Pewnego dnia Sergiusz przyszedł do Doroty opuściwszy dobrowolne miejsce odosobnienia.
– Jak dobrze, że cię wreszcie przywiało – przywitała go siostra. – Człowieku, przecież tak nie można! Nijak się z tobą nie da skontaktować, w domu nie odbierasz, w pracy… przecież pracy w zasadzie nie ma, więc i pod tamtym telefonem cię nie ma. Co ty sobie w ogóle myślisz! Ciotka dzwoni znad morza zdenerwowana, bo nie wie co się dzieje…
Sergiusz bez ruchu stał przed drzwiami oszołomiony słowotokiem Doroty.
– … czy ty sobie wyobrażasz, że ja mam nerwy ze stali?! – nakręcała się coraz bardziej.
Sergiusz sprawiał wrażenie, iż przeogromnie żałuje decyzji, w wyniku której znalazł się akurat tutaj w tym konkretnym momencie, że właściwie to była pomyłka, że się rozmyślił i jedyne, czego teraz pragnie, to dać drapaka by znaleźć się jak najdalej od siostry, która najwyraźniej dostała ataku szału. Zrobił nawet krok w tył, lecz Dorota zorientowawszy się w zamiarach brata czym prędzej złapała go za rękaw wykazując się nadzwyczajnym refleksem i uniemożliwiając salwowanie się ucieczką, bowiem uchwyciła go niezwykle mocno. Wciągnęła do przedpokoju i zamknęła drzwi. Nie mógł wyjść, ponieważ nowy zamek założony przez Michała uniemożliwił mu wyjście.
– Ty chyba zwariowałaś. Puść mnie – syknął z bólu, albowiem Dorota ciągnęła nie tylko za rękaw ale przy okazji uszczypnęła go mocno i ciągnęła za skórę.
– Ja zwariowałam? Ja? Ja przepadam bez wieści? Ja pozostawiam rodzinę w niepewności co do moich losów? Przeze mnie siostra dzwoni po szpitalach szukając moich zwłok?
Sergiusz osłupiał. Dotarły do niego słowa Doroty. Nigdy w życiu by nie pomyślał, że doprowadzi do podobnej sytuacji! Tak bardzo zatopił się we własnych problemach, pogrążył w swoich przeżyciach, że przestał myśleć o reakcjach bliskich. W oczach zdenerwowanej siostry zobaczył łzy, spod których przebijały troska i przywiązanie. Miał wrażenie, że dostał w głowę tępym narzędziem, które rozbiło w pył jakąś dziwną klapkę dotąd zasłaniającą mu oczy. Wstrząsnął nim dreszcz, jakby po nagłym zerwaniu ze snu zimno poranka dotarło do każdego fragmentu i ciała fizycznego, i tego niematerialnego również. Uwolnił rękę z nienaturalnie silnego uścisku Doroty i przygarnął tę swoją zwariowaną, ale jakże kochaną siostrzyczkę.
– Dorcia, przepraszam – powiedział cicho.
– Już dobrze, już dobrze – powtórzyła. – Właściwie każdy podejrzewa innych o to, co w nim samym siedzi. A jak nie siedzi, to nie podejrzewa… Najważniejsze, że jesteś.
– Jestem – zabrzmiało jakby był zdziwiony słowem, które usłyszał wychodzące z własnych ust. – Jestem. Czuję się jakbym wrócił skądś…nie wiem skąd. Z kosmosu, albo z zaświatów.
– Wy oboje jesteście z innej planety, szkoda, że nie w tym samym czasie latacie po tym kosmosie – mruknęła ocierając łzę i wracając do równowagi.
– Nie zrozumiałem.
– Jak zwykle… Mówiłam, że do ciotki musisz zadzwonić – ostatnie zdanie wypowiedziała głośniej.
W tej chwili rozległ się dzwonek telefonu. Odebrała, rozmawiała przez chwilę po czym podała mu słuchawkę.
– Sam porozmawiaj z mamą, nie będę się za ciebie tłumaczyć.
Rozmawiali ładnych kilka minut. Matka wyraźnie go do czegoś przekonywała, on zaś z uporem nie przyjmował cudzego punktu widzenia. Po zakończeniu rozmowy ciężko westchnął.
– No i co tak wzdychasz? Trzymasz się tych swoich durnych zasad jak… jak pijany płotu – zdegustowana spojrzała na brata.
– Muszę ci przyznać rację – powiedział z opuszczoną głową. – Zawsze byłem pewien swych poglądów, podejścia do każdej sprawy, wydawało mi się, że wszystko potrafię przewidzieć, zmierzyć, uszeregować, postawić na właściwym miejscu…
– O matko – jęknęła Dorota, – przestań już. Głupi byłeś i koniec. Wy-star-czy. Przyznałeś się sam przed sobą i jeszcze przede mną. Jesteś przez to wielki, przestań więc tak się katować. Nie oskarżaj się i nie obrażaj.
– Ja tak robię? – zdziwił się.
– A ja? Opanuj się już i nie wpadaj z jednej skrajności w drugą.
Spuścił znowu głowę i zamilkł. Dorota bez skrępowania przyglądała się temu dużemu mężczyźnie, który przypominał małego chłopczyka zagubionego w skomplikowanym świecie dorosłych, w którym słowa znaczą co innego niż uczono go od urodzenia … Ależ on jest podobny do Kajtusia kiedy tak siedzi smutny, bezradny, nieszczęśliwy… Ciekawe czemu wcześniej nie zauważyła podobieństwa. Niczego dziwnego tu nie ma, po prostu zobaczyła rodzinne podobieństwo uwidaczniające się w pewnych sytuacjach… Znowu poczuła wilgoć pod powiekami. Choroba, cóż się taka przewrażliwiona zrobiła? Rozczuliła ją bezradność bijąca z całej postaci tego wielkiego faceta, który jednocześnie jest jej kochanym braciszkiem. Nie szkodzi, że ciotecznym. Od zawsze był jej najbliższy niczym rodzony, którego nie miała. Z nim wiązały się wspomnienia z dzieciństwa, zabawy i psikusy. To on wielokrotnie krył ją przed mamą i ciotką kiedy narozrabiała, tłumaczył kiedy nakłamała. On był powiernikiem zwierzeń, wiedział o pierwszych młodzieńczych przeżyciach, pocieszał, gdy się zawiodła i wycierał łzy, którymi moczyła mu koszulkę opłakując nieodwzajemnione albo źle ulokowane uczucia, cieszył się razem z nią, gdy fruwała pod obłoki będąc chwilowo szczęśliwie zakochaną. Teraz wyraźnie przyszedł czas na zamianę ról. To ona będzie bratu ocierać łzy. No, może nie dosłownie, bardziej w przenośni.
– Dosyć staruszku, przestań się nad sobą rozczulać – powiedziała miękko i pogładziła go po głowie jak wczoraj Kajtusia, kiedy rozbił sobie kolano na podwórku.
– Rozczulam się nad sobą? Naprawdę tak uważasz? Nie, nie – pokręcił głową. – To nie tak.
– A jak?
– Ja tylko szukam przyczyn mojej głupoty – Dorota się uśmiechnęła szeroko na te słowa, – oraz szukam wyjścia z sytuacji.
Dorota westchnęła głęboko z wielką ulgą.
– Nareszcie. Witaj w świecie żywych ludzi – powiedziała.
cdn.