Wakacyjne klimaty

Korzystając z obecności Średniej – pojechaliśmy z Szilką kilka dni temu do kliniki na Ursynów. Średnia została ze Skitsem i babcią D. dlatego mogliśmy spokojnie opuścić domowe pielesze. Chcieliśmy sunię zaszczepić, bo pora po temu, ale też przy okazji zasięgnąć porady w kilku innych kwestiach. Bo się coś na łokciu zrobiło, bo ząbek chyba boli i co z tym fantem zrobić… Okazało się, że – na szczęście – na łokciu tylko modzel, nic
groźnego, nie zagraża życiu. I nie ząbek tylko ucho i dlatego ból promieniował na całą szczękę. Dlatego jeść nie mogła niczego twardego i nawet przy zakładaniu szelek mówiła, że coś się dzieje. Szczepienie się odwlekło w czasie, ale przynajmniej Szilunia już nie czuje bólu. Miała kilkakrotne płukanie ucha, wkrapiane kropelki i żel na dziąsełka. Czeka nas teraz wizyta kontrolna i czyszczenie kamienia po wakacjach.
Żeby było śmieszniej to i moje ucho odezwało się po dwóch latach. Na szczęście zdalnie dostałam skierowanie do laryngologa, udało się na wizytę na NFZ zapisać do tego samego pana doktora co 2 lata temu! Byłam przygotowana na zapłacenie za wizytę bo przecież z chorym uchem trudno funkcjonować normalnie, ale ponieważ kartę miałam z poprzedniego razu i nowe skierowanie – to było na NFZ. Pełnia szczęścia. Leki wprawdzie na 100% ale zmieściłam się w sumie poniżej 100 zł. więc znowu radość 🙂
Babcia D. ma fazę układania kamyków. Na całym tarasie i na schodach układa kamyki. Bierze je spod domku, bo nimi wysypany jest kawałek między domkiem a ścieżką i bezustannie układa, układa, układa… Poza tym zrywa kwiatki, listki i co tylko się da, i chowając przed nami zanosi do siebie. Pod ceratę na stolik na tarasie wkłada liście i kwiatki. Chciała z pewnością ususzyć, ale zgniły, śmierdziały i zanim się zorientowałam co tak cuchnie – trochę trwało. Teraz już wiem o co chodzi, po prostu spod ceraty codziennie wyjmuję i wyrzucam kiedy ona nie widzi. Trudno, niech rwie co chce, ma dzięki temu ruch. Schyla się, kuca, podnosi, układa – inaczej leżałaby plackiem w pokoju i w krótkim czasie nie mogłaby się wcale ruszyć.
Odkąd odważyłam się pierwszy raz zrobić kluski śląskie z powodzeniem – robię je często. Okazało się, że wszystkim smakują, dzieciakom też. W sensie dzieciakom dwunożnym, choć i czterołapne wrąbałyby wszystko w momencie 😉 Teraz z premedytacją gotuję więcej
ziemniaków i kiedy się ich trochę uzbiera – robię kluski. Jeszcze się nie znudziły. Ukisiłam też kapustę, jedną główkę w kamionce. Zachęciła mnie do tego Mary opowiadając przez telefon jak to ona zrobiła i niesamowicie pyszna wyszła. Pomyślałam, że i ja spróbuję.
Spróbowałam i uznałam próbę za udaną.

…z usmażoną cebulką…

…pyszna, mniammm…

Najbardziej lubię te dni, w których nic nie muszę, czyli nie muszę wychodzić nigdzie i po nic. Spacery z psami nie liczą się jako „wyjście”, bo to w mojej wsi albo na moich terenach łowieckich – jak mawiałam gdy się bawiłam w Winnetou 😉 Spacer o poranku lubię najbardziej. Oczywiście gdy aura spacerom sprzyja, gdy jest ciepło, ale jeszcze nie duszno, gdy słoneczko świeci ale nie przypieka, gdy rosa iskrzy się na trawie, a powietrze pachnie oszałamiająco świeżo i orzeźwiająco. Teraz mam dodatkowy bonus – robią remont przejazdu kolejowego, ulica zamknięta dla samochodów, a więc cisza, spokój, normalnie raj na ziemi 🙂

…wychodząc z osiedla kierujemy się w stronę działek obok rosnącego zboża na polu, po którym czasem przemykają sarny, dawniej dziki, których już nie ma, lisy, skrzeczą bażanty…

…przechodzimy nad strumyczkiem…

…mijamy sporą posiadłość, tam biegają kurki, które kiedyś już pokazałam…

… a wzdłuż działek rośnie wszystko co sobie można wyobrazić…

…widać śliczny domek, jeden z wielu…

…zachwycam się brzozami, które kocham, a których białe pnie jeszcze ładniej wyglądają obok jarzębiny…

… octowiec, czyli chyba sumak prawidłowo zwany, może to i chwast – bo rozrasta się jak szalony – ale jaki piękny!…

… cudowna plątanina zieleni…

…i korale już prawie czerwone niczym wino…

… tory z jednej strony…

… tory z drugiej strony…

… i panna dziewanna…

… a to chyba pan krwawnik…

…i kwitnący szczaw koński, który babcia suszyła na lekarstwo dla Małego oraz inna roślinność łąkowa…

… tu już nie wiem co, chyba rodzaj ostu, ale różowy…

… to obrazek dla malarza pt. łąka latem…

… iglaste i liściaste, na dodatek orzechy już spore widać…

… koniec działek z jednej strony…

… i czas do domu…

… obok tego samego pola szumiącego zboża…

No i czyż świat nie jest przepiękny, cudowny w każdym miejscu? Tylko trzeba mieć oczy otwarte i podczas spaceru pozwolić odpłynąć problemom, nie myśleć o nich. Pozwolić, by to piękno, które jest wokół nas – niezależnie od wszystkiego – do nas dotarło. A sobie pozwolić na chwilę zresetowania (jak teraz się mówi) umysłu, na nacieszenie się tym co widzimy. Nie darmo mędrcy mówią: jak spacerujesz to tylko spaceruj, skup się na tym co robisz i nie zajmuj myśli tysiącem innych spraw, niech one na tę chwile odpłyną…

