„Widocznie tak miało być” – 30

W sobotę na giełdzie zwanej „Na dołku” Aldona spotkała Mariannę, zaprzyjaźnioną  sąsiadkę Majki zza ściany, od dawna będącą członkinią „mafii”. Od Teresy wiedziała, że Marianka zainteresowała się czas jakiś temu Tarotem, Księgą Przemian I Czing i nieustannie pogłębiała swą wiedzę w tej materii. Postanowiła wykorzystać okazję i umówiła się na wieczór wróżb oraz odkrywania tajemnic. Po telefonicznej  konsultacji zabrała ze sobą dziewczynki i Tinę wiedząc, że zapewnione będą miały towarzystwo synków gospodyni oraz jamniczki Alfy i kotki Kuleczki.

Marianna otworzyła trzymając się za szczękę.

– Byłam u dentystki – wyjaśniła. – Zamiast szybkoobrotowej wiertarki włączyła taką starą jak traktor. Myślałam, że mózg mi wyjdzie uszami i zacznie latać w koło głowy.

– To może przełożymy spotkanie na inny dzień skoro źle się czujesz? – zatroskała się Aldona.

– No co ty, taki drobiazg miałby nam przeszkodzić w miłym i pożytecznym spędzeniu czasu? Dzieciaki już się zajęły swoimi sprawami, widzisz?

Rzeczywiście, dzieci zniknęły w pokoju chłopców i po chwili słychać było ich komentarze podczas oglądania filmu. Obie suczki, mała i duża, po uważnym, ostrożnym obwąchaniu się,  usiadły każda w pobliżu swej opiekunki bez nieprzyjaznych gestów. Po pewnym czasie wypełnionym uważną obserwacją zbliżyły się do siebie ponownie i widocznie doszły do porozumienia, bo niedługo potem  szalały jakby znały się od dawna. Gospodyni wypuściła je do ogródka, gdzie miały więcej miejsca i zabawek.

– Ja wprawdzie u dentysty nie byłam, ale za to mi się autobusy pozmieniały – westchnęła Aldona. – Jak głupia się poczułam.

– Jak to?

– Ano tak to, że jakiś pechowy dzień miałam. Pozmieniali autobusy, nie ma „U” i 508. No to się przesiadam, gonię i z 504 wysiadłam przystanek za wcześnie. Wskoczyłam w 514 ale tak miałam w głowie, że się muszę przy Wałbrzyskiej przesiąść, że wyskoczyłam tam i w ostatniej chwili złapałam następny autobus nie patrząc na numer linii, żeby podjechać. Jak już usiadłam na miejscu, dopiero wtedy zobaczyłam, że jestem w tym samym, z którego wysiadłam poprzednio. Jak już zorientowałam się co zrobiłam, głupio mi było znów przy onkologii przesiadać się w ten sam autobus, z którego wysiadłam chwilę temu, więc  dojechałam do pętli robiąc sobie wycieczkę krajoznawczą po Natolinie. Zrozumiałaś coś z tego?

– Ja tak – śmiała się Marianna. – Ale jak ktoś nie mieszka na Ursynowie i nie zna naszych połączeń autobusowych, za chińskiego boga się nie wyzna.

– Bo my jako ursynowska „mafia” jesteśmy osobnikami wyjątkowymi  – dodała Aldona. – Marianka, ty nie masz pojęcia, jak ja wciąż się cieszę, że tu należę, jestem, znaczy, no, mieszkam na Ursynowie. Od tego się zaczęła lepsza część mojego życia.

– Ja niedawno też miałam przygodę lokomocyjną – przypomniała sobie Marianna. – Wsiadłam w metro, bo chciałam być szybciej w domu ale stanęło, coś mu się zepsuło.

– Temu metru – zaśmiała się Aldona ze skojarzenia z Bareją i „Misiem”.

– Dokładnie – przytaknęła Marianna. – Wyszłam na górę, patrzę  i ni czorta nie wiem gdzie jestem. Wszystko się pozmieniało jak metro zasypali. Burza, deszcz, wiatr, ohyda! Wreszcie jest przystanek, 503 podjechało, dotarłam okrężną drogą na twój bazarek i jeszcze kawał drogi musiałam pokonać. Zamiast wcześniej byłam w domu dużo później.

– Tak to z komunikacją bywa, ciągle jakieś przygody – westchnęła Aldona.

– Chodź do pokoju, siadaj. Nie, nie na tamtym fotelu, on się rozlatuje – krzyknęła gospodyni. – Tutaj, proszę cię bardzo.

– O rany, dobrze, że mnie powstrzymałaś – Aldona głęboko wciągnęła powietrze do płuc. – Klapnęłabym na podłogę jak nic.

– Daleko byś nie poleciała, nie martw się – bagatelizująco machnęła ręką Marianna. – Nic by ci się nie stało. Już kilka osób miało tu bezpieczne miękkie, lądowanie.

– Mnie może i nic, ale… no nic, dobrze, że mnie powstrzymałaś – zakończyła prawie upadła kobieta.

Marianna spojrzała uważniej na swego gościa. Miała oczy patrzące spokojnie, oczy osoby pewnej siebie, świadomej swojej wartości, sprawiające wrażenie, że przenikają w głąb duszy i potrafią dotrzeć do najskrytszych tajemnic.

– Kawę chcesz czy herbatę – spytała gościa. – A może zieloną herbatę, od niedawna jest już dostępna w zdrowych sklepach i sama jest zdrowa…

– Wiem, przecież mam osobisty zdrowy sklep – uśmiechnęła się do gospodyni. – Odkąd Magda otworzyła swój w osiedlu,  nieźle się podszkoliłam w kwestii zdrowej żywności i ziołolecznictwa.

– No racja, przecież i ja u niej robię zakupy, zieloną herbatę też mam od niej.

– Poproszę, niech będzie zielona – uśmiechnęła się Aldona. – Trzeba zacząć dbać o siebie.

Po chwili na stoliku znalazły się dwie filiżanki z parującym naparem. Marianna wyjęła z pięknie zdobionego pudełka książkę owiniętą w złoty materiał oraz karty.

– To nie czary – spojrzała z uśmiechem na coraz bardziej przejętą Aldonę – Owijam, żeby się nie zniszczyła. Zaczęłam się interesować wyrocznią kiedy sama miałam problemów od groma i próbowałam sobie jakoś z nimi poradzić.

– Słyszałam kiedyś, że w Tarocie diabeł podpowiada – powiedziała trochę niespokojna Aldona.

– Głupoty kompletne – odrzekła Marianna. – Tak bredzą ci, co myśleć nie potrafią i tworzą spiskowe teorie dziejów. Cała tajemnica polega na tym, zresztą jak też w I Czingu, że zadajesz konkretne pytanie. Czyli musisz sama zastanowić się nad swoim problemem, nazwać go, pomyśleć nad wariantami rozwiązania sytuacji a potem jeszcze przeanalizować przekaz wyroczni. Jak widzisz, żadnych czarów w tym nie ma. Jeśli uda ci się skoncentrować na problemie i analizie, sama znajdziesz najwłaściwsze dla siebie rozwiązanie.

