„Widocznie tak miało być” – 36

 Lipiec

    Do nowego domu Karoliny pojechały więc: kotka, sunia i trzy dziewczyny, w tym jedna w ciąży więc właściwie cztery, oraz rodzynek rodzaju męskiego czyli Maciuś. Dotarli szczęśliwie, uradowana Karolina przywitała ich obiadem, po czym Jurand pojechał do domku pod lasem zostawiając kuzynce na głowie całą resztę towarzystwa. Dziewczynki dostały do dyspozycji mały pokoik położony najwyżej, na półpięterku, jakby już na stryszku. Ogromnie im się spodobał i od razu się w nim zainstalowały. Tina poszła za nimi. Aldonie przypadł duży pokój na piętrze.

– Przepraszam cię, że jeszcze nie jest całkowicie urządzony – sumitowała się gospodyni.

– I bardzo dobrze, że jeszcze nie wszystko zrobiłaś. Właściwie całe szczęście. Wiesz jak ja bym się czuła, gdybym ci zniszczyła nowe meble? No, może nie osobiście ale pośrednio, przez koty.  A tak jest fantastycznie, będę się swobodnie czuła. Ponieważ masz płytki na podłodze, obejdzie się bez moich wyrzutów sumienia gdyby Maciusiowi zdarzyło się nie zdążyć do kuwety. Kiedy się wstępnie umawiałyśmy nie miałam zielonego pojęcia, że mi się trafi nowy kociak.

– Ale robiłaś badania na toksoplazmozę? – zaniepokoiła się Karolina.

– Oczywiście, wszystko jest w porządku – uspokoiła ją Aldona. – Dziewczynki zajęły się stroną techniczno-higieniczną, tak to nazwijmy. No i Mimi w ogóle nie wychodzi na zewnątrz poza mieszkanie. Nie to co Bibi, tamta moja kochana kotusia uwielbiała siedzieć w ogródku.

– Dziewczynki bardzo przeżyły jej odejście, prawda?

– Wszystkie przeżyłyśmy, do tej pory przeżywamy, bo tego się nigdy nie zapomina. Nie mogły się oddawać rozpaczy bez reszty, bo musiały zająć się Mimi, która do nas trafiła. Wiesz zresztą dlaczego.

– Wiem. Teraz do kompletu mają jeszcze Maciusia, więc są zajęte. Tutaj, znaczy w twoim pokoju, oba koty będą sobie spokojnie mieszkały. Zobacz co mam specjalnie dla nich.

– Karolinko, jaki piękny drapak! Właściwie można to określić jako piętrowy dom mieszkalny połączony z placem zabaw. Skąd wytrzasnęłaś takie cudo? U nikogo nie widziałam niczego podobnego.

– Przyznasz, że takie gadżety dla zwierząt to u nas początkujący interes. Ludzie się dopiero uczą, że można zwierzakom polepszyć byt, zadbać nie tylko o podstawowe potrzeby typu jedzenie i kąt do spania, ale zatroszczyć się również  na przykład o rozwój umysłowy czy  naukę… Naprawdę, co się tak na mnie patrzysz? Prawdę mówię.

– Wiem i jestem po prostu zachwycona.

– To dobrze – uśmiechnęła się zadowolona gospodyni. – Ogromnie mnie cieszy fakt, że coraz więcej osób myśli o zapewnieniu psu czy kotu zajęcia, miejsca do zabawy, zabawek także rozwijających, zmuszających do myślenia. O, zobacz, mam coś dla Tiny.

– Co to takiego? – Aldona przez chwilę obracała w palcach przedmiot kształtem przypominający UFO, z dziurkami w kształcie elipsy. –  Ach, już wiem, przez dziurki wkładasz przysmak, a psiak kombinuje jak go stamtąd wyciągnąć. I ma zajęcie na jakiś czas. Świetne. Ale powiedz, skąd masz te przedmioty i kto wymyślił takie fajne zabawki.

– To… kolega mojego…  kolegi założył firmę produkującą akcesoria dla psów i kotów, mała firemka właściwie, na razie testuje rynek…

– Ale jak na to wpadł?

– Podpowiedział mu… No dobrze, już powiem – uśmiechnęła się. – Ten mój kolega to Reniek, mówiłam ci kiedyś o nim. Ten, co wrócił nie tak dawno ze Stanów. Tam na porządku dziennym są podobne sklepy z asortymentem dla zwierząt. Różnych zwierząt, jakie tylko ludzie trzymają w domach.

– Tak, tam ludzie są na innym stopniu rozwoju ekonomicznego i szukają każdej niszy, w którą można się wstrzelić z towarem. Szkoda, że ja zupełnie nie mam głowy do interesów – z żalem zauważyła Aldona.

– Dobrze, że i my wreszcie weszliśmy na drogę rozwoju, którego teraz już nic nie zatrzyma – dodała Karolina machając kotom przed noskami miękką myszką z materiału, zawieszoną na długim pręcie.

– Poza jakimiś ogólnoświatowymi tendencjami oczywiście – zauważyła Aldona.

– Na to człowiek nie ma wpływu. Ważne, że tu, w kraju, już mamy za sobą okres zacofania, a przed sobą cudowne perspektywy i otwarty cały świat.

– Moje dziewczynki już będą zawsze obywatelkami wolnej Europy, mam oczywiście nadzieję, że uda nam się wejść do Unii. Nawet nie wiesz jak się z tego cieszę z tego, że nie poznają zacofanego, ciemnego zaścianka jakim byliśmy. Chyba, że z książek czy filmów.

– I to im w zupełności wystarczy. Teraz chodź na dół, zostawimy koty, niech sobie tu urzędują, a ja ci pokażę resztę domu – powiedziała Karolina i wyszły zamykając dokładnie za sobą drzwi.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 16 komentarzy

Majówka 2020

W nocy z piątku na sobotę padał deszcz. Zaczął wieczorem, więc wyjście z psami na wieczorny spacer okazało się problematyczne. Wybrnęliśmy zakładając im zimowe płaszczyki Skitusia, dzięki czemu ochronione zostały przed kompletnym przemoczeniem. Wprawdzie Szila była bardzo niezadowolona, nie lubi takiej maskarady, ale musiała się podporządkować. Sposobem na jej fochy jest puszczenie przodem Męża ze Skitsem. Ponieważ ona zwykle prowadzi wycieczkę, bardzo nie lubi gdy ją ktoś wyprzedza. Poza tym ma w sobie jakieś geny owczarka i pilnuje, żeby stado się nie rozpierzchało i było „w kupie”. Goniła więc za chłopakami na cienkich nóżkach niosąc swoje przygrube ciałko w takim tempie, że ja się zasapałam. Ale i mnie się taka przebieżka przyda „dla zdrowotnosci” przecież 🙂 A rano przywitała nas na łące cudna mgła i słońce przebijające się przez nią w urokliwy sposób.

