Święta inne…

Święta inne niż zawsze. Bez spotkań, bez rodzinnych spacerów po wstaniu od suto zastawionych stołów. Jak na złość pogoda przepiękna, zachęcająca do opuszczenia mieszkania. A tu – figa z makiem, siedzenie w domu. Jeśli to pomoże, jeśli szybciej wrócimy dzięki temu do normalnego funkcjonowania na zewnątrz, to trzeba się stosować do zaleceń medyków. Niech przestrogą będzie koszmarny widok z Włoch – sznury ciężarówek przewożących trumny z ciałami ofiar koronawirusa. Jeśli z tym przejmującym obrazem zestawić tłumek rządzących polityków i szeregowego posła składających wieńce pod pomnikiem smoleńskim, albo na cmentarzu w sytuacji, gdy nikt z nas na cmentarz nie mógł wejść by  zapalić swoim bliskim światełko, nawet członkowie rodzin wszystkich pozostałych ofiar katastrofy (rozumiem wyrzuty sumienia, ale mógł iść sam, bez podlizującej się asysty),  gdy mąż od żony ma iść ulicą w 2 metrowej odległości, gdy słyszymy „zostań w domu”, gdy mandaty się sypią za wyjście nieuzasadnione wg kontrolujących jacy się akurat nawiną – to słów oburzenia brak.

Wstaję wcześnie rano i wychodzę z psami gdy większość ludzi jeszcze śpi, dlatego nikogo nie spotykam, czasem mignie z daleka jakaś przemykająca sylwetka. Przez ostatnie trzy dni nie było nikogo, nie było też strzałów w Wielkanoc, dały się słyszeć dosłownie dwa, a przecież zawsze jest słyszalna kanonada o szóstej rano. Zrobiłam na spacerze zdjęcia wiosny, nikt nie wchodził w kadr.

Wiewióreczka siedziała sobie wysoko i śmiała się z Szilki, która chciała wejść na drzewo 🙂 

Biedroneczka grzecznie pozowała do zdjęcia 🙂

Ponieważ wizyt dzieci z wiadomych względów się nie spodziewałam, nie szykowałam specjalnych dań. Obowiązkowo dla nas na świąteczne śniadanie przygotowałam jajka z pieczarkami, upiekłam też pasztet vege, który wyszedł nadspodziewanie smaczny. Coś musiałam dla siebie zrobić, dla Męża i babci D. miałam wędlinę i kurczaka. Popatrzyłam co jest w domu – użyłam cieciorkę z puszki, którą potraktowałam tłuczkiem do ziemniaków (cieciorkę nie puszkę 🙂 ), pora pokrojonego w talarki, utartą cukinię, utartego ziemniaka, część pieczarek usmażonych do jajek, surowe jajka, bułkę tartą. Pora i cukinię wrzuciłam na patelnię i poddusiłam, dodałam resztę składników, przyprawiłam, wymieszałam i upiekłam -ok.1 godz./170 st.

Takich jajek chłopcy – kiedy byli mali – kazali robić tysiąc 🙂

Pasztet prezentował się pięknie, dobrze się dał pokroić, a na obiad jadłam na ciepło przysmażony na maśle klarowanym, pycha 🙂

Sałatka była bez groszku, nie kupiłam podczas ostatnich zakupów, bo nie było. Nie smakuje mi bez groszku, domownicy jedzą, ja też, ale groszek musi być!

Jeśli chodzi o słodkości to upiekłam trzy rodzaje. Wyszłam z założenia, że skoro mięsa nie jadam wcale (od 26 lutego), czymś innym muszę napełnić żołądek „w trybie świątecznym”. Zrobiłam więc sernik, drożdżowe wg podanego wcześniej przepisu ze starej gazety (w formie na babkę było zupełnie świątecznie), oraz jednojajkowca tym razem z dodatkiem jabłek czyli był szarlotką. Ciastom zdjęć nie robiłam, w końcu zawsze wyglądają tak samo.

Na koniec pole dla wyobraźni – można iść i iść wzdłuż strumyczka i każdy trafi na to, co najbardziej chce napotkać…

Dziś już święta są wspomnieniem. Ranek wstał piękny, słoneczny choć chłodny. Szron na trawach puszczał do mnie oko mieniąc się tęczowymi iskierkami przywołanymi z niebytu przez skaczące promyczki. Świat jest taki piękny! A kwiecień jest najpiękniejszym miesiącem w roku, z czym na pewno się zgodzi Ewa Krakowianka, ponieważ my obydwie jesteśmy kwietniowe dziewczyny 🙂   Może jeszcze któraś z Was?

Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 41 komentarzy

Zdrowych!!!

Co się zrobiło z tym Lapciem –  nie wiem. Dziecko próbowało mi na odległość mi pomóc, ale ja nic nie rozumiem co on do mnie mówi, bo to obcy język dla mnie jest, a wykonać polecenia nawet jak teoretycznie coś zrozumiem to już w ogóle szkoda mówić. Mam nałożone na siebie dwie strony. Piszę w tej chwili jakby na tej głębszej, co się na spodzie znajduje. Na wierzchu pływa, przesuwa się druga, jakby napisy na celofanie niebieskim kolorem wydrukowane, takie różne instrukcje, które poprzednio grzecznie sobie w kokpicie na miejscu siedziały i nie dotykałam ich, żeby mi się coś nie poplątało. No i się poplątało. Tak więc nie mam pojęcia czy to się pokaże, co piszę w tej chwili czy nie.

Na wszelki wypadek, gdyby jakimś cudem tak – chciałam Wam wszystkim złożyć świąteczne życzenia. Przede wszystkim zdrowia, zdrowia, zdrowia i nie poddawania się złym nastrojom w tym trudnym, nienormalnym czasie oraz powrotu do zwykłego życia, do prostej codzienności, która się teraz okazuje tak bardzo upragniona.

Zamiast dekoracji – kaczuszki dziś o świcie spotkane, niech przyniosą szczęście na te święta wiosenne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 42 komentarze

Wiosna bez ludzi ma się dobrze

Wiosna już przyszła. Piękna i zdecydowana, aby pozostać. Wahała się, cofała, zastanawiała się i wreszcie powiedziała ostatnie słowo: jestem 🙂 🙂 🙂  Pokażę Wam dowody, jakie zebrałam w sobotę.