Wiecie, że uwielbiam robić zdjęcia,  chociaż moje Szczęście twierdzi, że robię kilka takich samych i po mi to – ja w każdym widzę inne szczegóły i wszystkie podziwiam. Oczywiście podziwiam nie dlatego, że ja je zrobiłam tylko dlatego, że uwieczniają się  cudne miejsca i momenty czasem niespodziewane zupełnie i dostrzegam je dopiero oglądając w domu. Dzisiejsze są wakacyjne, takie właśnie miejsca widzimy będąc poza miastem, na wsi, w jakimś gospodarstwie agroturystycznym, u cioci czy babci, a ja znalazłam takie fragmenty w najbliższym otoczeniu i dzielę się, abyście – oglądając –  przez chwilę poczuli się jak na wakacjach.

Udanego weekendu!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 48 komentarzy

Moja siostra

21 lipca 1949 roku urodziła się moja siostra Lucyna. Najpierw nazywano ją Lucynką, kiedy podrosła nienawidziła tego zdrobnienia, kazała mówić na siebie Lucy i tak zostało. Oczywiście przezywałam ją różnie, ona mnie też jak to wśród rodzeństwa bywa. Była Lucynda, był Lucyfer, była Lutencja, poza tym jędza, krowa, małpa zielona, roznoga kaczaniasta, zmora przebrzydła, pituła bosa oraz mnóstwo innych podobnych bardzo pieszczotliwych określeń 😉  Potrafiłyśmy się tłuc prowadząc jednocześnie kulturalną rozmowę na temat czytanych własnie książek posługując się cytatami 😉  Miałyśmy świra na punkcie książek, jak zresztą mama i tata, taka genetyczna przypadłość 😉

A teraz skrócona kronika rodzinna.

Bardzo lubię to zdjęcie rodziców zrobione jeszcze przed ślubem

Tu już z malutką Lucynką

Lucynka z mamą

Ówczesna moda dziecięca była kształtowana towarami dostępnymi na rynku oraz umiejętnościami mam i babć w kwestii szycia i dziergania

Lucynka i jej wypasiony kabriolet 😉

Tu już z Anią trzymaną przez mamę na rękach

Na komunii Lucy z kokardami, które Bognnę doprowadziły do śmiechu, mnie zresztą też 🙂 poza tym z babciami, mamą, rodzicami chrzestnymi i Anią, tata robił zdjęcie

Zabójczy lok na głowie 🙂

Na drodze przed domem dziadków w Tenczynku na tle Buczyny. Zauważcie, że Ania jest w tej samej sukience co Lucynka na wcześniejszym zdjęciu, tak się nosiło, nic nie mogło się zmarnować

Pamiętam tę fotografię, była zrobiona tuż po maturze, już w „dorosłej” fryzurze

Zazdrościłam siostrze kręconych włosów, zawsze chciałam takie mieć

Nie dała się więcej namówić na zapuszczenie włosów i mówiła, że lubi krótkie

Z ukochaną sunią Abą

I co ja  mogę powiedzieć? Że bardzo mi jej brakuje, że chciałabym się z nią znów pokłócić, posprzeczać, porozmawiać o rodzinie, która już odeszła, powspominać, przytulić… Oni wszyscy już za Tęczowym Mostem się spotykają, z naszymi psami i kotami i mogą się śmiać z naszych ziemskich problemów, które im się wydają dziecinnymi bzdurkami…  Tak sobie myślę…  W każdym razie, siostrzyco kochana, dobrze, że Cię miałam i mam… Do zobaczenia w następnym odcinku rodzinnej kroniki 🙂

A Wam moi kochani zaglądający życzę dobrego tygodnia. Zdrowego!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 44 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 41

Podczas poprzednich wakacji zdarzyła się rzecz niesłychana  – a mianowicie zgodnie z przysłowiem, że góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze może – okazało się, że tata Teresy i wujek Juranda, Zygmunt,  znają się z okresu wojny, pracowali razem w krakowskich tramwajach i wspólnie płatali różne psikusy, jak to młode chłopaki. Z ogromnym wzruszeniem odbyli pierwszą rozmowę przez telefon. Potem kontaktowali się często, a zobaczyli się pierwszy raz od wojny kiedy Jurand przywiózł wujka do swego domu na Ursynowie. Starsi panowie najpierw długo nie mogli wydobyć z siebie głosu, który ugrzązł im gdzieś bardzo głęboko w gardłach, długo ściskali sobie ręce i poklepywali się po plecach zanim wreszcie mogli przemówić. Wszyscy obecni się wzruszyli, cała rodzina wycierała załzawione oczy.

Pojechali oczywiście do Cięciwy, Dziadek chciał tam ugościć przyjaciela z młodości. Helenka z Kaziem również zostali zaproszeni, jakże by mogło być inaczej. Zresztą, czuli się tak, jakby znajomość trwała od dawna. Pewnie dlatego, że bardzo dobrze znali z opowiadań wybryki młodych chłopaków.

– A pamiętasz to, a pamiętasz tamto,  a to, a jak…

Chłopcy patrzyli z zapartym tchem i słuchali z uwagą, jednak ilość informacji była zbyt duża i dotyczyła prehistorycznych czasów, kiedy Dziadek był młodym chłopakiem, więc natężona uwaga odmówiła współpracy na dłuższą metę, zaczęli się poszturchiwać i przepychać, jak zwykle.

