„Przeszłość powraca” – koniec

Wakacje dobiegały końca. Dzieci wróciły do domu. No, ładne dzieci. Dziewiętnastoletnia Iwonka, tegoroczna maturzystka i już studentka, oraz o pięć lat starszy Karol, który za dwa miesiące stanie na ślubnym kobiercu. Kiedy przeminęło tyle lat? Jakże szybko moje słodkie, kochane maleństwa stały się dorosłymi ludźmi…  Monika, przestań się rozczulać – skarciłam samą siebie.

Rafał spędził jakiś czas w Krakowie. Teściowa przeszła operację woreczka żółciowego, musiał więc się zająć matką, mieszkaniem i kotami. Dzięki Bogu, już wszystko w porządku i mógł wrócić do domu. Wieczorem usiedliśmy we czwórkę oglądać zdjęcia zrobione przez dzieci: krajobrazy, uśmiechnięte twarze: te bardzo kochane i jakieś obce. Nagle drgnęłam. Z fotografii patrzyła na mnie twarz Neila! Niemożliwe, przywidzenie, jestem po prostu przemęczona. No i … te ostatnie wspomnienia… Ale… to on… takiego uwieczniłam na slajdach. Czy to możliwe?

– Kto to? – zapytałam.

– To? Największa miłość twojej córki – roześmiał się Karol.

– Przestań się ze mnie nabijać – szarpnęła brata za rękaw Iwonka.

– To jest Adam, mamusiu, razem zdawaliśmy na studia i zupełnie przypadkiem…

– Akurat – wtrącił Karol.

– …i zupełnie przypadkiem – spojrzała groźnie na brata – spotkałam go w górach. Przyłączył się do nas i bajecznie spędziłam wakacje. To dopiero była podróż – westchnęła z rozmarzeniem.

– Kim on jest? Wydaje mi się, że już go gdzieś widziałam – wpatrywałam się w uśmiechnięte zielone oczy na zdjęciu.

– Ojciec pochodził z Bułgarii a mama była Polką. Oboje zginęli w katastrofie lotniczej, Adam był wtedy małym chłopcem. Od tej pory mieszka u babci w Polsce.

Podniosłam się z fotela. Wyjęłam stary projektor i przezrocza.

– A teraz ja wam pokażę moją podróż z dawnych lat – powiedziałam i obrazy zachowane w zakamarkach pamięci ukazały się oczom pozostałych domowników.

– Dawno nie wyjmowałaś slajdów – Iwonka wygodnie usadowiła się na dywanie biorąc psa na kolana. – O rany! Stój! Zatrzymaj! Kto to? – wyrzuciła z siebie jednym tchem na widok mężczyzny, który nagle pojawił się przed nami na białej ścianie. – Skąd Adam na twoim slajdzie? Mamo, obok niego ja czy ty?

– Jesteś dowodem na to, że zakochane kobiety nie myślą – odezwał się Karol. – Przecież to mama. Nie widzisz? Owszem, jesteście bardzo podobne ale  nigdy nie miałaś takich długich włosów. Natomiast chłopak… czy możliwy jest aż taki zbieg okoliczności?

– Czy wiecie skąd pochodził ojciec Adama? Chodzi mi o nazwę miejscowości.

– Nie z Warny, tylko… jakoś podobnie…

– Może z Kavarny?

– O, właśnie tak. Skąd wiesz?

– Nie wytrzymam – jęknęło moje starsze dziecko. – Czy ta dziewczyna już na zawsze zostanie tępa i ograniczona czy jest nadzieja, że jej to kiedyś minie?

– Niezwykły zbieg okoliczności – pokręcił głową Rafał. – Wiesz co, Monisiu? Przyglądam się temu dawnemu rywalowi i muszę przyznać, że ci się dziwię – małżeńskie szczęście moje ukochane przytuliło mnie do siebie i ciepło spojrzało w oczy.

– O rany – ucieszyła się Iwonka. – To znaczy, że mama znała ojca Adama i tu na slajdzie są oni oboje!