Dowody niezbite, prawda? Tulipanki moje (jakoś mało ich wyszło), rozchodniki, lilie i piwonie również.  Reszta widziana po drodze z psiepsiołami.  Jeszcze gdzieś mi umknęły forsycje, zaraz poszukam. Są 🙂

Pogoda zrobiła się piękna, żal, że nie można się wybrać na dalsze wycieczki. Miejmy nadzieję, że ” jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”… czego nam wszystkim życzę, oby jak najszybciej.

Miałam w poniedziałek pokazać te fotki, ale zdechł internet 🙁 Jak bez niego źle! Jakby zamknęli okno na świat, zabronili oddychać świeżym powietrzem i kazali siedzieć w domu bez wychodzenia…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 32

Linka zdobyła wyróżnienie w konkurs fotograficznym  na zdjęcie z ubiegłorocznych  wakacji. Nagrodzone oraz wyróżnione fotki zaprezentowano w prasie i cała Polska mogła zobaczyć zdjęcie, na którym uwieczniony został „lot” Aldony z drzewa  wprost w Sergiuszowe ramiona. Niezmiernie podekscytowana dziewczynka wpadła do domu z gazetą w ręce.

– Jest ogłoszony nowy konkurs na wakacyjne zdjęcie – zawołała. – I wreszcie podali listę autorów nagrodzonych zdjęć z poprzednich wakacji. Muszę poszukać…

– Pokaż  – siostra wyrwała jej gazetę z ręki. – Strasznie długo się z tym grzebali. Czekaj, nie zabieraj mi, muszę zobaczyć…

– I co widzisz? Ee tam, pewnie nic. Mnóstwo zdjęć ludzie wysłali, kto by tam patrzył na moje… – machnęła ręką z nagłym wyrazem rezygnacji na buzi.

– Czekaj, czekaj, tu są różne fotki… Jest! Jak mamusia spada z drzewa, a wujek ją łapie. Wtedy ją nazwał Wiewióreczką…

– To zdjęcie wysłałam! Pokaż, faktycznie, mama w locie! Moje zdjęcie! Dostałam wyróżnienie! Hurra!!!

– To teraz Maćkowi musisz pokazać – domyślnie spojrzała Inka. – Niech wie, że właśnie ciebie wyróżnili.

– No nie, niemożliwe – Linka nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. – Mamusiu, mamooo! Zobacz! Pokazali w gazecie moją fotkę, dostałam wyróżnienie! Widzisz?

Aldona wchodząca właśnie do mieszkania w pierwszej chwili nie mogła pojąć w czym rzecz. Myśli miała jeszcze zaprzątnięte pracowymi problemami i upłynęła dłuższa chwila zanim przestawiła się na „prywatne myślenie”.  Zobaczyła w gazecie zdjęcie, które natychmiast przeniosło ją w czasie. Usiadła bez słowa i wpatrzyła się w uchwyconą przez aparat scenę.

– Jak to można chwilę zatrzymać na zawsze – powiedziała po krótkim milczeniu. – Rzeczywistość ulega zmianie, plany rozsypują się jak domek z kart, a na fotografii została przeszłość…

– Mamusiu, czy ty się wcale nie cieszysz ? – Linka z wyraźnym zawodem na buzi spojrzała na matkę.

– Mamo, no nie, przecież nie możesz Lince sprawić takiej przykrości – ujęła się za siostrą Inka.

– Och, przepraszam Stokrotki, jakoś smętnie mi się zrobiło, że czas tak szybko płynie… Oczywiście, że się cieszę i jestem bardzo dumna z was obu.

– Czemu z obu? – zdziwiła się Inka.

– Czemu? Bo ty się od razu ujęłaś za siostrą myśląc o niej, o jej uczuciach. Z Linki zaś jako ze zdobywczyni wyróżnienia w konkursie. Przy tak dużej konkurencji – pokręciła głową z podziwem, – to naprawdę ogromne osiągnięcie. Gratulacje, kochanie.

– Nie było widocznie innej latającej mamy, więc właściwie ty wygrałaś – żartowała uszczęśliwiona dziewczynka. – Pójdę pokazać Justysi.

– Idę z tobą – ruszyła za siostrą Inka. – Chcę zobaczyć jej minę. I od razu zadzwonię do chłopaków.

Linka miała powód, żeby puszyć się jak paw ponieważ Justyna i Filip byli pod wrażeniem. Telefon wykonany do chłopaków spowodował ich przybycie w niedługim czasie w celu osobistego zweryfikowania usłyszanej wiadomości oraz złożenia gratulacji wyróżnionej fotografce. Maciek tuż przed wyjściem z domu pomyślał, że nie wypada iść w takiej chwili z pustą ręką, wrócił do swego pokoju i schował do kieszeni rolkę filmu do aparatu, którą dostał  niedawno w prezencie. Wcisnął ją Lince po kryjomu, żeby nikt nie widział. Przynajmniej tak mu się zdawało bo – oczywiście – zauważyli wszyscy.

– Co jej wciskasz? – od razu zainteresował się Filip.

– Oo, ten amerykański film? Fiu, fiu – zagwizdał Marek.

– Nie mogłeś powiedzieć, to byśmy kwiatek z trawnika urwali – syknął Kuba.

– Maciek, jak się coś daje z takiej okazji, to trzeba ładnie opakować – skomentowały dziewczynki.

Maciek poczerwieniał, a Linka się wściekła.

– Ale wy jesteście! Co się  Maćka czepiacie? On jeden pomyślał o czymś takim! Podarował mi niezwykle cenną rzecz, dziękuję ci, Maćku. Nie zwracaj uwagi na tę bandę koczkodanów – zwróciła się do Maćka.

– Fakt, nikt więcej nie pomyślał, żeby cię jakoś uhonorować – powiedziała Justysia.

– Ale to z zaskoczenia było, nie mieliśmy kiedy pomyśleć – usprawiedliwiali się chłopcy.

– No dobra, przepraszam, ja też wyskoczyłam jak…jak… – zawahała się Linka.

– Jak Filip z konopi – podpowiedział Marek.

– Ja znikąd nie wyskakiwałem – obruszył się Filip.

– Nie wytrzymam z tym bratem – jęknęła Justyna. – Tak się mówi, to jest powiedzenie, rozumiesz głąbie?