– No, panowie, spokój – wtrącił się Dziadek. – Zachowujcie się przyzwoicie i nie róbcie mi wstydu przed kolegą.

– Nie robimy ci wstydu, dziadziu, tylko tak dużo mówicie, że nie nadążam rozumieć – powiedział Kuba.

– Czego nie zrozumiałeś – uśmiechnął się do wnuka.- Chętnie ci wytłumaczę.

– Ja też – dodał wujek Zygmunt. – Młode pokolenie, szczególnie tak bardzo młode, różni się od naszego w tym samym wieku o całe lata świetlne. Nic dziwnego, że mają problem ze zrozumieniem.

– No to na przykład… – zająknął się Kubuś, – ten ba…badist w czerwonych majtkach, co to takiego?

Marek spojrzał na Kubusia jak na wariata i zaczął się z niego nabijać, czego ten znieść nie mógł w żadnym wypadku. Maciek zareagował jednakże natychmiast, chwycił obu braci za kark i unieruchomił. Nie na długo, lecz na chwilę wystarczającą by obaj oprzytomnieli i uspokoili się.

– Ot, Andrzejku, jakie to koguciki ci się wyhodowały – zaśmiał się Kazio.

– Nie ma się z czego śmiać, Marku, – powiedział wujek Zygmunt. – Ty od dziecka słyszałeś opowiadania o tamtych latach, więc pewne rzeczy są dla ciebie jasne i oczywiste. A wy, chłopcy, nie mieliście z tym do czynienie z bliska, że tak powiem, to i nie dziwota, że nie wszystko rozumiecie.

– A więc wracając do pytania Kuby – Dziadek spoważniał. – Baudienst czyli Służba Budowlana w Generalnej Guberni to była taka forma pracy przymusowej w okupowanej przez hitlerowców Polsce.

– Utworzono ją na podstawie zarządzenia  Generalnego Gubernatora  w grudniu 1940 roku – wtrącił Kazio. – Też coś wiem na ten temat..

– Właśnie tak – podjął wujek. – Celem było utworzenie dyspozycyjnych oddziałów, takiej…no,  siły roboczej, oraz nauczenie dyscypliny i wydajnej pracy, tak nam tłumaczyli. Rekrutowano mężczyzn od osiemnastego roku życia do sześćdziesiątego.

– Czasem dobrowolnie, ale raczej z poboru, bo młodzi chłopcy uchylali się od takiej służby u szkopów, poza tym była słabo płatna i bardzo wyczerpująca fizycznie – dodał Kazio.

– Żeby mieć wszystkich junaków na oku, aby łatwiej było pilnować…

– Co to junak? – Kubuś próbował nowe wiadomości logicznie ułożyć sobie w głowie.

– Tak nazywano nas, chłopaków. Grupowano nas w obozach i mieszkaliśmy w barakach – mówił dalej wujek. – Trafiłem tam przypadkiem. Złapali mnie kiedy byłem u kolegi  i nie miałem innego wyjścia, musiałem się zgodzić, bo powiedzieli, że mnie do Oświęcimia wyślą, do obozu koncentracyjnego. Pracowaliśmy w kamieniołomie w Czatkowicach. Kazali nam chodzić w czerwonych gaciach, żeby z daleka było widać czy któryś nie ucieka. Jak tylko ktoś zboczył ze ścieżki to strzelali.

Zapadła cisza, starsi panowie podążyli w krainę wspomnień ku bliskim i znajomym w owym świecie przebywającym… Młodzi uszanowali tę chwilę z całą swą młodzieńczą  wrażliwością. Wreszcie Maciek przerwał.

– Wujku, byłeś w partyzantce?

– Oczywiście.

– To znaczy, że musiałeś z tego bau…dinstu nawiać? Jak to zrobiłeś?

– Ano, miałem iść na przepustkę. Fryce powiedzieli, że jak nie wrócę, zabiją moją matkę. Pomyślałem sobie, że mama pracuje i mieszka teraz w Krakowie, więc jej nie znajdą. Mnie złapali przecież, kiedy szedłem od kolegi. Z całą beztroską młodości postanowiłem nie wracać do baraków. Przekradłem się do ciotki, u której mieszkała moja babcia. Ukryły mnie na piętrze w środkowym pokoju, do którego drzwi zastawiały w ciągu dnia szafą. Gdyby ktoś obcy wszedł na górę, myślałby, że są tam dwa pokoje, nie trzy. Wychodziłem tylko w nocy, żeby nikt mnie nie widział, przecież za przechowywanie zbiega rozstrzelaliby całą rodzinę. Później miałem towarzystwo, dołączył do mnie Wiesiek, granatowy policjant, który miał dość patrzenia na hitlerowskie gęby i nie wrócił na posterunek zatrzymując broń. Mieliśmy dużo czasu na rozmowy, bo cały dzień spędzaliśmy przecież za szafą. Dużo się od niego nauczyłem.

– Na przykład czego? – chłopcy byli zaciekawieni.

– A choćby rozkładać karabin na czynniki pierwsze, czyścić, składać. Wiedzę o różnej broni miałem dzięki temu w jednym palcu.

– Fajnie miałeś – tęsknie powiedział Kuba.

– Ty durny jesteś? – Marek spojrzał z wyrzutem. – Jak fajnie?! Wojna przecież była! W każdej chwili groziła śmierć!

– Wujku, opowiedz jeszcze o partyzantce – prosili Kuba z Maćkiem. – Co robiliście, co ty robiłeś, gdzie byłeś…

– Chłopcy, koniec na dzisiaj – zadecydowała Teresa. – Zlitujcie się nad wujkiem. W Tenczynku będzie ciąg dalszy opowiadań. Podczas wakacji wujek wam nie tylko opowie ale i pokaże różne ciekawe miejsca związane z akcjami i z partyzantami.