– O Boże, jakąż bystrą siostrą mnie obdarzyłeś – Karol wzniósł oczy do nieba. – Czy naprawdę nic się dla niej nie da już uczynić? – ledwo zdążył się uchylić, aby nie oberwać plastikową butelką z resztką wody mineralnej.

Trzy dni później zobaczyłam w drzwiach uszczęśliwioną Iwonkę trzymającą pod rękę młodego mężczyznę, z którego twarzy patrzyły na mnie zielone oczy Neila.

5.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania, Przeszłość powraca | Dodaj komentarz

Podczas siekania cebuli

Nikt nie jest szarym człowiekiem. Takich nie ma. Wszyscy jesteśmy różnobarwni. W każdej chwili inni. Miotają nami emocje, przepływają przez nas najrozmaitsze uczucia o różnym natężeniu. Nikt nie jest monolitem. W zależności od barwy nieba, pory roku, towarzystwa, w którym przebywamy, programu aktualnie widocznego na ekranie telewizora – zmienia się kolor nasz i naszego otoczenia. Dlatego nie lubię określenia „szary człowiek”. Ups, właśnie uświadomiłam sobie, że ostatnio noszę same ciemne ubrania. Tak najwyraźniej jestem zdołowana, że z duszy ta „pomroczność ciemna” (w odróżnieniu od jasnej) przedostała się na zewnątrz. Sytuacja jest ode mnie niezależna, jest na zewnątrz, ale do środka weszła i najwyraźniej mnie żre. A poszła cholera jedna! Nie dam się! I proszę, jakie myśli potrafią odnaleźć drogę do człowieka podczas siekania cebuli.

Lepiej na nożu się skupię, bo rozmyślania krwią okupię:) A cebula do kotlecików z tuńczyka z puszki. Bardzo szybka, prosta, „awaryjna” potrawa. W różnych wersjach wypraktykowana, zależnie od tego co jeszcze jest pod ręką. Cebula konieczna, w dużych ilościach, surowa, nie usmażona w żadnym razie. A reszta: osączony tuńczyk – w oleju, bo w sosie własnym za bardzo pryska na patelni, olej zaś podczas smażenia dolewam,
więc się nie marnuje; poza tym namoczonego trochę chleba (bułki nie mam, bo chleb piekę swój) w mleku, otręby owsiane, trochę mąki kukurydzianej ostatnio dodałam, słonecznik i siemię, jajko i duuużo przypraw. Jak się zrobi za rzadka masa – bułką tartą zagęścić, albo np. kleikiem ryżowym. Jest pole do popisu.
Popis. Znowu się kojarzyć musi jednoznacznie? A swoją drogą przypomniała mi się fraszka Mistrza Jana.
„Jeśli nie grzeszysz jako mi powiadasz ,
czemu się, miła, tak często spowiadasz?”.
Przytoczyłam z pamięci, nie wiem czy dokładnie, sens w każdym razie zachowałam. Zastanawiające, że jak się ktoś tak bezustannie i nachalnie wręcz modli, czy trzeba czy nie trzeba i to jeszcze przy każdej okazji, na pokaz chyba, bardzo dużo zła pewnie czyni na świecie i świństw, i dlatego wciąż musi prosić o łaskę. Tylko nauki żadnej najwyraźniej nie pobiera, wniosków nie wysnuwa i klęka byle gdzie i byle przed kim… Z przyzwyczajenia? Mówią, że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.