Zdjęcie zaprezentowane w gazecie narobiło sporo zamieszania. Przede wszystkim trafiło do Grety, dalej do Mariana i Agaty.  Tych dwoje nawiązało ścisłą współpracę dla spełnienia zamiaru, którym było rozdzielenie Aldony i Sergiusza. Marian nie mógł znieść myśli, że nie osiągnie zamierzonego celu, jak każdy typ, który nie bierze pod uwagę możliwości porażki. Uważał, że musi wygrać, bo tak sobie postanowił, żadna inna opcja nie wchodziła w rachubę.

Agacie przyświecał jeden podstawowy cel – wydusić z męża jak najwięcej pieniędzy. Nie miała żadnych skrupułów, byle tylko jej było dobrze. Zdawała sobie sprawę z faktu, iż miłości nie ma i nie będzie między nimi. Nie odzyska go też na żadnym polu – ani jako partnera ani jako przyjaciela – wiedziała, że jest na straconej pozycji. Oczywiście nie miała o to pretensji do siebie, nie widziała najmniejszej własnej winy, o fiasko swoich planów winiła Aldonę i Sergiusza. Do pierwszej chwilowo nie miała dostępu, bo Aldona odmówiła jakichkolwiek kontaktów, więc na razie odpuściła czekając na chwilę sposobną dla wyrównania wyimaginowanych rachunków. Jego zaś chciała ukarać zabierając mu majątek  i dziecko, na którym jej nigdy specjalnie nie zależało, ale wiedziała, że tym może go skrzywdzić, że to najbardziej zaboli. Bo poza zaspokojeniem pazerności chciała też zaspokoić swoją próżność i dokonać zemsty. Odrzucenie jej, Agaty, takiej wspaniałej istoty i to na rzecz takiego byle kogo… Nie, to nie mogło pozostać bez kary. Z opowiadań Moniki wysnuła wniosek, że działka może stać się ważnym elementem zemsty. Cieszyła się, że pozbawiając męża ziemi dokuczy i jemu, i rywalce. Nawet przez chwilę nie pomyślała o uczuciach innych osób, tak ją zdominował egoizm, żądza władzy  połączone z chęcią posiadania oraz przeprowadzenia swojej woli bez względu na  cenę. Ona jedna była bez skazy, ona wszystko robiła najlepiej, wszystkich innych śmiertelników przewyższała przecież pod każdym względem.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Czwartek, 2 kwietnia 2020

W środę 1 kwietnia wybrałam się na konieczne zakupy. Zupełnie nie pamiętałam, że to Prima Aprilis, jakoś mi nie do śmiechu.  Wcześniej dokładnie obmyśliłam jak całe przedsięwzięcie zorganizować ponieważ w planie było sporo ciężkich rzeczy do kupienia. Zrobiliśmy więc tak (psy oczywiście zostały zabrane do auta): podjechaliśmy do Biedronki i Mąż został z psiepsiołami w samochodzie. Opuściwszy pojazd założyłam maseczkę, rękawiczki, szal na głowę i udałam się do sklepu.Tam przed wejściem stała pani w rękawiczkach,  maseczce i przyłbicy (czy jak się to coś nazywa) z przezroczystego plastiku (plexi?) i pilnowała, żeby każdy wchodzący klient użył żelu antybakteryjnego z pojemnika zamontowanego przy wejściu. Wewnątrz cały personel zaopatrzony w ten sam sprzęt co pani przy wejściu, czyli rękawiczki, maseczki, przyłbice. Dodatkowo przy kasach zamontowano osłony z plexi. Do wózka sklepowego włożyłam wszystko co miałam zapisane na kartce poza drożdżami, których brak, poza rękawiczkami jednorazowymi i maseczkami. Znajoma pani siedząca akurat w kasie powiedziała, że leżały na półkach i leżały, aż się doczekały i zniknęły w momencie. Nie ma szans na kupienie ich. Muszę przyznać, że tym razem nie dusiłam się w maseczce. Może się człek przyzwyczaja do sytuacji, może też ma znaczenie, że wokół są ludzie wyglądających w podobny sposób.

W „odzieniu zabezpieczającym” doprowadziłam wózek sklepowy do samochodu. Zakupy, które mogą chwilę poleżeć poza lodówką wrzuciłam do bagażnika, tylko spożywcze takie „na już” przełożyłam do mojego własnego wózka na zakupy. Dopiero wtedy pozbyłam się „odzienia” w bezpieczny sposób. Mąż z psiepsiołami odjechał, ja z wózkiem poszłam piechotą do domu. Nie wsiadłam do auta, żeby przypadkiem tej francy do środka nie wnieść. W domu od razu kurtkę i spodnie wrzuciłam do pralki. Mąż wrócił szybko, wprawdzie pojechał z psiepsiołami  do torów, żeby się przebiegły po czekaniu w aucie, ale nie chciały chodzić. Szilka zaparła się wszystkimi łapkami i czekała na mnie. Ona mnie bezustannie rozczula. Jeśli wychodzimy z domu razem, ona cierpi kiedy się rozdzielamy. Myślę, że to ma związek  z jej osobistą traumą, przecież nie wiemy co przeżyła, w jaki sposób znalazła się sama w lesie.

Produkty, które przywiozłam wózeczkiem do domu umyliśmy mydłem pod bieżącą wodą i dopiero po tym trafiły do lodówki. Reszta siedzi do tej pory w bagażniku, jutro wyjmiemy, już chyba zdechło wszystko co ewentualnie tam mogło być.

Patrząc i słuchając – można zwątpić, czy jeszcze kiedyś będzie normalnie? Jeśli przetrwamy to normalność okaże się zupełnie inna niż ta, którą znamy. Ile czasu nas od niej dzieli – tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Możemy sobie życzyć, żeby jak najszybciej, żeby udało się szczepionkę stworzyć. Mam wrażenie, że to jedyne, co będzie w stanie zatrzymać to diabelstwo.

Dziś już drugi dzień kwietnia, mego najulubieńszego miesiąca. Pogoda płata figle, zimy nie było, wiosna teraz powinna zachwycać, ale chyba nie jest jeszcze przekonana na co ma ochotę. Na zasadzie: i chciałabym i boję się – raz świeci słońce, raz pada śnieg. Takie urozmaicenie.

Dowód na niespodziewane opady śniegu podczas spaceru z psiepsiołami

Śnieg ładnie na czarnej Sziluni wygląda 🙂

Wychodzenie z Szilką i Skitsem stało się wyjściem na wolność. Takie czasy. Bardziej docenia się to, co jest wokół. Wszystko koło czego przechodzimy zwykle w pędzie nie zwracając uwagi na szczegóły staje się ważne, dostrzeżone, niemal „przemedytowane”.