– Zgoda – powiedział wujek. – Umawiamy się na dalszy ciąg opowieści w czasie wakacji.  Trzeba taką wiedzę przekazywać młodym, żeby mieli świadomość do czego potrafi doprowadzić nienawiść i nietolerancja.

– A przede wszystkim ciemnota, głupota i podłość – dodał Dziadek.

– O to to – zgodził się Kazio. – Trzeba im mówić, żeby znowu ta faszystowska hydra łba nie podniosła, bo wiadomo, że tylko czeka na sposobność.

– Oj, co za bzdury – oburzyła się Teresa. – Mamy niedługo koniec dwudziestego wieku, to niemożliwe jest, nie-mo-żli-we – powtórzyła.

– Obyś miała rację – zamyśliła się  pani Basia.

– Przecież na szczęście mamy zjednoczoną Europę jak jeszcze nigdy. Jest szansa, by wejść do Unii i nareszcie jeździć po świecie bez przeszkód. Dzieciaki będą już w tym nowym świecie żyły, będą mogły się uczyć i pracować gdzie zechcą. Fantastycznie! Nigdy jeszcze tak dobrze i bezpiecznie nie było, od dwóch tysięcy lat, rozumiecie to?

– My rozumiemy, ale półgłówków chcących tę perspektywę zepsuć nie brakuje, uwierz mi i nie podniecaj się aż tak bardzo – powiedział Dziadek.

– Jak ktoś normalny mógłby nie chcieć, żeby jego dzieci miały dobre życie, perspektywę rozwoju i sukcesów przed sobą w takiej dziedzinie, jaką sobie wybiorą. Żeby się mogły uczyć na każdej uczelni w całej Europie, żeby nie musiały się wstydzić dulszczyzny, kołtuństwa i zaściankowości…

– A skąd wiesz, że im przeszkadza ta dulszczyzna? – spojrzała pani Basia z dziwnym smutkiem w oczach. – Część naszych rodaków dobrze się czuje tylko w zaścianku. Nie myl ze szlacheckim zaściankiem. Chodzi mi raczej o brodzenie w gnoju po kostki albo i po kolana. Oni są szczęśliwi tylko wtedy, kiedy w tym gnoju mogą utopić sąsiada, któremu się lepiej powodzi. A jemu jest lepiej bo pracuje. To zaś nie pasuje temu pierwszemu. Więc nie tylko go utopi, ale zniszczy mu, dajmy na to, obsiane pole i maszyny, podpali stodołę z plonami, zgwałci córkę i połamie nogi synowi…

– Rany boskie, co ty mówisz – Teresą wstrząsnął zimny dreszcz.

– Prawdę Tereniu, prawdę.

– To nie może być prawdą w dzisiejszych czasach! Owszem, dawniej tak, zgadzam się. Lecz teraz? Nie ma już analfabetyzmu, ludzie mają dostęp do książek, telewizji, informacji wszelkiego rodzaju i wiedzy. Przecież każdy chce lepszego życia.

– Ale nasz rodzimy kołtun nie zniesie niczego lepszego u sąsiada, uwierz mi, to się nie zmieniło i jeszcze pokolenia przeminą zanim się zmieni. Albo i nie.

– Nie wierzę. Teraz jest moment na rozwijanie się społeczeństwa obywatelskiego, kiedy jak nie teraz? – zaperzyła się Teresa. – Po raz pierwszy od początku świat mamy możliwość pójścia do przodu…

– Dajcie już spokój, dziewczyny kochane – przerwał córce pan Andrzej. – Z perspektywy wieku, czasu i doświadczenia  mówię ci, córciu, że najlepiej się nie gorączkować, obserwować tylko uważnie sytuacje i wyciągać wnioski, ot co.

Chłopcy ociągali się, mieli ochotę na ciekawe opowieści lecz stwierdziwszy, że na powrót do interesujących ich tematów się nie zanosi, poszli sobie w las po drugiej stronie drogi.

Starsi panowie od czasu pierwszego spotkania pozostawali ze sobą w stałym kontakcie telefonicznym, komentowali bieżące wydarzenia i wspominali.

cdn.

PS. W „Po co wróciłaś , Agato” w rozdziale 39. jest scena, w której się wyjaśnia, skąd znają się Dziadek i wujek Zygmunt.  Zapraszam do czytania 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 19 komentarzy

Park Miejski im. Książąt Mazowieckich w Piasecznie… a życie toczy się dalej…

W niedzielę pojechaliśmy najpierw na Ursynów do mojej komisji wyborczej, a potem do Piaseczna. Po spełnieniu obowiązku i przywileju jednocześnie zrobiliśmy spacer po zrewitalizowanym Parku Miejskim im. Książąt Mazowieckich. Jestem zachwycona, bo wprawdzie część odnowionego parku już widziałam, lecz staw był dziki i zarośnięty, nawet szczur chodził brzegiem, brrr…  A dziś – niespodzianka, staw przebudowany, obudowany, uporządkowany, a na środku fontanna.

Posadzono wiele nowych drzew, niech sobie maluchy zdrowo rosną wśród przepięknych starych, ogromnych przodków 🙂

Kwiatów mnóstwo, kolory cieszą oczy i gęba się człowiekowi poczciwemu sama uśmiecha na taki widok 🙂

W parku znajduje się budynek zwany Poniatówką  –    https://piaseczno.eu/rewelacyjne-odkrycia-w-dworku-poniatowka/  –  Wyobrażam sobie jak wspaniale będzie się prezentował po remoncie, który z pewnością nastąpi niedługo.

Drugi zabytek – budynek szkoły Cecylii Plater Zyberkówny – https://zsrcku.com.pl/historia-szkoly/   –  w tej chwili wygląda niezbyt ciekawie, szczególnie w tak pięknym otoczeniu i nie tylko prosi o renowację lecz wręcz głośno krzyczy. Mam nadzieję, że ów krzyk zostanie usłyszany i odpowiednia reakcja władnych osób przywróci zabytkowi odpowiedni wygląd.

