„Oliwka”

Oliwka pojechała z babcią na wakacje.
Przedtem wieczorem zjadła przepyszną kolację,
spakowała dwie lalki, gier kilka i misia,
zamówiła u babci po śniadaniu ptysia.

Ranek się obudził przecudny, słoneczny,
parasol w podróży nie był więc konieczny.
Po szybkim śniadaniu ruszyli w Pieniny.
Jak tam? – pyta tatuś. – Cieszą się dziewczyny?

Dziewczyny – czyli babcia z wesołą Oliwką,
której oczka się śmieją pod obciętą grzywką,
z tyłu zaś warkoczyki sobie podskakują
kiedy razem z dziewczynką do auta wędrują.

W drodze babcia ciastka z torby swej wyjęła,
lecz Oliwka ptysia zaledwie skubnęła,
bo Fudżik kochany, jej malutki piesek
zjadł wprost z talerzyka caluteńki deser.

Tylko nie płacz – rzekł tatuś. – Wszyscy ci mówili,
byś na psa uważała zawsze, w każdej chwili.
Nie trzeba słodyczami naszych psów częstować,
przecież mogą od tego ciężko zachorować.

Fudżik się oblizał, przytulił i zasnął,
jest mu obojętne: czy ciemno czy jasno,
byle tylko blisko mieć swoją rodzinę,
móc myśleć: ja przy nich to nigdy nie zginę.

Jechali godzin kilka, wreszcie dojechali,
wypatrując gór pięknych, widocznych z oddali.
Przed ciocinym domeczkiem auto zatrzymali,
a domek taki śliczny, cały z jasnych bali.

Na ganku przeuroczo obrośniętym bluszczem
stała ciocia Oliwki. – Już cię stąd nie puszczę!
Przytuliła dziewczynkę. – Ja się tak stęskniłam,
żebym ciebie najchętniej już stąd nie puściła.

Chodź Oliwko, dostaniesz ode mnie pierścionek.
Fudżikowi w tym czasie kręci się ogonek,
bo zobaczył znajomego już pieska, Burka,
który do niego przybiegł aż z końca podwórka.

Oliwka pierścionek ogląda dokładnie.
Och, dziękuję ciociu, jakże mi z nim ładnie.
Na paluszek mały zaraz założyła,
i pokazać babci szybko podskoczyła.

Kiedy się przyjedzie na wieś, na letnisko,
koniecznie wieczorem musi być ognisko.
Jakże w górach pięknie! A w ogródku cioci
iskry w niebo lecą i każda się złoci.

Ciocia, wujek, tatuś stare pieśni śpiewają,
Fudżik z Burkiem wtórujac im wszystkim – szczekają.
Oliwka siedzi do babci swej przytulona
i patrzy na to wszystko wielce zachwycona.

Od ich wesołych pieśni echo – hen! – po górach
wędruje, płynie w górę i ginie gdzieś w chmurach.
Późno już, więc Oliwce oczko się zamyka,
po chwili śpi, nosek tylko widać spod kocyka.

Pierścionek położyła na parapecie.
Okno jest otwarte, jak to zawsze w lecie,
wpada do pokoju pachnące powietrze,
kwiaty delikatnie chwieją się na wietrze.

Rankiem kogut zapiał jak na zawołanie.
Oliwko, obudź się, już czas na śniadanie!
Dziewczynka zaspana na łóżku usiadła,
patrzy na parapet i buzia jej zbladła.

Nie ma tam pierścionka! Ktoś go ukradł pewnie
gdy ona sen śniła o pięknej królewnie!
I co teraz bedzie? Co Oliwka zrobi?
A za oknem – sroka drobne kroczki robi.

– Babciu, ciociu! Coś się stało!
Coś pierścionek mój porwało!
Pewnie tutaj się zakradło
jakieś dziecko i ukradło!

– A fe, wnusiu moja miła,
to wstyd, żebyś tak mówiła.
Z pewnością się pomyliłaś,
kiedy dziecko posądziłaś.

Na to ciocia: – Spójrz maleńka,
sroczka w naszą stronę zerka,
tam na drzewie głośno skrzeczy
i kradnie błyszczące rzeczy.

Oliwka przetarła oczka zapłakane,
przebiegła przez pokój wysłany dywanem,
przez okno otwarte wnet się wychyliła
i złodziejkę sroczkę z bliska zobaczyła.

Zapamiętaj – rzecze ciocia – tę prawdziwą wiedzę,
bo ona jest najprawdziwsza tak jak tutaj siedzę,
uwierz, nie warto oskarżeń niesprawdzonych ciskać,
można przy tym wiele stracić, nic za to nie zyskać.

 26.06.2017

  • Gość: [Sylwia] 91.229.22.* hahaha… bomba Ciociu, uśmiałam się jak dziecko – dziekuję :*
  • annazadroza Ależ bardzo Cię proszę, śmiej się dalej:) Od razu milej na świecie się robi:)
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Wymyślanki | Jeden komentarz

„Po co wróciłaś…” 3

Dzieci były wręcz zakochane w nowej babci, która napełniała im brzuszki do granic możliwości różnymi smakołykami. Świat mógł się walić i palić a pani Basieńka nie wypuściłaby nikogo głodnego spod dachu pod którym przebywała. Pod tym względem podobna była do Helenki. Obie potrafiły przyrządzić wspaniałe potrawy zupełnie z niczego zamieniając zwykły posiłek w prawdziwą ucztę. Zresztą panie serdecznie się zaprzyjaźniły i bywały u siebie. Kazio wtedy chętnie wyrywał się z domu, wpadał do Dziadka i robili sobie kawalerskie spotkanie.

Tak się składało, że i pani Basia i Dziadek zaczęli bywać w tych samych miejscach w tym samym czasie, na co Teresa z Jurandem patrzyli rozjaśnionymi oczami mrugając do siebie znacząco i kładąc palec na ustach. Przecież nie było w tym nic dziwnego, skoro nagle mieli trzech wspólnych wnuków: Mareczka, Maćka i Kubusia, do czego jeszcze dochodził  Maks oraz Mićka i Arik.

Kuba i Maciek od razu zaakceptowali nową babcię. Zaimponowała im, potrafiła prowadzić samochód, jeździć na rowerze, grać w kometkę, spinała w kitkę jasne włosy i wcale nie wyglądała jak inne babcie. Mareczek zaś przywiązał się do Dziadka, zawsze dobrego, uśmiechniętego, z którym można było o wszystkim porozmawiać, o wszystko zapytać, bo traktował małego człowieka poważnie, nigdy nie zdradził powierzonego sekretu ani treści rozmów i pomagał rozwiązywać trudne dziecięce problemy.