Jak inaczej wygląda to samo miejsce w słońcu i w pochmurny dzień. Inaczej, ale równie pięknie 🙂 Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy

Nie!

Nie chce mi się nic mówić, głowa mnie rozbolała gdy rzecznik KGP odpowiedział na pytanie czy żona z mężem, z którym mieszka w jednym domu może iść razem po ulicy. Otóż nie może, musi być 2 m. odległości…

O całej reszcie zmilczę…

Wolę pokazać niebo z dzisiejszego wyjścia z psiepsiołami, zrobione z jednego miejsca różne strony świata.

I jeszcze kwitnący wiosenny barwinek

Trzymajcie się zdrowo 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 43 komentarze

Taki dzień :)

Po raz pierwszy w życiu nie mogę przytulić mojego Małego synka w dniu naszego wspólnego święta, buuu…  🙁  🙁 🙁    Dziś właśnie mija okrągła rocznica dnia, w którym po raz drugi zostałam mamą. Mogę tylko przez telefon dziecku złożyć życzenia. Oraz tutaj.

To ma być dzieło sztuki dla Małego 🙂

SYNKU!!!!

Niech Cię omijają wszelkie niebezpieczeństwa, bądź zdrów i
szczęśliwy!!!

I jeszcze – żebyśmy mogli wspólnie spędzać wszystkie następne święta bez obaw i strachu, bez cienia i mroku jakim dziś jest powleczony świat. 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 31

Co jakiś czas Karolina przyjeżdżała do Centrum Zdrowia Dziecka w związku ze specjalizacją, zatrzymując się oczywiście na Ursynowie. Członkowie „mafii” ursynowskiej żartowali, że również jest członkiem, tylko oddelegowanym na południe w celu przygotowania gruntu pod filię. Wszak mafia powinna mieć odgałęzienia i rozpełzać się w różne strony. Karolina jest więc przedstawicielką krakowskiej części, zaś Jurand łącznikiem miedzy Małopolską i Mazowszem. Drugim miał być Michał, jako że zostali przecież formalnymi wspólnikami. Teraz właśnie „będąc młodą lekarką” i wracając z Międzylesia wysiadła z metra i udała się na bazarek po zakupy, żeby do kuzynostwa nie pójść z pustymi rękami. Wiedząc, że Teresa będzie dziś późno w domu, postanowiła odwdzięczyć się za gościnę przygotowując obiad dla całej rodziny. To nic, że trochę o innej porze zostanie podany niż kiedyś się jadało. Teraz obiad bardziej przypomina obiadokolację, ale takie czasy, życie wymaga zmian i dostosowania się do zaistniałych warunków. Poszła więc po zakupy i w sklepiku spożywczym natknęła się na Dorotę z Kajtusiem.

– No i co pan zrobił z tą pogodą – naskoczyła na właściciela Dorota.

– Pogoda jest taka jak moja mina – odpowiedział patrząc ponuro.

Kajtuś zaczął stroić swoje słynne miny tak pocieszne, że facet nie wytrzymał i uśmiechnął się całą gębą. W tym samym momencie słońce przedarło się przez zachmurzone niebo i promyczek wpadł do sklepu ślizgając się po różnokolorowych opakowaniach produktów spożywczych stojących na półce.

– O, widzi pan? – roześmiała się Dorota. – Ma pan być zawsze taki uśmiechnięty.

– Dobrze mu pani powiedziała, bardzo dobrze – wtrąciła żona.

– Bardzo dobrze – powtórzyła Kasia, która od kilku minut wybierała towar przysłuchując się wymianie zdań.

Kasia Zaremba mieszkała w tym samym bloku co Aldona. Miała dwóch synków w początkowych klasach  szkoły podstawowej. Łukasz był starszy, Kamil młodszy o trzy lata i uczyli się w innej placówce niż dzieci „mafijne”. Aktualnie Kasia przeżywała problemy osobiste związane z Jerzym, małżonkiem prawie już byłym, funkcjonowała na emocjonalnej huśtawce, na etapie godzenia się z nową sytuacją życiową.

– O, Kaśka, cześć – przywitała ją Dorota. – Dawno cię nie widziałam.

– Aaa, bo wiesz jak jest kiedy się człowiekowi życie wywraca do góry nogami. Nawet z Ciapkiem nie wychodzę o psiej godzinie tylko kiedy akurat się uda.

– Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale z naszym rocznikiem jest coś nie tak – stwierdziła Dorota. – Wszystkim nam życie się komplikuje nie do wytrzymania.

– Wiesz co? Masz rację, trafiłaś. Miałam kiedyś w ręku książkę zawierającą dziwne horoskopy z różnych stron świata. I tam jak byk stało napisane, że ludzie z naszego rocznika mają najtrudniejsze życie. Znaczy nie tylko z naszego, to się powtarza co kilka lat. Więcej szczegółów nie pamiętam, ale ten mi utkwił. I się sprawdza.

– Coś w tym może być – zastanowiła się Dorota, – bo to, co się wokół dzieje normalne nie jest. Muszę o tym powiedzieć Teresie.

– A co u niej? Nie wpadłam na nią odkąd się wyprowadziła.

– A u niej się ułożyło pozytywnie, jak w bajce.

– To się cieszę, pozdrów ją ode mnie.

– Dzięki, na pewno przekażę. Aha, powiedz mi dlaczego twój Ciapek zawsze chodzi na smyczy?

– Mój pies nie odróżnia dobra od zła i darzy wszystkich ludzi zaufaniem. Idiota po prostu. I dlatego musi chodzić na sznurku – odpowiedziała Kasia.

W odpowiedzi usłyszała parsknięcie śmiechem. Wszyscy usłyszeli i odwrócili się w kierunku jego źródła.

– Dzień dobry – grzecznie powiedziała uśmiechnięta Karolina.

– O, cześć, a ty tu skąd? – przywitała ją Dorota. – Samolot masz prywatny czy co? Wczoraj rozmawiałaś z Aldoną, myślałam, że od siebie.

– Akurat od Teresy.

– A wiesz co moje dziecko powiedziało? Dlaczego ciocia tak głośno rozmawia, nie może przez telefon?