– Brzmi sensownie – zgodziła się Aldona. – W normalnych warunkach nie potrafię się skupić, rozprasza mnie byle co, chciałabym rozwiązać kilka problemów jednocześnie i to natychmiast albo jeszcze prędzej, jak mawia tata Majki i Tereski. I złoszczę się, że nie daję rady.

– Wyrocznia podpowie ci po prostu o czym masz myśleć, na czym powinnaś się skupić – powiedziała Marianna rozkładając karty.

Dzieci pobiegły na podwórko, psy rozłożyły się na trawie, zmęczone skokami i bieganiem wokół ogródka. W domu zapanowała cisza rozpraszana delikatnymi, cichymi dźwiękami muzyki. Marianna niczym prawdziwa wróżka przekazała Aldonie znaczenie kart, które od razu trafiło do jej świadomości. Miała wrażenie, że rozjaśnia się mrok w jej duszy i zaczyna świecić światło.

– Coś podobnego, sama prawda – powiedziała zdumiona. – Ty chyba naprawdę jesteś czarownicą.

– O, wypraszam sobie – zaśmiała się Marianna. – Czarownice są stare, brzydkie, bezzębne i mają haczykowate nosy. Czy ja pasuję do tego obrazu?

– No nie, w żadnym wypadku. Najwyżej do obrazu czarodziejki.

– Tak może być, podoba mi się i tego się trzymajmy. Chcesz jeszcze słuchać, czy masz dość?

– Chcę, chcę jak najwięcej, bo muszę całkiem zmienić mnóstwo rzeczy.

– Tak mi tu wychodzi… Zrób coś wreszcie spontanicznie, coś odmiennego od zwykłych, codziennych czynności, posłuchaj intuicji i nie bój się więcej. Gnębią cię wciąż sprawy z przeszłości, odrzucenie albo porzucenie w dzieciństwie, samotność. Najwyższa pora z tym skończyć. Jeśli ci się uda, staniesz się pewną siebie, odważną, niezależną kobietą.

– Ba, wiem o tym, ale jak to osiągnąć, Marianno, w jaki sposób?

– To proste. Docenić siebie i przestać umniejszać swoją wartość.

– Uważasz, że to proste? Dziewczyno, to niemożliwe do osiągnięcia.

– Mylisz się. Wystarczy trochę popracować nad sobą, zrozumieć prawa rządzące wszechświatem…

– Marianko, litości. O czym ty do mnie mówisz? Nad sobą to ja pracuję nieustannie, żeby w łeb nie wyrżnąć takiej jednej… koleżanki. Od tego chyba bardzo daleka droga do tajemnic wszechświata.

– Czyli początek masz za sobą – ucieszyła się „czarodziejka” Marianna. – Teraz wystarczy się skupić na pracy z afirmacjami.

– Teresa już mi dawno o tym mówiła – mruknęła Aldona. – Nawet dała książki do czytania, ale gdzieś je rzuciłam i nie zaglądałam.

– Odszukaj, na pewno dała ci dobre pozycje, przydadzą się. Czekaj, co ci jeszcze mogę powiedzieć… Po prostu wykorzystuj swoje talenty i ruszaj do przodu. Wygląda, że lata pracy zostaną wynagrodzone, ale wciąż będziesz na wysokich obrotach.

– Jakie talenty? Chyba ci się karty pomieszały. A na wysokich obrotach to ja jestem nieustannie od niepamiętnych czasów.

– Doniczko kochana, nie pomieszałam kart – z wielką życzliwością i sympatią „czarodziejka” spojrzała „klientce” w oczy. – Wszystko będzie dobrze, ułoży się po twojej myśli, cierpliwości i spokoju tylko ci trzeba. Ćwicz asertywność, wykorzystuj swoją kreatywność w międzyczasie i rozwiązuj konflikty dyplomatycznie.

– Z dyplomacją będzie gorzej, bo cierpliwość mi się chyba wyczerpuje. A ta asertywność z kreatywnością do spółki?

– Nowe słowa, ostatnio robiące karierę i wpychane wszędzie czy trzeba czy nie, oznaczają  po prostu robienie użytku z szarych komórek i bez zahamowań forsowanie swoich pomysłów,  reklamę swojej działalności i ogólnie promocję swojej twórczości i siebie.

– To nie jest normalne – oświadczyła Aldona. – Uczono mnie, że trzeba być skromną, grzeczną, cichą i nie pchać się przed innych. A chwalić samą siebie to już w ogóle przestępstwo.

– Tak, czasy się zmieniły. Trudno nadążyć za zmianami, które nijak nie przystają do tego, czego byłyśmy uczone od urodzenia. Nic to, Doniczko, wyraźnie mi wychodzi, że sprawy ułożą się po twojej myśli, jak ci już powiedziałam i poradzisz sobie. Tylko nieco wysiłku włożyć musisz w siebie samą, że się tak wyrażę. Kreator to twórca…

– Brzmi nieźle. Twórca własnego życia… Myślisz, że o to chodzi, między innymi oczywiście?

Nastrojowa chwila przerwana została gwałtownie i głośno, ponieważ domofon pod niecierpliwą ręką Majki zdawał się wołać głośniej i natarczywiej niż zwykle. Za moment Majka wtargnęła do mieszkania, tym razem bez Aby, która szczekała na swoim balkonie.

– Marianka, ratuj!  Klucze zostawiłam w pracy, skleroza jedna, nie mam jak wejść do chałupy a psica zaraz górą wyskoczy. O, Doniczka – spostrzegła gościa dopiero gdy przerwała dla zaczerpnięcia tchu i wyjaśniła: – Marianka ma moje zapasowe klucze i mnie ratuje w razie potrzeby. Przeszkodziłam wam?

– Nie, już właściwie skoczyłyśmy. Resztę Doniczka musi sobie przemyśleć w samotności. Siadaj, zrobię ci kawę.

– Z chęcią, ale najpierw muszę wypuścić Abę – Majka z kluczami poszła do siebie i wróciła po niedługim czasie bez Aby.

– Gdzie masz psicę? – zdziwiła się Aldona.

– Grzegorz wrócił, jakby nie mógł odrobinę wcześniej, nie zawracałabym wam wtedy głowy. Aba zaś tak go uwielbia, że skoro już się pojawi, nie odejdzie od niego na krok. Tak więc jestem wolna – uśmiechnęła się. – Coście tu dziś czarowały?

– Zaczarować to by trzeba większość polityków – skrzywiła się Marianna.

– Masz całkowita rację. Ja chyba jestem z innego świata – stwierdziła Aldona. – Czuję się chwilami zupełnie tak, jakbym się żywcem przeniosła w sam środek XIX- wiecznej powieści. Z wierzchu wygląda wszystko niby normalnie, jak teraz, ale wewnątrz jest jak wtedy. Albo nie, gorzej. Wtedy obowiązywały jakieś  wartości i zasady, istniały prawa moralne, uznane normy zachowania, do których należało się stosować, były jakieś pewniki, coś stałego. Do kogoś lub czegoś można się było odwołać na przykład do policjanta czy patriotyzmu. A dziś? To nawet nie kryzys wartości ale, w szerszym zakresie, ich zanik.