Po powrocie zrobiłam gulasz z kurczaka dla domowników na obiad, dla siebie kotleciki z jednej dużej utartej pieczarki, kawałeczka sera Radamera, łyżki mąki kukurydzianej i odrobiny bułki tartej, plus jajko oczywiście. Bez jajek nie dam rady żyć 🙂  I tu mam problem ze zrobieniem czegoś dla Małego, bo on z jajek zrezygnował. Znów muszę się w związku z tym uczyć czegoś nowego!

 

Nastawiłam w dużym garnku ciasto drożdżowe wg Ewy Wachowicz, mam je upiec po 12-tu godzinach. Jak wyjdzie to Wam powiem. Poza tym upiekłam kolejne bułki/chlebki wg przepisu od dziecka, czyli Małego. Jak do tej pory wszystkie smaczne wyszły, choć za każdym razem inaczej.

Z tego samego przepisu próbowałam bułki zrobić, tylko mi takie nieforemne wyszły 😉 Małemu zaś normalnie jak z piekarni 🙂 Mogłam tak poszaleć drożdżowo, bo mi dziecko zapas drożdży dostarczyło. I tu ciekawostka – to, co kosztowało 60 groszy, teraz 2,50 kosztuje. Drobnostka…

Przepis na bułki/chlebki –  0,5 kg mąki,  3,5 dkg drożdży, 6 łyżek oleju, 1 łyżeczka cukru, 1 łyżeczka soli, 300 ml mleka/wody letniej. Wszystko razem wymieszać, uformować bułki, włożyć do piekarnika, upiec 200st/20 min. Ja oczywiście wprowadziłam pewne modyfikacje. Drożdże zalewam ciepłym mlekiem plus łyżeczka cukru. Przesiewam mąkę do miski, dodaję sól, olej. W tym czasie drożdże się rozpuszczają, mieszam je do końca, do płynnej postaci łyżką, wlewam do miski. Drewnianą łyżką mieszam, jak się połączą składniki wyrabiam ręcznie. Kulę wyrobionego ciasta na chwilę odkładam pod przykryciem. W tym czasie szykuję piekarnik, kładę papier do pieczenia na piekarnikową blachę.  Wyjmuję kulę, kroję na 2 części. Każdą formuję, kładę na blachę i wkładam do pieca. Włączam temp. 180 st. na 25 min. i tyle wystarcza. Przynajmniej do tej pory bułki/chlebki były smaczne i dobrze się piekły. Dziś do mąki pszennej dodałam trochę żytniej. Będę eksperymentować 🙂

I jeszcze ciekawostka z innej beczki. Spotykamy na spacerach parkę państwa dzięciołów, wiemy gdzie mają gniazdko, obserwujemy nowe uszykowane, a dziś widzieliśmy – chyba – już wysiadującą panią dzięciołową. Wykute w pniu drzewa dziuple (dziupelki właściwie)  maja okrąglutkie otworki/wejścia do środka, są w bezpiecznym miejscu, za ogrodzeniem, więc żaden podły ludź nie zrobi młodym krzywdy. A natura musi się sama bronić, ponieważ jednak tu są tylko wiewiórki, lisy, zające i sarny – to chyba niebezpieczeństwo żadne nie zagraża. Rano wychodząc z psiakami widuję sarenki, parkę. Zdjęcia trudno zrobić, ledwie mogę utrzymać na smyczy moją dwójkę. Zrobiłam tylko takie byle jakie, ale udało się powiększyć i dowód jest 🙂

Tutaj wyraźnie widać, że Szila wypatrzyła w oddali sarenki wywąchawszy uprzednio zapach i koniecznie chce do nich doskoczyć nie zważając, że ja jestem uczepiona drugiego końca smyczy 🙂

W  niedzielę znów udało się zobaczyć dzięcioła w jego domku, albo panią dzięciołową, trudno powiedzieć.

W takim drzewie mieszkają państwo dzięciołowie

Udało się przybliżyć na tyle, że widać mieszkańca 🙂

Ciasto wyszło smaczne, upiekło się bez problemu a zrobione zostało bez wysiłku.

To jest połowa, całość nie mieściła się na desce

Teraz powiem jak zrobiłam. Przepis spisywałam na kartce podczas programu „Ewa gotuje”.

6 jaj wybiłam do miski, dodałam 2 szklanki cukru i zmiksowałam. 10 dkg drożdży wkruszyłam do masy, dodałam 2 szklanki ciepłego mleka oraz 6 łyżek oleju. Już nie mieszałam, odstawiłam pod ściereczką do wieczora (ma być ok. 12 godz. ale nie było, nie miałam cierpliwości dłużej czekać). Wieczorem dodałam 1 kg przesianej mąki i rodzynki, dobrze wymieszałam drewnianą łyżką, aż się wszystkie składniki porządnie połączyły. Zapomniałam zostawić do wyrośnięcia na 15 min.  tylko od razu włożyłam do piekarnika. Aha, w programie było, żeby do 2 keksówek włożyć, ja jednak wzięłam jedną dużą formę (24 x 40 cm), wydawało mi się, że moje keksówki za małe są na taką ilość ciasta. I dobrze zrobiłam 🙂 Piekłam w temp. 180 st. (tak piekę drożdżowe) ok. 40 min. Wkładam do zimnego piekarnika, tego się już nauczyłam.

Na koniec chcę Wam pokazać jaką piękną kartę zrobiła Magda –  https://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/  –  na moje urodziny 🙂

Magduś! Dziękuję jeszcze raz baaardzo 🙂 🙂 🙂

tylko mi odwrotnie strony weszły i nie potrafię cofnąć 😉

Tak więc majówkowy wpis kończą jaskółeczki od Magdy 🙂 Na SZCZĘŚCIE 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 45 komentarzy

Przełom kwietnia i maja

Ostatni dzień kwietnia, mego ulubionego miesiąca, zawsze łączy się w mojej pamięci z urodzinami babci.  30.IV.1898 przyszła na świat jako drugie dziecko Marianny i Wojciecha Godyniów otrzymując imię Stefania. Byłam z nią bardzo związana, mieszkałam w Tenczynku przez 3 lata, spędzałam każde wakacje, uczestniczyłam w normalnym życiu, pracach w polu, w ogródku i pewnie dlatego mam inny stosunek do ziemi niż reszta rodziny. Poza tym Byk to znak ziemski, coś w tym jest 😉

Zdjęcie zrobione w 1920 roku w Krakowie

Dziadek Staszek urodził się 1.V.1895 roku jako syn Antoniego Dudka i… i nie wiem, chyba Anny? Wiem, że zmarła podczas I wojny, gdy Staszek był w gdzieś w Europie, Antoni ożenił się z Kazimierą i miał z nią jeszcze kilkoro dzieci.  Staszek jako żołnierz armii austriackiej na pewno był w Alpach, tyle pamiętam.  Kiedy poszedł na emeryturę mój tata zainteresował go pszczelarstwem i miał dziadek 3 ule, godzinami potrafił siedzieć na ławeczce i przyglądać się pszczołom, mieliśmy własny miód, który – mam w oczach – lał się strumyczkiem z miodziarki, takiego urządzenia do którego wkładało się cały plaster i podczas wirowania miód z niego spływał. Pamiętam też jak „podkurzał” ule, żeby zajrzeć do środka. ubierając się wcześniej w specjalny kapelusz z ochronną siatką.

Na zdjęciu jest w mundurze, więc z pewnością pochodzi ono sprzed 1918 roku.

Domek widoczny poprzez gałązki jabłoni rosnącej w ogródku

Lata chyba 70-te, zdjęcie zrobił doc. Wincenty Wcisło, kardiolog, do którego przed jego domem ustawiały się kolejki pacjentów z całej Polski w dniu, w którym ich przyjmował

A teraz seria widoków na tenczyńskie Skałki, ukochane moje miejsca, po których spacerowałam całymi godzinami gdy babcia pracowała w polu, zbierałam wielkie fragmenty amonitów, których było mnóstwo na stosach kamieni usypanych pod krzakami głogów rosnących grupkami. A ile ptaków między gałązkami siedziało i śpiewało! A jak śpiew skowronka dzwonił pod samym niebem! A jak cudownie niósł się głos dzwonów z kościoła po całej okolicy, długo, drżąco, szeroko…  A jaki oszałamiający zapach unosił się nad polami… A jaki smak miały dzikie poziomki, tego nie wie nikt, kto ich nie próbował… A ile marzeń dziecięcych, a później dziewczęcych tam zostało… Nawet pierścionek rzuciłam ze Styrku w dół wypowiadając jedno pragnienie… Oczywiście pierścionek nie był złoty, kolorem tylko złoto przypominał, ale miał czerwone oczko…

Na końcu jest kapliczka, za nią był ugorek prababci, na którym kuzynostwo paliło ognisko… Dalej się szło na Wolę Filipowską do cioci Heli na jabłka, których nie da się porównać z żadnymi innymi, były ogromne, czerwone i słodziutkie… Nie ma już tego wszystkiego, kapliczka może ocalała, nie wiem. Całe przecudne Skałki zostały pokawałkowane na działki, pogrodzone, zabudowane. Nie ma ich. To już inny świat. Tamten został w moim sercu, na kilku zdjęciach zrobionych przeze mnie – nie pamiętam czy jeszcze Druhem czy już Smieną. To chyba początek liceum albo koniec podstawówki. Mam jeszcze kilka kolorowych, z późniejszego okresu, kiedy już byłam dorosła, a moje Skarby chodziły do podstawówki. Zrobiłam je gdy po raz ostatni byłam na Skałkach, jeszcze nie zniszczonych, w dawnej swej postaci.  Pokażę następnym razem we wspomnieniowym odcinku.  Taki czas nadszedł, że wspominamy, ale to dobrze. Dzięki temu pewne zdarzenia, postacie, miejsca utrwalą się i pozostaną w „stanie uporządkowania” wyskoczywszy z pudełek, albumów, kopert na światło dzienne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 36 komentarzy

Szczawnickie wspominki 6 – PPN

Dawno nie pisałam o Szczawnicy. Nowa rzeczywistość tak „dała mi do wiwatu” (w sensie psychicznym), że o przyjemniejszych sprawach nie myślałam. Odsunęłam też od siebie myśli o tym, że w maju mieliśmy wybrać się do naszego ukochanego miasteczka. Nie wybierzemy się z wiadomych względów.  Ten typ z koroną wszystkim pomieszał szyki, zmusił do zmiany planów, do życia w zupełnie innym, niespotykanym dotąd nigdy wymiarze. Przyznam się, że tęsknię za widokiem normalnych ludzi w studio telewizyjnym. Mam serdecznie dość głów gadających na monitorach. Nie jestem w stanie już na to patrzeć, odrzuca mnie! Nigdy nie lubiłam książek/filmów SF, a teraz się czuję jak w horrorze, jakby mnie wrzucono w sam środek takiego świata. Nie chcę w takim żyć!
Bez względu na mój (i innych) stan umysłu góry stoją sobie na swoim miejscu, za nic mają ludzkie wirusy, rozterki, uczucia itp., patrzą na nas w całym swoim majestacie, szumią jodłami i innym drzewostanem, falują trawami, pachną wiosną i mówią do nas. Podsłuchałam 🙂   „Doś tego strochania, słonko grzeje, świat piyknie wyglonda, a wyście to zabacyli skróś tego skurkowańca wirusa. Cołkiem jakbyście ino po ćmoku chodzili. Nie dojcie sie łocygonić, jesce bedzieta tróncać sie, bedom hulacki z radości, bo tego pierona cholera weźnie i nie bedzie nom tu kolanduwał”.
I co? Mnie się taka gadka podoba, ( tłumaczyłam ją sobie korzystając z: „Wyłónacka, słownik gwary szczawnickiej”, Kraków 2013, Wydawn. astraia ). Jeszcze mi się przypomniało, że „wszystko mija nawet najdłuższa żmija” i postanowiłam sięgnąć do zdjęć ze Szczawnicy.

Przy okazji przypomnę, że dzisiejszy Pieniński Park Narodowy powstał 1 czerwca 1932 roku. Wstępny projekt opracował prof. Stanisław Kulczyński. Przypomnę też, że pan profesor jest patronem mojej ulicy na Ursynowie oraz, że  został uznany za „niewłaściwego” i w ramach tzw. dekomunizacji ulic zabrano mu patronowanie. Mieszkańcy się nie pogodzili z taką decyzją i w sądzie wygraliśmy, odzyskaliśmy naszą ulicę!
Wracając do PPN – został utworzony  pod nazwą „Park Narodowy w Pieninach” jako pierwszy park narodowy w Polsce, który wspólnie z powołanym 12 lipca  1932 roku Słowackim Rezerwatem Przyrodniczym w Pieninach utworzył pierwszy w Europie pograniczny park narodowy. Powierzchnia PPN wynosi 2346, 16 km kwadratowych, najniższy punkt znajduje się na wysokości 435 metrów n.p.m., najwyższy – 982 m n.p.m.
Podaję oficjalną stronę PPN – https://www.pieninypn.pl/ – tam możecie sobie poczytać o szczegółach, o historii, o warunkach geologicznych, o licznych, różnorodnych gatunkach roślin i zwierząt. Przykładowe gatunki, jak również ciekawe filmy  można zobaczyć w pawilonie PPN nad Dunajcem, niedaleko przejścia granicznego na Słowację (które w tej chwili jest zamknięte z powodu pandemii).

Sowa się zwraca do turystów z uprzejmą prośbą…

Pawilon PPN

Widok od strony pawilonu PPN w kierunku Szczawnicy, idzie się wygodnym chodnikiem, jest i ścieżka rowerowa

Na początku drogi można zejść schodkami w dół

przejść przez mostek

i znaleźć się na wyspie, gdzie można posiedzieć na ławeczce w towarzystwie pawia z kwiatów (jednej z wielu szczawnickich kwiatowych figur), oraz rzeźb przedstawiających Annę i Artura Wernerów

A potem to się już tylko idzie i podziwia 🙂 🙂 🙂

Jedyny problem – to, że z psami nie można po PPN chodzić. To znaczy w Leśnicy słowackiej z Szilką byliśmy, oczywiście szła na smyczy przy nodze, bo to mądra sunia jest. Myślałam wtedy (jeszcze szczuplutka dziewczynka z niej była), że w razie czego weźmiemy ją na ręce. W Leśnicy psów pełno, szczekają tak samo jak nasze, nie ma bariery językowej 😉  Pokażę jeszcze w przyszłości (jak dotrę do zdjęć)  Drogę Pienińską biegnącą wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru, która jest niesamowicie malownicza, przepiękna, a  idąc  można obserwować tratwy płynące przełomem Dunajca.

Mamy z Mężem tę satysfakcję, że wszędzie byliśmy, wszystkie szlaki w okolicy pokonaliśmy w swoim czasie, teraz więc – jeśli uda się wreszcie pojechać – możemy sobie spokojnie spędzać cudowne chwile bez względu na pogodę i inne okoliczności, możemy iść gdzie nas nogi poniosą, tam gdzie z psiepsiołami da się spacerować i skąd w razie potrzeby uda się szybko wrócić do domu, bo przecież babcia D. na długie trasy nie pójdzie, a na dłużej nie można jej samej zostawiać… ale to już inna „bajka”…

Tak wygląda przejście do Leśnicy, niesamowite wrażenie robią skały – zdaje się, że wiszące tuż nad głową. Może na fotce tego nie widać,  ale za pierwszym razem miałam duszę na ramieniu idąc tamtędy, teraz już nie, teraz góry są moje, a ja należę do nich 🙂   zdjęcie zrobione w 2007 r.

Trzymajcie się zdrowo!!!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 39 komentarzy

Trochę wspomnień …

Jeszcze w związku z wczorajszym dniem. Wróciłam do starych zdjęć i kilka wydobyłam na światło dzienne 🙂 Jakość jest oczywiście fatalna, ale za to chwile uwiecznione – bezcenne.  Czyż ja bym uwierzyła, że mała Ania była ciągle naburmuszona gdyby nie fotki? A w życiu! To Calineczka ma chwilami takie miny, nie ja przecież 😉 Prawdę mówiąc, ja nie, ale Ania z przeszłości jak najbardziej…

Półroczna Ania

Ania w swoim kabriolecie z babcią Stefą i siostrą

Już na własnych nóżkach z mamą i Lucynką

Z Lucy i Rolfem, po którym mój pierwszy osobisty psi przyjaciel odziedziczył imię

Karmimy kury u babci w Tenczynku

Na rynku w Krzeszowicach

W krakowskim Zoo z mamą. Lucynką i wujkiem (strażak, żeby nie było pomyłki w kwestii munduru), chrzestnym tatą Ani,  sweterek robiła mama, był niebieski z białymi kwadracikami

Trochę wcześniej – komunia Lucynki i obydwie babcie

Na tym koniec dzisiejszych wspomnień, zostaną czarno- białe fotografie. Tak się składa, że dziś jest rocznica śmierci babci Frani, tej po prawej stronie, stojącej za naburmuszoną Anią.  Miała niesamowitą fantazję i umiała niezwykle zajmująco opowiadać bajki i różne historie. Do Ani mówiła „moja poetko” 🙂

Wciąż żałuję tylko jednego, że nie można się spotkać z bliskimi w swoim obecnym stanie ducha i umysłu choć na chwilę, porozmawiać i przytulić, powiedzieć, jak byli i są ważni i jak bardzo się ich kocha.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 48 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 34,35

=34=

No to już nie mam odwrotu – pomyślała Dorota po pośpiesznym wyjściu bratowej. Całe szczęście, że Donica mnie uprzedziła o zamiarach tej małpy. Teraz pomyśli zanim wprowadzi w czyn swój diabelski pomysł. Muszę uprzedzić ciotkę. O matko! I to szybko!

Chwyciła telefon drżącymi ze zdenerwowania rękami. Przy Agacie zachowała zimną krew, teraz jednak nerwy puściły i wewnętrzna trzęsionka dopadła każdą komórkę. O mało sobie nie przygryzła języka, bo ząb zaczął dzwonić o ząb.

– Ciociu, ciociu – krzyczała do słuchawki. – Bardzo cię proszę, szybko zabierz Monikę do siebie. Teraz nie mam czasu, wytłumaczę ci potem. Idź i odbierz ją ze szkoły jakby nigdy nic, nic nie mów. Tylko spiesz się, dobrze?

Następnie próbowała się skontaktować z bratem. Przemknęła jej myśl, jakie to szczęście, że niedawno założyli wreszcie telefon.

– Dodzwonić się do ciebie nie można – powiedziała z pretensją – Ale i tak dobrze, że odebrałeś. Czy ty wiesz, że twój szanowny wspólnik nie chce cię prosić do telefonu?

– Co ty opowiadasz? – zdziwił się. – To jakieś bzdury. Coś chciałaś? Mów, bo jestem zajęty.

Dorota wciągnęła głęboko powietrze, uspokoiła się, żeby niepotrzebnie Sergiusza nie niepokoić wprowadzając w tajniki planu.

– Słuchaj, jest sprawa. Czy zgodzisz się, żeby Monisia przez kilka dni pobyła u twojej mamy? Ciocia mówiła, że jakoś źle się czuje i wnuczka byłaby jej wielką pomocą. Do szkoły ma dwa kroki, więc nic nie straci, poza tym zaraz koniec roku szkolnego.

–  Co jej jest? Czemu do mnie nie zadzwoniła? – przestraszył się.

– Nic, nic,  już wszystko dobrze. Wiesz, że jest wrażliwa na zmiany ciśnienia. Mając obok siebie małą będzie się czuła bezpieczniej. Zaraz po niedzieli jest zapisana na wizytę u kardiologa, może jej zmieni dawkę leku albo przepisze coś nowego. A do ciebie nie mogła się dodzwonić, przecież ci przed chwilą mówiłam, że trudno cię złapać. Najczęściej wspólnik mówi, że cię nie ma.

– No, czasem może mnie nie być – zastanowił się, – przecież bywam w terenie, ale nie tak bez przerwy…

– No to się zacznij zastanawiać nad tym, co się wokół ciebie dzieje, braciszku. Trzymaj się, cześć.

Odłożyła słuchawkę i musiała się napić zimnej wody. Miała wrażenie, że sama dostanie zaraz jakiegoś wylewu czy udaru. Twarz jej pałała, serce biło w przyspieszonym tempie, wszystko się trzęsło jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe.

Zadzwonił telefon. Podskoczyła do góry i odebrała ze strachem.

– Cześć ciociu – usłyszała radosny głos Moniki. – Jak to dobrze, że babcia mnie odebrała ze szkoły. Strasznie się cieszę. Nie mam wcale lekcji do odrobienia. Mogę do ciebie przyjechać z babcią?

– Pewnie, że możesz. Tylko teraz słuchaj uważnie. Babcia się źle poczuła i dlatego poprosiła tatę, żebyś mogła u niej pobyć kilka dni, rozumiesz? Tata się zgodził, więc opiekuj się babcią, jeśli będzie potrzebowała, to podasz jej wodę albo lekarstwa, dobrze?

– Jasne, jestem już przecież duża. Ale babci nic się nie stanie?

– Oczywiście, że nic, kochanie. Potrzebuje tylko towarzystwa ukochanej wnuczki. A teraz daj mi, skarbie, babcię do telefonu.

– Już daję – zaszczebiotała. – Babciu, ciocia chce z tobą rozmawiać.

– Ciociu, słuchaj uważnie i zapamiętaj. Źle się poczułaś i dlatego chciałabyś wnuczkę mieć przy sobie. Pamiętaj, miałaś skoki ciśnienia, po niedzieli jesteś zapisana na wizytę u kardiologa, a teraz Monika jest ci niezbędnie potrzebna do życia. Aha, dzwoniłaś do syna ale wspólnik mówił, że go nie ma. Uff, w piekle chyba się będę smażyć po dzisiejszym dniu. Zrozumiałaś?

– Że w piekle? – zaśmiała się do słuchawki pani Mela. – W piekle dla ciebie miejsca nie ma, wszystkie zajęte przez innych. Nie martw się. Zrozumiałam tyle, że moja synowa uknuła znowu jakąś intrygę i dlatego mam dziecko przechować u siebie. Zgadłam?

– Tak właśnie jest.

– Słyszałam, że Monisia się do ciebie wybiera w moim towarzystwie więc spokojnie odgadamy szczegóły. A ty już się uspokój bo przez telefon czuję jak cię trzęsie. Weź coś na uspokojenie.

– Trzęsie mnie, jak cholera mnie trzęsie. Najbardziej chyba dlatego, że jak sama wiesz, Sergiusz nic nie robi. No, może robi, ale ogólnie czeka aż sytuacja rozwiąże się sama.

– Tym razem nie całkiem – broniła pani Mela syna. – Stara się i przeżywa tym bardziej, że czuje się zdradzony podwójnie. A mnie do rozpaczy doprowadza ta jego dobroć i łatwowierność, jest taki sam jak jego ojciec, za dobry do tego świata.

– Że też tej cholery nikt nie udusi w ciemnej ulicy – mruknęła Dorota. – Byłby problem z głowy.

– Nie całkiem z głowy. Duszona cholera nic tu nie zmieni. Sama jesteś? Michała nie ma?

– Prosto z pracy miał odebrać dzieci. Niedługo powinni być.

– Wobec tego zrobimy naradę wojenną jak przyjadę – zakończyła z werwą w głosie starsza pani.

=35= 

Aldona czuła się ogromnie zmęczona nieustannym podwójnym pilnowaniem. Podwójnym dlatego, że sama się musiała pilnować oraz była pilnowana i obserwowana przez Gretę, która prowadziła szeroko zakrojoną działalność szpiegowską na rzecz Agaty oraz Mariana. Ten ostatni nie mógł wszystkiego pilnować osobiście, ponieważ został przeniesiony do innego budynku. Z tego akurat powodu Aldona była zadowolona i odczuwała ogromną ulgę nie musząc na co dzień znosić jego towarzystwa. Niemniej jednak zdawała sobie sprawę, że zna każdy jej krok. Prawie każdy, przynajmniej w pracy. To samo odnosiło się do Agaty. Też była dokładnie informowana gdzie, kiedy, dokąd i na ile czasu Aldona wychodzi i co ogólnie  robi. Do tego dochodziły najprzeróżniejsze komentarze z gatunku prymitywnych i złośliwych. Przyzwyczaiła się, pomału przestało to robić na niej wrażenie tak wielkie jak na początku. Pozostał niesmak i uczucie niechęci.

Postanowiła skorzystać z urlopu. Ze względu na malutką musiała odpocząć, zrelaksować się. Po namyśle przyjęła zaproszenie Karoliny i umówiły się, że zaraz po zakończeniu roku szkolnego przyjedzie z dziewczynkami  – oraz oczywiście z pozostałymi domownicami – do jej nowego domu. Jurand oferował się zawieźć całą menażerię dwu i czworonożną na miejsce docelowe. Nie musiała się Aldona  specjalnie czuć zobowiązana ponieważ w tym czasie, czyli na początku wakacji, i tak wybierał się do Tenczynka służbowo. Po namyśle, analizach i naradach  otworzyli z Michałem filię własnej kancelarii, która od roku działała z powodzeniem jako Adwokacka Spółka Partnerska.  Filia mieściła się w Krzeszowicach, w niedużym pokoiku wynajętym w tym samym budynku, w którym Karolina otworzyła swoją poradnię.

Jednak wcześniej, jeszcze przed planowanym wyjazdem, pojawiły się nowe okoliczności w życiu Doniczkowej rodziny, komplikujące i tak już skomplikowane życie. W związku z tym, że dziewczynki opiekowały się kotką Patusią, której w piwnicy urządziły mieszkanko i zanosiły jedzenie, Aldona mimo woli była poinformowana o losach tejże kotki słuchając rozmów córek. Zdarzyło się, że od kilku dni przestała się Pati pojawiać w piwnicy. Zaniepokojone dzieci szukały jej w całej okolicy lecz bez skutku. Kotki nigdzie nie było, jak kamień w wodę. Po następnych kilku dniach zrobiło się na podwórku głośno, dzieci narobiły wrzawy, krzyku i ściągnęły Dorotę na dół w trybie natychmiastowym. Aldona w tym czasie była jeszcze w pracy. Dzieci znalazły na śmietnikowym pojemniku pudełko z martwymi kociętami, niedawno urodzonymi. Jedno się jeszcze ruszało. Dorota wkroczyła do akcji i okazało się, że zwyrodnialec z pierwszej klatki specjalnie zamknął Pati w piwnicy skąd nie mogła się wydostać, żeby móc nakarmić własne dzieci, które urodziła w drugiej piwnicy więc biedactwa zmarły z głodu i wyziębienia. Wtedy je wyrzucił na śmietnik. Jedno przeżyło. Dorota uwolniła kocią matkę, którą natychmiast zaniesiono do piwnicy Aldony razem z ocalałym, ślepym jeszcze kociątkiem. Na ten moment trafiła Aldona i już razem z przyjaciółką  zadbały o maleństwo, które swobodnie mieściło się w małej kobiecej dłoni, odpchliły je, ułożyły w  koszyku wyścielonym miękkim kocykiem dla lalek. Łaciaty, czarnobiały kotek otrzymał imię Maciuś. Aldona nic nie mówiła, Inka się nie sprzeciwiła a Linka głośno nie powiedziała czemu akurat takie wybrała imię. Maciuś rósł jak pączuszek karmiony przez kotkę dokarmianą z kolei przez Stokrotki, chłopców Doroty i Biedroneczkę, jeśli akurat była w odwiedzinach u cioci. Otworzył oczka w obecności Aldony i od tej chwili ją oraz dziewczynki uważał za swoją najbliższą rodzinę. Kiedy już podrósł na tyle, że można go było odłączyć od mamy, powędrował do mieszkania Aldony i zainstalował się jako nowy członek „mafijnego” zwierzyńca. Mimi z początku obraziła się na cały świat widząc kocią konkurencję. Na Aldonę w szczególności. Gdy opiekunka zwracała się do niej bezpośrednio, kotka najpierw „rozdziawiała paszczę” pokazując ostre ząbki i wydając z siebie groźny ryk tygrysa, po czym ostentacyjnie odwracała się tyłem ignorując wszelkie próby nawiązania kontaktu. Trwała taka sytuacja około miesiąca. Stopniowo Mimi przestała reagować agresją, dała się przytulać i powróciła do „dawnej swej postaci”. Maciuś uznawał jej wyższość, schodził z drogi i dawał do zrozumienia, że wie, kto tu rządzi. Był przecież tylko malutkim, rozkosznym kociątkiem. Tina żadnych problemów nie widziała. Od razu zaopiekowała się maluchem jak własnym. Być może też dlatego Mimi przestała się boczyć na Maciusia. Spały we trójkę na jednym posłaniu, oba koty oczywiście przytulone do suni.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy

Życzenia dla Ewy Krakowianki :)

Pięknie pachnące wiosenne kwiaty z dzisiejszego spaceru 🙂

Ewuniu, jeszcze raz wszystkiego co najlepsze, zdrowia, zdrowia i zdrowia, spełnienia marzeń i sto lat !!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 6 komentarzy

Stokrotki dla Stokrotki :)

W tym zwariowanym czasie, w którym obecnie przyszło nam żyć, w którym staramy się funkcjonować zachowując choć odrobinę normalności zupełnie zapomniałam, że miałam się z Wami podzielić innym „zwariowaniem”. Tym razem jak najbardziej pozytywnym „zwariowaniem” naszej kochanej Stokrotki 🙂 🙂 🙂
Zaprosiła mnie do „Mojego kraju nad Wisłą”, do swojego kraju, który jest i moim krajem, którego nie opuściłabym za żadne skarby świata (chyba, że jadąc na wycieczkę). Stąd mój ród, moi przodkowie, tu jestem u siebie bez względu na „okoliczności zewnętrzne”. O wolność tego kraju walczyli moi rodzice oboje będąc w AK, nauczyli mnie kochać go, pokazali piękno i historię. Z tatą chodziłam na niedzielne zmiany warty, na defilady przed Grobem Nieznanego Żołnierza, pokonywaliśmy piechotą ulice Warszawy odkrywając różne ciekawe miejsca.
Z Mężem zwiedzaliśmy przepiękne zakątki naszego kraju, obecnie szczególnie ukochane Pieniny. Cała Polska budzi podziw, mamy wszystko: góry i morze, doliny i wzgórza, lasy i łąki, ruiny i odrestaurowane zabytki, stare budowle i nowoczesne budynki. Słowem – „piękna nasza Polska cała” 🙂
Stokrotka w swej książce zafundowała mi wycieczkę, zwiedzanie miejsc Polski, z których część znam, o części zapomniałam i miałam okazję sobie przypomnieć, a część była dla mnie nieznana, nigdy dotąd tam nie zawędrowałam i z różnych względów zapewne tam już nie dotrę. Dzięki Stokrotce spędziłam miłe chwile na zwiedzaniu 🙂
Uśmiechałam się od pierwszej strony. Czytając o Wiśle, rzece naszej najdłuższej, wspominałam pobyt z Mężem w miasteczku Wisła, potok Kopydło – przepływający obok domu wczasowego, w którym mieszkaliśmy –  wpadający do Wisły, pomylenie szlaków na trasie skutkiem czego znaleźliśmy się w Ustroniu zamiast w Wiśle, mój irracjonalny strach, że spotkamy niedźwiedzia w gęstwinie…  Nad Przemszą mieszkałam w Mysłowicach (między 2-gim a 4-tym rokiem życia), podobno uciekłam kiedyś siostrze, żeby pójść nad rzekę…  Kraków to rodzinne miasto mojego taty, okolice Krakowa są mi bliskie, całe życie kochałam i kocham Tenczynek, choć już tam nie bywam od śmierci babci. To najpiękniejsza kraina dzieciństwa…  Teraz Szczawnica pełni rolę najpiękniejszego miejsca na ziemi :)… W Miasteczku Stokrotki, czyli w Kazimierzu Dolnym, wspominamy do tej pory przepiękny zachód słońca podziwiany z traktu spacerowego prowadzącego wzdłuż Wisły…
Ze Stokrotką zwiedziłam Mazowsze, wpadłam do znajomych miejsc w Małopolsce, wspomniałam chaty połemkowskie, którym zrobiłam dużo zdjęć, pozdrowiłam karkonoskiego Liczyrzepę…
Cóż, dziewczynko z warkoczami, Stokrotko kochana, sięgnęłam po schowane fotografie, wróciłam dzięki Tobie w różne piękne miejsca naszego kraju i wróciłam wspomnieniami do czasów minionych. Dziękuję 🙂

Stokrotki dla Stokrotki, wprawdzie inna odmiana niż na okładce książki, ale jednak 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Prababcia Marianna

17 kwietnia urodziła się moja prababcia Marianna, po mężu Godyń, z domu Pałkówna. Dziś skończyłaby 145 lat, bowiem przyszła na świat w 1875 roku. Pamiętam ją jak siedziała przed swoim domkiem rozmawiając z przechodzącymi sąsiadami. Pamiętam jak nosiłam jej obiad w małym czerwonym rondeleczku, bo babcia Stefa gotowała także dla niej, na zmianę ze swoją siostrą Rózką, żeby „mamusia nie musieli się męczyć”. Pamiętam jak szyła ze mną ubranko dla mojego żółtego misia, kiedy babcia szła na jarmark w Krzeszowicach i zostawiała mnie u prababci. Pamiętam jak siedząc u niej na stole (musiałam być wtedy bardzo malutką dziewczynką)  przy oknie oglądałam kolorową, kręcącą się gwiazdę i kolędników poprzebieranych cudacznie. Pamiętam jak pożegnałam się z nią wyjeżdżając po wakacjach i mama kazała mi pocałować prababcię w rękę. Zapamiętałam, bo byłam tym zdumiona, nigdy dotąd nie całowałam nikogo w rękę, ale tak zrobiłam. To było prawdziwe pożegnanie jak się okazało. Prababcia zmarła 29 stycznia 1962 roku. Przeżyła o 40 lat swego męża, któremu urodziła ośmioro dzieci, w tym pięć dziewczyn i trzech chłopaków. Pradziadek Wojciech (3.04.1865 – 19.01.1922) byłby dumny ze swoich dzieci, wnuków i prawnuków, teraz nawet prapra i jeszcze raz pra…wnucząt 🙂

Nie wiem, z którego roku może być to zdjęcie. Prababcia z trzema córkami, najmłodszym synem i zięciem, nie wiem tylko czy już z formalnym zięciem czy dopiero ze „starającym się”. W każdym razie bardzo wujka lubiłam 🙂

Zwróćcie uwagę na przedmiot wiszący na ścianie domku. Dopiero po powiększeniu zdjęcia wypatrzyłam, że to nosidła. Pamiętam ludzi noszących wodę ze studni na łące, mówiło się „na pastwisku”. U babci była własna studnia ze źródlaną wodą. W Tenczynku wybijało dużo źródełek. Opowiadano, że podczas wiercenia studni u dziadków na posesji woda tak gwałtownie wybiła, że trzeba było z dołu uciekać czym prędzej. Woda w studni była zawsze, nigdy nie wysychała. W letnie upały służyła jako lodówka (dopóki takowy sprzęt się nie pojawił). Mama z babcią wkładały produkty do wiadra przymocowanego do łańcucha nawiniętego na wałek i kręcąc korbą spuszczały w głąb studni gdzie zawsze był chłód.