– A, bo jakieś zakłócenia były jakby faktycznie  trzysta kilometrów nas dzieliło, nie dwie ulice i obie się darłyśmy – śmiała się „mafijna” delegatka. – Cudne są te dzieciaki.

– O tak, z nimi nigdy nic nie wiadomo, nie wiesz czego się spodziewać za chwilę – wtrąciła Kasia.

– Wy się chyba jeszcze nie znacie – zreflektowała się Dorota. – No to się poznajcie. Kasia jest sąsiadką z Aldony bloku.

– Cześć, jestem Karolina, kuzynka Teresy, nie, Juranda. A właściwie to przecież wszystko jedno – wyciągnęła rękę. – Oj, ja tak mówię, jakby było oczywistością, że się tutaj wszyscy znają.

– Bo tak jest – odpowiedziała Kasia. – Tutaj znają się wszyscy fajni ludzie. No i psiarze.

– Chyba jasne – z lekkim niesmakiem spojrzała Dorota. – Przecież to podzbiór.

– Co?

– Psiarze wchodzą w skład zbioru fajnych ludzi, jasne przecież.

– Fakt. Nie każdy może być psiarzem, na przykład z powodu pracy albo alergii – w Karolinie odezwała się lekarka. – Ale może być fajny. Zaś psiarzem nie jest snob trzymający psa nie z miłości, ale z innych powodów, prawda?

– W sumie… tak – zastanowiła się Kasia.

– A jak ja mam trzy psy, żeby pilnowały obejścia, wszystkie je lubię i dbam o nie, to co? – włączyła się żona właściciela. – Dostają dobre żarcie, mają zabawki i gryzaki do gryzienia, w dzień siedzą w dużym kojcu z budami, bo ludzi dużo i otwarta brama, ale na noc wszystko zamykam i je wypuszczam. Zawsze przychodzą, żeby je wygłaskać, poprzytulać i jeszcze je szczotkuję, żeby ładnie wyglądały. No to jak? Snobką chyba nie jestem?

– Na pewno nie – bez zastanowienia odpowiedziały chórem klientki i roześmiały się też jednocześnie.

– Żona je kocha i traktuje jak dzieci – dodał właściciel spoglądając ciepło na swoją połowicę. – Ja też je lubię, chociaż może wstyd przyznać.

– Jaki wstyd? To powód do dumy – ucieszyła się Kasia. – Ze względu na to o czym się teraz dowiedziałam oświadczam uroczyście, że zakupy będę robiła zawsze w państwa sklepie. Gdzie indziej to tylko w razie wyższej konieczności.

– Ja też – skinęła głową Dorota.

– To i ja się przyłączę, tylko rzadziej, bo jestem przyjezdna  – oświadczyła Karolina. – Ale jak przyjadę, to za każdym razem zajrzę.

Dorota z Kasią wyszły, Karolina zrobiła zakupy i zapakowała wszystko w ogromną torbę, również do kupienia w sklepie. Przy okazji wspomniała, jak – w sumie nie tak bardzo dawno – nie można było niczego kupić bez przyniesienia własnego opakowania. Na przykład torebki po cukrze i mące wykorzystywało się idąc do sklepu kupić jajka. Siatkę albo torbę też należało mieć swoją, bo jak inaczej dałoby się zabrać ze sobą kupione rzeczy? Dobrze, że zmieniło się na korzyść dla klienta. Wygodniej jest, dziś zabiegane kobiety nie muszą się martwić, że zapomniały zabrać z domu torbę na zakupy.

Wpadłszy na pomysł ulżenia kuzynce w kwestii obiadu dla rodziny, błyskawicznie ułożyła plan i zdecydowała, że przygotuje danie szybkie, łatwe i sycące. W tym celu nabyła gotowy barszcz czerwony w kartonie oraz paszteciki firmowe ręcznie robione przez mamę właściciela sklepu,  zachwalane jako bardzo smaczne. Spróbowała na miejscu, do czego niemal siłą została przymuszona i musiała przyznać, że ani źdźbła nieprawdy w słowach właścicieli nie było. Nabyła więc ilość zdolną zaspokoić apetyty licznej rodziny Zacharskich. Ponieważ nie była pewna czy Teresa ma w domu odpowiednio dużą porcję makaronu, kupiła również i ten produkt, do tego przecier pomidorowy, czosnek i cebulę. Aha, wróciła się jeszcze po żółty ser. Przyprawy Teresa z pewnością ma w domu w ilościach potrzebnych do nadania smaku potrawie.

Sos zrobił się „sam” w szybkim tempie, Karolina musiała jedynie drobniutko pokroić cebulkę oraz czosnek i podsmażyć na oleju. Dorzuciła kilka przejrzałych pomidorów, których rodzina nie zdążyła spożyć dopóki były świeże i jędrne, pokroiwszy je uprzednio w kostkę. Następnie dołożyła przecier pomidorowy, sól, pieprz, paprykę i dużo ziół prowansalskich.  Ponieważ sos wydawał się zbyt gęsty, dolała trochę soku pomidorowego do uzyskania pożądanej konsystencji. Ostatecznie doprawiona wersja przypadła do gustu najpierw Maćkowi, który wpadł do kuchni znęcony apetycznym zapachem.

– Ciocia, co tak ładnie pachnie? Daj spróbować.

– Już, już, odcedzam makaron, zaraz ci nałożę.

Maciek zdążył zanurzyć łyżkę w garnku i zlizywał nabrany sos.

– Pyyycha, naprawdę. Ciocia, ty jesteś tymczasowa kucharka? Daj mi dużo, bo głodny jestem jak wilk.

– Poczekaj, oddaj talerz – śmiała się „tymczasowa kucharka”. –  Jeszcze utartym żółtym serem trzeba posypać i świeżą, zieloną bazylią. O tak, teraz już możesz brać. Smacznego Maciusiu – z przyjemnością patrzyła jak jedzenie błyskawicznie znika z talerza.

Niedługo potem wrócili Kuba z Markiem.

– Ciocia, a ugotowałaś mój makaron? – zapytał z niepokojem głodny Kubuś.

– Oczywiście, przecież nie mogłam o tobie zapomnieć – potarmosiła ciemne włosy chłopca.

Obaj rzucili się na jedzenie pochłaniając natychmiast swoje porcje. Kuba jadł makaron bezglutenowy, który już czasem udawało się kupić w specjalistycznym sklepie.