– Gęba pełna frazesów, a w środku czarna dziura – przytaknęła Majka.

– Ja to odczuwam podobnie – skinęła głową Marianna.. – Afery, korupcja, świństwa robione przez polityków sobie nawzajem bez cienia pojęcia o czymś, co nazywa się „dobrem publicznym”, coś takiego nie istnieje na skalę kraju.

– Jest, oczywiście, że jest, ale wewnątrz poszczególnych jednostek, gdzieś w duszy. Ale w szerokim zakresie  zdecydowanie nie ma, przynajmniej nie widzę – dodała Aldona.

– I w młodym pokoleniu nie ma – włączyła się „staruszka”  Majka – Zresztą, skąd oni mają się czegokolwiek nauczyć. Idę wieczorem z psem, okna otwarte, bo ciepło i co słyszę? Ano, jak rozmawia ze sobą przeciętna polska rodzina, żonglując głównie słowami na „k”, na „ch” i na „p”, wrzaskiem coś sobie przekazują  tonem, w którym dominuje złość przeplatająca się z agresją. Horror po prostu.

– I w takich domach maleńkie dzieci od urodzenia uczą się życia. No to czego one się nauczą i czego można od nich wymagać? Jeśli młoda matka drze się jak opętana na dziecko siedzące w wózku, wczoraj widziałam taką scenę po wyjściu z metra, to czy ono będzie normalne? Jakie społeczeństwo wyrośnie z takich dzieci? – zastanowiła się Marianna.

– Odnośnie darcia się na dzieci, to ja chyba jestem niechlubnym przykładem – zaczęła Aldona.

– Mamusiu, no co ty – wtrąciła Linka, która po cichu wśliznęła się za Majką i od pewnego czasu uważnie przysłuchiwała się rozmowie. – Ty tylko krzyczysz, ale nie zawsze przecież. Drze to się mama Moniki. No, ona to się dopiero drze.

Do mieszkania wpadła reszta towarzystwa, która w międzyczasie zdążyła zaliczyć oglądanie drugiego filmu oraz zabawę na podwórku i przeleciawszy przez kuchnię  w celu zabrania chipsów z papryką znalazła się w pokoiku, skąd po chwili rozległ się krzyk.

– Mamo, Kuleczka nam na biurko nasikała!

– Nie, to ja – odpowiedziała Marianna i roześmiała się patrząc na zaskoczone miny obecnych. – Tylko podlewałam kwiatki.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 11 komentarzy

Czwartek 19.03.2020

Nie chce mi się wymyślać tytułu do każdego wpisu zawierającego aktualności, dlatego postanowiłam wpisywać daty. Tak powstają zapiski w czasie zarazy koronawirusowej.
We środę poranny spacer z psiepsiołami odbyłam w pięknych okolicznościach przyrody (jak to się teraz mawia), czyli w lasku i na łące gdzie cudne poranne mgły i układ chmur na niebie dawały złudzenie pobytu w górach. Potem stwierdziłam, że przyszedł czas aby zajrzeć w zakamarki szafek kuchennych i sprawdzić co się tam ukryło. Znalazłam m.in. odrobinę ciemnej soczewicy, dorzuciłam ją więc do zupy. W lodówce miałam kostkę białego sera, nie nadawał się już do bezpośredniego spożycia, był zbyt kwaśny. Wrzuciłam go do miski, dodałam 2 jajka, mąki tak ze 3 czubate łyżki, cukier waniliowy. Powstałą masę (niezbyt rzadką) kładłam łyżką na patelnię, rozpłaszczałam tę „kupkę”, smażyłam z obu stron. Na koniec posypałam cukrem pudrem. Wyszły nieduże placuszki, które zniknęły w piorunującym tempie 🙂

Tu cztery ostatnie udało mi się uwiecznić przed unicestwieniem 🙂

Na śniadanie zaś do chleba zrobiłam smarowidełko wykorzystując resztkę żółtego sera, resztkę czerwonej cebulki z wczoraj i resztkę czosnku też z wczoraj. Do tego szczypiorek z doniczki na oknie, sól, pieprz i masło. Utarłam łyżką drewnianą te wszystkie składniki
prawie na miazgę i takie „resztkowe” żarełko powstało całkiem zjadliwe.

Ostatnio smakuje mi tylko tostowe pieczywo i to na zimno, poza tym ma dłuższą trwałość co się dziś liczy

Zorientowałam się za późno, że mam tylko 2 kg cukru. W sklepie nie było. Pójdę za kilka dni uzupełnić zapasy, ale mogę nie trafić na dostawę. Powinnam przestać słodzić, dawno się przymierzałam, próbowałam kilka razy, ale nie wyszło. Może teraz z konieczności…
A dziś rano, po powrocie z lasku, odszukałam przepis według którego moja mama piekła chleb (w prodiżu).

Oczywiście wg tego samego piekła babcia. Mam przed oczami/ w duszy/w sercu scenę – siedzę przy stole w kuchni w Tenczynku, na  stole stolnica i babcia robi ciasto/chleb/makaron. Tak dobrze pamiętam czynności 🙂  Podczas przygotowywania chleba najpierw do garnka wrzucała drożdże, łyżeczkę cukru, mleko i mieszała do rozpuszczenia drożdży. Potem sypała mąkę, wyrabiała drewnianą łyżką wbijając dużo powietrza. Odstawiała do wyrośnięcia, potem przerzucała na stolnicę, wyrabiała znowu. wkładała do brytfanki, w której znowu rosło i potem piekła w tzw. szabaśniku (piekarniku) kuchennego pieca. Po odpowiednim czasie stwierdzała: „ma dość” i zawsze wypiek był idealny. Upiekłam czując obecność mamy i babci koło siebie  i zupełnie dobry wyszedł. Wiele razy tak się zdarza, że kiedy intensywnie myślę o bliskich zza Tęczowego Mostu, potem wyraźnie czuję ich obok siebie. Jak wielka jest siła uczuć, a może tylko sugestii? Nie wiem, w każdym razie  „…czucie i wiara silniej mówią do mnie…”

Jeszcze nigdy taki ładny i smaczny mi nie wyszedł, tym razem jakbym go przygotowywała w obecności babci 🙂

Siedzieliśmy z Mężem przy śniadaniu kiedy Skits dostał ataku padaczki, poprzedni przytrafił mu się prawie rok temu, więc wcale już o tym nie pamiętaliśmy. Jest to okropne przeżycie i dla nas i dla niego. Potem bidulek sprawia wrażenie, że stracił pamięć, obchodzi całe mieszkanie i wszystkie kąty obwąchuje jakby się znalazł w nieznanym sobie miejscu. Tym razem obyło się bez piany cieknącej z pyszczka, więc nie był to atak o najsilniejszym natężeniu. Choć wszystkie inne objawy towarzyszące – były.
Po zażegnaniu niebezpieczeństwa i uspokojeniu się sytuacji przystąpiłam do zaplanowanych wczoraj czynności, czyli zrobiłam mielone kotlety drobiowe dla domowników, a dla siebie kotlety z kaszy jaglanej, pieczarek, cebulki, bułki namoczonej z dużą ilością przyprawy do
gyrosa. Smaczne wyszły.