Dzieci miały moc wrażeń więc rok szkolny mijał w  zawrotnym tempie, a właściwie już minął, bo w czerwcu muszą się uczyć tylko ci, którzy leniuchowali od września. Mareczek i Kubuś do takich nie należeli, więc mogli odpoczywać uważając jedynie, aby nie podpaść nauczycielkom i nie popsuć sobie dobrej opinii. Maciek od półrocza uczęszczał do nowej szkoły. Zmienił się nie do poznania a Teresa odetchnęła i po raz pierwszy przestała drżeć  ze strachu przed każdą wywiadówką. Trudno było Maćkowi uwierzyć, że kiedy się nauczy – dostanie pozytywną ocenę. W poprzedniej szkole choćby „wyszedł z siebie i stanął obok” – nie wskórałby zupełnie nic. Dawno doszedł do wniosku, że nie warto się uczyć, bo choćby wszystko umiał i tak dostanie „lufę”. Po co więc marnować czas na naukę? Łapał więc jedną dwóję za drugą nie za brak wiadomości, ale – dosłownie – za to, że cierpiał na zaburzenia koncentracji, pamięci a tempo nauki miał poniżej normy. Ujawniło się to w badaniu psychologicznym. Teresa wiele razy prosiła nauczycieli o pomoc, odpowiednie podejście do dziecka ale na próżno. Nic więc dziwnego, że Maciek nie chciał chodzić do szkoły i zaczął wagarować.

W nowej szkole wszystko było inne: nauczyciele sympatyczni, traktujący uczniów „jak ludzi” a nie jak zło konieczne, dopust boży i „coś”, na czym można bezkarnie wyżywać się za własne życiowe niepowodzenia. Największe odkrycie obwieścił Maciek wpadając z hukiem do domu i krzycząc na całe gardło.

– Musiu! Czy ty wiesz, że w tej szkole uczą a nie stawiają dwóje?

Okazało się, że nauczycielka nie postawiła złej oceny lecz wytłumaczyła gdzie zrobił błąd i dlaczego. To było dla chłopca zupełnie nie do pojęcia. Dotąd się z czymś takim w szkole nie zetknął. Od tej pory nabrał chęci do nauki i Teresa nie musiała z nim razem ślęczeć nad lekcjami. Uczył się sam. Zrozumiał, że nikt nie może za niego wykonywać jego obowiązków, a im szybciej i lepiej się ze wszystkim uwinie, tym więcej czasu będzie miał dla siebie.

Tak więc całej trójce rok upłynął z jednej stronie na pracy a z drugiej na zabawie, oczywiście między innymi z Maksem, który dokarmiany przez babcię Basię zrobił się jeszcze większy – a raczej grubszy i bardziej przypominał niedźwiedzia niż „prawie” owczarka niemieckiego. Aza wyglądała przy nim jak pół owczarka nawet wtedy, kiedy pożarła prawie kilo cukru i miała boki wydęte niczym balony.

Tak więc bawili się chłopcy z Maksem, Arikiem i Mićką, którą Dorota przechrzciła na Miećkę widząc w niej podobieństwo do żony gospodarza domu Anioła Stanisława z kultowego serialu „Alternatywy 4”. Nawiasem mówiąc kręcony był na Cynamonowej, nieraz widać było w kadrze ich bloki, jeszcze w trakcie budowy. Dlatego Ursynowianie uwielbiają ten serial widząc uwiecznione początki dzielnicy.

Kociaki urosły ale w dalszym ciągu miały ochotę na figle. Biegały i skakały po całym domu, udawały walczące na śmierć i życie tygrysy, przeganiały biednego Maksa z kąta w kąt. W dwupokojowym mieszkaniu Teresy zrobiło się  ciasno i gęsto. Od pięciorga osób – Maciek, Bartek i Kuba to w końcu też osoby, tylko trochę mniejsze – oraz od zwierzaków. W tej sytuacji Maks najchętniej uciekał na balkon albo do ogródka. Kiedy było zimno i nikt nie chciał mu otworzyć balkonowych drzwi, wciskał się między fotel a kaloryfer udając, że go wcale nie ma. Nie potrafił jednak nigdy przechytrzyć sprytnej Mićki, która go zawsze wytropiła, co nie było znowu takie trudne. Spod fotela psu wystawały uszy albo łapy, albo ogon. Kotka skradała się cichutko na ugiętych łapkach i jednym susem lądowała na wystającej części Maksiowego ciała. Nigdy mu nie przyszło na myśl zrobić kociakowi krzywdę. Odsuwał się tylko jak mógł najdalej a gdy już dalej nie mógł – wstawał i szukał innego kąta. Raz jeden zdarzyło się Teresie usłyszeć groźny pomruk. Zaniepokojona czym prędzej udała się do pokoju i co się okazało? Mićka siedziała Maksowi na ogonie i bezczelnie go w ten ogon gryzła. Nie chciał się z nią bawić? To niech na drugi raz chce! Teresa za luźną skórę na karku ściągnęła kotkę z maltretowanego ogona i bardzo dobitnie powiedziała co sądzi o takim zachowaniu. Postawiona na podłodze puchata kulka otarła się kilka razy o nogi swej opiekunki mrużąc przy tym zielone oczy i wyginając biały grzbiet ozdobiony czarnym wykrzyknikiem. Maks podszedł, obwąchał ją, po czym ciężko położył się w przedpokoju na podłodze. Mićka zbliżyła się i zaczęła mu pracowicie wylizywać nos i uszy, czemu poddawał się z wyraźną przyjemnością. Arik, który zawsze wolał gdzieś się ukryć gdy w mieszkaniu panował duży ruch, wyszedł zza wersalki i zwinął się w kłębek u boku ogromnego psa.

Teresa postanowiła nie wtrącać się więcej w sprawy czworonogów, niech je załatwiają między sobą.

Zwierzaki były bardzo zdziwione, gdy pewnego dnia chłopcy włożyli koty do koszyków, przypięli Maksowi smycz, udali się do nowego domu i już tam wszyscy zostali.

A co się działo wcześniej? Maks był zaniepokojony niezupełnie zrozumiałymi dla niego wydarzeniami.

