Piorunem…

Nie miałam czasu aby usiąść i napisać coś mądrego, tydzień był bardzo intensywny i przeleciał migiem, piorunem, jak z bicza strzelił 🙂 Więc w skrócie musi być przegląd tygodnia.

W środę 24.VI. – Najpierw rozsychaliśmy się z braku wody, teraz mamy jej nadmiar w postaci ciągłych opadów. Bez kaloszy wyjść się nie da. Rano Skitek wyszedł tylko do ogródka i znów się rozłożył na posłaniu. Szilunia za nic na świecie swoich potrzeb w ogródku nie załatwi, musiałam więc wskoczyć w kalosze i popędzić z nią w ustronne miejsce. Taka to porządna z niej dziewczynka 🙂 Dzisiaj mój zakupowy dzień. Zachciało mi się pasty drożdżowej, więc drożdże muszę kupić, dobrze, że już są dostępne bez problemu. Najwyraźniej muszę uzupełnić wit. B i dlatego chęć na tę pastę mnie męczy. Nie pamiętam czy już mówiłam jak ją robię, więc jeszcze raz. Smażę cebulkę (posypaną solą oczywiście) na patelni, dodaję drożdże i mieszam aż się rozpuszczą, po czym wbijam jajka jak na jajecznicę, dodaję pieprz i maggi ( bo bez tego nie ma jajek), mieszam aż się zetną. Gotowe. można jeść na ciepło, może być na zimno do chleba, trzymane w lodówce. Nawet babcia D. jadła 🙂

Wczoraj (wtorek) Duży z dziewczynkami wpadł na chwilę z puszkami dla Skitula. Calineczka była rozespana i nie miała ochoty na żadne kontakty towarzyskie, ale do południa tryskała energią tak, że Średnia przysłała mi filmik, na którym widać szkarabusię biegającą wokół pokoju, śpiewającą głośno  „Panie Janie”- z podpisem: „I tak od 15-tu minut” 🙂 Cudna jest! W sobotę byli na obiedzie. Nareszcie! Babcia Ania ogromnie cieszyła się obecnością dziewczynek, malutka konika przedkładała nad inne zajęcia, poza tym z dziadkiem wchodziła po schodach i cieszyła się, że dosięga już do kontaktu i może włączyć sama światło przed wejściem na schody. Uczyła się bezpiecznie schodzić ze schodków, najlepiej się zjeżdżało na pupie 🙂 Ponieważ imieniny babci D. miały być za 4 dni, dzieci przywiozły kwiaty i prezenty, z czego najbardziej ją ucieszyły krzyżówki. Wciąż jeszcze je rozwiązuje i całe szczęście. Przy okazji i babcia Ania się załapała na bukiet 🙂

Bukiet imieninowy babci D.

A to moje kwiaty 🙂

We czwartek i piątek babcia Ania mogła się wreszcie Calineczką nacieszyć 🙂 Duży przyjechał z dziewczynkami zostawiając w domu żonę, która w pracy zdalnej miała coś pilnego do wykonania, a przy tryskającej energią szkrabusi nie można się skupić. Tym bardziej, ze Duży też zdalnie pracuje i zwyczajnie nie potrafi się podzielić na kilka kawałków jednocześnie 😉 Tym sposobem babcia Ania nauczyła się rozumieć malutką, no, już nie taką malutką 🙂 Przed tą naszą ogólnonarodową kwarantanną Calineczka mówiła stosunkowo jeszcze mało i teraz – szok! Mówi bezustannie, buzia jej się nie zamyka, a zasób słów ma taki, że babcię dosłownie zatkało! Jest niesamowicie bystra i spostrzegawcza, śmiała, nie krępuje się, sama zaczepia ludzi i zaczyna rozmowę, zaś energii ma tyle, że nie do uwierzenia! Rozruszała nawet babcię D., z którą świetnie się bawiła wrzucając kamyczki do niebieskich pojemniczków (po pieczarkach), w których uzbierała się deszczówka. Ile pisku, krzyku, śmiechu było, a skończyło się przebieraniem w suche ubranko, bowiem sukienka zmoczyła się całkowicie.

Na koniku 🙂

Zabawa we wrzucanie kamyczków do wody 🙂

Co by tu jeszcze wykombinować 😉

Już wiem! Pójdę pomęczyć siostrę 😉

Kuchennie babcia Ania przygotowała się na przyjęcie najukochańszych gości z wielką przyjemnością. Wiadomo przecież, że babcia Ania gotować lubi. A ponieważ dzieci lubią kluski śląskie, zaś babcia dumna jest, bo nauczyła się je robić, więc zrobiła ich ogromną ilość. Skoro zniknęły wszystkie, znaczy – dobre wyszły 🙂 Dla mięsożerców gulasz drobiowy był do klusek, dla siebie babcia placuszki cukiniowe usmażyła. Użyła tylko utartą na dużych oczkach, odciśniętą cukinię, mąkę kukurydzianą, jajko, trochę bułki tartej, sól, pieprz, czosnek granulowany. Wyrobiła drewnianą łyżką, która jedna jedyna idealna jest do wyrabiana, po czym łyżką normalną na patelnię na olej wrzucała. Też zniknęły i nie sama babcia je zjadła 🙂 Poza tym młoda kapusta pojawiła się na stole. Ale pycha!  Aha, jeszcze upiekłyśmy ze Średnią chlebek bananowy. Pięknie wyglądał, Calineczka orzekła że smaczny 🙂

Pychota! Żeby mieć koperek kupiłam podwójne „akcesoria” do ogórków, kapusta musi być z koperkiem!

Małe łapki nie mogły się doczekać by schwycić bananowego ciasta kawałek 🙂

Zanim dzieci w piątek przyjechały poszłam – wykorzystując bezdeszczową chwilę – wcześnie rano z psiepsiołami poza osiedle, pierwszy raz od dłuższego czasu w tamtą stronę i zachwyciłam się kwiatami widzianymi po drodze.

Nawet dziurawiec się trafił 🙂

Dziś mija 6 lat odkąd Szilunia zamieszkała z nami 🙂 Jest najcudniejszą i najmądrzejszą sunią na świecie! Oczywiście jak każda sunia dla swych opiekunów 🙂  Kochamy ją bardzo a ona odpłaca nam z nawiązką przywiązaniem i okazuje to na każdym kroku.

Tak wyglądały psiepsioły 6 lat temu. Dziś poza latkami przybyły kilogramy i trudno z nimi walczyć. Mam jednak wrażenie, że szelki Sziluni wreszcie się zapinają luźniej. Mąż też to zauważył więc nie zmyśliłam 😉

A taka jest teraz nasza kochana Szilunia 🙂 Ogólnie- piorunem zleciało te 6 lat!

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 31 komentarzy

Dziś też święto :) :) :)

W Dniu Ojca życzę wszystkim Tatusiom wszystkiego co najlepsze i żeby sami byli tym, co najlepsze dla swoich dzieci 🙂

Przy okazji Dnia Matki sięgnęłam do starych zdjęć, na których jest moja Mama. Jeszcze wcześniej pokazałam Mamę jako dziewczynkę i nastolatkę we wpisie „Podróż w czasie odbyta przy okazji świąt” (kat. Myślę sobie/18 grudnia 2019).  Z okazji dzisiejszego święta sięgnęłam po inne stare zdjęcia. Jedno z nich pierwszy raz w życiu zobaczyłam na oczy, podesłała mi Kuzynka, za co jestem bardzo wdzięczna 🙂  Mój Tata był Tatą najlepszym na świecie, ciepłym, kochającym nas bardzo przyjacielem, do którego mogłam iść z każdym problemem. Gdy słyszałam: „głowa do góry, nie dajmy się zwariować” – od razu było mi lepiej. Był dla mnie oparciem, dawał poczucie bezpieczeństwa, chodził do szkoły gdy trzeba było oczarować jakąś nauczycielkę ratując mnie w liceum ( np. od łaciny psorkę), potem wyręczał mnie chodząc na wywiadówki do Dużego, gdy dojrzewał, a ja już nie miałam siły użerać się z wychowawczynią i szacownym gronem pedagogicznym. Po prostu chłopcom zastępował ojca, który nie dorósł do swojej roli. Właściwie był „człowiekiem renesansu”, od najmłodszych lat był ciekawy świata, interesowało go „jak coś działa i czy nie można tego zrobić lepiej”, umiał jako młodziutki chłopak prowadzić lokomotywę, sterować kutrem rybackim, w czasie wojny pracował w krakowskich tramwajach po ucieczce z Baudienstu w Krzeszowicach, w partyzantce był gońcem dowódcy oddziału AK , miał pseudonim Wierny. Po wojnie skończył szkołę rybacką i był kierownikiem przetwórni rybackiej w Łebie, a później trafił do szkoły pożarniczej i tak już zostało na całe życie, a ja kocham strażaków 🙂  Miał na imię jak pan Kmicic, który „był gorączka wielki”, a w którym kochała się moja Mama i chciała mieć męża o tym imieniu 🙂

Jedyne zdjęcie Taty z rodzicami, dziadek został zamordowany przez bandę UPA w lipcu 1944 w okolicach Birczy…

..malutki stojący chłopczyk to mój kochany Tatuś 🙂

…z wujkiem, siostrą cioteczną i psem Kukusiem…

… z tą samą siostrą cioteczną, mamą mojej kochanej Kuzynki 🙂

…wiadomo jaka uroczystość…

… przeskok w czasie…

… no i co mi zrobisz?…

…tu już z narzeczoną…

…i tutaj też…

… i tu…

… tu już dumny tata z córeczkami…

Na koniec moje dwa zdjęcia z Tatą, dwie osoby na przestrzeni lat, na osi czasu…

…Ania miała pól roku…

… tu miała dużo, dużo więcej, ale trochę mniej niż teraz…

Mogę tylko powiedzieć: Tato,  brakuje mi Ciebie, a kiedy patrzysz ze zdjęcia na ścianie to jakbyś był tu ze mną i wspierał mnie jak zawsze. Bardzo Cię kocham…  mam nadzieję, że odbierasz to za Tęczowym Mostem…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 34 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 39

Sergiusz znalazł się w takiej sytuacji, o jakiej nie chciałby czytać w najstraszniejszym horrorze ani oglądać na ekranie. W chwili gdy wierzył, że sprawy zmierzają do szczęśliwego finału, okazało się, iż brak jest środków na spłatę kredytu, bo wszystkie pieniądze wyparowały z konta. Do tego wspólnik się zdematerializował zaś pierwszy żyrant zmarł niespodziewanie na zawał. Prawdopodobnie z powodu szoku wywołanego wysokością sumy jaką miałby spłacić za poręczenie fałszywej wiarygodności nieuczciwego znajomego. Już gorszego splotu negatywnych okoliczności nie mógł się Sergiusz spodziewać. Zresztą nikt nie mógłby się spodziewać. Nawet Dorota i Michał, choć wielokrotnie ostrzegali go przed wspólnikiem, nie wymyśliliby tak czarnego scenariusza. Siostra mu często powtarzała, że jeśli ktoś raz oszuka, no, ostatecznie, można darować, bo każdy ma prawo się pomylić. Jeśli drugi raz mu się zdarzy to samo, z pewnością nie oprze się pokusie po raz trzeci. A potem delikwentowi wejdzie w nawyk i koniec, kropka, nic takiemu już nie pomoże. I miała absolutną rację. Skruszony Sergiusz musiał to przyznać żałując poniewczasie własnej naiwności. Nie wiedział co robić, czuł się odarty z wszelkich złudzeń i oszukany.

Ponieważ zaczęły się wakacje i mama wyjechała z Moniką nad morze, nie musiał w ogóle wracać do domu. Nie miał najmniejszej ochoty spotykać się z Agatą. Działała na niego jak płachta na byka. Bał się, że nie zdoła nad sobą zapanować i w ten sposób dostarczy jej argumentów w sądowej walce o Monikę. Postanowił bowiem, że nie pozwoli sobie dziecka odebrać i wywieźć gdziekolwiek, nie tylko za granicę. Sam oczywiście nie wpadłby na pomysł, że Agata mogłaby porwać córkę. Matka i Dorota otworzyły mu oczy na niecne knowania, na konszachty ze wspólnikiem na pewno nie kończące się na sferze finansowo-biznesowej lecz przenoszące się również na sferę osobisto-intymną.  Z początku nie chciał wierzyć, uważał, że to wymysły nie mające pokrycia w rzeczywistości. Z pewnością jad sączony przez Agatę do uszu dzień po dniu bezustannie, przedostał się przez jego wewnętrzną linię obrony i zasiał pewne wątpliwości co do czystości intencji wszystkich osób z otoczenia, w tym również Aldony. Ta ostatnia zaś była już tak zmęczona i zniechęcona całą sytuacją, że podczas którejś kolejnej rozmowy telefonicznej, bo bezpośrednio nie spotkali się od długiego czasu, nie wytrzymała.

– Nie powiedziałeś mi prawdy, kazałeś mi czekać nie wiadomo ile i na co. Kręciłeś, bredziłeś coś, manipulowałeś mną. Nie zaufałeś mi. Odsunąłeś mnie od siebie, czułam się odepchnięta i odrzucona jak w dzieciństwie. Nie będę dłużej na nic czekać. Nie może być żadnego związku bez zaufania, szczerości, bez poczucia bezpieczeństwa. Przynajmniej ja nie potrafię bez tego żyć. Kręć, miotaj się i kombinuj dalej, mnie to już nie interesuje. Zawiodłam się na tobie. Cześć – rzuciła słuchawką.

Poczuł się jakby dostał w głowę. Po raz pierwszy odezwała się do niego w taki sposób, krótko, dobitnie i stanowczo.   Nie dała mu dojść do słowa, nie wysłuchała żadnych tłumaczeń. Nie chciała więcej z nim rozmawiać, odkładała słuchawkę usłyszawszy jego głos.

– Przepraszam, ale nie mogę teraz rozmawiać – mówiła spokojnie i na tym kończyła.

Magdzie zapowiedziała, żeby jej do telefonu nie wołała gdyby zadzwonił, bo ona z nim rozmawiać nie chce.

Sytuacja się odwróciła. Teraz on próbował się z nią kontaktować. Nagle objawiła mu się jako jedyny pewnik, jedyny jasny punkt w świecie. W jego świecie, który stał się ciemny, ponury, nieprzyjazny, złowrogi. Potem przestała odbierać telefony w pracy. Zamiast wyczekiwanego głosu usłyszał obcy, za to chętny do rozmowy. Nie pytając o nic dowiedział się, że Aldona wyjechała na urlop, że pewnie wyjechała z Marianem, bo on też urlop wziął w tym samym czasie, niby to o niczym nie świadczy, ale kto może wiedzieć na pewno, prawda? Przecież byli kiedyś parą, Marian cały czas wierzył, że Aldona zrozumie co traci, zmądrzeje wreszcie i wróci do niego. Pewnie zmądrzała…

Nasłuchawszy się takich „mądrości” od Grety i od Agaty, straciwszy możliwość rozmowy z Aldoną czuł się jak szmaciany pajacyk wrzucony do rzeki, który nie wie gdzie wypłynie i czy w ogóle wypłynie, bo – być może – jest tak wodą nasiąknięty, że pójdzie prosto na dno. Nikt mu ręki nie poda, bo nikomu nie pozwolił zbliżyć się do siebie. Został sam, a przynajmniej tak mu się zdawało.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Michał z Jurandem, oczywiście po uprzednim przeszkoleniu przez swoje połowice w kwestii zakresu dozwolonych tematów rozmowy, zjawili się w miejscu pracy Sergiusza. Właściwie to nie było już miejsce pracy lecz obraz nędzy i rozpaczy. Pracowników żadnych ani śladu, na wieść o problemach finansowych firmy i zniknięciu szefa zmyli się w podskokach i rozpłynęli w sinej dali zabierając ze sobą co się dało jako rzeczowy ekwiwalent zapłaty. Został Sergiusz siedzący nad resztką sprzętu i materiałów niczym Skrzetuski na ruinach Rozłogów. Obaj prawnicy rozejrzeli się po lokalu, pozbierali jakieś papiery, zamknęli pomieszczenie i zabrali inżyniera na męską wódkę. Zeszło im do rana. Taksówka zawiozła inteligencję pracującą w ilości sztuk dwóch do segmentu na Rosoła z racji większej ilości pomieszczeń mieszkalnych. Trzecia sztuka na miejsce zamieszkania odstawiona została, w gratisie otrzymując pomoc w doprowadzeniu do celu, ponieważ taksówkarzem był zaprzyjaźniony Stefan mieszkający dwa piętra niżej.

Następnego dnia, na szczęście była to sobota, panowie u Teresy w ogródku leczyli zbiorowo swoje przypadłości będące wynikiem  niesienia przyjacielskiej pomocy.

– Dowiedziałaś się czegoś? – cicho spytała gospodyni przygotowując napój leczniczy w postaci wody z rozpuszczonym czymś musującym poleconym przez Magdę.

– Michał nie nadawał się do rozmowy. Stwierdził tylko, że przyjaciela nie można zostawić w potrzebie i usnął. A u ciebie jak było?

– Jurand powiedział to samo. Sergiusz zdążył jeszcze powiedzieć ”kocham was chłopaki” i też padli obaj. Jeden na wersalkę, drugi na fotel, który przezornie wcześniej rozłożyłam. Nadmieniam, iż poza moim mężem chłopaków nie było, byłam ja – chichotała Teresa.

– I tak zostali?

– Dopóki się nie wyspali. Dobrze im się chyba spało obok siebie, bo chrapali obaj tak, że aż się Maksio przeniósł na taras, spać mu nie dali.

– Dobra, to chodźmy z tą miksturą, trzeba ich postawić na nogi. Mam tylko nadzieję, że żaden się nie wygadał – szepnęła Dorota.

Po dojściu do stanu używalności prawnicy  coś wymyślili, ale nie udało się ich połowicom dowiedzieć co.  Pozornie odpuściły, stwierdziły, że trudno, że dla dobra sprawy to one się mogą poświęcić, ale tylko chwilowo, więc niech oni sobie nie myślą, że wszystkie rozumy zjedli i utrzymają sekret w tajemnicy, a żony w niepewności. Sergiusz zaś zaszył się w sobie tylko i prawnikom wiadomym miejscu i myślał, myślał i myślał.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Czerwcówka 2020

Nagle zrobił się upał. W piątek 32 st., w sobotę raniutko już 20 było. Wiem stąd, że na ogrodzeniu firmy przy ulicy wyświetla się aktualna temperatura. Nie muszę sprawdzać gdzie indziej jeśli akurat tamtędy przechodzę. Ostatnio zdarza się często, ponieważ łąka bardzo zarosła i z psiepsiołami nie wejdę już na nią. Po deszczach trawa urosła tak, że miejscami jest wyższa ode mnie.  Dobrze, że łąkowych roślinek zdążyłam trochę uwiecznić. Przez ten czas gdy nie można było wychodzić z domu, nie chodziliśmy z psiakami nigdzie więcej poza laskiem i łąką. Ominęło mnie więc oglądanie wiosny na działkach ciągnących się wzdłuż torów, gdzie przynajmniej raz dziennie w normalnych warunkach byłam. Szilunię można tam odpiąć ze smyczy, Skitka nie, ale jemu to zupełnie nie przeszkadza. Poza łąką jest kilka miejsc,  gdzie może się wybiegać, oczywiście jeżeli mu się chce. Najczęściej mu się nie chce. W piątek nie miał chęci w ogóle po południu wyjść ze mną, został więc w domu z Mężem, a ja zabrałam Szilkę mając nadzieję na dłuższy spacer. Ależ gdzie tam! Moja sunia zaprotestowała po zrobieniu tego po co wyszła, stanęła na chodniku, zaparła się i co mi zrobisz? Mogłabym ciągnąć tylko po co? Najwyraźniej było jej za gorąco, choć starałam się iść w cieniu. Udało mi się ją przekonać do pokonania jeszcze kawałka drogi, ale usiadła, a po chwili się położyła. Pomyślałam, że upał zmęczył ją tak bardzo, że nie ma siły. Zaraz po tym jak zamieszkała u nas zemdlała pod sklepem. Jeszcze chudziutka była, więc na ręce bez trudu można ją było wziąć. Pojechaliśmy do psiej pani doktor, porobiliśmy zalecone badania, w tym echo serca. Było wszystko ok. Być może upał, być może przebyte stresy spowodowały tak silną reakcję. Mając w pamięci tamto wydarzenie nie chciałam jej więcej męczyć. Spytałam czy wracamy. Na to hasło moja sunia natychmiast podniosła się na łapki i żwawo ruszyła w stronę domu z uśmiechniętym pyszczkiem 🙂


Rano w sobotę wyszłam z moją dwójką. Daleko psiepsioły nie chciały iść, choć przyjemnie i chłodno było, wszak 20 st. to nic przy 32. Jeszcze do tego przyjemny wiaterek wiał. W pewnym momencie zastrajkowały zbiorowo 😉 Cóż, wróciliśmy.

Stwierdziłam, ze będę miała więcej czasu dla siebie. W piątek”rozgrzebałam” szafę szukając na gwałt krótkich spodni. W ogóle jeszcze letnich ubrań dotąd nie wyciągnęłam więc nie miałam się w co ubrać przy tak wysokiej temperaturze. Jak ruszyłam – to zrobiłam potworny bałagan i podjęłam decyzję pozbycia się pewnej ilości ciuchów. Po co mi to, skoro już nie chodzę do pracy i styl ubierania zmienił mi się diametralnie. Poza tym część się jakoś dziwnie skurczyła… Dobrze się mówi, gorzej z wykonaniem. Co szmatka to wspomnienie, skojarzenie i nadzieja, że może jeszcze kiedyś założę? Ty głupia babo – mówię do siebie – gdzie i po co? Nie używasz, nie nosiłaś przez ostatnie dwa lata co najmniej i już nie założysz! Ale może jednak się przyda… – mówi mi ta druga, co we mnie siedzi i się ze mną kłóci. ..Matko jedyna, co szmatka to decyzja! Może przerobię, dorobię szydełkiem wstawki… Nie dorobisz! Nigdy już nie będziesz robić na drutach ani szydełkiem, bo jesteś ślepa i nie widzisz oczek!… Nieprawda, czasem widzę jak jest dobre światło… Nie masz czasu, powieści skończyć nie możesz, a dłubać ci się zachciało?… No dobrze, ale odłożysz tylko to, w czym nieładnie wyglądam… Wszystko w co nie wchodzisz, ty babo!… Nie! Na pewno jeszcze kiedyś wejdę, lepiej schować na strychu, może dziewczynki sobie coś wezmą, może będą szyły, przerabiały, wymyślały… Oj, ty durna. Gdzie dziś będą przerabiały? Jak się mała dziurka zrobi albo plamka to wyrzucają i nie patyczkują się, nie te czasy!
I jak tu zachować zdrowy rozum ( nie mylić z rozsądkiem)  😉 Część spakowałam i wyniosłam na strych, uległam tej wewnętrznej marudzie 😉 Ale mnóstwo jeszcze zostało do zrobienia. Mam wrażenie, że dojrzałam do uporządkowania różnych fragmentów życia codziennego, nie tylko ciuchów.

Dla odpoczynku i zaspokojenia wewnętrznej potrzeby posadziłam z pomocą babci D. kupione w czwartek pelargonie. Pojawiła się pani z kwiatkami, więc mogłam sobie na taką przyjemność pozwolić. Wykorzystałam zamiłowanie babci D. do roślinek. Myślę, że się tym ucieszyła. Sadzonki aksamitek, które posiałam w pojemniczkach, poprzesadzała do skrzynek wprawdzie nie tak jak miało być, ale nieważne. Dogląda tych roślinek, patykiem spulchnia im ziemię, co chwilę wstaje z krzesła i chodzi koło nich, ogląda, przesadza, rozsadza, podlewa. A one rosną, wbrew moim obawom, że nie przeżyją nieustannego ruszania i oglądania korzonków czy urosły. Jak dziecko zupełnie, ale coś w tym jest. Widocznie czyni to z miłością, bo rosną 🙂
Rozkwitła też różyczka, którą dostałam kilka lat temu od synowej w doniczce na imieniny. Wsadziłam ją do ziemi i rośnie pięknie do tej pory.


Kulinarnie – w sobotę zrobiłam befa Lucy, czyli mojej siostry potrawę doskonałą na wszelkie imprezy w tym ogródkowo-działkowe. Kroi się kiełbasę w kostkę mniej więcej centymetrową, tak samo cebulę. I kiełbasy i cebuli „pi razy oko” powinno być tyle samo. Do tego przecier pomidorowy się dodaje i dusi do rozpadnięcia cebuli plus sól, pieprz, czosnek granulowany (niekoniecznie jak ktoś nie lubi), paprykę i trzeba co trochę mieszać dolewając nieco wody, żeby się nie przypaliło. Mąż bardzo lubi, a ja lubiłam. Ponieważ od 26 lutego mięsa nie jadam, muszę popracować na wersją vege, aby równie smaczna była.

Dla siebie zrobiłam placuszki z cukinii (na zdjęciu) . Utarłam cukinię na dużych oczkach, dołożyłam namoczony chlebek tostowy, jajko, mąki ryżowej trochę, sól, pieprz, czosnek i usmażyłam. Bardzo smaczne wyszły. W niedzielę ugotowałam botwinkę. O rety, jaka pyszna! Mąż dokładkę brał, babcia D. zjadła i nie marudziła ani nie wylała do sedesu, co jej się zdarza. Bywa też, że ta sama zupa jednego dnia ląduje w kanalizacji, a drugiego jest chwalona, że jest dobra i „moja ulubiona” 😉 W niedzielę wieczorem zdążyłam jeszcze upiec (wykorzystując tańszy prąd w weekendy)  drożdżówkę Ewy Wachowicz, tę na dużą blachę, z olejem. Jest po prostu rewelacyjna! Wytrzymuje bardzo długo zachowując smak i świeżość.
W czwartek wybrałam się do Piaseczna po raz pierwszy od długiego czasu, już koniecznie chciałam  się przelecieć, żeby nie zwariować. I tak musiałam zaliczyć bankomat, więc jestem usprawiedliwiona. Po drodze zobaczyłam piękny jaśmin i baner na balkonie, na widok którego się uśmiechnęłam do siebie.

Rozkwitły różowe piwonie, są bajkowe po prostu. Magda, dla Ciebie zgodnie z obietnicą 🙂

Królową wiosny jest zdecydowanie piwonia 🙂

Musimy się nimi nacieszyć, my wielbicielki piwonii, dopóki kwitną i pachną. Następne będą dopiero za rok.

A w niedzielę dla odmiany chłodniej. Psiepsioły tym razem chętnie poszły i o szóstej rano zrobiliśmy ładny spacer, nawet miały ochotę na zabawę i pobiegały, poskakały, chowały się w trawie co wyglądało jak igraszki małych dzieciaków wypuszczonych z zamkniętego pomieszczenia. Dawno nie byłam w tamtym miejscu. Zauważyłam  z zachwytem, że nie skoszone trawniki zmieniły się w kwietne łąki, a nad roślinami uwijają się roje owadów. Cudnie! Bezapelacyjnie na pierwszy plan wysuwają się maki. Takiej ilości nie widziałam chyba nigdy w jednym miejscu. Nie, nieprawdę mówię, u Myszki na zdjęciu w zeszłym roku widziałam pole maków 🙂

Mak jest królem tegorocznej wiosny 🙂

Mogłam zobaczyć tego wiosennego króla, ponieważ mądra decyzja o pozostawieniu trawników w stanie naturalnym w imię ochrony roślin i owadów, ratowania pszczół, sprawiła, że maki przeżyły i pokazały całą swą delikatną urodę. Poprzednio były koszone razem z trawą, w zeszłym roku już nie i mogły się rozsiać po całej okolicy.

A poza tym… wciąż myślę o słowach prof. Mariana Turskiego i jedenastym przykazaniu. I nie mogę przestać…

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

„Kalosz w błocie”

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Dzisiaj rano przy sobocie
ubrudziłam kalosz w błocie.
Kalosz brudny! Jak? Dlaczego
ja kalosza mam brudnego?

Przecież słońce jasno świeci
śpiące jeszcze budząc dzieci,
sucha być powinna łąka
i dla pszczółki i dla bąka,
dla biedronki i chrabąszcza,
dla dużego nawet chrząszcza.
A tu, proszę, niespodzianka!
Wprost w kałużę wpadła Anka!

Więc psiepsioły z niej się śmieją,
i biegają, i szaleją.
Wtem – o rety, tu jest błoto!
woła Szilka. – Stój niecnoto!


Gdzież ty leziesz? W grząskie bagno?
Łapki wnet ci w bagno wpadną!
Skits! Nie słyszysz, ty sieroto?
Zaraz całkiem wpadniesz w błoto!


Skituś zerka na Szileczkę
i przesuwa się troszeczkę,
jeszcze kroczek, a może dwa,
przecież tam jest sama trawa…
Ojej! Rety! Mokro teraz!
Skituś, ty się stąd zabieraj
tak do siebie mruczy cicho
licząc, że nie ujrzy licho
czarne całe, czyli Szilka,
że minęła ledwie chwilka
od Szilusi ostrzeżenia,
a on się w wodnika zmienia.

Śmiechu było co nie miara,
wesoła przyjaciół para
wnet do domu powróciła.
Pora była to śniadanka,
które im podała Anka.

A na koniec moi mili,
byście wszyscy się zdziwili –
są dla Magdy tu piwonie,
świat w piwoniach teraz tonie 🙂

AZ 6.06.2020

Czekam na ciąg dalszy spektaklu, czyli na rozwinięcie się z pąków różowych kwiatów.

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka, Wymyślanki | 31 komentarzy

Koty moje :)

Zawsze lubiłam koty, lecz dopóki nie zamieszkałam z pierwszą moją kotusią, nie miałam pojęcia co to za cudowne stworzenia. Kot w domu sprawia, że robi się ciepło nawet w chłodne dni, mruczenie rozprasza wszelkie mroki, igraszki wywołują śmiech i radość, a przytulanie się i okazywanie miłości rozczula i budzi jakieś lepsze, wyższe uczucia w duszy.

Moja Mićka, zwana przez Maryś  Miećką ( ze względu na Mieczysławę, żonę Anioła Stanisława, stróża nad stróże, gospodarza domu z Alternatywy 4), trafiła do nas jako maleńkie kociątko mieszczące się w dłoni.

Mićka narysowana – nie pamiętam przez którego z chłopców, jak się artysta przyzna to powiem. Miała czarną kropkę na nosku 🙂

Po jej odejściu zrobiło się w domu zimno i smutno. W gazecie znalazłam ogłoszenie o kotach Bożeny Wahl, skontaktowałam się z panią zajmującą się kotami i dowiedziałam się, że jest w piwnicy maleńka biała kotka, której mama zginęła, a ona została sama z braciszkiem. Kotek, niestety, nie przeżył. Zobaczyć kotkę pojechaliśmy z Małym autobusem na Żoliborz, zakochałam się od pierwszego wejrzenia choć pani próbowała przekonać nas, żebyśmy wzięli innego kotka.  Pani przywiozła nas z kicią do domu maluchem (czyli fiacikiem 126p.), baliśmy się, że nie dojedziemy w całości, bo pani wciąż zaglądała do kociej klatki, schylała głowę zamiast patrzeć przed siebie. Widocznie jednak święty od kotów miał nas w swojej opiece, bo dotarliśmy do domu w jednym kawałku. Pani wdrapała się z nami na czwarte piętro, koniecznie chciała sprawdzić w jakich warunkach kicia będzie mieszkać. I chwała jej za to 🙂 Tak powinna wyglądać każda odpowiedzialna adopcja psia i kocia. Zobaczywszy Rolfa pani się bardzo zestresowała, jakoś udało się jej wytłumaczyć, że to pies kochający koty, że swoją osobistą kotkę miał i był z nią bardzo zżyty.

Tak wyglądała wtedy kicia, którą nazwaliśmy Misią, miała około pół roku

Przez pierwsze dni mieszkała pod wanną w łazience, wychodziła tylko nocą asekurowana przez Rolfa. Naprawdę wyglądało to niesamowicie. Szła przy samej ścianie, on zaś stanowił jej zabezpieczenie od strasznej, nieznajomej przestrzeni reszty mieszkania. Chłopcy spędzali dużo czasu leżąc na podłodze, wkładając ręce pod wannę, żeby Misię głaskać, a ona się do tych rąk przytulała główką. Ponieważ nogi mieli już długie, a łazienka jest mała jak to w bloku, wracając z pracy widziałam dwie pary nóg na podłodze w przedpokoju, reszta niknęła w łazience 🙂 Stopniowo Misia oswajała się, nabierała odwagi. Wymagała długiego leczenia, trafiła do nas w ostatniej chwili, w piwnicy umarłaby jak jej braciszek. Była przepiękna, mądra, kochana, żyła z nami kilkanaście szczęśliwych lat.

Z Rolfem stanowili parę przyjaciół, kiedy po wizycie u weterynarza (Misię nosiłam w plecaku z łebkiem na wierzchu, żeby widziała) usłyszała już na korytarzu jego szczekanie – wydobyło się z niej westchnienie ulgi. To było nieprawdopodobne!

Kiedy Rolf odszedł za Tęczowy Most i przybył do domu mały Browar, traktowała go jak kociaka do końca życia. On zaś myślał, że jest kotem i wspinał się za nią na wysokości dopóki dał radę 🙂 To Misia rządziła nim, potem również Maciusiem. Wyrzucała ich z pokoju i kazała siedzieć przed progiem. Szła dumna odwracając się, by sprawdzić, czy słuchają. A oni obaj – duży kudłaty pies i gruby łaciaty kot siedzieli grzecznie. Jeśli się Browek ruszył, doskakiwała do niego i potrafiła łapką wyszarpać go za wąsy sznaucerowe, nagadać i usadzić z powrotem na miejscu. Taka była charakterna dziewczyna!

 Maciuś trafił do nas w wyniku splotu wydarzeń, opisanych zresztą w „Widocznie tak miało być” w rozdziałku 35.  Nawet mu imienia nie zmieniłam, bo … Maciuś to Maciuś 🙂  Misia przez długi czas była na mnie obrażona, odwracała się tyłem, kiedy do niej mówiłam i rozdziawiała całą paszczę sycząc ze złością. Potem jej przeszło, ale zawsze rządziła, a Maciuś jej słuchał.

Robiłam wtedy sweter z anitexu, Maciuś wszedł w golf i usnął słodko 🙂

Jak każdy kociak uwielbiał plątać mi wełnę 🙂

Już w zgodzie z Misią

Tu już dorosły, ale dalej słodziak 🙂

Z Browciem jechali na tym samym wózku, musieli podporządkować się Misi zwanej czasem Michaliną 🙂

W końcu jak nie czuć respektu przed takim spojrzeniem?

Czasem należała się chwila relaksu, co uchwycił Duży 🙂

Na chwilę obecną nie możemy mieć w domu własnego kota, wynagradza mi to jednak Franek, który nas adoptował w charakterze właścicieli hotelu, który w chłodne albo deszczowe dni otwiera dla niego swe podwoje 😉 Ostatni raz dłużej zaszczycił nas swą  obecnością gdy lało przez cały dzień. Przyszedł pod okno, psy natychmiast zawołały, że Franuś przyszedł i żeby go wpuścić.  Pomaszerował na fotel, przespał cały dzień i poszedł sobie, gdy wrócili jego opiekunowie. Kiedy jest ładna pogoda czasem przychodzi się przywitać przechodząc, po czym idzie dalej zaaferowany swoimi sprawami. Czasem słychać jak toczy wojnę na „słowa” z innymi kotami 😉

Przychodzi się przywitać…

… miauknie na dzień dobry….

… i mówi: jeszcze zajrzę, na razie pa…

Koty są wspaniałymi istotami, oby każdy mógł mieć ciepły dom i kochającą rodzinę. Takie marzenie…

To dzisiejsze spotkanie o szóstej rano na spacerze, Franuś przywitał psiepsioły  i poszedł  załatwiać swoje ważne kocie sprawy 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 54 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 38

W międzyczasie pan Józef zaprezentował wstępny projekt domu pani Meli oraz Dorocie, która z wrażenia spać nie mogła przez kilka nocy z rzędu. Kupując działkę myślała o małym, letniskowym domku na wakacje i weekendy. Z czasem plany uległy zmianie i teraz marzyła o prawdziwym domu, w którym zamieszkać będzie mogła cała rodzina. Każdy dostanie swój pokój, ten własny kawałek podłogi,  a ona będzie miała pracownię z prawdziwego zdarzenia. Rozmyślała podczas owych bezsennych nocy o zawiłościach losów ludzkich w najbliższym otoczeniu, o tym jak w ciągu krótkiego w sumie czasu odmieniło się życie Marianny i Teresy, jak chwilowo poplątało się Aldony. Chwilowo – ponieważ była absolutnie przekonana, że i ta historia znajdzie swój szczęśliwy finał.

Pojechała z ciotką do Cięciwy. Chciały na miejscu pomyśleć, pomarzyć o domu, pobyć na konkretnym kawałku ziemi, na którym miał stanąć. Właściwie mentalnie tam już zamieszkać.   Na miejscu zastały trzech starszych panów  w wyśmienitych humorach, pogrążonych we wspomnieniach i natychmiast znalazły się w innym świecie.

– Witajcie dziewczyny – ucieszył się Dziadek. – Czy zaszczycicie staruszków swoim towarzystwem?

– Może za chwilę, najpierw przywitamy się z Helenką. A staruszków to ja żadnych nie widzę, nawet ani jednego – powiedziała Dorota i pociągając za sobą ciotkę weszła do Domku.

– Miła jesteś – ucieszył się Kazio. – Moja Helcia taka nie jest. Zachciało jej się remont w łazience robić. Wymieniła wannę na mniejszą, macie pojęcie? Teraz jak w niej siadam to sobie kolanami uszy zatykam – zakończył nieszczęśliwym tonem.

– Jak dobrze, że przyjechałyście – Helenka serdecznie uściskała nowo przybyłe. – Zwariowałabym za chwilę. Ile razy można słuchać w kółko tych samych historii już od kilkudziesięciu lat?

– No tak, dla ciebie są to znane opowieści, ale dla mnie nowość – uśmiechnęła się Dorota. – Ja uwielbiam ich słuchać. Dziadek, twój Kazio i ich przyjaciele to taka fajna hultajska banda, są cudowni.

– Bo strażacy to inni ludzie – wtrąciła pani Mela. – Wiem co mówię, przed wojną  miałam wujka strażaka. Bardzo lubiłam kiedy przychodził w mundurze.

– Nic nie mówiłaś – zdziwiła się Dorota.

– Bo to bardzo dawno było, o matko, jak dawno… – zamyśliła się starsza pani i w milczeniu dołączyły do męskich przedstawicieli rodu ludzkiego znajdujących się na działce.

– …to było po szóstej klasie…- usłyszały głos Dziadka.

– To ty skończyłeś sześć klas? – zażartował Kazio.

–  Zdarzyło mi się – uśmiechnął się Dziadek.

– Ja po szóstej klasie to już wykładałem – powiedział z udaną wyższością pan Józef.

– Jak, co wykładałeś? – zdziwił się Kazio.

– Posadzkę – odpowiedział pan Józef z szelmowskim uśmiechem.

– Ale mnie nabrałeś – zaśmiał się Kazio. – O choroba, – jęknął. – Czemu mi dałeś, Andrzejku, taki słaby widelec? Złamał się.

– Nie mam innych tylko aluminiowe, przecież tu są polowe warunki – odpowiedział Dziadek. – Ale mi coś przypomniałeś. Pamiętasz jak nas w pięćdziesiątym dziewiątym we Wrocławiu zaprosili do ratusza? W sali obok było wesele, pan młody koniecznie nas chciał ugościć i posadził przy długim stole…

– Oj pamiętam, Andrzejku, pamiętam, tyś tam złamał taki widelec jak ja dzisiaj, na twardym ziemniaku, ręka ci poszła w sos a sos na twarz. Ha, ha…

– Było śmiechu, było, bo zaraz po tym otwierali szampana i tobie korek w talerz wleciał z impetem, a zawartość talerza na tobie wylądowała.

– Jak raz pamiętam, że to taki smaczny stroganow był, żałował ja go bardzo.

– Tak sobie miło wspominacie, a ja się ostatnio nacierpiałem – westchnął pan Józef.

– Co ci było?

– Miałem kamienie w nerkach.

– No proszę, prawdziwy biznesmen, materiały budowlane sobie wyhodował. Tylko nie chwal się, bo ci każą podatek płacić – żartował Dziadek.

– A pamiętasz jak Jasiu się jąkał? – Kazio wciąż pogrążony był we wspomnieniach z młodości.

– Przecież pamiętam, nieraz się biedaczysko sporo namęczył.

–  Teraz potrafią jąkanie leczyć – wtrącił pan Józef zaznaczając swoją obecność, bo wprawdzie wtedy z nimi nie był, ale teraz jest.

– Dzwonił do Strzelec, a potem był okrutnie rozżalony, że dyżurny go przedrzeźnia, bo czasem ludzie tak robili. Nawet raport napisał ze skargą, tak się rozżalił – pokiwał głową  Dziadek

– Potem zadzwonił zwierzchnik tego dyżurnego i tłumaczył, że tamten się naprawdę jąka –rozpromienił się Kazio.

– A ty czego żeś się tak ucieszył – spytał pan Józef z lekkim niesmakiem.

– Jak to z czego? Że pamiętam! – obwieścił Kazio z tryumfem.

– Kaziu, co ty się wiercisz jakby ci się kłos w gacie zaplątał? – zainteresował się Dziadek.

– Bo szukam tego kieliszka i szukam…

– Przecież stoi przed tobą – zdziwił się pan Józef.

– To jeden, ale on tęskni za drugim.

– A drugi pewnie za trzecim – zaśmiał się Dziadek.

– A toś dobrze wykombinował – ucieszył się Kazio. – Bo ten za czwartym. Musi być do pary, bo jak nie ma równowagi to się trzeba wywrócić. Dlatego się mówi: na drugą nóżkę.

– Ze względu na Józkowe kamienie ja bym proponował wyśmienity napój chmielowy – odezwał się Dziadek. – Tylko poczekajcie moment, chłopaki, zabawiajcie tymczasem dziewczyny, a ja skoczę do piwniczki.

Wrócił po chwili z zapasem. Pani Mela z wielką przyjemnością skusiła się na kufel, za to Dorota była niepocieszona, że ona dziś za woźnicę robi i czeka ją powrót do domu za kierownicą.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Jest radość :)

W środę wstał perłowoszary ranek, strząsnął kilka kropli deszczu wprost na szybę dając złudzenie deszczu. Wyjrzałam za okno. Nie padało. Zapach unoszący się w świeżym powietrzu był przecudowny. Zapewne podziałał i na Skitula, bo się podniósł i miał ochotę wyjść ze mną i Szilką. Wieczorem mu się nie chciało. Odpuściłam sądząc, że może jeszcze odczuwać ból w łapce. Tym bardziej, że mógł ją nieco nadwyrężyć nadmierną ruchliwością we wtorkowe popołudnie, ponieważ… I tu niespodzianka! Przyjechała Calineczka z tatą i siostrą 🙂 🙂 🙂 Ileż to było radości! Obydwa psiaki nie odstępowały malutkiej. Ona się cieszyła, huśtała na koniku, którego zniosłam ze strychu natychmiast jak tylko Duży zadzwonił, że wpadną z psimi puszkami. Rozszczebiotała się wołając co chwilę: siośtla! siośtla!  A siostra rozmawiała z dziadkiem i powiedziała, że najchętniej zostałaby u nas przez miesiąc 🙂 Nie trzeba mędrca, żeby wiedzieć, iż babcia Ania wzruszyła się i czuła się uszczęśliwiona całkowicie. Do tego szkrabusia rozłożyła ją na łopatki pytając babci D.: jak się naziwaś?

Zaskoczyli mnie, mieli być we środę i planowałam upieczenie rożków z jabłkami dla Średniej, bo lubi. Skoro jednak była niespodzianka-zaskoczka podzieliłam się drożdżowym. Powtarzam się, ale ten ostatni przepis wygrywa z pozostałymi. Myślę, że olej użyty zamiast masła/margaryny powoduje, iż ciasto się nie zsycha i do samego końca jest wilgotne i smaczne. Przez kilka dni w każdym razie zachowuje świeżość.

Nieustannie ogarnia mnie zachwycenie gdy tylko wyjdę na łąkę albo stanę w lasku i widzę jak słońce prześwieca przez świeżą zieleń liści, przebija się przez tę  gęstwinę roztaczając wokół migotliwe światło… Uwielbiam 🙂  Mogłabym tak stać całą wieczność i podziwiać, i zachwycać się, i wdychać…

Dzięcioły „jak pershingi” latają tam i z powrotem usiłując wykarmić głośną gromadkę dzieciaków. Tu po lewej stronie widać rodzica zmierzającego do dziupli

Taki piękny jest maleńki wycinek naszego świata stworzony przez Matkę Naturę 🙂 Powtarzając filmowe słowa Jerzego Stuhra – JEST RADOŚĆ 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

Makowy zakątek

Wczoraj było święto milusińskich naszych, wysłaliśmy sms-em życzenia do wszystkich członków młodszego i najmłodszego pokolenia. Wciąż jeszcze dzieciaki trzymają dystans wiedząc, że jesteśmy w grupie ryzyka. Ale już mam tego dość. Rozum rozumem ale serce się buntuje 🙁

Makowa panienka uśmiecha się do dzieci 🙂

„Ja prowadzę” – Andrzeja Seweryna rozmowę z panami Arkadiuszem Bartosiakiem i Łukaszem Klinke czytałam z ogromną przyjemnością. Tym bardziej, że  Beaty Biały o Agnieszce Osieckiej zmęczyła mnie, i wcale to nie „wina” autorki. Andrzeja Seweryna zawsze lubiłam, a po tej lekturze wszystkie pozytywne uczucia jeszcze się wzmogły 🙂 Z jakiego powodu, za co jeszcze bardziej go polubiłam? Za mądrość życiową, za dystans do siebie, za poczucie humoru, za ciepło i wrażliwość, za całokształt jak to się mówi. A dodatkowo – znalazłam wiele reakcji, odczuć, przemyśleń wspólnych z moimi, a przyczyna się wyjaśniła, gdy przeczytałam, że urodził się 25 kwietnia. Może się śmiać, kto chce, śmiech to zdrowie przecież, ale dzień urodzenia wiele tłumaczy. Przynajmniej mnie 🙂

Jeszcze raz pokazuję książki, bo nie potrafię wstawiać odnośnika do poprzednich wpisów

Skituś uszkodził sobie łapkę podczas zabawy, naciągnął chyba i przeleżał cały dzień, tylko z Szilą wychodziłam, Mąż z biedakiem zostawał i do ogródka pomagał wyjść w razie potrzeby. Dziś już dużo lepiej, jeszcze kuśtyka, ale już skacze do siatki, żeby obszczekać przechodzącego pobratymca. Uspokoiłam się, że to nic poważnego. Rolf przez bardzo długi czas chodził na trzech łapkach po takiej „przygodzie”.

Szilunia się ogląda czy na pewno Skitek nie idzie z tyłu

Dzięcioła udało się wypatrzeć i zrobić mu zdjęcie, choć z daleka. Maksymalne przybliżenie zaburza ostrość, ale dowód jest, że dzięcioł nas obserwuje wtedy, kiedy my obserwujemy dziuplę.

Najpiękniejsze co spotkałyśmy z Szilunią to maki: wdzięczne, cudne, delikatne…

Szczególnie podoba mi się ostatnie zdjęcie, z lekką mgiełką, sprawiające wrażenie wejścia do tajemniczej krainy makowych duszków 🙂

Niech wszystkim zaglądającym tutaj makowe duszki przyniosą uspokojenie, zadowolenie i radość 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy

29 maja, piątek

Raniutko wyszłam z psiepsiołami na łąkę, potem kawałek do lasku. Niebo zachmurzone ale piękne. Nawet ciepło, nie pada. Wprawdzie rosa duża i trochę zamoczyły mi się skarpetki w tenisówkach, ale co tam, drobiazgami nie będę się przejmować. Spotkaliśmy kotka.

Przez ten krótki czas przeleciały nam nad głowami dwa samoloty. Czyli zaczynają latać.

Spotkaliśmy pięknego bażanta, ale uciekł zanim zdążyłam wyjąć telefon, nie chciał pozować. Musiałam się skupić na trzymaniu Szilki, najwyraźniej miała ochotę schrupać go na śniadanie. Bażanty są niezgrabne, ciężkie i nie potrafią się szybko poderwać do lotu i sunia – być może – zna ich smak z czasu, kiedy się tułała po lesie. W każdym razie wyraźnie chciała zapolować, co jednak skutecznie jej uniemożliwiłam. Potem doszliśmy do dzięciołów. Akurat jeden z rodziców stukał w drzewo, z dziupli dochodzi codziennie głośniejszy głos piskląt. Widać, że nabierają sił, coraz bardziej są głodne i rodzice muszą się uwijać, aby nakarmić swoją gromadkę. Ciekawa jestem ile maluchów mieszka w dziupli. Kilka razy z Mężem widzieliśmy scenę „zmiany warty”. Jeden z rodziców podlatuje, wchodzi po pniu na wysokość dziupli i coś mówi. Po chwili z okrągłego otworku wychodzi drugi rodzic i odlatuje, a ten wchodzi do środka witany głośnymi piskami dzieci. Cudnie to wygląda 🙂

Musicie uwierzyć na słowo, że na pniu siedział dzięcioł i zawzięcie stukał, żeby potem zanieść dzieciakom jedzonko 🙂

Po powrocie Szilusia i Skitek zjadły śniadanie, popiły wodą i śpią. Ciekawe, że oboje wolą pić wodę z miski stojącej na tarasie, a kiedy pada deszcz zlizują deszczówkę z betonu. Dałam im po kawałeczku ciasta na deser, maleńki kawałek, naprawdę. Wiem, że nie powinnam, ale miały takie szczęśliwe pysie! Teraz śpią 🙂

Piekłam znowu ciasto drożdżowe wg Ewy Wachowicz, na dużą blachę. Wyszło najlepsze ze wszystkich do tej pory. Chyba udało mi się utrafić z czasem i temperaturą. Choć ma już kilka dni – jest rewelacyjne, puszyste, nic się nie zeschło. Ponieważ zawsze lubiłam ciasto/ciastka z mlekiem na kolację i w wakacje często tak jadłam, teraz mam radość i wygodę. Wprawdzie z herbatą, ale równie dobrze smakuje. Jak się skończy upiekę następne. Na razie drożdże wróciły do Biedronki, więc nie ma problemu. W zamrażalniku mam dwie kostki, tak na wszelki wypadek, żeby nie musieć do sklepu się wyprawiać ponadplanowo. Na razie trzymam się ściśle jednej wizyty w Biedronce tygodniowo. Jeśli czegoś braknie – trudno, muszę wytrzymać i radzić sobie wykorzystując to, co jest. Żałuję bardzo, że w pobliżu nie ma ani jednego sklepu/budki z warzywami i owocami. Jestem skazana na towar z jedynej Biedronki, ale nie narzekam, lubię ją, tę „moją” Biedronkę 🙂 Jeszcze się nie przełamałam na tyle, żeby wybrać się gdzie indziej. Jak sobie pomyślę o zakrywaniu maską i duszeniu się przez dłuższy czas – to mi się po prostu odechciewa. Biedronkę mam po drugiej stronie ulicy, szybciutko sprawy załatwiam z kartką w ręce i już mogę oddychać. Ostatnio nabyłam świeże ogórki i „akcesoria” do nich i nastawiłam pierwszy w tym roku słoik do bieżącego użytku. Jak są pomidory, ogórki, czosnek, cebulka – nic mi więcej nie potrzeba do szczęścia. No, może oprócz świeżego koperku 🙂

Już jedliśmy wczoraj do śniadania, pycha 🙂

Wieczorem poszliśmy do torów, Szilka sama tam prowadziła, dość ma już chwilami kręcenia się w kółko po łące i lasku. Wcale się nie dziwię, to jak spacerniak było podczas konieczności izolacji. Zresztą wydeptanych zostało mnóstwo nowych ścieżek, bo wszyscy psiarze tam chodzili i zbaczali z drogi, żeby nie stykać się z innymi. Świecił piękny księżyc, właściwie kawałek księżyca 🙂

Na górze „wycięty” fragment zdjęcia z księżycem, koguta nie widać ani pana Twardowskiego 😉

Wieczorne niebo przy torach było urokliwe

W ogródku zakwitł jeden irys. Piwonie wciąż w pąkach, nie spieszy im się. W sumie dobrze, dłużej się nimi można będzie cieszyć – teraz oczekiwaniem, potem rozkwitniętą urodą. Wszystkie podwiązałam, żeby się nie połamały, bo główki mają ciężkie i czekam.

Bez brązowieje, ale mały lilak Meyera kwitnie i pachnie. Skoro może on rosnąć na balkonie, pomyślałam, że posadzę odnóżkę w donicy na tarasie, niech pachnie z drugiej strony na przyszłą wiosnę.

Niech Wam weekend upłynie wesoło i pachnąco, uwierzcie, że bez pachnie oszałamiająco! Nie dajcie się ponieść beztrosce, nie bądźcie bezmyślni jak owce i wbrew wirusowi dbajcie o zdrowie, bo nic nad zdrowie co Wam mistrz Jan powie 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 44 komentarze