Wieje smutkiem. Zawsze pod koniec wakacji tak odbieram odchodzące lato. Za czasów wczesnego dzieciństwa tak było, kiedy Lucy z mamą jechały do domu, bo siostra już do szkoły szła, a ja zostawałam w Tenczynku i było mi smutno przez kilka dni, zanim znowu się nie przyzwyczaiłam. Znowu miałam swoje życie z kurkami, króliczkami, woziłam je w wózku dla lalek, chodziłam się bawić do małego Zbysia, synka cioci (teraz jest konserwatorem zabytków i ma własną pracownię, ale nie w Polsce), towarzyszyłam babci w polu gdy kopała ziemniaki, a ja sobie po cudownych Skałkach chodziłam. Patrzyłam na szare zaorane pola, niektóre jeszcze złocące się ścierniskami, na dymy ognisk snujące się nad polami niosące zapach palonych ziemniaczanych badyli… Snułam się po polach jak te dymy, niczym „zaduma szara, osmętnica” i snułam marzenia…
Nigdy nie lubiłam szkoły, ale chodziłam gdy przyszedł czas, jak wszyscy. Nie lubiłam nigdy – co uświadomiłam sobie duuużo później – żadnej formy przymusu, czyli nie lubiłam się uczyć tego czego musiałam, a nie chciałam; nie lubiłam współpracować z ludźmi, do
których czułam awersję, ale musiałam jak wszyscy jakoś to przeżyć i nie zwariować. Koniec lata kojarzy się z końcem wakacji i przymusem pójścia do szkoły, oraz – później – z końcem urlopu i przymusem powrotu do pracy. W końcu z czegoś trzeba było żyć i utrzymać dzieci.
A potem dzieci poszły do szkoły i znowu przeżywałam koniec wakacji i powrót szkolnego koszmaru… Cóż, chłopcy jak to chłopcy, nie byli zachwyceni przymusem szkolnym, przecież jest tyle ciekawszych rzeczy niż marnowanie czasu na siedzenie w szkole 😉 Dobrze, że to już poza mną…
Tak czy inaczej jest mi szkoda lata, w powietrzu unosi się zapach jesieni choć słoneczko przygrzewa jeszcze nieźle a kolory wciąż z przewagą zieleni przyciągają wzrok. Niestety, wnuczka wciąż o szkole wspomina, zastanawia się jak to będzie więc siłą rzeczy i moje
myśli krążą wokół tematu szkoły. W tym roku doszedł problem covida i przyznam, że jestem bardzo zaniepokojona przyszłością. Jak chyba większość rodziców i dziadków boję się o dzieci.
Strach strachem, a siły codziennym pożywieniem pokrzepiać trzeba. Co wymyśliłam tym razem? Otóż kotleciki z fasoli z puszki, bo nie miałam zupełnie pomysłu co zrobić. W sumie jadłam nie tylko ja ale reszta rodzinki także 🙂 Nie kombinowałam ze składnikami, już się przekonałam, że co za dużo to niezdrowo 🙂 Odsączyłam fasolkę na sitku, rozgniotłam widelcem, przyprawiłam, dodałam jajko, tartą bułkę i bardzo zgrabne kotleciki ukazały się oczom moim 😉 Opanierowałam w bułce tartej i usmażyłam. Zdecydowanie wyszły na prowadzenie w kategorii kotletów. Zapomniałam je uwiecznić, jak sobie przypomniałam było już po obiedzie 🙂
Poza tym były naleśniki z serem, też im fotki nie zrobiłam. Był chłodnik jagodowy z makaronem, o nim pamiętałam i uwieczniłam przed skonsumowaniem, bo mi się kolor podobał 🙂

… cudny kolor…
Kolejne kotlety zrobiłam z pozostałych po poprzednim obiedzie ziemniaków utłuczonych z usmażoną cebulką, odrobiny ryżu podebranego (znowu) psom, otrąb owsianych, przyprawy do indyka (dla pozostałych członków rodziny był indyk), trochę pokrojonego
żółtego wędzonego sera, jajka, surowej drobno pokrojonej cebulki. Bardzo dobrze się skleiły, opanierowałam w bułce tartej i usmażyłam. I już 🙂 Coraz lepiej mi idzie przygotowanie bezmięsnej potrawy dla siebie, a przy okazji Mąż i Średnia (która od dziś nazywa się tutaj Werą, bo takie imię sobie wymyśliła na potrzeby babcinego bloga) testują.

Bez słodkości nie może się przecież obyć podczas wakacji u dziadków, więc różne babcia szykuje. Galaretki owocowe z serkiem waniliowym bardzo smakują i najczęściej goszczą. Są lody oczywiście, wafelki, rurki waflowe, w których niepotrzebnie babcia też zasmakowała i nie znajduje dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Żadnego!!! Jednak najlepsze są słodkości wykonane własnoręcznie przez babcię, bo przynajmniej wiadomo co jest w środku. I tak deser budyniowo-herbatnikowy zniknął natychmiast.

…robi się szybko i bez wysiłku, jedynie zawsze muszę przypalić garnek z mlekiem ;( …

…drugi od pierwszego różnił się tylko tym, że nie przypaliłam garnka robiąc budyń i posypałam po wierzchu wiórki czekoladowe oprócz cukru pudru …
Kaszka manna ugotowana w mleku z cukrem waniliowym i odrobiną masła polana sokiem malinowym okazała się smacznym deserem.

…taki deser z dzieciństwa smaczny i zdrowy…
A tak wygląda Skituś przykryty kołderką, który śpi w łóżku ze swoją ukochaną pańcią jak spał od prawie urodzenia. Mimo siwej mordki zachowuje się jak szczęśliwy szczeniaczek 🙂

… Skituś w dziale deserów, bo przecież to słodziak 🙂 …
Dużo słodyczy na cały tydzień Wam Skituś życzy w ostatnim dniu sierpnia, a także zdrówka oraz pomyślności wszelkiej mimo końca wakacji. Trzymajcie się zdrowo!!!




















































