W nowszej części parku jest boisko, siłownia na świeżym powietrzu, plac zabaw dla dzieci.

Bez róż nie może się obejść, mam wyraźnie różany rok, wszędzie je widzę i bardzo dobrze, są tak piękne, że mogę patrzeć na różyczki bezustannie.

Po powrocie do domu usmażyłam na obiad placki z jabłkami na maślance, były wyjątkowo smaczne 🙂

Dobrego tygodnia 🙂

Tak miało być, dobrymi życzeniami miał się kończyć poniedziałkowy wpis.  Życzenia oczywiście pozostają. Zmieniają swoją wagę i natężenie, życzę Wam i sobie wytrwałości, cierpliwości i wiary w lepszą stronę człowieka. Poza tym jest tak, że kto sieje wiatr – zbiera burzę. To tylko kwestia czasu.  A powiem jeszcze, że nie muszę się wstydzić ani za Ursynów ani za Piaseczno. W powiecie piaseczyńskim wygrał Rafał Trzaskowski zdobywając 58,62% głosów, przeciwnik 41, 38%. W samym Piasecznie – zdobył 64,37%. Frekwencja w powiecie wyniosła 77,38% uprawnionych do głosowania, w gminie Piaseczno 78, 63%. Nieźle, prawda? Na Ursynowie mój prezydent zdobył 73,41 % głosów. Piszę „mój prezydent” ponieważ z Ursynowa się nie wymeldowałam, Rafał Trzaskowski na szczęście pozostaje prezydentem stolicy i jako samorządowiec może swój bój toczyć dalej 🙂 Bo przecież życie toczy się dalej…

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 49 komentarzy

Cisza przed burzą

Za chwilę ma być cisza, ale w duszy wre i jakoś ujście temu wrzeniu dać trzeba, żeby nie doszło do wybuchu. Zresztą – co ma być to będzie. Jeszcze raz przypomnę, że układy na niebie wg specjalistów i znawców tematu są takie jak w okolicach 1772 roku, więc spokoju nie możemy się spodziewać. Można mieć nadzieję, że światłych ludzi jest więcej niż wtedy, ale to tylko nadzieja. Zajrzałam do wpisów z 2017 roku i się jeszcze bardziej zagotowało w mej nieszczęsnej duszy, która spokoju nie może odzyskać. Wprawdzie jej obiecałam (mej duszy), że o polityce pisać więcej nie będę, ale jeśli zamieszczę odnośniki do dawniejszych wpisów, to przecież obietnicy nie złamię, prawda?

„Bez żadnego trybu”-   https://annapisze.art/?p=268

„Dramat” –   https://annapisze.art/?p=272

„Dramatu ciąg dalszy” –   https://annapisze.art/?p=274

„Adrianie- wybór należy do ciebie” –  https://annapisze.art/?p=276

I jeszcze kilka innych, od razu je tu wklepię, żeby drugi raz nie szukać, nie biegać po stronach tam i z powrotem, niech będą razem jako świadectwo tamtego czasu, dobrej woli tysięcy ludzi, która – niestety – w dużej części została zmarnowana. Może tym razem się uda? Możemy tylko Trzasnąć w niedzielę i trzymać kciuki za dobry wynik.

„Kupą mości panowie” – https://annapisze.art/?p=282

„Jeszcze odnośnie wczorajszego dnia” – https://annapisze.art/?p=286

„Spacerowiczka” –  https://annapisze.art/?p=290

„A panna Krysia…” –  https://annapisze.art/?p=300

„Gdyby…” –  https://annapisze.art/?p=314

„Pił i Siekier przyszedł czas” –   https://annapisze.art/?p=318

„Jasność nam potrzebna” – https://annapisze.art/?p=350

„Być razem i współistnieć” – https://annapisze.art/?p=362

„Przecież mamy się czym pochwalić” –  https://annapisze.art/?p=368

„Cóż znaczy człowiek wobec Natury” –  https://annapisze.art/?p=386

„Niech każdy otrzyma… jak najszybciej” –    https://annapisze.art/?p=418

„Bo historia lubi się powtarzać” –  https://annapisze.art/?p=683

Wystarczy, wieszcz Adam powiedział (z pamięci podaję, może nie być dokładnie)   „… lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi…”. I tego się trzymam.  Do zobaczenia w poniedziałek.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 19 komentarzy

Różności w ramach odstresowania

Teraz trochę różności się należy. Po pierwsze – mam takie ładne oczko wodne i czy mogę się gdzieś zgłosić po dotację 😉 ? Oczko należało do Średniej, która nigdy się w nim nie kąpała. Siedziała tylko „na sucho” i bawiła się w środku. Gdy dzieci kupiły basenik my się dopiero wprowadziliśmy do domku, nie było trawy, po każdym deszczu obecny ogródeczek zamieniał się w jezioro, woda wychlapana podczas podlewania posadzonych roślinek natychmiast stawała się  błotem, basenik nie mógł więc zostać napełniony wodą. Dopiero teraz może pełnić rolę do jakiej został stworzony, Calineczka była uszczęśliwiona mogąc do woli bawić się wodą i w wodzie 🙂

Upiekłam muffinki wykorzystując kostkę sera, której termin przydatności do spożycia mijał lada chwila. Wyszły bardzo smaczne. Przypomnę przepis na te smakowite babeczki: tyle samo suchego co mokrego plus dodatki 🙂

Ostatnim przebojem są dla mnie kotlety z selera. Robiłam już dwa razy! W życiu nie przypuszczałam, że mogą być takie smaczne. W celu ich przygotowania należy pokroić seler w plastry grubości ok. 1 cm ( nie trzeba mierzyć, jak się ukroi tak będzie dobrze 😉 ), ugotować w bulionie (może być kostka warzywna), po czym przestudzić, panierować w jajku, bułce, usmażyć i gotowe. Nawet moi mięsożerni domownicy częstowali się i smakowały im, a ja miałam dla siebie obiad na trzy dni.