3.06.2017

  • Gość: [Rick] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl Przepis na kotlety z tuńczyka znam,znakomite,polecam.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Na zimno też dobre. mogą być np z sosem czosnkowym 🙂
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Przeszłość powraca” 2

Wieczorami chodziłyśmy na tańce. Nie mogę sobie przypomnieć nazwy lokalu, ale doskonale pamiętam jak tańczyłam na półokrągłym tarasie patrząc na spienione fale, czując zapach i smak morskiego powietrza. Każda z nas miała swojego adoratora, jakżeby inaczej, młodość ma swoje prawa. „Mój” Neil był owocem małżeństwa Polki i Turka mieszkającego od pokoleń w Bułgarii. Odziedziczył po rodzicach najlepsze cechy jakie można sobie wymarzyć: wysoki, z pięknymi czarnymi włosami, o smagłej cerze, z niesamowicie zielonymi oczami matki był romantykiem o typowo słowiańskiej duszy. Imponował dziewczętom urodą, samochodem, domem i biżuterią, którą miała dostać jego przyszła żona. Dla mnie wszystko było bajką, niezapomnianym przeżyciem, wakacyjną przygodą. Z pewnością życie potoczyłoby się inaczej, gdyby moje serce podczas tej wyprawy nie pozostało w Polsce.

Byłam po uszy zakochana w Rafale, koledze ze studiów. Wiedziałam, że i w nim zaczyna się budzić uczucie. Nigdy nie grałam na dwa fronty. Neil poprosił mnie o rękę. Koniecznie chciał mieć za żonę Polkę podobną do matki. Długo nie mógł pogodzić się z odmową, pisał długie, romantyczne listy. Kiedy zostałam żoną Rafała zrozumiał wreszcie, że musi układać sobie życie beze mnie. Zadzwonił, powiedział, że nigdy nie zapomni, życzył szczęścia. Myślę, że wreszcie znalazł dziewczynę, która nie tylko dla urody i majątku zdecydowała się z nim dzielić życie. Nieraz w myśli przesyłałam w przestrzeń dobre życzenia.

2.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania, Przeszłość powraca | Dodaj komentarz

Dzień Dziecka

Dzień Dziecka. Jaka szkoda, że te moje dzieci już takie okropnie duże, i Duży i Mały. Do tego Wnusia Z. i Wnusia K. też takie nastolatki się porobiły nie wiadomo kiedy. Przytulić to się jeszcze dadzą, ale na ręce wziąć i ponosić… oj, zapomnij kobieto. Obydwie mnie przerosły. Jedynie wagowo nad nimi góruję, co z kolei wcale mi się nie podoba. Pod tym względem wolałabym dziewczyn nie przerastać. W związku z tym
podjęłam decyzję o powrocie do wagi sprzed lat kilku. Mówię o wadze, ponieważ do wyglądu się wrócić nie da. Chyba, że daje się zarobić chirurgom plastycznym. Póki co – mam ważniejsze wydatki, pozostanę więc   „w strefie wagi”. Poza decyzją, o której w czasie przeszłym mogę mówić, jako że już została podjęta, przestałam słodzić herbatę – to też czas przeszły:) Przyznaję, że … co drugą, albo co trzecią… jednak zawsze to coś. Chodzę rano na dłuższe spacery z Szilą, bo jest ciepło i przyjemnie się idzie:) Poza tym piechotą byłam w Kauflandzie i w MAXI
ZOO, w ten sposób kilka ładnych kilometrów zaliczyłam. Jeszcze trawę nożycami w ogródku ścinałam, bo po bokach kosiarka nie bierze. Nakucałam się za wszystkie czasy, zakwasów sobie narobiłam więc teraz mogę z czystym sumieniem zasiąść do Lapcia, żeby z wprawy nie wyjść. Przejrzę jeszcze pocztę, zerknę w kilka miejsc i może uda mi się skończyć czytać książkę Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jak skończę to coś powiem.
A na razie wszystkim dzieciom bez względu na wiek życzę radości, dobrej zabawy i dużo zdrowej słodyczy :):):) a co najważniejsze: kochających ludzi wokół.

1.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Przeszłość powraca” 1

„Przeszłość powraca” to takie same zamierzchłe czasy jak „Koniec wakacji”. Prawdą jest wycieczka do Bułgarii i zwiedzanie przepięknych miejsc. Miło się wspomina 🙂 Historia opisana mogła się zdarzyć, gdzieś, kiedyś, komuś, albowiem życie jest nieprzewidywalne i często płata zaskakujące niespodzianki.