Kładłam łyżką na patelnię, szybszy sposób niż formowanie w sposób tradycyjny rękami i panierowanie

Jednak nie da się uciec od realu i szlag mnie trafia kiedy słucham tego, co w tej chwili pie…lą w kwestii przeprowadzenia wyborów! Tego się nie da słuchać! Czy oczy się niektórym otworzą dopiero wtedy gdy – jak we Włoszech – będzie za późno?

Młoda sąsiadka zastukała z ofertą pomocy w zakupach jakby było trzeba. I to jest miłe i przywraca nadzieję 🙂  Zresztą – mamy cudowne, wspaniałe społeczeństwo gotowe do pomocy, to tylko jakaś część nie rozumie powagi sytuacji i zagrożenia włócząc się stadami i puszczając dzieci na place zabaw. Niestety, ta mniejsza część może spowodować śmierć ogromnej ilości osób  przez głupotę i nieodpowiedzialność. Poprzez dopuszczenie do wyborów w czasie zarazy również. Mam w oczach obraz z Włoch – kolumna ciężarówek wywożących niezliczoną ilość trumien z ciałami ofiar zarazy. Oni też na początku lekceważyli sobie koronawirusa i zalecenia pozostania w domu, by zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii…

ps. Dziecko wpadło z zaopatrzeniem, mam drożdże i cukier i mnóstwo innych zapasów. Zostawił torby, pomachaliśmy sobie na odległość, z daleka wymieniliśmy parę słów. Nie mogłam przytulić mojego synka!!! Ale dla wspólnego bezpieczeństwa tak musi być.

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Tenczynek | 19 komentarzy

Wtorek 17.03.2020

Wczoraj ruszyłam w komódce półkę ze starymi książkami od babci z szafy. Właściwie to jedyne pamiątki, więcej z domku nie mam nic poza wspomnieniami. Są one tak żywe, że chwilami mam wrażenie iż przenoszę się w czasie i znów jestem małą dziewczynką mieszkającą z dziadkami w Tenczynku. Wyjęłam jedną z książek, którą czytałam podczas każdych wakacji. To Artura Gruszeckiego „Tatarzy w Sandomierskiem” wydana w 1928 roku (moja mama miała 5 latek) nakładem Towarzystwa Szkoły Ludowej w Krakowie. To wszystko nic. Wzięłam lupę, żeby odczytać napis na pieczątce i zobaczyłam, że jest to pieczątka Związku Okręgowego TSL w Brzeszczach! Jaki ten świat mały, prawda? Po prawie stu latach od wydania książki dopatrzyłam się tej pieczątki, a miejsce, w którym ktoś ją przybił (w sensie miejscowosci)  wsławiło się swoją mieszkanką, która z kolei wsławiła się m.in. przegraną 1:27 uznaną za sukces. Tak to się plecie na tym świecie…

Nie wiem jak to teraz obrócić, żeby nie leżało na boku 🙁

Rano w szybkim tempie udałam się po chleb. Wzięłam trzy bochenki (pokrojone, w folii) i dwa tostowe. Chleb podzieliłam i włożyłam w zamrażalnik, już teraz będę spokojniejsza, że dla domowników nie zabraknie z dnia na dzień. W mojej Biedronce personel w maseczkach
(w sobotę były tylko rękawiczki), puste miejsca na półkach, nie ma cukru, drożdży, proszku do pieczenia. Złapałam jeszcze masło, jedno mleko (stały 2 butelki świeżego, zostawiłam drugą, żeby ktoś jeszcze skorzystał), dwa kartony UHT (też już końcówka), jajka, śmietanę, dwie rolki papieru toaletowego takiego luzem, bez opakowania, mielone drobiowe (przedostatnie) na kotlety dla rodzinki i odetchnęłam, że dla nich mam. Wczoraj ugotowałam gar zupy z soczewicą. Nie wiem czy im będzie smakować, ale trudno. Jak się nie ma co się lubi – to się lubi co się ma. Chociaż Andrzej Poniedzielski ostatnio śpiewał o nas (w sensie o rodakach ) -” Jak się nie ma co się lubi, to się nie lubi tego, co się ma”. Coś w tym jest…
Poza tym wirusisko macki rozpościera, kolejne ofiary zabiera i czekać trzeba aż znajdzie sie na niego antidotum. Oby szybciej.
Z psiepsiołami spacery w ustronnych miejscach są okazją do dotlenienia organizmu niezawirusowanym powietrzem.

To coś białe na ziemi to szron, wyglądał przepięknie w porannych promieniach. Były tez sarny, całe stadko, były bażanty i mnóstwo innych ptaków. Zwierzęta czują wiosnę.

Trzymajcie się !!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 43 komentarze

Sobota 14.03.2020

Poszłam rano po konieczne zakupy – chleb, masło, mleko. Przy okazji wzięłam rzeczy, które się akurat kończą – żel pod prysznic, szampon, pastę do zębów i najważniejsze: puszki dla Szilki. Z tym ostatnim produktem był kłopot, nie tylko dziś, od kilku już dni nie ma tych, które normalnie kupuję, musiałam więc wziąć to, co było. Bez problemu i bez kolejki sprawę załatwiłam. Przy kasie tylu klientów co w normalnym dniu w środku tygodnia, nie w sobotę przed „zamkniętą” niedzielą. Pani kasjerka miała rękawiczki i to była jedyna różnica. Być
może później przyszło więcej ludzi, ja odwiedziłam Biedronkę niedługo po otwarciu. Mąki nie było, kilka torebek kukurydzianej widziałam. W stronę półki z cukrem nie spojrzałam, więc nie wiem czy był.
Wróciłam do domu, oczywiście umyłam dokładnie ręce, wypakowałam z wózka zakupy myśląc sobie, że wirusisko może być wszędzie, absolutnie wszędzie gdzie tylko zechce i tak naprawdę nie ma sposobu, żeby go zatrzymać. Mogę tylko wierzyć, że akurat nie było go
tam gdzie byłam ja. No więc tak: zakupy zrobione, można zostać w domu. Upiekłam ciasto drożdżowe wg przepisu znalezionego między zapiskami mamy, wyciętego ze starej gazety. Nie wiem już z jakiej, może z Ekspresu Wieczornego?