– Ciocia, ty super gotujesz – z uznaniem powiedział Marek odstawiwszy pusty talerz. – No najadłem się, teraz muszę odpocząć.

– Jak prawdziwy góral – zaśmiała się Karolina mile połechtana pochwałami chłopców.

– Jak to?

– Bo góral musi pomodlić się, pospać, pojeść i odpocząć

– Źle mówisz – dał się słyszeć głos Juranda, który w międzyczasie wszedł do domu i przysłuchiwał się wymianie zdań. – Powinnaś powiedzieć: łotpocońć.

– Od razu lepiej, jak w prawdziwych górach – zaśmiał się Maciek.

Najpóźniej przyszła Teresa i również nie mogła się nachwalić dania kuzynki.

– Wiesz Karolcia, nic tak dobrze nie smakuje kiedy człowiek jest zmęczony jak to, czego nie musi sam robić i na dodatek ma pod nos podstawione.

– Czyżbyś chciała przez to powiedzieć, że gdybyś zmęczona nie była, to nie smakowałby ci mój obiad? – zapytała Karolina z groźną miną.

– Ależ nie… – zaczęła się tłumaczyć Teresa, została jednak zagłuszona przez wszystkich swoich mężczyzn równocześnie wyrażających sprzeciw wobec jej słów.

– No co ty mówisz, Musiu! To było pyszne! A mogłaby ciocia zawsze to zrobić jak przyjedzie? Ciocia, a kiedy u nas znowu będziesz?

– O matko kochana, w co wy mnie wszyscy wrabiacie – wreszcie wydobyła z siebie słyszalny głos „podpadnięta” pani domu. – Karolinko, jesteś wielka…

– Ja jestem nawet większa niż wielka – śmiała się „tymczasowa kucharka”. – Rzuciliście się na makaron, a ja mam dla was jeszcze czerwony barszcz z pasztecikami.

– No to będzie odwrotnie – skomentował Jurand. – Tyle rzeczy jest postawionych na głowie, że zupa po drugim daniu wcale mnie nie zdziwi, smakować będzie tak samo.

– Ja już dziękuje, najadłem się – Marek się wycofał z kuchni, Kuba poszedł w jego ślady.

– A ja podziękuję jak zjem – oświadczył Maciek rozsiadłszy się wygodniej.

Deserem podanym na kolację, żeby już do końca wszystko było „na odwyrtkę”, zajęła się  osobiście gospodyni wyjąwszy po prostu lody z zamrażalnika. Każdy z domowników wyraził głośno aplauz, po czym zabrawszy swoją porcję udał się do siebie. „Tymczasowa kucharka” wraz z panią domu zostały same i mogły wreszcie spokojnie porozmawiać na ciekawiące je tematy.

Karolina opowiedziała o czymś, co zdarzyło się po ślubie jej brata. Uroczystość miała miejsce w zeszłym roku podczas wakacji, a uczestniczyli w niej  Zacharscy całą rodziną oraz Aldona z Sergiuszem i dziewczynkami. Kaseta wideo ze ślubu i z wesela dotarła do części rodziny panny młodej mieszkającej w Stanach. Tam ją obejrzał Reniek, którego znała od szkolnych czasów.

– Mieszkał z mamą w sąsiednim bloku. Wiesz, że w małych miejscowościach praktycznie  wszyscy się znają albo są ze sobą spokrewnieni. Reniek potem się ożenił i wyjechał z żoną do Stanów. Teraz jest już kilka lat po rozwodzie. Tak się ułożyło…- zamyśliła się.

– Popatrz Karolcia, co to się z ludźmi dzieje. Gdzie nie spojrzysz, same problemy. Rozwody, kłótnie, rękoczyny. Z czego to wynika?

– Może dlatego, że kiedyś rozwodów nie było, męczyli się ludzie ze sobą aż do faktycznej śmierci jednej strony. Najczęściej była to kobieta, zmordowana rodzeniem dzieci i obsługiwaniem męża, pracą ponad siły w obejściu. Potem mąż brał sobie następną, młodszy model i historia się powtarzała.

– Przecież nie u wszystkich tak było – sprzeciwiła się Teresa, lecz zaraz westchnęła. – Ale u dużej części.

– Wiem co mówię, bo przecież jestem, jakby to określić, bliżej rdzenia, bliżej ziemi, sedna… No, jednym słowem dobrze pamiętam opowiadania dziadków i prababci jak było za ich młodości – stwierdziła Karolina.

– Właściwie masz rację. Teraz przynajmniej można uwolnić się od koszmaru, nie przeżywać tragedii. A w zamian za odwagę los może zesłać nagrodę – uśmiechnęła się Teresa ciepło. – Jak na przykład mnie w postaci Juranda i Mareczka. No dobrze, ale zmieniłam temat – zreflektowała się. – Co z tym Reńkiem? Mów dalej.

– Przyjechał.

– Przyjechał?

– Właściwie przyleciał – wyjaśniła Karolina. – Powiedział, że jak zobaczył mnie na tej kasecie to postanowił wrócić do kraju. I tak zrobił. Pomaga mi bardzo, nie dałabym sobie  rady sama z tą budową. Dzięki  niemu wszystko posunęło się do przodu i właściwie niedługo koniec.

– Fantastycznie, Karolinko, ogromnie się cieszę ze spełnienia twojego marzenia. Oczywiście pomyślałaś o własnym gabinecie.

– Pewnie, że tak. Przecież ci pokazywałam na planie. Ale słuchaj, pomyślałam, że Aldona mogłaby do mnie przyjechać na jakiś czas. Szkoła zaraz się skończy i dziewczynki będą miały wakacje. Przy okazji ją wykorzystam, żeby się źle nie czuła. Jest przecież po liceum plastycznym, ma niesamowite zdolności manualne i pomysłów mnóstwo. Wesprze mnie artystycznie, że tak powiem, przy urządzaniu domu.