W domu rozpoczął się jakiś niezwykły ruch. Dziadek i babcia Basia otwierali wszystkie szafy i szafki, wyjmowali znajdujące się tam przedmioty, wkładali je do pudeł, toreb, walizek. Co chwilę ktoś wchodził, brał któryś z pakunków i wychodził. W pierwszym odruchu Maks chciał rzucić się do drzwi i nie pozwolić niczego wynieść ale Dziadek uspokajająco poklepał go po karku.

-Wszystko w porządku, staruszku, o nic się nie martw, połóż się spokojnie i czekaj – powiedział i pokazał miejsce, na którym Maksio miał się położyć.

Posłusznie to zrobił i rozpłaszczony na dywanie, przypominający leżącego krokodyla, obserwował jak wszystko znika z mieszkania. Na wszelki wypadek powarkiwał groźnie od czasu do czasu dając do zrozumienia, że on tu jest i patrzy. Wreszcie chłopcy zwinęli dywan, Maciek założył mu obrożę, przypiął smycz a Marek i Kuba wzięli koszyki, każdy ze swoim kotem i poszli. Tam, gdzie już  Maksio był dużo, dużo razy z resztą rodziny, tylko bez kotów. Do nowego domu, pachnącego wapnem i farbą, który był do tej pory zupełnie pusty. Teraz zdziwiony Maks obszedł wszystkie pomieszczenia po kolei i poczuł unoszący się w powietrzu znajomy zapach. Szczególnie intensywnie dochodził zza jedynych zamkniętych drzwi, pozostałe były szeroko otwarte.

Maks jako psi dżentelmen, nigdy w życiu nie otwierał zamkniętych drzwi w przeciwieństwie do Azy i Aby, które potrafiły sobie poradzić nawet z zasuwką czy gałką założoną zamiast zwykłej klamki. Tym razem nie wytrzymał, złamał zasady. Olbrzymią łapą nacisnął klamkę. Drzwi odskoczyły i zobaczył wszystkie pudła, torby, walizki wynoszone przedtem z jego własnego mieszkania, zajmujące cały pokój, poukładane jedne na drugich prawie do sufitu. Położył się na progu i postanowił, że nie ruszy się stąd, dopóki nie wyjaśni o co w tym wszystkim chodzi.

23.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze

Świetlikowo

Nie chcę już mówić o złym, o słowach z Oświęcimia, o katastrofie pod Smoleńskiem, o roszadach personalnych i związanych z tym uposażeniach takiego rzędu, że… słów przyzwoitych brak, o tym, że to my, Polacy, niestety, przez długi czas byliśmy żebrakami Europy o czym zapomnieli ci, co się wdrapali na wyższą skałę czując się bezpieczni i wszechwładni (ale kiedyś przyjdzie przypływ, taka kolej rzeczy), o tym co się w Policji dzieje i boli itp., itd.
Wiadomo, że nienawiść wysyłana w eter materializuje się i wraca. To tłumaczy eskalację zła wokół nas. Skoro tzw. mowa nienawiści sączy się z każdej strony do każdego ucha bez względu na wiek słuchacza to czemu się dziwić?
Otóż dziwić się należy, że są jeszcze ludzie, którzy dobrem działają na przekór i wbrew ogólnemu trendowi. I dlatego chcę o dobrych ludziach i o dobrych sprawach myśleć.
I właśnie myślę sobie, że projekty typu „Budzik” czy „Świetlikowo” – a może raczej stosunek do nich – są jedną z miar rozwoju różnych grup naszego społeczeństwa. Na pewno wskazuje wyższość jednej grupy nad grupką inną, która środki finansowe przekazuje w ręce różnym nieraz otyłym biznesmenom i nieraz w sukienkach… Ups, a miało być tylko dobrze…
„Budzik” znany jest już chyba wszystkim w Polsce jako klinika, w której przebywają dzieci w śpiączce. Pod troskliwą opieką, rehabilitowane (i nie zniszczy tej idei przypadkowy zboczeniec, wszędzie się taki może wkręcić). Działalność kliniki skutkuje wieloma wybudzeniami i powrotem dzieciaków do świadomego życia.
„Świetlikowo” w Tychach to nie mający sobie równych projekt, to Dzienny Ośrodek dla Nieuleczalnie Chorych Dzieci oraz Hospicjum Stacjonarne będące w trakcie realizacji. To będzie takie miejsce gdzie chore dzieci traktowane z troską, godnością, miłością i w sposób odpowiedzialny mają znaleźć możliwość spędzania wspólnego czasu, przebywania wśród rówieśników we wspólnej świetlicy, przeżywania pełni życia na jaką pozwala choroba, rehabilitację, pomoc psychologa i pedagoga, kontakt z wolontariuszami. Przyszło mi na myśl znane hasło HOSPICJUM TO TEŻ ŻYCIE.
Pieniądze na rozpoczęcie projektu pochodzą z Unii Europejskiej, finansów starczy na 2 lata bezpłatnej opieki dla maluchów. Potrzebna jest każda złotówka od dobrych ludzi, będzie wydana na rzecz niewinnych a tak okrutnie doświadczonych przez los dzieci. Do spłacenia jest ponad 600 tys. zł. kredytu wziętego na remont budynku i przystosowanie do potrzeb placówki. Mówię o tym, bo ogromnie poruszyła mnie opowieść Martyny Wojciechowskiej zaangażowanej w ideę „Świetlikowa” i poszukałam na stronie www.swietlikowo.pl . Może jeszcze kogoś poruszy.
22.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Nie chcę brunatnej fali

Nie chcę brunatnej fali w moim kraju. Ludzie, skąd tyle zła, nienawiści w narodzie, który powinien świecić przykładem prawości, sprawiedliwości, miłosierdzia – skoro wszyscy tacy (niby) chrześcijanie? Co za idiota mówi o fladze unijnej:nie za tę flagę walczyli nasi przodkowie?

A właśnie, że tak!
Za wartości, których jest symbolem!
Za wolność naszą i waszą!
Za równość, wolność i braterstwo!
A teraz co? Mój kraj, o który moi przodkowie rzeczywiście walczyli a potem odbudowali, żeby ci, co teraz plują na wszystko oraz ich potomkowie mieli się gdzie urodzić – nie w chlewie ani folwarcznych czworakach lecz choćby w M3 z ciepłą wodą w kranie – ten kraj zmierza wprost w kierunku odwrotnym od Europy.  Równe 100 lat temu wybuchła tam Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa.
A ja chcę, żeby moje wnuczki żyły w wolnym, demokratycznym, europejskim kraju.