Ten „model” upieczony był w zeszłym tygodniu na próbę, posypany został cukrem pudrem

To dzisiejszy wypiek, nie zdążyłam ładnie wyłożyć do zdjęcia ponieważ został brutalnie potraktowany nożem przez moje szczęście jeszcze w papierze do pieczenia i na desce 🙂

Co jeszcze zrobiłam? Dla siebie na obiad, tak na szybko, kotleciki/placki z ugotowanych ziemniaków, które utarłam na tarce, dodałam jajko, cebulkę pokrojoną drobno, trochę mąki ziemniaczanej, sól, pieprz, czosnek granulowany. Wymieszałam dokładnie, łyżką kładłam na patelnię na rozgrzany olej i usmażyłam z obu stron.
Dlatego osobno zrobiłam dla siebie, że od środy popielcowej nie jem mięsa w ogóle nawet drobiu. Przygotowuję dla Męża i babci D. lecz sama się powstrzymuję i dobrze mi z tym 🙂 Zrobiłam ostatnio – wszystko na szybko – dwa rodzaje takich kotleto-placków.
1. Resztkę kaszy bulgur, która została z obiadu, połączyłam z utartą pieczarką, jajkiem, odrobiną mąki ziemniaczanej, przyprawą do gyrosa, dokładnie wymieszałam i kładłam łyżką na rozgrzany olej.
2. Tym razem wykorzystałam resztkę kaszy gryczanej, do niej dodałam jajko, pokrojone dwa plasterki sera (radamer akurat miałam), trochę mąki, wymieszałam i usmażyłam kładąc łyżką na patelnię.
Za każdym razem wyszły mi 4 sztuki. Mężowi smakowały z kaszą gryczaną, zmusiłam go do spróbowania wszystkich.

Tak wyglądały dzisiejsze

W ramach chwilowego zapomnienia o koronawirusie obejrzeliśmy „Sabrinę” z 1954 roku z Audrey Hepburn i Humphreyem Bogartem. Rozmarzyłam się patrząc na modę, fryzury, urodę, kobiecość, maniery, elegancję panów…  Ach, jakie to wszystko inne, o lata świetlne
oddalone od dzisiejszego czasu pod każdym względem. Potem trafił się biegun przeciwny, któryś odcinek „Chłopów”. Tu z kolei miałam odmienne odczucia (książkę kocham, dawno temu czytałam kilka razy pod rząd, oraz nieskończoną ilość razy na wyrywki) i cieszyłam się, że rzeczywistość nasza jest już zupełnie inna. Choć oczywiście ludzkie charaktery pozostają takie same od początku świata.

Oby w tych trudnych chwilach przeważały pozytywne cechy naszych ludzkich charakterów, i żeby już tak zostało na czasy powirusowe… 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 35 komentarzy

Przedwiośnie, spacer o świcie

Przez te wszystkie cuda elektroniki pewnie niedługo oszaleję. Niby już opanowałam odbieranie telefonu, nawet pisanie komentarzy chwilami mi się udaje, ale nie u wszystkich i nie zawsze. Za chińskiego boga nie chce się opublikować i znika. To samo z wejściem na
niektóre blogi, nie da się i nic nie potrafię poradzić. Muszę czekać do następnej wizyty Dużego. Teraz mi ustawił kolory, bo dziwne były, zrobił jakieś hokus-pokus i zdjęcia robione tym telefonem od razu lądują w Lapciu. Świetnie, tylko ja ich stamtąd na blog nie umiem
przerzucić 🙁  Denerwuje mnie też straszna ilość jakichś ikonek, których nigdy używać nie będę, bo ani gier nie używam, ani muzyki w ten sposób nie słucham, ani kupować niczego nie mam zamiaru, ani robić wielu innych rzeczy. Natomiast uzupełniłam (sama!) kontakty,
zdjęcia kontaktów wstawiłam, zdjęcia potrafię też „obrobić”, zmieniłam sobie tapetę na ekranie startowym na własnoręcznie zrobioną fotkę, w dowolnym miejscu w domu mogę sobie przejrzeć pocztę, wiadomości – i to jest fajne, bo  Lapcio musi być na sznurku, czyli muszę go podłączyć do rutera, inaczej nie łapie internetu, nie widzi go, bo stary i ślepy zupełnie jak ja 😉

Z psiepsiołami wychodzę bladym świtem, to znaczy teraz już dzień dłuższy mamy, więc i świt nie taki blady, ale kilka zdjęć zrobiłam i pomyślałam, że pokażę Wam jedną z tras spacerowych, oczywiście jedynie wybrane fragmenty.

 

 

 

Idąc tą trasą mam wrażenie, że znajduję się na zapadłej wsi i na tym cały urok polega 🙂 Jest to bardzo mylące, ponieważ uwieczniona dróżka znajduje się między ruchliwymi ulicami, lecz jest to enklawa, jakby w skansenie. Stoi dom obok którego jest uprawiane pole, gęsi i kury w zagrodzie, nawet koń pasie się między jabłoniami. Dalej jest osiedle, właściwie taka dzielnica willowa, dzielnica domów o podobnym wyglądzie, stawianych wyraźnie w tym samym czasie i według podobnego projektu. Idę tamtędy z uczuciem, jakbym była na wakacjach, Mąż ma takie same odczucia. Domek na ostatnim zdjęciu stoi niedaleko nowoczesnego, ekskluzywnego osiedla, takie pomieszanie z poplątaniem, stylów, czasów i w ogóle wszystkiego. Całe nasze życie jest ostatnio takie poplątane. I wirus nam wszystko poplątał…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 41 komentarzy

Wiosna i dziewczyńskie święto :)

Wiosna wyraźnie ma dość czekania na swoją porę kalendarzową. Skoro nie było śniegu, nie było prawdziwej zimy to ona, wiosna, dłużej czekać nie będzie w przedsionku, czyli w przedwiośniu i pokaże się za chwilę w pełnej krasie. Z zadziwieniem patrzyłam na cudne
krokusiki, nie spodziewałam się zobaczyć śladów wiosny tak wcześnie.


Uświadomiłam sobie wczoraj na blogu Lucii, że to już Dzień Kobiet. Jakoś mi szybko zleciał ten czas i naprawdę nie zauważyłam, że to już. Czasem bywało tak, że na to święto pierwszy raz zakładało się pantofle. A bywało i tak, że w kozakach wysokich szło się po brei pośniegowej. W tym roku nie ma się co topić, nie było śniegu nawet przez cały jeden dzień, co się dotąd za mej pamięci nie zdarzyło. Mnie osobiście to nie przeszkadza, zimna nie lubię, ale zdaję sobie sprawę, że dla roślin to jest bardzo niedobra sytuacja.
U Lucii przeczytałam o piwoszkach od Salmiaki. Czym prędzej skoczyłam na blog Salmiaki (genewa.home.blog) i ściągnęłam przepis. Wypróbowałam z połowy podanych produktów, trochę się bałam, co mi z tego wyjdzie. Niepotrzebnie, bo wyszły fantastyczne, pyszne
rożki. Piwoszki dlatego, że do ciasta potrzebne jest piwo. Wykorzystałam tyle ile podano w przepisie, resztę zużyłam wewnętrznie, nie mogłam przecież pozwolić, aby się trunek zmarnował 🙂  Działał potrójnie – odkażająco, rozweselająco oraz filtrująco nerki. Tak więc sama korzyść 🙂  Rożki zniknęły szybko i  zrobię drugi raz, mam jeszcze jedną margarynę w lodówce. Tak się rozochociłam 🙂

Pyszne piwoszki 🙂

Na razie kończę, przecież w nasze dziewczyńskie święto nie będę mówiła o poważnych sprawach. Skituś zagląda mi przez ramię.