– Też miałam taki plan, nawet obiecałam, że ją będę wyzyskiwać, lecz jakoś tak zeszło… Ale pomysł masz dobry, nawet bardzo.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Piątek, 27 marca 2020

Czwartek, 26 marca 2020. Podjechaliśmy do apteki. Trzeba było wykupić recepty i uzupełnić apteczne zapasy. Normalnie poszlibyśmy z psiepsiołami na długi spacer zaliczając po drodze aptekę. Niestety, trzeba iść ulicą, znaczy chodnikiem, i mijać ludzi podążających w różnych kierunkach. W tej sytuacji samochód jest bezpieczniejszy. Zapakowaliśmy psy do auta. Na drzwiach balkonowych zawisła kartka z napisem: „Mamo! Na balkonie jest mysz! Nie wychodź!”. Pojechaliśmy. W aptece otwarte okienko. Przede mną tylko jeden człowiek w przyzwoitej odległości od akurat obsługiwanego. Stanęłam grzecznie 2 metry dalej, maseczki nie zakładałam tylko chustkę a’la gangster. Pan mgr stał z boku, za szybką „okienkową” tak, aby nikt na niego nie dmuchał. W pierwszej chwili zgłupiałam – głos słyszałam, ale nie widziałam człowieka. Niewidzialny? 😉  Zorientowałam się na szczęście szybko o co chodzi, czyli szare komórki chwilami działają, hurra 🙂  Podałam panu ściągawkę, tzn. numery kodów e-recept, oraz wypisane produkty, które chciałam kupić. Poszło sprawnie, zapłaciłam kartą, guziczki wcisnęłam palcem odzianym w plastikowy woreczek i wróciliśmy do domu. Na obiad była fasola, która wg przepisu nazywała się
„po włosku”, ale Mężowi nie bardzo smakowała w podstawowym wydaniu, dołożyłam więc przecier pomidorowy, trochę oregano i dała się zjeść.
A potem ja miałam ogromną przyjemność. Mąż trafił w tv na „Nad Niemnem”. Kocham tę powieść, film też mi się podoba z racji tego, że zawiera obrazy identyczne z tymi, jakie miałam przed oczami podczas czytania zanim jeszcze film nakręcono. Tak więc oboje fotel w fotel, ręka w rękę obejrzeliśmy wspólnie. Dzień zakończyliśmy bardzo przyjemnie w towarzystwie czerwonego wina 🙂
W piątek, 27 marca 2020 konieczne było wyjście do banku. Podjechaliśmy autem, gdyby było normalnie poszlibyśmy piechotą. Oczywiście z psami pojechaliśmy i oczywiście zostawiając babci D. kartkę z info o myszy. Przed bankiem była duża kolejka, zmieniłam więc plan. Podjechaliśmy w inne miejsce do bankomatu. Nie chciało nam się od razu wracać, udaliśmy się więc do domu okrężną drogą przez Konstancin podziwiając piękne, stare wille, w których z pewnością dawniej były pensjonaty dla kuracjuszy.
Po powrocie – wydało się, że babcia D. kartkę zdjęła, na taras wyszła. Mam tylko nadzieję, że mysz się do mieszkania nie wprowadziła, bo już ciepło na dworze. Potem okazało się, że znów teściowa leki wypluła i schowała w szafie, a plastry przyklejała na szafy ściankach. Cóż, szafa z pewnością jest zabezpieczona przed demencją w przeciwieństwie Babci D.
W czasie gdy Mąż usiłował rozmawiać z matką ja się kuchnią zajęłam. I tak: trochę brokuła z bułeczką miałam to go rozgniotłam widelcem. Resztki mojego chleba namoczyłam w mleku, dodałam do brokułka. Do tego ugotowaną kaszę jaglaną, pokrojoną cebulkę, jajko, sól, pieprz, sporo przyprawy do gyrosa i usmażyłam placuszki. Wyszły nad podziw smaczne. Nawet moje szczęście zjadło chyba pięć 🙂

Improwizacja udana 🙂

Aha, a raniutko upiekłam babeczki, coś słodkiego musi być w domu, babcia D. szuka, Mąż szuka, więc niech mają.
Przepis – już Wam mówiłam: tyle samo suchego co mokrego plus dodatki. Oprócz mąki i cukru użyłam trochę otrąb owsianych, ziaren słonecznika, czarnego sezamu, jeszcze jajko dałam, rozpuszczoną margarynę, pokrojone w kostkę jabłko, proszek do pieczenia. Mokre wlewam do suchego, mieszam widelcem, łyżką wkładam do foremek (mam silikonowe, nie trzeba ich smarować tłuszczem) i piekę ok. 22 min./ 180 st. Po wystudzeniu polałam babeczki rozpuszczoną czekoladą i prezentują się ładnie.

Dobrze, że upiekłam, Duży przywiózł psie puszki, korzystając z okazji dałam mu dla dziewczynek

Spacery z psiepsiołami przy pięknej pogodzie radują i ratują. Dobrze, że można z nimi wyjść w odludne miejsca.

Specjalnie to zdjęcie  na końcu umieściłam, żeby pokazać zielone listeczki 🙂

Trzymajcie się i nie dajcie się !!!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Wtorek, 24 marca 2020