21.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 2

Dostępu do mieszkań na siódmym piętrze od niedawna broniła krata, którą Dorota założyła wspólnie z sąsiadami.

– Teraz już się nie boję, że na kimś stanę – tłumaczyła przyjaciółce.

– Jak to: na kimś staniesz? Nie rozumiem – zdziwiła się Aldona.

– Wyobraź sobie, że wracałam kiedyś wieczorem do domu. Nagle wyłączyli prąd, jakaś awaria była, zrobiło się ciemno jak u murzyna pod koszulą. Nie zdążyłam na szczęście wsiąść do windy, bo musiałabym w niej spędzić całą noc. Uświadomiwszy to sobie raźnym krokiem ruszyłam w górę schodami i szłam, szłam, szłam. Wreszcie pomyliło mi się, na którym już jestem piętrze. Gdyby nie szczekanie Azy nie wiedziałabym, że zostało mi jeszcze tylko pół piętra do przejścia. Jak koń czujący bliskość stajni ruszyłam szybciej i … zarżałam! Z przerażenia. Stanęłam na czymś miękkim a to coś zaczęło się ruszać i bełkotać! Jakim cudem jednym skokiem znalazłam się pod własnymi drzwiami waląc w nie pięściami i wrzeszcząc na całe gardło, nie mam pojęcia.

Aldona przykucnęła w windzie i zakryła twarz rękoma, wyobrażając sobie ową scenę nie mogła się utrzymać na nogach ze śmiechu.

– Od tej pory bałam się wychodzić bez Azy. Tym bardziej, że ten sam osobnik spał kilka razy na mojej wycieraczce blokując drzwi sobą i chmurą smrodu pochodzącego z trawionego właśnie alkoholu. Nie miałam jeszcze telefonu i nawet nie mogłam nikogo wezwać na pomoc – kończyła Dorota.

Jadąca bardzo powoli po ostatniej reperacji winda wreszcie się zatrzymała. Zanim Dorota dotknęła drzwi, same się przed nią gwałtownie otworzyły i stanął w nich wysoki mężczyzna.

– A ty tu czego? Musisz straszyć? – z pozornie groźną miną spytała Dorota.

– Umawiasz się ze mną a potem znikasz nie wiadomo gdzie. Czekam pod tą kratą jak głupi i wszyscy jadący windą podejrzliwie mi się przyglądają – odpowiedział. – A jeśli chodzi o straszenie to ty z zieloną szyją bardziej przypominasz upiora niż ja. Co ci się stało?

– Odczep się, dobrze?

Dorota energicznym krokiem opuściła windę odpychając tego niewątpliwie przystojnego osobnika, co od razu rzuciło się w oczy Aldonie wciąż kucającej w rogu windy.

– Doniczka, ty co, zamierzasz tam nocować? – rzuciła Dorota w stronę windy wkładając klucz w zamek i otwierając kratę.

– Nie, nie zamierzam – odpowiedziała patrząc spod oka na nieznajomego, zastanawiając się czy już go gdzieś widziała czy też może kogoś bardzo podobnego.

Nieznajomy zaś patrzył na gęste, zmierzwione w tej chwili włosy, na coraz mocniejsze rumieńce na policzkach i coraz bardziej błyszczące oczy spoglądające ku niemu spod nastroszonej grzywki. Uśmiechnął się, cały czas intensywnie myśląc, że już gdzieś widział takie ładne szarozielone oczy w pięknej oprawie.

Głuche dudnienie w szybie windy dochodzące z dołu przypomniało obojgu, że nie oni jedni w tym budynku mają prawo do korzystania z „pojazdu”. Aldona, wciąż zmieszana, wyskoczyła ze środka. Zamknął za nią drzwi, domykając siłą, żeby winda szybciej ruszyła w dół.

– Czy wy się w ogóle znacie? – spytała Dorota „tonąc w objęciach” Azy, która oparłszy przednie łapy na ramionach pani, usiłowała polizać ją po twarzy dając dowód radości.

– A idźże poczwaro jedna, dawno mnie nie widziałaś, co? – zrzędziła. – Idź pomęcz wujka a mnie daj święty spokój, znowu zapomnę i nie zmyję tej przeklętej maseczki. Aldona, to jest mój brat Sergiusz. Drogi bracie, to jest moja przyjaciółka Donica – dokonała prezentacji.

– Przepraszam, jak ci na imię? Nie zrozumiałem – spytał przytrzymując rękę Aldony.

– Aldona. Jak mi jeszcze raz będziesz wymyślała przy ludziach – zwróciła się do Doroty, – to ja ci też powiem co o tobie myślę, zobaczysz. Jeżeli już – tu się słodko uśmiechnęła – to Doniczka a nie Donica. Nie musisz mi przypominać, że jestem taka stara jak ty. I tak młodziej wyglądam.

Sergiusz przez chwilę niepewnie spoglądał to na jedną, to na drugą. Po chwili – co Aldona natychmiast zauważyła – zapaliły mu się w ciemnych oczach dwie iskierki.

– Myślałem, że choć raz w życiu spotkam u mojej siostry poważną osobę. Tyle dobrego opowiadała mi o tobie a teraz widzę, że jesteście wszystkie siebie warte: Dorota, Teresa, Majka, Magda i jeszcze ty. Cała mafia.  O zgrozo, znowu się zawiodłem!

– Mam wrażenie, że ty niewiele odbiegasz od tego towarzystwa – odpowiedziała wesoło.

– Co on bredzi? –spytała Dorota wchodząc do pokoju. – Nie wierz w ani jedno jego słowo, on zawsze kłamie.

– Nie kłamie tylko fantazjuje a to jest zasadnicza różnica – sprostował.

– Całuj psa w nos – z uroczym uśmiechem odpowiedziała bratu znikając w kuchni.

– Słuchaj, czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? – zwrócił się do Aldony.

– Wiesz, mam takie samo niejasne wrażenie – odparła rumieniąc się, za co momentalnie  była na siebie wściekła.

– Z pewnością w poprzednim wcieleniu – wtrąciła Dorota niosąc z kuchni szklany talerz  pełen świeżutkiego, pachnącego ciasta. – Ona była różową chmurką a ty starym capem.

– O przepraszam,  specjalistą od capów jest Michał. Ode mnie się proszę łaskawie odczepić, nie mogę być ekspertem w tej dziedzinie.