Skituś składa wszystkim Dziewczynom najlepsze życzenia, żeby zawsze miały pełne miski i kogoś, kto je będzie głaskał i przytulał 🙂 🙂 🙂 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Takie tam różne

Strach włączyć telewizor, tyle się dzieję, że natłok myśli rozsadza czaszkę, a emocje wywołane tym co widać i słychać są ponad siły. Szczęśliwi ci, którzy potrafią się odciąć, zająć wyłącznie swoim podwórkiem, to szansa by nie zwariować i przeżyć. Obyś żył w ciekawych
czasach – to jest prawdziwe przekleństwo. Koronawirus i specustawa; kampania wyborcza; umierające afrykańskie dzieci, na które powinniśmy płacić, aby je ratować; dręczone, mordowane zwierzęta; starcia z migrantami na granicy Turcji i Grecji (I tu refleksja na widok zdrowych, młodych mężczyzn: co by było gdyby podczas wojny wszyscy faceci uciekli z kraju za granicę zamiast walczyć z okupantem? Kobiety tez walczyły, moja mama m.in.,- tak tylko sobie myślę), choroby i inne problemy przytłaczające całkowicie, wydające się nie do rozwiązania… Uff… ani słowa więcej. Wiem przecież, że podobne przyciąga podobne, więc zwracanie uwagi na to, czego nie chcemy przydaje temu czemuś – niestety – siły i energii. Ileż razy już sobie obiecywałam spokój i dystans do rzeczywistości, ale „obiecanki to cacanki, a głupiemu radość”…  Brak mi wytrwałości, konsekwencji w dotrzymaniu postanowień, mam problem z koncentracją, zawsze miałam, nie dopiero teraz, na starość. Zawsze potrzebowałam ciszy i spokoju do nauki, do pracy, do pisania i nic się w tym temacie nie zmieniło. Do końca życia muszę nad tym pracować. Mam co robić 😉
Dawno nie mówiłam o babci D., teraz mi się nasunęło to spostrzeżenie, pewnie m.in. w związku z brakiem spokoju… Poza lekami przepisanymi przez neurologa podajemy jej preparat wielowitaminowy, wapniowy i vit. D3, ostatnio nawet je posiłki bez buntowania się, chociaż tyle. Poza tym najczęściej jest odjazd w rejony niewiadome i trudno za nią nadążyć. Zresztą, wcale mi się już nie chce, czuję się zmęczona, wyczerpana, zniechęcona i ogólnie miewam wszystkiego dość. No i tak to…

Tu babcia D. w dniu swoich 87. urodzin, wygląda tak kiedy jest z nami, tu i teraz, bez „odjazdów”. Pewien pan w Szczawnicy powiedział: „to jest ten sam człowiek co dawniej, tylko chory”. I o tym trzeba pamiętać, choć czasem lekko nie jest…

Na szczęście prawdziwa wiosna już blisko… Poza tym byłam u Calineczki, katarek złapała w żłobku, więc babcia się przydała. Moja słodzinka tak się rozgadała, przy tym tak cudnie, że nasłuchać się nie można. Ileż to radości, energii w takim stworzonku się mieści 🙂 🙂 🙂
Albo właśnie się nie mieści i wylewa się na zewnątrz małej osóbki w ogromnych ilościach 🙂 Tym razem jadła bez kombinowania cały serek, co zdarzyło się po raz pierwszy 🙂  Wypiła swoje witaminki w postaci szklanki napoju, potem pól naleśnika też bez specjalnych protestów zjadła, usnęła przytulona do wniebowziętej (prawie) babci. Aha, i mówiła „Ania oć”, co było jeszcze lepsze od „babcia” zamiast „baba”. Ale soczku – „anasia nie ciem” ,
(czyli z ananasa) nie chciała.  Sama sobie wybrała ubranko z szafy i byłam pod wrażeniem. W sukieneczce w białogranatową krateczkę i rajstopkach pod kolor wyglądała zabójczo i jakoś… doroślej. Na pytanie: „kto jest moją Perełką” odpowiadała od razu: „ja, ja, ja”! Jakże
mogłoby być inaczej? Siostra pyta: „kto jest moim Diamencikiem” i odpowiedź jest oczywiście ta sama 🙂 Poza tym wszystko chce robić osobiście – „ja siama ciem” – asertywna jest kruszynka od samego początku i niech tak pozostanie, dziś trudno przeżyć osobom pozbawionym tej cechy.

Żeby ubarwić tekst, ponieważ Calineczki nie mogę pokazać, pokażę nowe zdjęcia piesków mojej kuzynki. Już kiedyś prezentowały się w całek krasie, aż miło na nie popatrzyć w ponury dzień.

Czyż nie wyglądam jak król?

Pięknie się prezentuję, prawda?

No daj mi wreszcie ten smakołyk, ile mam czekać?

Dobrych dni bez wirusów w oczekiwaniu na prawdziwą wiosnę 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 32 komentarze

Uwaga szantażysta!!!

Zajrzałam na własną pocztę ostatniego dnia lutego a tam wiadomość od szantażysty. Przeczytałam i najpierw się wkurzyłam z lekka, a potem się obśmiałam. Tak oto naciąga się naiwnych ludzi i pewnie też takich, którzy w jakiś sposób czują się winni. Mnie to nie dotyczy, na strony dla dorosłych nie zaglądam, sama jestem dorosła i wystarczy, a mój Lapcio jest taki stary, że żadnej kamerki nie ma i pewnie nawet nie wie, że mógłby mieć 😉 Więc nawet gdybym zaglądała – nic z tego szantażysta nie mógłby skorzystać. Pomyślałam, że wkleję tu ten szantażystowy list ku przestrodze innych, którzy ewentualnie daliby się wykorzystać.

Pozdrowienia!

Kilka miesiecy temu dostalem dostep do systemu operacyjnego na twoim urzadzeniu.

Patrzylem na ciebie od miesiecy.
Faktem jest, ze zostales zainfekowany zlosliwym oprogramowaniem podczas odwiedzania witryny dla doroslych.
Jesli nie jestes z tym zaznajomiony, wyjasnie ci to.
Wirus trojanski daje mi pelny dostep i kontrole nad komputerem lub innym urzadzeniem.
Oznacza to, ze widze wszystko na ekranie, wlaczam kamere i mikrofon, ale nie wiesz o tym.

Mam równiez dostep do wszystkich Twoich kontaktów.

Dlaczego Twój program antywirusowy nie wykryl zlosliwego oprogramowania?
Odpowiedz: Mój trojan ma sterownik i aktualizuje jego sygnatury co cztery godziny. Dlatego twój program antywirusowy milczy.

Zrobilem film wideo pokazujacy, jak grasz ze soba w lewej polowie ekranu, a w prawej polowie widzisz film, który ogladales.

Za pomoca jednego klikniecia moge wyslac ten film wideo do wszystkich Twoich e-maili i kontaktów w sieciach spolecznosciowych.

Aby temu zapobiec, przenies 1000 € na mój adres adres Bitcoin (jesli nie wiesz jak to zrobic, napisz do Google: "Kup Bitcoin").

Adres Bitcoin: 18QiXw2ko8WKcryqxiSsah92a1LYnwFnR2

Po otrzymaniu platnosci usune wideo i nigdy mnie nie uslyszysz.
Dam ci dwa dni (48 godzin) na zaplate.
Gdy zobaczysz ten e-mail, otrzymam
zawiadomienie. Czasomierz rozpoczyna sie zaraz po tym.

Skladanie skarg gdzies nie ma sensu, poniewaz ten e-mail nie moze byc sledzony jako mój i adres Bitcoin.
Nie popelniam zadnych bledów.

Jesli dowiem sie, ze udostepniles te wiadomosc innej osobie lub organizacji, film zostanie natychmiast rozprowadzony!

Nie próbuj sie ze mna kontaktowac (nie jest to mozliwe, adres nadawcy jest generowany automatycznie).

Czesc!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 29

Myśli o domu w Cięciwie  nie dawały Aldonie spokoju. Przypominały się – samorzutnie, absolutnie bez jej woli – różne pomysły, projekty oraz plany jakie snuli oboje z Sergiuszem w tej kwestii. Rozbudzona wyobraźnie nie pozwalała się z powrotem uśpić. Z pewnością wpływ na to miał stan Aldony, który spowodował zmianę jej stosunku do wielu spraw. Zaczęła podchodzić bardziej pragmatycznie, rozsądnie nie pozwalając rozbujać się emocjom ze względu na dobro dziecka. Poza tym odkąd trafiła na doktora Aleksandra czuła się dobrze, jakby posklejał w jedną całość jej różne rozbiegane części na poziomie fizycznym i mentalnym, naprawił i nadał nowszą, doskonalszą formę.

Było tak. Po wyjściu ze szpitala postanowiła zrobić ze sobą porządek, wziąć się za siebie – jak to się popularnie mówi. Musiała to uczynić, aby mieć siłę za dwoje, dla Stokrotek i nowego maleństwa, które bez zdrowej, silnej matki nie przetrwa w tym świecie. Nie przyszło jej nawet do głowy, że ktokolwiek poza nią mógłby decydować o czymkolwiek co dotyczyło malutkiej. Była przyzwyczajona, że Stokrotki są jej i tylko jej, i w tym przypadku również przyjęła taki sam punkt wyjścia. Poza tym – chciała powiedzieć Sergiuszowi o dziecku, przecież  chciała, ale on niczego nie chciał słuchać. Za skarby świata nie chciał słuchać, nie dał jej dojść do słowa. Jak nie to nie. Sama sobie poradzi. Miłość do mężczyzny musi ustąpić przed miłością matczyną. Tym bardziej, że… to jego dziecko… A on powiedział, że kocha, że chce być z nią, że nie zmienił zdania tylko czasu potrzebuje, żeby sprawy swoje załatwić. No to ma ten czas, niech sobie sprawy załatwia. Ale się dopiero zdziwi kiedy przyjdzie pora. Właśnie kiedy przyjdzie pora, nie wcześniej. Żeby nie było, że ona, Aldona, chce go szantażować czy wymóc coś na nim. Nie i nie, to nie dziewiętnasty wiek lecz koniec dwudziestego. Kobiety sobie świetnie radzą bez facetów. Mogą być szczęśliwymi singielkami.   Pewnie, że mogą i wiele jest… tylko… taka straszna tęsknota czasem ją ogarnia, tak bardzo chciałaby Sergiusza mieć obok siebie, czuć jego miłość i wsparcie… Ale nie będzie się nad sobą rozczulała, ma co innego na głowie. Musi się doprowadzić do stanu używalności i tak ma być.

Po pobycie w szpitalu dostała dwutygodniowe zwolnienie. Bardzo jej się przydało. Mogła spokojnie, bez pośpiechu zacząć organizować nową część swojego życia.

W bocznej części budynku kaplicy – na kościół proboszcz dopiero gromadził fundusze i nabożeństwa odbywały się w małej, sympatycznej kaplicy – znajdowała się przychodnia medycyny naturalnej. Aldona pamiętała, że między innymi przyjmuje tam lekarz irydolog. Nie żaden szarlatan lecz normalny lekarz, który oprócz medycyny akademickiej stosuje w leczeniu inne, alternatywne metody. Pomyślała, że pójdzie na wizytę i w ten sposób dowie się prawdy o stanie swojego organizmu bez konieczności ponownego przeprowadzania niemiłych badań w rodzaju EMG. Decyzję podjęła idąc na  bazarek z koszykiem wiklinowym na zakupy. Słaba jeszcze była po powrocie ze szpitala lecz postanowiła nie zwlekać. Zawróciła więc i udała się w kierunku kaplicy. Przynajmniej sprawdzi czy i kiedy się można zapisać. Doszła idąc noga za nogą, bała się. Niepotrzebnie. Okazało się, że akurat irydolog przyjmuje i akurat jest miejsce, bo ktoś zrezygnował. Weszła z marszu i  tak poznała doktora Aleksandra. Po raz pierwszy nie ona mówiła jak się czuje, lecz pan doktor o tym mówił nie pytając jej o zdanie. Umówiła się na kolejną wizytę. Przeszła serię zabiegów aurikuloterapii, akupunktury i po zakończeniu kuracji czuła się jak młoda bogini. I fizycznie i psychicznie. Jakby utracone siły powróciły na swoje miejsce jednocześnie świat wokół niej odwracając o sto osiemdziesiąt stopni. Wielokrotnie odwiedzała doktora Aleksandra w chwilach, kiedy czuła powracające zwątpienie i depresyjne myśli. Zdarzało się to coraz rzadziej. Równolegle z poprawą stanu zdrowia następowała poprawa wyglądu zewnętrznego w związku z czym wyglądała naprawdę dobrze.

Odpłynęły wspomnienia poszpitalne, a wróciły wspomnienia z ubiegłych wakacji. „Chodziła” za nią ta Cięciwa i chodziła, aż wreszcie postanowiła Aldona skorzystać z rady przyjaciółek i wziąć udział w spotkaniu z przyjacielem Dziadka. Zabrała ze sobą Tinę, bo przecież bez suni to byłby tylko zbyteczny „pusty przebieg”. Siedziałaby bidulka sama w domu, a tutaj przecież ma Maksa, z którym miło może spędzić czas podczas rozmów ludzi.

– Jaka ona jest piękna – zachwycił się Tiną pan Józef, czym od razu ujął Aldonę za serce i rozpoczęli rozmowę jak starzy znajomi.