Niedziela, 22 marca. Wstaję wcześnie rano. Zawsze lubiłam, budzę się razem ze słońcem. Normalnie. Teraz normalnie nie jest. Budzę się ok. 4-ej rano i już od tej pory nie zaznaję spokoju. Natłok myśli kłębiących się w głowie nie daje zasnąć. Próbuję je jakoś okiełznać, uporządkować… Wszystko jest dobre w moim świecie… Z każdą chwilą i pod każdym względem wiedzie mi się coraz lepiej… Z miłością pozwalam radości przepływać przez moje ciało, umysł i doznania… Super! Afirmacje wspaniałe, ale na czas pokoju. A teraz jesteśmy w stanie wojny. Z koronawirusem. Ze sobą. Z własnymi lękami, fobiami, ograniczeniami. Jeszcze z głupotą i podłością.
Głupota po prostu jest. Jest szkodliwa i bezmyślna. Natomiast podłość wydaje się być przemyślana, nastawiona na korzyść, własną oczywiście… Ma własny punkt widzenia… Tak, ma własny punkt widzenia —  I co? Wymrze trochę staruchów, to dobrze, będzie mniej emerytur do wypłacania…  Dobrze, że duda zdążył podpisać przekazanie 2 mld. na tvpis, przynajmniej kampania opłacona jedynego słusznego kandydata, a tak poszłyby na
jakieś durne testy na wirusa… Po co to komu? My mamy, a ciemny lud wszystko kupi, więc można mu ciemnotę wciskać w dalszym ciągu, wszystko przyjmie… Po co robić testy emerytom? I tak umrą, a teraz przynajmniej przyczynią się do oszczędności zus-u i statystyki nie zawyżą…  Jeszcze rydzyk wydoi trochę od moherów, pojęczy, że przez wirusa ma kłopot z głosem w każdym domu…  Na pewno mu się uda i trochę na tym zarobi, on potrafi…  A i tak robimy więcej niż oni przez osiem poprzednich lat…  Cholera! Przecież my już prawie pięć…  I co z tego? Nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe. … Wybory muszą się odbyć, póki słupki są wysokie! Nie ma żadnych powodów, żeby przekładać!…
Jak się od tych myśłi odseparować? Są teorie, że wszystko co spotyka ludzkość ma przyczyny głębsze niż tylko biologiczne, fizyczne. Że u przyczyn wszystkich wydarzeń tkwi energia. Ludzkość od dłuższego już czasu żywi i podsyca nieustannie negatywne myśli, niepokoje, obawy, lęki, nastoje apokaliptyczne, wizje nadchodzącej zagłady. Widać to w filmach katastroficznych, tematyce powieści. Nawet wirus z Wuhan został przewidziany i opisany 40 lat temu (nie czytałam i nie będę, powtarzam co znalazłam w necie). I wreszcie zła energia znalazła ujście, wybuchło, pękło, rozlało się zło po całym świecie. Na zasadzie samospełniającej się przepowiedni.
Widząc podział w naszym kraju, skalę agresji i nienawiści jednej części rodaków do drugich nie wyobrażałam sobie, jak można zmienić taką sytuację, co jest w stanie sprawić zmniejszenie tych różnic, zobaczenie człowieka w kimś, kto ma inne poglądy. „…Są w ojczyźnie rachunki krzywd…” – bałam się, wprost potwornie się bałam chwili, w której przyjdzie powiedzieć  „… ale krwi nie odmówi nikt…”  Dzięki losowi, że mamy inne czasy. Niemniej jednak ofiary są, zbiera żniwo wirus, jakby był materializacją tego całego zła, które także znalazło ujście w zamordowaniu prezydenta Adamowicza.
Poniedziałek, 23 dzień marca. Zorientowałam się, że nie pomyślałam nawet, iż wiosna kalendarzowa nadeszła. Na spacerach z psiepsiołami pstryknęłam fotki, ale zapomniałam o tym zupełnie. Dziś miałam koszmarny sen, widziałam kolumny ciężarówek wiozących trumny – zupełnie tak jak pokazywali w tv. Obudziłam się z przerażeniem i świadomością, że to nie we Włoszech, ale u nas. Nigdy nie miałam proroczych snów, na szczęście. Myślę, że to po prostu projekcja przeżyć i obrazów z ostatniego czasu.
Rano były cztery stopnie poniżej zera. Dobrze, że ubrałam ciepłą kurtkę, jeszcze jej nie schowałam i całe szczęście. Skitusia też przyodziałam w jego ubranko, Szilka ma własne grube futro, ciepło jej, grzeje ją jeszcze warstwa tłuszczyku, którego ciężko się pozbyć.
Mimo zimna ptaki śpiewają, bażant w konkury uderza do swej wybranki, przyroda budzi się do życia po zimie, której nie było. Życie toczy się dalej.

Ledwo widać, ale uwierzcie na słowo, to jest bażant 🙂

Wtorek, 24 marca. Za miesiąc mam urodziny. Głupia myśl przyszła do głowy, czy będę je świętować? Teraz nie ma nic pewnego. Moja mama swoich nie doczekała, właśnie tych, które ja będę mieć w czasie epidemii. Jakieś poplątane to nasze życie w tej chwili, niby wszystko jeszcze normalne się wydaje – a nie jest. Poszłam do Biedronki po tygodniu od poprzedniej wizyty.

Na zakupy poszła Ania zupełnie nie do poznania 😉

Powiem, że byłam mile zaskoczona, towar na półkach porządnie ułożony, niczego nie brak. Nie spojrzałam na drożdże, przyznaję, mam zapas od Małego. Szłam z kartką w ręku i patrzyłam tylko na to, co w spisie, na żadne boki nie zerkałam. Chciałam jak najszybciej zakupy zrobić i wyjść. Wybrałam się rano, zaraz po otwarciu. Biedronka przysłała sms z informacją, że seniorzy są obsługiwani w pierwszej kolejności w ciągu tej właśnie godziny. Nie było potrzeby korzystania ze specjalnych uprawnień, nie było tłoku, odległość między klientami zachowana. Tak z łezką w oku …. wydaje się, że dopiero co inne uprawnienia mogłam wykorzystać, by „w kolejce bez kolejki” sprawy załatwiać …  z dzieckiem na ręku…. A teraz to dzieci mnie zakupy przywożą…
Wróciłam do domu najszybciej jak mogłam, na obiad usmażyłam domownikom kotleciki z kurczaka ze złocistą przyprawą (Mąż lubi). A dla siebie wymyśliłam, albo raczej kiedyś przeczytałam i teraz mi się przypomniało, czerwone kotleciki. Zrobiłam tak: puszkę czerwonej fasoli ugniotłam tłuczkiem do ziemniaków, tzn. fasolę wyjętą z puszki i opłukaną, nie puszkę 🙂 Cebulkę pokroiłam i wrzuciłam na patelnię z odrobiną oleju, do tego pokrojony czosnek, po chwili utartego na dużych oczkach surowego buraka, trochę płatków owsianych, sól, pieprz, paprykę, curry. Jak się poddusiło i nieco ostygło, wymieszałam z fasolą, dodałam jeszcze surową cebulkę. Nie dałam jajka ( Mały przestał jajka jeść), ale i bez jajka uformowałam kotlety, dzięki fasoli bez trudności.  Użyłam bułki tartej jako panierki i usmażyłam. W smaku bardziej czułam fasolę, Mały zadzwonił, żeby się podzielić wrażeniami smakowymi i orzekł, że on czuł przede wszystkim buraka. Smakowały mi bardziej na zimno i myślę, że do chleba będą się też nadawały. Spróbuję na śniadanie.
We Włoszech odrobina nadziei. U nas – nadzieja, że tak źle nie będzie.                                       Wiosna pomału się zbliża, choć temperatura rano była poniżej zera.

Po drodze spotkaliśmy ptasią rodzinkę 🙂

Nadziei i zdrowia przede wszystkim, trzymajcie się!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 54 komentarze