Po pierwsze – zachciało mi się wypróbować przepisy na serek robiony w domu. Oczywiście pamiętam babciny ser – niebo w gębie i nic się z jego smakiem porównać nie da. Najpierw nastawiała mleko na zsiadłe, a mleko było od krowy pani Banasiowej, nie ze sklepu. Jak się już zsiadło to można było kroić płaty, takie było! Najpierw babcia zbierała śmietanę, potem mleko podgrzewała, przelewała do woreczka lnianego czy bawełnianego, tego nie wiem, ale pamiętam, że żółty był. Jak babcia serwatkę z grubsza wycisnęła, to kładła woreczek z serem między dwie deszczułki i przyciskała czymś ciężkim. Reszta serwatki obciekała, a ser miał kształt serca jak już „doszedł do siebie” i był gotowy do spożycia 🙂 Na YT znalazłam mnóstwo propozycji robienia serka w domu ze zwykłego mleka. Podjęłam dwie próby. Za pierwszym razem użyłam czerwone mleko (czyli 3,2%) z butelki, 3 jajka, kwaśną śmietanę, łyżeczkę soli. Kiedy mleko się zagotowało wlałam rozbełtane jajka ze śmietaną i mieszałam, aż się grudki pojawiły, po czym je wyłowiłam na szmatkę i odcisnęłam. Konsystencja była dobra, smak zbyt łagodny, taki nijaki, ale serek i tak został zjedzony, udało mi się ostatnie trzy plasterki sfotografować. Do drugiej próby przygotowałam się inaczej. Wycisnęłam cytrynę, użyłam dwóch łyżeczek soli, a mleko miałam tylko żółte z kartonu. Długo nie chciały się tworzyć żadne grudki, więc spanikowałam i rozkłóciłam jedno jajko i wlałam. Pomyślałam, ze może mleko za mało tłuste i dodałam trochę masła. Kiedy już prawie zwątpiłam i miałam się poddać, grudki poczęły się pokazywać 🙂 Co to jednak znaczy wytrwałość! Wyraźnie prowadzi do sukcesu! Tym razem uwieczniłam cały (prawie) proces tworzenia. Aha, serwatkę wykorzystałam do placków z jabłkami.

… serek wyłowiony, umieszczony w ściereczce, odciśnięty …

… przyciśnięty moim kamieniem wszechstronnego zastosowania …

… po odciśnięciu tak się prezentował …

… ostatnie trzy plasterki pierwszego serka …
Po drugie – ogórki po raz drugi w słoju się znajdują, po czym znikają zostawiając wodę, którą daję do picia MS i babci D, sama też używam i sensacji żołądkowych nie mam. Dużo wody jest, właściwie soku czy sosu, jak zwał tak zwał, ale że to zdrowe – święta prawda. Zupy ogórkowej dwa razy wielki garniec gotowałam i pyszna była z koperkiem 🥣

Po trzecie – jeśli chodzi o dania obiadowe – również pochodzą z YT, od Kasi Opolanki. Weszłam na jej kanał właśnie dlatego, że Opolanka i już zostałam, ma bardzo fajne przepisy. Do tego mówi piękną śląską gwarą aż miło posłuchać 🙂 Pierwsza była zapiekanka z cukinią, wyszła naprawdę smaczna, ale nie została uwieczniona, https://www.youtube.com/watch?v=hoyg1iZpqp0&list=PLUAnVvHNlbULgJ-SckPsDvAosbMJYv84X&index=29
Drugą potrawą był kisz z ziemniakami i tuńczykiem. Ten „twór” został uwieczniony i też zostaje na stałe ponieważ to świetny sposób na szybki obiad z wykorzystaniem różnych resztek z lodówki odpowiednio doprawionych. Potrzebne tylko ciasto na pizzę, może być kupne, na takim upiekłam i było smaczniejsze w tej wersji niż jako tradycyjna pizza. https://www.youtube.com/watch?v=RNzh5SdSwfY&list=PLUAnVvHNlbULgJ-SckPsDvAosbMJYv84X&index=21

… przygotowane składniki, cytryna załapała się „na krzywy ryj” …

… składniki wymieszane czekają na dalszą obróbkę …

… w foremce na tartę, przygotowane do upieczenia …

… gotowe! …
Ze słodkości przygotowałam – idąc po najmniejszej linii oporu – znowu deser na herbatnikach. Do nadzienia użyłam ser z wiaderka i masę kakaową jak na murzynka przed dodaniem mąki i jajek. Wymieszałam wszystko razem … ups, skłamałam, bo MS wymieszał 😜 Część została do polania wierzchniej warstwy herbatników. To jest rewelacyjna pychotka! Ciastka łączą się z masą w jeden krem i nie można się oderwać… tylko… potem nie można dopiąć spodni, należy więc ćwiczyć silną wolę ewentualnie bardzo intensywnie mięśnie brzucha…

W mojej Biedronce nie trafiłam (dwa razy!) na naturalne tofu, które jest mi niezbędne ponieważ Mały przyjedzie i koniecznie muszę mu zrobić gulasz. Moje młodsze dziecko powiedziało, że robię gulasz z tofu najlepszy na świecie 😀😀😀 i sobie zamówiło 😊 W takiej sytuacji musiałam koniecznie tofu zdobyć, czyż nie? Nie udało mi się kupić w zielarni, dawniej było lecz już nie sprowadzają, podczas zarazy ludzie przestali kupować. Wybrałam się więc do Lidla. Działa już chyba od roku, mimo to nie zaszczyciłam go do tej pory swoją obecnością. Nie było takiej potrzeby, podstawowe zakupy robię w mojej Biedronce idąc z kartką, żeby licho nie podkusiło, bo przecież licho nie potrafi liczyć ile można wydać bez uszczerbku na domowym budżecie 😉 Tofu kupiłam, również inne produkty wege, które od dawna polecała Królowa Marysieńka, ale Lidl po drodze nie był i już. Tym razem siła wyższa zmusiła mnie, nie ma to tamto 🙂 Oprócz owych spożywczych produktów nabyłam ściereczki takie gumowato-gąbczaste, które są bardzo przydatne w kuchni oraz… jeansy za niecałe 30 zł. Tylko babę do sklepu posłać… No, sama się posłała 😁 hi hi 😁
Czerwiec do końca swego zmierza i mnie się to wcale a wcale nie podoba! Dzieci szczęśliwe (babcia mówiła „szkolniki”), przecież wakacje i „…niech żyją wakacje, niech żyje pole, las, i niebo, i słońce, swobodny letni czas…” – co jest prawdą, ale dzień zacznie się skracać i tego już nie lubię 😢 Wpływu jednak nie mam i zamartwiać się nie będę znając prawa Natury i jej cykle powracające w ustalonym porządku. Przyjemniej pomyśleć, że czerwiec zerka w stronę lipca, bo go może lubi? Cieszmy się zatem latem 🌞🍀
Dziękuję za odwiedziny, pięknej pogody Wam życzę, bądźcie zdrowi i bezpieczni 💗
💙💛



















































































