– A gdzie ten twój ekspert? Co zrobiłaś z chłopakami? – zainteresowała się Aldona.

– Poszli wszyscy do Teresy, to znaczy do Zacharskich. Przecież tam mieszka Dziadek z chłopcami a pani Basia przyjechała z samego rana i coś robią. Mam wrażenie, że bardzo dobrze czują się we własnym towarzystwie.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Absolutnie nic poza tym co powiedziałam.

– Oboje są przesympatyczni, to fakt. I oboje lubią zwierzaki. Już dawno ktoś powiedział, że po stosunku do zwierząt poznaje się człowieka i jak się tego trzymam.

– Wiesz, zazdroszczę Teresie zwierzyńca, który ma w domu. Bardzo chciałabym mieć kota.

– Przecież już go dawno masz – wtrącił Sergiusz pukając się wymownie w czoło.

– Już ci mówiłam, żebyś się ode mnie odczepił – tupnęła nogą. – Skaranie boskie z takim bratem. Słuchaj Doniczko, nie mogę mieć kota przez tę moją durną psicę. A Teresa ma dwa: Miećkę i Arika.

– Moje dziewczynki też mi nie dają spokoju. Ciągle jęczą, że chcą mieć takie cudne kotki jak chłopaki. Niestety, nie mogę wziąć kociaka, choć bardzo bym chciała. Nie mam pojęcia gdzie się podziejemy, kiedy właścicielka wymówi mi mieszkanie.

– Grozi ci to?

– Na to wygląda. Niedawno podniosła cenę, teraz znowu mówi, że ktoś z rodziny przyjedzie z zagranicy i będzie musiał gdzieś mieszkać. Wiadomo, bliższa ciału koszula.

– O choroba, to co zrobisz? Chyba nie wrócisz do teściów? – zmartwiła się Dorota.

– Za żadne skarby świata. Nasze stosunki są teraz zupełnie poprawne. Spotykam się z nimi i  pozwalam zabierać dziewczynki. Wiem przecież jak bardzo kochają wnuczki. Współczuję im bardzo, stracili przecież jedynego syna ale nie mogę zapomnieć, że gdyby postępowali inaczej, życie potoczyłoby się innym torem. Może Janusz byłby tutaj z nami? Nie straciłby życia, nie rozstawalibyśmy się kilka razy. Zresztą… nie chcę o tym mówić, zmieńmy temat.

Potrząsnęła głową, wpadające przez okno promienie słońca nadały falującym włosom miedzianozłoty odcień. Sergiusz głaszcząc Azę w milczeniu przypatrywał się Aldonie, dyskretnie obserwował twarz i wyraz oczu. Stwierdził, że są piękne pełne uśmiechu a jeszcze piękniejsze wypełnione po brzegi smutkiem, który w postaci płynącej łzy zmaterializował się na jej policzku.  Czuł ogromną chęć otarcia łzy i uchwycenia momentu powrotu uśmiechu na twarz dziewczyny. Właśnie dziewczyny a nie kobiety. Wyglądała tak bezbronnie i tak dziewczęco.

– Miałyśmy się zastanowić – przerwała milczenie Dorota, – co zrobimy Teresie i Jurandowi za to, że uciekli ze ślubem.

– Siostro, czy ty musisz bredzić? Dlaczego mówisz „miałyśmy”? Czy mnie tutaj w ogóle nie ma? A poza tym co znaczy „uciekli ze ślubem”?

– Od razu widać, że to tylko chłop i niczego nie rozumie – Dorota wydęła wargi z udawaną pogardą. – Zwyczajnie, ślub wzięli sami, bez nikogo, daleko stąd. Przecież ci mówiłam o tym sto razy albo nawet więcej. Cóż, skleroza nie boli.

– Nie zrobię ci krzywdy tylko ze względu na Aldonę. Podziękuj jej za to. A teraz oświadczam, że nie będę z tobą rozmawiał przynajmniej przez godzinę. Przyjaciółko mojej siostry, będę rozmawiał tylko z tobą, zgadzasz się? – zwrócił się do Aldony puszczając oko.

– A czy mam inne wyjście? – spytała podając Azie kawałek ciasta tak, żeby Dorota nie widziała, wydłubując uprzednio rodzynki, ponieważ psom nie wolno jeść ani winogron ani czekolady, mogą to nawet przypłacić życiem.

– No to słuchaj. Skoro oni „uciekli ze ślubem” to trzeba do nich „przyjść z weselem”.

– Że jak? – niezwykle inteligentnie zapytała Dorota

– Przypominam, że z tobą nie rozmawiam – Sergiusz odwrócił głowę od siostry i spojrzał na drugą towarzyszkę.

– Trzeba im urządzić wesele. Gdy wrócą niczego się nie spodziewając, okaże się, że są na własnym weselu i nie będą mogli się wycofać.

– Czy to nie będzie narzucanie się? Mogą poczuć się urażeni…

– Zwariowałaś? – Dorota aż podskoczyła na fotelu. – Teresy nie znasz? Wyraźnie powiedziała, że po powrocie zrobi imprezę dla wszystkich przyjaciół. Sądzę, iż nasze skromne osoby zaliczają się do ich grona. A jak jej zrobimy taką niespodziankę, będzie kwiczała z radości. To jest dobry pomysł, wiesz? – klepnęła brata po ramieniu.

– Zostaw mnie w spokoju, jeszcze przez czterdzieści minut z tobą nie rozmawiam – spojrzał z góry na siostrę i kontynuował ignorując ją oraz wpatrując się ostentacyjnie prosto w oczy Aldony. – Myślę, że pani Basia i pan Andrzej nie będą mieli nic przeciwko temu. O ile zdążyłem ich poznać, pomysł na pewno im się spodoba.

– A gdzie ty ich zdążyłeś tak dobrze poznać, braciszku? – słodziutkim głosikiem indagowała Dorota.

– Mało razy ich widywałem u ciebie albo u Zacharskich? Tylko Aldonę ukrywałaś przede mną do tej pory. Poza tym niedawno zakładaliśmy anteny satelitarne w domkach wokół nowego domu Teresy. A zresztą co cię to obchodzi, wścibska kobieto? Wszystko musisz wiedzieć? Tfu, zrobiłaś mnie w konia. Zapomniałem, że mam się do ciebie jeszcze nie odzywać.