:):):):):)

Moja sąsiadka Danusia wraz z mężem wróciła z dwutygodniowego urlopu w Grecji. Ucieszyłam się, bo po pierwsze: nie lubię być sama na piętrze, a po drugie: wyprowadzanie dwóch psów – chociaż bardzo kochanych – osobno kilka razy dziennie jest uciążliwe, szczególnie gdy trzeba piechotą wchodzić na czwarte piętro. Dzieci nie było w domu. Dzwoniły, że za tydzień wrócą z podróży nazwanej  „z namiotem po kraju”.

Sąsiedzi rozpakowali się, odetchnęli polskim – niestety już chłodnym – powietrzem i Danusia zastukała do moich drzwi.

– Monika, masz wolną chwilę? Przyjdź obejrzeć zdjęcia.

Oglądałam z zachwytem przepiękne widoki, niespotykane u nas połączenia barw, soczystą zieleń greckiej roślinności, jaskrawe promienie słońca odbijające się tysiącem iskierek na pofalowanej powierzchni wody, ciemnobłękitne niebo, po którym z rzadka tylko płynie pojedynczy biały obłoczek. Wpatrzona w fotografie przeniosłam się w czasie. Przed oczami przesuwały mi się obrazy sprzed lat – równie piękne, równie kolorowe choć nie z Grecji a z Bułgarii, z wycieczki odbytej z koleżankami po trzecim roku studiów.

Pojechałyśmy z całą grupą studentów. Opłacony był przejazd w obie strony i noclegi w domkach kempingowych w Kavarnie oddalonej chyba o jakieś sześćdziesiąt kilometrów od Warny. Z miasteczka trzeba było długo iść drogą kryjącą się w lesie, aby dotrzeć do kempingu. Za to od plaży dzieliło nas zaledwie kilka kroków.

Jakże piękna była plaża. Zaledwie wąski pasek piasku dzielił powierzchnię wody od głazów, które leżały u podnóża wysokiego, skalnego urwiska. Podobno dawno temu osada wznosiła się wysoko nad samym morzem, lecz kiedyś podczas straszliwego sztormu razem ze skałą runęła w głębię. Dlatego teraz ludzkie domostwa są oddalone od wybrzeża. To nie polska plaża: piaszczysta, gładka, spokojna, bez niespodzianek. Tutaj co chwilę było inaczej, co kilka metrów – nowość: przepiękne głazy wygładzone przez fale, piaszczysta zatoczka, skalna półka pojawiająca się nagle w polu widzenia. Gdy rozpoczął się przypływ ledwo zdołałyśmy ujść z życiem wspinając się na skały i przesuwając się pomaleńku, bokiem, krokiem dostawnym po owej półce.

Zwiedzałyśmy wszystko co się dało, żeby jak najwięcej zachować w pamięci. Wtedy po raz pierwszy robiłam kolorowe slajdy moją wierną Smienką, którą mam do dziś. Uwieczniłam wyprawę na Kaliakrę, skalisty półwysep omywany spienionymi falami, z którego cudowny, niepowtarzalny widok otwiera się na bezkres morza. Legenda głosi, że królewna o imieniu Kaliakra w towarzystwie innych dziewic rzuciła się w morską otchłań z najwyższej skały, aby uniknąć hańby w tureckiej niewoli. Pamiętam orientalny urok Bałcziku – budowle, ogrody, zieleń i szaleństwo kolorowych roślin tworzących niepowtarzalne kompozycje. Przypominam sobie wycieczkę wodolotem, spacery po urwistych brzegach, przystań rybacką z pomostem wchodzącym daleko w morze, wyprawę żółtym zaporożcem podczas której auto  o mało nie stoczyło się w dół, w głębię.