Raz podałam z kaszą połączoną z usmażonymi pieczarkami oraz  cebulką, plus oczywiście kolorowa sałatka. Tu akurat pomidor, papryka, ogórki będące uprzednio małosolnymi, które zmieniły się w kiszone, cebulka, sól, pieprz, czosnek, zioła prowansalskie, ocet jabłkowy, oliwa.

Idąc z psiepsiołami w stronę torów mijam wspomnienie z wakacji – czyli pole, na którym rośnie zboże. Czasem staję, zamykam oczy i wdycham zapach rosnącego zboża.

Jeszcze niedawno było zielone i rosły w nim maki i bławatki.

Kwitnące na działkach róże nieustannie mnie zachwycają i nie mogę się nazachwycać tylko się zachwycam i zachwycam i tak bez końca 🙂

Na koniec jeszcze pełnia księżyca, wprawdzie  żadne wilkołaki nie wyły i nie pokazały się, ale nie byłoby dziwne gdyby jakiś z krzaków wyskoczył 😉

Jak widać księżyc ma się dobrze, mimo zakusów takich dwóch co go chcieli ukraść 😉

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 25 komentarzy

Noszszsz….

Noszszsz… nerwy zjedzą przed następną niedzielą… Dlatego muszę poszukać czegoś, co mnie uspokoi. Co jest trwałe, niezmienne – albo zmienne w wyglądzie lecz stałe w istnieniu przez miliardy lat. Z zachwytem albo ze strachem patrzymy, czasem z przerażeniem, czasem z nadzieją. Czasem oczy wznosimy z westchnieniem politowania, czasem z gorącą prośbą… Cóż, tak zwane niebo czyli to co oglądamy nad nami dzień w dzień i noc w noc, jest tak piękne w każdej swej odsłonie, że nie mogę się opanować i robię zdjęcia. Pomyślałam, że kilka pokażę na dowód, że różnorodność w jedności jest wspaniała i doskonała 🙂

Na ostatnim zdjęciu widać przecudne, słoneczne, bezchmurne niebo i chciałabym to traktować jako dobrą wróżbę 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 39 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 40

Pewnego dnia Sergiusz przyszedł do Doroty opuściwszy dobrowolne miejsce odosobnienia.

– Jak dobrze, że cię wreszcie przywiało – przywitała go siostra. – Człowieku, przecież tak nie można! Nijak się z tobą nie da skontaktować, w domu nie odbierasz, w pracy… przecież pracy w zasadzie nie ma, więc i pod tamtym telefonem cię nie ma. Co ty sobie w ogóle myślisz! Ciotka dzwoni znad morza zdenerwowana, bo nie wie co się dzieje…

Sergiusz bez ruchu stał przed drzwiami oszołomiony słowotokiem Doroty.

– … czy ty sobie wyobrażasz, że ja mam nerwy ze stali?! – nakręcała się coraz bardziej.

Sergiusz sprawiał wrażenie, iż przeogromnie żałuje decyzji, w wyniku której znalazł się akurat tutaj w tym konkretnym momencie, że właściwie to była pomyłka, że się rozmyślił i jedyne, czego teraz pragnie, to dać drapaka by znaleźć się jak najdalej od siostry, która najwyraźniej dostała ataku szału. Zrobił nawet krok w tył, lecz Dorota zorientowawszy się w zamiarach brata czym prędzej złapała go za rękaw wykazując się nadzwyczajnym  refleksem i uniemożliwiając salwowanie się ucieczką, bowiem uchwyciła go niezwykle mocno. Wciągnęła do przedpokoju i zamknęła drzwi. Nie mógł wyjść, ponieważ nowy zamek założony przez Michała uniemożliwił mu wyjście.

– Ty chyba zwariowałaś. Puść mnie – syknął z bólu, albowiem Dorota ciągnęła nie tylko za rękaw ale przy okazji uszczypnęła go mocno i ciągnęła za skórę.

– Ja zwariowałam? Ja? Ja przepadam bez wieści? Ja pozostawiam rodzinę w niepewności co do moich losów? Przeze mnie siostra dzwoni po szpitalach szukając moich zwłok?

Sergiusz osłupiał. Dotarły do niego słowa Doroty. Nigdy w życiu by nie pomyślał, że doprowadzi do podobnej sytuacji! Tak bardzo zatopił się we własnych problemach, pogrążył  w swoich przeżyciach, że przestał myśleć o reakcjach bliskich. W oczach zdenerwowanej siostry zobaczył łzy, spod których przebijały troska i przywiązanie. Miał wrażenie, że dostał w głowę tępym narzędziem, które rozbiło w pył jakąś dziwną klapkę dotąd zasłaniającą mu oczy. Wstrząsnął nim dreszcz, jakby po nagłym zerwaniu ze snu zimno poranka dotarło do każdego fragmentu i ciała fizycznego, i tego niematerialnego również. Uwolnił rękę z nienaturalnie silnego uścisku Doroty i przygarnął tę swoją zwariowaną, ale jakże kochaną siostrzyczkę.

– Dorcia, przepraszam – powiedział cicho.

– Już dobrze, już dobrze – powtórzyła. – Właściwie każdy podejrzewa innych o to, co w nim samym siedzi. A jak nie siedzi, to nie podejrzewa… Najważniejsze, że jesteś.

– Jestem – zabrzmiało jakby był zdziwiony słowem, które usłyszał wychodzące z własnych ust. – Jestem. Czuję się jakbym wrócił skądś…nie wiem skąd. Z kosmosu, albo z zaświatów.

– Wy oboje jesteście z innej planety, szkoda, że nie w tym samym czasie latacie po tym kosmosie – mruknęła ocierając łzę i wracając do równowagi.

– Nie zrozumiałem.

– Jak zwykle… Mówiłam, że do ciotki musisz zadzwonić – ostatnie zdanie wypowiedziała głośniej.

W tej chwili rozległ się dzwonek telefonu. Odebrała, rozmawiała przez chwilę po czym podała mu słuchawkę.

– Sam porozmawiaj z mamą, nie będę się za ciebie tłumaczyć.

Rozmawiali ładnych kilka minut. Matka wyraźnie go do czegoś przekonywała, on zaś z uporem nie przyjmował cudzego punktu widzenia. Po zakończeniu rozmowy ciężko westchnął.

– No i co tak wzdychasz? Trzymasz się tych swoich durnych zasad jak… jak pijany płotu – zdegustowana spojrzała na brata.

– Muszę ci przyznać rację – powiedział z opuszczoną głową. – Zawsze byłem pewien swych poglądów, podejścia do każdej  sprawy, wydawało mi się, że wszystko potrafię przewidzieć, zmierzyć, uszeregować, postawić na właściwym miejscu…

– O matko – jęknęła Dorota, – przestań już. Głupi byłeś i koniec. Wy-star-czy. Przyznałeś się sam przed sobą i jeszcze przede mną. Jesteś przez to wielki, przestań więc tak się katować. Nie oskarżaj się i nie obrażaj.

– Ja tak robię? – zdziwił się.

– A ja? Opanuj się już i nie wpadaj z jednej skrajności w drugą.

Spuścił znowu głowę i zamilkł. Dorota bez skrępowania przyglądała się temu dużemu mężczyźnie, który przypominał małego chłopczyka zagubionego w skomplikowanym świecie dorosłych, w którym słowa znaczą co innego niż uczono go od urodzenia … Ależ on jest podobny do Kajtusia kiedy tak siedzi smutny, bezradny, nieszczęśliwy… Ciekawe czemu wcześniej nie zauważyła podobieństwa. Niczego dziwnego tu nie ma, po prostu zobaczyła rodzinne podobieństwo uwidaczniające się w pewnych sytuacjach… Znowu poczuła wilgoć pod powiekami. Choroba, cóż się taka przewrażliwiona zrobiła? Rozczuliła ją bezradność bijąca z całej postaci tego wielkiego faceta, który jednocześnie jest jej kochanym braciszkiem. Nie szkodzi, że ciotecznym. Od zawsze był jej najbliższy niczym rodzony, którego nie miała. Z nim wiązały się wspomnienia z dzieciństwa, zabawy i psikusy. To on wielokrotnie krył ją przed mamą i ciotką kiedy narozrabiała, tłumaczył kiedy nakłamała. On był powiernikiem zwierzeń, wiedział o pierwszych młodzieńczych przeżyciach, pocieszał, gdy się zawiodła i wycierał łzy, którymi moczyła mu koszulkę opłakując nieodwzajemnione albo źle ulokowane uczucia, cieszył się razem z nią, gdy fruwała pod obłoki będąc chwilowo szczęśliwie zakochaną. Teraz wyraźnie przyszedł czas na zamianę ról. To ona będzie bratu ocierać łzy. No, może nie dosłownie, bardziej w przenośni.

– Dosyć staruszku, przestań się nad sobą rozczulać  – powiedziała miękko i pogładziła go po głowie jak wczoraj Kajtusia, kiedy rozbił sobie kolano na podwórku.

– Rozczulam się nad sobą? Naprawdę tak uważasz? Nie, nie – pokręcił głową. – To nie tak.

– A jak?

– Ja tylko szukam przyczyn mojej głupoty – Dorota się uśmiechnęła szeroko na te słowa, – oraz szukam wyjścia z sytuacji.

Dorota westchnęła głęboko z wielką ulgą.

– Nareszcie. Witaj w świecie żywych ludzi – powiedziała.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 18 komentarzy

Dziś róże dla Magdy :)

Wczoraj Lucyny świętowały imieniny, dziś Magda urodziny 🙂  Ponieważ dzień (przynajmniej u mnie) wstał piękny, słoneczny, świeże powietrze ma cudowny zapach, ptaki śpiewają jeszcze nie zmęczone gorącem i w ogóle jest przepięknie – życzę Maguś, żeby każdy Twój dzień był tak piękny jak mój dzisiejszy poranek 🙂 I dla Ciebie róże z wczorajszego wieczornego spaceru, popatrz na nie, zamknij oczy i pomyśl trzy życzenia. Może różane duszki je spełnią 🙂 🙂 🙂

Niech te cudne róże przyniosą radość każdemu, kto tu zajrzy 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Piorunem…

Nie miałam czasu aby usiąść i napisać coś mądrego, tydzień był bardzo intensywny i przeleciał migiem, piorunem, jak z bicza strzelił 🙂 Więc w skrócie musi być przegląd tygodnia.

W środę 24.VI. – Najpierw rozsychaliśmy się z braku wody, teraz mamy jej nadmiar w postaci ciągłych opadów. Bez kaloszy wyjść się nie da. Rano Skitek wyszedł tylko do ogródka i znów się rozłożył na posłaniu. Szilunia za nic na świecie swoich potrzeb w ogródku nie załatwi, musiałam więc wskoczyć w kalosze i popędzić z nią w ustronne miejsce. Taka to porządna z niej dziewczynka 🙂 Dzisiaj mój zakupowy dzień. Zachciało mi się pasty drożdżowej, więc drożdże muszę kupić, dobrze, że już są dostępne bez problemu. Najwyraźniej muszę uzupełnić wit. B i dlatego chęć na tę pastę mnie męczy. Nie pamiętam czy już mówiłam jak ją robię, więc jeszcze raz. Smażę cebulkę (posypaną solą oczywiście) na patelni, dodaję drożdże i mieszam aż się rozpuszczą, po czym wbijam jajka jak na jajecznicę, dodaję pieprz i maggi ( bo bez tego nie ma jajek), mieszam aż się zetną. Gotowe. można jeść na ciepło, może być na zimno do chleba, trzymane w lodówce. Nawet babcia D. jadła 🙂

Wczoraj (wtorek) Duży z dziewczynkami wpadł na chwilę z puszkami dla Skitula. Calineczka była rozespana i nie miała ochoty na żadne kontakty towarzyskie, ale do południa tryskała energią tak, że Średnia przysłała mi filmik, na którym widać szkarabusię biegającą wokół pokoju, śpiewającą głośno  „Panie Janie”- z podpisem: „I tak od 15-tu minut” 🙂 Cudna jest! W sobotę byli na obiedzie. Nareszcie! Babcia Ania ogromnie cieszyła się obecnością dziewczynek, malutka konika przedkładała nad inne zajęcia, poza tym z dziadkiem wchodziła po schodach i cieszyła się, że dosięga już do kontaktu i może włączyć sama światło przed wejściem na schody. Uczyła się bezpiecznie schodzić ze schodków, najlepiej się zjeżdżało na pupie 🙂 Ponieważ imieniny babci D. miały być za 4 dni, dzieci przywiozły kwiaty i prezenty, z czego najbardziej ją ucieszyły krzyżówki. Wciąż jeszcze je rozwiązuje i całe szczęście. Przy okazji i babcia Ania się załapała na bukiet 🙂

Bukiet imieninowy babci D.

A to moje kwiaty 🙂

We czwartek i piątek babcia Ania mogła się wreszcie Calineczką nacieszyć 🙂 Duży przyjechał z dziewczynkami zostawiając w domu żonę, która w pracy zdalnej miała coś pilnego do wykonania, a przy tryskającej energią szkrabusi nie można się skupić. Tym bardziej, ze Duży też zdalnie pracuje i zwyczajnie nie potrafi się podzielić na kilka kawałków jednocześnie 😉 Tym sposobem babcia Ania nauczyła się rozumieć malutką, no, już nie taką malutką 🙂 Przed tą naszą ogólnonarodową kwarantanną Calineczka mówiła stosunkowo jeszcze mało i teraz – szok! Mówi bezustannie, buzia jej się nie zamyka, a zasób słów ma taki, że babcię dosłownie zatkało! Jest niesamowicie bystra i spostrzegawcza, śmiała, nie krępuje się, sama zaczepia ludzi i zaczyna rozmowę, zaś energii ma tyle, że nie do uwierzenia! Rozruszała nawet babcię D., z którą świetnie się bawiła wrzucając kamyczki do niebieskich pojemniczków (po pieczarkach), w których uzbierała się deszczówka. Ile pisku, krzyku, śmiechu było, a skończyło się przebieraniem w suche ubranko, bowiem sukienka zmoczyła się całkowicie.

Na koniku 🙂

Zabawa we wrzucanie kamyczków do wody 🙂

Co by tu jeszcze wykombinować 😉

Już wiem! Pójdę pomęczyć siostrę 😉

Kuchennie babcia Ania przygotowała się na przyjęcie najukochańszych gości z wielką przyjemnością. Wiadomo przecież, że babcia Ania gotować lubi. A ponieważ dzieci lubią kluski śląskie, zaś babcia dumna jest, bo nauczyła się je robić, więc zrobiła ich ogromną ilość. Skoro zniknęły wszystkie, znaczy – dobre wyszły 🙂 Dla mięsożerców gulasz drobiowy był do klusek, dla siebie babcia placuszki cukiniowe usmażyła. Użyła tylko utartą na dużych oczkach, odciśniętą cukinię, mąkę kukurydzianą, jajko, trochę bułki tartej, sól, pieprz, czosnek granulowany. Wyrobiła drewnianą łyżką, która jedna jedyna idealna jest do wyrabiana, po czym łyżką normalną na patelnię na olej wrzucała. Też zniknęły i nie sama babcia je zjadła 🙂 Poza tym młoda kapusta pojawiła się na stole. Ale pycha!  Aha, jeszcze upiekłyśmy ze Średnią chlebek bananowy. Pięknie wyglądał, Calineczka orzekła że smaczny 🙂

Pychota! Żeby mieć koperek kupiłam podwójne „akcesoria” do ogórków, kapusta musi być z koperkiem!

Małe łapki nie mogły się doczekać by schwycić bananowego ciasta kawałek 🙂

Zanim dzieci w piątek przyjechały poszłam – wykorzystując bezdeszczową chwilę – wcześnie rano z psiepsiołami poza osiedle, pierwszy raz od dłuższego czasu w tamtą stronę i zachwyciłam się kwiatami widzianymi po drodze.

Nawet dziurawiec się trafił 🙂

Dziś mija 6 lat odkąd Szilunia zamieszkała z nami 🙂 Jest najcudniejszą i najmądrzejszą sunią na świecie! Oczywiście jak każda sunia dla swych opiekunów 🙂  Kochamy ją bardzo a ona odpłaca nam z nawiązką przywiązaniem i okazuje to na każdym kroku.

Tak wyglądały psiepsioły 6 lat temu. Dziś poza latkami przybyły kilogramy i trudno z nimi walczyć. Mam jednak wrażenie, że szelki Sziluni wreszcie się zapinają luźniej. Mąż też to zauważył więc nie zmyśliłam 😉

A taka jest teraz nasza kochana Szilunia 🙂 Ogólnie- piorunem zleciało te 6 lat!

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 31 komentarzy