– Powinieneś ukończyć szkołę teatralną, po co ci dyplom inżyniera? – Aldona zaśmiewała się na widok serii straszliwych min Sergiusza mających oznaczać wściekłość wynikającą z faktu, iż dał się siostrze schwytać w pułapkę i odezwał się do niej  przed upływem czasu, jaki sobie wyznaczył.

Leżąca obok ciotki Aldony Aza podniosła się, zastrzygła uszami i ruszyła ujadając w kierunku drzwi wejściowych, które właśnie szeroko się otworzyły. Stanęło w nich czterech panów: Kajtuś, Bartuś, Jędrek i Michał. Suczka przywitała się ze wszystkimi po kolei nie dopuszczając nikogo do głosu i wywracając Kajtusia na podłogę.

– Ciocia, – wołał do Aldony szamocząc się z uszczęśliwioną Azą na dywanie. – Ciocia, strasnie fajną zec zrobiliśmy, nie wies nawet jaką fajną!

– Zamknij się, ty gaduło – rzucił się na niego Jędrek. – Mówiłem ci, żebyś nic nie mówił, bo to tajemnica?

– Psecies wcale nie powiedziałem, ze wujek Michał znalazł na…

– Ty kretynie, zamkniesz wreszcie tę jadaczkę czy ja mam to zrobić? – stanął nad bratem i utkwił w nim tak groźne spojrzenie, że Kajtuś na moment zamarł. Ale tylko na moment.

– Mama! On mnie znowu strasy! – rozdarł się na cały głos.

Dorota bardzo dużo ćwiczyła z synkiem korygując wadę wymowy i Kajtuś rzadko już kaleczył język. Niemniej jednak, gdy miał coś ważnego do przekazania albo spieszył się czy zdenerwował, zdarzało mu się jeszcze seplenić. Jędrek dokuczał mu z tego powodu twierdząc, że dzieci w zerówce będą się z niego śmiały. Po wakacjach mały Kajtuś rozpocząć miał szkolną karierę.

20.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato? | Dodaj komentarz

„Rysio”

Pewien Rysio był zuchwały
chociaż jeszcze całkiem mały.
Postanowił pójść na lody
nie chcąc wcale mamy zgody.
Idzie sobie, podskakuje,
tu go kwiatek pocałuje,
dalej żabka – hyc! spod nóżki.
Skrzeczy: co ty, nie masz dróżki?
Musisz chodzić po mej trawie?
Z trawy zaś patrzy ciekawie
salamandra w żółte plamki
która z swej wyjrzała jamki.
A tam dalej? To mrowisko!
Wielkie mrówki zjedzą wszystko,
więc ucieka ile siły
zuch nasz wielki, Rysio miły.
Przed nim wyrósł płot sąsiada.
Przez płot wchodzić nie wypada
lecz, że strach ma wielkie oczy
Rysio wnet przez płot przeskoczył.
Sad to wielki. Gdzie sąsiedzi?
Rysio na gałęzi siedzi
myśli: trochę podjem sobie,
przecież złego nic nie robię.
Jabłka smaczne bardzo były
lecz w pobliżu się skończyły,
wdrapać wyżej by się trzeba,
lecz tu nagle – co za bieda!
Rety! Sąsiad idzie z Brysiem!
Rysio trzyma jabłko w dłoni,
zmyka, Bryś go nie dogoni.
Już dopada dziury w płocie
w myśli znowu ma łakocie,
już się wcale psa nie boi,
Bryś po drugiej stronie stoi.
Wreszcie do lodziarni dotarł
i spocone czoło otarł,
uciekając wszak się zmęczył.
Lody są w kolorach tęczy.
Które wybrać? Wybór wielki,
nawet pyszne jak morelki.
W końcu wybrał te z limonki,
sięgnął rączką do kieszonki.
Która to kieszonka, która?
W kieszeni jest duża dziura!
Gdzież pieniądze się podziały?
Pewnie w sadzie wyleciały!
Jabłka zostały zjedzone
lecz są wszystkie zapłacone.
Bo za wszystko trzeba zapłacić,
cudzym nie da się wzbogacić.
Z tego morał zaś wynika
co nie twoje – nie dotykaj.

19.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Wymyślanki | Dodaj komentarz

” Po co wróciłaś Agato?” 1

Aldona wysiadła z autobusu linii 505 na rogu Cynamonowej i Indiry Ghandi. Chciała przejść przez bazarek, zrobić zakupy a potem odwiedzić Dorotę. Miały do omówienia wiele spraw związanych z przyjazdem Teresy i Juranda. Pokręciła głową rozważając bardzo odkrywczą myśl: jak ten czas leci, pędzi w zawrotnym tempie! Prawie rok minął, za pasem następne wakacje, a jeszcze nie mogła się nadziwić w jaki sposób historia Teresy i Juranda znalazła szczęśliwy finał. Zdawać by się mogło, że losy przyjaciółki zagmatwane były do ostatnich granic – a jednak stał się cud. Oto właśnie młoda para wracała w domowe pielesze.

Uważała, że chwilami zachowują się zupełnie jak dzieci. Otóż wymyślili sobie, że ślub wezmą w Tenczynku, zupełnie sami, jedynie w obecności matki Juranda, ojca Teresy, Majki, Mareczka, Maćka i Kuby. I zupełnie nikt więcej nie brał udziału w ceremonii. Dwudziestego czwartego kwietnia Teresa Olszyńska i Jurand Zacharski zostali połączeni świętym węzłem małżeńskim.

Mama Juranda, pani Basia wraz z Mareczkiem oraz Dziadek z Brysiami wrócili do Warszawy a państwo młodzi zostali, by w domku pod lasem spędzić swój miodowy miesiąc.

Okres od wakacji do ślubu spędzili bardzo pracowicie, czego rezultatem było wydanie dwóch powieści Teresy (napisanych dużo wcześniej oczywiście, nie w tym samym czasie) oraz mnóstwo spraw przeprowadzonych przez Juranda z pozytywnym (oczywiście) rezultatem, przygotowanie „podłoża” pod stworzenie własnej firmy wydawniczej do spółki z Dorotą i Michałem. Wszystko to umożliwiło kupienie domku w Natolinie, piętrowego segmentu z ogródkiem i garażem. Na tym wyczerpały się możliwości finansowe państwa Zacharskich i rodziny, musieli zadowolić się na razie meblami, które mieli dotychczas. Jurand z Dziadkiem zaplanowali, że pomału sami będą robić najprzeróżniejsze drobne mebelki według własnego pomysłu, korzystając z usług – już w tej chwili trzech – pomocników. Wyjeżdżając z Warszawy „młodzi” zostawili klucze rodzicom, którzy razem z przyjaciółmi doprowadzali nowe mieszkanie do jako takiego porządku, aby było gotowe na przywitanie nowożeńców.