31.05.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania, Przeszłość powraca | Dodaj komentarz

„Powstrzymać zło”

Skończyłam przerzucać „Agatę” do Lapcia. Teraz muszę od niej chwilę odpocząć. Przez ten czas tyle się działo na zewnątrz mnie.
Z takich zdarzeń najbardziej poruszających: Zbigniew Wodecki przeszedł na Drugą Stronę Tęczy. Za wcześnie jeszcze, niepotrzebnie, niespodziewanie. Dowód na to, że nie wiadomo co nas czeka za najbliższym zakrętem. Jakoś wyjątkowo osobiście odczułam to odejście, pełna sprzeciwu i niezgody na to co się stało. Bardzo pana Zbyszka lubię (teraz i zawsze) nie tylko za twórczość, ale za uśmiech i poczucie humoru.
Mieliśmy z Mężem szczęście być na świetnym koncercie w Szczawnicy na placu Dietla, co nieraz wspominamy i zachowamy w pamięci. Podobnie jak genialny koncert w Muzycznej Owczarni w Jaworkach (niedaleko Szczawnicy) z udziałem Nigela Kennedy`ego i Jarosława Śmietany, który może witał pana Zbyszka gdy schodził z Tęczowego Mostu, bowiem sam udał się tam wcześniej?
O polityce chciałoby się milczeć. Ale… Opole to też moja osobista sprawa. Mieszkałam w Opolu na Katowickiej przez siedem lat, od pierwszej klasy do ukończenia siódmej, (ósmą „robiłam” już w Warszawie). Byłam świadkiem narodzin festiwalu, biegałam po autografy gwiazd, przez dziurę w płocie od strony budynku PTTK (kojarzę, że jakaś woda była obok, może staw?) można było się przedostać na teren amfiteatru. Na
koncerty od samego początku chodzili rodzice ze znajomymi, ja z siostrą patrzyłyśmy w telewizor, czy ich gdzieś nie będzie widać kiedy kamera pokaże publiczność. Pamiętam, że mama z ciocią połykały dużo witaminy B dla ochrony przed komarami, zabierały parasole i kurtki. Jako czternastolatka byłam na śmierć zakochana w Sewerynie Krajewskim, którego na żywo zobaczyłam na koncercie Czerwonych Gitar w sali
kina „Kosmos”. Nic dziwnego, że przełaziłam przez tę dziurę do amfiteatru, żeby z bliska spojrzeć na moją miłość i ledwo z wrażenia wyszeptać prośbę o autograf z dedykacją. Przez dwa lata na klasówkach stawiałam na ławce zdjęcie obiektu moich westchnień. Najwyraźniej pomagało:):) Do tej pory wewnątrz szafy na drzwiach mam przyklejony plakat ze zdjęciem Seweryna, oczywiście z czasów, kiedy oboje byliśmy
piękni i młodzi :):) No i jak w tej sytuacji obojętnie podchodzić mogę do tego co się w Opolu i z Opolem dzieje?
Mogę bić brawo kabaretom, które wystąpiły w Sopocie. Brawo! Dopóki poczucie humoru w narodzie dopóty żyjemy. Tak mi się nasunęło: Jeszcze Dobro nie umarło póki się śmiejemy… I dalej: „siekiera, motyka…” I dalej: STOP. Wystarczy skojarzeń, choć nasunęły się następne.
Temat tegorocznej medytacji „Nieznanego Świata” brzmiał: POWSTRZYMAĆ ZŁO. I może na tym należy się skupić. CODZIENNIE.

29.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Koniec wakacji” – tytułem wstępu

’Koniec wakacji” to czasy prawie prehistoryczne 🙂 Telefon komórkowy należał do rzadkości, budki telefoniczne były oblegane przez wczasowiczów pragnących kontaktu ze światem z potrzeby serca albo innej konieczności, w ośrodkach wypoczynkowych korzystało się jedynie z telefonu dostępnego w recepcji. Bankomat był jedyny w mieście, internet na filmach. Chyba, bo w ogóle nie kojarzę internetu z tego czasu. Jak więc można było odnaleźć kogoś bez adresu i innych danych? Teraz poprzez media społecznościowe jest to możliwe. No i coś jeszcze, jeśli chodzi o mnie: nie znałam wtedy Szczawnicy. W Szczyrku byliśmy z Mężem wtedy dwa razy pod rząd, podobało nam się miasteczko, nawet bardzo, Wisłę też miło wspominam, ale po pobycie w Szczawnicy nic już nie jest takie samo. Po prostu KOCHAM SZCZAWNICĘ i już:):)

2.05.2017

Zaszufladkowano do kategorii Koniec wakacji | Dodaj komentarz

Koniec „Końca wakacji”

Westchnęła i poczęła wycofywać się cichutko, by zniknąć zanim mieszkańcy zauważą jej obecność. Na werandę wyszedł olbrzymi piaskowy dog i leniwie się przeciągnął. Znieruchomiała. Pies tymczasem raz i drugi wciągnął w nozdrza obcy zapach, spojrzał w stronę skąd dochodził i przez chwilę przyglądał się intruzowi. Szczeknął basem od niechcenia. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że wykonał obowiązek a nieproszony gość nie stanowi żadnego zagrożenia, wystarczy mieć go na oku. Usiadł i obserwował Zosię przekrzywiając olbrzymi łeb i marszcząc czoło.

– Jesteś przepiękny, ale musiałeś akurat teraz wyleźć? – szepnęła.

Olbrzym, zupełnie jakby rozumiał, szczeknął w jej stronę i zamiótł werandę ogonem.

– Rolf! Chodź tu – dał się słyszeć głos z wnętrza Domu.

– Hau! – odszczeknął Rolf odwracając łeb w stronę głosu lecz nie ruszając się z miejsca.

– Mógłbyś się ruszyć, kiedy cię pan woła – zaszeptała Zosia.

– Ty leniuchu, dlaczego mnie nie słuchasz? – na werandzie pojawiła się męska postać.

Zosia chciała ukryć się za grubym pniem starej jabłoni lecz widok mężczyzny na werandzie przykuł ją do ziemi uniemożliwiając wykonanie jakiegokolwiek ruchu. To nieprawda, to niemożliwe, myślała gorączkowo. To na pewno pierwsze objawy choroby psychicznej.

Mężczyzna spojrzał w stronę, którą patrzył Rolf.

Zjawa – przeleciało mu przez myśl i też zastygł w bezruchu.

– Zosia? – spytał z niedowierzaniem.

– Damian?

Głośne szczekanie psa przerwało osłupienie Zosi. Rolf ciężkimi susami popędził w kierunku człowieka zbliżającego się od strony owego małego domku, który nigdy nie został ukończony. Witał się z ogromną radością a basowe radosne szczekanie dudniło po całej okolicy.

– Tatuś? Tutaj? – Zosi przyszło do głowy, że jeśli to nie obłęd, to z pewnością znalazła się w krainie wyobraźni niczym Alicja po drugiej stronie lustra.

Ja tu jestem częstym gościem – odrzekł ojciec. – Gdybyś słuchała innych i patrzyła co się wokół ciebie dzieje a nie zamykała się w sobie słuchając tego barana, który w tobie siedzi, nie dziwiłaby cię moja obecność.

Coś jak nagły, oślepiający promień słońca rozświetliło myśli Zosi.

-Przecież wczoraj mówiłem, że domek jest prawie gotowy i przed zimą wprowadzimy się do niego.

– Zaraz, zaraz, chciałabym to pojąć… spokojnie… z pewnością jestem jeszcze prawie normalna…

– Twoja siostra ma co do tego inne zdanie. Ostatnio, – spokojnie oświadczył ojciec.

Zosia patrzyła w szare oczy, które uśmiechały się do niej tak ciepło, tak serdecznie… tak realnie…

– Byłam pewna, że nie zobaczę cię już nigdy w życiu – powiedziała z wyrzutem.

– Co ty mówisz – zaśmiał się ojciec. – Myśmy ze Staszkiem przeszło ćwierć wieku temu przeznaczyli was dla siebie. Najpierw w żartach. Potem myśleliśmy często, że byłoby wspaniale mieć koło siebie szczęśliwe dzieci i wnuki. A domek kupiłem już jakiś czas temu. Ty chodzisz jak nieprzytomna i nic do ciebie nie dociera.

– Prawda, oj prawda tatusiu. Jestem oszołomiona…

– No to już przestań być. Cieszę się ogromnie, że się sobie spodobaliście i będziemy nie tylko sąsiadami ale i rodziną.

– Ty wiedziałeś? – znów z wyrzutem spojrzała na Damiana.

– Oczywiście – miał w oczach takiego samego chochlika jak ostatnio Małgosia. – Przecież musiałem dobrze poznać dziewczynę, którą mi ojciec jeszcze w kołysce wybrał za towarzyszkę życia. I zdecydować czy zostać w Polsce czy nie.

– I…

– I muszę przyznać, że miał świetny pomysł.

– Córeczko – wtrącił ojciec z wielką radością oglądając scenę rozgrywającą się w przepięknej scenerii starego ogrodu. – Muszę dziś dać odpowiedź w sprawie twojej ewentualnej pracy w Krakowie. Co mam powiedzieć? Wyjeżdżasz czy zostajesz?

– Zostaję tatusiu – odpowiedziała ginąc w ramionach Damiana.

– Zostajemy razem – sprostował Damian.

– A to się Staszek ucieszy – klasnął ojciec w ręce.

– Hau, hau – przytaknął Rolf radośnie machając ogonem.

24.05.2017

Zaszufladkowano do kategorii Koniec wakacji, Opowiadania | Dodaj komentarz

Moje refugium

Miało być tu dyrdymałkowo a chwilami robi się poważnie. Myślę, że dla zdrowia psychicznego i fizycznego lepiej wrócić (póki co) do lepszej strony świata i negatywnymi myślami nie wzmacniać ciemnej strony Mocy.

Bardzo intensywnie zajęłam się „Aldoną” ( imię wiodącej bohaterki „Po co wróciłaś Agato”), wrzucam w Lapcia poprawiając co nieco, potem – już nad całością – popracuję drobiazgowo. Jedna strona w Lapciu to dwie strony maszynopisu, tak więc z 300-tu stron zrobi się połowa, chyba, że w trakcie poprawek rozrośnie się jakiś wątek, bo właściwie pisze się „samo” i nie zawsze mam wpływ na przebieg zdarzeń 🙂 oraz pomysły bohaterów.
Przy okazji nasuwa się „całe mnóstwo” spostrzeżeń, a przede wszystkim – bardzo odkrywcze 🙂 – jakże człowiek się zmienia przez lata! „Aldonę” pisałam będąc młodsza niż moje dzieci teraz, oni zaś ( Duży i Mały) byli w obecnym wieku moich wnuczek. Gdybym (okresowo) nie cierpiała na manię zapisywania – przeszłość byłaby zamknięta, skończona, w większości zapomniana. Bo tak już jest, że pamięć wybiera jakieś zdarzenia a reszta ginie gdzieś i rzadko wraca, a jeśli już, to najczęściej w postaci wybiórczych wspomnień, nie zawsze pokrywających się z zaistniałymi naprawdę. Przeżywam teraz chwile absolutnie niesamowite: znalazłam się w kilku wymiarach czasowych jednocześnie, które przenikają się do tego stopnia, że – gdy pogrążona bez reszty w czasie, w którym pisałam – podnoszę wzrok na moje obecne otoczenie, jestem zdziwiona i jak komputer muszę „wejść w inny program”, aby wrócić do dnia dzisiejszego, opuścić moje kochane ursynowskie mieszkanie i tamte czasy. Co mogę zrobić? Chwycić telefon i zadzwonić do M. Wczoraj wieczorem niezawodna przyjaciółka odebrała będąc z psicą na spacerze. Bardzo chętnie szłabym razem z nią ale cóż, ułożyło się inaczej i idę po drugiej stronie Lasu Kabackiego (a właściwie to nie idę, bo wieczorami wychodzi Mąż). I przez telefon dowiaduję się, że M. ma doła, bo trzeba było uśpić uratowanego wcześniej kota, ponieważ już się nic więcej nie dało dla niego zrobić. Pozostaje tylko na pocieszenie myśl, że ostatnie chwile życia spędził w godnych warunkach i nie umierał godzinami gdzieś pod płotem w strasznym cierpieniu.
Taki telefon do M. to powrót do minionych chwil. Uświadomienie sobie, że dane nam było przeżyć wspaniały czas – mimo wszelkich przeżyć rodzinnych, osobistych, politycznych, krajowych, globalnych, przeżyć szczęśliwych i dramatycznych, mimo radości i tragedii. Cudowne było poczucie więzi i wspólnoty. Naprawdę żyliśmy jak w rodzinie albo lepiej – bo wiadomo, że z rodziną, w niektórych wypadkach, tylko na zdjęciu… Sylwestry kolejne, imieniny, urodziny, rocznice i inne okazje świętowaliśmy wspólnie. Wytańczyłam się, wybawiłam za całe życie, mając jednocześnie na oku dzieci, które w mieszkaniu obok przeżywały swoje dziecięce imprezy. Dziś nie istniej taka możliwość, zawsze znajdzie się ktoś, kto zadzwoni po Straż Miejską. Może zazdroszcząc, że on do grona nie należy…  Przy czym mam na myśli oczywiście normalną, wesołą zabawę, tańce, hulanki, swawole bez awantur, dopalaczy i innych świństw, których wtedy zresztą nie było. Na szczęście.
Dziś na miejscu zostały tylko M. i B. Ja się wyprowadziłam za las, druga M. oraz D. także zmieniły mieszkania, Mira przeszła na Drugą Stronę Tęczy dołączając do swojego męża Stasia oraz do Zosi. Trudny wtedy był rok, miesiąc po miesiącu odeszli: moja siostra Lucy, potem Zosia a na końcu Staś. Mirusia trzy lata temu. Bez względu na obecne miejsce pobytu przyjaciół-sąsiadów, czy są na tym czy na drugim świecie, to nasze osiedlowe życie w mojej duszy trwa nadal. Myślę, że to był DAR, który nie każdemu zostaje dany, za który należy się wdzięczność losowi, ogromny dar przyjaźni, nauki współistnienia, przekraczania własnego egoizmu na rzecz czegoś znacznie większego i ważniejszego w tej naszej małej ursynowskiej ojczyźnie. W głębi mojej duszy istnieje ona zawsze, jest to takie miejsce pomagające wracać do równowagi, moje refugium.

16.05.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Paranoja

Kolejna „dobra” zmiana. Tym razem odbije się na dzieciach po przeszczepach. Dowiedziałam się z tv, że leki, które kosztowały około 3zł teraz będą kosztować ponad 1000zł! Takie leki przyjmowane muszą być dożywotnio a przynajmniej- bardzo, bardzo długoterminowo. Do tego dochodzą inne leki, inne potrzeby dziecka – a rodzice często cały swój czas dziecku choremu poświęcić muszą i przynajmniej jedno z nich rezygnuje z pracy, bo nie ma innego wyjścia. Przecież to jest nie do udźwignięcia dla większości rodzin! Najgorsze, że na marne idzie cierpienie, straszne cierpienie dziecka, które zmarło, podwójne cierpienie jego rodziców w chwili śmierci własnego dziecka oraz podczas decydowania o oddaniu jego organów. Następne cierpienie: chorego dziecka czekającego na przeszczep i jego rodziców. Cierpienie podczas operacji, potem podczas dochodzenia do zdrowia po przeszczepie. Wielogodzinny trud lekarzy dokonujących niezwykle skomplikowanych, precyzyjnych czynności graniczących z cudem. To wszystko pójdzie na marne, bo dziecko po przeszczepie zostaje skazane na śmierć. Bo ktoś tak zdecydował. I nie odpowie za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

13.05.2015

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz