„Widocznie tak miało być” – 38

W międzyczasie pan Józef zaprezentował wstępny projekt domu pani Meli oraz Dorocie, która z wrażenia spać nie mogła przez kilka nocy z rzędu. Kupując działkę myślała o małym, letniskowym domku na wakacje i weekendy. Z czasem plany uległy zmianie i teraz marzyła o prawdziwym domu, w którym zamieszkać będzie mogła cała rodzina. Każdy dostanie swój pokój, ten własny kawałek podłogi,  a ona będzie miała pracownię z prawdziwego zdarzenia. Rozmyślała podczas owych bezsennych nocy o zawiłościach losów ludzkich w najbliższym otoczeniu, o tym jak w ciągu krótkiego w sumie czasu odmieniło się życie Marianny i Teresy, jak chwilowo poplątało się Aldony. Chwilowo – ponieważ była absolutnie przekonana, że i ta historia znajdzie swój szczęśliwy finał.

Pojechała z ciotką do Cięciwy. Chciały na miejscu pomyśleć, pomarzyć o domu, pobyć na konkretnym kawałku ziemi, na którym miał stanąć. Właściwie mentalnie tam już zamieszkać.   Na miejscu zastały trzech starszych panów  w wyśmienitych humorach, pogrążonych we wspomnieniach i natychmiast znalazły się w innym świecie.

– Witajcie dziewczyny – ucieszył się Dziadek. – Czy zaszczycicie staruszków swoim towarzystwem?

– Może za chwilę, najpierw przywitamy się z Helenką. A staruszków to ja żadnych nie widzę, nawet ani jednego – powiedziała Dorota i pociągając za sobą ciotkę weszła do Domku.

– Miła jesteś – ucieszył się Kazio. – Moja Helcia taka nie jest. Zachciało jej się remont w łazience robić. Wymieniła wannę na mniejszą, macie pojęcie? Teraz jak w niej siadam to sobie kolanami uszy zatykam – zakończył nieszczęśliwym tonem.

– Jak dobrze, że przyjechałyście – Helenka serdecznie uściskała nowo przybyłe. – Zwariowałabym za chwilę. Ile razy można słuchać w kółko tych samych historii już od kilkudziesięciu lat?

– No tak, dla ciebie są to znane opowieści, ale dla mnie nowość – uśmiechnęła się Dorota. – Ja uwielbiam ich słuchać. Dziadek, twój Kazio i ich przyjaciele to taka fajna hultajska banda, są cudowni.

– Bo strażacy to inni ludzie – wtrąciła pani Mela. – Wiem co mówię, przed wojną  miałam wujka strażaka. Bardzo lubiłam kiedy przychodził w mundurze.

– Nic nie mówiłaś – zdziwiła się Dorota.

– Bo to bardzo dawno było, o matko, jak dawno… – zamyśliła się starsza pani i w milczeniu dołączyły do męskich przedstawicieli rodu ludzkiego znajdujących się na działce.

– …to było po szóstej klasie…- usłyszały głos Dziadka.

– To ty skończyłeś sześć klas? – zażartował Kazio.

–  Zdarzyło mi się – uśmiechnął się Dziadek.

– Ja po szóstej klasie to już wykładałem – powiedział z udaną wyższością pan Józef.

– Jak, co wykładałeś? – zdziwił się Kazio.

– Posadzkę – odpowiedział pan Józef z szelmowskim uśmiechem.

– Ale mnie nabrałeś – zaśmiał się Kazio. – O choroba, – jęknął. – Czemu mi dałeś, Andrzejku, taki słaby widelec? Złamał się.

– Nie mam innych tylko aluminiowe, przecież tu są polowe warunki – odpowiedział Dziadek. – Ale mi coś przypomniałeś. Pamiętasz jak nas w pięćdziesiątym dziewiątym we Wrocławiu zaprosili do ratusza? W sali obok było wesele, pan młody koniecznie nas chciał ugościć i posadził przy długim stole…

– Oj pamiętam, Andrzejku, pamiętam, tyś tam złamał taki widelec jak ja dzisiaj, na twardym ziemniaku, ręka ci poszła w sos a sos na twarz. Ha, ha…

– Było śmiechu, było, bo zaraz po tym otwierali szampana i tobie korek w talerz wleciał z impetem, a zawartość talerza na tobie wylądowała.

– Jak raz pamiętam, że to taki smaczny stroganow był, żałował ja go bardzo.

– Tak sobie miło wspominacie, a ja się ostatnio nacierpiałem – westchnął pan Józef.

– Co ci było?

– Miałem kamienie w nerkach.

– No proszę, prawdziwy biznesmen, materiały budowlane sobie wyhodował. Tylko nie chwal się, bo ci każą podatek płacić – żartował Dziadek.

– A pamiętasz jak Jasiu się jąkał? – Kazio wciąż pogrążony był we wspomnieniach z młodości.

– Przecież pamiętam, nieraz się biedaczysko sporo namęczył.

–  Teraz potrafią jąkanie leczyć – wtrącił pan Józef zaznaczając swoją obecność, bo wprawdzie wtedy z nimi nie był, ale teraz jest.

– Dzwonił do Strzelec, a potem był okrutnie rozżalony, że dyżurny go przedrzeźnia, bo czasem ludzie tak robili. Nawet raport napisał ze skargą, tak się rozżalił – pokiwał głową  Dziadek

– Potem zadzwonił zwierzchnik tego dyżurnego i tłumaczył, że tamten się naprawdę jąka –rozpromienił się Kazio.

– A ty czego żeś się tak ucieszył – spytał pan Józef z lekkim niesmakiem.

– Jak to z czego? Że pamiętam! – obwieścił Kazio z tryumfem.

– Kaziu, co ty się wiercisz jakby ci się kłos w gacie zaplątał? – zainteresował się Dziadek.

– Bo szukam tego kieliszka i szukam…

– Przecież stoi przed tobą – zdziwił się pan Józef.

– To jeden, ale on tęskni za drugim.

– A drugi pewnie za trzecim – zaśmiał się Dziadek.

– A toś dobrze wykombinował – ucieszył się Kazio. – Bo ten za czwartym. Musi być do pary, bo jak nie ma równowagi to się trzeba wywrócić. Dlatego się mówi: na drugą nóżkę.

– Ze względu na Józkowe kamienie ja bym proponował wyśmienity napój chmielowy – odezwał się Dziadek. – Tylko poczekajcie moment, chłopaki, zabawiajcie tymczasem dziewczyny, a ja skoczę do piwniczki.

Wrócił po chwili z zapasem. Pani Mela z wielką przyjemnością skusiła się na kufel, za to Dorota była niepocieszona, że ona dziś za woźnicę robi i czeka ją powrót do domu za kierownicą.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Jest radość :)

W środę wstał perłowoszary ranek, strząsnął kilka kropli deszczu wprost na szybę dając złudzenie deszczu. Wyjrzałam za okno. Nie padało. Zapach unoszący się w świeżym powietrzu był przecudowny. Zapewne podziałał i na Skitula, bo się podniósł i miał ochotę wyjść ze mną i Szilką. Wieczorem mu się nie chciało. Odpuściłam sądząc, że może jeszcze odczuwać ból w łapce. Tym bardziej, że mógł ją nieco nadwyrężyć nadmierną ruchliwością we wtorkowe popołudnie, ponieważ… I tu niespodzianka! Przyjechała Calineczka z tatą i siostrą 🙂 🙂 🙂 Ileż to było radości! Obydwa psiaki nie odstępowały malutkiej. Ona się cieszyła, huśtała na koniku, którego zniosłam ze strychu natychmiast jak tylko Duży zadzwonił, że wpadną z psimi puszkami. Rozszczebiotała się wołając co chwilę: siośtla! siośtla!  A siostra rozmawiała z dziadkiem i powiedziała, że najchętniej zostałaby u nas przez miesiąc 🙂 Nie trzeba mędrca, żeby wiedzieć, iż babcia Ania wzruszyła się i czuła się uszczęśliwiona całkowicie. Do tego szkrabusia rozłożyła ją na łopatki pytając babci D.: jak się naziwaś?

Zaskoczyli mnie, mieli być we środę i planowałam upieczenie rożków z jabłkami dla Średniej, bo lubi. Skoro jednak była niespodzianka-zaskoczka podzieliłam się drożdżowym. Powtarzam się, ale ten ostatni przepis wygrywa z pozostałymi. Myślę, że olej użyty zamiast masła/margaryny powoduje, iż ciasto się nie zsycha i do samego końca jest wilgotne i smaczne. Przez kilka dni w każdym razie zachowuje świeżość.

Nieustannie ogarnia mnie zachwycenie gdy tylko wyjdę na łąkę albo stanę w lasku i widzę jak słońce prześwieca przez świeżą zieleń liści, przebija się przez tę  gęstwinę roztaczając wokół migotliwe światło… Uwielbiam 🙂  Mogłabym tak stać całą wieczność i podziwiać, i zachwycać się, i wdychać…

Dzięcioły „jak pershingi” latają tam i z powrotem usiłując wykarmić głośną gromadkę dzieciaków. Tu po lewej stronie widać rodzica zmierzającego do dziupli

Taki piękny jest maleńki wycinek naszego świata stworzony przez Matkę Naturę 🙂 Powtarzając filmowe słowa Jerzego Stuhra – JEST RADOŚĆ 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

Makowy zakątek

Wczoraj było święto milusińskich naszych, wysłaliśmy sms-em życzenia do wszystkich członków młodszego i najmłodszego pokolenia. Wciąż jeszcze dzieciaki trzymają dystans wiedząc, że jesteśmy w grupie ryzyka. Ale już mam tego dość. Rozum rozumem ale serce się buntuje 🙁

Makowa panienka uśmiecha się do dzieci 🙂

„Ja prowadzę” – Andrzeja Seweryna rozmowę z panami Arkadiuszem Bartosiakiem i Łukaszem Klinke czytałam z ogromną przyjemnością. Tym bardziej, że  Beaty Biały o Agnieszce Osieckiej zmęczyła mnie, i wcale to nie „wina” autorki. Andrzeja Seweryna zawsze lubiłam, a po tej lekturze wszystkie pozytywne uczucia jeszcze się wzmogły 🙂 Z jakiego powodu, za co jeszcze bardziej go polubiłam? Za mądrość życiową, za dystans do siebie, za poczucie humoru, za ciepło i wrażliwość, za całokształt jak to się mówi. A dodatkowo – znalazłam wiele reakcji, odczuć, przemyśleń wspólnych z moimi, a przyczyna się wyjaśniła, gdy przeczytałam, że urodził się 25 kwietnia. Może się śmiać, kto chce, śmiech to zdrowie przecież, ale dzień urodzenia wiele tłumaczy. Przynajmniej mnie 🙂

Jeszcze raz pokazuję książki, bo nie potrafię wstawiać odnośnika do poprzednich wpisów

Skituś uszkodził sobie łapkę podczas zabawy, naciągnął chyba i przeleżał cały dzień, tylko z Szilą wychodziłam, Mąż z biedakiem zostawał i do ogródka pomagał wyjść w razie potrzeby. Dziś już dużo lepiej, jeszcze kuśtyka, ale już skacze do siatki, żeby obszczekać przechodzącego pobratymca. Uspokoiłam się, że to nic poważnego. Rolf przez bardzo długi czas chodził na trzech łapkach po takiej „przygodzie”.

Szilunia się ogląda czy na pewno Skitek nie idzie z tyłu

Dzięcioła udało się wypatrzeć i zrobić mu zdjęcie, choć z daleka. Maksymalne przybliżenie zaburza ostrość, ale dowód jest, że dzięcioł nas obserwuje wtedy, kiedy my obserwujemy dziuplę.

Najpiękniejsze co spotkałyśmy z Szilunią to maki: wdzięczne, cudne, delikatne…

Szczególnie podoba mi się ostatnie zdjęcie, z lekką mgiełką, sprawiające wrażenie wejścia do tajemniczej krainy makowych duszków 🙂

Niech wszystkim zaglądającym tutaj makowe duszki przyniosą uspokojenie, zadowolenie i radość 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy

29 maja, piątek

Raniutko wyszłam z psiepsiołami na łąkę, potem kawałek do lasku. Niebo zachmurzone ale piękne. Nawet ciepło, nie pada. Wprawdzie rosa duża i trochę zamoczyły mi się skarpetki w tenisówkach, ale co tam, drobiazgami nie będę się przejmować. Spotkaliśmy kotka.

Przez ten krótki czas przeleciały nam nad głowami dwa samoloty. Czyli zaczynają latać.

Spotkaliśmy pięknego bażanta, ale uciekł zanim zdążyłam wyjąć telefon, nie chciał pozować. Musiałam się skupić na trzymaniu Szilki, najwyraźniej miała ochotę schrupać go na śniadanie. Bażanty są niezgrabne, ciężkie i nie potrafią się szybko poderwać do lotu i sunia – być może – zna ich smak z czasu, kiedy się tułała po lesie. W każdym razie wyraźnie chciała zapolować, co jednak skutecznie jej uniemożliwiłam. Potem doszliśmy do dzięciołów. Akurat jeden z rodziców stukał w drzewo, z dziupli dochodzi codziennie głośniejszy głos piskląt. Widać, że nabierają sił, coraz bardziej są głodne i rodzice muszą się uwijać, aby nakarmić swoją gromadkę. Ciekawa jestem ile maluchów mieszka w dziupli. Kilka razy z Mężem widzieliśmy scenę „zmiany warty”. Jeden z rodziców podlatuje, wchodzi po pniu na wysokość dziupli i coś mówi. Po chwili z okrągłego otworku wychodzi drugi rodzic i odlatuje, a ten wchodzi do środka witany głośnymi piskami dzieci. Cudnie to wygląda 🙂

Musicie uwierzyć na słowo, że na pniu siedział dzięcioł i zawzięcie stukał, żeby potem zanieść dzieciakom jedzonko 🙂

Po powrocie Szilusia i Skitek zjadły śniadanie, popiły wodą i śpią. Ciekawe, że oboje wolą pić wodę z miski stojącej na tarasie, a kiedy pada deszcz zlizują deszczówkę z betonu. Dałam im po kawałeczku ciasta na deser, maleńki kawałek, naprawdę. Wiem, że nie powinnam, ale miały takie szczęśliwe pysie! Teraz śpią 🙂

Piekłam znowu ciasto drożdżowe wg Ewy Wachowicz, na dużą blachę. Wyszło najlepsze ze wszystkich do tej pory. Chyba udało mi się utrafić z czasem i temperaturą. Choć ma już kilka dni – jest rewelacyjne, puszyste, nic się nie zeschło. Ponieważ zawsze lubiłam ciasto/ciastka z mlekiem na kolację i w wakacje często tak jadłam, teraz mam radość i wygodę. Wprawdzie z herbatą, ale równie dobrze smakuje. Jak się skończy upiekę następne. Na razie drożdże wróciły do Biedronki, więc nie ma problemu. W zamrażalniku mam dwie kostki, tak na wszelki wypadek, żeby nie musieć do sklepu się wyprawiać ponadplanowo. Na razie trzymam się ściśle jednej wizyty w Biedronce tygodniowo. Jeśli czegoś braknie – trudno, muszę wytrzymać i radzić sobie wykorzystując to, co jest. Żałuję bardzo, że w pobliżu nie ma ani jednego sklepu/budki z warzywami i owocami. Jestem skazana na towar z jedynej Biedronki, ale nie narzekam, lubię ją, tę „moją” Biedronkę 🙂 Jeszcze się nie przełamałam na tyle, żeby wybrać się gdzie indziej. Jak sobie pomyślę o zakrywaniu maską i duszeniu się przez dłuższy czas – to mi się po prostu odechciewa. Biedronkę mam po drugiej stronie ulicy, szybciutko sprawy załatwiam z kartką w ręce i już mogę oddychać. Ostatnio nabyłam świeże ogórki i „akcesoria” do nich i nastawiłam pierwszy w tym roku słoik do bieżącego użytku. Jak są pomidory, ogórki, czosnek, cebulka – nic mi więcej nie potrzeba do szczęścia. No, może oprócz świeżego koperku 🙂

Już jedliśmy wczoraj do śniadania, pycha 🙂

Wieczorem poszliśmy do torów, Szilka sama tam prowadziła, dość ma już chwilami kręcenia się w kółko po łące i lasku. Wcale się nie dziwię, to jak spacerniak było podczas konieczności izolacji. Zresztą wydeptanych zostało mnóstwo nowych ścieżek, bo wszyscy psiarze tam chodzili i zbaczali z drogi, żeby nie stykać się z innymi. Świecił piękny księżyc, właściwie kawałek księżyca 🙂

Na górze „wycięty” fragment zdjęcia z księżycem, koguta nie widać ani pana Twardowskiego 😉

Wieczorne niebo przy torach było urokliwe

W ogródku zakwitł jeden irys. Piwonie wciąż w pąkach, nie spieszy im się. W sumie dobrze, dłużej się nimi można będzie cieszyć – teraz oczekiwaniem, potem rozkwitniętą urodą. Wszystkie podwiązałam, żeby się nie połamały, bo główki mają ciężkie i czekam.

Bez brązowieje, ale mały lilak Meyera kwitnie i pachnie. Skoro może on rosnąć na balkonie, pomyślałam, że posadzę odnóżkę w donicy na tarasie, niech pachnie z drugiej strony na przyszłą wiosnę.

Niech Wam weekend upłynie wesoło i pachnąco, uwierzcie, że bez pachnie oszałamiająco! Nie dajcie się ponieść beztrosce, nie bądźcie bezmyślni jak owce i wbrew wirusowi dbajcie o zdrowie, bo nic nad zdrowie co Wam mistrz Jan powie 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 44 komentarze

Dziś święto :) :) :)

Dziś święto Mamy. Naszych Mam i nas też, bo większość z nas mamami jest 🙂 Kwiaty więc najpiękniej pachnące, czyli kwiaty bzu (biały nie mój, sąsiadów, ale równie pięknie pachnie) z najlepszymi życzeniami 🙂 🙂 🙂

Dla wszystkich MAM na świecie z najlepszymi życzeniami 🙂 🙂 🙂

Pomyślałam, że właśnie w tym dniu sięgnę do starych fotografii. W końcu po to zaistniał ten blog, żeby uchronić od zapomnienia…  W pierwszym zamyśle miał zatrzymać w eterze moje dyrdymałki, żeby nie umarły wraz ze mną.  Potem, już po bloxicie, gdy nauczyłam się wstawiać zdjęcia, stał się miejscem zapisywania dni bieżących, a także przywoływania wspomnień. Dzięki temu wracają z przeszłości chwile i osoby, mają możliwość zaistnieć tu i teraz. I może za Tęczowym Mostem uśmiechają się oglądając swoje zatrzymane momenty z pobytu na ziemi? Ponieważ jest Dzień Mamy, więc to ona ma powód do uśmiechu. Miała na imię Eugenia.

Młodziutka dziewczyna…

…jeszcze chyba w gimnazjum…

…tu już młoda kobieta…

 

…to już w ogóle dama 🙂

… tu też …

… z rowerem dziadka przechowanym przez wojnę…

… może z czasu partyzantki… była łączniczką AK  (w Tenczynku)  o pseudonimie Kozaczek (Hajduczek) – oczywiście chodziło o Baśkę Wołodyjowską 🙂 …

Taka krótka sesja fotograficzna… Najbardziej żałuję, że nie mogę teraz jej przytulić i porozmawiać…

A teraz moja młodość, a raczej …  będąc młodą mamą 🙂  dostawałam od chłopców mnóstwo laurek, malunków z różnych okazji i część mam schowaną. Dla uśmiechu pokażę kilka z nich, od razu się rozczulam na wspomnienie chwil minionych i moich Skarbów z czasu, gdy byli tylko moi 🙂 🙂 🙂

To od Małego 🙂

To z czasu, gdy nauka pisania była w powijakach 🙂

Rękodzieło artystyczne 🙂

Czyż poprawka nie jest rozczulająca?

Jestem pewna, że każda mama ma ukryte takie pamiątki z najpiękniejszego okresu życia 🙂

Dobrego tygodnia, samych dobrych chwil i radości szczególnie w dniu dzisiejszym 🙂 Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 35 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 37

Dziewczynki w towarzystwie Tiny wybrały się na zwiedzania niedużego ogródka oraz najbliższego terenu wokół domu. Aldona z „tymczasową kucharką” – która to nazwa przyjęła się na dobre – usadowiły się na tarasie, na którym  był wymurowany kamienny grill, kojarzący się Aldonie z fragmentem starego zamku.

– Podoba mi się takie ustrojstwo – przyszła mama podłożyła sobie pod nogi małe krzesełko. – O, teraz mi dobrze. Kto ci to wymurował? Daje fajny klimat.

– Wiesz, ktoś mi pomaga – puściła oko Karolina, – sama przecież z budową nie dałabym sobie rady. Nie znam się na budownictwie, użerać się z budowlańcami nie potrafię, nie mam na to ani czasu ani siły. Nawet nie masz pojęcia co trzeba robić…

– Rozumiem wszystko co do mnie mówisz – uśmiechnęła się Aldona. – Przecież oprócz budowy masz na głowie pracę, te swoje szkolenia, wyjazdy. Jakiegoś kierownika budowy musisz mieć, to chyba obowiązkowe. I dziennik budowy prowadzić też musisz, coś pamiętam ze słów Teresy na ten temat..

– Mam takiego… – Karolina zawahała się przez moment – kolegę kierownika. No… Reńka przecież. Poznasz go niedługo, wpadnie  tu przy okazji.

– Przystojny jest? – zażartowała Aldona i z przyjemnością dojrzała rumieniec na twarzy swojej gospodyni.

– Cóż, kwestia gustu – pozornie spokojnie odpowiedziała i zmieniła temat. – Powiedz mi, jeśli oczywiście nie uważasz, że wpycham się z butami w twoje sprawy, jak planujesz przyszłość. No wiesz, po powiększeniu rodziny. Naprawdę nie chcesz powiedzieć Sergiuszowi?

– Chciałam mu powiedzieć, wiele razy próbowałam i nie udało się. Uwierz mi, naprawdę próbowałam. Wreszcie straciłam cierpliwość i postanowiłam zacząć samodzielnie układać  tę moją nową część życia. Nie chcę, żeby wiedział o malutkiej. Mówi, że z jego strony nic się nie zmieniło, że kocha i tak dalej, ale mnie wysłuchać nie chce, tylko każe czekać. Gdybym była wredna, to powiedziałabym mu o wizycie Agaty, ale nie chcę. Byłaby to forma nacisku z mojej strony a ja tego pragnę uniknąć.

– Co było z tą Agatą?

Aldona ciężko westchnęła na wspomnienie nieprzyjemnej sceny, w wyniku której o mało nie targnęła się na własne życie. Posmutniała, łzy zabłysły w oczach.

– Doniczko, przepraszam, nie chciałam ci popsuć humoru..

– Ależ nie, Karolinko, nie popsułaś. Tylko, wiesz, ja tego do tej pory z siebie nie wyrzuciłam, nikomu o tym  nie opowiadałam. Tobie teraz opowiem, bo muszę się tego pozbyć dla tej kruszynki – położyła rękę na brzuchu – która w tej chwili się wierci, bo także ma dość moich negatywnych przeżyć.

Przedstawiła dokładnie przebieg spotkania, przytoczyła tkwiące mocno w pamięci słowa Agaty, opowiedziała o własnych odczuciach, nie zataiła co była gotowa uczynić, żeby przestać cierpieć. Przeżyła cały koszmar raz jeszcze, świadomie, aby zrzucić go z siebie i zostawić, aby móc iść dalej w nowe życie. Karolina wyciągnęła rękę i bezwiednie gładziła ją po ramieniu poruszona ogromem bólu przebijającym ze słów. Kiedy skończyła się opowieść i narratorka zamilkła, wstała i przytuliła Aldonę jak siostrę najukochańszą.

– Doniczko, jesteś dzielną, wspaniałą dziewczyną i pamiętaj, że możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji. Nawet gdyby ci przyszło do głowy przenieść się tutaj na stałe, pomogę ci się odnaleźć. Mieszkanie w bloku mama chciała sprzedać, bo przecież przeniesie się do mnie, ale ja bym wolała wynająć, więc mogłabyś w nim zamieszkać.

– Karolcia, ty jesteś cudowna i serdecznie ci dziękuję za propozycję. Myślę, że w aż takiej  skrajnej sytuacji się nie znajdę, ale kto wie? Ze świadomością twego wsparcia łatwiej sobie będę radzić z tym co mnie czeka, czyli… nie wiem z czym.

– Nie nalegam, ale propozycja będzie cały czas aktualna dopóki jej nie odwołasz lub z niej nie skorzystasz. Pamiętaj.

– Dzięki, że mogłam to z siebie wyrzucić. Teraz patrzę już z dystansem na dawniejsze wydarzenia. Przed rokiem byłam jak w amoku. Zakochałam się niczym nastolatka, może dlatego, że byłam w kompletnej rozsypce po wcześniejszych przejściach. Wiesz, śmierć męża, niemożność porozumienia się z teściową, brak własnego mieszkania, w którym mogłabym mieszkać i żyć po mojemu, a nie według cudzej woli, problemy w pracy oraz  niepewność związana z ciągłymi reorganizacjami i brakiem stabilności. Jeszcze przyssał się do mnie ten pracowy Marian i nie mogę się do tej pory od niego opędzić…

– Może w tym przypadku przesadzasz? Może to tylko nieszkodliwy adorator, któremu trudno przyjąć do wiadomości twoją odmowę i obojętność? – wtrąciła Karolina.

– Byłaby to najlepsza opcja, ale nie jest. To po prostu krętacz, cwaniak o wygórowanych ambicjach, który musi postawić na swoim. Za każdą cenę. To znaczy nie on ponosi koszty lecz jego ofiara. W tym wypadku ja nią mam być. A ponieważ mu się wymknęłam z rąk, on tego znieść nie może i zrobi co tylko będzie w stanie zrobić, żeby zniszczyć wszystkich stojących mu na drodze. Z samym diabłem podpisze pakt, aby swój cel osiągnąć.

– Co zrobić, są takie wredoty na świecie. Ale pozwól, że spytam, a… Sergiusz? Jak nie chcesz to nie odpowiadaj.

– Cóż, kocham go, bez sensu to może jest lecz pozostaje faktem. Czułam do niego straszny żal, miałam wrażenie, że zrobił mi krzywdę…

– A tak nie jest?

– Nie był sobą. Zaganiany, oplątany, omotany nie wiedział na jakim świecie żyje, z każdej strony czuł zagrożenie i spodziewał się ciosu.

– Mimo wszystko…

– Czekaj Karolcia, Marianka mi wytłumaczyła, że był w Czasie Pustki, teraz już z tego wychodzi…

– Ki diabeł? – zdziwiła się Karolina.

– To taki okres w życiu człowieka, kiedy absolutnie wszystko się sypie, cokolwiek byś nie zrobiła to kicha z tego wyjdzie i ogólnie trzeba sobie ze wszystkim dać na wstrzymanie, na  przeczekanie też, żeby przeżyć. I nic nie da się na to poradzić, bo od nas nic wtedy nie zależy, tak jest i już.

– Długo to trwa?

– Nie pamiętam, Marianka jest od tego specjalistką, ona umie wyliczyć od kiedy do kiedy i  powie co robić a czego nie.

– I tobie powiedziała?

– Różne rzeczy mi mówiła. Wyobraź sobie, że człowiek może się uniezależnić od własnego horoskopu! I jeszcze takie inne… Ogólnie miała rację i zaczęłam myśleć rozsądnie.

– Chyba też się z nią umówię, kiedy będę na Ursynowie – powiedziała Karolina. – Zgodzi się?

– Pewnie, ona jest normalna. Ja się teraz zastanawiam nad czym innym, mianowicie co będzie, kiedy wrócę do pracy i nie uda mi dłużej ukrywać malutkiej – z czułym uśmiechem położyła dłoń na lekko zaokrąglonym brzuszku.

– Na razie nic nie widać, jeśli ktoś nie jest wtajemniczony, nie domyśli się. Nawet na taki pomysł nie wpadnie.

– Że takie staruszki mogą mieć dzieci? – parsknęła Aldona śmiechem. – To właśnie wywołało największe zdziwienie Stokrotek. I jeszcze dodały, cytuję: taka młoda to ty już nie jesteś. Koniec cytatu.

– Twoje córeczki są niezrównane – zaśmiewała się Karolina. – Dzieci w ogóle mają zdrowsze podejście do wszystkiego, takie świeże, niezepsute, normalne. Jak komuś trzeba pomóc to pomagają.

– Są po prostu szczere do bólu. Dorosły kombinuje, na przykład widząc leżącego człowieka, że może pijany a nie chory, że kłopoty mogą z tego wyniknąć, że nie będzie reagować, bo się spieszy, że nie wezwie karetki, bo mogą mu kazać zapłacić za nieuzasadnione wezwanie więc na wszelki wypadek lepiej niczego nie widzieć i się oddalić szybkim krokiem patrząc w przeciwną stronę – dokończyła Aldona.

– Powiem ci Doniczko, że napatrzę się na ludzkie problemy. Niełatwy zawód wybrałam, ale już widocznie tak miało być. Satysfakcji trochę też mam, nie powiem, że nie, bo bym skłamała. Ale ale, moja droga, przecież ty się masz u mnie relaksować i nabierać sił oraz dystansu do różnych spraw, więc zmieniamy temat. Wybrałaś już imię?

– Wydaje mi się, że ja tu mam najmniej do powiedzenia – szeroko się uśmiechnęła Aldona i buzia odmłodniała jej natychmiast o ładnych kilka lat. – Dziewczynki  mają co chwilę inne pomysły. Ostatnio była Isaura oraz Milagros.

– O matko – jęknęła Karolina.

– No właśnie, też tak zareagowałam. Na szczęście trochę czasu przed nami jest, więc im się jeszcze dziesięć razy zmieni. Ostatecznie powiem, że nie chcieli zarejestrować w urzędzie – dodała szeptem rozglądając się, czy skądś nie wystają długie uszy…

– Wiem skąd się to bierze – ze zrozumieniem skinęła głową Karolina. – Moja koleżanka ma córkę w wieku twoich, która namiętnie ogląda jakiś serial. Argentyński, meksykański albo brazylijski, nie pamiętam. Stąd pochodzą imiona zupełnie obce dla nas. Wyobrażasz sobie w Polsce chłopca imieniem Jesus? U nas, pomijając kwestię niemożności rejestracji w urzędzie,  byłoby to świętokradztwo, obraza uczuć religijnych i nie wiadomo jakie jeszcze zarzuty by stawiano rodzicom. A tam jest to normalne.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 16 komentarzy

W piątek rano

Przez ostatnie wahania temperatury przeziębiliśmy się oboje z Mężem. Na szczęście nie tak bardzo, bo od razu człeka strach ogarnia czy to nie najgorszy z ostatnich scenariusz. Skończyło się katarem u Męża, pomogła aspiryna i jednodniowe leżenie. Mnie zmogło wczoraj, padłam po popołudniowym spacerze z psami i wstałam dopiero dziś rano, za to rześka jak skowronek.  A ranek taki piękny, że słów brak 🙂  Słońce, na trawach delikatny szron topniejący dosłownie w oczach, rozśpiewane ptaki jakby specjalnie dawały koncert dla przypadkowej, porannej słuchaczki. Normalnie lista przebojów 🙂

Skulone dmuchawce sprawiały wrażenie, że się przytulają do siebie, aby się ogrzać

Psiaki moje kochane poskakały chwilę, nie chciało im się jednak chodzić daleko i wyraźnie dały do zrozumienia, że najważniejszy jest ciepły domek. Włączyliśmy wczoraj ogrzewanie, więc zrobiło się cieplutko, co Skitek od razu wykorzystał rozkładając się na ciepłej podłodze.

Nie idę dalej, chcę do domu…

… ja też, tam jest pełna miska 🙂

Słoneczko przeświecające przez świeże, zielone listeczki sprawia, że na tę chwilę  smutki odpływają w siną dal, człowiek poczciwy skupia wzrok i myśli na tym co wokół i odczuwa w sercu dziwną lekkość,  i wdzięczność śle Matce Naturze za te wszystkie cuda 🙂

Żeby udowodnić, iż życie jest urozmaicone,  pokażę moje aktualne lektury jakby z różnych krańców świata wyobraźni i wrażliwości… chociaż, może wcale nie? Przecież świat sztuki, jakkolwiek szeroko nie rozumianej, łączy się ze światami pozazmysłowymi …

A na koniec coś dla ciała. Wypróbowałam kolejny przepis i  –  jak obiecałam – dzielę się nim. Ciasteczka wyszły bardzo smaczne, być może byłyby jeszcze smaczniejsze gdyby trochę poleżały. Niestety, nie było im dane poleżeć, a nam – spróbować ich smak gdy nieco starsze były. Zniknęły bardzo szybko. Nadawały się do chrupania podczas czytania.

Wg przepisu potrzeba 250 g. masła ( wzięłam margarynę Tortową),  400 g. mąki, 120 g. cukru pudru (użyłam zwykłego kryształu), 2 żółtka, 2 łyżki kakao.

Masło+mąka+cukier+żółtka  —  zagnieść. Podzielić na 2 części. Do jednej dodać kakao i łyżkę wody i razem zagnieść. Rozwałkować oba kawałki osobno. Potem położyć jeden na drugim i zrolować. Włożyć do lodówki, żeby trochę stwardniało. Pokroić w plastry mniej więcej 1 cm. Rozłożyć na blasze, włożyć do nagrzanego piekarnika 180 st/ok. 20 min.

Prezentowały się ładnie, prawda?

Jeszcze zapomniałam dodać, że zrobiłam potrawę zainspirowana Amasji cukiniowym makaronem. Użyłam pomidorów z puszki zamiast suszonych, dodałam paprykę czerwoną w paski pokrojoną, cebulkę, zioła prowansalskie, sól, pieprz, czosnek granulowany i udusiłam. Domownikom podsmażyłam osobno kiełbaski drobiowe, ja zjadłam samą potrawkę z chlebem i była bardzo smaczna. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Cukinię kroiłam nożem szczelinowym w plastry, potem zwykłym nożem plastry na „makaron”, wyszło prawie spaghetti 🙂

Jak nie skleroza to nie wiem co to 😉 Miałam jeszcze bez cudny mój pokazać, więc wróciłam i wstawiam do wpisu.

Życzę dobrego weekendu. Pogoda zapowiada się piękna, więc z pewnością  uda się spędzić go miło 🙂  Trzymajcie się zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

Na łące

Nie wiem jak to możliwe, że minął kolejny weekend. Przemknął sobie niepostrzeżenie właściwie. Gdyby nie stojący kalendarz, który mam „na oczach”, mogłabym stracić poczucie czasu. Nie oglądam już seriali, po wakacjach 2019 nie wróciłam do śledzenia losów bohaterów. Czasem tylko poczytam co u nich nowego, ale uwolniłam się, nie czuję potrzeby pędzenia przed telewizor. I dobrze mi z tym 🙂

Zrobiło się chłodniej, jak to zawsze z „winy” zimnych ogrodników i Zośki, ale już przeminęli, teraz powinno pomału ciepło wrócić. A ja powinnam zająć się przygotowaniem doniczek na kwiatki tarasowe. Posiałam aksamitki do pojemniczków i wyrosły już bardzo gęsto, najwyższa pora je przepikować i rozsadzić. Na razie przesadziłam rozchodniki z doniczek do ziemi pod siatkę. To są pancerne rośliny, nawet ja ich nie wykończę 😉

Po deszczu zrobiło się świeżo i zielono, z zachwytem rano spoglądam na łąkę. Nie chce mi się chodzić po ulicach, żeby nie zakrywać się maseczką/chusteczką i większą uwagę zwracam na to, co jest wokół mnie na tej – w sumie ograniczonej – przestrzeni, po której się poruszam od czasu panowania Covidu. Czy wiecie ile najprzeróżniejszych roślinek kryje się pod nazwą „łąka”? Ja nie wiem, ale widzę teraz jakie są piękne. Widzę, ponieważ się zatrzymuję, zwalniam, przestałam pędzić choćby z tego powodu, że zakupy robię raz w tygodniu, nie codziennie jak dawniej. Nie jeżdżę do dzieci, nie przygotowuję rodzinnych obiadów, czego bardzo żałuję 🙁  Ale jest jak jest, na razie tak musi zostać. Rozglądam się więc wokół, dostrzegam tyle szczegółów, tyle piękna, że bez przerwy robiłabym zdjęcia, żeby je zatrzymać i zachować.

Koniczyna czerwona

Dmuchawce, czyli przekwitłe mniszki 😉

Trawy, z których każda inna

Nie wiem jak się nazywają te żółte kwiatki, rosły u babci na łące koło rzeki

Śliczne niebieski kwiatki, nie wiem co to jest i jak się nazywa

Kwitnące mlecze czyli mniszki świeże 😉

Jaskółcze ziele

Niby zwykłe trawy, a jakie ładne 🙂

Wypatrzyłam za płotem koło od sieczkarni, takie urządzenie stało u dziadków w szopie i przez całe wakacje było wykorzystywane

Zamyślony Skituś zastanawia się gdzie zniknęła Szila

Uff, znalazła się 🙂

Pierwsze maki w tym roku, śliczne 🙂

A ja sobie idę do góry i nic mnie nie obchodzi…

Nikt nie pomyśli, że niedaleko jest ruchliwa ulica

Łatwiej złapać oddech patrząc na przestrzeń…

… i na zieleń…

Na zieleni poprzestanę dla kontrastu z tym co się dzieje w świecie istniejącym poza łąką…

Trzymajcie się zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 40 komentarzy

Maju maju :)

Po pięknym, słonecznym weekendzie zrobiło się zimno. Deszczowo też, co akurat dobrze, ale dlaczego fruwały płatki śniegu to ja zupełnie nie rozumiem. I wcale mi się to nie podoba. Dobrze, że mojego jedynego pomidorka nie wyniosłam na zewnątrz, rośnie w kuchni na oknie. Muszę go przesadzić do doniczki, urósł już dużo od kiedy dostałam go od sąsiadki.

Podczas spacerów (można nazwać wyjściem do psiej toalety, gdyby komuś nie podobało się, że tak spacerujemy i spacerujemy bez końca) podglądamy dzięcioły, jeśli sobie na to pozwolą 🙂 Udało się zobaczyć rodzica, który przyniósł do dziupli jedzenie. Wyczytałam, że prawie co roku dzięcioł dla swej rodziny wykuwa nową, widocznie panie dzięciołowe są niezwykle wymagającymi partnerkami 😉 W innej dziupli z okrągłym otworkiem, czyli wyraźnie podzięciołowej słychać kwilenie piskląt, chyba kosy się tam zadomowiły.

Dzięcioł karmi małe 🙂

Widziałam też taką scenę: przyleciał dzięcioł, postukał w drzewo koło dziupli. Nie było reakcji, więc zagadał. Wtedy w „drzwiach” domku pojawiła się główka drugiego rodzica i coś sobie powiedziały. Ten ze środka wyfrunął, a ten, który przyleciał udał się do wewnątrz albo na spoczynek, albo „na służbę” przy dzieciach 🙂

Motylek przysiadł i zapozował 🙂

Winniczek maszerował za swoimi sprawami 🙂

W naszym maleńkim ogródeczku skosił Mąż trawę po raz pierwszy w tym sezonie. W poniedziałek odbierali odpady zielone, więc trzeba było się zmobilizować. Poprzycinałam boki trawnika przy kamieniach, podwiązałam piwonie, bo już ciężkie główki mają, niedługo zakwitną jeśli nic im nie przeszkodzi. W zeszłym roku nie rozwinęła się część pąków, zlepiona czymś klejącym, chyba to mszyce winowajczyniami były. Bez w tym roku kwitnie tak pięknie i tak gęste kwiaty ma jak jeszcze nigdy. A zapach! Cała uliczka wypełniona jest cudownym zapachem. Dla odmiany konwalie nie pachną wcale, a tak lubię ich zapach.

Psiaki wychodzą z nami do ogródka. Jak my – to i one,  chcą być w pobliżu, lubią  mieć nas na oku 🙂  Jeśli podczas spaceru Mąż ze Skitsem zostaną w tyle, Szilka siada i czeka, nie da się ruszyć, zaprze się wszystkimi łapkami dopóki ich nie zobaczy. Mówię jej, że chłopaki już idą i zaraz nas dogonią, ale ona rusza dopiero wtedy, gdy sprawdzi, że mówię prawdę 🙂

Anka, mogłabyś się przestać kręcić i usiąść spokojnie? Spać nie mogę!

Mnie w spaniu nic nie przeszkadza, chyba, że ciągną mnie na jakiś spacer…

No już dobrze, pójdę na ten spacer jak ci tak zależy 🙂

Przepiękny sąsiad zamyślonym spojrzeniem ucieka w dal…

Coś trzeba było dla ciała, nie tylko dla duszy, więc rożki z marmoladą z ciasta francuskiego (gotowego) były najszybszą alternatywą. Potem jeszcze zrobiłam placek drożdżowy na dużą blachę, będzie na cały tydzień. Ten z poprzedniego wpisu w „Kuchennie i smacznie”, od Ewy Wachowicz. Ciasto zachowuje wilgoć, nie zsycha się jak poprzednie. Pierwsza próba nadzwyczaj udana, więc upiekłam raz jeszcze.

Rożki wyglądają smakowicie 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 43 komentarze

Znów taki dzień :)

W dalszym ciągu dzieci są ostrożne w stosunku do nas, nie wchodzą do domu, nie dadzą się przytulić, buuu… 🙁 🙁 🙁   Wszystko rozumiem, tylko żal, że tak nam się to życie poplątało, zostało odarte z tego tak ważnego elementu, przynajmniej dla mnie, może nie wszystkim jest tak potrzebne przytulanie dzieci….  Nic to, obyśmy zdrowi byli to przetrzymamy. Z powodu owego poplątania tutaj przytulam mojego Dużego synka, bo właśnie 12 maja zostałam mamą po raz pierwszy 🙂 🙂 🙂

 

Bez jest mój własny, osobisty 🙂

Synku!!!

Niech wszystkie Twoje drogi proste będą i bezpieczne, niech szczęście towarzyszy Ci każdego dnia, a Twoje trzy dziewczyny dostarczają radości bezustannej 🙂 🙂 🙂 

I oczywiście NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 14 komentarzy