Magda stwierdziła, że trzeba przygotować jakąś niespodziankę-zaskoczkę, coś, czego oboje  nie wymyśliliby nawet bardzo długo łamiąc sobie głowę. W tej właśnie sprawie Aldona wybrała się do Doroty. Obie z Magdą nie mogły się na nic zdecydować, żaden pomysł nie wydawał się dość dobry. Biednego Michała wyganiały z narad twierdząc, że i tak się nie zna na damskich pomysłach, więc lepiej niech idzie z dziećmi na dwór i nie przeszkadza. Odchodził mrucząc pod nosem coś na temat zarozumiałych bab. Wreszcie za którymś razem zamknął się w pokoiku razem z Jędrkiem i Kajtusiem, i długo nad czymś dyskutowali. W rezultacie wszyscy trzej chodzili z tajemniczymi minami szepcząc po kątach. Aza łaziła za nimi, strzygła uszami  lecz o niczym swojej pani nie powiedziała.

Aldona zrobiła zakupy. Musiała obejść cały bazarek i wyjść na ulicę bo ogromne kałuże uniemożliwiały przejście na skróty. Objuczona trzema wypchanymi reklamówkami nie patrzyła przed siebie oglądając wystawy. Nagle – spojrzawszy na wprost – ujrzała Dorotę wyglądającą dziwnie nawet jak na zwariowaną plastyczkę. Przystanęła zaintrygowana wpatrując się bez słowa.

– Czemu tak mi się przyglądasz? Nigdy mnie do tej pory nie widziałaś czy co? – huknęła Dorota na znieruchomiałą przyjaciółkę.

– No wiesz… wyglądasz….dość…oryginalnie – odparła Aldona wpatrując się z zainteresowaniem w jej szyję. – Co ci się stało?

– Nic mi się nie stało! Najpierw oglądali się za mną na ulicy a teraz ty! Zdurnieliście wszyscy?

– Dorotko, nie denerwuj się, przecież nie mam nic złego na myśli. Pytam co ci się stało nie przez zwykłą ciekawość ale dlatego, że może mogę ci w jakiś sposób pomóc.

– Czegoś mnie się uczepiła? Przecież mówię wyraźnie, że nic mi nie jest!

– Jesteś pewna?

– Chyba mówię po polsku, ogłuchłaś? – Dorotę powoli zaczynała ogarniać wściekłość tym bardziej, że przechodzące obok nich dwie kobiety obejrzały się raz i drugi, przyglądając się bez zażenowania. Tego już za wiele! Zła jak osa pokazała im język i odwróciła się plecami. Aldonie na moment z wrażenia zabrakło tchu. Złapawszy oddech wybuchnęła głośnym, niepohamowanym śmiechem.

– Po jakie licho wymalowałaś sobie szyję na zielono? – wymamrotała.

– Ja? Na zielono? – zdumiona przesunęła ręką po szyi, z której posypał się zielony proszek osiadając na bluzce, na dekolcie i jęknęła. – O matko, zapomniałam zmyć maseczkę. Z twarzy zmyłam, po omacku. Żarówka mi się w łazience przepaliła to nic nie widziałam. O szyi zapomniałam! Muszę wrócić do domu! Ale jak ja pójdę? Jeszcze mnie ktoś zobaczy!

– Już cię po drodze obejrzało tylu ludzi, że kilka sztuk więcej nie powinno ci sprawiać różnicy.

– Nie pleć! Nie masz jakiegoś szalika przy sobie?

– Nie wiesz po co miałabym nosić szalik w czasie upału? Kupiłam wprawdzie rajstopy, ale nimi się chyba nie owiniesz?

– A co jeszcze masz w reklamówce?

– Bawełnianą koszulkę. Nawet kolorem trochę przypomina twoją szyję…

– Złośliwa jędza. Daj mi ją szybko.

Dorota zwinęła koszulką w ręku jakby wykręcała bieliznę po praniu, po czym okręciła malowniczo szyję i ruszyła w stronę domu.

– Odkupię ci za chwilę taką samą. A tę, jak się nie spierze, będę miała na działkę.

– Na jaką działkę? – zdziwiła się Aldona.

– Postanowiliśmy, Michał i ja, że wspólnie z Sergiuszem, moim ciotecznym bratem, kupimy działkę w Cięciwie, obok Teresy. Jest tam taki dziki kawałek, który szalenie nam się podoba. Wiesz, idąc w stronę lasu, nie gospodarza.

– Pomysł jest naprawdę wspaniały – przyznała Aldona. – Mam nadzieję, że pozwolisz mi czasem wpaść z wizytą z dziewczynkami.

16.06.2017

 

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato? | 7 komentarzy

Tytułem wstępu do: „Po co wróciłaś Agato?”

Dawno, dawno temu, jak to w bajkach bywa:) powstało „Wejście w światło”. Wyszło w 1995 toku (więc siłą rzeczy musiałam je napisać dużo wcześniej, bo szukanie wydawcy zajęło sporo czasu) nakładem wydawnictwa Linia. Tak naprawdę pisałam dla odreagowania różnych moich ówczesnych traumatycznych przejść. Spodobał mi się „stan pisalności” w jakim tkwiłam (co teraz wróciło ze zdwojoną siłą dzięki blogowej przygodzie), żal było rozstawać się z bohaterami i tak zrodził się ciąg dalszy prezentujący kolejne perypetie ursynowskiej „mafii”. Nadmieniam, iż „Po co wróciłaś…” skończyłam niedługo po pierwszej części, czyli też na początku lat 90-tych, teraz tylko przepisałam tekst z maszynopisu do Lapcia.

Jakież to inne czasy były! Dla moich wnuczek nie do uwierzenia. – Nie było internetu? Nie było komórek? To jak wyście żyli? – Nie może sobie tego młodzież wyobrazić.
Mało kto wtedy miał telefon, trzeba było do automatu iść, żeby zadzwonić mając nadzieję, iż któryś działa a wcale dużo ich nie było. W okolicy pamiętam jeden koło sklepu na Szolc-Rogozińskiego, drugi po naszej stronie Cynamonowej niedaleko pętli autobusowej i trzeci przy moim bloku – i to było najlepsze umiejscowienie, bo z okna mogłam zobaczyć, czy duża kolejka stoi. Tak, tak, do aparatu telefonicznego też stały kolejki.

Anteny satelitarne pojawiły się już, zakładały je prywatne firmy i wykorzystałam to niesamowite wówczas novum jako miejsce pracy Sergiusza. Aha, czy ktoś pamięta Wicherka? Gdybym go nie „napotkała” podczas przepisywania, to już bym też nie pamiętała. Tak nikną ludzie z ekranów goszczący niegdyś na nich codziennie.

Sumy pieniędzy sprzed denominacji brzmią dziś fantastycznie, każdy chciałby operować milionami (mając dzisiejszą wartość na uwadze).

O naszej klatkowo-osiedlowej przyjaźni już wspominałam, w powieściach uwieczniłam. Oczywiście, to nie kronika ani biografie, mieszają się wydarzenia wymyślone, bo przecież cała akcja taka jest, z okruchami rzeczywistości przeplecione: Ursynów taki, jaki wtedy był, działka leśna w Cięciwie, Tenczynek też – tylko domku Juranda nigdy nie było, sfrunął pod las na skrzydłach fantazji.

Sporo ciekawostek zamieszczonych pochodzi od mojego taty. Kiedy był w szpitalu podczas rekonwalescencji po zawale, naciągałam go na opowiadania dla oderwania myśli od choroby i notowałam, stąd się wzięły np figle młodzieńców pracujących w czasie wojny w krakowskich tramwajach, o cegłach, węglu i browarze w Tenczynku to też od niego, jak również bryzgane ziemniaki, pieczarki olbrzymy czy koniak na rozbitej głowie (zmieniłam tylko imiona bohaterom wydarzeń).

Tenczynek jest ukazany taki, jakim był w okresie mojego dzieciństwa. Cudowne Skałki, pola, przestrzenie niezmierne dawały poczucie wolności i swobody. Dziś już tego nie ma.

W Krzeszowicach rzeczywiście była budka z lodami, które NAPRAWDĘ były najlepsze na świecie 🙂

Przygodę z „diabłem” na kopalni „Krystyna” faktycznie miał mój osobisty dziadek.

Dzieci same sobie organizowały zabawy rozwijając wyobraźnię i -dziś byśmy powiedzieli – kreatywność. Nie siedziały całymi godzinami wpatrzone w monitory, ekrany i kontaktowały się z prawdziwymi, żywymi rówieśnikami. Zapisywałam (szkoda, że tak mało) różne śmieszne przytrafki, powiedzonka dzieciaków, niejedne zabawne sytuacje powstałe dzięki nim – tak było, bo dzieci same z siebie są genialne i jeśli dorośli nie zaburzą im sposobu odbierania świata i reagowania nań, wyrastają na fantastycznych ludzi.
W sadze ursynowskiej jest na zawsze uwiecznione „grono o jakim się marzy i uczucia, za którymi się tęskni”. Wzięłam w cudzysłów, bo znalazłam te słowa w zapiskach i nie wiem, czy to ja tak mądrze powiedziałam, czy ktoś inny:) Wszystko jedno, najtrafniej powiedziane jak tylko można.
Pozostaje mi podziękować „gronu” za to że jest i za to, że było. Niech zostanie na kartach powieści takie, jakie jest w sercach i pamięci przyjaciół.

15.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Po co wróciłaś Agato? | Dodaj komentarz

Chciałabym mieć brata

Chciałabym mieć brata. Bo to ktoś najbliższy na zawsze, na pogodę i niepogodę, na kłopoty i na radość. Ktoś, komu zawsze można powierzyć sekret, zwierzyć się z przemyśleń, planów, obaw. Ktoś, kto pomoże, wspomoże, nie oszuka, nie okradnie. Powspomina dzieciństwo, siostrę, rodziców, dziadków i innych członków rodziny, którzy odeszli. Podzieli się tęsknotą za nimi. Chciałabym mieć takiego brata. Ale nie mam.

13.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Szeptucha i żerca w Noc Kupały:)

Dawno, dawno temu, kiedy będąc przeziębioną nastolatką nie musiałam iść do szkoły, spędziłam ten cudowny czas z „Mitami greckimi” Wandy Markowskiej. Czytałam wielokrotnie po kolei, wracałam do wybranych mitów i czytałam, czytałam, czytałam. Byłam za pan brat ze wszystkimi bogami, półbogami i innymi istotami, o których dziś już nie pamiętam.
Niedawno zaś Mały przyniósł mi „Szeptuchę” oraz „Noc Kupały” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Ucieszyłam się ogromnie ponieważ jakiś czas temu fragment pierwszej części przeczytałam – chyba – w „Natura i Ty”. Rzuciłam się więc na lekturę i oba tomy połknęłam z uśmiechem na twarzy 🙂 a skończyłam z żalem, że to już. Tydzień temu Mały przyniósł mi „Żercę” czyli trzeci tom. Skończyłam i czekam na następny 🙂
Może gdyby nie szeptucha (funkcja, rola, zawód?), która mi się skojarzyła z Babką z „Rancza” – nie zaczęłabym lektury bo fantasy to niekoniecznie moja bajka. I może gdyby Wnusia K. nie zmusiła mnie do głośnego czytania „Zmierzchu”…. No i poszło! A raczej wciągnęło… To taki polski „Zmierzch” ( tylko o niebo sympatyczniejszy) ze słowiańską mitologią. Bogowie okazują się istotami pełnymi wad i najgorszych ludzkich uczuć. I to w stopniu tak zwielokrotnionym, że wredny człowiek to mały pikuś wobec nich. A świat wokół pełen jest istot nie-ludzkich: bogów różnistych, strzyg, rusałek, południc, wił (ów?), płanetników i za skarby świata nie wiadomo, z kim ma się akurat do czynienia. To znaczy na początku, potem już mniej więcej tak. Przy okazji oprócz słowiańskich bóstw poznać można pradawne obrzędy naszych przedkatolickich przodków, bowiem Mieszko Pierwszy wcale chrztu nie przyjął (za to stał się nieśmiertelny) a Polska kwitnie w wierze słowiańskiej niczym nie odbiegając od naszej obecnej rzeczywistości. Są perypetie miłosne, walki istot normalnych, nienormalnych i nadprzyrodzonych, przygody i duża dawka humoru przy okazji.

Książki, do których nie mam zamiaru wracać puszczam dalej między ludzi, tych nie oddam :):):)

6.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz