzysztof:-) Obyśmy z Unii nie wyszli, obyśmy w niej zostali… I oby nie doszło do starcia militarnego, bo to byłby prawdziwy koniec naszego świata. Mam nadzieję, że myślenie rozsądne jednak przeważy, mam taką nadzieję…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Kotek i motek”

Mały białoczarny kotek
porwał z kosza wełny motek.
Zerknął, czy babcia go widzi
lecz wcale się nie zawstydził.
Babcia odwróconą głowę miała
bo przez telefon rozmawiała.
Pociągnął kotek za jedną nitkę,
druga złapała go za kitkę
(bo kotuś ogonek miał puchaty
podobny do swojego taty).
Nitkę pazurkiem zaatakował,
skoczył, pod łóżko szybko się schował
lecz nitki za nim, bez wątpienia,
wtargnęły do kociego schronienia.
I co się dzieje? O rany kota!
Kotuś się coraz bardziej miota,
a nitki chwytają kocie łapki,
już wszystkie cztery wpadły w pułapki,
już nitka uszko pociągnęła,
inna ogonek owinęła…
Skąd ich aż tyle? – miauczy kotek.
Ja tylko wziąłem jeden motek!
A psik! – Już kicha biedna kocina,
zaś babcia wełny szukać zaczyna.
Usłyszała kocie kichanie
i zajrzała pod wnuczki posłanie.
A tam cóż widać? Skłębione nitki
sterczą niczym wierzbowe witki.
Oczka jak paciorki, nosek różowiutki…
Ach, to ty, gałganie! Motek był nowiutki!
Babcia utyskuje, lecz babci gderanie
przerywa głośne kotusia kichanie.
Babcia serce ma złote i kociaka kocha,
patrzy na niecnotę i śmiechem wybucha.
Wyciągnęła spod łóżka niezwykły kłębuszek,
ze śmiesznie sterczącą parą białych uszek.
Uwolniła babcia kotka od wełnianych splotów,
kotuś do psot następnych od razu był gotów.
Przytuliła babcia kotka, drapnęła za uszkiem.
Nie chowaj ty się więcej pod mej wnuczki łóżkiem.
Rozplątała babcia wełnę, zwinęła w kłębuszek,
kotek słodko się zdrzemnął tuż obok poduszek.
Mruczał przez sen, szybciutko przebierał łapkami,
we śnie wciąż jeszcze walcząc z wieloma nitkami.
Babcia kotka pogłaskała. – Śpij, maleńki, śpij,
i o dobrym, ciepłym mleczku słodko sobie śnij.

12.09.2018

  • emma_b to teraz kolej na zbiór wierszy dla dzieci, koniecznie z dedykacją dla Calineczki:)
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Emmo:-) Wymyślanki – tam są takie dyrdymałki dla dzieci, dla odprężenia.
    Serdeczności moc:)))
  • bognna Dzieki za dobra zabawe na poczatek dnia:))))
  • urszula97 Czy to wiersz dla mojej kotki.Jak tylko druty w ręku zaraz skądś wyjdzie,usiądzie koło włóczki ,najpierw patrzy a potem zabiera się za kłębek ,jak schowam włóczkę za plecy to blokuję nitkę,omota się nia i ucieka do drugiego pokoju,już 2 razy przegryzła mi nitkę,mało tego moje palce przy robótce tez obrywają.
  • annazadroza Bognno:-) Bardzo proszę:) Kociaki są cudowne zawsze i wszędzie, a wśród wełny – szczególnie:)))
  • annazadroza Urszulo:-) Powiem Ci szczerze, że skojarzył mi się wierszyk z Tobą, już po napisaniu:) Mój Maciuś zawsze przychodził, kiedy robiłam na drutach i najchętniej układał się w koszyczku z włóczką:)
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Wymyślanki | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 11

Pogrążona we własnych sercowych rozterkach Matylda nie zwróciła po powrocie uwagi na zmianę w wyglądzie i zachowaniu matki. Pani Maria wydobyła z przepastnej szafy swoje stare, kolorowe sukienki, których nie nosiła od lat, zmieniła uczesanie, ufarbowała włosy, w oczach pojawił się nowy błysk. Kiedy jednak pewnego dnia mleko z butelki wylała do zlewu zamiast do garnka, a obierki ziemniaczane próbowała upiec w piekarniku wyrzucając do kubła obrane uprzednio i umyte ziemniaki – i wcale się tym nie przejęła, Matylda zaniepokoiła się nie na żarty.

– Co się dzieje z mamą? – spytała, gdy były same z panią Martą. – Jest jakaś dziwna, przynajmniej tak się zachowuje.

– Wszystko w porządku, zapewniam cię, jest mniej więcej w takim stanie jak ty – odrzekła z uśmiechem zapytana.

– Jestem zaniepokojona a pani żartuje – żachnęła się Matylda. – Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zachowywała się w ten sposób.

– Nic dziwnego, jesteś na to za młoda. Ja pamiętam.

– To znaczy?

– To znaczy, że ktoś rzucił urok na twoją mamę.

– Pani Marto, co też pani opowiada?!

– To co słyszysz, drogie dziecko. Czy myślisz, że poza tobą już nikt na całym świecie nie może być zauroczony drugą osobą? Zapewniam cię, że uczucia nie znają żadnych granic, ani wiekowych, ani przestrzennych, że tak się wyrażę.

– Ale ja nie w tym sensie…

– Najwyraźniej twoja mama swoje myśli kieruje w stronę bardzo miłego, sympatycznego, odpowiedniego dla niej mężczyzny. Wiedziałam, że coś takiego wisi w powietrzu. Wiedziałam, kiedy tu jechałam, karty mi powiedziały.

– Karty? – zdziwiła się Matylda. – Od kiedy pani zajmuje się takimi bzdurami? Nic o tym nie wiem.

– Ty jeszcze wielu rzeczy nie wiesz, drogie dziecko, ale na wszystko przyjdzie pora. Jeśli chodzi o Marysię, bardzo się z tego cieszę.

– Pani mówi poważnie – zastanowiła się dziewczyna. – Kto to? Znam go? Dlaczego nic mi nie powiedziała? Dlaczego?

– Czuje się wobec ciebie trochę skrępowana. Boi się, że możesz mieć jej za złe. Poza tym nowe uczucie spadło na nią tak nagle, tak niespodziewanie, iż wydaje się nierealne, niemożliwe i bezsensowne.

– Kto mógł ją oczarować do tego stopnia? Nikogo atrakcyjnego nie ma w pobliżu. Kto to taki? – dopytywała się zaintrygowana Matylda.

– Podczas twojej nieobecności przyjechał z wizytą stryj Nikodema. Dawno temu ogromnie mu się Marysia podobała, była takim ślicznym, trzpiotowatym podlotkiem. Bardzo ją chwilami przypominasz.

– Nie jestem podlotkiem! Czy musi to być akurat stryj Nikodema? – niesmak pojawił się na buzi dziewczyny. –  Czuję jakby ze wszystkich stron zaczynały mnie osaczać tajemnice. Zamknięty kufer na strychu, obcy chłop odmieniający mi matkę, który okazuje się nie obcy tylko Nikodemowy, a ja już słuchać nie mogę o tym Nikodemie!

– Jesteś niesprawiedliwa, przecież go nawet nie widziałaś…

– Widziałam u pani Wandy na zdjęciu – przerwała Matylda, – koszmar. Na pewno to był on, bo czyje zdjęcie trzymałaby na samym środku jak nie synusia maminsynka?

– Matyldo – pokręciła litościwie głową pani Marta, – Matyldo, gdybym cię dobrze nie znała, w te pędy poszłabym odradzić Nikodemowi zawieranie z tobą znajomości. Czy wiesz jaka będziesz okropna za dwadzieścia lat?

Matylda zdziwiona tonem swej rozmówczyni spojrzała uważnie. Pani Marta jednak już uśmiechała się słodko i niewinnie patrząc na wchodzącą przyjaciółkę.

– Marysiu, uważam, że wszystko jest kwestią przeznaczenia, czy się to nam, zwykłym śmiertelnikom podoba czy nie. A ty jak uważasz?

– Ja też tak uważam. Co nam przeznaczone, to z pewnością nas nie ominie, sama już dobrze o tym wiem. Ale ja po ciebie, droga Marto. Czy mogłabyś przyjść do kuchni? Chciałabym upiec szarlotkę według twojego przepisu.

– Oczywiście, już idę.

Matylda została sam na sam ze swymi myślami. Może naprawdę zachowuje się niepoważnie? W końcu każdy jest taki, jaki się urodził. Przecież nikt na to nie ma wpływu, nie można nikogo z góry przekreślać jako człowieka. Ale cóż ona może poradzić na to, że na całym świecie liczy się dla niej tylko i wyłącznie Nick? Przez niego nigdy nie wyjdzie za mąż, będzie sama przez całe życie, bo lepsze to, niż związać się z kimś innym. Może i jest egzaltowaną idiotką, trudno, ale tak będzie. Koniec i kropka! Teraz trzeba się zająć poważnymi sprawami i przestać myśleć o głupstwach.

11.09.2018

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Leniłam się…

Leniłam się przez weekend, nic nie napisałam, chodziłam z psami na spacer, Męża wyciągałam, żeby sobie podczas ruchu przewietrzył komórki i pobiegał trochę z psami. Po równym, nie z górki. Bo górki na Mazowszu można znaleźć rzadko i nie zawsze są one porośnięte trawką. Raczej są piaszczyste jak ruchome piaski, stąd porzekadło, że na Mazowszu – piaski, laski i karaski:)))
Co jeszcze zrobiłam? Ogródek sprzątałam, pranie dwa razy włączyłam, lecz nie rozwieszałam. Mąż mnie chętnie wyręczył w tym właśnie zadaniu, nie chcąc przeszkadzać w tv oglądaniu. Po wakacjach wróciły na ekran programy, które chętnie oglądam – więc „Nasz nowy dom” mamy. Poza tym „Twoja twarz brzmi znajomo” ciągle mnie zachwyca jak można człeka zmienić!
No dobrze, wena mi się skończyła. Wena twórcza dobra rzecz, ale teraz poszła precz;)))
Najpiękniejsze co wczoraj i dziś rano widziałam, to mgła unosząca się nad łąką prześwietlona purpurowozłotymi promieniami budzącego się słońca. Można tak stać i patrzeć, i z zachwytu zamienić się w słup soli… Dopóki Skitusiowi nie znudzi się stać, choć on może długo, aby mu tylko dać święty spokój:))) Szilka chodzi za swoimi sprawami zerkając jedynie czy jesteśmy w zasięgu wzroku.
W okolicy są piękne miejsca do spacerów, odkryłam je dopiero wtedy, gdy Szilka zamieszkała z nami, bo przecież sama nie będę chodzić jak głupia, nie lubię „pustych przebiegów”, z psem to od razu inne życie. Idąc mija się baaardzo stare drzewa, tak bardzo, że siatki ogrodzeniowe – też stare – są wewnątrz niektórych pni, obrośnięte żywą tkanką drzewa. Olbrzymie, niebotyczne zdaje się, akacje, dęby, lipy, brzozy i sosny, a wśród nich domy, niektóre na pewno przedwojenne, ich wygląd na to wskazuje. Uwielbiam chodzić w takie miejsca i przyglądać się otoczeniu, lepiej się wtedy oddycha, myśli są spokojniejsze, na bieżące sprawy spoglądam
z większym dystansem uświadamiając sobie, że bez względu na mój stan ducha świat idzie do przodu, czas płynie nie zwracając uwagi na mój stan.
Pozostaje płynąć razem z nim…

10.09.2018

  • urszula97 Każdy ma takie prawo od czasu do czasu,widocznie potrzebujemy tego czasami.
  • kotimyszkot Dobrze nic nie musieć i spędzić leniwy weekend 🙂 A wenę to Ty masz niezaprzeczalnie, pewnie nawet bezwiednie Ci się samo rymuje 😉
  • kolewoczy Od przyrody można się dużo nauczyć. Jej mądrość jest o wiele starsza od ludzkiej 😉
  • irsila Przecież weekend jest na lenistwo przeznaczony,
    przynajmniej u mnie.
    Mnie kabarety w niedziele zachwyciły,
    szczery śmiech ze mnie wydobyły.
  • annazadroza Urszulo:-) Pewnie tak, nawet maszyna musi od czasu do czasu się zatrzymać, żeby jej się silnik nie zapalił;)))
  • annazadroza Myszokocie:-) W dzieciństwie dla zabawy z tatą rymowaliśmy i czasem się przypomina takie „gadanie wierszem”.
    Co do „nicniemuszenia” to nie całkiem prawda, jest co robić, tylko się nie chce;)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Gdybyśmy bardziej wzorowali się na Matce Naturze zamiast niszczyć i naginać do swoich głupich nieraz wymagań – to byłby raj na ziemi.
  • annazadroza Irsilo:-) Śmiech to zdrowie i daje odprężenie. Dobrze, że miałaś okazję do śmiechu:)))
  • babciabezmohera Dobre są takie spokojne dni.
  • annazadroza BBM:-) Jeszcze jak dobre:))) Tym bardziej, że w sumie rzadkie.
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„O Matyldzie co nie chciała Nikodema”10

Trzy tygodnie do wyjazdu Matyldy upłynęły pod znakiem męczącej, lecz przyjemnej pracy. Mąż pani Wandy polecił grupę fachowców wykonujących szybko i solidnie prace hydrauliczne, glazurnicze, murarskie, stolarskie i również takie, który wyłonią się niespodziewanie, w najmniej odpowiednim momencie. W wyniku zapobiegliwości ojca Matyldy dokupić trzeba było jedynie drobiazgi. Pieniędzy wystarczyło na wszystko.

W pudle na strychu znalazł się materiał na nowe zasłony, były też firanki ręcznie robione przez  babcię Matyldy, przeznaczone do saloniku i pokoju ukochanej wnuczki.

– Tak bardzo żałuję, Marto, że mój mąż i jego mama nie mogą teraz oglądać Matyldy. Jacy byliby z niej dumni – mówiła pani Maria rozwieszając na słońcu uprane i wybielone firanki.

– I tak mieli szczęście, że zginęli razem – gorzko powiedziała pani Marta. – Nie musiała cierpieć po śmierci jedynego syna jak ja. Przepraszam cię, Marysiu, nie powinnam tak mówić, wiem….Ale …Mój malutki byłby teraz w wieku Nikodema, byli do siebie podobni… pewnie dlatego tak kocham tego chłopaka… Tak naprawdę, to jestem pewna, że nasi ukochani są zawsze przy nas, niezależnie od czasu i przestrzeni w które odeszli. I jestem pewna, że wszystko się dobrze ułoży, że i ciebie, i Matyldę czeka jeszcze szczęście w tym wcieleniu. Nie patrz tak, ciebie też, Marysiu kochana, ciebie też – powiedziała poważnie patrząc przyjaciółce w oczy.

Podczas pobytu nad morzem Matylda opaliła się na piękny, złotobrązowy kolor. Wypocząć nie miała okazji będąc odpowiedzialną za grupę niesfornych, lecz sympatycznych nastolatków. Nie da się jednak ukryć, że w zupełnie nieoczekiwanych momentach pojawiał się przy niej Nick… Miała wrażenie, że zaciera się chwilami granica między światem rzeczywistym a krainą wyobraźni. Zdawała sobie sprawę, że swą wyobraźnię trzymać musi na wodzy, ale i tak – choć nie przyznałaby się nawet Mirce – rozmawiała z nim w duchu i nawet pytała o wskazówki co do postępowania z niektórymi podopiecznymi. I co najdziwniejsze – były słuszne.

7.09.2018

  • emma_b Aniu, niewiele o Tobie wiem, a może Ty już wydałaś jakieś książki?
  • kobietawbarwachjesieni Aniu! Twoje opowieści trzymają uwagę czytelnika w napięciu.
  • annazadroza Emmo:-) ! 1995 wydałam „Wejście w światło”, potem dziecko zaczęło mi „ciężko” dojrzewać i różne inne sytuacje życiowe sprawiły, że nie miałam czasu na przyjemności. Dopiero teraz, na wolności, wróciłam do realizacji wcześniejszych planów. Tak więc skończyłam 2-gą część, czyli „Po co wróciłaś Agato” – jest na blogu, „Pasma Życia” też są na blogu, tudzież i inne moje dyrdymałki. Teraz kończę trzecią część sagi ursynowskiej („Pasma” to późniejsze czasy), ale Duży zabronił mi na blogu puszczać, że niby powinnam wydać, ale ja…. Uff, ja nie z tej bajki;(
  • annazadroza Maryniu:-) Ogromną radość sprawiają mi Twoje słowa, dziękuję i ściskam mocno:)))
  • emma_b ło matko z córką, to Ty kawał literatki jesteś! moja pociecha też nielekko dojrzewała:)
  • annazadroza Emmo:-) E tam, żaden kawał. Nareszcie (chwilami) mogę robić to, co chciałam przez całe życie, tylko się nie składało. Zawsze obowiązki pochłaniały czas i siły, nie zostawiając energii na nic innego. Teraz też nie jest zbyt wesoło, ale życie to nie bajka i tak musi być. Próbuję – choć w części – nadrobić życiowe zaległości:)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz

Prawdziwa czarownica

Moja przyjaciółka M. to prawdziwa czarownica;))) Powiedziałam i nie cofnę. A było tak.
Babcia Ania wybierała się na chrzest i urodziny Calineczki. Wypadałoby się przyzwoicie ubrać, bo odkąd babcia nie musi skoro świt zrywać się do pracy, ubierać się „na wysoki połysk”, wszak między ludzi szła, z dziką rozkoszą chodzi w dżinsach, koszulkach, nauczyła się nawet chodzić na płaskim obcasie. Ciuchów tyle, że się w szafie nie mieszczą, ale… co z tego, kiedy się jakoś dziwnie skurczyły, co babcia stwierdziła jakiś czas temu, przed urodzeniem się Calineczki. No cóż, dała babcia nurka do szafy, wyjęła ukochane spódnice – nie noszone od dawna – ze świadomością, że szkoda czasu na mierzenie. Nie byłaby jednak kobietą, gdyby nie spróbowała i… wcisnęła się!!! Nawet zupełnie spokojnie. Nie we wszystkie, fakt, ale od czegoś trzeba
zacząć. Pełna euforii rzuciła się wyjmować buty leżące sobie w pudełkach, trzy pary nowiutkie, nie noszone, kupione tuż przed pójściem na wolność. Babcia zdawała sobie sprawę z faktu, iż za wolność płaci się ograniczeniem środków finansowych, na tyle jeszcze jej rozum działał. Czwartą parę, w kolorze musztardowym, założyła słownie dwa razy: na ślub syna przyjaciółki M. oraz na komunię Średniej. Ponieważ babcia ma dyżurną torebkę w odpowiednim kolorze była usatysfakcjonowana. Zadzwoniła do M. w celu podzielenia się radością w kwestii wciśnięcia się w spódnicę – dostaną kiedyś od M. właśnie.
M. opowiedziała w rewanżu jak to sobie założyła kupione sporo wcześniej buty, przechowywane na dnie szafy, trzymane na wyjątkowe okazje. Okazja taka nastąpiła, M. buty założyła i … doszła do metra, a metro ma pod blokiem. Poczuła w bucie dziwny luz, spojrzała … a tu podeszwa od reszty się odkleiła. Dobrze, że mogła wrócić i się przebrać. Poradziła babci Ani, żeby na wszelki wypadek wzięła drugie na zmianę. Babcia obśmiała, że niby jak, co, a w życiu, bo już jedne takie same buty wykończyła dokładnie i trafiła na drugie takie, coby mieć je na zawsze. Bo pasujące i wygodne, i jeszcze wyględne na dodatek. Ubrała się babcia, poczuła się jak człowiek na obcasie, w spódnicy, w delikatnym makijażu (innego nie zrobi, bo ślepa i
założywszy patrzałki wycierać nadmiar urody musi). Zadowolona z siebie i życia w kościele nie mogła się napatrzeć na tego kochanego krasnala, potem z resztą towarzystwa poszła piechotą na Meander, gdzie urodziny były świętowane. Wszystko było ok, babcia Ania opowiedziała drugiej Calineczkowej babci o przygodzie M. z butami, ona też o butach, że nie może wysokich szpilek założyć po złamaniu nogi ( co dla kobiety całe życie spędzającej na niebotycznych obcasach – jak i babcia Ania – jest co najmniej nieprzyjemne), po czym poszły z malutką w kąt sali, gdzie był placyk zabaw dla maluchów. Przykucnęła babcia Ania, a potem… zobaczyła, że jej się podeszwa od musztardowego buta odkleiła!!! W pierwszej chwili pomyślała, że da do szewca, żeby skleił, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się zobaczyła, że cały kolor schodzi, łuszczy się i nic z tym już się nie da zrobić. Są do wyrzucenia, a nawet zapasowe fleki do nich dali w pudełku! Stoją w przedpokoju i kłują w oczy, bo jak to – nowe buty wyrzucać?
No i czy M. to nie prawdziwa czarownica;)))

6.09.2018

  • babciabezmohera Ewidentnie urok rzuciła!! Zazdrośnica jedna!! ;)))
  • nie-okrzesana O rany ! A ja takich butów mam z 5 par. Czas je przewietrzyć.
  • kotimyszkot Heh to była raczej jedna z tych dobrych rad, które jednym uchem wchodzą, drugim wylatują 😉 Co do wyrzucania, to nawet się nie zastanawiać. Wyrzucać od razu. Zabierają dobrą energię i dopiero urok może lecieć po kolejnych butach! 😉
  • urszula97 życie kochana,nic nie jest wieczne,tych wpadek z eleganckimi butami było sporo.
    czekam do października bo wtedy zaczynam przetrząsać szafy i wszelakie zakamarki już tam wypatrzyłam buty do wywalenia,nie tylko buty.
  • kolewoczy O, miałam podobna przygodę w lecie. Odnalazłam buty na koturnie w kolorze rzadkim, bordowym, pasowały. Odczyściłam, wypastowałam, poszłam do kościoła, a po powrocie obie podeszwy odlazły. Do wyrzucenia. Przynajmniej ta różnica, że nie były nowe, tylko przez rok czasu w nich nie chodziłam wcale. Z samego leżenia się zepsuły?
  • emma_b ooo, ja kiedyś mieszkałam na ul. Meander, pewnie tej samej, na Natolinie. to był początek lat 80-tych i nie dało się tam mieszkać z powodu braku WSZYSTKIEGO.
    a z tymi butami, to chyba jakaś epidemia…
  • e.urlik Mam ze starych czasów kilka par szpilek, przepięknych, włoskich, noga wygląda w nich jak Marlena Dietrich, tzn. jej noga, nie cała Marlena. Oszczędzałam je na specjalne okazje, które rzadko nadchodziły. A teraz… owszem, włożę, owszem, stanę, ale ani kroku nie zrobię, bo choć prawie do 50-ki na szpilkach biegałam, to teraz nogi się zbuntowały. I co z tymi pięknościami zrobić? Z butami oczywiście… Aniu, wielkie całuski!
  • annazadroza BBM:-) Myślę, że jakieś psotne licho się wmieszało;) M. nie rzuciłaby uroku, bo dobrze wie, że do człeka wraca wszystko co wyśle w przestrzeń;) Bo M. mądrą dziewczyną jest:)))
  • annazadroza Nie-okrzesana:-) Koniecznie. Aż się boję założyć pozostałe;)
  • annazadroza Myszokocie:-) Masz rację, trzeba wyrzucać, lecz ja chomik jestem i trudno mi… No dobra, wyrzuciłam, ale fleki Mąż zdjął, mogą się przydać;)))
  • annazadroza Urszulo:-) Myślę, że możesz służyć za przykład zorganizowania. Pójdę Twoim śladem i przyrzekam sobie, że w październiku zrobię tak samo. Niech sobie jeszcze poleżą te wszystkie rzeczy do oddania albo wyrzucenia… póki co… Ale potem – bez żalu (oho, już to widzę) – pozbędę się:)))
  • annazadroza Kolewoczy:-) Może one się odklejają, te podeszwy, jak się nie chodzi, bo podczas chodzenia jakieś ciepło się wytwarza, nacisk i klej działa? Już sama nie wiem co za bzdury wymyślam, ale przecież jakaś przyczyna być musi;)
  • annazadroza Emmo:-) No to Ty z ursynowskiej „mafii”:))) Ja w 1981 zamieszkałam na Kulczyńskiego, więc wiem o czym mówisz. Może się nawet minęłyśmy w przelocie? Wtedy było dokładnie jak w serialu „Alternatywy 4”, zresztą kręcony był niedaleko. Z przyjemnością i rozrzewnieniem oglądam każdy odcinek, na który trafię, patrząc na znajome miejsca. To były najwspanialsze czasy (poza „brakami zewnętrznymi”), byłyśmy wszystkie – sąsiadki – młode, dzieci małe…
    Buty teraźniejsze są widocznie tak robione, żeby szybko trzeba było kupować nowe.
  • annazadroza Ewo:-) Oj, na obcasie czuję się jak człowiek;))) Ale już odpadają najulubieńsze, na bardzo wysokim, bo bym się zabiła;((( Co zrobić? Za szkło wstawić i oglądać;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Nie da się

Nie da się uniknąć aktualnych tematów. Bieżące wydarzenia podnoszą adrenalinę nawet wbrew woli i czasem musi się to z człowieka wylać na papier.
Ostatnimi czasy z ludzi wychodzą jakieś koszmarnie złe emocje, cechy charakteru, które dawniej skrywano przed światem, żeby nikt się ich w delikwencie nie domyślał. Dziś – strach myśleć, że może być powtórka z przeszłości, z okresu, kiedy te najgorsze cechy wyszły na światło dzienne. Wtedy też zaczynało się brunatnymi przemarszami, mową nienawiści, dzieleniem ludzi na lepszych i gorszych, bicie i prześladowanie osób mających inne poglądy niż „jedynie słuszne” – co oczywiście rządzący rozumieją i usprawiedliwiają. Potem – to już rusza lawina nie do zatrzymania.
Nowy zwyczaj to polityczne przemówienia w kościele i w szkole. I tu staje mi przed oczami obraz pani PAD-owej próbującej delikatnie odciągnąć męża od mikrofonu, żeby już zakończył swoje popisy. On się nakręca coraz bardziej i zdaje się upajać własnym głosem i własnymi słowami. Zauważyłam, że wciąż się powtarza schemat: zaczyna mówić, po czym nabiera rozpędu jakby niewidzialnego kopa dostał, krzyczy na nas i… słowa, słowa, słowa… A jakie? Chyba w innym języku, bo brzmienie ich rozmija się ze znaczeniem. Między innymi rzucił hasło o budowaniu państwa, które nie będzie wewnętrznie skłócone. I tu już ręce opadają. Czy ten człowiek wie co mówi, rozumie słowa, które wypowiada i te, które wypowiadał wcześniej i
powie za chwilę? To jakby łobuz bił i kopał bezdomnego mówiąc, że walczy o prawa człowieka. A czy on ma w domu lustro? Czy się w nim widzi, czy ma zasłonięte? Bo jak może sobie spojrzeć w twarz taki ktoś? Co będzie „potem”, gdy przestaną go otaczać tacy sami osobnicy? Przecież będzie jakieś „potem”. Współczuję, naprawdę serdecznie współczuję córce poety, przecież kiedy przyjdzie „potem” będzie musiała jakoś żyć, pracować między ludźmi i patrzeć im w oczy, tłumaczyć się za męża. A PAD miał tyle szans, żeby zachować honor i godność, wszystkie zaprzepaścił, wszystkie zmarnował mamiąc przy tym rodaków i dając im nadzieję…
Druga Osoba – PMM – nawołuje do wspólnego marszu niepodległości. Chciałoby się wspólnie, tylko… Jak iść wspólnie z łamaczami Konstytucji, z kłamcami, z tymi, co zamykają usta do partii nie należącym, karzą ich za wypowiedzi, ciągają po komisariatach i sądach za inne poglądy niż „jedynie słuszne”, za siedzenie na chodniku z białą różą? Jak iść ręka w rękę z niosącymi hasła faszystowskie, rasistowskie, godzące w podstawowe prawa człowieka? Prawdziwe ich oblicze to urzędniczka uderzająca w twarz kobietę w miejscu publicznym – to tak z ostatniej chwili.

5.09.2018

  • mmzd Pozwolisz, że dodam z ostatniej chwili – nauki przedmałżeńskie w jedynie słusznym serialu jedynie słusznej telewizji …… I nie, masochistycznie nie przełączyłam kanału, ale odzobaczyć tego się nie da, podobnie jak nie da się ozdobaczyć jedynie słusznej JakiejToMelodii …..
  • kolewoczy A czy to nie sami ludzie nakręcają się złymi emocjami, czy ktoś ich nakręca? jak rozmawiam z niektórymi osobami, widzę, że sami się nakręcają. Czego nie wiedzą, to sobie dopowiedzą; czego nie rozumieją, to snują czarne scenariusze… histeria powszechna się rozkręca, media podsycają to wariatkowo.
  • annazadroza Magduś:-) „Melodię” oglądałam wieki temu, kiedy miałam czas. Serial tylko jeden i nie przestanę, ale zapomniałam, że to już wrzesień, w związku z tym też nie oglądałam. Może i dobrze. A, skłamałam, jeszcze na dobranoc „Ranczo” – jak trafię, uważam, że każda rola, każda postać to perełki, kwintesencja Polski od A do Z, w złym i w dobrym, co do joty. Do tego kulisy polityki odsłonięte i czarno na białym pokazane… Ale – jak w bajce – nawet najgorszy ma przebłyski…
  • annazadroza Kolewoczy:-) Jedni są nakręcani, inni nakręcają, bo potrafią grać na cudzych emocjach dla własnych korzyści. Tak to już jest:(
  • babciabezmohera Przykre czasy nastały, trudno je zaakceptować. :((
  • annazadroza BBM:-) Bardzo, bardzo przykre i budzące strach o przyszłość…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

” O Matyldzie co nie chciała Nikodema” 9

W rodzinnym domu czekała na Matyldę niemiła niespodzianka: dach domu wymagał natychmiastowego remontu. Przed kilkoma dniami huraganowa wichura powaliła olbrzymie, stare drzewo, które upadając ogromnymi ramionami objęło dom w ostatnim uścisku, jakby broniąc się przed śmiercią. Smutno zrobiło się dziewczynie, kiedy ujrzała powalonego olbrzyma. Zatroskana matka wzięła jedynaczkę za rękę.

– Spójrz jak tu pusto. Wspaniały jesion stał w tym miejscu od zawsze, nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go nie być, a teraz leży u naszych stóp. Tak mi przykro patrzeć na jego śmierć.

– Ależ on nie umrze – Matylda z rozczuleniem zajrzała matce w oczy. – Pamiętasz mamusiu, sąsiad mówił, że byłyby z niego wspaniałe deski. Zawsze marzyłaś o drewnianym sekretarzyku. Będziesz go miała. Pomyśl, usiądziemy sobie w saloniku przy kominku i w mroźny, zimowy dzień sekretarzyk będzie po cichutku opowiadał o wszystkim co widział, kiedy jeszcze stał przed domem i z góry patrzył na całą okolicę. Wiem o czym myślisz, ale nie martw się. Mamusiu – objęła matkę ramieniem, – ja tu wrócę po studiach, tak strasznie kocham dom i te strony, że nie mogłabym żyć z dala od nich.  Wyjechać, aby coś zobaczyć, zwiedzić, poznać, zgoda. Ale na zawsze? Nigdy.

– Potrafisz mnie pocieszyć, kochanie, – uśmiechnęła się matka. – Lecz pomyśl, ile będzie kosztowała naprawa dachu. Nie wiem skąd wziąć pieniądze i na dach, i na twoje studia, i na resztę…

– Nie martw się mamusiu, naprawdę damy sobie radę. Ciotka koleżanki obiecała dawać mi książki do tłumaczenia, takie zwykła babskie czytadła, nic wielkiego, ale nieźle w ten sposób zarobię. Poza tym mam kilka artykułów do przetłumaczenia. Widzisz jak to dobrze, że zmuszałaś mnie do nauki angielskiego, chociaż wtedy wcale mi się nie chciało. No i jeszcze jedno: pojadę na kolonie jako wychowawczyni, od września zacznę dawać korepetycje i jakoś wybrniemy, zobaczysz.

– Może sprzedać biżuterię? Jeszcze trochę zostało.

– Ależ mamo! – oburzyła się Matylda. – W żadnym wypadku. Przecież nie możesz pozbyć się pamiątek po babci ani prezentów od taty. Poradzimy sobie, uwierz mi. A teraz chodź, mam pomysł i nie mogę się doczekać jego realizacji. Zrobimy przegląd skarbów jakie na pewno są na strychu, bo co to za strych bez tajemnic?

– Córeczko, praca nie zając, nie ucieknie, a ty zaledwie wczoraj przyjechałaś. Odpocznij najpierw.

– Wyspałam się i jestem w nastroju do pracy. I tak się trzeba za to wziąć, a więc im wcześniej tym lepiej.

– Wiesz córeczko, umiesz mnie podnieść na duchu i zarazić optymizmem – pogłaskała Matyldę po policzku. – No to do dzieła. Po południu pójdę do sąsiada i porozmawiam o deskach.

– Świetnie, jego kuzyn ma stolarnię, jeśli dobrze pamiętam.

– Nie kuzyn, lecz szwagier.

– Jeden diabeł, niech będzie kim chce, byle się zajął przerobieniem jesiona na deski.

Matka z córką, z daleka wyglądające jak siostry, weszły do domku i wdrapały się na strych, a właściwie na poddasze. Jedną połowę pomieszczenia zajmowały dwie trzydrzwiowe szafy i różne sprzęty będące w ciągłym użyciu, między innymi: deska do prasowania, kosze na bieliznę, ogrodowy grill, zapasowy odkurzacz, sznury do suszenia prania i tak dalej. Do drugiej natomiast, oddzielonej ogromnymi szafami, nikt od dawna nie zaglądał. Wypełniona była skrzyniami, pudłami, pakunkami pokrytymi szczelnie kurzem i pajęczynami. Pani Maria i Matylda, jak dwie dziewczynki nieoczekiwanie wpuszczone w sam środek tajemniczej, baśniowej krainy, zapomniały o bożym świecie. Całe pokryte kurzem śmiały się do siebie i wyciągały coraz to nowe pakunki.

– Zobacz córeczko, w tym kufrze jest ślubna suknia mojej babci. Pamiętam moment, kiedy babcia ostatni raz przekręcała klucz mówiąc, że zajrzy tu dopiero następna panna młoda z rodziny i spotka ją wtedy ogromna niespodzianka.

– I nigdy cię nie kusiło, żeby zajrzeć do środka? – Matylda mocowała się z zardzewiałym zamkiem.

– Byłam małą dziewczynką, potem wybuchła wojna… – zamyśliła się pani Maria, odpłynęła w inny czas, w inną przestrzeń.

– Nie mogę jej otworzyć – zrezygnowała Matylda. – Pewnie nie mnie przeznaczona.

– Mnie nie była – pokiwała głową matka. – Ślub z twoim ojcem wzięłam z dala od domu i wbrew mojej mamie. Potem nikt o kufrze nie pamiętał, stał zarzucony szpargałami aż do dziś.

– Mamo, widzisz jaka jesteś okropna? – zaśmiała się Matylda. – Sama uciekałaś, a mnie chcesz siłą wydać za mąż i wbrew mojej woli. Ładnie to tak traktować jedyną córkę?

– Uroczyście przyrzekam, że wbrew twojej woli nie postąpię. Sądzę, że gdybyś bliżej poznała Nikodema…

– Mamo przestań, proszę! Pomóż mi lepiej wyciągnąć tamto wielkie pudło. Ciekawego w nim jest?

– Coś podobnego! Ale ciężkie. To wełna, której kiedyś strasznie dużo kupiłam. Pamiętasz? Chciałam do spółki z koleżanką założyć pracownię dziewiarską. Cud, że się tu mole nie dostały.

– Była dobrze zabezpieczona. Jaka piękna! Wiesz co? Będziemy w wolnych chwilach robiły swetry, obie to uwielbiamy – cieszyła się Matylda. – Twoje sweterki są prawdziwymi dziełami sztuki, będą rozchwytywane, zobaczysz.  Moja koleżanka z roku wstawia swoje wyroby do sklepu plastyczek. Zrobimy tak samo.

– Może to i dobry pomysł. Zimowe wieczory są długie. Nawet częste wizyty sąsiadek nie są w stanie ich wypełnić, kiedy ciebie nie ma w domu, a telewizji nie lubię oglądać bez robótki w ręku.

– Z tego wynika, że jeden skarb już znalazłyśmy – cieszyła się Matylda. – Szukamy dalej.

Czego tam nie było! Matylda nie uwierzyłaby nigdy w życiu, gdyby nie zobaczyła na własne oczy. Pod równiutko ułożonymi tekturowymi pudełkami znajdowały się listwy boazeryjne przeznaczone do wyłożenia ścian saloniku i pokoju Matyldy, przygotowane jeszcze przez ojca.

– Przypominam sobie teraz, że tatuś obiecywał mi niespodziankę, kiedy się dostanę na studia. To miało być wyłożenie drewnem pokoi, wiedział, jak o tym marzyłam – powiedziała wzruszona.

– Tak, masz rację. Miał wszystko przygotowane. Gdzieś tu są gwoździe, śrubki, blaszki – rozglądała się matka wśród pudełek. – Powinno być wszystko, co tylko jest potrzebne.

– Mamusiu, widocznie tata z babcią chcą, żebyś wreszcie przestała się smucić. Pomyśl logicznie. Gdyby wichura nie powaliła jesiona, całe dobro znajdujące się tutaj wreszcie zeżarłyby mole, korniki, myszy i nie wiem co jeszcze. Dość żałoby. Czuję, jakby oboje byli z nami i cieszyli się, że spełniamy ich marzenia – oświadczyła stanowczo Matylda. – Zrobimy tak jak sobie tatuś wyobrażał.

– Dziecko, właśnie dzisiaj mija szósta rocznica! – wykrzyknęła poruszona matka. – Sześć lat od dnia, w którym ten pijany drań wjechał ciężarówką w nasz samochód. To wprost nie do uwierzenia.

– A więc mam rację – zupełnie spokojnie powiedziała Matylda. – Mamusiu, mamy przed sobą bardzo pracowite wakacje. Przed rozpoczęciem roku akademickiego cały domek musi wyglądać jak z bajki, a raczej jak z wyobraźni taty. I tak się stanie – oświadczyła z mocą.

Przez otwarte okno, którym ze strychu uciekały w świat kłęby kurzu obawiające się wody, ścierki i szczotki do zamiatania, przedarły się dwa dźwięki: warkot silnika zatrzymującego się samochodu oraz – zaraz po tym – ujadanie psa. Drzwi od domu zamknięte były tylko na klamkę, widocznie więc czworonożny potwór otworzył je sobie bez specjalnych trudności. Pokonawszy schody w kilku susach wpadł na strych i z radosnym szczekaniem rzucił się w stronę Matyldy. Oparł przednie łapy o ramiona dziewczyny i usiłując polizać ją po twarzy wepchnął w stos pudełek, które runęły pod nieoczekiwanym ciężarem. Następnie, nie przejmując się zupełnie dokonaną demolką, usiadł naprzeciwko panu Marii. Piszcząc z wielkiej uciechy zamiatał ogonem kurz z jednej strony na drugą.

– Bida, Bida – wycharczała Matylda między jednym kichnięciem a następnym, gramoląc się ze stosu rupieci. – Skąd się tu wziąłeś?

– Ojej, zupełnie zapomniałam – kichała pani Maria głaszcząc uszczęśliwionego psa. – Zupełnie wyleciało mi z głowy, że dziś ma przyjechać Marta. Znów mi się pomyliły dni tygodnia. Wszystko dlatego, że Nikodem wyjechał o trzy dni później niż zamierzał pierwotnie, a ty o cztery dni później niż miałaś przyjechać i znów nie mogłam was ze sobą poznać.

– Mamo, przestań – kichnęła Matylda.

– Już, już, przecież obiecałam – otrzepywała się z kurzu pani Maria.

– Marysiu, jeśli masz zamiar mnie ulokować na strychu na całe lato i dlatego robisz gwałtowne porządki, to serdecznie dziękuję. Zmykam i zajmę pokój Nikodema, niech nie stoi pusty przez kilka miesięcy – oświadczyła pani Marta. – Bida, idziemy! Nikt na nas nie zwraca tutaj uwagi. A poza tym nie mam zamiaru wyglądać jak te dwie czarownice.

Matka i córka spojrzały na siebie. Wyglądały jak dwa szare duchy, którym raz w roku pozwolono wypłynąć z zaświatów na powierzchnię ziemi w postaci szarej mgły, ze sterczącymi w różne strony świata włosami utkanymi z pajęczyn pająków-wampirów.

Wybuch śmiechu spowodował szczekanie Bidy, jego taniec radości wokół własnej osi i – co za tym idzie – wzbicie się w powietrze kolejnych chmur kurzu. Oraz nowy atak kichania.

Wreszcie trzy damy opuściły strych. Wychłeptawszy miskę wody Bida biegał po ogródku goniąc wrony. Ptaszyska nic sobie z tego nie robiły, leniwie podrywały się w górę przed samym psim pyskiem i siadały na gałęziach złorzecząc wniebogłosy. Bida nie pozostawał dłużny i na każde kraknięcie odpowiadał szczeknięciem. Rozmowa zdawała się bawić obie strony.

Tymczasem pani Maria i Matylda doprowadziły się do porządku.  Pani Marta odświeżyła się po podróży i przebrała. Po doskonałym obiedzie usiadły na tarasie napawając się urokiem ciepłego, letniego popołudnia.

Kilka dni wcześniej pani Maria przez telefon opowiedziała przyjaciółce o wichurze, powalonym jesionie i swoich problemach. Pani Marta pomyślała, policzyła, zapytała Bidy co myśli o wakacjach u „cioci” Marysi i powiadomiła o swoim przyjeździe, co zostało przyjęte z ogromną radością.

– Słuchajcie dziewczyny, oto jest suma, którą mogę wam pożyczyć na dłuższy okres – powiedziała. – Sprzedałam kawał ziemi, który miałam po rodzicach, a który nie był mi do niczego potrzebny. Miałam przez tę parcelę tylko same kłopoty, bo ciągle musiałam się użerać z dzierżawiącym ją chłopem. Teraz mam wreszcie spokój. Ktoś już zaczął sobie stawiać własny dom i jest szczęśliwy. Ciebie, Marysiu, traktuję jak siostrę a Matyldę jak córkę, której nie mam, więc nie odmawiajcie.

– Ależ Martusiu… – zaczęła wzruszona pani Maria.

– Żadnego ale! Nie robię tego bezinteresownie, taka jestem. W zamian pozwolicie mi spędzić tu całe lato. Nawet nie wiecie jak chętnie pogrzebałabym w tych pudłach na strychu jak wy dzisiaj – spuściła głowę zerkając na towarzyszki spod przymrużonych powiek.

Matylda zerwała się z krzesła i z rozczuleniem uściskała niespodziewaną dobrodziejkę., myśląc jednocześnie, że wygląda ona chwilami jak podlotek z dziewiętnastowiecznej pensji dla panien.

– Obie panie pogrążyły się w rozmowie, a myśl Matyldy uciekła przez okno, powędrowała daleko, pod las, gdzie pod starym dębem ujrzała Nicka. Stęskniona, spragniona jego obecności biegła po łące, przeskoczyła strumyczek, wpadła prosto w ramiona ukochanego i zasypała gradem pocałunków roześmiane oczy…

– Hau, hau, hau – basowe szczekanie Bidy oznajmiło przybycie nowego gościa,

– Dzień dobry, kochana – serdecznie witała się pani domu.

– Witaj Wandeczko – pani Marta zerwała się z krzesełka uradowana widokiem kuzynki. – Miałam zajść do was wieczorem przywitać się ze wszystkimi, ale mnie uprzedziłaś.

– Pozwól, Wando,  że ci przedstawię moją córkę – pani Maria z dumą prezentowała swoją jedynaczkę.

– Miło mi panią poznać – ukłoniła się Matylda.

Pod pierwszym nadarzającym się pretekstem uciekła do swego pokoju zdziwiona, że matka Nikodema może mieć taki miły uśmiech. Usiadła w oknie, z twarzą opartą na rękach spoglądała na dziko zarośnięty ogród.

– Chyba oszalałam – powiedziała do Bidy, który przybiegł za nią i rozłożył się na dywaniku. – Jeżeli u pierwszy raz  spotkanej kobiety widzę podobieństwo do Nicka, to chyba tylko dlatego, że wciąż o nim myślę… to znaczy, że Mirka ma rację, jestem stuknięta.

Bida zamiótł ogonem na znak, ze się zgadza z przedmówczynią.

– Swoją drogą sympatyczna kobieta – ciągnęła monolog. – No, w końcu to kuzynka pani Marty. Pracując na koloniach nie będę miała wyrzutów sumienia, ze zostawiam mamę zupełnie samą z tym całym bałaganem. Jakieś dobre duchy zesłały panią Martę, nie może być inaczej.

4.09.2018

  • kasiapur Dobry klimat, dobre duchy, dobre myśli w tym tekście.
    Zatopiłam się nostalgicznie – fajny naprawdę fajny, taki
    pachnący latem. Uśmiechy i uściski Aniu :))

    -urszula97 Oj i ja chciałbym być na tym strychu i takie włóczki znaleźć,

  • annazadroza Kasiu:-) Dobrze jest uciec od rzeczywistości w inne klimaty i spotkać dobre duchy:) Dziękuję Ci serdecznie, buziaki:)))
  • annazadroza Urszulko:-) Ja bym kiedyś za włóczki oddała nie wiem co;) Worki ścinków prułam, związywałam i robiłam sweterki dla dzieci i siebie w czasach „octu na półkach”. A jakie były kolorowe i niepowtarzalne, co jeden – to dzieło sztuki;)))
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii O Matyldzie co nie chciała Nikodema, Powieści | Dodaj komentarz