W sobotę na giełdzie zwanej „Na dołku” Aldona spotkała Mariannę, zaprzyjaźnioną sąsiadkę Majki zza ściany, od dawna będącą członkinią „mafii”. Od Teresy wiedziała, że Marianka zainteresowała się czas jakiś temu Tarotem, Księgą Przemian I Czing i nieustannie pogłębiała swą wiedzę w tej materii. Postanowiła wykorzystać okazję i umówiła się na wieczór wróżb oraz odkrywania tajemnic. Po telefonicznej konsultacji zabrała ze sobą dziewczynki i Tinę wiedząc, że zapewnione będą miały towarzystwo synków gospodyni oraz jamniczki Alfy i kotki Kuleczki.
Marianna otworzyła trzymając się za szczękę.
– Byłam u dentystki – wyjaśniła. – Zamiast szybkoobrotowej wiertarki włączyła taką starą jak traktor. Myślałam, że mózg mi wyjdzie uszami i zacznie latać w koło głowy.
– To może przełożymy spotkanie na inny dzień skoro źle się czujesz? – zatroskała się Aldona.
– No co ty, taki drobiazg miałby nam przeszkodzić w miłym i pożytecznym spędzeniu czasu? Dzieciaki już się zajęły swoimi sprawami, widzisz?
Rzeczywiście, dzieci zniknęły w pokoju chłopców i po chwili słychać było ich komentarze podczas oglądania filmu. Obie suczki, mała i duża, po uważnym, ostrożnym obwąchaniu się, usiadły każda w pobliżu swej opiekunki bez nieprzyjaznych gestów. Po pewnym czasie wypełnionym uważną obserwacją zbliżyły się do siebie ponownie i widocznie doszły do porozumienia, bo niedługo potem szalały jakby znały się od dawna. Gospodyni wypuściła je do ogródka, gdzie miały więcej miejsca i zabawek.
– Ja wprawdzie u dentysty nie byłam, ale za to mi się autobusy pozmieniały – westchnęła Aldona. – Jak głupia się poczułam.
– Jak to?
– Ano tak to, że jakiś pechowy dzień miałam. Pozmieniali autobusy, nie ma „U” i 508. No to się przesiadam, gonię i z 504 wysiadłam przystanek za wcześnie. Wskoczyłam w 514 ale tak miałam w głowie, że się muszę przy Wałbrzyskiej przesiąść, że wyskoczyłam tam i w ostatniej chwili złapałam następny autobus nie patrząc na numer linii, żeby podjechać. Jak już usiadłam na miejscu, dopiero wtedy zobaczyłam, że jestem w tym samym, z którego wysiadłam poprzednio. Jak już zorientowałam się co zrobiłam, głupio mi było znów przy onkologii przesiadać się w ten sam autobus, z którego wysiadłam chwilę temu, więc dojechałam do pętli robiąc sobie wycieczkę krajoznawczą po Natolinie. Zrozumiałaś coś z tego?
– Ja tak – śmiała się Marianna. – Ale jak ktoś nie mieszka na Ursynowie i nie zna naszych połączeń autobusowych, za chińskiego boga się nie wyzna.
– Bo my jako ursynowska „mafia” jesteśmy osobnikami wyjątkowymi – dodała Aldona. – Marianka, ty nie masz pojęcia, jak ja wciąż się cieszę, że tu należę, jestem, znaczy, no, mieszkam na Ursynowie. Od tego się zaczęła lepsza część mojego życia.
– Ja niedawno też miałam przygodę lokomocyjną – przypomniała sobie Marianna. – Wsiadłam w metro, bo chciałam być szybciej w domu ale stanęło, coś mu się zepsuło.
– Temu metru – zaśmiała się Aldona ze skojarzenia z Bareją i „Misiem”.
– Dokładnie – przytaknęła Marianna. – Wyszłam na górę, patrzę i ni czorta nie wiem gdzie jestem. Wszystko się pozmieniało jak metro zasypali. Burza, deszcz, wiatr, ohyda! Wreszcie jest przystanek, 503 podjechało, dotarłam okrężną drogą na twój bazarek i jeszcze kawał drogi musiałam pokonać. Zamiast wcześniej byłam w domu dużo później.
– Tak to z komunikacją bywa, ciągle jakieś przygody – westchnęła Aldona.
– Chodź do pokoju, siadaj. Nie, nie na tamtym fotelu, on się rozlatuje – krzyknęła gospodyni. – Tutaj, proszę cię bardzo.
– O rany, dobrze, że mnie powstrzymałaś – Aldona głęboko wciągnęła powietrze do płuc. – Klapnęłabym na podłogę jak nic.
– Daleko byś nie poleciała, nie martw się – bagatelizująco machnęła ręką Marianna. – Nic by ci się nie stało. Już kilka osób miało tu bezpieczne miękkie, lądowanie.
– Mnie może i nic, ale… no nic, dobrze, że mnie powstrzymałaś – zakończyła prawie upadła kobieta.
Marianna spojrzała uważniej na swego gościa. Miała oczy patrzące spokojnie, oczy osoby pewnej siebie, świadomej swojej wartości, sprawiające wrażenie, że przenikają w głąb duszy i potrafią dotrzeć do najskrytszych tajemnic.
– Kawę chcesz czy herbatę – spytała gościa. – A może zieloną herbatę, od niedawna jest już dostępna w zdrowych sklepach i sama jest zdrowa…
– Wiem, przecież mam osobisty zdrowy sklep – uśmiechnęła się do gospodyni. – Odkąd Magda otworzyła swój w osiedlu, nieźle się podszkoliłam w kwestii zdrowej żywności i ziołolecznictwa.
– No racja, przecież i ja u niej robię zakupy, zieloną herbatę też mam od niej.
– Poproszę, niech będzie zielona – uśmiechnęła się Aldona. – Trzeba zacząć dbać o siebie.
Po chwili na stoliku znalazły się dwie filiżanki z parującym naparem. Marianna wyjęła z pięknie zdobionego pudełka książkę owiniętą w złoty materiał oraz karty.
– To nie czary – spojrzała z uśmiechem na coraz bardziej przejętą Aldonę – Owijam, żeby się nie zniszczyła. Zaczęłam się interesować wyrocznią kiedy sama miałam problemów od groma i próbowałam sobie jakoś z nimi poradzić.
– Słyszałam kiedyś, że w Tarocie diabeł podpowiada – powiedziała trochę niespokojna Aldona.
– Głupoty kompletne – odrzekła Marianna. – Tak bredzą ci, co myśleć nie potrafią i tworzą spiskowe teorie dziejów. Cała tajemnica polega na tym, zresztą jak też w I Czingu, że zadajesz konkretne pytanie. Czyli musisz sama zastanowić się nad swoim problemem, nazwać go, pomyśleć nad wariantami rozwiązania sytuacji a potem jeszcze przeanalizować przekaz wyroczni. Jak widzisz, żadnych czarów w tym nie ma. Jeśli uda ci się skoncentrować na problemie i analizie, sama znajdziesz najwłaściwsze dla siebie rozwiązanie.
– Brzmi sensownie – zgodziła się Aldona. – W normalnych warunkach nie potrafię się skupić, rozprasza mnie byle co, chciałabym rozwiązać kilka problemów jednocześnie i to natychmiast albo jeszcze prędzej, jak mawia tata Majki i Tereski. I złoszczę się, że nie daję rady.
– Wyrocznia podpowie ci po prostu o czym masz myśleć, na czym powinnaś się skupić – powiedziała Marianna rozkładając karty.
Dzieci pobiegły na podwórko, psy rozłożyły się na trawie, zmęczone skokami i bieganiem wokół ogródka. W domu zapanowała cisza rozpraszana delikatnymi, cichymi dźwiękami muzyki. Marianna niczym prawdziwa wróżka przekazała Aldonie znaczenie kart, które od razu trafiło do jej świadomości. Miała wrażenie, że rozjaśnia się mrok w jej duszy i zaczyna świecić światło.
– Coś podobnego, sama prawda – powiedziała zdumiona. – Ty chyba naprawdę jesteś czarownicą.
– O, wypraszam sobie – zaśmiała się Marianna. – Czarownice są stare, brzydkie, bezzębne i mają haczykowate nosy. Czy ja pasuję do tego obrazu?
– No nie, w żadnym wypadku. Najwyżej do obrazu czarodziejki.
– Tak może być, podoba mi się i tego się trzymajmy. Chcesz jeszcze słuchać, czy masz dość?
– Chcę, chcę jak najwięcej, bo muszę całkiem zmienić mnóstwo rzeczy.
– Tak mi tu wychodzi… Zrób coś wreszcie spontanicznie, coś odmiennego od zwykłych, codziennych czynności, posłuchaj intuicji i nie bój się więcej. Gnębią cię wciąż sprawy z przeszłości, odrzucenie albo porzucenie w dzieciństwie, samotność. Najwyższa pora z tym skończyć. Jeśli ci się uda, staniesz się pewną siebie, odważną, niezależną kobietą.
– Ba, wiem o tym, ale jak to osiągnąć, Marianno, w jaki sposób?
– To proste. Docenić siebie i przestać umniejszać swoją wartość.
– Uważasz, że to proste? Dziewczyno, to niemożliwe do osiągnięcia.
– Mylisz się. Wystarczy trochę popracować nad sobą, zrozumieć prawa rządzące wszechświatem…
– Marianko, litości. O czym ty do mnie mówisz? Nad sobą to ja pracuję nieustannie, żeby w łeb nie wyrżnąć takiej jednej… koleżanki. Od tego chyba bardzo daleka droga do tajemnic wszechświata.
– Czyli początek masz za sobą – ucieszyła się „czarodziejka” Marianna. – Teraz wystarczy się skupić na pracy z afirmacjami.
– Teresa już mi dawno o tym mówiła – mruknęła Aldona. – Nawet dała książki do czytania, ale gdzieś je rzuciłam i nie zaglądałam.
– Odszukaj, na pewno dała ci dobre pozycje, przydadzą się. Czekaj, co ci jeszcze mogę powiedzieć… Po prostu wykorzystuj swoje talenty i ruszaj do przodu. Wygląda, że lata pracy zostaną wynagrodzone, ale wciąż będziesz na wysokich obrotach.
– Jakie talenty? Chyba ci się karty pomieszały. A na wysokich obrotach to ja jestem nieustannie od niepamiętnych czasów.
– Doniczko kochana, nie pomieszałam kart – z wielką życzliwością i sympatią „czarodziejka” spojrzała „klientce” w oczy. – Wszystko będzie dobrze, ułoży się po twojej myśli, cierpliwości i spokoju tylko ci trzeba. Ćwicz asertywność, wykorzystuj swoją kreatywność w międzyczasie i rozwiązuj konflikty dyplomatycznie.
– Z dyplomacją będzie gorzej, bo cierpliwość mi się chyba wyczerpuje. A ta asertywność z kreatywnością do spółki?
– Nowe słowa, ostatnio robiące karierę i wpychane wszędzie czy trzeba czy nie, oznaczają po prostu robienie użytku z szarych komórek i bez zahamowań forsowanie swoich pomysłów, reklamę swojej działalności i ogólnie promocję swojej twórczości i siebie.
– To nie jest normalne – oświadczyła Aldona. – Uczono mnie, że trzeba być skromną, grzeczną, cichą i nie pchać się przed innych. A chwalić samą siebie to już w ogóle przestępstwo.
– Tak, czasy się zmieniły. Trudno nadążyć za zmianami, które nijak nie przystają do tego, czego byłyśmy uczone od urodzenia. Nic to, Doniczko, wyraźnie mi wychodzi, że sprawy ułożą się po twojej myśli, jak ci już powiedziałam i poradzisz sobie. Tylko nieco wysiłku włożyć musisz w siebie samą, że się tak wyrażę. Kreator to twórca…
– Brzmi nieźle. Twórca własnego życia… Myślisz, że o to chodzi, między innymi oczywiście?
Nastrojowa chwila przerwana została gwałtownie i głośno, ponieważ domofon pod niecierpliwą ręką Majki zdawał się wołać głośniej i natarczywiej niż zwykle. Za moment Majka wtargnęła do mieszkania, tym razem bez Aby, która szczekała na swoim balkonie.
– Marianka, ratuj! Klucze zostawiłam w pracy, skleroza jedna, nie mam jak wejść do chałupy a psica zaraz górą wyskoczy. O, Doniczka – spostrzegła gościa dopiero gdy przerwała dla zaczerpnięcia tchu i wyjaśniła: – Marianka ma moje zapasowe klucze i mnie ratuje w razie potrzeby. Przeszkodziłam wam?
– Nie, już właściwie skoczyłyśmy. Resztę Doniczka musi sobie przemyśleć w samotności. Siadaj, zrobię ci kawę.
– Z chęcią, ale najpierw muszę wypuścić Abę – Majka z kluczami poszła do siebie i wróciła po niedługim czasie bez Aby.
– Gdzie masz psicę? – zdziwiła się Aldona.
– Grzegorz wrócił, jakby nie mógł odrobinę wcześniej, nie zawracałabym wam wtedy głowy. Aba zaś tak go uwielbia, że skoro już się pojawi, nie odejdzie od niego na krok. Tak więc jestem wolna – uśmiechnęła się. – Coście tu dziś czarowały?
– Zaczarować to by trzeba większość polityków – skrzywiła się Marianna.
– Masz całkowita rację. Ja chyba jestem z innego świata – stwierdziła Aldona. – Czuję się chwilami zupełnie tak, jakbym się żywcem przeniosła w sam środek XIX- wiecznej powieści. Z wierzchu wygląda wszystko niby normalnie, jak teraz, ale wewnątrz jest jak wtedy. Albo nie, gorzej. Wtedy obowiązywały jakieś wartości i zasady, istniały prawa moralne, uznane normy zachowania, do których należało się stosować, były jakieś pewniki, coś stałego. Do kogoś lub czegoś można się było odwołać na przykład do policjanta czy patriotyzmu. A dziś? To nawet nie kryzys wartości ale, w szerszym zakresie, ich zanik.
– Gęba pełna frazesów, a w środku czarna dziura – przytaknęła Majka.
– Ja to odczuwam podobnie – skinęła głową Marianna.. – Afery, korupcja, świństwa robione przez polityków sobie nawzajem bez cienia pojęcia o czymś, co nazywa się „dobrem publicznym”, coś takiego nie istnieje na skalę kraju.
– Jest, oczywiście, że jest, ale wewnątrz poszczególnych jednostek, gdzieś w duszy. Ale w szerokim zakresie zdecydowanie nie ma, przynajmniej nie widzę – dodała Aldona.
– I w młodym pokoleniu nie ma – włączyła się „staruszka” Majka – Zresztą, skąd oni mają się czegokolwiek nauczyć. Idę wieczorem z psem, okna otwarte, bo ciepło i co słyszę? Ano, jak rozmawia ze sobą przeciętna polska rodzina, żonglując głównie słowami na „k”, na „ch” i na „p”, wrzaskiem coś sobie przekazują tonem, w którym dominuje złość przeplatająca się z agresją. Horror po prostu.
– I w takich domach maleńkie dzieci od urodzenia uczą się życia. No to czego one się nauczą i czego można od nich wymagać? Jeśli młoda matka drze się jak opętana na dziecko siedzące w wózku, wczoraj widziałam taką scenę po wyjściu z metra, to czy ono będzie normalne? Jakie społeczeństwo wyrośnie z takich dzieci? – zastanowiła się Marianna.
– Odnośnie darcia się na dzieci, to ja chyba jestem niechlubnym przykładem – zaczęła Aldona.
– Mamusiu, no co ty – wtrąciła Linka, która po cichu wśliznęła się za Majką i od pewnego czasu uważnie przysłuchiwała się rozmowie. – Ty tylko krzyczysz, ale nie zawsze przecież. Drze to się mama Moniki. No, ona to się dopiero drze.
Do mieszkania wpadła reszta towarzystwa, która w międzyczasie zdążyła zaliczyć oglądanie drugiego filmu oraz zabawę na podwórku i przeleciawszy przez kuchnię w celu zabrania chipsów z papryką znalazła się w pokoiku, skąd po chwili rozległ się krzyk.
– Mamo, Kuleczka nam na biurko nasikała!
– Nie, to ja – odpowiedziała Marianna i roześmiała się patrząc na zaskoczone miny obecnych. – Tylko podlewałam kwiatki.
cdn.