Pan Józef był psiarzem z zamiłowania, jego ukochaną rasą były owczarki niemieckie, więc dlatego w Tinie zakochał się od pierwszego wejrzenia, jak ze śmiechem relacjonował żonie przez telefon. Od razu też podchwycił przedstawiony przez Dorotę pomysł malutkiej hodowli i fachowo podszedł do tematu.

– Przede wszystkim – powiedział na wstępie – suczka i szczenięta powinny mieć swoje stałe, bezpieczne miejsce, w którym nikt im nie będzie przeszkadzał. Szczeniaki potrzebują dużo przestrzeni. Wiadomo też, że trzeba się liczyć ze zniszczeniami w danym pomieszczeniu.

– Musisz wziąć pod uwagę potrzeby w rodzaju: karma, miski, obroże, legowiska, weterynarz.- wtrąciła Teresa.

– Suczka karmiąca musi mieć zapewnione odpowiednie pożywienie, spacery. Nie można jej i szczeniąt z oka spuścić – dodała Dorota.

– A co wy mnie już tak wrabiacie? – broniła się Aldona. – Pomysł taki był, owszem, ale rok temu. Wszystko się zmieniło, same wiecie. Ja też się zmieniłam i chyba nie chciałabym żadnej hodowli. Gdyby się ułożyło tak jak wy mi wciąż trujecie, to znaczy gdybym miała coś wspólnego z tym planowanym domem, to już nie wchodziłaby w grę żadna hodowla. Mało jest na świecie niechcianych psów, często skrzywdzonych przez podłych zwyrodnialców niegodnych miana człowieka? Spójrzcie w telewizor, nie ma dnia, żeby jakiś drań nie zrobił zwierzętom krzywdy. I ja miałabym się przyczyniać do wzrostu liczby nieszczęść na świecie? Nie przerywaj – spojrzała na Teresę, która chciała coś powiedzieć. – Wiem o co ci chodzi. A jaką masz gwarancję, że na przykład dzieci moich szczeniąt nie trafią ręce jakiegoś zwyrodniałego sadysty? Lepiej, żeby ich nie było. Wystarczy tych, co są. Wolałabym prowadzić dom tymczasowy, takie miejsce dla psów przygotowywanych do adopcji po różnych przejściach. Czytałam, że w państwach rozwiniętych takie są. My jeszcze jesteśmy w lesie, ale od czegoś przecież trzeba zacząć.

Wszyscy obecni spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, a na Aldonę z podziwem.

– Jakoś to u ciebie szybko poszło od czasu przygarnięcia pierwszego kota – skomentowała Teresa.

– Doniczko, jesteś wielka – Dorota wstała z krzesła. – Z radością i dumą witam cię jako bratową.

– Wam chyba rozum do końca odjęło – mruknęła Aldona przyglądając się przyjaciółkom jakby jakieś nieboskie stworzenia zobaczyła. Nie zwracając uwagi na resztę obecnych powstrzymujących uśmiechy, skierowała palec w stronę Doroty. – A ty małpa jesteś wyjątkowa, żeby tak ze mnie kpić – niespodziewane łzy zalśniły jej w oczach.

– Doniczko, kochana – Dorota rozłożyła ramiona i przytuliła wyrywającą się przyjaciółkę. – Jak mogłaś nawet przez chwile pomyśleć, że kpię. Uspokój się. Prawdę mówię, nawet z ciotką wczoraj o tym rozmawiałyśmy…

– Wygadałaś się o malutkiej? – groźnie spojrzała Aldona.

– Nie, ale mało brakowało. Ciotka powinna się chyba dowiedzieć, że zostanie babcią. Nie uważasz?

– Nie, nie uważam. Przynajmniej jeszcze nie teraz. W swoim czasie.

Obecni w pokoju Dziadek i pan Józef przysłuchiwali się zdumieni wymianie zdań.

– Czy ja dobrze zrozumiałem? – spytał spoglądając na Dziadka. – Czy ja dobrze zrozumiałem Andrzejku, że zamiast psiarni będę musiał umieścić w projekcie pokój dziecinny?

– Na to wygląda, Józeczku, tylko nie do końca rozumiem co te dziewczyny plotą. Ale cóż, zrozumieć kobiety zawsze jest trudno.

– A kobiety przy nadziei to już zupełnie – palnęła Dorota..

– Zaraz, jak to kobiety? Jeszcze któraś poza Doniczką?

– Nie, nie, to już byłaby przesada – gwałtownie zaprotestowały pozostałe panie.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Trzecie urodziny bloga

27 lutego mija trzecia rocznica mego pierwszego wpisu.
Trzy lata to z jednej strony długi okres czasu, z drugiej – wydaje się, że przemknął ten czas szybko przed naszymi oczami, wokół nas, zabrał nas ze sobą i nagle… brutalnie rzucił o ziemię. Biedny człek się podnosi (nie z kolan tylko z ziemi 😉 )  i patrząc w lustro myśli. Ja
myślę, albo raczej: mnie się myśli 😉  – To ja? Naprawdę? To niemożliwe! To nie ja, to moja babcia, mama, siostra, ale nie ja! Przecież ja jestem młodą dziewczyną! – Ach, tak to jest, czas sobie z nas kpi. Przeminęło z wiatrem (bez cudzysłowu) i z tym wiatrem my pędzimy,
pędzimy i cóż, nie przestaniemy pędzić, bo już tak jest ten świat skonstruowany. Skoro więc nie mamy wpływu na coś, wypada się dostosować, nie narzekać, cieszyć się każdym dniem i korzystać z życia.

Zapraszam Was na babeczki upieczone specjalnie z myślą o trzecich urodzinach 🙂

oraz na nalewkę wiśniową 🙂

Powiem tylko jeszcze, że założenie mi bloga przez Dużego było strzałem w dziesiątkę. Nie przypuszczałam zaczynając – pełna obaw najprzeróżniejszych – tę przygodę blogową, że nasza blogownia stanie się dla mnie takim ważnym miejscem, właściwie rzeczywistym, nie tylko wirtualnym; że poznam tyle wspaniałych Dziewczyn i mimo bloxitu (nazwa wymyślona przez Ewę) – a może właśnie dzięki niemu, bo zbliżyłyśmy się bardziej pomagając sobie wzajemnie w tej przeprowadzce –  poczuję się u siebie, we właściwym miejscu. A działo się rok temu, oj działo, jak zerknę we wpisy z tamtego okresu to mi się wszystko przypomina, całe to bloxitowe szaleństwo.

I jeszcze coś kolorowego dla Was z podziękowaniami 🙂

Dziękuję Wam za odwiedziny, za dobre rady, wsparcie, za przepisy, za wszystko po prostu 🙂 🙂 🙂

/Dla wyjaśnienia – zdjęcie zrobiłam w Piasecznie, które było udekorowane taką śliczną „kapustą”. Nawet teraz – ponieważ zimy nie było – resztki urody owa kapusta zachowała./

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 42 komentarze