To zdjęcie jest unikatowe – trzy pokolenia kobiet: mama, babcia i zupełnie przypadkiem „załapała się” prababcia spoglądająca przez okienko ganku na dwie młodsze damy 🙂

Prababcia na ławeczce przed domkiem, ciocia z wnukiem i Ania trzymająca się wózka. Okropne były te sukienki, obowiązkowo na karczku, pamiętam taką niebieską, zieloną i różową, i koniecznie kokardy wplecione w warkoczyki 🙂

Tak to się wybrałam w podróż sentymentalną przy okazji dzisiejszej daty. Wczoraj zanurkowałam w stare fotografie i dałam im nowe życie robiąc zdjęcia telefonem.  Trochę pod wpływem Waszych wspomnieniowo-zdjęciowych wpisów, a trochę pod wpływem książki Stokrotki, ale o tym w następnym wpisie.

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 44 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 33

Teresa postawiła na podłodze ciężką torbę wypełnioną książkami dla dzieci.

– Ooo, jaką masz ładną parasolkę z falbankami – zachwyciła się nową parasolką, którą Dorota rozłożyła na podłodze w celu jej wysuszenia.

– Jaką deskorolkę? W jakie paski? Od kogo dostał?

Teresa spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem

– Co ty mówisz? Jaką deskorolkę?

– No tę, którą dostał. Od kogo dostał? Od Piotra? Ile zapłacił?

Teresę przytkało. Stała z otwartymi ustami zastanawiając się czy przyjaciółce spadło coś ciężkiego na głowę czy dostała nagłego pomieszania zmysłów.

– No może byś mi odpowiedziała. Ogłuchłaś czy co?

Dorota nie mogła pojąć przyczyny nagłego znieruchomienia przyjaciółki. Nagle palnęła się ręką w czoło.

– Przecież to ja jestem głucha! – wyksztusiła dusząc się ze śmiechu. – Uszy mnie rozbolały, więc musiałam wpuścić krople i włożyć tampon.

– Drobna różnica między parasolką a deskorolką – skrzywiła się Teresa.

Wpadł do pokoju Kajtuś z kartką w ręce.

– Zobac ciocia, narysowałem kościostrupa – zawołał.

– Kościotrupa chyba – sprostowała matka.

– Psecies mówię. Ładny?

– Piękny – uśmiechnęła się do chłopczyka Teresa. – Nawet w miarę dokładny. Skąd wiedziałeś jak narysować?

– Odrysowałem od siebie. Widzis jak to dobze  być chudym? Muse się znać na kościostrupach, bo będę archelologiem.

– Archeologiem – poprawiła matka.

– Oj, psestań mnie poprawiać. Jak będę taki duzy jak ty to się nie pomylę.

– Powinieneś powiedzieć: stary, a nie: duży – zaśmiała się ciotka.

– Ty tes mnie poprawias? Idę sobie, nie lubię was – odwrócił się na pięcie i wyszedł.

– Sama jesteś stara – odgryzła się Dorota. – Nie powiem ci co chciałam, jeśli z ciebie taka małpa.

– Tylko taka sama jak ty. Gadaj wreszcie.

Po wymianie z przyjaciółką powyższych uprzejmości Dorota wyjęła trzy zdjęcia zrobione podczas tańca Aldony z  Sergiuszem.

– Zobacz, które najbardziej ci się podoba? Mam zamiar zrobić im prezent. To znaczy na razie dam Donicy, żeby już sobie miała.

– Zdjęcie dasz?

– Nie, przecież mówię, że zrobię obrazek z tego zdjęcia, które wybierzesz.

– Nic nie mówisz… Aaa, rozumiem. To będzie takie zaklinanie rzeczywistości.

– Nareszcie dotarło. To które?

Teresa dokładnie przyjrzała się fotografiom. Wreszcie zdecydowanym ruchem dwie  odłożyła na bok, jedną podała Dorocie.

– Myślę, że ta fotka będzie najlepsza.

– Też tak myślałam, ale wolałam się upewnić. Zobacz jak pięknie razem wyglądają, zwróć uwagę na spojrzenie. Jest coś niesamowicie elektryzującego w sposobie w jaki na siebie patrzą…

– Po prostu wyraźnie widać, że się kochają. I tyle – podsumowała Teresa.

Przeniesienie zdjęcia na płótno nie zabrało Dorocie wiele czasu. Oprawiła w gustowną ramkę obrazek wielkości podwójnej kartki z zeszytu i postawiła na swoim regale przed dostarczeniem w miejsce docelowe. Traf chciał, że niedługo potem bratowa miała chęć swój interes popchnąć do przodu zmobilizowana wyróżnionym zdjęciem zrobionym przez Linkę i prezentowanym w gazecie, więc bez zapowiedzi przyszła w odwiedziny.

– Jak ty tu weszłaś? – zdziwiła się Dorota na jej widok otwierając drzwi wejściowe mieszkania przy akompaniamencie szczekania Azy.

– Akurat wchodził jakiś mężczyzna, otworzył szyfrem, więc skorzystałam z jego uprzejmości i weszłam na klatkę razem z nim.

– Ciekawe co to za palant – mruknęła niechętnie Dorota.

– Co mówisz? Nie słyszę, bo to – wskazała suczkę ruchem głowy – zagłusza.

– Nic, szukam kluczy od kraty.

– Jak możesz tak długo szukać? Dlaczego nie trzymasz w jednym miejscu?

– Bo mi się nie chce – ze słodkim uśmiechem zbliżyła się do kraty i stała trzymając klucze w ręce, wcale nie spiesząc się  z otwieraniem.

– No otwórz wreszcie!

– A co ci się tak spieszy? Pali się gdzieś? – spokojnie i pomału oglądała klucze, jakby nie mogła się zdecydować, który będzie pasował do zamka w metalowych drzwiach kraty i jakby nie dostrzegała, że bratowa zaczyna ze zniecierpliwienia oraz złości robić się czerwona na twarzy i przebiera nogami.

– O,  już znalazłam – powiedziała Dorota jakby się naprawdę ucieszyła. – Ten jest właściwy – podniosła klucz do góry, obejrzała  ze wszystkich stron i już miała go włożyć w zamek lecz zastygła z uniesioną ręką. – A tobie co? Aha, siusiu ci się chce i temu tak drepczesz. Czemu nic nie mówisz? Już otwieram.

Otworzyła wreszcie. Agata szarpnęła „kracianymi” drzwiami chcąc jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie. Pchnięte z impetem odbiły się i wróciły na poprzednie miejsce szybciej niż Agata zdążyła przez nie przejść opuszczając korytarz. Napotkawszy zaś na swej drodze przeszkodę w postaci zeźlonej kobiety, oddały cały impet z jakim zostały przez nią pchnięte. Skutkiem tego niczego się nie spodziewająca Agata została siłą wyniesiona w to samo miejsce, które tak bardzo opuścić pragnęła.  Dorotę zamurowało. Pomyślała, że czasem przedmioty martwe wcale nie są takie martwe i potrafią się opowiedzieć po właściwej stronie.

– Ojej, jak ty to zrobiłaś – otworzyła szeroko swoje wielkie, zdziwione oczy z miną niewiniątka. – Nic ci się stało? Czegoś podobnego jeszcze nigdy nie widziałam.

– Czarownica – mruknęła Agata odchylając już niezmiernie delikatnie drzwi „kraciane” i wchodząc do mieszkania.

– Słyszałam – ostrzegła gospodyni przytrzymując Azę. – Dla wyjaśnienia: ja się czarami nie zajmuję, złych uroków nie ciskam, klątw nie rzucam… z reguły… choć czasem, gdy mnie ktoś zmusi…

– Wariatka.

– No dobrze, skoro już wymieniłyśmy grzeczności… powiedz z czym przychodzisz, albo raczej po co – ton Doroty stał się chłodny, a wyraz twarzy kamienny i nieprzenikniony.

Zdziwiona zmianą zachowania Doroty bratowa zmieniła taktykę i szeroko się uśmiechnęła.

– Żartowałam. Byłam w pobliżu i pomyślałam, że wstąpię i zapytam co słychać  – powiedziała sadowiąc się w fotelu. – No więc co słychać?

– A jaki temat cię interesuje do tego stopnia, że zaszczyciłaś mnie swoją obecnością?

– Wiesz, jesteśmy w pewnym stopniu sąsiadkami… – zaczęła.

– Tak? A to niby w jaki sposób? – Dorota uniosła pytająco brwi. – Masz na myśli sąsiednie dzielnice?

– Jakaś ty dowcipna, ha, ha. Przecież działki mamy obok siebie, właściwie to jedna wielka działka, jak nie jest podzielona. Nie wiadomo gdzie początek a gdzie koniec.

– Nie masz racji, dokładnie wiadomo.

– Pomyślałam, że może byś chciała całość mieć dla siebie…

– W jakim sensie?

– Bo wiesz, ja nie będę tam przesiadywała, cóż to za warunki… Sergiusz to już w ogóle czasu nie ma, musi przecież pilnować interesów, ma rodzinę na utrzymaniu…

– Masz na myśli siebie?

– Oczywiście. Uważam, że działkę należy sprzedać, bo nie jest nikomu do niczego potrzebna…

– Mam wrażenie, że się grubo mylisz.

– …nie jest potrzebna, ale skoro ty lubisz przebywać w takich… ekstremalnych warunkach… to może odkupiłabyś drugą połowę?

– Działki?

– Działki. Doceń, że przyszłam z tym najpierw do ciebie zamiast od razu wystawić na sprzedaż oficjalnie.

– Monika bardzo lubi być na działce.

– No wiesz – wydęła wargi w grymasie. – A któż brałby pod uwagę dziecinne humory…

– Ja bym brała – spokojnie odpowiedziała Dorota.

– No tak, bo ty jesteś taka dziwaczka…

– Może i jestem, myśl sobie co chcesz, ale nie trawię nikogo, kto robi krzywdę dzieciom albo zwierzętom.

– Tak tak, znam te twoje śpiewki – odsunęła się z obrzydzeniem, bo Aza zbliżyła się obwąchując gościa jakoś długo i intensywnie, i widać coś jej się nie podobało, bo mruknęła ostrzegawczo. – Możesz sobie bredzić jak każdy artysta. Wiadomo, że wy się na życiu nie znacie, błądzicie w chmurach. A dzieci nie mają nic do powiedzenia i tyle. Mają się podporządkować woli dorosłych i mądrzejszych.

– Czyli tobie?

– Oczywiście – wzruszyła ramionami. – Przecież jestem dorosła.

– I sądzisz, że przez to mądrzejsza?

– Czy ty mnie chcesz obrazić?

– Ja? Nie mam zwyczaju obrażać swoich gości, nawet nieproszonych.

– Chyba muszę się zbierać – spojrzała na zegarek, – mam podwózkę do domu. Więc odpowiedz jakie masz zdanie w sprawie działki.

– Mam takie zdanie, że ty nie masz nic do powiedzenia w sprawie działki.

– Nie rozumiem.

– Powtórzę. Ty nic nie masz do powiedzenia w sprawie działki.

– Niby czemu? Co ty możesz o tym powiedzieć? Działka jest własnością mojego męża a więc i moją, bo majątek nabyty w trakcie trwania małżeństwa jest wspólny – szczęka drgała Agacie z tłumionej wściekłości.

– Owszem, takie jest prawo, lecz twój mąż niczego nie nabył, żadnego majątku, a więc i ty żadnego nie posiadasz – wycedziła Dorota usiłując za przymrużonymi oczami ukryć uczucie mściwej satysfakcji na widok zdumienia i wściekłości na twarzy bratowej.

– O czym ty mówisz do jasnej cholery – wymknęło jej się.

– O tym, że ani metr ziemi nie należy do mojego brata, a tym samym do ciebie  – uśmiechnęła się znów przybierając minę niewiniątka. – Aha, a co za podwózkę sobie załatwiłaś? Tę co zwykle?

– A teraz o czym ty znowu mówisz?

– Znowu o tym, że wielokrotnie różne osoby widziały kto cię podwoził. Mieszka niedaleko i w ten sposób znalazłaś się w pobliżu, prawda? Oczywiście przypadkiem.

– No nie, jakichś plotek się nasłuchałaś… Nie wierz w takie bzdury…

– Te, jak twierdzisz, bzdury, przekazywali mi różni ludzie, nie znający się wzajemnie. A więc spisku z pewnością nie zawiązali na twoją zgubę, droga bratowo. I tak się złożyło, że ja również cię widziałam wysiadającą z pewnego samochodu i czule żegnającą się z kierowcą, którym na pewno nie był mój brat…

Agata podniosła się i wzrok jej padł na obrazek stojący na półce. Przez chwilę wpatrywała się weń bez słowa.

– Ach, więc to tak. Widzę, że nic tu po mnie – odezwała się tłumionym z wściekłości głosem jakby przeżuwała w ustach przekleństwo. – Rozumiem, że nie jesteś zainteresowana kupnem działki.

– A ja rozumiem, że ty nie rozumiesz, iż do działki nie masz żadnego prawa. Żad-ne-go. Absolutnie. I jeszcze jedno. Niech ci nie przyjdzie do głowy wywożenie dziecka w nieznane, bo ci się to nie uda i słono zapłacisz za sam pomysł podobnego draństwa.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy